Zwycięska Nike w trampkach, czyli wielkie kłopoty Clio

Wśród licznych i różnych zbrodniarzy, mordujących wiedzę o przeszłości i nasz język wyróżniają się stacje i kanały, które nieustannie emitują tzw. „programy wiedzowe”. Jest takich stacji kilka, m.in.: Discovery, Planete +, Polsat i TVP. W założeniu programowym działalność ich jest szczytna i powinna cieszyć się powszechnym uznaniem, gdyż propagują wiedzę o przeszłości. A ponieważ, jak powiada łacińska sentencja historia magistra vitae, czyli historia jest matką życia, więc czym więcej historii, tym więcej mądrości.

Tu, na chwilę przerwiemy wywód o programach kanałów historycznych, by ustalić dwie rzeczy.

Czy historia jest przeszłością?

Po pierwsze – utarło się mówić o historii jako o przeszłości samej w sobie. Tymczasem historia jest nauką o przeszłości, a nie samą przeszłością. I nie wiadomo, dlaczego wszyscy już mówią: Historia Polski XIX wieku…; Historia świata ma momenty zatrważające… W historii zdarzały się momenty zadziwiające… Logicznie to błąd, bo historia, będąc nauką (a nawet sztuką) zajmuje się przeszłością – gromadzi udokumentowane fakty, uwiarygadnia je, sprawdza i interpretuje. Grecy mieli nawet muże, która patronowała i opiekował się historią. Była nią Clio – córka samego Zeusa i tytanidy Mnemosyne. Piszę to dla zasady, bo tego zrównania przeszłości z historią nie da się już odwrócić, ale warto wiedzieć, jak było z tymi pojęciami naprawdę.

Po drugie – szanując Greków i Rzymian (z których my wszyscy), nie bardzo daję wiary prawdziwości paremii, że historia może czegokolwiek nauczyć. Ludzkość jest oporna na naukę, tak jakby przez wieki była na nią szczepiona. Od dziecka po starość, kilka razy w roku jak na gigantyczny Covid.

Ostatnie wydarzenia, jakich doświadczamy w związku z polityką Putina i jego agresją przeciw Ukrainie, dowodzą, że być może doraźny spokój, strach lub nadzieja na zysk z interesu z agresorem    są ważniejsze dla władców świata niż rzetelna realizacja dyrektyw płynących z przeszłości?

Matactwa historyczne

Wracając do stacji mających kanały historyczne. Popełniają one dwa grzechy w jednym.

Pierwszym jest przekazywanie historii ad usum Delphini czyli przeznaczonych dla następców tronu – Delfinów. Pojęcie wzięło się stąd, że dla synów Ludwika XIV dzieła klasyków opracowywano, pozbawiając je momentów gorszących, brutalnych, czyli niewłaściwych dla dzieci.  I kanały historyczne traktują nas jak dzieci lub zidiociałych starców, których prawda historyczna mogłaby śmiertelnie zdenerwować lub wypaczyć im charaktery. A stąd już niedaleko do treści tendencyjnych.

Są teraz nadawane filmy dokumentalne o Europie po I wojnie światowej. I pojawia się w nich teza, spotykana dotychczas tylko w niemieckiej historiozofii, że w Wersalu zbyt przykro potraktowano Niemców, nakładając na nich tak ogromne reparacje wojenne. Można by się z tym nawet zgodzić, bo jest faktem, że tym sposobem Francja chciała odzyskać kwoty, jakich udzieliła carskiej Rosji w formie pożyczek. A skoro Rosja Lenina, jako kontynuatorka państwa carów, nie miała zamiaru płacić, więc padło na Niemców. Niestety druga teza jest już zatrważająca.

Te filmy przedstawiają Niemców, którzy na mocy Traktatu Wersalskiego utracili swe rdzenne ziemie, głównie na rzecz Polski. I autorzy pokazują Śląsk, Wielkopolskę i Pomorze jako ziemie niemieckie, które przypadły nam. Nie wspominając ani słowem w jaki sposób Niemcy, jako spadkobiercy Prus, weszli w posiadanie Gniezna, Poznania, Bydgoszczy, Gdyni i Kaszub czy Śląska. Dosłownie ani słowa o rozbiorach Polski. Nic. Tak jakby Niemcy od zawsze żyli na naszych ówczesnych ziemiach zachodnich. Tym sposobem wszystko gładko zmierza do konkluzji, że Niemcy poparli Hitlera, bo byli ciężko skrzywdzeni przez Ententę i Polaków.

Dlaczego takie programy są emitowane w Polsce? A jeżeli już, to dlaczego bez komentarza? Podejrzewam, że dlatego, iż nikt tych programów przed emisją nie ogląda. Dlaczego? Bo oglądającemu trzeba by za jego czas pracy zapłacić! A w dzisiejszym świecie każdy handlarz dąży do „minimalizacji kosztów”, czyli oszczędza na wiedzy krytyka i redaktora. Po prostu – jest towar, to pakujemy go na ladę, a publiczność to kupi, ponieważ lubi produkcje o historii.

Matactwa językowe

W tych programach o historii pojawiają się również perełki niewiedzy historycznej. W filmie o zbrodniach niemieckich oddziałów Einsatzgruppen lektor czyta, że były to oddziały Ajnszacgrupen. A to po polsku należy wymawiać: ajnzacgruppen. Ale cóż, lektor i technik nie znał niemieckiego, a redaktora i historyka nie wpuszczono, bo chcieliby pieniędzy.

W programie o olimpiadach Grecji objawiła się znana grecka bogini najki. Jakby to wytłumaczyć… O oszczędnościach już pisałem, ale też zastanawia, że ani lektor, ani technik nie zauważyli komizmu tej pomyłki. Przecież Nike naprawdę nie chodziła w trampkach.

W programie o współczesnych olimpiadach słyszymy, że zawodnik zachowuje olimpijski spokój. Był olimpijski pokój, ale o spokoju usłyszałem raz pierwszy. Zastanawia mnie czy naprawdę współtwórcy tego programu nie słyszeli, że na czas antycznych olimpiad ogłaszano pokój między greckimi plemionami?

Zdarzają się też upiorki gramatyczne. W dokumencie o lądowaniu wojsk USA na plażach pomiędzy Cannes a Tulonem w 1944 roku słyszymy: straty wynosiły kilkadziesiąt zabitych. Czyli, tłumacz może i zna angielski, ale z polskim idzie mu marnie. Bo te straty wynosiły kilkudziesięciu zabitych.

Myślę, że sporo wyjaśni mechanizm produkcji. Najpierw wyprodukowany gdzieś w świecie film/program dokumentalny/historyczny trafia do Polski. Do filmu załączone są listy dialogowe, które – chciał nie chciał – trzeba przetłumaczyć i zapłacić. Plotka głosi, że ze względu na cenę angażuje się do tłumaczenia studentów anglistyki, germanistyki lub romanistyki – w zależności od kraju producenta. Taki młody człowiek tłumaczy i potem tekst trafia do produkcji, czyli do nagrywania. Następnie angażuje się lektora oraz technika dźwięku. Pierwszy siada z jednej strony szyby studia, drugi z drugiej strony, przy pulpicie. I nagrywają. Choć nie! Lektor ma tuż obok tekstu przycisk, który uruchamia, gdy wydaje mu się, że coś przeczytał źle. I żeby zaznaczyć miejsce, które trzeba nagrać jeszcze raz. Ergo – lektor może sam u siebie zauważyć jedynie pomyłki dykcyjne, wymawianiowe. Ale w tekst nie ma prawa ingerować.

To smutne jak bardzo ogólna, a tak podstawowa, wiedza o cywilizacji szerokim łukiem omija programy historyczne. A właściwie ich twórców. Kiedyś producent „spolszczenia dokumentu” angażował do pracy historyków i redaktorów. Teraz już nie, bo „minimalizujemy koszty, czyli minimalizujemy wiedzę”.

 

 

WALTER ALTERMANN: Warsaw Summit oraz Fit for fifty fajf, czyli szczyt szczytów albo udawanie narratora

Ostatnio, w dyskusji polityków, w jednej ze stacji telewizyjnych, nagle, bez ostrzeżenia politycy i prowadzący dziennikarz zaczęli mówić w obcym języku. Zaczęli bowiem mówić, że Warsaw Summit to, Warsaw Summit owo… Sięgnąłem do źródeł i okazało się, że mówią o warszawskim spotkaniu trzynastu liderów europejskich partii prawicowych.

Nie mam nic przeciw jakimkolwiek spotkaniom, nawet w Warszawie, ale wypadałoby chyba temu spotkaniu nadać jednak polską nazwę. Polscy politycy, którzy opracowywali materiały z tej konferencji oraz dziennikarze relacjonujący konferencję powinni od razu przetłumaczyć nazwę wydarzenia. Czyli – można mówić Warsaw Summit, ale dodając od razu tłumaczenie na nasz język narodowy. Trzeba, to jest obowiązek polityków i dziennikarz tłumaczyć obce nazwy, definicje i zwroty językowe.

Tu dodam, że nazwa Warsaw Summit pojawiła się już w czasie trwania konferencji, potem w deklaracji końcowej oraz we wszystkich materiałach prasowych – bez tłumaczenia na polski. Panie i Panowie – Warsaw Summit nie jest nazwą własną, handlową i zastrzeżoną jak Coca Cola, Colgate czy Persil. Być może organizatorzy tego zdarzenia chcąc nadać jej wagę i powagę wymyślili nazwę angielską, być może chcieli być międzynarodowi, skoro zebrane towarzystwo też było międzynarodowe. Ale w każdym z krajów trzeba to tłumaczyć łącznie, np. Warsaw Summit czyli Warszawski szczyt.

Sprawa ma też aspekt komediowy, bo przecież przedstawiciele 13 europejskich partii wyraźnie opowiedzieli się za Unią Europejską jako tworem niezależnych państw narodowych, sprzeciwiając się Unii jako tworowi mającemu być organizacją ponad państwami członkowskimi. A wyszło śmiesznie, bo (przynajmniej w Polsce) nad wszystkim górował, panował i określał sytuację język angielski.

Katowanie Fit for fifty fajf

W innej niedzielnej audycji telewizyjnej można było usłyszeć i widzieć jak politycy opozycji bronili Fit for fifty fajf, a politycy rządowi bezlitośnie znęcali się nad rzeczonym Fit for fifty fajf. Mało tego, dziennikarka prowadząca program również operowała nazwą Fit for fifty fajf. I tak to trwało kilka długich minut. I nikomu nie przyszło do głowy, że przynajmniej kilka osób (w tym i ja) ni cholery nie wiedzą o co chodzi. A oni (uczestnicy dyskusji plus dziennikarka) walczyli między sobą na dobre. Musiałem sięgać do Internetu i okazało, że trochę wiem o tym  Fit for fifty fajf. Chodzi o pakiet „Gotowi na 55”, czyli o nowe przepisy ochrony klimatu.

Niby się ucieszyłem, że dotarłem do jądra sprawy. Ale tylko trochę. Bo niby dlaczego mam się domyślać o czym mówią politycy i dziennikarze w polskojęzycznych stacjach? Nie wymieniam stacji, bo one wszystkie są już polskojęzyczne. I tak się zastanawiam… Skoro w Parlamencie Europejskim wszystkie języki są sobie równe, to dlaczego w polskich stacjach telewizyjnych dominuje angielski?

I taka to była, w one lata, narracja w sprawie Warsaw Summit oraz Fit for fifty fajf.

Taka jest narracja w tej sprawie

Przy okazji – słowem, które ostatnio przebiło się i panuje jest teraz narracja. Samo słowo odnosiło się przez prawie 200 lat do opowiadania, do narratora, który przedstawia jakiś tok zdarzeń w noweli, opowiadaniu czy powieści. Narracja znaczy tyle, co opowiadanie oraz działanie narratora, jego pozycja w dziele i przynależy do teorii literatury.

Skąd u nas w ostatnich wzięło się tylu znawców teorii literatury? Tym bardziej, że z czytelnictwem nie jest za wesoło. A już teoria literatury nie jest dziedziną ani łatwą. Nie sądzę, żeby używający terminu narracja wiedzieli o niej więcej niż to, że jest.

Ciągle słyszę jak politycy i dziennikarze (choć nie wiadomo kto ten niecny proceder z narracją zaczął) mówią: Nie zgadzam się, pańska narracja jest mi dalece obca. Albo: Narracja pana ministra daleko odbiega od prawdy. Czy też: W pana narracji słyszę teorie lewicowe. Nawet premier mówi, że „Taka jest narracja w tej sprawie”.

Przecież żaden z polityków nie występuje w show w kategorii „Współczesna powieść grozy”. Oni po prostu przedstawiają problemy i mają propozycje ich rozwiązania. I dlatego powinni mówić prosto, normalnie, zrozumiale dla każdego. Powinni mówić tak: „Pana punkt widzenia tej sprawy jest mi dalece obcy; Fakty, które przedstawił pan minister są inne.; Pana interpretacja tego problemu jest błędna; Pana interpretacja jest nacechowana teoriami lewicowymi. A premier powinien powiedzieć: Tak widzę prawdziwy przebieg zdarzeń, tak rozumiem te wydarzenia, tak było naprawdę.

Narracja z lenistwa

Być może kiedyś niedawno rozbił się nad Polską jakiś balon nadmuchany narracją, idiosynkrazją, abominacją oraz setką innych trudnych słów. I nieświadomie wchłonęliśmy te dziwactwa. Teoria jest trudna do przyjęcia, ale pamiętam przecież jak kilka lat temu ważny polityk twierdził, że z zachodu Europy emitowane są na Polskę jakieś fale, które powodują poważne trudności z myśleniem. Jeżeli mógł polityk, to ja też (korzystając z dobrodziejstw demokracji) mogę mieć swoją teorię.

Naprawdę jednak podejrzewam, że narracja pojawiła się z lenistwa. Lenistwo jest nieodłączną  cechą człowieka. Przecież wypędzanemu z raju Adamowi Pan Bóg mówi: W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz. (Rdz 3,17–19).

Czyli wysiłek jest jednak nieprzyjemny. Oczywiście męczą się nieludzko sportowcy, ale za to im się płaci. Cała reszta ludzkości woli odpoczywać niż pocić się z wysiłku. Zatem lenistwo jest nam wpisane w geny. I to dlatego wolimy mówić krócej niż dłużej. Nie chcąc męczyć języka, szczęki i całego aparatu wymawianiowego dążymy do mówienia jak najkrócej. Niestety – jak już pisałem w poprzednich felietonach – język polski jest tworem opisowym i musimy używać dwóch, trzech słów, chcąc powiedzieć to samo co tylko jednym słowem powie Anglik.

Może zresztą nie chodzi tylko o lenistwo. Być może chodzi też o pychę, o wynoszenie się nad innych. A jest ona również grzechem naszym narodowym. U nas każdy chce być lepszy. Nie to, że w ogóle lepszy i doskonalszy, ale lepszy od innego.

HUBERT BEKRYCHT: Dziennikarstwo i wojna, czyli kres poprawności politycznej potrzebny od zaraz

Nie ma co udawać – zaczęła się wojna. A kiedy zaczyna się wojna, nie kończy się co prawda  dziennikarstwo, ale musi się kończyć poprawność polityczna związana relacjami o wojnie. Zresztą dobrze, aby poprawnoiści politycznej nie było też w czasach pokoju.  Chodzi o relacje związane z wojną z punktu widzenia polskiego dziennikarza, obywatela kraju, który potępił Moskwę za agresję w Donbasie. Kraju popierającego Ukrainę. Kraju będącego w NATO i UE.  Z polityczną poprawnością skończyłem już w podstawówce, ale niektóre moje Koleżanki i niektórzy Koledzy, nawet w przededniu napaści Rosji na Ukrainę szukali „drugiej strony”, czyli, przepraszam za wyrażenie ,”racji” Kremla w chorym dążeniu Putina do zbrojnej anekcji kolejnych części niepodległego państwa i podżegania do wojny w Europie.

Takie postępowanie polskiego dzienniarza jest nie do pomyślnia. Nie ma mowy o usprawiedliwianiu reporterów, którzy przekazują treści szkodliwe dla swojego państwa. To jest jasne i korespondentom wojennym nie potrzeba powtarzać. Co jedenak z nami? Dziennikarzami, którzy zostają na tyłach?

Trzymajmy się przede wszystkim zasady – jest wojna, nie pisz, jeśli nie sprawdziłeś naprawdę dobrze. Nastroje społeczne w obliczu konfliktu, to nie są emocje z zebrania wspólnoty mieszkaniowej. Pomyśl zanim napiszesz coś o zaopatrzeniu sklepów spożywczych, bo jeśli się pomylisz i podasz, że jest mało cukru i mąki, to nastepnego dnia będą tylko puste półki. Bez cukru i mąki, bez kaszy i ryżu i bez setek produktów spożywczych. A mało cukru i mąki mogło być przez dwie godziny, bo sprzedawca postanowił zmienić asortyment, a ty robiłeś relację przed dostawą.

Nie strasz. Nie pisz i nie mów, że słyszałeś o Rosjanach na przedmieściach Puław, Sieradza, czy w okolicach Białki Tatrzańskiej, bo to będzie na 99 proc. plotka, chyba, że akurat w Puławach, Sieradzu i w Białce mieszka dużo osób posługujących sie językiem rosyjskim. Ale nawet wówczas nie oznacza to, że na nas napadli akurat ci Rosjanie, którzy mieszkają u nas kilka lat lub, że to w ogóle są Rosjanie.

Zachwaj czujność. Wiem, brzmi to, jak z ponurych czasów stalinizmu, ale zawsze trzeba być ostrożnym, kiedy wojna u bram, a przybywa ludzi, którzy mogą nie być uchodźcami z Ukrainy.

Bądź dobrze przygotowany. Nie zaszkodzi oprócz angielskiego, czy niemieckiego lub francuskiego znać podstawy rosyjskiego i ukraińskiego. Wbrew pozorom te dwa języki można bez trudu odróznić od siebie odróżnić. Czytaj najnowsze informacje w różnych mediach. Porównój.

Propagandy wroga używaj tylko po to, aby ją zdemaskować. Nie baw się w „śledczego” dziennikarza wojennego. Masz niepokojące informacje nie rób z tego „jedynki”, bo agenci wpływu mogą cię łatwo nabrać. I szkodliwa rosyjska papka przedostanie się do polskich mediów. Przypuszczasz, że ktoś o  prokremlowskich poglądach  cię podpuszcza, nie idź z tym do redakcji Idź do ABW lub innych służb, najlepiej wojskowych.

Nie daj po sobie poznać, że się boisz, szczególnie jeśli pracujesz w mediach elektronicznych. Ludzie widzą i słyszą więcej niż myślisz. Każdy może czuć strach, ale twoja panika nie jest podczas zbrojnego konfliktu tylko twoja, bo mówisz do tysięcy ludzi, których możesz przestraszyć.

Mam nadzieję, że wszystkie te rady i sugestie na nic się nie przydadzą i będzie można je wkrótce wrzucić do archiwum. Na razie jednak mogą się przydać.

 

 

HUBERT BEKRYCHT: Wojenna gra w hokeja albo kij Putina na Europę. Aktualizacja: Finowie wygrali z Rosjanami!

Aktualizacja (20.02.22 r. godz. 10.40):

Gratulacje dla hokeistów Finlandii i dla całego kraju! Zwycięstwo Suomi nad ulubieńcami Putina w olimpijskim finale może być dobrą wrózbą dla świata. „Olimpijskie złoto”. HS; hs.fi

Gdyby mecz o złoty medal turnieju hokejowego mężczyzn w Pekinie między Finlandią a Rosyjskim Komitetem Olimpijskim odbywał się kilka tygodni temu, a nie w nocy z soboty na niedzielę 20 lutego, można byłoby, w dobrej wierze, szantażować Moskwę, że albo wycofa się z agresji na Ukrainę albo rosyjscy hokeiści nie zagrają w finale. Teraz, niestety, jest za późno na szachowanie Kremla, bo kochający grę w hokeja Putin wojsk nie wycofa. Tylko, że jest jeszcze kilka godzin, aby upokorzyć najeźdźcę i rzeczywiście wykluczyć reprezentację agresywnego państwa z imprezy stanowiącej, jeszcze, emanację dążeń pokojowych całego świata. Teoretycznie.

Chyba, a piszę to kilka godzin przed finałem hokejowego turnieju, mimo napiętej sytuacji międzynarodowej, do odwołania meczu nie dojdzie. Dlaczego? Bo jednak szefem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego jest Niemiec. A właśnie Niemcy, jako kraj niewątpliwie miłujący pokój, nie mają – że tak tajemniczo napiszę – pełnych zdolności negocjacyjnych w rozmowach z Rosją… Chodzi o kawałek rury pod Bałtykiem, przez który ma płynąć gaz. A strażnikiem zaworu na Europę, w imieniu Moskwy, ma być Berlin. A że raz zdobyty, to się tam boją wschodnich turystów, na przykład znad Donu.

Krótko mówiąc banda tchórzy z olimpijskiej centrali nie jest w stanie nic zrobić, aby pokazać, że kraj napadający inne państwo nie jest godny walczyć o olimpijskie złoto. Dawniej laur. A o czystą sportową walkę i pokój na planecie chodziło przecież wskrzesicielom idei olimpizmu.

Sportowcy z Rosji na chińskich igrzyskach występują jako Russian Olympic Committee, bo od lat nad Wołgą i Amurem kwitnie przemysł sportowego dopingu. Ależ to kara, ależ się Rosjanie przejęli… I tak w ich telewizjach zamiast logo ROC widnieje Rossija. A Rossjia byłaby skompromitowana i sfrustrowana, gdyby tamtejsi hokeiści wrócili z Pekinu bez żadnego medalu, wykluczeni z igrzysk. Niestety, to mało prawdopodobne. Putin jest żałośnie pewny siebie, nie ustępuje. A Zachód, czyli także i my? Pozwalamy mu na wiele.

Modlę się o to, aby poniższy scenariusz się nie spełnił. Może się jednak zdarzyć tak, że kiedy u nas będzie około 7.30 w niedzielę 20 lutego, w Moskwie, już po meczu, w którym będę kibicował Finom i zakończeniu pekińskich igrzysk, Władimir Władimirowicz – po prysznicu (mieszkał, jako szpieg w NRD – czysty jest) i lekkim śniadaniu (Europejczyk przecież) – niezależnie od gry i wyniku meczu hokejowego ROC z Finlandią, da sygnał do inne „gry”. Z Ukrainą. Niestety, będzie to wojna. Moskwa, jakkolwiek abstrakcyjnie to zabrzmi, napadnie na Kijów już po zgaszeniu olimpijskiego ognia, a dla ludów wschodu symbolika ma znaczenie. Co zrobią ugodowe wobec Kremla państwa UE, kiedy prezydent Federacji Rosyjskiej spróbuje przejąć ster Starego Kontynentu?

Niemcy, Francja i Benelux poproszą o negocjacje. A Putin z uśmiechem wyjmie symboliczny kij na Europę. Nie hokejowy, ale gazowy. A może znajdzie też jakiś kostur na Chińczyków.

I tak oto, z powodu braku zdecydowania i zwykłego strachu, po raz kolejny satrapa zakpi sobie z pokoju. I oby tylko ROC nie zdobył złota w turnieju hokejowym mężczyzn, bo przy szacunku do uczciwych sportowców z Rosji, to jest parodia reprezentacji państwa godnego stanąć w olimpijskie szranki.

Zwierzęcy strach, którego jeszcze w tym roku nie poczuje Putin i wyrafinowane tchórzostwo Paryża oraz Berlina ubrane w szaty cywilizacyjnej wyższości, to w sumie te same uczucia. Zawsze tchórzostwo prowadzi do upadku. Tylko, czym zawinili mieszkańcy Ukrainy? Oby nie było tak z obywatelami krajów bałtyckich i z nami. Ugody i porozumienia z terrorystami prowadzą zawsze do upadku. Strzeżmy się ugodowców!

 

Jarosław Marek Rymkiewicz – Poeta, który kochał Polskę

Na cmentarzu w Milanówku odbył się pogrzeb Jarosława Marka Rymkiewicza, wybitnego poety, przez wielu uważanego za jednego z największych polskich współczesnych mistrzów pióra. Rodzina prosiła o uszanowanie prywatnego charakteru uroczystości, dlatego w mediach zapewne nie będzie relacji. Ale pamiętać o Poecie powinni nie tylko miłośnicy jego wierszy.

Jarosław Rymkiewicz to oczywiście nie tylko poeta, to także znawca twórczości Adama Mickiewicza i Juliusza Słowackiego, znawca polskiej literatury, profesor nauk humanistycznych, dramaturg, pisarz, krytyk literacki, eseista, który kochał Polskę i jak dziś czytamy we wspomnieniach o nim – który ukształtował myślenie wielu z Polaków.

Ja chciałabym dodać do tej listy jeszcze jego zasługi w walce o wolność słowa w naszym kraju. Jego jednoznaczna patriotyczna postawa i procesy, jakie w związku z jego wypowiedziami wytoczyła mu Gazeta Wyborcza oraz jego sprzeciw wobec skazujących go na grzywny sądów wzbudzały i budzą szacunek.

Proces, jaki za wypowiedziane słowa wytoczyła mu Gazeta Wyborcza w 2011 r. był dla wielu szokiem – przecież kilka lat wcześniej sama nagrodziła go nagrodą za tom wierszy „Zachód słońca w Milanówku”.  Ale poeta dla tego środowiska był wielkim tylko wtedy, gdy pisał o przyrodzie i domowych zwierzętach i urokach przydomowego ogródka, lub podobnych „neutralnych” tematach.

Przyczyną procesu, jaki wytoczyła mu Gazeta Wyborcza była wypowiedź 77-  letniego wówczas Jarosława Rymkiewicza dla Gazety Polskiej z 2010 r. Bronił wówczas ustawionego na Krakowskim Przedmieściu krzyża i jego strażników, pisał, iż Polacy, stając przy nim, mówią, że chcą pozostać Polakami. Poeta argumentował wtedy: To właśnie budzi teraz taką wściekłość, taki gniew, taką nienawiść – na przykład w redaktorach „Gazety Wyborczej”, którzy pragną, żeby Polacy wreszcie przestali być Polakami i dodał, że redaktorzy Gazety Wyborczej są duchowymi spadkobiercami Komunistycznej Partii Polski.  Według niego rodzice czy dziadkowie wielu z nich byli członkami tej organizacji, która była skażona duchem „luksemburgizmu”, a więc ufundowana na nienawiści do Polski i Polaków. Tych redaktorów wychowano tak, że muszą żyć w nienawiści do polskiego krzyża. Uważam, że ludzie ci są godni współczucia – polscy katolicy powinni się za nich modlić – napisał poeta.

Gazeta Wyborcza nie chciała mu darować słów „spadkobiercy Komunistycznej Partii Polski – od starszego pana, poety, który w gazecie napisał tylko to, co myśli, zażądała przeprosin i 5 tysięcy złotych odszkodowania za naruszenie tzw. dóbr osobistych.  A wolne polskie sądy zajęły się ustalaniem, co to znaczy, że wg kogoś ktoś jest czyimś „duchowym spadkobiercą”. Kolejne instancje skazywały poetę przyznając tym samym, że musi zapłacić to odszkodowanie, a za swoje słowa przeprosić Wyborczą  – a on na to nie chciał się zgodzić. Wspierały go setki osób, które przychodziły do sądu na rozprawy, choć sale sądowe nie mogły ich pomieścić. Po kolejnym skazującym wyroku Jarosław Marek Rymkiewicz wygłosił apel, który dziś można znaleźć w sieci dzięki filmowi Grzegorza Brauna „Poeta pozwany” , apel warto przypomnieć dosłownie, Jarosław Rymkiewicz powiedział wtedy: Wolność słowa będzie teraz w Polsce ograniczana, ale wy moi drodzy nie zważajcie na to, mówcie dalej co chcecie pamiętajcie że jesteście wolnymi Polakami Gazeta Wyborcza nie będzie nami rządzić.  Zarządowi spółki Agora i redaktorom Gazety Wyborczej chce przypomnieć stare polskie przysłowie – musi to na Rusi, a w Polsce jak kto chce .Nie zmusicie nas do milczenia. Rusi tu nie będzie.

Proces ten wśród wielu Polaków budził prawdziwe zdumienie, nie można było zrozumieć, dlaczego wielki giełdowy koncern medialny walczy z kilkoma słowami wypowiedzianymi przez poetę w jednej z gazet, dlaczego z takim uporem dąży do jego skazania, dlaczego sądy tak ochoczo się tym zajmują, zamiast oddalić pozew. Przecież pan Rymkiewicz miał prawo myśleć co myślał i pisać to co myśli.

Warto więc pamiętać, że Jarosław Marek Rymkiewicz był jednym z tych , który miał odwagę poruszać w swojej twórczości poetyckiej najbardziej palące problemy naszej współczesności, np. jeden z najbardziej znanych swoich wierszy  napisał  19 kwietnia 2010 roku,  9 dni po katastrofie smoleńskiej, pisał  o „krwi na fotelach tupolewa zmywanej szlauchem o świtaniu”  i o tym, że to co nas podzieliło – to się już nie sklei, Nie można oddać Polski w ręce jej złodziei, którzy chcą ją nam ukraść i odsprzedać światu (…) Jarosław Marek Rymkiewicz mówił jeszcze, iż literatura nikomu i niczemu nie służy, służyć nie powinna i służyć nie może – ani państwu, ani społeczeństwu, ani politykom, ani gazetom, ani żadnej władzy. Nic ją nie obchodzi, co sądzi o niej społeczeństwo, co sądzi państwo, co sądzi telewizja, co sądzą politycy i partie. Literatura nie jest żebrakiem – mówił poeta – O nic nie prosi i nie czeka na wsparcie. Potrzebuje tylko czytelników, istnieje dlatego, że oni istnieją. I dziękował czytelnikom za to, że czytają jego książki.

My dziś możemy dziękować za dziedzictwo, które Jarosław Marek Rymkiewicz, także nam dziennikarzom, zostawia.  Warto byśmy o nim pamiętali.

SISDD – Subiektywny i Ironiczny Słownik Dziennikarsko-Dziennikarski HUBERTA BEKRYCHTA

W proteście przeciwko politycznej poprawności redakcja zastrzega sobie niealfabetyczną kolejność publikacji haseł słownika.

 

Dziennikarz – każdy;

 

Dziennikarz, publicysta – nie każdy;

 

Publicysta – prawie każdy;

 

Publicysta kulturalny – nikt;

 

Publicysta z działu publicystyki kulturalnej – byli tacy, niedobitki na emigracji w USA;

 

Dziennikarstwo covidowe – styl dziennikarzy, którzy skupieni w tzw. działach covidowych redakcji udają, że znają się na chorobach zakaźnych;

 

Dziennikarstwo antyszczepionkowe – dziennikarze, którzy zostali odsunięci od pracy w tzw. działach covidowych redakcji;

 

Epidemiolog – lekarz, który mówi chętnie o pandemii;

 

Szaman – lekarz, który nie zgadza się z lekarzami mówiącymi chętnie o pandemii;

 

Ładny – ktoś, kto zgadza się z założeniami Polskiego Ładu;

 

Brzydki – nieładny.

 

Ciąg dalszy będzie się ciągnąć, ale należy założyć, że publikowane znaczenie haseł może być niezgodne ze stanem faktycznym.

 

WALTER ALTERMANN: Dręczenie języka

Spokojny poświąteczny dzień, grudzień 2021 roku. Leniwie oglądam skoki narciarskie. Z progu wybił się kolejny zawodnik a sprawozdawca krzyczy:  – Taki piękny skok, a ten młodzian, jest nuworyszem w tym gronie. Myślę sobie, że sprawozdawca się przejęzyczył i chciał powiedzieć: „nowicjusz”. Ale nie, po chwili dziennikarz sportowy powtarza, że skoczek jest jednak „nuworyszem”. 

 

Zrobiło mi się przykro (w imieniu zawodnika) i wstyd (za dziennikarza). Bo jakże to tak nazywać Bogu winnego ducha młodziana? Przecież nuworysz jest określeniem pejoratywnym a nawet obraźliwym. Tak elity określały człowieka, który szybko się wzbogacił i siłą swych pieniędzy wdarł na salony. Nuworysz to człowiek bez kultury, hałaśliwy, nieobyty, bez manier, prostak a nawet cham. Przykładem  nuworysza w naszej literaturze jest postać Kaczmarka z „Ziemi obiecanej”, chłopa, który dorobił się wielkich pieniędzy na wydobyciu i dostawach piasku dla powstającej Łodzi. W powieści Kaczmarek mówi, że na wsi jest Kaczmarkiem, ale w mieście jest już Kaczmarskim. I teraz chce kupić majątek ziemski Borowieckich, żeby mu tam „jakieś Żydy czy Niemce nie mówiły, że jest chłopem.” I mówi to w obecności dwóch przyjaciół Polaka Karola Borowieckiego – Żyda Moryca Welta i Niemca Maksa Bauma.

 

Pewność siebie i łacina

 

Pytanie jest takie: dlaczego dziennikarz to powiedział? Odpowiedzi jest, niestety, kilka. Po pierwsze dziennikarz, jak słychać, lubi obce słówka, mające być dowodem, że jest światowcem – skoro jeździ po całym świecie relacjonować zawody. Po drugie, dziennikarz, ma wiedzę dotyczącą skoków, biegów, jazdy na łyżwach i innych takich, ale nie ma wiedzy kulturowej i nie wie kim był w dawnych wiekach „nuworysz”. Po trzecie, dziennikarz, jest bardzo pewny siebie, skoro używa słów nieznanych mu, i ma mętne pojęcie o pochodzeniu i znaczeniu słów. No i czuje, że może sobie pozwolić na wiele. Pycha zresztą zgubiła niejednego dziennikarza. Temu sympatycznemu źle nie życzę, więc życzę mu jedynie tego, żeby tylko i wyłącznie mówił po polsku.

 

Z językiem dziennikarzy naszych nie jest dobrze. Tak samo zresztą jak z resztą obywateli. Nawet Sejm, przed laty, zauważył ten problem i przegłosował ustawę o ochronie języka polskiego. Czy ta ustawa działa? Skądże. Jest martwa jak łacina. Chociaż… moja łacinnica w liceum upierała się, że język łaciński nie jest martwym językiem. Jako przykład podawała tramwaj. Oczywiście tramwaj Rzymianom znany nie był, ale da się określić go językiem Cycerona i Cezara. Miało to być tak: – pojazd miejski, poruszający się samoistnie po szynach za pomocą napędu elektrycznego. Na nasze nieśmiałe uwagi, że Rzymianom nie były znane również szyny i elektryczność, pani od łaciny wyjaśniała, że i te wynalazki da się przedstawić w języku łacińskim. I budowała wielopiętrowe wypowiedzi w języku, który kochała.

 

Nie znęcając się dalej nad sprawozdawcami sportowymi, trzeba jednak zauważyć, że podatni są oni na mody. Ostatnio jeden z nich natrętnie używa „tenże”, zamiast „ten”. Może walczy przy mikrofonie o medal „zasłużony dla XIX wieku”?

 

 Niebezpieczna politologia

 

Z całą pewnością jednak dziennikarze mówią o wiele lepiej od polityków. Ale politykom wolno, ktoś na nich głosował. Niestety dziennikarze przejmują język od polityków, którzy wcześniej przejęli go od politologów. Politologia jest nauką niebezpieczną dla języka polskiego. Każda nauka bowiem (o czym naucza nas propedeutyka nauk) najpierw musi mieć ugruntowany swój przedmiot badań, potem ich zakres, potem własny język a na końcu kadrę naukową. Podejrzewam, że politolodzy zaczęli od końca, ale nie to jest tu ważne. Politologia posługuje się językiem własnym (jak każda nauka) i hermetycznym, zamkniętym przed niewtajemniczonymi. Politolodzy tworzą światy niedostępne dla zwykłego obywatela, po to żeby byli bardziej „naukowi”. I ten język zaczyna – jak wirus – zarażać Bogu ducha winnych dziennikarzy. Naprawdę trzeba niemało wysiłku, żeby przebić się przez tę nowomową i zrozumieć o co chodzi. Mogliby politolodzy mówić normalnie? Oczywiście, ale wtedy okazałoby się, że są oni jedynie zmutowanymi socjologami. Przykłady? Będą w następnych odcinkach.

 

Krępujące „posiadanie żony”

 

Bawi mnie też nagminne teraz używanie przez dziennikarzy czasownika „posiadać”. Zamiast pisać i mówić normalnie, że Kowalski ma samochód i willę, mówią Kowalski to wszystko „posiada”. Problem jest w tym, że w języku polskim są dwa podobne czasowniki: mieć oraz posiadać. Niby podobne, ale jednak inne. Posiadać pochodzi od łacińskiego possessivus i dotyczy własności czegoś. Stąd zresztą mamy dawnego polskiego posesjonat, czyli człowieka mającego na własność jakąś nieruchomość. Z tego samego łacińskiego pnia pochodzi też używany jeszcze w XIX wieku posesjonat oznaczający bogatego właściciela dóbr ziemskich, fabrycznych czy kamienicznika. Tymczasem teraz słyszymy polityków, którzy mówią „posiadam żonę”. Chciałoby się odpowiedzieć: Nie ma się pan czym chwalić, posiadanie żony jest pana obowiązkiem, choć intymnym. Wspomniany polityk powinien powiedzieć po prostu „mam żonę”. Ale wtedy jego powaga spadłaby gwałtownie, znaczenie by zmalało a nimb wokół jego głowy zgasłby. Słówko ma w naszym języku zawiera również pojęcie posiadania, ale jest tak proste, że dzisiejszym dygnitarzom nie wypada tak prosto mówić.

 

Wszystkim nam potrzebny jest wyrobiony słuch językowy. Wynosi się go z domu, ale można też wyrobić go sobie samemu. Jak? Czytając dobre lektury. Najlepiej polskich klasyków z  XIX wieku. Tam jest podstawa języka polskiego, zarówno leksykalna jak i frazeologiczna. Potem zaczynają się już w literaturze eksperymenty. Tych XX-wiecznych pisarzy też trzeba czytać, ale uczyć się trzeba od Mickiewicza, Słowackiego, Fredry, Bałuckiego, Prusa i Sienkiewicza.

 

I jeszcze jedna drobna uwaga – każdy z dziennikarzy musi się nieustannie dokształcać, także i ja, dlatego więc dałem temu felietonowi nadtytuł:  Samopouczek.

 

 

 

HUBERT BEKRYCHT: Dziennikarz w kryzysie, czyli życzenia na 2022 rok

To nie dziennikarstwo zeszło na psy, to dziennikarze, bo większość z nich przeżywa kryzys, tak jak otaczający nas świat. Nowy, 2022 rok będzie trzecim rokiem pandemii i którymś z kolei rokiem sztywnego opisu świata przez pogrążonych w kryzysie dziennikarzy, w którym znaleźli z powodu zbytniej wrażliwości lub jej braku.

 

Ponad dziesięć lat temu rewolucja technologiczna ograniczyła wyobraźnię wydawców i właścicieli wielu mediów. Nie sądzili oni wówczas, że rozwój nowych mediów, głównie społecznościowych, zagrozi tradycyjnym gazetom, rozgłośniom radiowym i stacjom telewizyjnym. Sieć i jej prawie nieograniczone możliwości wywołały pełzający kryzys w środowisku dziennikarskim.

 

W Polsce kilka lat temu na emerytalny odpoczynek zaczęli udawać się przedstawiciele następnej, chyba trzeciej już, powojennej generacji dziennikarzy. Wiele z tych osób, choć zawodowo czynni są dużo starsi od nich ludzie mediów, poszło na emeryturę, bo praca była dla nich zbyt skomplikowana informatycznie i narzucała zbyt szybkie tempo życia.

 

Obserwujemy też inne zjawisko. Frustracja 50-latków – obawiających się po prostu, że ktoś sprawniejszy technologicznie wypchnie ich z redakcji – spowodowała też tzw. zmowę pokoleniową. Tak, tak, proszę spokojnie popatrzeć na nasze, dziennikarskie miejsca pracy. Sam już trzy dekady pracuję i wcale nie uważam, że wszyscy, którzy teraz zaczynają w zawodzie to media workerzy. Jest wiele utalentowanych osób czekających w redakcjach na swoją szansę. Często kilka, a nawet kilkanaście lat. Rewolucja mediów m.in. społecznościowych spowodowała, że zaczęli tę szansę po prostu wykorzystywać.

 

Młodsi, z reguły, lepiej znają się na nowinkach technologicznych, chociaż brak doświadczenia nieco ich dziennikarsko ogranicza. Nie ma tutaj zwycięzców i zwyciężonych, bo przecież liczą się Odbiorcy. A co wybierają „nowi” telewidzowie, radiosłuchacze, czytelnicy i internauci?

 

Odbiorcy nie zmieniają się tak szybko. Czekają. Na przykład na swoją prasę. Także jeszcze papierową. Czekają również na mniej inwazyjne media elektroniczne, które poza kluczowymi pierwszymi zadaniami i tzw. paskami oferują coś więcej. Jeśli nikt w redakcjach i koncernach medialnych tego nie zauważy i dążyć będzie do technologicznej dominacji mediów, kryzys ludzi wykonujących zawód dziennikarza pogłębi się.

 

Narzekamy często na dziennikarstwo, które jest coraz bardziej bezduszne, odczłowieczone, odmóżdżone, ale to nie dziennikarstwo zeszło na psy, to dziennikarze, bo większość z nich przeżywa kryzys, tak jak otaczający nas świat. Nowy, 2022 rok będzie trzecim rokiem pandemii i którymś z kolei rokiem sztywnego opisu świata przez pogrążonych w kryzysie dziennikarzy, w którym znaleźli z powodu zbytniej wrażliwości lub jej braku, bo wrażliwość jest pochodną niezgody na świat. Wielu dziennikarzy trwa w kryzysie, bo paradoksalnie to ów stan przynosi znaczne zyski koncernom produkującym informacje.

 

Napisałem tak, bo to produkcja informacji (sic!) jest teraz problemem. Nawet, jeżeli produkowane są newsy są prawdziwe, nie opisują rzeczywistości, tylko ją kreują. Nie, jako trend, zachęta do dyskusji, co jest dopuszczalne. Po prostu działa już masowa wytwórczość informacji nieprawdziwych lub wyrosłych na plotkach, czy onirycznej wizji świata. Na to nie może być zgody środowiska dziennikarskiego.

 

Jeszcze poważniejszy problem to fake newsy – kłamstwa produkowane po to, aby właśnie, jako fałszywy przekaz dotarły do Odbiorców. To już kryminał. Ale w niektórych redakcjach zdominowanych przez polityczne cele tak postępują właściciele, wydawcy i tak zwani dziennikarze. Dla nich nie ma miejsca wśród ludzi opisujących rzeczywistość i w gronie publicystów. Innego zdania są niestety medialni magnaci i niektórzy politycy.

 

Fake newsy nie są jednak, jeszcze, największym przekleństwem dla Odbiorców polskich mediów. To trend właściwy, także jeszcze, tylko dla portali społecznościowych, gdzie fake newsy najczęściej piszą głupi dziennikarze dla głupich polityków.

 

Niestety skoordynowane kłamstwa włamują się do prasy, radia, telewizji i portali internetowych, bo coraz mniej zabezpieczeń stosujemy, bo nie mamy czasu na sprawdzenie czegoś dokładniej, bardziej wnikliwie. Włamywacze, czyli nieuczciwi tzw. dziennikarze, stosują coraz bardziej wyrafinowane metody. Elektroniczne, ale i stare sposoby manipulacji, a nawet po prostu szpiegowskie sztuczki, bo świat, nawet po pandemii, bezpieczniejszy już nie będzie i widmo wojny coraz bardziej się krystalizuje.

 

Mieszkamy w bardzo niebezpiecznej, wbrew pozorom, części świata. Kiedyś dziennikarze ze Starego Kontynentu relacjonowali głównie konflikty w Azji czy Afryce. Teraz do nas przyjeżdżają reporterzy z całego świata, aby – głównie z powodu kremlowskich prowokacji – obserwować napięcia na wschodzie Europy.

 

W sprawach związanych z obronnością, jeszcze dekadę temu obowiązywały dziennikarzy szczególne regulacje. Dziś wystarczą cukierki, czy celowo porozrzucane w lesie dziecięce ciuszki, aby Odbiorcy nabierali się na podłe fake newsy, które nie są już tylko kłamstwami, czy manipulacjami. To po prostu przestępstwa popełniane, aby zwiększyć tzw. klikalność, bo silnikami większości mediów są portale internetowe.

 

Kto z dziennikarską legitymacją zrobi coś takiego? Kto jest w stanie sprokurować takie rzeczy? To najczęściej ludzie, którzy nie znaleźli miejsca w jakiejś redakcji, a teraz za wszelką cenę „udowadniają”, że się ktoś pomylił. Są dziennikarzami tylko z nazwy i raczej wbrew czemuś niż z jakiegoś powodu… Czyli, to już nawet nie dziennikarstwo w kryzysie czy dziennikarze w kryzysie, a ludzie udający dziennikarzy podczas kryzysu.

 

Widać to na przykład podczas uważnej obserwacji relacji z granicy polsko-białoruskiej. Zawodowcy od razu wiedzą, co jest tylko przesadą, co konfabulacją, a co po prostu sprzeniewierzeniem się polskiej racji stanu, czyli po prostu zdradą. Tutaj należy bezwzględnie egzekwować przepisy bez względu czy to dziennikarz jest w kryzysie, czy też kryzys międzynarodowy wpływa na zachowanie dziennikarzy, czy też jest to fałszywy reporter mogący pogłębić kryzys.

 

Być może, kiedy kara dla udających „wolnych” dziennikarzy będzie nieuchronna i w końcu zostaną sklasyfikowani przez służby, jako wolni, ale od rozumu… Przecież istotą ich przekazu jest, nieważne czy zamierzona, pomoc naszym wrogom.

 

W Nowym Roku wszystkim prawdziwym dziennikarzom, i tym w kryzysie i tym, którzy ciągle mają nadzieję, niezależnie od poglądów i redakcji życzę omijania raf, jakie spotykamy codziennie, sukcesów, wynagrodzeń adekwatnych do jakości pracy oraz po prostu zdrowia a także szczęścia, nie tylko dziennikarskiego.

 

KS. ARTUR STOPKA: Czwarta władza i wata cukrowa

Po tym, co się działo w sferze mediów w Polsce w 2021 r. trudno dokonywać podsumowań i niełatwo prognozować przyszłość.

 

Najprawdopodobniej udostępniony pod koniec 2021 r. film Adama McKaya „Nie patrz w górę” dla niejednego odbiorcy może być swoistym podsumowaniem minionych dwunastu miesięcy w mediach na całym świecie. W recenzjach rzadko jednak nazywany jest po imieniu główny problem, który je nie tylko we wspomnianej (dość topornej) satyrze kształtuje, ale robi to w rzeczywistości. Zachowując tzw. poprawność polityczną należałoby chyba powiedzieć, że fundamentalnym problemem mediów (zarówno tradycyjnych, jak i nowych), jest poziom ich użytkowników, zarówno odbiorców, jak i właścicieli oraz dysponentów, twórców kontentu.

 

Nie chodzi tylko o poziom intelektualny, choć głupota jest od lat jedną z czołowych bolączek, które dotykają media i w minionym roku niewątpliwie dawała o sobie w świecie mediów znać. Chodzi też o poziom poczucia odpowiedzialności za skutki medialnych działań w najróżniejszych sferach, w tym również w wymiarze indywidualnym ich użytkownika. Jak korzystanie w mediów wpłynie na jego egzystencję, poglądy, stan majątkowy, ale również podejście do informacji, do zasad regulujących funkcjonowanie społeczności? Jakie odzwierciedlenie znajdzie w jego etycznych postawach i zachowaniach?

 

Pieniądze i politycy

 

Ktoś może wzruszyć ramionami, że wymienione wyżej kwestie mieszczą się raczej w sferze zagadnień na poziomie meta i choć niewątpliwie dotyczą również mediów w Polsce, to jednak tutaj musiały się one zmierzyć z problemami z kategorii znacznie bardziej przyziemnych, z realnym zagrożeniem dla istnienia i funkcjonowania włącznie. To prawda, że media lubią zajmować się same sobą, jednak w naszym kraju w minionym roku co najmniej w kilku przypadkach zmuszone były do tego przez okoliczności mniej lub bardziej zewnętrzne.

 

Wśród uwarunkowań mających ogromny wpływ na funkcjonowanie mediów czołowe pozycje zajmują pieniądze i politycy. Niejednokrotnie te dwa czynniki występują wspólnie, we współpracy, a nawet w symbiozie. To od nich zależy realna wolność istnienia i funkcjonowania środków przekazu. W minionych dwunastu miesiącach zwłaszcza media tradycyjne w Polsce zostały postawione w sytuacji zagrożenia.

 

Niemal z dnia na dzień

 

Warto od razu zaznaczyć, że w potocznej, często stosowanej w mediach narracji, utożsamiane swą dwie różne wolności, których istnienie wskazywał m.in Cyprian Kamil Norwid w swej „Rzeczy o wolności słowa”. To wolność słowa w sensie ścisłym i – mająca zupełnie inny wymiar – wolność mówienia, czyli publikowania dowolnych treści.

 

W minionym roku tradycyjne media w naszym kraju odczuły zagrożenie właśnie tej drugiej – wolności mówienia. Powodowali je politycy. Używali jako narzędzia pieniędzy i władzy. Usiłowali np. narzucić mediom nowy podatek lub pod znakiem zapytania stawiali samo istnienie niektórych mediów, tworząc przepisy trudne do spełnienia w krótkim czasie.

 

Mieliśmy również do czynienia z mającą tło polityczne zmianą właścicielską liczących się mediów działających w naszym kraju. Zmiana ta znalazła bardzo szybkie odbicie w ich profilu i publikowanych przez nie treściach. Niemal z dnia na dzień odbiorcy w całym kraju otrzymali pod tym samym tytułem zupełnie inne od dotychczasowych treści. Łączyło się to również z odejściem z pracy sporej grupy pracowników tych mediów (nie tylko ich szefów). Tego typu ingerencje w rynek medialny nie tylko nie wzmacniają ich wiarygodności, ale są sygnałem instrumentalnego ich traktowania.

 

Niestabilność i wiarygodność

 

Niestabilność krajowego rynku medialnego powiększały pogłoski o zakusach polityków na jeden z opiniotwórczych dzienników ukazujących się w Polsce. Ostatecznie nie znalazły one potwierdzenia, jednak niepewność wokół własności tak ważnego medium zaprocentowała negatywnie.

 

Negatywnie na ocenę sytuacji mediów w naszym kraju wpłynęły też poważne konflikty wewnątrz innej dużej firmy medialnej. Choć różnice koncepcji nie są w medialnych przedsięwzięciach niczym nadzwyczajnym, to jednak ich upublicznienie przy bardzo dużym nasileniu emocji, również nie przysłużyło się ani odbiorcom, ani twórcom tych mediów.

 

Wiarygodności mediów nie wzmaga także podejmowanie przez polityków decyzji o niewpuszczaniu dziennikarzy do miejsc, których rozgrywają się wydarzenia o charakterze newralgicznym, mających znaczenie dla bezpieczeństwa całego społeczeństwa, ale także dla konkretnych ludzi, którzy w nich uczestniczą.

 

Czas na nowy samizdat

 

W świetle powyższej listy trudno podejmować merytoryczną ocenę zawartości mediów, z których korzystali polscy odbiorcy w minionym roku. Tym bardziej, że politycy (różnych opcji) nie kryli, iż postrzegają je wyłącznie w kategoriach narzędzi propagandy i ideologizacji. Ucierpiała na tym nie tylko prawda, do której dostęp dla tzw. zwyczajnego zjadacza chleba stał się jeszcze bardziej utrudniony, ale także w poważnym zagrożeniu znalazła się przyszłość mediów, zwłaszcza tych tzw. tradycyjnych.

 

Bogusław Chrabota na początku grudnia 2021 r. stwierdził publicznie „Czas na nowy samizdat”. Nie tylko on ma poczucie, że w obecnej sytuacji mediów w naszym kraju potrzebny jest „drugi”, a może nawet „trzeci obieg”. Czy jego rolę może spełnić internet? Niekoniecznie. Choć akurat w Polsce politycy jeszcze się nie zabrali do jego urządzania po swojemu, skupieni póki co na mediach tradycyjnych, to jednak wiele państw na świecie pokazało już, że to nie jest przestrzeń bezpieczna przed ich ingerencją.

 

Kanały do wyboru

 

Dla polskich użytkowników mediów rok 2022 nie jawi się w optymistycznych barwach. Wiele wskazuje na to, że politycy i ideolodzy różnych maści nie tylko nie zmniejszą swoich wysiłków, aby zapanować nad medialnym przekazem i narzucić, gdzie tylko się da, swoją narrację, ale będą wynajdywać coraz skuteczniejsze sposoby, aby postawić na swoim.

 

W czasach PRL-u (gdy polski widz miał do wyboru tylko dwa kanały TVP) krążyła anegdota o człowieku sowieckim, który po powrocie z pracy zasiadł przed telewizorem. W ZSRR miało być tych kanałów do wyboru osiem. Włączył więc pierwszy program, a tam transmitowane na żywo przemówienie sekretarza generalnego partii. Przełączył więc na drugi – to samo. Spróbował na trzecim kanale, a tam plansza z napisem „Ty taki owaki, kanały sobie chcesz przełączać?”. Jak wymknęło się niedawno jednemu z naszych polityków, chcą oni mieć wpływ na to, co się dzieje w mediach. Mówiąc wprost, chcą je kontrolować i traktować jako swoje narzędzia i nie dopuścić do sytuacji, w której okazują się one „czwartą władzą”. W takiej sytuacji trudno oczekiwać w mediach nie tylko prawdy, wolności, ale w ogóle jakichkolwiek wartościowych treści. Choć, jak przypomina film „Nie patrz w górę”, media pełne waty cukrowej i głuche nawet na najważniejsze sprawy, to nie tylko zasługa polityków. A może nawet nie głównie ich.

 

MIROSŁAW USIDUS: To nie był dobry czas dla wolności słowa

Jakkolwiek się by nie gimnastykować pojęciowo, to 2021 roku nie można uznać za dobry rok dla wolności słowa. Jeśli coś w tej sferze rosło, to zapewne była to głownie liczba pretekstów pod jakimi władze państw, platformy internetowe i każdy, który dostał choć nieco władzy i wpływu, ograniczał, limitował i dławił swobodę wypowiedzi.

 

Podsumowania roku, jeśli chodzi o wolność mass mediów zaczęły się już na początku grudnia. Wtedy właśnie opublikowany został raport organizacji non-profit Committee to Protect Journalists informujący, że liczba dziennikarzy na całym świecie, którzy są za kratami, wyniosła – 293 – od początku 2021 r. W tym samym okresie zabitych z powodu wykonywania swojego zawodu zostało co najmniej 24 dziennikarzy, a dalszych osiemnastu zginęło w niewyjaśnionych okolicznościach.

 

Liderem tego ponurego rankingu są Chiny, które uwięziły w minionym roku pięćdziesięciu dziennikarzy, najwięcej ze wszystkich krajów, a za nimi Myanmar z liczbą 26 reporterów aresztowanych w ramach represji po przewrocie wojskowym w lutym,. Niewiele mniej bo 25 miał na koncie Egipt (25) a po nim Wietnam (23). Kolejne miejsce w tym rankingu „niewolności” dzierży Białoruś z liczbą dziewiętnastu aresztowanych dziennikarzy. Pamiętajmy jednak, że nasz wschodni sąsiad to kraj znacznie mniej ludny niż wcześniej wymienione. Zatem, gdyby przeliczać liczbę uwięzionych na głowę mieszkańca, to reżim Łukaszenki zdecydowanie prowadziłby w tym zestawieniu.

 

Bezwzględne więzienie dziennikarzy w Chinach nie nowością. Jednak po raz pierwszy w corocznym raporcie CPJ znaleźli się dziennikarze pozbawiani wolności w Hongkongu. Jest to rezultat wdrożenia w Chinach drakońskiego prawa o bezpieczeństwie narodowym w 2020 roku, w reakcji na głośne protesty prodemokratyczne w tym mieście. Osiem osób związanych z mediami w Hongkongu, w tym Jimmy Lai, założyciel Apple Daily i Next Digital oraz laureat nagrody CPJ za wolność prasy w 2021 r., Gwen Ifill, zostało uwięzionych, co stanowi poważny cios dla i tak już osłabionej niezależnej prasy w tym mieście. Niektórym z aresztowanych może grozić dożywocie.

 

W Chinach kontynentalnych, prześladowani ludzie mediów stają przed litanią niejasnych, orwellowskich ze swej natury zarzutów. Np. niezależna internetowa reporterka Zhang Zhan, aresztowana w maju 2020 r. za krytyczną relację na temat reakcji władz Chin na pandemię wirusa COVID-19, odsiadywała i odsiaduje karę czterech lat za „wszczynanie kłótni i podsycanie problemów”, zarzut często stosowany wobec krytyków rządzącej Komunistycznej Partii Chin. Inni są oskarżani o „dwulicowość”, przestępstwo o niejasnej definicji, typowo totalitarną kategorię, która pozwala prześladować ludzi, nawet, gdy w sposób otwarty nic szczególnego nie zrobili. Reżim w Pekinie szczególnie chętnie sięga po ten kij przeciwko ujgurskim dziennikarzom z prowincji Xinjiang. Chiny wzięły na celownik również nie-dziennikarzy, aresztując 11 osób za rzekome przesyłanie materiałów do „The Epoch Times”, firmy medialnej powiązanej z grupą religijną Falun Gong.

 

Meksyk jest z kolei najbardziej śmiercionośnym dla reporterów krajem półkuli zachodniej. Trzech dziennikarzy zostało zamordowanych w 2021 r. w bezpośrednim odwecie za ich relacje. CPJ prowadzi dochodzenie w sprawie pozostałych sześciu zabójstw, aby ustalić, czy miały one związek z ich działalnością jako dziennikarzy. Sześciu dziennikarzy znajduje się w spisie więzień w Ameryce Łacińskiej – trzech na Kubie, dwóch w Nikaragui i jeden w Brazylii. CPJ odnotował alarmujący spadek wolności prasy w tym regionie.

 

W Ameryce Północnej w momencie zakończenia spisu nie uwięziono żadnego dziennikarza. U.S. Press Freedom Tracker, partner CPJ, odnotował 56 aresztowań i zatrzymań dziennikarzy w Stanach Zjednoczonych w 2021 roku. Osiemdziesiąt sześć procent z nich miało miejsce podczas demonstracji. Zapewne do tych statystyk przygotowywanych raczej z lewicowym nastawieniem nie został zaliczonym Richard O’Keefe z Project Veritas, na którego nalot zrobiło jesienią FBI. Do tej bulwersującej sprawy jeszcze wrócę. W Kanadzie dwóch dziennikarzy aresztowanych podczas relacjonowania protestu dotyczącego praw do ziemi w północnej Kolumbii Brytyjskiej spędziło trzy noce w areszcie, zanim sąd nakazał ich warunkowe zwolnienie.

 

Co najmniej siedemnastu spośród uwięzionych w 2021 roku dziennikarzy zostało oskarżonych o cyberprzestępstwa. W afrykańskim kraju Benin, dwóch zostało oskarżonych na podstawie ogólnie sformułowanego kodeksu cyfrowego, umożliwiającego ściganie karne wszystkiego, co zostało opublikowane lub rozpowszechnione w Internecie.

 

W Afryce Subsaharyjskiej największy regres dla wolności mediów nastąpił w ostatnim okresie w Etiopii. Rząd Abiy Ahmeda stał się w 2021 roku drugim najgorszym więzieniem dla dziennikarzy w Afryce Subsaharyjskiej, zaraz po Erytrei. Liczni dziennikarze zostali aresztowani w kraju po wybuchu walk pomiędzy federalnymi siłami rządowymi, a siłami kierowanymi przez Ludowy Front Wyzwolenia Tigray. CPJ udokumentował wiele innych przypadków łamania wolności mediów w Etiopii w ciągu minionego roku.

 

Prawdą jest, że niektóre kraje wsadziły do więzień w 2021 roku nieco mniej dziennikarzy. Turcja, niegdyś najgorsza pod tym względem, zajmuje obecnie szóste miejsce na liście CPJ po uwolnieniu dwudziestu więźniów. Pozostało osiemnastu. Arabia Saudyjska uwolniła dziesięciu dziennikarskich więźniów – obecnie przetrzymuje 14. Jak zauważył jednak raport CPJ, po nieudanej próbie zamachu stanu w 2016 roku w Turcji skutecznie zlikwidowano media opozycyjne w tym kraju, zaś wielu dziennikarzy zmuszonych zostało do odejścia z zawodu. Liczba uwięzień w Turcji maleje także dlatego, że rząd wypuszcza ich na zwolnienia warunkowe, aby oczekiwali na wyniki procesu lub apelacji. W Arabii Saudyjskiej zastraszający efekt morderstwa i rozczłonkowania Jamala Khashoggiego w 2018 roku, wraz z kilkoma nowymi zatrzymaniami w 2019 roku, prawdopodobnie uciszył wielu dziennikarzy skuteczniej niż jakakolwiek fala aresztowań.

 

Godne uwagi jest, że autorytarni przywódcy coraz częściej znajdują bardziej wyrafinowane niż areszty i więzienie sposoby walki z niezależnymi reporterami i środkami przekazu, zwłaszcza przez wyłączanie Internetu i zwiększoną inwigilację za pomocą zaawansowanego technologicznie oprogramowania szpiegowskiego. To mniej kosztowne wizerunkowo niż wsadzanie reporterów do więzień. Zaś zarzuty dotyczące blokowania sieci zawsze można odeprzeć, gdyż dziś takie zabiegi można dość skutecznie maskować i udawać, że się nie wie o co chodzi.

Raport CPJ to nie jedyne podsumowanie represji spotykających media i dziennikarzy na świecie. Z okazji przypadającego 10 grudnia Międzynarodowego Dnia Praw Człowieka Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy (IFJ) opublikowała swoje wykazy uwięzionych i zabitych dziennikarzy w 2021 roku. Według nich, stan na 10 grudnia 2021 roku to 365 dziennikarzy przebywających w więzieniach, co oznacza (w tym zestawieniu) wzrost z 235 w zeszłym roku. Największymi więzieniami dziennikarzy są Chiny (102), Turcja (34), Białoruś (29), Erytrea (29), Egipt (27), Wietnam (21), Myanmar (18), Rosja (12), Azerbejdżan i Jemen (11), Kambodża (10) i Iran (9).  Na czele listy regionów IFJ znajduje się Azja, gdzie w więzieniach przebywa 162 dziennikarzy, następnie Europa (87), Bliski Wschód i kraje arabskie (65), Afryka (49) oraz obie Ameryki (2).

 

Natomiast statystyka IFJ dotycząca dziennikarzy i pracowników mediów zabitych w 2021 roku jest nieco niższa niż w zeszłym roku, z 45 zabójstwami odnotowanymi w porównaniu do 65 w 2020 roku. Chociaż ten spadek to dobra wiadomość, jest on niewielkim pocieszeniem w obliczu ciągłej przemocy, która pochłonęła życie dziennikarzy w takich krajach jak Afganistan (9), Meksyk (8), Indie (4) i Pakistan (3).

 

Przy całym tym ponurym bilansie warto zwrócić uwagę na jaśniejszy punkt, czyli fakt, że praca dziennikarzy była w ubiegłym roku doceniona jak nigdy dotąd przez przyznanie Pokojowej Nagrody Nobla w 2021 r. dwojgu dziennikarzom Marii RessieDimitrijowi Muratowowi. Przy okazji posłużyło to jako przypomnienie o represjach i niebezpieczeństwach, jakie spotkały Muratowa, redaktora naczelnego „Nowej Gaziety” w putinowskiej Rosji i Ressę w jej rodzinnych Filipinach.

 

USA i zapach „trzecioświatowych standardów”

 

Gdy FBI dokonało jesienią nalotu na Project Veritas, publikujący niewygodne, często dotyczące korupcji materiały dotyczące Demokratów i administracji Bidena, USA zaczęto w wielu komentarzach porównywać do krajów, które niejako w sposób dyżurny goszczą w takich zestawieniach jak raporty CPJ.

 

Pamiętnik córki prezydenta Joe Bidena, Ashley Biden, został, jak uważają urzędnicy Departamentu Sprawiedliwości, wykradziony. Project Veritas, do którego drzwi nad razem załomotali agenci federalni FBI, nie opublikował go, choć dostał już ponad rok wcześniej, tuz przed wyborami prezydenckimi, Nie opublikował, gdyż, jak relacjonuje szef śledczego serwisu, James O’Keefe, nie był w stanie potwierdzić jego autentyczności. Czyli „jakby” zgodnie z najlepszymi standardami dziennikarstwa. Co więcej, jak poinformował O’Keefe, władze, czyli Departament Sprawiedliwości zostały powiadomione o tym pamiętniku zaraz po tym, jak Project Veritas zyskał do niego dostęp.

 

Owszem, pamiętnik panny Biden miał charakter prywatny. Oprócz opisów uzależnienia od narkotyków, są w nim jednak sformułowania sugerujące, że w tata mógł dopuszczać się wobec niej jakiejś formy pedofilskiego molestowania. I tu się robi poważniej, gdyż informacje, a nawet tylko niejasne aluzje, sugerujące takie czyny i skłonności, mogą posłużyć do szantażu a chyba nikt w USA nie chce, by prezydent ich kraju był szantażowany.

 

Pojawiły się pytania np. do „The New York Times” – jak to się stało, że mając doskonałe źródła informacji (dziennikarze tej gazety nie tylko wiedzieli o akcji FBI niemal równocześnie z jej przeprowadzeniem, ale w gruncie rzeczy, w swojej publikacji na temat najazdu FBI na O’Keefe, potwierdzili autentyczność pamiętnika), nie zajęli się profesjonalnie tematem. „NYT” pytany jest także o jeszcze bardziej szokujące podejrzenia dotyczące uprzywilejowanej pozycji tego medium wobec innych, ale do tego jeszcze wrócę.

 

Oczywiście dla wielu komentatorów ze skrajnie lewicowych mediów, takich jak np. brytyjski „The Independent” już sam fakt, że Project Veritas to media „konserwatywne” jest równoznaczny z wyjęciem ich spod prawa, wyłączeniem w ich przypadku z pierwszej poprawki do konstytucji Stanów Zjednoczonych i orzeczeń Sądu Najwyższego, który w sprawie ukazanego w filmie „Czwarta Władza” śledztwa stanął jednoznacznie po stronie mediów i swobody ich działania w dochodzeniu do prawdy. Krótko mówiąc dla lewicowych dziennikarzy prześladowanie ich nielewicowych kolegów nie stanowi żadnego problemu. Bardziej umiarkowani przedstawiciele establishmentu medialnego w USA są zachowują powściągliwość, ale sprowadza się ona do udawania, że nie widzą skandalu i wielkiego problemu z wolnością mediów, który wyłonił się w Stanach Zjednoczonych.

 

Sąd federalny nakazał Departamentowi Sprawiedliwości Joe Bidena zaprzestanie „wydobywania” danych z telefonu Jamesa O’Keefe’a. Bo oczywiście agenci skorzystali z okazji by prześwietlić politycznie niesłusznego dziennikarza po całości, przebadać wszystkie jego kontakty, źródła i informacje, którymi dysponuje. Komentator telewizji Fox News, Tucker Carlson, ma wiele racji nazywając działania FBI w tej sprawie „standardami z trzeciego świata”.

 

Prześladowanie O’Keefe przez FBI potępiła Amerykańska Unia Wolności Obywatelskich (ACLU). Sam O’Keefe nazwał naloty służb Bidena na siebie i kierowany przez siebie Project Veritas „atakiem na pierwszą poprawkę”. Chodzi o pierwsza poprawkę do amerykańskiej konstytucji gwarantującą wolność słowa i środków masowego przekazu. To na jej podstawie przede wszystkim Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych „uniewinnił” dziennikarzy „Washington Post”, którzy wykorzystali kradzione „Pentagon papers”. Inni komentujący ten skandal, np. publicystka Candace Owens zwracają uwagę, że, że atak FBI na Project Veritas, ma tak naprawdę na celu wykrycie źródeł i kontaktów opozycyjnego medium w strukturach administracji Bidena. Jej zdaniem chodzi także o utrącenie publikacji materiałów o korupcji urzędników. Woń trzecioświatowych standardów w USA staje się jak widać coraz mniej dyskretna.

 

Jonathan Turley z Uniwersytetu George’a Washingtona zasugerował, że nalot na O’Keefe’a miał charakter, jak to się u nas mówiło za czasów PRL, „wydobywczy”. Oczywiście nie użył takiego słowa, ale jego wypowiedzi miały takie właśnie a nie inne znaczenie. Nie ma bowiem podstaw, by prowadzić śledztwo w tej sprawie przeciw szefowi Project Veritas a poza tym kradzież pamiętnika córki Bidena (którego dopuścił się ktoś inny, jak się podejrzewa, zwykłe cwaniaczki chcą zarobić) jest przestępstwem stanowym a nie federalnym, więc Departament Sprawiedliwości i FBI nie mają czego tu szukać. Turley otwarcie mówi, że celem służb Bidena jest dziennikarz postrzegany przez władzę jako przeciwnik polityczny. Zauważa też, że w sprawie nalotu na O’Keefe w dużo większym stopniu powinny reagować i sprzeciwić się temu organizacje medialne.

 

Jednak tego nie zrobiły. Oprócz niechęci na tle czysto politycznym wyjaśnieniem niechęci mainstreamowych mediów do Project Veritas może być również historia sporów, w tym także o charakterze prawnym, które z establishmentem świata akademickiego i mediów prowadził O’Keefe i jego koledzy. W kwietniu 2021 r. serwis O’Keefe opublikował nagrania, na których były dyrektor techniczny CNN opowiada jakimi sposobami telewizja ta manipuluje relacjami i informacjami, aby pasowały do politycznej narracji a wszystko jest ręcznie sterowane przez szefa CNN Jeffa Zuckera. Mówił m. in. o tym jak nakręcano spiralę pandemicznego strachu, aby zaszkodzić prezydentowi Trumpowi.

 

Project Veritas procesuje się obecnie nie tylko z CNN, ale również z „New York Timesem” i Twitterem. Najazd FBI i akwizycja telefonów O’Keefe w tym kontekście może stać się jeszcze ciekawsza niż wątki, nazwijmy to „bidenowskie”, bowiem według prawników prześladowanego dziennikarza, w jego zarekwirowanych przez FBI telefonach znajduje się mnóstwo materiałów z korespondencji szefa serwisu z prawnikami. Pojawiła się sugestia, że z łatwością zyskujące wszelkie informacje z FBI „NYT” i CNN mogą jednocześnie uzyskiwać dostęp do materiałów prawnych dotyczących procesów sądowych, w których same są stronami przeciw Project Veritas. Prawnik O’Keefe’a w piśmie do sądu wprost pisze, że reporterzy „Timesa” Michael Schmidt, Adam Goldman i Mark Mazzetti uzyskali dostęp do korespondencji z jego klientem w sprawach, w których ich macierzysta gazeta jest stroną.

 

Bałkański splinternet

 

2021 rok był kolejnym rokiem postępowania zjawiska tzw. „bałkanizacji internetu”, które zapowiadane i odnotowywane jest od wielu lat. Początkowo to ostatecznie zawsze sprowadzające się do cenzury wygradzanie połaci sieci i zamykanie we własnym, narodowym lub regionalnym segmencie, kojarzyło się głównie z chińskim „Wielkim Firewallem”. Stopniowo wygrodziły się w ten sposób Rosja i Iran, w dużym stopniu Turcja i Indonezja a także Indie. Do tworzenia europejskiej bańki za pomocą różnego rodzaju narzędzi cenzorskich dążą również eurokraci.

 

Splinternet (inne określenie dla zjawiska bałkanizacji internetu) to rozszczepienia i dzielenie sieci z powodu różnych czynników, związanych z technologią, handlem, polityką, religią. Opisany jako koncepcja po raz pierwszy został w opracowaniu autorstwa Marshalla Van Alstyne’a i Erika Brynjolfssona z MIT, które zostało opublikowane pod koniec 1996 r. Clyde Wayne Crews z Cato Institute, użył tego terminu w 2001 r., aby opisać swoją koncepcję „równoległych sieci internetowych, które byłyby prowadzone jako odrębne, prywatne i autonomiczne wszechświaty”. Crews używał tego terminu w pozytywnym znaczeniu, ale późniejsi autorzy, tacy jak Scott Malcomson z New America’s International Security Program, używali tego terminu w sensie pejoratywnym, jakorosnące zagrożenie dla idei Internetu jako sieci obejmującej cały świat.

 

W książce „Republic.com” z 2001 roku Cass Sunstein dowodził, że cyberbałkanizacja może nawet zaszkodzić demokracji, ponieważ pozwala różnym grupom unikać kontaktu ze sobą, ponieważ gromadzą się one w coraz bardziej podzielonych kręgach i społecznościach, co sprawia, że prawdopodobieństwo uznania innych punktów widzenia lub wspólnej płaszczyzny maleje. I to zjawisko w 2021 roku było coraz lepiej widoczne. Wycenzurowani, wybanowani z Facebooka i Twittera, użytkownicy, którzy nie widzą świata przez lewicowe okulary, migrują do swoich serwisów, grup, w których nie prześladuje się ich za poglądy. Gdy powstanie zapowiedziana kilka miesięcy platforma społecznościowa Trumpa, zjawisko to może gwałtownie przyspieszyć.

 

Komercyjną bałkanizacją określa się również zabiegi wielkich korporacji godzące w neutralność internetu. Firmy rozbudowujące infrastrukturę chcą serwować własną wersję internetu, z której wykluczone są usługi konkurencji, a także pewne  wykraczające poza akceptowany przez korporacje nurt treści polityczne. Bałkanizacją w tym, komercyjnym rozumieniu są więc zarówno zabiegi takich firm jak AT&T, która jako dostawca usług sieciowych, a zarazem treści, niemile widzi treści konkurencyjne, np. rywalizujący serwis VOD, Amazon, który korzystając z serwerowej potęgi wycina, a czasem nieuczciwie konkuruje z usługami własnych klientów, prowadząc do ich usunięcia, i w końcu Google, które preparując wyniki w wyszukiwarce z jednej strony szkodzi konkurencyjnym ofertom, z drugiej nie przestawia obiektywnie najlepszej listy wyników, lecz, taką jaka Google uważa za najlepszą, co, jak pisał „The Wall Street Journal” w tym roku, jest zarówno nieuczciwością w sensie handlowym jak też zwykłą cenzurą, także polityczną.

 

W USA atak na Kapitol 6 stycznia 2021 roku miał decydujące znaczenie w kreowaniu pretekstu dla ustawodawców, by wziąć się „za internet”.  Niemal natychmiast pojawiły się wezwania do większej kontroli nad firmami z branży internetowej. Innym aspektem tej samej bałkanizacji są nałożone przez władze USA ograniczenia na chińskie technologie. Jest to oczywiście odpowiedź na chińskie działania również ograniczające możliwość operowania amerykańskim firmom. Dającym się przewidzieć jest rozwój internetu coraz bardziej odizolowanych od siebie ekosystemach technologicznych. Wyraźnie widać po amerykańsko-chińskiej wojnie technologicznej dotyczącej technicznej infrastruktury 5G, że mogą co najmniej dwa, jeśli nie więcej, standardy mobilnego internetu przyszłości. To oznacza, podkreślmy to, że prawdopodobnie jeden globalny internet stanie się przeszłością. Taka całkiem realna możliwość wyraźnie zarysowała się w 2021 roku.

 

Obecnie te tendencje izolacjonistyczne dostrzegamy najczęściej w wymiarze formalnoprawnym, gdy np. nie możemy przeczytać artykułu z amerykańskiego lub indyjskiego serwisu ze względu na europejską GDPR. Pogłębienie procesów wygradzania na poziomy technologiczne sprawi, że nie będziemy w ogóle widzieć tych barier, tak jak widzimy je obecnie w postaci komunikatów na amerykańskich stronach. Po prostu coraz większe połacie cyberprzestrzeni staną się dla nas niewidzialne.

Oczywiście bałkanizacja internetu pociąga za sobą ogromne koszty, gdyż dławi wymianę handlową, gospodarczą, naukową i jakąkolwiek inną. Autarkia nie wyszła nikomu na korzyść. Dlatego nawet Chiny zainteresowane są pozostawieniem połączeń służących do globalnej wymiany. Myślę, że tworzenie i rozwój takich mechanizmów i platform umożliwiających komunikację z resztą świata będzie jednym z głównym nurtów rozwojowych w sieci w najbliższych latach. Pamiętajmy, że np. Rosja, choć zbudowała sobie infrastrukturę pozwalająca odciąć kraj od reszty internetu, to jednak trzyma ja na razie jako jedynie opcję na wszelki wypadek, utrzymując wciąż normalną łączność z siecią światową.

 

Globalna debata na temat bezpieczeństwa 5G doprowadziła do sytuacji, w której już jesteśmy świadkami rozwoju dwóch niezależnych obozów, prowadzonych przez USA i Chiny. Będą one prawdopodobnie rozwijać standard w nieco odmienny sposób, kierując się krajowymi wymaganiami i wartościami. Chiny przyspieszą realizację swojej strategii „Made in China 2025”, aby zapewnić sobie posiadanie i budowę krytycznych technologii. W rezultacie inne narody będą musiały zdecydować, który obóz lepiej służy ich interesom narodowym, ponieważ jedyne firmy produkujące tę technologię są związane z tymi krajami. W ten sposób powstanie schemat, który będzie się powtarzał w przypadku innych krytycznych technologii.

 

Cenzura plus hipokryzja

 

W miarę rozwoju sieci w Afryce rośnie tam lawinowo liczba przypadków politycznie motywowanego blokowania sieci. Robiły to w minionym roku władze Sudanu, gdy groziły zamieszki, potem także Konga, gdy oskarżono rząd o fałszowanie wyborów, oraz Czadu, w którym to państwie prezydent zamierza rządzić (ma się rozumieć niezbyt zgodnie z prawem) do 2033 roku. Takie rzeczy spotyka się również na innych kontynentach i to coraz bardziej nagminnie. Np. rząd Indii regularnie blokuje internet w spornym Kaszmirze.

 

Twitter dostał bana podczas wyborów powszechnych w Ugandzie w 2021 roku, podobnie jak wcześniej społecznościowe blokowane były także w trakcie wyborów powszechnych w Tanzanii w 2020 r. Przeciwnicy cenzury po tych wydarzeniach zażądali od władz Zambii, by nie robiły tego w tym kraju a prezydent Lungu zobowiązał się, że nie będzie cenzury. Jednak później rząd zagroził, że zamknie internet, jeśli obywatele będą go używać do „wprowadzania w błąd i dezinformowania” wyborców (jak wiadomo, to pod tymi hasłami Google, Facebook, Twitter i Amazon cenzurują w najlepsze na swoich platformach). W dniu wyborów, 12 sierpnia 2021 roku, pojawiły się jednak liczne doniesienia o zablokowaniu WhatsAppa i innych internetowych serwisów społecznościowych w Zambii. Zostało to potwierdzone przez rzecznika Facebooka, który poinformował również, że „wyłączenie mediów społecznościowych w Zambii miało wpływ na ich aplikacje i inne, takie jak Twitter”.

 

Cenzura mediów i internetu jest w wielu krajach, nie tylko owego często przywoływanego „trzeciego świata”, normą. Jej kolejne przykłady w 2021 roku nie były więc nowością. Nowością ostatnich kilkunastu miesięcy jest otwarte wprowadzanie i oficjalne sankcjonowanie jako czego dobrego i słusznego cenzury w krajach uchodzących za demokratyczne. Właściwie prawdziwą nowością było powszechne przekonanie w kręgach rządzących, że to jest „całkiem OK”. No i ta hipokryzja pełnych patosu zapewnień, że walczy się o demokrację, gdy ręce pałka do walnie każdego, kto myśli inaczej, w łeb.

 

Hipokryzja firm Big Tech, które same stosują coraz ostrzejszą cenzurę, na tym etapie już całkowicie polityczną i jednostronną, np. Twitter blokujący kilka miesięcy temu informacje na temat audytu wyborów prezydenckich w Arizonie, idzie w parze często ze zwykłym tchórzostwem korpo-świata. Bo czym innym jak nie tchórzostwem jest bezwzględność wobec słabych, gdy zgina się kornie kark w obliczu silnych. Apple i Google szybko „pękły”, gdy władze Rosji przy okazji niedawnych wyborów zażądały usunięcia ze sklepów z aplikacjami aplikacji służącej do komunikacji i walki protestującym przeciw Kremlowi. Appka była dziełem zwolenników Aleksieja Nawalnego, a jej celem miało być ujawnianie korupcji w otoczeniu Władimira Putina oraz zachęcanie do głosowania przeciwko kandydatom partii Jedna Rosja w wyborach parlamentarnych. Po tym jak posłusznie wobec moskiewskiego reżimu postąpiły wielkie korporacje z Krzemowej Doliny tym bardziej warto obserwować starcie Rosji z YouTube, gdyż, z tego co wiem, w Rosji zablokowanie tej platformy jest technicznie wykonalne, zatem groźba Kremla brzmi realnie.

 

A zatem cenzura i hipokryzja to dwie rzeczy, z którymi wielkie platformy zaczynają kojarzyć się nierozłącznie. Honorową nagrodę Mistrza Hipokryzji powinien dostać za 2021 roku serwis Twitter, który ukończył 15 lat.. „Happy birthday, Twitter!” – życzyły nieletnie ofiary przemocy i wykorzystywania seksualnego, które ofiarami zostały dzięki platformie, która w przypadkach nadużyć seksualnych wobec nieletnich i pornografii dziecięcej „nie widzi problemu”. Filmowych życzeń dla przyjaznego pornografii dziecięcej mikroblogowego serwisu wysłuchać można na YouTube, pod tym adresem: https://www.youtube.com/watch?v=QbNh6L7sybw.

 

Ofiary seksualnych przestępstw przypominały Twitterowi swoje historie, gdy próbowały administracji serwisu zgłosić nadużycia i krzywdy wyrządzone im przez przestępców seksualnych na platformie, a ta ignorowała skargi lub wręcz twierdziła, że zasady nie zostały naruszone. Problem przestępczości wobec nieletnich na tle seksualnym na Twitterze nie maleje lecz narasta. Organizacja o nazwie National Centre For Missing and Exploited Children, podaje, że ilość publikowanych na Twitterze materiałów wiążących się z seksualnym wykorzystywaniem dzieci wzrosła w ubiegłym roku o 41 proc.

 

Podsumowanie Twittera po piętnastu latach istnienia jest ponure, a nawet przerażające. Gdy powstał, traktowano go jako zabawny gadżecik, nieco dziwaczną, ale w gruncie rzeczy niewinną zabawkę, wyróżniającą się ekstrawaganckim w swojej lapidarności pomysłem na tle kwitnącej wówczas mody na blogi internetowe. Dziś Twitter nie jest już niewinnie śmiesznym, dla jednych głupawym, dla innych uroczo ćwierkającym ptaszkiem. Ma zaciętą gębę brutalnego cenzorrysty i tonie w obłudzie jednostronnej cenzury politycznej. W dodatku, tępiąc z jednej strony nielewicowe treści, z drugiej – toleruje i nie widzi problemu w rzeczach paskudnych, wyrządzających ludziom, także tym najmłodszym i bezbronnym, prawdziwe krzywdy i szkody.

 

Dlatego zapewne niewielu było chętnych do obrony platformy przed blokadą wyborczą w Ugandzie, która miała miejsce wkrótce po cenzorskich „osiągnięciach” Twittera z okazji wyborów prezydenckich w USA. Po jego ekscesach tylko skrajni naiwniacy kupują komunikaty przedstawicieli Twittera głoszące, że „zapewnia on swobodę komunikacji i wypowiedzi”.

 

Nawiasem mówiąc, w zapewnianiu mu wolności wypowiedzi pomóc mu chcą prawodawcy w wielu krajach, np. w Meksyku, Brazylii czy w Indiach, gdzie w 2021 r. zapowiedziano przepisy gwarantujące wolność słowa w sieciach społecznościowych. Twitterowi jednak, podobnie jak równie miłującym wolność słowa kolegom w Facebooka, pomysły te są nie w smak. Politycy bowiem w wymienionych krajach chcą wolności wypowiedzi dla każdego. Nie tak Twitter wyobraża sobie „swobodę komunikacji i wypowiedzi”.

 

Zniesmaczenie cenzorryzmem politycznym wielkich platform społecznościowych przyniosło pewne nowego zjawiska także na naszym podwórku. Np. serwis Albicla.

 

Kwestią do dyskusji jest, czy autorzy powinni uruchomić tak niegotową jeszcze rzecz. Łatwo się mówi, że upubliczniać należy stuprocentowo dopracowaną, pozbawioną błędów, wersję. W przypadku czegoś tak złożonego jak platforma społecznościowa to wydaje się w ogóle niemożliwe. Pewne rzeczy trzeba przetestować bojem i chyba takie było założenie Albicla, platformy która od razu została zaatakowana za wiele rzeczy, niekiedy słusznie, bo nie była jeszcze technicznie dopracowana. W jednym z komentarzy zauważyłem żartobliwie, że twórcy Albicli mieli za darmo szeroki test prototypu połączony z wszechstronnymi crash-testami i bogatym feedbackiem użytkowniczym. Z czasem większość niedociągnięć została poprawiona.

 

To dzięki Albicla dowiedziałem się, że są plany stworzenia polskiej, pozbawionej google’owskiej cenzury politycznej, alternatywy dla YouTube. I rzeczywiście pod koniec roku coś takiego powstało – serwis o nazwie BanBye.pl, którego nazwa (w wolnym tłumaczeniu – „pożegnanie z banami”) odzwierciedla bóle i frustracje twórcy, Marcina Roli, ciężko doświadczonego przez cenzurę YouTube.

 

Podwaliny „Głównego Urzędu Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej”

 

Miłośnicy cenzury, ograniczania wolności słowa, kontrolowania obiegu informacji, nigdy nie mają wolnego i nigdy nie odpuszczają. Dowodzi tego przyjęcie wiosną 2021 roku, cichaczem, bez głosowania w Parlamencie Europejskim, rozporządzenia zwanego TERREG, wykwitu cenzorskiej myśli, przy którym sławetna ACTA2 blednie. Pisałem o tym projekcie dwukrotnie na portalu SDP. Nigdy nie był tak nagłośniony jak dyrektywa o prawie autorskim ACTA2 a ostatnio w ogóle nie było o nim mowy. Europejskie mrówki-cenzorki wykonywały jednak swoją robotę cierpliwie i jak się niedawno okazało – skutecznie.

 

Ma się rozumieć, w TERREG chodzi oficjalnie o bezpieczeństwo i walkę z terroryzmem. A że każda władza może sobie definiować sama, kto jest „terrorystą”, więc tak naprawdę odpowiednia represja w efekcie dotyczyć może każdego w dowolnie wybranym przez władze momencie. Skutek praktyczny tego cenzorskiego euro-obłędu będzie taki, że właściciele stron będą musieli w ciągu godziny usuwać wszelkie treści promujące „terroryzm”, wedle przyjętej na bieżąco politycznej definicji, na żądanie jakiegoś organu administracyjnego, pod groźbą surowych kar. Czyli w praktyce  będzie tak: władza nakaże wycięcie czegoś – wydawca musi natychmiast czyli bez dyskusji to wyciąć, bo taka procedura nie zostawia miejsca i czasu na sprzeciw, polemikę, zdanie odrębne.

 

„Terroryzm”? W wielu krajach to nad wyraz wygodne narzędzie do zwalczania ludzi niewygodnych a niekiedy wyjmowania spod prawa całych grup społecznych. Chiny nazywają terrorystami walczących o swobody autonomiczne Ujgurów, uzasadniając w ten sposób agresywne represje, jakim poddały tę mniejszość narodową. Powstały tam nawet aplikacje rozróżniające Ujgurów po twarzy, po to, ma się rozumieć, by Pekin mógł skuteczniej rozpoznawać „terrorystów”. Turcja terrorystami nazywa Kurdów, a Arabia Saudyjska nieposłuszne grupy etniczne w Jemenie. Jak widać po rozlicznych przykładach z różnych miejsc świata, zbyt często „terrorystą” jest nazywany ten, kto się sprzeciwia władzy, ma inne poglądy lub niesłuszne pochodzenie, byśmy mogli zaufać jakiemukolwiek rządowi, gdy chce definiować „terroryzm”.

 

To nie są żarty. W świecie TERREG, jeśli władza uzna, że niniejszy tekst, przez sprzeciw wobec TERREG promuje „terroryzm”, to wydawcy portalu SDP muszą go w ciągu godziny zdjąć. I żadnej dyskusji pod groźbą ciężkich kar nie będzie.

 

Ponadto surowa cenzura TERREG ma działać ponad granicami państw. Czy doprowadzi to do sytuacji, że znana z zamordystycznej cenzury Szwecja będzie blokować treści publikowane w Polsce. U nas np. panuje znacznie większa swoboda w podawaniu tożsamości i pochodzenia sprawców ataków terrorystycznych. W Szwecji w mediach są to jedynie „młodzi ludzie”, nawet nie „o południowej urodzie”. Pewne treści są w tym północnym kraju ściśle cenzurowane i nie ma dla nich miejsca w publikacjach, za co lewicowa organizacja „Reporterzy bez Granic” nagradza Szwecję wysoką pozycją w swoim „rankingu wolności mediów”, czy jak tam się on zwie. Czy pod rządami TERREG Szwecja będzie mogła zaprowadzić swój zamordyzm także w polskim internecie, który w porównaniu z krajami zachodnimi cieszy się ciągle względna swobodą (choć Facebook, Twitter a także Google, robią dużo by to się zmieniło)?

 

Cenzorskie nakazy dla wydawców wydawać mają jakieś specjalnie w tym celu tworzenie organy administracyjne. Dla nas to powtórka z komunistycznej rozrywki, zaś dla przesiąkniętej lewicową myślą zachodniej Europy kolejny krok na drodze odchodzenia od demokracji i praworządności.

 

Gdy pierwszy projekt TERREG (od ang. nazwy „TERrorist content REGulation”) pojawił się w 2018 roku, niosła go fala publicznych wezwań do działania w następstwie serii ataków terrorystycznych w krajach zachodniej Europy w latach 2015-2016. Pierwszy projekt rozporządzenia TERREG zawierał taką oto definicję „treści terrorystycznych”: „wszelkie materiały, które podżegają lub wspierają popełnianie przestępstw terrorystycznych, promują działalność grupy terrorystycznej lub dostarczają instrukcji i technik popełniania przestępstw terrorystycznych”. Prawda, że w razie czego można tu wiele treści, pozornie niewinnych dopasować. A to przecież tylko wyjściowa definicja. Nie wątpię w twórczy potencjał urzędników europejskich w coraz pojemniejszym definiowaniu „terroryzmu”.

 

Powiedzieć, że europolitykom pomysł inwigilacji i kontroli informacji przypadł do gustu, to bardzo mało powiedzieć. Na fali cenzorskiego entuzjazmu Jean-Claude Juncker, wciąż jeszcze szef Komisji Europejskiej, rzucił myśl, by wprowadzić zmiany w przepisach UE, które pozwolą na usuwanie wszelkich „nielegalnych treści w Internecie” w ciągu godziny. I w 2021 po przyjęciu TERREG rzucona przeze mnie kiedyś żartem wizja „Głównego Urzędu Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej” jest już znacznie bliższa urzeczywistnienia.

 

By twoje dane nie były daniem (dla nie wiadomo kogo)

 

Rok miniony to także kolejna odsłona trwającej już od lat, ale być może zaczynającej się dopiero teraz na poważnie wojny o naszą prywatność, o ochronę danych, o wyrwanie się z roli towaru, którym Facebook i Google handlują na setki sposobów, najczęściej zupełnie nieprzejrzystych dla zwykłego człowieka.

 

Po tym jak firma Apple, sama niezbyt święta po tym jak zaczęła ścigać aplikacje w swoim sklepie żądając haraczu, zapowiedziała, że w systemie operacyjnym iOS 14 na telefony iPhone, wprowadza zmiany ograniczające śledzenie użytkowników, Facebook w histerycznej kampanii, w ramach której wykupił ogłoszenia w papierowych, o ironio, amerykańskich gazetach, oskarżył producenta sprzętu o szkodzenie internetowi i małym przedsiębiorcom. Drobny przedsiębiorca, który jako popierający Trumpa „bigot” i „faszysta” przeczołgany został wcześniej politycznie przez Facebooka, może się chyba trochę dziwić troską niebieskiego dealera prywatności o jego los. Przy okazji mamy też dobitne potwierdzenie tego, o czym pisałem wcześniej – jak czułym punktem dla tej firmy jest reklama i kasa.

 

Oliwy do ognia dolała globalna afera z wielkim wyciekiem danych użytkowników błękitnej platformy, o której dowiedzieliśmy się parę miesięcy później. Początkowo, po wycieku danych z 533 milionów kont facebookowych, większość skupiła się na ciekawej informacji, która wyszła w ujawnionych danych. Okazało się, że szef platformy, Mark Zuckerberg, używa konkurencyjnego wobec narzędzi fejsowych szyfrowanego i uchodzącego za bezpieczny komunikatora Signal. To znamienne i zabawne.

 

Warto może wspomnieć, że wyciek z początku kwietnia nie był rzeczą nową, lecz niejako kontynuacją starszego wycieku. Facebook sam podaje, że dane, które teraz wypłynęły, zostały pozyskane wcześniej dzięki luce, która została załatana w sierpniu 2019 roku. Porcje tych danych pojawiły się w sprzedaży już w styczniu 2021 roku. Ale danie główne podano na talerzu trzy miesiące później. Według raportu opublikowanego przez „Business Insider”, do sieci wyciekły dane osobowe ponad pół miliarda użytkowników Facebooka ze 106 krajów. W sumie, wyciek zawierał, według opublikowanych szczegółowych raportów, 2 837 793 637 pozycji z danymi. Oznacza to, że hakerzy ujawnili pięć typów danych w przeliczeniu na przeciętnego użytkownika. „Suma ta zawiera numery telefonów, identyfikatory na Facebooku, pełne nazwiska, lokalizacje, daty urodzenia, biogramy i, w niektórych przypadkach, adresy e-mail,” podał Vytautas Kaziukonis, szef zajmującej się bezpieczeństwem sieciowym firmy Surfshark, która była jednym ze źródeł informacji o wycieku.

 

Big Tech kontra „stare media”

 

Początek minionego roku upływał pod znakiem sporu Australii z Google i Facebookiem dotyczącego, mówiąc w uproszczeniu opłat za linki umieszczane za platformach. Beneficjentami tych płatności miały być australijskie media, tracące na wysysaniu reklam z rynku przez Big Tech. W praktyce okazało się, że główne korzyści odniosą wielkie koncerny medialne na czele z imperium Ruperta Murdocha. Jednak zanim wyszło to z analiz, Facebook zrobił coś głupiego – zablokował wszelkie odsyłacze do serwisów australijskich mediów na swojej platformie. Okazało się to bardziej szkodlwie, pod każdym względem, dla samego fejsa niż dla tamtejszych mediów. Google też protestował, ale nie tak radykalnie. Jednocześnie Microsoft od razu skorzystał z okazji, że Google znalazło się na cenzurowanym, by podsunąć mediom i tamtejszym władzom swoje usługi, z wyszukiwarka Bing na czele.

 

Zgodnie z gangsterską logiką Facebooka, jeśli stawiający się nie zostanie przykładnie zdzielony w łeb bejzbolem, to wkrótce, za jego przykładem, mogą zacząć stawiać się inni… Jednakowoż gangsterski zamach ludzi Zuckerberga na australijskie media odbił się rykoszetem. Odizolowani w swoich krzemowo-dolinowych, w swoich hi-techowych szklanych klatkach, chłopcy i dziewczęta nie mieli chyba wielkiego pojęcia, jak są niepopularni, a także – o ile bardziej zostaną znienawidzeni, gdy zaczną demonstrować takie niewydarzone kaprysy jak blokowanie najważniejszych mediów w dużym, liczącym się na świecie, bądź co bądź, kraju. Noszące znamiona emocjonalnej niedojrzałości działania Facebooka w Australii, podobały się chyba tylko ścisłemu gronu współpracowników Marka Zuckerberga.

 

Wkrótce Facebook zgodził się przywrócić treści pochodzące z australijskich serwisów medialnych na swojej platformie w Australii. Nic nie zyskał, gdyż o tym, że projekty będą jeszcze przedmiotem konsultacji było wiadomo wcześniej. Zatem deklaracji władz Australii dotyczących dalszego ustalania szczegółowych rozwiązań nie można w żadnym wypadku uznać za zwycięstwo negocjacyjne Facebooka. Za to mnóstwo przegrał, tak jak tylko może przegrać w oczach świata niedojrzały i niewydarzony gangsterek, który wymachuje bronią, ale w gruncie rzeczy jest znacznie bardziej śmieszny niż groźny.

Google w porównaniu z Facebookiem to wyższa liga wyrachowania i subtelnej dyplomacji. Przypomnijmy, iż kiedy Francja stała się pierwszym krajem europejskim, który wdrożył dyrektywę zwaną u nas ACTA2, Google groził, że zamknie Google News w tym kraju, jak to już zrobił siedem lat temu w Hiszpanii, jeśli zostanie zmuszony do płacenia za licencje. Jednak w styczniu ubiegłego roku ostatecznie potentat wyszukiwarkowy zawarł umowę z grupą francuskich wydawców, której celem jest stworzenie ram pozwalających gratyfikować  wydawców medialnych za treści.

Podobnie w Australii, zamiast wymachiwać maczugą jak Facebook, Google zdecydował, że najlepszym rozwiązaniem będzie wstępne wynegocjowanie umów z wydawcami, w tym z News Corp należącą do Ruperta Murdocha i z innymi największymi australijskimi konglomeratami medialnymi Nine Entertainment i Seven West Media. Te licencyjne umowy opiewają na „dziesiątki milionów” dolarów na różnego rodzaju treści News Corp. To zrodziło od razu podejrzenia, że Murdoch wylobbował w rządzie australijskim ostry projekt regulacji, by wymusić od Google’a opłaty. Cała rzecz, wedle tych teorii, to gra w której mali, słabsi wydawcy, w końcu zostaną na lodzie, bo dogadali się potężni z potężnymi. Jak pisał australijski „Sydney Morning Herald”, mniejsi wydawcy nie kwalifikują się do płatności w ramach proponowanej ustawy, więc duzi wydawcy, tacy jak News Corp, mogą odnieść największe korzyści.

 

Sprawa płacenia za linki, która jest osią sporu a Australii i wielu innych krajach, jest wielowątkowa i nieoczywista, choć front, który kiedyś nazwałem „Bezahlen, bitte!” poszerza się o kolejne kraje. Kanadyjski rząd poparł proponowane przez Australię rozwiązania prawne i wezwał Google’a i Facebooka do płacenia wydawcom w jego kraju. Alex Saliba, członek Parlamentu Europejskiego, powiedział serwisowi CNET, że chce włączyć podobne środki w nadchodzącym prawodawstwie Unii Europejskiej. Co ciekawe, wzmiankowany Microsoft lobbuje na rzecz wprowadzenia podobnych regulacji w USA.

 

Zgodnie z wprowadzanym w Australii modelem, za każdym razem, gdy Google publikuje nagłówki i streszczenia artykułów w Google News, musi płacić niewielką sumę wymienionym gazetom lub czasopismom. Trudno nie przypomnieć w tym miejscu, że podobne rozwiązania już kilka lat temu wprowadzono w Hiszpanii, a także w Niemczech. Wówczas nie odbiło się to aż tak głośnym echem. W Niemczech przepisy te potem unieważniono, ale hiszpańskie media są w Google News nieobecne od 2014 roku. Panowały opinie, że ruch na stronach hiszpańskich wydawców spadł drastycznie. Nowsze dane i głębsza analiza pokazuje, że może jednak katastrofy nie było. Spadki ponoć nie były tak wielkie. W Google News nie znajdziemy również mediów duńskich czy fińskich. I jakoś żyją bez tego, radząc sobie może nie lepiej, ale też nie gorzej niż tam, gdzie media serwują treści przez google’owego  pośrednika.

 

Także doniesienia na temat skutków „banu” australijskich mediów na Facebooku brzmiały w tym kontekście interesująco. Według danych z firmy analitycznej Chartbeat, w pierwszym okresie po wprowadzeniu blokady na treści mediów australijskich na Facebook ruch w ich serwisach internetowych spadł o około 20 proc. Potem zaczęły dziać się rzeczy ciekawe. Australian Broadcasting Corporation zanotowała piętnastokrotny wzrost liczby pobrań w ciągu jednego dnia. Zajęła pierwsze miejsce w kraju sklepach z aplikacjami zarówno na platformie iOS jak Google Play. Skoki popularności zanotowały też aplikacje informacyjne mediów australijskich 7Plus i 9Now. O wzrostach bezpośrednich, nie przekierowywanych, wizyt na stronach donosiły inne media, m. in. dziennik „The Australian”

 

Rok początku rozprawy z Big Tech?

 

Najgłośniejszym w świecie społeczności internetowych skandalem 2021 roku są tzw. „Facebook Files” – dokumenty wewnętrzne firmy Marka Zuckerberga, do których dotarł i w cyklu publikacji ujawnił „The Wall Street Journal, jednoznacznie świadczące o tym, iż wiedziała ona o szkodach wyrządzanych przez platformę Instagram swoim użytkownikom, a dokładniej mówiąc, użytkowniczkom, dziewczętom i młodym kobietom, nie robiąc w tej sprawie nic. Nie mniej ważne, choć mniej nagłośnione były dowody na to, że algorytm Facebooka „nagradza za hejt”, pozwalając za większe zasięgi i zaangażowanie wokół wszelkiego rodzaju negatywnych treści. Inne zarzuty wynikające z dziennikarskich śledztw obracały się wokół bierności i nieudolności Facebooka w reagowaniu na ocean dezinformacji covidowo-szczepionkowej, a także dowodów na to, że pozwalał a wręcz umożliwiał działalność przestępczą, praktyki takie jak handel ludźmi i narkotykami z wykorzystaniem platformy.

 

Szczególnie ciekawy wątek w publikacjach WSJ to dokładny opis stosowanej przez Facebooka praktyki „whitelistingu”, czyli „białej listy” użytkowników cieszących się specjalnymi przywilejami na platformie, którym, po prostu,, „wolno więcej”. Mechanizm ten pozwala politykom, celebrytom, wszelkiego rodzaju sławnym osobom i osobistościom publicznym lekceważyć oficjalne zasady platformy – wnioskowali dziennikarze WSJ na podstawie wewnętrznego raportu Facebooka, który poddali analizie.

 

Wersja Facebooka brzmi mniej więcej tak: Ani automatyczny system moderacji, ani większość moderatorów-ludzi zgodnie z zasadami usuwającymi nieodpowiednie treści, nie zwracała odpowiedniej (w mniemaniu kierownictwa firmy) uwagi na to, że niektórzy użytkownicy platformy są równiejsi. Zaś w razie usunięcia naruszającego zasady Facebooka posta pochodzącego od osobistości ze świata rozrywki lub też polityki kryzysowa sytuacja z zakresu PR, w mniemaniu speców od wizerunku, groziła platformie społecznościowej a nie gwieździe, które się to czy tamto wymsknęło Zatem by chronić się przed takimi sytuacjami Facebook wymyślił program o nazwie XCheck, polegający na dodatkowej weryfikacji treści pochodzących od niektórych użytkowników, który choć formalnie nią nie jest, ostatecznie sprowadza się do istnienia „białej listy”, nadzwyczajnej kasty użytkowników mogących liczyć na specjalne traktowanie ze strony serwisu Zuckerberga. Jeśli post zostaje odpowiednio oznaczony przez algorytm, to jest wysyłany do innego zespołu moderatorów, którzy, jak podaje WSJ, „są lepiej wyszkoleni i pracują w pełnym wymiarze czasu”.

 

Wszelako w miarę jak lista „użytkowników specjalnych” rosła, zespoły moderacyjne XCheck najwyraźniej nie były w stanie obsłużyć twórczości coraz liczniejszego grona lepszych użytkowników. „Obecnie sprawdzamy mniej niż 10 proc. treści,” przyznaje ktoś z Facebooka w jednym z dokumentów opisującym sytuację w tym segmencie. W praktyce, jak wynika z publikowanych w WSJ informacji, XCheck pozwala celebrytom, politykom, sportowcom, aktywistom, wybranym dziennikarzom, publikować co tylko chcą, z niewielkimi lub żadnymi konsekwencjami w przypadku naruszenia zasad platformy.

 

Jest jeszcze jeden drobiazg. Facebook podkreśla, że tych „równiejszych” jest „niewielu”. Być może 5,8 miliona wybrańców, których dotyczy XCheck to dla półtoramiliardowej platformy niewiele, ale dla mnie i dla wielu innych jest to wystarczająco dużo, aby skonstatować, że istnieje inny niż serwowany plebsowi, lepszy i bardziej komfortowy Facebook dla starannie wyselekcjonowanej elity. I tu, niejako odpowiadając na zadane wcześniej łatwe pytanie, dodam, iż jestem dziwnie spokojny, że nie ma na „białej liście” ludzi o poglądach niesłusznych politycznie (z wielokrotnie ujawnianego punktu widzenia kierownictwa Facebooka).

 

Kilka tygodni po publikacji „WSJ” w mediach zapanowała nadzwyczajna ekscytacja z powodu zeznań w Kongresie „whistleblowerki” Frances Haugen, które zbiegły się w czasie z wielką awarią Facebooka. Rewelacje Haugen, która przy okazji została zidentyfikowana jako osoba skrajnie stronnicza w sensie politycznym, zwolenniczka ścisłej cenzury i kontroli, zostały całkiem przytomnie skontrowane przez Marka Zuckerberga i zastęp oficerów prasowych Facebooka.

 

Zuckerberg zwraca między innymi uwagę na to, że wiele zarzutów i oskarżeń wobec Facebooka nie ma logicznego sensu. „Gdybyśmy chcieli ignorować badania, to nie tworzylibyśmy ekosystemu badawczego w celu lepszego rozumienia zjawisk,” napisał na blogu. „Jeśli nie zależy nam na walce ze szkodliwymi treściami, to dlaczego zatrudniamy o wiele więcej osób poświęconych temu niż jakakolwiek inna firma w tej branży, nawet te większe od nas? (…) A jeśli media społecznościowe są tak odpowiedzialne za polaryzację społeczeństwa, jak twierdzą niektórzy, to dlaczego widzimy wzrost polaryzacji w USA, zaś w innych krajach nie ma tego wzrostu albo nawet da się zauważyć spadek, przy tak samo intensywnym wykorzystaniu mediów społecznościowych?”.

 

„Argument, że celowo promujemy treści, które denerwują ludzi, dla zysku, jest głęboko nielogiczny” – ciągnął szef fejsa. „Zarabiamy na reklamach, a reklamodawcy nieustannie mówią nam, że nie chcą reklam obok treści szkodliwych lub pełnych gniewu. I nie znam żadnej firmy technologicznej, której chodziłoby o wywołujące depresję produkty. Wszystko, argumenty zarówno etyczne jak i biznesowe, przemawiają raczej za dążeniem w przeciwnym kierunku”.

 

Mark zwrócił też uwagę na wybiórczość oskarżycieli w traktowaniu badań wpływu Instagrama na nastolatków i dzieci. Bo choć z jednej strony rzeczywiście pewna część młodych ludzi ma związane z tą aplikacją problemy z samooceną, to z drugiej strony wśród zarzutów pominięto również wychodzący z badań pozytywny wpływ social media na samopoczucie i relacje wielu nastolatków.

 

Prawne karty przeciwników Facebooka (w kontekście postepowań antymonopolowych i pokrewnych) nie są wcale tak mocne jak to się być może niektórym wydaje. Politycy grożą, że rozbiją firmę na kawałki, ale, jak się zauważa, wymierzony przeciw niemu proces antymonopolowy jest wadliwy. Twierdzenie Departamentu Sprawiedliwości, że Facebook jest monopolistą, opiera się na zdefiniowaniu rynku w taki sposób, aby wykluczyć większość innych sieci społecznościowych. Monopolowi w pewnym sensie przeczy to, co działo się podczas niedawnej awarii. Użytkownicy bez większych problemów przeszli do aplikacji takich jak Telegram, TikTok czy Twitter. Gdyby to był prawdziwy monopol, to korzystanie z konkurencyjnych produktów nie byłoby tak łatwe. Postepowania antymonopolowego bardziej więc powinien obawiać się Google a nie serwis Zuckerberga.

Jak wiadomo nad Google również zbierają się czarne chmury dochodzeń antymonopolowych. Najpoważniej to wygląda w USA, ale obiektem skarg, dochodzeń i pozwów firma z Mountain View jest w wielu innych krajach. Amerykański Departament Sprawiedliwości wszczął dochodzenie przeciw Google za utrzymywanie nielegalnego monopolu na „usługi ogólnego wyszukiwania, reklamy, w tym w szczególności tekstowe reklamy w wynikach wyszukiwania”. Grupa amerykańskich stanów, pod przewodnictwem Teksasu, złożyła pozew antymonopolowy przeciwko Google zarzucając mu bezprawną zmowę z Facebookiem, prowadzącą do nielegalnego ustalania cen w aukcjach reklam. Kolejny pozew, koalicji stanowych prokuratorów generalnych, zarzuca Google nielegalne faworyzowanie własnych „obiektów i usług” w wynikach wyszukiwania, co „wypycha konkurencję i powoduje szkody z punktów widzenia innowacji”.

 

To nie koniec. Ponadpartyjna grupa senatorów zaproponowała przepisy mające na celu osłabienie kontroli Google nad mniejszymi deweloperami w sklepie z aplikacjami i zakazanie Google’owi preferencyjnego dawania własnym aplikacjom preferencyjnego traktowania w wyszukiwaniach. Także prezydent Biden powołał najbardziej doświadczony zespół antymonopolowy, jaki widziała administracja prezydencka od lat, w celu zbadania działań i pozycji Google’a.

 

Procesy te dopiero zaczynały nabierać rozpędu w 2021 roku a i w 2022 raczej się nie zakończą. Często zauważa się, że prawdziwym celem kroków prawnych podejmowanych przez przedstawicieli Stanów Zjednoczonych i innych państw nie jest rozbicie i zniszczenie Facebooka i Google’a (trzeba dodać też Amazona). Chodzi bardziej o zapewnienie sobie kontroli, także politycznej nad molochami, których potęga rozrosła się w sposób dla polityków może i przerażający, ale co tu kryć, także nad wyraz pociągający.