Strona StopFake PL na Facebooku częściowo odblokowana! CMWP SDP podtrzymuje apel o całkowite przywrócenie funkcjonalności konta

20 października, w godzinach popołudniowych, po 8 dniach od usunięcia konta, strona StopFakePL została  częściowo przywrócona przez administratorów Facebooka. Nie można jednak na niej publikować nowych postów. Dlatego CMWP SDP podtrzymuje swój protest przeciwko blokadzie tego konta i apeluje o jego przywrócenie wraz z pełną funkcjonalnością.

Informację o częściowym odblokowaniu konta przekazała oficjalnie koordynatorka tego projektu, Monika Pietraszkiewicz.  Strona jest widoczna, posty na niej umieszczone również, wygląda na to, że żadnych materiałów nie brakuje. Niestety, nie została przywrócona jej pełna funkcjonalność. Nie mamy możliwości publikowania postów – powiedziała red. Monika Pietraszkiewicz. Owszem, wyświetla się informacja, że możemy się od decyzji odwołać, ale kiedy próbujemy napisać odwołanie – okazuje się że funkcja ta nie działa. Dlatego nie pozostaje nam nic innego, jak ponownie prosić o wsparcie w tej coraz bardziej żenującej „walce” – napisała Monika Pietraszkiewicz zwracając się o wsparcie do CMWP SDP. Ostatnim materiałem , jaki udało się opublikować na tym koncie jest artykuł pt.„Polskie gierki” Kremla z dnia 3 lipca b.r. Zdążyła go polubić 1 osoba, po czym konto zostało zablokowane, a potem zlikwidowane. Wczoraj, bez żadnego wyjaśnienia, ani informacji o powodach zmiany decyzji konto zostało przywrócone.

 CMWP SDP ponownie stanowczo apeluje do osób zarządzajacych  koncernem Meta  o pilne odblokowanie i przywrócenie  wszystkich funkcji konta StopFake Pl na Facebooku ze względu na brak jakichkolwiek podstaw do jego blokowania i ze względu na oczywisty interes społeczny. 

Sprawa usunięcia, a teraz częściowej blokady konta dotyczy głównego profilu StopFake PL prowadzonego przez SDP na Facebooku od 5 lat. Administratorom profilu nie została nawet przekazana informacja o usunięciu profilu. Osoby zajmujące się administracją 12. października b.r. weszły na profil w celu złożenia kolejnego już odwołania od decyzji koncernu Meta (właściciela Facebooka)  i wtedy okazało się, że został on usunięty.  Od lipca b.r. konto StopFake PL nie miało możliwości dystrybucji swoich treści na Facebooku, profil był regularnie blokowany przez administratorów Facebooka. Nie pomagały wielokrotne odwołania od tej decyzji, a próby kontaktowania się Autorów StopFake PL  z przedstawicielami koncernu Meta  skończyły się niepowodzeniem. Nie ma z ich strony reakcji w postaci odblokowania profilu, ani żadnej innej.

Blokada ta jest szczególnie bulwersująca, ponieważ StopFake PL to prowadzone przez SDP konto, które zajmuje się zwalczaniem rosyjskich manipulacji i nieprawdziwych informacji w mediach. Profil StopFake PL  na Facebooku istnieje w sieci  od 2017 r. Jego usunięcie jest absolutnie niezrozumiałe, gdyż jest na nim umieszczona dostępna dla wszystkich informacja, iż jest to profil projektu, który zajmuje się zwalczaniem rosyjskiej dezinformacji oraz że projekt jest dofinansowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP. Pod tym samym adresem i tą samą nazwą funkcjonował od początku swojego istnienia, czyli od 2017 r.

Na stronie stopfake.org, (a do lipca także na profilu StopFake PL w medium społecznościowym jakim jest Facebook) w 13 wersjach językowych publikowane są informacje o nieprawdziwych treściach pojawiających się w mediach, głównie rosyjskich, zwłaszcza dotyczących relacji polsko-ukraińskich, polsko-rosyjskich i polsko-białoruskich. Dzięki rozwinięciu na portalu stopfake.org rosyjsko i anglojęzycznego komponentu poświęconego sprawom Polski, materiały demaskujące manipulację i propagandę w tym obszarze, trafiają do środowisk opiniotwórczych nie tylko w Polsce i na Ukrainie, ale również w innych krajach. Wśród osób obserwujących profile StopFake PL w mediach społecznościowych, znaleźć można było zarówno dziennikarzy, jak i polityków, w tym również z Europy Zachodniej. Blokada konta StopFake PL na Facebooku jest więc działaniem całkowicie niezrozumiałym, a trwająca od 24 lutego 2022 r. rosyjska agresja na Ukrainie i potrzeba codziennej weryfikacji pojawiających się w sieci treści czyni tę blokadę skandaliczną.

Jak dziennikarz sportowy CEZARY KRYSZTOPA pisze o politycznym futbolu: Pusta bramka Tuska

A miało być tak pięknie, dziennikarz Newsweeka Grzegorz Rzeczkowski, kolega rysującego strzałki w kierunku Putina Tomasz Piątka i wydający książki w jego wydawnictwie, napisał artykuł o tym jak to Marek Falenta sprzedał nagrania z udziałem polityków obozu rządzącego za czasów koalicji PO-PSL Rosjanom (trzonem materiału są zeznania Marcina W., wspólnika Marka Falenty). Tak, chodzi o słynne nagrania z ośmiorniczkami i kupami kamieni. Czytaj: „Ruscy obalili rząd Platformy i osadzili rząd PiS”.

Rzeczkowski wystawia piłkę, na pozycji już stoi gotowy Donald Tusk. Biegnie przez połowę boiska, pomiędzy zaskoczonymi pisowcami. Jest jak huragan, nic nie jest go w stanie zatrzymać – Tylko komisja śledcza, niezależna od pana Ziobry i pana Kaczyńskiego jest w stanie wyjaśnić, na czym polega wpływ rosyjskich służb na energetyczną politykę PiS-u – wzywa w biegu lider Platformy jakby nie pamiętając, że w 2015 roku, kiedy Platforma miała jeszcze wraz z PSL większość w Sejmie, głosowała przeciwko powołaniu takiej komisji. Pomocnicy medialni agregują przekaz i usiłują sprowokować innych szantażem, że kto nie traktuje poważnie wynurzeń kolegi Tomasza Piątka, ten nie jest godzien miana dziennikarza. Wynik wydaje się przesądzony.

Zwrot akcji

W zasadzie Tusk jest już na polu karnym przeciwnika, gdy nagle występuje gwałtowny tumult, nikt nie wie, gdzie jest piłka, w tumanie kurzu słychać Marka Falentę, który krzyczy – To decyzja Donalda Tuska wobec mojej firmy była pisana rosyjskim alfabetem. A w końcu BUM, decyzją Prokuratury Krajowej ujawnione zostają inne zeznania uwiarygodnionego wcześniej przez publikację Grzegorza Rzeczkowskiego Marcina W. Zeznania, w których ten opowiada, jak przekazano 600 tysięcy euro, które miało być „dla Tuska” i które miał odebrać tajemniczy M.T., w imieniu którego zaraz Michał Tusk w wypowiedzi dla „wiodących mediów” tłumaczył, że „to totalne bzdury, nigdy nie poznałem Marka Falenty ani Marcina W.”. Tylko jak teraz Marcina W. uznać za kłamcę i mitomana, skoro przed chwilą miał być wiarygodnym źródłem informacji na temat rosyjskich kontekstów dojścia PiS do władzy – To Donald Tusk nadał wiarygodność temu panu, więc proszę bardzo, protokoły, które pokazują jak wielką wiarygodnością ten pan się cieszy – mówi wiceminister sprawiedliwości Michał Woś – Teraz tylko komisja śledcza jako spełnienie żądań Tuska – dorzuca była działaczka Platformy Obywatelskiej, która musiała opuścić struktury po tym jak skrytykowała kandydaturę Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na prezydenta, Aleksandra Wasilewska.

Kibice Tuska jeszcze krzyczą, trochę chaotycznie, ale głośno, natomiast na boisku, po stronie dzielnego piłkarza zapada jakby cisza. Tym razem piłka zmierza w kierunku bramki oświeconych demokratów. Obrońcy wpadli w stupor. Gdzie podział się Donald Tusk?

Do chwili, kiedy wysyłałem ten felieton nikt nie był w stanie na to pytanie odpowiedzieć. Co więcej bramka jego drużyny stała pusta.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Upamiętnijmy godnie bohaterów z „Łączki”

Na marginesie skandalu z pochówkiem zbrodniarza Urbana na Powązkach Wojskowych w Warszawie, należy wrócić do idei dekomunizacji tego wyjątkowego polskiego cmentarza, ale także (i o tym jest ten tekst) budowy na „Łączce” Panteonu Bohaterów Narodowych.

Obie priorytetowe sprawy są ze sobą bezpośrednio związane – wymagają przejęcia nekropolii przez państwo polskie z rąk stołecznego magistratu, bo w obu tych kwestiach miasto stołeczne Warszawa pod wodzą wcześniej Hanny Gronkiewicz-Waltz, a dziś Rafała Trzaskowskiego nie robi nic, bo… nie chce. Jedyna zatem nadzieja we władzach Rzeczpospolitej, a wiem, że nacjonalizacja Powązek Wojskowych jest przez odpowiednie ministerstwa i instytucje brana pod uwagę. Moją rolą jest przypominanie…

A teraz garść faktów, związanych z naszą walką o repolonizację Powązek Wojskowych i oddania należnego hołdu zasłużonym.

„Panteon Bohaterów Narodowych powinien obejmować obszar całego dawnego pola więziennego, tam, gdzie po wojnie byli grzebani pomordowani. Teren „Łączki” należy do pomordowanych żołnierzy i działaczy Polskiego Państwa Podziemnego” – pisaliśmy w 2014 r. jako Fundacja „Łączka” do ówczesnego sekretarza Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzeja Krzysztofa Kunerta. Ale pan minister zamiast Panteonu postawił na stołecznych Powązkach Wojskowych panteonik. Ten stan w ramach polityki faktów dokonanych trwa do dziś.

Od grudnia 2013 r., kiedy powstała Fundacja „Łączka”, domagaliśmy się przeprowadzenia na Powązkach ekshumacji, identyfikacji i upamiętnienia wyklętych przez komunę Żołnierzy Niezłomnych. Dziś ekshumacje zostały zakończone, identyfikacja szczątków trwa, pozostało godne upamiętnienie.

Upamiętnienie ministra Kunerta do tej godnej kategorii nie należy. Panteonik – bo nie Panteon – stanął tylko na części „Łączki”, dokładnie na terenie 18 x 18 m. Tym samym p. sekretarz pozostał całkowicie głuchy na oczekiwania „łączkowych” rodzin.

W liście do Andrzeja Kunerta właśnie o rodziny pomordowanych pytaliśmy: „Oni nie mogą być zlekceważeni. Jesteśmy przekonani, że nie dopuści Pan do takiej sytuacji i że rodziny ofiar „Łączki” uzyskają możliwość wzięcia udziału w tworzeniu Panteonu Bohaterów Narodowych, a ich opinia będzie przez Państwa traktowana z należytym szacunkiem”.

Również na to p. Kunert pozostał obojętny. Potem próbował wmawiać Polakom, że dla budowy panteoniku ma poparcie rodzin, a wręcz… został przez nie zmuszony.

Jak wyglądały konsultacje Kunerta? Po wielu miesiącach wysłał list do części rodzin. Z tej części zgodę uzyskał od jeszcze mniejszej części. Minister nie poinformował rodzin, że upamiętnienie będzie ograniczone do powierzchni 18 x 18 m, ani że zamiast grobów powstaną szuflady. P. Kunert zignorował również list podpisany przez blisko 200 osób i organizacji, w tym rodziny „łączkowe” (wśród nich bliscy Hieronima Dekutowskiego, Adama Lazarowicza, Stanisława Łukasika, Stanisława Mieszkowskiego). Ponieważ wszyscy oni byli przeciwni budowie panteoniku, uznał, że są niereprezentatywni! Nie akceptował zdania tysięcy Polaków protestujących w Internecie.

Panteonik ministra Kunerta został odsłonięty na Powązkach 27 września 2015 r. Obok w ziemi pozostawały jeszcze szczątki ok. 100 zamordowanych. Czym był ten zabieg, jeśli nie dzieleniem Żołnierzy Niezłomnych na tych, którzy mieli szczęście i zostali wydobyci, oraz tych, którzy tego szczęścia nie mieli?

Dziś wracamy do postulatu budowy – zamiast panteoniku – wielkiego Narodowego Panteonu Chwały, i to nie na skrawku „Łączki”, ale na całym dawnym więziennym polu śmierci (kwatery Ł i ŁII). To prawdziwe upamiętnienie – a nie jego Kunertowa podróbka – powinno przypominać ideą i rozmachem Cmentarz Orląt Lwowskich.

 

Spektakl kabaretowy „Co Pan wyprawia…?” w Domu Dziennikarza na Foksal

29 października o godz. 18 zapraszamy do Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie na spektakl kabaretowy „Co Pan wyprawia…?”. Wstęp bezpłatny.

Spektakl „Co Pan wyprawia…? – opowiada o aktorce-dziennikarce (Teresa Gałczyńska), która postanawia zostawić swoje dotychczasowe zajęcia i od razu zostać gwiazdą. W tym celu chce zatrudnić menagera-impresaria, który załatwi jej kontrakt w Hollywood. Miał się pojawić na jej występie estradowym,
ale w miejsce managera, niespodziewanie pojawia się na scenie jej
kolega z serialu – Pan Bronek (Roman Szczeblewski). On również szuka pracy i postanowił wykorzystać swoje umiejętności cyrkowe na estradzie. Nie wszystko mu wychodzi, ale skutecznie nie daje się zepchnąć na plan drugi – z czego wynika wiele zabawnych sytuacji…

Więcej informacji o spektaklu i artystach TUTAJ.

 

 

Już w listopadzie druga edycja „SDP Cafe”, rozmów dziennikarzy z twórcami kultury

„SDP Cafe” powraca z nowymi bohaterami i w nieco zmienionej formule. W listopadzie Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich na portalu sdp.pl i na swoim kanale na YouTube zaprezentuje premierowe odcinki rozmów dziennikarzy z twórcami kultury.

W ubiegłym roku bohaterami 36 odcinków „SDP Cafe” byli dziennikarze-twórcy kultury. W drugiej edycji cyklu rozszerzyliśmy formułę i do rozmów zaprosiliśmy twórców kultury, ale już nie tylko dziennikarzy. Oczywiście nie oznacza to, że wśród gości zabraknie osób związanych z mediami. Na przykład bohaterem pierwszego odcinka będzie Mariusz Pilis, dziennikarz, korespondent wojenny, ale też scenarzysta, reżyser, autor filmów dokumentalnych.

Poprzednio gości zapraszaliśmy wieczorem do naszej „kawiarenki” zaaranżowanej w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie, gdzie przy filiżance dobrej kawy, w mniej formalnej atmosferze, rozmawialiśmy na żywo. Tym razem postanowiliśmy przyjechać z kamerą do naszych gości, aby porozmawiać w ich codziennym środowisku – domu, pracowni. Niektórych z nich, tak jak poprzednio, zaprosiliśmy na Foksal. Jedno na pewno się nie zmieniło, „SDP Cafe” to nadal będzie miejsce, gdzie spotykamy ciekawe osoby i podczas szczerej rozmowy poznajemy ich twórczość, życie, pasje, sposób patrzenia na świat, czasami tajemnice…

Tak jak w ubiegłym roku, do projektu „SDP Cafe” włączyły się oddziały Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, dzięki czemu znów będziemy mieli okazję poznać intersujących bohaterów nie tylko z Warszawy, ale z różnych części Polski.

W nowej edycji „SDP Cafe” zaplanowaliśmy 15 spotkań, ich emisję rozpoczniemy w listopadzie na portalu sdp.pl i na naszym kanale na YouTube. O tym kogo będziemy gościć poinformujemy wcześniej w naszych mediach społecznościowych – na Facebooku i Twitterze.

Projekt dofinansowany jest ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury oraz Narodowego Centrum Kultury.

Partnerzy medialni

Do Rzeczy, Sieci, wPolityce.pl, Radio Wnet, Informator Stolicy, portal Waw4free, Bez wierszówki, Forum Dziennikarzy

WOŁODYMYR SYDORENKO: Dziennikarze w Ukrainie – praca w trybie wojennym

Praca dziennikarzy w Ukrainie podczas wojny jest bezcenna. To nie tylko bieżące dostarczanie informacji o heroicznym oporze wobec agresorów, ale także historyczna dokumentacja zbrodni rosyjskich najeźdźców.

Na portalu Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy można jeszcze przeczytać apel tej organizacji, który pojawił się tam zaraz po rosyjskiej inwazji: „Ukraino, trzymaj się! NSJU wchodzi w wojenny tryb działania!” Nikt z nas nie miał doświadczenia wojskowego, ale wszyscy rozumieli, że nadszedł czas, kiedy istnienie kraju, narodu, jest zagrożone, że trzeba walczyć i wygrać, innej drogi nie było. Niedawno na Ukrainie ukazała się książka „Dziennikarze na wojnie”, zbiór opowiadań o tym, jak dziennikarze „walczą” na froncie informacyjnym. Od początku wojny wydarzyło się bardzo wiele, to prawie cała najnowsza historia społeczności dziennikarskiej Ukrainy.

Co najmniej 39 dziennikarzy padło ofiarą agresji rosyjskiej na Ukrainie w ciągu 200 dni wojny. Według zweryfikowanych danych NSJU wśród zabitych jest ośmiu dziennikarzy pełniących obowiązki zawodowe; 13 pracowników mediów to ofiary cywilne; 18 zabitych spośród przedstawicieli mediów stanowili zmobilizowani do obrony kraju w szeregach Sił Zbrojnych Ukrainy. Ostatnią ofiarą rosyjskich najeźdźców był operator kanału telewizyjnego „Pryamiy” i oficer Sił Zbrojnych Ukrainy Oleksiy Yurchenko, który zginął podczas walk o Bałaklia pod Charkowem 8 września.

Szef Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy Serhij Tomilenko mówi, że dla dziennikarzy sprawą honoru jest uczczenie pamięci i wspieranie rodzin poległych kolegów – tych, którzy zginęli podczas wykonywania obowiązków zawodowych, tych, którzy na czas wojny odłożyli pióro, zeszyt i dyktafon i chwycili za broń, a także tych, którzy stali się niewinnymi ofiarami rosyjskich najeźdźców.

Na Ukrainie podczas wykonywania obowiązków dziennikarskich zginął np. ukraiński fotoreporter magazynu „LIVE” Jewgienij Sakun. Został zabity podczas ataku rakietowego na wieżę telewizyjną w Kijowie 1 marca 2022 r. Renauda Brenta Anthony’ego, Amerykanina dziennikarza, byłego korespondenta „The New York Times”, reportera „Time” i dokumentalistę rosyjscy żołnierze zastrzelili na punkcie kontrolnym w Irpieniu 13 marca 2022 r. Pierre Zakzhevsky, irlandzki fotoreporter „Fox News”, zmarł 14 marca, 2022 wraz z Oleksandrą Kuvshinovą, po ostrzale ich samochodu we wsi Gorenka w obwodzie kijowskim. Oksana Baulina, rosyjska dziennikarka „The Insider” zginęła 23 marca 2022 r. podczas rosyjskiego ostrzału Kijowa. Maksym Levin, ukraiński fotoreporter, został znaleziony martwy w obwodzie kijowskim 1 kwietnia 2022 r. Śledztwo przeprowadzone przez Reporterów bez Granic wykazało, że był torturowany i zamordowany. Mantas Kvedaravicius, litewski filmowiec i dokumentalista, zginął 2 kwietnia 2022 roku podczas próby opuszczenia miasta Mariupol, którego życie dokumentował przez wiele lat. Leclerc-Imhoff Frédéric, francuski dziennikarz kanału BFMTV, zmarł od rany zadanej odłamkiem 30 maja 2022 r. po rosyjskim ostrzale, relacjonował ewakuację ludności cywilnej z Siewierodoniecka.

Dilyerbek Shakirov, ukraiński dziennikarz tygodnika informacyjnego „Navkolo Tebe”, został zabity z broni automatycznej 26 lutego w obwodzie chersońskim. Wśród zabitych podczas wojny są też Ihor Hudenko, ukraiński fotograf i Pavlo Li, gospodarz kanału telewizyjnego „Dom”. Viktor Dyedov, ukraiński operator kanału telewizyjnego „Sigma”, zmarł 11 marca 2022 r. w Mariupolu w wyniku ostrzału jego domu. Hyrych Vira, ukraiński dziennikarz, producent Radio Liberty, zginął w wyniku rosyjskiego ostrzału Kijowa 28 kwietnia 2022 roku. To tylko niektórzy z naszych kolegów i koleżanek, którzy zginęli w wyniku rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Trudno wyliczyć wszystkich, to takie bolesne…

Jednak w Ukrainie rozumieją, że praca dziennikarzy w czasie wojny jest bezcenna. To nie tylko reportaż o heroicznym oporze Ukraińców wobec rosyjskich agresorów, ale także historyczna dokumentacja zbrodni rosyjskich najeźdźców, która będzie leżała na stołach sądowych podczas przyszłych procesów zbrodniarzy wojennych, to po prostu dokumentacja historii ukraińskich miast i wsi. Na przykład znany fotoreporter „Graty” Stanislav Yurchenko mówi: „To, co kręcimy ja i moi koledzy, będzie służyło jeszcze lata po wojnie. Ponieważ postępowanie sądowe to nie kwestia roku czy dwóch lat. Te zdjęcia mogą być potrzebne przez dziesięciolecia”. Od początku wojny Stanislav Yurchenko podróżuje po Ukrainie i dokumentuje to, co wydarzyło się w ukraińskich miastach i wsiach w związku z inwazją rosyjskich najeźdźców. Wydawnictwo „Grata”, specjalizujące się w dziennikarstwie sądowym, zajmuje się obecnie dokumentowaniem zbrodni wojennych Rosji na Ukrainie. Stanislav Yurchenko opowiedział o tym, co można sfilmować, o co powinien zadbać dziennikarz idąc do strefy walki, dlaczego hełm jest nie mniej ważny niż kamizelka kuloodporna, podczas szkolenia NSJU „Bezpieczeństwo dziennikarzy relacjonujących wojnę na Ukrainie”, które odbyło się we współpracy z UNESCO i organizacją Reporterzy bez Granic.

W Ukrainie praktycznie nigdzie dziennikarze nie porzucili swoich obowiązków z własnej woli. Korzystają z najmniejszych możliwości kontynuowania wydawania gazety, aktualizowania kanałów internetowych, nadawania audycji radiowych i telewizyjnych. Na przykład gazeta „Majak” w obwodzie charkowskim ukazuje się pomimo wojny, problemów z pocztą i internetem. Zespół dziennikarzy drukuje gazetę na drukarce i rozdaje ją czytelnikom. Redaktor naczelna Tetiana Łuczyńska mówi, że dziennikarze wytrzymali uderzenie koronawirusa, a teraz muszą się zmierzyć z wojną. „Walczymy i robimy wszystko, co w naszej mocy, aby gazeta przetrwała i wygrała razem ze swoimi czytelnikami” – dodaje. Nawet teraz gazeta ma ponad 3000 subskrybentów, a grupa na Facebooku liczy około 12 000 członków. Jest wiele takich przykładów, kiedy dziennikarze nadal pracują i publikują w najtrudniejszych warunkach.

Z dziewięciu pracowników gazety „Verkhovynski Visti” w obwodzie iwanofrankowskim, w redakcji obecnie pozostało sześciu. Budżet reklamowy został stracony z powodu wojny, pieniądze wystarcza tylko na opłacenie druku gazety, więc cała ekipa zdecydowała się na urlop bezpłatny, ale kontynuować wydawanie kolejnych numerów. Przed wojną  60% dochodów pochodziło z prenumerat, a pozostałe 40% z reklam. Teraz sytuacja się zmieniła. Wraz z wybuchem wojny na pełną skalę papier i usługi poligraficzne stały się bardzo drogie. Wydanie 3000 egzemplarzy pochłania wszystkie pieniądze zarobione w ciągu miesiąca. Liczbę stron trzeba było zmniejszyć z 12 do 8, ale gazeta żyje i przekazuje czytelnikom wiadomości z frontu. Chociaż ogólnie w obwodzie iwano-frankowskim 9 lokalnych gazet przestało się ukazywać, a niektóre całkowicie się zamknęły, niektóre ukazują się nieregularnie.

Krajowy Związek Dziennikarzy Ukrainy stworzył sieć Centrów Solidarności w regionach, aby nieść pomoc dziennikarzom. Lina Kush, pierwsza sekretarz NSJU, mówi: „To sieć stworzona przez Krajowy Związek Dziennikarzy Ukrainy w celu wspierania pracowników mediów w czasie wojny. Każdy ukraiński dziennikarz może skontaktować się z nami w celu uzyskania pomocy osobiście lub online. Świadczymy pomoc organizacyjną, techniczną, materialną, psychologiczną i prawną dziennikarzom, którzy w różnym stopniu zostali dotknięci wojną, a także pomagamy przedstawicielom krajowych i zagranicznych środków masowego przekazu w relacjonowaniu zbrojnej agresji Rosji w naszym kraju. Wraz z międzynarodowymi partnerami pomagamy małym lokalnym redacjom >utrzymać się na powierzchni<, zapewniając tymczasowe wsparcie finansowe na opłacenie pracowników lub zakup sprzętu”. Takie ośrodki powstały w Kijowie, Lwowie, Iwano-Frankowsku, Czerniowcach, Zaporożu i Dnieprze. Sieć została utworzona i działa przy wsparciu Europejskiej i Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy oraz innych partnerów międzynarodowych.

Chyba traci cierpliwość WALTER ALTERMANN, bo pisze: Dosyć tego dobrego

Pozwoliłem sobie zapożyczyć do tytułu znane zawołanie lidera PiS, ale jest też faktem, że moja językowa tolerancja już się wyczerpała. Oto przykłady bolesnych zderzeń z językiem polskim najważniejszych naszych obywateli, zderzeń z ostatnich dni.

Tak się złożyło w ciągu ostatniego tygodnia, że wysłuchałem rozmów trzech naszych prezydentów: obecneego – Andrzeja Dudy i byłych: Aleksandra Kwaśniewskiego i Bronisława Komorowskiego. Rozmawiali z dziennikarzami Wszyscy trzej z dużą swadą mówili – dla przykładu – „tą rzekę”. Naprawdę zrobiło mi się głupio, bo na każdego z nich głosowało – w swoim czasie – ponad 50 procent uprawnionych do głosowania obywateli, żeby każdy z prezydentów mógł pełnić „tę swoją kadencję”, a broń Boże „tą swoją kadencję”.

Sprawa jest poważna, bo każdy z nich został prezydentem z poparciem innych partii. Czyli – gdyby podsumować – to w sumie głosowało na nich trzech jakieś 80 procent dorosłych obywateli Polski. Inne życiorysy, inny światopogląd, ale podobne błędy językowe.

Mamy w języku polskim trzy rodzaje: męski, żeński i nijaki. Ergo mamy: ten kraj, ta Polska, to zjawisko. A w odmianie: kocham ten kraj, kocham tę Polskę, kocham to zjawisko.

Prezydenci promują narodowe lektury. Czyli – teoretycznie – znają je. A w tych lekturach jak byk stoi: „kocham tę panią”, a nie „kocham tą panią”. Przy okazji czytania warto zapamiętać.

Półtora tony

Żeby panu premierowi Mateuszowi Morawieckiemu nie było przykro, że tak się rozpisałem o prezydentach, to teraz będzie o nim. W wirze walki o węgiel premier ostatnio powiedział: „Wystarczy półtora tony węgla”. Może i wystarczy, ale nie „półtora”, a „półtorej tony”. Bo tona jest rodzaju żeńskiego. Nie jest to, niestety, pierwszy taki lapsus Pana Premiera. Coś on z tymi rodzajnikami ma kłopot. Ale idzie się nauczyć, trzeba tylko chcieć.

Poważny zasób

W dyskusji, jaka rozpętała się po zadziwiającym wpisie Radosława Sikorskiego, w którym dziękuje USA za wysadzenie rurociągów Nord Stream, dochodzi też do zadziwiających erupcji językowych.

Oto w niedzielnym programie TVN „Kawa na ławę” znany dyskutant tej stacji Cezary Michalski stwierdza: „Sikorski jest poważnym zasobem politycznym Platformy Obywatelskiej”.

Owszem, słyszałem o zasobach paliw kopalnych, o zasobach finansowych – czyli o czymś, co jest i co może być użyte. Zasób, to coś co się ma i na co można liczyć. A na co może liczyć PO ze strony Sikorskiego? Na dalsze wybuchy jego nieokiełznanej miłości własnej? Na jakie odkrycia intelektualne i polityczne?

Ten człowiek już od trzech dziesięcioleci bryluje na salonach. Mówi wolno, z rozmysłem, jakby w każdym swym wystąpieniu ogłaszał korekty do teorii Einsteina. Naprawdę, nie ma ani w partiach rządzących, ani w całej opozycji nikogo, kto by mu dorównywał tupetem, arogancją i brakiem wiedzy politycznej.

A co do pana Michalskiego… obserwuję jak z roku na rok pogłębia swą wiedzę politologiczną. I jak jednocześnie przeżera go na wylot nowomowa politologów. Przykra rzecz obserwować co z może zrobić z normalnego człowieka politologia.

Westerplatte młodych

Ze zdziwieniem odkryłem, że tytuł jednego z programów Telewizji TRWAM to „Westerplatte młodych”. Program jak program, ale tytuł zastanawia. Bo co chce ta stacja powiedzieć młodym Polakom? Że mają bronić wiary jak żołnierze z Westerplatte we wrześniu 1939? Asocjacja jest niezbyt szczęśliwa, bo wojna o wiarę nie jest wojną militarną. To po co odwoływać się do wojny, w której ofiary były nie metaforyczne, ale prawdziwe? Nie lubię odniesień do wojen, potyczek i masakr.

Ale tytuł jest dobrany nieszczęśliwie z jeszcze innego powodu. Westerplatte to nie Termopile. Nasi nad Bałtykiem walczyli dzielnie, dopóki starczyło amunicji. I chwała im za to, bo walczyć do końca po to, żeby chwalebnie zginąć, nie jest szczytem rozsądku. Po wojnie nadchodzi czas pokoju. I żołnierz musi – jak pisał Jan Kochanowski – przekuć miecz na lemiesz pługu.

Co można zrobić z listą

Młody dziennikarz, w programie informacyjnym: „Ten pan zapisał się do listy na węgiel…” Przykro wyszło, bo na listę można się zapisać, dopisać, wymazać… Ale zawsze i niezmiennie: „na listę”, nie „do listy”.

Czyżbyśmy coraz mniej czuli „ojców naszych język?” Bo język trzeba rozumieć, znać jego prawidła, ale też trzeba go czuć. To zadziwiające, że im powszechniej uczymy języków obcych, tym coraz mniej naszych obywateli mówi dobrze po polsku. Ale może jest i tak, że teraz każdy może mówić, jak uważa, jak mu się tam język w jamie ustnej zwinie… Nikt takiego „poplątanego językowo” nie poprawi, nie zwróci uwagi. Żaden kierownik redakcji, żaden wydawca – jeśli w ogóle jest – nie poczuwa się dziś do dbania o poprawność językową „na podległej mu antenie”. A może także ci kierownicy i wydawcy nie wiedzą, jak jest poprawnie, a jak z błędem.

Czego może być mimika

Mecz tenisa, pani komentator mówi: „Widzimy mimikę twarzy tenisistki”. Sięgam do słownika i czytam: „Mimika – ruchy mięśni twarzy wyrażające przeżywane uczucia; też: sztuka wyrażania uczuć i myśli za pomocą wyrazu twarzy, stosowana jako środek gry aktorskiej”. Słowo mimika pochodzi z greki. I znane jest od stuleci. To trzeba wiedzieć, zanim zasiądzie się przed mikrofonem.

Widocznie jednak pani komentator to pojęcie jest nie do końca znane, skoro wzmacnia „mimikę” dodatkiem „twarzy”. To tak jakby powiedzieć, że biegacze biegną nogami. Zapamiętajmy – mimika jest zawsze i tylko mimiką twarzy. Bo jakiej by innej części ludzkiego ciała być jeszcze mogła? Kończę na ten temat, żeby było kulturalnie.

Doping

Inna sprawozdawczyni mówi w czasie transmisji meczu siatkarskiego: „Kibice dopingują naszym paniom”. Chciała może powiedzieć, że kibicują? Ale wyszłoby, że „kibice kibicują”. Więc szybko znalazła „doping”. Aliści sensu to nie ma żadnego, bo doping – w tym przypadku – to zachęcanie do walki, do wysiłku, dodawanie otuchy. Natomiast dopingować do czegoś jest nowym zwrotem, i dlatego uprzedzam, że tak, to jest źle. Z góry uprzedzam, bo wiem, że wszystko, co anormalne znajdzie swoich wielbicieli. Ja to mówi Papkin w „Zemście”:

„Co za koncept, u kaduka!
Pannom w głowie krokodyle,
Bo dziś każda zgrozy szuka.
To dziś modne, wdzięczne, ładne,
Co zabójcze, co szkaradne!

Korpus delicti

Rzeczpospolita z dnia 3 października 2022 roku, donosi, że Piotr Naimski zostanie obdarzony nową misją. Ma odpowiadać za budowę elektrowni atomowych. I tu cytat: „Szczegóły nowej misji Naimskiego oficjalnie są owiane tajemnicą, ale nieoficjalnie jego współpracownicy zapowiadają przedstawicielom z branży energetycznej, że „zespół jest już skorpusowany do misji atomowej”.

Skorpusowany?! Czy wszyscy oszaleli? Przez całą komunę słyszałem jedynie o Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego jako służbie budzącej grozę, którą rozwiązano w 1965 roku. I nagle słówko „korpus” odżyło. Brzmi groźnie. A już zupełnie abstrakcyjnie brzmi, że coś tam zostało „skorpusowane”.

Nawet nie chcę tego analizować, bo to jest neologizm translacyjny i po polsku nic nie znaczy. Można było powiedzieć, że „zespół ludzi do realizacji tego programu mamy już zorganizowany”, ale po co?  Lepiej palnąć „Jesteśmy skorpusowani”.

Pustynia Negew

Geograficzne nazwy własne z terenów obcych państw są w naszym języku „oswajane” i z czasem zyskują polskie brzmienie. Tak jest z Łymanem – na Ukrainie – o którym już Mickiewicz pisał, że to „Liman”. Prościej jeszcze jest z pustynią Negew w Izraelu. Bo po polsku to też Negew. Ale kilka dni temu usłyszałem, że pustynia nazywa się Negaw. Tak mówiono w jednym z programów dokumentalnych na Canal+. I jestem pewien, że to jest efekt jakiegoś nieudolnego tłumaczenia z języka angielskiego.

Wychodzi na to, że tłumacz po raz pierwszy usłyszał o takiej pustyni. I przetłumaczył z angielskiego na angielski. To istny dopust boży, że coraz więcej zagranicznych programów tłumaczy na nasz język grupa nieuków. Ja wiem, że tacy są tańsi, ale pieniądze to nie wszystko. Po stronie kosztów jest jeszcze zażenowanie odbiorcy.

 

JAN TESPISKI: Kostiumy i inne poważne przypadki (13)

Teatr nie gromadzi ludzi normalnych – i bardzo dobrze. Nawet portier w teatrze jest innym portierem niż wszyscy pozostali jego koledzy po fachu. Co by złego nie mówić o artystach teatru – w tym również elektrykach, tapicerach, mszynistach sceny – to wszyscy oni muszą być nienormalni, skoro pracują za mizerne pensje i cieszą się, gdy kolejna premiera jest sukcesem.

Nie da się tego wszystkiego zanalizować i dojść do źródeł takich postaw, bo teatr jest jednak misterium, czyli tajemnicą. Tak jak każdy „proces twórczy”. Napisałem to co powyżej, zamierzam bowiem podzielić się z Czytelnikiem kolejnymi anegdotami teatralnymi, mając nadzieję, że nikt nie poczuje się urażony.

Kradną?

Nina Andrycz była aktorką niezwykłą, stworzoną do ról królowych. Wyniosła, obdarzona pięknym, mocnym głosem, którego czasami nadużywała, bo w życiu też „grała” królową. A kolegów z teatru traktowała jak własny dwór. Jeżeli przypomnimy jeszcze, że była żoną „wiecznego premiera” Józefa Cyrankiewicza, to będziemy mieli pełny obraz królowej PRL-u.

Potrafiła też być przykra dla koleżanek i kolegów. Opowiadał reżyser Jan Maciejowski, że w swoim debiucie przyszło mu robić sztukę właśnie z Niną Andrycz. Recz działa się w latach 50., oczywiście w Warszawie, bo gdzieżby miała grać królowa.

Na pierwszą próbę sceniczną Nina Andrycz weszła w futrze, w kapeluszu, z torebką i parasolką. A rzeczy toczyła się w salonie, więc nie było powodu, żeby aktorka była tak ubrana, tak prosto z ulicy. Koledzy nie zareagowali. Natomiast Maciejowski, po kilku głębszych oddechach, dla dodania sobie odwagi, powiedział:

– Może mogłaby pani zostawić ubranie w garderobie?

– Słyszałam, że tu kradną… Ale jeżeli panu to przeszkadza, trudno, zaryzykuję.

Potem było już normalnie. A reżyser Jan Maciejowski, już na starcie kariery zawodowej uzyskał uznanie świata teatru.

Jak ubrać muzyków

Jeżeli jesteśmy już przy ubraniach… Rzecz nie działa się co prawda na scenie, ale w Filharmonii Łódzkiej lecz to niejako rodzina teatru.

Przed wojną filharmonii w Łodzi nie było, owszem grały tu dobre zespoły zawodowców i amatorów, przyjeżdżały dobre orkiestry z Warszawy, ale stałego zespołu nie założono. Dopiero w roku 1948 podjęto decyzję o utworzeniu państwowej filharmonii w Łodzi. Pierwszym dyrektorem został „sprawdzony towarzysz”, robotnik, przedwojenny działacz KPP. O muzyce nie miał w ogóle żadnego pojęcia, a o filharmonii jeszcze mniejsze. Zaangażowano jednak dobrych muzyków, świetnych kierowników muzycznych i jakoś szło.

Niemniej muzycy zauważyli, że dyrektor jakoś tak dziwnie się im przygląda, ogląda ich i jakby mierzy wzrokiem. W końcu na ogólnym zebraniu zespołu – a w tamtych latach zebrania zespołu były w świętej permanencji – dyrektor powiedział:

– Ja się tam na muzykowaniu nie znam. Ludzie mówią, że jest z nami dobrze, to i ja się cieszę. Ale jedna rzecz nie podoba mi się bardzo. To jest przecież filharmonia socjalistyczna, a wy tu wszyscy pokazujecie się frakach albo w smokingach. Tak dalej być nie może. Bo albo mamy socjalizm, albo robimy dalej jak za kapitalizmu…

Natychmiast po tym zebraniu w budynku pojawili się krawcy męscy oraz krawcowe. Ze wszystkich muzyków wzięto miary i zaczęło się wielkie szycie. Po dwóch miesiącach orkiestra wystąpiła w nowych galowych ubraniach.

Tyle tylko, że wszyscy wyglądali jak lokaje u przedwojennych królów bawełny – Schillerów czy Grohmanów. Wszyscy muzycy mieli kuse, jaskrowe marynarki z lamówkami i spodnie w takim samy żółto-beżowym kolorku.

Szczęście dyrektora nie trwało długo, bo jednak nie wszyscy towarzysze z ówczesnych władz byli pozbawieni taktu i gustu. Po roku orkiestra wróciła do fraków i smokingów, a dyrektora „rzucono na inny odpowiedzialny odcinek”.

Egzaminy eksternistyczne

Ta anegdota jest stara, ale zabawna, więc przytoczę. Akcja rozgrywa się w powojennej Polsce. Rzecz w tym, że wojna wielu młodym zdolnym ludziom przerwała edukację. Więc postanowiono w całym kraju przeprowadzać egzaminy eksternistyczne. Także dla aktorów i reżyserów.

Szefem komisji eksternistycznej dla reżyserów został wybitny intelektualista, reżyser, krytyk i historyk teatru, tłumacz, pisarz i pedagog, twórczy duch przedwojennego Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej – Bohdan Korzeniewski. Przy tych wspaniałych cechach charakteru i wielkim życiorysie, Korzeniewski był okropnie złośliwy. Pomiędzy nim a jednym z kandydatów na reżysera rozegrał się taki dialog:

Do sali wszedł egzaltowany, pewny siebie młodzian. Od razu nie zrobił na Korzeniewskim dobrego wrażenia.

– Ma pan trzy pytania – powiedział do kandydata Korzeniewski.

– Oczywiście, świetnie rozumiem, jak najbardziej, to jasne – terkotał kandydat.

– W takim razie proszę przedstawić nam szlak podbojów Cortesa – powiedział Korzeniewski, miło się uśmiechając.

– No, akurat o tym nie bardzo coś wiem – powiedział kandydat.

– To w takim razie proszę nam opowiedzieć o szlaku konkwisty Pizarra.

– Szczerze mówiąc – powiedział kandydat – na ten temat również nie byłem przygotowany.

Korzeniewski rozłożył ręce, w geście bezradności – że jest marnie.

– Bardzo przepraszam, ale mówił pan, że mam trzy pytania…

– Byłbym zapomniał – powiedział Korzeniewski. – To w takim razie proszę porównać szlak Pizarra ze szlakiem Cortesa.

Co może teatr z dramatem

Teoria dramatu zakłada, że sztuka teatralna w pełni realizuje się dopiero na scenie. Owszem, są także dramaty do czytania, ale to obecnie coraz większa rzadkość. No i te „lesebuchdrame” są śmiertelnie nudne.

Bardzo ciekawą historię ma realizacja „Konduktu” Bohdana Drozdowskiego w Teatrze Polskim we Wrocławiu w 1969 roku. Reżyserował Jerzy Krasowski, świetną scenografię zaprojektowała Krystyna Zachwatowicz. Treścią utworu jest podróż przez Polskę, jaką odbywa kilku górników, wioząc ciało zmarłego kolegi do jego rodzinnej wsi.

Autor był bardzo zainteresowany próbami i poprosił Krasowskiego o zgodę na obejrzenie prób generalnych. Niby tak się nie robi, bo nie ma nic gorszego niż żyjący autor…, ale Krasowski zgodził się. I na drugiej generalnej w teatrze pojawił się Drozdowski.

Po próbie Drozdowski długo milczał, a końcu powiedział do Krasowskiego:

– Wie pan, ja pisałem tragedię. A to jest komedia…

– Ale czarna komedia – powiedział Krasowski.

– Nie, nie… to jest świetne wystawienie, jestem bardzo zadowolony. Dziękuję panu, serdecznie dziękuję.

Kto sobie dodaje „no…” przed tekstem

Jest, niestety, dość rozpowszechniona wśród aktorów maniera, polegająca na dodawaniu sobie przed tekstem właściwym „no”. Być może pomaga im to w skupieniu na sobie uwagi widza. Ale jest to po prostu okropne. Tym bardziej że właściwe emocje aktor umieszcza w tym nieszczęsnym „no”, a tekst utworu mówi już bez emocji, na wydechu, po prostu pozbywa się tekstu.

Kazimierz Dejmek znalazł świetny sposób, by tych dodających „no”, oduczyć złych nawyków. Kiedy grający u niego aktor dręczył tekst dodawaniem „no”, Dejmek mawiał:

– Zdaje mi się, że „no” przed tekstem dodają sobie tylko źli aktorzy.

Skutkowało.

 

 

 

 

JAN TESPISKI: Dni grozy w teatrach (12)

Są w teatrze dni niełatwe, trudne i smutne – na przykład po nieudanej premierze. Ale są też dni prawdziwie panedmonijne, dni grozy. I nie mam na myśli dni premier albo wizyty dyrektora na próbach innych reżyserów. Chodzi o dni, pod koniec prób, kiedy aktorzy wychodzą na scenę w kostiumach, żeby obejrzeli ich po raz pierwszy – znaczy aktorów w kostiumach – reżyser i scenograf. Nazywa się to najczęściej „próbą kostiumową” i ten dzień rozpoczyna ostatni tydzień prób przed premierą. 

W takim dniu dochodzi do erupcji emocji ze strony głównie aktorek, które chcą wyglądać dobrze. Co prawda aktorki bywały na przymiarkach, a reżyser przedstawiał – z początkiem prób – projekty dekoracji i kostiumów, ale… każda aktorka chce wyglądać młodo i zgrabnie. W klasycznych sztukach problem jest mniejszy, tym bardziej, że szerokie suknie kryją co niedobre, ale w dramatach współczesnych jest problem.

Taki Witkacy, Brecht, Mrożek, czy już całkiem współcześni młodzi dramaturdzy nie widzą świata pięknym, ich świat jest wykreowany, ma przede wszystkim znaczyć, podkreślać charaktery postaci, główną myśl utworu i scen. I tu zaczyna się konflikt. Z jednej strony mamy aktorki, a z drugiej scenografów i reżyserów.

Jak ma wyglądać aktorka

W jednym z teatrów, w garderobie, przed próbami generalnymi siedziały trzy aktorki. Dwie młode i jedna starsza. Młode starannie charakteryzowały się, zgodnie z projektem scenografa, do sztuki Witkacego. Malowały sobie na czołach i twarzach dziwne esy-floresy, ostre abstrakcyjne linie i podobne im zawijasy – wszystko rodem z malarstwa Witkacego. Starsza aktorka dłuższy czas spokojnie się temu przyglądała, w końcu westchnęła i powiedziała:

– To wy dziewczynki tak chcecie wyglądać?

– Taki jest projekt – odpowiedziała jedna z młodych.

– Ja rozumiem, że jest projekt…, ale aktorka zawsze powinna wyglądać już do następnej roli. Bo te role już macie… A jak przyjdzie jakiś reżyser na spektakl i tak was zobaczy? To co on może wam zaproponować w następnej sztuce? Kaczkę dziwaczkę?

 Sfora

Oczywiście kostium powinien służyć aktorowi, ma być wygodny, ma pozwalać na nieskrępowany ruch, na gesty. Niemniej na próbach kostiumowych dochodzi niekiedy do ogromnych napięć. Dzieje się tak wtedy, gdy aktor – głównie aktorki – czuje się w kostiumie niedobrze. Tu kogoś coś ciśnie, tam zwisa, ówdzie nie pozwala swobodnie oddychać. Na przymiarkach u krawców niby jest dobrze, ale gdy nadchodzi moment prezentacji kostiumu… wybuchają emocje. W jednym z teatrów Dolnego Śląska doszło do takiego zdarzenia:

Doświadczony reżyser wiedział, że najpierw należy przejrzeć kostiumy mężczyzn, dopiero potem pań. I po tym, jak ostatni z obsady aktor zszedł ze sceny, nagle, nieproszony – bo to nie jego rola – odezwał się młody i niedoświadczony scenograf:

– To teraz poprosimy na scenę panie…

I tu zaczęło się piekło. Jak z Dantego. Na scenę, naraz, gwałtownie i z ogromną energia wpadło 10 aktorek. Dobiegły do proscenium, stanąwszy rzędem na całą szerokość sceny i zaczęły – wszystkie naraz – krzyczeć, płakać, zanosić się szlochem. Kilka zaczęło się rozbierać, niemal do bielizny, inne ściągnąwszy żakiety czy płaszcze zaczęło je deptać… Każda – nie zwracając uwagi na koleżanki – miała bardzo wiele do powiedzenia na temat nędzy, okropieństwa i dysformy swego kostiumu. Trwało to jakieś trzy minuty. Bardzo długie i gęste minuty.

W końcu wstał z miejsca scenograf i krzyknął:

– Kto wpuścił aktorki na scenę?!

I nagle zapadła cisza. Pytanie było tak abstrakcyjne, że wszyscy oniemieli. Wtedy, w zupełnej ciszy, reżyser kulturalnie poprosił panie o wchodzenie na scenę pojedynczo. I tak też się stało.

Opowiadał mi to ów reżyser, który stwierdził, że później dwa razy próbował taką scenę wyreżyserować.

– Ale nic z tego nie wychodziło. Zero emocji i zupełna sztuczność. Ale tam na Dolnym Śląsku była to najwspanialsza i najprawdziwsza awantura. Oczywiście dlatego, że wtedy aktorki walczyły o życie.

Eksperyment

Krawcy męscy w teatrach, jak krawcy w ogóle, dzielą się na tych, którzy lepiej szyją marynarki niż spodnie. I odwrotnie – są specjaliści od spodni, którym marynarka nigdy nie wychodzi. Taki przypadek istniał też w Teatrze Polskim we Wrocławiu, za dyrekcji Jerzego Krasowskiego i Krystyny Skuszanki. Niestety krawiec od spodni był dłuższy czas chory i cały garnitur musiał uszyć specjalista od marynarek.

Na próbie kostiumowej jeden z aktorów, wszedłszy w garniturze, zgłosił sprawę spodni.

– Kieszenie w tych spodniach są na wysokości kolan…

– Co z tymi kieszeniami, pani Włodku? – zwrócił się do krawca Krasowski, który w owym czasie uprawiał teatr eksperymentalny.

– Nic. To jest też taki eksperyment. Jak u pana dyrektora.

Kostiumy prywatne

Zdarza się też, że aktorki mają po prostu za nic projekty. Wtedy spiskują z krawcowymi i na próbie kostiumowej wchodzą w czymś, co nijak nie przypomina założeń scenografa. Wiedząc o takim procederze w jednym z teatrów, nowy dyrektor, a zarazem reżyser spektaklu, pilnie baczył, żeby krawcowe szyły dokładnie to – i dokładnie tak – jak jest na projekcie. Odwiedzał pracownię damską i widział tam rzeczy dziwne. Ale postanowił nie reagować, postanowił zezwolić na „wypowiedzenie się” krawcowych i aktorek Wiedział, że na tydzień przed premierą nie będzie już czasu na szycie nowych kostiumów, i dlatego aktorki wraz z krawcowymi liczą, że będzie musiał zaakceptować wytwory ich gustu.

Na próbie kostiumowej spokojnie obejrzał panie w kostiumach. Potem poprosił o projekty i zaczął porównywać je z rzeczywistością.

– To w końcu kto projektował, to co teraz widzę na scenie? Bo z projektami scenografa nie ma to nic wspólnego. Nawet materiały są inne…

– Bo panie prosiły, żeby szyć inaczej, bo według projektów to one wyglądałyby niedobrze – odezwała się szefowa krawcowych.

– W takim razie trzeba będzie szyć kostiumy jeszcze raz.

– Ale jak? Na tydzień przed premierą? – chórem zakrzyknęły aktorki.

– A właśnie, zapomniałem Państwu powiedzieć, że premierę musimy przesunąć na po wakacjach. Tak więc zdążymy.

– A co z tymi kostiumami? – niepewnie zapytała krawcowa.

– Nic. Teatr wyceni robociznę pań krawcowych, dodamy koszt materiałów i obciążymy tym panie aktorki. Myślę, że skoro im się te kostiumy podobają, to mogą w nich chodzić prywatnie.

I tak się też stało, że aktorki prywatnie chodziły w kostiumach, w których było im „do twarzy”. Ale dyrektora już nie polubiły.

Gdzie praktykował scenograf?

W jednym z mniejszych teatrów w centrum kraju, gdzieś tak około 1980 roku, postanowiono wystawić „Hioba” Karola Wojtyły. Utwór jest w gruncie rzeczy poematem teatralnym pisanym na Teatr Rapsodyczny i dla dzisiejszego teatru niezwykle trudny.

Próby przebiegały w ogromnej ekscytacji, a nawet egzaltacji – aktorów i miasta. Niemniej musiało dojść do próby kostiumowej. Tu trzeba zaznaczyć, że projekty kostiumów powierzono bardzo dobremu malarzowi, który jednak dotychczas nigdy nie robił nic dla teatru. Ponieważ również reżyser nie miał zbyt dużego doświadczenia doszło do poniższego zdarzenia.

Na scenę ciężkim krokiem, powoli wszedł jeden z aktorów, człowiek już starszy. Był ubrany jakby w długą do kostek, antyczną tunikę, ale z grubego, haftowanego złotem materiału.

– Pięknie – wykrzyknął reżyser.

– Tak, jest bardzo dobrze – powiedział scenograf.

– Ale ja – odezwał się aktor – nie mogę w tym wcale chodzić. Po co pod tym płaszczem mam jeszcze trzy warstwy jakichś tunik, czy czegoś tam… Ja wszedłem przed chwilą na wagę i ten kostium waży 35 kilo.

– Tak jest dobrze, oni tak właśnie chodzili – powiedział reżyser.

– Ale nie grali w czymś takim.

–Tak zostanie – uparł się reżyser.

Wtedy aktor padł na kolana, wyciągnął błagalnie przed siebie ręce, jak Hiob błagający Boga o litość i powiedział:

– Boże, czyżby scenograf przedtem u kata praktykował?

 

 

 

WALTER ALTERMAN: Stan rzeczywisty, czyli wnioski ze Spisu Powszechnego (3)

(Ciąg dalszy, odc. 3. – ostatni)

Interesujące dane przekazano po zebraniu informacji uzyskanych w wyniku Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań z roku 2021. Obejmują one liczbę ludności według płci i wieku, liczbę budynków i mieszkań (zamieszkanych i niezamieszkanych) na poziomie gmin.

Warto poświęcić chwilę uwagi tym informacjom, albowiem mówią one o wiele więcej niż wszystkie partie razem wzięte. Partie bowiem „kształtują” rzeczywistość wedle swych politycznych potrzeb, podczas gdy jest ona, najczęściej, zupełnie inna.

(Przypominamy dane  z odc. 1 i 2 – analiza i komentarz w drugiej części tekstu)

Wyniki spisu

  1. Według ostatecznych wyników NSP 2021 liczba ludności Polski liczyła 38 036 118 osób i była mniejsza o 1,2% (475 706) w porównaniu z wynikami spisu 2011 r. Na terenie Polski zlokalizowanych było 15 227 927 mieszkań, ich liczba zwiększyła się o 12,8% (1 732 550) w porównaniu ze spisem z 2011 r.
  1. Największym województwem pod względem liczby ludności w 2021 r. jest nadal województwo mazowieckie liczące 5 514 699 mieszkańców, co stanowi 14,5% ogółu ludności kraju. W stosunku do poprzedniego spisu odnotowało ono największy przyrost liczby ludności, tj. O 246 039 osób. Kolejnym pod względem liczby ludności jest województwo śląskie liczące 4 402 950 osób, co stanowi 11,6% ogółu ludności kraju. W województwie śląskim odnotowano spadek liczby ludności o nieco ponad 227 416 osób. W kolejnych największych pod względem liczby mieszkańców województwach odnotowano wzrosty: w wielkopolskim o 57 138, tym samym liczba ludności w województwie wyniosła w 2021 r. 3 504 579, w województwie małopolskim o 94 824 (liczba ludności wynosiła 3 432 295).Najmniejszymi województwami są: opolskie liczące 954 133 mieszkańców, co stanowi 2,5% całej ludności kraju (spadek o 62 079 osób) oraz lubuskie z liczbą ludności 991 213, gdzie także odnotowano spadek w stosunku do 2011 r. O 31 630 osób. W okresie międzyspisowym w większości województw odnotowano spadek liczby ludności, największy w świętokrzyskim – o 6,6%, opolskim ‒ o 6,1% oraz lubelskim ‒ o 5,7%. Z kolei najwyższy przyrost liczby ludności wystąpił w województwach: mazowieckim ‒ o 4,7% i pomorskim ‒ o 3,6%.
  1. Skala zmian liczby mieszkańców w poszczególnych województwach jest związana z rozwojem infrastruktury społeczno-gospodarczej i perspektywami na rynku pracy, co w konsekwencji warunkuje migracje (napływ lub brak odpływu przede wszystkim ludzi młodych), a następnie tworzenie rodzin.
  2. Spośród 2 477 gmin funkcjonujących w Polsce w 2021 roku spadek liczby ludności w stosunku do wyników NSP 2011 miał miejsce w 1 776 gminach, w tym w 1 181 gminach ubytek ludności wyniósł powyżej 5%, a w 397 powyżej 10%.
  3. Większość gmin, które odnotowały duży spadek liczby ludności (powyżej 10%) znajduje się na terenach tzw. „ściany wschodniej”. Szczególna koncentracja tego typu gmin ma miejsce w województwie podlaskim (stanowią one blisko połowę gmin – aż 48% w województwie), w południowej części województwa lubelskiego, obszarach przy granicy z Rosją, wschodniej części Pomorza Zachodniego oraz terenach górskich w południowej części kraju.
  4. Relatywnie dobrą sytuacją demograficzną charakteryzowały się natomiast obszary położone w województwach: małopolskim, pomorskim, wielkopolskim oraz centralna część województwa mazowieckiego (aglomeracja warszawska wraz z przyległymi gminami). Warto zwrócić uwagę również na województwo podkarpackie, w którym, pomimo położenia na obszarze „ściany wschodniej”, odsetek gmin o znacznym spadku ludności był stosunkowo niewielki.
  5. Największym przyrostem ludności charakteryzowały się przede wszystkim gminy położone w bezpośrednim sąsiedztwie największych ośrodków miejskich, co wynika z siły przyciągania wielkich aglomeracji jako atrakcyjnych rynków pracy. Nadmienić jednak należy, że proces suburbanizacji dotyczy również miast średniej wielkości.
  6. Warto zauważyć, że większość głównych ośrodków miejskich odnotowuje spadek populacji. Spośród 37 miast liczących powyżej 100 tysięcy mieszkańców, jedynie w ośmiu wystąpił wzrost liczby ludności, wśród nich są miasta wojewódzkie: Zielona Góra, Warszawa, Rzeszów, Wrocław, Kraków, Gdańsk, Opole i Białystok. Pozostałe miasta wojewódzkie odnotowały ubytki, największe w Katowicach i Łodzi (ubytek około 8%), następnie Kielce i Bydgoszcz.
  7. W 2021 r. ludność miejska stanowiła 59,8% ogółu ludności, na wsi mieszkało 40,2% (w 2011 r. udziały wynosiły odpowiednio – 60,8% i 39,2%). W ciągu ostatniej dekady największy przyrost liczby mieszkań odnotowano w gminach, które charakteryzowały się największym przyrostem ludności. Dotyczyło to gmin położonych w bezpośrednim sąsiedztwie ośrodków miejskich. Ponadto, w przypadku gmin miejsko-wiejskich relatywnie wyższy przyrost mieszkań odnotowano na obszarach wiejskich tych gmin.

Ludność według definicji krajowej – stali mieszkańcy Polski, w tym osoby, które przebywają czasowo za granicą (bez względu na okres przebywania), ale zachowały stałe zameldowanie w Polsce. Do ludności nie są natomiast zaliczani imigranci przebywający w Polsce czasowo.

Musimy liczyć na obcych

Zauważmy, że na naszych budowych, w ostatnich klilku latach, pracowało bardzo wielu Ukraińców. Z wybuchem wojny wyjechali, bronić swej ojczyzny. Ten ubytek rąk do pracy odbił się istotnie na naszym budownictwie.

Zdaje mi się, że musimy liczyć na obcych. Głównie na Słowian, zza naszej granicy, nie tylko wschodniej. Młodzi Polacy wolą pracować w supermarketach niż na budowach, bo praca na budowie jest fizyczna i ciężka, kapie na głowę, praży slońce lub doskwiera mróz.

Ci, na których możemy liczyć, nie muszą emigrować do nas na zawsze. Mogą być tu czasowo, tak jak setki tysięcy Polaków dorabiało dorywczo u Niemców. Ale – być może – trzeba będzie się pogodzić z napływem ludzi z Azji? Brytyjczycy jakoś nie narzekają na swą wielokuturowość. A zresztą, przez wieki Polska była wielokulturowa i wielojęzyczna. I nie to przyczyniło się do rozbiorów.

Nie wiem czy świat zmienia się na lepsze. Wiem jednak, że gorsze już było – na przykład emigracja za chlebem, z czego mamy śliczną piosenkę „Góralu czy ci nie żal…” pióra Michała Bałuckiego, krakowskiego komediopisarza, ale jakiś nieuk – który nie wyjechał – napisał w Internecie, że jest to piosenka ludowa.

Emigracja ma u nas dwie tradycje. Pierwsza, romantyczna – to emigracja po Powstaniu Listopadowym. Druga to XIX-wieczna emigracja za chlebem. Pierwsza emigracja to opuszczenie kraju przez największych naszych poetów, przez elity intelektualne i techniczne. Ale też mamy drugą emigrację, ekonomczną. W XIX wieku wieś polska, a i miasta, były niesamowicie przeludnione. Spłachetki ziemi nie były w stanie wyżywić roznącej liczy ludności, a przemysł był słaby.

Równie tragiczną, co Wielka Emigracja 1831 roku, była emigracja po drugiej Wojnie Światowej, gdy wielu wspaniałych żołnierzy, inżynierów, intelektualistów pozostało w Anglii lub wyjechało do USA czy Australii. To są bolesne karty narodu. Nie wrócili z przyczyn politycznych, bo słusznie obawiali się o własne życie. A komuna robiła wszystko, by nie wracali, obawiając się ludzi, którzy z pewnością nie zaakceptowaliby nowego porządku. Może nawet nie wolno mówić o emigracji, raczej o wypędzeniu.

Z miasta do wsi

Ten kierunek już nie jest aktualny. Dzisiaj sytuacja zmieniła się. Bogatsi rodacy uciekają do podmiejskich gmin. I nie tylko, bo ten trend widać we wszystkich dużych miastach kraju. 40,2 procent Polaków mieszka na wsi. Czyżby rolnictwo potrzebowało znowu aż tylu rąk do pracy? Czyżby dopadła je jakaś zapaść techniczna i traktor oraz kombajny stanęły w miejscu? Nie, ale życie codzienne w większości miast jest uciążliwe: hałas, smog, życie na malych powierzchniach mieszkalny spowodowały, że kogo na to stać osiada w odległości 10-30 km od centrum miast. Dochodzi do tego jeszcze jeden bodziec – życie na wsi jest tańsze. Owszem, trzeba dojeżdżać do pracy, ale mieszkający na Ursynowie, a pracujący na Pradze też muszą dojeżdżać.

Tak więc coraz więcej nierolników mieszka na wsi. W sumie jest to przykre dla władz miast, bo to okoliczne gminy dostają subwencje z PIT.

Na przykład Łódź

Głównym powodem migracji z niektórych miast jest poszukiwanie pracy. Pracy zgodnej z wykształceniem i aspiracjami. Czy jednak w takiej Łodzi, która spadła w ciągu ostatnich dziesięciu lat z drugiego na czwarte miejsce rankingu dużych miast polskich, nie oferuje się miejsc pracy? Owszem, ale jest to najcżęściej płaca niskopłatna.

Lódź powstała jako ośrodek przemysłu włókienniczego, a rozwinęła się dzięki eksportowi wełny i bawełny do Rosji. I była właściwie miastem monoklultrury przemysłowej – tekstylnej. Załamanie teej gałęzi gospodarki przyszło w czasie I wojny światowej, potem była Rosja Radziecka, i nie kupowała naszych tkanin, a wkrótce wybuchła II wojna światowa.

Można powiedzieć, że od 1914 roku Łódź była w nieustającym kryzysie. Okres powojenny był dla miasta dobry, znowu Łódź eksportowała na Wschód. Jednakże z roku na rok na rynkach światowych notowano spadek rentowności przemysłu włókienniczego. Ale jakoś jeszcze Łódź przędła… Potem jednak, nastapił prawdziwy koniec koniunktury miasta, bo nastał Balcerowicz, który zlikwidował Łódź. Jak to zrobił? Zabraniając udzielania łódzkim fabrykom choćby najmniejszych kredytów obrotowych.

Dzisiaj Łódź jest miastem stagnacji i powoli przemienia się w znane z XIX wieku miasteczka administracji i nauki. Dzisiaj największym pracodawcą w mieście jest Politechnika Łódzka. Młodzi, poszukując atrakcyjnej pracy i szans na rozwój wyjeżdżają. W mieście widać głównie emerytów.

Łódź spotkał los podobny do popegeerowskich wsi. I tak jak im, kolejne rządy coś tam obiecują i niczego nie dają. Od trzydziestu lat nie ma w Łodzi żadnych poważnych inwestycji zagranicznych i krajowych, chociaż wszyscy rządzący powatarzali, że są… A to władze centralne decydują o strategii i lokalizacji rozwoju. Za Tuska Zachód inwestował w Gdańsku, teraz Dolny Śląsk jest w oczkiem głowie obecnego premiera. Nawet za łodzianina lewicowego premiera Marka Belki Łódź nic nie zyskała. A rządy mają przemożne siły w lokowaniu zagranicznych inwestycji, bo to rządy decydują o ulgach podatkowych dla inwestorów.

Ostatnimi dniami ogłoszono, że powstanie w Łodzi nowa montownia sprzętu AGD. Bardzo to ładnie, ale zapytam – a jakie są przy tym montażu płace robotników, techników i administracji przedsiębiorstwa?

To dobrze, że pod Łodzią powstają nowe drogi i autostrady. Są tacy, którzy cieszą się, że – na przykład – pod Łodzią właśnie, gdzie znajduje się skrzyżowanie najważniejszych autostrad,  powstają centra logistyczne, magazyny, sortowanie i ekspedycja towarów. Tyle tylko, że praca w tych centrach jest niskopłatna. Przed wubuchem wojny na Ukrainie praciowali tam głównie Ukraińcy.

Kolejne rządy uszczęśliwiają Łódź najniżej płatnymi inwestycjami. Bóg zapłać za taką pomoc. Bo człowiek nie znajduje już słów uznania.

***

Patrzmy na świat otwartymi oczyma i uczmy się mechanizmów świata. Zrozummy trendy, które w bogatym świecie panują. Inaczej zostaniemy w biednym, choć uroczym skansenie.

I wykorzystajmy wiedzę ze Spisu Powszechnego w 2021 roku.