HUBERT BEKRYCHT: Rasista Radek w Polsce nie mieszka…

Nie będę przypominał już nazwiska owego rasisty, bo jeszcze – i słusznie – obrażą się potomkowie legendarnego polskiego premiera. Taki, statystyczny, rasistowski Radek, pomimo zameldowania, dawno już w Polsce nie mieszka. Rasista Radek jest bowiem zewsząd.  I jest symbolem obciachu nie tylko wśród młodzieży.

Kolonialna zachęta do zesłania do Afryki jednego z dziennikarzy jest oczywiście kolejnym rozdziałem do tomu o mowie nienawiści i ma na celu zastraszenie innych przedstawicieli mediów, ale przy okazji ten wpis jest głupi, co rzuca więcej światła na głupotę rasisty Radka.

Dziennikarza Samuela Pereiry nie da się zastraszyć, ale rasista Radek może o tym zapomniał. Albo… nie pamiętał… Na idiotyczny wpis jakiegoś innego rasisty, o tym, żeby Pereirę zesłać „na Madagaskar”, statystyczny rasista Radek zareagował: „Do Mozambiku” – podpowiadał. „Była portugalska kolonia” – zauważył błyskotliwie były szef MSZ.

Boki zrywać. Nie dość, że rasista Radek wpisał się w antysemicki ton postu, to jeszcze próbował „ośmieszyć”, „zastraszyć” (?) Pereirę, który rzeczywiście ma portugalskie korzenie. Z tym, że Mozambik, co w tym przypadku nie ma znaczenia, przestał być zależny od Lizbony trzynaście lat przed przyjściem na świat dziennikarza TVP Info. Czyli, rasista Radek ma jeszcze luki w wiedzy geopolitycznej.

I tak oto z „obywatela świata” został rasista Radosław tylko panem w garniturze, który nerwowo zaciąga się papierosem w towarzystwie szefa sowieckiej dyplomacji Ławrowa.

Ten obraz proszę zapamiętać. Nic innego nie warto, bo rasista Radek odchodzi z życia publicznego. Przynajmniej z mojego. A powinien bezpowrotnie zniknąć też z życia innych dziennikarzy.

W cieniu rakiet i przy dźwiękach alarmu. Na grobach polskich dziennikarzy w Ukrainie

Od 13 lat trwa nieprzerwanie poszukiwanie, porządkowanie i remontowanie pochówków polskich, przedwojennych dziennikarzy zza wschodnią granicą. Pomysłodawczynią corocznej akcji jest Jolanta Danak Gajda, dziennikarka Polskiego Radia w Rzeszowie.

Członkini lwowskiego koła SDP zapala znicz na grobie przedwojennego, polskiego dziennikarz i wydawcy

W ostatnich latach w pracach poprzedzających uroczystości Wszystkich Świętych, udział brali nie tylko żurnaliści zrzeszeni w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich z różnych stron kraju oraz lwowskiego koła SDP, ale również przedstawiciele Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich oraz rzeszowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej. Pojawiali się również dziennikarze ukraińscy oraz reprezentanci innych krajów Europy. Podwinąwszy rękawy wspomagali czynnie dziennikarzy w ubiegłych latach – Eliza Dzwonkiewicz, Konsul Generalny RP we Lwowie oraz niezwykle aktywny w wielu przedsięwzięciach wicekonsul Rafał Kocot.

W tym roku, pomimo zgłoszeń chętnych na wyjazd do Ukrainy, Oddział SDP w Rzeszowie nie zdecydował się na organizację wyjazdu grupowego. Zainteresowanym przesłano informację o powodach takiej decyzji – zagrożeniach jakie mogą mieć miejsce na terytorium Ukrainy oraz o dokonywanych coraz częściej atakach rakietowych, również na terenach położonych niedaleko polskiej granicy – w tym aktach powietrznego terroru, w których obiektami są obiekty cywilne w miastach. W przesłanej informacji sugerowano rezygnację z wyjazdu ze względów bezpieczeństwa.

Porządkowanie zarośniętych grobów polskich dziennikarzy w trakcie alarmu rakietowego

Jednak coroczne spotkanie na grobach dziennikarzy pochowanych na Cmentarzu Łyczakowskim odbyło się w ostatnią sobotę. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich reprezentował Andrzej Klimczak, członek Zarządu Głównego stowarzyszenia, Karina Sało, dziennikarka Nowego Kuriera Galicyjskiego i jednocześnie członkini lwowskiego koła SDP, a także grupa lwowskich Polaków.

Jeszcze przed wejściem na cmentarz miejskie syreny ogłosiły alarm rakietowy, który po godzinie został odwołany. Okazało się, że rosyjscy terroryści zaatakowali skutecznie obiekty energetyczne na Wołyniu, pozbawiając setki tysięcy cywilów, prądu i wody i łączności. Ataku spodziewano się również we Lwowie.

Przedstawiciele SDP oraz miejscowi Polacy zapalili znicze na grobach dziennikarzy, porządkując przy tej okazji ich otoczenie. Podczas wspólnej modlitwy w intencji zmarłych znowu odezwały się syreny alarmu rakietowego. Miejscowi przywykli do życia w ciągłym zagrożeniu, a do alarmów zdążyli się przyzwyczaić w czasie 241 dni wojny. Modlitwy nie przerwano, a po niej dokończono rozpoczęte prace porządkowe.

Nie wiadomo nigdy czy rakiety trafią w miasto, czy też ukraińskie siły zbrojne zdołają je zestrzelić nim dolecą do celu. Pomimo pozornego spokoju wszyscy od czasu do czasu spoglądali na pogodne niebo wypatrując dronów lub rakiet.

Rzędy grobów dzisiejszych obrońców cywilizacji europejskiej – młodych żołnierzy ukraińskich

Na koniec odwiedzin łyczakowskiej nekropolii odwiedziliśmy świeże groby dzisiejszych obrońców europejskiej cywilizacji – ukraińskich żołnierzy rodem z Lwowa. Rzędy grobów z portretami młodych ludzi uświadamiają kruchość życia i zbliżającą się od Wschodu nawałę. Od Europy i reszty świata zależy, czy tych grobów będzie przybywać. Od politycznych i militarnych decyzji Zachodu zależeć będzie również ten mały, ale ważny, coroczny epizod – nasze spotkania na grobach dziennikarzy. Mam nadzieję, że w przyszłym roku pojawiamy się tutaj znowu liczną ekipą pod lwowskim słonecznym, jesiennym niebem bez rakiet i wycia syren alarmowych.

 

Strona StopFake PL na Facebooku częściowo odblokowana! CMWP SDP podtrzymuje apel o całkowite przywrócenie funkcjonalności konta

20 października, w godzinach popołudniowych, po 8 dniach od usunięcia konta, strona StopFakePL została  częściowo przywrócona przez administratorów Facebooka. Nie można jednak na niej publikować nowych postów. Dlatego CMWP SDP podtrzymuje swój protest przeciwko blokadzie tego konta i apeluje o jego przywrócenie wraz z pełną funkcjonalnością.

Informację o częściowym odblokowaniu konta przekazała oficjalnie koordynatorka tego projektu, Monika Pietraszkiewicz.  Strona jest widoczna, posty na niej umieszczone również, wygląda na to, że żadnych materiałów nie brakuje. Niestety, nie została przywrócona jej pełna funkcjonalność. Nie mamy możliwości publikowania postów – powiedziała red. Monika Pietraszkiewicz. Owszem, wyświetla się informacja, że możemy się od decyzji odwołać, ale kiedy próbujemy napisać odwołanie – okazuje się że funkcja ta nie działa. Dlatego nie pozostaje nam nic innego, jak ponownie prosić o wsparcie w tej coraz bardziej żenującej „walce” – napisała Monika Pietraszkiewicz zwracając się o wsparcie do CMWP SDP. Ostatnim materiałem , jaki udało się opublikować na tym koncie jest artykuł pt.„Polskie gierki” Kremla z dnia 3 lipca b.r. Zdążyła go polubić 1 osoba, po czym konto zostało zablokowane, a potem zlikwidowane. Wczoraj, bez żadnego wyjaśnienia, ani informacji o powodach zmiany decyzji konto zostało przywrócone.

 CMWP SDP ponownie stanowczo apeluje do osób zarządzajacych  koncernem Meta  o pilne odblokowanie i przywrócenie  wszystkich funkcji konta StopFake Pl na Facebooku ze względu na brak jakichkolwiek podstaw do jego blokowania i ze względu na oczywisty interes społeczny. 

Sprawa usunięcia, a teraz częściowej blokady konta dotyczy głównego profilu StopFake PL prowadzonego przez SDP na Facebooku od 5 lat. Administratorom profilu nie została nawet przekazana informacja o usunięciu profilu. Osoby zajmujące się administracją 12. października b.r. weszły na profil w celu złożenia kolejnego już odwołania od decyzji koncernu Meta (właściciela Facebooka)  i wtedy okazało się, że został on usunięty.  Od lipca b.r. konto StopFake PL nie miało możliwości dystrybucji swoich treści na Facebooku, profil był regularnie blokowany przez administratorów Facebooka. Nie pomagały wielokrotne odwołania od tej decyzji, a próby kontaktowania się Autorów StopFake PL  z przedstawicielami koncernu Meta  skończyły się niepowodzeniem. Nie ma z ich strony reakcji w postaci odblokowania profilu, ani żadnej innej.

Blokada ta jest szczególnie bulwersująca, ponieważ StopFake PL to prowadzone przez SDP konto, które zajmuje się zwalczaniem rosyjskich manipulacji i nieprawdziwych informacji w mediach. Profil StopFake PL  na Facebooku istnieje w sieci  od 2017 r. Jego usunięcie jest absolutnie niezrozumiałe, gdyż jest na nim umieszczona dostępna dla wszystkich informacja, iż jest to profil projektu, który zajmuje się zwalczaniem rosyjskiej dezinformacji oraz że projekt jest dofinansowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP. Pod tym samym adresem i tą samą nazwą funkcjonował od początku swojego istnienia, czyli od 2017 r.

Na stronie stopfake.org, (a do lipca także na profilu StopFake PL w medium społecznościowym jakim jest Facebook) w 13 wersjach językowych publikowane są informacje o nieprawdziwych treściach pojawiających się w mediach, głównie rosyjskich, zwłaszcza dotyczących relacji polsko-ukraińskich, polsko-rosyjskich i polsko-białoruskich. Dzięki rozwinięciu na portalu stopfake.org rosyjsko i anglojęzycznego komponentu poświęconego sprawom Polski, materiały demaskujące manipulację i propagandę w tym obszarze, trafiają do środowisk opiniotwórczych nie tylko w Polsce i na Ukrainie, ale również w innych krajach. Wśród osób obserwujących profile StopFake PL w mediach społecznościowych, znaleźć można było zarówno dziennikarzy, jak i polityków, w tym również z Europy Zachodniej. Blokada konta StopFake PL na Facebooku jest więc działaniem całkowicie niezrozumiałym, a trwająca od 24 lutego 2022 r. rosyjska agresja na Ukrainie i potrzeba codziennej weryfikacji pojawiających się w sieci treści czyni tę blokadę skandaliczną.

Jak dziennikarz sportowy CEZARY KRYSZTOPA pisze o politycznym futbolu: Pusta bramka Tuska

A miało być tak pięknie, dziennikarz Newsweeka Grzegorz Rzeczkowski, kolega rysującego strzałki w kierunku Putina Tomasz Piątka i wydający książki w jego wydawnictwie, napisał artykuł o tym jak to Marek Falenta sprzedał nagrania z udziałem polityków obozu rządzącego za czasów koalicji PO-PSL Rosjanom (trzonem materiału są zeznania Marcina W., wspólnika Marka Falenty). Tak, chodzi o słynne nagrania z ośmiorniczkami i kupami kamieni. Czytaj: „Ruscy obalili rząd Platformy i osadzili rząd PiS”.

Rzeczkowski wystawia piłkę, na pozycji już stoi gotowy Donald Tusk. Biegnie przez połowę boiska, pomiędzy zaskoczonymi pisowcami. Jest jak huragan, nic nie jest go w stanie zatrzymać – Tylko komisja śledcza, niezależna od pana Ziobry i pana Kaczyńskiego jest w stanie wyjaśnić, na czym polega wpływ rosyjskich służb na energetyczną politykę PiS-u – wzywa w biegu lider Platformy jakby nie pamiętając, że w 2015 roku, kiedy Platforma miała jeszcze wraz z PSL większość w Sejmie, głosowała przeciwko powołaniu takiej komisji. Pomocnicy medialni agregują przekaz i usiłują sprowokować innych szantażem, że kto nie traktuje poważnie wynurzeń kolegi Tomasza Piątka, ten nie jest godzien miana dziennikarza. Wynik wydaje się przesądzony.

Zwrot akcji

W zasadzie Tusk jest już na polu karnym przeciwnika, gdy nagle występuje gwałtowny tumult, nikt nie wie, gdzie jest piłka, w tumanie kurzu słychać Marka Falentę, który krzyczy – To decyzja Donalda Tuska wobec mojej firmy była pisana rosyjskim alfabetem. A w końcu BUM, decyzją Prokuratury Krajowej ujawnione zostają inne zeznania uwiarygodnionego wcześniej przez publikację Grzegorza Rzeczkowskiego Marcina W. Zeznania, w których ten opowiada, jak przekazano 600 tysięcy euro, które miało być „dla Tuska” i które miał odebrać tajemniczy M.T., w imieniu którego zaraz Michał Tusk w wypowiedzi dla „wiodących mediów” tłumaczył, że „to totalne bzdury, nigdy nie poznałem Marka Falenty ani Marcina W.”. Tylko jak teraz Marcina W. uznać za kłamcę i mitomana, skoro przed chwilą miał być wiarygodnym źródłem informacji na temat rosyjskich kontekstów dojścia PiS do władzy – To Donald Tusk nadał wiarygodność temu panu, więc proszę bardzo, protokoły, które pokazują jak wielką wiarygodnością ten pan się cieszy – mówi wiceminister sprawiedliwości Michał Woś – Teraz tylko komisja śledcza jako spełnienie żądań Tuska – dorzuca była działaczka Platformy Obywatelskiej, która musiała opuścić struktury po tym jak skrytykowała kandydaturę Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na prezydenta, Aleksandra Wasilewska.

Kibice Tuska jeszcze krzyczą, trochę chaotycznie, ale głośno, natomiast na boisku, po stronie dzielnego piłkarza zapada jakby cisza. Tym razem piłka zmierza w kierunku bramki oświeconych demokratów. Obrońcy wpadli w stupor. Gdzie podział się Donald Tusk?

Do chwili, kiedy wysyłałem ten felieton nikt nie był w stanie na to pytanie odpowiedzieć. Co więcej bramka jego drużyny stała pusta.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Upamiętnijmy godnie bohaterów z „Łączki”

Na marginesie skandalu z pochówkiem zbrodniarza Urbana na Powązkach Wojskowych w Warszawie, należy wrócić do idei dekomunizacji tego wyjątkowego polskiego cmentarza, ale także (i o tym jest ten tekst) budowy na „Łączce” Panteonu Bohaterów Narodowych.

Obie priorytetowe sprawy są ze sobą bezpośrednio związane – wymagają przejęcia nekropolii przez państwo polskie z rąk stołecznego magistratu, bo w obu tych kwestiach miasto stołeczne Warszawa pod wodzą wcześniej Hanny Gronkiewicz-Waltz, a dziś Rafała Trzaskowskiego nie robi nic, bo… nie chce. Jedyna zatem nadzieja we władzach Rzeczpospolitej, a wiem, że nacjonalizacja Powązek Wojskowych jest przez odpowiednie ministerstwa i instytucje brana pod uwagę. Moją rolą jest przypominanie…

A teraz garść faktów, związanych z naszą walką o repolonizację Powązek Wojskowych i oddania należnego hołdu zasłużonym.

„Panteon Bohaterów Narodowych powinien obejmować obszar całego dawnego pola więziennego, tam, gdzie po wojnie byli grzebani pomordowani. Teren „Łączki” należy do pomordowanych żołnierzy i działaczy Polskiego Państwa Podziemnego” – pisaliśmy w 2014 r. jako Fundacja „Łączka” do ówczesnego sekretarza Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzeja Krzysztofa Kunerta. Ale pan minister zamiast Panteonu postawił na stołecznych Powązkach Wojskowych panteonik. Ten stan w ramach polityki faktów dokonanych trwa do dziś.

Od grudnia 2013 r., kiedy powstała Fundacja „Łączka”, domagaliśmy się przeprowadzenia na Powązkach ekshumacji, identyfikacji i upamiętnienia wyklętych przez komunę Żołnierzy Niezłomnych. Dziś ekshumacje zostały zakończone, identyfikacja szczątków trwa, pozostało godne upamiętnienie.

Upamiętnienie ministra Kunerta do tej godnej kategorii nie należy. Panteonik – bo nie Panteon – stanął tylko na części „Łączki”, dokładnie na terenie 18 x 18 m. Tym samym p. sekretarz pozostał całkowicie głuchy na oczekiwania „łączkowych” rodzin.

W liście do Andrzeja Kunerta właśnie o rodziny pomordowanych pytaliśmy: „Oni nie mogą być zlekceważeni. Jesteśmy przekonani, że nie dopuści Pan do takiej sytuacji i że rodziny ofiar „Łączki” uzyskają możliwość wzięcia udziału w tworzeniu Panteonu Bohaterów Narodowych, a ich opinia będzie przez Państwa traktowana z należytym szacunkiem”.

Również na to p. Kunert pozostał obojętny. Potem próbował wmawiać Polakom, że dla budowy panteoniku ma poparcie rodzin, a wręcz… został przez nie zmuszony.

Jak wyglądały konsultacje Kunerta? Po wielu miesiącach wysłał list do części rodzin. Z tej części zgodę uzyskał od jeszcze mniejszej części. Minister nie poinformował rodzin, że upamiętnienie będzie ograniczone do powierzchni 18 x 18 m, ani że zamiast grobów powstaną szuflady. P. Kunert zignorował również list podpisany przez blisko 200 osób i organizacji, w tym rodziny „łączkowe” (wśród nich bliscy Hieronima Dekutowskiego, Adama Lazarowicza, Stanisława Łukasika, Stanisława Mieszkowskiego). Ponieważ wszyscy oni byli przeciwni budowie panteoniku, uznał, że są niereprezentatywni! Nie akceptował zdania tysięcy Polaków protestujących w Internecie.

Panteonik ministra Kunerta został odsłonięty na Powązkach 27 września 2015 r. Obok w ziemi pozostawały jeszcze szczątki ok. 100 zamordowanych. Czym był ten zabieg, jeśli nie dzieleniem Żołnierzy Niezłomnych na tych, którzy mieli szczęście i zostali wydobyci, oraz tych, którzy tego szczęścia nie mieli?

Dziś wracamy do postulatu budowy – zamiast panteoniku – wielkiego Narodowego Panteonu Chwały, i to nie na skrawku „Łączki”, ale na całym dawnym więziennym polu śmierci (kwatery Ł i ŁII). To prawdziwe upamiętnienie – a nie jego Kunertowa podróbka – powinno przypominać ideą i rozmachem Cmentarz Orląt Lwowskich.

 

Spektakl kabaretowy „Co Pan wyprawia…?” w Domu Dziennikarza na Foksal

29 października o godz. 18 zapraszamy do Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie na spektakl kabaretowy „Co Pan wyprawia…?”. Wstęp bezpłatny.

Spektakl „Co Pan wyprawia…? – opowiada o aktorce-dziennikarce (Teresa Gałczyńska), która postanawia zostawić swoje dotychczasowe zajęcia i od razu zostać gwiazdą. W tym celu chce zatrudnić menagera-impresaria, który załatwi jej kontrakt w Hollywood. Miał się pojawić na jej występie estradowym,
ale w miejsce managera, niespodziewanie pojawia się na scenie jej
kolega z serialu – Pan Bronek (Roman Szczeblewski). On również szuka pracy i postanowił wykorzystać swoje umiejętności cyrkowe na estradzie. Nie wszystko mu wychodzi, ale skutecznie nie daje się zepchnąć na plan drugi – z czego wynika wiele zabawnych sytuacji…

Więcej informacji o spektaklu i artystach TUTAJ.

 

 

Już w listopadzie druga edycja „SDP Cafe”, rozmów dziennikarzy z twórcami kultury

„SDP Cafe” powraca z nowymi bohaterami i w nieco zmienionej formule. W listopadzie Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich na portalu sdp.pl i na swoim kanale na YouTube zaprezentuje premierowe odcinki rozmów dziennikarzy z twórcami kultury.

W ubiegłym roku bohaterami 36 odcinków „SDP Cafe” byli dziennikarze-twórcy kultury. W drugiej edycji cyklu rozszerzyliśmy formułę i do rozmów zaprosiliśmy twórców kultury, ale już nie tylko dziennikarzy. Oczywiście nie oznacza to, że wśród gości zabraknie osób związanych z mediami. Na przykład bohaterem pierwszego odcinka będzie Mariusz Pilis, dziennikarz, korespondent wojenny, ale też scenarzysta, reżyser, autor filmów dokumentalnych.

Poprzednio gości zapraszaliśmy wieczorem do naszej „kawiarenki” zaaranżowanej w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie, gdzie przy filiżance dobrej kawy, w mniej formalnej atmosferze, rozmawialiśmy na żywo. Tym razem postanowiliśmy przyjechać z kamerą do naszych gości, aby porozmawiać w ich codziennym środowisku – domu, pracowni. Niektórych z nich, tak jak poprzednio, zaprosiliśmy na Foksal. Jedno na pewno się nie zmieniło, „SDP Cafe” to nadal będzie miejsce, gdzie spotykamy ciekawe osoby i podczas szczerej rozmowy poznajemy ich twórczość, życie, pasje, sposób patrzenia na świat, czasami tajemnice…

Tak jak w ubiegłym roku, do projektu „SDP Cafe” włączyły się oddziały Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, dzięki czemu znów będziemy mieli okazję poznać intersujących bohaterów nie tylko z Warszawy, ale z różnych części Polski.

W nowej edycji „SDP Cafe” zaplanowaliśmy 15 spotkań, ich emisję rozpoczniemy w listopadzie na portalu sdp.pl i na naszym kanale na YouTube. O tym kogo będziemy gościć poinformujemy wcześniej w naszych mediach społecznościowych – na Facebooku i Twitterze.

Projekt dofinansowany jest ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury oraz Narodowego Centrum Kultury.

Partnerzy medialni

Do Rzeczy, Sieci, wPolityce.pl, Radio Wnet, Informator Stolicy, portal Waw4free, Bez wierszówki, Forum Dziennikarzy

WOŁODYMYR SYDORENKO: Dziennikarze w Ukrainie – praca w trybie wojennym

Praca dziennikarzy w Ukrainie podczas wojny jest bezcenna. To nie tylko bieżące dostarczanie informacji o heroicznym oporze wobec agresorów, ale także historyczna dokumentacja zbrodni rosyjskich najeźdźców.

Na portalu Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy można jeszcze przeczytać apel tej organizacji, który pojawił się tam zaraz po rosyjskiej inwazji: „Ukraino, trzymaj się! NSJU wchodzi w wojenny tryb działania!” Nikt z nas nie miał doświadczenia wojskowego, ale wszyscy rozumieli, że nadszedł czas, kiedy istnienie kraju, narodu, jest zagrożone, że trzeba walczyć i wygrać, innej drogi nie było. Niedawno na Ukrainie ukazała się książka „Dziennikarze na wojnie”, zbiór opowiadań o tym, jak dziennikarze „walczą” na froncie informacyjnym. Od początku wojny wydarzyło się bardzo wiele, to prawie cała najnowsza historia społeczności dziennikarskiej Ukrainy.

Co najmniej 39 dziennikarzy padło ofiarą agresji rosyjskiej na Ukrainie w ciągu 200 dni wojny. Według zweryfikowanych danych NSJU wśród zabitych jest ośmiu dziennikarzy pełniących obowiązki zawodowe; 13 pracowników mediów to ofiary cywilne; 18 zabitych spośród przedstawicieli mediów stanowili zmobilizowani do obrony kraju w szeregach Sił Zbrojnych Ukrainy. Ostatnią ofiarą rosyjskich najeźdźców był operator kanału telewizyjnego „Pryamiy” i oficer Sił Zbrojnych Ukrainy Oleksiy Yurchenko, który zginął podczas walk o Bałaklia pod Charkowem 8 września.

Szef Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy Serhij Tomilenko mówi, że dla dziennikarzy sprawą honoru jest uczczenie pamięci i wspieranie rodzin poległych kolegów – tych, którzy zginęli podczas wykonywania obowiązków zawodowych, tych, którzy na czas wojny odłożyli pióro, zeszyt i dyktafon i chwycili za broń, a także tych, którzy stali się niewinnymi ofiarami rosyjskich najeźdźców.

Na Ukrainie podczas wykonywania obowiązków dziennikarskich zginął np. ukraiński fotoreporter magazynu „LIVE” Jewgienij Sakun. Został zabity podczas ataku rakietowego na wieżę telewizyjną w Kijowie 1 marca 2022 r. Renauda Brenta Anthony’ego, Amerykanina dziennikarza, byłego korespondenta „The New York Times”, reportera „Time” i dokumentalistę rosyjscy żołnierze zastrzelili na punkcie kontrolnym w Irpieniu 13 marca 2022 r. Pierre Zakzhevsky, irlandzki fotoreporter „Fox News”, zmarł 14 marca, 2022 wraz z Oleksandrą Kuvshinovą, po ostrzale ich samochodu we wsi Gorenka w obwodzie kijowskim. Oksana Baulina, rosyjska dziennikarka „The Insider” zginęła 23 marca 2022 r. podczas rosyjskiego ostrzału Kijowa. Maksym Levin, ukraiński fotoreporter, został znaleziony martwy w obwodzie kijowskim 1 kwietnia 2022 r. Śledztwo przeprowadzone przez Reporterów bez Granic wykazało, że był torturowany i zamordowany. Mantas Kvedaravicius, litewski filmowiec i dokumentalista, zginął 2 kwietnia 2022 roku podczas próby opuszczenia miasta Mariupol, którego życie dokumentował przez wiele lat. Leclerc-Imhoff Frédéric, francuski dziennikarz kanału BFMTV, zmarł od rany zadanej odłamkiem 30 maja 2022 r. po rosyjskim ostrzale, relacjonował ewakuację ludności cywilnej z Siewierodoniecka.

Dilyerbek Shakirov, ukraiński dziennikarz tygodnika informacyjnego „Navkolo Tebe”, został zabity z broni automatycznej 26 lutego w obwodzie chersońskim. Wśród zabitych podczas wojny są też Ihor Hudenko, ukraiński fotograf i Pavlo Li, gospodarz kanału telewizyjnego „Dom”. Viktor Dyedov, ukraiński operator kanału telewizyjnego „Sigma”, zmarł 11 marca 2022 r. w Mariupolu w wyniku ostrzału jego domu. Hyrych Vira, ukraiński dziennikarz, producent Radio Liberty, zginął w wyniku rosyjskiego ostrzału Kijowa 28 kwietnia 2022 roku. To tylko niektórzy z naszych kolegów i koleżanek, którzy zginęli w wyniku rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Trudno wyliczyć wszystkich, to takie bolesne…

Jednak w Ukrainie rozumieją, że praca dziennikarzy w czasie wojny jest bezcenna. To nie tylko reportaż o heroicznym oporze Ukraińców wobec rosyjskich agresorów, ale także historyczna dokumentacja zbrodni rosyjskich najeźdźców, która będzie leżała na stołach sądowych podczas przyszłych procesów zbrodniarzy wojennych, to po prostu dokumentacja historii ukraińskich miast i wsi. Na przykład znany fotoreporter „Graty” Stanislav Yurchenko mówi: „To, co kręcimy ja i moi koledzy, będzie służyło jeszcze lata po wojnie. Ponieważ postępowanie sądowe to nie kwestia roku czy dwóch lat. Te zdjęcia mogą być potrzebne przez dziesięciolecia”. Od początku wojny Stanislav Yurchenko podróżuje po Ukrainie i dokumentuje to, co wydarzyło się w ukraińskich miastach i wsiach w związku z inwazją rosyjskich najeźdźców. Wydawnictwo „Grata”, specjalizujące się w dziennikarstwie sądowym, zajmuje się obecnie dokumentowaniem zbrodni wojennych Rosji na Ukrainie. Stanislav Yurchenko opowiedział o tym, co można sfilmować, o co powinien zadbać dziennikarz idąc do strefy walki, dlaczego hełm jest nie mniej ważny niż kamizelka kuloodporna, podczas szkolenia NSJU „Bezpieczeństwo dziennikarzy relacjonujących wojnę na Ukrainie”, które odbyło się we współpracy z UNESCO i organizacją Reporterzy bez Granic.

W Ukrainie praktycznie nigdzie dziennikarze nie porzucili swoich obowiązków z własnej woli. Korzystają z najmniejszych możliwości kontynuowania wydawania gazety, aktualizowania kanałów internetowych, nadawania audycji radiowych i telewizyjnych. Na przykład gazeta „Majak” w obwodzie charkowskim ukazuje się pomimo wojny, problemów z pocztą i internetem. Zespół dziennikarzy drukuje gazetę na drukarce i rozdaje ją czytelnikom. Redaktor naczelna Tetiana Łuczyńska mówi, że dziennikarze wytrzymali uderzenie koronawirusa, a teraz muszą się zmierzyć z wojną. „Walczymy i robimy wszystko, co w naszej mocy, aby gazeta przetrwała i wygrała razem ze swoimi czytelnikami” – dodaje. Nawet teraz gazeta ma ponad 3000 subskrybentów, a grupa na Facebooku liczy około 12 000 członków. Jest wiele takich przykładów, kiedy dziennikarze nadal pracują i publikują w najtrudniejszych warunkach.

Z dziewięciu pracowników gazety „Verkhovynski Visti” w obwodzie iwanofrankowskim, w redakcji obecnie pozostało sześciu. Budżet reklamowy został stracony z powodu wojny, pieniądze wystarcza tylko na opłacenie druku gazety, więc cała ekipa zdecydowała się na urlop bezpłatny, ale kontynuować wydawanie kolejnych numerów. Przed wojną  60% dochodów pochodziło z prenumerat, a pozostałe 40% z reklam. Teraz sytuacja się zmieniła. Wraz z wybuchem wojny na pełną skalę papier i usługi poligraficzne stały się bardzo drogie. Wydanie 3000 egzemplarzy pochłania wszystkie pieniądze zarobione w ciągu miesiąca. Liczbę stron trzeba było zmniejszyć z 12 do 8, ale gazeta żyje i przekazuje czytelnikom wiadomości z frontu. Chociaż ogólnie w obwodzie iwano-frankowskim 9 lokalnych gazet przestało się ukazywać, a niektóre całkowicie się zamknęły, niektóre ukazują się nieregularnie.

Krajowy Związek Dziennikarzy Ukrainy stworzył sieć Centrów Solidarności w regionach, aby nieść pomoc dziennikarzom. Lina Kush, pierwsza sekretarz NSJU, mówi: „To sieć stworzona przez Krajowy Związek Dziennikarzy Ukrainy w celu wspierania pracowników mediów w czasie wojny. Każdy ukraiński dziennikarz może skontaktować się z nami w celu uzyskania pomocy osobiście lub online. Świadczymy pomoc organizacyjną, techniczną, materialną, psychologiczną i prawną dziennikarzom, którzy w różnym stopniu zostali dotknięci wojną, a także pomagamy przedstawicielom krajowych i zagranicznych środków masowego przekazu w relacjonowaniu zbrojnej agresji Rosji w naszym kraju. Wraz z międzynarodowymi partnerami pomagamy małym lokalnym redacjom >utrzymać się na powierzchni<, zapewniając tymczasowe wsparcie finansowe na opłacenie pracowników lub zakup sprzętu”. Takie ośrodki powstały w Kijowie, Lwowie, Iwano-Frankowsku, Czerniowcach, Zaporożu i Dnieprze. Sieć została utworzona i działa przy wsparciu Europejskiej i Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy oraz innych partnerów międzynarodowych.

Chyba traci cierpliwość WALTER ALTERMANN, bo pisze: Dosyć tego dobrego

Pozwoliłem sobie zapożyczyć do tytułu znane zawołanie lidera PiS, ale jest też faktem, że moja językowa tolerancja już się wyczerpała. Oto przykłady bolesnych zderzeń z językiem polskim najważniejszych naszych obywateli, zderzeń z ostatnich dni.

Tak się złożyło w ciągu ostatniego tygodnia, że wysłuchałem rozmów trzech naszych prezydentów: obecneego – Andrzeja Dudy i byłych: Aleksandra Kwaśniewskiego i Bronisława Komorowskiego. Rozmawiali z dziennikarzami Wszyscy trzej z dużą swadą mówili – dla przykładu – „tą rzekę”. Naprawdę zrobiło mi się głupio, bo na każdego z nich głosowało – w swoim czasie – ponad 50 procent uprawnionych do głosowania obywateli, żeby każdy z prezydentów mógł pełnić „tę swoją kadencję”, a broń Boże „tą swoją kadencję”.

Sprawa jest poważna, bo każdy z nich został prezydentem z poparciem innych partii. Czyli – gdyby podsumować – to w sumie głosowało na nich trzech jakieś 80 procent dorosłych obywateli Polski. Inne życiorysy, inny światopogląd, ale podobne błędy językowe.

Mamy w języku polskim trzy rodzaje: męski, żeński i nijaki. Ergo mamy: ten kraj, ta Polska, to zjawisko. A w odmianie: kocham ten kraj, kocham tę Polskę, kocham to zjawisko.

Prezydenci promują narodowe lektury. Czyli – teoretycznie – znają je. A w tych lekturach jak byk stoi: „kocham tę panią”, a nie „kocham tą panią”. Przy okazji czytania warto zapamiętać.

Półtora tony

Żeby panu premierowi Mateuszowi Morawieckiemu nie było przykro, że tak się rozpisałem o prezydentach, to teraz będzie o nim. W wirze walki o węgiel premier ostatnio powiedział: „Wystarczy półtora tony węgla”. Może i wystarczy, ale nie „półtora”, a „półtorej tony”. Bo tona jest rodzaju żeńskiego. Nie jest to, niestety, pierwszy taki lapsus Pana Premiera. Coś on z tymi rodzajnikami ma kłopot. Ale idzie się nauczyć, trzeba tylko chcieć.

Poważny zasób

W dyskusji, jaka rozpętała się po zadziwiającym wpisie Radosława Sikorskiego, w którym dziękuje USA za wysadzenie rurociągów Nord Stream, dochodzi też do zadziwiających erupcji językowych.

Oto w niedzielnym programie TVN „Kawa na ławę” znany dyskutant tej stacji Cezary Michalski stwierdza: „Sikorski jest poważnym zasobem politycznym Platformy Obywatelskiej”.

Owszem, słyszałem o zasobach paliw kopalnych, o zasobach finansowych – czyli o czymś, co jest i co może być użyte. Zasób, to coś co się ma i na co można liczyć. A na co może liczyć PO ze strony Sikorskiego? Na dalsze wybuchy jego nieokiełznanej miłości własnej? Na jakie odkrycia intelektualne i polityczne?

Ten człowiek już od trzech dziesięcioleci bryluje na salonach. Mówi wolno, z rozmysłem, jakby w każdym swym wystąpieniu ogłaszał korekty do teorii Einsteina. Naprawdę, nie ma ani w partiach rządzących, ani w całej opozycji nikogo, kto by mu dorównywał tupetem, arogancją i brakiem wiedzy politycznej.

A co do pana Michalskiego… obserwuję jak z roku na rok pogłębia swą wiedzę politologiczną. I jak jednocześnie przeżera go na wylot nowomowa politologów. Przykra rzecz obserwować co z może zrobić z normalnego człowieka politologia.

Westerplatte młodych

Ze zdziwieniem odkryłem, że tytuł jednego z programów Telewizji TRWAM to „Westerplatte młodych”. Program jak program, ale tytuł zastanawia. Bo co chce ta stacja powiedzieć młodym Polakom? Że mają bronić wiary jak żołnierze z Westerplatte we wrześniu 1939? Asocjacja jest niezbyt szczęśliwa, bo wojna o wiarę nie jest wojną militarną. To po co odwoływać się do wojny, w której ofiary były nie metaforyczne, ale prawdziwe? Nie lubię odniesień do wojen, potyczek i masakr.

Ale tytuł jest dobrany nieszczęśliwie z jeszcze innego powodu. Westerplatte to nie Termopile. Nasi nad Bałtykiem walczyli dzielnie, dopóki starczyło amunicji. I chwała im za to, bo walczyć do końca po to, żeby chwalebnie zginąć, nie jest szczytem rozsądku. Po wojnie nadchodzi czas pokoju. I żołnierz musi – jak pisał Jan Kochanowski – przekuć miecz na lemiesz pługu.

Co można zrobić z listą

Młody dziennikarz, w programie informacyjnym: „Ten pan zapisał się do listy na węgiel…” Przykro wyszło, bo na listę można się zapisać, dopisać, wymazać… Ale zawsze i niezmiennie: „na listę”, nie „do listy”.

Czyżbyśmy coraz mniej czuli „ojców naszych język?” Bo język trzeba rozumieć, znać jego prawidła, ale też trzeba go czuć. To zadziwiające, że im powszechniej uczymy języków obcych, tym coraz mniej naszych obywateli mówi dobrze po polsku. Ale może jest i tak, że teraz każdy może mówić, jak uważa, jak mu się tam język w jamie ustnej zwinie… Nikt takiego „poplątanego językowo” nie poprawi, nie zwróci uwagi. Żaden kierownik redakcji, żaden wydawca – jeśli w ogóle jest – nie poczuwa się dziś do dbania o poprawność językową „na podległej mu antenie”. A może także ci kierownicy i wydawcy nie wiedzą, jak jest poprawnie, a jak z błędem.

Czego może być mimika

Mecz tenisa, pani komentator mówi: „Widzimy mimikę twarzy tenisistki”. Sięgam do słownika i czytam: „Mimika – ruchy mięśni twarzy wyrażające przeżywane uczucia; też: sztuka wyrażania uczuć i myśli za pomocą wyrazu twarzy, stosowana jako środek gry aktorskiej”. Słowo mimika pochodzi z greki. I znane jest od stuleci. To trzeba wiedzieć, zanim zasiądzie się przed mikrofonem.

Widocznie jednak pani komentator to pojęcie jest nie do końca znane, skoro wzmacnia „mimikę” dodatkiem „twarzy”. To tak jakby powiedzieć, że biegacze biegną nogami. Zapamiętajmy – mimika jest zawsze i tylko mimiką twarzy. Bo jakiej by innej części ludzkiego ciała być jeszcze mogła? Kończę na ten temat, żeby było kulturalnie.

Doping

Inna sprawozdawczyni mówi w czasie transmisji meczu siatkarskiego: „Kibice dopingują naszym paniom”. Chciała może powiedzieć, że kibicują? Ale wyszłoby, że „kibice kibicują”. Więc szybko znalazła „doping”. Aliści sensu to nie ma żadnego, bo doping – w tym przypadku – to zachęcanie do walki, do wysiłku, dodawanie otuchy. Natomiast dopingować do czegoś jest nowym zwrotem, i dlatego uprzedzam, że tak, to jest źle. Z góry uprzedzam, bo wiem, że wszystko, co anormalne znajdzie swoich wielbicieli. Ja to mówi Papkin w „Zemście”:

„Co za koncept, u kaduka!
Pannom w głowie krokodyle,
Bo dziś każda zgrozy szuka.
To dziś modne, wdzięczne, ładne,
Co zabójcze, co szkaradne!

Korpus delicti

Rzeczpospolita z dnia 3 października 2022 roku, donosi, że Piotr Naimski zostanie obdarzony nową misją. Ma odpowiadać za budowę elektrowni atomowych. I tu cytat: „Szczegóły nowej misji Naimskiego oficjalnie są owiane tajemnicą, ale nieoficjalnie jego współpracownicy zapowiadają przedstawicielom z branży energetycznej, że „zespół jest już skorpusowany do misji atomowej”.

Skorpusowany?! Czy wszyscy oszaleli? Przez całą komunę słyszałem jedynie o Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego jako służbie budzącej grozę, którą rozwiązano w 1965 roku. I nagle słówko „korpus” odżyło. Brzmi groźnie. A już zupełnie abstrakcyjnie brzmi, że coś tam zostało „skorpusowane”.

Nawet nie chcę tego analizować, bo to jest neologizm translacyjny i po polsku nic nie znaczy. Można było powiedzieć, że „zespół ludzi do realizacji tego programu mamy już zorganizowany”, ale po co?  Lepiej palnąć „Jesteśmy skorpusowani”.

Pustynia Negew

Geograficzne nazwy własne z terenów obcych państw są w naszym języku „oswajane” i z czasem zyskują polskie brzmienie. Tak jest z Łymanem – na Ukrainie – o którym już Mickiewicz pisał, że to „Liman”. Prościej jeszcze jest z pustynią Negew w Izraelu. Bo po polsku to też Negew. Ale kilka dni temu usłyszałem, że pustynia nazywa się Negaw. Tak mówiono w jednym z programów dokumentalnych na Canal+. I jestem pewien, że to jest efekt jakiegoś nieudolnego tłumaczenia z języka angielskiego.

Wychodzi na to, że tłumacz po raz pierwszy usłyszał o takiej pustyni. I przetłumaczył z angielskiego na angielski. To istny dopust boży, że coraz więcej zagranicznych programów tłumaczy na nasz język grupa nieuków. Ja wiem, że tacy są tańsi, ale pieniądze to nie wszystko. Po stronie kosztów jest jeszcze zażenowanie odbiorcy.

 

JAN TESPISKI: Kostiumy i inne poważne przypadki (13)

Teatr nie gromadzi ludzi normalnych – i bardzo dobrze. Nawet portier w teatrze jest innym portierem niż wszyscy pozostali jego koledzy po fachu. Co by złego nie mówić o artystach teatru – w tym również elektrykach, tapicerach, mszynistach sceny – to wszyscy oni muszą być nienormalni, skoro pracują za mizerne pensje i cieszą się, gdy kolejna premiera jest sukcesem.

Nie da się tego wszystkiego zanalizować i dojść do źródeł takich postaw, bo teatr jest jednak misterium, czyli tajemnicą. Tak jak każdy „proces twórczy”. Napisałem to co powyżej, zamierzam bowiem podzielić się z Czytelnikiem kolejnymi anegdotami teatralnymi, mając nadzieję, że nikt nie poczuje się urażony.

Kradną?

Nina Andrycz była aktorką niezwykłą, stworzoną do ról królowych. Wyniosła, obdarzona pięknym, mocnym głosem, którego czasami nadużywała, bo w życiu też „grała” królową. A kolegów z teatru traktowała jak własny dwór. Jeżeli przypomnimy jeszcze, że była żoną „wiecznego premiera” Józefa Cyrankiewicza, to będziemy mieli pełny obraz królowej PRL-u.

Potrafiła też być przykra dla koleżanek i kolegów. Opowiadał reżyser Jan Maciejowski, że w swoim debiucie przyszło mu robić sztukę właśnie z Niną Andrycz. Recz działa się w latach 50., oczywiście w Warszawie, bo gdzieżby miała grać królowa.

Na pierwszą próbę sceniczną Nina Andrycz weszła w futrze, w kapeluszu, z torebką i parasolką. A rzeczy toczyła się w salonie, więc nie było powodu, żeby aktorka była tak ubrana, tak prosto z ulicy. Koledzy nie zareagowali. Natomiast Maciejowski, po kilku głębszych oddechach, dla dodania sobie odwagi, powiedział:

– Może mogłaby pani zostawić ubranie w garderobie?

– Słyszałam, że tu kradną… Ale jeżeli panu to przeszkadza, trudno, zaryzykuję.

Potem było już normalnie. A reżyser Jan Maciejowski, już na starcie kariery zawodowej uzyskał uznanie świata teatru.

Jak ubrać muzyków

Jeżeli jesteśmy już przy ubraniach… Rzecz nie działa się co prawda na scenie, ale w Filharmonii Łódzkiej lecz to niejako rodzina teatru.

Przed wojną filharmonii w Łodzi nie było, owszem grały tu dobre zespoły zawodowców i amatorów, przyjeżdżały dobre orkiestry z Warszawy, ale stałego zespołu nie założono. Dopiero w roku 1948 podjęto decyzję o utworzeniu państwowej filharmonii w Łodzi. Pierwszym dyrektorem został „sprawdzony towarzysz”, robotnik, przedwojenny działacz KPP. O muzyce nie miał w ogóle żadnego pojęcia, a o filharmonii jeszcze mniejsze. Zaangażowano jednak dobrych muzyków, świetnych kierowników muzycznych i jakoś szło.

Niemniej muzycy zauważyli, że dyrektor jakoś tak dziwnie się im przygląda, ogląda ich i jakby mierzy wzrokiem. W końcu na ogólnym zebraniu zespołu – a w tamtych latach zebrania zespołu były w świętej permanencji – dyrektor powiedział:

– Ja się tam na muzykowaniu nie znam. Ludzie mówią, że jest z nami dobrze, to i ja się cieszę. Ale jedna rzecz nie podoba mi się bardzo. To jest przecież filharmonia socjalistyczna, a wy tu wszyscy pokazujecie się frakach albo w smokingach. Tak dalej być nie może. Bo albo mamy socjalizm, albo robimy dalej jak za kapitalizmu…

Natychmiast po tym zebraniu w budynku pojawili się krawcy męscy oraz krawcowe. Ze wszystkich muzyków wzięto miary i zaczęło się wielkie szycie. Po dwóch miesiącach orkiestra wystąpiła w nowych galowych ubraniach.

Tyle tylko, że wszyscy wyglądali jak lokaje u przedwojennych królów bawełny – Schillerów czy Grohmanów. Wszyscy muzycy mieli kuse, jaskrowe marynarki z lamówkami i spodnie w takim samy żółto-beżowym kolorku.

Szczęście dyrektora nie trwało długo, bo jednak nie wszyscy towarzysze z ówczesnych władz byli pozbawieni taktu i gustu. Po roku orkiestra wróciła do fraków i smokingów, a dyrektora „rzucono na inny odpowiedzialny odcinek”.

Egzaminy eksternistyczne

Ta anegdota jest stara, ale zabawna, więc przytoczę. Akcja rozgrywa się w powojennej Polsce. Rzecz w tym, że wojna wielu młodym zdolnym ludziom przerwała edukację. Więc postanowiono w całym kraju przeprowadzać egzaminy eksternistyczne. Także dla aktorów i reżyserów.

Szefem komisji eksternistycznej dla reżyserów został wybitny intelektualista, reżyser, krytyk i historyk teatru, tłumacz, pisarz i pedagog, twórczy duch przedwojennego Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej – Bohdan Korzeniewski. Przy tych wspaniałych cechach charakteru i wielkim życiorysie, Korzeniewski był okropnie złośliwy. Pomiędzy nim a jednym z kandydatów na reżysera rozegrał się taki dialog:

Do sali wszedł egzaltowany, pewny siebie młodzian. Od razu nie zrobił na Korzeniewskim dobrego wrażenia.

– Ma pan trzy pytania – powiedział do kandydata Korzeniewski.

– Oczywiście, świetnie rozumiem, jak najbardziej, to jasne – terkotał kandydat.

– W takim razie proszę przedstawić nam szlak podbojów Cortesa – powiedział Korzeniewski, miło się uśmiechając.

– No, akurat o tym nie bardzo coś wiem – powiedział kandydat.

– To w takim razie proszę nam opowiedzieć o szlaku konkwisty Pizarra.

– Szczerze mówiąc – powiedział kandydat – na ten temat również nie byłem przygotowany.

Korzeniewski rozłożył ręce, w geście bezradności – że jest marnie.

– Bardzo przepraszam, ale mówił pan, że mam trzy pytania…

– Byłbym zapomniał – powiedział Korzeniewski. – To w takim razie proszę porównać szlak Pizarra ze szlakiem Cortesa.

Co może teatr z dramatem

Teoria dramatu zakłada, że sztuka teatralna w pełni realizuje się dopiero na scenie. Owszem, są także dramaty do czytania, ale to obecnie coraz większa rzadkość. No i te „lesebuchdrame” są śmiertelnie nudne.

Bardzo ciekawą historię ma realizacja „Konduktu” Bohdana Drozdowskiego w Teatrze Polskim we Wrocławiu w 1969 roku. Reżyserował Jerzy Krasowski, świetną scenografię zaprojektowała Krystyna Zachwatowicz. Treścią utworu jest podróż przez Polskę, jaką odbywa kilku górników, wioząc ciało zmarłego kolegi do jego rodzinnej wsi.

Autor był bardzo zainteresowany próbami i poprosił Krasowskiego o zgodę na obejrzenie prób generalnych. Niby tak się nie robi, bo nie ma nic gorszego niż żyjący autor…, ale Krasowski zgodził się. I na drugiej generalnej w teatrze pojawił się Drozdowski.

Po próbie Drozdowski długo milczał, a końcu powiedział do Krasowskiego:

– Wie pan, ja pisałem tragedię. A to jest komedia…

– Ale czarna komedia – powiedział Krasowski.

– Nie, nie… to jest świetne wystawienie, jestem bardzo zadowolony. Dziękuję panu, serdecznie dziękuję.

Kto sobie dodaje „no…” przed tekstem

Jest, niestety, dość rozpowszechniona wśród aktorów maniera, polegająca na dodawaniu sobie przed tekstem właściwym „no”. Być może pomaga im to w skupieniu na sobie uwagi widza. Ale jest to po prostu okropne. Tym bardziej że właściwe emocje aktor umieszcza w tym nieszczęsnym „no”, a tekst utworu mówi już bez emocji, na wydechu, po prostu pozbywa się tekstu.

Kazimierz Dejmek znalazł świetny sposób, by tych dodających „no”, oduczyć złych nawyków. Kiedy grający u niego aktor dręczył tekst dodawaniem „no”, Dejmek mawiał:

– Zdaje mi się, że „no” przed tekstem dodają sobie tylko źli aktorzy.

Skutkowało.