O wojnach religijnych i nacjonalizmach pisze WALTER ALTERMAN: Obłędy powszechne

Jeszcze 50 lat temu nikt nie słyszał o małżeństwach jednopłciowych. A teraz są. Niektóre kraje, takie jak nasz, mają z tym problem. Może nie są jeszcze tak postępowe, może nie dorośliśmy jeszcze do pełnej nowoczesności, jak Holendrzy i inni? A może po prostu staramy się zachować minimum zdrowego, prostego rozsądku?

„Nowocześniacy” są bardzo agresywni i gotowi są walczyć o swój postęp, jak inni o niepodległość swych narodów. Są czasy, o czym zaświadcza historia, kiedy całe narody ogarnia mania, wielki szał ideologiczny. A nawet obłęd.

Wojny religijne

Wspomnę o konfliktach religijnych tylko skrótowo, bo temat to rozległy i głęboki, ale przecież były! I są nadal oznaką istnego szaleństwa. W wojnach religijnych ginęły (i nadal giną) setki tysięcy ludzi. Proste założenie, że Bóg jest jeden, a można go czcić i przestrzegać Jego nakazów na różne sposoby i obrządki nie docierało i nadal nie dociera do wielu.

Co zrobić z innowiercą? Zabić. Taka była recepta wszystkich kościołów świata. Czasem można było innowiercę zmusić do wyrzeczenia się wiary i do przyjęcia nowej, czyli wiary silniejszego. Ale i tak „przechrztów” miano na oku, podejrzewano, śledzono i od czasu do czasu palono na stosach. Dla zasady i dla ugruntowania jedynej słusznej wiary.

Trzeba też wspomnieć o wielkiej schizmie wschodniej, czyli o rozłamie w chrześcijaństwie na Kościół wschodni i zachodni. Za symboliczną datę tego wydarzenia przyjmuje się rok 1054. Nie był to jednorazowy akt, lecz proces, który trwał aż do XIII wieku. Winą za jej powstanie obarczały się wzajemnie Rzym i Konstantynopol.

Do wielkich wojen między obiema stronami nie dochodziło, bo od XIII wieku Ruś znalazła się pod zwierzchnictwem ordy mongolskiej. A później Turcy zajęli Bałkany. Niemniej Zachód do dzisiaj uważa „prawowierców” za gorszych, a prawosławni mają jednak głęboki dystans do Zachodu. Śmieszne jest to, że Konstantynopol uważał Kościół rzymski za schizmatyków, a Rzym nazywał prawosławnych również schizmatykami.

O dziwo najbardziej zaciekłe wojny toczyły się między samymi chrześcijanami. Katarzy, albigensi i inni byli wycinani w pień, bo byli zalążkami rewolucji w łonie tego samego kościoła. A już wojna trzydziestoletnia, między zwolennikami starego Kościoła a zwolennikami reform w duchu Marcina Lutra, była jedną wielką rzezią. Luter był pierwszą osobą, która otwarcie wypowiedziała się przeciw złym zwyczajom w Kościele. To on 31 października 1517 roku umieścił na drzwiach kościoła w Wittenberdze 95 swoich tez.

Ten europejski konflikt trwał od 23 maja 1618 do 24 października 1648 pomiędzy protestanckimi  państwami Świętego Cesarstwa Rzymskiego (I Rzeszy) wspieranymi przez inne państwa europejskie – takie jak Szwecja, Dania, Republika Zjednoczonych Prowincji, czyli część Niderlandów oraz Francja, a katolicką dynastią Habsburgów

Dziś dziwmy się islamistom i ich rewolucji, a przecież jakieś trzysta – czterysta lat temu chrześcijanie postępowali podobnie. Szaleństwa religijne, obok nacjonalizmów, są najsilniejszymi i najbardziej groźnymi w skutki obłędami.

Czy są narody lepsze i gorsze?

W Nowym Testamencie nie ma ani słowa o wyższości jakiegoś narodu nad innymi narodami. Owszem, Stary Testament, który również jest częścią Pisma Świętego chrześcijan, wielokrotnie wspomina o Żydach, jako o narodzie wybranym, czyli jednak lepszym. A Bóg obiecuje Abrahamowi: „Będę ci błogosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i jak ziarnka piasku na wybrzeżu morza; potomkowie twoi zdobędą warownie swych nieprzyjaciół. Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia [takiego, jakie jest udziałem] twego potomstwa, dlatego że usłuchałeś mego rozkazu” – wspomina Biblia Tysiąclecia.

Może to dlatego chrześcijaństwo, uznając się za lepszą wersję starożytnej wiary Żydów, przyjęło z początkiem swego istnienia, że niechrześcijanie są po prostu gorsi. Może dlatego Kościół rzymskokatolicki zainicjował Wyzwolenie Ziemi Świętej, czyli kolejne Wyprawy Krzyżowe – w imię lepszej wiary i lepszych narodów.

Nasi krzyżowcy

Polska również, pośrednio, jest ofiarą wypraw krzyżowych. Bo oto po upadku ostatnich warowni Krzyżowców w Ziemi Świętej pozostali w Europie zupełnie bezrobotni bogaci, zbrojni i umiejący walczyć wojownicy. Między innymi w takiej sytuacji znalazł się Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, zwany u nas Krzyżakami. I to właśnie ich sprowadził w 1226 roku na Mazowsze książę Konrad Mazowiecki I, by zapewnić obronę posiadłości piastowskich przed Prusami, nękającymi Mazowsze. Krzyżacy dokonali podboju Prusów i doprowadzili do ich chrystianizacji. Opanowali też obszary późniejszych Prus Wschodnich oraz dzisiejszej Łotwyi Estonii, tworząc z tych ziem państwo.

Zakon zajmował także na długie lata tereny Polski i Litwy. Swoje państwo Krzyżacy nazwali Prusy, od nazwy plemienia, które wymordowali. To te krzyżackie Prusy były przez wieki naszym problemem, aż w końcu to one stały się motorem rozbiorów Polski. I to ich duch, ich mentalność i władze pchnęły zjednoczonych Niemców do militaryzmu i parcia na Wschód. Z myśli i doktryny tych Prusaków zrodziły się także I I II wojna światowa.

„Lecz krzyżackiego gadu nie ugłaszcze

Nikt ni gościną, ni prośbą, ni dary;

Małoż Prusaki i Mazowsza cary,

Ziem, ludzi, złota wepchnęli mu w paszcze?

On wiecznie głodny, choć pożarł tak wiele,

Na resztę naszę rozdziera gardziele”.

 

Tak pisał Adam Mickiewicz w „Grażynie”.

 

Czy Zakon szerzył wiarę? Oczywiście, bo służyła ona podbojowi i ich panowaniu, a także bogaceniu się.

Szaleństwo nacjonalizmów

Skąd się wzięły nacjonalizmy? Z przekonania, że jesteśmy lepsi, bo produkujemy lepsze samochody, jesteśmy lepiej wykształceni i ładniejsi, że zapanujemy nad sąsiadami, a może nad całym światem – jak śpiewano w hymnie Niemiec hitlerowskich.

Czasem współczesny nacjonalizm objawia się też tym, że jakieś państwo chce przewodzić, zaopiekować się słabszymi narodami i pomagać. im. Tyle, że za tę pomoc trzeba sporo płacić. A czym silniejszy opiekun, tym stawka za opiekę jest większa. Jak to u gangsterów.

Nie ma ludzi lepszych i gorszych – są jedynie różni. Nie ma też lepszych państw. I nie ma jedynego wzorca ustrojowego. I wcale nie jest powiedziane, że liberalny kapitalizm jest jedyną możliwą wersją ustrojową. A poszukujących innych ustrojów nie trzeba traktować innych tak jak podczas wojen religijnych.

Nacjonalizm jest mi najwstrętniejszym ze wszystkich obłędów ludzkości. Bo o ile mogę jeszcze jakoś zrozumieć i wybaczyć szaleństwo religijne, to cyniczna, wyrachowana i zimna postawa wszystkich nacjonalistów (tak historycznych, jak obecnych), którzy chcą podbojów „gorszych narodów” jest kwintesencją międzynarodowego bandytyzmu.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Kołysanka dla Bezosa

To rzecz będąca tajemnicą poliszynela amerykańskich BigTechów rządzących dziś światem, że Jeff Bezos od kilku dni cierpi na bezsenność. Został oskarżony przez “Gazetę Wyborczą” o cenzurę. “Czytelnicy nie wierzą w bezstronność” – krytycznie zamartwia się pismo Adama Michnika, a Bezos przełyka łzy w milczeniu pomny swoich grzechów i wykroczeń przeciwko wolności słowa.

Jeśli nie wierzycie w rozpacz Bezosa zapytajcie Tomasza Piątka, albo niejakiego Rzeczkowskiego lub Boczka, albo zajrzyjcie do branżowego pisma Press. Uwzględniając wiarygodność powyższych i zdolność docierania do tajnych, w ogóle nie wyssanych z palca informacji, na pewno i to potwierdzą.

Płacz i wina twórcy Amazona, jego zbrodnia i kara, są zresztą oczywiste. Bezos dokonał aktu makabrycznej, straszliwej cenzury, która w Polsce nikomu, a szczególnie wydawcy “Gazety Wyborczej”, nigdy nie przyszłaby do głowy. Nie pozwolił naczelnemu należącego do siebie dziennika “Washington Post” pisma na wprowadzanie jawnej i ewidentnej cenzury politycznej wobec swoich dziennikarzy i publicystów we własnej gazecie i zamieniania jej w biuletyn partyjny. Robert Kegan, naczelny gazety, nie może wzorem wielu swoich poprzedników opublikować “odredakcyjnego”, manifestu poparcie dla Kamali Harris, w związku z czym ostentacyjnie się zwolnił. A przecież taki manifest tyle spraw by załatwiał.

Po pierwsze, przykra sprawa, bo wtedy nie trzeba ręcznie nastawiać każdego redaktora, publicysty, reportera. Nie trzeba się głowić, jak tłumaczyć wpadki Harris. I jak z każdego wydarzenia robić wpadkę Trumpa. Nie trzeba także się martwić, jak nawiedzeńcom pełnym wpojonych mitów o “bestronności” i “uczciwości” tłumaczyć, że świat tak nie działa. Dla Roberta Kagana osobiście, sprawa miałaby jeszcze jedno znaczenie. Ostatecznie, popierając, co by nie gadać, dość intelektualnie nienachalną, za to skrajnie lewicową kandydatkę, zamanifestowałby swoją skruchę za dziesiątki lat krzewienia poglądów neokonserwatywnych, także w dziedzinie moralności i tradycji, które miały być siłą Ameryki. Popierając Harris manifestacyjnie, z całym oddaniem, bez refleksji, stałby się na nowo pełnoprawną częścią politycznego, medialnego i naukowego establiszmentu zajętego nieustanną walką z nieistniejącym od 80 lat faszyzmem.

Bezos wszystko to zepsuł, za to w “Washington Post” opublikował swoje wyjaśnienie, z którego wynika, choć napisał to delikatnie, że coraz toporniejsza propganda szkodziła biznesowi: “Chociaż nie promuję własnych interesów, nie pozwolę również, aby ta gazeta pozostała na autopilocie i stopniowo popadała w nieistotność — wyprzedzona przez niebadane podcasty i szpile w mediach społecznościowych — nie bez walki.” Bezos także przypomniał, że w corocznych badaniach opinii publicznej dotyczących zaufania i reputacji dziennikarze i media regularnie plasują się bardzo nisko, często tuż nad Kongresem, jednak w tegorocznej ankiecie Gallupa udało im się spaść poniżej Kongresu.

Bezosa powinni przywieźć do Polski na przeszkolenie. Gdyby zapoznał się z niejaką panią Schnepf-Wysocką i jej twórczością, a także jej dorobkiem rodzinnym zobaczyłby, że można spaść dużo niżej. Nie tylko w ankiecie Gallupa, ale jako gatunek.

 

 

 

HUBERT BEKRYCHT: Dlaczego większość mediów zwalcza Trumpa?

To właściwie nie tyle pytanie, co obserwacja rzeczywistości towarzysząca dziennikarzom od czasów pierwszych oznak, że ten miliarder z USA może zostać najpotężniejszym człowiekiem świata. Dlaczego większość mediów jest wroga wobec Donalda Trumpa? Bo 45. prezydent Stanów Zjednoczonych narusza od dekad ustalone interesy. Liberalne i lewicowe.

Ktoś powiedział, że gdyby nie – podkreślmy to – luźny, związek Donalda Trumpa z Partią Republikańską nie byłoby wiadomo, że ten polityk nie jest liberałem. Bo w USA każdy może być i każdy nim może nie być liberałem. Zależy od interpretacji stanowego lub federalnego inspektora finansowego.

Łaty i schematy

Wolny rynek amerykański jest tak powiązany z globalną polityką ekonomiczną mocarstwa, że już od dawna do obywateli USA robiących interesy z Chinami i Rosją mógłby przylgnąć plaster „komunisty”, do biznesmena handlującego z Niemcami logo „ryzykanta” a do entuzjasty współpracy z Unią Europejską stygmat „wariata”. Mógłby takie plastry przylepiać ktokolwiek wpływowy ze Stanów Zjednoczonych, ale tego nie robi. Dlaczego? Bo USA są na innym poziomie biznesu. Wyższym. Niestety, polityka amerykańska pozostała, jak w Europie i Azji, wpisana w schemat mafii.

Trumpa zaczęto się bać i na swoim podwórku i w Azji i w Europie. Nie z powodu wyjątkowych talentów biznesowych. Jako konserwatywny polityk zaczął on po prostu zagrażać istniejącemu od dawna podziałowi świata. I podejściu do gospodarki w ogóle.

Spiski 

Międzynarodowe polityczne grupy interesów, które od dawna umawiały się na podział łupów przez 10 czy 20 lat, ze zgrozą patrzyły jak Trump łamie „umowy” i „porozumienia. Teoria spiskowa? Ze wszystkich teorii spiskowych najbardziej prawdopodobna jest taka, że nie ma żadnych teorii spiskowych.

Media, nie tylko zresztą te lewicowe i liberalne zaczęły zwalczać Trumpa wiele lat temu. I powtarzam, nie chodziło tylko o interesy, o góry dolarów, które zarabiał. Gra toczyła się i toczy o władzę. Nie tę absolutną z teorii spiskowych, ale na władzę, która przekłada się na nowych ludzi w polityce i biznesie, na nowe zmienne mające przemodelować podział tortu wpływów na świecie. Media, szczególnie zachodnie i elektroniczne mają zbyt wiele do stracenia, bo wobec nich Trump jest nieprzewidywalny, nie chodzi na pasku narracji rzucanych z Waszyngtonu, Brukseli, Moskwy, czy Pekinu. Tworzy swoje, czasem nieprawdopodobne modele postępowania. Czy to dobrze?

Tak i nie. Tak, bo Trump myśli konserwatywnie, ale i rynkowo – to oznacza, że nie wywoła III wojny światowej. Nie, bo nie wiadomo, czy byłby w stanie jej zapobiec. Nie wiadomo, bo na razie sytuacja tak się zmieniła na korzyść dla świata, że jego powrót do Białego Domu wydaje się gwarancją przewidywalnej przyszłości. Przynajmniej na cztery lata. Z Kamalą Harris jest zaś tak, że jeśli ona zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych na pewno wywoła globalny konflikt.

Dziennikarze zakładnikami właścicieli mediów

Media niechętne Trumpowi, a takich jest zdecydowana większość, obawiają się, że po jego dojściu do władzy nie będą mogły już straszyć ludzi wizjami niszczenia planety przez miliardera. Bo w sumie w pierwszej kadencji nie stało się nic złego dla świata, oprócz „puczu”, który wywołały media po wygranych przez Joe Bidena wyborach, chociaż przeciwnicy Demokratów uważają, że procedury elekcji prezydenckiej w 2020 roku zostały sfałszowane.

Bzdury o „prorosyjskości” i „faszyzmie” Trumpa padają jeszcze gdzie nie gdzie na podatny grunt, ale w coraz mniejszej liczbie krajów. Nagonka zaczyna przypominać groteskę. Prasa, radio, telewizja i Internet razem nie są w stanie okłamać wszystkich. Nawet gdyby Trump miał podobną siłę medialną na świecie jak jego przeciwnicy nic nie powstrzyma pustego śmiechu, kiedy to dziennikarze mediów frontu antytrumpowego nie mogą się porozumieć, co do narracji. Jeden mówi, że Trump zdecydowanie wygrywa a drugi, że wygrywa Harris. I to wszystko w pół minuty najlepszego czasu antenowego. I do tego to nachalne wpychanie wszędzie kandydatki Demokratów jak w reklamie dietetycznego hamburgera.

Podobieństwa

Nie wiem, czy wygra Trump, który też ma sporo wad, czy Harris poparta przez niemądrych celebrytów i kombinatorów politycznych. Wiem jednak, że w każdym medium ludzie nie lubią być okłamywani. A tak jest na froncie przekazu przeciwko 45. prezydentowi USA.

I już zupełnie na koniec. Wiceprezydent USA okrzyknięto zbawczynią Ameryki. Ja w widzę kandydatce Demokratów cechy Ewy Kopacz, nie tylko tę polegającą na rzucaniu przez ludzi kamieniami dinozaury, ale naprawdę niebezpieczne – w przypadku wojny – jest chęć schowania się przywódcy w domu. Jednak lepiej, aby ów był pod ziemią. Lepiej dla przywódcy… Czy mógłbym to napisać w liberalnej gazecie w USA? Nie. Trudno byłoby to umieścić nawet w mniej liberalnym a nawet w całkiem nie liberalnym lub nie lewicowym portalu, bo prawnicy Partii Demokratycznej są jak spragnieni zemsty koledzy Adama Bodnara.

WOŁODYMYR SIDORENKO: Polscy studenci współpracują z siecią Ukraińskich Centrów Solidarności Dziennikarskiej

Na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu odbyło się spotkanie doktorantów i studentów Wydziału Nauk Politycznych i Dziennikarstwa z koordynatorem Zachodnioukraińskiego (Lwowa) Zjednoczonego Centrum Solidarności Dziennikarskiej Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy Natalią Wojtowycz. Na przykładzie masowej inwazji Rosji na Ukrainę opowiedziała przyszłym dziennikarzom Polski o praktyce przestrzegania standardów etycznych dziennikarstwa w czasie wojny, a także o działalności Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy i jego sieci Dziennikarskie Centra Solidarności.

W szczególności Natalia Wojtowycz skupiła się na przestrzeganiu zasad etycznych, na których powinni powoływać się pracownicy mediów w materiałach o tematyce wojskowej. Absolwenci i studenci osobno zapoznali się z regulaminem Komisji Etyki Dziennikarskiej Ukrainy. Jednym z tematów rozmów było bezpieczeństwo dziennikarzy podczas wyjazdów na linię frontu w celu przygotowania materiałów o przebiegu walk.

Trenerka medialna podzieliła się praktycznymi radami i opowiedziała o doświadczeniach kolegów, którzy zwracają się do NSJU z prośbą o kamizelki kuloodporne, hełmy i apteczki. Tym, którzy chcieli dowiedzieć się więcej o kwestiach bezpieczeństwa, Natalia Wojtowycz poleciła „Przewodnik po bezpieczeństwie”, stworzony we współpracy m.in. z NSJU i UNESCO zawierający podstawowe porady dla pracowników mediów planujących wyjazd do strefy działań wojennych. Zasady z podręcznika mają zastosowanie nie tylko na terytorium Ukrainy, mogą być przydatne dla pracowników mediów na całym świecie. W okresie masowej inwazji rosyjskiej na Ukrainę tysiące dziennikarzy było w strefie działań wojennych. Niestety, w czasie walk w wojnie rosyjsko-ukraińskiej zginęło prawie 90 dziennikarzy, w tym 17 pracowników mediów podczas wykonywania obowiązków zawodowych. Agresorzy schwytali ponad 40 dziennikarzy, w tym 30 ukraińskich, którzy przebywają w niewoli rosyjskiej i są poddawani torturom i represjom.

Natalia Wojtowycz szczególną uwagę poświęciła zbrodniom wojennym rosyjskich agresorów. W szczególności chodziło o uwięzionych ukraińskich dziennikarzy  i problemy pracowników zagranicznych mediów. Opowiedziała szczegółowo historię ukraińskiej dziennikarki Victorii Roschyny, która zginęła w rosyjskiej niewoli, nie doczekała wymiany. Ta wiadomość stała się tragedią dla Ukrainy. Według trenera medialnego studenci byli bardzo poruszeni misją pracujących w mediach podczas konfliktów zbrojnych. Uczestnicy szkolenia poznali także z projekt „Dziennikarze są ważni”, w ramach którego odnotowuje się historie zatrzymanych przedstawicieli mediów oraz z akcją „Dziennikarstwo nie jest przestępstwem”, zgodnie z którą NSJU domaga się oddalenia zarzutów wobec wszystkich dziennikarzy i ich uwolnienie z niewoli.

Omówiono pracę dziennikarzy europejskich i ukraińskich mediów oraz ich wpływ na zachodnich odbiorców. „Bardzo ważne jest, aby wiedzieli, co dzieje się na Ukrainie. To niezwykle cenne, że dziennikarze w Polsce przekazują informacje o rosyjskiej agresji na Ukrainę” – zauważyła Natalia Wojtowycz.

Przypominamy, że Centra Solidarności Dziennikarskiej są inicjatywą Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy, która jest realizowana przy wsparciu Międzynarodowej i Europejskiej Federacji Dziennikarzy oraz UNESCO. Ma pomóc przedstawicielom mediów pracującym w czasie wojny na Ukrainie. Ośrodki działają na terenie ukraińskich miast: Kijowa, Lwowa, Iwano-Frankowska, Charkowa, Zaporoża, Dniepru i zapewniają dziennikarzom pomoc organizacyjną, techniczną, prawną i psychologiczną.

 

HUBERT BEKRYCHT: Prowokacje medialnych komunistów mentalnych

W Przeglądzie, takiej tygodnikowej odmianie Trybuny Ludu, ukazały się elukubracje, w których towarzysze z periodyku mogącego ubiegać się o nagrodę im. Pawła Morozowa atakują Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Tym razem miecz klasowej czujności wymierzono w Fundację Solidarności Dziennikarskiej.

Nie zamierzam tłumaczyć, że nie ma w artykule w Przeglądzie sprzed dwóch tygodni odrobiny rzetelności dziennikarskiej. I nie tylko w sprawie FSD, bo to oczywiste. Błędy, z których powodu których każda redakcja spaliłaby się ze wstydu tutaj – stanowiąc standard wspomnianej publikacji – nawet nie rażą, bo to specjalność pism sławiących PRL-owską przeszłość naszego kraju. Razi co innego. Nagonka. Ktoś powie, że to nic dziwnego, ale dla mnie 35 lat po teoretycznym upadku komunizmu politycznego skandalem jest robienie użytku z insynuacji, manipulacji, treści przypominających pomówienia z czasów stalinowskich, czyli tworzenie komunizmu mentalnego, a raczej pieczołowite pielęgnowanie tej podłej narracji (zresztą tę listę wypełnią bez trudu prawnicy). Proszę o wybaczenie wrażliwszych Czytelników, ale w śródtytułach będę stosował język komuszej nowomowy, bo w przypadku tego „artykułu” tak trzeba. Dlaczego? Aby zrozumieć perfidię przekazu organu, który bez trudu mógłby stanąć w szranki plebiscytu na ulubione pismo sierot po PRL.

Z czyjej inspiracji?

Właśnie, po co towarzystwu wydającemu Przegląd publikacja na temat Fundacji Solidarności Dziennikarskiej? „Artykuł” ukazał się 14 października, już po zjeździe Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, na którym wybrano nowe władze. Na stanowisku prezesa SDP Krzysztofa Skowrońskiego już 12 października zastąpiła Jolanta Hajdasz, ale nawet 17 października na FB Przeglądu prezesem SDP był jeszcze Skowroński.

Postkomunistyczny a nawet komunistyczny czas zatrzymał się? A może chciano zapobiec wyborowi Hajdasz na prezesa i Skowrońskiego do Zarządu Głównego SDP? Tutaj też wypalono kulą w płot.

Z dziennikarskiego obowiązku przypomnę, że 12 września, dwa dni przed publikacją omawianego organu, podczas zjazdu SDP, wystąpienie bardzo podobne do „rewelacji” Przeglądu (protokół z obrad można sprawdzić – łącznie z kolejnością nazwisk członków społecznej Rady FSD) miała redaktor Krystyna Mokrosińska.

Oczywiście dziwny zbieg okoliczności, ale na pewno to przypadek. Oszczerczego artykułu nie mogła inspirować osoba powszechnie szanowana w wielu środowiskach dziennikarskich – honorowa prezes SDP. Nie, bo nie. I koniec dyskusji, bo jeszcze kilka osób z oddziału warszawskiego SDP, moja prywatna opozycja (dziękuję kochani, że jesteście) posądzi mnie, że nadal „obrażam” Mokrosińską. Poprzednio ponoć obraziłem ją rymowanką w publikacji o zjeździe statutowym, który prezes honorowa próbowała zdestabilizować oddając mandat delegata. Nie wycofuję się i z wierszyka (brak poczucia humoru jest dla mnie równoznaczny z upadkiem mitu personalnego) i z pytania, dlaczego Krystyna Mokrosińska w ogóle została w SDP? Przecież nie dlatego, aby pisać pisma do KRS w sprawie „wad” nowego Statutu ostatecznie zarejestrowanego pod koniec lipca br.? Nie uwierzę też w to, że redaktor Mokrosińska sabotuje działalność władz SDP. Może po prostu ma złych doradców?

A propos, obrońcą prezes honorowej jest szef oddziału warszawskiego Zbigniew Rytel (też nie ma poczucia humoru i wzywał mnie do „przeprosin” Mokrosińskiej). Ale odrzućmy różnice, uwaga, będę teraz bronił szefa OW SDP. Zbyszek został haniebnie potraktowany przez Przegląd. Na zdjęciu przy „artykule” o sugerowanych „przekrętach” w FSD, Rytel siedzi po lewej stronie nielegalnie odwołanego szefa Rady Mediów Narodowych Krzysztofa Czabańskiego i wieloletniego prezesa SDP Krzysztofa Skowrońskiego, czyli – wedle przeglądowej prowokacji – Rytel to też „zbój” medialny „zamieszany” w „przekręty” FSD i podpisany jeszcze jako członek Zarządu Głównego SDP, a przecież wszyscy wiedzą, że Zbyszek trzy lata temu przegrał wybory do władz centralnych naszego stowarzyszenia i teraz już nie startował.

Wstydź się Przeglądzie!

Zbyszku, gdybyś potrzebował pomocy prawnej w procesie z Przeglądem, pomogą Ci prawnicy SDP i Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Tylko daj znak, że chcesz te skojarzenia odrzucić przed sądem.

Wicie, rozumicie

Teraz troszkę poważniej, bo ze szmacianej prowokacji Przeglądu można się tylko śmiać.

Błędy, kłamstwa i manipulacje mające połączyć FSD i SDP z innymi instytucjami państwowymi, których jeszcze nie osądzono, ale działały w latach 2015 – 2023 albo nawet i 2024 mają odciągnąć uwagę od stopniowego zawłaszczania bezprawnie przejętych przez rząd pod koniec ub. r. publicznych mediów i niszczenia innych redakcji, które krytykują koalicję sprawującą władzę w Polsce od grudnia 2023 r.

Wywody umieszczone w Przeglądzie dotyczą de facto nie FSD a innych podmiotów, które w sposób legalny wspomagały fundatora, czyli SDP a zatem ich jedynym „przewinieniem” była działalność za rządów PiS. A ponieważ jest teraz moda na polowanie na PiS to i ruszyła nagonka na SDP, czyli – zdaniem inspiratorów „artykułu” – organizacji wspierającej PiS a PiS wspomagał SDP. Tylko chodzi o finanse i muszą być na to dowody a tych po prostu nie ma. A nawet gdyby ktoś je sfabrykował trzeba udowodnić, że są poza prawem a na to redakcja nie ma intelektualnej siły, bo przekazuje tekst z błędami! Merytorycznymi. Pomijam już nazwiska, daty, tytuły czy stanowiska.

Zgadnijcie po co jednak te bzdury publikuje Przegląd? Przecież, na Boga, nie dla kilku tysięcy czytelników, dla których czas się zatrzymał w stanie wojennym. Ten „artykuł” jest po to, aby „skompromitować” SDP i FSD. No i wymyślono mało sprytnie kilka pogłosek, pomówień (raj dla prawników). Podlano to sosem donosu z matrycy im. Pawika Morozowa i hulaj dusza… Ale piekło jest. Dlaczego zatem „dziennikarze” Przeglądu wybrali wieczne potępienie?

Może dlatego, że wieloletni naczelny przeglądu Jerzy Domański (przez chwilę był nawet prezesem PZPN, co tłumaczy początek upadku polskiego futbolu w latach 1989 – 90) jest szefem postkomunistycznego Stowarzyszenia Dziennikarzy RP (za junty Jaruzelskiego SD PRL) – obecnie stowarzyszenia zawieszonego w prawach członka międzynarodowej organizacji dziennikarskiej EFJ. Może dlatego w Przeglądzie nie boją się piekła, bo w głowach dawnych reżimowych dziennikarzy, sympatyków wicepremiera Jagielskiego i samego dyktatora Jaruzelskiego, pojawił się chaos i pytanie. Ważne: jak żyć? Jak, skoro SDP ma ponad 3 tys. członków a SdRP, któremu lideruje wpływowy redaktor Przeglądu ma tylko kilkuset członków i to wedle własnych danych postkomunistycznej organizacji dziennikarskiej…

Wielkość Gomułki, czyli „stoimy nad przepaścią…”

Skąd w periodyku, który umieszcza oczywiste brednie i manipulacje na temat SDP i FSD takie przekonanie o słuszności „kierunków”.

Jak wiadomo baza musi mieć nadbudowę. Z uporem godnym lepszej sprawy Przegląd lansuje w październiku postać komunistycznego aparatczyka Andrzeja Werblana, któremu dorabia się gębę przyjemnego lewicowego intelektualisty – publicysty w tygodniku założonym przez Jerzego Urbana.

Skąd taka głupota w Przeglądzie, że cytują zdanie Werblana o Władysławie Gomułce? Redakcja chwali się tym na FB i cytuje byłego partyjnego ideologa: „Wielkość Gomułki polega na tym, że potrafił poprawnie odczytać interes narodu” – tako rzekł obchodzący 30 października 100 lat Andrzej Werblan, któremu władze Przeglądu składają z tej okazji życzenia.

Inna rzeczywistość? Tak, zważywszy, że redakcja Przeglądu nie zadała Werblanowi pytania o legendarne „odczytywanie interesu narodu” w postaci masakry robotników na Wybrzeżu w grudniu 1970 r., do czego doprowadziła obłędna ekonomiczna polityka „Wiesława” i wpierani przez niego mordercy w polskich mundurach, którymi sterowali Jaruzelski i Kiszczak.

Może dlatego tych pytań brak, że redakcja i naczelny zajęci są reanimacją medialnego trupa Przeglądu. Nikt im nie powiedział, że ze śmiercią takiego złego formatu się nie wygra? Nic im nie pomoże próba lizusowskiego „wystawiania” SDP władzom rządowym, bo medialni bankruci mogą tyle, co guru Przeglądu Jerzy Domański. A on chyba nie zdaje sobie sprawy, że jego czas jako propagandysty rządów postkomunistycznych minął. Teraz rządzą liberałowie i farbowani lewicowcy. Mają lepszych „specjalistów” od propagandy.

Nie wiadomo, kto wpadł na kiepski pomysł zachęcenia czytelników do lektury felietonu Domańskiego o jednym z polityków opozycji w sposób bardzo ryzykowny. Bowiem redaktor Jerzy Domański na fejsbukowym profilu tygodnika uśmiecha się ze zdjęcia a przy emanującej pewnością siebie twarzy umieszczono, chyba dla żartu, napis: „Przyzwoici ludzie nie nadążają za kolejnymi woltami tej kanalii”.

Dla żartu?

 

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Dlaczego Polacy nie lubią Niemców?

Znany z jednostronnego przedstawiania sytuacji w Polsce Philipp Fritz opisał w die Welt wyniki kompleksowego badania, z którego wynika, że stosunek Polaków do Niemców od lat się pogarsza. A sytuacja wcale nie zmieniła się po dojściu do władzy proniemieckiego Donalda Tuska.

Czy ktokolwiek z Państwa czuje się zaskoczony? Chyba nie. Tym bardziej, że kto ma oczy ten widzi, że nawet jeśli ktoś miał co do stosunku Niemców do Polaków jakieś złudzenia, to – w wyniku rządów realizującego niemiecką agendę wobec Polski Donalda Tuska – szybko się ich pozbywa.

Fascynujące „przyczyny”

Fascynujące są jednak przyczyny tego stanu rzeczy, a przynajmniej tak jak je widzi wieloletni korespondent w Warszawie i opowiada o nich rodakom na łamach jednego z najbardziej poczytnych niemieckich dzienników własnymi słowami i słowami ekspertów o polską brzmiących nazwiskach. Otóż wg. Fritza „winien jest rząd PiS, który oczerniał Niemców” i „telewizja państwowa zawsze malowała swojego zachodniego sąsiada w ciemnych barwach”. No może jeszcze trochę „historia”.

I te bzdury Niemcy, w tym Niemcy, którzy mają pogłębiać wiedzę Niemców nt. Polaków, tacy jak Fritz, powtarzają sobie od lat, jedocześnie głośno „dziwiąc się wzajemnemu niezrozumieniu”. Nie wiem, czy robią to celowo, czy też autentycznie nie mogą wyjść z jakiegoś rodzaju ograniczeń umysłowych, które nie pozwalają im zrozumieć oczywistości, ale spróbuję pomóc.

Panie Fritz

Zatem, Panie Fritz, tą drogą, bo na „X” Pan mnie zbanował, tak w telegraficznym skrócie:

Zacząć należałoby od tego, że Polacy coraz mniej lubią Niemców, ponieważ mija coraz więcej lat od rzezi, której Niemcy dokonali na Polakach, a najeźdźcy nie kwapią się do adekwatnego zadośćuczynienia. Właściwie nie kwapią się do żadnego, które nie byłoby obraźliwe wobec skali zbrodni niemieckich na obywatelach Polski. Polskie ofiary nie mają nawet pomnika w Berlinie, zrabowane przez Niemców polskie dzieła sztuki nadal leżą w niemieckich piwnicach, a polskiej mniejszości nie został oddany majątek odebrany dekretami Goeringa. Jakby tego było mało, Niemcy kłamią na temat wspólnej historii i przy użyciu niewątpliwie potężnych narzędzi propagandowych, utwierdzają niesprawiedliwe stereotypy na temat Polaków. Pan by kogoś takiego lubił?

Co więcej, Niemcy mieniąc się „sojusznikiem Polski” realizują geopolitykę sprzeczną z interesami Polski i innych państw Europy środkowej. Do Nord Stream już może nie ma po co wracać, ale kto chce widzieć, widzi jak Niemcy dążą do powrotu robienia interesów z Rosją, lub też nigdy nie przestali ich robić, jak choćby w przypadku sprowadzania do rafinerii Schwedt ropy rzekomo kazachskiej, ale cudem jakimś wykazującej cechy ropy rosyjskiej. Niemcy mają oczywiście prawo prowadzić taką geopolitykę jaką uznają za słuszną, ale trudno za „sojusznika” uznawać kogoś, kto prowadzi wobec nas politykę wrogą, jak choćby w przypadku zakulisowego rozbijania jedności państw regionu Trójmorza, korumpowania elit, czy blokowania inwestycji rozwojowych.

Być może najbardziej ostatnio irytuje Polaków traktowanie przez Niemcy Polski jak śmietnika. I to nie tylko śmietnika na szkodliwe niemieckie odpady, ale również na skutki nieudanych niemieckich eksperymentów politycznych, jak w przypadku masowej migracji, czy działających wbrew interesom Polaków rządów implementowanych siłami powolnych Niemcom mediów. Pan wybaczy Pnie Fritz, ale trudno Was w tym wszystkim lubić (przy czym mam na myśli głównie niemieckie elity różnych poziomów, ponieważ ze strony zwykłych Niemców bywało, że spotykałem się z zaskakującym zrozumieniem).

Co mogą Niemcy?

Czy można coś w tej sprawie zrobić? Można. Oddajcie co ukradliście, wypłaćcie reparacje, przestańcie mieszać nam się do naszych spraw, przestańcie kłamać na temat Polski i zabierzcie swoje śmieci. A kiedy nam przejdzie złość, zastanowimy się jak oprzeć wzajemne stosunki na możliwej synergii i poszanowaniu odrębności interesów.

MARIA GIEDZ: Rwanda – co mówią cmentarze, których nie ma

Podczas każdej podróży po najdziwniejszych i najbardziej odległych od Polski krajach zawsze odwiedzam cmentarze, gdyż cmentarz to przysłowiowa kopalnia wiedzy. Kiedy dotarłam do Rwandy, tego przepięknego, górzystego, pełnego jezior kraju, położonego w samym sercu Afryki, byłam przekonana, że tamtejsze cmentarze sporo mi powiedzą o miejscowych zwyczajach. Jakże się rozczarowałam.

Przez pięć tygodni włóczenia się po Rwandzie, kraju wielkości województwa lubelskiego, znalazłam tylko dwa i to współczesne cmentarze oraz kilka pojedynczych grobów przy dwóch kościołach: katedrze w Ruhengeri i dawnej kaplicy sióstr misjonarek, a obecnie centrum medytacji nad Jeziorem Ruhondo. Istnieją oczywiście liczne pomniki przypominające o tragedii – ludobójstwie, jaka rozegrała się w 1994 r., kiedy to zamordowano ponad milion osób. Ale nie o to chodzi.

Grobów zwykłych ludzi: babci, dziadka, rodzeństwa, dzieci, rodziców, sąsiadów –nie ma. I nie ma też tradycji pamiętania o zmarłych, jak to czyni się w Polsce, u Latynosów, w wielu krajach Azji, na Bliskim Wschodzie, w Europie. W Rwandzie ludzie nie troszczą się o zmarłych, gdyż czują przed nimi strach. Grzebią ich gdziekolwiek, najczęściej w okolicach własnego domu. Jak opowiada ojciec Bartek, karmelita bosy, mieszkający w Afryce od 1976 r., najpierw w Burundi, a obecnie w Rwandzie, cmentarzy tu właściwie nie ma, gdyż są zarośnięte trawą po pas, a groby są rozgrzebane przez dzikie zwierzęta, które w nocy wywlekają zmarłych. Miejsce pochówku nie jest niczym zaznaczone. Czasem żyjący wlewają tam bananowe piwo (bardzo kwaśne i mętne), aby zmarli nie mścili się na nich.

Grób dziecka, fot. Agnieszka Czajkowska

Kiedy ktoś umiera, to jego ciało owija się w matę z liści bananowych i tak wkłada się go do „grobu” – dziury w ziemi. Pochówkiem zajmują się mężczyźni, gdyż kobiety są od rodzenia i nie mogą się spotykać ze zmarłym, czyli ze śmiercią, gdyż każdy ma tu swoją rolę do odegrania. Jeszcze do niedawna istniał zwyczaj, że wszystkie rzeczy zmarłego wyrzucano z domu i zabijano jakieś zwierzę, aby śmierć nie powróciła. Dzisiaj to się nieco zmienia. W miejscu pochówku kładzie się krzyż i trochę kwiatków, czasem również zdjęcie zmarłej osoby. Kiedy kwiaty zwiędną można na grobie posadzić np. bananowca albo inne rośliny. Po pewnym czasie miejsce pochówku się zaciera i chodząc między domami, czy po polach, a raczej poletkach uprawnych nawet nie wiemy, że to dawne groby.

W Rwandzie nie ma miejsca na cmentarze, gdyż na jednym hektarze ziemi mieszka 700 osób, a nawet więcej i nie ma tam jak w Polsce wieżowców, albo zwyczajnych bloków. Oczywiście mówimy o terenach wiejskich i tych małomiasteczkowych.  W Kigali, stolicy kraju, gdzie mieszka ponad 1,5 mln osób, a na jednym kilometrze kwadratowym mieszka dwa tysiące osób też nie ma miejsca na pochówek, więc… Ziemia jest cenna, gdyż ludzie utrzymują się głównie z rolnictwa, a przecież nie każda ziemia nadaje się pod uprawę, ponieważ, jak wspomniałam wcześniej, wszędzie są góry albo jeziora, mimo że skały jest mało. Więc gdzie mają powstawać cmentarze? Każdy centymetr ziemi wykorzystywany jest pod uprawę. Nie ma osobnych sadów, warzywników. Między bananowcami sadzi się fasolę…, a pod bananowcami leżą zmarli.

Współczesny cmentarz. W całym kraju sa takie dwa cmentarze. Fot Maria Giedz

Obecna władza próbuję tę kwestię uporządkować i ostatnio powstały dwa cmentarze, na których wszystkie groby są takie same, więc być może był to jeden cmentarz, a ja fotografowałam go z różnych stron jadąc samochodem. To tam mają odbywać się ceremonie pogrzebowe. Nie wszyscy jednak akceptują to novum i nadal chowają, głównie małe dzieci na swoim polu czy podwórku.

Niektórzy na pogrzeb wkładają czarną bluzkę z wydrukiem podobizny osoby zmarłej oraz przypinają białą kokardkę, symbol żałoby. Fot. Maria Giedz

Kiedy dokonuje się pochówku zmarłego, to w ramach nowej mody niektórzy żałobnicy wkładają czarną bluzkę z wydrukowaną podobizną osoby zmarłej i do tego przypinają białą kokardkę (w Polsce jest to czarna kokardka, albo kir czy kotylion).

W Rwandzie 1 listopada, czyli dzień Wszystkich Świętych nie jest dniem wolnym od pracy. Podobnie jest z 2 listopada, czyli z dniem zadusznym. Są to zwykłe dni, jak każde inne. Wszystkich Świętych obchodzi się w pierwszą niedzielę po pierwszym listopada. Jednak nie ma takiej atmosfery jak u nas. Nie chodzi się na cmentarze, bo ich właściwie nie ma. W tym dniu nie wspomina się zmarłych. Chociaż zdarza się, że rodzina w rocznicę śmierci kogoś ważnego prosi o odprawienie za niego Mszy św., przynosi do kościoła świeczki i ustawia je na rozsypanym piasku, po czym je zapala i przy nich się modli.

Kibeho. Miejsce upamiętniające ofiary ludobójstwa. Fot. Maria Giedz

Rwandyjczycy boją się ducha zmarłego. Nie mówią o nim. Śmierć i zmarli to temat tabu. Podobny stosunek mają do osób pomordowanych w czasie ludobójstwa. Nie chcą o tym mówić, mimo że niemal w każdej rodzinie w latach 90. ubiegłego stulecia rozegrał się dramat. Aczkolwiek każdego roku w kwietniu, w rocznicę największych mordów przez tydzień odbywają się uroczystości upamiętniające tę narodową tragedię.

Grób zamordowanego w 1997 r. kanadyjskiego misjonarza. Fot. Maria Giedz

W Rwandzie, podobnie jak na całym świecie są też wyjątki. Rwandyjczycy pamiętają o białych misjonarzach. Stawiają im groby i nawet dbają o nie. Takim przykładem jest grób ojca Guya Pinarda, kanadyjskiego misjonarza pracującego w parafii Kampanga, który został zabity w kościele podczas odprawiania Mszy św. i to na oczach swoich parafian. Jego grób znajduje się nieopodal katedry w Ruhengeri. Dba się też o groby członkiń Foyers de Charite (Ogniska Miłości) znajdujące się niedaleko kaplicy, a obecnie nowo budowanego kościoła w Ruhondo. Generalnie można powiedzieć, że w Rwandzie dba się głównie o groby osób konsekrowanych. A co ze zwykłymi ludźmi? Może za osiemnaście wieków będą w Rwandzie cmentarze i będą wyglądały jak w Polsce. Bo przecież w tym kraju chrześcijaństwo istnieje dopiero od 124 lat, czyli Rwandyjczycy żyją w drugim wieku.

Jan Paweł II, kiedy przebywał w Rwandzie – w ramach pielgrzymki do tego kraju – we wrześniu 1990 r., zwracając się do Polaków powiedział: „Miejcie do tych ludzi cierpliwość, gdyż są to ludzie z czasów Mieszka I”.

 

Odeszli od nas – lista nieobecności dziennikarskiej…

Publikujemy listę zmarłych pod koniec 2023 r. w 2024 r. dziennikarzy. Nie jesteśmy w stanie opublikować not o wszystkich Koleżankach i Kolegach, którzy przenieśli się do wielkiej wspólnej redakcji. Prosimy o modlitwę w intencji zmarłych lub refleksję – wspomnienie tych, którzy odeszli z naszego ziemskiego środowiska.

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

11 listopada 2023r w wieku 61 lat odszedł Dariusz Klincewicz związany m.in. z TVP3 Poznań.

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

14 listopada 2023 r. zmarł Adam Gocel wieloletni dziennikarz TVP i PR.

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

8 grudnia w wieku 87 lat zmarła prezenterka pogody w TVP Elżbieta Sommer. Popularna „Chmurka” przyszła do Telewizji Polskiej w 1957 roku z administracji wojsk lotniczych.

Od 1963 Sommer pracowała m.in. z Czesławem Nowickim „Wicherkiem”, z którym na przemian prezentowała pogodę. Była też związana z IMiGW.

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

14 grudnia 2023 r. odeszła Ewa Wanat dziennikarka, redaktor naczelna Radia Tok FM i Polskiego Radia RDC.

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

 14 grudnia 2023 r. w wieku 82 lat zmarł ks. Wiesław Aleksander Niewęgłowski, wieloletni duszpasterz środowisk twórczych. Wykładał w Instytucie Edukacji Medialnej i Dziennikarstwa UKSW, był również dyrektorem programów katolickich w Warszawskim Ośrodku Telewizyjnym.

Ksiądz Wiesław Aleksander Niewęgłowski urodził się 11 lipca 1941 roku w Zbuczynie w diecezji siedleckiej. Święcenia kapłańskie przyjął 24 maja 1970 roku z rąk kardynała Stefana Wyszyńskiego w bazylice archikatedralnej św. Jana Chrzciciela w Warszawie.

W latach 1978 – 2012 ks. Niewęgłowski pełnił funkcję Krajowego Duszpasterza Środowisk Twórczych. Był inicjatorem budowy kościoła środowisk twórczych przy pl. Teatralnym w Warszawie, pod wezwaniem św. Brata Alberta – patrona twórców i św. Andrzeja Apostoła – patrona dawnego kościoła stojącego w tym miejscu. Od konsekracji świątyni w 1999 do 2012 pełnił funkcję jej rektora.

Ks. Niewęgłowski był dziennikarzem, kierował Zakładem Dziennikarstwa Telewizyjnego w Instytucie Edukacji Medialnej i Dziennikarstwa Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego.  Był również dyrektorem redakcji programów katolickich Warszawskiego Ośrodka Telewizyjnego.

opr. jka, źródło: Archidiecezja Warszawska

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

19 grudnia 2023 r. zmarł Jan Matuszyński dziennikarz, lektor i dydaktyk Przez lata był związany z TVP Katowice. Jan Matuszyński był prezesem katowickiego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

Urodził się w 1954 roku w Rudzie Śląskiej. Współpracował z dziennikiem „Sport”, był redaktorem naczelnym tyskiego „Tygodnika Echo” i dyrektorem tyskiego oddziału „Dziennika Zachodniego”. Od 1998 roku pracował w TVP3 Katowice. Był autorem cyklu programów „Pod górę”. Był twórcą wielu reportaży i filmów dokumentalnych. Jego bogate doświadczenie dziennikarskie uzupełniają pozycje książkowe, których był autorem i współautorem. Drugą pasją Jana były góry – szczególnie kochał Tatry.

opr. jka/ TVP3 Katowice

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

26 grudnia 2023 r. w wieku 88 lat zmarł Maciej Iłowiecki, dziennikarz, publicysta, wieloletni członek, a w latach 1990 – 1993, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Maciej Iłowiecki urodził się 28 lutego 1935 roku w Piekarach Śląskich. W 1989 roku został ekspertem do spraw mediów podczas rozmów Okrągłego Stołu  jako przedstawiciel „Solidarności”. od kwietnia 1993 do września 1994 roku zajmował stanowisko zastępcy przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

W latach 1990–1993 pełnił funkcję prezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Był redaktorem naczelnym tygodnika „Spotkania”. Zajmował się publicystyką, był autorem artykułów i książek m.in. medioznawczych. Regularnie uczestniczył w programie „Bumerang” w telewizji Polsat prowadzonym przez Marka Markiewicza.

opr. jka/

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

1 stycznia 2024 r. zmarła Iwona Śledzińska-Katarasińska, dziennikarka i polityk, związana z SDP.

Była posłanką nieprzerwanie od 1991 r. od I kadencji Sejmu do 2023 r., czyli IX kadencji, reprezentując Unię Demokratyczna (UD), Unię Wolności (UW) i Platformę Obywatelską (PO). Urodziła się w Komornikach, niedaleko Piotrkowa Trybunalskiego, 3 stycznia 1941 r. Skończyła filologię polską na Uniwersytecie Łódzkim. Była dziennikarką. Należała do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Pracowała m.in. w Dzienniku Łódzkim, Głosie Robotniczym i ośrodku Telewizji Polskiej w Łodzi.

Znajomi i przyjaciele opowiadali, że Iwona Śledzińska Katarasińska nie unikała nigdy trudnych tematów, także tych związanych z jej karierą dziennikarską. Cierpliwie odpowiadała na pytania dziennikarzy dotyczące jednego z trudnych epizodów ze swego życia zawodowego. Podczas nagonki antysemickiej w 1968 r. w łódzkiej prasie ukazywały się bardzo napastliwe wobec Żydów i studentów artykuły dziennikarki, wówczas Iwony Śledzińskiej. W 1997 r., kiedy miała zostać ministrem kultury w rządzie Jerzego Buzka, to właśnie jej przeszłość spowodowała, że nie zasiadła w Radzie Ministrów. Po latach wyjaśniła: „nie zrezygnowałam dlatego, że czuję się winna. 30 lat temu ukazywały się artykuły, przyznaję podłe i głupie, sygnowane moim nazwiskiem”- wyznała.

Od początku lat 80. związana z NSZZ Solidarność i środowiskiem opozycji demokratycznej. W stanie wojennym internowana do 16 grudnia 1981 r. (była wówczas w ciąży). W latach 80. zaangażowała się w działalność opozycyjną i społeczno-kulturalną.

W 1989 r. Śledzińska-Katarasińska w łódzkim oddziale Telewizji Polskiej była w ekipie Studia Solidarność. Od 1989 r. zaangażowała się w działalność Komitetu Obywatelskiej Solidarności. Organizowała łódzki dodatek do „Gazety Wyborczej” zostając jego pierwszą redaktor naczelną. Na początku lat 90. ub. w. była wiceprezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

15 października 2023 r. po raz pierwszy od 32 lat nie dostała się do Sejmu. Iwona Śledzińska-Katarasińska zmarła po ciężkiej chorobie 1 stycznia 2024 roku. 3 stycznia br. skończyłaby 83 lata.

(Wykorzystyno fragmety depeszy PAP z 8 stycznia 2024 r. – hub)

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Na początku 2024 r. zmarła redaktor Halina Cenglowa. Tak w sdp.pl pisał o niej Stefan Truszczyński:

„Jedną z bardzo aktywnych w duszpasterstwie warszawskim, negatywnie zweryfikowaną przez komisję ds. selekcji ludzi, orzekającą kto może pracować jako dziennikarz a kto nie – była koleżanka nasza Halina Cenglowa, publicystka i redaktorka prasowa z wieloletnim stażem. Halina zmarła przed tygodniem. Codziennie z Mokotowa na Nowe Miasto jeździła przez kilka lat pomagając oczywiście społecznie jak wszyscy ks. Niewęgłowskiemu.

 

Pełniła rolę dyrektorki biura, sekretarki, opiekunki i pocieszycielki ludzi wymagających pomocy. Organizowała spotkania, ustawicznie telefonowała, informowała, zabiegała o pieniądze i organizowała grupowe wyjazdy na Jasną Górę i zagranicę. Była bardzo lubiana. Przychodziły do niej żony internowanych, koledzy i koleżanki szukający pomocy prawnej, doradztwa zdrowotnego i pocieszenia. Była wśród kilkunastu energicznych pań, kobiet cieszącym się wielkim autorytetem w środowisku. A pomagać trzeba było bardzo wielu rodzinom” – wspominał na portalu SDP redaktor Stefan Truszczyński.

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Po ciężkiej chorobie 9 stycznia 2024 r. rano zmarł ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, duchowny katolicki obrządków łacińskiego i ormiańskiego, działacz opozycji antykomunistycznej, duszpasterz osób niepełnosprawnych, prezes Fundacji im. Brata Alberta, pisarz, publicysta.

Urodził się 7 września 1956 roku w Krakowie, w tym też mieście wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego. W czasie studiów w latach 70. XX wieku współredagował podziemne pismo „Krzyż Nowohucki”. Od 1980 roku zaangażował się w działalność NSZZ „Solidarność”. Był represjonowany przez Służę Bezpieczeństwa.

Pod koniec lat 80. został jednym ze współzałożycieli Fundacji im. Brata Alberta, wspierającej osoby z niepełnosprawnością intelektualną.Był zaangażowany w zachowanie pamięci o ofiarach rzezi wołyńskiej.

Napisał głośną książkę „Księża wobec bezpieki. Na przykładzie archidiecezji krakowskiej” poświęconej tematyce inwigilacji duchownych w PRL-u. Był publicystą, współpracował z różnymi mediami, m.in. wPolityce.pl, Prawy.pl, Do Rzeczy, Salon24.pl, Onet, Polsat News, RMF FM, Radiem Wnet.

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski wałczył z chorobą nowotworową, zmarł w wieku 67 lat.

sdp.pl

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

13 stycznia 2024 r. zmarł dziennikarz Radia Białystok Jakub Mikołajczuk.

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

31 stycznia 2024 r. w wieku 32 lat zmarła dziennikarka Agata Tomasiewicz z magazynu „Teatr”.

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

W marcu br. Zmarł Krzysztof Sapała, dziennikarz, członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, autor portalu sdp.pl. Miał 49 lat.

Krzysztof Sapała ukończył Instytut Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Politechniki Koszalińskiej oraz Instytut Historii Akademii Pomorskiej w Słupsku. Był dziennikarzem, reporterem, fotoreporterem, dziennikarzem śledczym. Związany z Pomorzem, publikował w mediach regionalnych i ogólnopolskich. Pisał również dla portalu sdp.pl

opr. sdp

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

16 marca 2024 r. w wieku 89 lat zmarł pisarz, poeta, autor tekstów piosenek, dziennikarz i dyplomata Ernest Bryll.

 

Był związany m.in. z redakcją Teatru Telewizji i  „Współczesności”.

Po śmierci twórcy red. Teresa Kaczorowska wspominała Brylla na portalu sdp.pl. Oto fragmenty artykułu „Wieszcz kodu narodowego”:

„Ernest Bryll wywodził się z Mazowsza – jak pisał: „takiego niemrawego, takiego zacnego”, gdzie zawsze jest nieszczęśliwie. Był jednak rodzinnej ziemi wierny i nazywał ją „ojczyzną-płaszczyzną” (w 1967 r. wydał nawet tomik Mazowsze). Urodził się 1 marca 1935 r. w Warszawie, w 1957 r. został absolwentem filologii polskiej Uniwersytetu Warszawskiego; ukończył też Studium Filmowe WSF w Łodzi. Mieszkał w Warszawie (przez wiele lat także w Otwocku), wraz z żoną Małgorzatą Goraj, dwiema córkami.

W czasach akademickich Ernest Bryll próbował swoich sił jako dziennikarz w tygodniku „Po Prostu” (1955-1956). Z uwagi na przeszłość ojca w Armii Krajowej, nie mógł jednak wówczas być dziennikarzem. W latach 1957-1960 był jednym z redaktorów w piśmie literackim „Współczesność”, co dało później nazwę całemu Pokoleniu Współczesności, czyli pisarzy urodzonych tuż przed II wojną światową, debiutujących po 1956 r.

Pierwszy tomik wierszy Ernesta Brylla, pt. Wigilie wariata, został opublikowany przez Iskry w rok po ukończeniu studiów – w 1958 r., drugi – Autoportret z bykiem – dwa lata później. Obydwa zbiory Bryll uznawał jednak za juwenilia, zaś za prawdziwy debiut, w którym udało mu się coś „własnym sposobem” powiedzieć, uważał tomy trzeci i czwarty: Twarz nie odsłonięta (1963) i  Sztuka stosowana (1966). Bryll rzucił wtedy czytelników na kolana i wypowiedział się własnym, mocnym głosem. Od tamtej pory często wydawał swoje poetyckie książki, zdarzało się, że po dwa tomy w jednym roku. Pisał do końca swoich dni, w sumie  jego dorobek poetycki liczy ponad 40 zbiorów.

Poezja Ernesta Brylla miała różne nurty – od antyromantycznej do neoromantycznej–wieszczej; od obywatelskiej po liryczną. Zawsze jednak, mimo iż miał w życiu okres lewicujący (w połowie lat 60. został członkiem PZPR, z partii tej wystąpił po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 r.), jego ulubionym tematem była Polska – a w niej chłopskość, mazowieckość – opisana przeważnie językiem mięsistym, dynamicznym, plastycznym i zmysłowym (stąd dla niektórych krytyków poezja Brylla jest plebejska). Zawsze była to też poezja – jak całe pisarstwo Brylla – niebanalna, emocjonalna, zaangażowana etycznie, politycznie i moralnie, obywatelska, edukacyjna, odważna, konkretna, poszukująca prawdy, stawiająca pytania o losy narodu i jego miejsca w świecie.

Bryll jest znany głównie jako poeta, ale był on twórcą niezwykle wszechstronnym. Lubił próbować różnych odmian literatury, którą uważał za rzemiosło jak każde inne.

– W Polsce kod narodowy jest dziś niezbędny. O dziwo, nie uczy tego już polska szkoła, nie dba o to rząd, nawet w teatrach nie można obejrzeć Dziadów, Beniowskiego, ani innych podstawowych dzieł naszych romantyków. Mimo iż  naród tego pragnie, nikt go jednak nie słucha. Ze społeczeństwem nie ma dyskusji, która była nawet w PRL-u – mówił Bryll, podkreślając, że Polacy zaczynają się wreszcie budzić, o czym świadczy rosnąca pamięć historyczna, czy choćby spontaniczne śpiewanie pieśni z czasów Powstania Warszawskiego. Nie wolno bowiem gubić ani przeszłości, ani teraźniejszości, gdyż obie silnie są z sobą splątane i wzajemnie się oświetlają. Historia jest częścią naszego „teraz” i naród musi o niej pamiętać, bo na równi ze współczesnością tworzy ona tożsamość narodową”.

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

1 maja w Łodzi zmarł Waldemar Wiśniewski, od  35 lat dziennikarz, publicysta Telewizji Polskiej, przez wiele lat zasiadał w Zarządzie Głównym SDP i Głównej Komisji Rewizyjnej, był I wiceprezesem łódzkiego oddziału SDP.

Waldemar Wiśniewski urodził się 24 kwietnia 1955 roku. Był absolwentem podagogiki Uniwersytetu Łódzkiego uczniem legendarnego profesora Aleksandra Kamińskiego, współtwórcy Szarych Szeregów, który proponował mu pracę asystenta.

„Waldek wybrał  jednak dziennikarstwo. Praca w TVP Łódź to wiele programów i cykli m.  on. Świadkowie Nieznanych Historii, gdzie przypomniał ludzi  i wydarzenia o  których nie chciano pamiętać lub celowo pomijano Dotyczyło to pokolenia II wojny światowej  walki z komunizmem czy pokolenia Solidarności” – tak wspomina zmarłego Kolegę dziennikarz, prezes łódzkiego oddziałau Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Zbigniew Natkański, współpracownik zmarłego z TVP Łódź.

„To był dziennikarz twardy, dążący do celu. Konsekwentny do bólu. Miał wyczucie, umiał rozmawiać z ludźmi i –  jak to się mówi – tematy go się trzymały. Był reportażystą z krwi i kości” – powiedział sekretarz generalny SDP Hubert Bekrycht pracujący niegdyś ze zmarłym w TVP Łódź.

W dorobku Waldemara Wiśniewskiego jest m.in. napisana przez kilkunastu najlepszych polskich reportażystów książka „Filmówka” pod redakcją Marka Millera o słynnej łódzkiej szkole artystycznej oraz publikacja „Kto tu wpuścił dziennikarzy” o strajku w stoczni gdańskiej wydana w podziemnym wydawnictwie NOWA w 1983 r. i 1985 r.

W latach 70. i 80. pracował w prasie branżowej, m.in. w tygodnikach zajmujących się gospodarką i przemysłem włókienniczym. Od 1989 r. pracował w TVP Łódź. Był reporterem, publicystą, twórcą reportaży, autorem wielu programów, m.in. o tematyce historycznej. Współpracował z Ekspresem Reporterów TVP.

Jednym z programów, który współtworzył z Romanem Graczykiem (przy współpracy ze Zbigniewem Natkańskim), był często nagradzany cykl dla TV Polonia „Świadkowie Nieznanych Historii”. W TVP był autorem setek reportaży, w tym kilkudziesięciu prezentowanych na antenie ogólnopolskiej. Wielokrotnie wyróżniany nagrodami dziennikarskimi.

W 2022 r. wręczono mu Srebrny Krzyż Zasługi przyznany przez prezydenta Andrzeja Dudę.

Waldemar Wiśniewski miał 69 lat.

(sdp.pl/hb)

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

10 maja  wieku 72 lat zmarła Maria (Majka) Dłużewska – dziennikarka, publicystka, scenarzystka, wybitna dokumentalistka, związana z opozycją niepodległościową. Autorka wielu filmów dokumentalnych i książek poświęconych tragedii smoleńskiej.

Maria Dłużewska urodziła się 26 września 1951 roku w Kielcach. Ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Warszawie. Jako aktorka grała w teatrach w Koszalinie, Gdyni i Warszawie.

Działała w NSZZ „Solidarność”. Współorganizowała Msze za Ojczyznę i Tygodnie Kultury Chrześcijańskiej. Prowadziła Teatr Poniedziałkowy w Ursusie. Kolportowała podziemne wydawnictwa. Była redaktorem i autorką tekstów Radia Solidarność. Od 1984 do 1988 działała w Solidarności Walczącej.

Po 1989 roku pracowała jako dziennikarka w tygodniku „Spotkania” i „Tygodniku Solidarność”. Od 1993 roku zajęła się tworzeniem filmów dokumentalnych.

Po tragedii w Smoleńsku w 2010 roku zaczęła realizować filmy i pisać książki dotyczące tego wydarzenia. W „Mgle” (film i książka) skupiła się na pokazaniu samej katastrofy, w „Pogardzie” pokazała tragedię przeżywaną przez rodziny ofiar. „Córka” poświęcona była córce pary prezydenckiej Lecha i Marii Kaczyńskich, Marcie, „Testament”  opowiadał o dzieciach pięciu ofiar katastrofy. Bohaterami filmu i książki „Polacy” byli czterej naukowcy badający przyczyny katastrofy. Film i książka „Dama” upamiętniały postać Pierwszej Damy, Mari Kaczyńskiej..

(sdp.pl)

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

19 czerwca 2024 r.  w wieku 92 lat odeszła publicystka i współzałożycielka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka Halina Bortnowska.

Była m.in. sekretarzem redakcji miesięcznika „Znak” i korespondentką przy Soborze Watykańskim II. Związana także z „Gazetą Wyborczą” i „Tygodnikiem Powszechnym”.

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

27 marca 2024 r. w wieku 82 lat zmarła Stanisława Ryster.

Od 1975 r. do 2006 r. prowadziła teleturniej „Wielka gra” w Telewizji Polskiej.

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

29 czerwca w wieku 78 lat odeszła Barbara Trzeciak-Pietkiewicz, dziennikarka radiowa i telewizyjna, działaczka opozycji w PRL.

Barbara Pietkiewicz-Trzeciak pracowała we wrocławskiej Telewizji Polskiej. 13 grudnia 1981 roku tak jak setki innych dziennikarzy została brutalnie wyrzucona z pracy – napisał Stefan Truszczyński we wspomnieniu pośmiertnym. „Grzechem była przynależność do „Solidarności”. Ludzie telewizji, radia, prasy poszli na bruk. Po prostu won! Junta przejęła władzę. Opowiadali się za nią wpatrzeni w Jaruzelskiego koniunkturaliści.

Naród przeżył szok. Ale to było dawno i wspomnienia o tamtych latach zacierają się. Warto jednak  jeszcze raz przypomnieć takich dziennikarzy jak Barbara. Bardzo zdolna, ambitna i popularna na Dolnym Śląsku. Ta popularność wzrosła jeszcze gdy ludzie dowiedzieli się, że redaktorka z telewizji nie załamała się.  Przeciwnie, nadal działa w „Solidarności i podziemnych mediach. Naprawdę wielki szacunek wywołała jej decyzja by zarabiać na życie jako lodziarka na terenie wrocławskiego ZOO. Ktoś się nie przestraszył i umożliwił jej pracę zarobkową. Ludzie walili do ZOO i kupowali lody od Basi. Tak było.

Ludzie uczciwi po 13 grudnia lekko nie mieli, ale przetrwali aż do czerwca 89 roku. Zahartowani i optymistyczni ruszyli do pracy w swoich zawodach po ośmiu latach przerwy.

Barbara Trzeciak szła jak burza – była redaktorką w telewizji, autorką programów, robiła wywiady z najważniejszymi ludźmi w kraju. Wróciła do swojej ukochanej Telewizji Polskiej i pełniła tam ważne funkcje. Potem budowała informacyjny Polsat. (Teraz zarządza tym działem red. Dorota Gawryluk). Ta wspaniała kobieta była bardzo dzielna i wytrwała. Niestety w życiu prywatnym walczyła nie do końca z sukcesem. Boleśnie przeżyła śmierć syna, o życie którego walczyła przez kilka lat. Potem doznała wylewu i już nie mogła wrócić do pracy. Zmarła w domu opieki kilka dni temu.

Współpracowałem z Barbarą w „Studio Solidarność”, które obejmowało ok. stu dziennikarzy w całej Polsce. To byli ludzie którzy doczekali roku 89 i w miarę uczciwych wyborów oraz rządów prawa. Zrobiliśmy setki programów co miało znaczenie dla wyborczego wyniku 4 czerwca.

Basiu, żegnamy Cię serdecznie już w coraz mniejszym gronie” – napisał Stefan Truszczyński w sdp.pl

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

29 czerwca 2024 r. odeszła Kaja Bogomilska, zasłużona dziennikarka, reprezentująca  oddział warszawski SDP. Od 1981 roku z zaangażowaniem uczestniczyła w życiu stołecznego środowiska skupionego w SDP.

Od 1973 roku współpracowała z PAP, potem pisała do „Na Przełaj”. W stanie wojennym została odsunięta od zawodu. W 1984 roku rozpoczęła współpracę z miesięcznikiem „Cepelia”. Była również nauczycielką w szkołach społecznych.

Od 1992 roku współpracowała m.in. z „Gazetą Polską Codziennie”, „Tygodnikiem Centrum”, „Nowym Światem”, „Expressem Wieczornym”, „Światem Kobiety”, „Gazetą Polską”, „Gazetą Sołecką”. Od 1999 roku pisała głównie do Tygodnika „Nasza Polska”.

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

W czerwcu 2024 r. w wieku 51 lat po ciężkiej chorobie zmarł Łukasz Lipiński, dziennikarz, szef serwisu Polityka.pl, zastępca redaktora naczelnego „Polityki”.

Przez 15 lat swojej kariery zawodowej dziennikarz związany był z „Gazetą Wyborczą”. Zaczynał w oddziale w Gdańsku, potem w warszawskiej redakcji pracował w dziale gospodarczym, następnie był szefem działów zagranicznego i krajowego.

Po odejściu z „Wyborczej” Łukasz Lipiński tworzył serwis analityczny Polityka Insight. W 2018 r. został redaktorem naczelnym Polityka.pl, serwisu internetowego tygodnika „Polityka”, pełnił także funkcję zastępcy redaktora naczelnego „Polityki” do spraw wydań cyfrowych.

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

W lipcu 2024 r. zmarł Zygmunt Gutowski, wieloletni członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, inicjator powstania i honorowy prezes Katolickiego Stowarzyszenia Filmowego. Był organizatorem Międzynarodowych Katolickich Festiwali Filmów i Multimediów „Niepokalana” oraz polonijnych Festiwali „Losy Polaków”. Miał 85 lat.

Zygmunt Gutowski był dziennikarzem radiowym i telewizyjnym, filmowcem, wykładowcą akademickim, pracownikiem administracji publicznej. Po ukończeniu studiów na Wydziale Łączności Politechniki Warszawskiej w latach 60. ubiegłego wieku, pracował jako inżynier w stacjach radiowych i telewizyjnych.

Był członkiem Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” Polskiego Radia i Telewizji. Po 13 grudnia 1981 roku internowany i usunięty z pracy. W latach 80. ubiegłego wieku pracował jako producent filmów video, operator kamery. Realizował i reżyserował też własne filmy.

W 1989 roku współorganizator, dziennikarz i kierownik techniczny Telewizyjnego Studia Wyborczego „Solidarność”. Później w swojej karierze zawodowej był m.in. dziennikarzem telewizyjnym, komentatorem, realizatorem programów, specjalistą do spraw analiz programowych, wykładowcą akademickim, redaktorem naczelnym portali internetowych.

Zygmunt Gutowski był jednym z inicjatorów powołania Katolickiego Stowarzyszenia Filmowego, pełnił w tej organizacji funkcję prezesa i wiceprezesa, a ostatnio prezesa honorowego.

Przez wiele lat,  jako dyrektor i dyrektor programowy, organizował Międzynarodowy Festiwal Filmów Katolickich w Niepokalanowie, który później przekształcił się w Międzynarodowy Katolicki Festiwal Filmów i Multimediów „Niepokalana”.

Był jednym z pomysłodawców i organizatorów Polonijnego Festiwalu Multimedialnego „Polskie Ojczyzny”, obecnie Festiwalu Polonijnego „Losy Polaków”, którego celem jest promocja polskiej historii, kultury i tradycji w kraju i zagranicą.

Za swoją działalność Zygmunt Gutowski był wielokrotnie nagradzany. Odznaczony został m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (Polonia Restituta), Krzyżem Wolności i Solidarności oraz Krzyżem Zasłużony dla Kultury „Gloria Artis”.

(sdp.pl)

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Także w lipcu 2024 r. zmarła Teresa Wójcik, dziennikarka zajmująca się energetyką i polityką zagraniczną. Przez wiele lat pracowała w „Tygodniku Solidarność”. Miała 91 lat.

Z „Solidarnością” Teresa Wójcik związała się już w 1980 roku. Była m.in. uczestniczką I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ „S” w 1981 roku. W latach 90. rozpoczęła współpracę z „Tygodnikiem Solidarność”,  Była ekspertką w zakresie polityki i gospodarki energetycznej, polskiego i międzynarodowego rynku energii elektrycznej, gazu oraz węgla.

W ostatnich latach pisała także do portalu Bizes Alert, a wcześniej przez wiele lat kierowała działem ekonomii w tygodniku „Gazeta Polska”.

„Teresa była przede wszystkim profesjonalistką. Uważała, że dziennikarstwo to powołanie. Miała ogromną wiedzę, ale także niezmienną ciekawość świata i werwę, jakiej wielu młodszych dziennikarzy mogło jej zazdrościć. Dla nas była jednak przede wszystkim po prostu mądrą, ciepłą, wspaniałą osobą. Tereso, będzie nam Cię bardzo brakowało” – wspomina Teresę Wójcik w portalu tysol.pl, redaktor naczelny „Tygodnika Solidarność” Michał Ossowski.

Zmarłą dziennikarkę w serwisie X pożegnał publicysta Piotr Semka.

„Odeszła Teresa Wójcik (1933-2024) Odeszła Wielka Dama dziennikarstwa solidarnościowego. Była delegatką na I zjazd Solidarności jesienią 1981. Wspaniale sprawdziła się w tworzeniu prasy podziemnej , a potem pisywała w Tygodniku Solidarność. Miałem zaszczyt pracować z nią w Tysolu. Takie wspaniałe kobiety nazywano m „chorymi dla Polskę”. To, czy nie zmarnujemy szansy, którą dała nam historia było dla niej osobistym wyzwaniem. Drżała o Wolną Rzeczpospolitą bo dobrze znała i walczyła z zakłamaniem Komuny. I schyłku życia rozpoznawała dawne upiory PRL udające dziś „uśmiechniętą Polskę” R. I. P.” – napisał Semka.

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Pod koniec lipca 2024 r.  w wieku 80 lat  zmarła Bogumiła Wander, jedna z najbardziej rozpoznawalnych prezenterek Telewizji Polskiej.

Karierę telewizyjną Bogumiła Wander rozpoczęła w 1965 roku jako spikerka w Łódzkim Ośrodku TVP. Pięć lat później przeprowadziła się do Warszawy i pracowała w stołecznym oddziale Telewizji Polskiej. W latach 70. ubiegłego wieku zapowiadała programy w TVP1 i TVP2. Później zajęła się również produkcją i realizacją programów telewizyjnych. Była autorką dwóch filmów dokumentalnych „Conrad Drzewiecki o sobie. To nie ja, to taniec” i „Andrzej Strumiłło. A-4 dziennik rysowany”.

Pracę w TVP jako prezenterka zakończyła w 2003 roku. Była członkinią Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

16 września 2024 r. w wieku 72 lat zmarł Jacek Barcz – fotoreporter, zastępca przewodniczącego sekcji autorów prac fotograficznych ZAiKS-u.

Jacek Barcz urodził się w 1952 roku. Karierę zaczynał w Centralnej Agencji Fotograficznej. Później pracował m.in. w „Sztandarze Młodych” i „The Warsaw Voice” – napisano na stronie Wirtualne Media.pl

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

26 września 2024 r. zmarł w wieku 78 lat Bogusław Kukuć, sprawozdawca sportowy związany od lat 70. ub. w. z łódzką prasą (Głos Robotniczy, Wiadomości Dnia, Dziennik Łódzki). Dziennikarz zasłabł podczas przedmeczowej konferencji prasowej Widzewa Łódź.

„Zmarł Bogusław Kukuć. Jeden z nestorów wśród łódzkich dziennikarzy sportowych, od zawsze kojarzony z Widzewem Łódź, przy którym spędził większość swojego życia. Najpierw jako kibic, potem jako redaktor” – napisano na stronie Widzewa.

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Pod koniec października br. w wieku 59 lat zmarł Grzegorz Maj, dziennikarz, współzałożyciel portalu „W cieniu jupiterów”, współpracownik Radia Maryja i TV Trwam.

Zdjęcia pochodzą ze strony sdp.pl, domen publicznych a także zbiorów prywatnych

 

 

 

 

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Nekropolie – hołd Zmarłym, znak historii i świadectwo o nas samych

Spacery po cmentarzach są pouczające – wiele dowiadujemy się oczywiście o zmarłych, ale też o żyjących. Nie mówię, że spaceruję po cmentarzach niejako socjologicznie, nie mniej pewne ogólne, że się tak wyrażę wnioski – same z siebie się nasuwają. Jako łodzianin z urodzenia odwiedzam jedynie łódzkie cmentarze. Poniższa garstka cmentarnych refleksji dotyczy głównie Łodzi, ale nie tylko.

Po pierwsze w ciągu ostatnich 70 lat nasze polskie cmentarze niebywale się zmieniły. Najpierw, w latach 50-tych na cmentarzach były głównie groby ziemne, takie kopczyki. Wiosną, latem i jesienią wyglądały naprawdę pięknie, bo obsadzano je najczęściej – bo bokach – zimozielonym bluszczem. A na środku, na głównej płaszczyźnie grobu sadzono bratki. Te groby miały jedna wadę, trzeba było o nie dbać, a głównie regularnie podlewać. Co bywało dla rodzin zmarłych uciążliwe.

Nasze bogacące się cmentarze

Pod koniec lat sześćdziesiątych pojawiły pierwsze nagrobki z lastryko. Młodszym czytelnikom wyjaśniam, że lastryko to rodzaj sztucznego kamienia, wykonanego z twardego grysu kamiennego i białego cementu. Można powiedzieć, że rodziny odetchnęły, bo nie trzeba było ciągle grobów podlewać. Jednak lastryko po latach zmieniało swą urodę, beton wypłukiwały deszcze i nagrobki zaczęły straszyć.

Potem, pod koniec lat 70-tych, zaczęły się pojawiać nagrobki z granitu, które, przy minimalnej pielęgnacji, wyglądają porządnie. Tu trzeba powiedzieć, że dzisiaj granitowe nagrobki nie są bardzo drogie i stać na nie bardzo wielu.

Jest jednak faktem, że droga od kopczyków ziemnych do granitowych nagrobków była drogą, ukazującą, że społeczeństwo nasze z wolna, ale stawało się z każdym dziesięcioleciem coraz bardziej zamożne.

Pomniki

Z grobów XIX wiecznych zachowało się na łódzkich cmentarzach kilkadziesiąt pięknych, pełnych poważnego uroku nagrobnych pomników. Najczęściej są to kamienne obeliski, zwieńczone krzyżem. Ale nie brak też kamiennych monumentów w formie nagrobnych sześcianów. I wszystkie one są kamienne.

Jest też wiele nagrobków (już od początków XX wieku), których centralne miejsce zajmują rzeźbione postacie. Niektóre z nich są dłuta przednich mistrzów rzeźbiarstwa. Mają doskonałe proporce, są wykonane z doskonałego kamienia, a przede wszystkim mają „poetyczne dusze”. Zmuszają do oddania się nastrojowi powagi i przemijania.

Z początkiem lat 90-tych minionego wieku pojawiły się też na łódzkich cmentarzach współczesne rzeźby. Kilka jest wielce udanych – te są nagrobkami artystów rzeźby i malarstwa. Niestety jednak, pojawiają się też coraz częściej wielkie monumenty, które ze sztuką nie mają nic wspólnego.

Mijając je, zastanawiam się niekiedy, dlaczego fundatorzy tych wielkich, ale nieudanych rzeźb nie wysupłali jeszcze kilku tysięcy złotych na zawodowego rzeźbiarza, który z pewnością stworzyłby dzieło z sensem artystycznym. Ceniąc cech kamieniarzy, uważam jednak, że artysta zawsze się przy rzeźbach przyda.

Popisy cmentarne

Oczywiście, również na naszych cmentarzach króluje staropolskie: „Zastaw się, a postaw się”. Bo o co chodzi w końcu z grobami naszych przodków? Teoretycznie chcemy upamiętnić ich życie, przywołać z pamięci jacy byli dla nas, a my dla nich. Tyle doktryna Kościoła.

Ale w praktyce chodzi też o to, żebyśmy się popisali, żebyśmy pokazali światu, że stać nas, że nie jesteśmy biedakami, jak reszta naszej rodziny, nasi znajomi i sąsiedzi. I tym sposobem również na cmentarzach można widzieć wyścig i popis bogatszych. Dzisiaj ważny jest ten, kto wystawi jak najbardziej okazały pomnik. Pomnik! Nie żaden tam nagrobek.

Sztuka chodnikowa i gust podmiejski

Na cmentarzach można też spotkać niezwykłe monstra nagrobkowe. Nie powiem, żeby cokolwiek na cmentarzach mnie śmieszyło, bo życie i śmierć traktuję bardzo poważnie. Sa jednak – postawione niedawno – nagrobki, które wywołują u mnie szok.

Jeden z takich dziwacznych nagrobków ma upamiętnić młodego człowieka. Nagrobek wygląda tak: dół stanowi wielka granitowa płyta, a u jej końca – patrząc od oglądającego grób – wznosi się wielka szklana i gruba płyta, na której środku jest zdjęcie roześmianego zmarłego. Ta szklana płyta jest podświetlana (prawdopodobnie żarówkami led) i mieni się wieloma kolorami. Czasami też słychać płynącą z tego grobu piosenką. Zapewne był to ulubiony utwór tego, który spoczywa w grobie.

Chwilami zdaje mi się, że forma na cmentarzach przerasta treść. Treścią jest to, że w grobie spoczywa ktoś nam bliski, kochany. Bywa, że jego śmierć była dla rodziny ogromnym wstrząsem, a nawet tragedią. I w tym momencie pojawia się forma, która ma uczcić pamięć zmarłego i oddać nas ból po jego stracie. Być może stąd biorą się takie dziwaczne pomysły, jak ten z podświetlanym i grającym grobem.

Czy zwykły człowiek jest w stanie stworzyć nagrobek, rzeźbę nagrobną, których tematem będzie strata i ból? Myślę, że nie. Oczywiście Jan Kochanowski w swych „Trenach” umiał opisać swą stratę, ból i rozpacz. Michał Anioł stworzył „Pietę”, w której matka trzyma w ramionach zmarłego Chrystusa. Jednak obaj wymienieni artyści byli geniuszami. A przeciętni ludzie nie powinni przecież silić się na formy, które są im obce i nieznane. Skromności na naszych cmentarza nie ma za wiele.

Groby poległych  

Narzekam tu trochę na obyczaje cmentarne, ale jestem jednak pełen uznania dla stowarzyszeń, które rokrocznie ozdabiają groby poległych w obronie ojczyzny, To piękny i szlachetny gest. Dzięki tym oznaczeniom zatrzymuję się przy grobie z biało-czerwoną szarfą i czytam, co głosi epitafium. Okazuje się, że na łódzkich cmentarzach spoczywa bardzo wielu żołnierzy wojny 1920 roku, i wojny, która zaczęła się 1 września 1939 roku. Odnajdujemy, dzięki tym szarfom, groby walczących w Powstaniu Warszawskim z 1944 roku. Są też groby poległych w walce i pomordowanych przez Rosjan uczestników rewolucji 1905 roku.

Warto, także na cmentarzach, dowiedzieć się, że żyli wśród nas ludzie, którzy tworzyli historię. Wtedy opada z nas bieżący egoizm i choćby na minutę dociera do nas myśl, że jesteśmy tylko częścią czegoś większego.

 

WALTER ALTERMANN: Doktorów Judymów chwilowo brak

Co najmniej dwa pokolenia międzywojenne wychowały się na Prusie i Żeromskim. To dzięki ich pisarstwu bowiem docierało do społeczeństwa polskiego, że bogatsi muszą pomagać biedniejszym, lepiej wykształceni – analfabetom. Znałem takich ludzi. A żeby nie było niejasności, nie byli w PZPR. Byli jednak z ducha socjalistami, a może nawet byli niezorientowanymi politycznie, ale dobrze wychowanymi ludźmi.

Służenie innym – to był międzywojenny obowiązek patrioty. Nie obnosili się z tym, ale młodzi nauczyciele jeździli do głuchych wsi na rubieżach ówczesnej Polski, by uczyć, dobrze uczyć – za bardzo małe pieniądze. A młodzi lekarze, pół darmo leczyli biedaków w robotniczych dzielnicach.

Oczywiście nie wszyscy tacy byli, ale bardzo duża część społeczeństwa wcielała w życie wielkie idee społecznikowskie. To było wspaniałe społeczeństwo obywatelskie. I takich ludzi wychowywali Żeromski i Prus.

Dwoistość bytu profesorów

Ostatnio udało mi się wzbudzić zainteresowanie moją przypadłością pewnego profesora medycyny. Za jedyne 600 zł, podczas prywatnej wizyty. W szpitalu natomiast profesor jest niedostępny, wyniosły i nie zniża się do poziomu chorych. Być może ma coś z dyskiem i nie może się schylać, bo chorzy jednak leżą na łóżkach. Nadto każdy chory jest męczący, bo wydaje mu się, że jest najważniejszy na świecie i oczekuje Bóg wie czego.

Śladem profesorów idą doktorzy, specjaliści I i II stopnia a nawet stażyści. Od lekarzy nauczyły się tego sposobu bycia pielęgniarki, salowe i oczywiście recepcjonistki. Taki dziś mamy styl w służbie zdrowia.

Na tym tle wyjątkowo dobrze wypadają Ukrainki, które są po prostu miłe i uczynne. Może akurat im zależy na swojej pracy? A może nie mają innych możliwości? A może Ukraińcy, mieszkający obecnie w Polsce zachowują się tak jak u siebie, w swoim kraju?

Cele służby zdrowia

Celem dzisiejszej służby zdrowia są dobre, coraz większe zarobki lekarzy. Oczywiście nie da się wiele zarobić bez chorych, zatem istnieje mentalne przyzwolenie na pacjentów, ale przecież w umiarkowanych ilościach.

Najpierw – na początku nowej rzeczywistości – całkiem konkretną wizją, było sprywatyzowanie usług medycznych, leczenia i opieki nad chorymi. Ówczesna prasa podawała nam (obywatelom) jako przykład USA i Niemcy, gdzie prywatna praktyka lekarska ma się dobrze i gwarantuje przyzwoity poziom medyczny. Pisano też, że owszem, że tam też istnieją państwowe szpitale, ale celem dla Polaków miały być prywatne szpitale i prywatni lekarze. Oczywiście nikt nie pisał, że Polska jest za biedna, że naprawdę jedynie garstka obywateli będzie się mogła leczyć prywatnie.

Oczywiście są obecnie prywatne kliniki, ale zajmują się głównie świadczeniem usług medycznych z zakresu medycyny estetycznej, zatem zabiegami bardzo drogimi. Całkiem dobrze mają się też lekarze prowadzący prywatną praktykę. Ludzie przestali wierzyć w państwową służbę zdrowia. Może z autopsji, z przykrego doświadczenia?

Sprywatyzowane zęby

W nowych czasach (po 1989 roku) jako pierwsze sprywatyzowano nasze zęby. I to bardzo sprytnym sposobem. Uznano, że każdy obywatel ma prawo do leczenie ośmiu przednich zębów w górnej szczęce i ośmiu w dolnej. Piątki, szóstki siódemki oraz ósemki uznano za zupełnie prywatną sprawę obywatela. Ponieważ starsi ludzie mają u nas spore braki, zgodzono się, żeby raz na 5 lat, każdy społecznie ubezpieczony, mógł też ubiegać się o sztuczną szczękę.

Dentyści – z związku taką reformą – mają się już u nas dobrze, szczególnie ci, którzy są otwarci na nowe techniki i wynalazki. Ciż są już książętami wśród medyków. Jedynie co smuci, to fakt, że na ulicach widać ogromne rzesze bezzębnych i „bezszczękowych” starców. Kobiety bowiem, jako rozsądniejsza część populacji, bardziej dbają o siebie.

Patenty na godziwe zarobki lekarzy

Pierwszym sposobem na zostanie bogatym lekarzem jest zdobycie, przez absolwenta akademii medycznych, specjalizacji, a następnie zrobienie doktoratu. Lekarz z tytułem doktora nauk medycznych ma wtedy wielkie szanse na zatrudnienie się w placówkach szpitalnych. To jest początek kariery, bo wtedy może zrobić nawet habilitację, a na koniec zostać profesorem.

Co może profesor? Profesor  może wszystko. Jako ordynator szpitalnego oddziału może w każdej chwili przyjąć na swój oddział każdego, z pominięciem jakichś tam kolejek, swoich chorych. Skąd profesor bierze swoich chorych? Ano z prywatnej praktyki, którą ma obok pracy w państwowej służbie zdrowia.

Oczywiście wizyta u profesora sporo kosztuje, ale w zamian pacjent ma gwarancję, że w przypadku konieczności położenia się do szpitalnego łóżka, miejsce będzie na pewno. A jako pacjent profesora z pewnością będzie traktowany mniej brutalnie niż pacjent z ulicy, albo od jakiegoś nieszpitalnego doktora.

Jeżeli zajdzie konieczność operacji, pacjent profesora musi być też przygotowany na okazanie profesorowi wdzięczności. Ile wynosi dzisiaj wdzięczność? To zależy od rodzaju przypadłości. Neurochirurgia, choroby serca są najdroższe, ale nawet chirurg, operujący złamaną nogę oczekuje, że nasza wdzięczność nie ograniczy się do kwiatów. Krótko mówiąc – pacjent musi być przygotowany na wdzięczność „pooperacyjną” w granicach od 10 do 20 tysięcy złotych.

Ludzie o tym mówią między sobą, ale nie spieszą się z zawiadamianiem prokuratury, bo są przekonani, że po czymś takim w żadnym szpitalu w Polsce nie znajdą już pomocy.

Wielbiciel szybkich samochodów

Były marszałek Senatu profesor Tomasz Grodzki ma postawione zarzuty korupcyjne, ale skutecznie unika spotkań z prokuratorem, bo ciągle chroni go immunitet senacki. Warto przypomnieć tę postać, szczególnie teraz, gdy nowy rząd ściga różnych znaczących polityków poprzedniego rządu.

Mnie utkwił w pamięci wywiad p. Grodzkiego sprzed kilku lat, gdy w telewizyjnym wywiadzie, zdradził, że ma słabość do szybkich samochodów. Co to znaczy szybki samochód? To znaczy że jest on drogi, bardzo drogi.

Może dla przykładu profesor-senator Grodzki powinien jednak poddać się procedurom organów państwa? Wypadałoby, naprawdę.

Co robić z naszą medycyną

Każda kolejna ekipa rządowa obiecuje przed wyborami, że zrobi porządek. Że bez kolejek będziemy mogli się dostać do każdego lekarza. I co z tymi obietnicami dzieje się po wyborach? Nic istotnego. Państwowa służba zdrowia domaga się jedynie pieniędzy. I jest w tym dużo prawdy, bo Polska wydaje z budżetu na nasze zdrowie najmniej z wszystkich państw Unii Europejskiej. Wszystkie kolejne rządy mówią, że dały bardzo dużo. I co? Nic. Gdzieś, jakoś te pieniądze wyciekają, a szalupa nabiera coraz więcej wody.

Gdzie się podziewają, na co idą nasze pieniądze (bo płacimy przecież niemałe ubezpieczenia zdrowotne), tego jakoś nikt nie mówi?

Może trochę światła na tę gospodarkę w publicznej służbie zdrowia rzuciła pani minister Izabela Leszczyna, która (29.10.2024) potwierdziła prasowe doniesienia, że mamy w systemie bardzo wielu lekarzy zarabiających od 80 do100 tysięcy złotych miesięcznie. Dodała także, że jeden z lekarzy złożył fakturę za wrzesień na 299.000 zł. Czyli prawie 300 tysięcy zapłaci w październiku owemu lekarzowi państwo, za jego pracę na rzecz publicznej służby zdrowia.

Może tu jest pies pogrzebany? Może coraz większe wydatki państwa powodują jedynie coraz większe zarobki lekarzy, który są gotowi z poświęceniem „przyjąć na klatę” każdą, nawet najwyższą podwyżkę swoich zarobków? Bo nasi dzisiejsi lekarze są gotowi do dużych poświęceń.