TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Towarzyszka Senyszyn przegrała proces z rodzinami Żołnierzy Wyklętych

Stowarzyszenie Rodzin Żołnierzy Wyklętych wygrało w sądzie proces z Joanną Senyszyn. Ma nas przeprosić i skasować wpisy obrażające Żołnierzy Wyklętych. Pozew złożyliśmy w kwietniu 2019 r., wspierani przez Redutę Dobrego Imienia Macieja Świrskiego.

Wtedy też uzasadniałem: „Sytuacja zmusiła nas do reakcji. Towarzyszka Senyszyn wielokrotnie w sposób kłamliwy i skandaliczny wypowiadała się o członkach naszych rodzin, którzy nierzadko w walce o wolność i suwerenność Polski poświęcali życie. Mimo wielu ostrzeżeń nie zaprzestała swoich ataków, a nawet się nasilały”.

Przedmiotem pozwu było 13 postów, które ówczesna posłanka lewicy zamieszczała od 2014 r. na swoim profilu na Twitterze. W jednym z nich Senyszyn pisała: „Wyklęci to nie żołnierze, a bandy wyrzutków społecznych, nierobów i frustratów czekających na III WŚ. Zamordowali 5 tys. cywilów, w tym 187 dzieci, grabili, gwałcili, torturowali, zastraszali Polaków odbudowujących kraj. Ich święto to jawna kpina z obywateli RP. Będzie zniesione”.

Jak informowała nasza pełnomocniczka, adwokat Monika Brzozowska-Pasieka, domagaliśmy się od Joanny Senyszyn usunięcia wpisów, umieszczenia przeprosin na jej profilu w mediach społecznościowych oraz wpłaty zadośćuczynienia w wysokości 100 tys. zł na rzecz stowarzyszenia (wywalczyliśmy 10 tysięcy).

Rok temu, we wrześniu 2023 r., Sąd Okręgowy w Gdańsku przesłuchał czterech członków rodzin Żołnierzy Wyklętych:

Ja zeznawałem jako syn porucznika Tadeusza Ludwika Płużańskiego, ochotnika wojny obronnej 1939 r., żołnierza Tajnej Armii Polskiej, w latach 1940-1945 więźnia niemieckiego KL Stutthof, po wojnie oficera wywiadu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie gen. Władysława Andersa i bliskiego współpracownika rtm Witolda Pileckiego, skazanego przez komunistów na karę śmierci.
Podkreślałem, że pozwana jest osobą publiczną i jej wpisy miały duże zasięgi oraz wpływ na opinię publiczną, a Senyszyn stanowi wzorzec dla jej środowiska politycznego. Nieprzypadkowo wpisy pojawiały się w okolicach 1 marca, Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, aby zohydzić polskich niepodległościowców, a Senyszyn powiela komunistyczną propagandę, na podstawie której byli represjonowani i mordowani. Uzasadniałem, że poczułem się dotknięty i obrażony tymi wpisami, bo pozwana, atakując Żołnierzy Wyklętych atakowała mojego ojca.

Później zeznawała Maryla Ścibor-Marchocka, córka Stanisława Pełko Ścibor–Marchockiego, który działał w podziemiu antykomunistycznym na terenie Żuław i Pomorza Gdańskiego, aresztowanego w 1949 r., więźnia komunistycznych katowni.

„W momencie, kiedy słyszałam wypowiedzi pani Senyszyn, to było jak uderzenie w twarz” – mówiła Ścibor-Marchocka. Porównała wypowiedzi profesor Senyszyn do języka, którym posługiwali się oprawcy, którzy przesłuchiwali m.in. jej ojca.
„W dzieciństwie słyszałam, że jestem córką bandyty, więc to dla mnie jest jak powtórzenie tego, co wtedy przeżyłam. Wpisy Senyszyn są dla mnie bolesne i obraźliwe”.

Świadek podkreśliła, że zasięg wypowiedzi pozwanej, jako osoby publicznej, jako parlamentarzysty, powodował, że znów bardzo wiele osób mówiło: „A może jednak twój ojciec był bandytą?”.

Trzecią zeznającą była Aleksandra Moroń, córka st. sierż. Tadeusza Przewoźnika ps. „Kuba” oraz bratanica zastępcy kpt. Henryka Flamego, kpt. Jana Przewoźnika ps. „Ryś”, który w wieku 21 lat zginął w ubeckiej operacji „Lawina”.

Moroń podkreślała, że Senyszyn nazywa Żołnierzy Wyklętych bandytami, a oni byli bohaterami: „Z wielki ubolewaniem czytam wpisy pani Senyszyn, która ma wyższe wykształcenie, tytuł profesorski” – stwierdziła.

Ostatni zeznawał Zbigniew Człowiekowski, syn Kazimierza Człowiekowskiego ps. „Niemsta”, członka Narodowej Organizacji Wojskowej i Armii Krajowej, więźnia sowieckich łagrów, zabitego w 1954 r. w zasadzce zorganizowanej przez funkcjonariuszy UB w Krośnie.

„Dla mnie to były osobiste zranienia” – ocenił wpisy Senyszyn.

Miesiąc później, w październiku 2023 r. zeznania złożył Dariusz Żurek, syn Jana Żurka, ps. „Czarny”, oraz Maria Wanat, córka Kazimierza Człowiekowskiego.

Dariusz Żurek wskazał, że po ponad trzydziestu latach wolnej Polski kwestie dotyczące Żołnierzy Wyklętych zostały wyjaśnione, a ich wkład w walkę o Polskę powinien zostać doceniony.

Żurek przedstawił postać ojca, który w styczniu 1940 r. został wywieziony na przymusowe roboty do Niemiec. Po powrocie do ojczyzny widział zbrodnie dokonywane przez żołnierzy sowieckich (morderstwa, gwałty, kradzieże), dlatego zaangażował się w walkę z okupantem sowieckim i prawdopodobnie w lutym 1946 r. wstąpił do oddziału, którym dowodził Stanisław Panek, ps. „Rudy”.

Oddział rozbijał posterunki Milicji Obywatelskiej i likwidował konfidentów oraz szczególnie niebezpiecznych „utrwalaczy” władzy ludowej. Dokonywane były również rekwizycje w urzędach i spółdzielniach. Doszło do bardzo spektakularnych akcji przeciw Sowietom, jak akcja „Czastary” (zatrzymanie pociągu i rozstrzelanie jadących nim żołnierzy sowieckich), akcja pod Ochędzynem (zatrzymanie kolumny samochodów sowieckich i zarekwirowanie przez partyzantów gotówki).

Powód zeznał, że Jan Żurek został aresztowany w Chobaninie, po donosie konfidenta, oraz że przeszedł ciężkie śledztwo. Uniknął grożącej mu kary śmierci i został skazany na karę 12 lat więzienia. Ostatecznie orzeczeniem Zgromadzenia Sędziów Najwyższego Sądu Wojskowego został zwolniony w lutym 1955 r. po zaliczeniu siedmiu lat i dwóch miesięcy więzienia.

Na pytanie strony pozwanej, czy Żołnierze Wyklęci dopuszczali się pospolitych przestępstw, powód odpowiedział, że w świetle ówczesnego prawa wszelkie wystąpienia przeciwko władzy były przestępstwem.

Kolejne zeznania złożyła Maria Wanat, córka wspomnianego Kazimierza Człowiekowskiego, ps. „Niemsta”, która mówiła: „Opinie Joanny Senyszyn osobiście bardzo mnie dotknęły, ponieważ jestem córką Żołnierza Wyklętego, który walczył w czasie okupacji o Polskę, o naszą wolność, a po wojnie został zamordowany przez UB (w 1954 r.). Podanie do wiadomości, że wszyscy Żołnierze Wyklęci mordowali, gwałcili, zabijali dzieci, kobiety, jest wysoce niewłaściwe”.

Powódka wskazała również, że jest w posiadaniu 36 teczek opracowanych przez funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa, które opisują antypaństwową działalność Kazimierza Człowiekowskiego, a także wskazują, iż społeczeństwo Podkarpacia pomagało Żołnierzom Wyklętym.

Maria Wanat wspominała o swoich dramatycznych doświadczeniach, m.in. prześladowaniach czy przesłuchiwaniach przez funkcjonariuszy, którzy starali się wymusić na niej podanie informacji, gdzie ukrywa się jej ojciec. Mówiła, że jej rodzina była represjonowana, oraz że przez lata była nazywana córką bandyty.
Podkreślała, że mocno przeżyła zapoznanie się z wpisami Joanny Senyszyn, że nie zostało w nich podane nazwisko konkretnej osoby, tylko uogólnienie, że wszyscy Żołnierze Wyklęci to złodzieje, bandyci, nieroby, którzy mają być na śmietnisku. „To mnie najbardziej boli, bo przez lata starano się w szkołach przedstawiać Żołnierzy Wyklętych, tych, którzy walczyli za ojczyznę, jako popiół, a komunistów jako błyszczący diament. Historia pokazała, że to nieprawda: Żołnierze Wyklęci nie są popiołem – mówiła Maria Wanat.

WALTER ALTERMANN: Język – błędy nasze i naszych wybrańców

Błędy językowe popełniamy wszyscy, maluczcy i wielcy. Maluczkim, przeciętnym ludziom należy ich językowe niedoskonałości wybaczać, bo wiedząc o swej przeciętności nie pchają się na afisz i nie straszą publiki potworkami językowymi.

Od naszych „wybrańców” jednak, czyli od senatorów, posłów, ministrów prezydenta kraju, prezydentów i burmistrzów należy wymagać więcej. Także od dziennikarzy, bo też pracują w sferze publicznej.

Pogrzebówka

Kupuję w sklepie przy cmentarzu znicze. Obsługuje mnie młoda kobieta. Naraz z zaplecza sklepu wychodzi starsza kobieta i wręcza młodej wiązankę, mówiąc „Tu masz tę pogrzebówkę”. Pytam  młodą czym jest pogrzebówka. Odpowiada: „A to taka wiązanka na pogrzeb”. I uśmiecha się przepraszająco, bo wie, że to dziwaczna nazwa.

Ale tak to bywa, że w wewnętrznym języku, chcąc do minimum ograniczyć mówienie – bo czas leci, a pracy dużo – mówimy skrótami. I zamiast powiedzieć „Masz tu wiązankę pogrzebową”, mówimy – „Masz pogrzebówkę”.

Ta „pogrzebówka” jest niezamierzenie śmieszna, ale funkcjonalna. Natomiast od naszych dziennikarzy, posłów, prezydentów, ministrów, a nawet radnych wymagać powinniśmy znacznie więcej niż od pań ze stoiska. Bo oni stają naprzeciw narodu i nie powinni mówić skrótami. Albowiem oni w mediach, w Sejmie i Senacie nie tylko mówią do swoich kolegów i „niekolegów” z opozycji, mówią do nas wszystkich – i uczą nas, naród, że możemy mówić byle co i byle jak.

Co oddaje poseł?

26 09 2024 r., w czasie posiedzenia Sejmu, poseł partii „Polska 2050”, Mirosław Suchoń powiedział: „Oddajemy szacunek tym, którzy pomagali powodzianom”.

Aż zazgrzytało w zębach, bo składnia jest okropna. Szacunek można komuś okazywać, ale nie – oddawać. Oddawać można cześć. Wiem, że bardzo wiele osób uważa, iż się czepiam, że to mało ważne, bo przecież wiadomo o co chodzi. Otóż nie. Bo inaczej dojdziemy do tego, że kiedyś jakiś poseł chcą okazać komuś szacunek powie z trybuny sejmowej: „Jesteście w pytę. Buźka”.

Estymacja premiera

W Sejmie, 26 09 2024 roku, premier Donald Tusk, w czasie posiedzenia na temat powodzi powiedział: „Będziemy niebawem mieli estymację strat powodziowych, jeszcze niepełną, ale będziemy mieli”.

Czym jest estymacja, która, według premiera ma nam wszystko wyjaśnić? Według słowników jest to oszacowanie, szacunek wstępny, przybliżony. W języku elit estymacja wzięła się z matematyki, potem z ekonomii. Czyli premier mówił, że niedługo będziemy wiedzieli jak duże są, w przybliżeniu, straty, będące skutkiem powodzi.

Myślę, że premier, jak cały nasz parlament, chce być lepszy od zwykłych ludzi, z ich zwykłą polszczyzną. No i brzmi ta estymacja tak, że niewielu wie o co chodzi. To też jest celowe, żeby naród nie spoufalał się z władzą, żeby jednak jakiś dystans był. Demokracja demokracją, ale nie za pan brat świnia z sołtysem.

Animacja rynku

W czasie dyskusji w Sejmie o polskim rynku rolnym, pewien poseł stwierdził: „Chodzi o animację popytu na pasze”. Po czym przedstawił propozycje, które doprowadzą do tego, że rynek pasz w Polsce odżyje.

Dlaczego poseł nie powiedział, że chodzi mu o ożywienie rynku, zwiększenie popytu, o przywrócenie rynkowi pasz jego ważnej roli w rolnictwie? Z tego samego powodu, z którego Donald Tusk mówił o estymacji. Bliższe wyjaśnienia powyżej. A koniec końców – estymacja, animacja świadczą o klasie mówcy, a o ożywieniu, o szacunkach może mówić każdy prostak. Jak to drzewiej mówiono? „Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”.

Na sztabie, na Sejmie, na odprawie

W czasie, gdy rząd zbierał się, jako sztab kryzysowy, we Wrocławiu, wszyscy dziennikarze i wszyscy politycy mówili jednym głosem, a mówili tak: „Na sztabie”.

A przecież po polsku powinno być: w czasie zebrania sztabu, w czasie obrad sztabu. Niestety „na” robi chorą karierę. Mamy „na Sejmie” – a przecież na Sejmie jest tylko nasza flaga. Mamy też „na komisji” – a poprawnie powinno się mówić „w czasie obrad komisji”.

Łatwo, szybko i bez sensu. Piszę o tym, bo mam już pewność, że jak nasi dziennikarze i politycy mówią, tak i myślą – pobieżnie, po łebkach, szybko, niedokładnie i nieprecyzyjnie.

Składnia

TVP Info, 28. 09. 2024 r. Młoda dziennikarka przedstawiając kłopoty z budową w Łodzi tunelu dla pociągów, mówi: „Informowaliśmy już to państwu”.

Czyli dziennikarka nie wie, że informować można o czymś. Natomiast można powiedzieć: mówiliśmy to już państwu. Albowiem… informowanie i mówienie to nie są identyczne słowa, które można wykorzystywać zamiennie. Bo każde z nich ma swoje zależności składniowe! Ta dziennikarka powinna zaskarżyć swoją polonistkę z liceum, i dochodzić od nauczycielki  odszkodowania za marne wykształcenie.

Bez sensu, za to z emocjami

Język w naszym dzisiejszym parlamencie i w mediach niesie głównie emocje. Z roku na rok nasz język publiczny staje się coraz bardziej prostacki i coraz mniej komunikatywny. To znaczy coraz mniej sensu, coraz mniej informacji, a coraz więcej agresji w stosunku do przeciwników.

Niektóre z osób publicznych starają się też udawać język nauki, co ma być argumentem, że jednak są wykształceni i myślą. Ale po przetłumaczeniu ich „makaronistycznych” wtrętów, wychodzi w sumie brak wiedzy mówiących, brak konkretów. Ot, taki bełkot osobników marnie jednak wykształconych.

Tym samym znikają, karłowacieją, degenerują się i zanikają podstawy naszej cywilizacji. Bo nasza cywilizacja, to między innymi myśl wrażana słowami, zdaniami. Nie ma alternatywnej cywilizacji obrazkowej dla idiotów. Owszem wielkie stare cywilizacje zostawiły po sobie piramidy, akwedukty, wielkie świątynie oraz mury, na przykład chiński. Ale przecież starożytni nie komunikowali się między sobą przy pomocy piramid. Oni mówili i pisali.

Dzisiejszy nasz język (publiczny) nie jest w stanie opisać ani uczuć, ani społecznych celów. Gdy chodzi o miłość – coraz bardziej jest to język żuli, meneli i prostaków, a gdy chodzi o społeczne cele – coraz bardziej jest to język milczący o sprawach, a coraz bardziej wzywający do walki na pały i sztachety.

W naszej polityce, w jej języku nie sposób już doszukać się jakichś wielkich celów, między innymi dlatego, że nasi politycy nie potrafią tych celów sformułować. Oni potrafią jedynie – to też język polski – dopieprzyć przeciwnikowi, zmieszać go z błotem a w końcu dorżnąć. Na razie tylko słowem, ale od słów do czynów mamy tylko krok.

 

Tak, to straszne. Ale trzeba żyć dalej… — 17. fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

„Od razu zaczęto strzelać. Nie było żadnego ostrzegawczego strzału, żadnych rozmów… Dzieci, jak sądzę, zginęły natychmiast. Zdołałem spojrzeć na Ritę i dzieci… Leżeli już martwi. Rita coś jakby do mnie powiedziała i to było wszystko…” — publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to wstrząsająca kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Publikujemy kolejny fragment książki. Wcześniejsze odcinki można przeczytać TUTAJ

5 marca 2022 roku, sobota, godzina 7.10. Bucza, ulica Lecha Kaczyńskiego, nr 3.

W 2014 roku Rosjanie, ponownie ignorując prawo międzynarodowe oraz własne zobowiązania wobec świata i Ukrainy, wtargnęli na Krym i Donbas.
„Marjinkę zbombardowali, Krasnohoriwkę zbombardowali” — żaliła się Walentyna Czikmarjowa. „Co nam było zostać? Synowie nie chcieli rosyjskich paszportów i nie chcieli do Rosji. Chcieli mieszkać tylko na Ukrainie…”

Jako pierwszy na poszukiwania „nowego świata” wyruszył Witalij Czikmarjow, starszy syn pani Walentyny. „Pojechał dużo wcześniej” — opowiadał jego młodszy brat Ołeksandr. — „I spodobała mu się Bucza”.

„Nie chciałam opuszczać Donbasu, mieszkałam tam 48 lat” — kontynuuje pani Walentyna. — „Tam sprzedaliśmy dom, tutaj kupiliśmy. Starszy syn pomógł nam go kupić”.

Witalij osiedlił się w Leśnej Buczy, a Ołeksandr, w 2018 roku, w pięknym dwupiętrowym domu z czerwonej cegły w centrum miasta, na ulicy Mykoły Muraszki 16, za cerkwią Andrzeja Pierwszego Powołanego.

„Przyjechałam tu dla dzieci, aby im pomagać” — mówi pani Walentyna. — „Ożenili się, żyli. Pojawiły się wnuki. Żyliśmy bardzo dobrze… Dobrze żyliśmy… Dzieci do szkoły, do przedszkola, a ja odbierałam starszego Matyuszę ze szkoły. I młodszego Kłymczika z przedszkola, kiedy Rita była w pracy… Oni, Ołeksandr i synowa Rita, kochali dzieci i siebie nawzajem…”

Rodzina Czikmarjowów rzeczywiście była bardzo zżyta. „Nie mogę opisać, jakie to było szczęście, że byliśmy razem” — opowiadał Witalij. „Mamy bardzo wielu kumów, przyjaciół i wszyscy są w Buczy. Na każde święta wszyscy razem, u matki. Miała duży stół, pełno dzieci. Mówiła: ‘Czego więcej potrzeba w życiu, kiedy wnuki są obok, dzieci, synowe?’…”

Ale przeklęta wojna dopadła rodzinę także w Buczy… O tragedii Czikmarjowów telewizja nakręciła poruszający dokument o prawie hellerowskim tytule „Bucza 22”, stąd świat dowiedział się o jeszcze jednym przypadku spośród wielu rosyjskich zbrodni w naszym mieście… Dzięki dziennikarzom poznano szczegóły tej straszliwej tragedii. Jednej z tysięcy..

Wojna, której wszyscy się spodziewali, ale świadomie odrzucali taką możliwość, wybuchła rankiem 24 lutego. „Nie wiedzieliśmy, co robić, co z rodzicami, dokąd uciekać” — mówi zrozpaczony Witalij. „Zostaliśmy. A po 25 lutego nie było już szans, żeby wydostać się z Leśnej Buczy. Saszko mógł wyjechać, gdyby ktoś wiedział, do czego to wszystko zmierza. Ale dokąd miałby jechać, zostawiając rodziców? Rozmawialiśmy przez telefon. Siedzieli w piwnicy. U mamy była taka solidna piwnica. A z każdym dniem było coraz gorzej”.

Według relacji Ołeksandra: „Siedzieliśmy w piwnicy przez tydzień, a może i dłużej… Kiedy było cicho, wychodziliśmy na górę… Mama była cały czas z ojcem, bo on był sparaliżowany, a nie było jak go sprowadzić do piwnicy…”.

Pani Walentyna wspomina tamte dni, nie kryjąc łez: „Matyusza siedział w piwnicy osiem dni i pisał na laptopie: ‘Bardzo kocham Ukrainę. Zaatakowali nas Rosjanie. Nienawidzę ich! Gdybym miał 18 lat, poszedłbym bronić swojej Ukrainy, ale mam tylko dziewięć lat. Ale bardzo, bardzo kocham swoją Ukrainę’. A wtedy zaczęli tak bombardować, że dzieci były przerażone, nie spały. W piwnicy było wszystko słychać…”.

Wieczorem 4 marca synowa nie wytrzymała napięcia i niepewności:

— Mamo, wyjedziemy — zwróciła się Rita do teściowej. — Wszyscy już wyjeżdżają…

Razem z Czikmarjowami Buczę postanowili opuścić ich sąsiedzi — Halina z mężem Ołegiem oraz jego matka. Przygotowali dwa samochody: Ołeksandr Czikmarjow — swojego forda, a sąsiedzi — białego dodge’a z napisem na szybie dużymi literami „DZIECI”…

„Psychicznie nie dało się już tam wytrzymać” — mówił Ołeksandr.

O siódmej rano następnego dnia, jak wspomina pani Walentyna, „rano była cisza. Pomyślałam: może już przestali strzelać. I wyjechali. Zamknęłam im bramę. Rita doszła do furtki i powiedziała: ‘Mamo, no to trzymajcie się’. A syn nic nie powiedział. Nie pożegnałam się. Byłam w takim szoku, że nawet z wnukami się nie pożegnałam. Oni w półśnie wsiedli do samochodu i odjechali. I sąsiedzi pojechali z nimi. Za kierownicą była kobieta…”.

Plan był taki: wpaść do Witalija w jego domu w Leśnej Buczy, zatankować samochody, bo prawie nie mieli paliwa, a potem wszyscy razem do Kijowa. „U nas było naprawdę źle, aż strach” — opowiadał Witalij. „Byliśmy już ubrani, spakowani”. Cały czas na telefonie.

— Włącz głośnik, żebym słyszał — powiedział Witalij do Rity, która siedziała obok Ołeksandra, prowadzącego forda, zaraz po tym, jak rodzina ruszyła spod swojego domu.

Kiedy samochód skręcił w bulwar Bohdana Chmielnickiego, Rita zameldowała:

— Wyjechaliśmy, jedziemy…

— Mów, co widzisz po lewej, co po prawej…

— Wszystko w porządku — uspokajała bratowa. — Przejeżdżamy przez „Warszawkę”.

— Co teraz widzisz? — dopytywał Witalij

— Przed nami zakład PTEM i coś stoi na drodze…

— Zatrzymajcie się!…

Nagle w słuchawce rozległ się głośny strzał i rozpaczliwy krzyk Rity:

— Ojej, trafili mnie! W nogę!…

— Zawracajcie!

Witalij usłyszał jeszcze kilka strzałów i jak jego bratowa krzyczy z bólu i przerażenia. Potem telefon ucichł…

Ołeksandr opowiadał: „Zatrzymaliśmy się, zatrzymali się też sąsiedzi” — wspominał tragiczne szczegóły tego dnia, które wydarzyły się naprzeciwko budynku PTEM w Buczy, przy ulicy Lecha Kaczyńskiego 3.

„Od razu zaczęto strzelać. Nie było żadnego ostrzegawczego strzału, żadnych rozmów… Dzieci, jak sądzę, zginęły natychmiast. Zdołałem spojrzeć na Ritę i dzieci… Leżeli już martwi. Rita coś jakby do mnie powiedziała i to było wszystko…”

Ołeh Doroszuk, którego rodzice mieszkali w pobliżu Czikmarjowych, opowiadał, że wtedy nadjechała kolumna pojazdów z literą „V” na bokach. Buczanie zjechali na bok i zatrzymali się w tzw. zatoczce, żeby przepuścić kolumnę wojskową. Zostali rozstrzelani”.

„Miałem postrzeloną nogę, jej kawałek zwisał” — wspominał niemal ze łzami Ołeksandr, przywołując ten przerażający moment. — „Upadłem na ziemię, czołgałem się w stronę drzew… Moja noga wyglądała, jakby została odstrzelona. Nie z jakiegoś pistoletu czy karabinu, ale z czegoś dużego kalibru. Ostrzelali cywilny samochód, który nie był w żaden sposób zamaskowany. Nawet nie zapytali, dokąd jedziecie, dlaczego i po co? Po prostu zaczęli strzelać. Było im wszystko jedno…”

Gdy Ołeksandr wydostał się z uszkodzonego samochodu, ten stanął w płomieniach… Martwe dzieci i jego żonę pochłonął ogień… W drugim samochodzie, jak opowiadał Ołeh Doroszuk, „zginął wujek Ołeh” (Towkacz), a jego żona, która została ranna w ramię, razem z teściową zdołały później dotrzeć do szpitala…

Po pewnym czasie na ulicy pojawili się pojedynczy przechodnie. „Podszedł do mnie mężczyzna, zobaczył mnie i zaczął ze mną rozmawiać” — opowiadał Ołeksandr. — „Znalazł w samochodzie sąsiadów jakiś koc, którym owinął mi nogę. Potem poszedł szukać pomocy. Po jakimś czasie pojawiło się jeszcze dwóch mężczyzn, dwóch młodych chłopaków. W tym momencie przejeżdżał samochód. Chłopcy zatrzymali go i położyli mnie na tylnych siedzeniach”.

Za kierownicą tego białego samochodu toyoty siedział były pracownik Prokuratury Generalnej, Walery Ranskyj. „Piątego marca, kiedy te potwory były już wszędzie, jechałem do Leśnej Buczy” — wspominał mężczyzna. — „Przede mną widzę, że w zatoczce naprzeciwko PTEM stoją dwa samochody: biały dodge i jeszcze jeden przed nim. I dwóch ludzi tam się krząta. Zahamowałem, dają jakieś znaki, żebym się zatrzymał. Zatrzymuję się, otwieram okno, a oni pytają: czy mogę zawieźć rannego do ambulatorium na Puszkina, które znajduje się na podwórzu bloku. Pytam, gdzie jest ranny? A oni mówią: ‘Tam, w parku’. Mówię: ‘Chłopcy, znajdźmy coś, jakiś prześcieradło’. I wyciągałem go przez lewe drzwi, a oni mi go podawali…”

Już po chwili, zaledwie jakieś trzysta metrów dalej, Walery Ranskyj dowiózł ciężko rannego do punktu medycznego, który przed wojną nazywał się Dziennym Ośrodkiem Opieki. „Ludzie krzyczą, że tu jest ranny” — opowiadał chirurg wojskowy, Serhij Sachacki. — „Podbiegamy… Jedyną rzeczą, którą udało mi się z niego wyciągnąć, było to, że nazywa się Saszko Czikmarjow. I że pochodzi z Doniecka… Patrzę na jego stan, zakładam opaskę uciskową, próbuję z nim rozmawiać. Mierzę ciśnienie — prawie nie ma, 60 na 0! Zakładamy kroplówkę… Nie było krążenia obwodowego. Trzymałem kroplówkę, a krew już przez nią płynęła… Dzięki Bogu, udało się dowieźć go do szpitala… Od razu trafił na salę operacyjną…” Jednak nogę trzeba było amputować aż do kolana. O tych strasznych wieściach matka Ołeksandra dowiedziała się od sąsiadki, której cudem udało się uratować przed niechybną śmiercią…

Po ewakuacji szpitala Ołeksandra przewieziono do Kijowa na dalsze leczenie.

Tymczasem zwęglone szczątki Rity Czikmarjowej oraz jej dzieci pozostawały w spalonym samochodzie na ulicy Lecha Kaczyńskiego. Jak opowiadała pani Walentyna: „Leżeli tam dwadzieścia trzy dni. Nie można ich było zabrać. Strzelanina była straszna…”.

Na odwagę, by zebrać szczątki znajomych, zdobył się Ołeh Doroszuk, który ryzykując własne życie, pełnił funkcję wolontariusza w Buczy. „Musiałem wychodzić na ulicę, bo trzeba było pomagać znajomym starszym ludziom” — opowiadał wolontariusz. —„Kilka razy mnie zatrzymali, pytali — gdzie jest biała opaska? Nie nosiłem jej, mówiłem — widzicie, mam na szyi szalik Dynamo? Jest tam biały kolor. A oni na to: dokumenty, telefon, rozbieraj się, ręce za plecy… Kiedyś wracałem do domu od rodziców. W tym czasie okupanci rabowali sklepy i biura. Zatrzymali mnie, związali ręce taśmą z tyłu, szalik owinęli wokół twarzy i też zaklejono taśmą, postawili mnie pod ścianą. Stałem tak cztery godziny”.

28 marca Ołeh Doroszuk udał się do PTEM, aby zabrać szczątki ludzi. „Poszedłem tam rano” — opowiadał mężczyzna. — „Pojawił się tam też kolejny minibus, biały volkswagen, również ostrzelany. Okazało się, że kobietę pochowano w parku, a na mogile położono tabliczkę rejestracyjną”. (Na marginesie, świadkiem tego, jak orkowie zabili pasażerów tego samochodu, był burmistrz Buczy Anatolij Fedoruk. „Byłem świadkiem rozstrzelania trzech rodzin, które jechały samochodem” — opowiadał dziennikarce „Ukraińskiej Prawdy” Ołdze Kyryłenko 8 kwietnia. — „W jednym przypadku była ranna kobieta z dzieckiem, mężczyzna błagał na rosyjskim posterunku, by ich nie zabijali, bo ona była w ciąży. Faktycznie pochował ją na skrzyżowaniu ulic Lecha Kaczyńskiego i Szewczenki… Zastrzelili ich w samochodzie, który wciąż tam stoi. Tablicę rejestracyjną mężczyzna faktycznie wykorzystał zamiast krzyża… Są informacje, że i jego też zastrzelili”).

Ołeh Doroszuk kontynuował: „Spojrzałem do samochodu i zobaczyłem, że ciała wciąż leżą w środku… Wziąłem koc, przykryłem nimi ciała sąsiadów, zamknąłem drzwi, żeby psy nie mogły się tam dostać, i poszedłem szukać pomocy. Nikogo nie znalazłem. Wróciłem. Rozłożyłem koc, wyciągnąłem ciała, wziąłem jakiś worek. Włożyłem tam czaszkę, kości. Zawiązałem w węzeł, zarzuciłem worek na ramię i poszedłem w stronę domu. Dotarłem do skrzyżowania ulicy, gdzie mieszkali, i zawołałem sąsiadów. Weszliśmy na teren kościoła, wykopaliśmy na boku mogiłę.”

O tym opowiadała inna sąsiadka, pani Nadia: „Wykopaliśmy osobny grób, pochowaliśmy ich, postawiliśmy krzyż, wszystko jak należy” — mówi mieszkanka Buczy, Nadija. Na tabliczce tego krzyża sąsiedzi zapisali: „Czikmarowie: Rita, 34 lata, Matwiej, 10 lat, Kłym, 4 lata”, oraz daty urodzin i dzień śmierci — 5 marca 2022 roku…

„Zastanawialiśmy się, czy w ogóle powiedzieć babci, że jej wnuki są tutaj pochowane” — wzdychał Ołeh Doroszuk. — „Przyznaliśmy się dopiero trzeciego lub czwartego dnia…” Pani Nadia dodaje: „Potem przyprowadziliśmy babcię i pokazaliśmy: „Waliczko, tutaj leży twoja synowa i wnuki…”.

Ołeh kontynuuje: „I zaczęła tu przychodzić każdego ranka, przynosić im ciastka albo piec naleśniki. Wiecie, jak to zawsze bywa… Codziennie rano gotowała im jedzenie, swoim wnukom…”.

Zmarłych ekshumowano 12 kwietnia, a tydzień później rodzina pochowała Ritę, Matwieja i Kłyma…

„Powiedziałem Ołeksandrowi, że trzeba żyć” — wspominał Witalij Czikkmarow. — „Tak, to straszne. Ale trzeba żyć dalej. Matka jest, ojciec jest… Będziemy musieli żyć dalej. Chłopcy chcieli mieć psa… Zdobędziemy psa… Zbudujemy budę… Trzeba go czymś odciągnąć, trzeba…”

Ale niezależnie od słów pocieszenia, takie rany emocjonalne nigdy nie zagoją się w rodzinie Czikkmarowych.

„Rita, jakby to przeczuwała” — płacze pani Walentyna. — „Siedzieliśmy pewnego wieczoru na kanapie, a ona mówi: ‘Niedługo urodziny Tarasa Szewczenki. Matwi musi nauczyć się wiersza.’ I zaczęła recytować:
'Jak umrę, to pochowajcie
Mnie na mogile
W szerokim stepie
Na mojej umiłowanej Ukrainie…’

Rita jakby przeczuwała swoją śmierć… Przeczuwała…

Nie wejdziemy do grobu zamiast wnuków i Rity. Musimy żyć dalej dla Ołeksandra, który przeżył, dla Witalija, który całe życie nas chronił… Chciał nas ocalić z Doniecka, od tamtej wojny, a trafiliśmy na tę…”

Bucza, ulica Centralna. Około 5 marca.

83-letni Wiktor Turyk, cierpiący na głuchotę, wyszedł na balkon swojego mieszkania i zobaczył na dole rosyjski czołg. Czołgista również go dostrzegł i krzyknął do starca: „Schowaj się, dziadku! Nie wolno wychodzić!” Jednak Wiktor nie rozumiał czego od niego chciano i nadal stał na miejscu. Gdy sąsiedzi, widząc, że celują w Turyka z karabinu, zaczęli krzyczeć: „Nie strzelajcie, chłopcy, on jest głuchy!” — relacjonowała sąsiadka Alla. — „Na próżno. Strzał — i Hala Turyk już wdową…”

Bucza, ulica Wodociągowa, nr 54

Władysław Wergiński, który mieszkał na ulicy Wodociągowej 54, wyszedł z mieszkania, aby wyrzucić śmieci. I już nie wrócił… Jego matka, Ludmiła, opowiadała dziennikarzom: „Nie ma go, nie ma. Zniknął mój Władysław. Serce czuje coś złego. Idę do Rosjan, błagam: 'Powiedzcie, co z nim, gdzie on jest?’ Nic nie mówią, tylko mnie przepędzają jak psa. Czekam, aż się zmienią, znowu idę: 'Szukam dziecka, zrozumcie!’ Żaden nie powiedział, choć doskonale wiedzieli, gdzie leży. Sami go przecież zastrzelili. Znalazłam go później, kiedy poszłam zebrać coś na rozpałkę. Obok leżeli Ania Kopaczkowa i Jura Martynenko…”

 

WALTER ALTERMAN: Propaganda i rzeczywistość

Zacznijmy ten felieton od refleksji na temat propagandy, bo w czasie II wojny światowej była bardzo znaczącym narzędziem walki. Każda propaganda jest po to, żeby kłamać. żeby wszystkie klęski, wpadki władzy, trudne dla władz fakty zamieniać w sukcesy. I nie ma propagandy obiektywnej.

Obiektywne są fakty, ale już pisanie o nich może niechcący być niezamierzonym działaniem propagandowym. Trzeba uważać. Bardzo pięknie działanie propagandy przedstawił w „Cesarzu” Ryszard Kapuściński, gdy opisywał jak świetnie poradził sobie minister informacji, z zagranicznymi dziennikarzami, którzy przylecieli do Etiopii, aby opisać śmierć głodową setek tysięcy ludzi:

„Czy możemy, pytają korespondenci, pojechać na północ? Nie można, wyjaśnia minister, bo pełno zbójców na drodze. Po czym zabrał ich na wycieczkę po stolicy, pokazywał im fabryki i rozwój zachwalał. Ale ci, gdzie tam – rozwoju nie chcą, tylko żądają głodu, nic więc ich nie obchodzi, chcą mieć głód i tyle! No, powiada minister, głodu to wy mieć nie będziecie, skądże głód, jeżeli jest rozwój. (…) W końcu korespondenci odlecieli i głodu z bliska nie widzieli. A całą tę sprawę, tak spokojnie i godnie poprowadzoną minister uznał za sukces, zaś nasza prasa określiła jako zwycięstwo. Tak zawsze jakoś minister kierował, że wszystko na sukces wychodziło i dobrze było(…).

Jednym z największych kłamców w historii jest Józef Stalin. Wymyślił nawet frapującą definicję roli prasy, która miała być pasem transmisyjnym między władzą a ludnością. Z góry w dół, od władzy do obywateli, prasa miała przenosić dekrety i zarządzenia, wraz z ich interpretacją. A z dołu w górę, od obywateli do władz, miała przenosić prawdziwe bolączki i kłopoty obywateli ZSRR. I o dziwo ten system się sprawdzał. A to dlatego, że społeczeństwo ZSRR nie miało żadnych problemów, więc prasa, radio i filmy nie miały czym martwić Stalina.

Ten stalinowski system działał także w kontaktach ze światem. Radzieckie media milczały o głodzie na Ukrainie, o Gułagach, terrorze i masowych mordach Stalina. Natomiast z radością informowały szeroki świat o sukcesach w dziele budowy państwa szczęśliwości ludzi pracy. Różnica między ówczesnym Zachodem, a Zachodem z czasów Hajle Sellasje, była taka, że propagandowe kłamstwa Stalina Zachód „kupował” jak czystą prawdę. Oczywiście od roku 1920 Rosja była krajem zamkniętym. Niełatwo było tam wjechać i nie sposób opuścić. Niemniej jakaś prawda przeciekała na zewnątrz, ale świat był na to ślepy i głuchy, bo chciał być na prawdę o ZSRR głuchy i niewidomy.

Stalin i wojna z Niemcami

Po wrześniu 1939 roku, po rozbiorze Polski wespół z Niemcami, ZSRR zagarnął Litwę, Łotwę i Estonię. Po czym zagarnął część Finlandii i sporą część Rumunii.

Przed światem Stalin miał dwa propagandowe wytłumaczenia. Pierwsze, że Związek Radziecki przejął odwiecznie ruskie ziemie, że połączył z wielkim narodem Rosji Ukraińców, Białorusinów i Mołdawian. Natomiast zabór Litwy, Łotwy i Estonii tłumaczono faktem, że spora część obywateli tych państw była Rosjanami. Z kolei wojnę z Finlandią propaganda Stalina tłumaczyła jako konieczność zabezpieczenia swych granic, tym bardziej, że Finlandia flirtowała z Niemcami.

Natomiast już po najeździe Niemców na ZSRR pojawiła się dodatkowa interpretacja paktu Ribbentrop-Mołotow. Od czerwca 1941 roku radziecka propaganda wskazywała, że głównym powodem zawarcia w 1939 roku paktu o nieagresji z Niemcami była konieczność przygotowania się Związku Radzieckiego do wojny z Trzecia Rzeszą.

Właściwie do końca istnienia ZSRR władze tego państwa utrzymywały, że Stalin, dzięki taktycznemu paktowi z Niemcami, mógł przenieść fabryki zbrojeniowe za Ural. Miało to świadczyć o głębokiej mądrości wodza, o jego przenikliwości. I do dzisiaj można w telewizjach oglądać taką właśnie interpretację, bo nikt nie zadaje sobie pytania: od kiedy Stalin zaczął przenosić fabryki za Ural?

A czysta prawda jest taka, że owszem ogromnym wysiłkiem ludzi demontowano strategiczne fabryki i po przewiezieniu ich za Ural, montowano je w nowych miejscach. Tyle tylko, że decyzja o tej dyslokacji przemysłu zbrojeniowego zapadła dopiero po napaści Niemców na ZSRR – 22 czerwca 1941 roku. I dopiero wtedy Stalin kazał gromadzić surowce i materiały pędne. Krótko mówiąc, wziął się do roboty wtedy, gdy Niemcy zajmowali już kawał jego państwa.

Stalin i Hitler na wspólnych poligonach

Ostatnio w TVP dziennikarz powtarzał kolejną myśl propagandową Stalina, że z momentem przejęcia władzy w Niemczech przez Hitlera (30 stycznia 1933) ustała jakakolwiek współpraca militarna ZSRR i Niemcami.

Prawda jest taka, że Wermacht, na dalekich i odizolowanych poligonach w ZSRR, prowadził próby swej artylerii i czołgów aż do roku 1940. Mało tego, istniał w ZSRR instytut, w którym nad ulepszeniem niemieckiej broni pracowali naukowcy obu państw. Zerwanie tej współpracy nastąpiło dopiero w 1940 roku. Niemcy wyjechali, a dla zatarcia śladów tej haniebnej współpracy Stalin rozkazał wymordowanie wszystkich ludzi tego instytutu i obsługi poligonów. Do momentu najazdu Niemców na ZSRR Rosja zaopatrywała też Niemcy w ropę naftową i jej pochodne, węgiel i inne surowce naturalne.

Zauroczenie Hitlerem

Dlaczego tak było? Bo Stalin do końca wierzył Hitlerowi. Wierzył, że skoro Niemcy tyle dostali, to powinni być zadowoleni. Stalina nie zmartwiła nawet klęski Francji, Holandii, Danii i Belgii. Nie dawał nawet wiary własnym agentom rozsianym po Niemczech. Stalinowi zupełnie nie przeszkadzało co Hitler pisał o komunizmie w Mein Kampf, co głosił o nim w przemówieniach. Stalin zdawał się nie widzieć, w zapowiedziach wymordowania przez hitlerowców wszystkich komunistów świata, żadnego realnego zagrożenia dla swego państwa. Najprawdopodobniej dlatego, że traktował polityczny program Hitlera jako propagandę, taką samą nieprawdę, jaką on sam uprawiał w ZSRR.

Żeby uspokoić Niemców, z końcem maja 1941 Stalin zarządził rozformowanie bojowych jednostek wojska, by w różnych częściach ZSRR przeprowadzać szkolenia czołgistów, artylerzystów i lotników – wszystkie rodzaje broni osobno, co skutkowało niezdolnością bojową jego armii.

Być może Stalin wierzył, że gdy cały Zachód wykrwawi się w wojnie, wtedy wkroczy on i „ukomunizuje” całą Europę. Jest i taka interpretacja tego co Stalin robił przez dwa lata (1939 – 1941). Niemniej żadnych dowodów nie ma. Ale brak rzeczywistej gotowości Armii Czerwonej wskazywał na to, że Stalin wierzył i oddawał się Hitlerowi duszą i ciałem.

Zwróćmy uwagę, że pomimo rozległości niemieckich przygotowań do ataku na ZSRR i szczegółowych meldunków wywiadu, atak całkowicie zaskoczył Armię Czerwoną. Winą za ten fakt należy obarczyć Stalina, Komisarza Obrony Timoszenkę i Szefa Sztabu Żukowa, którzy zlikwidowali wszystkie Rejony Obronne zlokalizowane na byłej granicy z Polską i nie obsadzili wojskiem nowo zbudowanych rejonów na terenie Polski. Meldunki dostarczane głównie przez NKWD, mimo swojej wiarygodności trafiały do Stalina za pośrednictwem Ławrentija Berii, który w trosce o swoje wpływy, dokładał starań, aby Stalin otrzymywał informacje pasujące do jego światopoglądu, zgodnie z którym Niemcy nie mieli zamiaru atakować ZSRR.

Winston Churchill, korzystając z raportów swoich tajnych służb, również przekazywał Stalinowi wiele pożytecznych informacji na temat planowanej przez Niemców inwazji, ale Stalin traktował je jako brytyjską prowokację, mającą wciągnąć ZSRR do wojny.

Wybuch wojny był dla Stalina ogromnym szokiem. Zamknął się w swoim gabinecie i milczał prawie dwa tygodnie, od 22 czerwca do 3 lipca1941.

Co na to Zachód?

Część Zachodu uwierzyła w opowieści, że Stalin chciał zjednoczyć Słowian, że chciał mieć bezpieczne granice. I nikt na Zachodzie nie żachnął się, że przecież skutkiem paktu Ribbentrop-Mołotow granica ZSRR z Trzecią Rzeszą niebywale się powiększyła, narażając tym samym Stalina na atak Hitlera.

Na Zachodzie uwierzono także w to, że Stalin potrzebował czasu na przeniesienie fabryk broni za Ural. Choć „dobrzy ludzie” Zachodu (a głównie politycy) wiedzieli jak było naprawdę. Więc dlaczego tak? Jaki Zachód miał interes w „kupowaniu” tych kłamstw Stalina? Dlaczego nie reagował też na bezmierny terror w ZSRR?

Myślę że człowiek godzi się na kłamstwo, gdy ma w tym interes. A już szczególnie dotyczy to polityków. Czy wszyscy oni mają jakieś wyrzuty sumienia? Nie sądzę. Opacznie rozumiany interes własnych krajów, od zawsze pozwala politykom nie tylko wierzyć w cudze kłamstwa, ale także samemu kłamać.

Jaki zatem interes chciał ubić Zachód z ZSRR po wrześniu 1939 roku? I jaki po 22 czerwca 1941 roku? Przypuszczam, że pomiędzy wrześniem 1939 a czerwcem 1941 roku interes był ten sam. Zachód liczył, że ZSRR, dysponujący potężną armią, wielkim zasobami surowców naturalnych oraz ogromną rzeszą ludzi, których da się wcielić w do wojska, że w końcu ZSRR zostanie członkiem koalicji antyhitlerowskiej. Krótko mówiąc, politycy Zachodu zdawali sobie sprawę, że sami Niemców nie pokonają. A ściślej, że nie pokonają Niemców bez udziału Związku Radzieckiego.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Powódź nieopowiedziana w mediach

Kiedyś dziennikarze byli cyniczni, dziś są ideowi. Kiedyś przy okazji powodzi zastanawiano się jak zrobić ten temat ciekawiej, bardziej poruszająco niż inni. Dziś trwa walka między wiernymi obrońcami kochanego premiera a tymi, którzy mają za misję mu dowalić i do tego się sprowadza przekaz o powodzi. Wolę tamtych cyników.    

Zniszczenia robią wrażenie, ale jadąc do Lądka-Zdrój, miasta ostatecznie zniszczonego po tym jak ruszyła na nie woda z zerwanej tamy spodziewałem się zniszczeń. Pierwszą refleksję jaką miałem to taka, że miasto wcale nie wygląda dużo lepiej niż niejedna miejscowość ukraińska po wojnie. Tam zniszczenia są często punktowe, tak jak w Charkowie, gdzie po prostu pośród większości potężnych, mrocznych postsowieckich kamienic – mrówkowców, które nie zostały naruszone, co najwyżej wypadły szyby, czasem znajdują się ruiny. Tu poniszczone są całe sektory. Cała dolina rzeki. Oczywiście, nieliczne, drewniane niepodpiwniczone z reguły, domy runęły całe. A to, że wiele budynków wciąż stoi niech nas nie zmyli. Nie będą się nadawały do niczego. Donald Tusk z Jerzym Owsiakiem i swoimi rodzinami będą na ich miejscu budowali lepszą Polskę. Przynajmniej dla siebie. Zaskoczyło mnie jednak zupełnie coś innego.

Kilka dni po fali na miejscu jest sporo żołnierzy WOT, tego pogardzanego przez obecnie rządzących „parawojska Macierewicza”, jest policja, są sprzątający robotnicy budowlani, są mieszkańcy, ci co zostali, smutnie patrzący na to, co było jeszcze niedawno ich miastem. Spodziewałem się jednak jakiś uwijających się wolontariuszy, samochodów organizacji humanitarnych i przede wszystkim zainstalowanych tam na stałe w tym czasie mediów. Nie ma ich. I widać to w przekazie. Wszędzie te same zdjęcia.  Pomimo, że to dwie godziny od Wrocławia, a drogi są przejezdne. Zrobić to łatwo. Ale nikt nie chce. Ta powódź jest nieopowiedziana w mediach. Mamy tylko sztaby kryzysowe. Grożącego Tuska. A także krytyków sztabów kryzysowych i wrogów tego grożącego Tuska w innych mediach.

Uderzająca jest różnica między tą powodzią, a tą sprzed 27 lat. Co prawda, wtedy zalało część Wrocławia, Opola, teraz kilka malutkich miasteczek i ich okolicę. Ale wtedy nie było internetu, tych wszystkich kanałów, telewizja była wielokrotnie droższa. A – niezależnie od propagandy – mieliśmy nieustanne story. Śledziliśmy kolejne dni, postępy żywiołu, przeżywaliśmy powódź z powodzianami i wolontariuszami na wałach. Ktoś dostał potem World Press Foto, po latach nakręcono serial, nieco ideologiczny, mocno zakłamany, ale sprawnie zrobiony. Do Wrocławia i Opola pojechała cała medialna Polska. Zapytajcie, któregokolwiek reportera telewizyjnego z tamtego czasu, „czy był na powodzi”. Wszyscy prawie byli. Tu mamy zamiast tego nieustanną dyskusję, czy to dobrze pytać rząd o liczbę ofiar czy źle, czy to dobrze, że premier robił ustawki czy źle, czy opozycja… i tak dalej.

Trochę smutne, trochę straszne. W 1997 roku tak zwana wolna Polska miała 8 lat. Dziś ma 35. Widać ani ta wolność, ani normalne wolne media się nie sprawdziły i wracamy do starych, dobrych czasów, gdzie o tym, jak informować o zimie stulecia lub wybuchu Rotundy, decydowały Komitet Centralny albo Służba Bezpieczeństwa. Szczególnie ze względu na spore tradycje tej ostatniej w kształtowaniu dawnego i obecnego ładu medialnego w Polsce, koordynację działań powodziowych i popowodziowych proponowałbym powierzyć panu posłowi Bogusławowi Wołoszańskiemu.

CEZARY KRYSZTOPA: Premier Tusk walczy o życie

Jeszcze w feralny piątek 13 września, kiedy mówił, że „prognozy nie są specjalnie alarmujące” sprawiał wrażenie, że ma nadzieję na weekend w Sopocie. Chwilę później nastąpił powodziowy armagedon i musiał się wziąć do roboty. Jak to ktoś zgrabnie ujął na „X”, Donald Tusk walczy o polityczne życie.

Wiemy z wieloletnich doświadczeń, że nie jest łatwo zmusić Donalda Tuska do pracy. Właściwie łatwiej uznać sprawę za z góry straconą. Tym razem jednak Donald Tusk zrozumiał, że wobec tego co się dzieje jest to jego być albo nie być. Kosztowna to nauka, za którą trzeba było zapłacić nieznaną jak dotąd liczbą ofiar, zaginionych i prawdopodobnie miliardów strat materialnych, ale najwyraźniej skuteczna.

Machina PR

Potężna machina PR poszła w ruch. „Widziałem a własne oczy, że tak wysoki standard obejmuje to konkretne miejsce. Wszędzie tu dookoła Wrocławia to po prostu, mają na tyle mają możliwości technicznych, że stać ich co najwyżej na worki i piach. Więc worki, piach i podwyższają te wały. A tutaj całe wały są wyłożone folią i agrowłókniną. I z tego co mi wiadomo, to tylko tam są zrobione w ten sposób (…)” – mówił w wywiadzie dla Tysol.pl walczący z falą powodziową we Wrocławiu wolontariusz Piotr Przybysławski.

„Tak, to była pokazówka dla Tuska. Bo właśnie tam  go tam zawieziono, żeby mu pokazać, jak to wszystko sprawnie działa w mieście. A w innych miejscach we Wrocławiu, działają sami tylko wolontariusze, ze wsparciem OSP i WOT co najwyżej” – podkreślił Przybysławski.

Nigdy dotąd nie stosowaną w cywilizowanych krajach praktykę publicznych i transmitowanych w największych telewizjach (za wyjątkiem Telewizji Republika, co jest swego rodzaju zbrodnią odmowy dostępu do informacji dla jej być może zagrożonych utratą życia widzów) sztabów kryzysowych najlepiej opisał Jacek Żakowski w neo-TVP. „Tusk sięgnął po metodę putinowską, której się w demokracjach nie stosuje. No nie ma tak, że jak jest powódź w Stanach, to prezydent siedzi i ruga urzędników publicznie i to jest transmitowane. Tak nie ma w Niemczech, w Wielkiej Brytanii, we Francji, nigdzie. To jest typowo autorytarny model zarządzania” – zwrócił uwagę Żakowski za co spotkała go fala hejtu ze strony Silnych Razem. O Jacku Żakowskim można sądzić cokolwiek, ale tutaj ma rację.

Z jednej strony ma rację, ale z drugiej najwyraźniej jest to metoda skuteczna. Nie w sensie organizacyjnym, każdy kto próbował coś zorganizować wie, że upublicznienie procesu nie pomaga. Ale w sensie PR-owym skuteczna, skoro niewielka, ale jednak, większość Polaków uznała, że Tusk, który dezinfomował nt. stanu zagrożenia „radzi sobie z powodzią”. Do tego dochodzą seryjne próby „zmiany tematu” w przestrzeni publicznej, a to odgrzewane kotlety z aferą wizową, a to jakieś wyskoki Sikorskiego, a to bobry. A jeszcze szantaże emocjonalne wobec każdego kto ośmieli się skrytykować działania wodza…

Dlaczego?

Dlaczego to wszystko? Ano dlatego, że Tusk błyskawicznie zrozumiał, że nie może jechać na weekend do Sopotu, tylko musi zawalczyć o swoje polityczne życie. I można go nie lubić, ja go na przykład nie lubię, można go uważać za zdrajcę, który nie działa w interesie Polaków, ale on jak trzeba gryzie ziemię.

W tym czasie opozycja gryzie słone paluszki.

WALTER ALTERMANN: Powódź i trzęsący się ministrowie

Nie sposób dalej zgłębiać się w historię, gdy tutaj i teraz, mam na myśli dzisiejszą Polskę, dzieją  się rzeczy ważne, takie jak obecna powódź na południu i zachodzie kraju, głównie w polskim dorzeczu rzeki Odry.

Wraz z nastaniem powodzi nastąpiła tygodniowa cisza „na rynku politycznym”. Rząd najpierw uspokajał, ale po trzech, czterech dniach zaczął ostrzegać, że może być nie najlepiej. W całym społeczeństwie można było zauważyć nastrój powagi i współczucia.

Nasze stałe, odwieczne wojny wewnętrzne

Wtedy pomyślałem sobie, że może coś się zmieniło, że może zwaśnieni politycy dwóch obozów – w obliczu zagrożenia – staną na wysokości zadania i na jakiś czas umilkną bojowe surmy, ucichnie bicie w tarabany… ale znowu zawiodła mnie intuicja. Bo kiedy potężne fale zalały Kotlinę Kłodzką i fala powodziowa ruszyła w kierunku Wrocławia, obudzili się politycy rozmaitych partii. I polska polityka wróciła w znane sobie łożysko i wir wojny wewnętrznej! Lepiej byłoby gdyby rzeki wróciły w swe spokojne koryta, a politycy, choć raz, wykazaliby się rozwagą i spokojem.

Niestety, jest już stałym elementem polskiej polityki, że celem każdej partii jest zmiażdżenie i unicestwienie, anihilacja obozu przeciwnego. Wszystkie nasze partie zachowują się tak, jakbyśmy mieli w kraju wojnę – stałą i bez zmiłowania. Może to mamy jakoś zapisane w naszych mózgach, że skoro na granicach mamy spokój, to musimy nawalać się między sobą? Może to jest jakieś dziedziczne, genetyczne obciążenie?

O tej genetyce to nie żart. Ostatnio w USA jakiś kot przebył 1500 kilometrów, żeby wrócić do domu. Przecież nie miał mapy, radaru ani googla. A skoro wrócił, to co my tam wiemy o zwierzętach. I co my tam wiemy o sobie samych. Naprawdę, trochę w to wierzę, że od czasów Mieszka I skazani jesteśmy, jako nacja na ciągłe walki, i może to weszło nam w krew, że  zdrowo i po męsku jest bić się?

Oczywiście z dzisiejszy naszych polityków żadni tam wojowie i większość nie nadawałaby się nawet na giermków w czasach Piastów oraz Jagiellonów. Nawet na ciury obozowe nikt by ich nie przyjął. Nasi parlamentarzyści bardziej przypominają Szwejka niż Zbyszka z Bogdańca, bo brzuchate to towarzystwo, niewysokie i jakieś takie słabe w dłoniach. Za to w gębie mocni  okropnie. Ale „na gębę” nikt jeszcze żadnego warownego zamku nie zdobył.

Podsumowując pokrótce – chyba jednak jesteśmy wszyscy spadkobiercami naszych wojowniczych przodków, których ulubioną zabawą – przed i po bitwach z obcymi – było naparzania się w obozach między sobą. Oczywiście po pijaku. O czym zaświadcza choćby Jan Chryzostom Pasek. Jedno tylko różni dawnych i obecnych wojów, współcześni upijają się polityką. Aż dziw, że nie ma jeszcze w sprzedaży wódki o tej nazwie.

Mickiewicz miał rację

Wieszczów mamy w Polsce trzech: Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego. Do 1880 roku było tylko dwóch pierwszych, ale po 1880 roku Konserwatyści Krakowscy dopisali też Zygmunta Krasińskiego, bo pasował im ideologicznie – arystokrata, dość niezrozumiały, ale za to potężny wróg lewicy i mniejszości narodowych.

Od pewnego czasu „chodzi za mną Epilog „Pana Tadeusza”. Tamże Mickiewicz pisze trochę więcej niż gdzie indziej o naszym narodowym charakterze. I nie jest to pochwała.

O tem-że dumać na paryskim bruku,

Przynosząc z miasta uszy pełne stuku,

Przeklęstw i kłamstwa, niewczesnych zamiarów,

Za późnych żalów, potępieńczych swarów! (…)

 

Biada nam, zbiegi, żeśmy w czas morowy

Lękliwe nieśli za granicę głowy!

Bo gdzie stąpili, szła przed nimi trwoga,

W każdym sąsiedzi znajdowali wroga,

Aż nas objęto w ciasny krąg łańcucha

I każą oddać co najprędzej ducha. (…)

 

Gdy w niebie nawet nadziei nie widzą –

Nie dziw, że ludzi, świat, sobie ohydzą,

Że utraciwszy rozum w mękach długich,

Plwają na siebie i żrą jedni drugich! (…)

 

Bycie wieszczem to dar, który polega na tym, że wieszczowie lepiej widzą i na podstawie „obdukcji” przepowiadają przyszłość. Są jak naukowcy, którzy godzinami oglądają muchę pod silnym szkłem powiększającym. A potem wyciągają wnioski. I nie są one na milimetr pochlebne. A i przyszłość widzą szczerze, czyli niewesoło.

Wielki strach na odprawach rządu

Z nastaniem powodzi pojawiły się codzienne, czasem dwie w ciągu doby, odprawy sztabu kryzysowego, którym przewodzi premier Donald Tusk. Wszystkie je transmitują telewizje, bo to w sumie ciekawe zobaczyć nagle i naraz ważnych ministrów.

Jednak dla mnie uderzające było to, że Tusk zmusił swoich ministrów i wicepremiera Kosiniaka –  Kamysza do mówienia bez kartki, na żywo i pod okiem kamer. I okazało się, że dla większości z nich jest to tortura, bo to i dziennikarze zadają jeszcze pytania…

Jeden z ministrów wzbudził nawet we mnie litość. Sprawa dotyczy ministra infrastruktury, Dariusza Klimczaka. Najpierw powiedzmy czym zajmuje się jego ministerstwo. Według strony ministerstwa   misją Ministerstwa Infrastruktury jest kreowanie i realizacja polityki państwa w zakresie polskiego systemu transportu, gospodarki morskiej i wodnej, oraz zapewnienie obywatelom RP dostępu do nowoczesnej infrastruktury i wysokiej jakości usług zrównoważonego systemu transportowego, odbudowa przemysłu stoczniowego i zwiększanie bezpieczeństwa systemu transportu.

Czyli w jego gestii są drogi, mosty, transport drogowy i morski – bardzo ważne dla kraju dziedziny. Ale nie dlatego p. Dariusz Klimczak był w czasie odpraw bliski zejścia. Plątał się, mówił na okrągło, powtarzał się – w sumie nie wiedział co ma mówić. On – odpowiedzialny za tak ważne działy gospodarki i istnienia kraju. Żeby zrozumieć człowieka sięgnąłem do jego życiorysu. I okazało się, że jest on historykiem. I mamy kolejnego humanistę na miejscu, które powinien –  oczywiście – zajmować jakiś utytułowany, z dużym dorobkiem zawodowym inżynier. Czyli p. Klimczak trząsł się z niewiedzy, z przerażenia własną indolencją.

Ale u nas jest tak, że partie obsadzają ministerstwa swoimi ważnymi działaczami. Skoro szef PSL-u jest lekarzem a pełni funkcje ministra obrony…

Przy czym nie naśmiewam się z obecnie rządzących, bo w poprzednim rządzie również był nadmiar humanistów. W istocie jest to przypadłość ogólnonarodowa, ponadpartyjna. Powód? Jak ktoś ma konkretny zawód to nie musi zajmować się polityką. Czyli zostają tacy, którzy liczą na państwowe uposażenie, poprzez politykę. I tu jest pies pogrzebany.

 

Walce o wolną Ojczyznę poświęcił życie – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o Hieronimie Dekutowskim

Urodził się 24 września 1918 r. w Dzikowie (obecnie część Tarnobrzega). Harcerz drużyny im. Jana Henryka Dąbrowskiego, członek Sodalicji Mariańskiej. Podczas wojny obronnej 1939 r. był ochotnikiem, 17 września przekroczył granicę z Węgrami i został internowany. Z obozu jednak uciekł i przedostał się do Francji, gdzie walczył z Niemcami w ramach Polskich Sił Zbrojnych, ewakuowany następnie do Anglii. W marcu 1943 r., zaprzysiężony jako cichociemny, przyjął pseudonim „Zapora” i „Odra” (używał głównie tego pierwszego).

W nocy z 16 na 17 września 1943 r., w ramach operacji o kryptonimie „Neon 1”, Hieronim Dekutowski został zrzucony do Polski na placówkę „Garnek” 103 (okolice Wyszkowa). Lot z Anglii halifaksem BB-378 „D”, należącym do Dywizjonu RAF trwał 12 godzin i 30 minut (poprzednia próba z 9/10 września nie udała się z powodu niskich chmur i braku paliwa w samolocie; część halifaksów z polskimi skoczkami zestrzelili Niemcy).

Początkowo Dekutowski dowodził oddziałem AK w Inspektoracie Zamość, broniąc ludność Zamojszczyzny przed wysiedleniami. W styczniu 1944 r. mianowany szefem Kedywu AK w Inspektoracie Lublin – Puławy.

 Nazywali go „Starym”

Władysław Siła-Nowicki tak go zapamiętał: „Wkrótce zyskał opinię wybitnego dowódcy. Cechowała go odwaga, szybkość decyzji, a jednocześnie ostrożność i ogromne poczucie odpowiedzialności za ludzi. Znakomicie wyszkolony w posługiwaniu się bronią ręczną i maszynową, niepozorny, ale obdarzony wielkim czarem osobistym, umiał być wymagający i utrzymywał żelazną dyscyplinę w podległych mu oddziałach, co w połączeniu z umiarem i troską o każdego żołnierza zapewniało mu u podkomendnych ogromny mir. Nazywali go »Starym«, choć nie miał jeszcze trzydziestu lat”.

200-osobowy oddział „Zapory” przeprowadził 83 akcje bojowe i dywersyjne. Brał udział w akcji „Burza” na Lubelszczyźnie, po czym bezskutecznie próbował przedrzeć się na pomoc walczącej Warszawie.

Wdzięczność ubeka

Po wejściu Sowietów Dekutowski nie ujawnił się. Poszukiwany przez NKWD i UB, ukrywał się na dawnych AK-owskich kwaterach. Dlaczego nie złożył broni?

Bohdan Urbankowski w książce „Czerwona msza” napisał: „Zaczęło się od tego, że czterej żołnierze »Zapory«, mieszkający w okolicach Chodla, zostali zaproszeni na tamtejszy posterunek. Dowódca posterunku MO/UB, Abram Tauber, był uratowanym przez jednego z nich Żydem, kilkakrotnie znajdował przytulisko w melinach »Zaporczyków«, po wejściu Rosjan został szefem UB w Chodlu. AK-owcy mogli spodziewać się jakiejś wdzięczności, tymczasem Tauber kazał ich wszystkich powiązać i własnoręcznie, jednego po drugim, zastrzelił. W odwecie Dekutowski rozbił posterunek w Chodlu. Data tego ataku – noc 5/6 lutego 1945 – oznacza początek Powstania Antysowieckiego na tych terenach”.

Wkroczenie do Polski nowego okupanta oznaczało masowe represje i mordy na Polakach, szczególnie żołnierzach AK. Jeśli uniknęli wywózki na Sybir, trafiali do katowni UB na Zamku Lubelskim (tam, prócz innych morderców, działał m.in. ścigany do swej śmierci bezskutecznie przez Instytut Pamięci Narodowej Salomon Morel). „Zapora” nie mógł stać z boku. Walce o wolną Ojczyznę poświęcił nawet prywatne życie. Ukochanej narzeczonej powiedział:
„Idę do lasu, nie wiem, czy przeżyję, nie możemy być razem”. W odpowiedzi na komunistyczny terror stworzył poakowski oddział samoobrony (liczący, podobnie jak w czasie niemieckiej okupacji, ok. 200 osób).

„Trzęśli” Lubelszczyzną

Dlaczego „Zaporczycy” byli dla bezpieki szczególnie niebezpieczni? Władysław Siła-Nowicki: „Około dwustu-dwustu pięćdziesięciu ludzi o wysokim poziomie ideowym, dobrze uzbrojonych i wyszkolonych, utrzymywanych w dyscyplinie, »trzęsło« połową województwa. Stan ten przypominał pewne okresy powstania styczniowego, gdy władza państwowa ustabilizowana była jedynie w dużych ośrodkach, zaś w terenie istniała tylko iluzorycznie. Oczywiście partyzantka opierała się na pomocy miejscowej ludności ogromnej większości wsi, udzielającej ofiarnie poparcia, kwater i informacji”.

„Zapora” rozbił wiele placówek MO i UB. Schwytanym komunistom na ogół wymierzał kary chłosty, a następnie puszczał ich wolno. Jeśli zabijał, to nie za samą przynależność do PPR czy bezpieki, ale za wyjątkowo szkodliwą działalność, choć wielu UB-eków też oszczędził.

Odbijał też więzienia, wypuszczając aresztowanych. Jego oddział był przygotowany do akcji na Zamek Lubelski, a nawet na areszt na Rakowieckiej w Warszawie, ale w obu przypadkach znaleźli się kapusie, którzy donieśli o tych planach UB.

Dzięki posiadaniu zdobycznych samochodów ciężarowych „Zaporczycy” potrafili przeprowadzić w ciągu doby kilka akcji na terenie dwóch, a nawet trzech powiatów i błyskawicznie „odskoczyć”. W biały dzień wjeżdżali do miasteczek Lubelszczyzny, rozbijali posterunki MO i uwalniali przetrzymywanych w więzieniach AK-owców. Ze względów bezpieczeństwa ciągle zmieniali kwatery, nigdy nie stacjonowali dwa razy z rzędu w tej samej wiosce.

Post scriptum

Major Hieronim Dekutowski został aresztowany 16 września 1947 r. podczas próby przedostania się na Zachód, wskutek zdrady. Po trwającym rok, ciężkim śledztwie w katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej 37 w Warszawie, 15 listopada 1948 r. został skazany, razem z towarzyszami broni, na kilkakrotną karę śmierci. Wyrok wykonano 7 marca 1949 r.

Przez długie lata PRL-u opluwany, doceniany jedynie na Zachodzie. Rząd Rzeczypospolitej Polskiej na wychodźstwie przyznał pośmiertnie mjr. Dekutowskiemu Srebrny Krzyż Virtuti Militari. W 1989 r. awansowany do stopnia pułkownika Polskich Sił Zbrojnych. W kraju, na przywrócenie należnej mu pamięci, trzeba było jeszcze trochę poczekać. Dopiero w maju 1994 r. – na wniosek Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej – „Zapora” został całkowicie zrehabilitowany. Sąd Wojewódzki w Warszawie uznał, że Hieronim Dekutowski i skazani razem z nim jego podkomendni prowadzili działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego. W uzasadnieniu napisano m.in.: „Żołnierze AK działający później w organizacji WiN byli zmuszeni do przeciwstawienia się zbrojnej masowej eksterminacji, poprzez walkę zarówno z oddziałami NKWD, jak i wspierającymi je formacjami polskimi, tj. milicją, UB i tzw. Wojskami Wewnętrznymi. Była to walka potrzebna i celowa, polegająca na odbijaniu jeńców lub zapobieganiu morderstwom i aresztowaniom. Sąd Najwyższy określa to obecnie w swoim orzecznictwie jako prawo do zbiorowej obrony koniecznej. Nie ulega wątpliwości, że właśnie taki charakter miały działania zbrojne oddziału »Zapory«”.

Szczątki majora Hieronima Dekutowskiego zostały ekshumowane w 2012 r. na „Łączce” cmentarza na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

„Kto ma Jezusa ma wszystko”. Korespondencja MARII GIEDZ z Rwandy

Kiedy w Polsce, a dokładnie na jej południowo-zachodnich krańcach, rozgrywa się tragedia, tu w Rwandzie ludzie, którzy mają 1,5-2 dolarów na dzienne utrzymanie całej kilkuosobowej rodziny, mówią, że deszcz jest błogosławieństwem Boga i Jego dobrodziejstwem. Padający deszcz jest odetchnieniem dla wszystkich, można w tym czasie nie pracować, uciąć sobie drzemkę, a rośliny same będą rosnąć i głód przestanie doskwierać ludziom. Na informację o wodzie, która niszczy, zabiera ludziom dobytek, a nawet życie, Rwandyjczycy odpowiadają, że „kto ma Jezusa, ma wszystko”, a zło – również ta niszcząca woda – jest efektem „wielkiego brzucha”, czyli ludzkiego egoizmu.

Te mądrości prostych Afrykańczyków dają wiele do myślenia. A cytując o. Bartka, jednego z polskich misjonarzy ze Zgromadzenia Karmelitów Bosych, pracującego w Rwandzie, a dokładnie w Gahunga tuż pod wygasłymi wulkanami, można powiedzieć za nim że: „Czarownicy robią wiele złego wśród ludzi, szczególnie przez sianie nienawiści. Nie zaczarowują ludzi, ale ich czarują, zarabiając ładne pieniądze.” Tłumacząc to na nasze oznacza, że zalane domy i całe miasta w Polsce, to efekt złego gospodarowania wodą, braku myślenia i przewidywania. Afrykańczycy też mają problemy z myśleniem o przyszłości, gdyż żyją dniem dzisiejszym, ale nie sprzeciwiają się naturze. Wiedzą, że jeśli odbierze się kurom ich koguta i da innego, to jajka już nigdy nie będą takie same. Zresztą każde jajko jest inne, chociaż politycy twierdzą, że skoro jest okrągłe, to jest takie samo.

Ta kobieta kilka razy dziennie przychodzi z córką aby nabrać wodę z potoku potrzebną do picia, mycia, sprzątania. Fot. Maria Giedz

Nie można powiedzieć, że w Rwandzie nie ma powodzi, gdyż co roku pod koniec pory deszczowej, czyli pod koniec maja woda zbiera swoje żniwo. Kiedy ziemia nasiąknie wodą dochodzi do tragedii. Od lawin błotnych giną całe rodziny i ich domostwa. Jednak to nie znaczy, że wody trzeba się bać, trzeba tylko zapobiegać jej niesfornym zachowaniom. Tutaj, kiedy pada, kiedy jest burza, to cała ziemia jest zalana, to tak, jakby ktoś wylewał z wiadra wodę. A jednak, jeśli jednego roku rzeka wyleje, to w porze suchej pogłębia się jej koryto, buduje mury ochronne, wzmacnia kamiennymi tarasami, aby już w następnym sezonie nie wylała, aby nie podmyła drogi… Podobnie jest z domami. Rząd każe stawiać je na kamiennych podmurówkach głęboko wkopanych w ziemię, ale nie wszystkich na to stać. Przenoszą się więc coraz wyżej, budując byle co. Nic dziwnego, że w czasie ulewy obsuwający się stok zasypuje wszystkich. Trudno, trzeba się z tym pogodzić, tak Bóg chciał – N’Imana (Bóg to sprawił) i nikt się taką sytuacją nie stresuje. Chociaż tutejsze mass media istnieją w formie szczątkowej, to informacje o tragediach, m.in. o skutkach działalności niesfornej wody rozchodzą się bardzo szybko i to nie, jak za dawnych czasów, za sprawą bębnów, bo te używa się dzisiaj głównie do uświetniania najróżniejszych uroczystości, ale za pośrednictwem „ludzkich języków”. W radio mogą mówić, albo i nie, a ludzie i tak wiedzą swoje i nikt tej wiedzy nie zatrzyma.

Nie wiem, czy to przekona Polaków, ale Rwandyjczycy mają inną filozofię życia, zwłaszcza, że są przekonani, iż Bóg ukochał sobie Rwandę. Otóż po całym dniu ciężkiej pracy, kiedy to Imana (Rwandyjczycy od zawsze wierzyli w jednego Boga, nazywając go Imana, a kiedy pojawili się chrześcijańscy misjonarze Imana zastąpili Bogiem biblijnym, chociaż często w mowie potocznej nazywają Go Imana) w ciągu dnia obchodzi cały świat, sprawdzając jaka jest sytuacja w różnych jego krainach, na noc powraca do Rwandy do krainy wulkanów. Tu odpoczywa. Czy można się więc bać, stresować, żyjąc, a raczej śpiąc w towarzystwie Boga?

Rozdawanie darów

Ingabire ma 19 lat. Mieszka z młodszą niepełnosprawną siostrą. Zostawiła ją w domu, gdyż dzisiaj zeszła do Nyakinama, do centrum Adopcji Medycznej, gdzie raz na trzy miesiące rozdawane są dary dla rodzin z osobami niepełnosprawnymi. Nie poznałam jej siostry, nie dotarłam do ich domu, gdyż znajduje się wysoko w górach.

Nyakinama to teoretycznie mała wioska zamieszkana przez jakieś 40 tysięcy osób (Powierzchnia Rwandy jest co prawda nieduża, wielkości województwa lubelskiego, ale zamieszkuje ją 14 mln osób). Z tego około 9 tysięcy przynależy do parafii katolickiej, a pozostali? Religii tu jest wiele, głównie są to najróżniejsze sekty. Ponoć jest to najmniejsza katolicka parafia w całej diecezji, tak przynajmniej uważa o. Marek, polski misjonarz ze Zgromadzenia Księży Marianów. Niemniej właśnie w Nyakinama przy parafii działa centrum Adopcji Medycznej, pomagające osobom niepełnosprawnym, utworzone przez Zgromadzenie Sióstr od Aniołów. W rzeczywistości jest to pomoc Stowarzyszenia Ruchu Maitri w Gdańsku za pośrednictwem misjonarek z Nyakinama, czyli Sióstr od Aniołów.

Rozdawanie darów, każdemu po równo. Fot. Maria Giedz

Pomocą objęto 74 rodziny. Na 40 tys. mieszkańców to niewiele, ale wszystkim nie da się pomóc. Co trzy miesiące owe rodziny otrzymują od Sióstr „dary”. Na każdą rodzinę przypadają 3 kg suszonych małych rybek, 3 kg mąki z orzeszków arachidowych, 15 kg mąki kukurydzianej i tyle samo mieszanki złożonej z mąki soi, sorgo i kukurydzy (przygotowuje się z tego smaczny i pożywny napój igikoma). Do tego dochodzą trzy sztaple mydła (5 kostek w jednej sztapli) i 3 pojemniki z kremem na suchą skórę. Osobom patrzącym z boku może się wydawać, że to niewiele, ale dla tych ludzi, często samotnych matek wychowujących gromadkę dzieci, w tym jedno niepełnosprawne jest to bardzo dużo. Siostry pomagają głównie tym, którzy bez owej pomocy mieliby trudności z przeżyciem.

Każdemu przypada po 3 kg mąki z araszidów i 3 kg suszonych ryb. Fot. Maria Giedz

Odwiedziłam kilka domów, w których mieszkają niepełnosprawne dzieci. Są to zazwyczaj lepianki wykonane z suszonej cegły. Często nie ma tam elektryczności, wody, a nawet mebli. Za podłogę służy kamienista wulkaniczna ziemia, a za łóżko złożona na kilka razy gruba folia, pod którą leżą suche liście z bananowców, albo najróżniejsze trawy.

Jak już wspomniałam domu Ingabire nie widziałam, ale widziałam jej radość w oczach, kiedy otrzymywała owe dary. Zapakowała je precyzyjnie. Wcisnęła do dużego worka i do plecaka. Worek, ważący 36 kilo, przy pomocy drugiej kobiety położyła sobie na głowie. Na ramiona zarzuciła plecak i z trochę wymuszonym uśmiechem, a może grymasem od dźwiganego ciężaru, ale szczęśliwa wyruszyła w powrotną drogę do domu. Szła w plastykowych klapkach. Miała do pokonania trzy godziny marszu pod górę, bez możliwości dojazdu, bo droga do jej domu była wąska, kamienista i dosyć stroma. Zresztą nie miała pieniędzy na zapłacenie za motto-taxi. Jednak nie bała się trudności, bo chronił ją różaniec na nadgarstku i spory krzyżyk z Ukrzyżowanym Jezusem na szyi. Kiedy życzyłam jej szczęśliwej drogi, uśmiechnęła się, podziękowała i dodała Jezu aragukunda (Jezus cię kocha).

Tego worka nie da się samodzielnie podnieść i włożyć na głowę. Fot. Maria Giedz

Jakieś półtorej godziny po jej odejściu rozpętała się burza. Z nieba lała się woda, waliły pioruny. Myślami byłam z Ingabire. Mam nadzieję, że się gdzieś schroniła, że deszcz nie rozmókł mąki, że ktoś pomógł zdjąć jej ciężar z głowy i ponownie włożyć, chociaż tego dnia burza skończyła się już po zmroku. Czy Ingabire szczęśliwie dotarła do domu?

Przeżyć za 1,5 dolara

Nie udało mi się odwiedzić wszystkich 74 rodzin. Dotarłam zaledwie do kilku. Jednak tylko w jednej rodzinie czuło się nieco wyższy standard niż u pozostałych. Mieli cztery pomieszczenia mieszkalne, kuchnię z kamiennym paleniskiem oraz czystą toaletę z dziurą w ziemi. Wszędzie było bardzo czysto. Zapytałam ich o wodę. Odpowiedzieli, że przynoszą ją „na głowie” z daleka. W obejściu mieli też dwie kozy, ucieszyłam się więc, że mają dla dzieci mleko. Roześmiali się. W Rwandzie nikt kóz nie doi. Mleko może być tylko od krowy. Kozy są zbyt małe. Nie uzbierałoby się dziennie nawet filiżanki. Ta rodzina przynależy do Kościoła anglikańskiego. Składa się z obojga rodziców i czwórki dzieci. To najmłodsze, kilkumiesięczne, o imieniu Donatilla, od razu przylgnęło do mnie. Wsadzono mi je na kolana, gdyż bez lęku wyciągało rączki. Dwójka starszego rodzeństwa była w szkole prowadzonej przez Kościół anglikański. Trzyletni Brawe nie chodzi. Na obu nogach ma pozakładane protezy, niestety już zbyt krótkie. Trzeba je wymienić. Siostra Agnieszka ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów, przełożona afrykańskiej misji w Rwandzie już o tym myśli, ale protezy dla chłopca są bardzo drogie. Zadałam więc rodzicom chłopca pytanie, dlaczego nie zwrócą się o pomoc do anglikanów, przecież są w anglikańskiej wspólnocie. Odpowiedzieli mi, że w Rwandzie tylko katolicy ludziom pomagają, nawet jeśli przynależą do innego Kościoła.

Anglikańska rodzina z 3-letnim Brawe i kilkumiesięczną Donatillą w ogrodzie z bananowcam. Fot. Maria Giedz

Centrum Adopcji Medycznej nie dzieli ludzi. Obejmuje pomocą wszystkich potrzebujących.

Matka 6-letniego Bonego w niedużym salonie urządziła sklepik, w którym sprzedaje własnoręcznie wyciśnięty sok z bananów potrzebny do produkcji piwa. Fot. Maria Giedz

W większości domów, które odwiedziłam kuchnia składa się z kilku kamieni służących za palenisko. Na przykład mama 6-letniego Bone, który uległ wypadkowi, gotuje przed domem, bo nawet kuchni nie ma. Aby się umyć, czy skorzystać z toalety idzie do sąsiadów. Jej syn nie mówi, nie chodzi. Jego ojciec uciekł przed odpowiedzialnością, zostawiając syna i żonę. Matka Bonego w niedużym salonie urządziła sklepik, w którym sprzedaje własnoręcznie wyciśnięty sok z bananów potrzebny do produkcji piwa. Banany kupuje na targu, potem na podwórku u sąsiadów, w dużej dzieży przeciska banany przez gęstą, zrobioną z drewnianych żerdzi drabinkę. Później je jeszcze ugniata, przecedza, wlewa do kanistrów. Nie ma żadnych maszyn, wyciskarek, czy innych urządzeń. Tu w Rwandzie wszystko robi się ręcznie, niezależnie od tego czy jest to praca na roli, czy budowa drogi, domu… W sezonie urodzaju na banany kobiecie tej udaje się zarobić 50 tys. franków, czyli ok. 37 dolarów, a poza sezonem? Wychodzi na to, że w najlepszym przypadku ma na dzienne utrzymanie dla siebie i syna nieco więcej niż dolar. Chłopiec nie ma przed sobą żadnej przyszłości. Być może pomogłyby leki, ale są drogie, trzeba je sprowadzać. Poza tym winien przejść kilka operacji, a w Rwandzie nie ma takiego szpitala, który mógłby go zoperować.

Kolejny dom i kolejna tragedia 

Sandrine ma 18 lat. Mieszka ze starą matką i starszym bratem. To on jest jedynym żywicielem rodziny. Sam nie może się ożenić, bo nie ma na to pieniędzy. Ich ojciec zmarł wiele lat temu. Ich dom składa się z dwóch pokoi i przedsionka szumnie zwanego salonem. Żyją właściwie po ciemku, bo nie mają ani światła, ani wody. Za to mają świnię, kozę i trzy kury. Żeby doładować telefon chodzą do sąsiadów mieszkających przy głównej drodze, czyli muszą przejść ponad kilometr. Matka Sandrine pochwaliła się, że ma malutką latarkę na baterię, którą w nocy może oświetlić pomieszczenie. Sandrine całe dnie spędza leżąc na ziemi. Czasem matka sadza ją na inwalidzki wózek, ale i tak nigdzie jej nie zawiezie, bo wszędzie są duże kamienie. Dziewczyna, nie dosyć, że jest cała powykręcana, to też nie mówi, tylko słyszy. Nikt nawet nie myśli o jej leczeniu, bo gdzie i za co?

18-letnia Sandrine z matką mieszka w domu, w którym nie ma ani wody, ani elektryczności. Fot. Maria Giedz

Już przestałam liczyć, która to rodzina i który dom. W jednym z nich zastałam ojca z synem. Właściwie to nie był dom, tylko jakaś naprędce sklecona z kamieni i suszonych cegieł komórka, przykryta blachą, przez którą widać niebo. Rodzina ta składa się z pięciu osób. Dwójka małych dzieci była w szkole, matka pracowała u sąsiadów na polu. Spotkałam ją kilka dni później, gdy przyszła do centrum Adopcji Medycznej po dary. Sama podeszła do mnie i się przywitała. Długo nie mogłam zrozumieć kim jest, ale Leonidas, pracownik centrum przypomniał mi kilkunastoletniego niepełnosprawnego umysłowo chłopca o imieniu Jan de Dieu. To on, jako jedyny nie był życzliwy obcym. Kiedy zobaczył białą kobietę, jedynym jego gestem była prośba o pieniądze. Długo nie mógł zrozumieć, że nie można tak nachalnie prosić o datek. Jego ojciec pracuje tylko przy domu, bo ktoś musi się opiekować silnym i agresywnym chłopakiem.

Pytam miejscowych, jak sobie z tym wszystkim radzicie, a oni odpowiadają:, „kto ma Jezusa, ma wszystko” – to wystarczy im do szczęścia. Wychodzę na drogę i widzę ciężarówkę z napisem na chlapaczu: „Jezu ufam Tobie”. Na innej udało mi się sfotografować: „Jezus Miłosierny”. Ciekawy to kraj!!!

Jezus Miłosierny-napis na chlapaczu ciężarówki. Fot. Maria Giedz

 

WALTER ALTERMANN: Uśmiech Stalina i zagrożone interesy mocarstw

Wojny, jak pisałem i będę o tym przypominał, nie wybuchają przypadkiem, niechcący i bez powodu. To wierutne kłamstwo ciągnie się od czasów wybuchu Wielkiej Wojny, czyli I wojny światowej, której powodem było rzekomo zabójstwo austriackiego następcy tronu.

28 czerwca 1914 roku, gdy serbski nacjonalista Gawriło Princip zastrzelił arcyksięcia Franciszka Ferdynanda Habsburga i jego żonę Zofię Chotek. Do dzisiaj powtarza się wierutne kłamstwo, że śmierć Franciszka Ferdynanda była powodem wybuchu wojny. Owszem była pretekstem, ale wojna „wisiała w powietrzu” od dawna. Francja i Wielka Brytania czuły się zagrożone wzrastającą potęgą Niemiec oraz ich żądaniami kolonii. Francuzi obawiali się dalekosiężnych skutków zjednoczenia Niemiec (1866-1871), które uczyniło z Niemiec nową potęgę ekonomiczną, pamiętali też swą przegraną wojnę z Prusami w latach 1870 – 1871. Poza tym – a może to było najważniejsze – Niemcy zaczęli wypychać z rynku europejskiego i światowego produkty francuskie i brytyjskie, bo ich przemysł był wydajniejszy i bardziej nowoczesny.

Z kolei Austro-Węgry musiały stawiać czoła wzrastającym tendencjom narodowym na Bałkanach, ale także na Słowacji, w Czechach i Galicji. Te wolnościowe aspiracje ludów słowiańskich były finansowane przez Rosję, która stawała się patronem wolności Bałkanów.

Jak powiada stare porzekadło, gdy problemy są duże i nie wiadomo jak je rozwiązać, najlepiej jest wywołać wojnę. I takie były prawdziwe powody wybuchu I Wojny Światowej, i dlatego ona wybuchła.

Powody wybuchu II wojny światowej

Najpierw trzy „poszkodowane” traktatem wersalskim państwa, czyli Niemcy, Austria i Rosja (ZSRR) nie zaakceptowały nigdy postanowień Traktatu Wersalskiego. Te trzy dawne imperia marzyły i dążyły do odbicia sobie tego, co (ich zdaniem) zostało im bezprawnie odebrane. ZSRR miał jeszcze interes ideowy – chciał nieść zarzewie rewolucji w Europie i szerokim świecie.

W tym, żeby II wojna światowa wybuchła zainteresowane były także Włochy i Japonia. Mussolini wmówił całkiem niemałej grupie rodaków, że są duchowymi potomkami Rzymian i spadkobiercami Cesarstwa Rzymskiego – Cezara, Pompejusza, a nawet Nerona. I naród włoski oszalał, bo uwierzył. Na szczęście dla świata, wszystko w Italii ma charakter operowy. To znaczy forma przeważa nad treścią. I tak samo było z faszyzmem, którego twórcą był właśnie Mussolini. Faszyzm był straszny, o czym mogą zaświadczyć mieszkańcy Etiopii, prześladowani i mordowani ludzie lewicy, ale bez porównania mniej okropny niż hitleryzm.

Japonia już w latach 30. XX wieku zaczęła budować swoje imperium, zgarniając niemałą część Chin, a jej apetyt sięgał większości Azji, a nawet Australii. Wzrost znaczenia Japonii był zagrożeniem przede wszystkim dla USA, które nie chciały mieć na swej zachodniej granicy żadnego mocarstwa. Nadto, Japonia dowiodła już swej sprawności i siły pokonując na Dalekim Wschodzie, w latach 1904-1905 roku, Rosję.

Kłamstwa o pakcie Ribbentrop – Mołotow

Rosja ma na sumieniu współudział w wybuchu II wojny światowej, bo bez paktu rosyjsko-niemieckiego, podpisanego 23 sierpnia 1939 roku przez Mołotowa i Ribbentropa, z pewnością Niemcy nie odważyliby się zaatakować Polski.

Po pierwsze wojna polsko-niemiecka trwałaby dłużej, na tyle dłużej, że Francja mogłaby przejść do ataku. Po drugie – nawet bierność ZSRR uniemożliwiałaby Niemcom atak na Polskę, bo sąsiadowaliby z niepewnym mocarstwem, które mogło obrócić się przeciw nim.

Powiedzmy wyraźnie – pakt Ribbentrop-Mołotow nie był paktem obronnym, bo było to porozumienie agresorów. Oficjalnie ten pakt nazywa się paktem o nieagresji, ale cała prawda o nim zawarta jest w tajnych załącznikach, z których wynika, że mamy do czynienia z porozumieniem o nowym podziale Europy.

Zachodnie służby wywiadu od początku wiedziały jaka jest treść tajnych załączników do paktu, a upewniły się w tej wiedzy po 17 września 1939 roku. Ale milczały, bo przewidywały, że Niemcy jednak niebawem napadną na ZSRR.  A po co denerwować, po co obrażać potencjalnego sojusznika? Taki to był wtedy interes Zachodu.

Carskie szczęście i uśmiech Stalina

My, Polacy widzimy w pakcie Ribbentrop – Mołotow jedynie umowę o wspólnej napaści na Polskę i jej podziale. To nasz duży błąd, bo ten pakt mówił o czymś jeszcze. W tajnym protokole dodatkowym Niemcy i Rosja dokonywały podziału między strony stref wpływów w Europie Środkowej, tym samym gwałcąc niepodległość i suwerenność terytorialną Polski, Litwy, Łotwy, Estonii, Finlandii i Rumunii.

Wskutek zmowy obu zbrodniczych reżimów Niemcy mogli nie tylko wrócili do starych granic, ale jeszcze je powiększali, kosztem bytu Polski. A Józef Stalin był uśmiechnięty, bo szczęśliwy. Wszedł bowiem w skórę carów, a najbardziej Piotra I Wielkiego i Katarzyny II Wielkiej. Stalin został jednym z niewielu carów, którzy powiększyli terytoria. I zyskał uznanie Rosjan, bo oni tym bardziej kochają Mateczkę Rosję, im bardziej jest grubsza.

Radość powojennej Europy

Ponieważ ZSRR kończył II wojnę światową jako sojusznik USA i Wielkiej Brytanii, politycy Zachodu nie podejmowali spraw bezmiernego terroru w ZSRR. Co więcej w nowym podziale świata, dokonanym przez Stalina i Roosevelta (przy nietęgiej minie, ale siedzącego cicho  Churchilla) opinia Zachodu widziała idealne rozwiązanie i wieczystą nadzieję na pokój. Owszem Roosevelt obdarował Stalina państwami bałtyckimi, Polską, Czechosłowacją, Węgrami, Rumunią i Bułgarią, ale na świecie jednak zapanował spokój i pokój.

Żeby zrozumieć postępowanie USA w Teheranie, Jałcie i Poczdamie, co nie znaczy, że musimy je akceptować, należy  zrozumieć, że USA miały interesy na wszystkich zaludnionych kontynentach, a Europa Środkowa była dla nich jedynie małą częścią świata. USA niebywale wzmocnione gospodarczo II Wojną  Światową, szykowały się już na prawdziwy podbój świata, szykowały się do dekolonizacji, co otwierało przed nimi niebywale wielkie rynki zbytu.

Owszem, mówiło się (ale ciszej) o samostanowieniu, wolności narodów i demokracji, jednak były to słowa rzucane lekko, bez grożenia konsekwencjami. Można powiedzieć, że USA chciały jedynie zawstydzić Stalina. Jednak ten masowy morderca był człowiekiem bezwstydnym i wiedział swoje, że co w garści, to w garści. Można powiedzieć, że ekonomicznym zwycięzcą II Wojny Światowej zostały USA, a terytorialnym ZSRR.

I to zaspakajało ambicje i interesy obu mocarstw. USA zawsze kierowały się własnym interesem ekonomicznym, jako państwo założone w walce o niepłacenie należnych podatków. Bohaterami USA od zawsze byli biznesmeni, którzy wzbogacili się szybko. A to, że po drodze kradli, wchodzili w karalne układy z władzą… to im wybaczano. Tak jak królom, tym pomazańcom bożym, wybaczano właściwie wszystko.

Rosja natomiast (także pod tymczasowym szyldem ZSRR) umie jedynie walczyć o terytoria. Rosja nigdy nie była i nie jest do dzisiaj miejscem, w którym serio traktuje się ekonomię, rozwój i dobrobyt społeczeństwa. Rosja jest więźniem iście średniowiecznego myślenia, że szczęście państwa polega na tym, żeby było jak najbardziej rozległe i miało jak największą armię. A bohaterami Rosji są waleczni generałowie.