WALTER ALTERMANN: Sztuczna inteligencja kontra żywa głupota

Być może sztuczna inteligencja jest u nas bardziej rozpowszechniona niż sądzimy. I nie mam na myśli naszych prominentnych polityków, bo w ich przypadku wchodziłaby jedynie wersja mocno uproszczona.

Taki algorytm, który sprowadzałby się do umożliwienia kopania i moralnego unicestwiania przeciwników – z pominięciem „realnych faktów”, a z zastosowaniem „faktów fikcyjnych”. Oczywiście wiem, że każdy fakt jest prawdziwy i realny, ale napisałem tak, żeby oddać ducha kierującego naszymi politykami.

Sztuczna inteligencja w Krakowie

Najczęściej widać i słychać sztuczną inteligencję w radiach i telewizjach. Najgłośniejszym jest przypadek Off Radia Kraków, która to stacja zrealizowała (przy użyciu sztucznej inteligencji) audycję z udziałem nieżyjącej już od 12 lat naszej noblistki, Wisławy Szymborskiej. Skandal polega na tym, że autorzy i stacja nie zaznaczyli wystarczająco czytelnie, że wypowiedzi poetki nie są archiwalne, ale pochodzą z montażu tekstów prasowych i książkowych, a głos Szymborskiej jest tworem AI. To znaczy, z zachowanych materiałów archiwalnych, w których poetka mówiła, wypreparowano jej głos, poddano go cyfrowej obróbce i przy pomocy algorytmów AI stworzono jej nowe wypowiedzi.

Tym sposobem można teraz użyć każdego głosu, do każdego tekstu. I można stworzyć audycję, w której tow. Gomułka chwali Adama Michnika, Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego. A nawet stworzyć audycję, w której ta czwórka dyskutuje i obsypuje się komplementami.

Prawdopodobnie i niestety sztuczna inteligencja objawia się także w programach polskich stacji telewizyjnych. Piszę „prawdopodobnie”, bo nie sądzą, żeby żywy człowiek mógłby być tak głupi, jak sztuczni lektorzy, co stacje udowadniają seryjnie choćby przy podkładaniu polskiego tekstu pod programy zagraniczne.

Operacja Bagrejszyn

Ostatni przykład działania AI znalazłem w programie historycznym kanału Viasat History Polsat, który nosił tytuł „II wojna światowa. Cena imperium. Odc. 11”. Audycja jest brytyjska i opisuje dzieje II wojny światowej. Jest interesująca, bo przedstawia tę wojnę z brytyjskiego punktu widzenia. Czyli nie ma w nim  mowy o błędach i złych decyzjach Brytyjczyków.

Przedstawiając zmagania Niemców z ZSRR na froncie wschodnim lektor czyta, że jedną z największych operacji na froncie wschodnim była operacja Bagrejszyn. Być może tak było w wersji brytyjskiej, ale czy Polak musi powtarzać błędy poddanych Jego Królewskiej Mości? Operacja ta nazywała się „Bagration” i była nazwą dla rosyjskich zamierzeń i działań. Żaden tam „bagrejszyn”, ale „bagration”!

Wstyd, że nikt w Polsacie, tak wielkiej firmie, o czymś takim nie słyszał. A wystarczyło, żeby redaktor programu w polskiej wersji językowej wszedłby na stronę Wikipedii, gdzie znalazłby poniższą informację: „Operacja „Bagration” (ros. Операция Багратион), również Białoruska Strategiczna Operacja Ofensywna – ofensywa strategiczna Armii Czerwonej, przeprowadzona w dniach 22 czerwca–31 sierpnia 1944. Doprowadziła do prawie całkowitego zniszczenia wojsk niemieckich Grupy Armii Środek na terenie Litwy, Białorusi i wschodniej Polski. Była to prawdopodobnie największa klęska Wermachtu a podczas II wojny światowej. Operacja została nazwana na cześć gruzińskiego księcia i rosyjskiego generała Piotra Iwanowicza Bagrationa poległego w bitwie pod Borodino.”

Od siebie dodam, że bitwa pod Borodino miała miejsce podczas wojny francusko-rosyjskiej w 1812 roku. I że Bagration żył w latach 1765-1812. Oraz i to, że dla Rosjan Bagration jest bohaterem narodowym.

Czekam na moment, w którym któryś z ludzi Polsatu powie, że naczelnym wodzem wojska polskiego w kampanii wrześniowej 1939 roku był Eduard Rajdz Smigły. Dla słabo wtajemniczonych w historię powiem, że ów marszałek nazywał się Edward Rydz-Śmigły.

Czego nie wylewać razem

Polsat, audycja „Punkt widzenia”. Będący rozmówcą dziennikarza, ekspert profesor Stanisław Ossowski naraz rzuca w przestrzeń stare porzekadło, ale z lekka i bez sensu przerobione: „Nie wylewajmy mleka z kąpielą”.

Zabawne, bo kto się ostatnio kąpał w mleku? Ostatnio Kleopatra, która regularnie kąpała się w mleku z dodatkiem miodu i płatków róż, by jej skóra była gładka. Podobno na jedną kąpiel potrzebowano mleka 700 oślic. Natomiast stare porzekadło brzmi: „Nie wylewajmy dziecka z kąpielą”. Naprawdę nie warto kombinować przy starociach, zostawmy je takimi, jakie są.

Łapówki na boiskach

Alvares przyjął piłkę dość przychylnie” – mówi sprawozdawca meczu piłki nożnej, 15.10.2024 roku, w Canal +. Z całym szacunkiem dla mówiącego, dość to pokraczne zdanie. Tym bardziej, że przychylność oznacza w języku polskim skłonność do udzielenia komuś pomocy, ułatwienie komuś załatwienie jakiejś sprawy,

Przychylność jest też eleganckim synonimem łapówkarstwa, bo dzięki łapówce wręczonej urzędnikowi można uzyskać to, co bez „przychylności” byłoby nie do załatwienia.

Orientuje się czy wie?

W czasie posiedzenia komisji ds. Pegasusa jeden z członków komisji pyta Krzysztofa Brejzę: „Czy orientuje się pan o innych osobach, które były podsłuchiwane?”

Recz w tym, że orientować się nie jest tożsame z wiedzą. Poprawnie poseł powinien zapytać: „Czy zna pan nazwiska innych podsłuchiwanych osób?” Nadto zauważę, że orientować się można w czymś, że wspomnę o kierunkach świata, orientowaniu map na kierunek północny.

Wektory

W czasie tego samego posiedzenia Komisji przewodniczący zapytał także Krzysztofa Brejzę tak:

Jakie były powody takich nieprzyjemnych dla pana działań?

Były dwa wektory…  –  odpowiada zupełnie niezrozumiale p. Brejza.

Po czym wyjaśnia, że były dwa cele podsłuchujących, w związku z czym podsłuchujący mieli dwa kierunki działań.

Dlaczego zatem p. Brejza zupełnie bez sensu mówił o wektorach? A, bo to jest elegancko, modnie i z klasą – według niego. Ale czym są te cholerne wektory? Wektor to obiekt matematyczny opisywany za pomocą wielkości: modułu lub wartością, kierunku wraz ze zwrotem (określającym orientację wzdłuż danego kierunku); istotny przede wszystkim w matematyce elementarnej, inżynierii i fizyce

Dlaczego p. Brejza nie powiedział od razu o celach? Myślę, że choć jest z wykształcenia prawnikiem to jego domową pasją są: wyższa matematyka stosowana, fizyka molekularna i inżynieria mostów, które łączą dwa brzegi – sensu i bezsensu.

Zauważmy też, że po chwili p. Brejza dodał, gdyby ktoś miał trudności zrozumienia kwestii z wektorami:

To była akcja open spejs.

Komisja zrozumiała, bo jednocześnie wszyscy jej członkowie pokiwali głową, na znak że zrozumieli. A ja nie zrozumiałem, bo komisja była polska i świadek komisji też był Polakiem. I nie mam zamiaru rozumieć świadków komisji, mówiących jakimś politycznym slangiem. Istnieje też możliwość, że p. Brejza, nauczony przykrymi doświadczeniami, celowo mówił w dwóch językach naraz, żeby zmylić kolejnych podsłuchujących.

A „open spice” to we współczesnym żargonie politycznym przestrzeń otwarta, przestrzeń publiczna, miejsce dla wszystkich, także przestrzeń wymiany idei i poglądów, oraz oczywiście plotek.

 

WALTER ALTERMANN: Nasz głęboko skrywany wstyd

Oglądając nasze telewizje musimy bardzo uważać. Szczególnie jeżeli jesteśmy już ludźmi starszymi. Bo oto w eleganckiej, czasem nawet miłej formie telewizje mogą wciskać nam kit.

Niby mówią do nas językiem polskim, niby rozumiemy co mówią, ale przecież nie do końca. Bowiem słowa, w ciągu ostatnich lat, zmieniły swoje podstawowe znaczenia, bardzo wiele przykrych słów po prostu zniknęło z obiegu, zastąpiono je określeniami tak ogólnymi, że nie znaczą już tego, co oznaczały jeszcze 25 lat temu.

Tak stało się m.in. z bezdomnością, człowiekiem bezdomnym i problemem bezdomności. Ot, opakowano problem tak, że ni za cholerę nie wiadomo dziś o co chodzi. Czy o konkretnego, żywego człowieka, czy też o jakiś bliżej nieokreślony dylemat socjologiczny. A pomiędzy człowiekiem a problemem naukowym jest zasadnicza różnica.

Powie ktoś, że współczesność wymaga od nas nienazywania rzeczy po imieniu i dlatego mówimy o ludziach niepełnosprawnych (a nie o kalekach), o niskorosłych (a nie o karłach) i ludziach z deficytem intelektualnym. Myślę, że takie łaskawe, subtelne i delikatne traktowanie bezdomnych to zbytek elegancji. Im potrzeba pomocy materialnej, a nie kulturalnych słówek.

Osoby w kryzysie bezdomności

21 października 2024 roku, na antenie TVP, młoda dziennikarka ze Szczecina przedstawiła osiągnięcia tamtejszych władz miejskich. Okazało się, że miasto będzie miało dla osób w kryzysie bezdomności ogromna ofertę zimową: ogrzewalnie, ciepłe posiłki, możliwość wyprania ubrania oraz nowe, czyste ubrania. A tych osób jest w mieście około 850.

Napisałem, że dziennikarka była młoda, bo młodzi promienieją na świat urodą, zdrowiem i życiową energią. I tak było w tym przypadku. Niestety owa dziennikarka (jak większość młodych ludzi) nie była skłonna do jakieś najmniejszej refleksji. Ona była nastawiona na triumfalne obwieszczenie światu, że władze Szczecina są bardzo dobre dla „osób w kryzysie bezdomności”.

Najpierw zastanówmy się kim są te osoby. To są ludzie bezdomni, czyli tacy, którzy nie mają gdzie spać i żyć. I taki stan dla większości z nas jest przerażający. Ale najbardziej okrutny jest dla samych   bezdomnych.

Bezdomni?

Widujemy ich często w większych miastach, jak włóczą się bez celu, smutni z martwymi oczami, jakby niczego dobrego już się nie spodziewali. Czasem nawet cuchną. I nie pasują do współczesnych miejskich pejzaży. Wokół nowe domy, reklamy dóbr wszelakiego użytku, drogie, błyszczące samochody – a tu oni. Ukuto nawet bardzo pogardliwą nazwę dla tych ludzi – menele.

Czasami bywają obiektami żartów i dowcipów sytych mieszczan. A niekiedy jakaś zdziczała młodzież zakatuje takiego człowieka na śmierć, czasami nawet podpali. Summa summarum – nie lubimy tych ludzi, bo są dla nas wyrzutem sumienia, że nic dla nich nie robimy. Co do tych wyrzutów sumienia, to chyba trochę przesadziłem. Dla większości z nas są po prostu obojętni. Bezdomni dla sporej grupy „mieszkających” są też zagrożeniem, bo mogą podpalić strych ich domu, zanieczyścić piwnicę lub schody – jeśli zdołają się tam wedrzeć. No i ten niechlujny, brudny wygląd, te zapachy, jakie rozsiewają…

I dlatego nie mówimy „bezdomni” ale „osoby w kryzysie bezdomności”. Jakbyśmy chcieli oszukać samych siebie, że nawet przy naszej bierności, ci „kryzysowicze” jakoś tam staną na nogi i jakoś tam zdobędą swój kąt do życia. Jest to rodzaj współczucia, który nic nie kosztuje, a pozwala nam wierzyć, że jednak jesteśmy humanitarni i dobrzy, bo jednak poświęcamy tym biedakom ulotną chwilę w naszych mózgach.

Jak pomagać i komu?

Z bezdomnymi jest problem i to bardzo duży. Musimy przyjąć do wiadomości, że nie wszystkim z nas życie musi się udać, że nie wszyscy jesteśmy skazani na życiowy sukces. Musimy otworzyć się na naszych biednych, także bezdomnych rodaków. I musimy postarać się im pomagać, żeby mogli godnie żyć.

Żaden polski rząd niczego w tej sprawie naprawdę nie zrobi, bo zaraz podniesie się krzyk, że oto wszyscy żyjemy biednie, więc dlaczego pomagać akurat najbiedniejszym. Przecież oni są sami sobie winni, bo mogli żyć inaczej! Nie wierzą Państwo – to skąd biorą się głosy potępienia rządów (obu ostatnich) za pomoc, którą Polska otoczyła Ukraińców? Tych, co uciekli przed wojną.

Zanim zaczniemy poważnie rozmawiać o tym jak nieść pomoc „odrzuconym” musimy mocno uderzyć się w piersi i wyznać, że obecne polskie społeczeństw jest niezwykle egoistyczne. Potrzebny byłby powszechny rachunek sumienia z miłości do bliźniego, którego mamy kochać jak siebie samego.

Rachunki sumień naszych

Jedynym znanym mi autorytetem, w sprawie powszechnego przyznania się nas wszystkich do egoizmu, jest Kościół. Najpierw jednak nasz Kościół i kler powinny przyznać się, że sami żyją nad stan społeczeństwa. A potem brać się do wzruszenia sumieniami wszystkich.

Cnota życia w ubóstwie towarzyszyła Kościołowi u jego zarania. Głosił je, sam żyjąc w ubóstwie święty Benedykt. Ale już w  środkowym Średniowieczu ta cnota została zapomniana. A jest ona fundamentem religii chrześcijańskiej. Ale, że Kościół tworzą ludzie, niewolni od pychy i zarozumialstwa – jest jak jest. Przy czym powtórzę, że przez Kościół rozumiem ewangelicznie nas wszystkich.

Wspaniali, czy tacy sobie?

Polacy są zdolni do nagłych bohaterskich zrywów, do chwilowego poświęcenia, ale mozolna, uciążliwa i wieloletnia praca nas męczy. Potrafiliśmy pomóc Ukraińcom, uciekającym spod bomb Putina. Ale już po dwóch latach mamy pretensje, że ich utrzymanie kosztuje. Choć ekonomiści twierdzą, że ci z Ukraińców., którzy u nas zostali ciężko pracują na swoje utrzymanie, przysparzając też korzyści państwu i budżetowi.

Potrafiliśmy przejąć się i pomóc ofiarom powodzi na Dolnym Śląsku. Tak, to potrafimy doskonale. Ale są w Polsce problemy, które wymagają wieloletnie wysiłku, poważnego skupienia się i pracy od podstaw. Poczynając od kontaktu z biednymi i bezdomnymi. I tego właśnie nie potrafimy, bo jesteśmy niestali i cechuje nas szlachetna, ale jednak płochość i krótkotrwałość zainteresowań.

Nie ma ludzi lepszych i gorszych. Nie ma także narodów lepszych i gorszych. Nikt nie jest lepszy od bezdomnego. Na tym polega humanizm. A jeśli nie ma humanizmu, pojawia się zezwierzęcenie. Uważajmy na siebie, bo złą kroczymy drogą.

 

HUBERT BEKRYCHT: Newsshit, czyli zaoczny wyrok na księdza i urzędniczki

Kloaczne wpisy zawodowych hejterów nie są tak dotkliwe dla uwolnionych z aresztu księdza Michała Olszewskiego i dwóch urzędniczek jak skandaliczne tytuły w mediach rządowych. Są one specjalnie eksponowane, aby upokorzyć więźniów politycznych Donalda Tuska i Adama Bodnara.

Mediami rządowymi nazywam nie tylko nielegalnie przejęte przez rząd media publiczne w grudniu 2023 r., kiedy to bezprawnie wprowadzono marionetkowe władze w TVP, PR i PAP, ale i media przychylne od lat obecnej koalicji liberałów, ludowców i lewicy. To one w czasie 7-miesięcznego aresztu księdza i urzędniczek już ich osądziły. Do upokorzeń i tortur, które zastosowali bodnarowcy doszły jeszcze razy rozdawane przez rozgrzanych „dziennikarzy” wychwalających rząd 13 grudnia i nowego ministra resortu „sprawiedliwości”. Przyjęto za pewnik, że ksiądz i dwie urzędniczki są przestępcami. Jakie przestępstwo im się zarzuca? Nie do końca wiadomo, bo prokuratorzy, tuż przed końcem terminu tymczasowego aresztowania dodawali jeszcze kolejne zarzuty… Aż do 25 października 2024 roku.

Newsshit

Pewne jest jedno, w prawie polskim, nazywanym nawet teraz cywilizowanym, obowiązuje zasada, że to sąd orzeka o ewentualnej winie. Nie prokuratorzy. Nie usłużne obecnej władzy media. Nie ludzie na forach internetowych wspomaganych przez niektórych koalicyjnych polityków. Prawdziwą jednak porażką demokracji jest to, że argumenty obrony w mediach prorządowych nie istnieją.

Skandalem absolutnym – pominę emocjonalne określenia cisnące się na usta – są ataki na aresztowanych i kpiny z księdza oraz dwóch kobiet. Nie ma takiego systemu etycznego usprawiedliwiającego to, co napisał na platformie X tygodnik Newsweek, który na internetowym profilu poprzedził swój artykuł o wyjściu z aresztu księdza określeniem: „Ks. Olszewski opuścił areszt. Na głowie brak śladów po cierniowej koronie”. I tak to tu zostawię prosząc wszystkich o zapamiętanie tego wpisu, być może kiedyś odważnie ujawni się autor schowany za logo tygodnika.

…i inni

W Polskim Radiu 24 europoseł Michał Szczerba z KO powiedział, że ciekaw jest, skąd wpłacający kaucję mają tyle pieniędzy. „Może jest to łapówka za milczenie tego księdza” – błysnął Szczerba. Oczywiście dziennikarka prowadząca rozmowę nie zapytała skąd takie sugestie naczelnego śledczego formacji rządzącej.

Lewicowy portal Oko press nie bawi się w „subtelności” cytatów politycznych. Umieszcza grafikę z paskiem na oczach księdza Olszewskiego i obok niego publikuje zdjęcie Zbigniewa Ziobro. Myślimy teraz obrazkiem, zatem Oko press – zdaniem wielu odbiorców – chce przekazać, że obaj są przestępcami.

Rzeczpospolita ma najwięcej błota na rękach, bo jej redaktorzy sugerują, że kaucja za księdza i urzędniczki przepadnie…Znowu sugestia winy. Szanowany niegdyś tytuł sięga dna. I to nie tylko dziennikarskiego dna, ale Atradycyjnie ktoś puka od spodu. To Gazeta Wyborcza. W „artykule” o wyjściu na wolność księdza Michała Olszewskiego, Urszuli Dobejko i Karoliny Kucharskiej, GW napisała, że duchowny był witany „grupę osób wspierających go mimo zarzutów, które na nim ciążą”.

Zapamiętajmy te tytuły i te słowa.

 

Wcześniej, 13 października 2024 r. podczas Zjazdu delegatów Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, przyjęto uchwałę ws. księdza Olszewskiego i dwóch urzędniczek a nowa prezes SDP dr Jolanta Hajdasz napisała do więzionego jeszcze wówczas duchownego list z poparciem naszego środowiska.

List Jolanty Hajdasz prezes SDP do księdza Michała Olszewskiego

 

WALTER ALTERMANN: Promenada szoferek

Coraz częściej dziennikarze zanurzają się w oceanie mętnych skojarzeń. Coraz częściej też posługują się językiem przenośni, metafor, paraboli, epitetów, porównań, oksymoronów, hiperbol i innych środków wyrazu poetyckiego.

Skutek „poetyzacji” języka, tak prostych zajęć jak bieganie, skakanie, rzucanie, kopanie piłki i odbijanie piłeczek jest taki, że odbiorca się gubi i nie wie, czy ogląda dyskusję literacką, czy też tylko transmisję sportową. Przy czy akurat ja lubię obie, choć jestem przeciwnikiem mieszania kultury z kulturą fizyczną.

Oczywiście dziennikarzom, zajmującym się sportem nudzi się w kółko i ciągle opowiadać o plasowanym podaniu, udanym smeczu i genialnym wyjściu z dołków. I dlatego odlatują wysoko, aż nikną w chmurach poezji.

Nieszczęsna promenada

„Mieliśmy na boisku całą promenadę gwiazd” – mówi dziennikarz sportowy TVP 24. 10. 2024 roku. Zapewne chciał powiedzieć „plejadę gwiazd”, ale powiedział jak powiedział. Wyjaśnijmy zatem te dwa zawroty, ku przestrodze innych poetów mikrofonu i kamery.

Promenada gwiazd to bardzo nieudana próba poetyckiego nawiązania do zwyczaju, zaistniałego w Hollywood, a skopiowanego (jak zawsze) w niektórych polskich miastach. Zwyczaj ten polega na tym, że wielkie gwiazdy (głównie filmu) mają na deptakach, na promenadach swoje mosiężne tablice z nazwiskami. W ten sposób władze miast chcą uczcić wielkich rodaków, a swoim mieszkańcom dać do zrozumienia, że są oni mieszkańcami ważnych metropolii lub znanych miejsc wypoczynku, jak ma to miejsce w Międzyzdrojach.

Plejady gwiazd to stały zwrot języka polskiego, odnoszący się do mitologii greckiej, w której Plejady to nimfy , siedem sióstr; Alkione, Kelajno, Maja, Merope, Sterope i Tajgete.  Były córkami tytana Atlasa i okeanidy Plejone (lub okeanidy Ajtry). Plejady (jako towarzyszki bogini Artemidy) wraz z Plejone były ścigane przez Oriona którego spotkały w Beocji. Na koniec Zeus przemienił je w gwiazdy. Inna wersja mitu mówi, że razem ze swymi siostrami, Hiadami, zostały przemienione w gwiazdy z żalu, po śmierci ich brata Hyasa, ukąszonego przez węża. Wschód Plejad (w pierwszych dniach maja) zwiastował początek pomyślnego okresu dla żeglugi, a zachód (w pierwszych dniach listopada) – okres burz. Mityczne Plejady są identyfikowane z Plejadami w gwiazdozbiorze Byka. Na niebie sąsiadują z Hiadami (gromadą otwartą gwiazd w gwiazdozbiorze Byka) i konstelacją Oriona, które są z nimi mitologicznie powiązane.

I ot, czasem człowiek (dziennikarz) coś palnie, a jego błędy przerzucają nas aż do antyku. W każdym razie na boisku sportowy mogliśmy podziwiać wielkie gwiazdy sportu. Ale literacka twórczość dziennikarza była tam zupełnie zbędna. Bo promenada to miejsce do spacerów, a boisko jest do biegania.

Nowe słówko – szoferka

TVN poinformowała, że Kingę Dudę, córkę prezydenta RP odwiozła do pracy „szoferka”. Dotychczas w języku polskim szoferka była miejscem w ciężarówce, w którym siedzi i kieruje pojazdem kierowca. Za nim znajdowała się „paka”, czyli część załadunkowa pojazdu.

Ale wszystko musi się zmieniać, szybko i skutecznie – według TVN. Świat musi „kobiecieć” . I dlatego kobieta, która odwiozła samochodem osobowym panią Kingę do pracy to szoferka.

Toż to, mosterdzieju, paranoja!

Stan medyczny

W toczącej się coraz żwawiej dyskusji o legalizacji związków jednopłciowych pojawia się nowy argument. A jest nim sprawa uznania, że „współpłciowy” partner związku będzie miał stałe prawo do informacji o stanie zdrowia partnera/partnerki. Jeden z dziennikarzy TVN zapędził się w swej nowoczesności tak daleko, że mówił o prawie do „informacji medycznych”.

Być może „informacja medyczna” jest pojęciem medycznym, ale normalni ludzie chcą się dowiedzieć o „stanie zdrowia bliskiej” osoby. Nie poddawajmy się językom fachowym. Mówmy językiem, jakim mówi przeciętny Polak. Nie mówmy o „poborze wody” w gospodarstwach domowych, mówmy o zużyciu wody.

Dwie matki pospołu

W dyskusji w „Kropce nad i” również toczyła się dyskusja o związkach jednopłciowych. Naprzeciw wicemarszałka Sejmu Krzysztofa Bosaka stanęły (zasiadły) dwie mocne i bardzo agresywne kobiety: prowadząca pani Monika Olejnik oraz pani Katarzyna Lubnauer, poseł, wiceminister (według Moniki Olejnik wiceministra) edukacji w randze sekretarza stanu.

Kto tej rozmowy nie widział, niech żałuje. Oto bowiem doszło do totalnej konfrontacji racji i uczuć. Pan Bosak bronił zdrowego rozsądku, obie damy walczyły o nieograniczone prawo do uczuć. Były też momenty ucieszne. Szczególnie rozbawiła mnie sprawa dwóch matek. Według p. Lubnauer w sytuacji, gdy dwie kobiety, pozostające w związku, mają dziecko, to obie są matkami. Pan Bosak argumentował, że dwie kobiety nie mogą wspólnie urodzić dziecka, ale to nijak nie trafiało do rozentuzjazmowanych „wolnością” pań. I nie reagowały na prosty biologiczny fakt.

Warto ten sposób dyskusji zapamiętać. Bo już nie tylko mamy osoby niebinarne i tym podobne. Teraz mamy już teorię, która zakłada, że matki mogą być dwie i więcej.

Powiem też wprost, że zaimponował mi p. Bosak – odwagą i spokojem. Ja w takiej sytuacji na pewno bym nie wytrzymał, bo jestem nerwowy i na hucpę reaguję w sposób bardzo ludowy, a la manier rus, co się tłumaczy w manierze wiejskiej.

Katastrofy…

W „Dzienniku Łódzkim” roku można było przeczytać artykuł o historii katastrof kolejowych w Łodzi. Katastrofy mają swoich wielbicieli i dlatego pełno ich w telewizjach i prasie. Nie należę do tej grupy, ale lubię historię, nawet tragiczną, więc przeczytałem. Artykuł nie urzekał rzetelnością, ani językiem, ale jedno zdanie przykuło moją uwagę.

Otóż autor, między innymi, opisuje katastrofę z 14 sierpnia 1929, gdy doszło, w pobliżu stacji Łódź Kaliska do zderzenia pociągu osobowego z pociągiem towarowym wiozącym żołnierzy 28 Pułku Piechoty Strzelców Kaniowskich, z poligonu do stałej siedziby w Łodzi. Zginęło wtedy pięciu żołnierzy i trzech kolejarzy, a ponadto 19 żołnierzy i 8 kolejarzy zostało rannych.

Fakty się zgadzają ale uderzyło mnie zdanie, że „Żołnierze podróżowali pociągiem towarowym”.

Otóż… Podróżować można dla wypoczynku w góry lub nad morze, w interesach do Lwowa, lub Wrocławia, ale żołnierze jechali. Normalnie jechali pociągiem towarowym. Jak to w wojsku bywa.

A ów nieszczęsny pociąg był po prostu eszelonem, bo w polskiej nomenklaturze wojskowe jednostki transportowe, jak kolumna wozów, samochodów lub wagonów kolejowych z ludźmi, bądź z zaopatrzeniem jest eszelonem.

Powie ktoś, że czepiam się drobiazgów. Więc zwrócę uwagę, że wszystkie katastrofy, także kulturowe, zaczynają się zawsze od drobiazgów – od dwóch matek, podróżowania z poligonu i od tej nieszczęsnej szoferki.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Alibi Intryganta (AI)

Uwzględniając poziom, do jakiego stoczyło się zarówno branżowe medium „Press”, jak i organizowany przez nie konkurs, chciałbym zaproponować wysokiemu jury nową kategorię, tym razem przyznawaną za dorobek menedżerski.

Nagroda dotyczyłaby mistrzowskiego przykrycia, ściemy, zasłony dymnej dla zwalniania ludzi z przyczyn politycznych z rozmaitych redakcji. Mam wrażenie, że to w ogóle dopiero rozwijająca się dyscyplina, a w prace nad jej rozwojem wkładane są większe środki i kreatywność niż w rozwój szczepionek mRNA za oceanem albo wygaszanie krajowego programu atomistyki u nas.
W ciągu ostatnich dziesięciu miesięcy mieliśmy więc do czynienia z przekształcaniem spółek, potem ich likwidacją. Owe likwidowane, więc zwalniające spółki zgłaszają plany wieloletnie i podpisują umowy biznesowe, co gdzie indziej jest przestępstwem i oszustwem, a u nas nie, bo kto rządzącemu zabroni. Mieliśmy zwolnienie dyscyplinarne za aktywność w organizacjach branżowych, które naszemu koledze Hubertowi ufundował, a jakże, były szef związków w PAP, a dziś prezes, czyli likwidator agencji. Szefową Biełsatu z zapałem godnym ruskiej agentury oskarżono o jakieś straszne malwersacje. Co ciekawe, wcześniej proponowano jej porozumienie rozwiązujące umowę, i gdyby je podpisała, to malwersacji by nie było. Ale, że stanęła okoniem, bo nie chciała pozwolić na destrukcję ważnej dla Polski telewizji, więc okazała się Arsenem Lupinem telewizji publicznej. Zwalnia się za kłopoty emocjonalne. Tomasza Budzyńskiego na przykład, legendę polskiego punka, zwolniono z Radia Poznań, bo za bardzo pokochał Pana Jezusa. Beatę Michniewicz, pracującą od lat w Trójce, zwolniono, bo pracowała za PiS. Co prawda pracowała za wszystkich innych ekip, ale w końcu nawet Marka Sierockiego próbowano wywalić z TVP, bo jak w „Teleexpressie” puszczają U2 albo Metallicę, to pobierający 800 plus ludzie z “Polski be” myślą, że Bono i Hetfield kochają Kaczyńskiego. Jednym słowem, konkurencja w pełni. Ale w tym tygodniu mieliśmy zawyżenie jej, postpeerelowskiego jednak dotychczas, poziomu. Do gry weszła AI.

Niejaki pan Marcin Pulit, nominat Bartłomieja Sienkiewicza i formalny „likwidator” OFF Radia Kraków, ogłosił, że od teraz dziennikarzy u niego, szczególnie tych kilku, których przy okazji zwalnia, zastąpi sztuczna inteligencja. Boty będą programy w radiu prowadzić. A to wszystko dlatego, że pan Pulit się „bardzo boi AI”, więc musi zgłębić jej zakres, zbadać granice i tym podobne pierdoły. I zaczęła się dysputa o tym, czy to dobrze, że AI teraz będzie prowadzić program. Czy cybernetyczne umysły zastąpią zwykłe, granice etyczne odpowiedzialności algorytmu, co na to by powiedział Einstein, a co papież, a co Steven Spielberg. I nawet ja tekst w ten deseń napisałem dla Interii, bo mnie poniosła wena. Były też – a jakże – memy. Ale śmieszne! Roboty będą prowadzić program w radiu. Transformersy rozkopią Kopiec Kościuszki, jaja jak arbuzy.

A w tle kilka kolejnych niewygodnych, nie dość dyspozycyjnych osób straciło robotę. Na ich miejsce przyjdą znajomi, działacze partyjni, może koledzy lub koleżanki pana likwidatora, który zajmował się między innymi kręceniem filmów kulinarnych z Robertem Makłowiczem dla polityków PO w 2019 roku. W jednym z nich Paweł Kowal namawia widzów, by przyzwyczajali dzieci do świąt bez tradycyjnych potraw w imię nadchodzącej inkluzywności. I myślę, że spora to pociecha dla zwolnionych, że oni przynajmniej normalnie obchodzą święta, choćby i w tym czasie w wyłączonym telewizorze za grube pieniądze redaktor Sznepfowa przeprowadzała demaskatorski, niesymetryczny wywiad z samym Pawłem Rubcowem vel Pablo Gonzalesem lub innym Moralesem.

 

HUBERT BEKRYCHT: Dziennikarska głupota, czyli ćwierć sztucznej inteligencji

Wiele szczegółowo napisano o SI i o skutkach wprowadzania do mediów takich wynalazków. Nie zamierzam pogłębiać tej psychozy. Zachęcam jednak, aby prześledzić jak ową sztuczną inteligencją zabawiają w Polskim Radiu Kraków członkowie nielegalnie wybranych władz rozgłośni na 10 miesięcy po bezprawnym przejęciu mediów publicznych przez rząd Donalda Tuska. Czyli, dyletanci w natarciu.

Przy pomocy SI zakpiono sobie z inteligencji słuchaczy – odbiorców, którzy płacą podatki na te „eksperymenty”. „Wywiad” ze zmarłą dawno temu noblistką i kontekst przekazu „rozmowy” z Wisławą Szymborską poraża. Otóż odpowiedzialni za to „redaktorzy” nie opatrzyli tego jakimś dającym się uzasadnić powodem, narracją, tłumaczeniem. Przymykają tylko oko „wyjaśniając”, że nasza pisarka miała poczucie humoru i pewnie też śmiałaby się z „zabawnego eksperymentu”. Na to dowodów nie ma, a SI to ponoć produkt nauk ścisłych.

Rechot

Uśmiechają się jednak włodarze mediów publicznych. Głośny śmiech słychać nawet w Brukseli. W innych polskich rozgłośniach regionalnych pośpieszono co prawda z odsieczą i mnożą się tam na stronach internetowych „dowcipy” ze sztucznej inteligencji w radio. A to robot za mikrofonem, a to jakiś radiowy mikser przemawia do ludzi… Smutne to bardzo. Żarty w mediach mogą skończyć się po prostu źle. O ile są tak mało wysublimowane jak „żarciki” redaktorów z publicznej rozgłośni w Krakowie.

Nie ma sensu nawet straszyć tym, że po masowym zastępowaniu ludzi w mediach ich miejsce wejdzie sztuczna inteligencja, bo w przypadku krakowskich szefów radia mogłaby zastąpić nawet ćwierćinteligencka namiastka SI. I to na pół etatu.

Banda

Dobra zabawa szefów PRK skończy się jak do rozgłośni, mającej obecnie przesadne ambicje zrobienia audycji w rodzaju „Wojny światów”, zapukają kiedyś ludzie prawdziwi, dziennikarze, którzy zrobią po prostu program o Wisławie Szymborskiej, czy powtórzą wywiad z Andrzejem Wajdą poprzedzając go dyskusją o twórczości reżysera.

Większością mediów w Polsce zawładnęła teraz nie tyle nawet polityka, co banda ludzi niekompetentnych, słabo znających się na wszystkim i używających potwornej odmiany języka polskiego – dialektu urzędniczego pomieszanego z mową popkultury w sosie angielskim. Tu już nie pomoże żadna inteligencja. Bo głupota nie jest sztuczna.

CEZARY KRYSZTOPA: Skoro Tusk chce żebyśmy patrzyli na wschód, patrzmy na zachód

Tusk w swojej drogiej kurteczce na granicy, Tusk z żołnierzami, Tusk ze strażnikami granicznymi. Tusk opowiadający o „Tarczy Wschód”. Proszę, proszę, jakiego mamy obrońcę granicy. Co prawda tylko jednej, ale zawsze.

I tak, to jest ten sam Tusk, który podczas najwyższej fali operacji hybrydowej białoruskich i prawdopodobnie rosyjskich służb przeciwko Polsce mówił o polskim rządzie, że „oni robią jakichś ohydny spektakl, ohydne polowanie na te dzieci i matki”, a jego Platforma Obywatelska głosowała w Sejmie przeciwko powstaniu zapory na granicy z Białorusią. Zanim do Donalda Tuska „dotarło”, że „90 procent tych, którzy przekraczają polską granicę nielegalnie, to ludzie dysponujący rosyjskimi wizami”, mówił, że „wypowiadanie znowu tych słów, które są kompromitujące, że Polska obroni się, tak jakby ci ludzie wypowiedzieli nam wojnę. To są biedni ludzie, którzy szukają swojego miejsca na ziemi”. Otwarcie również wpisywał się w retorykę porównującą działania funkcjonariuszy państwa polskiego do działań „nazistów”- „Postawi mur i płot, i jeszcze jeden mur, i jeszcze najlepiej, żeby prąd elektryczny podłączyć pod to ogrodzenie” – perorował. A teraz proszę, dziś jest tak wielkim obrońcą granicy, że nawet swoją drogą „kryzysową” kurteczkę założył.

Tusk nie broni polskich granic

A żeby nie było tak różowo, jego administracja jednocześnie organizuje pokazy kłamliwego i obraźliwego dla polskich żołnierzy i funkcjonariuszy filmu „Zielona Granica” Agnieszki Holland w  kinach na Ukrainie. Pokazy w ramach Dni Kina Polskiego zorganizował dyrektor Instytutu Polskiego w Kijowie, Jarosław Godun, mianowany na to stanowisko przez koalicję rządzącą. Instytut jest nadzorowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Zatem, z jednej strony Donald Tusk, wprawdzie kłamliwie, ale chciałby się spektakularnie jawić jako wielki obrońca granicy z Białorusią. Tylko co z granicą z Niemcami? O zagrożeniu ze wschodu trzeba pamiętać zawsze, ale dziś to Niemcy podrzucają nam konsekwencje swych błędów politycznych w postaci tysięcy nielegalnych imigrantów. Skale procederu ujawniła na łamach Tysol.pl Aleksandra Fedorska. Granica z Białorusią nie jest w 100% bezpieczna, ale jest już chroniona. Ma swoją zaporę i oddziały wojska oraz Straży Granicznej. Tymczasem granica z Niemcami jest chroniona tylko po niemieckiej stronie, po stronie polskiej nie ma nic, państwo polskie jest tam ślepe. A będzie jeszcze gorzej. Po wejściu w życie paktu migracyjnego, któremu Tusk pozornie się sprzeciwił, ale na takim etapie żeby mu się krzywda nie stała, mówi się już o dziesiątkach tysięcy nielegalnych imigrantów, którzy wjadą do Polski z Niemiec. A to przecież nie koniec. Tusk zgodził się przecież na przyspieszenie realizacji paktu. Dlaczego tej granicy Tusk nie broni? Dlaczego nie wizytuje jej w drogiej „kryzysowej” kurteczce?

Z bardzo prostej przyczyny. Otóż Tusk nie broni polskich granic. Tusk broni tylko swojego odcinka granicy niemieckiej Unii Europejskiej. Nastroje w Niemczech się zmieniły, Niemcy nie krzyczą już „herzlich willkommen”, Niemcy teraz bardzo chcieliby się pozbyć konsekwencji swojej równie głupiej co butnej polityki. Niemiecki establishment boi się dojścia AfD do władzy. Dlatego czym prędzej wziął się za realizację antyimigranckich postulatów AfD. „Na szczęście”, dzięki Donaldowi Tuskowi mają teraz Polskę, gdzie mogą składować nie tylko toksyczne odpady. I będą „składowali”, już „składują” ku absolutnej bierności administracji niemieckiego gubernatora na Polskę.

Patrzmy na zachód

Kłamstwo jest w jakimś smutnym sensie techniką warsztatową polityki. Jednak Donald Tusk wyniósł tę sztukę na rzadko, a być może wcale niespotykane w Polsce „wyżyny”. Dlatego, nauczeni przecież wieloletnim doświadczeniem rządów tego człowieka, któremu kłamstwo przychodzi równie łatwo jak szyderczy uśmiech nad upadającymi polskimi potencjałami, za każdym razem kiedy usiłuje przyciągnąć nasza uwagę na wschodzie, tym bardziej intensywnie powinniśmy sprawdzać, co tam znowu odwalił z drugiej strony.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Zapomniany kurier Wacław Felczak

23 października 1993 r. zmarł Wacław Felczak, historyk, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, znawca tematyki środkowoeuropejskiej, szczególnie węgierskiej. W czasie wojny żołnierz Armii Krajowej, organizator służby kurierów tatrzańskich i budapeszteńskiej bazy łączności władz Polski Podziemnej z emigracyjnym rządem w Paryżu i Londynie. Po wojnie dalej był kurierem i emisariuszem rządu RP na uchodźstwie.

Wacław Felczak urodził się 29 maja 1916 roku w Golbicach (pow. Łęczyca). W kwietniu 1940 roku zorganizował w Budapeszcie placówkę łączności między rządem Sikorskiego a krajem. Sam kilkadziesiąt razy przekraczał zielone granice, przenosząc pocztę i pieniądze. Dwukrotnie aresztowany, uciekał z niewoli. Po 1945 roku budował w kraju zręby nowej, antykomunistycznej konspiracji cywilnej. Na Zachodzie należał do paryskiej placówki Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, utrzymującej konspiracyjny kontakt z krajem. W sierpniu i grudniu 1946 roku, posługując się fałszywymi dokumentami, udawał się do Polski. Jako jedyny kurier miał poparcie prezydenta W. Raczkiewicza i premiera T. Arciszewskiego, a także przywódców stronnictw politycznych, z którymi prowadził rozmowy w kraju i na uchodźstwie. Od czerwca 1947 roku Felczak poświęcił się pracy naukowej na Sorbonie. W połowie 1948 roku wrócił jednak na kurierski szlak, przeprowadzając na Zachód zagrożonych niepodległościowców: przyjaciół i na prośbę Stanisława Mikołajczyka przywódców PSL. Aresztowany przez czechosłowacką bezpiekę, przewieziony na Rakowiecką, po długotrwałym śledztwie został skazany na dożywocie. Zwolniony w październiku 1956 roku.

Od 1958 roku Felczak pracował w Instytucie Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego, w 1962 roku uzyskał doktorat, a w 1968 roku habilitację. W połowie lat 70. systematycznie wyjeżdżał na Węgry, gdzie współtworzył antykomunistyczną opozycję. W 1987 roku podczas spotkania w jednym z klubów studenckich pytany o radę, jak działać, odpowiedział „Załóżcie partię polityczną. Prawdopodobnie zamkną was za to, ale wszystko wskazuje na to, że nie będziecie musieli długo siedzieć”. Pytającym był młody prawnik Viktor Orbán. Polski „przełom” 1989 roku Felczak traktował z coraz większym dystansem.

Wacław Felczak zmarł w Warszawie 23 października 1993 roku. Został pochowany na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem. Podczas pogrzebu zmarł podkomendny Felczaka, kurier – skoczek narciarski Stanisław Marusarz.

 

Pomagać do ostatniej sekundy życia — 19. fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

W zniszczonym ogniem samochodzie znaleziono filiżanki Żanny i kluczyki od jej auta. Z samej kobiety pozostały jedynie fragmenty miednicy i kręgosłupa. Z Ani Miszczenko — kawałek rudych włosów. A córce Marii Ilczuk wydano to, co pozostało po matce — kilka drobnych kości…  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to wstrząsająca kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Publikujemy kolejny fragment książki. Wcześniejsze odcinki można przeczytać TUTAJ

Godz. 10 – 10.30
Bucza, ulica Jabłońska (w pobliżu skrzyżowania z ulicą Oleksy Tichego).

Kurfürstendamm – to jedna z najbardziej prestiżowych i znanych ulic Berlina, wyróżniająca się szczególnym blaskiem i luksusem. Znajdują się tutaj najdroższe i najbardziej wyrafinowane restauracje oraz kultowe kawiarnie, pełne bohemy, a także markowe butiki i sklepy jubilerskie. Jednym słowem, bulwar to mekka turystów i zamożnych berlińczyków.

I właśnie tutaj, w oazie leniwego spokoju i dostatku, w sierpniu 2022 roku, dzięki staraniom Romana Semenyszyna-Braesku, wystawiono zniszczonego przez ogień volkswagen T4. 5 marca 2022 roku tym samochodem wolontariuszka z Buczy, Żanna Kamieniewa, wywoziła z okupowanego i zdewastowanego przez okupantów miasta Marię Ilczuk, Tamiłę Iszczenko oraz jej 14-letnią córkę Anię.

„Wyjeżdżali z Buczy dokładnie w momencie, kiedy rosyjskie wojska już tam były, ale ludzie wciąż próbowali przemykać obok nich. Na jednej z ulic doszło do trafienia z granatnika ręcznego – opowiada Roman Semenyszyn-Braesku. – Jak widać, cała siła wybuchu skupiła się we wnętrzu, a samochód się zapalił. Ciała leżały tam przez cały czas, gdy rosyjskie wojska okupowały Buczę, nikt ich nie wyciągnął”.

Współorganizatorka projektu, projektantka Ewa Herzog, dodaje: „Ten samochód to nie jest cywilny pojazd, ma wojenną historię i tragiczny koniec dla ludzi, którzy próbowali się uratować. W tym aucie mogłam być ja, mogli być moi niemieccy przyjaciele, których ewakuowaliśmy z Kijowa, gdy zaczęła się wojna, mogli to być moi rodzice…”

Tego fatalnego poranka, 5 marca, jak już wspomniano, w volkswagenie Żanny Kamieniewej znajdowały się Maria Ilczuk, Tamiła i Ania Miszczenko… I tutaj warto choćby trochę opowiedzieć o tych zmarłych kobietach.

Żanna Kamieniewa, 37 lat

Małżeństwo Kamieniewów, Hennadij i Żanna, prowadziło w Buczy sklep. Marzyli o zarobieniu pieniędzy, aby wybudować własny dom, w którym mogliby zamieszkać razem z dziećmi — 15-letnią Marią i 12-letnim Ołeksijem. Tymczasem rodzina mieszkała w akademiku przy ulicy Lecha Kaczyńskiego, ale nie martwili się tym, bo wierzyli w lepszą przyszłość.

W wolnym czasie Żanna lubiła pracować w ogrodzie, co owocowało sałatkami, które — jak przyznawali wszyscy znajomi — były przez nią mistrzowsko przygotowywane.

Gdy w 2014 roku Rosja rozpętała wojnę w Donbasie, Hennadij Kamieniew wstąpił do ochotniczego batalionu. Sytuacja była trudna: żołnierze mieli niewiele sprzętu wojskowego, mundurów, a nawet żywności. Wtedy Żanna z własnej inicjatywy zaczęła działać jako wolontariuszka.

„Zaczęła pomagać oddziałowi, w którym służył jej mąż Hennadij Kamieniew — opowiada wojskowy kapelan Anatolij Kusznirczuk. — Wraz z innymi wolontariuszami założyłem organizację ‘Buczańska Warta’, która dostarczała pomoc na Wschód. Żanna zapytała, czy mogłaby jeździć z nami swoim busem. Oczywiście się zgodziliśmy. W ten sposób zaczęła działać jako wolontariuszka, a z czasem pomagała nie tylko oddziałowi swojego męża, ale i innym.”

W sierpniu 2015 roku została uhonorowana medalem pamiątkowym „Za bezinteresowną służbę Ojczyźnie”.

Maria Ilczuk, 69 lat

69-letnia emerytka mieszkała w Buczy przy ulicy Lecha Kaczyńskiego w dawnym akademiku firmy „Meliorator”. Po śmierci męża jej zdrowie się pogorszyło, miała problemy z nogami. Aby choć trochę się pocieszyć, zainteresowała się haftowaniem. Tworzyła obrazy z romantycznymi pejzażami, ptakami, kwiatami…

Tamila Miszczenko, 52 lata

Na początku lat 90. Tamila Miszczenko, mieszkająca w kurortowym Worzelu, poznała i zakochała się w chłopaku o imieniu Jurij Miszczenko. Wkrótce młodzi stanęli na ślubnym kobiercu. Tamila żartowała: „Nawet dokumentów nie trzeba było zmieniać!”.

W 1993 roku urodził się ich pierworodny syn, Jewhen, a czternaście lat później — 1 października 2007 roku — przyszła na świat Ania.

W 2013 roku rodzinę Miszczenków dotknęła tragedia — Jurij wyszedł rano na podwórko zapalić papierosa i nagle jego serce się zatrzymało. Zawał… Niedługo potem Tamila sprzedała dom w Worzelu i przeprowadziła się z dziećmi do Buczy, gdzie zaczęła pracować w sklepie Żanny Kamieniewej.

Ania Miszczenko, 14 lat

Po przeprowadzce do Buczy Ania zaczęła uczęszczać do szkoły nr 5 z rozszerzoną nauką języków obcych — angielskiego, francuskiego i hiszpańskiego. Jak wspominał jej starszy brat Jewhen, „Ania bardzo lubiła rysować. Miała tylko 14 lat, ale na swój wiek osiągnęła bardzo wysoki poziom w sztuce. Jej prace były wystawiane na wielu wystawach. Ania planowała swoją przyszłość związać ze sztuką, z twórczością… Mimo dużej różnicy wieku między nami, potrafiliśmy godzinami rozmawiać na każdy temat”.

Dziewczynka była również bardzo blisko ze swoją mamą, spędzały razem dużo czasu…

„Była jakby z innej epoki — wspomina przyjaciółka rodziny Kateryna Wasylenko. — Nie myślała o paznokciach i rzęsach, ale od dziecka pasjonowała się malowaniem. Malowała nawet portrety, które niektórzy kupowali. Kiedyś jechaliśmy razem samochodem, opowiadała, że chce zostać malarką. Potem przyznała, że nie chce mieć dużej rodziny. Zapytałam: ‘Dlaczego?’. A ona mówi, że wszyscy artyści są biedni, więc nie będzie miała pieniędzy na wychowanie dzieci.

I tak, jakby wszystko przewidziała. W styczniu powiedziała, że jeśli wybuchnie wojna, nie chciałaby jej przeżyć. „Jak potem patrzeć na to wszystko, co się stanie?” Jakby wszystko wiedziała.

Żanna Kamieniewa. Wojna

Już pierwszego dnia wojny Hennadij Kamieniew dołączył do szeregów Sił Zbrojnych Ukrainy. Następnego dnia jego żona Żanna zawiozła dzieci do znajomej na Żytomierszczyznę. Sama szybko wróciła do Buczy, gdzie zaczęła współpracować z organizacją „Buczańska Warta”. Wojskowy kapelan Anatolij Kusznirczuk opowiadał: „Przyszła do naszego sztabu i zapytała: ‘Czym mogę się teraz zająć?’. Odpowiedziałem, że trzeba ewakuować ludzi. Wszyscy się tym zajmują, bo musimy zabrać z Buczy jak najwięcej osób, bo miasto najprawdopodobniej nie wytrzyma”.

Żanna zaczęła pomagać potrzebującym. Rozwoziła żywność ze swojego sklepu, ewakuowała ludzi z pobliskich wsi i miasteczek, które były intensywnie niszczone przez Rosjan.

Jej mąż nalegał, aby Żanna natychmiast opuściła miasto. 3 marca rozmawiali przez telefon, a Żanna obiecała, że posłucha jego rad, ale dodała, że najpierw musi oddać ostatnie zapasy żywności z ich sklepu. Mąż musiał się zgodzić, ale poradził jej, aby nocowała w piwnicy, ponieważ okupanci ostrzeliwali domy. Następnego dnia Żanna poinformowała Hennadija, że 5 marca będzie próbowała wydostać się z Buczy przez Irpień.

Maria Ilczuk. Wojna

„Pierwszą noc inwazji spędziliśmy w piwnicy u naszych znajomych, było bardzo zimno, mama miała zziębnięte nogi, które zawijaliśmy w koce  — wspominała córka Marii, Natalia. —  Zdecydowaliśmy, że wyjedziemy razem na Rówieńszczyznę, do krewnych. Ale mama odmówiła. Zdecydowała, że zostanie tutaj z moim bratem, bo jej nogi bardzo bolą i nie zniosłaby tak długiej podróży… Poprosiła, aby zawieźć ją do brata, który mieszkał w prywatnym domu w Buczy, gdzie również była piwnica. Nie mogliśmy jej odmówić, bo była to jej decyzja”.

Córka wraz z rodziną opuścili miasto, ale 27 lutego Maria Ilczuk zadzwoniła do Natalii i powiedziała, że teraz żałuje, iż nie wyjechała, ponieważ życie w piwnicy jest trudne.

1 marca kobieta wróciła do swojego mieszkania przy ulicy Lecha Kaczyńskiego. Jak opowiadała Natalia: „Zdaje się, że 3 lub 4 marca mama zadzwoniła z numeru Żanny i powiedziała, że wszystko u nich w porządku, że są razem z sąsiadami i siedzą w najdalszym pokoju”.

Tamila Miszczenko. Wojna

Po wybuchu wojny Tamila dołączyła do wolontariatu prowadzonego przez Żannę Kamieniewą. O jednym z takich przypadków opowiadała Ołena Nowiczuk: „24 lutego uciekłam z dziećmi do Worzelu, do mojego ojca, gdzie była piwnica. Po pięciu dniach skończyło nam się jedzenie. Wszyscy znajomi bali się do nas przyjechać, a Żanna i jej przyjaciółka Tamila przyjechały. Przywiozły owoce, jajka, konserwy, chleb, ciastka, ser. Nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom”.

Ania Miszczenko. Wojna

„Na początku pełnoskalowej wojny byliśmy razem z mamą, siostrą i babcią w mieszkaniu przy ulicy Tarasowskiej — wspominał 29-letni Jewhen Miszczenko. — Tam zorganizowaliśmy życie codzienne, połączyliśmy siły z sąsiadami, chodziliśmy po wodę, gotowaliśmy jedzenie na podwórku naszych domów. Trochę znam się na wojsku i mówiłem im, że nasz budynek nie jest dogodnym celem do ostrzału, jest osłonięty innymi budynkami ze wszystkich stron. Ale pojawiły się panika i strach… Mama z siostrą zdecydowały się wyjechać z Żanną, koleżanką mamy. Zostałem z babcią, która ma 83 lata. Od początku wojny mówiłem mamie i wszystkim, że jeśli będziemy wyjeżdżać, to wszyscy razem i tylko oficjalnym ‘zielonym korytarzem’. Ania bardzo nie chciała wyjeżdżać, chciała zostać, błagała mamę, aby jej posłuchała. Ale mama nalegała”.

12.05. Bucza. Ewakuacja

Ostatni raz Hennadij Kamieniew rozmawiał z żoną 5 marca. Tego ranka Żanna zadzwoniła do męża i poinformowała, że na ich ulicę Lecha Kaczyńskiego weszła wroga technika. Mąż z niepokojem poprosił ją, aby była ostrożna, a wtedy Żanna powiedziała: „Bardzo cię kocham”. Dodała też, że będzie wyjeżdżać z Buczy „sprawdzoną trasą”. Od tego momentu Hennadij już nie rozmawiał z żoną…

Około tej samej pory córka Marii Ilczuk, Natalia, wysłała Żannie krótkiego SMS-a z pytaniem: „Jak ma się moja mama?”. Odpowiedź była lakoniczna: „W porządku”.

Wtedy Natalia zaczęła dzwonić do sąsiadów: „Powiedzieli, że widzieli, jak mama wsiadała do samochodu Żanny. Żanna podała jej na ręce swojego kota i tak pojechali”.

Gdzieś około 10 Hennadij Kamieniew otrzymał SMS-a: „Na nas jadą wrogie czołgi”. Mąż wspominał, że żona także do niego dzwoniła, „ale wtedy nie miałem zasięgu, a wiadomość przyszła dopiero o 11. Przeczytawszy ją, natychmiast zacząłem do niej dzwonić, ale nikt nie odbierał”.

Natalia, córka Marii Ilczuk, opowiadała, że „kiedy dzwoniłam na numer Żanny po południu, usłyszałam: ‘Ten numer nie istnieje’. Numer mojej mamy odpowiadał: ‘Obecnie abonent nie może odebrać połączenia’”.

Swoimi przeżyciami podzielił się też Jewhen Miszczenko: „Tak się złożyło, że współpracowniczka mojej mamy, Żanna, która była wolontariuszką, wiozła produkty do Irpinia. Zadzwoniła do mojej mamy i powiedziała, że teraz będzie jechać obok ulicy Tarasiewskiej i może nas zabrać. Tego dnia z Irpinia jeszcze kursował pociąg, którym można było dojechać do Kijowa. Kiedy już wyjechali, przeczytałem na Facebooku, że Rosjanie zbombardowali linię kolejową i że pociąg już nie kursuje. Zacząłem dzwonić do mamy, aby jej to powiedzieć, ale już nie było zasięgu. Minęło dosłownie pół godziny od momentu, kiedy wyjechali”.

Z kolei Katarzyna Wasylenko wspominała: „Piątego marca zadzwoniła do mnie Tamiła i powiedziała, że wszyscy się ewakuowali. Poprosiłam Tamiłę, aby na pewno skontaktowała się z nami, gdy tylko dotrze na miejsce. Obiecała, powiedziała, że na wszelki wypadek przepisała wszystkie numery telefonów na karteczkę, aby Rosjanie nie zabrali im telefonów na posterunku. To była nasza ostatnia rozmowa”.

Po wyzwoleniu Buczy w kwietniu okazało się, że niebieski mikrobus volkswagen Żanny Kamieniew pojechał do sąsiedniego miasta nie przez centrum Buczy, ale inną drogą. Znalazł się na ulicy Jabłonnej, gdzie już byli Rosjanie…

Jedynym świadkiem tragedii, która rozegrała się na tej ulicy rankiem 5 marca, był Wiktor Szatyło, który z dachu swojej stodoły rejestrował na telefonie morderstwa cywilów z Buczy. „To ten niebieski bus” — pokazywał zdjęcia dziennikarzom. „W busie były trzy dorosłe osoby i dziecko. To jest czas, kiedy zrobiłem to zdjęcie — 12.04. A o 12.46 bus już płonął…”.

Milczenie żony niepokoiło, ale Hennadij nie tracił nadziei: „Myślałem, że albo siedzą gdzieś w głębokiej piwnicy i nie mogą wyjść, albo wpadli w ręce wroga. Gdzieś około dziesiątego, piętnastego dnia już moje serce zaniepokoiło się, że najprawdopodobniej jej nie ma…

Samochód Żanny znaleźliśmy miesiąc po tym, jak przestała się odzywać — 5 kwietnia. Pojazd było trudno rozpoznać, był całkowicie spalony i wypalony w środku. Dodatkowo stał się całkowicie biały, mimo że był koloru niebieskiego.

Obok tego samochodu na rogu ulic Jabłońskiej i Wokzalnej, które w mediach nazywają drogą śmierci, przeszło wielu ludzi — żołnierzy, dziennikarzy, cywilów, ale nikt nie myślał, że w środku znajdują się ludzkie ciała. Na pierwszy rzut oka był pusty, tak bardzo były one spalone”.

Hennadij Kamieniew przypuszcza, że do volkswagena strzelano z RPG lub BMP…

W zniszczonym ogniem samochodzie znaleziono filiżanki Żanny i kluczyki od jej auta. Z samej kobiety pozostały jedynie fragmenty miednicy i kręgosłupa. Z Ani Miszczenko — kawałek rudych włosów. A córce Marii Ilczuk wydano to, co pozostało po matce — kilka drobnych kości…

Żannę Kamieniewą, której wiele osób z Buczy zawdzięcza życie, pochowano 9 kwietnia 2022 roku w wiosce Mykułyczi w rejonie Buczy. A niemal rok później pośmiertnie odznaczono ją orderem „Za męstwo”.

„Wolontariusze są tacy, że pomagają do ostatniej sekundy swojego życia  — emocjonalnie reaguje na śmierć Żanny Kamieniewej członek „Buczańskiej Warty” Bohdan Jaworski. — Mówiła: ‘Nie mogę zostawić ludzi’. Wolontariusze nie myślą o swoim losie, oddają się bez reszty, służąc innym…”

 

WALTER ALTERMANN: Nazwiska z kłopotem

Słuchając jak mówią dzisiaj nasze elity władzy i ludzie mediów dochodzę do wniosku, że pilną sprawą byłoby założenie Ligi Obrońców Języka. Ta liga zajmowałaby się propagowaniem poprawności językowej oraz „potępianiem” potworności językowych, które wypowiadają i piszą nasi ludzie publiczni.

Tu wyraźnie zaznaczę, że zgodnie z duchem chrześcijaństwa nie należy potępiać człowieka, który jest jednak tworem Boga, niekiedy mocno nieudanym, ale jednak. Należy natomiast potępiać jego złe uczynki, postępowanie a nawet odruchy. Oczywiście różnica jest mała, ale istotna. I w tej różnicy mieści się cała wielka idea humanizmu. I chrześcijaństwa.

Wytykanie ludziom publicznym ich błędów językowych jest moralnie uzasadnione, bo skoro mają oni cywilną odwagę ubiegać się o urzędy, pouczać nas i dzielić się z nami swymi „przemyśleniami”, to muszą w pokorze przyjąć od nas uwagi i krytykę. Jeszcze raz podkreślę, że jeżeli jakiś dziennikarz czy poseł lub pomniejszej rangi polityk ma tyle tupetu, że odważa się zajmować uwagę publiczności bajdurzeniem w języku, który jedynie w 10-15 procentach przypomina język Kochanowskiego, Mickiewicza, Słowackiego, Broniewskiego i Grochowiaka, to wytykanie im błędów, a nawet odsądzanie od czci językowej, jest naszym, prostych ludzi, patriotycznym obowiązkiem.

Co oczywiście nie znaczy, że my ludzie prości, nieutytułowani mówimy po polsku doskonale. Jednak my nie pchamy się z naszym językiem przed kamery i do mikrofonów. Tak samo jak nie wolno wytykać błędów ludziom, zaczepianym przez reporterów w sprawie jakichś katastrof, pożarów, wypadków drogowych czy innych nagłych a przykrych zdarzeń. Bo to jest coś zupełnie innego.

Nazwisko do odmiany

Jest taka zasada, która każe nam odmieniać przez przypadki wszystkie polskie nazwiska. Na tę zasadę składa się tradycja językowa oraz zwykły zdrowy rozsądek. Dlatego skręca mnie w dołku, gdy w naszych licznych telewizjach jest mowa o Zbigniewie Ziobrze. A ponieważ ostatnio o tym polityku mówi się często i dużo, przeto skręca mnie w dołku bez przerwy.

Może to jakaś zmowa przeciwników Ziobry z jego admiratorami, ale począwszy od TVN po TV Republika, wszędzie i wszyscy nie wiedzą, że nazwisko „Ziobro” odmienia się przez przypadki. Dlaczego Wałęsę, Kaczyńskiego, Tuska i Millera się odmienia, a akurat Ziobrę nie? Myślę, że mylące dla dziennikarzy i polityków jest to, że istotnie obce nazwiska, kończące się na „o” w naszym języku odmianie nie podlegają. Ale gdzie tam panom Sukarno czy Suharto do naszego rodzimego, czysto polskiego Ziobry? Nazwisko nosi wyraźne ślady ludowego urobienia od „żebro”. Albowiem w gwarze małopolskiej i podhalańskiej żebro to ziobro, a ziobro to żebro. Ja nie widzę w tym nic strasznego, ani uwłaczającego – jak zresztą w żadnym nazwisku. Bo z nazwiskami się nie dyskutuje, nie ocenia się ich – są bo są, a że są jakie są, to nie ma żadnego znaczenia.

Dlatego apeluję o odmienianie Ziobry po polsku. Jak to powinno poprawnie wyglądać? Ano tak:

  • Mianownik (M.) – kto? co? (jest) – Jest już na sali pan Ziobro.
  • Dopełniacz (D.) – kogo? czego? (nie ma) – Jednak nie ma na sali pana Ziobry.
  • Celownik (C.) – komu? czemu? ( przyglądam się) Przyglądamy się uważnie panu Ziobrze. (Nigdy nie panu Ziobro)
  • Biernik (B.) – kogo? co? ( widzę) Dobrze i wyraźnie widzę pana Ziobrę. (A nie, że widzę pana Ziobro)
  • Narzędnik (N.) – z kim? z czym? (idę) Przeprowadziłem wywiad z panem Ziobrą.
  • Miejscownik (Ms.) – o kim? o czym? ( mówię) Ciągle mówię o panu Ziobrze.
  • Wołacz (W.) – o! O, pan Ziobro!

Maniera nieodmieniania nazwiska tego polityka drażni moje wrażliwe polskie ucho, więc błagam o litość panie i panów z TVN, Republiki, Polsatu i TVP. Błagam i nadziwić się nie mogę, że tak haniebnie mylą się panie i panowie, w tak podstawowych i prostych sprawach.

Nazwiska z kłopotami

Z nazwiskami w Polsce bywały kłopoty niemałe. Z początku nazwisk nie było wcale, były jedynie imiona. W przypadku rycerstwa, później szlachty, nazywano się imionami z dodatkami lokalnymi, skąd taki jegomość pochodził, jakie miał wsie czy miasteczka. Tak na przykład był sobie rycerz Janko z Czarnkowa. Później zaczęła szlachta przybierać nazwiska, ale nie traktowano ich jako świętość. Ot, pomocne były dla rozróżnia kto zacz.

Chłopi i mieszczanie nazwisk nie mieli długo. Po prostu „pieczętowali się” imionami, niekiedy z dodatkiem imienia ojca. Stąd, gdy w XVIII i XIX wieku posiadanie nazwiska stało się koniecznością, bo zaborcy nie mieli litości, bardzo wiele nazwisk chłopskich tworzono właśnie od imion ojców. Stąd mamy zastępy Adamskich, Bartkowiaków, Janickich, Jankowskich, Teodorczyków i tak dalej.

Przy nadawaniu chłopom nazwisk bardzo często przezwisko stawało się nazwiskiem. Tak jak go wołano na wsi, takie dawano mu nazwisko. Mamy też wiele nazwisk od czynności, zawodów chłopów na dworze szlacheckim – stąd mamy Stelmachów, Stelmaszczyków, Fornali, Fornalskich, Fornalików i im podobnych.

W sumie – jedynie szlachta dbała o nazwiska, bo to miało gwarantować jej „starożytne” – jak pisano – pochodzenie, zacność zasług i powagę urzędów.

Fantazje imienne rodziców

Z imionami oczywiście też bywają kłopoty, a to dlatego, że fantazja rodziców chrzczących swoje pociechy nie zna granic rozsądku. Pamiętam czasy, gdy w pewnym piłkarskim meczu biegało po boisku aż 10 Dariuszy, na 22 grających. Skąd taka moda na imię perskiego króla? Może jakiś serial był wówczas w modzie? Nie wiem, ale było śmiesznie.

Jednak mniej śmiesznie jest ludziom, których rodzice uraczyli różnymi Andżelikami, Isaurami, Orchideami, Konstancjami czy Horacjuszami. Sądzę, że ludzie prości chcąc dla swych dzieci lepszego losu, zaczynają od nadawania im imion egzotycznych czy królewskich. Smutne, ale prawdziwe.

Czy imię nadane dziecku może być wywoływaniem wilka z lasu, albo też ściąganiem na potomka kłopotów? W pewnym sensie tak. Bo życie podwórkowe czy klasowe Anastazjusza czy Heliodora może być dla nich makabrą.

Oczywiście w dawnych wiekach chłopi i mieszczanie mieli imiona proste, dziedziczone po dziadkach lub ojcach. Stąd syn Bartłomieja bywał Maciejem, a syn tegoż Macieja – Bartkiem, jak dziadek. Natomiast dawna nasza szlachta wyszukiwała sobie u Homera, którego w szkołach obowiązkowo czytano, imiona greckich herosów i wodzów. Stąd u szlachty i magnatów pełno było Antenorów, Herakliuszy, Heraklesów, Agenorów. Szlachta bowiem za każda cenę (nawet za cenę śmieszności) chciała we wszystkim odróżniać się od „chamstwa”, z którego pracy się tuczyła, ale którym serdecznie pogardzała.

Żegnaj Judaszu

Jest jednak w naszej literaturze bardzo poważny i świetny utwór dramatyczny poświęcony poniekąd przekleństwu imienia. Mówię tu o sztuce Ireneusza Iredyńskiego Żegnaj Judaszu. Jest to utwór o wierności i zdradzie, o ideałach i wyrzeczeniach się ideałów. Tytułowy bohater nosi, nadane mu przez ojca, imię Judasz. Ojciec chciał by syn zaprzeczył imieniu największego i przeklętego zdrajcy, chciał go niejako uodpornić na zdradę, uczynić mężnym i twardym.

I bohater z brzemieniem imienia zostaje rewolucjonistą, walczy z bezwzględnym reżimem. Potem jednak zdradza. Ale tak naprawdę Iredyńskiego interesowały ludzkie postawy, zachowania wobec fałszu i zakłamania. A sprawa imienia bohatera była niejako punktem wyjścia do głębokiego dramatu jednostki.

Sztuka jest mądra i wspaniale napisana, przy okazji rozprawki o imionach, serdecznie polecam jako lekturę.