WALTER ALTERMANN: Następcom Neville’a Chamberlaine’a ku przestrodze

Na stare pytanie, czy historia uczy, trzeba jednoznacznie odpowiedzieć, że jeżeli już, to tylko zła. Ludzkość niby wie, że jeżeli jakiś kraj jest zagrożony atakiem sąsiada, to trzeba się zbroić i budować silną armię.

Pomiędzy taką wiedzą (że trzeba mieć silną armię) a realnym budowaniem militarnej siły jest ogromna przepaść. Mając już bowiem wiedzę trzeba jeszcze rozumu i woli. I naprawdę rzadko się zdarza, żeby wiedza inspirowała rozum i wolę.

Elity mają ważniejsze interesy

Najczęściej przeciwko zbrojeniu się, potencjalnemu przeciwstawieniu się zagrożeniu są elity zagrożonych państw, bo łączą je z potencjalnym napastnikiem siatki biznesowych powiązań. Ot, niedawno Putin oświadczył, że Rosja może wyłączyć prąd całej Francji, jeżeli ta dalej będzie wspierała Ukrainę. Czy to możliwe? Oczywiście tak, bo atomowa energetyka Francji w 25 procentach (jeśli nie więcej) oparta jest na rosyjskim paliwie atomowym. Zresztą to paliwo, mimo napięć jest dostarczane z Rosji do całej Europy nadal. Mimo wszystkich obostrzeń (kolejne embargo) nakładanych na Rosję przez państwa europejskie także rosyjski gaz ziemny nadal płynie nieprzerwaną rzeką do Europy. I to są te realne interesy, które tak naprawdę nie pozwalają Zachodowi (także Orbanowi) wspierać Ukrainy.

Ten filozoficzny wstęp proszę traktować jako wprowadzenie do omówienia dzisiejszej sytuacji na świecie, szczególnie w obliczu nieszczęścia jakie mogą zgotować światu Rosjanie.

Ponad moralnością

Sytuacja dzisiejsza jest niemal identyczna jak ta z końca lat trzydziestych XX wieku. To, że Hitler zaatakuje Polskę, było wiadomo już od 1933 roku, w którym to roku został on kanclerzem Rzeszy. A nawet wcześniej, bo przecież w „Mein kampf” dokładnie opowiedział co zrobi. Potem przy zupełnej bierności Anglii i Francji, nastąpiła remilitaryzacja Nadrenii, czyli zajęcie przez siły nowo utworzonego Wehrmachtu terenu Nadrenii, która od 1919 roku była tzw. strefą zdemilitaryzowaną. Wprowadzenie przez Niemców swych wojsk nastąpiło 7 marca 1936 roku. Potem, w 1938 roku, Hitler wcielił do Rzeszy Austrię, a w następnym roku zajął Czechosłowację. Wtedy to właśnie zaistniał mój wielki antybohater, Neville Chamberlain, wracał z Monachium w szampańskim nastroju i obwieszczał, że oto uratował pokój. Ówczesny premier Wielkiej Brytanii wierzył Hitlerowi, że na tym koniec i niczego więcej Hitler zajmował nie będzie, bo to Hitler mu obiecał.  Pół roku potem Hitler napadł na Polskę.

Chamberalain interesuje nas jako szczytowy przykład głupoty ówczesnego Zachodu. Bo mając przeciw sobie zbrojący się ZSRR i uzbrojone już Niemcy, Zachód uważał, że przecież Niemcy to w sumie kulturalny naród i jakoś się tam z nimi można dogadać. Może po trupie Czechosłowacji i Polski, ale porozumiemy się Hitlerem. I kto wie, może razem ruszymy na komunistyczną Rosję.

Dlaczego Zachód miał zamknięte oczy?

Zachód miał zamknięte oczy, jak dzieci, gdy zakrywają rękami oczy i mówią: „Nie ma mnie”. Ale w sumie zadziwiające jest, że stare imperialne państwa Europy, doświadczone w wojnach przez wieki – Francja i Wielka Brytania – zgadzały się na kolejne zabory III Rzeszy. To znaczy, ich rządy dobywały z siebie pomruki zdziwienia, niezadowolenia, ale tak naprawdę milczały, bo miały w tym dwuznaczny interes. A była nim nadzieja, że skoro Mussolini i Hitler tak sprawnie, i szybko zlikwidowali u siebie partie komunistyczne i socjalistyczne, to być może należałoby pogodzić się z atakiem Niemców na ZSRR i z niemieckim zwycięstwem nad „ojczyzną komunizmu”.

Oczywiście w razie takiej możliwości najbardziej poszkodowana byłaby Polska. Ale to w końcu, było to państwo wskrzeszone po 123 latach niebytu… Tym, którzy pomyślą, że zmyślam sobie historię, przypomnę jak wielu faszystów było we Francji i Holandii, a nawet na Węgrzech. I jak wielu z nich w końcu padło na froncie wschodnim, jako siły wspierające Niemców.

Z kolei elity polityczne i gospodarcze Wielkiej Brytanii były zafascynowane Hitlerem, bo arystokratyczni Brytyjczycy, legitymujące się najwyższym statusem (herbowym, przemysłowym, bankowym) mieli dość żądań robotników i wytykania elitom, że żyją cudzym kosztem.

Grupy rekonstrukcyjne imienia Chamberlain’a

Sytuacja w roku 2024 jest niemal identyczna jak ta z lat 1933-39. Są dwie różnice. Po pierwsze  obecnie Rosja zastąpiła Niemcy i domaga się swojego lebensraumu na Ukrainie. Po drugie w rolę Neville’a Chamberlaine’a wcielił się przyszły (być może) prezydent USA Donald Trump.

Od dłuższego już czasu ten były prezydent USA i obecny kandydat na ten urząd oświadcza i powtarza, że gdy zostanie prezydentem zakończy wojnę na Ukrainie w ciągu 24 godzin. I jednocześnie unika odpowiedzi jak to zamierza zrobić. A właściwie nie mówi czyim kosztem ma zapanować pokój na Wschodzie.

Bardziej rozmowny jest kandydat Trumpa na wiceprezydenta James David Vance, który powiedział: „Nie obchodzi mnie, co się stanie z Ukrainą. Ukraina będzie musiała oddać Rosji część swojego terytorium, by wojna się zakończyła”. Głównego wroga USA widzi on w Chinach, nie w Rosji. Oryginalne poglądy ma Vance również na sprawy polskie, ponieważ stwierdza, że sytuacja w Polsce po zmianie władzy w 2023 roku, jest „zamachem na demokrację”. Jak na przyszłego wiceprezydenta mówi on (jako były żołnierz) twardo i raczej bez przemyślenia. Ale w końcu żołnierz ma działać, myślenie zostawiając „białym kołnierzykom”.

W istocie plan Trumpa polega na tym, że chce on wymusić na Ukrainie zawarcie porozumienia z Rosją, które zakładałoby oddanie Rosji dotychczas zajętych przez nią terytoriów, w tym Krymu. Po drugie Trump chce (w imię pokoju)  zablokowania przystąpienia do NATO dwóch państw — Ukrainy i Gruzji.  O dziwo prawicowy Trump mówi to samo, co od początku wojny głoszą niemieccy socjaliści i socjaldemokraci. Zresztą wszyscy oni są miłośnikami wolności a najważniejszym dobrem jest dla nich życie ludzkie. I nie mogą dalej żyć ze świadomością, że na Ukrainie giną ludzie.

Żołnierzowi z kupcem nie jedna droga

Piękne pacyfistyczne idee. Problem jednak w tym, że ci spadkobiercy Chamberaline’a nie odróżniają ofiary od agresora.

Przypomnijmy, że Rosja zaanektowała Krym i najechała Donbas w 2014 roku. A we wrześniu 2022 roku Putin ogłosił aneksję czterech częściowo okupowanych obwodów Ukrainy: Doniecka, Ługańska, Chersonia i Zaporoża. Jednak Rosjanie nie kontrolują w pełni żadnego z tych obwodów

Co Zachód zrobił dla własnej obrony od roku 2014, czyli przez pełne 10 lat? Nic nie zrobił, jak wtedy, gdy Hitler wprowadził wojsko do Nadrenii, gdy wcielił do Niemiec Austrię i zajął Czechosłowację. Dlaczego Zachód miał zamknięte naprawdę oczy? Bo elity Zachodu najbardziej bały się komunistów i socjalistów – tak w Rosji, jak u siebie.

Jeżeli dzisiaj Zachód zgodzi się na zabór części Ukrainy, to jutro przystanie na zajęcie przez Rosję całej Ukrainy. A pojutrze Zachód będzie milczał, gdy rosyjskie wojska wejdą na Litwę, do Estonii, na Łotwę i do Polski. Bo bez tanich rosyjskich surowców i taniej energii gospodarka Niemiec zaczyna podupadać. A to grozi światowym krachem. A pamiętajmy, że Trump to kupiec i inwestor. A dawne staropolskie porzekadło głosiło, że: „Żołnierzowi z kupcem nie jedna droga”.

Żeby jednak nie było tak ponuro, zauważę, że historia ma też arcykomiczne oblicze. Dzisiaj jest nim oblicze Viktora Orbana, którego Trump wymienił jako swego wspólnika w poglądach na wojnę  na Ukrainie. Przy okazji Trump mówił o Orbanie jako o poważnym mężu stanu, wielkim polityku Europy.

 

 

 

 

 

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Media z partią, partia z mediami

Od mediów dramatyzujących, wścibskich, krytykanckich, tylko jedne są gorsze. Takie, które zawsze uspokajają i bronią władzy w imię społecznej odpowiedzialności.

 Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby katastrofa na miarę Czarnobyla odbyła się w Stanach Zjednoczonych w 1986 roku. Tamtejsze media, w większości wrogie administracji Reagana, robiłyby jej jesień średniowiecza z rana, w południe i wieczorem. Przekazy byłyby nieuczciwe. Urzędnicy byliby winni wszystkiemu. A teraz wyobraźmy sobie, zresztą nie musimy, wystarczy wspomnieć lub poczytać w książce Siergieja Plokhy’ego, co było w schyłkowym Związku Radzieckim. W sumie, wielu naszym zarówno decydentom, jak i szacownym redaktorom z wiodących mediów musiałoby się podobać. Pełna odpowiedzialność. Zupełnie jak u nas podczas powodzi, osoby wzbudzające panikę, zadające trudne pytania, podejrzane o rozpowszechnianie „fake newsów”, zostałyby zatrzymane przez organa bezpieczeństwa i przesłuchane. Krytycy władzy to krytycy społeczeństwa. Mokre sny pracownika „Gazety Wyborczej”, zastępcy Adama Michnika, o zamykaniu mediów krytykujących podczas powodzi ukochanego premiera, spełniłyby się co do joty.

Sytuacja jest trudna, ale pod kontrolą. Władze są na miejscu. Ludność dotknięta przez kataklizm, ale wdzięczna. Premier w pocie czoła zajmuje się napominaniem, czasem surowym, ale zawsze z ojcowską czułością, urzędników i samorządowców by jeszcze ciężej pracowali. Działają co prawda sabotażyści, malkontenci, tłuste koty poprzedniego ustroju cieszące się w kraju lub na emigracji społecznym nieszczęściem. Ale i z nimi władza sobie poradzi, dopóki zjednoczona z nią będzie zdrowa tkanka społeczna. Nasza władza, w obliczu kryzysu, nieustannie pracuje na rzecz zabezpieczenia naszych potrzeb. To czas, abyśmy wykazali się solidarnością i wsparciem dla decyzji, które podejmuje. Każdy z nas, jako część zdrowego społeczeństwa, ma obowiązek wspierać działania rządu, który stoi na straży naszego bezpieczeństwa, w ramach którego organizuje bratnią pomoc. Pamiętajmy, że tylko razem, w jedności z władzą, możemy stawić czoła każdemu kryzysowi. Społeczeństwo z Tuskiem, Tusk ze społeczeństwem. i tak dalej. Nie trzeba tu nic nowego wymyślać. Gotowe matryce prezentują panowie w mundurach sprzed 43 lat, których nagrania są dostępne w internecie.

Alexis de Tocqueville pisał, że wolność mediów nie jest zbyt piękna, a amerykańskie gazety, które przypisywały amerykańskim prezydentom kochanki – niewolnice i domagały się linczu nielubianych polityków, go mocno oburzały. Ale, jak uznał francuski arystokrata, to krwiobieg demokracji. Bez takiej wolnej, krytykanckiej prasy, by ona nie istniała.

I właśnie to się marzy naszym medialnym oficerom politycznym, a także dzieciom i synowym autentycznych oficerów bezpieczeństwa poprzedniego ustroju, pozdrawiających nas każdego dnia ze szklanego ekranu. Marzy się, jak w PRL, ugruntowanie pseudodemokratycznej dyktatury na dziesięciolecia, a to wyklucza tolerancję dla krytyków. W takim podejściu, wykluczającym prawo do patrzenia na ręce władzy, tresowana jest już nie tylko silnarazem pychosfora mecenasa Giertycha, ale odbiorcy coraz większej ilości mediów powtarzającej jak automaty brednię, że „podczas powodzi nie wolno krytykować rządu”.

CEZARY KRYSZTOPA: Śmieszny i straszny

Jeden Tusk chyba wie po co polazł do neo-TVP, co mam wrażenie nie skończyło się jego wizerunkowym sukcesem. I ja nie wiem, ale trochę się domyślam.

Otóż wydaje mi się, że Donald Tusk idąc do neo-TVP chciał wywołać litość. Nie bardzo mu szło z wizerunkiem  lidera –  za dużo relacji mieszkańców zalanych terenów donoszących o chaosie i braku wsparcia – nie bardzo mu szło z wizerunkiem dobrego cara na tle złych bojarów – albo „lider uczestniczący”, albo „dobry car” – lud nie wpadł w zachwyt nad tym, że „przyjeżdża von der Leyen” – no to postanowił spróbować wziąć nas na litość.

Nieogolony

Nieogolony, w wymiętej koszulce, spocony. Prawie wizerunek umordowanego „kierownika”. Prawie, bo dopiero co lansował się w kurteczce za 7000 PLB i różowiutki „ocieplał sobie wizerunek” „zupką od Gosi”. No, ale trzeba przyznać charakteryzacja pierwsza klasa i może by i kogoś przekonał, w końcu adresatami są tutaj ci, którzy bardzo chcą mu wierzyć, ale pod warunkiem, że nie otwierałby twarzy.

Na swoje nieszczęście został zapytany o swoje słowa z 13 września o tym, że „prognozy nie są przesadnie alarmujące” i odpowiedział: – W piątek 13. nie było jeszcze mowy o powodzi w Polsce. Przygotowaliśmy działania sztabowe i kryzysowe z odpowiednim wyprzedzeniem. Gdybym słuchał się prognoz, które nie były przesadnie alarmujące, to być może uznałbym, że nie mamy się czym przejmować.

No nie jest to prawda. – Dzięki systemowi świadomości powodzi, w ramach systemu Copernicus, zapewniliśmy wczesne ostrzeganie zagrożonym obszarom od 10 września. Wysłaliśmy ponad 100 ostrzeżeń do władz w całym regionie do 13 września – mówił we środę w Parlamencie Europejskim komisarz UE ds. zarządzania kryzysowego Janez Lenarcic podczas debaty na temat fali powodzi w Europie Środkowej. Więcej, komunikat IMGW z 11 września również mówił o powodziach, a Czesi, których dramat dotknął wcześniej ostrzegali od tygodnia.

Bolesne dla obywateli

Dlaczego Tusk to sobie zrobił? Dlaczego idąc do fanatycznie wiernego sobie medium, a jakoś nie bardzo wierzę żeby pytania nie zostały wcześniej uzgodnione, postanowił skłamać w żywe oczy w sposób niesamowicie łatwy do weryfikacji? Mógł tego tematu w ogóle nie dotykać, w nawale kolejnych kłamstw, sztuczek i innych elementów polityki przykrywkowej, za chwilę zapewne mało kto by o tym jego bagatelizowaniu problemu z 13 września pamiętał. Myślę, że to dlatego, że jest żałosną namiastką samego siebie z lat 2007-2014. Namiastką, która nie potrafi przyjąć do wiadomości, że Polacy są już inni niż 10 lat temu, a szczelny, puchowy kordon medialny, którym był otoczony wtedy, nigdy już nie wróci.

Zabawne jest to, że to jest dokładnie ten sam Tusk, który dopiero co straszył nas „Norymbergą”, tym, że będzie łamał prawo, „demokracją walczącą” i siłami zewnętrznymi, które zrobią z nami porządek jeśli coś nam się nie będzie podobało. A straszne i bolesne dla obywateli, są niestety, katastrofalne dla ambitnego państwa w środku Europy, skutki zarządzania przez nieobliczalnego klauna.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Komuniści zrobili z księdza Gurgacza herszta bandy i zamordowali

Zbrodnia miała miejsce 14 września 1949 r. na podwórzu więzienia przy ul. Montelupich, w wyniku haniebnego wyroku krzywoprzysiężnego „sądu”. Według relacji naocznego świadka egzekucję wykonano „strzałem katyńskim”, w tył głowy. Tak zginął ksiądz Władysław Gurgacz, jezuita, który jako kapelan wspierał duchowo młodych chłopaków z antykomunistycznego oddziału „Żandarmeria” Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowców. Potajemnie pogrzebany, po latach odnaleziony przez IPN, został z honorami pochowany na cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

Po aresztowaniu w lipcu 1949 r. ks. Władysława Gurgacza przesłuchiwali funkcjonariusze operacyjni z PUBP w Nowym Sączu oraz WUBP w Krakowie: Jan Bądek oraz Adam Błażejczyk i Bolesław Tomiak.

Najlepiej rozpoznany jest Jan Bądek, który był „specjalistą” od oddziału „Żandarmeria”. Po zaliczeniu – w ostatnich miesiącach 1947 r. – Wojewódzkiej Szkoły Partyjnej PPR – w maju 1949 r. w lasach Jaworzyny Krynickiej brał udział, razem z oddziałem KBW, w zasadzce na członka „Żandarmerii” Mieczysława Rembiarza ps. „Orlik”. W lipcu 1949 r. uczestniczył w akcji zabicia kolejnych żołnierzy „Żandarmerii” w Kunowie k. Nowego Sącza.

Śledztwo

Księdza Gurgacza po aresztowaniu przekazano do dyspozycji Wydziału Śledczego, gdzie przesłuchania prowadzili Tadeusz Ziarko i Henryk Capiga. Ten drugi (rocznik 1927) w czasie niemieckiej okupacji należał do oddziału Gwardii Ludowej – Armii Ludowej im. Bartosza Głowackiego. 1 marca 1945 r. rozpoczął „służbę” w bezpiece. W 1947 r. przeszedł kurs śledczy przy Centralnej Szkole MBP w Warszawie. Awansowany, pod koniec lat 60-tych był zastępcą Naczelnika Wydziału „B” Służby Bezpieczeństwa Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Krakowie w stopniu majora. „Służbę” skończył w stopniu podpułkownika.

7 lipca 1949 r. podprokurator Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Krakowie, Stanisław Węglarz, podsumował stawiane księdzu zarzuty. Następnego dnia funkcjonariusz śledczy Jan Zborowski sporządził „postanowienie o pociągnięciu do odpowiedzialności karnej”, a naczelnik Wydziału Śledczego WUBP w Krakowie, Franciszek Gałuszka, przygotował akt oskarżenia, zaakceptowany przez prokuratora WPR w Krakowie, Piotra Smolnickiego

„Przywódca bandy”

Rozprawa przeciw oddziałowi dowodzonemu tak naprawdę przez Stefana Balickiego „Bylinę”, którą komuniści propagandowo nazwali „procesem ks. Gurgacza”, a w prasie także „procesem bandy ks. Gurgacza”, stała się pretekstem do nagonki na Kościół katolicki.

Rozprawie przewodniczył szef Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie Władysław Stasica, przy udziale Ludwika Kiełtyki i Mieczysława Motyczko.
Władysław Stasica (rocznik 1913), w latach 30. ukończył Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Od września 1947 do grudnia 1952 r. był szefem Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie. Przewodniczył składom sędziowskim w wielu procesach żołnierzy i działaczy niepodległościowych, m. in. Kazimierza Pużaka. Później był wziętym adwokatem (członek Zespołu Adwokackiego nr 14 w Krakowie). Zmarł 20 czerwca 1973 r., pochowany na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

Ludwik Kiełtyka (rocznik 1922), ukończył Gimnazjum Państwowe w Przemyślu (1935-1939), oraz Liceum Handlowe (1939-1940). W czasie niemieckiej okupacji pracował jako instruktor hodowlany Związku Hodowców Bydła w Krakowie. W lipcu 1944 r. wstąpił do Milicji Obywatelskiej, a w lutym 1945 r. do (L)WP.
We wrześniu tego roku ukończył sześciomiesięczną Oficerską Szkołę Piechoty w Inowrocławiu i został skierowany do Wojskowego Sądu Okręgowego w Krakowie na stanowisko sekretarza. Ostatecznie, awansując na sędziego krakowskiego WSR, wydał 85 wyroków śmierci (w sumie miał ich na koncie co najmniej 216). Potem płynnie stał się urzędnikiem Państwowej Inspekcji Pracy i prezesem Handlowej Spółdzielni Inwalidów w Kielcach.

W uzasadnieniu wyroku na ks. Gurgacza sędziowie WSR w Krakowie podkreślali, że jezuita był „kapelanem bandy, którą demoralizował swoimi kazaniami, wychowując ją w duchu wrogości do obecnego ustroju”. (…) „Był moralnym przywódcą bandy, w bandzie używał ps. »Ojciec<, »Sem«.”

„Nienawiść do ustroju”

Oskarżycielem był szef Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Katowicach, Henryk Ligięza. W wystąpieniu, domagającym się kary śmierci, podkreślał, że „celem większego sfanatyzowania członków »Żandarmerii« osk. ks. Gurgacz odprawiał Msze św. Przedstawiając tendencyjnie stosunki panujące w Państwie Polskim i ich perspektywę rozwoju, osk. ks. Gurgacz wpajał w członków »Żandarmerii« nienawiść do obecnego ustroju i wolę do obalenia go”.

Henryk Ligięza (w 1936 r. absolwent prawa na Uniwersytecie Warszawskim, w 1944 r. powstaniec warszawski w obwodzie „Żywiciel”) po wojnie „służył” najpierw w UB, po czym został przeniesiony na stanowisko podprokuratora Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Krakowie. Potem już tylko piął się po szczeblach kariery: w latach 1946-1955 był prokuratorem wojskowym w Krakowie, Białymstoku, Katowicach, a od 1950 r. w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej.

Mimo zarzutów „odwilżowej” Komisji Mazura o łamaniu „socjalistycznej praworządności”, miękko wylądował w Biurze Zbytu Łożysk Tocznych w Warszawie (zastępca kierownika działu), potem w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego w Warszawie (radca prawny), w końcu w Głównej Komisji Arbitrażowej (od 1959, arbiter i kierownik zespołu). Zmarł 25 września 1973 r. w Warszawie, pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie!!!

 „Każda kropla krwi niewinnie przelanej…”

13 sierpnia 1949 r., ostatni dzień procesu. W protokole rozprawy zapisano: „osk. ks. Gurgacz Władysław – nie oświadcza się”. Przeczą temu odnalezione zapiski funkcjonariusza pionu śledczego bezpieki: „Ost(atnie) słowo Gurgacz – do oddz[iału] nie należał z przyczyn polit(ycznych), jest niewinny jako kapłan, zakonnik i Polak. Niewinny dlatego – bo działał w dobrej wierze. Niewinny wobec Kościoła. Do lasu został zabrany – przymus fizyczny i moralny. Zrobił błąd. Nie tylko może, lecz i powinien udać się do lasu, aby przeciwdziałać większemu złu (dopisek na marginesie: moralista). Zamienił sukienkę duchowną na mundur polskiego żołnierza. Przeciwdziałał rozwojowi organizacji (gdyby nie on, byłoby nie 20, a cały batalion, całe Podhale). On chłopców umoralniał. Uważa, że wyraża przekonania większości narodu. Nie uznaje władz obecnych. Uważa się za przeds(tawiciela) 24 mili(onów) Polaków, którzy nie zgadzają się z obecną rzeczyw(istością) i modlą się o wolność. Iudica me deus (sic!) et discerne causam meam (łac.: Osądź mnie, Boże, i rozstrzygnij sprawę moją)”.

Według relacji zebranych przez biografkę zakonnika, Danutę Suchorowską, ks. Gurgacz miał w ostatnim słowie wypowiedzieć jeszcze kilka ważnych zdań: „(…) ci młodzi ludzie, których tutaj sądzicie, to nie bandyci, jak ich oszczerczo nazywacie, ale obrońcy Ojczyzny! Nie żałuję tego, co czyniłem. Moje czyny były zgodne z tym, o czym myślą miliony Polaków, tych Polaków, o których obecnym losie zadecydowały bagnety NKWD. Na śmierć pójdę chętnie. Cóż to jest zresztą śmierć?… Wierzę, że każda kropla krwi niewinnie przelanej zrodzi tysiące przeciwników i obróci się wam na zgubę”.

„Pod Twoją obronę”

14 sierpnia 1949 r. krakowski WSR wydał wyrok. Na śmierć skazano ks. Władysława Gurgacza, Stefana Balickiego „Bylinę” i Stanisława Szajnę „Orła”. Osadzono ich następnie w bloku śmierci Centralnego Więzienia Montelupich w Krakowie. Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski, o którą zresztą ks. Gurgacz nie prosił.

Przez miesiąc ks. Gurgacz przebywał w celi śmierci, mając ograniczone możliwości kontaktowania się z pozostałymi żołnierzami PPAN. 14 września 1949 r. na podwórzu Montelupich (w rogu między murem a więzienną piekarnią), egzekucję wykonano „strzałem katyńskim”. Choć w protokole zapisano obecność „plutonu egzekucyjnego”, w tył głowy strzelał tylko jeden – kat Montelupich – Władysław Szymaniak. W zbrodni asystowali: prokurator WPR w Krakowie Zenon Grela, naczelnik więzienia Władysław Pestka oraz – stwierdzający zgon, lekarz więzienny Eryk Dormicki.

Ostatnie chwile ks. Gurgacza zrekonstruował na podstawie rozmów z więzionymi w tym czasie na Montelupich ks. Szymański:

„Trzech więźniów szło na stracenie. Ubrani byli tylko w bieliznę. Pierwszy szedł o. Gurgacz, za nim Balicki i Szajna. Starszy celi położonej na wprost korytarza zarządził modlitwę za idących na śmierć. Zaśpiewano głośno »Pod Twoją obronę«. Strażnik kazał im milczeć, lecz oni śpiewali dalej. Wsłuchany w słowa pieśni szedł o. Gurgacz razem z dwoma przyjaciółmi na śmierć. (…) Przybyli na miejsce kaźni położone pod murem więziennym. Zawiązano im oczy. Prokurator, naczelnik więzienia i lekarz stanęli obok skazańców. (…) Gdy zamilkły tony pieśni, więźniowie w celach wyraźnie słyszeli cztery strzały. Dlaczego cztery? Wyrok wykonywał strażnik więzienny. Strzelał on z rewolweru wprost w potylicę. Pierwszy jednak strzał przeznaczony dla Gurgacza nie był celny. Zranił go tylko. Drugi strzał był przeznaczony dla Balickiego, a trzeci dla Szajny. Obydwa były celne. Teraz oddziałowy oddał strzał czwarty do słaniającego się po ziemi Gurgacza. Tym razem nie chybił. To, co się działo przy egzekucji i co opisałem, zawdzięczamy dr. Ernestowi von Beple (właśc. Ernestowi Boepple), odsiadującemu karę za zbrodnie popełnione podczas okupacji w Oświęcimiu. Przy egzekucji był obecny, ponieważ kazano mu ciała zabitych włożyć do worka i zanieść do piwnicy”.

Ksiądz Władysław Gurgacz został potajemnie pochowany na cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Jego szczątki odnaleziono w październiku 2018 r. podczas prac poszukiwawczych IPN.

WALTER ALTERMANN: Preludia II Wojny Światowej. Największe kłamstwa XX wieku

Dzisiaj pisanie o II Wojnie Światowej ma głęboki sens, bowiem coraz więcej osób uważa, że stoimy u progu III Wojny. Warto zatem zastanowić się nad tym kto i dlaczego tę II Wojnę wywołał.

Wojny nie wybuchają przypadkiem i nie zaczynają się od tego, że ktoś tam komuś powiedział jakieś przykre słowa – choć tak właśnie uważa wiceprezydent Gdańska.

Skandal w Gdańsku 

Wiceprezydent Gdańska Piotr Grzelak. właśnie na okoliczność zakończenia II Wojny Światowej stwierdził: „Na początku było słowo, złe słowo. Słowo jednego przeciwko drugiemu. I to złe słowo było słowem Polaka przeciwko innemu narodowi, Niemca przeciwko innemu narodowi. Europa została tym złym słowem podzielona”.

Ta skandaliczna wypowiedź padła w maju 2019 roku. Może być i tak, że pan Grzelak przeczytał w życiu jedynie Stary Testament, w który istotnie znajdujemy zdanie, że na początku było słowo. Jednakże uczeni w Piśmie od zawsze twierdzą, że to biblijne „słowo” oznacza „myśl i zamiar Boga”.

Ta egzotyczna wypowiedź wiceprezydenta Gdańska wskazuje na Polaków jako winnych rozpętania II Wojny Światowej. To nie tylko manipulacja, ale celowa próba zacierania odpowiedzialności Niemców za krzywdy i straty spowodowane wojną – stwierdzali jednomyślnie  historycy. Bo też i trudno stawać w obronie tak horrendalnej głupoty, nawet jeśli pochodzi z głowy lokalnego działacza Platformy Obywatelskiej.

W wypowiedzi pana Grzelaka nie doszukiwałbym się jakichś politycznych zamierzeń, jak  rozmywanie winy Niemców za II Wojnę Światową. Ja – naprawdę – widzę w tym  niedorzecznym gadaniu, raczej przebłysk panującej w świecie mody na miłość, bratanie się katów z ofiarami i ogólne dążenie do budowania bytów ponadnarodowych i ahistorycznych. Niestety też młodzież nasza jest niedouczona, żeby nie powiedzieć bezmyślna, bo skoro poseł Dariusz Joński nie wie kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, to co on w ogóle wie?

Wspólnota niewiedzy? Wypraszam sobie

Gdy wybuchł skandal, Piotr Grzelak na swoim profilu, na portalu społecznościowym, napisał, że pragnie zapewnić, iż w żadnym wypadku nie było jego intencją wskazywanie Polaków jako współodpowiedzialnych za tę wielką tragedię. „Przepraszam jeśli ktoś poczuł się urażony użytym przeze mnie sformułowaniem. Moim celem było zwrócenie uwagi na pełną odpowiedzialność, jaka spoczywa na nas współcześnie, niezależnie od narodowości, za słowa które wypowiadamy. Słowa, które mogą łączyć, ale również bardzo mocno dzielić. Bierzemy pełną odpowiedzialność za Europę i za to, żeby tragedia II Wojny Światowej się nie powtórzyła”.

Dla mnie takie przeproszenie to też kuriozum, bo słowa pana Grzelaka, że: „ Bierzemy pełną odpowiedzialność za Europę…”  budzą we mnie strach. Nigdy i za nic nie chciałbym wespół (z p. Grzelakiem) brać odpowiedzialności za cokolwiek. Bo znowu może mu się coś pomylić i zamiast aktu zwycięstwa sporządzi „nasz wspólny” akt kapitulacji? Słowa, to nie fraszki, słowa mają swoją wagę – o czym w tym miejscu piszę od dawna.

Panom Grzelakom i Jońskim ku pamięci

Piszę to dla pokolenia 40 latków, bo z  nimi jest najgorzej. Nam, starszym już osobom, w szkole wbijano do głów, że wojna zaczęła 1 września 1939 roku od napaście Niemiec na Polskę. W domach zaś uczono nas, że 17 września 1939 roku do tej wojny przyłączyli się Rosjanie. Jeżeli ktoś sądzi, że przez tę dychotomię, iż w szkołach mówiono co innego, a w domach co innego, byliśmy pokoleniem ogłupiałym, to jest w dużym błędzie. To właśnie dzięki tej rozdzielności wiedzy istniała też jej wspólnota – czyli błogosławiona dychotomia. Uczyliśmy się niejako „twórczo nie dowierzać” i sprawdzać każdą informację. Z czego rozwijał się umysł i samodzielność myślenia.

Z tą szkolna wiedzą to też nie było tak, żeby którykolwiek z naszych nauczycieli odważył się powtarzać, jako swoje, słowa radzieckiej propagandy, że ZSRR zajął polskie ziemie i zniewolił  Polaków, dla ich ochrony przed Niemcami. Tak źle to z nami jeszcze nie było, bo nasi nauczyciele po prostu jednym zdaniem informowali o 17 września. Wszyscyśmy i tak wiedzieli swoje.

Dla Piotra Grzelaka miliony osób zostały wymordowane przez Niemców, bo stały za tym używane przez Niemców i – o zgrozo – Polaków „złe słowo”. Dla europosła Dariusza Jońskiego (ur. w1979 r.) Powstanie Warszawskie wybuchło w 1988 roku…Czyli, w wówczas kiedy polityk KO miał 7 lat…

Wojny nie wybuchają bez powodu

O przyczynach wybuchu II Wojny Światowej napisano już tysiące opasłych i mądrych ksiąg. Jeżeli zatem i ja podejmuję się napisać o tym kilka zdań, to jedynie dlatego, że wiem, iż Grzelak i Joński nie mają głów do czytania czegokolwiek dłuższego niż dwie kartki papieru formatu A 4.

II Wojna Światowa „wisiała w powietrzu” już od zakończenia I Wojny. Jak wiemy (choć nie wszyscy) I Wojna zakończyła się upadkiem trzech największych europejskich imperiów – Rosji, Niemiec i Austro-Węgier. Najmniejszy kłopot był z dziedzictwem ostatniego z imperiów, bo rodowitych austriackich Niemców było tam ledwie 17 procent. Z Austro-Węgier powstały: Polska (częściowo), Czechosłowacja, Węgry i Jugosławia. Co prawda Niemcy austriaccy byli niezadowoleni bardzo, ale nikt się z nimi specjalnie nie liczył.

Natomiast na nowym podziale Europy najwięcej straciła Rosja i zaraz po niej Niemcy. Z początku zdawało się, że Rosja, mająca tak wielkie kłopoty z wprowadzaniem nowego komunistycznego ładu, nie stanowi już zagrożenia dla Polski, Litwy, Łotwy i Estonii, ale te nadzieje prysły już w 1920 roku. Okazało się, że dusza „wielkorusa” jest mocna i nawet komuniści marzyli o odbudowie imperium Romanowych, choć pod nową nazwą.

Z kolei Niemcy nigdy nie pogodzili się z utratą części Śląska, Wielkopolski, Pomorza, Mazur i Warmii. Prawda, że te ziemie etnicznie są nasze i były też w naszym władaniu przez setki lat,jest dla Polaków oczywista. Przez Niemców jednak owe ziemie traktowane były jako „odwieczne niemieckie dziedzictwo”, bo przecież Prusy panowały nad nimi przez 123 lata rozbiorów.

Zarówno w komunistycznej Rosji, jak i w Niemczech upokorzenia traktatem wersalskim były niezwykle żywe. Odbierano je jako dziejową zniewagę. Dlatego Rosja i Niemcy już w 1922 roku porozumiały się co do przyjaźni i swej strategicznej współpracy, i zawarły w Rapallo złowieszcze dla nas porozumienie. I ta braterska współpraca kwitła, właściwie aż do momentu ataku Niemiec na ZSRR – 22 czerwca 1941 roku. Zadziwiające, że Stalin, jako wódz światowej rewolucji, tak chętnie i ufnie współpracował z kapitalistycznymi i antykomunistycznymi hitlerowcami. A może Stalin był tak naprawdę i głównie wielkorusem?

Wojny nie wybuchają nagle

Wojna to działania zbrojne. I dlatego data wybuchu II wojny światowej, 1 września 1939 roku jest datą prawdziwą. Jednakże preludia wojenne trwały długo. Najpierw 12 marca 1938 roku Niemcy przyłączyli do III Rzeszy Austrię, co spotkało się z ogromnym zadowoleniem ogromnej większości Austriaków. Było to jawnym pogwałceniem postanowień podpisanego po I wojnie światowej traktatu wersalskiego, który zakazywał połączenia obu państw w obawie przed nadmiernym wzmocnieniem Niemiec. Ale ogół Austriaków cieszył się bardzo, bo anschluss dawał im złudzenie odzyskanej imperialnej wielkości. Na trasie przemarszu, a właściwie radosnej parady niemieckich oddziałów, panowała radość, uśmiechy, euforyczno-orgiastyczne okrzyki pań, płacz panów i szczęśliwe wznoszenie rąk w hitlerowskim pozdrowieniu.

Co zrobiła Europa na takie dictum? Nic. Później ta Europa zgodziła się na wchłonięcie przez Niemców Czechosłowacji. A największy głupiec XX wieku, premier Wielkiej Brytanii, lord Neville Chamberlain wracając z Monachium, machał w Londynie na stopniach samolotu jakimś papierem i radośnie krzyczał: „Przywiozłem wam pokój”.

Ten  „pokój” kosztował niedługo potem świat około 70 milionów ludzkich istnień.

 

 

 

 

 

 

 

MARIA GIEDZ: Rwanda, kraj czystszy, bezpieczniejszy i spokojniejszy niż państwa Europy, zwłaszcza tej zachodniej

Środek Afryki, poniżej równika, a więc południowa półkula, stosunkowo niedaleko źródeł Nilu (są trzy źródła Nilu w okolicach Kibeho, to na południu Rwandy), góry, wulkany, jeziora z ciepłymi źródłami i serdeczni ludzie, chociaż trochę jakby zalęknieni – to Rwanda, kraj mniejszy od województwa mazowieckiego (jak lubelskie), gdzie mieszka ponad 14 mln osób, z tego 60 proc. ludności zalicza się do najbiedniejszych na świecie. Mimo to są szczęśliwi, bo nie czytają gazet, gdyż ich nie ma, tylko nieliczni oglądają telewizję, częściej słuchają radia, chociaż nie każdego na nie stać.

Z dwójką miejscowych pracowników przynależnych do katolickiej misji, jeden zajmujący się pomocą ubogim, drugi dziećmi niepełnosprawnymi, wędrujemy przez dużą wieś Nyakinama położoną w północnej Rwandzie u podnóża wulkanów, odległą o 10 km od Ruhengeri – ponad 160 tysięcznego miasta, drugiego, co do wielkości w Rwandzie. Pniemy się pod górę kamienistą, a raczej wulkaniczną drogą między niewielkimi domami wzniesionymi z suszonej cegły, krytymi blachą. Oczywiście idziemy pieszo. Główną szosę, wzdłuż której stoją ceglane domy zamożniejszej ludności mamy za sobą. Tu rozpoczyna się świat biedy. Z zewnątrz wygląda to nieźle, ale… nieduże pola słodkiego ziemniaka, trzciny cukrowej, a zwłaszcza lasy bananowe nie należą do jednej rodziny, a kilkunastu. Zdarza się, że kilkanaście drzew dzieli się na trzy, cztery rodziny, tak, że jednej przypadają cztery drzewa. Czy można się za to wyżywić?

Transport na głowie

Do pewnego miejsca można dojechać samochodem, a dalej? Wszystko nosi się na głowach. Słowo „wszystko” należy rozumieć dosłownie. Tragarzami są głównie kobiety. To one niosą na głowach i to po kilka kilometrów 20-25 litrowe baniaki z wodą, cement potrzebny do budowy – o ile mają co i za co budować, kiście bananów na sprzedaż, wielkie worki z liśćmi bananowców na paszę dla zwierząt – o ile takie posiadają, kosze z ziemniakami, ubraniami, pęki bambusowych patyków na podpórkę dla roślin i wszelkie inne produkty.

Ta kobieta niosąca 25 litrów wody na głowie, idzie pod górę i wygląda jakby niosła poduszke puchową. Fot. Maria Giedz

Nie przeszkadza im ani słońce, ani deszcz, ani to, że droga jest kamienista i pod górę. A kamienie tutejsze są ostre, bo to twarda, wypalona lawa wulkaniczna raniąca stopy nawet przez grubą podeszwę. W okolicach Kigali jest nieco wygodniej, gdyż „czerwona ziemia” jest mniej kamienista, za to bardziej śliska. Kobiety wędrują nawet w klapkach typu japonki. Uśmiechają się, pozdrawiają, nie przejmując się ciężarem na głowie, jakby niosły puchową poduszkę.

Jednak, kiedy wyjmuję aparat wiele z nich odwraca się, informując, że nie chcą być fotografowane. Jeśli jestem sama, to nawet nie wyciągam aparatu, ale w towarzystwie miejscowych wiele mi wolno. Dzieciaki czasem uciekają, chowają się za drzewa, a dorośli? Zachowują się różnie. Chrześcijanie – w Rwandzie 93 proc. mieszkańców stanowią chrześcijanie, są to głównie katolicy, chociaż występują też różne wyznania protestanckie – nie mają nic przeciwko fotografowaniu. Katolicy wyróżniają się tym, że noszą na szyi różaniec, a czasem medalik. Muzułmanki zazwyczaj widać z daleka, bo noszą czadory, chustki na głowach, a czasem nawet kwef.

Biały człowiek

Słowo „Muzungu” w mentalności miejscowych funkcjonuje trochę tak, jak u nas „Murzyn”, oznacza „Biały”, ale i bogaty. Encyklopedie w ramach poprawności tłumaczą to, jako „wędrowiec”, co nie jest prawdą, bo sporo Muzungu od lat mieszka w Rwandzie i nigdzie nie wędruje. Są to w większości misjonarze. Chociaż Muzungu (turyści) przyjeżdżają też do Rwandy, aby „zostawić pieniądze”, czyli wybrać się do któregoś z parków narodowych, np. tego z gorylami, gdzie za wstęp płaci się 1500 USD, albo wejść na jeden z pięciu wulkanów. Za wejście na ten najtańszy, najmniej atrakcyjny i wyjątkowo męczący, za to trzeci, co do wysokości, czyli na wulkan Bisoke (3711 m n.p.m.) płaci się zaledwie 75 dolarów. Najwyższy Karisimbi wznosi się na 4500 m n.p.m. Oglądałam go z podejścia na Bisoke. Wszystkie są zalesione. Po owych parkach narodowych nie można chodzić samodzielnie. Idzie się z przewodnikiem i wojskiem, to dla bezpieczeństwa. Nic dziwnego, że trzeba płacić.

Wulkan Karisimbi widoczny z drogi na wulkan Bisoke. Fot. Maria Giedz

Z tego turystycznego biznesu prawie nic nie mają miejscowi. Zarabia prywatna osoba. Ponoć partycypuje w życiu miejscowych, inwestując w różne założenia, no, ale po miejscowych tego nie widać. Czasem ktoś rzuci im „na ochłapę” jakieś drobne. Celują w tym Niemcy płacący za hotele i wycieczki krocie, a „Czarnym” wciskają do ręki grosze. Nic dziwnego, że w samym turystycznym zagłębiu, gdzie „Biali” szpanują strojem, sprzętem, aparatami fotograficznymi i innymi drogimi gadżetami spotkałam tak głodne dzieci, że jak im oddałam rozgniecioną w plecaku kanapkę przygotowaną dzień przed wędrówką, połknęły w mgnieniu oka nie bacząc na jej zawartość, a tym bardziej na wygląd.

Dzieciaki uciekają przed aparatem fotograficznym, chowając sie za drzewami. Fot. Maria Giedz

W innym miejscu, jakiś człowiek prosił moich miejscowych towarzyszy wędrówki, aby go zawołali, kiedy będę przechodziła. Chciał podać mi rękę i zamienić ze mną kilka słów. Nie bardzo rozumiałam po co, ale zależało mu, aby okoliczni mieszkańcy zobaczyli go w towarzystwie Muzungu. Bo Muzungu, to nie tylko skąpi Niemcy (Rwanda była przez kilkadziesiąt lat – od 1890 r. do 1916 r. niemiecką kolonią – Niemiecka Afryka Wschodnia, dopóki nie przejęli jej Belgowie), a przede wszystkim chrześcijańscy misjonarze. Pierwsi pojawili się w 1899 r., ale na stałe osiedlili się w 1900 r. Pierwszy kościół powstał w 1901 r. W przyszłym roku Rwandyjczycy będą obchodzić 125 lecie istnienia Kościoła katolickiego na ich ziemi. Jednak większość misji świętuje 40-50-lecie. A zgromadzeń jest wiele: Franciszkanki z Lasek zajmują się ociemniałymi dziećmi, ojcowie Marianie obsługują parafie, w tym m.in. są w Kibeho, gdzie znajduje się najważniejsze sanktuarium Maryjne w Afryce – jedyne objawienia uznane przez autorytet Kościoła. Pierwsze objawienia miały miejsce w 1981 r., ale ich autentyczność uznano dopiero w 2001 r., chociaż sanktuarium powstało już w 1992 r., czyli przed okrutną wojną (ludobójstwo 1994 r.)

Nyakinama. W niedzielę przed kościołem w parafii prowadzonej przez ojców Marianów. Fot Maria Giedz

Niedaleko jednego z domów, pod bananowcem spotkałam leżącą na ziemi starą kobietę. Nie mogła wstać, nie miała siły. Nie była pijana, ani zbyt ciężko chora. Ot, zwyczajnie była bardzo głodna, nie jadła od kilku dni. Czasem ktoś z sąsiadów dzielił się z nią jedzeniem, o ile sam je posiadał. Zamierzałam pójść do sklepu i kupić jej trochę kukurydzianej mąki, aby mogła przygotować igikomę – gęsty, sycący napój (mąka z kukurydzy, sorgo i soja). Jednak do sklepu było daleko, a przed nami długa droga, więc wpisaliśmy ją na listę potrzebujących, po czym po powrocie zgłosiliśmy w centrum misyjnym, czyli gdzie? – u polskich misjonarek, Zgromadzenia Sióstr od Aniołów, gdzie się zatrzymałam.

„Siostry Anioły”

Pojawiły się w Rwandzie w latach 80. ubiegłego stulecia, ale misję w Nyakinama założyły dopiero na początku lat 90. XX w., chociaż w tym roku obchodzą 40-lecie swojego istnienia w tym kraju. Za pionierkę można uznać Siostrę Agnieszkę, która po raz pierwszy na rwandyjskiej ziemi stanęła, gdy miała 25 lat. Dzisiaj siwizna pokrywa jej głowę. Z przerwami mieszka w Rwandzie 30 lat. Po kinyarwanda gada jak miejscowa, nie mówiąc o francuskim. Początkowo siostry prowadziły ośrodek zdrowia, zajmowały się też dożywianiem. Z czasem stworzyły pracownię haftu, kroju, szycia, powstała też „Adopcja Serc”, czyli głównie pomoc w edukacji dzieci (jest ich około 400).

Nyakinama. S. Agnieszka w biurze Adopcji Serc. Fot. Maria Giedz

To dzięki pracy S. Agnieszki w Nyakinama powstało przedszkole dla okolicznych dzieci. Dzisiaj do przedszkola uczęszcza ich setka. Sióstr, tych „białych” jest niewiele – obecnie trzy. Pozostałe to miejscowe – w październiku kolejne złożą śluby wieczyste. S. Agnieszka dla swoich podopiecznych właśnie buduje nowe Centrum Szkolne z przedszkolem, szkołą podstawową i zawodową (oczywiście dzięki darczyńcom). Nie są to jedyne działania Sióstr, bo przecież w Kabudze pod Kigali (stolica Rwandy) powstało hospicjum. Ponadto Siostry od Aniołów (przez miejscowych zwane Siostrami Aniołami) zajmują się biednymi rodzinami. Pomagają im w życiu codziennym, kształcą ich dzieci, a przede wszystkim pomagają w leczeniu dzieciaków. Wiele z tych dzieci cierpi na choroby kostne. Nie znam się na medycynie, ale na tej szerokości geograficznej występują jakieś bakterie atakujące układ kostny. Ma na to wpływ również ziemia wulkaniczna.

Nyakinama. Budowa Centrum Szkolnego. Fot. Maria Giedz

Dzieci te trzeba operować, więc w ramach współpracy z polskimi medykami, co któryś miesiąc przyjeżdżają ortopedzi z „Fundacji Afriquia”. Oni dzieci badają i klasyfikują do konkretnych operacji. Drobne operacje wykonują na miejscu, cięższe przypadki zabierają do Polski (zajmują się również szkoleniem miejscowych ortopedów). Tak było z dziewczynką Serafiną oraz chłopcem o imieniu Lavie. Oboje są dziećmi wyjątkowymi, radosnymi, mądrymi, uczynnymi. Serafina dobrze mówi po polsku, Lavie trochę gorzej, za to jest uzdolniony plastycznie.

Życie codzienne

Podstawowym zajęciem mieszkańców Rwandy jest rolnictwo gdyż ziemia tu jest bardzo urodzajna, ale i trudna do uprawy – wszędzie są kamienie, gdyż Rwanda to w większości góry. Spora też część społeczeństwa zajmuje się drobnym handlem. Domy, zwłaszcza na wsi buduje się z cegły suszonej. Są to parterowe budynki złożone z kilku malutkich pomieszczeń. Kuchnia i miejsce do mycia, czyli łazienka, w której ochlapuje się wodą przyniesioną na głowie, znajdują się w osobnym budynku. Wodociąg mają tylko ci mieszkający przy głównych drogach. Ubikacja, to w najlepszym wypadku wolnostojąca sławojka z dziurą w ziemi. Niektórym rodzinom, jeśli są tam dzieci z niepełnosprawnością umysłową Siostry pomagają w budowie domu. Są to maleńkie domki. Byłam w takim jednym, świeżo zbudowanym. Mieszka w nim samotna kobieta wychowująca dwójką dzieci. Jedno ze sporą ociężałością umysłową. Całym dobytkiem tej kobiety są cztery bananowce. Ona sama pracy nie ma. Czasem sąsiedzi ją do jakiejś pracy wynajmują. Do jej domu idzie się pieszo przez góry. Nie można dojechać, bo nie ma drogi. Cały dom wybudowano wnosząc materiały budowlane na głowie.

Tu nie ma maszyn. Ziemię uprawia się motyką. Fot. Maria Giedz

 

Niemal każdą pracę wykonuje się ręcznie. Fot. Maria Giedz

Rodziny są zazwyczaj wielodzietne, więc szkoły są przepełnione – widać to o poranku i po południu, kiedy dzieciaki wędrują do lub ze szkoły, a także w kościele. Dziwny to kraj. Wszędzie jest bardzo czysto. Nie używa się plastików. Powiedziałabym, że jest czyściej niż w wielu państwach Europy, zwłaszcza tej Zachodniej. Jest też spokojnie. Nikt nikogo nie zaczepia, poza dziećmi, które jak zobaczą „białego”, to albo płaczą, bojąc się, że zostaną porwane, albo machają rączkami, podbiegają i się przytulają. Zdarza się, że proszą o pieniądze, ale nie jest to nagminne jak w krajach Azji. Kolejną zaletą jest bezpieczeństwo. Wszędzie policja lub wojsko, czyli po drogach nie można jechać szybciej niż 60 km na godzinę, poza zabudowaniami 80 km/godz. Za przekroczenie prędkości płaci się dość wysoki mandat. Wypadków jest niewiele, chociaż na ulicach ogromny tłok – samochody, setki motocykli, które robią za taksówki. Wolno wieźć tylko jedną dodatkową osobę. Pełno jest też rowerów – to też często taxi rowerowe – wolno wieźć do trzech osób. Chociaż rowerami przewozi się również bagaż – kanistry z piwem, najróżniejsze deski, worki…

Właśnie skńczyły się lekcje w jednej ze szkół. Fot. Maria Giedz

W Rwandzie nie ma czegoś takiego jak Wi-Fi (w drogich hotelach, na które mnie nie stać i ważnych urzędach państwowych zapewne jest). Wszystko załatwia się przez komórkę o ile działa. Generalnie komórka jest do dzwonienia. Wiele osób ma jeszcze stare komórki, niby z internetem, ale i tak go nie odbierają. Nie ma abonamentu, tylko kupuje się kartę i doładowuje co miesiąc. Za 30 tys. franków – dolar to ok. 1340 franków, więc raz na miesiąc trzeba zapłacić dwadzieścia parę dolarów. Ludzie mało zarabiają, dlatego wielu z nich nie ma telefonu. Dzieciaki nie bawią się smartfonami, tabletami, nie siedzą z nosem w komputerze.

Tak transportuje się drewno. Fot. Maria Giedz

 

Kigali. Jak przejechać w takim tłoku? Fot. Maria Giedz

Sklepy są, ale nie ma w nich szału. Funkcjonują targowiska, gdzie sprzedaje się wszystko. Najbardziej popularne są stoiska z warzywami czy owocami, chociaż wyboru nie ma dużego. Są to głównie ziemniaki, często słodkie, banany do gotowania (smakują jak ziemniak), do jedzenia głównie żółte duże i żółte małe – podobne do chiquita. Są też banany czerwone, ale te rosną tylko w ogrodach i to w rejonie Kigali, a raczej Kabuga (miejscowość typu Konstancin pod Warszawą). Można jeszcze kupić fasolę, arachidy, dużo jest marchewki. Bywają papaje, ananasy. Papryka nie jest popularna. Pomidory, tylko jeden gatunek. Popularna jest marakuja – jest kilka odmian, żółte, fioletowe, przypominające pomidory – są bardziej kwaśne i bardziej słodkie. Można też kupić arbuzy…

Przydrożne targowisko na trasie Kigali Ruhangeri. Fot. Maria Giedz

Rwandyjczycy chleb jedzą rzadko, mięso czasem. Ich głównym posiłkiem jest mieszanka gotowanych warzyw – banany, czasem połączone z fasolą. Mnie to nie smakuje. Mają też ryby, np. tilapię. Nad jeziorem Kivu zjadłam pyszną grillowaną tilapię z frytkami z bananów. Do tego była surówka i napoje – za 6 osób zapłaciliśmy 70 tys. franków, czyli na osobę wyszło ok. 8 USD, a jedzenie było pyszne i było go dużo. W Polsce za 24 zł nie zjem obiadu w eleganckiej restauracji ze stolikami nad brzegiem ogromnego jeziora. Jedliśmy i widzieliśmy statki stojące na redzie w porcie już po stronie kongijskiej.

Na koniec warto dodać, że Rwanda to kraj bębnów i najróżniejszych grzechotek. Podczas wszystkich uroczystości używa się bębnów. W kościołach się też tańczy – czynią to zazwyczaj grupy tancerzy, którymi mogą być dziewczynki. Warto też dodać, że Rwandyjczycy są muzykalni, pięknie śpiewają. Sami dzielą się na głosy – można ich słuchać w nieskończoność.

Tańczące dziewczynki podczas Mszy św. Fot. Maria Giedz

WIKTOR ŚWIETLIK: Telegram w objęciach demokracji

Francuski dziennik „Liberation” triumfuje z powodu, że platforma Telegram zaczyna współpracować z francuską policją w namierzaniu, między innymi, pedofilów. Walka z pedofilią rzecz święta i tylko chyba pedofil by jej nie pochwalił, więc temat zostaje sprowadzony do jednego. Problem w tym wszystkich co kryje się za „między innymi”.

„Między innymi” oznacza, że śledztwa i „współpraca” Telegrama mają odnosić się też do innych spraw, nie związanych z pedofilią. Może to być na przykład terroryzm. Instrukcje jak skonstruować materiały wybuchowe, gdzie je kupić, czy wręcz plany zamachu. Tu też trudno mieć pretensje. Ale przecież – znając kierunki w jakich nasza europejska oaza wolności zmierza – mogą to być i inne sprawy. Propagowanie faszyzmu, mowy nienawiści, wspieranie ruchów radykalnych, a także, rzecz jasna, populizm i walka z fake newsami. A te ostatnie fronty, jak pamiętamy, zostały gremialnie otwarte przez operatorów amerykańskich serwisów społecznościowych, w których marnujemy nasze życie, na tyle skutecznie, że mogło mieć to istotny wpływ na wyniki ostatnich wyborów w USA.

Szczególne wątpliwości w dawnych czasach, kiedy na terenie Unii Europejskiej nie doceniano jeszcze tak bardzo tej szczególnej wartości, jaką jest wolność słowa, jest metoda, przy pomocy której Telegram przekonano do współpracy. Dawniej byłyby to spotkania, odwołanie się do oczywistego interesu publicznego, może udział w jakiejś wspólnej akcji promocyjnej. Tym razem sprawę załatwiono w sposób krótszy, bardzo bliski zresztą dziś rządzącym Polską, którzy zdaje się, starają się być wręcz europejskimi trendsetterami. Założyciela Telegrama Pawła Durova po prostu we Francji zatrzymano i przez kilka dni przesłuchiwano i maglowano.

Jeszcze ciekawszy jest wcześniejszy kontekst sprawy, bo wydaje się, że Durov nie zawsze był aż takim zagrożeniem dla światowego i francuskiego bezpieczeństwa. Otóż, jak wiadomo, opuścił on Rosję, aby unikać nacisków ze strony reżimu putinowskiego i wystarał się o kilka innych obywatelstw, w tym francuskie i Arabii Saudyjskiej. Co więcej, z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem zostali kolegami. Macron namawiał Durova by na stałe przeniósł swój biznes do Francji, czytaj: wspierał go politycznie. Durov odmówił, zdaje się z tych samych przyczyn, dla których wyjechał z Rosji. Jak tłumaczył, ma jednak z francuskimi organami ścigania „gorącą linię”, gdzie pomaga ścigać terrorystyczne czy pedofilskie treści. Jak tłumaczy, ściganie go za to, że coś pojawia się w serwisie mającym 900 milionów użytkowników to jakby ścigać twórców internetu, natomiast, jak twierdzi, w sytuacjach, gdy służby go informują o takich podejrzeniach, reaguje.

Jak się okazuje to nie wystarcza. Wygląda na to, że byśmy byli wszyscy bezpieczni, służby muszą nie tylko współpracować, ale kontrolować. Nie tylko po to, by wygrywać przestępców, ale przede wszystkim byśmy wszyscy byli umoszczeni w politycznych objęciach tych, co zawsze i by nikt inny nie doszedł do władzy. Jak widać walka o praworządność i demokrację „tak, jak ją rozumiemy” ma dużo szerszy kontekst niż tylko polski i nie jest to dobra wiadomość.

 

WALTER ALTERMANN: Kłamliwe mity, największe kłamstwa XX wieku

Ostatnio bardzo wiele stacji TV emituje, dokumentalne i dokumentalizowane filmy oraz niezliczone dyskusje historyków, pod wspólnym tytułem TAJEMNICE. Owe ujawniane tajemnice w istocie niczego nie wyjaśniają, ale są atrakcyjne dla widza, czyli tak zwanej publiki, zwanej też opinią publiczną. Zważywszy to wszystko pozwalam sobie przedstawić własną listę spraw zakłamanych do cna.

Tu muszę zauważyć, że „opinia publiczna” jest również potwornym kłamstwem. Opinia publiczna jest bowiem sumą ludzkiej niewiedzy i wiedzy. Z ogromną przewagą niewiedzy. To znaczy – ludzie wiedzą tylko to, co im się przedstawi jako prawdę. Tym samym wszelkie dyskusje na temat przeszłości ograniczane są do faktów narzuconych przez politykę i usłużnych jej historyków, dziennikarzy i polityków. Emblematycznym tego przykładem są dzieje II Wojny Światowej, tak różnie przedstawiane na Wschodzie i Zachodzie.

Zwycięski Zachód

Propaganda Zachodu robiła i nadal wiele robi, żeby przedstawić wysiłek zbrojny Wielkiej Brytanii oraz USA, jako decydujący dla losów świata. Z zachodnich mediów, filmów historycznych, z powieści i doktryn historycznych ma niezbicie wynikać, że II WŚ wygrał Zachód, i że bez ofiary krwi jego żołnierzy nad całym światem zapanowaliby Niemcy i ich główni koalicjanci – Włosi i Japończycy. W propagandzie Zachodu podkreśla się także ogromną pomoc materiałową i sprzętową, jakiej USA udzielił ZSRR. Tym karmiła „opinię publiczną” najpierw zachodnia prasa, a potem filmy produkowane na Zachodzie. I tak ukształtowały one własną (zachodnią) opinię publiczną. Skutkiem tego ludzie Zachodu są święcie przekonani, że właśnie tak było, że oni i głównie oni pobili Niemców.

Generalnie – wszyscy ludzie tęsknią i łakną historii, w której ich narody przedstawiane są jako piękne, dumne i rycerskie, a przede wszystkim zwycięskie. Poczucie narodowej siły pozwala bowiem znieść ubogim obywatelom biedę i brak perspektyw.

Równie zwycięski Wschód

Najlepiej mityczne myślenie o własnym narodzie widać w stosunku Rosjan do własnego państwa. Tam duma zastępuje od wieków chleb, wolność myślenia i prawo do godnego mieszkania. A obecnie nawet dostęp do bieżącej wody, dobre drogi i podstawową opiekę medyczną.

To wyznawana przez Rosjan duma z własnego narodu nie pozwala przyznać – większości z nich –  że głównodowodzącym Armią Czerwoną w czasie II Wojny Światowej był jeden z największych w historii zbrodniarzy – Józef Stalin, czyli Josif Wissarionowicz Dżugaszwili. To właśnie lęk przed okrutną prawdą, w połączeniu z dążeniem do „spokojnego życia”, każe Rosjanom nadal czcić (coraz bardziej jawnie) Stalina.

I to samo zakłamanie pozwala obecnie rządzić Putinowi, w końcu człowiekowi ukształtowanemu przez okrutny aparat represji, stalinowskie KGB. Przypomnijmy, że to Władimir Putin wielokrotnie i całkiem serio oświadczał, że największą tragedią Rosji w XX wieku był rozpad ZSRR. Tym samy dawał do zrozumienia, że to jemu przypada obowiązek odbudowania dawnego imperium. Co, jak widzimy na Ukrainie, próbuje robić.

Ojczyźniane mity ZSRR

Oczywiście propaganda ZSRR wbiła do głów obywatelom tego państwa, że to Rosjanie i inne narody, wchodzące w skład ZSRR, pokonały Niemców. Zwróćmy tu uwagę, że dla obywateli ZSRR II WŚ była Wojną Ojczyźnianą. A ta nazwa odwołuje się właśnie do miłości ojczyzny, czyli dla Rosjan największej wartości ich bytu.

Zauważmy też, że Rosjanie jak ognia unikają nazywania rzeczy po imieniu, stwarzając najpierw na własny użytek, a potem niosąc ten mit przez świat, że do ataku Niemców na ZSRR, 22 czerwca 1941 roku, ich państwo nie miało z Niemcami nic a nic wspólnego.

Rosyjska propaganda głosiła jeszcze większe kłamstwa, sugerując, że Stalin przewidując co stać się może, ratował od 17 września 1939 roku, ziemie etnicznie ruskie (białoruskie i ukraińskie), aby chronić bratnie (?) nacje. Z rozpędu niejako do tych bratnich zaliczano także Polaków, Litwinów, Estończyków, Łotyszy, a nawet Finów.

Jednostka niczym, rocznica wszystkim

W istocie przy pokonywaniu hitlerowskich Niemiec największe ofiary ponieśli obywatele ZSRR. Stało się to głównie wskutek faktu, że Niemcy rzucili na ZSRR nieporównanie większy siły, niż miały na całym froncie zachodnim.

Równie istotną przyczyną ogromnych radzieckich strat było i to, że w ZSRR kontynuowano wielowiekową doktrynę wojenną Rosji, wedle której życie sołdata jest nic nie warte. I dlatego Armia Czerwona nie liczyła się stratami. Na przykład – gdy na zachodnim froncie do rozpoznania bojem wysyłano  co najwyżej kompanię wojska, to już Rosjanie posyłali na rozpoznanie nawet całe pułki. Czym jest rozpoznanie bojem? Jest to rzucanie do ataku własnych oddziałów, bez wsparcia własnej artylerii i czołgów, celem rozpoznania stanowisk i umocnień wroga. Dodajmy, że z każdorazowego rozpoznania bojem wracało około 15 procent żołnierzy.

Istotną zbrodnią rosyjskich dowódców było też było też „planowanie uroczystych zwycięstw”. Rzecz w tym, że rosyjskim dowódcom chodziło o uczczenie wielu rewolucyjnych rocznic oraz np.  urodzin Stalina. I dlatego sztaby planowały, że właśnie tego a tego dnia należy zdobyć dane miasto czy też przełamać jakąś linię obrony Niemców. Takie planowanie pochłonęło miliony rosyjskich istnień. Najbardziej skrajnym przypadkiem „planowania” był rozkaz o zdobyciu Berlina w dniu 1 maja 1945 roku. Nie udało się, a „nad wymiarowe” straty sięgnęły około 400.000 zabitych  radzieckich żołnierzy.

Bez słowa o pomocy USA

Jedną z największych, i najgłupszych, wojennych tajemnic ZSRR była pomoc sprzętowa i materiałowa z USA. A pomoc ta, za którą zresztą ZSRR płacił złotem, była ogromna.

Według szacunków rosyjskich historyków do Związku Sowieckiego trafiło 427 tysięcy samochodów, 22 tysiące samolotów, 13 tysięcy czołgów, 9 tysięcy traktorów, 2 tysiące lokomotyw, 11 tysięcy wagonów, 3 miliony ton benzyny lotniczej, 350 tysięcy ton materiałów wybuchowych. Aliancka (w przytłaczającej większości amerykańska) pomoc nie ograniczała się jedynie do surowców. Przez ocean płynęły także olbrzymie dostawy żywności i odzieży. Wystarczy wspomnieć o ponad 2 miliardach (to nie pomyłka) puszek mięsa, w tym słynnej tuszonki, oraz 13 milionach par skórzanych butów. Z dużym prawdopodobieństwem bez tych dostaw żołnierze Armii Czerwonej chodziliby głodni i bosi.

Ukrywanie tej pomocy przez radzieckie władze, przed własnymi obywatelami, było tragikomiczne, bo przecież wszyscy radzieccy żołnierze widzieli na froncie amerykańskie okręty, samochody, czołgi i samoloty. I wykorzystywali je w walkach. A mimo to propaganda ZSRR unikała choćby najmniejszej wzmianki o tej pomocy. Miało być, że ludzie radzieccy sami sobie wszystko wyprodukowali, i tak było w propagandzie.

W następnym odcinku zastanowimy się, kto naprawdę wywołał II Wojnę Światową. Oraz przypomnimy prawdę i kłamstwa o układzie Ribbentrop – Mołotow.

 

 

 

 

 

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Odsetek idiotów wśród profesorów

Nie ma nic gorszego niż człowiek wykształcony ponad własną inteligencję – ta złota myśl Jerzego Dobrowolskiego chyba nigdy nie była tak aktualna i obawiam się, że nie jest jej ostatnie słowo.

Z jednej strony to oczywiście bardzo dobrze, że ludzie się uczą, Z drugiej, postępująca od lat 90’ zeszłego wieku degradacja poziomu nauczania, a także coraz większa liczbą szkół, które owszem dają poczucie, że człowiek się uczył, ale nie dają pewności, że się nauczył, zbudowała ogromną rzeszę uczonych, ale nie nauczonych. Roszczeniowych, pretensjonalnych i łasych na wszelkie okruchy poczucia wyższości. Potocznie zwanych „młodymi, wykształconymi z dużych ośrodków”. Choć często nie tak już młodymi, ułomnie wykształconymi, a w „dużych ośrodkach” od niedawna lub wcale.

Pogarda

Ta potrzeba budowania poczucia wyższości nad innymi z jednej strony wynika z niepewności pozycji społecznej do której aspirują, a z drugiej sprawia, że jest to najbardziej podatna na manipulację grupa społeczna w Polsce. Ośrodki manipulacji, które są w stanie dostarczać im tego poczucia wyższości, mają nad nimi w zasadzie pełną władzę. Zapewniając ich, że „to oni są solą ziemi”, a nie ci tamci drudzy, wobec których mają prawo odczuwać najgłębszą pogardę, w zasadzie są im w stanie wcisnąć każdy kit. Są specjalnie tresowani w zakresie „zdrowego” egoizmu i „prawa do rozwoju osobistego”, przez co również prawie pozbawieni odruchów wspólnotowych. Trudno żeby dostrzegali jakiś wspólny zbiorowy interes z tymi, którymi gardzą.

Jeśli ktoś sądzi, że są teraz, lub będą rozczarowani władzą, którą nam wybrali, bo ta nie realizuje „stu konkretów”, to obawiam się, że grubo się myli. „Sto konkretów” było dla tych mniej licznych frajerów, którzy mogli się na nie nabrać, jedyną twardą obietnicą dla owego „najtwardszego elektoratu” było osiem gwiazdek, które inaczej wyraża się przecież nie w tym „żeby było lepiej”, bo może być nawet i gorzej, ale „żeby im było lepiej niż reszcie”. Tak żeby ich mocno nadwątlone poczucie wyższości znowu nieco bardziej okrzepło. I to im się, trzeba przyznać, całkiem udało.

Awaria

To co im się zdecydowanie nie udaje, to łączenie faktów. I tak jak przez osiem lat PiS, ze swoimi wszystkim prawdziwymi i urojonymi wadami, był winien wszystkiemu, tak teraz nowa, uśmiechnięta władza nie jest winna niczemu. Galopująca drożyzna, ucieczka inwestorów z Polski, kolejne informacje o zamykanych firmach i zwalnianych pracownikach, rachunki grozy, ostatnio widziałem nagranie jakiejś aktoreczki zszokowanej cenami nad morzem. Myślicie, że to im się jakoś klei? Że dostrzegają jakieś związki przyczynowo-skutkowe?

Sędzia Kamila Borszowska-Moszowska opisała na „X” przypadek Wydziału Frankowego Sądu Okręgowego w Warszawie, wydziału, który zajmuje się sprawą kredytów frankowych. Osobiście uważam (kredyt mam w złotówkach), że banki za kredyty frankowe powinny beknąć i szkoda, że rząd PiS je przed tym uchronił i dobrze, że daje się coś załatwić za pośrednictwem sądów. Nie jest natomiast jakąś wielką tajemnicą, że w jakiejś niemałej części, na kredyty frankowe i ich konsekwencje dała się nabrać grupa społeczna, którą powyżej opisuję.

Otóż w tym oddziale, w ramach rozpierduchy Bodnara, trwa właśnie wymiana przewodniczącego – Wydział Frankowy #SO Warszawa – 45 tysięcy spraw w toku! 35  sędziów w tym 30 tzw. neo. Trwa wymiana Przewodniczącego Wydziału z uwagi ma termin powołania. Kto osądzi te sprawy po reformie Bodnara? – pyta pani sędzia. Pewnie nikt, ostatecznie „nie możemy popaść w pułapkę prawniczego formalizmu” i „nie czas żałować róż kiedy płonie las”. Cóż z tego, ze cały system obsługujący „frankowych” klientów banków ulegnie awarii, skoro trzeba realizować założenia „demokracji walczącej” choćby i łamiąc prawo.

Awaria takiego wydziału może dotknąć całej masy „młodych wykształconych”. Myślicie, że to wywoła jakąś refleksję? Że połączą im się jakieś fakty? Zapomnijcie. Te mózgi były kształtowane latami. I lata muszą minąć zanim wytworzą się potrzebne połączenia. Nic z tych rzeczy. Teraz, inaczej niż za PiS, który był odpowiedzialny za wszystko, to są takie zdarzenia jak zjawiska atmosferyczne, może czasem przykre, ale przecież nie mamy na nie wpływu. A znana sentencja prof. Gerarda Labudy jakoby „odsetek idiotów wśród profesorów był taki sam, jak wśród woźniców”, jest już nieaktualna, ponieważ pośród profesorów ten odsetek jest dziś znacznie wyższy. I niekoniecznie wynika z tego, że bardzo ubyło woźniców.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Komuniści usłyszeli od niego: „NIE”

10 września 1947 r. płk. Franciszek Niepokólczycki został skazany na karę śmierci. W czasie II wojny światowej oficer ZWZ-AK. Od 1943 r. był zastępcą komendanta Kierownictwa Dywersji KG Armii Krajowej. W latach 1945–1946 prezes II Zarządu Głównego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, co pokazuje ciągłość walki.

Po aresztowaniu Niepokólczycki przeszedł ciężko śledztwo, torturował go m.in. słynny sadysta Jerzy Kędziora, który żyje do dziś pod Warszawą. O swojej postawie Niepokólczycki pisał po latach do przyjaciela: „Dowódcy wojskowi na tak wysokich stanowiskach, na jakim ja byłem, czasami znajdują się w takich sytuacjach, że powinni zdecydować się zginąć, ale nie wolno im kapitulować lub robić woltę. […] Trzymałem się tej zasady – można samemu przegrać, ale nie można utrudniać sytuacji innym”.

Dlatego podczas przesłuchań płk Niepokólczycki nie obciążał podwładnych, twierdząc, że działali z jego rozkazu i tylko on ponosi za to odpowiedzialność. Nie dał się także omamić ubeckim obietnicom: „Miałem wyjść w ogóle bez procesu w marcu 1947 r., i to z wielkim hukiem, bo z awansem generalskim, Virtuti Militari IV klasy, Grunwaldem itp. Posłyszano ode mnie w tej sprawie – nie”.

Powstałe 2 września 1945 r. na bazie struktur Armii Krajowej Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość (WiN) – największa antykomunistyczna organizacja w powojennej Polsce, kontynuująca ideę odzyskania niepodległości – miało przede wszystkim charakter cywilny i obywatelski. Świadczyła o tym pełna nazwa – Ruch Oporu bez Wojny i Dywersji „Wolność i Niezawisłość”. Jego celem był dalszy opór przeciwko sowietyzacji Polski.

Zrzeszenie WiN szybko stało się najliczniejszą ogólnopolską organizacją niepodległościową. Szacuje się, że już w 1945 r. liczyła ona 20 tys. członków. Idee cywilnego oporu były realizowane wielotorowo. Z jednej strony –rozwijano propagandę niepodległościową, z drugiej – infiltrowano powstające struktury „ludowej” władzy. Z rządem londyńskim utrzymywano kontakty kurierskie i korespondencyjne.

Jeszcze przed zakończeniem wojny z Niemcami, kiedy od wschodu nadciągała Armia Czerwona, przywódcy Polskiego Państwa Podziemnego przygotowywali się na najczarniejszy scenariusz – konieczność przeciwstawienia się nowemu zaborcy. W tym celu, bazując na siatce i potencjale Armii Krajowej, zaczęto tworzyć nowe, ściśle zakonspirowane struktury. Najpierw powstała organizacja „Nie” („Niepodległość”), następnie Delegatura Sił Zbrojnych (DSZ).

Koncepcja przekształcenia organizacji wojskowej (DSZ) w zrzeszenie polityczne, nawiązujące do wzorów „Nie”, pojawiła się wśród dowódców AK na przełomie maja i czerwca 1945 r., kiedy na podstawie porozumień jałtańskich miał powstać zdominowany przez komunistów Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej. Inicjatywa utworzenia nowej organizacji była bezpośrednią reakcją na terror komunistycznej bezpieki i NKWD oraz wynikała z poczucia odpowiedzialności dowódców za trwających w konspiracji i lesie żołnierzy AK. Przywódcy WiN stawali na czele oddziałów partyzanckich nie tylko po to, żeby je prowadzić do boju, lecz przede wszystkim bezpiecznie zdemobilizować i pomóc żołnierzom „urządzić się” w cywilu. Był to zatem kolejny etap procesu demontażu wojennej struktury organizacyjnej AK. Głównym celem WiN było doprowadzenie do wolnych wyborów w Polsce gwarantowanych przez aliantów. Wtedy żołnierze mieli bezpiecznie wrócić do domów.

„Rozładowanie lasów” napotykało jednak wiele trudności. Ujawnionych w wyniku amnestii AK-owców „ludowa” władza aresztowała i skazywała na wieloletnie wyroki, często na karę śmierci. Dlatego też w strukturach WiN, zwłaszcza w województwach wschodnich, działały wywodzące się z AK oddziały partyzanckie. Miały one silne oparcie w terenie, gdyż społeczeństwo dobrze wiedziało, że WiN-owcy kontynuują dzieło Armii Krajowej.

Wyrok śmierci na płk Franciszka Niepokólczyckiego zapadł 10 września 1947 r. w Krakowie w procesie WiN i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Chociaż oskarżony odmówił napisania prośby o łaskę, jemu i czterem innym skazanym tow. Bierut złagodził orzeczoną karę. Wyrok dożywotniego więzienia odbywał we Wronkach i w Szczecinie, cały czas odmawiając pisania próśb o łaskę (zakazał tego również żonie Annie).

Zwolniony na fali politycznej „odwilży” w grudniu 1956 r. Schorowany, przez kilka lat poruszał się o lasce. Mieszkał w podwarszawskim Milanówku, potem w Brwinowie.

Inwigilowany przez SB. Jeden z funkcjonariuszy pisał o Niepokólczyckim w 1958 r.: „Jego zdaniem legenda AK istnieje, rośnie i będzie rosła. Nie potrafią temu zapobiec czynniki rządowe bez względu na stosowane środki. […] Obecnie wielką polityką dla AK-owców w kraju jest zachować swoją godność żołnierską i nie pozwalać wszelkimi sposobami na pomniejszanie dorobku AK i jej legendy. Powinna ona jak sztandar być przekazana młodzieży”. Płk Franciszek Niepokólczycki zmarł 11 czerwca 1974 r. w Warszawie.

Kolejne Zarządy Główne WiN bezpieka rozbiła w latach 1945–1947. Nadzieje na wolne wybory zniweczyło sfałszowanie przez komunistów wyników referendum (3 razy „TAK”) w czerwcu 1946 r. Wówczas zmianie uległa taktyka WiN. Głównym zadaniem stało się informowanie światowej opinii o sytuacji w Polsce. Miał temu służyć m.in. „Memoriał do Rady Bezpieczeństwa ONZ”, a także apele do Trybunału w Hadze czy prezydenta USA Harry’ego Trumana.