Pomagać do ostatniej sekundy życia — 19. fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

W zniszczonym ogniem samochodzie znaleziono filiżanki Żanny i kluczyki od jej auta. Z samej kobiety pozostały jedynie fragmenty miednicy i kręgosłupa. Z Ani Miszczenko — kawałek rudych włosów. A córce Marii Ilczuk wydano to, co pozostało po matce — kilka drobnych kości…  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to wstrząsająca kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Publikujemy kolejny fragment książki. Wcześniejsze odcinki można przeczytać TUTAJ

Godz. 10 – 10.30
Bucza, ulica Jabłońska (w pobliżu skrzyżowania z ulicą Oleksy Tichego).

Kurfürstendamm – to jedna z najbardziej prestiżowych i znanych ulic Berlina, wyróżniająca się szczególnym blaskiem i luksusem. Znajdują się tutaj najdroższe i najbardziej wyrafinowane restauracje oraz kultowe kawiarnie, pełne bohemy, a także markowe butiki i sklepy jubilerskie. Jednym słowem, bulwar to mekka turystów i zamożnych berlińczyków.

I właśnie tutaj, w oazie leniwego spokoju i dostatku, w sierpniu 2022 roku, dzięki staraniom Romana Semenyszyna-Braesku, wystawiono zniszczonego przez ogień volkswagen T4. 5 marca 2022 roku tym samochodem wolontariuszka z Buczy, Żanna Kamieniewa, wywoziła z okupowanego i zdewastowanego przez okupantów miasta Marię Ilczuk, Tamiłę Iszczenko oraz jej 14-letnią córkę Anię.

„Wyjeżdżali z Buczy dokładnie w momencie, kiedy rosyjskie wojska już tam były, ale ludzie wciąż próbowali przemykać obok nich. Na jednej z ulic doszło do trafienia z granatnika ręcznego – opowiada Roman Semenyszyn-Braesku. – Jak widać, cała siła wybuchu skupiła się we wnętrzu, a samochód się zapalił. Ciała leżały tam przez cały czas, gdy rosyjskie wojska okupowały Buczę, nikt ich nie wyciągnął”.

Współorganizatorka projektu, projektantka Ewa Herzog, dodaje: „Ten samochód to nie jest cywilny pojazd, ma wojenną historię i tragiczny koniec dla ludzi, którzy próbowali się uratować. W tym aucie mogłam być ja, mogli być moi niemieccy przyjaciele, których ewakuowaliśmy z Kijowa, gdy zaczęła się wojna, mogli to być moi rodzice…”

Tego fatalnego poranka, 5 marca, jak już wspomniano, w volkswagenie Żanny Kamieniewej znajdowały się Maria Ilczuk, Tamiła i Ania Miszczenko… I tutaj warto choćby trochę opowiedzieć o tych zmarłych kobietach.

Żanna Kamieniewa, 37 lat

Małżeństwo Kamieniewów, Hennadij i Żanna, prowadziło w Buczy sklep. Marzyli o zarobieniu pieniędzy, aby wybudować własny dom, w którym mogliby zamieszkać razem z dziećmi — 15-letnią Marią i 12-letnim Ołeksijem. Tymczasem rodzina mieszkała w akademiku przy ulicy Lecha Kaczyńskiego, ale nie martwili się tym, bo wierzyli w lepszą przyszłość.

W wolnym czasie Żanna lubiła pracować w ogrodzie, co owocowało sałatkami, które — jak przyznawali wszyscy znajomi — były przez nią mistrzowsko przygotowywane.

Gdy w 2014 roku Rosja rozpętała wojnę w Donbasie, Hennadij Kamieniew wstąpił do ochotniczego batalionu. Sytuacja była trudna: żołnierze mieli niewiele sprzętu wojskowego, mundurów, a nawet żywności. Wtedy Żanna z własnej inicjatywy zaczęła działać jako wolontariuszka.

„Zaczęła pomagać oddziałowi, w którym służył jej mąż Hennadij Kamieniew — opowiada wojskowy kapelan Anatolij Kusznirczuk. — Wraz z innymi wolontariuszami założyłem organizację ‘Buczańska Warta’, która dostarczała pomoc na Wschód. Żanna zapytała, czy mogłaby jeździć z nami swoim busem. Oczywiście się zgodziliśmy. W ten sposób zaczęła działać jako wolontariuszka, a z czasem pomagała nie tylko oddziałowi swojego męża, ale i innym.”

W sierpniu 2015 roku została uhonorowana medalem pamiątkowym „Za bezinteresowną służbę Ojczyźnie”.

Maria Ilczuk, 69 lat

69-letnia emerytka mieszkała w Buczy przy ulicy Lecha Kaczyńskiego w dawnym akademiku firmy „Meliorator”. Po śmierci męża jej zdrowie się pogorszyło, miała problemy z nogami. Aby choć trochę się pocieszyć, zainteresowała się haftowaniem. Tworzyła obrazy z romantycznymi pejzażami, ptakami, kwiatami…

Tamila Miszczenko, 52 lata

Na początku lat 90. Tamila Miszczenko, mieszkająca w kurortowym Worzelu, poznała i zakochała się w chłopaku o imieniu Jurij Miszczenko. Wkrótce młodzi stanęli na ślubnym kobiercu. Tamila żartowała: „Nawet dokumentów nie trzeba było zmieniać!”.

W 1993 roku urodził się ich pierworodny syn, Jewhen, a czternaście lat później — 1 października 2007 roku — przyszła na świat Ania.

W 2013 roku rodzinę Miszczenków dotknęła tragedia — Jurij wyszedł rano na podwórko zapalić papierosa i nagle jego serce się zatrzymało. Zawał… Niedługo potem Tamila sprzedała dom w Worzelu i przeprowadziła się z dziećmi do Buczy, gdzie zaczęła pracować w sklepie Żanny Kamieniewej.

Ania Miszczenko, 14 lat

Po przeprowadzce do Buczy Ania zaczęła uczęszczać do szkoły nr 5 z rozszerzoną nauką języków obcych — angielskiego, francuskiego i hiszpańskiego. Jak wspominał jej starszy brat Jewhen, „Ania bardzo lubiła rysować. Miała tylko 14 lat, ale na swój wiek osiągnęła bardzo wysoki poziom w sztuce. Jej prace były wystawiane na wielu wystawach. Ania planowała swoją przyszłość związać ze sztuką, z twórczością… Mimo dużej różnicy wieku między nami, potrafiliśmy godzinami rozmawiać na każdy temat”.

Dziewczynka była również bardzo blisko ze swoją mamą, spędzały razem dużo czasu…

„Była jakby z innej epoki — wspomina przyjaciółka rodziny Kateryna Wasylenko. — Nie myślała o paznokciach i rzęsach, ale od dziecka pasjonowała się malowaniem. Malowała nawet portrety, które niektórzy kupowali. Kiedyś jechaliśmy razem samochodem, opowiadała, że chce zostać malarką. Potem przyznała, że nie chce mieć dużej rodziny. Zapytałam: ‘Dlaczego?’. A ona mówi, że wszyscy artyści są biedni, więc nie będzie miała pieniędzy na wychowanie dzieci.

I tak, jakby wszystko przewidziała. W styczniu powiedziała, że jeśli wybuchnie wojna, nie chciałaby jej przeżyć. „Jak potem patrzeć na to wszystko, co się stanie?” Jakby wszystko wiedziała.

Żanna Kamieniewa. Wojna

Już pierwszego dnia wojny Hennadij Kamieniew dołączył do szeregów Sił Zbrojnych Ukrainy. Następnego dnia jego żona Żanna zawiozła dzieci do znajomej na Żytomierszczyznę. Sama szybko wróciła do Buczy, gdzie zaczęła współpracować z organizacją „Buczańska Warta”. Wojskowy kapelan Anatolij Kusznirczuk opowiadał: „Przyszła do naszego sztabu i zapytała: ‘Czym mogę się teraz zająć?’. Odpowiedziałem, że trzeba ewakuować ludzi. Wszyscy się tym zajmują, bo musimy zabrać z Buczy jak najwięcej osób, bo miasto najprawdopodobniej nie wytrzyma”.

Żanna zaczęła pomagać potrzebującym. Rozwoziła żywność ze swojego sklepu, ewakuowała ludzi z pobliskich wsi i miasteczek, które były intensywnie niszczone przez Rosjan.

Jej mąż nalegał, aby Żanna natychmiast opuściła miasto. 3 marca rozmawiali przez telefon, a Żanna obiecała, że posłucha jego rad, ale dodała, że najpierw musi oddać ostatnie zapasy żywności z ich sklepu. Mąż musiał się zgodzić, ale poradził jej, aby nocowała w piwnicy, ponieważ okupanci ostrzeliwali domy. Następnego dnia Żanna poinformowała Hennadija, że 5 marca będzie próbowała wydostać się z Buczy przez Irpień.

Maria Ilczuk. Wojna

„Pierwszą noc inwazji spędziliśmy w piwnicy u naszych znajomych, było bardzo zimno, mama miała zziębnięte nogi, które zawijaliśmy w koce  — wspominała córka Marii, Natalia. —  Zdecydowaliśmy, że wyjedziemy razem na Rówieńszczyznę, do krewnych. Ale mama odmówiła. Zdecydowała, że zostanie tutaj z moim bratem, bo jej nogi bardzo bolą i nie zniosłaby tak długiej podróży… Poprosiła, aby zawieźć ją do brata, który mieszkał w prywatnym domu w Buczy, gdzie również była piwnica. Nie mogliśmy jej odmówić, bo była to jej decyzja”.

Córka wraz z rodziną opuścili miasto, ale 27 lutego Maria Ilczuk zadzwoniła do Natalii i powiedziała, że teraz żałuje, iż nie wyjechała, ponieważ życie w piwnicy jest trudne.

1 marca kobieta wróciła do swojego mieszkania przy ulicy Lecha Kaczyńskiego. Jak opowiadała Natalia: „Zdaje się, że 3 lub 4 marca mama zadzwoniła z numeru Żanny i powiedziała, że wszystko u nich w porządku, że są razem z sąsiadami i siedzą w najdalszym pokoju”.

Tamila Miszczenko. Wojna

Po wybuchu wojny Tamila dołączyła do wolontariatu prowadzonego przez Żannę Kamieniewą. O jednym z takich przypadków opowiadała Ołena Nowiczuk: „24 lutego uciekłam z dziećmi do Worzelu, do mojego ojca, gdzie była piwnica. Po pięciu dniach skończyło nam się jedzenie. Wszyscy znajomi bali się do nas przyjechać, a Żanna i jej przyjaciółka Tamila przyjechały. Przywiozły owoce, jajka, konserwy, chleb, ciastka, ser. Nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom”.

Ania Miszczenko. Wojna

„Na początku pełnoskalowej wojny byliśmy razem z mamą, siostrą i babcią w mieszkaniu przy ulicy Tarasowskiej — wspominał 29-letni Jewhen Miszczenko. — Tam zorganizowaliśmy życie codzienne, połączyliśmy siły z sąsiadami, chodziliśmy po wodę, gotowaliśmy jedzenie na podwórku naszych domów. Trochę znam się na wojsku i mówiłem im, że nasz budynek nie jest dogodnym celem do ostrzału, jest osłonięty innymi budynkami ze wszystkich stron. Ale pojawiły się panika i strach… Mama z siostrą zdecydowały się wyjechać z Żanną, koleżanką mamy. Zostałem z babcią, która ma 83 lata. Od początku wojny mówiłem mamie i wszystkim, że jeśli będziemy wyjeżdżać, to wszyscy razem i tylko oficjalnym ‘zielonym korytarzem’. Ania bardzo nie chciała wyjeżdżać, chciała zostać, błagała mamę, aby jej posłuchała. Ale mama nalegała”.

12.05. Bucza. Ewakuacja

Ostatni raz Hennadij Kamieniew rozmawiał z żoną 5 marca. Tego ranka Żanna zadzwoniła do męża i poinformowała, że na ich ulicę Lecha Kaczyńskiego weszła wroga technika. Mąż z niepokojem poprosił ją, aby była ostrożna, a wtedy Żanna powiedziała: „Bardzo cię kocham”. Dodała też, że będzie wyjeżdżać z Buczy „sprawdzoną trasą”. Od tego momentu Hennadij już nie rozmawiał z żoną…

Około tej samej pory córka Marii Ilczuk, Natalia, wysłała Żannie krótkiego SMS-a z pytaniem: „Jak ma się moja mama?”. Odpowiedź była lakoniczna: „W porządku”.

Wtedy Natalia zaczęła dzwonić do sąsiadów: „Powiedzieli, że widzieli, jak mama wsiadała do samochodu Żanny. Żanna podała jej na ręce swojego kota i tak pojechali”.

Gdzieś około 10 Hennadij Kamieniew otrzymał SMS-a: „Na nas jadą wrogie czołgi”. Mąż wspominał, że żona także do niego dzwoniła, „ale wtedy nie miałem zasięgu, a wiadomość przyszła dopiero o 11. Przeczytawszy ją, natychmiast zacząłem do niej dzwonić, ale nikt nie odbierał”.

Natalia, córka Marii Ilczuk, opowiadała, że „kiedy dzwoniłam na numer Żanny po południu, usłyszałam: ‘Ten numer nie istnieje’. Numer mojej mamy odpowiadał: ‘Obecnie abonent nie może odebrać połączenia’”.

Swoimi przeżyciami podzielił się też Jewhen Miszczenko: „Tak się złożyło, że współpracowniczka mojej mamy, Żanna, która była wolontariuszką, wiozła produkty do Irpinia. Zadzwoniła do mojej mamy i powiedziała, że teraz będzie jechać obok ulicy Tarasiewskiej i może nas zabrać. Tego dnia z Irpinia jeszcze kursował pociąg, którym można było dojechać do Kijowa. Kiedy już wyjechali, przeczytałem na Facebooku, że Rosjanie zbombardowali linię kolejową i że pociąg już nie kursuje. Zacząłem dzwonić do mamy, aby jej to powiedzieć, ale już nie było zasięgu. Minęło dosłownie pół godziny od momentu, kiedy wyjechali”.

Z kolei Katarzyna Wasylenko wspominała: „Piątego marca zadzwoniła do mnie Tamiła i powiedziała, że wszyscy się ewakuowali. Poprosiłam Tamiłę, aby na pewno skontaktowała się z nami, gdy tylko dotrze na miejsce. Obiecała, powiedziała, że na wszelki wypadek przepisała wszystkie numery telefonów na karteczkę, aby Rosjanie nie zabrali im telefonów na posterunku. To była nasza ostatnia rozmowa”.

Po wyzwoleniu Buczy w kwietniu okazało się, że niebieski mikrobus volkswagen Żanny Kamieniew pojechał do sąsiedniego miasta nie przez centrum Buczy, ale inną drogą. Znalazł się na ulicy Jabłonnej, gdzie już byli Rosjanie…

Jedynym świadkiem tragedii, która rozegrała się na tej ulicy rankiem 5 marca, był Wiktor Szatyło, który z dachu swojej stodoły rejestrował na telefonie morderstwa cywilów z Buczy. „To ten niebieski bus” — pokazywał zdjęcia dziennikarzom. „W busie były trzy dorosłe osoby i dziecko. To jest czas, kiedy zrobiłem to zdjęcie — 12.04. A o 12.46 bus już płonął…”.

Milczenie żony niepokoiło, ale Hennadij nie tracił nadziei: „Myślałem, że albo siedzą gdzieś w głębokiej piwnicy i nie mogą wyjść, albo wpadli w ręce wroga. Gdzieś około dziesiątego, piętnastego dnia już moje serce zaniepokoiło się, że najprawdopodobniej jej nie ma…

Samochód Żanny znaleźliśmy miesiąc po tym, jak przestała się odzywać — 5 kwietnia. Pojazd było trudno rozpoznać, był całkowicie spalony i wypalony w środku. Dodatkowo stał się całkowicie biały, mimo że był koloru niebieskiego.

Obok tego samochodu na rogu ulic Jabłońskiej i Wokzalnej, które w mediach nazywają drogą śmierci, przeszło wielu ludzi — żołnierzy, dziennikarzy, cywilów, ale nikt nie myślał, że w środku znajdują się ludzkie ciała. Na pierwszy rzut oka był pusty, tak bardzo były one spalone”.

Hennadij Kamieniew przypuszcza, że do volkswagena strzelano z RPG lub BMP…

W zniszczonym ogniem samochodzie znaleziono filiżanki Żanny i kluczyki od jej auta. Z samej kobiety pozostały jedynie fragmenty miednicy i kręgosłupa. Z Ani Miszczenko — kawałek rudych włosów. A córce Marii Ilczuk wydano to, co pozostało po matce — kilka drobnych kości…

Żannę Kamieniewą, której wiele osób z Buczy zawdzięcza życie, pochowano 9 kwietnia 2022 roku w wiosce Mykułyczi w rejonie Buczy. A niemal rok później pośmiertnie odznaczono ją orderem „Za męstwo”.

„Wolontariusze są tacy, że pomagają do ostatniej sekundy swojego życia  — emocjonalnie reaguje na śmierć Żanny Kamieniewej członek „Buczańskiej Warty” Bohdan Jaworski. — Mówiła: ‘Nie mogę zostawić ludzi’. Wolontariusze nie myślą o swoim losie, oddają się bez reszty, służąc innym…”

 

WALTER ALTERMANN: Nazwiska z kłopotem

Słuchając jak mówią dzisiaj nasze elity władzy i ludzie mediów dochodzę do wniosku, że pilną sprawą byłoby założenie Ligi Obrońców Języka. Ta liga zajmowałaby się propagowaniem poprawności językowej oraz „potępianiem” potworności językowych, które wypowiadają i piszą nasi ludzie publiczni.

Tu wyraźnie zaznaczę, że zgodnie z duchem chrześcijaństwa nie należy potępiać człowieka, który jest jednak tworem Boga, niekiedy mocno nieudanym, ale jednak. Należy natomiast potępiać jego złe uczynki, postępowanie a nawet odruchy. Oczywiście różnica jest mała, ale istotna. I w tej różnicy mieści się cała wielka idea humanizmu. I chrześcijaństwa.

Wytykanie ludziom publicznym ich błędów językowych jest moralnie uzasadnione, bo skoro mają oni cywilną odwagę ubiegać się o urzędy, pouczać nas i dzielić się z nami swymi „przemyśleniami”, to muszą w pokorze przyjąć od nas uwagi i krytykę. Jeszcze raz podkreślę, że jeżeli jakiś dziennikarz czy poseł lub pomniejszej rangi polityk ma tyle tupetu, że odważa się zajmować uwagę publiczności bajdurzeniem w języku, który jedynie w 10-15 procentach przypomina język Kochanowskiego, Mickiewicza, Słowackiego, Broniewskiego i Grochowiaka, to wytykanie im błędów, a nawet odsądzanie od czci językowej, jest naszym, prostych ludzi, patriotycznym obowiązkiem.

Co oczywiście nie znaczy, że my ludzie prości, nieutytułowani mówimy po polsku doskonale. Jednak my nie pchamy się z naszym językiem przed kamery i do mikrofonów. Tak samo jak nie wolno wytykać błędów ludziom, zaczepianym przez reporterów w sprawie jakichś katastrof, pożarów, wypadków drogowych czy innych nagłych a przykrych zdarzeń. Bo to jest coś zupełnie innego.

Nazwisko do odmiany

Jest taka zasada, która każe nam odmieniać przez przypadki wszystkie polskie nazwiska. Na tę zasadę składa się tradycja językowa oraz zwykły zdrowy rozsądek. Dlatego skręca mnie w dołku, gdy w naszych licznych telewizjach jest mowa o Zbigniewie Ziobrze. A ponieważ ostatnio o tym polityku mówi się często i dużo, przeto skręca mnie w dołku bez przerwy.

Może to jakaś zmowa przeciwników Ziobry z jego admiratorami, ale począwszy od TVN po TV Republika, wszędzie i wszyscy nie wiedzą, że nazwisko „Ziobro” odmienia się przez przypadki. Dlaczego Wałęsę, Kaczyńskiego, Tuska i Millera się odmienia, a akurat Ziobrę nie? Myślę, że mylące dla dziennikarzy i polityków jest to, że istotnie obce nazwiska, kończące się na „o” w naszym języku odmianie nie podlegają. Ale gdzie tam panom Sukarno czy Suharto do naszego rodzimego, czysto polskiego Ziobry? Nazwisko nosi wyraźne ślady ludowego urobienia od „żebro”. Albowiem w gwarze małopolskiej i podhalańskiej żebro to ziobro, a ziobro to żebro. Ja nie widzę w tym nic strasznego, ani uwłaczającego – jak zresztą w żadnym nazwisku. Bo z nazwiskami się nie dyskutuje, nie ocenia się ich – są bo są, a że są jakie są, to nie ma żadnego znaczenia.

Dlatego apeluję o odmienianie Ziobry po polsku. Jak to powinno poprawnie wyglądać? Ano tak:

  • Mianownik (M.) – kto? co? (jest) – Jest już na sali pan Ziobro.
  • Dopełniacz (D.) – kogo? czego? (nie ma) – Jednak nie ma na sali pana Ziobry.
  • Celownik (C.) – komu? czemu? ( przyglądam się) Przyglądamy się uważnie panu Ziobrze. (Nigdy nie panu Ziobro)
  • Biernik (B.) – kogo? co? ( widzę) Dobrze i wyraźnie widzę pana Ziobrę. (A nie, że widzę pana Ziobro)
  • Narzędnik (N.) – z kim? z czym? (idę) Przeprowadziłem wywiad z panem Ziobrą.
  • Miejscownik (Ms.) – o kim? o czym? ( mówię) Ciągle mówię o panu Ziobrze.
  • Wołacz (W.) – o! O, pan Ziobro!

Maniera nieodmieniania nazwiska tego polityka drażni moje wrażliwe polskie ucho, więc błagam o litość panie i panów z TVN, Republiki, Polsatu i TVP. Błagam i nadziwić się nie mogę, że tak haniebnie mylą się panie i panowie, w tak podstawowych i prostych sprawach.

Nazwiska z kłopotami

Z nazwiskami w Polsce bywały kłopoty niemałe. Z początku nazwisk nie było wcale, były jedynie imiona. W przypadku rycerstwa, później szlachty, nazywano się imionami z dodatkami lokalnymi, skąd taki jegomość pochodził, jakie miał wsie czy miasteczka. Tak na przykład był sobie rycerz Janko z Czarnkowa. Później zaczęła szlachta przybierać nazwiska, ale nie traktowano ich jako świętość. Ot, pomocne były dla rozróżnia kto zacz.

Chłopi i mieszczanie nazwisk nie mieli długo. Po prostu „pieczętowali się” imionami, niekiedy z dodatkiem imienia ojca. Stąd, gdy w XVIII i XIX wieku posiadanie nazwiska stało się koniecznością, bo zaborcy nie mieli litości, bardzo wiele nazwisk chłopskich tworzono właśnie od imion ojców. Stąd mamy zastępy Adamskich, Bartkowiaków, Janickich, Jankowskich, Teodorczyków i tak dalej.

Przy nadawaniu chłopom nazwisk bardzo często przezwisko stawało się nazwiskiem. Tak jak go wołano na wsi, takie dawano mu nazwisko. Mamy też wiele nazwisk od czynności, zawodów chłopów na dworze szlacheckim – stąd mamy Stelmachów, Stelmaszczyków, Fornali, Fornalskich, Fornalików i im podobnych.

W sumie – jedynie szlachta dbała o nazwiska, bo to miało gwarantować jej „starożytne” – jak pisano – pochodzenie, zacność zasług i powagę urzędów.

Fantazje imienne rodziców

Z imionami oczywiście też bywają kłopoty, a to dlatego, że fantazja rodziców chrzczących swoje pociechy nie zna granic rozsądku. Pamiętam czasy, gdy w pewnym piłkarskim meczu biegało po boisku aż 10 Dariuszy, na 22 grających. Skąd taka moda na imię perskiego króla? Może jakiś serial był wówczas w modzie? Nie wiem, ale było śmiesznie.

Jednak mniej śmiesznie jest ludziom, których rodzice uraczyli różnymi Andżelikami, Isaurami, Orchideami, Konstancjami czy Horacjuszami. Sądzę, że ludzie prości chcąc dla swych dzieci lepszego losu, zaczynają od nadawania im imion egzotycznych czy królewskich. Smutne, ale prawdziwe.

Czy imię nadane dziecku może być wywoływaniem wilka z lasu, albo też ściąganiem na potomka kłopotów? W pewnym sensie tak. Bo życie podwórkowe czy klasowe Anastazjusza czy Heliodora może być dla nich makabrą.

Oczywiście w dawnych wiekach chłopi i mieszczanie mieli imiona proste, dziedziczone po dziadkach lub ojcach. Stąd syn Bartłomieja bywał Maciejem, a syn tegoż Macieja – Bartkiem, jak dziadek. Natomiast dawna nasza szlachta wyszukiwała sobie u Homera, którego w szkołach obowiązkowo czytano, imiona greckich herosów i wodzów. Stąd u szlachty i magnatów pełno było Antenorów, Herakliuszy, Heraklesów, Agenorów. Szlachta bowiem za każda cenę (nawet za cenę śmieszności) chciała we wszystkim odróżniać się od „chamstwa”, z którego pracy się tuczyła, ale którym serdecznie pogardzała.

Żegnaj Judaszu

Jest jednak w naszej literaturze bardzo poważny i świetny utwór dramatyczny poświęcony poniekąd przekleństwu imienia. Mówię tu o sztuce Ireneusza Iredyńskiego Żegnaj Judaszu. Jest to utwór o wierności i zdradzie, o ideałach i wyrzeczeniach się ideałów. Tytułowy bohater nosi, nadane mu przez ojca, imię Judasz. Ojciec chciał by syn zaprzeczył imieniu największego i przeklętego zdrajcy, chciał go niejako uodpornić na zdradę, uczynić mężnym i twardym.

I bohater z brzemieniem imienia zostaje rewolucjonistą, walczy z bezwzględnym reżimem. Potem jednak zdradza. Ale tak naprawdę Iredyńskiego interesowały ludzkie postawy, zachowania wobec fałszu i zakłamania. A sprawa imienia bohatera była niejako punktem wyjścia do głębokiego dramatu jednostki.

Sztuka jest mądra i wspaniale napisana, przy okazji rozprawki o imionach, serdecznie polecam jako lekturę.

 

WALTER ALTERMANN: Demokracja końcówki naszego bytu

Zdaje mi się, od dawna zresztą, że koniec naszej cywilizacji jest nieuchronny i kroczy coraz szybciej. Co będzie potem? Nie wiem, ale stara, dobra i zrozumiała dla rozumnego człowieka upadnie i nie wróci już nigdy.

To co się nieuchronnie zbliża wysłało do nas (już przed II wojną światową) swoich emisariuszy, a są nimi radio i telewizja. A skutki ich działalności są przerażające.

W dzisiejszej Polsce, w naszych mediach, nie ma właściwie żadnych rozumnych dyskusji o programach politycznych, o ich skutkach – tak dobrych jak złych. Zamiast tego mamy kopanie człowieka. Najchętniej oczywiście kopie się po nazwisku osobników będących liderami partii. Dlaczego tak? Bo tak łatwiej i (jak się wydaje naszym politykom i mediom) skuteczniej. A gdzie nasz humanizm, gdzie chrześcijaństwo nakazujące szacunek dla „osoby ludzkiej”? Te wartości padły pierwsze. O wszystkim decyduje popyt, podaż i sprzedaż. I dawne wartości stały się już niepotrzebnym, niechodliwym towarem. Niepotrzebnym, bo ogół ludności nie wie czemu służą, więc ich nie kupuje.

Anarchiści

Niestety nasza publiczność polityczna nie ma także zbyt wielkiej wiedzy o prawodawstwie, o zasadach zapisanych w Konstytucji, ustawach i całym prawie. Powiem więcej – w swej masie, ta publika nie ma żadnej wiedzy na temat funkcjonowania państwa. Natomiast oczekuje publicznych egzekucji. Nie, nie  fizycznych ale moralnego kopania, dręczenia i unicestwiania tych, których akurat nie lubią. Jedni chcą kaźni Iksa, drudzy Igreka, trzeci wreszcie zarówno Iksa, jak Igreka. Bo tak jest prosto i zrozumiale. Lud żąda krwi i ją dostaje. Zupełnie jak w Imperium Rzymskim, gdzie gladiatorzy zaspakajali najniższe ludzkie instynkty.

Nawet anarchiści są u nas słabi, a ci akurat chętnie wywieszaliby (medialnie) wszystkich naszych polityków – od A do Ż.  Anarchiści negują w ogóle istotę pastwa, jako takiego, uważając (poniekąd słusznie), że państwo ogranicza człowieka, służy jedynie najbogatszym i zajmuje mózgi obywateli głupotami. Czym jestem starszy, tym bardziej zastanawiam się, czy jednak anarchiści nie mają racji.

Sprawa Sokratesa

Niestety demokracja, znacząca „panowanie ludu” ma też swoje okropne skutki. Teoretycznie demokracja jest ucieleśnieniem odwiecznego ludzkiego marzenia o wolności i równości. Jednak już demokracja ateńska miała na sumieniu zbrodnie, którymi mogliby się szczycić tyrani.

Tu przypomnijmy sobie, bo wierzę, że wszyscy ją znamy, sprawę Sokratesa. Ten wielki filozof w 399 r. p.n.e. został oskarżony przez nieznanego szerzej poetę Meletosa, który przy poparciu przywódcy demokratów Anytosa i retora Lykona wniósł oskarżenie przeciwko Sokratesowi. Poeta oskarżał filozofa o niewyznawanie bogów, których uznaje państwo i wyznawanie bogów, których państwo nie uznaje oraz o psucie młodzieży. Sprawę rozpatrywał ateński sąd ludowy (dikasterion). W pierwszym głosowaniu nad winą oskarżonego stosunek głosów winny/niewinny wyniósł prawdopodobnie 280:220. Sokrates mógł zaproponować wymiar kary dla siebie. Zaproponował utrzymanie na koszt państwa lub zapłacenie niewspółmiernie małej grzywny. W drugim głosowaniu sędziowie mieli zadecydować pomiędzy wymiarem kary zaproponowanym przez oskarżyciela i przez oskarżonego. Stosunkiem głosów 361 do 140 wybrali zaproponowaną przez Meletosa karę śmierci. Być może oskarżyciele dążyli jedynie do banicji Sokratesa, jednak okazało się to niemożliwe wobec nieprzejednanej postawy oskarżonego.

Po procesie Sokrates udał się do więzienia, gdzie miał pozostać jeszcze przez 30 dni, zanim zostanie stracony. Po tym czasie Sokratesowi została podana cykuta do wypicia. Wypił ją w obecności swoich uczniów i przyjaciół. Scena ta została następnie opisana przez Platona w Fedonie oraz przez Ksenofonta we Wspomnieniach o Sokratesie.

Zatem Sokratesa skazał lud, bo wtedy w Atenach panowała demokracja. Podejrzewam, że ów lud nie znał ani jednej z tez filozofii skazanego. A jednak ów lud miał odwagę podjąć decyzję. Czym się kierował ateński demos? Prawdopodobnie nienawiścią. Albowiem nic tak nie obraża ludu jak człowiek mówiący o sprawach, o których lud nie ma najmniejszego pojęcia.

Haczyk demosu

Sprawa Sokratesa dowodzi, że demokracja ma jeden mały, ale okrutny haczyk. Jest nim równość głosowania. Demokracja zakłada, że każdy niedouk, człek spanikowany i zagubiony we współczesności, każdy leniwiec intelektualny, nierób, obibok, pijak i złodziej a nawet zwykły tuman mają jeden głos równy głosowi człowieka rozumnego i porządnego.

Skutkiem tego ludem jest niezwykle łatwo manipulować. Pod warunkiem, że mówi się językiem prostym i skutecznym. Językiem prostym jest właśnie język ludu. Ma on tę właściwość, że odwołuje się nie do pojęć, ale do emocji. W tym języku, na przykład, uniwersalne słowo „ku…” może oznaczać zachwyt i potępienie, potwierdzenie i zaprzeczenie, radość i smutek. Czasem wszystko naraz.

W latach 70-tych Polska Akademia Nauk przeprowadziła badania nad zasobem leksykalnym języka  polskiego. Stwierdzono wtedy, że podstawowy zasób słów, których sens powinien być znany każdemu wykształconemu, na poziomie wyższym, Polakowi wynosi ok. 40.000 słów. Natomiast Polacy z wykształceniem niepełnym i pełnym podstawowym znają jedynie około 600 słów. Może obecnie tych słów w języku ludowym trochę przybyło, ale nikt badań nie prowadzi.

Przez język skuteczny rozumiem tu odwoływanie się do uczuć, nie do rozumu. Bardzo skuteczne jest również wywoływanie w ludzie poczucia zagrożenia, z zaznaczeniem, że trzeba głosować na tych, którzy odkryli owo zagrożenie i mają cudowne lekarstwo na jego likwidację. Co prawda lud najczęściej nie rozumie istoty tych zagrożeń, ale boi się, zatem głosuje na potencjalnych zbawców.

W demokracji, nawet tej bezpośredniej jak w Szwajcarii, głosuje się zawsze (a przynajmniej głównie) w sprawach nieznanych, Wierząc, że ci, co nawołują do wyborów, wiedzą za nas.

Kultura

Demokracja ma również fatalne skutki dla kultury i sztuki. Szczególnie teraz, gdy większość z nas obcuje ze sztuką za pośrednictwem telewizora. A właściciele stacji bardzo sprawnie liczą zyski i starają się dotrzeć do jak największej widowni. Zresztą, z założenia telewizor nigdy nie da nam tych samych i tak głęboko istotnych przeżyć jak żywy teatr.

A teatry również kierują się zyskiem. I dobrze wiedzą, że lada jaka farsa nagoni widownię, a najmądrzej wystawione Dziady czy Wyzwolenie gwarantują kasową klapę.

Wykształcona część ludu czyta, to fakt. Ale co czyta? Głównie powieści sensacyjne, horrory i romanse. Szczerze mówiąc, to nie jest literatura, to są tylko zadrukowane literami karty papieru. W tych powszechnych lekturach nie ma krzty artyzmu. Nie ma zabawy formą, nie ma kunsztu językowego. To jest ot taka papka pokarmowa dla oczu, która jedynie psuje dobry smak. Może byłoby lepiej, gdyby lud w ogóle nie czytał? Za komuny najbardziej poczytnym powieściopisarzem był nie kto inny jak staruszek Józef Ignacy Kraszewski (ur. 28 lipca 1812 w Warszawie, zm. 19 marca 1887 w Genewie). Fabuły w jego powieściach zawsze są pełne życia a język jest jednak nadal dziełem artystycznym.

Przyszłość

Wśród wielu wieszczów, przepowiadających nam przyszłość, najbardziej trafia do mnie Ray Bradbury ze swoją powieścią „451 stopni Fahrenheita” (tyt. Oryginału Fahrenheit 451) z 1953 roku. Akcja książki rozgrywa się w świecie, gdzie czytanie książek i krytyczne myślenie są zakazane. Tytuł książki oznacza temperaturę 451 stopni w skali Fahrenheita (233 °C), w której, według fabuły książki, zaczyna się samozapłon papieru.

W tym świecie zakazana została wszelka literatura: nie wolno czytać książek ani ich posiadać. Ich poszukiwaniem zajmują się specjalnie wyszkoleni strażacy (w wyniku rozpowszechnienia się niepalnych domów nie muszą już gasić pożarów), którzy znalezione książki palą. Ludzie w wielkim stopniu są zmanipulowani przez media pokazujące w kolorowych barwach nawet największe katastrofy i klęski.

W tym świecie nie ma też rodziny, bo nie ma w nich najmniejszej wspólnoty uczuć. Żadne z małżonków nie martwi się o drugą połowę, a dzieci są dla nich jedynie ciężarem. Uczniowie na lekcjach uczą się tylko z filmów. Dorośli swój wolny czas poświęcają interaktywnemu programowi telewizyjnemu „Rodzinka”, gdzie mogą odgrywać swoją własną „rolę”, nie ruszając się z domu.

451 stopni Fahrenheita w zamierzeniu było książką nie tyle skierowaną przeciwko totalitaryzmowi, lecz przeciwko telewizji jako narzędziu masowej indoktrynacji. Jak twierdził Bradbury, treść powieści była poświęcona przede wszystkim temu, „jak telewizja niszczy zainteresowanie czytaniem literatury” oraz „zamienia ludzi w debili”.

Bradbury to naprawdę wieszcz, co prawda wieszcz przykrego końca naszej cywilizacji, ale jednak wieszcz.

 

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Zoombie Giertycha

Siedzą od rana do wieczora podając lub pisząc hejterskie tweety z hashtagami i wykonując polecenia nadzorców, a właściwie leciwych nadzorczyń. Mogliby w tym czasie studiować, uprawiać sporty, szydełkować, zbierać na głodne dzieci, ale oni sami z siebie wolą takie życie. Zarabiają grosze albo nic. Większości z nich wystarcza to, że dostają karmy duchowej w postaci nienawiści. Farma Giertycha, która powinna zresztą być zwana farmą Tuska. 

Nie obrażaj profesjonalnych rzemieślników, artystów z dyplomami i wykwalifikowanych pracowników egipskich korporacji do otępiałych i zaćpanych członków sekty – zżymał się znajomy starożytnik po tym, jak porównałem życie trolli Giertycha do budowniczych piramid sprzed czterech i pół tysiąca lat. Fakt faktem, że historycznie mity o tym, że piramidy w Gizie budowali niewolnicy nie są prawdziwe. Budował je w gruncie rzeczy cały Egipt zorganizowany na kształt drobiazgowej i wnikającej wszędzie machiny biurokratycznej. Zinwentaryzowanej, kontrolowanej, opodatkowanej, poddanej kontroli jakościowej. Mówiąc krótko, marzenie Mateusza Morawieckiego. Można taki świat lubić albo nie, ale jest on w stanie zapewnić pożywienie, jakość życia (jak na czasy), rozwój oraz bezpieczeństwo.

Sekta jest przeciwieństwem dobrej organizacji pomimo, że posiada niektóre jej cechy. Może zapewnić co najwyżej ucieczkę, w czym bardzo mocno przypomina narkotyk. Jest dla swoich członków niebezpieczna, sprawia, że się zwijają zamiast rozwijać, a pożywienie stają się gusła i emocje łączące wyznawców. Roman Giertych stworzył sektę. I tu znowu nadużycie. To nie Roman Giertych ją stworzył.

Sektę silnych razem, dziś pod kontrolą, w formie swoistych brygad, stworzyło 30 lat prania mózgów przez „Gazetę Wyborczą”, Urban, zakotwiczone w postkomunizmie elitki artystyczne z Jurasem Owsiakiem na czele, TVN. Giertych tylko to wykorzystał. Skanalizował, nadał temu ramy organizacyjne. Zagospodarował ich. Tak jak Białe Bractwo w Kijowie labo David Koresh z Waco w Texasie wykorzystywali ludzkie zagubienie i nieporadność, tak Giertych z Tuskiem wykorzystali brak wspólnotowości, pustkę wartości wypełnioną frustracją, materializmem, frustracją i zawiścią. Wypełnili to naczynie nienawiścią.

Sektę „zdekodował”, przeprowadził śledztwo i opisał jego efekty, niejaki Profesor Pingwin, anonimowy „internauta”. Pokazał organizację sekty nienawiści, numery grup, nadzorców wysyłających polecenia do mrówek, ich paniczne zaniepokojenie, gdy już zorientowali się, że obcy wdarł się do mrowiska. I tu przychodzą mi do głowy dwa pytania, jedno ogólne, drugie branżowe.

Po pierwsze, kim trzeba być, jak nieszczęśliwym człowiekiem, żeby życie, które zarówno według ateistów, jak i wszystkich dominujących w naszym regionie religii, mamy jedno, zmarnować na wzmacnianie jakiś hasztagów. Hasztagów, które w serwisie społecznościowym mającym w Polsce około dwóch milionów użytkowników pożyją pół dnia, a ich głównym celem jest to, by pan Roman dowiódł swojej skuteczności i tego, jaki z niego Mefisto przed panem Donaldem.

Po drugie, jak to jest, że farmę zdekonspirował, przeprowadził śledztwo, zalogował się do odpowiednich grup, wnikliwy obywatel, a nie któryś z kolegów dziennikarzy śledczych pomimo, że o farmie Giertycha wiadomo od kilku lat? Cóż, fakt że łatwiej napisać felieton na ten temat, co niniejszym czynię.

 

 

„Dla mnie sprawa polska była największą świętością”. O ppłk. Łukaszu Cieplińskim pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

14 października 1950 r. krzywoprzysiężny Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie ogłosił wyroki w procesie IV Zarządu Głównego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”. Dowódca WiN ppłk Łukasz Ciepliński „Pług” oraz jego współpracownicy zostali skazani na karę śmierci wykonaną 1 marca 1951 r. w katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

Razem z ppłk Cieplińskim wyroki śmierci usłyszeli: mjr Adam Lazarowicz, mjr Mieczysław Kawalec, kpt. Franciszek Błażej, kpt. Józef Rzepka, por Karol Chmiel, por Józef Batory.

16 grudnia 1950 r. w majestacie stalinowskiego bezprawia sąd wyższej instancji utrzymał wyrok w mocy, a „prezydent” Bierut decyzją z 20 lutego 1951 r. nie skorzystał z prawa łaski.

„Prawy, ofiarny i skromny”

Głównym mordercą sądowym Cieplińskiego i jego współpracowników był Aleksander Warecki (podpisujący się także swoim prawdziwym nazwiskiem Warenhaupt). Pod jego przewodnictwem pozostali „sędziowie” notorycznie przerywali Cieplińskiemu, oskarżali go o prowokacyjne zachowanie. Np. po takich słowach: „Nie zostały mi dane do wglądu akta sprawy. Nie znam ich zupełnie. Protokoły podpisywałem pod przemocą fizyczną, treści większości nie pamiętam, byłem nieprzytomny”.

Orzecznictwo tego pseudo-sądu musiało być zgodne z linią kom-partii, wyrażoną w głównym organie czerwonej propagandy, „Trybunie Ludu”, która pisała o „zwykłej szajce szpiegów i morderców, którzy działali na rzecz imperialistów, a przede wszystkim na rzecz amerykańskich podżegaczy wojennych”.

Aleksander Warenhaupt był zaledwie dwa lata młodszy od Cieplińskiego. Urodzony w Wiedniu, członek Związku Niezależnego Młodzieży Socjalistycznej, absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego (1937). W czasie wojny trafił do ZSRS, w czerwcu 1943 r. zmobilizowany do LWP, był członkiem Sądu Polowego 4. Dywizji Piechoty. Po „wyzwoleniu” kierował sądami wojskowymi w Katowicach i Wrocławiu, a w latach 1948-1952 pełnił jedną z kluczowych funkcji szefa wspomnianego Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie. „Odznaczał się bezwzględnością” – przeczytamy w komunistycznym raporcie badającym w 1956 r. „błędy i wypaczenia” stalinizmu.

Rozkazem z dnia 28 listopada 1956 r. Warecki-Warenhaupt został przeniesiony do rezerwy. Nawet wówczas usprawiedliwiał swoje zbrodnicze wyroki: „Przed sądownictwem rejonowym postawiono wówczas, w tych latach, zadania polityczne. Mówiono nam, oficerom sądownictwa rejonowego, że znajdujemy się na pierwszej linii walki z wrogiem klasowym. Byłem głęboko przekonany o słuszności tych tez i dzisiaj wierzę, że były one słuszne”. Kiedy Aleksander Warecki zmarł w 1986 r. „Życie Warszawy” w nekrologu napisało: „…odszedł płk A. Warecki, prawy, ofiarny i skromny…”.

Medalik z Matką Boską

Ppłk Łukasza Cieplińskiego i pozostałych członków kierownictwa Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość bezpieka aresztowała na przełomie listopada i grudnia 1947 r. W śledztwie w katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej w Warszawie byli nieludzko torturowani.

Tak Ciepliński opisywał trwające trzy lata tortury: „leżałem skatowany w kałuży własnej krwi. Mój stan psychiczny był w tych warunkach taki, że nie mogłem sobie zdawać sprawy z tego, co pisał oficer śledczy”. Pod wpływem bicia Ciepliński ogłuchł na jedno ucho, a kiedy nie mógł już chodzić o własnych siłach, na przesłuchania wnoszono go na kocu.

Przed krzywoprzysiężnym sądem mówił: „Staję przed zarzutem zdrady narodu polskiego, a przecież już w młodości życie moje Polsce ofiarowałem i dla niej chciałem pracować. Dla mnie sprawa polska była największą świętością”.

Łukasz Ciepliński został zamordowany 1 marca 1951 r. razem z sześcioma swoimi współpracownikami. Żył tylko 38 lat. Wiedział, że nie będzie miał pogrzebu, tylko zostanie wrzucony pod osłoną nocy do jakiegoś bezimiennego dołu. Dlatego tuż przed śmiercią połknął medalik z Matką Boską. To jak dotąd nie wystarczyło do identyfikacji jego szczątków na „Łączce” Powązek Wojskowych w Warszawie.

Grypsy i Orzeł Biały

Po prezesie IV Zarządu WiN pozostało niewiele pamiątek. Zachowały się jednak grypsy – pisane w tajemnicy przed ubecją listy do rodziny. Czekając w celi śmierci na wykonanie wyroku, Ciepliński pisał je do żony i małego syna Andrzejka, którego nigdy osobiście nie poznał. Z celi wynosił je współwięzień skazany na dożywocie.

3 maja 2007 r. prezydent Lech Kaczyński odznaczył ppłk Łukasza Cieplińskiego pośmiertnie najwyższym polskim odznaczeniem – Orderem Orła Białego.

 

CEZARY KRYSZTOPA: 49 konkretów Tuska

Koalicja 13 grudnia obchodziła rocznicę ostatnich wyborów parlamentarnych, w wyniku których doszła do władzy i weszła w posiadanie narzędzi dzięki którym cofa Polskę w rozwoju o dziesięciolecia. No i umówmy się, nie bardzo im ta rocznica wyszła.

Symbolicznie, tego dnia właśnie, w sondażu IBRiSu dla „Wydarzeń” Polsatu, Prawo i Sprawiedliwość wróciło na fotel lidera. Wyobrażacie sobie? Najpierw Tusk wielkim wysiłkiem woli pozwolił żyć swoim przystawkom żeby móc utworzyć rząd. Potem je skonsumował żeby móc uzyskać wmarzoną „mijankę”. „Mijanka” pożyła kilka miesięcy, teraz ją stracił, a przystawki już nie odrosną.

I jeszcze..

…jakby tego było mało, Tuskowi janczarzy w sieci, pod przewodem Mdlejącego Mecenasa, dostają ostatnio srogie baty od internetowego pospolitego ruszenia na „X”. Gdyby jeszcze przegrywali z jakimiś pisowskimi kontroddziałami, ale w moim przekonaniu, a miałem okazję obserwować w sieci jak się ten ruch tworzył, to raczej ruch oddolny, tym bardziej, że PiS raczej nie jest zdolny do takiej organizacji. A jeśli mam rację, to determinacja owego ruchu może świadczyć o szybkiej zmianie nastrojów społecznych.

Jeśli dorzucić do tego, że „konwencja” Platformy Obywatelskiej została poniżająco przyćmiona nieszczególnie przełomową „konwencją” Prawa i Sprawiedliwości. Jeśli dorzucić do tego sondaże, w których Polacy wyrażają rozczarowanie rządem Tuska, a nawet sondę na Gazeta.pl, której czytelnicy miażdżąco oceniają „dokonania” jego gabinetu, to krok już tylko do stwierdzenia, że nad „liberalno-lewicowym Mojżeszem” rychło zamknie się Morze Czerwone.

To niezupełnie tak

A ja bym trochę wstrzymał konie. Bo to wszystko tak wygląda z krajowej perspektywy, która zapewne nie jest Tuskowi zupełnie obca, choćby ze względu na koalicjantów, ale nie sądzę żeby była dla niego najważniejsza. Mówi się, że nie zrealizował swoich „100 konkretów”, ale wobec swojego twardego elektoratu, jest w trakcie realizacji jedynego który traktowali poważnie – ośmiu gwiazdek. A przecież i jego twardy elektorat nie jest dla niego żadnym „suwerenem”. Jedynym „suwerenem” Tuska jest „siła zewnętrzna”, którą nas już straszył.

A wobec niej spełnił już cały szereg obietnic. W niecały rok udało mu się zniszczyć prawnie każdą przewagę konkurencyjną Polski wobec Niemiec. W zgliszczach leżą finanse publiczne, służba zdrowia, wsparcie dla najbardziej prężnych gałęzi polskiej nauki, inwestorzy uciekają z Polski, ludzie zwalniani z pracy, a system prawny przypomina nieudaną operetkę afrykańskiego bantustanu. Polska jest już prawie w pełni gotowa by stać się żerem dla upadających Niemiec, gotową do zagospodarowania masą upadłościową, wymarzonym i wyczekanym lebensraum.

Jest gorzej

A przecież nie to jest najgorsze. Żadna ze zbrodni jakie Tusk dokonuje na Polsce nie będzie tak brzemienna w skutki jak uczynienie z Polski niemieckiego śmietnika, już nie na trujące odpady, ale na konsekwencje niemieckich błędów politycznych. Najlepszą tego ilustracją są plany budowy 49 Centrów Integracji Cudzoziemców. Koalicja 13 grudnia broni się, że „za PiS powstały dwa”. Jeśli dobrze rozumiem, jedno dla uchodźców z Białorusi, a drugie dla uchodźców z Ukrainy. Ale rozumiecie co wynika ze skali różnicy pomiędzy 2 a 49? Rozumiecie jakie tsunami szykuje nam niemiecki gubernator na Polskę?

49 prawdziwych konkretów Tuska. Wraz z przyjętym paktem migracyjnym (tak, Tusk się formalnie sprzeciwił, ale na etapie kiedy nie miało to już znaczenia). To jest twarda i skuteczna realizacja zobowiązań wobec „sił zewnętrznych”, której nie da się cofnąć choćby i wielkim nakładem środków. Która na trwałe zmieni polskie społeczeństwo i sądząc z doświadczeń społeczeństw zachodniej Europy, odbierze mu poczucie bezpieczeństwa i siły witalne.

HUBERT BEKRYCHT: Rozpacz mainstreamu, czyli kto się boi Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich?

Będą nas krytykować, atakować i pomawiać. Będą kłamać, oczerniać, dezinformować. Już to robią. Coraz częściej. Takie działania wobec SDP po wyborze nowych władz nasilają się. Oznaczają, że „dziennikarze” wspierający medialny zamach stanu w Polsce ze strachu tracą rozum. Są słabi, chociaż mają za sobą wpływowych teraz polityków.

Krytykom Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich jest bardzo smutno, bo na zjeździe w Kazimierzu Dolnym delegaci demokratycznie wybrali nowe władze największej w Polsce organizacji dziennikarskiej. Nowym prezesem SDP została Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy, która zapowiedziała m.in. kontynuację walki o wolność słowa i wzmocnienie obrony dziennikarzy podczas pełzającego, bezprawnego przejęcia mediów publicznych w Polsce i bezprecedensowej próby wyłączenia z debaty społecznej konserwatywnych dziennikarzy w niezależnych redakcjach zwalczanych przez rząd Donalda Tuska.

A jednak…

Tym smutniej jest naszym krytykom, bo w większości nowy zarząd tworzą ci sami konserwatywnie myślący dziennikarze, z wieloletnim szefem SDP Krzysztofem Skowrońskim. Co więcej, jest we władzach kilkoro nowych przedstawicieli, i to także z mediów konserwatywnych. To spowodowało rozpacz liberalnego i lewicowego mainstreamu, który krzyczy, że tylko ich informacje i ich publicystyka (sic!) są prawdziwe. Czyli, SDP – zdaniem dziennikarskich pomocników rządowych specjalistów do spraw ujarzmienia niezależności mediów – jest złe… Wolno im, ale nie poprzez pozaprawne metody, a takich przypadków jest niestety od nocy z 19 na 20 grudnia 2023 roku coraz więcej. 10 miesięcy temu siłowo i wbrew przepisom spacyfikowano media publiczne lokując na stanowiskach szefów TVP, PR i PAP marionetkowe władze powołane nielegalnie przez rząd.

Panika maistreamu

„Jak to możliwe, że po takich atakach was wybrano?” – zapytał mnie w poniedziałkowy poranek emerytowany już dziennikarz, jeden z moich znajomych. Odpowiedziałem, że ludzie patrzący normalnie na SDP robią po prostu swoje.

Pobieżny tylko przegląd prasy po wyborach do władz SDP wskazuje, że spodziewano się klęski dotychczasowego nurtu w naszym stowarzyszeniu. Przeliczono się, bo zaledwie kilkanaście na blisko 150 uprawnionych delegatów było przeciwnych wyborowi Prezesa i Zarządu Głównego SDP w obecnym składzie.

Łka zatem Press – biuletyn medialnych celebrytów i producentów bezrobocia na „wydziałach” dziennikarstwa wielu polskich uczelni – pisząc o „reakcjach” na wybór Jolanty Hajdasz na szefową SDP – ale były to tylko słowa krytyki kierownictwa portalu będącego powierzchnią promocyjną dla medialnego mainstreamu. „Nie ma już ratunku dla SDP. Pozostanie na poziomie ideologicznej wspólnoty garstki ludzi związanych niekiedy luźno z mediami” – rozpacza Press milcząc ciągle o tym, dlaczego stracili status periodyku rozdającego niegdyś ważne w środowisku nagrody dziennikarskie…

Kto potrzebuje ratunku?

Nie ma ratunku dla SDP? Tak, ale nie ma ratunku dla tego SDP sprzed 2011 roku, czyli sprzed pierwszej kadencji Krzysztofa Skowrońskiego. Nie ma ratunku dla wzdychających do SDP sprzed 13 lat, kiedy stowarzyszenie było miałkim forum ludzi żyjących w medialnym świecie równoległym, w którym często „taktycznie” nie zauważano zwalnianych bezprawnie dziennikarzy i postępującej degradacji zawodu.

Nie ma ratunku dla ludzi, którzy nie zauważają, że media się zmieniają, że nie ma i nigdy nie było mediów apolitycznych i dziennikarzy bez poglądów. Nie ma ratunku dla ludzi opowiadających bzdury o obiektywizmie biorącym górę nad rzetelnością przekazu. Nie ma też ratunku dla dziennikarzy, który próbują balansować gdzieś pomiędzy.

SDP walczy o wolność słowa, o wolność dziennikarską i dosłownie o wolność a nie więzienie dla ludzi mediów sprzeciwiającym się obecnym władzom. Możemy rozmawiać ze wszystkimi dziennikarzami nie podzielającymi poglądów większości członków SDP. Rozmawiać, nie odpowiadać na głupie zaczepki. Nie będziemy stowarzyszeniem do bicia. Oddamy. Ale nie w maglu. Oddamy honorowo. Nie w publicznej kłótni, tylko w prawdziwej debacie.

WIKTOR ŚWIETLIK: Groźby pani Kingi

Co sprytniejsi manipulatorzy, szczególnie ci, którzy dziś rządzą, dawno odkryli, że w Polsce ludzie łatwo się oburzają nie na to, co trzeba. Sprawa telefonu Kingi Gajewskiej do Tomasza Krzyżaka jest świetnym przykładem.

Właściwie to z reakcji medialnych można by stworzyć show pod tytułem „jak ona przeklina”. „To nie przystoi politykowi przeklinać w rozmowie z dziennikarzem”, „cóż za rynsztokowe słownictwo”, „co za kultura” – to ton wiodących komentarzy. Problem jednak zupełnie nie leży w przeklinaniu. Właściwie to samo przeklinanie mógłbym śmiało pani Kindze przebaczyć. Sam nie jestem święty. Któż czasem sobie nie przeklnie, a sytuacja sprawia, że dama może być wzburzona. Problem leży zupełnie gdzie indziej i dopełnia kryminalną epopeję państwa Myrchów. Można by rzec, że jest wisienką na torcie i iluż ekspertyz by nie wydano, ileż profesorowie Chmajowie i inni klienci ekipy Tuska opinii robiących dziś za konstytucję, by nie popełnili, to mamy do czynienia z kolejnym przestępstwem, domniemanym dodam, bo za czasów demokracji walczącej człowiek się musi zabezpieczać.

Otóż do Tomasza Krzyżaka nie zadzwoniła szefowa kuchni ze stołówki, że zginął widelec, nie zadzwonił sąsiad, że śmieci nie segreguje, a zadzwoniła ważna, znana polityk reprezentująca rządzącą ekipę. Nie dość tego pani Gajewska jest żoną urzędującego wiceministra sprawiedliwości. Mówiąc krótko, jest to małżeństwo polityków związanych z władzą ustawodawczą i wykonawczą, nie dość tego, z tym elementem władzy wykonawczej, który jest odpowiedzialny za działania aparatu ścigania. Gajewska nie zaproponowała, że chce Krzyżakowi coś wyjaśnić bo on się myli. Nie zaproponowała spotkania, choćby i przerywała nieładnymi słowami, bo tak jej się zdarza – w takim, nazwijmy to, obajtkowym stylu.

Gajewska do Krzyżaka zadzwoniła sztorcując go za krytyczną wobec siebie i swojego męża postawę, starając się wpłynąć na jej zmianę. Życzenia, by spotkało go to co ją z żony wiceministra sprawiedliwości brzmią bardzo konkretnie. Wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby takie telefony za czasów rządów PiS do dziennikarzy „Rzeczpospolitej” zaczęła wykonywać Patrycja Kotecka. Mielibyśmy protesty Reporterów bez Granic, interpelacje w Parlamencie Europejskim i zaniepokojenie Departamentu Stanu? Może nie aż tak, ale dym byłby konkretny.

Reasumując. King Gajewska moim zdaniem popełniła przestępstwo. Co prawda nie z Prawa karnego, ale Prawa prasowego, nie jestem pewien czy doktor Myrcha wie o tym, że na jego podstawie także można zostać skazanym. Prawo prasowe zawiera artykuł (44) o utrudnianiu krytyki prasowej, gdzie karą jest grzywna albo ograniczenie wolności. Niestety dla małżeństwa tygodnia to raczej nie ten artykuł. Albo nie tylko ten. Bo artykuł 43. mówi o groźbie bezprawnej. Czy życzenie ze strony polityk ekipy rządzącej, znajomej lidera formacji i żony wiceministra sprawiedliwości, by coś „pana spotkało”, jest mało zawoalowaną groźbą czy nie? Jak Państwo uważacie? Jeśli tak, to jest to właśnie groźba bezprawna. Jak się nie zamkniesz to cię coś spotka, a mamy możliwości.

Oczywiście dziś pani Kingi żaden sąd nie skaże, a już na pewno nie w sposób poważny. Ale dziś nie trwa wiecznie. I oby w Polsce nie trwało.

HUBERT BEKRYCHT: Gra na konflikt i próba podziału SDP

Zawsze przed zjazdami wyborczymi Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich odżywają spory i dyskusje. Jak granat w błocie wybucha debata o „przyszłości SDP”, którą od kilku kadencji prowadzą „zatroskani”. Kogo obryzga błoto? Wszystkich.

Niechaj nie śmieją się szyderczo, ci którzy próbują znowu grać na konflikt, ci którym marzy się podział SDP na dwie albo na trzy organizacje. Najbliższy zjazd wyborczy w Kazimierzu (11 – 13 października br.) będzie jednak grą o przetrwanie Stowarzyszenia jako organizacji dziennikarskiej.

Trudności to nasza specjalność

Najpierw pandemia, potem kryzys związany z rosyjską inwazją na Ukrainę i pomoc uciekającym przed wojną, m.in. dzieciom z Mariupola, które znalazły schronienie w Domu Pracy Twórczej SDP w Kazimierzu nad Wisłą. Potem podwyżki energii i gazu, remonty i znowu podwyżki tym razem rosnące koszty tzw. dzierżawy Domu Dziennikarza na Foksal fundowane przez warszawski ratusz. To proza życia a właściwie działalności władz naszego stowarzyszenia mijającej kadencji. Zarząd Główny starał sobie z tym radzić. Chyba nie najgorzej. SDP wszak jest organizacją społeczną, zatem wiele zależy od ludzi cieszących się zaufaniem ludzi zrzeszonych w SDP.

Statut i ambicje kilku osób z OW

Stowarzyszenie trzeba powoli profesjonalizować, aby walczyć z kłopotami wolnego rynku i razami wymierzanymi SDP przez liberalne i lewicowe środowiska polityczne oraz tzw. elitę dziennikarstwa głównego nurtu. Widać to wyraźnie po niecałym roku sprawowania władzy przez nowy rząd.

Narzędzia w walce z plagami finansowymi i przekleństwem nacisku politycznego ma nam dać nowy Statut. Uchwaliliśmy go po kilku latach pracy w sporym gronie. Awantura wywołana na tegorocznym marcowym zjeździe statutowym przez kilka, no może kilkanaście osób ze stołecznego oddziału SDP pokazała tylko jak wybujałe są ambicje wąskiego grona „aktywistów” oddziału warszawskiego plus kilku wielbicieli zadymy z terenu. Protesty, szykanowanie obecnych władz, przecieki do tzw. prasy branżowej a nade wszystko brak pomysłu na SDP poczyniło nie mniejsze szkody w stowarzyszeniu niż kampania oszczerstw sprzed 3 lat przeciwko prezesowi SDP Krzysztofowi Skowrońskiemu i wiceprezes, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Jolancie Hajdasz. I gdzie teraz jesteście, o wy zapowiadający zarzuty prokuratorskie i pomawiający o przestępstwa? No gdzie? Napisałbym, ale to jednak publiczny głos w dyskusji i nie wypada używać takich słów…

Obrona mediów przed dyktaturą „demokracji”

Gorzej, że krytycy nie chcą krytykować, tylko rozliczać. I to koniecznie Zarząd Główny i jego zwolenników, czyli większość członków SDP. Sami „krytycy” się z niczego nie rozliczają. Czy naprawdę nikt w oddziale warszawskim nie zapytał, dlaczego dwóch członków jego zarządu było przeciwnych protestowi ws. brutalnego i bezprawnego niszczenia mediów publicznych w grudniu 2023r? Czy to oznacza, że owi dwaj członkowie zarządu stołecznego SDP są zwolennikami nowych metod rządu i przynoszenia „wolności” mediów siłowymi metodami prywatnych firm ochroniarskich? Nie chodzi o prawo do sprzeciwu ws. protestu OW SDP, ale, na Boga, w dokumencie była mowa o metodach przejęcia mediów publicznych. A były to metody rodem ze stanu wojennego. I ci dwaj panowie mimo wszystko tego nie podpisali… Ja tego nie rozumiem, bo taka postawa rzutuje na cały oddział. No i ciekawy jestem, czy panowie ci będą kandydować w kolejnych wyborach do zarządu OW lub władz centralnych?

CMWP i walka o godność dziennikarską

A właśnie to członkowie i władze SDP (z wyjątkiem tych nieszczęsnych dwóch panów, którym może nie przeszkadzała pacyfikacja przez służby TVP, PR i PAP), tak w oddziałach stowarzyszenia, jak i na Foksal, mocno piętnowały brutalne nielegalne metody likwidacji mediów publicznych.

Protestowaliśmy wszyscy w SDP przeciwko represjom jakim zostali poddani przez rząd Donalda Tuska dziennikarze z mediów publicznych. I odbiorcy, którym wyłączono na długo sygnał telewizyjny będący strategicznym kanałem komunikacji w przypadku zagrożenia państwa. Bezprawnie, wbrew zapisom wszystkich kodeksów, zwalniani byli dziennikarze i szefowie oraz kierownicy poszczególnych jednostek TVP, PR i PAP. Dyscyplinarnie z TVP zwolniono twórczynię Biełsatu Agnieszkę Romaszewską-Guzy, pracę straciła Maria Przełomiec prowadząca program Studio Wschód. W TVP dyscyplinarkę dostali także m.in. Michał Adamczyk, Marcin Tulicki, Piotr Gursztyn i Samuel Pereira. Setki osób straciło pracę i należne im pieniądze tylko dlatego, że pracowali w mediach publicznych. Mediach dla picu likwidowanych, aby łatwiej było władzy zwalniać niewygodnych… Także i ja zostałem zwolniony dyscyplinarnie z PAP, bo jako sekretarz generalny SDP protestowałem w tej sprawie i w sdp.pl opisywałem to barbarzyństwo; w Europie tylko w Polsce i na Bałkanach zwalnia się z mediów działaczy organizacji dziennikarskich.

Nie było chyba w minionej kadencji aktywniejszej instytucji SDP niż Centrum Monitoringu Prasy SDP. Jego dyrektor Jolanta Hajdasz alarmowała wszędzie o dziejącym się medialnych bezprawiu nie tylko w TVP, PR i PAP, ale także – o zgrozo – w mediach lokalnych, gdzie i przed dojściem do władzy tego rządu dziennikarzy nie miał często kto bronić.

Za to wszystko szefową CMWP spotkała ostatnio „nagroda”. Stekiem kłamstw obrzucono Jolantę Hajdasz na stronie OW SDP… To po prostu niegodziwość i warto o tym wszystkim pamiętać w obliczu kolejnej przedwyborczej batalii w SDP.

     ***

I tu miało być zakończenie. Sam je jednak wykreśliłem. Było ostre i nie dające nic oprócz naiwnej wiary, że taka metoda jest skuteczna. Nie jest.

Wykreśliłem te słowa nie ze strachu, bo boję się tylko Boga i żony, ale dla dobra SDP. Właśnie dlatego po raz pierwszy w życiu się „ocenzurowałem”. Wszystkim delegatkom i delegatom życzę tylko takiej, nie wymuszonej przez nikogo, „cenzury”. I aby dzieliły nas wyłącznie merytoryczne spory o dziennikarstwo a nie wyniszczające kłótnie.

CEZARY KRYSZTOPA: Powodzianie cierpią w ciszy

Powódź się skończyła? Sądząc z jedynek największych portali tak, ale sądzę, że tysiące powodzian ma w tej sprawie inną opinię. Woda spłynęła, ale to nie koniec nieszczęścia, to jego początek.

Ludzie zostali bez dachu nad głową, kończą im się pieniądze, lub też dawno im się pieniądze skończyły. Jeśli czyjś dom ocalał, to jego ściany są mokre i do zimy bez potężnych osuszaczy, których bardzo brakuje, nie wyschną. Jeśli nie wyschną nie będą miały podczas mrozów żadnej izolacyjności termicznej. O takich „drobiazgach” jak grzyb nie wspomnę. Infrastruktura jest zniszczona, przy tym poziomie organizacji, o którym opowiadał linczowany dziś przez urzędników Tuska były Komendant Główny Państwowej Straży Pożarnej gen. Bartkowiak, nie daj Boże żeby przeszedł jakiś kolejny kataklizm.

Powodzianie cierpią w ciszy

Co się dzieje z powodzianami? A na przykład są zwalniani z pracy – Taką traumę przeżyłam… wszystko w błocie, w szlamie, a tu jeszcze listonosz wręcza wypowiedzenie. To najgorsza rzecz, ten moment. To jest załamujące doświadczenie, kiedy dobytek życia zabiera woda, zaczyna się sprzątanie, organizowanie jak tu dalej żyć, a tu jeszcze taka dobijająca wiadomość, że nie będziesz miała środków do życia – powiedziała w rozmowie z Tysol.pl pani Julia (imię zmienione na jej prośbę), która dostała wypowiedzenie z PKP Cargo.

Dzisiaj powodzianie wraz żołnierzami WOT, służbami i wolontariuszami pracują i cierpią w ciszy. Przejrzałem strony główne „wiodących mediów”. Temat powodzi i powodzian nie istnieje. Skończyły się putiniady Donalda Tuska, skończył się temat powodzi. Kierownik nie robi przedstawiania, więc nie ma o czym pisać.

Dzielny kierownik

Kierownik jest dziś zajęty czym innym. Jednego dnia „pokona” alkotubki”, następnego dnia postraszy paczkomaty. Każdego dnia rzuci swoim medialnym ogarom taki czy owaki żer, nad którym te będą deliberować w półmózgim zachwycie. Sprawa powodzi przestała się kierownikowi opłacać. „Odrobił” w oczach opinii publicznej katastrofalne słowa o tym, że „prognozy nie są przesadnie alarmujące” odstawiając cyrk, który nawet Jacek Żakowski nazwał „metodą putinowską” i trzeba mu oddać, że jak wskazują sondaże, zrobił to skutecznie. Ach jakiż z niego frant!

Tylko co z tymi ludźmi tam na południu? Tymi wybierającymi tony szlamu, tymi desperacko usiłującymi osuszyć domy, załatwić jakieś lokum dzieciom, ogarnąć im jakąś szkołę. Zastanawiającymi się jak przeżyć. Chowającymi bliskich.

Może i zachwyciłbym się sprytem kierownika, a może i zaśmiałbym się z głupoty „opinii publicznej” pasanej jak głupia krowa na ściśle wyznaczonych pastwiskach, ale kiedy myślę o tych ludziach, jakoś nie umiem.

Wszystko co mi przychodzi do głowy to stek wulgaryzmów.