Zdaje mi się, od dawna zresztą, że koniec naszej cywilizacji jest nieuchronny i kroczy coraz szybciej. Co będzie potem? Nie wiem, ale stara, dobra i zrozumiała dla rozumnego człowieka upadnie i nie wróci już nigdy.
To co się nieuchronnie zbliża wysłało do nas (już przed II wojną światową) swoich emisariuszy, a są nimi radio i telewizja. A skutki ich działalności są przerażające.
W dzisiejszej Polsce, w naszych mediach, nie ma właściwie żadnych rozumnych dyskusji o programach politycznych, o ich skutkach – tak dobrych jak złych. Zamiast tego mamy kopanie człowieka. Najchętniej oczywiście kopie się po nazwisku osobników będących liderami partii. Dlaczego tak? Bo tak łatwiej i (jak się wydaje naszym politykom i mediom) skuteczniej. A gdzie nasz humanizm, gdzie chrześcijaństwo nakazujące szacunek dla „osoby ludzkiej”? Te wartości padły pierwsze. O wszystkim decyduje popyt, podaż i sprzedaż. I dawne wartości stały się już niepotrzebnym, niechodliwym towarem. Niepotrzebnym, bo ogół ludności nie wie czemu służą, więc ich nie kupuje.
Anarchiści
Niestety nasza publiczność polityczna nie ma także zbyt wielkiej wiedzy o prawodawstwie, o zasadach zapisanych w Konstytucji, ustawach i całym prawie. Powiem więcej – w swej masie, ta publika nie ma żadnej wiedzy na temat funkcjonowania państwa. Natomiast oczekuje publicznych egzekucji. Nie, nie fizycznych ale moralnego kopania, dręczenia i unicestwiania tych, których akurat nie lubią. Jedni chcą kaźni Iksa, drudzy Igreka, trzeci wreszcie zarówno Iksa, jak Igreka. Bo tak jest prosto i zrozumiale. Lud żąda krwi i ją dostaje. Zupełnie jak w Imperium Rzymskim, gdzie gladiatorzy zaspakajali najniższe ludzkie instynkty.
Nawet anarchiści są u nas słabi, a ci akurat chętnie wywieszaliby (medialnie) wszystkich naszych polityków – od A do Ż. Anarchiści negują w ogóle istotę pastwa, jako takiego, uważając (poniekąd słusznie), że państwo ogranicza człowieka, służy jedynie najbogatszym i zajmuje mózgi obywateli głupotami. Czym jestem starszy, tym bardziej zastanawiam się, czy jednak anarchiści nie mają racji.
Sprawa Sokratesa
Niestety demokracja, znacząca „panowanie ludu” ma też swoje okropne skutki. Teoretycznie demokracja jest ucieleśnieniem odwiecznego ludzkiego marzenia o wolności i równości. Jednak już demokracja ateńska miała na sumieniu zbrodnie, którymi mogliby się szczycić tyrani.
Tu przypomnijmy sobie, bo wierzę, że wszyscy ją znamy, sprawę Sokratesa. Ten wielki filozof w 399 r. p.n.e. został oskarżony przez nieznanego szerzej poetę Meletosa, który przy poparciu przywódcy demokratów Anytosa i retora Lykona wniósł oskarżenie przeciwko Sokratesowi. Poeta oskarżał filozofa o niewyznawanie bogów, których uznaje państwo i wyznawanie bogów, których państwo nie uznaje oraz o psucie młodzieży. Sprawę rozpatrywał ateński sąd ludowy (dikasterion). W pierwszym głosowaniu nad winą oskarżonego stosunek głosów winny/niewinny wyniósł prawdopodobnie 280:220. Sokrates mógł zaproponować wymiar kary dla siebie. Zaproponował utrzymanie na koszt państwa lub zapłacenie niewspółmiernie małej grzywny. W drugim głosowaniu sędziowie mieli zadecydować pomiędzy wymiarem kary zaproponowanym przez oskarżyciela i przez oskarżonego. Stosunkiem głosów 361 do 140 wybrali zaproponowaną przez Meletosa karę śmierci. Być może oskarżyciele dążyli jedynie do banicji Sokratesa, jednak okazało się to niemożliwe wobec nieprzejednanej postawy oskarżonego.
Po procesie Sokrates udał się do więzienia, gdzie miał pozostać jeszcze przez 30 dni, zanim zostanie stracony. Po tym czasie Sokratesowi została podana cykuta do wypicia. Wypił ją w obecności swoich uczniów i przyjaciół. Scena ta została następnie opisana przez Platona w Fedonie oraz przez Ksenofonta we Wspomnieniach o Sokratesie.
Zatem Sokratesa skazał lud, bo wtedy w Atenach panowała demokracja. Podejrzewam, że ów lud nie znał ani jednej z tez filozofii skazanego. A jednak ów lud miał odwagę podjąć decyzję. Czym się kierował ateński demos? Prawdopodobnie nienawiścią. Albowiem nic tak nie obraża ludu jak człowiek mówiący o sprawach, o których lud nie ma najmniejszego pojęcia.
Haczyk demosu
Sprawa Sokratesa dowodzi, że demokracja ma jeden mały, ale okrutny haczyk. Jest nim równość głosowania. Demokracja zakłada, że każdy niedouk, człek spanikowany i zagubiony we współczesności, każdy leniwiec intelektualny, nierób, obibok, pijak i złodziej a nawet zwykły tuman mają jeden głos równy głosowi człowieka rozumnego i porządnego.
Skutkiem tego ludem jest niezwykle łatwo manipulować. Pod warunkiem, że mówi się językiem prostym i skutecznym. Językiem prostym jest właśnie język ludu. Ma on tę właściwość, że odwołuje się nie do pojęć, ale do emocji. W tym języku, na przykład, uniwersalne słowo „ku…” może oznaczać zachwyt i potępienie, potwierdzenie i zaprzeczenie, radość i smutek. Czasem wszystko naraz.
W latach 70-tych Polska Akademia Nauk przeprowadziła badania nad zasobem leksykalnym języka polskiego. Stwierdzono wtedy, że podstawowy zasób słów, których sens powinien być znany każdemu wykształconemu, na poziomie wyższym, Polakowi wynosi ok. 40.000 słów. Natomiast Polacy z wykształceniem niepełnym i pełnym podstawowym znają jedynie około 600 słów. Może obecnie tych słów w języku ludowym trochę przybyło, ale nikt badań nie prowadzi.
Przez język skuteczny rozumiem tu odwoływanie się do uczuć, nie do rozumu. Bardzo skuteczne jest również wywoływanie w ludzie poczucia zagrożenia, z zaznaczeniem, że trzeba głosować na tych, którzy odkryli owo zagrożenie i mają cudowne lekarstwo na jego likwidację. Co prawda lud najczęściej nie rozumie istoty tych zagrożeń, ale boi się, zatem głosuje na potencjalnych zbawców.
W demokracji, nawet tej bezpośredniej jak w Szwajcarii, głosuje się zawsze (a przynajmniej głównie) w sprawach nieznanych, Wierząc, że ci, co nawołują do wyborów, wiedzą za nas.
Kultura
Demokracja ma również fatalne skutki dla kultury i sztuki. Szczególnie teraz, gdy większość z nas obcuje ze sztuką za pośrednictwem telewizora. A właściciele stacji bardzo sprawnie liczą zyski i starają się dotrzeć do jak największej widowni. Zresztą, z założenia telewizor nigdy nie da nam tych samych i tak głęboko istotnych przeżyć jak żywy teatr.
A teatry również kierują się zyskiem. I dobrze wiedzą, że lada jaka farsa nagoni widownię, a najmądrzej wystawione Dziady czy Wyzwolenie gwarantują kasową klapę.
Wykształcona część ludu czyta, to fakt. Ale co czyta? Głównie powieści sensacyjne, horrory i romanse. Szczerze mówiąc, to nie jest literatura, to są tylko zadrukowane literami karty papieru. W tych powszechnych lekturach nie ma krzty artyzmu. Nie ma zabawy formą, nie ma kunsztu językowego. To jest ot taka papka pokarmowa dla oczu, która jedynie psuje dobry smak. Może byłoby lepiej, gdyby lud w ogóle nie czytał? Za komuny najbardziej poczytnym powieściopisarzem był nie kto inny jak staruszek Józef Ignacy Kraszewski (ur. 28 lipca 1812 w Warszawie, zm. 19 marca 1887 w Genewie). Fabuły w jego powieściach zawsze są pełne życia a język jest jednak nadal dziełem artystycznym.
Przyszłość
Wśród wielu wieszczów, przepowiadających nam przyszłość, najbardziej trafia do mnie Ray Bradbury ze swoją powieścią „451 stopni Fahrenheita” (tyt. Oryginału Fahrenheit 451) z 1953 roku. Akcja książki rozgrywa się w świecie, gdzie czytanie książek i krytyczne myślenie są zakazane. Tytuł książki oznacza temperaturę 451 stopni w skali Fahrenheita (233 °C), w której, według fabuły książki, zaczyna się samozapłon papieru.
W tym świecie zakazana została wszelka literatura: nie wolno czytać książek ani ich posiadać. Ich poszukiwaniem zajmują się specjalnie wyszkoleni strażacy (w wyniku rozpowszechnienia się niepalnych domów nie muszą już gasić pożarów), którzy znalezione książki palą. Ludzie w wielkim stopniu są zmanipulowani przez media pokazujące w kolorowych barwach nawet największe katastrofy i klęski.
W tym świecie nie ma też rodziny, bo nie ma w nich najmniejszej wspólnoty uczuć. Żadne z małżonków nie martwi się o drugą połowę, a dzieci są dla nich jedynie ciężarem. Uczniowie na lekcjach uczą się tylko z filmów. Dorośli swój wolny czas poświęcają interaktywnemu programowi telewizyjnemu „Rodzinka”, gdzie mogą odgrywać swoją własną „rolę”, nie ruszając się z domu.
451 stopni Fahrenheita w zamierzeniu było książką nie tyle skierowaną przeciwko totalitaryzmowi, lecz przeciwko telewizji jako narzędziu masowej indoktrynacji. Jak twierdził Bradbury, treść powieści była poświęcona przede wszystkim temu, „jak telewizja niszczy zainteresowanie czytaniem literatury” oraz „zamienia ludzi w debili”.
Bradbury to naprawdę wieszcz, co prawda wieszcz przykrego końca naszej cywilizacji, ale jednak wieszcz.
Siedzą od rana do wieczora podając lub pisząc hejterskie tweety z hashtagami i wykonując polecenia nadzorców, a właściwie leciwych nadzorczyń. Mogliby w tym czasie studiować, uprawiać sporty, szydełkować, zbierać na głodne dzieci, ale oni sami z siebie wolą takie życie. Zarabiają grosze albo nic. Większości z nich wystarcza to, że dostają karmy duchowej w postaci nienawiści. Farma Giertycha, która powinna zresztą być zwana farmą Tuska.
Nie obrażaj profesjonalnych rzemieślników, artystów z dyplomami i wykwalifikowanych pracowników egipskich korporacji do otępiałych i zaćpanych członków sekty – zżymał się znajomy starożytnik po tym, jak porównałem życie trolli Giertycha do budowniczych piramid sprzed czterech i pół tysiąca lat. Fakt faktem, że historycznie mity o tym, że piramidy w Gizie budowali niewolnicy nie są prawdziwe. Budował je w gruncie rzeczy cały Egipt zorganizowany na kształt drobiazgowej i wnikającej wszędzie machiny biurokratycznej. Zinwentaryzowanej, kontrolowanej, opodatkowanej, poddanej kontroli jakościowej. Mówiąc krótko, marzenie Mateusza Morawieckiego. Można taki świat lubić albo nie, ale jest on w stanie zapewnić pożywienie, jakość życia (jak na czasy), rozwój oraz bezpieczeństwo.
Sekta jest przeciwieństwem dobrej organizacji pomimo, że posiada niektóre jej cechy. Może zapewnić co najwyżej ucieczkę, w czym bardzo mocno przypomina narkotyk. Jest dla swoich członków niebezpieczna, sprawia, że się zwijają zamiast rozwijać, a pożywienie stają się gusła i emocje łączące wyznawców. Roman Giertych stworzył sektę. I tu znowu nadużycie. To nie Roman Giertych ją stworzył.
Sektę silnych razem, dziś pod kontrolą, w formie swoistych brygad, stworzyło 30 lat prania mózgów przez „Gazetę Wyborczą”, Urban, zakotwiczone w postkomunizmie elitki artystyczne z Jurasem Owsiakiem na czele, TVN. Giertych tylko to wykorzystał. Skanalizował, nadał temu ramy organizacyjne. Zagospodarował ich. Tak jak Białe Bractwo w Kijowie labo David Koresh z Waco w Texasie wykorzystywali ludzkie zagubienie i nieporadność, tak Giertych z Tuskiem wykorzystali brak wspólnotowości, pustkę wartości wypełnioną frustracją, materializmem, frustracją i zawiścią. Wypełnili to naczynie nienawiścią.
Sektę „zdekodował”, przeprowadził śledztwo i opisał jego efekty, niejaki Profesor Pingwin, anonimowy „internauta”. Pokazał organizację sekty nienawiści, numery grup, nadzorców wysyłających polecenia do mrówek, ich paniczne zaniepokojenie, gdy już zorientowali się, że obcy wdarł się do mrowiska. I tu przychodzą mi do głowy dwa pytania, jedno ogólne, drugie branżowe.
Po pierwsze, kim trzeba być, jak nieszczęśliwym człowiekiem, żeby życie, które zarówno według ateistów, jak i wszystkich dominujących w naszym regionie religii, mamy jedno, zmarnować na wzmacnianie jakiś hasztagów. Hasztagów, które w serwisie społecznościowym mającym w Polsce około dwóch milionów użytkowników pożyją pół dnia, a ich głównym celem jest to, by pan Roman dowiódł swojej skuteczności i tego, jaki z niego Mefisto przed panem Donaldem.
Po drugie, jak to jest, że farmę zdekonspirował, przeprowadził śledztwo, zalogował się do odpowiednich grup, wnikliwy obywatel, a nie któryś z kolegów dziennikarzy śledczych pomimo, że o farmie Giertycha wiadomo od kilku lat? Cóż, fakt że łatwiej napisać felieton na ten temat, co niniejszym czynię.
14 października 1950 r. krzywoprzysiężny Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie ogłosił wyroki w procesie IV Zarządu Głównego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”. Dowódca WiN ppłk Łukasz Ciepliński „Pług” oraz jego współpracownicy zostali skazani na karę śmierci wykonaną 1 marca 1951 r. w katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.
Razem z ppłk Cieplińskim wyroki śmierci usłyszeli: mjr Adam Lazarowicz, mjr Mieczysław Kawalec, kpt. Franciszek Błażej, kpt. Józef Rzepka, por Karol Chmiel, por Józef Batory.
16 grudnia 1950 r. w majestacie stalinowskiego bezprawia sąd wyższej instancji utrzymał wyrok w mocy, a „prezydent” Bierut decyzją z 20 lutego 1951 r. nie skorzystał z prawa łaski.
„Prawy, ofiarny i skromny”
Głównym mordercą sądowym Cieplińskiego i jego współpracowników był Aleksander Warecki (podpisujący się także swoim prawdziwym nazwiskiem Warenhaupt). Pod jego przewodnictwem pozostali „sędziowie” notorycznie przerywali Cieplińskiemu, oskarżali go o prowokacyjne zachowanie. Np. po takich słowach: „Nie zostały mi dane do wglądu akta sprawy. Nie znam ich zupełnie. Protokoły podpisywałem pod przemocą fizyczną, treści większości nie pamiętam, byłem nieprzytomny”.
Orzecznictwo tego pseudo-sądu musiało być zgodne z linią kom-partii, wyrażoną w głównym organie czerwonej propagandy, „Trybunie Ludu”, która pisała o „zwykłej szajce szpiegów i morderców, którzy działali na rzecz imperialistów, a przede wszystkim na rzecz amerykańskich podżegaczy wojennych”.
Aleksander Warenhaupt był zaledwie dwa lata młodszy od Cieplińskiego. Urodzony w Wiedniu, członek Związku Niezależnego Młodzieży Socjalistycznej, absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego (1937). W czasie wojny trafił do ZSRS, w czerwcu 1943 r. zmobilizowany do LWP, był członkiem Sądu Polowego 4. Dywizji Piechoty. Po „wyzwoleniu” kierował sądami wojskowymi w Katowicach i Wrocławiu, a w latach 1948-1952 pełnił jedną z kluczowych funkcji szefa wspomnianego Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie. „Odznaczał się bezwzględnością” – przeczytamy w komunistycznym raporcie badającym w 1956 r. „błędy i wypaczenia” stalinizmu.
Rozkazem z dnia 28 listopada 1956 r. Warecki-Warenhaupt został przeniesiony do rezerwy. Nawet wówczas usprawiedliwiał swoje zbrodnicze wyroki: „Przed sądownictwem rejonowym postawiono wówczas, w tych latach, zadania polityczne. Mówiono nam, oficerom sądownictwa rejonowego, że znajdujemy się na pierwszej linii walki z wrogiem klasowym. Byłem głęboko przekonany o słuszności tych tez i dzisiaj wierzę, że były one słuszne”. Kiedy Aleksander Warecki zmarł w 1986 r. „Życie Warszawy” w nekrologu napisało: „…odszedł płk A. Warecki, prawy, ofiarny i skromny…”.
Medalik z Matką Boską
Ppłk Łukasza Cieplińskiego i pozostałych członków kierownictwa Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość bezpieka aresztowała na przełomie listopada i grudnia 1947 r. W śledztwie w katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej w Warszawie byli nieludzko torturowani.
Tak Ciepliński opisywał trwające trzy lata tortury: „leżałem skatowany w kałuży własnej krwi. Mój stan psychiczny był w tych warunkach taki, że nie mogłem sobie zdawać sprawy z tego, co pisał oficer śledczy”. Pod wpływem bicia Ciepliński ogłuchł na jedno ucho, a kiedy nie mógł już chodzić o własnych siłach, na przesłuchania wnoszono go na kocu.
Przed krzywoprzysiężnym sądem mówił: „Staję przed zarzutem zdrady narodu polskiego, a przecież już w młodości życie moje Polsce ofiarowałem i dla niej chciałem pracować. Dla mnie sprawa polska była największą świętością”.
Łukasz Ciepliński został zamordowany 1 marca 1951 r. razem z sześcioma swoimi współpracownikami. Żył tylko 38 lat. Wiedział, że nie będzie miał pogrzebu, tylko zostanie wrzucony pod osłoną nocy do jakiegoś bezimiennego dołu. Dlatego tuż przed śmiercią połknął medalik z Matką Boską. To jak dotąd nie wystarczyło do identyfikacji jego szczątków na „Łączce” Powązek Wojskowych w Warszawie.
Grypsy i Orzeł Biały
Po prezesie IV Zarządu WiN pozostało niewiele pamiątek. Zachowały się jednak grypsy – pisane w tajemnicy przed ubecją listy do rodziny. Czekając w celi śmierci na wykonanie wyroku, Ciepliński pisał je do żony i małego syna Andrzejka, którego nigdy osobiście nie poznał. Z celi wynosił je współwięzień skazany na dożywocie.
3 maja 2007 r. prezydent Lech Kaczyński odznaczył ppłk Łukasza Cieplińskiego pośmiertnie najwyższym polskim odznaczeniem – Orderem Orła Białego.
Koalicja 13 grudnia obchodziła rocznicę ostatnich wyborów parlamentarnych, w wyniku których doszła do władzy i weszła w posiadanie narzędzi dzięki którym cofa Polskę w rozwoju o dziesięciolecia. No i umówmy się, nie bardzo im ta rocznica wyszła.
Symbolicznie, tego dnia właśnie, w sondażu IBRiSu dla „Wydarzeń” Polsatu, Prawo i Sprawiedliwość wróciło na fotel lidera. Wyobrażacie sobie? Najpierw Tusk wielkim wysiłkiem woli pozwolił żyć swoim przystawkom żeby móc utworzyć rząd. Potem je skonsumował żeby móc uzyskać wmarzoną „mijankę”. „Mijanka” pożyła kilka miesięcy, teraz ją stracił, a przystawki już nie odrosną.
I jeszcze..
…jakby tego było mało, Tuskowi janczarzy w sieci, pod przewodem Mdlejącego Mecenasa, dostają ostatnio srogie baty od internetowego pospolitego ruszenia na „X”. Gdyby jeszcze przegrywali z jakimiś pisowskimi kontroddziałami, ale w moim przekonaniu, a miałem okazję obserwować w sieci jak się ten ruch tworzył, to raczej ruch oddolny, tym bardziej, że PiS raczej nie jest zdolny do takiej organizacji. A jeśli mam rację, to determinacja owego ruchu może świadczyć o szybkiej zmianie nastrojów społecznych.
Jeśli dorzucić do tego, że „konwencja” Platformy Obywatelskiej została poniżająco przyćmiona nieszczególnie przełomową „konwencją” Prawa i Sprawiedliwości. Jeśli dorzucić do tego sondaże, w których Polacy wyrażają rozczarowanie rządem Tuska, a nawet sondę na Gazeta.pl, której czytelnicy miażdżąco oceniają „dokonania” jego gabinetu, to krok już tylko do stwierdzenia, że nad „liberalno-lewicowym Mojżeszem” rychło zamknie się Morze Czerwone.
To niezupełnie tak
A ja bym trochę wstrzymał konie. Bo to wszystko tak wygląda z krajowej perspektywy, która zapewne nie jest Tuskowi zupełnie obca, choćby ze względu na koalicjantów, ale nie sądzę żeby była dla niego najważniejsza. Mówi się, że nie zrealizował swoich „100 konkretów”, ale wobec swojego twardego elektoratu, jest w trakcie realizacji jedynego który traktowali poważnie – ośmiu gwiazdek. A przecież i jego twardy elektorat nie jest dla niego żadnym „suwerenem”. Jedynym „suwerenem” Tuska jest „siła zewnętrzna”, którą nas już straszył.
A wobec niej spełnił już cały szereg obietnic. W niecały rok udało mu się zniszczyć prawnie każdą przewagę konkurencyjną Polski wobec Niemiec. W zgliszczach leżą finanse publiczne, służba zdrowia, wsparcie dla najbardziej prężnych gałęzi polskiej nauki, inwestorzy uciekają z Polski, ludzie zwalniani z pracy, a system prawny przypomina nieudaną operetkę afrykańskiego bantustanu. Polska jest już prawie w pełni gotowa by stać się żerem dla upadających Niemiec, gotową do zagospodarowania masą upadłościową, wymarzonym i wyczekanym lebensraum.
Jest gorzej
A przecież nie to jest najgorsze. Żadna ze zbrodni jakie Tusk dokonuje na Polsce nie będzie tak brzemienna w skutki jak uczynienie z Polski niemieckiego śmietnika, już nie na trujące odpady, ale na konsekwencje niemieckich błędów politycznych. Najlepszą tego ilustracją są plany budowy 49 Centrów Integracji Cudzoziemców. Koalicja 13 grudnia broni się, że „za PiS powstały dwa”. Jeśli dobrze rozumiem, jedno dla uchodźców z Białorusi, a drugie dla uchodźców z Ukrainy. Ale rozumiecie co wynika ze skali różnicy pomiędzy 2 a 49? Rozumiecie jakie tsunami szykuje nam niemiecki gubernator na Polskę?
49 prawdziwych konkretów Tuska. Wraz z przyjętym paktem migracyjnym (tak, Tusk się formalnie sprzeciwił, ale na etapie kiedy nie miało to już znaczenia). To jest twarda i skuteczna realizacja zobowiązań wobec „sił zewnętrznych”, której nie da się cofnąć choćby i wielkim nakładem środków. Która na trwałe zmieni polskie społeczeństwo i sądząc z doświadczeń społeczeństw zachodniej Europy, odbierze mu poczucie bezpieczeństwa i siły witalne.
Będą nas krytykować, atakować i pomawiać. Będą kłamać, oczerniać, dezinformować. Już to robią. Coraz częściej. Takie działania wobec SDP po wyborze nowych władz nasilają się. Oznaczają, że „dziennikarze” wspierający medialny zamach stanu w Polsce ze strachu tracą rozum. Są słabi, chociaż mają za sobą wpływowych teraz polityków.
Krytykom Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich jest bardzo smutno, bo na zjeździe w Kazimierzu Dolnym delegaci demokratycznie wybrali nowe władze największej w Polsce organizacji dziennikarskiej. Nowym prezesem SDP została Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy, która zapowiedziała m.in. kontynuację walki o wolność słowa i wzmocnienie obrony dziennikarzy podczas pełzającego, bezprawnego przejęcia mediów publicznych w Polsce i bezprecedensowej próby wyłączenia z debaty społecznej konserwatywnych dziennikarzy w niezależnych redakcjach zwalczanych przez rząd Donalda Tuska.
A jednak…
Tym smutniej jest naszym krytykom, bo w większości nowy zarząd tworzą ci sami konserwatywnie myślący dziennikarze, z wieloletnim szefem SDP Krzysztofem Skowrońskim. Co więcej, jest we władzach kilkoro nowych przedstawicieli, i to także z mediów konserwatywnych. To spowodowało rozpacz liberalnego i lewicowego mainstreamu, który krzyczy, że tylko ich informacje i ich publicystyka (sic!) są prawdziwe. Czyli, SDP – zdaniem dziennikarskich pomocników rządowych specjalistów do spraw ujarzmienia niezależności mediów – jest złe… Wolno im, ale nie poprzez pozaprawne metody, a takich przypadków jest niestety od nocy z 19 na 20 grudnia 2023 roku coraz więcej. 10 miesięcy temu siłowo i wbrew przepisom spacyfikowano media publiczne lokując na stanowiskach szefów TVP, PR i PAP marionetkowe władze powołane nielegalnie przez rząd.
Panika maistreamu
„Jak to możliwe, że po takich atakach was wybrano?” – zapytał mnie w poniedziałkowy poranek emerytowany już dziennikarz, jeden z moich znajomych. Odpowiedziałem, że ludzie patrzący normalnie na SDP robią po prostu swoje.
Pobieżny tylko przegląd prasy po wyborach do władz SDP wskazuje, że spodziewano się klęski dotychczasowego nurtu w naszym stowarzyszeniu. Przeliczono się, bo zaledwie kilkanaście na blisko 150 uprawnionych delegatów było przeciwnych wyborowi Prezesa i Zarządu Głównego SDP w obecnym składzie.
Łka zatem Press – biuletyn medialnych celebrytów i producentów bezrobocia na „wydziałach” dziennikarstwa wielu polskich uczelni – pisząc o „reakcjach” na wybór Jolanty Hajdasz na szefową SDP – ale były to tylko słowa krytyki kierownictwa portalu będącego powierzchnią promocyjną dla medialnego mainstreamu. „Nie ma już ratunku dla SDP. Pozostanie na poziomie ideologicznej wspólnoty garstki ludzi związanych niekiedy luźno z mediami” – rozpacza Press milcząc ciągle o tym, dlaczego stracili status periodyku rozdającego niegdyś ważne w środowisku nagrody dziennikarskie…
Kto potrzebuje ratunku?
Nie ma ratunku dla SDP? Tak, ale nie ma ratunku dla tego SDP sprzed 2011 roku, czyli sprzed pierwszej kadencji Krzysztofa Skowrońskiego. Nie ma ratunku dla wzdychających do SDP sprzed 13 lat, kiedy stowarzyszenie było miałkim forum ludzi żyjących w medialnym świecie równoległym, w którym często „taktycznie” nie zauważano zwalnianych bezprawnie dziennikarzy i postępującej degradacji zawodu.
Nie ma ratunku dla ludzi, którzy nie zauważają, że media się zmieniają, że nie ma i nigdy nie było mediów apolitycznych i dziennikarzy bez poglądów. Nie ma ratunku dla ludzi opowiadających bzdury o obiektywizmie biorącym górę nad rzetelnością przekazu. Nie ma też ratunku dla dziennikarzy, który próbują balansować gdzieś pomiędzy.
SDP walczy o wolność słowa, o wolność dziennikarską i dosłownie o wolność a nie więzienie dla ludzi mediów sprzeciwiającym się obecnym władzom. Możemy rozmawiać ze wszystkimi dziennikarzami nie podzielającymi poglądów większości członków SDP. Rozmawiać, nie odpowiadać na głupie zaczepki. Nie będziemy stowarzyszeniem do bicia. Oddamy. Ale nie w maglu. Oddamy honorowo. Nie w publicznej kłótni, tylko w prawdziwej debacie.
Co sprytniejsi manipulatorzy, szczególnie ci, którzy dziś rządzą, dawno odkryli, że w Polsce ludzie łatwo się oburzają nie na to, co trzeba. Sprawa telefonu Kingi Gajewskiej do Tomasza Krzyżaka jest świetnym przykładem.
Właściwie to z reakcji medialnych można by stworzyć show pod tytułem „jak ona przeklina”. „To nie przystoi politykowi przeklinać w rozmowie z dziennikarzem”, „cóż za rynsztokowe słownictwo”, „co za kultura” – to ton wiodących komentarzy. Problem jednak zupełnie nie leży w przeklinaniu. Właściwie to samo przeklinanie mógłbym śmiało pani Kindze przebaczyć. Sam nie jestem święty. Któż czasem sobie nie przeklnie, a sytuacja sprawia, że dama może być wzburzona. Problem leży zupełnie gdzie indziej i dopełnia kryminalną epopeję państwa Myrchów. Można by rzec, że jest wisienką na torcie i iluż ekspertyz by nie wydano, ileż profesorowie Chmajowie i inni klienci ekipy Tuska opinii robiących dziś za konstytucję, by nie popełnili, to mamy do czynienia z kolejnym przestępstwem, domniemanym dodam, bo za czasów demokracji walczącej człowiek się musi zabezpieczać.
Otóż do Tomasza Krzyżaka nie zadzwoniła szefowa kuchni ze stołówki, że zginął widelec, nie zadzwonił sąsiad, że śmieci nie segreguje, a zadzwoniła ważna, znana polityk reprezentująca rządzącą ekipę. Nie dość tego pani Gajewska jest żoną urzędującego wiceministra sprawiedliwości. Mówiąc krótko, jest to małżeństwo polityków związanych z władzą ustawodawczą i wykonawczą, nie dość tego, z tym elementem władzy wykonawczej, który jest odpowiedzialny za działania aparatu ścigania. Gajewska nie zaproponowała, że chce Krzyżakowi coś wyjaśnić bo on się myli. Nie zaproponowała spotkania, choćby i przerywała nieładnymi słowami, bo tak jej się zdarza – w takim, nazwijmy to, obajtkowym stylu.
Gajewska do Krzyżaka zadzwoniła sztorcując go za krytyczną wobec siebie i swojego męża postawę, starając się wpłynąć na jej zmianę. Życzenia, by spotkało go to co ją z żony wiceministra sprawiedliwości brzmią bardzo konkretnie. Wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby takie telefony za czasów rządów PiS do dziennikarzy „Rzeczpospolitej” zaczęła wykonywać Patrycja Kotecka. Mielibyśmy protesty Reporterów bez Granic, interpelacje w Parlamencie Europejskim i zaniepokojenie Departamentu Stanu? Może nie aż tak, ale dym byłby konkretny.
Reasumując. King Gajewska moim zdaniem popełniła przestępstwo. Co prawda nie z Prawa karnego, ale Prawa prasowego, nie jestem pewien czy doktor Myrcha wie o tym, że na jego podstawie także można zostać skazanym. Prawo prasowe zawiera artykuł (44) o utrudnianiu krytyki prasowej, gdzie karą jest grzywna albo ograniczenie wolności. Niestety dla małżeństwa tygodnia to raczej nie ten artykuł. Albo nie tylko ten. Bo artykuł 43. mówi o groźbie bezprawnej. Czy życzenie ze strony polityk ekipy rządzącej, znajomej lidera formacji i żony wiceministra sprawiedliwości, by coś „pana spotkało”, jest mało zawoalowaną groźbą czy nie? Jak Państwo uważacie? Jeśli tak, to jest to właśnie groźba bezprawna. Jak się nie zamkniesz to cię coś spotka, a mamy możliwości.
Oczywiście dziś pani Kingi żaden sąd nie skaże, a już na pewno nie w sposób poważny. Ale dziś nie trwa wiecznie. I oby w Polsce nie trwało.
Zawsze przed zjazdami wyborczymi Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich odżywają spory i dyskusje. Jak granat w błocie wybucha debata o „przyszłości SDP”, którą od kilku kadencji prowadzą „zatroskani”. Kogo obryzga błoto? Wszystkich.
Niechaj nie śmieją się szyderczo, ci którzy próbują znowu grać na konflikt, ci którym marzy się podział SDP na dwie albo na trzy organizacje. Najbliższy zjazd wyborczy w Kazimierzu (11 – 13 października br.) będzie jednak grą o przetrwanie Stowarzyszenia jako organizacji dziennikarskiej.
Trudności to nasza specjalność
Najpierw pandemia, potem kryzys związany z rosyjską inwazją na Ukrainę i pomoc uciekającym przed wojną, m.in. dzieciom z Mariupola, które znalazły schronienie w Domu Pracy Twórczej SDP w Kazimierzu nad Wisłą. Potem podwyżki energii i gazu, remonty i znowu podwyżki tym razem rosnące koszty tzw. dzierżawy Domu Dziennikarza na Foksal fundowane przez warszawski ratusz. To proza życia a właściwie działalności władz naszego stowarzyszenia mijającej kadencji. Zarząd Główny starał sobie z tym radzić. Chyba nie najgorzej. SDP wszak jest organizacją społeczną, zatem wiele zależy od ludzi cieszących się zaufaniem ludzi zrzeszonych w SDP.
Statut i ambicje kilku osób z OW
Stowarzyszenie trzeba powoli profesjonalizować, aby walczyć z kłopotami wolnego rynku i razami wymierzanymi SDP przez liberalne i lewicowe środowiska polityczne oraz tzw. elitę dziennikarstwa głównego nurtu. Widać to wyraźnie po niecałym roku sprawowania władzy przez nowy rząd.
Narzędzia w walce z plagami finansowymi i przekleństwem nacisku politycznego ma nam dać nowy Statut. Uchwaliliśmy go po kilku latach pracy w sporym gronie. Awantura wywołana na tegorocznym marcowym zjeździe statutowym przez kilka, no może kilkanaście osób ze stołecznego oddziału SDP pokazała tylko jak wybujałe są ambicje wąskiego grona „aktywistów” oddziału warszawskiego plus kilku wielbicieli zadymy z terenu. Protesty, szykanowanie obecnych władz, przecieki do tzw. prasy branżowej a nade wszystko brak pomysłu na SDP poczyniło nie mniejsze szkody w stowarzyszeniu niż kampania oszczerstw sprzed 3 lat przeciwko prezesowi SDP Krzysztofowi Skowrońskiemu i wiceprezes, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Jolancie Hajdasz. I gdzie teraz jesteście, o wy zapowiadający zarzuty prokuratorskie i pomawiający o przestępstwa? No gdzie? Napisałbym, ale to jednak publiczny głos w dyskusji i nie wypada używać takich słów…
Obrona mediów przed dyktaturą „demokracji”
Gorzej, że krytycy nie chcą krytykować, tylko rozliczać. I to koniecznie Zarząd Główny i jego zwolenników, czyli większość członków SDP. Sami „krytycy” się z niczego nie rozliczają. Czy naprawdę nikt w oddziale warszawskim nie zapytał, dlaczego dwóch członków jego zarządu było przeciwnych protestowi ws. brutalnego i bezprawnego niszczenia mediów publicznych w grudniu 2023r? Czy to oznacza, że owi dwaj członkowie zarządu stołecznego SDP są zwolennikami nowych metod rządu i przynoszenia „wolności” mediów siłowymi metodami prywatnych firm ochroniarskich? Nie chodzi o prawo do sprzeciwu ws. protestu OW SDP, ale, na Boga, w dokumencie była mowa o metodach przejęcia mediów publicznych. A były to metody rodem ze stanu wojennego. I ci dwaj panowie mimo wszystko tego nie podpisali… Ja tego nie rozumiem, bo taka postawa rzutuje na cały oddział. No i ciekawy jestem, czy panowie ci będą kandydować w kolejnych wyborach do zarządu OW lub władz centralnych?
CMWP i walka o godność dziennikarską
A właśnie to członkowie i władze SDP (z wyjątkiem tych nieszczęsnych dwóch panów, którym może nie przeszkadzała pacyfikacja przez służby TVP, PR i PAP), tak w oddziałach stowarzyszenia, jak i na Foksal, mocno piętnowały brutalne nielegalne metody likwidacji mediów publicznych.
Protestowaliśmy wszyscy w SDP przeciwko represjom jakim zostali poddani przez rząd Donalda Tuska dziennikarze z mediów publicznych. I odbiorcy, którym wyłączono na długo sygnał telewizyjny będący strategicznym kanałem komunikacji w przypadku zagrożenia państwa. Bezprawnie, wbrew zapisom wszystkich kodeksów, zwalniani byli dziennikarze i szefowie oraz kierownicy poszczególnych jednostek TVP, PR i PAP. Dyscyplinarnie z TVP zwolniono twórczynię Biełsatu Agnieszkę Romaszewską-Guzy, pracę straciła Maria Przełomiec prowadząca program Studio Wschód. W TVP dyscyplinarkę dostali także m.in. Michał Adamczyk, Marcin Tulicki, Piotr Gursztyn i Samuel Pereira. Setki osób straciło pracę i należne im pieniądze tylko dlatego, że pracowali w mediach publicznych. Mediach dla picu likwidowanych, aby łatwiej było władzy zwalniać niewygodnych… Także i ja zostałem zwolniony dyscyplinarnie z PAP, bo jako sekretarz generalny SDP protestowałem w tej sprawie i w sdp.pl opisywałem to barbarzyństwo; w Europie tylko w Polsce i na Bałkanach zwalnia się z mediów działaczy organizacji dziennikarskich.
Nie było chyba w minionej kadencji aktywniejszej instytucji SDP niż Centrum Monitoringu Prasy SDP. Jego dyrektor Jolanta Hajdasz alarmowała wszędzie o dziejącym się medialnych bezprawiu nie tylko w TVP, PR i PAP, ale także – o zgrozo – w mediach lokalnych, gdzie i przed dojściem do władzy tego rządu dziennikarzy nie miał często kto bronić.
Za to wszystko szefową CMWP spotkała ostatnio „nagroda”. Stekiem kłamstw obrzucono Jolantę Hajdasz na stronie OW SDP… To po prostu niegodziwość i warto o tym wszystkim pamiętać w obliczu kolejnej przedwyborczej batalii w SDP.
***
I tu miało być zakończenie. Sam je jednak wykreśliłem. Było ostre i nie dające nic oprócz naiwnej wiary, że taka metoda jest skuteczna. Nie jest.
Wykreśliłem te słowa nie ze strachu, bo boję się tylko Boga i żony, ale dla dobra SDP. Właśnie dlatego po raz pierwszy w życiu się „ocenzurowałem”. Wszystkim delegatkom i delegatom życzę tylko takiej, nie wymuszonej przez nikogo, „cenzury”. I aby dzieliły nas wyłącznie merytoryczne spory o dziennikarstwo a nie wyniszczające kłótnie.
Powódź się skończyła? Sądząc z jedynek największych portali tak, ale sądzę, że tysiące powodzian ma w tej sprawie inną opinię. Woda spłynęła, ale to nie koniec nieszczęścia, to jego początek.
Ludzie zostali bez dachu nad głową, kończą im się pieniądze, lub też dawno im się pieniądze skończyły. Jeśli czyjś dom ocalał, to jego ściany są mokre i do zimy bez potężnych osuszaczy, których bardzo brakuje, nie wyschną. Jeśli nie wyschną nie będą miały podczas mrozów żadnej izolacyjności termicznej. O takich „drobiazgach” jak grzyb nie wspomnę. Infrastruktura jest zniszczona, przy tym poziomie organizacji, o którym opowiadał linczowany dziś przez urzędników Tuska były Komendant Główny Państwowej Straży Pożarnej gen. Bartkowiak, nie daj Boże żeby przeszedł jakiś kolejny kataklizm.
Powodzianie cierpią w ciszy
Co się dzieje z powodzianami? A na przykład są zwalniani z pracy – Taką traumę przeżyłam… wszystko w błocie, w szlamie, a tu jeszcze listonosz wręcza wypowiedzenie. To najgorsza rzecz, ten moment. To jest załamujące doświadczenie, kiedy dobytek życia zabiera woda, zaczyna się sprzątanie, organizowanie jak tu dalej żyć, a tu jeszcze taka dobijająca wiadomość, że nie będziesz miała środków do życia – powiedziała w rozmowie z Tysol.pl pani Julia (imię zmienione na jej prośbę), która dostała wypowiedzenie z PKP Cargo.
Dzisiaj powodzianie wraz żołnierzami WOT, służbami i wolontariuszami pracują i cierpią w ciszy. Przejrzałem strony główne „wiodących mediów”. Temat powodzi i powodzian nie istnieje. Skończyły się putiniady Donalda Tuska, skończył się temat powodzi. Kierownik nie robi przedstawiania, więc nie ma o czym pisać.
Dzielny kierownik
Kierownik jest dziś zajęty czym innym. Jednego dnia „pokona” alkotubki”, następnego dnia postraszy paczkomaty. Każdego dnia rzuci swoim medialnym ogarom taki czy owaki żer, nad którym te będą deliberować w półmózgim zachwycie. Sprawa powodzi przestała się kierownikowi opłacać. „Odrobił” w oczach opinii publicznej katastrofalne słowa o tym, że „prognozy nie są przesadnie alarmujące” odstawiając cyrk, który nawet Jacek Żakowski nazwał „metodą putinowską” i trzeba mu oddać, że jak wskazują sondaże, zrobił to skutecznie. Ach jakiż z niego frant!
Tylko co z tymi ludźmi tam na południu? Tymi wybierającymi tony szlamu, tymi desperacko usiłującymi osuszyć domy, załatwić jakieś lokum dzieciom, ogarnąć im jakąś szkołę. Zastanawiającymi się jak przeżyć. Chowającymi bliskich.
Może i zachwyciłbym się sprytem kierownika, a może i zaśmiałbym się z głupoty „opinii publicznej” pasanej jak głupia krowa na ściśle wyznaczonych pastwiskach, ale kiedy myślę o tych ludziach, jakoś nie umiem.
Wszystko co mi przychodzi do głowy to stek wulgaryzmów.
Wybuch II wojny światowej spowodował pozostanie Witolda Gombrowicza w Argentynie. Warto w ogłoszonym 2024 Roku Witolda M. Gombrowicza przypomnieć rozterki pisarza sprzed 75 laty, 24-letni pobyt w Buenos Aires i jego ulubione miejsca.
Marian Witold Gombrowicz (1904-1969) – powieściopisarz, nowelista i dramaturg – po podróżach w 1938 r. do Rzymu i Wiednia, przewidywał rychły wybuch II wojny światowej oraz zniszczenie Polski. Był już wówczas w kraju dość znany – rozgłos w kołach literackich zapewniła mu szczególnie powieść Ferdydurke (1938), w Warszawie ogłosił też sztukę Iwona, księżniczka Burgunda (1938) oraz opublikował, pod pseudonimem Zdzisław Niewieski, powieść w odcinkach Opętani (1939). Zasłynął też ze spotkań młodych literatów w warszawskich kawiarniach Ziemiańska i Zodiak, gdzie zapisał się w pamięci jako XX-wieczny Sokrates, ale też jako wyniosły i nonszalancki pozer. Według Jerzego Andrzejewskiego, literata, który go nie znosił (z wzajemnością), Gombrowicz realizował teorię nieustannego ataku, konfrontacji i gry, która stała się jego drugą naturą.
W tej atmosferze Gombrowicz otrzymał od przedsiębiorstwa Gdynia-America Line propozycję podróży do Buenos Aires nowym statkiem „Chrobry”. Inicjatorem zaproszenia był Jerzy Giedroyć z Ministerstwa Przemysłu i Handlu (późniejszy redaktor paryskiej „Kultury” i wydawca, w tym pism Gombrowicza, który u progu wojny decydująco wpłynął na losy autora Ferdydurke). Na bilet – w obydwie strony – dziewiczym rejsem polskiego transatlantyku, Gombrowicz zarobił drukowaniem w odcinkach powieści Opętani. Wypłynął z Gdyni do Bueons Aires 29 lipca 1939 r.
***
Gombrowicz znalazł się na pokładzie „Chrobrego” obok kilku literatów i notabli, m.in. pisarza Czesława Straszewicza, ministra Władysława Mazurkiewicza, senatora Jana Rembielińskiego. Przypłynęli do Buenos Aires 20 sierpnia 1939 r. Gombrowicz pisał w drugiej powieści Trans-Atlantyk:
„Dwudziestego pierwszego sierpnia 1939 roku ja na statku Chrobry do Buenos Aires przybijałem. Żegluga z Gdyni do Buenos Aires nadzwyczaj rozkoszna… i nawet niechętnie mnie się na ląd wysiadało, bo przez dni dwadzieścia człowiek między Niebem i wodą, niczego nie pamiętny, w powietrzu skąpany, w fali roztopiony i wiatrem przewiany. Ze mną Czesław Straszewicz, towarzysz mój, kajutę dzielił, bo obaj jako Literatki żal się Boże mało co opierzone na tę pierwszą nowego okrętu podróż zaproszeni zostaliśmy; oprócz niego Rembieliński senator, Mazurkiewicz minister i wiele nowych osób….”
Statek stał w porcie do 25 sierpnia. Przez pięć dni, na jego pokładzie, a także w Buenos Aires, odbywały się oficjalne przyjęcia i koktajle. Uczestniczył w nich także Gombrowicz, choć przede wszystkim „zapuszczał się w miasto”. Jego pierwsze kroki w argentyńskiej stolicy prowadziły od basenów portowych, gdzie stał „Chrobry” (dziś Terminal nr 3), „przez plac Retiro, na którym wieża stoi przez Anglików zbudowana”, obok trzech dworców Retiro kolei podmiejskiej, trzydziestopiętrowego Casa Cavanagh – najwyższego wówczas budynku Buenos Aires – stojącego na stoku parkowego wzgórza. I dalej na wąską i długą, główną handlową ulicę miasta – Floridę, już wówczas deptak, gdzie były „sklepy Luksusowe, nadzwyczajna Artykułów, towarów obfitość i publiczności kwiat dystyngowanej” – pisze jako narrator Trans-Atlantyku.
Dworzec Retiro. Fot. Teresa Kaczorowska
Buenos Aires, wówczas metropolia bogata i światowa, trzykrotnie większa od Warszawy, musiała zrobić na pisarzu duże wrażenie. Zwłaszcza, że spotykał tam rodaków i poznał przedstawicieli polskiej ambasady. Mówiło się wtedy o nadchodzącej wojnie, choć nie wiedziano jeszcze, że „Chrobry” nie wróci już do kraju, a popłynie do Anglii, będzie uczestniczył w bitwie o Narwik i zostanie zatopiony przez Niemców. Pisarz wiedział, że jako żołnierz byłby katastrofą i nie sprosta patriotycznym obowiązkom. I kiedy już odwiązywano liny, kiedy „Chrobry” odbijał od brzegu, Gombrowicz zstąpił z walizkami na ląd i oddalił się, długo się za siebie nie oglądając. O swoim zamiarze wspomniał jedynie swemu towarzyszowi z kajuty Czesławowi, ale i jemu „…całej prawdy nie chciałem wyjawić, ani też innym Rodakom i Swojakom moim… bo chyba by mnie za nią żywcem na stosie palono, końmi albo kleszczami rozrywano, a od czci i wiary odsądzano”. Dopiero, kiedy był już od brzegu daleko, gdy polski okręt już odpływał, Gombrowicz przystanął, spojrzał na niego i wyklinać zaczął:
„A płyńcież wy, płyńcież Rodacy do Narodu swego! Płyńcież wy do Narodu waszego świętego chyba Przeklętego! Płyńcież do Stwora tego św. Ciemnego, co od wieków zdycha, a zdechnąć nie może! Płyńcież do Cudaka waszego św., od Natury całej przeklętego, co wciąż się rodzi, a przecież wciąż Nieurodzony! Płyńcież, płyńcież, żeby on wam ani Żyć, ani Zdechnąć nie pozwalał, a na zawsze was między Bytem a Niebytem trzymał. Płyńcież do Ślamazary waszy św. żeby was ona dali ślimaczyła!” (Trans-Atlantyk, Ślub (ze wstępem Józefa Wittlina i komentarzem autora), Instytut Literacki, Paryż 1953, s. 37).
Decyzją tą naraził się rodakom w kraju oraz kręgom emigracji polskiej w Buenos Aires. Do dziś Polacy w Argentynie uważają, że stchórzył i nie zachował się patriotycznie, nie chcąc bronić ojczyzny, która została najechana przez Niemców i Rosjan we wrześniu 1939 r. Natomiast większość badaczy twierdzi, że „Gombrowicz ratował siebie jako niepodległą osobowość twórczą”.
Pozostając na emigracji Gombrowicz miał w kieszeni 96 dolarów, co mogło w Argentynie wystarczyć najwyżej na dwa miesiące. Zgłosił się więc o pomoc do polskiej ambasady, która wypłacała mu do 1943 r. niewielkie zapomogi – 100 pesos miesięcznie. Wspomagali go też Polacy z emigracji, ale tylko niektórzy, bo jako pisarz nie był w Argentynie znany, a jego ton i sposób bycia były ekscentryczne i nieprzystające do konwencji wychodźstwa polskiego.
Gombrowicz należał do ludzi zupełnie niezdolnych do podjęcia pracy fizycznej. Potrafił jedynie szukać pomocy u sponsorów, dawców zapomóg czy stypendiów (osób, instytucji, fundacji). Prośbami o interwencje w tej sprawie i narzekaniami na niepowodzenia wypełnione są jego listy w latach wojennych do Józefa Wittlina w USA, czy Jerzego Giedroycia. Nie potrafiąc samodzielnie się utrzymać, znalazł się w fatalnej sytuacji materialnej – właściwie żył jak kloszard. Mieszkał w małych hotelikach, lichych pensjonacikach, podłej noclegowni conventillo El Palomar, często nie płacąc rachunków. Głównie w centrum miasta, w okolicach ruchliwej ulicy Corrientes, krzyżującej się z ulicą-deptakiem Florida. Przez pierwsze 8 lat nic nie pisał.
Argentyńczycy pozwalali mu czasami zarobić artykułami w prasie. Najpoważniejszy tekst Gombrowicza – Sztuka i nuda („El arte y aburrimiento”) – ukazał się w kwietniu 1944 r. w poważnym dzienniku „La Nacion”. Ubogi emigrant próbował też wydawać prowokacyjne pismo-pamflet „Aurora”, gdzie atakował nawet Borgesa (bo „jałowy, nudny i… nazbyt Borgesowski”). Wszystko to nie pokrywało jednak nawet niewygórowanych potrzeb bytowych. Niekiedy w pierwszych latach w Buenos Aires Gombrowicz wygłaszał prelekcje, jak na przykład w Teatro del Pueblo, gdzie 28 sierpnia 1940 r. miał pierwszy odczyt. Zakończył się on jednak skandalem, a Gombrowicz pozostał wśród Polonii na zawsze jako antypolski i nieczytany. Aż do publikacji w „Kulturze” – pomógł znowu Giedroyć. Ale Witoldo de Gombrowicz wyzwalał się już wtedy z polskości i wyprowadzał „Polaków z niewoli kształtu polskiego ducha”, wykutego przez wieki…
Teatr Gran Rex przy ul. Corrientes, gdzie w teatralnej kawiarni Gombrowicz grywał namiętnie w szachy (na pieniądze). Przy kawiarnianych stoikach Rexa, kilkunastu młodych południowych Amerykanów przełożyło na j. hiszpański Ferdydurke (Fot. Teresa Kaczorowska).
Jedyne pieniądze, jakie Gombrowicz umiał zarobić w Buenos Aires, to wygrywać w szachy. Grał na pieniądze z bywalcami Cafe Rex. Kawiarnia z salą szachową mieściła się na górze Teatru Gran Rex przy ulicy Corrientes, a prowadził ją polski mistrz szachów Paulino Frydman. Frydman miał szlachetne serce. Opiekował się Gombrowiczem, podkarmiał go, doskonalił w grze w szachy, wysłał dla zdrowia w kordobańskie góry, pomagał mu zmniejszyć chroniczne suchoty sakiewki. Teatr Gran Rex był przez 19 lat drugim domem pisarza znad Wisły. Pomiędzy namiętnymi partiami szachów, pijał kawę (mnóstwo), prowadził z młodymi literatami platońskie dyskusje – nigdy nudne, nigdy pospolite, nigdy zwykłe, „z całą żarliwością duszy” – bezlitośnie zdzierając maski ludzkie. Siadywał zwykle przy tym samym stoliku, pod wielkimi oknami, z niezapomnianym widokiem na Avenidę de Corrientes i Obelisk biały.
Teatr Gran Rex był szczęśliwy też i dla Ferdydurke. Przy kawiarnianych stoikach Rexa, kilkunastu młodych południowych Amerykanów dokonało niezwykłej, wspólnej pracy przekładu dzieła Gombrowicza na język hiszpański (pod okiem „sądu ostatecznego” w osobie oddanego Pinery – „Szefa Południowo-Amerykańskiego Ferdydurkizmu”). W atmosferze absurdu, w hałasie, ssąc łapczywie dym nikotyny, przy bilardzie i szachach, ogarnięci trwałym duchem ferdydurkizmu, dniami i nocami, przyjaciele Gombrowicza poszukiwali dla słowa polskiego latynoskich odcieni najwłaściwszych. Nie omijając gombrowiczowskiej groteski, ironii, podtekstów; eufonii, kadencji, rytmu… Hrabia – autor wspomagał ich błyskotliwie, ale pseudohiszpańskim, gdyż nie znał jeszcze dobrze języka.
Hiszpańskojęzyczna pochwalna pieśń młodości – Ferdydurke – ukazała się 26 kwietnia 1947 r., dzięki fundatorce hrabinie Cecilii Benedit de Debenedetti, która jako jedna z niewielu, uwierzyła w geniusz ubogiego emigranta. Ale argentyński establishment zlekceważył „Pana Gombrowicza” – przekonanego o epokowym znaczeniu książki swojej. Zignorowali go i czytelnicy. Dziwaczny, nieznany, nowatorski pisarz z krańców starej Europy nie wdarł się za swego życia w serca i umysły Argentyńczyków (ani polskiej emigracji w Buenos Aires). Został „mętnym anarchistą z drugiej ręki…”. (W. Gombrowicz, Dziennik 1953-1956, s. 214). Naprawił to czas. Dziś legenda Rexa trwa, mimo iż Cafe jest zamknięta, ale Teatro Gran Rex lśni nadal przy Corrientes swoim blaskiem.
***
Drugim ulubionym miejscem spotkań Gombrowicza w Buenos Aires z młodymi literatami była kawiarnia La Fragata, też przy Corrientes. I tutaj Gombro brylował wśród utalentowanych argentyńskich chłopców. Miażdżył wielu w dyskusjach i „sprowadzał do osoby”. I w tej kawiarni panowała niezobowiązująca aura wielkiej zgrywy, absurdalny humor, blaga, młodość umysłu i ducha. I rozmowy przy artystycznym stole – długie, fascynujące o tym co w literaturze, co w filozofii… Otwarte na żart, prowokację, nagły skok myśli. Zabawy niezgorsze, zbijające z pantałyku, wytrącające, „ni z pierza, ni z mięsa”, niewydarzone… Oficjalna literacka Argentyna słyszeć o „Gombro” nie chciała, więc zapłodnił młodych jej synów – wchodzących na scenę artystów (nie tylko z Buenos, ale z Tandilu, Santiago, etc.), bo młodość winna być przeniknięta starszością…. Jego akolici są do dziś naznaczeni czarem Gombrowicza – na poły erotycznym, na poły intelektualnym. Pierwszym uczniem zazdrosny o to miano Gomez („wierna Goma”), platonicznie w Gombrowiczu zakochany. A najwięcej portretów Mistrza wykonał jego drogi Betelu.
Dawna La Fragata to dziś restauracja Petalo (Płatek), przy Corrientes 499. W Petalo podają doskonałą pizzę z cebulą, argentyńskim serem i ziołami, zimne białe wino „Lopez” i wodę „Villavicencio”. Upał i gwar są jak za Gombrowicza…
***
Jednymi z nielicznych przyjaciół Gombrowicz w Buenos Aires byli Maria i Karol Świeczewscy. Pisarz bywał na ich domu na legendarnych niedzielnych obiadach, uczestniczył w dyskusjach, wyjeżdżał też z gospodarzami kilka razy na wakacje, m.in. do Miramar, Cordoby, Mar del Platy. Świeczewscy zwykle wynajmowali dom, a on miał pokój na górze. Miałam jeszcze okazję poznać Marię Świeczewską wędrując śladami Gombrowicza w Buenos Aires. Była miłośniczką przyrody i kultury południowoamerykańskiej, podróżniczką i kolekcjonerką. Wyszła za mąż po raz drugi, za Leonarda Wanke, lekarza rodem ze Lwowa (98 lat), ale nadal podejmowała gości obiadami (w tym mnie). W domu Świeczewskich Gombrowicz prowadził wykłady z filozofii dla pań („oświecał tępe głowy”…). Jak opowiadała Maria Świeczewska, otaczały go zawsze półkolem, przynosiły ciasteczka, płacąc wykładowcy za wykład do „czapki”.
Gombrowicz prowadził też ze Świeczewskimi interesy. Wytwarzali wspólnie popularne plastykowe figurki, m.in. narodowej Madonny Argentyny – Matki Boskiej z Luhano. Świeczewscy wykonywali je na zakupionej przez Gombrowicza automatycznej wtryskiwarce plastiku, zaś dochody z tej produkcji odbierał fundator wtryskiwarki. Maria Świeczewska przyznała, że pieniądze przekazywała Gombrowiczowi jeszcze długo po zaprzestaniu tej produkcji, aby pomóc pisarzowi w utrzymaniu się (mój wywiad z Marią Świeczewską ukazał się w „Rzeczpospolitej” 25 lipca 2009)
Maria Świeczewska, jak inni nieliczni znajomi i goście pisarza (m.in. Jarosław Iwaszkiewicz), bywała u Gombrowicza w Banco Polaco (filia PKO), przy calle Tucuman 462 (w bankowej dzielnicy Buenos Aires, niedaleko narożnika Floridy, gdzie przy pomocy przyjaciół został tam zatrudniony przez osiem lat (1947-1955). Dzięki tej pracy warunki bytowe Gombrowicza ustabilizowały się. Ale jako bankowiec był nieszczęśliwy i mało przydatny. Nigdy nie przeniknął tajników cyfr. Izolował się od bankowej tłuszczy, mimo iż patrzyli na niego przez palce, jak na rozpieszczonego chłopczyka. Nieustannie przypominał, że się marnuje i męczy. Że cierpi, że ma na karku literaturę, najbardziej mu ważką… Nikt jednak w Banco Polaco utworów Gombrowicza nie czytał, ani mu wierzył. Bo wywyższał się, wychwalał, warcholił, palił za dużo, stroił w lustrze miny i grymasy. Zawsze w masce, zawsze z drwiną.
Ulubiona przez pisarza Florida, handlowa ulica-deptak Buenos Aires. Fot. Teresa Kaczorowska
Gombrowicz dbał, aby nie zostać „Urzędniczkiem zarżniętym siedmioma godzinami urzędolenia”. Jak wyznał, parał się w Banco Polaco „prawie wyłącznie literaturą”. Redagował bankowy biuletyn – a w nim rozważania o duszy argentyńskiej i słowiańskiej oraz tezy co to „przepaścistość słowiańsko-polska”. Napisał Ślub, sarmacko-argentyński Trans-Atlantyk (bez sukcesu w Argentynie, choć na hiszpański przełożone) i rozpoczął w 1953 r. pisany aż do śmierci Dziennik (rosół na smaku rzeczywistości).
W Banco Polaco Gombrowicz odczuł ostracyzm argentyńskich rodaków. Został „reżimowcem” (Banco Polaco było agendą władzy w PRL). Ale jednak Gombrowicz nie zaprzedał duszy nowej politycznej wierze. Mimo podziwu dla Sartre’a (choć „wolał nie być do nikogo podobny”), mimo obiecywanych od Iwaszkiewicza awansów, mimo wydawania w tym czasie nad Wisłą swoich książek.
W Banco Polaco, po braku sukcesów literackich w Argentynie, Gombrowicz zmienił kierunek samotnego dryfowania – postawił na współpracę z Giedroyciem i „Kulturą”, na literaturę emigracji. Trans-Atlantyk – według niego „utwór najbardziej patriotyczny i najodważniejszy”, ale też: „Cudactwo i dziwactwo wyssane z palca” – razem ze Ślubem zostały wydane jako pierwszy tom słynnej „Biblioteki Kultury”, przez Instytut Literacki (Paryż 1953). Ten pierwszy tom słynnej „Biblioteki Kultury”, a także pozostałe wszystkie pisma „Jaśnie panicza”, znalazłam pod Buenos Aires, w domu oo. Bernardynów w Martin Coronado, siedzibie Polskiej Misji Katolickiej.
Dziś w kamienicy przy calle Tucuman 462 (w bankowej dzielnicy Buenos Aires, niedaleko narożnika Floridy), zamiast Banco Polaco funkcjonuje inna instytucja.
***
Gombrowicz lubił nie tylko bywać w kawiarniach, ale także dużo chodzić (szczególnie nocą) oraz pływać tramwajem wodnym (lancas collectiva) po Tigre – rozlanych wodach Parany (zanim złączy się z wodami Urugwaju w potężną Rio de la Plata). Pisał, że pruł nie raz „wody kanału, szerokiego jak Aleje Ujazdowskie, cichego, jak Łazienki, ciszą drzew zielonych, wielkich, splątanych u góry tak gęsto iż prawie tworzą szpaler” (W. Gombrowicz, Wędrówki po Argentynie, s. 207). Podziwiał erupcję tropikalnej zieleni i kolory – bardziej czyste i szlachetne jak na starym kontynencie. Wyprawiał się na Tigre z przyjaciółmi i niejednokrotnie na lancas collectiva. I było mu tutaj niebiesko, przyjemnie i zabawnie.
Wraz ze stabilizacją zawodową i zatrudnieniem w Banco Polaco, Gombrowicz znalazł w 1945 r. stałe mieszkanie. Było to jeden, ale obszerny pokój, pełen książek i płyt, w czystym i niedrogim domu Frau Schultze, przy calle Venezuela 615, nieopodal ulubionych ulic Corrientes i Floridy. Kiedy w 1955 r. zwolnił się z Banco Polaco, wiódł tu aż do wyjazdu na stary kontynent prawdziwy żywot literata. Pierwszym owocem wolności była Pornografia. Zaraz potem niedokończona Historia, Wędrówki po Argentynie, potem Operetka, większość Dziennika, gdzie pragnął bronić swojej osoby i „wyrobić jej miejsce wśród ludzi”. I początek Kosmosu, głośnego już we Francji. Bywali tutaj Świeczewscy, Grodziccy, Grocholscy, Lubomirscy… Nawet hrabina Cecylia Benedit de Debenedetti, Nowińscy, mistrz Frydman, młode bractwo jego, Kubańczycy i perła, kamień drogi – Zosia… I goście z Warszawy, Wisłocki, czy Wajda. Przez lat siedem miał ukochanego sąsiada „Russo” – młodego filozofa Alejandra Russovicha, jak on niepowtarzalnego partnera dysput, lektur i spotkań, nie tylko intelektualnych, dziś profesora („wcielenie argentyńskiej genialnej antygenialności”).
Wraz ze stabilizacją zawodową i zatrudnieniem w Banco Polaco, Gombrowicz znalazł w 1945 r. stałe mieszkanie. Było to jeden, ale obszerny pokój w domu Frau Schultze, przy calle Venezuela 615, nieopodal ulubionych ulic Corrientes i Floridy. Fot. Teresa Kaczorowska
Po drodze do Banco Polaco, dwieście metrów dalej, lubił Witoldo wstępować na poranną kawę, rogaliki i na lekturę „La Razon” do Café El Querandi na rogu ulic Peru i Moreno. Dużo palił, szczególnie tabakę z fajki Dunhill. Rozsławił Café El Querandi za sprawą „ręki kelnera”, która stała się centrum kosmosu, siedliskiem ad hoc utworzonego sacrum, ucieczką przed diabelstwem świata. Dziś w kawiarni Café El Querandi jest elegancko i drogo. Tańczy się, podziwia słynne argentyńskie tanga. Ale wciąż brzmi tu słynna jego fraza:
„Gdy kelner podszedł by pytać, czego sobie życzę, ręka mu zwisała, cicha, skulona, sekretna – i niezatrudniona – aż nie wiedząc o czym myśleć pomyślałem o jakimś krzaku, któremu kiedyś przypatrywałem się na jakiejś stacji, z okna pociągu. Ta ręka napadła mnie w ciszy, jaka między nami się wytworzyła… Kropka. Koniec.”
Stosunki Gombrowicza z Polonią były bardzo skomplikowane. Pisarz przyznał, że „…ani przez moment Polski nie kochałem”…(W. Gombrowicz, Dziennik 1961-1966, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988, s. 101). Uważał, że rodaków trzeba oduczyć patosu, banału, fałszu. I Polacy odpłacali mu się tym samym… Ale niektórzy pomagali.
***
Witold Gombrowicz pokochał Argentynę, choć 24 lata (1939-1963), jakie spędził w tym kraju nie były dla niego łatwe. Najpierw stoczył się na samo dno egzystencji i doznał skrajnej nędzy (pierwsze osiem lat). Potem zyskał pewną stabilizację finansową – dzięki pracy w Banco Polaco (1947-55) oraz literacką (przez osiem ostatnich lat 1955-63 funkcjonował już jako wolny literat). Nigdy jednak nie wyzbył się poczucia tymczasowości i życia „pomiędzy”. Za to w Argentynie czuł się wyzwolony – z konwenansów, obowiązków narodowych, polskości, podwójnej wstydliwej seksualności – co na pewno pomogło mu w kreatorskiej potencji twórczej, dzięki czemu powstały jego najcenniejsze utwory.
Sam pisarz swoje argentyńskie życie na przestrzeni 24 lat oceniał, że
„( …) były to trzy okresy, po osiem lat każdy, pierwszy okres – nędza, bohema, beztroska, próżniactwo,, drugi okres – siedem i pół lat w banku, życie urzędnicze, trzeci okres – egzystencja skromna, ale niezależna, wzrastający prestiż literacki”.
Mówił też o głównych wątkach swojego pobytu: zdrowie, finanse, literatura (W. Gombrowicz, Dziennik 1961-1966, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988, s. 95).
Istnieje bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że szczątki pana sierżanta Mieczysława Dziemieszkiewicza ps. Rój, zostały przez nas odnalezione na „Łączce” — poinformował prof. Krzysztof Szwagrzyk, zastępca prezesa IPN.
13 kwietnia 1951 r., zginął w walce otoczony w gospodarstwie Burkackich we wsi Szyszki zaledwie 26-letni sierżant Mieczysław Dziemieszkiewicz, ps. „Rój”. Wraz z podwładnym Bronisławem Gniazdowskim, ps. „Mazur” próbował przedrzeć się przez obławę złożoną z ok. 270-osobowej grupy operacyjnej Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, wspieranych przez funkcjonariuszy UB, MO i samolot. Ciała zamordowanych komuniści wystawili na widok publiczny, a zwłoki „Roja” pociągnęli za swoim samochodem.
Dlaczego „Łączka”?
Zwłoki „Roja” ubeccy oprawcy prawdopodobnie zabrali do Pułtuska, a następnie do Warszawy. Czemu tam? W więzieniu przy ul. Rakowieckiej identyfikowała je matka. „To nie jest mój syn. Nigdy go nie znajdziecie” – miała powiedzieć czerwonym katom. Stefania Dziemieszkiewicz rozpoznała sprofanowane zwłoki syna, ale nie chciała dać satysfakcji komunistom. Oprawcy zrzucili go do bezimiennego dołu na warszawskiej „Łączce”, nieopodal szczątków zamordowanego kilka miesięcy wcześniej mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”.
Zemsta na komunistach
Mieczysław Dziemieszkiewicz urodził się 25 stycznia 1925 r. w Zagrobach, w patriotycznej rodzinie, jako syn Adama i Stefanii ze Świerczewskich. W materiałach UB o ojcu czytamy, że „walczył w szeregach białogwardzistów przeciwko Armii Czerwonej”. W 1939 r. Mieczysław ukończył szkołę powszechną w Różanie.
Podczas niemieckiej okupacji uczestniczył w kursach tajnego nauczania w Makowie Mazowieckim, pracował również w niemieckim przedsiębiorstwie przewozowym. Był za młody, aby walczyć, ale w ramach Narodowych Sił Zbrojnych przewoził materiały konspiracyjne, które przekazywał mu starszy brat, porucznik Roman Dziemieszkiewicz, „Adam”, „Pogoda”, komendant Powiatu Narodowych Sił Zbrojnych Ciechanów.
Wiosną 1945 r. Mieczysław został wcielony do tzw. ludowego Wojska Polskiego, z przydziałem do 1. zapasowego pułku piechoty w Warszawie. Z tej podporządkowanej komunistom armii zdezerterował na wiadomość o śmierci starszego brata – „Pogodę” Sowieci zamordowali w listopadzie 1945 r. „Rój” pozostawał pod wielkim wpływem brata. Teraz poprzysiągł sobie krwawą zemstę na komunistach.
Średnia wieku 26 lat
Mieczysław Dziemieszkiewicz zbiegł na teren powiatu ciechanowskiego. Wkrótce został żołnierzem Narodowych Sił Zbrojnych/Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, wstępując do oddziału ppor. Mariana Kraśniewskiego „Burzy” działającego w ramach XVI Okręgu NZW (Północne Mazowsze). Wtedy przybrał pseudonim „Rój”. Już jako 20-latek, decyzją dowódcy NSZ został odznaczony Krzyżem Walecznych. To jeden z dowodów jego bohaterstwa graniczącego z brawurą.
„Rój” pełnił początkowo funkcję łącznika między Komendą Okręgu a Komendą Powiatu. Od 1946 r. był dowódcą oddziału Pogotowia Akcji Specjalnej NZW na terenie powiatu ciechanowskiego. Dziemieszkiewicz stworzył go na polecenie swojego przełożonego – dowódcy kompanii Mariana Koźniewskiego „Waltera”, w odpowiedzi na dokonywanie przez bezpiekę masowych aresztowań w Ciechanowie i okolicy. Gdy inni byli zmuszani do rozwiązywania oddziałów zbrojnych i zaprzestania walki, on rozwijał działalność konspiracyjną i bojową. Jego oddział, liczący przeciętnie 15-20 żołnierzy, działał zazwyczaj podzielony na trzy samodzielne patrole partyzanckie „Pilota”, „Tygrysa” i „Kaźmierczuka”. Średnia wieku wynosiła 26 lat.
Jaroszewicz wyjechał wcześniej
20 maja 1947 r. „Rój” objął funkcję komendanta Powiatu „Ciężki”-„Wisła” (pow. Ciechanów, część pow. Płońsk i Mława). W 1948 r., w uznaniu wybitnych zdolności dowódczych, awansowany do stopnia starszego sierżanta. Dowodził kilkudziesięcioma akcjami przeciw przedstawicielom „ludowej” władzy, przede wszystkim funkcjonariuszom komunistycznej partii, aparatu terroru, agenturze. Brał także udział w rozbiciu ubeckiego więzienia w Pułtusku (25/26 listopada 1946 r.) i uwolnieniu 65 przetrzymywanych tam kolegów. Kolejną akcją miało być wzięcie do niewoli gen. Piotra Jaroszewicza (politruka LWP, późniejszego premiera PRL), za którego chciał zażądać zwolnienia więźniów politycznych z powiatu ciechanowskiego. Przebywający u krewnych w powiecie garwolińskim Jaroszewicz wyjechał jednak wcześniej do Warszawy i zasadzka zakończyła się niepowodzeniem.
Nierówny bój
W czasie walki stoczonej 25 czerwca 1948 r. pod miejscowością Kadzidło Komenda Okręgu Północne Mazowsze NZW została rozbita. Dziemieszkiewicz podjął się zadania odbudowy struktur podporządkowując sobie kilka patroli Pogotowia Akcji Specjalnej, liczących w sumie ok. 30-40 żołnierzy. Ostatecznie, w lipcu 1948 r., powołał samodzielną Komendę Powiatową NZW Kryptonim „Wisła” i został jej komendantem.
Powołał również sekcje: Propagandy i Informacji, Uzbrojenia, Wywiadu i Kontrwywiadu, Sanitarną. Do legendy przeszedł bój jednego z takich patroli PAS, pod dowództwem Edwarda Dobrzyńskiego pseudonim „Orzyc”, kiedy 2 marca 1949 r. pod Gostkowem 8 żołnierzy NZW przez kilka godzin walczyło z grupą operacyjną KBW, liczącą… 984 żołnierzy. Walczyli do końca – 7 zginęło (4 spłonęło żywcem), 1 ciężko ranny został wzięty do niewoli.
„Słowo Boże wśród pogan”
Ale domeną Mieczysława Dziemieszkiewicza nie była tylko zbrojna walka partyzancka. Znaczną część jego działalności pochłaniała akcja propagandowa. I tak 6 listopada 1949 r. w miejscowości Gołotczyzna nieopodal Ciechanowa „Rój” zatrzymał pociąg osobowy, jego żołnierze rozdali antykomunistyczne ulotki, a sam dowódca wygłosił do pasażerów antysowieckie przemówienie. Następnie dokonano egzekucji na jadących pociągiem stalinowskich funkcjonariuszach. Akcja była bezpośrednio związana z równą, 32. rocznicą rewolucji październikowej. Podobnie było 28 sierpnia 1950 r. w Pomiechówku niedaleko Warszawy. Oddział „Roja” zatrzymał pociąg, w walce zginęło 4 funkcjonariuszy MO i Straży Ochrony Kolei, a Dziemieszkiewicz zwołał antykomunistyczny wiec. Ponownie wygłosił patriotyczne przemówienie dla miejscowej ludności. Takich akcji było znacznie więcej.
„Rój” podtrzymywał też wśród swoich żołnierzy wysokie morale. W jednym z zachowanych wystąpień, 28 maja 1950 r., zwracał się do swoich podwładnych: „Koledzy, nie zrażajmy się tym, że giną co dnia najlepsi synowie Ojczyzny. Nic to. Giną za wiarę i Polskę, a z krwi ich wyrośnie Wielka Chrześcijańska Polska tylko dla prawdziwych Polaków.” Dalej podkreślał: „Koledzy, każdy z Was musi być dobrym żołnierzem, dowódcą i kolegą, bo gdy przyjdzie chwila, że zginie Wasz dowódca, nie hamujcie pracy, a szerzcie Narodową Organizację jako Apostołowie, głosząc słowo Boże wśród pogan”.
Za wybitne zasługi
Żołnierze szanowali swojego dowódcę. Podziwiano jego odwagę, ale też głęboką religijność (każdy dzień zaczynał od wydania rozkazu o modlitwie; partyzanci oprócz naszywek „Śmierć wrogom Ojczyzny” nosili ryngrafy z Matką Bożą, zwalczali też ludzi odpowiedzialnych za walkę z Kościołem).
Promieniował ideowością, patriotyzmem, wiernością zasadom, które streszczają się w słynnej polskiej triadzie: Bóg, Honor, Ojczyzna. Cechy te okazały się szczególnie istotne, aby utrzymać wiarę w sens walki w momencie, kiedy jasne się stało, że III wojna światowa nie wybuchnie, a partyzantom przyjdzie zapewne oddać ich młode życie. Ale jedyną alternatywą były dla nich tortury i niechybna śmierć w ubeckiej katowni.
Oczywiście komunistyczna propaganda robiła z niego bandytę, krwawego watażkę i pijaka, mordującego niewinnych ludzi, w rzeczywistości zdrajców. Przypisywano mu zbrodnie, których nigdy nie popełnił (jak np. zastrzelenie kilkuletniego dziecka). Tak jak Marian E. Kofman: „Nie drgnęła nawet ręka faszystom ‘Roja’ kiedy serią z automatu pozbawili życia 63-letniego uczciwego i spokojnego człowieka, zasłużonego wychowawcę i pedagoga”.
Patrole NZW podległe Dziemieszkiewiczowi walczyły do końca, przeprowadzając przede wszystkim akcje likwidacyjne. Do śmierci „Roja” przyczyniła się jego narzeczona Alina Burkacka. Bezpieka aresztowała rodziców dziewczyny i szantażem zmusiła ją do wydania żołnierza.