TERESA KACZOROWSKA: Gombrowicz w Buenos Aires

Wybuch II wojny światowej spowodował pozostanie Witolda Gombrowicza w Argentynie. Warto w ogłoszonym 2024 Roku Witolda M. Gombrowicza przypomnieć rozterki pisarza sprzed 75 laty, 24-letni pobyt w Buenos Aires i jego ulubione miejsca.

Marian Witold Gombrowicz (1904-1969) – powieściopisarz, nowelista i dramaturg – po podróżach w 1938 r. do Rzymu i Wiednia, przewidywał rychły wybuch II wojny światowej oraz zniszczenie Polski. Był już wówczas w kraju dość znany – rozgłos w kołach literackich zapewniła mu szczególnie powieść Ferdydurke (1938), w Warszawie ogłosił też sztukę Iwona, księżniczka Burgunda (1938) oraz opublikował, pod pseudonimem Zdzisław Niewieski, powieść w odcinkach Opętani (1939). Zasłynął też ze spotkań młodych literatów w warszawskich kawiarniach Ziemiańska i Zodiak, gdzie zapisał się w pamięci jako XX-wieczny Sokrates, ale też jako wyniosły i nonszalancki pozer. Według Jerzego Andrzejewskiego, literata, który go nie znosił (z wzajemnością), Gombrowicz realizował teorię nieustannego ataku, konfrontacji i gry, która stała się jego drugą naturą.

W tej atmosferze Gombrowicz otrzymał od przedsiębiorstwa Gdynia-America Line propozycję podróży do Buenos Aires nowym statkiem „Chrobry”. Inicjatorem zaproszenia był Jerzy Giedroyć z Ministerstwa Przemysłu i Handlu (późniejszy redaktor paryskiej „Kultury” i wydawca, w tym pism Gombrowicza, który u progu wojny decydująco wpłynął na losy autora Ferdydurke). Na bilet – w obydwie strony – dziewiczym rejsem polskiego transatlantyku, Gombrowicz zarobił drukowaniem w odcinkach powieści Opętani. Wypłynął z Gdyni do Bueons Aires 29 lipca 1939 r.

***

Gombrowicz znalazł się na pokładzie „Chrobrego” obok kilku literatów i notabli, m.in. pisarza Czesława Straszewicza, ministra Władysława Mazurkiewicza, senatora Jana Rembielińskiego. Przypłynęli do Buenos Aires 20 sierpnia 1939 r. Gombrowicz pisał w drugiej powieści Trans-Atlantyk:

„Dwudziestego pierwszego sierpnia 1939 roku ja na statku Chrobry do Buenos Aires przybijałem. Żegluga z Gdyni do Buenos Aires nadzwyczaj rozkoszna… i nawet niechętnie mnie się na ląd wysiadało, bo przez dni dwadzieścia człowiek między Niebem i wodą, niczego nie pamiętny, w powietrzu skąpany, w fali roztopiony i wiatrem przewiany. Ze mną Czesław Straszewicz, towarzysz mój, kajutę dzielił, bo obaj jako Literatki żal się Boże mało co opierzone na tę pierwszą nowego okrętu podróż zaproszeni zostaliśmy; oprócz niego Rembieliński senator, Mazurkiewicz minister i wiele nowych osób….”

Statek stał w porcie do 25 sierpnia. Przez pięć dni, na jego pokładzie, a także w Buenos Aires, odbywały się oficjalne przyjęcia i koktajle. Uczestniczył w nich także Gombrowicz, choć przede wszystkim „zapuszczał się w miasto”. Jego pierwsze kroki w argentyńskiej stolicy prowadziły od basenów portowych, gdzie stał „Chrobry” (dziś Terminal nr 3), „przez plac Retiro, na którym wieża stoi przez Anglików zbudowana”, obok trzech dworców Retiro kolei podmiejskiej, trzydziestopiętrowego Casa Cavanagh – najwyższego wówczas budynku Buenos Aires – stojącego na stoku parkowego wzgórza. I dalej na wąską i długą, główną handlową ulicę miasta – Floridę, już wówczas deptak, gdzie były „sklepy Luksusowe, nadzwyczajna Artykułów, towarów obfitość i publiczności kwiat dystyngowanej” – pisze jako narrator Trans-Atlantyku.

Dworzec Retiro. Fot. Teresa Kaczorowska

Buenos Aires, wówczas metropolia bogata i światowa, trzykrotnie większa od Warszawy, musiała zrobić na pisarzu duże wrażenie. Zwłaszcza, że spotykał tam rodaków i poznał przedstawicieli polskiej ambasady. Mówiło się wtedy o nadchodzącej wojnie, choć nie wiedziano jeszcze, że „Chrobry” nie wróci już do kraju, a popłynie do Anglii, będzie uczestniczył w bitwie o Narwik i zostanie zatopiony przez Niemców. Pisarz wiedział, że jako żołnierz byłby katastrofą i nie sprosta patriotycznym obowiązkom. I kiedy już odwiązywano liny, kiedy „Chrobry” odbijał od brzegu, Gombrowicz zstąpił z walizkami na ląd i oddalił się, długo się za siebie nie oglądając. O swoim zamiarze wspomniał jedynie swemu towarzyszowi z kajuty Czesławowi, ale i jemu „…całej prawdy nie chciałem wyjawić, ani też innym Rodakom i Swojakom moim… bo chyba by mnie za nią żywcem na stosie palono, końmi albo kleszczami rozrywano, a od czci i wiary odsądzano”. Dopiero, kiedy był już od brzegu daleko, gdy polski okręt już odpływał, Gombrowicz przystanął, spojrzał na niego i wyklinać zaczął:

„A płyńcież  wy, płyńcież Rodacy do Narodu swego! Płyńcież wy do Narodu waszego świętego chyba Przeklętego! Płyńcież do Stwora tego św. Ciemnego, co od wieków zdycha, a zdechnąć nie może! Płyńcież do Cudaka waszego św., od Natury całej przeklętego, co wciąż się rodzi, a przecież wciąż Nieurodzony! Płyńcież, płyńcież, żeby on wam ani Żyć, ani Zdechnąć nie pozwalał, a na zawsze was między Bytem a Niebytem trzymał. Płyńcież do Ślamazary waszy św. żeby was ona dali ślimaczyła!” (Trans-Atlantyk, Ślub (ze wstępem Józefa Wittlina i komentarzem autora), Instytut Literacki, Paryż 1953, s. 37).

Decyzją tą naraził się rodakom w kraju oraz kręgom emigracji polskiej w Buenos Aires. Do dziś Polacy w Argentynie uważają, że stchórzył i nie zachował się patriotycznie, nie chcąc bronić ojczyzny, która została najechana przez Niemców i Rosjan we wrześniu 1939 r. Natomiast większość badaczy twierdzi, że „Gombrowicz ratował siebie jako niepodległą osobowość twórczą”.

Pozostając na emigracji Gombrowicz miał w kieszeni 96 dolarów, co mogło w Argentynie wystarczyć najwyżej na dwa miesiące. Zgłosił się więc o pomoc do polskiej ambasady, która wypłacała mu do 1943 r. niewielkie zapomogi – 100 pesos miesięcznie. Wspomagali go też Polacy z emigracji, ale tylko niektórzy, bo jako pisarz nie był w Argentynie znany, a jego ton i sposób bycia były ekscentryczne i nieprzystające do konwencji wychodźstwa polskiego.

Gombrowicz należał do ludzi zupełnie niezdolnych do podjęcia pracy fizycznej. Potrafił jedynie szukać pomocy u sponsorów, dawców zapomóg czy stypendiów (osób, instytucji, fundacji). Prośbami o interwencje w tej sprawie i narzekaniami na niepowodzenia wypełnione są jego listy w latach wojennych do Józefa Wittlina w USA, czy Jerzego Giedroycia. Nie potrafiąc samodzielnie się utrzymać, znalazł się w fatalnej sytuacji materialnej – właściwie żył jak kloszard. Mieszkał w małych hotelikach, lichych pensjonacikach, podłej noclegowni conventillo El Palomar, często nie płacąc rachunków. Głównie w centrum miasta, w okolicach ruchliwej ulicy Corrientes, krzyżującej się z ulicą-deptakiem Florida. Przez pierwsze 8 lat nic nie pisał.

Argentyńczycy pozwalali mu czasami zarobić artykułami w prasie. Najpoważniejszy tekst Gombrowicza – Sztuka i nuda („El arte y aburrimiento”) – ukazał się w kwietniu 1944 r. w poważnym dzienniku „La Nacion”. Ubogi emigrant próbował też wydawać prowokacyjne pismo-pamflet „Aurora”, gdzie atakował nawet Borgesa (bo „jałowy, nudny i… nazbyt Borgesowski”). Wszystko to nie pokrywało jednak nawet niewygórowanych potrzeb bytowych. Niekiedy w pierwszych latach w Buenos Aires Gombrowicz wygłaszał prelekcje, jak na przykład w Teatro del Pueblo, gdzie 28 sierpnia 1940 r. miał pierwszy odczyt. Zakończył się on jednak skandalem, a Gombrowicz pozostał wśród Polonii na zawsze jako antypolski i nieczytany. Aż do publikacji w „Kulturze” – pomógł znowu Giedroyć. Ale Witoldo de Gombrowicz wyzwalał się już wtedy z polskości i wyprowadzał „Polaków z niewoli kształtu polskiego ducha”, wykutego przez wieki…

Teatr Gran Rex przy ul. Corrientes, gdzie w teatralnej kawiarni Gombrowicz grywał namiętnie w szachy (na pieniądze). Przy kawiarnianych stoikach Rexa, kilkunastu młodych południowych Amerykanów przełożyło na j. hiszpański Ferdydurke (Fot. Teresa Kaczorowska).

 Jedyne pieniądze, jakie Gombrowicz umiał zarobić w Buenos Aires, to wygrywać w szachy. Grał na pieniądze z bywalcami Cafe Rex. Kawiarnia z salą szachową mieściła się na górze Teatru Gran Rex przy ulicy Corrientes, a prowadził ją polski mistrz szachów Paulino Frydman. Frydman miał szlachetne serce. Opiekował się Gombrowiczem, podkarmiał go, doskonalił w grze w szachy, wysłał dla zdrowia w kordobańskie góry, pomagał mu zmniejszyć chroniczne suchoty sakiewki. Teatr Gran Rex był przez 19 lat drugim domem pisarza znad Wisły. Pomiędzy namiętnymi partiami szachów, pijał kawę (mnóstwo), prowadził z młodymi literatami platońskie dyskusje – nigdy nudne, nigdy pospolite, nigdy zwykłe, „z całą żarliwością duszy” – bezlitośnie zdzierając maski ludzkie. Siadywał zwykle przy tym samym stoliku, pod wielkimi oknami, z niezapomnianym widokiem na Avenidę de Corrientes i Obelisk biały.

Teatr Gran Rex był szczęśliwy też i dla Ferdydurke. Przy kawiarnianych stoikach Rexa, kilkunastu młodych południowych Amerykanów dokonało niezwykłej, wspólnej pracy przekładu dzieła Gombrowicza na język hiszpański (pod okiem „sądu ostatecznego” w osobie oddanego Pinery – „Szefa Południowo-Amerykańskiego Ferdydurkizmu”). W atmosferze absurdu, w hałasie, ssąc łapczywie dym nikotyny, przy bilardzie i szachach, ogarnięci trwałym duchem ferdydurkizmu, dniami i nocami, przyjaciele Gombrowicza poszukiwali dla słowa polskiego latynoskich odcieni najwłaściwszych. Nie omijając gombrowiczowskiej groteski, ironii, podtekstów;  eufonii, kadencji, rytmu… Hrabia – autor  wspomagał  ich błyskotliwie, ale pseudohiszpańskim, gdyż nie znał jeszcze dobrze języka.

Hiszpańskojęzyczna pochwalna pieśń młodości  – Ferdydurke – ukazała się 26 kwietnia 1947 r., dzięki fundatorce hrabinie Cecilii Benedit de Debenedetti, która jako jedna z niewielu, uwierzyła w geniusz ubogiego emigranta. Ale argentyński establishment zlekceważył „Pana Gombrowicza” – przekonanego o epokowym znaczeniu książki swojej. Zignorowali go i czytelnicy. Dziwaczny, nieznany, nowatorski pisarz z krańców starej Europy nie wdarł się za swego życia w serca i umysły Argentyńczyków (ani polskiej emigracji w Buenos Aires). Został „mętnym anarchistą z drugiej ręki…”. (W. Gombrowicz, Dziennik 1953-1956, s. 214). Naprawił to czas.  Dziś legenda Rexa trwa, mimo iż Cafe jest zamknięta, ale Teatro Gran Rex lśni nadal przy Corrientes swoim blaskiem.

***

Drugim ulubionym miejscem spotkań Gombrowicza w Buenos Aires z młodymi literatami była kawiarnia La Fragata, też przy Corrientes. I tutaj Gombro brylował wśród utalentowanych argentyńskich chłopców. Miażdżył wielu w dyskusjach i „sprowadzał do osoby”. I w tej kawiarni panowała niezobowiązująca aura wielkiej zgrywy, absurdalny humor, blaga, młodość umysłu i ducha. I rozmowy przy artystycznym stole – długie, fascynujące o tym co w literaturze, co w filozofii… Otwarte na  żart, prowokację, nagły skok myśli. Zabawy niezgorsze, zbijające z pantałyku, wytrącające, „ni z pierza, ni z mięsa”, niewydarzone… Oficjalna literacka Argentyna słyszeć o „Gombro”  nie chciała, więc zapłodnił młodych jej synów – wchodzących na scenę artystów (nie tylko z Buenos, ale z Tandilu, Santiago, etc.), bo młodość winna być przeniknięta starszością…. Jego akolici są do dziś naznaczeni czarem Gombrowicza – na poły erotycznym, na poły intelektualnym. Pierwszym uczniem zazdrosny o to miano Gomez („wierna Goma”), platonicznie w Gombrowiczu zakochany. A najwięcej portretów Mistrza wykonał  jego drogi Betelu.

Dawna La Fragata to dziś restauracja Petalo (Płatek), przy Corrientes 499. W Petalo podają doskonałą pizzę z cebulą, argentyńskim serem i ziołami, zimne białe wino „Lopez” i wodę „Villavicencio”. Upał i gwar są jak za Gombrowicza…

***

Jednymi z nielicznych przyjaciół Gombrowicz w Buenos Aires byli Maria i Karol Świeczewscy.  Pisarz bywał na ich domu na legendarnych niedzielnych obiadach, uczestniczył w dyskusjach, wyjeżdżał też z gospodarzami kilka razy na wakacje, m.in. do Miramar, Cordoby, Mar del Platy. Świeczewscy zwykle wynajmowali dom, a  on miał pokój na górze. Miałam jeszcze okazję poznać Marię Świeczewską wędrując śladami Gombrowicza w Buenos Aires. Była miłośniczką przyrody i kultury południowoamerykańskiej, podróżniczką i kolekcjonerką. Wyszła za mąż po raz drugi, za Leonarda Wanke, lekarza rodem ze Lwowa (98 lat), ale nadal podejmowała gości obiadami (w tym mnie). W domu Świeczewskich Gombrowicz prowadził wykłady z filozofii dla pań („oświecał tępe głowy”…). Jak opowiadała Maria Świeczewska, otaczały go zawsze półkolem, przynosiły ciasteczka, płacąc wykładowcy za wykład do „czapki”.

Gombrowicz prowadził też ze Świeczewskimi interesy. Wytwarzali wspólnie popularne plastykowe figurki, m.in. narodowej Madonny Argentyny – Matki Boskiej z Luhano. Świeczewscy wykonywali je na zakupionej przez Gombrowicza automatycznej wtryskiwarce plastiku, zaś dochody z tej produkcji odbierał fundator wtryskiwarki. Maria Świeczewska przyznała, że pieniądze przekazywała Gombrowiczowi jeszcze długo po zaprzestaniu tej produkcji, aby pomóc pisarzowi w utrzymaniu się (mój wywiad z Marią Świeczewską ukazał się w „Rzeczpospolitej” 25 lipca 2009)

Maria Świeczewska, jak inni nieliczni znajomi i goście pisarza (m.in. Jarosław Iwaszkiewicz), bywała u Gombrowicza w Banco Polaco (filia PKO), przy calle Tucuman 462 (w bankowej dzielnicy Buenos Aires, niedaleko narożnika Floridy, gdzie przy pomocy przyjaciół został tam zatrudniony przez osiem lat (1947-1955). Dzięki tej pracy warunki bytowe Gombrowicza ustabilizowały się. Ale jako bankowiec był nieszczęśliwy i mało przydatny. Nigdy nie przeniknął tajników cyfr. Izolował się od bankowej tłuszczy, mimo iż patrzyli na niego przez palce, jak na rozpieszczonego chłopczyka. Nieustannie przypominał, że się marnuje i męczy. Że cierpi, że ma na karku literaturę, najbardziej mu ważką… Nikt jednak w Banco Polaco utworów Gombrowicza nie czytał, ani mu wierzył. Bo wywyższał się, wychwalał, warcholił, palił za dużo, stroił w lustrze miny i grymasy. Zawsze w masce, zawsze z drwiną.

Ulubiona przez pisarza Florida, handlowa ulica-deptak Buenos Aires. Fot. Teresa Kaczorowska

Gombrowicz dbał, aby nie zostać „Urzędniczkiem zarżniętym siedmioma godzinami urzędolenia”. Jak wyznał, parał się w Banco Polaco „prawie wyłącznie literaturą”. Redagował bankowy biuletyn – a w nim rozważania o duszy argentyńskiej i słowiańskiej oraz tezy co to „przepaścistość słowiańsko-polska”. Napisał Ślub, sarmacko-argentyński Trans-Atlantyk (bez sukcesu w Argentynie, choć na hiszpański przełożone) i rozpoczął w 1953 r. pisany aż do śmierci Dziennik (rosół na smaku rzeczywistości).

W Banco Polaco Gombrowicz odczuł ostracyzm argentyńskich rodaków. Został „reżimowcem(Banco Polaco było agendą władzy w PRL). Ale jednak Gombrowicz nie zaprzedał duszy nowej politycznej wierze. Mimo podziwu dla Sartre’a (choć „wolał nie być do nikogo podobny”), mimo obiecywanych od Iwaszkiewicza awansów, mimo wydawania w tym czasie nad Wisłą swoich książek.

W Banco Polaco, po braku sukcesów literackich w Argentynie, Gombrowicz zmienił kierunek samotnego dryfowania – postawił na współpracę z Giedroyciem i „Kulturą”, na literaturę emigracji. Trans-Atlantyk – według niego „utwór najbardziej patriotyczny i najodważniejszy”, ale też: „Cudactwo i dziwactwo wyssane z palca” – razem ze Ślubem zostały wydane jako pierwszy tom słynnej „Biblioteki Kultury”, przez Instytut Literacki (Paryż 1953). Ten pierwszy tom słynnej „Biblioteki Kultury”, a także pozostałe wszystkie pisma „Jaśnie panicza”, znalazłam pod Buenos Aires, w domu oo. Bernardynów w Martin Coronado, siedzibie Polskiej Misji Katolickiej.

Dziś w kamienicy przy calle Tucuman 462 (w bankowej dzielnicy Buenos Aires, niedaleko narożnika Floridy), zamiast Banco Polaco funkcjonuje inna instytucja.

***

Gombrowicz lubił nie tylko bywać w kawiarniach, ale także dużo chodzić (szczególnie nocą) oraz pływać tramwajem wodnym (lancas collectiva) po Tigre –  rozlanych wodach Parany (zanim złączy się z wodami Urugwaju w potężną Rio de la Plata). Pisał, że pruł nie raz „wody kanału, szerokiego jak Aleje Ujazdowskie, cichego, jak Łazienki, ciszą drzew zielonych, wielkich, splątanych u góry tak gęsto iż prawie tworzą szpaler”  (W. Gombrowicz, Wędrówki po Argentynie, s. 207). Podziwiał erupcję tropikalnej zieleni i kolory – bardziej czyste i szlachetne jak na starym kontynencie. Wyprawiał się na Tigre z przyjaciółmi i niejednokrotnie na lancas collectiva. I było mu tutaj niebiesko, przyjemnie i zabawnie.

Gombrowicz lubił pływać tramwajem wodnym (lancas collectiva) po Tigre – rozlanych wodach Parany. Fot. Teresa Kaczorowska

Wraz ze stabilizacją zawodową i zatrudnieniem w Banco Polaco, Gombrowicz znalazł w 1945 r. stałe mieszkanie. Było to jeden, ale obszerny pokój, pełen książek i płyt, w czystym i niedrogim domu Frau Schultze, przy calle Venezuela 615, nieopodal ulubionych ulic Corrientes i Floridy. Kiedy w 1955 r. zwolnił się z Banco Polaco, wiódł tu aż do wyjazdu na stary kontynent prawdziwy żywot literata. Pierwszym owocem wolności była Pornografia. Zaraz potem niedokończona Historia, Wędrówki po Argentynie, potem  Operetka, większość Dziennika, gdzie pragnął bronić swojej osoby „wyrobić jej miejsce wśród ludzi”. I początek Kosmosu, głośnego już we Francji. Bywali tutaj Świeczewscy, Grodziccy, Grocholscy, Lubomirscy… Nawet hrabina Cecylia Benedit de Debenedetti, Nowińscy, mistrz Frydman, młode bractwo jego, Kubańczycy i perła, kamień drogi – Zosia… I goście z Warszawy, Wisłocki, czy Wajda. Przez lat siedem miał ukochanego sąsiada „Russo” – młodego filozofa Alejandra Russovicha, jak on niepowtarzalnego partnera dysput, lektur i spotkań,  nie tylko intelektualnych, dziś profesora („wcielenie argentyńskiej genialnej antygenialności”).

Wraz ze stabilizacją zawodową i zatrudnieniem w Banco Polaco, Gombrowicz znalazł w 1945 r. stałe mieszkanie. Było to jeden, ale obszerny pokój w domu Frau Schultze, przy calle Venezuela 615, nieopodal ulubionych ulic Corrientes i Floridy. Fot. Teresa Kaczorowska

Po drodze do Banco Polaco, dwieście metrów dalej, lubił Witoldo wstępować na poranną kawę, rogaliki i na lekturę „La Razon” do Café El Querandi na rogu ulic Peru i Moreno. Dużo palił, szczególnie tabakę z fajki Dunhill. Rozsławił  Café El Querandi za sprawą „ręki kelnera”, która stała się centrum kosmosu, siedliskiem ad hoc utworzonego sacrum, ucieczką przed diabelstwem świata. Dziś w kawiarni Café El Querandi jest elegancko i drogo. Tańczy się, podziwia słynne argentyńskie tanga. Ale wciąż brzmi tu słynna jego fraza:

„Gdy kelner podszedł by pytać, czego sobie życzę, ręka mu zwisała, cicha, skulona, sekretna – i niezatrudniona –  aż nie wiedząc o czym myśleć pomyślałem o jakimś krzaku, któremu kiedyś przypatrywałem się na jakiejś stacji, z okna pociągu. Ta ręka napadła mnie w ciszy, jaka między nami się wytworzyła… Kropka. Koniec.”

Stosunki Gombrowicza z Polonią były bardzo skomplikowane. Pisarz przyznał, że „…ani przez moment Polski nie kochałem”…(W. Gombrowicz, Dziennik 1961-1966, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988, s. 101). Uważał, że rodaków trzeba oduczyć patosu, banału, fałszu. I Polacy odpłacali mu się tym samym… Ale niektórzy pomagali.

 ***

Witold Gombrowicz pokochał Argentynę, choć 24 lata (1939-1963), jakie spędził w tym kraju nie były dla niego łatwe. Najpierw stoczył się na samo dno egzystencji i doznał skrajnej nędzy (pierwsze osiem lat). Potem zyskał pewną stabilizację finansową – dzięki pracy w Banco Polaco (1947-55) oraz literacką (przez osiem ostatnich lat 1955-63 funkcjonował już jako wolny literat). Nigdy jednak nie wyzbył się poczucia tymczasowości i życia „pomiędzy”. Za to w Argentynie czuł się wyzwolony – z konwenansów, obowiązków narodowych, polskości, podwójnej wstydliwej seksualności – co na pewno pomogło mu w kreatorskiej potencji twórczej, dzięki czemu powstały jego najcenniejsze utwory.

Sam pisarz swoje argentyńskie życie na przestrzeni 24 lat oceniał, że

„( …) były to trzy okresy, po osiem lat każdy, pierwszy okres – nędza, bohema, beztroska, próżniactwo,, drugi okres – siedem i pół lat w banku, życie urzędnicze, trzeci okres – egzystencja skromna, ale niezależna, wzrastający prestiż literacki”.

Mówił też o głównych wątkach swojego pobytu: zdrowie, finanse, literatura (W. Gombrowicz,  Dziennik 1961-1966, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988, s. 95).

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Bohater „Rój” odnaleziony na „Łączce”?

Istnieje bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że szczątki pana sierżanta Mieczysława Dziemieszkiewicza ps. Rój, zostały przez nas odnalezione na „Łączce” — poinformował prof. Krzysztof Szwagrzyk, zastępca prezesa IPN.

13 kwietnia 1951 r., zginął w walce otoczony w gospodarstwie Burkackich we wsi Szyszki zaledwie 26-letni sierżant Mieczysław Dziemieszkiewicz, ps. „Rój”. Wraz z podwładnym Bronisławem Gniazdowskim, ps. „Mazur” próbował przedrzeć się przez obławę złożoną z ok. 270-osobowej grupy operacyjnej Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, wspieranych przez funkcjonariuszy UB, MO i samolot. Ciała zamordowanych komuniści wystawili na widok publiczny, a zwłoki „Roja” pociągnęli za swoim samochodem.

Dlaczego „Łączka”?

Zwłoki „Roja” ubeccy oprawcy prawdopodobnie zabrali do Pułtuska, a następnie do Warszawy. Czemu tam? W więzieniu przy ul. Rakowieckiej identyfikowała je matka. „To nie jest mój syn. Nigdy go nie znajdziecie” – miała powiedzieć czerwonym katom. Stefania Dziemieszkiewicz rozpoznała sprofanowane zwłoki syna, ale nie chciała dać satysfakcji komunistom. Oprawcy zrzucili go do bezimiennego dołu na warszawskiej „Łączce”, nieopodal szczątków zamordowanego kilka miesięcy wcześniej mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”.

Zemsta na komunistach

Mieczysław Dziemieszkiewicz urodził się 25 stycznia 1925 r. w Zagrobach, w patriotycznej rodzinie, jako syn Adama i Stefanii ze Świerczewskich. W materiałach UB o ojcu czytamy, że „walczył w szeregach białogwardzistów przeciwko Armii Czerwonej”. W 1939 r. Mieczysław ukończył szkołę powszechną w Różanie.

Podczas niemieckiej okupacji uczestniczył w kursach tajnego nauczania w Makowie Mazowieckim, pracował również w niemieckim przedsiębiorstwie przewozowym. Był za młody, aby walczyć, ale w ramach Narodowych Sił Zbrojnych przewoził materiały konspiracyjne, które przekazywał mu starszy brat, porucznik Roman Dziemieszkiewicz, „Adam”, „Pogoda”, komendant Powiatu Narodowych Sił Zbrojnych Ciechanów.

Wiosną 1945 r. Mieczysław został wcielony do tzw. ludowego Wojska Polskiego, z przydziałem do 1. zapasowego pułku piechoty w Warszawie. Z tej podporządkowanej komunistom armii zdezerterował na wiadomość o śmierci starszego brata – „Pogodę” Sowieci zamordowali w listopadzie 1945 r. „Rój” pozostawał pod wielkim wpływem brata. Teraz poprzysiągł sobie krwawą zemstę na komunistach.

Średnia wieku 26 lat

Mieczysław Dziemieszkiewicz zbiegł na teren powiatu ciechanowskiego. Wkrótce został żołnierzem Narodowych Sił Zbrojnych/Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, wstępując do oddziału ppor. Mariana Kraśniewskiego „Burzy” działającego w ramach XVI Okręgu NZW (Północne Mazowsze). Wtedy przybrał pseudonim „Rój”. Już jako 20-latek, decyzją dowódcy NSZ został odznaczony Krzyżem Walecznych. To jeden z dowodów jego bohaterstwa graniczącego z brawurą.

„Rój” pełnił początkowo funkcję łącznika między Komendą Okręgu a Komendą Powiatu. Od 1946 r. był dowódcą oddziału Pogotowia Akcji Specjalnej NZW na terenie powiatu ciechanowskiego. Dziemieszkiewicz stworzył go na polecenie swojego przełożonego – dowódcy kompanii Mariana Koźniewskiego „Waltera”, w odpowiedzi na dokonywanie przez bezpiekę masowych aresztowań w Ciechanowie i okolicy. Gdy inni byli zmuszani do rozwiązywania oddziałów zbrojnych i zaprzestania walki, on rozwijał działalność konspiracyjną i bojową. Jego oddział, liczący przeciętnie 15-20 żołnierzy, działał zazwyczaj podzielony na trzy samodzielne patrole partyzanckie „Pilota”, „Tygrysa” i „Kaźmierczuka”. Średnia wieku wynosiła 26 lat.

Jaroszewicz wyjechał wcześniej

20 maja 1947 r. „Rój” objął funkcję komendanta Powiatu „Ciężki”-„Wisła” (pow. Ciechanów, część pow. Płońsk i Mława). W 1948 r., w uznaniu wybitnych zdolności dowódczych, awansowany do stopnia starszego sierżanta. Dowodził kilkudziesięcioma akcjami przeciw przedstawicielom „ludowej” władzy, przede wszystkim funkcjonariuszom komunistycznej partii, aparatu terroru, agenturze. Brał także udział w rozbiciu ubeckiego więzienia w Pułtusku (25/26 listopada 1946 r.) i uwolnieniu 65 przetrzymywanych tam kolegów. Kolejną akcją miało być wzięcie do niewoli gen. Piotra Jaroszewicza (politruka LWP, późniejszego premiera PRL), za którego chciał zażądać zwolnienia więźniów politycznych z powiatu ciechanowskiego. Przebywający u krewnych w powiecie garwolińskim Jaroszewicz wyjechał jednak wcześniej do Warszawy i zasadzka zakończyła się niepowodzeniem.

Nierówny bój

W czasie walki stoczonej 25 czerwca 1948 r. pod miejscowością Kadzidło Komenda Okręgu Północne Mazowsze NZW została rozbita. Dziemieszkiewicz podjął się zadania odbudowy struktur podporządkowując sobie kilka patroli Pogotowia Akcji Specjalnej, liczących w sumie ok. 30-40 żołnierzy. Ostatecznie, w lipcu 1948 r., powołał samodzielną Komendę Powiatową NZW Kryptonim „Wisła” i został jej komendantem.

Powołał również sekcje: Propagandy i Informacji, Uzbrojenia, Wywiadu i Kontrwywiadu, Sanitarną. Do legendy przeszedł bój jednego z takich patroli PAS, pod dowództwem Edwarda Dobrzyńskiego pseudonim „Orzyc”, kiedy 2 marca 1949 r. pod Gostkowem 8 żołnierzy NZW przez kilka godzin walczyło z grupą operacyjną KBW, liczącą… 984 żołnierzy. Walczyli do końca – 7 zginęło (4 spłonęło żywcem), 1 ciężko ranny został wzięty do niewoli.

„Słowo Boże wśród pogan”

Ale domeną Mieczysława Dziemieszkiewicza nie była tylko zbrojna walka partyzancka. Znaczną część jego działalności pochłaniała akcja propagandowa. I tak 6 listopada 1949 r. w miejscowości Gołotczyzna nieopodal Ciechanowa „Rój” zatrzymał pociąg osobowy, jego żołnierze rozdali antykomunistyczne ulotki, a sam dowódca wygłosił do pasażerów antysowieckie przemówienie. Następnie dokonano egzekucji na jadących pociągiem stalinowskich funkcjonariuszach. Akcja była bezpośrednio związana z równą, 32. rocznicą rewolucji październikowej. Podobnie było 28 sierpnia 1950 r. w Pomiechówku niedaleko Warszawy. Oddział „Roja” zatrzymał pociąg, w walce zginęło 4 funkcjonariuszy MO i Straży Ochrony Kolei, a Dziemieszkiewicz zwołał antykomunistyczny wiec. Ponownie wygłosił patriotyczne przemówienie dla miejscowej ludności. Takich akcji było znacznie więcej.

„Rój” podtrzymywał też wśród swoich żołnierzy wysokie morale. W jednym z zachowanych wystąpień, 28 maja 1950 r., zwracał się do swoich podwładnych: „Koledzy, nie zrażajmy się tym, że giną co dnia najlepsi synowie Ojczyzny. Nic to. Giną za wiarę i Polskę, a z krwi ich wyrośnie Wielka Chrześcijańska Polska tylko dla prawdziwych Polaków.” Dalej podkreślał: „Koledzy, każdy z Was musi być dobrym żołnierzem, dowódcą i kolegą, bo gdy przyjdzie chwila, że zginie Wasz dowódca, nie hamujcie pracy, a szerzcie Narodową Organizację jako Apostołowie, głosząc słowo Boże wśród pogan”.

Za wybitne zasługi

Żołnierze szanowali swojego dowódcę. Podziwiano jego odwagę, ale też głęboką religijność (każdy dzień zaczynał od wydania rozkazu o modlitwie; partyzanci oprócz naszywek „Śmierć wrogom Ojczyzny” nosili ryngrafy z Matką Bożą, zwalczali też ludzi odpowiedzialnych za walkę z Kościołem).

Promieniował ideowością, patriotyzmem, wiernością zasadom, które streszczają się w słynnej polskiej triadzie: Bóg, Honor, Ojczyzna. Cechy te okazały się szczególnie istotne, aby utrzymać wiarę w sens walki w momencie, kiedy jasne się stało, że III wojna światowa nie wybuchnie, a partyzantom przyjdzie zapewne oddać ich młode życie. Ale jedyną alternatywą były dla nich tortury i niechybna śmierć w ubeckiej katowni.

Oczywiście komunistyczna propaganda robiła z niego bandytę, krwawego watażkę i pijaka, mordującego niewinnych ludzi, w rzeczywistości zdrajców. Przypisywano mu zbrodnie, których nigdy nie popełnił (jak np. zastrzelenie kilkuletniego dziecka). Tak jak Marian E. Kofman: „Nie drgnęła nawet ręka faszystom ‘Roja’ kiedy serią z automatu pozbawili życia 63-letniego uczciwego i spokojnego człowieka, zasłużonego wychowawcę i pedagoga”.

Patrole NZW podległe Dziemieszkiewiczowi walczyły do końca, przeprowadzając przede wszystkim akcje likwidacyjne. Do śmierci „Roja” przyczyniła się jego narzeczona Alina Burkacka. Bezpieka aresztowała rodziców dziewczyny i szantażem zmusiła ją do wydania żołnierza.

 

Twoja mama zawsze sobie poradzi…  — 18. fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Zdjęcie przedstawiające rękę zabitej kobiety z manicure — czerwony lakier z białym sercem na serdecznym palcu — zostało opublikowane w wielu światowych mediach. Dzięki tej fotografii, która stała się symbolem rosyjskiego okrucieństwa w Buczy, znajomi rozpoznali Irynę Filkinę… — publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to wstrząsająca kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Publikujemy kolejny fragment książki. Wcześniejsze odcinki można przeczytać TUTAJ

Bucza, ulica Jabłońska, godzina 7.30

— Mamo, błagam cię, nie jedź do domu! Rosjanie okupowali Mychajliwkę-Rubeżiwkę… Zabijają ludzi — płakała do słuchawki Ołena.

— Córko, nie martw się! To przecież twoja mama, zawsze sobie poradzi — spokojnie odpowiedziała Iryna Filkina. — Muszę kończyć, bo ciężko pedałować…

Ta rozmowa odbyła się 5 marca i od tego momentu Iryna nie kontaktowała się już z bliskimi…

Prawie miesiąc później, w wyzwolonej Buczy, Algierka Zohra Bensemra, która pracuje głównie w „gorących punktach” na Bliskim Wschodzie, w Afryce i Azji, zrobiła zdjęcie dla agencji Reuters przedstawiające rękę kobiety z manicure — czerwony lakier z białym sercem na serdecznym palcu. W krótkim czasie to zdjęcie zostało opublikowane w wielu światowych mediach. Holenderski dziennik De Volksrant umieścił 4 kwietnia na pierwszej stronie dokument świadczący o terrorze Rosjan, wykonany przez Zohra Bensemra, podkreślając, że w Buczy „setki cywilów zostały rozstrzelane przez rosyjską armię”. To właśnie dzięki temu zdjęciu, które stało się wiralowe w mediach społecznościowych, bliscy i znajomi rozpoznali Irynę Filkinę…

Tego samego dnia, wizażystka z Hostomla, Anastazja Subaczowa, z bólem napisała na Facebooku: „Gdy po raz pierwszy zobaczyłam to zdjęcie w sieci, od razu poczułam, że jest mi bardzo znajome, ale nie mogłam do końca zrozumieć dlaczego. Zaczęłam myśleć o tej kobiecie z manicure, skąd ją znam… Porównałam zdjęcia jej ciała z moim własnym zdjęciem jej manicure i zrozumiałam, że to ta sama osoba… Znalazłam zdjęcia, na których Iryna trzyma paletę i pozuje z tym samym manicure, z tym samym serduszkiem i lakierem. I zrozumiałam, że to ona…”.

Iryna Filkina, mieszkająca we własnym domu pod Kijowem, w wiosce Mychajliwka-Rubeżiwka, pracowała w „Epicentrze”, zlokalizowanym na zachodnich obrzeżach Kijowa, przy ulicy Berkoweckiej, jako operatorka kotłowni. To stanowisko w „erze postępu technicznego” nazywano po prostu palacz. Na początku 2022 roku zapisała się na kurs wizażu. Jak wspomina jej młoda mentorka Anastazja, Iryna „mówiła, że bardzo późno zdała sobie sprawę, że trzeba kochać siebie i bardzo żałowała, że nie zrozumiała tego wcześniej. Ale teraz była nastawiona, by kochać siebie na maksa”. Jako wyraz tej wolności zrobiła sobie na Walentynki wiśniowo-czerwony manicure z serduszkiem na serdecznym palcu.

„Mama próbowała wszystkim powiedzieć, że życie jest krótkie i trzeba zdążyć zrobić wszystko, co chcesz i co ci się podoba — wspominała córka Nadija. — Przez całe życie dążyła do osiągnięcia dobrego statusu społecznego: zbudować dom, znaleźć porządną pracę, kupić samochód. Całe życie pracowała, więc przez ostatnie dwa lata postanowiła żyć dla siebie. Na Nowy Rok zorganizowaliśmy dla niej wycieczkę po Kijowie, po raz pierwszy jeździła na łyżwach, a wiosną planowaliśmy przejażdżkę konną”.

Kobieta, która w kwietniu miała skończyć pięćdziesiąt trzy lata i miała już dwie dorosłe córki, czuła potężny przypływ drugiej młodości: „Na stare lata wreszcie zrozumiałam najważniejsze — trzeba kochać siebie i żyć dla siebie! W końcu będę żyć tak, jak chcę!”.

Iryna założyła konto na Instagramie i zaczęła dzielić się z „wirtualnymi” przyjaciółmi swoimi małymi radościami i wydarzeniami z życia osobistego.
„Powiedziała, że teraz sama zrobi sobie makijaż na koncert Olhi Poliakowej, bo na ostatnich zajęciach kupiłyśmy jej pierwszy zestaw kosmetyków i była z tego powodu niesamowicie szczęśliwa — opowiadała Anastazja Subaczowa. — Na pożegnanie mnie przytuliła i prosiła, żebym dbała o zdrowie, mówiła, jaka jestem cudowna. Była jak uzdrowicielka, czuła mnie i moje bóle. Jak bardzo boli, że nie wyczułam jej bólu”. Ostatnie zajęcia odbyły się 23 lutego…

Następnego dnia o piątej rano do Iryny zadzwoniono z pracy: „Iryno Siergiejewno, trzeba iść do pracy. Nic strasznego się nie stanie… Rosjanie tylko ostrzeliwują bazy, obiekty wojskowe”.

Już w ciągu dnia, jak opowiadała Olga, „mama zadzwoniła i powiedziała, że ich centrum handlowe zostało ostrzelane. Wieczorem rozpoczął się alarm przeciwlotniczy, wybuchy było słychać z każdej strony. Wtedy postanowiłam ewakuować się z przyjaciółką do Polski… A mama została w tym przeklętym ‘Epicentrze’, gdzie utworzono punkt humanitarny. Proponowałam jej, żeby pojechała z nami, ale odmówiła, mimo iż skarżyła się, że musiała pracować na drugą zmianę, bo inni pracownicy nie mogli dojechać do centrum handlowego. Mama bała się, że ją zwolnią. Szefostwo groziło jej, a w jej wieku znalezienie nowej pracy jest prawie niemożliwe.
Kiedy prawie dotarłyśmy do Polski, mama zadzwoniła i powiedziała: ‘Wszyscy stąd wyjechali. Zostałam sama’. Moja mama została porzucona. Wszyscy, którzy schronili się w centrum handlowym, zostali ewakuowani, a moją mamę zostawili. Powiedzieli, że zabrakło miejsc w samochodach”.

Ponad tydzień Iryna Filkina nie opuszczała pracy w „Epicentrze” — karmiła ludzi, którzy znaleźli tam schronienie przed ostrzałem, oraz ukraińskich żołnierzy.

„Nasza mama była w pracy w Kijowie, w ‘Epicentrze’ na ulicy Berkowieckiej — wspominała córka Nadija. — Myślała, że tam będzie bezpiecznie, ale nie, zaczęły się ostrzały. Zdecydowała, że jednak wróci do domu, bo w domu jest piwnica i będzie gdzie się schować… To było 5 marca, wtedy masowo nacierano na Irpień”.

„Transport już nie kursował — dodaje siostra Iryny, Switłana Safonowa. — Poprosiła współpracownika, żeby pożyczył jej rower, i pojechała do domu. Była w kontakcie ze swoimi córkami… Błagały ją, żeby nie jechała”.

„Powiedziałam mamie, żeby uciekała, wtedy formowała się kolumna ewakuacyjna — wspominała młodsza córka Olga. — Na to odpowiedziała: ‘Nie martw się, to przecież twoja mama, zawsze sobie poradzi. Mama cię kocha. Powiedziała, żebyśmy się żegnali, bo ciężko jej już pedałować…”.

„Starałyśmy się ją przekonać, żeby pojechała w stronę dworca i szukała ewakuacji — opowiada starsza córka Nadija. — Po godzinie nie miałyśmy już z nią kontaktu”.

Do tragedii, według relacji ukraińskiego żołnierza Maksyma Krywcowa, doszło między siódmą a ósmą rano. Właśnie wtedy jakaś kobieta na czarnym rowerze minęła centrum handlowe „Żyrafa” i zmierzała ulicą Wokzalną w kierunku Buczy. „W stronę posterunku zbliżała się kobieta na rowerze — wspominał Maksym na Facebooku. — Miała na sobie niebieski fartuch ‘Epicentru’. Jechała szybko. Nie zatrzymała się. Przejechała przez skrzyżowanie dwóch ulic (Wokzalnej i Jabłońskiej — przyp. aut.). Puste i ciche, jak w Wigilię. Została ostrzelana z KPWT (wielkokalibrowy karabin maszynowy — przyp. red.). Wypuścili serię. Rower i kobieta zniknęli w kłębach dymu i pyłu”.

Moment egzekucji Iryny Filkiny uchwycił także ukraiński dron. Na nagraniu (opublikowanym 6 kwietnia przez The New York Times”) widać, jak rowerzystka porusza się ulicą Wokzalną, a potem schodzi z roweru i skręca w ulicę Jabłońską. W tym momencie rosyjski BMD-4, wyposażony w armatę 100 mm 2A70, strzelającą pociskami odłamkowymi, armatę automatyczną 30 mm i karabin maszynowy PKTM kalibru 7,62 mm, oddaje kilka strzałów w stronę rowerzystki. W miejscu trafienia unoszą się kłęby dymu i chmury pyłu…
Prawie miesiąc później, kiedy Bucza została już wyzwolona, nasi żołnierze znaleźli na tym miejscu ciało kobiety w niebieskiej kurtce z napisem „Epicentr” i jasnych spodniach, leżące obok czarnego roweru. Jej noga była zniekształcona poważnym zranieniem, a z rękawa wystawała dłoń z zadbanymi paznokciami, pomalowanymi na wiśniowo-czerwono, z namalowanym serduszkiem na jednym z palców. Obok leżał betonowy słup uszkodzony przez wielkokalibrowy pocisk.

„Na nagraniu widać, że nie tylko ją zastrzelili — zwraca uwagę na szczegóły Nadija — jej noga też była uszkodzona, jakby odpadł jakiś fragment. W tym miejscu przejeżdżały czołgi, więc nie ma pewności, czy miała tylko rany postrzałowe…”.

Tymczasem córki, jeszcze 5 marca, zaniepokojone milczeniem matki, kontynuowały jej poszukiwania. Zadzwoniły do sąsiadów — ci powiedzieli, że Iryny nie ma w domu. Dziewczyny zaczęły rozważać, że może mama ukryła się przed ostrzałem w czyjejś piwnicy, zgubiła telefon albo zabrali go Rosjanie. Zaczęły publikować zapytania w mediach społecznościowych. I dopiero wtedy odpowiedział im wspomniany już Maksym Krywcow… Ale dziewczyny nie chciały wierzyć w to, co opublikował. Miały nadzieję, że stało się coś innego, fatalny zbieg okoliczności… No bo przecież ich mama nie mogła zginąć…

Dopiero 1 kwietnia, w dniu urodzin Iryny Filkiny, młodsza córka Olga otrzymała nagranie, które potwierdzało tożsamość: „Patrzyłam, widziałam, że to ona, moja mama… ale nie mogłam uwierzyć, że to ona. Ciało było zmasakrowane, leżało na dworze prawie miesiąc. Pierwsze, co zrobiłam, to zapytałam człowieka, który dał jej rower, czy to jego pojazd? Bo gdyby powiedział, że to nie jego rower, nadal szukałabym mamy… Dwukrotnie dowiedziałam się o śmierci mamy — pierwszy raz po zdjęciu, a drugi już oficjalnie. Czułam, jakby złamał mi się kręgosłup. Położyłam się i zapłakałam z bezsilności”.

Rodzina mogła pożegnać się z Iryną na jej własnym podwórku w Mychajliwce-Rubeżiwce 11 kwietnia… A po pewnym czasie córka Olga założyła fundację „Mama Ira”, bo tak przyjaciele i znajomi nazywali zmarłą Irynę Filkinę. Fundacja miała pomagać młodym rodakom, którzy ucierpieli z powodu wojny. „Chcę, aby zdjęcie jej ręki stało się symbolem nowych początków — mówi Olga. — Ten symbol mówi okupantom, że nawet jeśli mogą zrobić z nami, co chcą, nie mogą odebrać najważniejszego: miłości. Miłości, której oni nie mają”. I z gniewem dodaje: „Trzeba Europie udowodnić, co się u nas dzieje, bo jedno zdjęcie to za mało, słowa to za mało… potrzebują dowodów na papierze. Na papierze napiszą, że naprawdę cię zabili, i że to ludobójstwo. A kiedyś wydrukują to w podręcznikach do historii… Ale myślę, że gdyby w książkach do historii nie pisano tylko ‘suchych’ faktów z liczbami, ale udało się przekazać choć jeden procent tego, co teraz czują ludzie… nikt już więcej nie chciałby powtarzać tych krzykliwych haseł ‘możemy powtórzyć!’”.

Bucza, ulica Kijewo-Mirocka.

Na ulicy Kijewo-Mirockiej zginął dowódca grupy antydywersyjnej, 48-letni Witalij Karpenko. Został odznaczony medalami „10 lat Sił Zbrojnych Ukrainy”, „Za wsparcie w ochronie granicy państwowej Ukrainy”, „20 lat Niepodległości Ukrainy”, „Za obronę ojczyzny”. Pośmiertnie Witalij otrzymał medal „Obrońca Ojczyzny” oraz tytuł „Honorowego Obywatela Miasta Irpień”.

Bucza, ulica Instytucka.

Z opowieści mieszkańca Hostomela Nazara Petriuka:

5 marca jechałem z bratem ulicą Instytucką w Buczy. Brat prowadził biały samochód oznaczony symbolem Czerwonego Krzyża, a ja siedziałem z tyłu. Mijaliśmy lasek, gdy nagle usłyszałem strzał i pocisk przeleciał między moim lewym uchem a ramieniem. Natychmiast padłem na siedzenie, myśląc, że brat nie żyje. Strzały z daleka trwały nadal. Brat wrzucił wsteczny i zaczął manewrować, aż samochód uderzył w drzewo. Wtedy znów pomyślałem, że brat nie żyje. Na szczęście był tylko ranny w głowę. Jedno z jego oczu było całkowicie zakrwawione, a drugie mocno opuchnięte. Już nic nie widział. Mówiłem mu, dokąd jechać, i udało nam się uciec. Mój brat miał szczęście: kula snajpera trafiła tylko w skórę na głowie, zostawiając 5-centymetrową bliznę.

Bucza, ulica Puszkina.

Wiktor Honczar, który miał 55 lat, urodził się na Kijowszczyźnie. W młodości przeszedł przez wojnę w Afganistanie. Ostatnio pracował w Hostomelu jako główny inżynier w przedsiębiorstwie komunalnym „Błahozeleńbud”. Był pracowitym i życzliwym człowiekiem. Uwielbiał swoje dzieci — Witalija i Switłanę, a szczególnie wnuka Makara…

Jego życie przerwała wojna… „Rankiem 5 marca w Leśnej Buczy było spokojnie, i mój Ołeh (Ołeh Palamarczuk — były deputowany Rady Miejskiej Buczy oraz naczelnik KP „Hostomel KŻEP”) wyszedł z Wiktorem na ulicę, żeby zobaczyć, czy ktoś z sąsiadów nie potrzebuje pomocy — wspominała Tetiana Palamarczuk. — Nie przeszli kilku kroków, gdy zobaczyli na drodze wyrzutnię RPG-18 ‘Mucha’, która natychmiast wybuchła. Ołehowi urwało prawą dłoń. Zadzwoniliśmy po pogotowie, ale dyżurny lekarz odpowiedział: ‘Nie dojedziemy, bo trwają ostrzały’.

Wiktor, nie zastanawiając się długo, uruchomił swój samochód, i razem z nim wsiedliśmy. To, co zobaczyliśmy po drodze do szpitala, wstrząsnęło nami. Wszędzie były rozbite i spalone samochody, leżały ciała cywilów, zwłoki psów i kotów. W okolicy szkoły nr 5 otwarto do nas ogień z broni palnej”.

Potem doszło do tragedii. „Ołeh wyskoczył z samochodu i powiedział żonie: 'Uciekajcie do domu!’ — opowiadał kierownik oddziału traumatologii szpitala Petro Ksienyk. — Ale nie wiedział, że jego żona została ranna, a kierowca (czyli Wiktor Honczar) już nie żył. Ołeh z urwaną ręką dobiegł do nas na oddział. Niestety, konieczna była amputacja na poziomie środkowej części przedramienia. A jego żona, jak się później okazało, całą noc leżała na ulicy obok tego samochodu, bo była ranna w udo. Nikt nie mógł jej dowieźć do nas. Dopiero następnego dnia, nie wiem kto, przetransportował ją do ambulatorium, które działało. Tam udzielono jej pomocy”.

Osiedle Stojanka.

Przed emeryturą Jurij Aleksiejew był oficerem oddziału specjalnego. Kiedy rozpoczęła się pełnoskalowa wojna, ze względu na stan zdrowia nie przyjęto go do armii. W związku z tym mężczyzna wstąpił do obrony terytorialnej Buczy. Wraz z towarzyszami pomagał cywilom w ewakuacji, informował o dyslokacji wojsk rosyjskich i pełnił służbę na punkcie kontrolnym w pobliżu osiedla Stojanka, gdzie miał domek letniskowy i dokąd przywiózł swoją małą córkę. W tym samym czasie jego żona całodobowo ratowała rannych w szpitalu w Buczy.

Jak opowiadali przyjaciele byłego funkcjonariusza, wieczorem 5 marca Jurij również poszedł pomagać rannym ludziom, a potem zniknął…

Jego zmasakrowane ciało odnaleziono dopiero w kwietniu. Okazało się, że Rosjanie wzięli go do niewoli, brutalnie torturowali, a potem rozstrzelali. Dwudziestego szóstego kwietnia bohater został pochowany na jednym z cmentarzy w Buczy, a następnie, 7 marca 2023 roku, jego prochy zostały przeniesione na Aleję Bohaterów, znajdującą się na cmentarzu przy ulicy Deputackiej nr 1.

Jurij Lwowicz został pośmiertnie odznaczony „Orderem Ochotnika”.

 

ALEKSANDRA TABACZYŃSKA: Kłamliwy atak na dyrektor CMWP SDP

Powołując się na Statut, a dokładniej na szacunek dla poglądów wszystkich członków SDP jednocześnie odmawia się tego dyrektorowi Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP dr Jolancie Hajdasz. Ostatnie siedem lat działalności pokazało, że CMWP stało się mocnym, merytorycznym i niezależnym ośrodkiem opiniotwórczym w polskim systemie prasowym. Bez wątpienia jest istotnym partnerem do współpracy dla mediów, licznych instytucji, wydawnictw czy uczelni. Jak się okazuje, rodzi to nieuzasadnione ataki personalne i zawiść, na co nie może być zgody.

Z prawdziwym zażenowaniem i ubolewaniem, przeczytałam kłamliwy atak na dr Jolantę Hajdasz, dyrektor CMWP SDP, opublikowany na stronie Oddziału Warszawskiego SDP, tydzień przed zjazdem sprawozdawczo-wyborczym Stowarzyszenia.  CMWP, w tej formie jaką teraz widzimy, działa już siedem lat. To aż nadto, aby przedstawić swoje ewentualne uwagi czy prosić o wyjaśnienie wątpliwości czy to bezpośrednio z dr Hajdasz, czy choćby za pośrednictwem Zarządu. Wyliczanka rzekomych zarzutów świadczy, że autor albo nie ma rozeznania o czym pisze, albo celowo wprowadza w błąd czytelnika.

Działania dyrektor Centrum i jednocześnie wiceprezes SDP, zawsze miały wsparcie Zarządu Głównego między innymi w postaci uchwał, które o ile pamiętam zatwierdzane były jednogłośnie. Nie mam wątpliwości, że Zarząd Główny w pełni identyfikuje się z aktywnością Jolanty Hajdasz i jest dumny z rangi i renomy jaką wypracowała stojąc na czele CMWP. Podobnie zresztą jak dziennikarze, których konsekwentnie broniło i broni dalej Centrum, bez względu na ich przynależność do Stowarzyszenia.

Efekty merytorycznej pracy szefowej CMWP SDP oraz wdzięczność, którą wielokrotnie wyrażali wspierani dziennikarze można zobaczyć podczas ostatniej konferencji „W obronie dziennikarzy i wolności słowa”, która  w całości, od chwili rozpoczęcia była transmitowana na portalu sdp.pl, a pełny zapis wydarzenia można zobaczyć także do dziś TUTAJ.

Aleksandra Tabaczyńska

Skarbnik SDP

Kibeho Radio Maria. Korespondencja MARII GIEDZ z Rwandy

Wędrując po Kibeho, górskiej miejscowości położonej na wysokości prawie 2000 m n.p.m., czyli na takiej samej jak nasz tatrzański Kasprowy, znanej w całej Afryce i nie tylko, jako jedyne, oficjalnie uznane przez kościół miejsce Objawień Maryjnych, zauważyłam na jednym z budynków stojących przy głównej ulicy napis: Radio Maria.

Nazwa nieco inna, bo pisana przez „i” krótkie, a nie „y” – jak w Polsce, więc zaintrygowana weszłam do środka. Tuż przy wejściu zauważyłam tablicę z napisem:

Fot. Maria Giedz

Ten kamień węgielny został poświęcony przez Ekscelencję mgr. Filipa Rukamba biskupa Diecezji Butare i Przewodniczącego Konferencji Episkopatu Rwandy w uznaniu za hojności słuchaczy Radia Horeb i innych rozgłośni Radia Maria. Święto Matki Bożej w Kibeho, 15 września 2016 r. Jubileusz Miłosierdzia.”

Co to takiego? Radio Horeb jest przecież katolicką stacją radiową w Bawarii (Niemcy). Co prawda przynależną do Światowej Rodziny Radia Maria, ale..? Utrzymuje się wyłącznie z darowizn. Treści audycji tego radia zgodne są z nauką Kościoła katolickiego. Niemieckie radio w Kibeho – nieco dziwne? Czyżby wyrzuty sumienia kolonialistów? Rwanda w latach 1890 r. – 1916 r. była niemiecką kolonią – Niemiecką Afryką Wschodnią, potem przejęli ją Belgowie. Na dodatek poświęcenia, a raczej położenia kamienia węgielnego i poświęcenia go pod siedzibę Kibeho Radio Maria dokonano w dniu święta Matki Bożej Bolesnej zwanego też świętem Siedmiu Boleści Maryi, a przecież najważniejszą datą dla Kibeho jest 28 listopada, gdyż objawienia rozpoczęły się i zakończyły właśnie 28 listopada (1981 r. – 1989 r.), mimo że trwały 8 lat. Dwa lata później, już 28 listopada 2018 r. Kibeho Radio Maria zainaugurowało swoją działalność. Podstawowym zadaniem tego Radia jest upowszechnianie na cały świat orędzia Matki Słowa – tak nazywana jest Matka Boska z Kibeho. Bowiem Maryja, podczas objawień w Kibeho powiedziała do trzech dziewcząt, że jej orędzie jest przeznaczone dla całego świata.

Kibeho, w tym budynku, za wysokim ceglanym płotem znajduje się siedziba Kibeho Radio Maria. Fot. Maria Giedz

Żadnego stróża, recepcji. Wchodzę na piętro. Drzwi do pomieszczeń pozamykane. W kilku miejscach nad drzwiami zauważyłam podświetlony napis: ON AIR – czyli „na antenie”, więc nawet nie próbuję wejść. Wreszcie jakieś otwarte drzwi. Za konsoletą siedzi młody człowiek. Włada biegle francuskim i angielskim, co w Rwandzie należy do rzadkości, jakby ukończył najlepszą uczelnię na świecie. Jest jednocześnie dziennikarzem i operatorem technicznym. Nie chce się przedstawić, prosi o nieujawnianie ani jego imienia ani jego twarzy. Jednak przyznaje się do ukończenia studiów na uniwersytecie katolickim w Wielkiej Brytanii na wydziale komunikacji medialnej. Ponieważ jest Rwandyjczykiem, to wrócił do swojego kraju i pracuje w prywatnej maleńkiej, lokalnej rozgłośni utrzymującej się z datków. Jest tu ich dwóch: realizator, a raczej szef programu i on – pracują na zmianę.

Okazuje się, że w Rwandzie funkcjonuje Radio Maria Rwanda – nie należy go mylić z nadającym w Polsce Radiem Maryja. To tutejsze, czyli rwandyjskie przynależy do Światowej Rodziny Radia Maria utworzonej w 1998 r. Natomiast w Kibeho istnieje Kibeho Radio Maria, będące rozgłośnią autonomiczną. Można powiedzieć, że działa nieco podobnie jak telewizja EWTN Polska, czyli Telewizja Wiekuistego Słowa. Zajmuje się wyłącznie transmisjami najróżniejszych uroczystości w Sanktuarium Maryjnym w Kibeho. Czyli są to transmisje Mszy Świętych, Mszy pielgrzymkowych, Drogi Krzyżowej, Różańca, wspólnotowych modlitw w miejscu objawień. Czasem są to też wywiady, np. z Nathalie Mucamazimpaka, jedyną wizjonerką nadal żyjącą w Kibeho. W radio tym nie ma typowych informacji. Co ciekawe nie można niczego wysłuchać przez internet, a jedynie za pośrednictwem Radia Maria Rwanda, albo Radio Maria Włochy, czy inny kraj.

Trochę wiąże się to z brakiem internetu, który niby jest, a właściwie go nie ma. Nawet, jeśli gdzieś znajduje się ruter, to nie oznacza, że będzie internet. Przykładowo, siostry Pallotynki mają zarówno u siebie, jak i w hoteliku dla pielgrzymów Wi-Fi i co z tego? Mieszkając u nich nadal korzystałam z rwandyjskiego telefonu komórkowego, działającego na zasadzie serwera, rutera… i nie zawsze mogłam się połączyć np. z Polską. Na stronie Radia (Kibeho Radia Maria) znalazłam zdjęcia pielgrzymów z Tanzanii, ale bezpośredniej transmisji Mszy Św. z ich uczestnictwem nie było. Widziałam tych pielgrzymów, zrobiłam im nawet zdjęcie podczas porannej Mszy Św. w jedną z niedziel. A na stronie Radia jest tylko zdjęcie ich grupy. Wygląda na to, że osoba, która rejestruje uroczystość, zazwyczaj telefonem komórkowym, dopiero później wrzuca zdjęcia, nagranie do serwera Radia Maria Rwanda, a stamtąd przekaz idzie w świat. Owe transmisje są w różnych językach, zazwyczaj w kinyarwanda. Jednak językiem, którym posługuje się większość duchowieństwa rwandyjskiego jest francuski. Ma to związek z kolonizacją Rwandy przez Belgów w latach 1916 r. – 1961 r. Nauka języka francuskiego w szkołach obowiązywała do wojny w 1994 r.(chodzi o wojnę domową i ludobójstwo). Nowe władze, już po wojnie, wprowadziły do szkół język angielski. Stąd młodsze pokolenie, jeśli zna jakiś europejski język, to angielski, starsze francuski.

Telewizję w Rwandzie niewiele osób ogląda, bo trzeba kupić odbiornik, mieć w domu prąd, podłączyć go do „talerza” – kablówki tu nie ma, no i opłacić abonament. Za radio nie płaci się abonamentu, a co najważniejsze do jego słuchania wystarczy komórka. Ciekawostką jest również to, że ludzie chętnie słuchają rozgłośni katolickiej, bo jest tam dobra muzyka, są modlitwy… Rwandyjczycy są bardzo religijni, pobożni, a ich wiara wynika z wielowiekowej tradycji wiary w jedynego Boga (Imana), chociaż chrześcijaństwo w tym kraju istnieje dopiero 124 lata, a więc są chrześcijanami z drugiego wieku.

Od „tajemniczego” dziennikarza dowiaduję się, że oprócz transmisji Mszy Św. i modlitw w wersji kinyarwanda raz w tygodniu Kibeho Radio Maria nadaje audycje po hiszpańsku z myślą o słuchaczach z państw Ameryki Łacińskiej, po francusku dla Frankofonów, a nawet po angielsku, nie tylko do narodów anglojęzycznych, ale też – co ciekawe – do Słowaków. Tak, tak, do Słowaków, którzy w znacznym procencie są katolikami i za sprawą słowackich pallotynów dość licznie przybywają do Kibeho w dniu 28 listopada, w rocznicę objawień maryjnych. Wyraźnie odróżniają się od innych grup pielgrzymkowych, gdyż na tę okazję wkładają swoje góralskie stroje.

Kibeho, niewielkie studio Radia Maria. Fot. Maria Giedz

W Radio są również rozmowy np. o zdrowiu w kontekście wiary, czy takie programy, jak Tok Show na tematy religijne, głównie skupione wokół znaczenia objawień Matki Boskiej. 28 listopada, w rocznicę rozpoczęcia objawień, kiedy to Maryja w swoich orędziach wzywała do modlitwy, nawrócenia i postu, odbywają się centralne uroczystości, które transmituje Światowe Radio Maria. Ten dzień jest wyjątkowy. Sanktuarium Matki Bożej, prowadzone przez księży pallotynów przyciąga wiernych z całego świata. Rwandyjczycy, mimo, że od ludobójstwa minęło już 30 lat, nadal u stóp Maryi szukają ukojenia bólu. Pamiętają tragedię, żyją z tą traumą. Nie chcą o niej mówić, ale modlitwa do Matki Bożej jest ważnym elementem ich codziennego życia, co widać również w wysoko położonych górskich wioskach.

Kibeho Radio Maria nadaje przez 24 godziny. Między godz. 8 a 19 są to audycje bazujące na uroczystościach religijnych, inaczej mówiąc jest to kanał ewangelizacyjny, ale nie po to, aby nawracać, tylko wyjaśniać. W nocy nadawana jest jedynie muzyka.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Kibice przemocy

Ci, którzy twierdzą, że liberalne czy prorządowe media nie patrzą Donaldowi Tuskowi na ręce nie mają racji. Patrzą i domagają się więcej. Zaczęły spełniać podobną rolę do publiczności walk gladiatorów domagającej się od ukochanego cezara coraz krwawszych widowisk i zagrzewającej go do ich organizacji. 

Epopeja walki z immunitetem Marcina Romanowskiego ma pewną charakterystyczną cechę, podobną do innych tego typu historii z niedawnej przeszłości, która jest – mam wrażenie – mało opisana. A zasługuje na taki opis i w sumie solidną dokumentację. Nie chodzi o cofanie immunitetu byłego wiceministra przez Radę Europy pod naciskiem polskiego rządu, ani nawet wracanie do starych zarzutów. Ponoć jest to niezgodne z procedurami, ale czymże są procedury w czasach demokracji walczącej o praworządność, gdzie prawa stanowi nie jego litera, a opinie zblatowanych z władzą kancelarii. Chodzi o rolę mediów.

Osobom z pewną choćby dozą krytycyzmu patrzącym na postępy tej władzy w umacnianiu demokracji i zwalczaniu wrogów ludu, z reguły rola mediów głównego nurtu jawi się jako reaktywno-wykonawcza. Dobrym przykładem była sprawa byłego szefa Orlenu. Oto służby podległe premierowi wygrzebują nagromadzone po poprzednikach nagrania. Wyciągają bez składu z tego trochę urywków. Tu jakieś przekleństwo, tu o kimś coś nieładnie, i wrzucają „dziennikarzowi” temu co zawsze. Ten składa z tego jakieś chaotyczne story, którego kawałkami od rana zachwycają się telewizje. W południe występuję premier i mówi o aferze stulecia, tysiąclecia, że nie popuści. Potem funkcjonariusze medialni urządzają dziką orgię poparcia dla słusznego gniewu wściekłego Tuska i nienawiści do jego wrogów. Jeśli uda się doprowadzić do autentycznego aresztowania to orgia jest jeszcze większa. Szczytowym przykładem jest radość w stylu nieocenionego w takich sprawach Wielińskiego zachwycającego się, że w brytyjskim więzieniu, gdzie w areszcie przebywa były szef Rządowej Agencji Rezerw Materiałowych, siedzą także gwałciciele i mordercy.

Zresztą funkcjonariusze spełniają też czasem doniosłą rolę na innych niż bezpośrednio medialny frontach. Weźmy chociażby najazd służb Tuska na pałac prezydencki na początku roku, czyli słynne zatrzymanie Wąsika i Kamińskiego. Kolumna głowy państwa została w tym czasie zablokowana przez zupełnie przypadkowo zepsuty autobus miejski. O tym, że autobus miejski zupełnie przypadkowo się zepsuł, zaświadczył pracownik tej co zawsze telewizji, który zupełnie przypadkowo się w tym autobusie zajmował.

Mam jednak wrażenie, że oprócz tych jakże ważnych społecznie ról wspierania władzy, szczucia w jej imieniu i krycia jej, gdy trzeba, nasze „wolne media” spełniają jeszcze jedną nieocenioną rolę. To one popychają ją do naruszeń, szczególnie w obszarze podpuszczania do coraz ostrzejszej przemocy wobec przeciwników. Drwiny z księdza Olszewskiego, kłamstwa o tym, że „ukradł sto baniek”, a także nieustanne oburzenie, że niedostatecznie wiele osób jeszcze wsadzono, że nadmiernie demokracja walcząca przejmuje się jeszcze resztami jakichkolwiek przepisów, immunitetami, procedurami, domniemaniami niewinności. Prorządowe publikatory i ich funkcjonariusze spełniają rolę najbrutalniejszych kibiców żądających od władzy coraz to brutalniejszych ruchów, także w stosunku do innych mediów, celuje w tym oczywiście Czerska, a władza zaspakaja ich marzenia.

Zastanawiałem się, czy było tak jeszcze niedawno. Jednak nie. TVP Jacka Kurskiego jechała po Tusku, kpiono z KOD i atakowano Czerską, niemieckie media, TVN. Ale już choćby kwestie repolonizacji czy opodatkowania TVN budziły dyskusje i wątpliwości. W czasie rządów PiS doszło do kilku aresztowań polityków czy menadżerów związanych z PO. Czy zatrzymaniu Jacka Krawca, byłego szefa Orlenu, towarzyszyła medialna orgia? Nawet słynne omdlenie mecenasa Giertycha budziło powszechne politowanie, ale nie przypominam sobie aż takiego wzmożenia. PiS miał swoje narracje i swoich narratorów, nierzadko nadgorliwych, niektórych także godnych miana funkcjonariuszy, ale nie przypominam sobie, żeby któryś z nich otwarcie życzył komuś z opozycji gwałtu w więzieniu albo w urbanowskim stylu kpił z ewidentnie umęczonego więźnia.

Skąd ta różnica? Mam swoją własną teorię, że dziennikarze z Czerskiej i Wiertniczej jako dzieci raczej nie chodzili na religię i do kościoła. A nawet jak ktoś już dawno zapomniał o tym, co tam mówiono, co dotyczy większości dziennikarzy tak zwanej prawicy, to kilka zasad czasem gdzieś w tyle czachy każdemu zostaje. Miedzy innymi to, że pasienie się sadystyczną nienawiścią do innych, kiedy mają problemy, w dłuższej perspektywie nie popłaca.  A może i wytłumaczenie jest inne. Takie, że zbiorowa agresja i nienawiść to przede wszystkim domena tchórzy i ludzi słabych. Więc i o nich trzeba czasem może pomyśleć z litością, by nie być jak oni? Nie jest to łatwe uczciwie mówiąc. Jest to nawet, szczególnie dziś, cholernie trudne.

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Tusk wydaje dekret. Jak Bierut

W nomen omen powodzi złych informacji wiele może nam umknąć. Zdążyliśmy się również przyzwyczaić do nowej hierarchii aktów prawnych w tym co nam zostało po Polsce, w ramach której najwyższe prawo stanowi wściekłość Donalda, nieco niżej stoją komunikaty Bodnara, paski TVN, a potem opinie „autorytetów prawnych” i na szarym końcu uchwały Sejmu. Furda tam konstytucja czy ustawy.

Ale pojawił się też zupełnie nowy element. Pojawił się tuż po orzeczeniu Izby Karnej Sądu Najwyższego, która orzekła, że Prokuratorem Krajowy jest nadal Dariusz Barski, a nie bodnarowiec Dariusz Korneluk. Tam się w ogóle pojawiło wiele ciekawych elementów, bo Izba Karna do chwili wydania tego wyroku była przez „administrację” Tuska uznawana, a jej orzeczenia honorowane. Ba, sam Dariusz Korneluk mówił w wywiadzie, że „Sprawa umocowania Prokuratura Krajowego zostanie definitywnie – jak sądzę – zakończona w Sądzie Najwyższym z końcem września”. Więcej, na rozprawie prokuratorzy Bodnara byli w przepisowych togach i zwracali się do sędziów Sądu Najwyższego per „Wysoki Sądzie”. A i tak, po wydaniu wyroku nie po myśli Bodnara i Tuska, sędziowie Sądu Najwyższego zostali „neosędziami” (chociaż mają za sobą po 20 – 30 lat orzekania), a ich wyrok stał się nie wartym honorowania.

Nowy element

Ale to wszystko już wiemy. Mam jednak wrażenie, że umyka nam zupełnie nowy element w narracji Koalicji 13 grudnia, a co za tym idzie w erzacu systemu prawnego, który nam funduje – Osobiście widziałem dekret, w którym premier powołał Dariusza Korneluka na wniosek prokuratora generalnego na jego pierwszego zastępcę, czyli prokuratora krajowego – mówił na briefingu prasowym „rozwiewając wątpliwości” neo-rzecznik neo-Prokuratury Krajowej Przemysław Nowak. Nie wierzyłem własnym uszom. Byli też tacy, którzy mnie przekonywali, że raczej się przejęzyczył, że to nie możliwe, ale nie, sam Korneluk w wywiadzie dla neo-TVP Info powtórzył – dysponuję dekretem Prezesa Rady Ministrów, który powierzył mi pełnienie obowiązków Prokuratora Krajowego w marcu bieżącego roku – no powierzył – ktoś powie – ale o co chodzi?

Otóż proszę Państwa w obowiązującym systemie prawnym w Polsce NIE ISTNIEJE POJĘCIE DEKRETU. Z małym wyjątkiem, rozporządzenia z mocą ustawy ma prawo wydawać Prezydent RP wyłącznie podczas obowiązywania stanu wojennego. I to tylko  w przypadku jeśli nie może zebrać się Sejm. Oczywiście nie jestem prawnikiem, niech mnie ktoś poprawi, ale zapytałem profesora prawa Krystynę Pawłowicz. – Konstytucja RP z 1997 roku nie przewiduje możliwości wydawania aktów prawnych o nazwie „dekret” przez żaden organ – odpowiedziała.

Jak Bierut

Czy Państwo rozumieją powagę sytuacji? Dekretów nie ma w polskim prawie. Dekrety są narzędziem dyktatorów. W Polsce ostatnio dekrety wydawał bodaj Bierut. A najbliższe nam geograficznie państwo, w którym rządzi się przy pomocy dekretów to Rosja, w której dekretami posługuje się Władimir Putin. Kto dał Tuskowi prawo wydawania dekretów?

Być może mówiący o „metodzie putinowskiej” Jacek Żakowski miał o wiele więcej racji niż by sam sądził.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Towarzyszka Senyszyn przegrała proces z rodzinami Żołnierzy Wyklętych

Stowarzyszenie Rodzin Żołnierzy Wyklętych wygrało w sądzie proces z Joanną Senyszyn. Ma nas przeprosić i skasować wpisy obrażające Żołnierzy Wyklętych. Pozew złożyliśmy w kwietniu 2019 r., wspierani przez Redutę Dobrego Imienia Macieja Świrskiego.

Wtedy też uzasadniałem: „Sytuacja zmusiła nas do reakcji. Towarzyszka Senyszyn wielokrotnie w sposób kłamliwy i skandaliczny wypowiadała się o członkach naszych rodzin, którzy nierzadko w walce o wolność i suwerenność Polski poświęcali życie. Mimo wielu ostrzeżeń nie zaprzestała swoich ataków, a nawet się nasilały”.

Przedmiotem pozwu było 13 postów, które ówczesna posłanka lewicy zamieszczała od 2014 r. na swoim profilu na Twitterze. W jednym z nich Senyszyn pisała: „Wyklęci to nie żołnierze, a bandy wyrzutków społecznych, nierobów i frustratów czekających na III WŚ. Zamordowali 5 tys. cywilów, w tym 187 dzieci, grabili, gwałcili, torturowali, zastraszali Polaków odbudowujących kraj. Ich święto to jawna kpina z obywateli RP. Będzie zniesione”.

Jak informowała nasza pełnomocniczka, adwokat Monika Brzozowska-Pasieka, domagaliśmy się od Joanny Senyszyn usunięcia wpisów, umieszczenia przeprosin na jej profilu w mediach społecznościowych oraz wpłaty zadośćuczynienia w wysokości 100 tys. zł na rzecz stowarzyszenia (wywalczyliśmy 10 tysięcy).

Rok temu, we wrześniu 2023 r., Sąd Okręgowy w Gdańsku przesłuchał czterech członków rodzin Żołnierzy Wyklętych:

Ja zeznawałem jako syn porucznika Tadeusza Ludwika Płużańskiego, ochotnika wojny obronnej 1939 r., żołnierza Tajnej Armii Polskiej, w latach 1940-1945 więźnia niemieckiego KL Stutthof, po wojnie oficera wywiadu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie gen. Władysława Andersa i bliskiego współpracownika rtm Witolda Pileckiego, skazanego przez komunistów na karę śmierci.
Podkreślałem, że pozwana jest osobą publiczną i jej wpisy miały duże zasięgi oraz wpływ na opinię publiczną, a Senyszyn stanowi wzorzec dla jej środowiska politycznego. Nieprzypadkowo wpisy pojawiały się w okolicach 1 marca, Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, aby zohydzić polskich niepodległościowców, a Senyszyn powiela komunistyczną propagandę, na podstawie której byli represjonowani i mordowani. Uzasadniałem, że poczułem się dotknięty i obrażony tymi wpisami, bo pozwana, atakując Żołnierzy Wyklętych atakowała mojego ojca.

Później zeznawała Maryla Ścibor-Marchocka, córka Stanisława Pełko Ścibor–Marchockiego, który działał w podziemiu antykomunistycznym na terenie Żuław i Pomorza Gdańskiego, aresztowanego w 1949 r., więźnia komunistycznych katowni.

„W momencie, kiedy słyszałam wypowiedzi pani Senyszyn, to było jak uderzenie w twarz” – mówiła Ścibor-Marchocka. Porównała wypowiedzi profesor Senyszyn do języka, którym posługiwali się oprawcy, którzy przesłuchiwali m.in. jej ojca.
„W dzieciństwie słyszałam, że jestem córką bandyty, więc to dla mnie jest jak powtórzenie tego, co wtedy przeżyłam. Wpisy Senyszyn są dla mnie bolesne i obraźliwe”.

Świadek podkreśliła, że zasięg wypowiedzi pozwanej, jako osoby publicznej, jako parlamentarzysty, powodował, że znów bardzo wiele osób mówiło: „A może jednak twój ojciec był bandytą?”.

Trzecią zeznającą była Aleksandra Moroń, córka st. sierż. Tadeusza Przewoźnika ps. „Kuba” oraz bratanica zastępcy kpt. Henryka Flamego, kpt. Jana Przewoźnika ps. „Ryś”, który w wieku 21 lat zginął w ubeckiej operacji „Lawina”.

Moroń podkreślała, że Senyszyn nazywa Żołnierzy Wyklętych bandytami, a oni byli bohaterami: „Z wielki ubolewaniem czytam wpisy pani Senyszyn, która ma wyższe wykształcenie, tytuł profesorski” – stwierdziła.

Ostatni zeznawał Zbigniew Człowiekowski, syn Kazimierza Człowiekowskiego ps. „Niemsta”, członka Narodowej Organizacji Wojskowej i Armii Krajowej, więźnia sowieckich łagrów, zabitego w 1954 r. w zasadzce zorganizowanej przez funkcjonariuszy UB w Krośnie.

„Dla mnie to były osobiste zranienia” – ocenił wpisy Senyszyn.

Miesiąc później, w październiku 2023 r. zeznania złożył Dariusz Żurek, syn Jana Żurka, ps. „Czarny”, oraz Maria Wanat, córka Kazimierza Człowiekowskiego.

Dariusz Żurek wskazał, że po ponad trzydziestu latach wolnej Polski kwestie dotyczące Żołnierzy Wyklętych zostały wyjaśnione, a ich wkład w walkę o Polskę powinien zostać doceniony.

Żurek przedstawił postać ojca, który w styczniu 1940 r. został wywieziony na przymusowe roboty do Niemiec. Po powrocie do ojczyzny widział zbrodnie dokonywane przez żołnierzy sowieckich (morderstwa, gwałty, kradzieże), dlatego zaangażował się w walkę z okupantem sowieckim i prawdopodobnie w lutym 1946 r. wstąpił do oddziału, którym dowodził Stanisław Panek, ps. „Rudy”.

Oddział rozbijał posterunki Milicji Obywatelskiej i likwidował konfidentów oraz szczególnie niebezpiecznych „utrwalaczy” władzy ludowej. Dokonywane były również rekwizycje w urzędach i spółdzielniach. Doszło do bardzo spektakularnych akcji przeciw Sowietom, jak akcja „Czastary” (zatrzymanie pociągu i rozstrzelanie jadących nim żołnierzy sowieckich), akcja pod Ochędzynem (zatrzymanie kolumny samochodów sowieckich i zarekwirowanie przez partyzantów gotówki).

Powód zeznał, że Jan Żurek został aresztowany w Chobaninie, po donosie konfidenta, oraz że przeszedł ciężkie śledztwo. Uniknął grożącej mu kary śmierci i został skazany na karę 12 lat więzienia. Ostatecznie orzeczeniem Zgromadzenia Sędziów Najwyższego Sądu Wojskowego został zwolniony w lutym 1955 r. po zaliczeniu siedmiu lat i dwóch miesięcy więzienia.

Na pytanie strony pozwanej, czy Żołnierze Wyklęci dopuszczali się pospolitych przestępstw, powód odpowiedział, że w świetle ówczesnego prawa wszelkie wystąpienia przeciwko władzy były przestępstwem.

Kolejne zeznania złożyła Maria Wanat, córka wspomnianego Kazimierza Człowiekowskiego, ps. „Niemsta”, która mówiła: „Opinie Joanny Senyszyn osobiście bardzo mnie dotknęły, ponieważ jestem córką Żołnierza Wyklętego, który walczył w czasie okupacji o Polskę, o naszą wolność, a po wojnie został zamordowany przez UB (w 1954 r.). Podanie do wiadomości, że wszyscy Żołnierze Wyklęci mordowali, gwałcili, zabijali dzieci, kobiety, jest wysoce niewłaściwe”.

Powódka wskazała również, że jest w posiadaniu 36 teczek opracowanych przez funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa, które opisują antypaństwową działalność Kazimierza Człowiekowskiego, a także wskazują, iż społeczeństwo Podkarpacia pomagało Żołnierzom Wyklętym.

Maria Wanat wspominała o swoich dramatycznych doświadczeniach, m.in. prześladowaniach czy przesłuchiwaniach przez funkcjonariuszy, którzy starali się wymusić na niej podanie informacji, gdzie ukrywa się jej ojciec. Mówiła, że jej rodzina była represjonowana, oraz że przez lata była nazywana córką bandyty.
Podkreślała, że mocno przeżyła zapoznanie się z wpisami Joanny Senyszyn, że nie zostało w nich podane nazwisko konkretnej osoby, tylko uogólnienie, że wszyscy Żołnierze Wyklęci to złodzieje, bandyci, nieroby, którzy mają być na śmietnisku. „To mnie najbardziej boli, bo przez lata starano się w szkołach przedstawiać Żołnierzy Wyklętych, tych, którzy walczyli za ojczyznę, jako popiół, a komunistów jako błyszczący diament. Historia pokazała, że to nieprawda: Żołnierze Wyklęci nie są popiołem – mówiła Maria Wanat.

WALTER ALTERMANN: Język – błędy nasze i naszych wybrańców

Błędy językowe popełniamy wszyscy, maluczcy i wielcy. Maluczkim, przeciętnym ludziom należy ich językowe niedoskonałości wybaczać, bo wiedząc o swej przeciętności nie pchają się na afisz i nie straszą publiki potworkami językowymi.

Od naszych „wybrańców” jednak, czyli od senatorów, posłów, ministrów prezydenta kraju, prezydentów i burmistrzów należy wymagać więcej. Także od dziennikarzy, bo też pracują w sferze publicznej.

Pogrzebówka

Kupuję w sklepie przy cmentarzu znicze. Obsługuje mnie młoda kobieta. Naraz z zaplecza sklepu wychodzi starsza kobieta i wręcza młodej wiązankę, mówiąc „Tu masz tę pogrzebówkę”. Pytam  młodą czym jest pogrzebówka. Odpowiada: „A to taka wiązanka na pogrzeb”. I uśmiecha się przepraszająco, bo wie, że to dziwaczna nazwa.

Ale tak to bywa, że w wewnętrznym języku, chcąc do minimum ograniczyć mówienie – bo czas leci, a pracy dużo – mówimy skrótami. I zamiast powiedzieć „Masz tu wiązankę pogrzebową”, mówimy – „Masz pogrzebówkę”.

Ta „pogrzebówka” jest niezamierzenie śmieszna, ale funkcjonalna. Natomiast od naszych dziennikarzy, posłów, prezydentów, ministrów, a nawet radnych wymagać powinniśmy znacznie więcej niż od pań ze stoiska. Bo oni stają naprzeciw narodu i nie powinni mówić skrótami. Albowiem oni w mediach, w Sejmie i Senacie nie tylko mówią do swoich kolegów i „niekolegów” z opozycji, mówią do nas wszystkich – i uczą nas, naród, że możemy mówić byle co i byle jak.

Co oddaje poseł?

26 09 2024 r., w czasie posiedzenia Sejmu, poseł partii „Polska 2050”, Mirosław Suchoń powiedział: „Oddajemy szacunek tym, którzy pomagali powodzianom”.

Aż zazgrzytało w zębach, bo składnia jest okropna. Szacunek można komuś okazywać, ale nie – oddawać. Oddawać można cześć. Wiem, że bardzo wiele osób uważa, iż się czepiam, że to mało ważne, bo przecież wiadomo o co chodzi. Otóż nie. Bo inaczej dojdziemy do tego, że kiedyś jakiś poseł chcą okazać komuś szacunek powie z trybuny sejmowej: „Jesteście w pytę. Buźka”.

Estymacja premiera

W Sejmie, 26 09 2024 roku, premier Donald Tusk, w czasie posiedzenia na temat powodzi powiedział: „Będziemy niebawem mieli estymację strat powodziowych, jeszcze niepełną, ale będziemy mieli”.

Czym jest estymacja, która, według premiera ma nam wszystko wyjaśnić? Według słowników jest to oszacowanie, szacunek wstępny, przybliżony. W języku elit estymacja wzięła się z matematyki, potem z ekonomii. Czyli premier mówił, że niedługo będziemy wiedzieli jak duże są, w przybliżeniu, straty, będące skutkiem powodzi.

Myślę, że premier, jak cały nasz parlament, chce być lepszy od zwykłych ludzi, z ich zwykłą polszczyzną. No i brzmi ta estymacja tak, że niewielu wie o co chodzi. To też jest celowe, żeby naród nie spoufalał się z władzą, żeby jednak jakiś dystans był. Demokracja demokracją, ale nie za pan brat świnia z sołtysem.

Animacja rynku

W czasie dyskusji w Sejmie o polskim rynku rolnym, pewien poseł stwierdził: „Chodzi o animację popytu na pasze”. Po czym przedstawił propozycje, które doprowadzą do tego, że rynek pasz w Polsce odżyje.

Dlaczego poseł nie powiedział, że chodzi mu o ożywienie rynku, zwiększenie popytu, o przywrócenie rynkowi pasz jego ważnej roli w rolnictwie? Z tego samego powodu, z którego Donald Tusk mówił o estymacji. Bliższe wyjaśnienia powyżej. A koniec końców – estymacja, animacja świadczą o klasie mówcy, a o ożywieniu, o szacunkach może mówić każdy prostak. Jak to drzewiej mówiono? „Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”.

Na sztabie, na Sejmie, na odprawie

W czasie, gdy rząd zbierał się, jako sztab kryzysowy, we Wrocławiu, wszyscy dziennikarze i wszyscy politycy mówili jednym głosem, a mówili tak: „Na sztabie”.

A przecież po polsku powinno być: w czasie zebrania sztabu, w czasie obrad sztabu. Niestety „na” robi chorą karierę. Mamy „na Sejmie” – a przecież na Sejmie jest tylko nasza flaga. Mamy też „na komisji” – a poprawnie powinno się mówić „w czasie obrad komisji”.

Łatwo, szybko i bez sensu. Piszę o tym, bo mam już pewność, że jak nasi dziennikarze i politycy mówią, tak i myślą – pobieżnie, po łebkach, szybko, niedokładnie i nieprecyzyjnie.

Składnia

TVP Info, 28. 09. 2024 r. Młoda dziennikarka przedstawiając kłopoty z budową w Łodzi tunelu dla pociągów, mówi: „Informowaliśmy już to państwu”.

Czyli dziennikarka nie wie, że informować można o czymś. Natomiast można powiedzieć: mówiliśmy to już państwu. Albowiem… informowanie i mówienie to nie są identyczne słowa, które można wykorzystywać zamiennie. Bo każde z nich ma swoje zależności składniowe! Ta dziennikarka powinna zaskarżyć swoją polonistkę z liceum, i dochodzić od nauczycielki  odszkodowania za marne wykształcenie.

Bez sensu, za to z emocjami

Język w naszym dzisiejszym parlamencie i w mediach niesie głównie emocje. Z roku na rok nasz język publiczny staje się coraz bardziej prostacki i coraz mniej komunikatywny. To znaczy coraz mniej sensu, coraz mniej informacji, a coraz więcej agresji w stosunku do przeciwników.

Niektóre z osób publicznych starają się też udawać język nauki, co ma być argumentem, że jednak są wykształceni i myślą. Ale po przetłumaczeniu ich „makaronistycznych” wtrętów, wychodzi w sumie brak wiedzy mówiących, brak konkretów. Ot, taki bełkot osobników marnie jednak wykształconych.

Tym samym znikają, karłowacieją, degenerują się i zanikają podstawy naszej cywilizacji. Bo nasza cywilizacja, to między innymi myśl wrażana słowami, zdaniami. Nie ma alternatywnej cywilizacji obrazkowej dla idiotów. Owszem wielkie stare cywilizacje zostawiły po sobie piramidy, akwedukty, wielkie świątynie oraz mury, na przykład chiński. Ale przecież starożytni nie komunikowali się między sobą przy pomocy piramid. Oni mówili i pisali.

Dzisiejszy nasz język (publiczny) nie jest w stanie opisać ani uczuć, ani społecznych celów. Gdy chodzi o miłość – coraz bardziej jest to język żuli, meneli i prostaków, a gdy chodzi o społeczne cele – coraz bardziej jest to język milczący o sprawach, a coraz bardziej wzywający do walki na pały i sztachety.

W naszej polityce, w jej języku nie sposób już doszukać się jakichś wielkich celów, między innymi dlatego, że nasi politycy nie potrafią tych celów sformułować. Oni potrafią jedynie – to też język polski – dopieprzyć przeciwnikowi, zmieszać go z błotem a w końcu dorżnąć. Na razie tylko słowem, ale od słów do czynów mamy tylko krok.

 

Tak, to straszne. Ale trzeba żyć dalej… — 17. fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

„Od razu zaczęto strzelać. Nie było żadnego ostrzegawczego strzału, żadnych rozmów… Dzieci, jak sądzę, zginęły natychmiast. Zdołałem spojrzeć na Ritę i dzieci… Leżeli już martwi. Rita coś jakby do mnie powiedziała i to było wszystko…” — publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to wstrząsająca kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Publikujemy kolejny fragment książki. Wcześniejsze odcinki można przeczytać TUTAJ

5 marca 2022 roku, sobota, godzina 7.10. Bucza, ulica Lecha Kaczyńskiego, nr 3.

W 2014 roku Rosjanie, ponownie ignorując prawo międzynarodowe oraz własne zobowiązania wobec świata i Ukrainy, wtargnęli na Krym i Donbas.
„Marjinkę zbombardowali, Krasnohoriwkę zbombardowali” — żaliła się Walentyna Czikmarjowa. „Co nam było zostać? Synowie nie chcieli rosyjskich paszportów i nie chcieli do Rosji. Chcieli mieszkać tylko na Ukrainie…”

Jako pierwszy na poszukiwania „nowego świata” wyruszył Witalij Czikmarjow, starszy syn pani Walentyny. „Pojechał dużo wcześniej” — opowiadał jego młodszy brat Ołeksandr. — „I spodobała mu się Bucza”.

„Nie chciałam opuszczać Donbasu, mieszkałam tam 48 lat” — kontynuuje pani Walentyna. — „Tam sprzedaliśmy dom, tutaj kupiliśmy. Starszy syn pomógł nam go kupić”.

Witalij osiedlił się w Leśnej Buczy, a Ołeksandr, w 2018 roku, w pięknym dwupiętrowym domu z czerwonej cegły w centrum miasta, na ulicy Mykoły Muraszki 16, za cerkwią Andrzeja Pierwszego Powołanego.

„Przyjechałam tu dla dzieci, aby im pomagać” — mówi pani Walentyna. — „Ożenili się, żyli. Pojawiły się wnuki. Żyliśmy bardzo dobrze… Dobrze żyliśmy… Dzieci do szkoły, do przedszkola, a ja odbierałam starszego Matyuszę ze szkoły. I młodszego Kłymczika z przedszkola, kiedy Rita była w pracy… Oni, Ołeksandr i synowa Rita, kochali dzieci i siebie nawzajem…”

Rodzina Czikmarjowów rzeczywiście była bardzo zżyta. „Nie mogę opisać, jakie to było szczęście, że byliśmy razem” — opowiadał Witalij. „Mamy bardzo wielu kumów, przyjaciół i wszyscy są w Buczy. Na każde święta wszyscy razem, u matki. Miała duży stół, pełno dzieci. Mówiła: ‘Czego więcej potrzeba w życiu, kiedy wnuki są obok, dzieci, synowe?’…”

Ale przeklęta wojna dopadła rodzinę także w Buczy… O tragedii Czikmarjowów telewizja nakręciła poruszający dokument o prawie hellerowskim tytule „Bucza 22”, stąd świat dowiedział się o jeszcze jednym przypadku spośród wielu rosyjskich zbrodni w naszym mieście… Dzięki dziennikarzom poznano szczegóły tej straszliwej tragedii. Jednej z tysięcy..

Wojna, której wszyscy się spodziewali, ale świadomie odrzucali taką możliwość, wybuchła rankiem 24 lutego. „Nie wiedzieliśmy, co robić, co z rodzicami, dokąd uciekać” — mówi zrozpaczony Witalij. „Zostaliśmy. A po 25 lutego nie było już szans, żeby wydostać się z Leśnej Buczy. Saszko mógł wyjechać, gdyby ktoś wiedział, do czego to wszystko zmierza. Ale dokąd miałby jechać, zostawiając rodziców? Rozmawialiśmy przez telefon. Siedzieli w piwnicy. U mamy była taka solidna piwnica. A z każdym dniem było coraz gorzej”.

Według relacji Ołeksandra: „Siedzieliśmy w piwnicy przez tydzień, a może i dłużej… Kiedy było cicho, wychodziliśmy na górę… Mama była cały czas z ojcem, bo on był sparaliżowany, a nie było jak go sprowadzić do piwnicy…”.

Pani Walentyna wspomina tamte dni, nie kryjąc łez: „Matyusza siedział w piwnicy osiem dni i pisał na laptopie: ‘Bardzo kocham Ukrainę. Zaatakowali nas Rosjanie. Nienawidzę ich! Gdybym miał 18 lat, poszedłbym bronić swojej Ukrainy, ale mam tylko dziewięć lat. Ale bardzo, bardzo kocham swoją Ukrainę’. A wtedy zaczęli tak bombardować, że dzieci były przerażone, nie spały. W piwnicy było wszystko słychać…”.

Wieczorem 4 marca synowa nie wytrzymała napięcia i niepewności:

— Mamo, wyjedziemy — zwróciła się Rita do teściowej. — Wszyscy już wyjeżdżają…

Razem z Czikmarjowami Buczę postanowili opuścić ich sąsiedzi — Halina z mężem Ołegiem oraz jego matka. Przygotowali dwa samochody: Ołeksandr Czikmarjow — swojego forda, a sąsiedzi — białego dodge’a z napisem na szybie dużymi literami „DZIECI”…

„Psychicznie nie dało się już tam wytrzymać” — mówił Ołeksandr.

O siódmej rano następnego dnia, jak wspomina pani Walentyna, „rano była cisza. Pomyślałam: może już przestali strzelać. I wyjechali. Zamknęłam im bramę. Rita doszła do furtki i powiedziała: ‘Mamo, no to trzymajcie się’. A syn nic nie powiedział. Nie pożegnałam się. Byłam w takim szoku, że nawet z wnukami się nie pożegnałam. Oni w półśnie wsiedli do samochodu i odjechali. I sąsiedzi pojechali z nimi. Za kierownicą była kobieta…”.

Plan był taki: wpaść do Witalija w jego domu w Leśnej Buczy, zatankować samochody, bo prawie nie mieli paliwa, a potem wszyscy razem do Kijowa. „U nas było naprawdę źle, aż strach” — opowiadał Witalij. „Byliśmy już ubrani, spakowani”. Cały czas na telefonie.

— Włącz głośnik, żebym słyszał — powiedział Witalij do Rity, która siedziała obok Ołeksandra, prowadzącego forda, zaraz po tym, jak rodzina ruszyła spod swojego domu.

Kiedy samochód skręcił w bulwar Bohdana Chmielnickiego, Rita zameldowała:

— Wyjechaliśmy, jedziemy…

— Mów, co widzisz po lewej, co po prawej…

— Wszystko w porządku — uspokajała bratowa. — Przejeżdżamy przez „Warszawkę”.

— Co teraz widzisz? — dopytywał Witalij

— Przed nami zakład PTEM i coś stoi na drodze…

— Zatrzymajcie się!…

Nagle w słuchawce rozległ się głośny strzał i rozpaczliwy krzyk Rity:

— Ojej, trafili mnie! W nogę!…

— Zawracajcie!

Witalij usłyszał jeszcze kilka strzałów i jak jego bratowa krzyczy z bólu i przerażenia. Potem telefon ucichł…

Ołeksandr opowiadał: „Zatrzymaliśmy się, zatrzymali się też sąsiedzi” — wspominał tragiczne szczegóły tego dnia, które wydarzyły się naprzeciwko budynku PTEM w Buczy, przy ulicy Lecha Kaczyńskiego 3.

„Od razu zaczęto strzelać. Nie było żadnego ostrzegawczego strzału, żadnych rozmów… Dzieci, jak sądzę, zginęły natychmiast. Zdołałem spojrzeć na Ritę i dzieci… Leżeli już martwi. Rita coś jakby do mnie powiedziała i to było wszystko…”

Ołeh Doroszuk, którego rodzice mieszkali w pobliżu Czikmarjowych, opowiadał, że wtedy nadjechała kolumna pojazdów z literą „V” na bokach. Buczanie zjechali na bok i zatrzymali się w tzw. zatoczce, żeby przepuścić kolumnę wojskową. Zostali rozstrzelani”.

„Miałem postrzeloną nogę, jej kawałek zwisał” — wspominał niemal ze łzami Ołeksandr, przywołując ten przerażający moment. — „Upadłem na ziemię, czołgałem się w stronę drzew… Moja noga wyglądała, jakby została odstrzelona. Nie z jakiegoś pistoletu czy karabinu, ale z czegoś dużego kalibru. Ostrzelali cywilny samochód, który nie był w żaden sposób zamaskowany. Nawet nie zapytali, dokąd jedziecie, dlaczego i po co? Po prostu zaczęli strzelać. Było im wszystko jedno…”

Gdy Ołeksandr wydostał się z uszkodzonego samochodu, ten stanął w płomieniach… Martwe dzieci i jego żonę pochłonął ogień… W drugim samochodzie, jak opowiadał Ołeh Doroszuk, „zginął wujek Ołeh” (Towkacz), a jego żona, która została ranna w ramię, razem z teściową zdołały później dotrzeć do szpitala…

Po pewnym czasie na ulicy pojawili się pojedynczy przechodnie. „Podszedł do mnie mężczyzna, zobaczył mnie i zaczął ze mną rozmawiać” — opowiadał Ołeksandr. — „Znalazł w samochodzie sąsiadów jakiś koc, którym owinął mi nogę. Potem poszedł szukać pomocy. Po jakimś czasie pojawiło się jeszcze dwóch mężczyzn, dwóch młodych chłopaków. W tym momencie przejeżdżał samochód. Chłopcy zatrzymali go i położyli mnie na tylnych siedzeniach”.

Za kierownicą tego białego samochodu toyoty siedział były pracownik Prokuratury Generalnej, Walery Ranskyj. „Piątego marca, kiedy te potwory były już wszędzie, jechałem do Leśnej Buczy” — wspominał mężczyzna. — „Przede mną widzę, że w zatoczce naprzeciwko PTEM stoją dwa samochody: biały dodge i jeszcze jeden przed nim. I dwóch ludzi tam się krząta. Zahamowałem, dają jakieś znaki, żebym się zatrzymał. Zatrzymuję się, otwieram okno, a oni pytają: czy mogę zawieźć rannego do ambulatorium na Puszkina, które znajduje się na podwórzu bloku. Pytam, gdzie jest ranny? A oni mówią: ‘Tam, w parku’. Mówię: ‘Chłopcy, znajdźmy coś, jakiś prześcieradło’. I wyciągałem go przez lewe drzwi, a oni mi go podawali…”

Już po chwili, zaledwie jakieś trzysta metrów dalej, Walery Ranskyj dowiózł ciężko rannego do punktu medycznego, który przed wojną nazywał się Dziennym Ośrodkiem Opieki. „Ludzie krzyczą, że tu jest ranny” — opowiadał chirurg wojskowy, Serhij Sachacki. — „Podbiegamy… Jedyną rzeczą, którą udało mi się z niego wyciągnąć, było to, że nazywa się Saszko Czikmarjow. I że pochodzi z Doniecka… Patrzę na jego stan, zakładam opaskę uciskową, próbuję z nim rozmawiać. Mierzę ciśnienie — prawie nie ma, 60 na 0! Zakładamy kroplówkę… Nie było krążenia obwodowego. Trzymałem kroplówkę, a krew już przez nią płynęła… Dzięki Bogu, udało się dowieźć go do szpitala… Od razu trafił na salę operacyjną…” Jednak nogę trzeba było amputować aż do kolana. O tych strasznych wieściach matka Ołeksandra dowiedziała się od sąsiadki, której cudem udało się uratować przed niechybną śmiercią…

Po ewakuacji szpitala Ołeksandra przewieziono do Kijowa na dalsze leczenie.

Tymczasem zwęglone szczątki Rity Czikmarjowej oraz jej dzieci pozostawały w spalonym samochodzie na ulicy Lecha Kaczyńskiego. Jak opowiadała pani Walentyna: „Leżeli tam dwadzieścia trzy dni. Nie można ich było zabrać. Strzelanina była straszna…”.

Na odwagę, by zebrać szczątki znajomych, zdobył się Ołeh Doroszuk, który ryzykując własne życie, pełnił funkcję wolontariusza w Buczy. „Musiałem wychodzić na ulicę, bo trzeba było pomagać znajomym starszym ludziom” — opowiadał wolontariusz. —„Kilka razy mnie zatrzymali, pytali — gdzie jest biała opaska? Nie nosiłem jej, mówiłem — widzicie, mam na szyi szalik Dynamo? Jest tam biały kolor. A oni na to: dokumenty, telefon, rozbieraj się, ręce za plecy… Kiedyś wracałem do domu od rodziców. W tym czasie okupanci rabowali sklepy i biura. Zatrzymali mnie, związali ręce taśmą z tyłu, szalik owinęli wokół twarzy i też zaklejono taśmą, postawili mnie pod ścianą. Stałem tak cztery godziny”.

28 marca Ołeh Doroszuk udał się do PTEM, aby zabrać szczątki ludzi. „Poszedłem tam rano” — opowiadał mężczyzna. — „Pojawił się tam też kolejny minibus, biały volkswagen, również ostrzelany. Okazało się, że kobietę pochowano w parku, a na mogile położono tabliczkę rejestracyjną”. (Na marginesie, świadkiem tego, jak orkowie zabili pasażerów tego samochodu, był burmistrz Buczy Anatolij Fedoruk. „Byłem świadkiem rozstrzelania trzech rodzin, które jechały samochodem” — opowiadał dziennikarce „Ukraińskiej Prawdy” Ołdze Kyryłenko 8 kwietnia. — „W jednym przypadku była ranna kobieta z dzieckiem, mężczyzna błagał na rosyjskim posterunku, by ich nie zabijali, bo ona była w ciąży. Faktycznie pochował ją na skrzyżowaniu ulic Lecha Kaczyńskiego i Szewczenki… Zastrzelili ich w samochodzie, który wciąż tam stoi. Tablicę rejestracyjną mężczyzna faktycznie wykorzystał zamiast krzyża… Są informacje, że i jego też zastrzelili”).

Ołeh Doroszuk kontynuował: „Spojrzałem do samochodu i zobaczyłem, że ciała wciąż leżą w środku… Wziąłem koc, przykryłem nimi ciała sąsiadów, zamknąłem drzwi, żeby psy nie mogły się tam dostać, i poszedłem szukać pomocy. Nikogo nie znalazłem. Wróciłem. Rozłożyłem koc, wyciągnąłem ciała, wziąłem jakiś worek. Włożyłem tam czaszkę, kości. Zawiązałem w węzeł, zarzuciłem worek na ramię i poszedłem w stronę domu. Dotarłem do skrzyżowania ulicy, gdzie mieszkali, i zawołałem sąsiadów. Weszliśmy na teren kościoła, wykopaliśmy na boku mogiłę.”

O tym opowiadała inna sąsiadka, pani Nadia: „Wykopaliśmy osobny grób, pochowaliśmy ich, postawiliśmy krzyż, wszystko jak należy” — mówi mieszkanka Buczy, Nadija. Na tabliczce tego krzyża sąsiedzi zapisali: „Czikmarowie: Rita, 34 lata, Matwiej, 10 lat, Kłym, 4 lata”, oraz daty urodzin i dzień śmierci — 5 marca 2022 roku…

„Zastanawialiśmy się, czy w ogóle powiedzieć babci, że jej wnuki są tutaj pochowane” — wzdychał Ołeh Doroszuk. — „Przyznaliśmy się dopiero trzeciego lub czwartego dnia…” Pani Nadia dodaje: „Potem przyprowadziliśmy babcię i pokazaliśmy: „Waliczko, tutaj leży twoja synowa i wnuki…”.

Ołeh kontynuuje: „I zaczęła tu przychodzić każdego ranka, przynosić im ciastka albo piec naleśniki. Wiecie, jak to zawsze bywa… Codziennie rano gotowała im jedzenie, swoim wnukom…”.

Zmarłych ekshumowano 12 kwietnia, a tydzień później rodzina pochowała Ritę, Matwieja i Kłyma…

„Powiedziałem Ołeksandrowi, że trzeba żyć” — wspominał Witalij Czikkmarow. — „Tak, to straszne. Ale trzeba żyć dalej. Matka jest, ojciec jest… Będziemy musieli żyć dalej. Chłopcy chcieli mieć psa… Zdobędziemy psa… Zbudujemy budę… Trzeba go czymś odciągnąć, trzeba…”

Ale niezależnie od słów pocieszenia, takie rany emocjonalne nigdy nie zagoją się w rodzinie Czikkmarowych.

„Rita, jakby to przeczuwała” — płacze pani Walentyna. — „Siedzieliśmy pewnego wieczoru na kanapie, a ona mówi: ‘Niedługo urodziny Tarasa Szewczenki. Matwi musi nauczyć się wiersza.’ I zaczęła recytować:
'Jak umrę, to pochowajcie
Mnie na mogile
W szerokim stepie
Na mojej umiłowanej Ukrainie…’

Rita jakby przeczuwała swoją śmierć… Przeczuwała…

Nie wejdziemy do grobu zamiast wnuków i Rity. Musimy żyć dalej dla Ołeksandra, który przeżył, dla Witalija, który całe życie nas chronił… Chciał nas ocalić z Doniecka, od tamtej wojny, a trafiliśmy na tę…”

Bucza, ulica Centralna. Około 5 marca.

83-letni Wiktor Turyk, cierpiący na głuchotę, wyszedł na balkon swojego mieszkania i zobaczył na dole rosyjski czołg. Czołgista również go dostrzegł i krzyknął do starca: „Schowaj się, dziadku! Nie wolno wychodzić!” Jednak Wiktor nie rozumiał czego od niego chciano i nadal stał na miejscu. Gdy sąsiedzi, widząc, że celują w Turyka z karabinu, zaczęli krzyczeć: „Nie strzelajcie, chłopcy, on jest głuchy!” — relacjonowała sąsiadka Alla. — „Na próżno. Strzał — i Hala Turyk już wdową…”

Bucza, ulica Wodociągowa, nr 54

Władysław Wergiński, który mieszkał na ulicy Wodociągowej 54, wyszedł z mieszkania, aby wyrzucić śmieci. I już nie wrócił… Jego matka, Ludmiła, opowiadała dziennikarzom: „Nie ma go, nie ma. Zniknął mój Władysław. Serce czuje coś złego. Idę do Rosjan, błagam: 'Powiedzcie, co z nim, gdzie on jest?’ Nic nie mówią, tylko mnie przepędzają jak psa. Czekam, aż się zmienią, znowu idę: 'Szukam dziecka, zrozumcie!’ Żaden nie powiedział, choć doskonale wiedzieli, gdzie leży. Sami go przecież zastrzelili. Znalazłam go później, kiedy poszłam zebrać coś na rozpałkę. Obok leżeli Ania Kopaczkowa i Jura Martynenko…”