WIKTOR ŚWIETLIK: Była sobie konstytucja

W tle dziwacznego wjazdu do siedziby Marszu Niepodległości i trzepania laptopa nielubianego przez mainstream polityka, a także wielu innych “inb”, którymi raczy nas władza i jej medialni funkcjonariusze, wprowadzane są przepisy, które mogą tej ekipie pozwolić na zrobienie porządku z opozycyjnymi mediami.  

Donald Tusk ogłosił, że rząd przyjął projekt ustawy, ustawy umożliwiającej szefowi ABW decydowanie o tym, które treści w Internecie prezentują się jako posiadające “charakter terrorystyczny”. Na mocy decyzji szefa ABW będą one usuwane.

Właściwie, można by przyklasnąć. Ostatecznie, jeśli pojawi się instruktaż jak połączyć zapalnik z materiałem wybuchowym to należałoby go jak najszybciej usunąć. Problem w tym, że mam poważne wątpliwości, czy tylko tego będzie dotyczyć zmiana.

Najważniejszy jest jednak tryb jej wprowadzania. Ekipa Tuska powołuje się na przepisy europejskie. Tyle, że stoi ona w jaskrawej, oczywistej sprzeczności ze świętą, do niedawna, Matką KON-STY-TU-CJĄ!, która w swoim artykule 30. mówi o zakazie cenzury prewencyjnej, co miało być jednym z największych osiągnięć DE-MO-KRACJI!

Czy ktokolwiek w tej sprawie rozmawiał ze społeczeństwem, opozycją, organizacjami choćby takimi, jak SDP? Pomyślano o tym, by porozmawiać z opozycją i do konstytucji dopisać zastrzeżenie? Nie, bo i po co. Po prostu, mamy tu w Europie walkę z terrorem, więc wprowadzamy przepisy. Co prawda, niedawno pozwoliliśmy rosyjskiemu szpiegowi zapoznać się z całą metodologią, a być może także siecią rozpracowywującego go polskiego wywiadu, by triumfalnie zawiózł to Putinowi, co prawda, akcja łapania rosyjskich szpiegów, autorów podpaleń, z którymi surową rozprawę zapowiadał premier, okazała się hucpą, ale teraz to już bierzemy się na poważnie, bo w ramach “dostosowywania się do przepisów europejskich”.

Człowiek, jeśli ma w sobie choć odrobinę rozsądku, może bazować na doświadczeniu. Na jakim doświadczeniu mogę bazować? Na takim, że ta władza wpuszcza niekontrolowaną falę imigrantów, skupiona jest wyłącznie w tym obszarze na marketingu i groźnych wypowiedziach premiera. Pamiętacie jeszcze “męską rozmowę z Olafem Scholtzem, do której w ogóle nie doszło”? Miała odbywać się po tym, jak policja niemiecka wysadziła grupkę przybyszów. Policja niemiecka wysadza ich teraz bez przerwy i nikt się już nie przejmuje.

Za to ta władza w jednym jest może nie sprawna, ale przejawia godny innego tematu zapał. W cenzurowaniu, zamykaniu i traktowaniu prawa jak papieru toaletowego.

Orzeczenie Sądu Najwyższego jeśli będzie korzystne dla rządu i uderzy w PiS będzie legalne, jeśli będzie na korzyść PiS będzie wydane przez nielegalny organ. Tak jest ze wszystkim. Ekipa Donalda Tuska popełnia coraz większe nadużycia, w coraz bardziej ostentacyjny sposób gwałci prawo i jakiekolwiek zasady praworządności na gruncie krajowym, przede wszystkim w ramach zwalczania, legalnej konkurencji politycznej i wolnych mediów. I to jedyne do czego Tusk może użyć tych, wprowadzanych z oczywistym pogwałceniem polskiego prawa, zapisów.

 

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Małpy lubią małpie figle

Co do zasady na widok „polskiej” kinematografii przechodzę na druga stronę ulicy, ale muszę przyznać, że saga o Adasiu Miauczyńskim bywa celną ilustracją polskich wad. Na potrzeby tego felietonu przyda mi się fragment z „Dnia świra” o „racji najmojszej”.

Fragment, podczas którego grany w tej części sagi przez Marka Kondrata Adaś Miauczyński je sobie płatki oglądając telewizor jest nieco dłuższy, ale żeby nie przynudzać zacytuję ostatnią z gadających głów, która zza mównicy, która zapewne ma przypominać sejmową, mówi – Moja jest tylko racja i to święta racja. Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza. Że właśnie moja racja jest racja najmojsza.

Atak na Marsz Niepodległości

Wtargnięcie służb do domów byłych i obecnych szefów Marszu Niepodległości, a potem do siedziby Stowarzyszenia Marsz Niepodległości jest wydarzeniem w gruncie rzeczy przerażającym. Nie tylko ze względu na to, że świadczy o tym, że świadczy o powrocie do tej rzeczywistości III RP, w której ludzi widzą co innego w TV, a co innego na ulicy, czy w której ludzie giną w tajemniczych okolicznościach. Również ze względu na to, że jeśli w ostatnich latach łudziliśmy się, że mamy jakieś szanse na poważne państwo, to chyba czas się zacząć z tą nadzieją rozstawać.

A jednocześnie szybko pojawiło się zjawisko o znaku przeciwnym, właśnie nadzieję niosące. Masa Polaków w sieci zaczęła deklarować solidarność z objętymi dziwnym „postępowaniem” służb i obecność na Marszu Niepodległości. Nastrój stal się wręcz podniosły i uroczysty. Może to i przykrywka dla bezeceństw niemieckich gubernatorów na Polskę, ale wydawało się, że przegięli. Wszyscy, narodowcy, pisowcy, a i inni, deklarowali wsparcie i obecność na Marszu Niepodległości. No, ale to nie mogło trwać długo, po kilku godzinach jakby ktoś wyciągnął wtyczkę.

– Niech pisowcy przestaną wylewać krokodyle łzy

– To nie tylko wasz marsz

– A czyj?

– Konfederacja to sojusznicy Tuska

– PiS – PO – jedno zło

– Ruskie onuce

– Nie wpuszczaliście nas do TVP

– Poparliście Trzaskowskiego

– Jaka z was prawica!

– A jaka z was?

I tak dalej i temu podobne. Przy czym nie twierdzę, że niektóre obopólne oskarżenia nie mają podstaw. Niektóre mają.

Tymczasem Tusk…

…siedzi sobie ze szklaneczką burbona w swoim ulubionym fotelu przed gigantycznym telewizorem, na którym ogląda piłeczkę nożną. Jedną ręką likwiduje strategiczne inwestycje, stabilność prawną i konstytucyjne fundamenty instytucji i resztki suwerenności Polski, a drugą przeciąga kijem po klatce z małpami. Małpy skaczą jak opętane.

Jest wideopołączenie z Niemiec – Proszę zobaczyć mein Herr, jak przeciągnę kijem w lewo, skaczą małpy po lewej, jak przeciągnę kijem w prawo, skaczą małpy po prawej. W tym czasie można im zrobić wszystko. Mogę je też tłuc kijem po głowie. Pretensje będą miały nawzajem do siebie. Tak jest dobrze?

A Wy jak myślicie? Tak jest dobrze? Czasem kusi, żeby powiedzieć – może dajcie sobie po mordzie i bierzmy się do roboty? – ale z drugiej strony, najwyraźniej małpy lubią małpie figle.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Odwet za rzeź Ochoty

W nocy z 2 na 3 września 1944 r. oddział Grupy AK „Kampinos” dowodzony przez cichociemnego por. Adolfa Pilcha ps. „Dolina” dokonał wypadu na wieś Truskaw, gdzie stacjonował kolaboracyjny, rosyjski batalion SS-RONA, wycofany z rzezi Ochoty. Polacy zabili nawet 250 Rosjan i ranili 100, przy stratach własnych 10 zabitych i 10 rannych. To pokazuje, że w Powstaniu Warszawskim też odnosiliśmy sukcesy.

Ale szczególnie niesamowite jest to, w jaki sposób podopieczni por. Doliny – partyzanci Zgrupowania Stołpecko-Nalibockiego Armii Krajowej – dotarli do stolicy. By wziąć udział w Powstaniu przebyli blisko 600 kilometrów. 900 ludzi z bronią, końmi i taborami wyruszyło z Kresów II Rzeczpospolitej pod koniec czerwca.

Kiedy po miesiącu dotarli do Warszawy dowództwo AK zastanawiało się, czy mogą wziąć udział w walkach. „Czy nie zdawano sobie sprawy, że uzbrojenie naszego oddziału stanowiło prawie połowę uzbrojenia powstańczej Warszawy i odpowiednio użyte mogło zaważyć na wynikach pierwszych dni walk o miasto?” – napisał por. Pilch w swoich wspomnieniach zatytułowanych „Partyzanci trzech puszcz”.

Ostatecznie jednak żołnierze zostali włączeni do oddziałów w Puszczy Kampinoskiej. Tu walki powstańcze rozpoczęły się już 31 lipca. „W tym dniu – zapisał „Dolina” – 3 kompania dowodzona przez porucznika „Helskiego” (…) zaskoczyła i zniszczyła grupę kilkudziesięciu Niemców kwaterujących we wsi Aleksandrów. Zginął przy tym jeden nasz żołnierz”. Potem strat było więcej. W nocy z 1 na 2 sierpnia zaatakowali lotnisko na Bielanach, ale tym razem Niemcy nie dali się zaskoczyć. W tych pierwszych dniach zginął m.in. 16-letni Boguś Grygorcewicz, ps. „Mały Orlik”. Idąc do partyzantki napisał rodzicom: „Wy mnie zawsze uczyli, że na pierwszym miejscu Bóg, następnie Ojczyzna, a potem rodzina, więc idę walczyć za Ojczyznę!”

Umierał w szpitalu w Laskach na rękach kapelana AK ps. „Radwan III” – ks. Stefana Wyszyńskiego. Tak wspominał to późniejszy Prymas Tysiąclecia: „Był bardzo poszarpany od kul, bo kiedy został ranny przez trzy dni leżał na deszczu i chłodzie pod kulami. Nikt nie mógł się do niego dostać by go stamtąd zabrać. Więc kiedy wreszcie został przyniesiony do szpitala wojennego był już prawie bez sił i trudno go było uratować. Po operacji czuł się bardzo źle, dostał gorączki, tracił przytomność, choć już nie bardzo wiedział co się z nim dzieje, przez cały czas śpiewał (…) pieśni do Matki Bożej. Pod koniec, przed samą śmiercią, już mylił słowa i melodie, bo był półprzytomny, a jednak ciągle śpiewał… Z tym śpiewem umarł. Pochowałem go na cmentarzu pod Izabelinem, na górce w piasku, bez trumny, bo już trumien nie było. Ale za to dostał na swoją mogiłę piękne kwiaty. Do dziś dnia spoczywa tam, pod Warszawą”.

 

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Przyćmiła mnie Barbara

Pewnie Państwo niestety wiedzą, niemniej poinformuję: ministrem edukacji jest Barbara Nowacka, lat 49. Pytanie, które stawiają nie tylko uczniowie brzmi: Czy ona naprawdę jest taka mądra, czy może świadomie kłamie i manipuluje?

Jak ktoś z zaklapowanym horyzontem, wiedzą i być może moralnością może być szefem edukacji polskiego państwa? W sumie nie wiem jak, ale to się dzieje. Może jak za starych dobrych czasów komuny (PRL) wystarczy chęć szczera oraz ideologia?

Cóż, wyrafinowanym erudytą Barbara Nowacka nie jest, co orzec można po 28 sekundach słuchania jej dowolnego wywodu. W czasie wywiadu w Polsacie o stricte politycznej imprezie Campus Polska, na której tresowany nutą nastoletni narybek przeistacza się w niezłomnych demokratorów powiedziała: “My jako Campus Polska nie dotknęliśmy ani złotówki z publicznych pieniędzy. Byli sponsorzy, byli wspierający, były samorządy. Wszystko jest jawne”.

Nie jest łatwo uwierzyć, że kobieta będąca wiele lat w polityce, którą zbłąkany powiew historyczny posadził na stanowisku ministra nie wie, iż pieniądze z samorządów, którymi obsypano partyjną imprezę Trzaskowskiego są jak najbardziej publiczne, bo pochodzą z podatków państwowych i lokalnych. Jeżeli pani Basia kochana tego nie wie, to ta niewiedza jest oczywiście dyskwalifikująca, jeżeli wie i świadomie kłamie, to jest to tym bardziej dyskwalifikujące. Niby jest jeszcze trzecie wyjście, ale sam nie wiem: może pani Nowacka uznała, że wszystkie te samorządy sypiące monetę przed wielce empatycznym Rafałem są po prostu już ich, prywatne?

W sumie jak patrzy się na dokonania choćby niejakiego Sutryka z Wrocławia zatrudnionego na stanowisku prezydenta miasta i znanego z kręcenia lodów nie waniliowych, to może i rzeczywiście te samorządy są już prywatne? Mimo szeregu afer i niejasności, w których pojawiało się nazwisko “Sutryk”, lud miasta Wrocław wybrał go na nową kadencję prezydencką. Chciałbym mieć dobre zdanie o mieszkańcach Wrocławia, ale łatwo nie jest.

Zabawne, że cała ta historia z finansowaniem z naszych pieniędzy partyjnego spędu Campus, wyszła teraz, kiedy PO z patosem morlanej wyższości gardłuje o nadużyciach PiS przy ostatnich wyborach. Część Państwowej Komisji Wyborczej uważa, że nadużycia były, część uważa, że nie było. Sprawę miałby przesądzić Sąd Najwyższy, ale jak przesądzi tak, że się Platformie nie spodoba, to Platforma weźmie i nie uzna orzeczenia sądu, gdyż publicznie obnoszą się z mottem przestępców: “Będziemy stosować prawo, tak jak je rozumiemy”. Niemniej przyzwoiciej (politycy rzadko rozumieją to słowo) byłoby z choćby z powodu Campusu mniej gardłować.

Mógłbym jeszcze napisać, że walcząca z katechezą w szkołach pani minister nie uznaje Trybunału Konstytucyjnego, ponieważ nie uznaje, ale ja naprawdę głęboko wierzę, że przyjdą czasy, że będzie musiała uznać i mimo wszystko zapoznać się z asocjacjami słowa “przyzwoitość”. Poczekam, trudno.

HUBERT BEKRYCHT: Nie bać Tuska – koniec państwa, nie Polski

Wrzesień 2025 roku: likwidacja TV Republika i TV wPolsce; aresztowania członków Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich; Rada Mediów Narodowych na uchodźctwie potępia ekstradycję do Rosji członków Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji; Sakiewicz, Karnowscy, Ziemkiewicz, Romaszewska, Lisicki, Hajdasz, Gmyz, Skowroński, Krysztopa, Jastrzębowski organizują partyzantkę medialną w Bieszczadach.

Tak może być nawet wcześniej niż za rok. Przesadzam? Oby, ale to wszystko, co robi koalicja PO/KO, TD, NL naprawdę wymyka się spod kontroli. Nie tylko z powodu nadzwyczajnego wzmożenia politycznego. W końcu zemsta rządu 13 grudnia na PiS to nie tylko zemsta na politykach tej partii, wyborcach prawicy, ale i zemsta na mediach konserwatywnych. A to prowadzi do cenzury.

Nie media

Teraz Tusk i jego kompania testują jeszcze nielegalne decyzje, m.in. wątpliwą prawnie konstrukcję prawną PKW w sprawie pozbawienia subwencji wyborczej PiS, choć i wcześniej bawili się tak, jak red. Wysocka-Schnepf w młodości na lekcjach matematyki. Wcześniej doszło do najtragiczniejszego po upadku komuny wydarzenia. W nocy z 19 na 20 grudnia 2023 roku nowa władza nielegalnie przejęła media publiczne, pacyfikując przy pomocy podejrzanych firm ochroniarskich, jak w stanie wojennym, ich siedziby, wyłączając strategiczny sygnał telewizyjny, wyrzucając dziennikarzy, namaszczając bezprawnie intronizowanych na stanowiska tzw. szefów TVP, PR i PAP, którzy utworzyli folkową grupę „Wejście”. Pewnie dlatego ją tak nazwali, że zmieniając tylko jedną literę łatwiej im będzie przy dymisji…

 Nie obywatele

Przy ustrojowej przewadze opozycji, bo przecież wywodzący się z PiS prezydent Andrzej Duda, będzie rządził jeszcze blisko rok, Tusk i jego kompania manipuluje prawnie obywatelami. Wszystkimi, bo ci, którzy głosowali na tzw. uśmiechniętą Polskę już ze śmiechu pękają. Wszystkimi, bo rząd usiłuje wmówić Polakom, że może sprawować władzę rozporządzeniami, dekretami, czy co tam jeszcze podpatrzyli u Jaruzelskiego a Prezydent RP odejdzie i nie trzeba będzie wgłębiać się w przepisy tak umiłowanej przez Tuska Konstytucji RP.

To nie jest proste, ale trzeba uznać, że niektórzy z bardziej tchórzliwych obywateli zwrócą uwagę przy kolejnych wyborach, że już nie muszą mówić, że „liberalny rząd Tuska jest wspaniały”. Dlaczego? Bo już nie będą musieli…

Nie dowcipy

Chciałbym, aby wszystko było tak właśnie klarowne jak takie facecje. Ale nie jest. Trudno. Przetrwamy. Czy jako oficjalne media, czy jako podcasty na południowoamerykańskim serwerze? Tego nie wiem, ale wiem, że nie przesadzam. Wystarczy popatrzeć ilu dziennikarzy było szykanowanych w „uśmiechniętych mediach publicznych”. Wiem jedno, są tacy dziennikarze, którzy nie zrezygnują ze swojej misji, nawet jeśli będą musieli za „demokracji” Tuska robić gazetkę ścienną w więzieniu.

 

Hubert Bekrycht (także na X i FB)

WALTER ALTERMANN: Nasza zawiść i podstawianie nogi

Byłoby to niezmiernie śmieszne, gdyby tak boleśnie nie dotykało wielu ludzi. Oto obywatele RP siedzący przed telewizorami i przy komputerach czują się w obowiązku wyładowywać swoje frustracje na sportowcach, aktorach i politykach.

Najczęściej atakującymi są ludzie niezadowoleni z wszystkiego, poza sobą. Chore myślenie hejterów bierze się stąd, że uważają się oni za żarliwych patriotów. I boli ich, że inny Polak (sportowiec, aktor i polityk) niedostatecznie dobrze Polskę ich reprezentuje, nie dba o nasze obecne i dziejowe interesy. Sportowiec przegrywa mecz – w łeb go obuchem. Aktor zagrał w sposób, którego „zaangażowany społecznie”  nie aprobuje – nuże mu kopa. Polityk ma inne zdanie niż hejter – a zdzielić go drągiem po plerach. Takie są uboczne skutki demokracji, czyli powszechnej dostępności do internetu.

Iga Świątek, czyli opaczne skutki sukcesu

Najbardziej atakowaną w ostatnim miesiącu osobą w Polsce była tenisistka Iga Świątek. A to na skutek tego, że nie osiągnęła tego, czego się po niej spodziewano. Najpierw fakty. Oto panna Świątek zdobyła na igrzyskach olimpijskich w Paryżu brązowy medal. I jest to największe osiągnięcie polskich tenisistek i tenisistów w historii tej dyscypliny.

Kłopot w tym, że hejterzy i media oczekiwali medalu złotego. Tu trzeba wyjaśnić, że Światek nigdy i nigdzie nie zapowiadała, że zdobędzie to złoto. Bo to jest sport, a w sporcie naprawdę niczego nie wiadomo. I na tym polega jego urok i magia. Kto tego nie rozumie jest albo kompletnym idiotą, albo oszustem. I po wielkim sukcesie, jakim był ów brąz w Paryżu, na najlepszą (także w historii) polską tenisistkę wylały się kubły wściekłości, agresji i zwykłej podłości małych ludzi.

Kto żyje z hejtu

Tu trzeba zauważyć, że oprócz nieruchawych grubasów, którzy mają ze sportem wspólny jedynie program telewizyjny, w kopaniu świetnej sportsmenki wzięły udział niezliczone portale internetowe, stacje radiowe i telewizyjne. Rzecz w tym, że nie robiły tego bezinteresownie, bo obecnie z hejtu żyją nie tylko cwaniacy, którzy mają swoje podłe strony w Internecie i właśnie z tych stron czerpią niezłe zyski, bo agencje reklamowe płacą im pieniądze za każde kliknięcie.

O zgrozo takie same źródło dochodów (choć znacznie wyższych) mają poważne portale, na których tzw. okienka zajmują „zawodowcy” zajmujacy się przewidywaniem – które to miejsce w kolejnych zawodach powinna zająć Iga Światek. A po zawodach albo pieją z zachwytu, albo ją tłamszą, wynajdując jakieś abstrakcyjne powody, które przeszkodziły polskiej tenisistce w osiągnięciu maksimum.

I to właśnie te „poważne” portale nakręcają spiralę hejtu. Bo dają przykład, że tak można, że to jest w porządku. Cały ten przemysł pogardy i chorych emocji jest moralnym dnem i nie ma nic wspólnego ze sportem. Tam chodzi jedynie o szmal.

Hejt polityczny

Na podobnych zasadach obraca się biznes stacji telewizyjnych, które obsługują (faktycznie i mentalnie) najmniej zorientowanych w polityce i gospodarce naszych współobywateli. W każdej ze stacji tv są przecież wyspecjalizowani dziennikarze, których zadaniem głównym jest podsycanie uczuć pogardy i nienawiści do polityków, a skutkiem tego podważaniem i okpiwaniem państwa, jako idei i bytu realnego.

Pomysł jest diabelnie prosty (szatan macza swe brudne pazury w tym interesie), bo wystarczy zaprosić do studia kilku polityków i nawet niespecjalnie szczując ich na siebie, czekać aż wezmą się za łby. A skutek jest zawsze ten sam – zamiast rozmawiać o sprawach – powiedzmy budżetu, kolei, dróg, plonów oraz poplonów, służbie zdrowia, armii – nasi politycy rozmawiają jedynie o sobie samych. To znaczy – obecnie każda tzw. polityczna dyskusja jest jedynie obrzucaniem się błotem, przypominaniem, co która z partii, co który z polityków obiecywał, a co realnie zrobił, kto kłamał, kto nie kłamał, kto ładny, a kto brzydki bardzo.

Powiedzmy wprost – taki „format” dyskusji politycznych w naszych telewizjach jest niezwykle łatwy dla prowadzącego dziennikarza. I efektywny, bo nasza mało wyrobiona widownia, nie oczekuje faktów i liczb. Ona czeka na awantury i emocje. I tak to poważna i doniosła polityka w mediach staje się zwykłą nawalanką w klatce, na gołe pięści. A publika się cieszy, a właściciele stacji liczą przychody, bo to się – niestety – ogląda.

Dwuznaczne plotki czyli kto komu podsyła informacje

Media klasyczne i internetowe pełne są też  plotek, pomówień i ordynarnych napaści. Zaczyna się to zwykle od tego, że któraś z gazet lub któryś z portali odkryje „aferę”. Zastanawiali się Państwo jak to możliwe, że dziennikarze docierają do tak sensacyjnych informacji? Może prowadzą własne dziennikarskie śledztwa? Wolne żarty, po zmroku, w ponurej okolicy? Nie jest tak, że do tajnych dokumentów jakiś dziennikarz dociera mocą silnej woli przy wsparciu pogłębionego warsztatu zawodowego.

Afera w Polsce zaczyna się u nas od tzw. przecieku z prokuratury, ministerstwa, tajnych i jawnych agencji bezpieczeństwa, że któryś z polityków coś tam wziął, coś komuś podarował, albo tylko obiecał dać. Czy zatem część dziennikarzy jest zbrojnym (uzbrojonym w pióro i mikrofon) ramieniem władzy? Czy zbyt bliskie związki dziennikarzy z władzą nie kompromitują takich dziennikarzy? Jak najbardziej. Jeżeli chodzi zaś o kompromitację władz, to nie ma takiego tematu, bo władza – dla zasady – jest bezwstydna.

Moralne skutki hejtu

Takie uprawianie polityki jest  objawem nędzy umysłowej i moralnej. To nie jest żaden tam „głos ludu” lub przejaw „wolnej opinii publicznej”. To jest zwykły ordynarny biznes robiony na najniższych ludzkich instynktach – na zawiści i pogardzie wobec bliźniego swego. A wszystkiego tego doświadczamy w kraju mieniącym się katolickim.

Najbardziej niebezpieczne jest to, że hejt – jawny i anonimowy – nie liczy się z ludzką godnością. A przecież atakowani sportowcy są realnie istniejącymi ludźmi, mają swoje uczucia, swą dumę i ambicje, mają swoje rodziny. To nie są byty wirtualne.

Żenujące jest, że na żywych, zwykłych ludziach tak wielu cwaniaków robi pieniądze. Przy czym zasada jest taka, że na pisaniu, iż sportowiec, aktor, polityk są szlachetnymi ludźmi nie da się zarobić. Natomiast na twierdzeniu, że ten sam człowiek jest słaby, moralnie podejrzany, zaniedbuje swą pracę, nie ma kompetencji i ambicji – tak, na tym da się dużo zarobić.

Przykre wspomnienia propagandy z PRL

Pamiętam, jak za PRL-u zaczynały się afery. Bardzo często od listu „zwykłego czytelnika” do redakcji gazety. Ten „czytelnik” ubolewał, że sprawy w ojczyźnie idą źle, wskazywał na łapownictwo, korupcję i tumiwisizm urzędów. I od razu – po kilku dniach – okazywało się, że akurat, przypadkiem, istnym zrządzeniem losu rząd ma już przygotowane nowe ustawy, odnośnie likwidacji bolączek i niedoskonałości systemu. Bo system był doskonały, tylko ludzie zawodzili.

Dalekośmy odeszli od startych wzorców? Wydaje mi się, że wracamy… Znowu mamy odważnych bojowników i krytykantów. I znowu media powołują się na to, co rzekomo mówi lud. Oczywiście teraz mamy stacje badające opinię publiczną, ale z nimi jest tak jak w starym dowcipie: „Co słychać? Zależy gdzie się przyłoży ucho”.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Zanim zatonie będzie nieprzejezdna

Po moim felietonie o Gdyni sprzed kilku dni, dostałem telefony i maile. Znajomi dziennikarze, a także nieznajomi dotychczas mieszkańcy Gdyni zwracają mi uwagę, że pat urzędniczy w mieście to mniejsze zło niż doprowadzenie miasta do stanu komunikacyjnej zapaści.

Wokół śródmieścia rosną dzielnice, a właściwie już małe miasteczka takie jak Sokółki, Wiczlino, Chwarzno, Zielenisz. Ulica Chwarznieńska, która do nich prowadzi jest totalnie zapchana w dodatku w nieustannej, dziadowsko prowadzonej przebudowie. Gdynia się dusi. Dusi się, bo tzw. ulicę Czerwoną buduje się od trzech lat, a to arteria, która MA odciążyć trasę przez ulicę Śląską i Czerwonych Kosynierów. Komunikacja w Gdyni to problem numer jeden. Trudno pojąć dlaczego tak zaniedbano tę sprawę. Może drogowców wygryźli deweloperzy, bo ci i owszem maja naprawdę wspaniałe sukcesy.

Mało tego, szykuje się już na jesieni budowa rzeczywiście wspaniałego, nowego osiedla mieszkaniowego, u wlotu to miasta od strony Redłowa. Kiedyś stał tam znak „Uśmiechnięta Gdynia”, wielka plansza, która witała wjężdżających do miasta. Rzeczywiście po zapchanym Gdańsku i ograniczonym drogowo Sopocie, Gdynia była bez korków i witała swoimi szerokimi ulicami pojazdy z całej Polski. Miasto się dusi i podobno nie zanosi się na szybką poprawę, ponieważ lobby budowlane najwyraźniej nie rozumie potrzeb mieszkańców.

Nowe wielkie osiedle w rejonie Wzgórza Maksymiliana Kolbe zapowiada się rewelacyjnie. Będzie miało ponoć jeden z najwyższych domów mieszkalnych w kraju – aż 120 metrowy. Za kilka miesięcy być może zacznie się budowa.

Deweloperów trzeba szanować, o ile postępują zgodnie z prawem. Bo to oni mają pieniądze na inwestycje. Oni też dają ludziom pracę i oby zawsze z sukcesem kończyli rozpoczęte budowy. Wszystkim – powodzenia.

   ***

Gdynianie, słychać, że protestujecie przeciwko tradycyjnemu już w mieście triatlonowi, bo zakłóca życie miasta. Ale to tylko przecież jeden dzień w roku, a reklama na całą Polskę. Gdynianie, chyba nie doprowadzicie do takich ewenementów jak obecnie w środku sezonu rozwalenie jezdni, głównej przelotówki w Sopocie. Po wojnie nazywała się ona imenia Stalina. I tak jak wtedy – teraz już 20 października, a potem Al. Niepodległości – jest główną drogą przejazdu przez miasto. Jak to się stało, że miejscowa władza prowadzi remont na tej arterii gdy trwa największe letnie obciążenie?

Szanowni radni, dogadajcie się – zarówno ci młodzi, jak i weterani wyborów gdyńskich. Ci których mieszkańcy nie wybrali niech się nie mszczą na wyborcach, bo będzie to tak jak w porzekadle „na złość mamie odmrożę sobie uszy, albo zrobię w portki”.

Gdynianie, patrzą na Was ci, którzy Gdynię stworzyli i kochali, których pomniki stoją przy 10 lutego i Władysława IV – premier przedwojennego rządu profesor inżynier Eugeniusz Kwiatkowski, a także wspaniały obrońca robotników ksiądz proboszcz Hilary Jastak.

Gdynia to miasto z morza, a nie z głupoty i źle pojmowanej ambicji wybrańców.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Utrwalacze władzy Tuska

Jeśli komuś wydawałoby się, że nasi rodzimi obrońcy demokracji, miłośnicy praworządności, zwolennicy Europy, i wszystkiego, co było, „żeby było jak dawniej” po uzyskaniu władzy i podzieleniu miejsc przy upragnionym żłobie, zatrzymają się, to się mylił. Władza i jej media weszły w stan „utrwalania”, całkiem jak w latach 40-tych.  

Dość charakterystyczne, że w czasach, gdy PiS i wykorzystywał (czasem nader niemądrze) media publiczne, a także był w stanie zapewniać reklamy jakimś sprzyjającym mu mediom prywatnym, tamta strona podnosiła straszliwy jazgot po tytułem: róbcie sobie to za swoje. Po odzyskaniu TVP i zamontowaniu tam funkcjonariatu medialnego z nieocenioną w swojej bezstronności i refleksyjności panią Schnepf na czele, wydawałoby się, że ci, którzy chcą sobie coś innego oglądać, mają spokój. Mają swoje telewizje i podcasty w niezależnym od rządu serwisie streamingowym. Z miejsca, kolejnym etapem było – dość typowe zresztą dla Czerskiej, staliniaki dobijanie rannych przeciwników wyniosły z domów – uderzanie w reklamodawców, z których większość z miejsca się kajała, że śmiała dać także grosz na mającą milionową oglądalność Republikę. Potem zaczęła się, już mniej skuteczna, walka z Krzysztofem Stanowskim, który zresztą starał się salonowi nadmiernie nie podpaść, ale miewał inne zdanie, a do tego przede wszystkim należał do innego konglomeratu medialnego.

To dobijanie przeciwnika na każdym kroku, życie jego życiem powodowane chyba brakiem własnych wartości, poglądów i celów uderza jeszcze bardziej w przypadku odebrania przez PKW PiS funduszy na funkcjonowanie. Po wczorajszej decyzji PKW w Internecie z miejsca zaczęto organizować zbiórkę na opozycję. Wydawałoby  się, że do tego już się doczepić nie da. Koalicja Obywatelska, jej najbardziej tępi,  najbardziej zaangażowani funkcjonariusze wszelkiej maści i media, są dziś wrośnięci w miliardy budżetowe, eurofundusze, fundusze norweskie, wszelką możliwą kasę na wspieranie demokracji, walkę z praworządnością, o wolność słowa i inne ewidentne oksymorony. W tej sytuacji wydawałoby się, że jeśli ludzie chcą wesprzeć swoją i tak już skutecznie utopioną partię, to mogą. W sytuacji, w której przypomnijmy pikniki wojskowe były kampanią wyborczą, a kampania wyborcza prowadzona przez Owsiaka nie. Jak to działa, wyłożyła zresztą wyraźnie pani Barbara Nowacka. Minister, nomen men, edukacji  wyjaśniła, że platformerski Campus Polska nie korzysta ze środków publicznych tylko… z samorządowych.

I co? I kiedy wydawało się, że już jest pozamiatane, że PiS odcięty, że praworządność i demokracja kwitną, jak u Michników w domu we wczesnych latach 50. wykryto jeszcze jedno zagrożenie. Te właśnie wpłaty. Wielińscy i Giertychowie Tuska ruszyli do kolejnego boju ze swoim najbardziej żelaznym orężem. Podwójnym standardem. Oto partiom nie wolno zbierać. Tusk mógł zbierać, Hołownia mógł zbierać na Youtubie, a PiS nie wolno.

W gruncie rzeczy, mając taką sytuację, jaką ma dziś rząd i jego medialna sfora, czyli carte blanche, poparcie dla przestępstw ze strony Berlina i ustawione w większości sądy (wyroków tych nieustawionych po prostu się nie respektuje tłumacząc to ich nielegalnością) spokojnie można wszystko. Aż do czasu, kiedy komuś z bezradności puszczą nerwy. A rewolucje nie zawsze w końcu muszą być pokojowe.

Bardzo smutny felieton CEZAREGO KRYSZTOPY: Kuleba postawił kropkę nad i

Robiłem co mogłem, w ramach swoich skromnych możliwości i podczas Pomarańczowej Rewolucji i podczas Majdanu, grafiki, teksty, demonstracje. Po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę, jak wielu innych Polaków, udostępniliśmy uciekającym przed wojną Ukrainkom mieszkanie po Babci.

Pamiętam jak płakały kiedy powiedziałem im po rosyjsku, ukraińskiego nie znam – Nie ispugajties, wy doma – sam się prawie popłakałem. Pamiętam jak jeździliśmy z Synami po warszawskich dworcach karmiąc uchodźców z Ukrainy. I wiecie co? Wcale tego nie żałuję, zrobiłbym to jeszcze raz.

Polska pomoc, ukraińska niewdzięczność

Dopiero ostatnio dowiadujemy się więcej na temat skali pomocy Ukrainie ze strony państwa polskiego, od ekspertów słyszę, że mogliśmy oddać nawet 40% własnego uzbrojenia. A pieniądze, generatory, starlinki, zapewnienie logistyki i wiele, wiele innych rzeczy? Być może ktoś to kiedyś policzy, a być może już się nie da. Podobnie jak wielu innych uważam, ze to trzeba było zrobić, nie dla Ukrainy nawet, tylko dla Polski. Inna sprawa czy nie przekroczyliśmy krytycznego uszczuplenia własnych zasobów. A jeszcze inna to to, że z niezrozumiałych dla mnie powodów, rząd Morawieckiego nie brał pokwitowań za to co w naszym imieniu na Ukrainę wysyłał.

W efekcie, kiedy tylko Polsce skończyły się pieniądze i czołgi do oddania, na arenę powróciły Niemcy, które jeszcze niedawno, jako „sojusznik strategiczny” Ukrainy uważały, że „nie warto jej pomagać”. No, ale skoro ich wielikij drug Władimir nie dał rady Ukrainy zatłuc, to trzeba się było odnaleźć w nowej sytuacji. A żaden Polak nie da Ukraińcowi tyle, ile Niemiec obieca. No więc Zełenski kopnął Polaków w tyłek wykorzystując jako pretekst obronę polskiego rolnictwa i poleciał w te pędy do Berlina, przy okazji mocno przyczyniając się do upadku rządu PiS, który tyle mu bez pokwitowania dał. Razem z Ukrainą (nie w formie państwa, to była bzdura na kółkach, w formie jakiegoś sojuszu) mogliśmy stanowić jakiś w miarę samodzielny środek ciężkości w Europie środkowej i wschodniej. Ukraińcy oddali to za paciorki. Teraz, po ofensywie kurskiej, obrażeni Niemcy zapowiadają zatrzymanie nawet dostaw paciorków.

Kuleba na parteitagu

I po tym wszystkim do Polski przyjeżdża ukraiński MSZ Dmytro Kułeba, który na partyjnym, jebaćpisowym parteitagu nowej, proniemieckiej partii rządzącej, zestawia Rzeź Wołyńską z Akcję Wisła, czyli brutalne zarżnięcie stu tysięcy niewinnych Polaków z dokonanymi przez komunistów wysiedleniami Ukraińców po wojnie. Mało tego, twierdzi, że „zostali wysiedleni z terenów ukraińskich”, a tak w ogóle, to „po co wracać do przeszłości”.

Można powiedzieć, że Dmytro Kuleba na Campusie Polska pokazał, że nie chodzi na nim o „je.anie PiS”, to taka bardziej lekkostrawna wersja light, na finansowanym z niemieckich pieniędzy Campusie Polska chodzi o „je.anie Polski”.

A zwracając się już bezpośrednio do ukraińskiego MSZ, jeśli Polska po latach wspomagania Ukrainy daleko idącym własnym kosztem, ciągle na ekshumacje brutalnie zamordowanych przez Ukraińców Polaków „nie zasłużyła”, niemieckie obietnice ciągle Was bawią, a Pan nie umie uszanować pamięci stu tysięcy polskich ofiar, to Ukraińców i Pana wybór, a także obciążenie Waszych sumień. Ale korzystając z estetyki imprezy, na której było Panu tak dobrze, proszę „czym prędzej opuścić terytorium Polski”, nie wracać, a po MIGi, o których wspominał Pana pryncypał, udać się do Niemiec.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Niemieckie ludobójstwo na Polakach

1 września 1939 roku o godz. 19:00 odpierając całodniowy szturm Niemców, obrońcy Poczty Polskiej w Gdańsku podjęli decyzję o kapitulacji. Dwóch jeńców barbarzyńcy zamordowali na miejscu, 38 sądzili w dwóch procesach przed sądem polowym i skazali na śmierć za to, że byli… „partyzantami”.

Niemieckie bezprawie zatwierdził ostatecznie gen. Walther von Brauchitsch, naczelny dowódca wojsk lądowych. Niemieccy egzekutorzy zamordowali polskich pocztowców prawdopodobnie 5 października około godziny 4:00 nad ranem na terenie starej strzelnicy przy lotnisku we Wrzeszczu i w tym samym miejscu ich pogrzebali. Zachowane świadectwa mówią o prowadzeniu Polaków na śmierć czwórkami, spętanych. Mogiłę pokryto gaszonym wapnem i zasypano. Egzekucją kierował m.in. SS-Sturmbannführer Max Pauly, komendant niemieckiego obozu koncentracyjnego Stutthof.

Poddając 2 października 1939 roku Hel, dowódca polskiej obrony kontradmirał Józef Unrug dał słowo honoru, że jego oficerowie nie będą uciekali, zanim nie trafią do niemieckiej niewoli. Jednym z tych, którzy słowa dotrzymali, był kpt. Antoni Kasztelan, za co został przez Niemców zamordowany.

W Powstaniu Wielkopolskim odznaczony Krzyżem Zasługi po odparciu bolszewików w 1920 roku jako zawodowego wojskowego przydzielono Kasztelana do Batalionu Morskiego w Wejherowie. Aż do napaści Niemiec w Dowództwie Floty w Gdyni kierował kontrwywiadem. Wyróżnił się rozpracowaniem kilku niemieckich grup szpiegowskich. We wrześniu 1939 roku nie skorzystał z możliwości ewakuacji, broniąc Półwyspu Helskiego.

1 października oddelegowany na rokowania z Niemcami. W 1940 roku z obozu jenieckiego niespodziewanie „zwolniono” go i oddano Gestapo. Do rodziny pisał: „Byłem w Gestapo w Gdańsku bity gumową pałką, godzinami, bez przerwy, przez 2 miesiące, aż do utraty przytomności. Ciało, twarz, oczy zupełnie granatowe i czarne od bicia”.

W piśmie do niemieckiego dowództwa w Berlinie Antoni Kasztelan kategorycznie protestował przeciwko bezprawnemu zwolnieniu z niewoli, aresztowaniu i traktowaniu jako zwykłego więźnia, zaznaczając, że poszedł do niewoli na szczególnych warunkach. Pisał o bestialskich metodach śledztwa oraz bezprawnej degradacji i żądał przywrócenia mu uprawnień jenieckich, wynikających z konwencji genewskich. Bez odpowiedzi. Skazany na czterokrotną karę śmierci przez niemiecki sąd w Gdańsku w 1942 roku, został zgilotynowany rok później w Królewcu. W ostatnim liście do rodziny pisał: „Pójdę na śmierć odważnie, choć niewinnie »dulce est pro patria mori«”. Szczątki kapitana posłużyły jako źródło preparatów dla studentów anatomii. To był mord sądowy – na wątpliwe podstawy wyroku zwracał uwagę nawet jeden z niemieckich sędziów-katów.

O bohaterstwie i męczeństwie obrońców polskiego Wybrzeża – kpt. Antoniego Kasztelana i pocztowców z Gdańska – warto przypomnieć szczególnie w momencie, gdy Niemcy uważają, że żadne reparacje za II wojnę światową nam się nie należą.