WALTER ALTERMANN: Sufrażystki jako memento

Powiedzmy od razu i wprost – nie wszystkie nowości w sferze społecznej są godne potępienia. Bywają i takie nowe pomysły społeczne, które przynoszą bardzo dobre skutki. Ale człowiecza natura każe nam się buntować przeciw wszystkiemu co nieznane. Może z ostrożności i przykrych doświadczeń?

Nie jestem konserwatystą, więc mnie nie wszystkie przejawy, zapowiadające nowe porządki, denerwują. Żeby zrozumieć w czym rzecz, przyjrzyjmy się problemowi z przełomu XIX i XX wieku, który wtedy rozpalał – głównie mężczyzn – do białości.

Sufrażystki

Sufrażyzm pochodzi od łacińskiego suffragium – głos wyborczy. Ruch sufrażystek pojawił się w Europie pod koniec XIX wieku, na początku w Wielkiej Brytanii i USA. Najsilniejszy był tuż przed rozpoczęciem I wojny światowej. Hasłem głównym zbuntowanych kobiet była walka o równe prawa wyborcze. Sufrażystkami nazywano w szczególności członkinie założonej w roku 1903 w Wielkiej Brytanii organizacji Women’s Social and Political Union.

Większość sufrażystek odwoływała się do metod nieposłuszeństwa obywatelskiego. Organizowały więc protesty, pisały petycje, dążyły do przemian świadomościowych. Wyodrębniło się również skrzydło radykalne, zwane sufrażetkami, które stosowało ostre formy protestu i przemoc. Uciekały się one do takich działań jak przykuwanie się łańcuchami do ogrodzeń, przerywanie wystąpień przeciwników politycznych czy akty przemocy, m.in. podpalenia skrzynek pocztowych i pustych budynków lub wybijanie szyb w oknach wystawowych. Ruch sufrażystek miał także swoje intelektualne oblicze, w Anglii bardzo mocno wspierał go sam John Stuart Mill.

Jedną z bohaterek ruchu była Emily Davison, która zmarła w wyniku obrażeń głowy doznanych po wpadnięciu pod konia, należącego do króla Jerzego V, podczas gonitwy Derby w roku 1913. Po tym wydarzeniu wiele aktywistek ruchu zostało aresztowanych i następnie uwięzionych, a gdy w ramach protestu podjęły strajk głodowy, poddano je przymusowemu odżywianiu.

W obronie tego, jak jest

Tu warto zauważyć, że tak naprawdę przeciwnikami sufrażystek byli mężczyźni rządzący ówczesną Europą i USA, przekonani, że jest dobrze, jak jest. Ówcześnie każda kobieta kończąca studia była traktowana jak wynaturzenie, dziwactwo i rozwydrzenie obyczajowe. Niektórych konserwatystów kobiety z dyplomami uniwersyteckimi rozpalały wręcz do białego. I nie była to gorączka pożądań. Na dowód wystarczy przeczytać życiorys Marii Skłodowskiej-Curie.

Wynikiem tej akcji sufrażystek było wprowadzenie w Wielkiej Brytanii prawa, które zezwalało na czasowe zwolnienie więźnia ze względu na stan zdrowia – policja mogła jednak w każdej chwili doprowadzić go do więzienia dla odbycia reszty wyroku, gdy tylko uznała, że stan zdrowia czasowo zwolnionego więźnia uległ poprawie. Celem takiego prawa było przeciwdziałanie akcjom strajków głodowych prowadzonych przez sufrażystki, co zdobywało im sympatię społeczną.

Sufrażystki ponadklasowe 

Z początku ruch tzw. kobiet wyzwolonych był bardzo zróżnicowany – tak pod względem środowisk, z których wywodziły się sufrażystki, jak i poglądów, które głosiły. Niemniej z czasem górę w nim wzięły tendencje lewicowe. Choćby z tego powodu, że państwa wyraźnie dzieliły sufrażystki na panie i robotnice.

W październiku 1909 roku Lady Constance Lytton, arystokratka i sufrażystka, została aresztowana i wysłana do więzienia w Newcastle. Kiedy policja odkryła, że jest córką Lorda Lyttona, byłego wicekróla Indii, po dwóch dniach nakazano jej zwolnienie.

W więzieniu Lytton prowadziła strajk głodowy w proteście przeciwko aresztowaniu i dalszemu odmawianiu kobietom prawa do głosowania. Jednak jej zdrowie bardzo się już wówczas pogorszyło, a władze obawiały się, że śmierć uczyni z niej męczennicę sufrażystek. Między innymi z tego względu postanowiono ją zwolnić. Lytton głosiła jednak, że tak naprawdę zawdzięcza wolność przynależności klasowej i statusowi społecznemu – że to dlatego potraktowano ją inaczej, a policjanci odnosili się do niej z większą uprzejmością i delikatnością niż do innych bojowniczek z ruchu.

Na kolejnej manifestacji pod więzieniem Lady Lutton pojawiła się przebrana za służącą. Została aresztowana i ponownie rozpoczęła strajk głodowy. Tym razem jednak nie tylko nie została zwolniona, ale ośmiokrotnie poddano ją karmieniu na siłę.

Zdj. Lady Constance Lytton w 1910 r. Fot. ze strony Suffragette Stories

Karmienie na siłę było powszechną, brutalną formą tortur stosowanych przeciwko emancypantkom. Polegało na wlewaniu unieruchomionym kobietom jedzenia do gardła lub przez rurkę wprowadzoną do nosa. Istnieją dowody na to, że kobiety były także karmione doodbytniczo. Fatalny stan zdrowia Lytton był oczywisty w chwili jej aresztowania, ale ponieważ była w przebraniu służącej zakładano, że kobieta pochodzi z niższej klasy i nikogo to szczególnie nie przejęło.

Zamiarem Lytton było wyciągnięcie na światło dzienne postępowania policji wobec robotnic. Chciała pokazać, że o ile zamożnym emancypantkom oszczędzano brutalnego traktowania, policjanci nie mieli oporów przed torturowaniem biedniejszych działaczek. Jedna z nich Anne Kenney, pisała o Lytton, że jej „pasja i poświęcenie dla kobiet z klasy robotniczej były wyjątkowe”. Z takich aktów solidarności wyłania się obraz ruchu emancypacyjnego jako ponadklasowego aktywizmu, w którym członkinie elity stały ramię w ramię z kobietami z klasy robotniczej i wspólnie walczyły przeciwko zinstytucjonalizowanej mizoginii.

Jak I wojna światowa zmieniła sytuację kobiet

W sukurs walczącym kobietom przyszła, o dziwo, I wojna światowa, która spowodowała, że zaczęło brakować rąk do pracy w fabrykach. I przy maszynach musiały stanąć kobiety. Zmieniło to społeczny punkt widzenia na możliwości kobiet.

W Wielkiej Brytanii ruch na rzecz przyznania kobietom prawa do głosowania przybierał stopniowo na sile w ciągu całej wojny i w roku 1918 brytyjski parlament przyznał prawo głosu kobietom w wieku od 30 lat, które prowadziły gospodarstwo domowe, żonom mężczyzn, którzy prowadzili gospodarstwo, właścicielkom dóbr, które przynosiły roczny dochód w wysokości co najmniej 5 funtów, absolwentkom brytyjskich wyższych uczelni. W Stanach Zjednoczonych prawo głosu zagwarantowała kobietom 19 poprawka do Konstytucji wprowadzona w roku 1920. W Wielkiej Brytanii prawa kobiet do głosu zostały zrównane z prawami mężczyzn w roku 1928.

Należy przy tym pamiętać, że status polityczny kobiet w Wielkiej Brytanii już przed 1918 rokiem stopniowo się podnosił. W latach 70. i 80. XIX wieku zostały dopuszczone do studiów na głównych uniwersytetach w kraju. W tym samym czasie zagwarantowano im również prawo do gospodarowania własnymi zarobkami po zawarciu małżeństwa i do posiadania konta bankowego.

Sufrażystki w Polsce

Sytuacja polskich sufrażystek była specyficzna, ponieważ Polacy nie mieli swojego państwa. Brytyjskie czy amerykańskie sufrażystki wywierały presję na rząd, domagając się równych praw. Polskie działaczki były rozproszone w trzech zaborach, a w każdym z nich panowało inne ustawodawstwo, mniejsza lub większa swoboda polityczna i różne strategie walki, ale też współpracy z zaborcą.

Dostęp do edukacji – był na szczycie listy postulatów wysuwanych przez polskie emancypantki. Wykształcenie dawało kobietom zawód, niezależność finansową, szansę na rozwijanie talentów i pasji. Natomiast możliwość głosowania i kandydowania w wyborach dawało realny wpływ na prawo i politykę, a dzięki temu współtworzenie państwa.

W końcu, w Polsce stało się tak, że prawa wyborcze uzyskały kobiety 28 listopada 1918 roku, gdy Józef Piłsudski podpisał Dekret Naczelnika Państwa o ordynacji wyborczej. Wielki wpływ na jego decyzję miały kobiety z politycznego otoczenia Naczelnika, te które brały udział w działalności konspiracyjnej PPS, Organizacji Bojowej, Polskiej Organizacji Wojskowej i Legionach.

Wnioski i przestrogi 

Jeżeli przypominam dziś historię sufrażystek, to jako naukę i przestrogę dla nas współczesnych. Społeczeństwa są z natury konserwatywne, nie licząc małych grupek „rewolucjonistów z urodzenia”. Ów przemożny konserwatyzm prowadzi jednak do odrzucania a priori, jeszcze przed dogłębnym zrozumieniem nowych idei, każdej nowej myśli. Bo tak jest spokojniej i bezpiecznej.

Zdj. Taj Mahal – tutaj niewiele kobiet słyszało o sufrażystkach, chociaż, o ile mają pieniądze lub rodzina zapłaci mogą się uczyć Mają też prawa wyborcze. Czy kobiety w Indiachi, w jakiejś części są emancypantkami? Wyzwolenie kobiet w Indiach w rozumieniu Zachodu? Nierealne? Można powiedzieć tylko, że ciężko to idzie… Fot. HB – Agra, 9 marca 2023 r.

Jednakże rozwój społeczny, tak jak techniczny, następuje właśnie dzięki rewolucjonistom i nowatorom. Pierwsza kolej przyjmowana była jako wynalazek szatana. Podobnie jak światło elektryczne, nie wspominając już o pierwszych balonach czy aeroplanach. Wszystko to wydawało się ludzkim masom przeciwne naturze i miało prowadzić do końca ludzkiego gatunku. Przeciwnicy zmian zawsze też powoływali się na Boga.

Dziś również ostro gotuje się w społecznym kotle, pojawiają się nowe pomysły na urządzenie świętych jeszcze instytucji. I jakbym słyszał z przeszłości potężne chóry konserwatystów, którzy wtedy w kształceniu kobiet, w ich prawach wyborczych widzieli jedynie upadek moralności, rozwydrzenie i rozpasanie seksualne.

Dlatego zalecałbym więcej spokoju, panowie. I więcej rozwagi. Trzeba nauczyć się rozdzielać ziarno od plew, bo w każdym nowym ruchu są dobre i złe pomysly.

 

 

 

Odpowiedź prezes EFJ Mai Sever na oświadczenie prezes SDP Jolanty Hajdasz po stanowisku EFJ ws. wyborów w USA

W związku z oświadczeniem  prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Poslskich i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP Jolanty Hajdasz z 7 listopada br. i komentarzem sekretarza generalnego SDP Hubert Bekrychta, gdzie znalazły się słowa krytyki i deklaracja odmiennej opinii wobec stanowiska Europejskiej Federacji Dziennikarzy (EFJ) w sprawie – wyrażonej w notatce prasowej Federacji – powinności środowiska dziennikarskiego po wyborze Donalda Trampa na prezydenta USA, zamieszczamy odpowiedź prezes EFJ Mai Sever.

Oto oświadczenie szefowej EFJ Mai Sever:

EFJ ponawia apel o lepszą ochronę dziennikarzy w Europie. Europejska Federacja Dziennikarzy (EFJ) przyjęła do wiadomości krytykę wyrażoną przez kilku przedstawicieli SDP, a w szczególności jej nową przewodniczącą, Jolantę Hajdasz, po opublikowaniu naszego komunikatu prasowego z 7 listopada wzywającego Europę do zapewnienia lepszej ochrony dziennikarzom.

Jako organizacja reprezentująca 73 stowarzyszenia i związki dziennikarzy w 44 krajach europejskich, w tym w Polsce, EFJ musi działać w kontekście wielu opinii. Uważamy, żeta debata idei jest zdrowa, o ile nie przeradza się w obelgi. Federacja taka jak nasza musi dopuszczać wewnętrzną debatę i traktować ją jako wartość dodaną. Jednak Federacja, aby być skuteczną, absolutnie nie może ograniczyć swojej roli do stania się najniższym wspólnym mianownikiem wszystkich swoich afiliantów.

Nikt nie może zaprzeczyć wrogiemu kontekstowi, z jakim zmaga się dziennikarstwo w Europie. Wszystkie badania naukowe (w tym raporty Media Pluralism Monitor) i wszystkie instrumenty monitorujące naruszenia wolności prasy (w tym MFRR i Platformy Rady Europy) odnotowują pogorszenie sytuacji.

Podobnie jak wiele innych organizacji dziennikarzy (w tym dziennikarzy amerykańskich –  National Writers Union lub związki zawodowe dziennikarzy w Danii i Szwecji), EFJ uważa, że sojusz nowo wybranego prezydenta USA i szefa portalu społecznościowego X, który nieustannie prowadzi kampanię na rzecz „śmierci mediów”, stwarza sytuację zwiększonego zagrożenia dla prasy.

Stoimy na stanowisku, że Donald J. Trump i Elon Musk, poprzez swoje ataki na dziennikarzy, stanowią poważne zagrożenie dla wolnego dziennikarstwa, co może mieć daleko idące konsekwencje dla wolności prasy i demokracji w Europie.

Nie chodzi nam o zajęcie stanowiska politycznego, ale o obronę podstawowych wartości, które dotyczą wszystkich dziennikarzy. Niedopuszczalne jest, aby przywódcy polityczni, niezależnie od ich partii politycznej lub kraju, stosowali retorykę, która zastrasza lub kryminalizuje dziennikarzy. To nie jest polityczny sprzeciw, ale fundamentalna kwestia, która leży w zakresie naszej odpowiedzialności za ochronę wolności prasy i bezpieczeństwa naszych kolegów. W tym kontekście apelujemy do instytucji europejskich o ochronę zawodu. To stanowisko jest całkowicie pozbawione zabarwienia politycznego: EFJ nie wyraża tutaj żadnego stanowiska politycznego; wzywa do obrony zawodu przed wszelkimi atakami, bez względu na to, skąd one pochodzą.

Nasz komunikat prasowy z 7 listopada jest jasny:

Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, w Europie i wszędzie na świecie, zawód musi stanowczo stanąć w obronie silnej prasy, która może swobodnie relacjonować fakty i pociągać władzę do odpowiedzialności w sposób gwarantujący dziennikarzom bezpieczeństwo i ochronę zawodową.

Europejska Federacja Dziennikarzy i jej filie dołączają do wszystkich zaangażowanych w obronę dziennikarstwa jako kamienia węgielnego demokracji.Jesteśmy przekonani, że SDP w pełni podziela ten cel z EFJ i wszystkimi jej filiami.

Jak wiadomo, EFJ nie omieszkała potępić ostatnich naruszeń wolności prasy w Polsce i będzie to nadal czynić. Uważamy, że ważniejsze jest uzgodnienie tego, co istotne, niż zagubienie się w sporach.

 

Maja Sever, prezes EFJ

 

Poniżej przypominamy oświadczenie prezes SDP Jolanty Hajdasz z 7 listopada w odpowiedzi o stanowisko EFJ z tego samego dnia z relacji prasowej Federacji. To stanowisko EFJ, jej szefowa przytacza w ostatniej części opublikowanego powyżej oświadczenia Mai Sever.

Oto oświadczenie szefowej SDP Jolanty Hajdasz  z 7 listopada ze wstępem na portalu SDP:

Międzynarodowa organizacja Europejska Federacja Dziennikarzy (European Federation of Jounalists) EFJ wydała komunikat, w którym ostro skrytykowała wybranego 47. prezydenta USA Donalda Trumpa i właściciela platformy społecznościowej „X” Elona Muska. Jolanta Hajdasz prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, które jest członkiem EFJ, powiedziała, że reakcja władz tej federacji jest trudna do zaakceptowania.

 

EFJ w 46 krajach Starego Kontynentu zrzesza 74 organizacje dziennikarskie i związki zawodowe. Ostatnio, po zjeździe w Prisztinie w maju 2024 r. niektóre organizacji, w tym Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, zgłaszały zastrzeżenia co do kierunku działań EFJ, który – zdaniem niektórych delegatów – sprzęgnięty jest z ogólnymi zasadami poprawności politycznej w UE i kierunkami rozwoju Europy narzucanymi przez liberalne władze Komisji Europejskiej. Wcześniej po kongresach w Izmirze w 2022 r. i w Hadze w 2023 r. podobne zastrzeżenia również zgłaszali przedstawiciele SDP.

 

W wydanym 7 listopada i przesłanym do SDP po południu tego dnia oświadczeniu EFJ napisano m.in.:

„Antyprasowa retoryka Trumpa skłoniła już wielu jego wielbicieli na całym świecie i w Europie do odwetu na mediach. Z Donaldem J. Trumpem z powrotem w Białym Domu poczują się jeszcze bardziej upoważnieni do nękania prasy. Zwycięstwo pana Trumpa nie tylko rzuca wyzwanie amerykańskiemu dziennikarstwu, ale także dziennikarstwu europejskiemu — powiedział sekretarz generalny EFJ Ricardo Gutiérrez” – poinformowano w komunikacie.

Dla prezes SDP Jolanty Hajdasz zachowanie władz EFJ wobec wyborów w USA jest bardzo dziwne.

Reakcja EFJ na demokratyczny wybór prezydenta USA jest dla mnie zdumiewająca i trudna do zaakceptowania – podkreśliła w rozmowie z portalem sdp.pl Hajdasz

W dokumencie sygnowanym przez władze EFJ znalazły się przykłady, na czym – zdaniem przedstawicieli organizacji ma polegać zagrożenie stwarzane przez Trumpa dla europejskich mediów:

„Donald J. Trump wezwał do uwięzienia i zgwałcenia dziennikarzy za nieujawnianie swoich źródeł. Tydzień temu, na jednym ze swoich wieców, fantazjował o masowej strzelaninie dziennikarzy. A tuż po wyborach, Elon Musk, właściciel portalu społecznościowego X, który był aktywny w amerykańskiej polityce jako głośny i finansowy zwolennik Donalda J. Trumpa, powiedział, że tradycyjne media są martwe, twierdząc, że „większość tradycyjnych mediów bezlitośnie kłamała opinię publiczną””.

Jolanta Hajdasz uważa, że EFJ przesadnie odczytuje intencje prezydenta Trumpa i Elona Muska.

Organizacja przestrzega przed rzekomym zagrożeniem, jakim  dla wolności mediów ma być Donald Trump, na dowód tego cytuje wyrwane z kontekstu jego wypowiedzi oraz opisuje wydarzenia nadinterpretując je i  nadając im nieistniejący kontekst  np. pisząc że „D. Trump chciał strzelać do dziennikarzy mediów masowych” albo wzywał „do masowego uwięzienia dziennikarzy (ang. „he fantasized about a mass shooting of journalists”, „Donald J. Trump has called for journalists to be imprisoned and raped for not revealing their sources”) – wskazała prezes SDP.

„EFJ publikuje swoje oświadczenie „w imieniu wszystkich dziennikarzy „, choć przecież osoby wypowiadające się w naszym imieniu zdają sobie sprawę z tego, iż w każdym kraju są także inni dziennikarze, którzy nie mają tak krytycznych ocen prezydenta Donalda Trumpa i jego współpracowników np. Elona Muska na temat mainstreamowego dziennikarstwa” – dodała.   „Szkoda, że przy okazji tegorocznych wyborów EFJ nie dostrzega manipulacji i błędów, jakie coraz częściej popełniają media tradycyjne, które nie kryją swoich sympatii politycznych i nie potrafią, a raczej nie chcą rzetelnie przedstawiać programów wyborczych osób, które mają inne poglądy niż ich własne” – zwróciła uwagę.

 

Prezes SDP zwróciła się bezpośrednio do władz EFJ:

„Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich apeluje do koleżanek i kolegów z EFJ o powstrzymanie się od emocjonalnych ocen i bezpodstawnej krytyki nowo wybranego prezydenta USA, szczególnie jeśli robi to w imieniu wszystkich dziennikarzy należących do EFJ.   Gdy odłoży się na bok emocje, łatwiej jest pogodzić się z tym, że demokracja wymaga akceptacji decyzji wyborców także wtedy, gdy wybory wygrywają ci, których nie popieracie i nie rozumiecie” – zaakcentowała Jolanta Hajdasz.

 

Prezes SDP JOLANTA HAJDASZ: Reakcja EFJ na wybór prezydenta USA jest dla mnie trudna do zaakceptowania

 

Komentarz w sprawie oświadczenia EFJ opublikował także 7 listopada sekretarz generalny SDP Hubert Bekrycht:

 

Tytuł: EFJ umiera – walczy z USA zamiast bronić dziennikarzy np. w Polsce

Komentarz sekretarza generalnego SDP Huberta Bekrychta na ataki władz Europejskiej Federacji Dziennikarzy (EFJ) wymierzone w Donalda Trumpa i Elona Muska

EFJ tuż po ponownym wyborze Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych przypuściła na niego bezprzykładny atak. Wydano nie poparte konkretnymi przykładami, naszpikowane zdaniami wyjętymi z kontekstu oświadczenie EFJ. To deklaracja czysto polityczna, ale nie dyplomatyczną, bowiem władze Federacji okładają Donalda Trumpa i właściciela platformy X Elona Muska prymitywną pałką medialną. W rezolucji EFJ znalazły się sformułowania poniżej jakiejkolwiek formy oficjalnego komunikatu – obraźliwe wyrażenia, manipulacje i kłamstwa. Jak dzieci z piaskownicy obrażają się i tupią nogami włodarze EFJ – dają wyraz frustracji, że Trump i Musk nie mogą być poddani prawodawstwu UE, bo wtedy zbiliby ich grabkami albo szpadelkiem, a najlepiej – tak zrozumiałem deklarację EFJ – aby Europa i media europejskie bojkotowały USA i ich technologie medialne, czyli kiedy prezydentem będzie Trump platforma X powinna być w Europie zakazana. Jak w państwach totalitarnych.

Przedstawiciele EFJ wydali wojnę administracji najpotężniejszego kraju na świecie niezbyt dobrze chyba rozumiejąc co napisali w oświadczeniu. W XIX wieku, ba nawet pod koniec XX wieku takie dokumenty prowadziły do prawdziwych wojen. Takich z realnymi strzałami, czołgami, flotą wojenną, lotnictwem, żołnierzami wyposażonymi w ostrą amunicję i – przede wszystkim – do wojen z realną śmiercią i ludzkim nieszczęściem. Nieodpowiedzialność czy złe tłumaczenie a może jedno i drugie?

Pisali to Chorwatka i Belg, którzy jako podróżujące po Europie władze EFJ wydawałoby się, że dużo lepiej muszą posługiwać się angielszczyzną niż ja, a piszący te słowa ma już swoje lat i wiele z gramatyki angielskiej zapomniał. Nie zapominałem jednak słów. Czasem się mieszają, ale od czego są słowniki. Nie zapomniałem też uniwersalnego języka przekazu – niezależnie od tego czy jest to język polski, angielski, chiński, czy szwedzki, włoski, hebrajski, arabski a nawet język liczącego 7 osób plemienia afrykańskiego, którego nazwy nikt nie pamięta. Przekaz nie może zawierać waty słownej, przekaz powinien być konkretny, przekaz dziennikarski EFJ zaś musi być konkretny do kwadratu a nie wypowiadający powszechnie znane politycznie poprawne bzdury, w które nie wierzą nawet wielbiciele EFJ – politycy Unii Europejskiej. Tym bardziej, że przedstawiciele centrali EFJ są miłośnikami liberalnych polityków Unii Europejskiej, bo EFJ protestuje zawsze chętnie tam, gdzie zagrożone są media, które atakują demokratycznie wybrane, ale konserwatywne władze krajów w UE, zresztą poza UE, jak dowodzi przykład USA, też…

 

Śródtytuł: Nie w moim imieniu!

 

O tym przekazie zapomnieli jednak obrażający Trumpa i jego miliony wyborców przedstawiciele EFJ przywołujący fakty, które kompromitują także mnie, bo jako członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich – organizacji zrzeszonej w EFJ – nie zgadzam się z takim tandetnym wykorzystywaniem polityki przez przedstawicieli stowarzyszeń i zawodowych związków dziennikarskich w Europie. Miejmy inne poglądy, na przykład ci ludzie we władzach EFJ niech mają poglądy bliższe liberalno-lewicowej Komisji Europejskiej, ale pozwólcie nam, którzy doświadczyliśmy już w tej części Europy komunizmu mieć bardziej konserwatywne opinie na tematy społeczne i polityczne. Na tym polega demokracja.

„Wybór Trumpa powinien skłonić Europę do lepszej ochrony dziennikarzy” – to tytuł rezolucji, oświadczenia, stanowiska, informacji, czyli nie wiadomo czego, dokumentu sygnowanego przez władze EFJ. A co z Polską i SDP? Czy nie zasłużyliśmy na odpowiedź EFJ na nasze protesty przeciwko bezprawnemu niszczeniu mediów publicznych przez obecny polski rząd? Jakie macie, Koleżanki i Koledzy, prawo krytykować media w USA, skoro ignorujecie bezprawie medialne, które zgotowała w Polsce obecna administracja państwowa? Czy dlatego ignorujecie zdanie SDP, bo ten polski rząd jest liberalny a jego obecni członkowie, z premierem włącznie, atakowali bezceremonialnie jeszcze niedawno Trumpa? Kiedy władze EFJ zamierzają odpowiedzieć na protesty w sprawie manipulacji z ostatniego kongresu w Prisztinie w maju 2024 roku, kiedy to dosłownie zastąpiono projekt uchwały SDP innym projektem z kłamstwami i oszczerstwami a naszą poprawkę do innego dokumentu Komitet Sterujący EFJ i sekretarz generalny EFJ Ricardo Gutiérrez potraktowali jak cenzorzy. Wykreślono istotną datę dotyczącą bezprawnego zwalniania i szykanowania w Polsce setek dziennikarzy po bezprawnym, siłowym przejęciu mediów publicznych i represjach wobec innych mediów po 19 grudnia 2023 r. Co powiecie zwalnianym dyscyplinarnie przez rząd z mediów ludziom, ktorych nazwiska Wam nic nie mówią, bo to dziennikarze konserwatywni, np. Romaszewska, Przełomiec, Adamczyk, Tulicki, Gursztyn, Pereira i ja oraz wielu, wielu innych? Abyśmy sobie poszli do Trumpa, Muska, czy do diabła?

Tym bardziej, że straszycie nie mając pojęcia, że są ludzie o innych podglądach, na przykłąd konserwatywnych,  a może tych poglądów po prostu nie akceptujecie?

 

„Żaden dziennikarz nie powinien być obojętny na wybór Donalda J. Trumpa na 47. prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jego związek z dziennikarstwem i podejście do sprawowania władzy będą miały globalne konsekwencje. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, w Europie i wszędzie na świecie, zawód musi stanowczo stanąć w obronie silnej prasy, która może swobodnie relacjonować fakty i bezpiecznie pociągać władzę do odpowiedzialności”.

Na ironię zakrawa fakt, że domagając się prawdy, ostatnie zdanie tego akapitu oświadczenia  EFJ jest bezczelnym kłamstwem:

„Europejska Federacja Dziennikarzy (EFJ) i jej filie dołączają do wszystkich tych, którzy są zobowiązani do obrony dziennikarstwa jako kamienia węgielnego demokracji”

Które file? Pytam szefową EFJ Maję Sever – bo m.in. jej myśli są przytaczane w oświadczeniu. Czy jesteśmy filią, czy istotną częścią EFJ? SDP to największa polska organizacja dziennikarska licząca ponad 3 tysiące członków SDP. My, włądze SDP, nie podpisaliśmy się pod tym oświadczeniem EFJ. Jak mogliście tak szybko zebrać opinie setek ludzi w ponad 40 krajach Starego Kontynentu? Przecież duża część z nas pracowała relacjonując wybory w USA, nie zdążyliśmy się dobrze wyspać a władze EFJ już mają stanowisko druzgocące Trumpa. Chyba, że napisaliście to stanowisko przed wyborami, a to już byłoby fałszerstwo. Zresztą, najpierw są konsultacje! Pamiętacie Statut EFJ?

Organizacja – jak określa siebie EFJ – walcząca z cenzurą sama ocenzurowała i zdlekceważyłą opinię chociażby SDP. A może jeszcze innych organizacji zrzeszonych w Federacji. Cenzura EFJ polega w tym przypadku na tym, że nie ma jeszcze naszego zdania w sprawie, w której wydaliście oświadczenie powołując się na „filie”.

Przestaliście być dziennikarzami? Bo piszecie bzdury i niesprawdzone informacje nie powołując się zresztą na źródła. Kolejna część oświadczenia:

„Donald J. Trump wezwał do uwięzienia i zgwałcenia dziennikarzy za nieujawnianie swoich źródeł. Tydzień temu, na jednym ze swoich wieców, fantazjował o masowej strzelaninie dziennikarzy. A tuż po wyborach, Elon Musk, właściciel portalu społecznościowego X, który był aktywny w amerykańskiej polityce jako głośny i finansowy zwolennik Donalda J. Trumpa, powiedział, że tradycyjne media są martwe, twierdząc, że „większość tradycyjnych mediów bezlitośnie kłamała opinię publiczną”.

Gdyby, któreś z Was napisało coś takiego jako zwykły dziennikarz, o ile redakcja pozwoliłaby na powielanie takich bzdur, adwokaci Trumpa i Muska zmiażdżyliby Was, bo nic w tych słowach nie polega na prawdzie, w najlepszym razie to nacechowana politykierstwem manipulacja i dezinformacja, o której tyle piszecie i – jak mówicie – demaskujecie każdy jej przejaw.

Kolejne bzdury, jakie piszecie kompromitują nas tylko na świecie. Europa nie jest zaściankiem, nie jest też pępkiem świata. Najwyższy czas się obudzić. Oto kolejne zdania oświadczenia EFJ:

 

Napisaliście między innymi: „Antyprasowa retoryka Trumpa skłoniła już wielu jego wielbicieli na całym świecie i w Europie do odwetu na mediach. Z Donaldem J. Trumpem z powrotem w Białym Domu poczują się jeszcze bardziej upoważnieni do nękania prasy. Zwycięstwo pana Trumpa nie tylko rzuca wyzwanie amerykańskiemu dziennikarstwu, ale także dziennikarstwu europejskiemu” — powiedział sekretarz generalny EFJ Ricardo Gutiérrez.

Na Boga Ricarrdo, Ty nie masz w sobie genu samokrytycyzmu? W całej Europie, w trakcie kolejnej kadencji liberalno-lewicowej Komisji Europejskiej, za przyczyną idiotycznych przepisów monopolowych padają w krajach UE redakcje, tysiące dziennikarzy przez ostatnie kilkanaście lat poszło na bruk a Ty, zamiast walczyć o europejskie, w tym polskie, media z Ursulą van den Leyen, podżegasz do konfliktu z medialnym kapitałem USA. Oni mogą zainwestować w umierającej gospodarczo Europie. Europa nie podbije ekonomicznie ani Stanów Zjednoczonych ani żadnego istotnego finansowo kraju.

Dla Was w EFJ istotna jest tylko spiskowa teoria o przejęciu mediów przez Trumpa i Muska, bo piszecie w stanowisku:

„Najbardziej niepokojącym elementem (…) jest zmowa między prezydentem największej potęgi świata a najbogatszym człowiekiem na świecie, Elonem Muskiem, który ma przerażającą zdolność kontrolowania opinii publicznej za pośrednictwem sieci społecznościowych”.

Naprawdę Koleżanki i Koledzy z władz EFJ nie boicie się śmieszności? Walą się systemy medialne w Unii Europejskiej, której rządowi sprzyjacie, bo mają Wasze poglądy, a Wy tego nie zauważacie.?

Proszę Was wyśpijcie się po tej amerykańskiej kampanii i napiszcie inne oświadczenie, bo tego ani ja nie zaakceptuję ani – jak mi się wydaje – władze SDP nie poprą.

 

Hubert Bekrycht  – dziennikarz, sekretarz generalny SDP

Moje poglądy na powyższy temat nie są w żaden sposób związane z oficjalnym stanowiskiem władz SDP

EFJ umiera – walczy z USA zamiast bronić dziennikarzy np. w Polsce

 

Zamiast zakończenia:

 

Niestety, EFJ powtórzyło – w opublikowanym 14 listopada przez portal SDP oświadczeniu prezes Mai Sever – główne tezy swojego stanowiska z 7 listopada – w skrócie, władze Federacji uważają, że wybór Trumpa i rola Muska w kampanii stanowią zagrożenie dla europejskiego dziennikarstwa.

My we władzach SDP nadal nie zgadzamy się z takim przekazem EFJ. Po prostu SDP widzi zagrożenie dla europejskiego dziennikarstwa zupełnie gdzie indziej niż w USA – ono, naszym zdaniem, czai się np. w działaniach opresyjnych działaniach polskiego rządu wobec mediów publicznych i represjach wobec mediów konserwatywnych po 13 grudnia 2023 r.

Mamy inne poglądy na wybór Trumpa i rolę Muska, który jest właścicielem platformy X. Trudno. Ważne, że władze EFJ i SDP ze sobą rozmawiają. I w SDP mamy nadzieję, że proponowane przez obie strony częstsze kontakty zapobiegną dalszym różnicom zdań w tak fundamentalnych kwestiach jak wolność słowa. W SDP i EFJ dbamy o nią, bo szanując tę najwyższą dziennikarską wartość rozmawiamy o trudnych dla naszego środowiska problemach.

 

red. sdp.pl

 

 

 

 

MARIA GIEDZ: „Laski” w Rwandzie – niezwykła szkoła dla niezwykłych dzieci

Siostra Pia i Siostra Jadwiga, franciszkanki rodem z Polski, a dokładnie z podwarszawskich Lasek, to dwie przeciwności. Tworzą wspaniały duet wspomagany przez miejscowe zakonnice. Dzieciaki je uwielbiają i chodzą „jak w zegarku” bardzo ciężko pracując, chociaż są ociemniałe. Prowadzona przez owe siostry szkoła, w których uczy się 190 dzieci jest najlepszą szkołą w Rwandzie. Wygrywa konkursy ortograficzne, literackie, ale i matematyczne. Tutejsi uczniowie to olimpijczycy, „biją na głowę” wszystkie rwandyjskie dzieci, a nawet wygrywają mecze piłki nożnej i ręcznej, czemu z wielkim zapałem kibicuje S. Jadwiga. Nie wspomnę już o szkolnym chórze. Taką muzykę można usłyszeć w najlepszych filharmoniach świata, a wykonują ją niewidzące dzieci ze szkoły w Kibeho.

Zapewne owe zakonnice nie są zadowolone z moich pochwał, bo to przecież ich codzienna praca i powołanie, a że trafiły na podatny grunt, to miały szczęście. Kiedy odwiedziłam ich klasztor i szkołę doznałam szoku. Kompleks budynków posadowiono na zachodnim zboczu sporego wzniesienia zwanego Uwimfizi skąd rozciąga się piękny widok na dolinę i zbocze kolejnego wzgórza, kilkaset metrów za kościołem parafialnym, tym samym, w którym w ramach wojny domowej w 1994 r. spalono 25 tys. osób, mieszkańców Kibeho. Mimo, że kościół został pięknie odbudowany i mógłby służyć mieszkającym w okolicy wiernym, jest zamknięty od lipca 2024 r. – taką decyzję wydały władze państwowe. Ponoć dlatego, że nie ma przy nim parkingu i toalety. Owa decyzja dotyczy ponad pięciu tysięcy kościołów (chodzi o budynki) różnych wyznań, w tym 1500 katolickich rozmieszczonych w całej Rwandzie.

Wróćmy jednak do szkoły. Zobaczyłam w niej roześmiane, szczęśliwe twarze dzieci, chociaż takie trochę nieme, bo z „martwymi” oczami. Bałam się tego spotkania i niepotrzebnie. Dzieci rzeczywiście nie patrzą w oczy do czego nie jestem przyzwyczajona, ale ich chęć przekazania mi swojej wiedzy – a dobrze przygotowały się do spotkania – była niesamowita. Otoczone miłością ukazywały wszystkie swoje najlepsze cechy.

Dzieci śpiewające powitalną piosenkę po polsku. Fot. Maria Giedz

Witamy w naszej szkole

Dwójka młodych ludzi, chłopak o imieniu Jean Paul, przewodniczący samorządu szkolnego oraz dziewczyna Pamela, przewodnicząca grupy dziewcząt czekali na mnie przy wejściu do budynku. Zaprowadzili do klasy, w której siedzieli już inni uczniowie. Wszyscy byli podekscytowani gościem z Polski. Sylwia na tę okazję włożyła piękną niebieską sukienkę. Nikt nie krzyczał, nie było wygłupów. Traktowali spotkanie poważnie chociaż mieli zaledwie po kilkanaście lat. Dopiero, kiedy im zadałam pytanie zaczęli mówić i to po kolei, spokojnie. Takiej szkoły jeszcze nie widziałam. Odnosiłam wrażenie, że jestem w szkole wyjątkowo elitarnej, gdzie ogromny nacisk kładzie się nie tylko na przekazywanie wiedzy, ale na dobre wychowanie, szacunek dla innych, myślenie z wyobraźnią. A przy tym panuje radosna atmosfera. Tego w polskich szkołach, zwłaszcza tych miejskich, już nie ma.

Pamela, przewodnicząca samorządu dziewcząt opowiada o kółku dziennikarskim. Fot Maria Giedz

Pamela wstała i lekko się uśmiechając, spokojnym głosem mówiła o różnych codziennych zajęciach. Opowiadała o szkole z przejęciem, miłością. Odnosiłam wrażenie, że opowiada o swojej ukochanej rodzinie, której życie przynosi zarówno radości, jak i smutki. Jej oczy były zwrócone gdzieś w bok, ale jej twarz wyrażała emocje. Kiedy opowiadała o sprzątaniu, praniu, odrabianiu lekcji, a nawet o pracy (śpiewaniu) w chórze czyniła to w sposób naturalny, bo to takie czynności dnia codziennego. Jednak, gdy zaczęła mówić o kółku dziennikarskim jej tembr głosu się zmienił. Chyba w przyszłości chciałaby zostać dziennikarzem. Opowiadała jakie winny być informacje, co interesuje społeczność szkolną, a więc: wiadomości ze świata, sport, newsy, rozrywka, plotki, własne podwórko. Dowiedziałam się, że zarówno ona, jak i jej koledzy z kółka dziennikarskiego szukają różnych wiadomości m.in. w komputerze, a potem przekazują innym. Starają się, aby były prawdziwe, a nie zmyślone, fikcyjne, naciągane…

Jej koleżanka Sylwia, ubrana w piękną niebieską sukienkę, a także kolega Jean de Dieu wspominali o egzaminach na zakończenie szóstej klasy. Takie egzaminy muszą zdać wszyscy uczniowie w Rwandzie o ile chcą kontynuować naukę w szkole średniej (odpowiednik naszego gimnazjum). Oboje podkreślali jak ważny jest to egzamin, że jego poziom jest niezwykle wysoki i ile wyrzeczeń musi ponieść uczeń, aby go zdać. Nie zabrakło też pochwalenia się, że to właśnie ich szkoła jest najlepsza w całym okręgu. A tak przy okazji dowiedziałam się, że Sylwia wzięła udział w konkursie literackim, który odbył się w Kigali, stolicy Rwandy. Startujące w konkursie dzieci z 300 szkół w Rwandzie przygotowały nieduże formy literackie w dwóch językach, w kinyarwanda i po angielsku. Sylwia w tym konkursie zajęła pierwsze miejsce.

Sylwia na spotkanie z gościem z Polski włożyła piękną niebieską sukienke. Fot Maria Giedz,

Inny uczeń, zafascynowany nowinkami technicznymi, opowiadał o specjalnym urządzeniu Orbit Reader 20 dzięki któremu można czytać książki za pomocą karty SD, robić proste notatki, połączyć się Bluetooth’em czy USB z różnymi urządzeniami, aby serfować w internecie, pisać i wysyłać maile… Był bardzo przejęty, z zapałem wystukiwał na owym urządzeniu różne znaki, pozwalające tworzyć zdania i całe teksty. Jednak nie dodał, że owo urządzenie kosztuje prawie 700 dolarów i że dba o nie wyjątkowo, ani że to dzięki tej pomocy wygrał skomplikowany konkurs z przedmiotów ścisłych. A w konkursie tym uczestniczyło 120 rwandyjskich szkół.

Tak można by opowiadać jeszcze długo. Spośród tych opowiadających wyróżniała się spokojna, zrównoważona Benoit, która jest albinoską, czyli ma biały kolor skóry, notabene bardzo delikatnej i wrażliwej na słońce. Zupełnie się tym nie przejmuje. Fascynuje ją biologia i chemia, a więc rośliny, zwierzęta, a także procesy chemiczne zachodzących w żywych organizmach. Jej marzeniem jest zostać nauczycielką. Życzę jej tego z całego serca.

Wszystkie te informacje o egzaminach, konkursach, olimpiadach, rozgrywkach sportowych poruszane są na kółku dziennikarskim a następnie opracowane w formie lokalnych wiadomości przekazywanych głosowo.

Jeden z uczniów prezentuje urządzenie do czytania Orbit Reader 20. Fot. Maria Giedz

Na szkolnym podwórku

Było sobotnie popołudnie. Teoretycznie czas wolny. Część dzieciaków czekała w kolejce do fryzjera. Włosy Afrykańczyków są skomplikowane, gęste, pokręcone. Dla higieny najlepiej obcinać je na krótko, więc jeden z wykładowców na jakiś czas zamienia się w fryzjera. Co ciekawe żadne dziecko nie miało komórki i to nie dlatego, że nie widzi czy jest biedne. Telefony w Rwandzie są bardzo popularne, ale służą do rozmowy i wysyłania SMS-ów. W szkołach dzieci nie używają telefonów. A jeśli jest to szkoła z internatem, jak chociażby ta, to telefon jest dostępny jedynie w sobotę, aby dziecko mogło zadzwonić do rodziców. Oczywiście zdarzają się sytuacje wyjątkowe.

Śpiewające dzieci, a w tle suszące się na krzakach mundurki. Fot. Maria Giedz

Dzieci towarzyszą mi nieodłącznie i te mniejsze i te starsze. Nie podchodzą zbyt blisko, jak te spotkane przypadkowo na ulicy, które potrafią przybiec, przytulić się, poprosić o pogłaskanie. Tutejsze czekają na akceptację, na mój ruch, ale czują obecność drugiego, innego człowieka. Chcą usłyszeć mój głos, nawet jeśli nie rozumieją co do nich mówię, chociaż wszystkie posługują się biegłą angielszczyzną, znacznie lepszą niż moja, i jest to ich drugi, a czasem i trzeci język. Narodowym językiem Rwandy jest kinyarwanda, a czasem tych osób, które przeniosły się z Konga, czy innego ościennego kraju – suahili.

Zaczęło się od służby niewidomym

Pomysł założenia „Lasek” w Rwandzie w 2006 r. i to w Kibeho, jedynym uznanym przez Kościół sanktuarium maryjnym w Afryce, wyszedł od franciszkanki z podwarszawskich Lasek, Siostry Rafaeli Nałęcz, która zmarła w Kigali w 2016 r. Była to pierwsza szkoła dla dzieci niewidomych i niedowidzących w Rwandzie. Obecnie są już trzy. Przy jej powstaniu pomagało polskie MSZ. Dzieci uczą się w niej przez 12 lat. Najpierw przez 6 lat w szkole podstawowej, potem przez 3 lata w niższej szkole średniej (odpowiednik gimnazjum) i przez kolejne 3 lata w wyższej szkole średniej. Do tej szkoły uczęszczają dzieci od 6 roku życia do 24. Zdarza się też, że niektórzy uczniowie zaczynają edukację w wieku szesnastu lat, bowiem w Rwandzie dzieci niepełnosprawne mają utrudniony dostęp do szkoły, zwłaszcza jeśli mieszkają gdzieś w górach daleko od drogi. Poza tym większość szkół jest płatna, również ta prowadzona przez siostry franciszkanki, ale akurat w tej szkole czesne jest niskie, mimo że jest to szkoła z internatem. Ponadto istnieją też ofiarodawcy (darczyńcy) z Polski, z USA…, dzięki którym najbiedniejsze dzieci mogą uczyć się za darmo. Większość lekcji prowadzona jest w języku angielskim. Do wojny w latach 90. ubiegłego stulecia językiem nauczania, oprócz kinyarwanda, był francuski – to pozostałość po kolonii belgijskiej. Po wojnie, nowe władze wprowadziły do szkół język angielski. Francuski pozostał jedynie w kręgach kościelnych. Posługują się nim wszyscy duchowni katoliccy i większość zakonnic.

Ociemniali uczniowie pracujący przy komputerze. Fot. Maria Giedz
Zajęcia w klasie komputerowej. S. Pia przygląda się jak S. Jadwiga pracuje z uczniem. Fot. Maria Giedz

Szkoła dla dzieci ociemniałych w Kibeho znana jest nie tylko w Rwandzie, ale i niemal w całej Afryce. Uznawana jest za najlepszą. Na przykład w tym roku uczeń o imieniu Jean de Dieu, zdając egzamin kończący gimnazjum, notabene posługujący się alfabetem Braille’a, zajął piąte miejsce spośród 130 tysięcy uczniów z całego kraju.

U nas w Polsce nie uświadamiamy sobie, ile pracy, wyrzeczeń, poświęceń muszą włożyć rwandyjscy uczniowie, aby zdobyć wykształcenie. Dzieci z wiejskich gminnych szkół, do których mogą codziennie dojść, mają lżej, ale też poziom nauczania jest zdecydowanie niższy, a i nie obejmuje osób niepełnosprawnych.

Życie „jak w zegarku”

Nauczycielami są zarówno zakonnice, jak i osoby świeckie. Wśród nich są też absolwenci tej właśnie szkoły – sześciu nauczycieli ma problemy ze wzrokiem. Są osobami niewidzącymi i niedowidzącymi.

Siostra Jadwiga opowiada o zawartości biblioteki. Wśród książek jest też literatura polska. Fot. Maria Giedz

Każdy dzień zaczyna się pobudką o 5:30. Pomiędzy godziną 6 a 7 jest nauka własna, czyli można się przygotować do zajęć, dokonać ostatnich poprawek na pracach domowych. Dopiero potem jest śniadanie. Lekcje rozpoczynają się o godz. 8 i trwają do godz. 17 z godzinną przerwą na obiad (w niektórych szkołach zajęcia w niektóre dni trwają do 20). Wieczorem, po kolacji jest jeszcze odrabianie lekcji, czytanie książek… Szkoła posiada własną bibliotekę. Większość książek siostry drukują na miejscu, gdyż są wydawane w zapisie Braille’a. Mimo, że papier do zapisu Braille’m jest bardzo drogi, to wewnętrzy druk takiej książki jest tańszy od książki kupionej i sprowadzonej z zagranicy. Dzieci korzystają również z audiobooków, ale posługują się także komputerami. Mają w nich zamontowane programy, które zamieniają tekst pisany na tekst czytany na głos.

Towarzyski mecz piłki ręcznej chłopców niewidzących i słabowidzących, którzy wkładają opaski na oczy, aby nie oszukiwać niewidzących kolegów. Fot. Maria Giedz

Czasu na „nic nierobienie” nie ma. Dzieci i młodzież zajęte są całą dobę. W to oczywiście wpisane są zajęcia ruchowe, np. gry w piłkę. W tej szkole popularny jest goalball, czyli drużynowa gra w piłkę ręczną dla osób niewidomych i niedowidzących, stworzona przez Niemca Seppa Reindle’a i Austriaka Hansa Lorenzena w 1946 roku., którą od 1976 r. uznaje się za dyscyplinę olimpijską.

W soboty zajęcia kończą się o godz. 14 i dopiero wówczas dzieci mają czas wolny, który przeznaczają na sprzątanie, rozwijanie swoich zainteresowań, najróżniejszych pasji…. Ale to nie znaczy, że mogą włóczyć się po ulicach, pojechać do domu. Czasem odwiedzają ich rodzice. Jednak oni wyjeżdżają do domów 2, 3 razy do roku, głównie na wakacje. Może to staromodne, ale tak wyglądają wszystkie szkoły z internatem w Rwandzie. W Polsce uznano by, że to „wojskowe koszary”, a nawet nazwano by je „dobrowolnym więzieniem”, bo brakuje wolności. Rwandyjska młodzież do znaczenia słowa wolność podchodzi zupełnie inaczej. Wolność nie oznacza czynienia tego co się chce, czyli głupich, złośliwych, bezsensownych zachowań. Szkoda na to czasu. Każdy uczeń, nawet ten najmniej zdolny chce w życiu coś osiągnąć i nie liczy na spadek po rodzicach, bo trudno o taki spadek jeśli się ma sporo rodzeństwa, a do podziału jest kilkunastometrowe poletko.

Sobota, a dokładnie każda ostatnia sobota miesiąca, to „muganda”, czyli czyn społeczny, a w bezpośrednim tłumaczeniu oznacza wspólnotę albo wspólne działanie. Obowiązuje wszystkich Rwandyjczyków pomiędzy godz. 8 a 12. Tego dnia jedna osoba z każdej rodziny musi się zgłosić w określonym miejscu do prac społecznych. Uczniowie mają też swoje wspólne zadania, np. wywieszenie prania, czyli porozkładanie ubrań na krzakach, bo tak szybciej wyschną.

Życie z pasją

Pozostała jeszcze niedziela. W niektórych rwandyjskich szkołach, jak np. szkołach prowadzonych przez Adwentystów Dnia Siódmego, niedziela jest również dniem nauki (oficjalnie dla adwentystów dniem świętym jest sobota, ale tego dnia dla dzieci katolickich czy muzułmańskich też są zajęcia).

U sióstr franciszkanek wygląda to trochę inaczej. Pobudka jest jak w każdy dzień o godz. 5:30. Tego dnia trzeba się ładnie ubrać, przede wszystkim włożyć mundurek. W każdej rwandyjskiej szkole, a nawet w przedszkolu, uczniowie chodzą w mundurkach. Nie ma więc strojenia się, wkładania modnych, markowych ciuchów i udowadniania, że jestem lepsza, bo pochodzę z zamożniejszej rodziny, nie ma też pogardzania biedniejszymi. Wszystkie mundurki są takie same: czarne spódniczki lub spodnie, szare sweterki, białe bluzki albo koszule, białe skarpetki, czarne buty. Mogą być też czerwone spódniczki w kratę. Różnice wynikają jedynie z przynależności do klasy, grupy nauczania. W każdej szkole mundurki wyglądają troszkę inaczej.

Chwilę po godzinie szóstej dzieci opuszczają szkołę i wyruszają na Mszę Św. do kościoła, która rozpoczyna się o siódmej rano w sanktuarium maryjnym. Idą pieszo około pół godziny. Mimo że znają drogę, niemal maszerują w dość zwartym szyku, razem, parami, często trzymając się za ręce. Tak łatwiej się im poruszać, ale też pięknie wyglądają. Takiego widoku w Polsce się nie zobaczy. Zgrana, zaprzyjaźniona ze sobą grupa młodych ludzi i mimo, że są jeszcze dziećmi, traktująca życie na poważnie. Nie używają białych lasek. Tylko by przeszkadzały. Zresztą siostry tak wychowują swoich podopiecznych, że dzieciaki poruszają się dość swobodnie. Ci, którzy choć trochę widzą prowadzą tych całkowicie niewidzących. Kiedy tak maszerują do kościoła trochę przypominają małe wojsko. Świetna organizacja, wyczucie miejsca, czasu.

Śpiewające niewidzące i niedowidzące dzieci podczas porannej Mszy Św. w niedzielę, odprawianej w Sanktuarium Maryjnym w Kibeho. Fot. Maria Giedz

Kiedy już dotrą do kościoła sanktuaryjnego siadają na wyznaczonym dla nich miejscu. Ich zadaniem, w każdej niedzielnej, porannej Mszy Św. jest oprawa liturgii, głównie muzyczna. To dzieci od sióstr franciszkanek grają, śpiewają. Również czytania liturgiczne są w ich wykonaniu, bowiem swobodnie posługują się Braillem, a nawet posługują do mszy, czyli są ministrantami. Jeśli ktoś nie wie, że są to dzieci niewidzące, to może się nie domyślić.  Zazwyczaj większość czynności wykonują w dwie osoby. Dziecko niedowidzące pomaga niewidzącemu. Tak jest łatwiej. A dzieciaki są niesamowite. Ich śpiew znany jest w całej Rwandzie.

Kiedy wybierałam się do Kibeho kilka osób wspomniało mi o mszach z udziałem dzieci, które śpiewają. Wyobrażałam sobie śpiewające przedszkolaki lub polskie msze dla dzieci, które zazwyczaj omijam o ile nie idę do kościoła z dzieckiem. A tu taka niespodzianka! Najpiękniejsza i najbardziej oblegana msza, oczywiście poza odpustowymi czy sprawowanymi z okazji ważnych świąt, albo innych uroczystości. Generalnie Rwandyjczycy są ludźmi uzdolnionymi muzycznie. Jeśli spotka się kilka osób i to nawet po raz pierwszy, potrafią śpiewać na głosy. Dzieci od franciszkanek nie są nowicjuszami. W szkole mają specjalne zajęcia z chóru i nie jest to tylko nudna lekcja muzyki czy wychowanie muzyczne. One śpiewają z pasją.

Marzy mi się, aby jeszcze tam wrócić.

 

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Reprodukcja patologii

Jeśli wzorcem z Sèvres dla polskich mediów ma być BBC to można wytłumaczyć dlaczego u nas one tak wyglądają, jak wyglądają. Choć tylko częściowo.

W autobiograficznej książce, którą zresztą gorąco polecam, „Outsider”, Frederick Forsyth opisuje jak działała już w latach 60. brytyjska BBC. Lekcja pisarza powinna być obowiązkową odtrutką dla wszystkich tych, którym w trakcie studiów dziennikarskich, praktyk redakcyjnych albo kariery zawodowej, wpojono przekonanie, że to wzór dziennikarskiej rzetelności, tym bardziej, że przez ponad 50 lat od kiedy Forsyth opisywał swoją krótkotrwałą pracę w BBC sprawy poszły zdecydowanie do przodu. W brytyjskiej „publicznej” autor „Dnia Szakala” znalazł się w drugiej połowie lat 60. kiedy w Nigerii, kilka lat po tym jak zyskała niepodległość wybuchło powstanie ludu Ibo wiedzionego przez pułkownika Ojukwu i na krótki czas nad Zatoką Biskajską utworzono państwo Biafra. Forsyth, jako młody i ambitny wówczas dziennikarz postanowił, że w swoich korespondencjach „napisze jak jest”. I wówczas zaczęło się to, czego uczciwie mówiąc, nie powstydziłby się żaden z socjalistycznych demoludów.

Okazało się, że BBC jest po prostu tubą brytyjskiego establishmentu, a swoją misję i cele pojmuje dość swoiście – jako realizację zadań politycznych. Do tego nie zadań brytyjskich, nawet nie elit brytyjskich, a po prostu polityków Partii Pracy, czyli ekipy nieustannie wracającego do władzy Haralda Wilsona. A w jego interesie było nie negować integralności Nigerii. Sztucznego państwa, którego nazwę wymyśliła pani Lugart, żona brytyjskiego awanturnika, który teren podbił, a mapę wyrysowano po prostych liniach wokół obszaru, który opanował. W tej sytuacji, dla osobnej państwowości ludu Iba, który był wyżej rozwinięty niż reszta kraju, i jego wykształconego na Oksfordzie przywódcy, miejsca być nie mogło. Także w mediach. Duże afrykańskie powstanie, wojnę, a w końcu powstanie państwa najpierw bagatelizowano, potem zdecydowano się przemilczeć, co ostatecznie zakończyło pracę niepokornego Forsytha w BBC. Jak celnie on zauważa, w tym czasie media brytyjskie, a także ich rozmaite pochodne, w postaci celebrytów i rozmaitych gadających głów, przeżywały nieustannie inną wojnę. W Wietnamie. Podczas, gdy inna wojna toczona na ogromnym terytorium, jeszcze kilka lat wcześniej będącym fragmentem imperium brytyjskiego, a do dziś dnia członkiem Wspólnoty Brytyjskiej, ich nie zajmowała.

Obserwując choćby rzetelność alternatywną z jaką BBC relacjonuje wydarzenia polityczne w Polsce, a także jak stawała na wysokości zadania propagandowego relacjonując wybory w USA trzeba przyznać, że sprawy tylko się rozwinęły i dziś młody Forsyth po prostu naiwnie by tam nie poszedł (wcześniej był korespondentem Reutersa). Gorąco polecam zresztą rozmowę amerykańskiego komentatora Bena Shapiro, można ją znaleźć na Youtube, który kilka lat temu przerwał wywiad z dziennikarzem Andre Neilem nawrzucawszy mu wcześniej od propagandystów. Było to pół wieku po tym, jak z BBC swoją pracę tam zakończył tam Frederick Forsyth. Jak podsumował sprawę w swoim komunikacie zacny brytyjski nadawca „Ben Shapiro jest postacią kontrowersyjną”.

BBC za to kontrowersyjne nie jest. Jest po prostu tubą propagandową lewicy, niegdyś brytyjskiej, a dziś światowej, udającą niezależność. Ale jeśli ktoś się pociesza, że podobnie jest u nas to niestety racji nie ma. U nas jest dużo gorzej. Jednak całkowite przemilczenie, przynajmniej do momentu w którym piszę ten felieton, przez wszystkie media głównego nurtu, sprawy nie tylko wyczynów ojca i wujów Kingi Gajewskiej, ale też nie zadanie w tej sytuacji oczywistego pytania o pochodzenie majątku wiceministra sprawiedliwości Arkadiusza Myrchy, przekracza to, na co narażeni są Brytyjczycy. Podobnie jak nie mają oni jednak  swojej Doroty Schnepf-Wysockiej. Ale cóż, jak widać znowu się potwierdza, że w krajach postkolonialnych patologie występujące w „ugruntowanych demokracjach”, czyli dawnych imperiach, reprodukują się ze zdwojoną siłą.

 

Muszę zabrać ciało męża – 20. fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Szli w nieznane, obok domu, w którym mieli szczęśliwie mieszkać i gdzie wciąż leżało ciało Witi… — publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to wstrząsająca kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Publikujemy kolejny fragment książki. Wcześniejsze odcinki można przeczytać TUTAJ.

Bucza, ulica Jabłońska nr 213.

Pierwszego dnia wojny 42-letni Ihor Didkiwski przyszedł do sztabu formacji społecznej „Buczańska Warta” i poprosił o wydanie mu broni, mimo że był osobą cywilną. Pochodził z Malina, w obwodzie żytomierskim. Później mieszkał w Irpieniu, a następnie przeniósł się do Buczy. Od najmłodszych lat Ihor uprawiał sport, a w ostatnich latach uczęszczał do klubu sportowego „Aurus”, gdzie doskonalił swoje umiejętności w sztukach walki.

„Ihor był wrażliwym i odważnym człowiekiem – wspominał przewodniczący ‘Buczańskiej Warty’ Bohdan Jaworski. – Zawsze przychodził z pomocą, nigdy nie pozostawał obojętny na cudze nieszczęście… Uśmiech na twarzy i pozytywne nastawienie – taki pozostał w pamięci wszystkich, którzy go spotkali”.

W 2004 roku Didkiwski był aktywnym uczestnikiem Rewolucji Godności, a dziesięć lat później został wolontariuszem, dostarczając pomoc do strefy ATO. Na początku marca, kiedy Rosjanie w pełni kontrolowali rejon Szkłozawodski, Ihor postanowił samodzielnie wysadzić czołg okupantów na ulicy Jabłońskiej. Bohdan Jaworski nie mógł go powstrzymać, ale ostrzegł: „Ihorze, proszę cię – bądź maksymalnie ostrożny!” Ihor tylko się uśmiechnął… Co wydarzyło się potem, nie wiadomo dokładnie, ale 5 marca kontakt z żołnierzem obrony terytorialnej zaginął. Po wyzwoleniu miasta ciało Ihora znaleziono w masowym grobie na terenie kościoła św. Andrzeja Pierwszego Powołanego. Według wyników ekshumacji zginął od rany postrzałowej…

Ihora Didkiwskiego pochowano 13 kwietnia 2022 roku w Malinie. Pośmiertnie został uhonorowany tytułami „Honorowego Obywatela” Buczy, Irpienia, gminy Malin, a także odznaczony medalami „Za obronę ojczyzny” oraz „Za poświęcenie i miłość do Ukrainy”.

Godz. 11 — 12. Bucza, ulica Jabłońska nr 221.

Trzeciego kwietnia 2022 roku poruszające zdjęcie, zrobione przez fotoreportera AFP Serhija Supynskiego, pojawiło się na łamach wielu światowych mediów. Przedstawiało zabitego 68-letniego rowerzystę Władimira Browczenkę, a obok niego smutnego rudego psa, który strzegł wiecznego spoczynku swojego pana…

Do tej tragedii doszło 5 marca obok budynku nr 221 na Jabłońskiej. Wiktor Szatyło, który potajemnie fotografował zabitych na tej „ulicy śmierci”, opowiadał, że o 12.04 „już leżał jeden zabity rowerzysta…”.

Tego dnia Władimir odprowadzał swoją żonę Swietłanę i córkę na ewakuację. Sam planował jechać do Worzelu, gdzie pracował jako ochroniarz w jednym z sanatoriów, aby zastąpić kolegę.

Swietłana wspominała, że odradzała mu: „Nie jedź! Na ulicy stoją kacapskie czołgi”. Ale on nie posłuchał: „Pojadę…”.

Po odprowadzeniu rodziny Władimir wsiadł na rower… Ale ledwo wyjechał na Jabłońską, a już został postrzelony… Zrozpaczona żona opowiadała: „Później na zdjęciach zobaczyłam, że trafiło go w serce, bo w kurtce w tym miejscu było widać wyrwaną kulą watolinę…”.

Godz. 12.04 — 12.46. Bucza, ulica Jabłońska nr 221.

24 lutego, jak opowiadała Natalia Kowalenko dziennikarce portalu „Perejasław. City” Oldze Kolomijec, „zaczęło grzmieć od strony Hostomla. Wyjrzeliśmy przez okno — ludzie chodzą, transport publiczny jeździ, nie ma paniki. Mąż, Mychajło, powiedział córce, żeby na wszelki wypadek spakowała plecak. Ale nie posłuchaliśmy, nie przygotowywaliśmy się — nic nie wskazywało na to, że w Buczy mogą wybuchnąć walki. Wtedy tylko pomyślałam: w Hostomlu coś wybucha, to dobrze, że nie u nas. Tak minął dzień”.

Jednak już następnej nocy rodzina Kowalenków — 61-letni Mychajło, jego 47-letnia żona Natalia, 27-letnia córka Iryna, ich szkocki terier Mia i kotka — nocowali w piwnicy szkoły nr 3 przy ulicy Wokzalnej 46a. Spali na drewnianych paletach, rozkładając materace i przykrywając się wełnianymi kocami. Wtedy w mieście nadal było światło, gaz, woda i internet. Natalia mogła nawet wyskoczyć do domu, żeby przygotować jedzenie.

Tymczasem z każdym dniem „lokatorów” piwnicy przybywało, ponieważ ostrzały miasta stawały się coraz bardziej intensywne. Szczególnie głośno było 27 lutego, kiedy Siły Zbrojne Ukrainy zniszczyły kolumnę rosyjską na Wokzalnej. Jednak już 3 – 4 marca „kacapy” zaczęli okupować Buczę. Wtedy głowa rodziny postanowiła, że trzeba natychmiast ewakuować się z zajętego przez wroga miasta. Po krótkiej kłótni zdecydowali, że uciekną rankiem 5 marca, zdobywając wcześniej trochę paliwa do ich lanosa. Obrali też trasę ucieczki: ulicą Jabłońską do dworca kolejowego w Irpieniu, a stamtąd pociągiem do Kijowa.

„Nocowaliśmy w piwnicy, a rano pobiegłam do mieszkania, żeby przygotować jedzenie — szczegółowo opowiadała Natalia Kowalenko o tragicznych wydarzeniach tamtego dnia. — Zaraz za mną przybiegł mąż i kazał szybko się zbierać — mówił, że się ewakuujemy. Wzięliśmy samochód, podjechaliśmy do szkoły, aby zabrać córkę, psa i kota. Zabraliśmy też ciepłe koce, bo nie wiedzieliśmy, gdzie i w jakich warunkach przyjdzie nam nocować…
Udało się odjechać od szkoły kilka setek metrów, kiedy nasz samochód został ostrzelany: drzwi i maska były podziurawione. Mąż się zatrzymał i wyszedł z podniesionymi rękami. Przestali strzelać w auto, ale zaczęli strzelać Mychajłowi pod nogi. Z miejsca pasażera najpierw zobaczyłam dym unoszący się nad asfaltem. Potem podniosłam głowę i zobaczyłam, że Mychajło został trafiony w pierś. Spojrzałam mu w oczy, a one zrobiły się jak szkło… Pamiętam, że przemknęła mi myśl: To już koniec”.

Samochód, stojący na wzniesieniu, zaczął powoli się cofać. Z dwóch stron znów zaczęli strzelać — tym razem w przednią szybę. Odwróciłam się do córki — żyła. Nie wiedziałam, czy sama przeżyję, ale kazałam Irynie biec do szkoły i nie oglądać się za siebie. Krzyknęłam: „Zabierz dokumenty i biegnij!”.

Chwilę później sama zaczęłam powoli wychodzić z samochodu, żeby odwrócić uwagę na siebie… Ruszyłam za córką, ale zaczęli strzelać mi w nogi. Iryna powiedziała później, że widziała, jak się wzdrygnęłam, ale wtedy, w szoku, nic nie czułam. Nie zrozumiałam, że kula trafiła mnie w nogę. Biegliśmy najszybciej, jak tylko mogłyśmy, w stronę szkoły. Nagle Iryna odwróciła się i zaczęła krzyczeć „Tato!”. Zatrzymałam się, nawet pomyślałam, żeby wrócić. Przecież Mychajło tam został… Ale otrzeźwiałam: drugiej szansy na ucieczkę nie będzie. Krzyczałam tylko do córki: „Ira, uciekaj! Biegnij do szkoły! Taty już nie ma!..”.

Bardzo, bardzo chciałam wrócić po Mychajłę… Ale wtedy pomyślałam: a co z Iryną? Pobiegłam za nią, biegłam tak długo, jak mogłam. Czułam, że noga mnie piecze — nie patrzyłam na nią, dopóki nie dotarłam do szkoły. Wtedy spojrzałam w dół — zobaczyłam gołą kość i kawałek mięsa, który zwisał… Zrobiło mi się słabo…

Ludzie z piwnicy wyszli nam naprzeciw, pomogli zejść, znaleźli jakieś tabletki antyseptyczne i antybiotyki, opatrzyli ranę. Ktoś próbował wezwać karetkę, ale usłyszeliśmy, że ‘do waszej dzielnicy nie przyjedziemy’, bo jest zbyt niebezpiecznie. Poradzili, abyśmy same jakoś dotarły do szpitala”.

Warto zaznaczyć, że zabójstwo Mychajła Kowalenki miało miejsce między 12.04 a 12.46. Około godziny 13 lokalny mieszkaniec, Wiktor Szatyło, zrobił zdjęcie, na którym w pobliżu jego podwórza płonął rozstrzelany nieco wcześniej minibus Żanny Kamieniewej, a obok leżało ciało mężczyzny — Mychajła Kowalenki…

Dziesiątego marca Natalia i Iryna zdołały opuścić Buczę i dotrzeć do wsi Studenyky, w rejonie Perejasławia, gdzie mieszka siostra Natalii. Później matka i córka wyjechały do Bułgarii. „Nieprędko wrócę do Buczy, jeśli w ogóle. Teraz po prostu uciekam, szczerze mówiąc — płakała Natalia. — „Proszę tylko Boga, aby ocalił jak najwięcej miast, do których nie dotrą ci oprawcy”…

Ciało Mychajła Kowalenki zostało skremowane, a jego prochy, jak informowały media społecznościowe, przewieziono do Białej Cerkwi…

Godz. 12:45. Wieś Mychajliwka-Rubieżiwka (gmina Irpień), ulica Wiosenna nr 32.

Rodzina Kowalów — 48-letni inżynier Wiktor, jego żona Olena, 43-letnia prawniczka specjalizująca się w sprawach ochrony zdrowia, oraz ich 24-letni syn Ołeksij — przez długi czas mieszkali w Buczy, w pięciopiętrowym budynku na ulicy Sklosawodskiej nr 9.

Jednak była jedna trudna sprawa, która uniemożliwiała Olenie Kowal normalne funkcjonowanie w miejskich warunkach. Kobieta miała problemy z kręgosłupem, co utrudniało jej chodzenie po schodach. Wtedy podjęto decyzję o budowie własnego domu. Kupili działkę, która znajdowała się niedaleko — na obrzeżach sąsiedniej wsi Mychajliwka-Rubieżiwka (gmina Irpień), zbudowali dwupiętrowy dom, w którym wszystko zostało dostosowane do potrzeb żony, i już w 2019 roku urządzili przeprowadzkę na ulicę Wiosenną nr 32. Tutaj też, w przestronnym domu, mieli zamieszkać rodzice Oleny.

Wszystkie plany pokrzyżowała wojna…

Kiedy 27 lutego ukraińska artyleria zdziesiątkowała rosyjskich żołnierzy na ulicy Wokzałnej, Kowalowie postanowili wrócić do swojego starego mieszkania. Przynajmniej, myśleli, w pobliżu jest przychodnia (na Sklosawodskiej, nr 7), więc „w razie czego” będą mogli skorzystać z pomocy lekarzy. Tym bardziej, że żona siostrzeńca Wiktora, Oksana, była w siódmym miesiącu ciąży.

Gdy członkowie rodziny wychodzili z podwórka, podszedł do nich sąsiad Dmytro Muchin z rodziną, która składała się z pięciu osób. Mężczyzna błagał o schronienie, ponieważ sami nie mieli piwnicy i bardzo bali się zginąć podczas chaotycznych bombardowań.

Wiktor się zgodził i poszedł przygotować miejsca dla Muchinów, a Olena, Ołeksij i Oksana szybko wyruszyli na Sklosawodską.

Wtedy żona nie myślała, że widzi swojego męża po raz ostatni…

3 marca wjechała ogromna rosyjska kolumna sprzętu wojskowego.

„Widzieliśmy, jak jechali naszą ulicą, strzelając bezładnie w okna — wspominała Olena Kowal. — Po prostu strzelali”.

Już następnego dnia okupanci trafili w wieżę ciśnień i stację gazową — nie było ogrzewania, gazu i wody. Pani Olena opowiadała, że „nie było wody, światła, telefony praktycznie też nie działały”. Musiała wyłączać telefon komórkowy, żeby oszczędzać baterię. Tylko czasami z nadzieją włączała go, aby sprawdzić, czy jest SMS lub telefon od męża. Ale wiadomości od Wiktora nie było…

Kobieta kilka razy zbierała się, aby wrócić do domu, aby dowiedzieć się o losie męża, ale przeszkadzały jej dwie okoliczności — snajperzy, którzy dla zabawy mogli strzelać do cywilów, oraz intensywne bombardowania: „Czuliśmy się jak zakładnicy”.

Olena tylko ostrożnie obserwowała z okna mieszkania, jak przez trafienia pocisków płonęły najbliższe bloki — na ulicy Jabłonowskiej nr 17 oraz na Sklosawodskiej nr 4 i nr 6. „Nie było wody, więc nikt nie gasił — opowiadała kobieta. — Budynki po prostu płonęły, aż nie spaliły się całkowicie”…

8 marca o godz. 15.09 Olena otrzymała tragiczną, lakoniczną wiadomość, którą wysłał Dmytro Muchin: „Lena, Witię zabili. Leży w kotłowni.”

Wtedy Olena postanowiła pójść do swojego domu i — co by się nie działo! — zabrać ciało swojego męża. Opierając się na kuli, wyszła na Sklosawodską, potem skręciła w Jabłonowską i dotarła do przedszkola „Szkiet” (Jabłonowska, 2 d); stamtąd do ich domu było zaledwie kilka minut drogi.

Nagle z dachu przedszkola usłyszała głośne wezwanie: — Stój! Jeśli się ruszysz, będę strzelać!..

— Muszę zabrać ciało męża — podniosła głowę na Rosjanina Olena.  — A jeśli chcesz zastrzelić inwalidę — strzelaj…

I poszła dalej…

„Wtedy zobaczyłam nasz dom — wspominała kobieta. — Jedna ściana była trafiona pociskiem i spaliła się. Wszystkie okna były wybite, niektóre ramy okienne były wyrwane. Rosjanie trafili też do domu Muchinów. Mieli balkon i piękne francuskie okna od podłogi do sufitu. Balkon był zniszczony, okien nie było. Firanki powiewały na wietrze.”

Gdy Olena już zamierzała wkroczyć na podwórze, dogoniło ją dwóch Rosjan w wieku 18 – 20 lat i kategorycznie, grożąc bronią, zabronili wchodzić do domu.

Następnego ranka Olena razem z siostrą Halyną znów próbowały zabrać ciało Wiktora, ale na Jabłonowskiej drogę kobietom zablokował czołg.

Rosyjski żołnierz, który wyszedł z opancerzonego wozu, nakazał natychmiast wracać. A jeśli nie…

Wkrótce Olena, Halyna, ich rodzice i syn mieli szczęście ewakuować się. Szli w nieznane obok domu, w którym mieli szczęśliwie mieszkać i gdzie wciąż leżało ciało Witi…

Później Dmytro Muchin opowiedział dziennikarce Julii Horbunowej o okolicznościach śmierci Wiktora Kowala. „To wydarzyło się 5 marca około godziny 13. Było cicho, więc wyszliśmy z kryjówki, (weszliśmy do domu) i znaleźliśmy się na pierwszym piętrze, w pokoju. A potem (pociski) trafiły w dom, dwa bezpośrednie trafienia, jedno po drugim. Wszyscy upadliśmy na podłogę. Po dwóch, trzech minutach usłyszeliśmy, jak na zewnątrz tłuką się szyby, a potem usłyszeliśmy głośne kroki. Ktoś krzyczał: „Sprawdźcie drugie piętro!” Witia się poruszył, podniósł, rozległ się huk automatu, a on upadł, krzycząc z bólu. Krzyczał: „Proszę, nie strzelajcie! Jestem ranny, tu są cywile, tu są dzieci, nie strzelajcie”.

„(Żołnierze) zaczęli walić w drzwi. Otworzyliśmy, a oni weszli. Było ich 4 lub 5, nawet teraz nie pamiętam. Ich ubrania były bardzo brudne, niektórzy mieli na hełmach wstążki georgijskie. Nakazano nam wychodzić po jednym. Wyszliśmy na podwórze. Powiedzieliśmy, że jest ranny, prosząc o pomoc. Odmówili. Powiedzieli, że nie mają ani bandaży, ani lekarstw. Staliśmy około 30-40 minut, podczas gdy przeszukiwali dom. Potem wyszli na ulicę, nakazali nam wejść i zostać tam, potem odeszli. Weszliśmy do środka. Staraliśmy się pomóc Wici. On jeszcze żył, leżał tam, gdzie go zostawiliśmy.

Rozcięliśmy jego sweter i zobaczyliśmy, że na piersi była powierzchowna rana, nie było rany wlotowej, i na chwilę pomyślałem, że nie jest tak źle. Ale gdy go obróciliśmy, zobaczyliśmy trzy otwory po kulach wokół lewej łopatki. Jego rękaw był całkowicie mokry, a krew rozlała się na podłodze pod nim. Staraliśmy się zatamować krwawienie prześcieradłem. Miał trudności z oddychaniem. Po 20 minutach Wiktor zmarł.

Położyliśmy go na materacu i przeciągnęliśmy do kotłowni, która była najzimniejszym pomieszczeniem w domu…

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Walczyli o honor do końca

11 listopada 1953 r. w Dudach Puszczańskich w powiecie ostrołęckim w walce z kilkuset funkcjonariuszami UB, KBW i MO zginęło trzech członków Narodowego Zjednoczenia Wojskowego – Aleksander Góralczyk „Topór”, Stanisław Grajek „Mazur” i Władysław Sadłowski „Twardy”.

Komendant Okręgu XVI Narodowego Zjednoczenia Wojskowego chor. Witold Borucki „Babinicz” tak pisał 13 kwietnia 1949 r. (cztery miesiące przed śmiercią): „Niewielu z nas powzięło dalsze kroki podtrzymujące honor Organizacji i honor Tych, którzy na śmierć i życie chcieli walczyć z wrogiem. W roku 1947 i 1948 podnieśliśmy ponownie echo walk naszych. Ze swej strony proszę o pamięć macierzystą dla Tych, co w imieniu sił naszych za granicą [rząd emigracyjny], walczyli tu, nie szczędząc życia”.

Według danych na dzień 1 stycznia 1953 r. trzon grupy stanowili: Marian Borys „Czarny”, Aleksander Góralczyk „Topór”, Władysław Sadłowski „Twardy” i Stanisław Grajek „Mazur”. Czwórka ta ukrywała się wspólnie. Natomiast Romuald Korwek „Orzech”, Czesław Kuliś „Chrom”, Stefan Kownacki „Gołąb”, Sczepan Sawicki „Wicher” i Stefan Greloch „Jastrząb” ukrywali się indywidualnie i utrzymywali stały kontakt z „Czarnym”. Od lutego 1953 r. partyzanci działali w dwóch patrolach, z których pierwszy operował na terenie gmin Czerwone, Mały Płock, Lachowo i w południowych gminach woj. olsztyńskiego, drugi na terenie gmin Turośl i Wiartel. Od lat polscy żołnierze byli ścigani przez komunistyczne organa represji.

11 listopada 1953 r. funkcjonariusze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (odpowiednik sowieckiego NKWD) otoczyli zabudowania Franciszka i Franciszki Dąbrowskich, w których ukrywali się partyzanci niepodległościowego podziemia. W wyniku akcji komuniści zabili trzech żołnierzy NZW. Byli to: Aleksander Góralczyk „Topór”, Stanisław Grajek „Mazur” i Władysław Sadłowski „Twardy”. Aresztowano czterech współpracowników oddziału, a gospodarstwo rodziny Dąbrowskich zostało całkowicie zniszczone. Do dziś szczątków „Topora”, „Mazura” i „Twardego” nie udało się odnaleźć.

 

ŁOWCY SKÓR: serial, który powstał za późno…

Nie chcę mnożyć pochwał dla realizatorów serialu „Łowcy skór” pokazanego na platformie Max, bo mam napisać, o co w filmie chodzi a nie mądrzyć się na temat walorów dokumentu. Mogę jednak z czystym sumieniem napisać, że każdemu polecam obejrzenie tego wstrząsającego dokumentu.

Afera tzw. łowców skór zaczęła się pod koniec lat 90. ub. w. w łódzkim pogotowiu ratunkowym. Personel karetek brał łapówki od firm pogrzebowych za wskazanie miejsca, w którym doszło do zgonu, aby przedsiębiorstwa funeralne mogły przekonać rodzinę do wyboru akurat tego zakładu. Oczywiście chodziło o gigantyczne zyski z pochówku zmarłego.

Z czasem załogi karetek były coraz bardziej bezczelne dyktowały ceny, wręcz wymuszały informacje o „skórach” jak nazywano zmarłych, którym pogotowie nie zdążyło pomóc. No właśnie nie zdążyło? Czy nie chciano zdążyć, bo pieniądze były tylko za wiadomość zwłokach? Okazywało się stopniowo, że karetki mogłyby być opóźniane, aby nie móc udzielić pomocy… Wstrząsające. Wstrząsające to miało być dopiero następne odkrycie.

O tzw. łowcach skór ok. 25 lat temu mówiło się w łódzkich redakcjach dosyć sporo. Nie było jednak aż tak wiele wzmianek na ten temat. Przed przełomowym artykułem Tomasza Patory i Marcina Stelmasiaka z Gazety Wyborczej oraz współpracującego z nimi Przemysława Witkowskiego z Polskiego Radia Łódź sprawą zajmowali się także dziennikarze m.in. lokalnej prasy i TVP Łódź.

Na nowy, wstrząsający trop autentycznej afery w łódzkim pogotowiu, po miesiącach pracy przy wątku pogrzebowym wpadli jednak Patora i Stelmasiak. I to oni postarali się, aby jak najszybciej afera wyszła na jaw. Za wszelką cenę chcieli, aby ich artykuł ukazał się na początku 2002, nawet jeśli nie wszystkie szczegóły były dobrze rozpoznane. Dlaczego, zapyta ktoś, dziennikarze nie chcieli czekać? Przecież nie tylko szybkość w tym fachu się liczy, ale poznanie wszystkich szczegółów. Ale tutaj Stelmasiak i Patora z GW działali bardzo świadomie i być może uratowali życie setkom osób.

Otóż, okazało się i dziennikarze GW oraz PRŁ zdobyli niepodważalne informacje o tym, że kilka zespołów pogotowia ratunkowego w Łodzi… morduje pacjentów przy pomocy środka zwiotczającego mięśnie. Pacjent dusił się w męczarniach, a zabójcy z pogotowia nadal inkasowali pieniądze od firm pogrzebowych. I tak wybuchła największa – nie polityczna – afera w Polsce po 1989 roku.

Pamiętam Łódź z tamtych czasów, pracowałem wówczas m.in. w TVP Łódź a podczas procesu „łowców” w Polskim Radiu Łódź. Przyjaźniłem się z Tomkiem Patorą z GW – jednym z autorów artykułu i z Katarzyną Pastuszko z Dziennika Łódzkiego a potem z Angory, która relacjonowała proces; znałem też Marcina Stelmasiaka z GW i Przemka Witkowskiego.

Dopiero lata później uświadomiłem sobie, co przeżyli autorzy „Łowców skór” – Tomek, Marcin i współpracujący z nimi Przemek. Także lata po procesie dotarło do mnie, co musiała czuć podczas rozpraw Kasia. Oni się na moich oczach zmieniali. Większość nas, dziennikarzy, nie zauważyła, że ta sprawa zmieniła ich na zawsze. Teraz to wyraźnie widzę i szanuję ich bardzo, choć nasze drogi, nie tylko dziennikarskie, nieco się rozeszły. Autorzy artykułu „Łowcy skór” z GW opublikowanego w GW 23 stycznia 2003 roku okazali się nie tylko dziennikarskimi „pistoletami” ale przede wszystkim ludźmi. Wrażliwymi ludźmi, którzy wymykają się dzisiejszej mocno niezasłużonej, negatywnej ocenie pracy dziennikarza.

Mimo, że ciągle się kłócimy o tzw. dziennikarstwo śledcze – bo ja uważam, że to semantyka i czegoś takiego nie ma, a występuje tylko tzw. mozolne dziennikarstwo – to w tym jednym przypadku uważam, że Autorzy „Łowców skór” byli prawdziwymi śledczymi. Zapobiegli setkom zgonów. Przecież zwyrodnialcy z pogotowia mogli robić to jeszcze latami…

Dziennikarze ujawniający aferę zapłacili za to straszną cenę, bo w pierwszych tygodniach, kiedy szok ustąpił, nikt nie chciał im wierzyć – tylko prokuratorzy pracowali cierpliwie. Mało tego, środowisko medyczne zaczęło zbierać pieniądze na procesy przeciwko przedstawicielom mediów. Ostatecznie jednak jeden z sanitariusz pochwalił się pod celą, że był „łowcą skór” i wstrzykiwał pacjentom zabójcze substancje.

Sąd udowodnił zabójstwa 5 osób, skazał lekarza i sanitariusza. Obecnie są już na wolności. Setki rodzin pozostały z pytaniem, czy ich krewni i przyjaciele też padli ofiarą bandytów z pogotowia? Wielu milczących pracowników karetek i dyspozytorzy pozostali „solidarni” z kolegami łapówkarzami a potem mordercami. Nikt więcej nie poniósł kary.

Powszechnie wydawało się, że zakończony w 2007 roku proces to tylko pierwszy akt wymierzania sprawiedliwości diabelskim zespołom kartek. Nic bardziej mylnego. Sprawa powszechnie komentowana na całym świecie po prostu ucichła… A przecież powszechnie mówi się o tym, że bandyci z pogotowia mogli zabić nawet tysiąc osób.

I tu dochodzimy do tytułowego pytania. Dlaczego bardzo dobry, wielowarstwowy i dobrze zrealizowany serial powstał dopiero, w 2024 roku? Ja się domyślam, ale zobaczymy.

Nie lubię seriali dokumentalnych, które są fabularyzowane, ale ten pozostanie dla mnie na długo chyba wyjątkiem. I przyczynkiem do zrewidowania mej niechęci…

Dobrze zrealizowany, nie bywa, nawet przez jedną minutę czterech odcinków, nużący, nie jest „zbyt” drastyczny, sensacyjny. Film na swój rytm, podkreślany przez prostą i straszną w wymowie animację.

Nieraz brakuje tu konsekwencji i następstwa wątków, ale taki temat wymyka się z klasycznych schematów. Zresztą ani w dziennikarstwie, ani w sztuce filmowej schematy nie istnieją zbyt długo. Mało, moim zdaniem – ale to dlatego, że może zbyt dobrze pamiętam te relacje – poświęcono czasu nagonce niektórych dziennikarzy relacjonujących sprawę na… dziennikarzy autorów artykułu. Tak, tak, mniej więcej po kilku tygodniach od ujawnieniu szokującej prawdy, zaczęli wychodzić z aresztu pracownicy pogotowia a jeden z profesorów medycyny obrażał autorów artykułu w GW i zbierał pieniądze na adwokatów „mających wsadzić pismaków do ciupy”. Wówczas niektórzy medialni zadaniowy stanęli po stronie służby zdrowia. Po prostu jeden z obwinionych pracowników pogotowia przeistoczył się w rzecznika „niesłusznie podejrzewanych” o powodowanie śmierci setek pacjentów. Miał chyba dobre układy z mediami ogólnopolskimi i niektórzy, pożal się Boże, dziennikarze zaczęli wykonywać polecenia swoich szefów, którzy chcieli mieć lekarzy po swojej stronie. Wielu z polskich medyków, nie tylko z Łodzi, ale z całej Polski, nie wiedzieć czemu poczuła się wtedy „opluskwiona”. No cóż, dlaczego lekarze i sanitariusze z m.in. Warszawy, Wrocławia, Bydgoszczy, Gdańska, Krakowa czuli się źle z powodu afery w łódzkim pogotowiu? Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć, chociaż chcę wierzyć, że chodziło o naiwnie pojętą solidarność zawodową, bo przecież nie o „pogromy” pracowników służby zdrowia.

Ludzie, którzy wystąpili w 2024 roku tym serialu „Łowcy skór” – dziennikarze, prokuratorzy, policjanci, przedsiębiorcy pogrzebowi, lekarze – nie są, za co chwała realizatorom, „dopełnieniem” wielu materiałów archiwalnych. Bohaterowie serialu są autentyczni, tak jak tragedia, która wydarzyła się w Łodzi. Nie używają wielu słów, są skupieni na relacjonowaniu swoich zawodowych obowiązków. Nie ma tu zadęcia, patosu. I choć widzimy mi.in. płaczącą dziennikarkę relacjonującą sprawę „łowców” i skruszonego łapówkarza – przedsiębiorcę pogrzebowego – nie doszukujemy się tutaj przesady, bo ta historia poruszy każdego. I świadka tych wydarzeń po ponad ćwierć wieku i widza, który obejrzał film dzisiaj.

hub

 

„Łowcy skór”;

serial – 4 odc;

Reżyseria: Aleksandra Potoczek, Rafał Skalski;

Scenariusz oraz scenariusz fabularyzacji: Aleksandra Potoczek, Tomasz Patora, Tomasz Karpiński, Rafał Skalski;

Produkcja: TVN Warner Bros. Discovery – 2024 ;

Dystrybucja: Max

Czy media mogą dobrze funkcjonować bez niepodległości? HUBERT BEKRYCHT: Dziennikarstwo niesuwerenne

Dawno, dawno temu – to banał, ale może trzeba o tym przypominać – gazety były redagowane także na obszarach, które nie miały niepodległości lub tej suwerenności, jako państwa, nie odzyskały. Więcej, z postępem techniki media były najlepszym, poza wojną, narzędziem na rzecz odzyskania bytu państwowego. Przykłady można mnożyć, ale wystarczy podać jeden – Polska. Nie będzie to jednak felieton o prasie sprzed 1918 roku…

Niestety, zamiast zagłębiać się w arcyciekawe meandry polskich gazet codziennych i periodyków z okresu odzyskiwania niepodległości Polski, trzeba dzisiaj się zastanowić, czy polskie media działają tak jak powinny funkcjonować w krajach suwerennych? Otóż, moim zdaniem, większość niestety nie działa w ten sposób. Zdecydowanie ponad 75 proc. portali, gazet, rozgłośni i telewizji to działające w Polsce hybrydy udające wolność słowa, tuszujące swoją wewnętrzną cenzurę i manipulujące odbiorcami. Manipulacja w tym przypadku to bardzo eleganckie określenie kłamstwa – kreowane na potrzeby propagandy politycznej poprawności.

Jest tak źle, że może być tylko lepiej?

Nie trzeba chyba przypominać, że większość mediów na świecie – także te w sercu Unii Europejskiej, w Polsce – promują idee liberalne, lewicowe i lewackie, jeśli to w ogóle są idee. Co gorsza, nie ma u nas od końca ubiegłego roku dotychczasowego pluralizmu medialnego. To znaczy, że w głównym nurcie mediów nie można już znaleźć takich rozwiązań jak w latach 2016 – 2023, gdzie konserwatywne były media publiczne i w mniejszym stopniu prywatne, bo rząd któremu podlegają media państwowe był konserwatywny. A dużych prywatnych mediach, sprzyjających opozycyjnym wobec rządu liberałom, lewicowcom i lewakom, dominowały poglądy zupełnie inne, często określane jako właśnie politycznie poprawne.

Bałagan? Nie. Należało tylko wprowadzić zupełnie nowe prawnie nowoczesne regulacje medialne, aby uprościć i uczynić przejrzystym wybór szefów mediów publicznych na styku Rady Mediów Narodowych i Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Te instytucje często były wobec siebie dziwne zależne, ale też zupełnie oddzielne. Polityka…

Błędy konserwatywne

Zjednoczona Prawica miała na reformę medialną dwie kadencje. Dzisiaj nie czas na nieustanne okładanie medialną pałką polityków konserwatywnych, choć to oni popełnili w tej materii sporo błędów. Tylko, że trzeba o tych błędach pamiętać, aby nie powtarzać ich w przyszłości a nie ciągle rozdrapywać rany. Przede wszystkim należy wbić do głów polityków nie tylko prawicy, że media publiczne, jeśli mają przetrwać, nie mogą być instrumentalnie wykorzystywane przez partie rządzące. I tu pojawia się pewna sprzeczność. Bowiem rzecz jednak w tym, że media publiczne są państwowe, rządowe, de facto zarządzane przez nominatów Rady Ministrów.

Trudno rozwiązać ten problem, ale naprawdę da się. Wiem coś o tym, bo pracowałem w telewizji publicznej w tamtym czasie. Przyznać jednak należy, że zmiany w mediach publicznych w latach 2016 – 2023 były najkorzystniejsze dla odbiorców od 1989 r. Poprawiono przekaz społeczny i wzmocniono stronę techniczną. Przyjęto do pracy wiele nowych osób, które nie chciały powielać „wzorców” swoich nowych koleżanek i kolegów zatrudnionych jeszcze w PRL. Pojawiło się wiele nowych programów, których już nie ma, ale wkrótce będą się o nie upominać odbiorcy. Także ci, którzy byli niechętni mediom publicznym za rządów konserwatystów. Co zatem się stało, że dzisiejsze tzw. środki masowego przekazu są narażona na całkowitą utratę niepodległości i zwijanie się jako instytucje państwowe?

Medialny zamach stanu 19/20 grudnia 2023 r.

Często słyszę uwagi, że nazywanie wydarzeń rozpoczętych przez rząd Donalda Tuska 19 grudnia 2023 roku medialnym zamachem stanu jest nadużyciem. Wielu dziennikarzy straciło pracę za taką, barwną, nacechowaną publicystyką, interpretację bezprawnego przejęcia przez rząd utworzony 13 grudnia mediów publicznych. Dlaczego? Bo to był medialny zamach stanu i rząd chce to zakrzyczeć bredniami o „zbrodniach PiS”. Bo ten proces zamachu stanu w mediach nadal pełza w postaci fikcyjnej likwidacji TVP, PR i PAP i powołania, także nielegalnie, marionetkowych członków władz tych instytucji.

Czymże jest siłowe przejęcie mediów jak nie zamachem stanu? To jasne, że zwycięska ekipa parlamentarna może decydować o mediach państwowych – publicznych, ale zmiana ich zarządów to nie zmiana koszuli, kurtki lub samochodu. Pozostańmy przy porównaniu motoryzacyjnym – pojazd elektryczny, czyli zawodny, modny w UE liberalny i lewacki napęd mediów publicznych powinien być wprowadzony zgodnie z prawem i obyczajem. A przecież było to bezprawie przypominające w grudniu ub. roku napad na bank. Napad zbirów, którzy chcieli jak najszybciej się wzbogacić. Polityka to nie praca przy układaniu kwietnych dywanów, ale – na Boga – to też nie wbijanie noża w plecy. Nie było odpowiedniego prawa, trzeba było je uchwalić. Rząd 13 grudnia pod wodzą premiera Tuska miał i ma (nie wiadomo jak długo jeszcze) większość parlamentarną i nie umiał tego zrobić? Nie umiał, czyli to nie jest dobra polityczna koalicja.

I ostatnie argumenty na bandytyzm, nie tylko polityczny, obecnie rządzącej ekipy. Medialny zamach stanu to fakt, bowiem jego cechą zawsze jest wyłączanie nadajników, tak aby dezinformować społeczeństwo, wprowadzać je w błąd albo świadomie podburzać do rozruchów. Najlepiej w Święta Bożego Narodzenia. To nie scenariusz puczu politycznego i medialnego w krajach afrykańskich, południowoamerykańskich, czy azjatyckich. To był scenariusz medialnego zamachu w Polsce.

Uderzono nie tylko w media publiczne zwalniając i zastraszając setki dziennikarzy. Złamano też wszelkie zasady stosując nielegalne metody wobec innych środków przekazu. Represje rządu Tuska dotyczą od prawie roku konserwatywnych mediów. Władze urządziły nagonkę m.in. na: TV Republika, media Gazety Polskiej, Tygodnik Solidarność, Tysol pl., telewizję wPolsce24 i inne media Fratrii oraz Do Rzeczy i Orle Pióro, TV Trwam, czy Radio Maryja lub Radio Wnet – przepraszam, że nie wymieniam wszystkich, ale byłaby to bardzo długa lista.

Utrata niepodległości medialnej

Pomijając żenujący fakt, że prawie prezydent wszystkiego i Warszawy, czyli Rafał Trzaskowski i rząd jego partii PO, szykanują organizatorów i uczestników Marszu Niepodległością, to coraz więcej mediów działających w Polsce traci suwerenność. Dlaczego zestawiam te fakty obok siebie? Bo najpierw odbiera się ludziom wolność zgromadzeń, wolność sława a potem wmawia się im, że mogą z tych wolności korzystać, ale tylko w mediach, które popiera rząd, czyli według prawa, jak je rozumie formacja premiera Tuska.

Nie chcę stygmatyzować Polaków wybierających na przykład TVN, TVP zamiast TV Republika i telewizji wPolsce 24 czy TV Trwam. Nie ma sensu. Należy tylko, o czym ten rząd nie chce pamiętać, dać wszystkim równy dostęp do wszystkich mediów, nie prześladować tych, których dziennikarze mają inne niż rząd poglądy społeczne. I błagam, nie zawracajcie mi proszę uwagi, że dziennikarstwo to „bezwzględny obiektywizm”. Tysiąc raz powtarzałem i powtórzę tysiąc pierwszy raz: nie ma obiektywizmu dziennikarskiego, jest tylko rzetelność. Nie tylko medialna. Poza tym, należy wystrzegać się jak ognia komentarza w programach stricte informacyjnych. No chyba, że serwis podzielono na część z wiadomościami i panel publicystyczny. Poza tym, jeśli się nie łamie prawa, można promować linię redakcji. Jakie regulacje zabezpieczą takie rozwiązania, które na początku lat 90. Były, w większości mediów, obowiązujące bez zapisów prawa? Nie wiem, ale od tego są politycy wszystkich partii. W końcu za to im płacimy. A te zasady dotyczą wszystkich wydawców i tych liberalnych z domieszką lewacką i tych konserwatywnych.

Niepodległość medialna, tak jak ją tutaj nazwałem, to w gruncie rzeczy bardzo prosta droga do demokracji. Niestety demokracja jest w agonii, takoż i niepodległość w mediach całego świata. Bo jest różnica, czy medium nadaje na koniec programu Odę do radości czy Mazurka Dąbrowskiego.

 

Mordowali w Święto Niepodległości – TERESA KACZOROWSKA o pomorskim Katyniu

O zbrodni w Lasach Piaśnickich dowiedziałam się dopiero kilka lat temu. Jest ona mało znana w dyskursie narodowym, mimo iż Niemcy już na początku II wojny światowej zamordowali tam 12-14 tysięcy polskiej i kaszubskiej inteligencji oraz ofiar akcji „eutanazji” T4.  Jednym z najbardziej tragicznych dni było święto Niepodległości Polski, 11 Listopada 1939 roku…

Miejsce zbrodni w pobliżu Wejherowa jak żywo przypomina lasy w Katyniu, Miednoje czy Charkowie. Doły śmierci, gdzie grzebano ofiary, są  tak samo rozrzucone w lesie, pośród smukłych, wonnych sosen i tak samo porażają okrucieństwem człowieka, jego barbarzyństwem. Tyle że unicestwienia inteligencji polskiej podczas zbrodni katyńskiej dokonali nasi sąsiedzi ze wschodu – Sowieci, zaś na Pomorzu sąsiedzi z zachodu – Niemcy. Obydwaj okupanci z obydwu stron kraju mordowali Polaków niemal w tym samym czasie – wiosną 1940 roku. Patrząc na ogrom zbrodni trudno wydobyć z siebie głos, stąd w piaśnickim lesie panuje głęboka cisza. Choć… niektórzy zbierają tam grzyby.

Autorka przy Pomnik ofiar w Piaśnicy,

Początek okupacji

Oddziały Wehrmachtu wkroczyły do Wejherowa i Pucka 9 września, a do Gdyni 14 września  1939 r. Od pierwszych dni wojny na Kaszubach i Pomorzu Gdańskim hitlerowcy wprowadzili niebywały terror. Już podczas kampanii wrześniowej zamordowali setki mieszkańców Wybrzeża, aresztowali masowo działaczy polonijnych oraz pracowników polskich instytucji państwowych, przeprowadzali indywidualne i zbiorowe egzekucje. Walki obronne na polskim Wybrzeżu zakończyły się 2 października 1939 r., wraz z kapitulacją obrońców Półwyspu Helskiego.

Na świeżo zajętych terenach jednostki Wehrmachtu, SS i policji niemieckiej przeprowadziły jeszcze większe obławy i  masowe aresztowania. Dotyczyło to wszystkich zdolnych do służby wojskowej Polaków i Żydów w wieku od 17 do 45 lat, przedstawicieli polskiej inteligencji i duchowieństwa oraz Polaków uznanych za „wrogo nastawionych do Niemców”. Zatrzymywano ich na podstawie przygotowanych przed wojną list. Tysiące osadzono w aresztach, poddawano torturom, wielu wywieziono na roboty przymusowe. Masowe aresztowania dotknęły również powiat morski, zwłaszcza Puck i Wejherowo.

Intelligenzaktion czyli „Sprzątanie polskiej inteligencji”

Nasilony po zakończeniu kampanii wrześniowej niemiecki terror wymierzony był przede wszystkim w przedstawicieli polskiej inteligencji, czy też – w szerszym ujęciu – w Polaków o rozbudowanej świadomości narodowej. To tę grupę Hitler obarczał winą za politykę polonizacyjną na ziemiach zachodnich w przedwojennej Rzeczypospolitej i uważał za najpoważniejszą przeszkodę do szybkiego zniemczenia Pomorza. Zaliczano do niej przede wszystkim księży katolickich, nauczycieli, lekarzy, dentystów, weterynarzy, oficerów w stanie spoczynku, urzędników, kupców, posiadaczy ziemskich, prawników, pisarzy, dziennikarzy, pracowników służb mundurowych, absolwentów szkół wyższych i średnich, jak również członków organizacji i stowarzyszeń krzewiących polskość. Do końca listopada 1939 r. z powiatu morskiego: Gdyni, Pucka, Wejherowa i pozostałych miejscowości aresztowano kilka tysięcy, trzymano ich w przepełnionych więzieniach, poddawano ciężkim przesłuchaniom, wielu zamordowano.

Aresztowani gdynianie, wrzesień 1939 r. Reprodukcja ze zbiorów Muzeum Miasta Gdyni

Działania władz okupacyjnych aktywnie wspierała mniejszość niemiecka zamieszkująca przedwojenne terytorium Polski. Wielu z nich wstąpiło w szeregi tzw. Selbstschutzu paramilitarnej formacji o charakterze policyjnym utworzonej przez Niemców na okupowanych ziemiach polskich. Członkowie Selbstschutzu byli dla Polaków szczególnie niebezpieczni ze względu na doskonałą znajomość lokalnych stosunków i uwarunkowań społecznych. Volksdeutsche Selbstschutzu korzystali z okazji do uregulowania zadawnionych sąsiedzkich sporów i porachunków, często zagarniali mienie należące do aresztowanych i mordowanych Polaków. Do rozprawy z Polakami podjudzał miejscowych Niemców gdański gaulejter NSDP, Albert Foster, który w przemówieniu w hotelu Prusińskiego w Wejherowie wzywał do mordów słowami: „musimy tych zawszonych Polaków wytępić począwszy od kołyski […] w ręce wasze oddaję los Polaków, możecie z nimi robić, co chcecie!” Zgromadzony na ulicy tłum odpowiedział okrzykami: „Niech zginą psy polskie!” „Śmierć Polakom!”.

Oddział Selbstschutzu działający na Pomorzu w 1939 r. Fot. IPN Gdańsk

Historycy oceniają, że w ramach tzw. akcji „Inteligencja” (Intelligenzaktion), prowadzonej na okupowanych terenach Pomorza między wrześniem 1939 a kwietniem 1940 r., Niemcy zamordowali nawet do 60 tys. przedstawicieli polskiej elity społecznej i politycznej, pacjentów szpitali psychiatrycznych, Żydów oraz osób przywiezionych z głębi Rzeszy. Największym i najbardziej znanym miejscem kaźni ludności Pomorza stały się Lasy Piaśnickie w pobliżu Wejherowa.

Ludobójstwo w Lasach Piaśnickich

Lasy Piaśnickie, to część Puszczy Darżbulskiej, na zachód od szosy wiodącej z Wejherowa do Krokowej, w pobliżu kaszubskich wsi Wielka Piaśnica i Mała Piaśnica. Prawdopodobnie pod koniec września 1939 r. okupanci niemieccy podjęli decyzję, aby leśny obszar o powierzchni ok. 250 ha, położony w odległości ok. 10 kilometrów od Wejherowa, wykorzystać jako miejsce masowych egzekucji.

Akcję ludobójstwa w Lasach Piaśnickich, aby „sprzątnąć polską inteligencję”, rozpoczęto pod koniec października 1939 r. Dla więźniów z Pomorza Gdańskiego i Kaszub ostatnim etapem przed rozstrzelaniem w Piaśnicy było zazwyczaj więzienie w Wejherowie, do którego dowożono ich z lokalnych więzień i obozów. Czasem skazańców przywożono na miejsce kaźni wprost z więzienia w Pucku lub z obozów dla internowanych w Gdyni i Gdańsku. Z kolei transporty z Rzeszy docierały do Wejherowa koleją, „wagonami specjalnymi”. Feliks Kreft – telegrafista na stacji kolejowej w Wejherowie – zeznał po wojnie, że między końcem października 1939 r. a kwietniem 1940 r. do Wejherowa przybywało tygodniowo osiem takich wagonów. Na miejsce kaźni dowożono skazańców, nierzadko ze związanymi rękoma, autobusami lub krytymi samochodami ciężarowymi, którym towarzyszyły motocykle i samochody osobowe przewożące eskortę oraz członków plutonu egzekucyjnego.

Masowe doły śmierci przygotowywali w lesie przed egzekucją specjalnie zatrudnieni niemieccy rolnicy z pobliskich wsi, zaś w okresie od 1 do 13 listopada 1939 r. – 40-osobowa grupa Polaków, więźniów obozu  w gdańskim Nowym Porcie. Grupę tę ochrzczono w obozie mianem „Komanda Wniebowstąpienia” (niem. Himmelfahrtskommando). Odizolowano ją od pozostałych więźniów i 14 listopada 1939 r. rozstrzelano w Piaśnicy. Z kolei  pluton egzekucyjny (40–60 osób), odpowiedzialny za transport i likwidację ofiar, stanowili esesmani z Gdańska lub ze specjalnego oddziału Wachsturmbann „Eimann” oraz członkowie lokalnego Selbstschutzu.

Oddział SS w Wejherowie. Fot. pracownia fotograficzna Foto Hans Waldemar Engler Neustadt Westpreussen. Archiwum IPN

Prawdopodobnie ofiary zmuszano, aby przed śmiercią rozebrały się do bielizny. Następnie w grupach po 5–6 osób prowadzono je nad krawędzie zbiorowych mogił, gdzie mordowano strzałem w tył głowy, w pozycji stojącej lub klęczącej. Rannych dobijał dowódca plutonu egzekucyjnego. Pozostałe ofiary zazwyczaj oczekiwały na swoją kolej w odległości ok. 200 metrów. Egzekucje odbywały się w dzień, jak i w nocy (w świetle reflektorów samochodowych). W ciągu jednego dnia członkowie Wachsturmbann „Eimann”, zazwyczaj pod wpływem alkoholu, rozstrzeliwali ok. 150 dowiezionych ludzi. Niektórych rannych dobijano ciosami kolb karabinowych, zdarzały się także przypadki grzebania rannych żywcem. Przed egzekucjami – co potwierdzają zeznania świadków oraz wyniki oględzin odnalezionych zwłok – Niemcy torturowali skazańców. Niektóre relacje mówią o bestialskim zabijaniu małych dzieci poprzez rozbijanie ich główek o pnie drzew, w których odnajdywano później dziecięce zęby i włosy. Po zakończeniu egzekucji opróżnione samochody odwoziły do Wejherowa ubrania zamordowanych i przekazywały je nazistowskiej opiece społecznej.

Jednym z najbardziej tragicznych dni w lasach piaśnickich był 11 listopada 1939 r. – w dniu polskiego Święta Niepodległości strzałem w tył głowy zamordowano nad dołami Piaśnicy 314 osób. W gronie ofiar znalazło się m.in. 120 mieszkańców Gdyni, 34 duchownych z terenów powiatu morskiego (w tym siostra Alicja Jadwiga Kotowska, przełożona Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstanek w Wejherowie oraz dziewięciu jezuitów z Gdyni), grupa cywilnych obrońców Gdyni, grupka dzieci żydowskich; rozstrzelano tego dnia też licznych kupców, rzemieślników, nauczycieli, lekarzy, sędziów i urzędników z terenów powiatu morskiego. Egzekucja trwała od wczesnych godzin porannych do godziny 11:00. Mężczyzn i kobiety prowadzono nad doły śmierci piątkami. Niektórzy z grzebanych w dołach jeszcze żyli…

Grób s. Jadwigi Kotowskiej. Fot. Teresa Kaczorowska
W Piąsnicy zamordowano dziewięciu jezuitów z Gdyni. Dziś ich postaci stoją w ołtarzu leśnej kaplicy w Piaśnicy. Fot. Teresa Kaczorowska

Niemcy starali się zachować w tajemnicy zbrodnie dokonywane w Piaśnicy. Rodziny zamordowanych informowano, że ich bliscy wyjechali do Generalnego Gubernatorstwa, bądź ich los nie jest znany. Teren lasów wokół Piaśnicy otoczony był zawsze licznymi posterunkami policji, aby zapobiec ewentualnym ucieczkom skazańców i strzec miejsca zbrodni przed niepowołanymi świadkami. Przy wejściach do lasu ustawiono tablice z ostrzeżeniem: „kto pójdzie dalej zostanie bez ostrzeżenia rozstrzelany”. Na czas egzekucji zwalniano do domów wszystkich polskich robotników leśnych. Mimo to ludność polska, która obserwowała liczne transporty więźniów i słyszała dochodzące z lasu odgłosy strzałów, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co dzieje się w Piaśnicy. Egzekucje polskich więźniów politycznych zakończyły się w pierwszej dekadzie grudnia 1939 r. Akcja eksterminacyjna prowadzona była jednak w Lasach Piaśnickich aż do wiosny 1940 r. (mordowano wtedy osoby przywiezione z terenów III Rzeszy).

Zacieranie śladów zbrodni

 Wiosną 1940 r. – wkrótce po zakończeniu akcji eksterminacyjnej w Piaśnicy – Niemcy przystąpili do maskowania miejsca zbrodni, sadząc krzewy i drzewa na miejscu masowych dołów śmierci. A w drugiej połowie 1944 r., w związku ze zbliżaniem się Armii Czerwonej, zaczęli w Piaśnicy niszczyć wszelkie ślady zbrodni. W tym celu wyznaczono grupę 36 więźniów KL Stutthof, których zmuszano do rozkopywania grobów oraz wydobywania ciał ofiar, które następnie palono na leśnych paleniskach. Przez kilka tygodni swąd palonych ciał stale dochodził do pobliskich wsi. Niemcy ponownie zakazali wówczas okolicznej ludności wstępu do lasu. Po siedmiu tygodniach, kiedy „praca” była już zakończona, esesmani zamordowali wszystkich członków komanda i spalili ich ciała. Później oprawcy zatrudniali do maskowania śladów niemieckich rolników z okolicznych wiosek.

Ze względu na akcję zacierania śladów zbrodni, jak również z powodu zniszczenia lub wywiezienia dokumentacji, wciąż nie jest znana dokładna liczba ofiar zbrodni piaśnickiej. Historycy szacują, że w Lasach Piaśnickich Niemcy zamordowali od 12 – 14 tys. mężczyzn, kobiet i dzieci: przedstawicieli polskiej elity politycznej i intelektualnej, rodziny polskie, czeskie i niemieckie przywiezione z głębi III Rzeszy oraz pacjenci niemieckich szpitali psychiatrycznych, których mordowano w ramach akcji T4 rozpoczętej pod koniec 1939 r. zarówno na terenie III Rzeszy, jak i na okupowanych ziemiach polskich.

Grób pomnik poświęcony dzieciomz amordowanymw Piaśnicy. Fot. Teresa Kaczorowska

Ekshumacje i śledztwo w Polsce Ludowej

Jeszcze podczas okupacji, mimo niemieckiego terroru, mieszkańcy okolicznych wsi podejmowali próby uczczenia pamięci zamordowanych. Niemiecka policja nie raz donosiła, że nieznane osoby stawiały w lesie piaśnickim wieńce i palące się świece.

Po wojnie, 4 sierpnia 1945 r., Polski Związek Zachodni i zarząd miejski w Wejherowie zorganizowały pierwszą pielgrzymkę do Piaśnicy. Wzięło w niej udział około 30 tys. osób. Kolejne wielotysięczne manifestacje w Lesie Piaśnickim odbyły się 22 września 1946 r. oraz 31 sierpnia 1947 r., kiedy to nastąpiło poświęcenie miejsc egzekucji.

Po zakończeniu działań wojennych, z inicjatywy Polskiego Związku Zachodniego, w Piaśnicy były prowadzone ekshumacje (7–22 października 1946 ). Spośród 35 zbiorowych mogił, o których istnieniu wspominali świadkowie, udało się odnaleźć pozostałości trzydziestu. Dokładnie przebadano tylko 26 grobów. Przebadane mogiły miały rozmiary od 5,4 do 12,8 metra długości, od 2,6 do 5 metrów szerokości i od 2,5 do 3,9 metra głębokości. Odnaleziono także ślady po dwóch paleniskach. Jedynie w dwóch mogiłach udało się jednak odnaleźć zachowane w całości zwłoki 305 ofiar, w tym pięciu kobiet. W pozostałych odnaleziono wyłącznie szczątki ludzkie, resztki ubrań oraz różne drobne przedmioty. Po ekshumacji niektóre zidentyfikowane zwłoki rodziny zabrały i pochowały na parafialnych cmentarzach.

W Polsce Ludowej prace badawcze oraz starania o upamiętnienie zbrodni w Piaśnicy napotykały na liczne przeszkody ze strony władz. Wynikało to z faktu, iż ofiary Piaśnicy (inteligencja, duchowieństwo, pacjenci niemieckich szpitali psychiatrycznych) nie mieściły się w oficjalnym kanonie ówczesnej polityki historycznej. Prowadzono co prawda śledztwo w sprawie zbrodni, przesłuchano kilkuset świadków, przeprowadzono kilka kwerend archiwalnych oraz wytypowano podejrzanych, ale śledztwo zostało po kilku latach umorzone. W 2011 r. Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN w Gdańsku podjęła decyzję o wznowieniu śledztwa „w sprawie masowych zabójstw obywateli polskich dokonanych jesienią 1939 r. w Piaśnicy koło Wejherowa”, które trwa do dziś. Piaśnica oraz dokonana tam zbrodnia pozostają jednak nadal mało znane ogółowi Polaków.

Odpowiedzialność sprawców

Niektórzy sprawcy zbrodni w Piaśnicy zginęli w trakcie wojny lub zmarli wkrótce po jej zakończeniu. Większość uniknęła kary, jak np. Gustaw Bamberger – okupacyjny wiceburmistrz Wejherowa, uczestnik „selekcji” w tamtejszym więzieniu  – piastował po wojnie funkcję wiceburmistrza Hanoweru.

Niektórych jednak skazano. Alberta Forstera, gauleitera NSDAP i namiestnika Rzeszy w Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie, skazano w 1948 r. na karę śmierci (wyrok wykonano 28 lutego 1952 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie). Także esesmana Richarda Hilderandta – dowódcę SS i Policji  w Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie w latach 1939–1943 skazano na karę śmierci w Bydgoszczy (wyrok wykonano 10 marca 1951 r.). Również esesman z Gdańska, uczestnik brutalnych przesłuchań i „selekcji” na egzekucje do Piaśnicy, przeprowadzanych jesienią 1939 r. w wejherowskim więzieniu Herbert Teuffel został przez sąd okręgowy w Gdyni skazany na karę śmierci (wyrok wykonano w 1948 r.).

Albert Forster. Fot. ze zbiorów Archiwum Diecezyjnego w Pelplinie

W latach 1962–1968 w Hanowerze toczył się proces Kurta Eimanna, oskarżonego o udział w eksterminacji psychicznie chorych w ramach akcji T4. Były dowódca Wachsturmbann „Eimann” przyznał się do zamordowania w Piaśnicy 1200 pacjentów niemieckich szpitali psychiatrycznych. Został uznany za winnego udziału w zbiorowym morderstwie na 1200 osobach oraz za winnego pojedynczych mordów na 10 osobach. Otrzymał wyrok czterech lat pozbawienia wolności, z czego odsiedział jednak zaledwie dwa. Sądzony w tym samym procesie zastępca Wyższego Dowódcy SS i Policji w Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie SS-Oberführer Georg Ebrecht został skazany na karę trzech lat pozbawienia wolności, lecz zaliczono mu w poczet kary internowanie po 1945 i uznano karę za odbytą.

Pamięć

We wrześniu 1955 r., z inicjatywy lokalnej społeczności oraz Polskiego Związku Zachodniego, na miejscu zbrodni postawiono Pomnik Ofiar Piaśnicy projektu Aleksandra Wieckiego. Po 1989 r. umieszczono tam urny z ziemią zebraną w Dachau i Katyniu i w pobliżu pomnika zainstalowano tablice z dokładną lokalizacją 26 zbiorowych mogił, które otoczono opieką. Z czasem w obrębie miejsca pamięci zaczęto także wznosić rzeźby lub pomniki, które upamiętniały indywidualne ofiary lub grupy ofiar (np. zamordowane dzieci, leśników, nauczycieli, kupców itp.).

Obecnie tym niezwykłym miejscem pamięci opiekują się organizacje społeczne: w tym utworzony w 1989 r. Społeczny Komitet Opieki nad Mogiłami Piaśnicy oraz Stowarzyszenie Rodzina Piaśnicka, powstałe w 1996 r. przy parafii Chrystusa Króla w Wejherowie. W opiekę nad grobami Piaśnicy zaangażowany jest też Urząd Gminy Wejherowo oraz inne pomorskie instytucje i placówki edukacyjne, m.in. Szkoła Podstawowa nr 8 w Wejherowie im. Martyrologii Piaśnicy.

Lasy Piaśnickie, nazywane „Kaszubską Golgotą”, stały się symbolem martyrologii mieszkańców Pomorza i Kaszub w czasie II wojny światowej. Odbywają się w nich co roku uroczystości upamiętniające ofiary zbrodni, połączone z patriotyczną manifestacją. W Wejherowie i okolicy powstają liczne trwałe znaki pamięci poświęcone ofiarom zbrodni: tablice, epitafia, kaplice, pomniki, rzeźby.

W gronie beatyfikowanych 13 czerwca 1999 r. przez papieża Jana Pawła II  znalazła się zamordowana w Piaśnicy siostra Alicja Kotowska. W Lesie Piaśnickim, 3 października 2010 r., odsłonięto nową kaplicę–mauzoleum, pełniącą jednocześnie funkcję pomnika. Na słupach podobnych do pni ułożonych w stos zostały wytłoczone nazwiska zidentyfikowanych ofiar zbrodni piaśnickiej.

W grudniu 2015 r. powołano do życia Muzeum Piaśnickie w Wejherowie, jako oddział Muzeum Stutthof w Sztutowie. Jego siedziba mieści się w dawnej wilii dra Franciszka Panka, w której w czasie okupacji była placówka Gestapo oraz sztab powiatowego Selbstchutzu.

Muzeum Piaśnickie w Wejherowie. Fot. Teresa Kaczorowska

Ponadto, 6 października 2023 r., dworcowi kolejowemu w Wejherowie nadano nazwę „Męczenników Piaśnickich”. Na budynku dworca odsłonięto również pamiątkową tablicę. Od 2018 r., we wrześniu, organizowany jest w Wejherowie „Motocyklowy Rajd Piaśnicki”.  Zbrodnia w Piaśnicy ma też swoje odbicie w licznych dziełach kultury. Odniesienia do zbrodni w Piaśnicy są dziś obecne w utworach literackich, filmach, komiksach, utworach muzycznych.

Warto dodać, że Piaśnica – największe po obozie koncentracyjnym Stutthof  miejsce kaźni ludności polskiej na Pomorzu w okresie II wojny światowe, nazywane „pomorskim Katyniem” lub „Kaszubską Golgotą” – była też dla niemieckich nazistów jednym z największych poligonów doświadczalnych w przeprowadzaniu masowych zbrodni.

Listopad to czas szczególnej refleksji i modlitwy za zmarłych. Cieszy fakt, że Polacy wciąż pamiętają o ofiarach zbrodni w Piaśnicy i oddają im hołd – rozsiane w sosnowym lesie groby są dziś zadbane, z licznymi kwiatami i światłami pamięci.

 

 

Odszedł orędownik prawdy o Obławie Augustowskiej – TERESA KACZOROWSKA wspomina ks. Stanisława Wysockiego

W czwartek, 7 listopada 2024 r., pod ciężkiej chorobie, odszedł do Domu Ojca, w wieku 86 lat, ks. prałat Stanisław Wysocki z Suwałk (ur. 1 marca 1938 r.). Największy społeczny orędownik prawdy o największej powojennej komunistycznej zbrodni w Polsce, jaką była w lipcu 1945 r. Obława Augustowska. Stracił w niej ojca i dwie starsze siostry, działaczy polskiego ruchu oporu.

Poznałam ks. prałata Stanisława Wysockiego ponad 10 lat temu, kiedy zaczynałam pracę badawczo-reporterską nad tematem Obława Augustowska. I współpracowałam z Nim – jako prezesem Związku Pamięci Ofiar Obławy Augustowskiej 1945 Roku – do końca Jego dni. Owocem są cztery moje książki, a także piąta wydana w j. angielskim („The Augustów Roundup of July 1945”, McFarland, USA 2023). I była to współpraca niezwykle kreatywna, twórcza, inspirująca do podejmowania nowych wyzwań, aby ocalić odchodzącą w zapomnienie największą powojenną zbrodnię komunistyczną, jaką jest Obława Augustowska. I dążyć do jej wyjaśnienia.

Z całą pewnością mogę powiedzieć, że gdyby nie ks. pralat Stanisław Wysoki nie zgłębiałabym tak mocno tego tematu, nie powstałyby moje książki, nie odbyłabym wielu spotkań autorskich i  nie wygłosiłabym tylu prelekcji o Obławie Augustowskiej. Bo to Jego oddanie tej Sprawie, bezkompromisowość, Jego dusza społecznikowska, polska, aby wyjaśnić tę zbrodnię, oddać hołd Ofiarom Obławy Augustowskiej, w tym zamordowanym w tej zbrodni Jego ojcu i dwóm siostrom, powoli wciągały  mnie w ten temat, któremu poświęciłam ostatnie ponad dziesięć lat.

Cieszę, że ks. Stanisław doczekał się swojej monografii mego autorstwa pt. „Obława Augustowska w oczach świadka” (Warszawa 2024). Książka ta rodziła się w bólach, przez kilka lat, ale została wydana w czerwcu tego roku. Pokazałam w niej ks. prałata Stanisława Wysockiego jako niezłomnego Polaka, świadka historii, budowniczego piękna kilku kościołów i sześciu ważnych pomników (w tym czterech w hołdzie ofiarom Obławy Augustowskiej), charyzmatycznego duszpasterza Kościoła Młodych i pierwszego kapelana NSZZ „Solidarności” w Łomży, a później oddanego proboszcza kilku parafii w płn. Polsce, kapelana akowców i sybiraków, a przede wszystkim jako największego społecznego orędownika wyjaśnienia Obławy Augustowskiej. Cieszę się, że ks. prałat Wysocki zdążył moją książkę poznać i mi podziękować.

Bo ks. Wysocki umiał zawsze  i za wszystko dziękować! Potrafił być wdzięczny, zachęcać do działania, doceniać za pracę na rzecz prawdziwych wartości, jakimi były dla Niego „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Był to człowiek niezwykłej szlachetności i skromności, a zarazem ogromnej odwagi, pracowitości i konsekwencji działania. Jestem wdzięczna Bogu, że mogłam Go poznać i współpracować na rzecz Obławy Augustowskiej.

Pożegnałam Go jeszcze w Dzień Wszystkich Świętych, 1 listopada 2024 r., w mieszkaniu jego siostrzenicy lekarki Basi, na jednym z osiedli w Suwałkach, gdzie dożywał swoich ostatnich dni pomiędzy przerwami w szpitalach. Trudno już Mu było wydobyć głos, ale poznał mnie i powiedział cicho: „Pani Tereniuś, ja jestem już namaszczony…”. I pocałował mnie w rękę…

A ja podziękowałam Jemu za obecność w moim życiu, za modlitwy za mnie, za umacnianie mnie w życiowych trudnościach, za troskę w każdym dniu o Polskę!

Spoczywaj w pokoju drogi Księże Prałacie i oręduj dalej w naszej Sprawie! Szczęść Boże!

Ks. prałat Stanisław Wysocki z Teresą Kaczorowską.