TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Hubal” – pierwszy Wyklęty

22 czerwca 1897 r. w Jaśle urodził się Henryk Dobrzański, żołnierz Legionów Polskich, major WP, kawalerzysta, olimpijczyk. We wrześniu 1939 r. zastępca dowódcy rezerwowego 110. pułku ułanów Brygady Kawalerii „Wołkowysk”. Po kapitulacji Warszawy przedostał się na Kielecczyznę, przyjmując pseudonim „Hubal” utworzył Oddział Wydzielony Wojska Polskiego prowadzący walkę z Niemcami.

Swoim żołnierzom powtarzał: „Munduru nie zdejmę, nie było takiego rozkazu”. Mjr Henryk Dobrzański „Hubal” zginął w mundurze. Z bronią w ręku, 30 kwietnia 1940 r. pod Anielinem. Niemcy zmasakrowali ciało majora, wystawili je na widok publiczny, a następnie wywieźli i gdzieś ukryli. Wiedzieli dobrze, jak ważny był dla Kielecczyzny. Tak samo z żołnierzami niepodległości postępowali Sowieci i podporządkowani im komuniści. Nie tylko mordowali, ale zrzucali do bezimiennych dołów i wymazywali z pamięci, wyklinali.

28 września 1939 r. skapitulowała Warszawa, a tego samego dnia Sowieci i Niemcy podpisali II pakt Ribbentrop-Mołotow – „o przyjaźni i granicach” domykając IV rozbiór Polski. Ale Polacy walczyli dalej. 27 września powstała Służba Zwycięstwu Polski.

Mjr Dobrzański bił się dalej, po upadku Warszawy, po kapitulacji Helu, po bitwie pod Kockiem, w końcu po ewakuacji władz cywilnych i wojskowych przez Rumunię na zachód. Oddział Wydzielony Wojska Polskiego mjr Hubala walczył do 25 czerwca 1940 r. I choć sam Dobrzański zginął dwa miesiące wcześniej, to ten ostatni polski zagończyk jest pierwowzorem Żołnierzy Wyklętych.

Ale przecież on sam był Żołnierzem Wyklętym, z tą różnicą, że wyklętym nie przez czerwonego, ale brunatnego okupanta. Wyklętym nie tylko przez sposób, w jaki został potraktowany, ale przede wszystkim ze względu na prowadzoną dalej walkę. Bo „Hubal” nie złożył broni przed Niemcami.

Powiem więcej. Mjr Henryk Dobrzański to wyklęty przez Niemców Żołnierz Niezłomny. Żołnierz, który nigdy się nie poddał, który walczył do końca, dając innym przykład wierności Rzeczpospolitej. Tak jak Żołnierzem Niezłomnym, ale wyklętym przez drugiego okupanta Polski, był mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”.

Zresztą walka z Sowietami „Hubalowi” też nie była obca. W ramach pułku dowodzonego przez ppłk Jerzego Dąmbrowskiego „Łupaszkę” (nazywanego czasem pierwszym „Łupaszką”) potykał się na przemian z Wehrmachtem i Armią Czerwoną. Ten fragment życiorysu „Hubala” PRL-owska propaganda wymazała, wyklęła.

Walczący z Sowietami po 1944 r. Żołnierze Niezłomni liczyli na pomoc aliantów, na wybuch III wojny światowej. Walczący z Niemcami Niezłomny major Dobrzański wierzył, że wiosną 1940 r. alianci, szczególnie Francuzi, podejmą walkę z Niemcami. Chciał swoimi działaniami dywersyjnymi wspierać ich na tyłach wroga. Nie udało się, zginął w walce, ale swoją postawą zasłużył na naszą pamięć.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Co dalej z Mostem Krymskim?

Kiedy Krym znajdzie się pod jurysdykcją Ukrainy, Kijów zamierza rozebrać zbudowany przez Rosję most nad Cieśniną Kerczeńską i wrócić do idei budowy w tym miejscu przeprawy, która byłaby elementem wspólnego europejsko-azjatyckiego korytarza transportowego.

Kancelaria Prezydenta Ukrainy opublikowała dokument zatytułowany „10 kroków Ukrainy po deokupacji Krymu”. W paragrafie 7 czytamy: „Ukraina zapewnia ocenę stanu infrastruktury, inwentaryzację mienia państwowego i komunalnego, ustalenie wyrządzonych szkód oraz określenie przyszłego losu budynków wzniesionych przez mieszkańców Federacji Rosyjskiej lub władze okupacyjne. >Krymski< most zostanie rozebrany”. Tak więc los tego skandalicznego projektu jest przesądzony: jeśli most nawet nie zostanie wysadzony w powietrze podczas walk o Krym, to będzie rozebrany po powrocie Krymu pod jurysdykcję Ukrainy. Dlaczego?

Faktem jest, że Rosja zbudowała Most Krymski w pośpiechu po to, aby zwiększyć transfer sprzętu wojskowego, broni i personelu na Krym. Ze swoim prymitywnym podejściem do tak ważnego obiektu, Rosja po prostu zepsuła ideę tej budowli, która mogłaby mieć znaczenie światowe. Dlatego Ukraina planuje nie tylko rozebrać rosyjską konstrukcję, ale także po pewnym czasie zbudować na jej miejscu obiekt godny XXI wieku przy użyciu światowych technologii.

Pomysł przeprawy w tym miejscu ma już trzy wieki historii. Pomysł budowy mostu przez Cieśninę Kerczeńską zaproponował pod koniec XIX wieku Władimir Mendelejew, syn słynnego chemika, autora układu okresowego pierwiastków Dmitrija Mendelejewa. Niewiele o nim wiadomo, bo chorował i wcześnie zmarł, ale Dmitrij Mendelejew pisał, że jego syn był bardziej utalentowanym naukowcem niż on sam. Władimir dokładnie przestudiował problemy regionu azowsko-czarnomorskiego. W swoich czasach był największym specjalistą od tej tematyki. Uważał, że w XIX wieku Morze Azowskie dostarczało trzy czwarte cennych ryb pozyskiwanych przez Rosję. Jednak częste napływy bardziej słonej wody z Morza Czarnego do Morza Azowskiego doprowadziły do ​​śmierci narybku jesiotra i innych gatunków. Aby chronić populację cennych ryb w Azowie, Władimir Mendelejew opracował projekt zapory przez Cieśninę Kerczeńską, która mogłaby regulować dopływ słonej wody do Morza Azowskiego, ale także zapewniać przepływ statków do tego akwenu z Morza Czarnego. Jednak car Imperium Rosyjskiego nie pochwalał tego projektu, ponieważ wydawał mu się on zbyt skomplikowany i kosztowny.

Wrócili do niego Niemcy podczas II wojny światowej w 1943 roku. Wojska niemieckie musiały przetransportować dużo broni z Krymu na okupowany Kaukaz, dlatego zbudowały prom linowy przez Cieśninę Kerczeńską. Jednak użyteczność przeprawy na linach do transportu broni była niewystarczająca, więc minister przemysłu III Rzeszy Albert Speer zasugerował Hitlerowi budowę mostu zamiast przeprawy linowej. Opracowano projekt, wyprodukowano główne części, na początku 1944 r. zaczęto je przywozić na brzeg Cieśniny Kerczeńskiej i składować w magazynach. Wywiad sowiecki domyślił się, że Niemcy chcą zbudować most, więc Stalin nakazał nie bombardować Cieśniny Kerczeńskiej i niemieckich magazynów na jej brzegach.

Wiosną 1944 r. rozpoczęła się szybka ofensywa wojsk radzieckich. W kwietniu 1944 r. udało im się zdobyć Cieśninę Kerczeńską i wschodni Krym. Teraz Stalin poczuł potrzebę zbudowania mostu przez Cieśninę Kerczeńską, aby szybko przetransportować broń i wojska z Kaukazu na front krymski. I kazał wykorzystać zdobyte przez Armię Czerwoną niemieckie części mostu i zbudować z nich przeprawę przez cieśninę. Prace rozpoczęto w przyspieszonym tempie. A ponieważ w kwietniu 1944 r. przyszedł z Moskwy rozkaz budowy mostu do 7 listopada 1944 r., czyli do 27. rocznicy rewolucji, roboty prowadzono naprawdę w błyskawicznym tempie. Na obu brzegach cieśniny zebrały się dwie ekipy robotników budowlanych, w skład których weszli skazani z rosyjskich więzień oraz ochotnicy. Zastąpili brakujące części mostu częściami tymczasowymi, pracowali przez całą dobę, nie zważano nawet na życie robotników. Do dziś, po obu stronach cieśniny, starzy ludzie pokazują cmentarze, na których pochowano budowniczych mostu.

W styczniu 1945 r. przez most przejeżdżał już pociąg na Krym, w którym była delegacja moskiewska na konferencję jałtańską. Churchill i Roosevelt, jak wiadomo, przylecieli na Krym samolotami ale jak dostał się tam Stalin wciąż pozostaje zagadką. Ponieważ bał się latać samolotami, jedna z wersji zakłada, że ​do Jałty dotarł pociągiem jadącym właśnie przez most nad Cieśniną Kerczeńską.

Przeprawa nie przetrwała jednak długo. Zima 1944 – 45 okazała się bardzo mroźna i Morze Azowskie prawie całkowicie zamarzło. W połowie lutego 1945 r. nastąpiła jednak nagła odwilż, na Krymie zrobiło się gorąco. Lód na Morzu Azowskim rozpadł się na ogromne kawałki, które płynęły przez Cieśninę Kerczeńską do Morza Czarnego i napierały na most. Na nic się zdały wysiłki wojska, które bombardując z samolotów i strzelając z armat, starało się rozbijać lodowe tafle na mniejsze kry. Ogromne bryły lodu niesione silnym strumieniem uszkodziły przeprawę, kilka filarów zostało przewróconych, most nie mógł już pełnić swoich funkcji. Po wojnie stał jeszcze przez jakiś czas, a potem został rozebrany, aby nie przeszkadzał w żegludze.

Władze sowieckie wracały do pomysłu budowy mostu jeszcze kilka razy. Opracowano projekty. W latach 70. jeden z nich został rozpatrzony przez Biuro Polityczne KC KPZR, jego budżet wynosił 400 milionów rubli radzieckich. Niestety, w tym samym czasie powstał projekt budowy tamy chroniącej Leningrad przed powodzią, również oszacowano na 400 milionów. Nawet ZSRR nie mógł sobie pozwolić na dwie takie budowle za 400 milionów jednocześnie. A członkiem Biura Politycznego w tym czasie był I sekretarz partii w Leningradzie Grigorij Romanow, który oczywiście lobbował za budową tamy, a nie mostu. Projekt krymski został wiec praktycznie na zawsze wysłany do archiwów.

Po rozpadzie ZSRR Rosja marzyła o zajęciu Krymu, więc most by się przydał. Dlatego w latach 1991 – 2010 projekt przeprawy został reaktywowany i szeroko dyskutowany. W 2010 roku Moskwa i Kijów podpisały porozumienie w sprawie rozwoju projektu i budowy mostu.

Jednak już wówczas specjaliści nalegali, aby taki most spełniał standardy XXI wieku. Z uwagi na fakt, że w Europie istnieje znaczący korytarz transportowy z północy na południe, zaproponowali przedyskutowanie projektu mostu, który byłby częścią korytarza z Londynu przez Europę do Delhi, Pekinu, Bombaju i ogólnie do południowej Azja. Faktem jest, że w czasach kolonialnych Anglia zbudowała telegraf Londyn – Delhi, który przebiegał najkrótszą trasą, to znaczy przez Krym, Cieśninę Kerczeńską, na Kaukaz i Azję Południową. I rzeczywiście – jeśli spojrzymy na kulę ziemską, to dokładnie tak będzie przebiegać najkrótsza droga z Anglii i ogólnie Europy Północnej do Azji Południowej. Nawiasem mówiąc, pozostałości tej dawnej linii słynnego telegrafu są nadal zachowane na Półwyspie Kerczeńskim.

Ideą zaproponowaną przez specjalistów było stworzenie konsorcjum, w skład którego powinno wchodzić ponad 60 krajów Europy i Azji, aby wspólnie, w oparciu o nowoczesne światowe technologie, rozwijać projekt mostu kerczeńskiego jako elementu składowego europejsko – azjatyckiego korytarza transportowego. Pozwoliłoby to skrócić drogę towarów i pasażerów z Europy do Azji i odwrotnie, o co najmniej 400 – 500 kilometrów.

Rozważano już dwa projekty przeprawy przez Cieśninę Kerczeńską. Jednym z nich jest tradycyjny most. Jednak planistów powstrzymał fakt, że Krym jest strefą sejsmiczną i obawiali się nadmiernych kosztów podczas budowy supermocnego mostu. W związku z tym powstał kolejny projekt – podziemnego tunelu podobnego do tego pod kanałem La Manche. Został on opracowany i poddany dyskusji.

Nadszedł jednak rok 2014 i Rosja anektowała Krym. Kontrakt na budowę mostu z 2010 roku został wypowiedziany zarówno przez Ukrainę, jak i Rosję. Jednak Moskwa poszła własną drogą. W przyspieszonym tempie, wbrew przepisom, prawu morskiemu i zdrowemu rozsądkowi, przystąpiła do budowy mostu.

Powstała prymitywna konstrukcja. Po pierwsze, nie została zbudowana tam, gdzie projektowano pierwszy most. W tamtym miejscu szerokość cieśniny wynosi tylko 4 kilometry, a tutaj, gdzie stoi obecny most, aż 19 kilometrów. Co więcej, konstrukcja nie jest klasycznym mostem na filarach,  po rosyjskiej stronie 14 – 15 kilometrów torów ułożono po prostu na ziemnej zaporze, która faktycznie zablokowała całą cieśninę, stała się przeszkodą dla gniazdowania ptaków i tarła ryb. Dopiero później, przed krymskim wybrzeżem, tory zaczynają biec po klasycznym moście na filarach, ale jego długość nie przekracza 4-5 kilometrów. Ponadto wysokość podpór jest dobrana w taki sposób, aby pod mostem nie mogły przepływać duże statki, a tym samym przeprawa oddziela Morze Azowskie od Morza Czarnego, ruch między tymi akwenami możliwy jest tylko dla jednostek o małym tonażu. Dlatego stwierdzenie Rosji, że 19-kilometrowy most Kerczeński jest najdłuższym w Europie, nie jest prawdziwe, ponieważ jego długość faktycznie wynosi mniej niż 5 kilometrów.

Podczas budowy Rosja kierowała się wyłącznie potrzebami wojskowymi i za nic miała międzynarodowe standardy. Taki most nie może zaspokoić światowych potrzeb transportowych w regionie azowsko-czarnomorskim. Dlatego Ukraina zamierza go rozebrać, a winni łamania norm prawa morskiego podczas jego budowy powinni zostać pociągnięci do odpowiedzialności.

A kiedy Krym znajdzie się już pod jurysdykcją Ukrainy, Kijów zamierza wrócić do idei budowy mostu kerczeńskiego jako elementu wspólnego europejsko-azjatyckiego korytarza transportowego i ponownie poddać pod dyskusję dwa projekty – przeprawę w tunelu oraz pomysł stworzenia międzynarodowego konsorcjum do jego budowy. A światowa opinia publiczna sama zdecyduje, który z projektów i według jakich technologii zbudować.

 

O osobliwej estetyce telewizyjnej pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: W starym pudle – stare pudła

Nie oglądam codziennie TVN. Choć przyznam, że niestety nawet w rodzinie mam zwolenników tegoż medium. No, ale zerknąłem licząc nie tyle na rzetelność informacji co na zobaczenie obrazów „drugiej strony medalu”. I co ja tu widzę. Mordeczki telewizyjne w TVN się postarzały! Wszystkie te najbardziej popularne. Najlepiej jeszcze trzyma się Monika O. Może dlatego, że jest nadal w zagorzałym, permanentnym ataku. Za to ją nawet bym pochwalił, gdyby nie skandaliczne przekroczenie pewnych norm – jak to było z wywiadem z niejaką „profesor”, która w polskiej, mimo wszystko, telewizji ośmieliła się plunąć nam w twarz, że Żydzi w czasie okupacji bardziej obawiali się Polaków niż Niemców. Są granice łgarstwa!

Ale wracając do „buziek”. Oczywiście wszyscy się starzejemy. Ładne robi się brzydsze. I już puder nie pomaga. Najgorzej mają ci z naturalną skłonnością do tycia. Gęby pęcznieją i zaczyna koleś wyglądać jak z biura politycznego naszej czerwonej lub „bratniej” partii. Natomiast „ladys” przeraźliwie chudną. I takie zjawisko objawiło mi się nagle w TVN.

Manipulować, a nawet po prostu łżeć i do tego jeszcze „nietelewizyjnie” wyglądać to to już jest za dużo w jednym. Oczywiście najważniejsza jest treść przekazu. Pod dysponenta robią wszyscy dziennikarze. Choć świecą własną gębą. Ci mądrzejsi powinni pamiętać, że nie wolno przesadzać w agitacji i służalczości, bo ludzie im to zapamiętają. I potem nawet bardzo zdolny koleś się stara, a tu mu ciągle wypominają, że nie zapłacił podatku, albo kpił z prawa jeżdżąc bez prawa jazdy.

A teraz co do gęby. Ona jest w telewizji wystawiona na ostrzał. Czasem dowódcy w partiach bardzo długo nie dostrzegają, że facjata np. ich rzecznika zupełnie nie nadaje się na pokaz. No bo to jest pewna gra. Wygląd ma znaczenie. Może i drugoplanowe, ale ważne.

Wracając do TVN. Tu też wrogiem jest sztampa. Siłą rzeczy nawet dobre pomysły powtarzane jak mantra – znudzą się odbiorcy. Trzeba zmieniać, tak jak pogodynki kiecki. Buźkę się przypudruje, pomaluje. Biust można osadzić na pulpicie stołu w studio. Natomiast przekroczenie dopuszczalnej granicy szczupłej a raczej chudej sylwetki to krok ku anoreksji na ekranie. Za tłusto – źle, szkieletowato – jeszcze gorzej. Więc jak?

Naturalnie. Na starość nie ma rady, ale można robić roszady personalne. Główne telewizje mają dużo odnóży. Te programy mogą być azylem dla zasłużonych. Nie wyrzucać starych, ale odpowiednio zatrudniać.

W Polsacie brutalnie potraktowano zasłużoną panią Katarzynę Dowbor. Na pewno przyjmie ją jakaś z licznych stacji. Przebojowa i korpulentna kobieta poradzi sobie. Ale co zrobią wychudzone i smutne? To już taka dola idola. Łaska pańska… Jednak gwiazdy poprzednich pokoleń trwały dłużej. Może były z twardszego materiału, albo też mimo reżimowych stosunków potrafiły skutecznie lawirować. Przejazd przez życie to taki slalom gigant. Można przejechać, ale i wypaść z trasy lub nawet łeb rozwalić. Choć kaski teraz trochę chronią.

Tak więc TVN-nie już nie chudnij, ale i nie tyj zbytnio. Popraw się decyzyjnie-programowo. Rozsądni żyją dłużej. Hejt już przy pułapie. Żurnalisto nie idź tą drogą. Bo i tak zawsze winę za porażkę na ciebie zwalą.

 

Zbrodnia bez kary – JOLANTA HAJDASZ o najnowszym filmie Mariusza Pilisa

Ten film nie wyciska łez, choć opowiada historię potwornej zbrodni dokonanej także na maleńkich, niewinnych dzieciach.  Jest poruszający i trzyma w napięciu, choć jego scenariusz tragiczne losy rodziny coraz bardziej znane w naszym kraju, których nie odmieni żaden film, ani badania historyczne. Ale to ta rodzina jest symbolem najbardziej szlachetnych ludzkich odruchów i najbardziej wzniosłych uczuć.

Na ekrany kin właśnie wchodzi film dokumentalny „Historia jednej zbrodni” jednego z najbardziej oryginalnych i wybitnych polskich dokumentalistów Mariusza Pilisa. Film można obejrzeć w około 70 kinach na terenie całego kraju i gorąco zachęcam do tego, by na stronie dystrybutora filmu firmy Rafael Film, która zajmuje się rozpowszechnianiem i wspieraniem produkcji filmów chrześcijańskich poszukać kina w swojej okolicy i wybrać się, by go obejrzeć. Punktem wyjścia dla autora scenariusza jest zbrodnia, której w 1944 roku dokonali Niemcy, mordując z zimną krwią rodzinę Wiktorii i Józefa Ulmów zamordowanych za ratowanie żydowskich rodzin. Niemiecki żandarm wydał rozkaz zamordowania nie tylko ośmiorga ukrywanych w gospodarstwie Ulmów Żydów, nie tylko małżonków Wiktorii i Józefa, ale także ich siedmiorga dzieci, w tym jednego jeszcze nienarodzonego, pani Wiktoria była bowiem w siódmym miesiącu ciąży, pozostałe dzieci były w wieku od półtora roku do ośmiu lat. Rodziców zamordowano na ich oczach.

To fakty coraz bardziej znane w naszym kraju, ale film nie jest prostą kroniką jednego bestialskiego mordu z II wojny światowej, choć to sugerować może nawet jego tytuł: „Historia jednej zbrodni”. Film ten w prosty sposób pokazuje przede wszystkim mechanizm wręcz globalnego fałszowania historii Holokaustu i obnaża bezkarność Niemców odpowiedzialnych za te zbrodnie. Wnioski, do których prowadzi nas swoim filmem reżyser są jednoznaczne – razem z nim odkrywamy, iż sprawcy tej okrutnej zbrodni nie ponieśli za nią kary, a żandarm, który wydał wyrok na rodzinę Ulmów i ukrywanych przez nich Żydów przez lata cieszył się szacunkiem i uznaniem w Niemczech. Pytanie, na które trzeba sobie teraz odpowiedzieć brzmi – jak możemy to zmienić, jak sprawić, by prawda o zbrodniach II wojny światowej nie ulegała zapomnieniu, ani fałszowaniu i manipulacji. A to przecież jak widzimy w tym filmie jest to naprawdę realne i dzieje się na naszych oczach, niejako tuż obok codziennych wydarzeń politycznych czy gospodarczych.

Film powstawał przez 10 lat – to naprawdę podziwu godna konsekwencja i cierpliwość twórcy, który czeka na odpowiedni moment, by opowiadana przez niego historia miała właśnie tę swoją wewnętrzną dramaturgię, bo ona pozwoli widzom niejako mimowolnie odkryć prawdę, której nie znają.  Film ukazuje historie niemieckich żandarmów, którzy dokonali tej zbrodni. Poznajemy na przykład sympatyczną starszą panią, ukochaną córeczkę Niemca, który wydał rozkaz zabicia całej rodziny. Ona mimo sędziwych lat nie ma pojęcia kim był jej ojciec. Nie jest zresztą w tej niewiedzy odosobniona, szokować może to, że morderca Ulmów już rok po wojnie był policjantem w jednym z niemieckich miasteczek, że pozytywnie przeszedł tzw. denazyfikację.  Był szanowany i lubiany. Fałszowanie historii ma miejsce zresztą także w Polsce – w filmie widzimy fragmenty debaty naukowej o holokauście ,w której Jan Grabowski przekonuje słuchających iż jednym ze skutków okrutnej zbrodni w Markowej było zadenuncjowanie przez Polaków wszystkich ukrywających się w tej wiosce Żydów, historyk twierdzi że było ich ponad 40 i wszyscy mieli zginąć, a to  oczywista nieprawda, było dokładnie odwrotnie , tzn. mimo tak okrutnej zbrodni, która miała zastraszyć mieszkańców wsi, Żydzi w Markowej ukrywani byli nadal, wojnę przeżyło dwudziestu jeden. Sceny dokumentalnej, gdy do wioski przyjeżdża ostatni żyjący z tych Ocalałych i spotyka się z rodziną, która go uratowała nie da się zapomnieć. I koniecznie warto sobie przypomnieć poruszające przemówienie prezydenta Andrzeja Dudy, które wygłosił na otwarciu Muzeum w Markowej. Z pewnością przeszło ono do historii.

I jeszcze jedno – przez cały film oglądamy zdjęcia rodziny Ulmów  – Józef  był bowiem pasjonatem fotografii, sam sobie zrobił swój pierwszy aparat fotograficzny, który do dzisiaj można  oglądać w Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II Wojny Światowej w Markowej. Zachowało się blisko 800 zdjęć jego autorstwa. Dzięki tym zdjęciom możemy poznać codzienne życie tej rodziny, niektóre z nich mają nawet ślady krwi, bo znaleziono je przy zamordowanych. To wszystko jest bardzo ważne – 10 września odbędzie się przecież beatyfikacja rodziny Ulmów czyli Józefa i Wiktorii oraz ich siedmiorga dzieci. Po raz pierwszy w historii beatyfikowane będzie także nienarodzone maleństwo, dziecko, którego poród rozpoczął się wtedy, gdy niemieccy zbrodniarze strzelali do jego mamy. Zachęcam więc każdego do obejrzenia tego dokumentalnego filmu jeszcze teraz na dużym ekranie w kinie.  To lekcja historii i chrześcijańskiej moralności dla każdego z nas.

Mówiąc o rodzinie Ulmów i jej tragedii warto przypominać tych, którzy pioniersko zaczynali pracę nad dokumentowaniem historii Polaków i Żydów w czasie II wojny światowej. Od ponad 20 lat prowadzi je związana z Radiem Maryja Fundacja Lux Veritatis. Z pierwszym apelem o zgłaszanie przypadków pomocy niesionej Żydom przez Polaków wystąpił już w 1998 roku dyrektor Radia ojciec Tadeusz Rydzyk. W kolejnych latach prośby o przekazywanie informacji na ten temat były regularnie ponawiane na antenie Radia Maryja.  W ich efekcie do końca 2017 roku przyjęto ponad 10 000 zgłoszeń drogą telefoniczną, listową i mailową. Zostały w nich opisane historie dotyczące blisko 40 000 osób – zarówno ratujących, jak i ratowanych. Te relacje to wielki skarb, dziedzictwo nas wszystkich, te historie koniecznie trzeba poznać. Przeszłość jest kluczem do zrozumienia teraźniejszości.

„Historia jednej zbrodni”
scenariusz i reżyseria Mariusz Pilis, premiera 9 czerwca 2023,  film dokumentalny

 Lista kin, w których można zobaczyć ten film jest TUTAJ.

 

Alternatywa MARCINA WOLSKIEGO: Wariant lotaryński, czyli tryumf mądrości i fantazji

Co byłoby, gdyby król Stanisław Leszczyński utrzymał się na tronie a Korona Polski nie przypadłaby Sasom? Co stałoby się, gdyby przez ostatnie sto lat przed zaborami chciwość przegrała z zapobiegliwością a zaprzaństwo uległo patriotyzmowi rozumianemu, jako dobro narodowe? Historyk, pisarz, publicysta Marcin Wolski zanurza nas w nurcie swojej następnej powieści. Wir alternatywny naprawdę wciąga. Bez szkody dla czytelnika, choć trochę w głowie się zakręciło. Warianty alternatywne historii nie są wcale łatwe do przeprowadzenia a narracja wymaga niesamowitej wiedzy i wielu badań naukowych. Autor przeprowadza nas z wielką swobodą przez meandry dziejów, lekko tylko zmienionych, ale skutek jest nieoczekiwany. Z czasem Wariant lotaryński robi się opowieścią przygodową a jednocześnie swobodnym narodowym totolotkiem niewypełnionych kuponów, bo przecież czytając wiemy jak było naprawdę…

Nie ma chyba lepszych opowieści niż te, których zakończenie nas zaskakuje a już zupełnie wyjątkowe są zakończenia inne niż w znanej nam historii. Można te nieoczywiste finały przeżywać na kartach powieści zwanych historiami alternatywnymi. W Polsce, poza Waldemarem Łysiakiem (rewelacyjny zbiór opowiadań Perfidia) autorami fantastyki, chyba najwięcej takich opowieści ma na swoim koncie Marcin Wolski.

To człowiek mający cechy bohaterów z kart swoich książek. Dlaczego? Bo każda z nich nawiązuje do tego, co tu i teraz. Lecz chyba tylko Wolski potrafiłby te cechy nazwać i zliczyć. Autor będąc chory na Polskę docenia innych, nie zamyka się w zakonie miłośników naszych porażek, zauważa sukcesy i próbuje je opisywać.

Owszem, niektórym producentom sześciu kryminałów rocznie i ośmiu sensacyjnych oparów absurdu także rocznie wydaje się, że wystarczy zmienić datę wybuchu jakiejś wojny, czy zmienić jej zwycięzcę a już powieść alternatywna historycznie gotowa. Pominę milczeniem nazwisko dziennikarza, który wciąż pisze bzdury o historii najnowszej i myląc odwagę z odważnikiem twierdzi, że to, co napisał zdarzyło się naprawdę, tylko czytelnik tego nie rozumie. Są też w literaturze współczesnej całkiem intersujące narracje, ale jeśli chodzi o fantazję i dbałość o szczegóły przegrywają z Autorem chociażby specyficznej serii alternatywnej – tzw. trylogii smoleńskiej. Tutaj nie wystarczyło przejrzeć roczniki gazet, czy archiwa internetowe. Trzeba autentycznie kochać historię swojego kraju, aby ją dobrze zmieniać…

Wolski konsekwentnie od lat próbuje wykrzesać z dziejów Polski wciąż więcej. Nie wystarczy, że postać jest prawdziwa. Musi jednak się prawdziwie zachowywać, tak jak opisali ją współcześni. To też cecha Wolskiego. W Wariancie lotaryńskim, poza marginalnymi epizodami, występują postacie prawdziwe, no może czasem z innymi cechami charakteru. To wymagało od Autora wielu godzin w archiwach, pomijając czas spędzony przed komputerem, aby jeszcze zweryfikować fakty. Tu dochodzi do głosu dziennikarska natura publicysty. Marcin Wolski kreśli lekko stylizowanym, lecz zrozumiałym językiem epoki przyszłość Polski. Przyszłość, której nigdy nie było, ale mogłaby być, gdyby nie zawirowania przeszłości. A wariantów zmiany tego, co na pewno się wydarzyło jest mnóstwo.

Król Stanisław Leszczyński i jego nieznane powszechnie cechy. W osi akcji kilka innych, w tym polskich, koronowanych głów i dostojników ówczesnej Europy. Inny wynik jednej z polskich wolnych elekcji, inny niż w rzeczywistości przebieg kilku kluczowych bitew. Szykujący się do rozpadu Polski zaborcy, którzy doznali porażki. Czego chcieć więcej?

Proszę Państwa, siadać i czytać Wariant lotaryński. Kto po setnej stronie odgadnie zakończenie, temu chwała.

Czekam na kolejną opowieść alternatywną Marcina Wolskiego. Tym razem prawie współczesną. Mogłaby się na przykład zaczynać przed wyborami w 2023 roku i jak zwykle skończyć dobrze. Dla Polski.

Ciekawe, czy ktoś kiedyś napisze, co stałoby się gdyby Wolski po 1989 roku został prezesem TVP na mocy ustawy, która uniemożliwiałaby odwołanie Autora Wariantu lotaryńskiego przed 2027 rokiem?

 

Marcin Wolski, Wariant lotaryński, Leszno 2023

CEZARY KRYSZTOPA: Pluszowe, acz dobrze płatne, męczeństwo

Znowu sezon na festiwale. Moje młodzieńcze, a później dorosłe, wybory muzyczne, punk, folk, szanty, mocno mnie z „muzyką estradową” poróżniły, nie wiem więc czy jestem tu odpowiednio „obiektywnym ekspertem”, ale i tak napiszę Wam to co mam napisać.

Pamiętam, kiedy jeszcze jako dziecko, oglądałem z rodzicami letnie festiwale w telewizji, ze szczególnym uwzględnieniem festiwalu w Opolu. Pamiętam atmosferę oczekiwania, jakiegoś święta. Muszę przyznać, że choć cieszyłem się radością rodziców, już wtedy te uczucia wydawały mi się dość obce i niezrozumiałe. Mijały lata, a ja odnosiłem nieodparte wrażenie, że ciągle ci sami ludzie śpiewają ciągle to samo.

W kółko

Później znów przez ileś lat ta sfera „życia kulturalnego” zupełnie dla mnie nie istniała, byłem zajęty czym innym. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po latach z jakichś migawek na ten temat, dowiedziałem się, że nadal ci sami ludzie śpiewają tam nadal to samo, no może dokooptowali sobie trochę znajomych, którzy powtarzają ich schemat.

Uwierzcie mi, uznałbym to po prostu za jakieś zbiorowe dziwactwo, którego nie muszę rozumieć, ale które ma prawo sobie istnieć, gdyby nie to, że wyczyny „gwiazd” przebijają się do ogólnej przestrzeni informacyjnej, z racji ich „politycznych” aspektów. A skoro tak się domagają mojej uwagi, to czuję się usprawiedliwiony w wyrażeniu powodującego cierpnięcie pleców potwornego zażenowania jakie we mnie wywołują.

Pluszowe męczeństwo

Oto jakieś mniej lub bardziej zmęczone życiem, niech im nawet będzie – „gwiazdy” – biorą najpierw kupę kasy od „reżimowej” TVP, żeby podczas występu wygłaszać jakieś enigmatyczne manifesty polityczne, które z jednej strony mają być na tyle bełkotliwe i niezrozumiałe, żeby „może znowu za rok zaprosili i dali zarobić”, ale jednocześnie stanowiły swego rodzaju alibi na użytek bardziej radykalnych i konsekwentnych „w walce z faszyzmem” kolegów. Takie pluszowe męczeństwo za dobre pieniądze.

Z drugiej strony muszę przyznać, że żałość ogarnia mnie również na myśl o TVP. Po co stacja to sobie robi? Kiedy któregoś roku „gwiazdy się na Opole poobrażały”, wystąpiła niepowtarzalna okazja do przewietrzenia tego towarzystwa, ale nie, trzeba było iść i ucałować pierścienie. Od tamtej pory co roku TVP organizuje festiwal, z eksponowanym lubością przez „wiodące media” elementem upokorzenia, tak jakby cierpiała na jakiś syndrom sztokholmski.

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Jak woda zakryła ukraińską historię

Ogromne zalane tereny od Kachowki po Krym nazywane są teraz ukraińską Atlantydą. Nowa zbrodnia Rosji, polegająca na wysadzeniu zapory na Dnieprze, oprócz szkód materialnych, ekologicznych, sanitarnych i militarnych, będzie miała konsekwencje historyczne i kulturowe. Podobnie jak wielkie znaczenie kulturowe i historycznie miało zagospodarowanie rzek przez władze radzieckie.

Utworzenie Zbiornika Kachowskiego w latach pięćdziesiątych XX wieku realizowało kilka strategicznych celów Moskwy. Pierwszym było zrobienie kaskady nieprzejezdnych zbiorników wzdłuż Dniepru, które trudno sforsować w przypadku wojny z Zachodem. Kolejnym było zniszczenie pamięci narodowej Ukraińców przez zalanie miejsc, gdzie były Sicze Zaporoskie. Historycy twierdzą, że ówczesne działania Moskwy wskazywały na celową akcję niszczenia historycznych obszarów na Ukrainie, które przypominały czasy kozackie i wyzwoleńcze,

„Kaskadę zbiorników na Dnieprze rozpatrywano przez pryzmat możliwej wojny z Zachodem. A potem był plan, w razie potrzeby i dla obrony imperium, wysadzenie tych zbiorników na Dnieprze, a tym samym zalanie ogromnych obszarów ziem ukraińskich – tak, żeby wróg nie mógł sforsować Dniepru. A ta kaskada została zaprojektowana od Kijowa do ujścia Dniepru, żeby można było odciąć cały lewy brzeg” – powiedział ukraiński historyk Wiktor Brehunenko w rozmowie z RFE/RL.

Słynny ukraiński pisarz i reżyser filmowy Ołeksandr Dowżenko w 1952 roku postanowił nakręcić film o Zbiorniku Kachowskim. Wielokrotnie przyjeżdżał do Nowej Kachowki, mieszkał tu przez długi czas, rozmawiał z ludźmi, studiował przyrodę i w końcu napisał scenariusz do filmu „Poemat o morzu”. Jednak dzień przed rozpoczęciem zdjęć reżyser zmarł. Film nakręciła jego żona Julia Solntseva na podstawie scenariusza męża. Został ukończony w 1958 roku, opowiadał o wyczynach budowniczych i początku nowego życia ukraińskich chłopów. „Kochajcie ziemię i pracujcie na niej, bo bez niej nie będzie szczęścia dla nas i naszych dzieci na żadnej planecie!” – mówi na koniec filmu szef zalanego kołchozu Sawa Zarudny. Fakt, że ci chłopi zostali wypędzeni z rodzinnych stron, ich domy, cerkwie zalano wodą, a ich przesiedlono w nowe miejsca nie wybrzmiał w tym filmie.

Tymczasem, jeszcze przez długi czas, końcówki wież cerkwi sterczały pośrodku wód, które zalały żyzną niegdyś ziemię. Pod wodą zbiornika zniknęły nie tylko pola, ale i majestatyczna kozacka historia ukraińskiej Siczy Zaporoskiej. Jak powiedział historyk Serhij Bilivnenko w wywiadzie dla Radia Liberty, Sicze Zaporoskie to osady kozackie, które znajdowały się na wyspach Dniepru. Pierwsza powstała w 1552 roku. Potem było ich jeszcze siedem, czyli w sumie osiem. Teraz opowieści o ich historii kończą się z reguły słowami: „Jest pod wodami Zbiornika Kachowskiego”, „Miejsce jest zalane wodą ze Zbiornika Kachowskiego” itp. Kiedy więc w latach 1955–58 zbudowano zniszczoną niedawno tamę, a Zbiornik Kachowski został napełniony wodą, a na jego dnie legły: Sicz Tomakowska (istniała w latach 1564–1593), Bazawłucka Sicz (1593–1630), Sicz Mykytyńska (1628–1652), Chortomlińska Sicz (1652–1709), Sicz Kamiańska (1709–1711) – częściowo zalana, Nowa Sicz (1734–1775). Sicze były terytoriami pamiętającymi jak budził się ukraiński patriotyzm.

Na przykład Zbiornik Kachowski zniszczył Sicz Chortomlińską, którą najpierw zniszczyły wojska rosyjskie w odwecie na Zaporożcach, którzy wraz z wodzem Kosz Kostem Gordienko poparli hetmana Iwana Mazepę i jego sojusz z królem szwedzkim Karolem XII.

Nowa Sicz, która też znalazła się pod wodą, została zniszczona przez wojska rosyjskie w 1775 r. na rozkaz carycy Katarzyny II, kiedy ostatni Kozak Piotr Kalnyszewski został zesłany na Sołowki, gdzie spędził 25 lat i zmarł w wieku 113 lat.

Wszystko to było terytorium kozackie, z utratą którego utracono również pamięć narodową. Niszczenie ukraińskiej historii było dla państwa rosyjskiego na porządku dziennym.

Historyk Wiktor Brechunenko nie wyklucza, że ​​po wyzwoleniu ziem ukraińskich od wojsk rosyjskich do czasu odbudowy tamy w Nowej Kachowce będzie można prowadzić wykopaliska archeologiczne i odnaleźć tam np. kozacką broń. „Ale najpierw musimy wyegzekwować odszkodowania od Rosji za zniszczenie tamy i szkody spowodowane zalaniem terytorium” – zauważa historyk.

 

Rozprawka o kulturze opolskiej autorstwa STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO: Równi w kiczu

Opolczycy zarazili się podlizywanie m się od polityków. Uśmiechnięte sztucznie lizusy wdzięczą się przedwyborczo. To oczywiste. Natomiast prowadzący koncerty i śpiewający na nich klepią o nadzwyczajności publiczności opolskiego amfiteatru. Ach, jakaż ona nadzwyczajna. Najlepsza na świecie – słyszę.

A tu przyszli rzeczywiście gromadnie i przypadkowo ludzie. Przyjechali, zapłacili. Siedzą sobie wygodnie i chcą się pośmiać i nacieszyć. Na estradzie fikają Kamel i chłopaczek-rozkoszniaczek. Fajno jest. Sztampa sztampą. A cóż to niby ma być. Rozrywka. Entertainment. Takie głupstewko ozdobne. I tyle.

Brzozowski, który nie schodzi z ekranu (zaangażujcie go do czytania Wiadomości!) nie dał szansy mało popularnym. „Pokojowy numer” znudzi się szybko. Po prostu takie łzawe nic. Ale wygrał. Na zdrowie. Miły, nie powiem. Albo powiem trochę. Ładnie ostrzyżony. Skromny. Elegancki. Religijny. I samolotowy do tego jeszcze. Sam pilotuje. Ale ze śpiewaniem – przeciętnie. Owszem wybrał łzawą piosenkę. A ta w powodzi jazgotu oczywiście się wyróżniła. Tak jak opolska publiczność. Ple, ple. Robi się szaro.

Już za dużo patetyzmu i prowadzenia na barykady. Osiecka, Przybora, Młynarski. Było elegancko i czegoś tam się dowiadywaliśmy. Refleksyjnie. Czegoś tam dowiadywaliśmy o sobie. Jedni się zapili, drudzy jeżdżąc wypasionymi, importowanymi, szybkimi samochodami rozbili. Niemen, Stan Borys, Germanowa coś jednak zostawili po sobie. A teraz bryndza. Rozrywka ma to do siebie, że szybko się nudzi. „Najlepsza”, „światowa”. Owszem – Górniak, Gepert, Zaucha. Kochajmy, klaszczmy – bo szybko odchodzą. Jak my wszyscy. Recepty na sukces nie ma.

Sztuka powstaje w bólu. Z udręczenia. A tu przecież mamy sukces. Staruszkowie dostają więcej. Dzieciaki coraz zdolniejsze. Tylko głosiki coraz słabsze.

Do Warszawy przyjechała demonstrować kupa ludzi. Przemaszerowali sobie. Potem posprzątano ulice. Wytrenowany już nieźle w demagogii Tusk przemówił zręcznie. Zarobiła kolej, hotelarze, wytwórcy kanapek na przemysłową skalę. I tak to się kręci.

Kamele są sprawni estradowo, ale Kydryńskich, Dziedzicowych na horyzoncie nie widać. To się nazywa osobowość. Pozostał jeszcze Sznuk i Babiarz. W wieży z kości słoniowej na Woronicza drepczą tam i siam szare eminencje. Kurski trochę podskakiwał. Estradowo był dobry, ale prochu nie wymyślił. Ci od dzienników agitacyjnych zawsze myślą, że będą długo, ale spadają jak ulęgałki. Na pewno się zabezpieczyli, bo tego nauczeni. I tak to się kręci.

Cysorz to ma klawe życie. Tyle, że na piedestale długo się nie ustoji. Nogi zabolą. I czym wyższy pomnik tym bardziej boleśnie się spada. Niezniszczalny jest tylko Wałęsa. Tuskowi wyciągnęli go z lamusa. Przynudzał zbyt długo. Plótł znowu o tym skakaniu przez płot. Ciekawsze by było, gdyby przewiózł się jeszcze raz z Helu do stoczni motorówką admirała Janczyszyna. Stoi jeszcze w kącie oksywskiego portu i można by na niej zarobić serwując ludziom przejażdżki przez zatokę. Takie na pół godziny. Nie dłuższe, bo nie przyzwyczajeni do kiwania miłośnicy morza mogą na takiej historycznej fali zwymiotować.

O tempora o mores. Pszenno-buraczany ludek z nad Wisły orze jak może. Chce chleba, ale i igrzysk. A tu zostały jeszcze tylko Marylka, Majewska i na szczęście – Korcz. Młodzi wysyłani na festiwale za granicę za wysoko nie podskoczą. Wyjątkiem był młody Ochman, który był artystycznie za dobry na Eurowizję.

 

KRZYSZTOF SAPAŁA: Pomnik Powstańców Warszawskich – pierwszy w Polsce!

Chodzi o pomnik poświęcony Powstańcom Warszawskim: Bohaterom Warszawy – Słupsk, który w pierwotnej drewnianej wersji stanął już 15 września 1945 roku. Deski symbolizowały mur, pod którym Niemcy w okupowanej Polsce dokonywali egzekucji.

Już po kilku miesiącach pomnik zaczął się jednak rozpadać. Dlatego warszawiacy, którzy po zakończeniu wojny osiedlili się w Słupsku, powołali do życia społeczny komitet budowy nowego pomnika.

Na czele komitetu stanął pochodzący z Krakowa Edward Łada-Cybulski, człowiek związany z teatrem i prasą, który został zatrudniony na stanowisku kierownika Wydziału Społecznego Miejskiej Rady Narodowej w Słupsku. W skład komitetu budowy pomnika weszli m.in. ksiądz Jan Zieja – po wojnie przez jakiś czas związany ze Słupskiem i pobliskim Orzechowem oraz Michał Issajewicz pseudonim „Miś” – żołnierz Armii Krajowej, uczestnik zamachu na Franza Kutscherę.

Pieniądze na nowy pomnik zbierali nowi słupszczanie, przeważnie dawni mieszkańcy stolicy, często uczestnicy Powstania Warszawskiego. Część kosztów budowy pomnika pokrył Urząd Miasta Słupska.

Uroczyste odsłonięcie pomnika w miejscu prowizorycznego nastąpiło 15 września 1946 roku, czyli, równo rok po postawieniu pierwszego drewnianego pomnika. Cegły wykorzystane do budowy pomnika pochodzą ze zburzonych, ostrzelanych przez Niemców warszawskich kamienic.

Pomnik został zaprojektowany przez warszawskiego artystę Jana Małetę a wykonany przez Stanisława Wąsowicza i Stanisława Kołodziejskiego. Gotowy monument– wykonany w Warszawie – przyjechał do Słupska specjalnym transportem kolejowym, na który zgodę wyraziły ówczesne władze Warszawy.

Pomnik składa się z dwóch części.  Muru z cegieł przeszytych kulami oraz postaci poległego powstańca. W wyciągniętej wzdłuż ciała dłoni trzyma on granat tak zwaną filipinkę, a drugą opiera się na tarczy z herbem Warszawy. Nad poległym powstańcem pochyla się orzeł, a u jego stóp klęczy płaczące dziecko. W centralnej części muru znajduje się płaskorzeźba ukrzyżowanego Chrystusa na tle płonącego placu Zamkowego w Warszawie. Cokół zwieńcza napis: „Bohaterom Warszawy – Słupsk”.

W 1962 roku płaskorzeźba ukrzyżowanego Chrystusa ze słupskiego pomnika w niejasnych okolicznościach zginęła. Sprawców kradzieży nie ustalono, bo zapewne takowej nie było. Ktoś tę płaskorzeźbę Chrystusa owinął w szmaty i podrzucił nocą do Muzeum Pomorza Środkowego. W tym czasie miejsce Chrystusa zajął herb Słupska. W kwietniu 1981 roku za sprawą „Solidarności” pomnikowi przywrócono płaskorzeźbę ukrzyżowanego Chrystusa.

Warunki atmosferyczne oraz upływający czas spowodowały, że pomnik po prostu rozsypywał się i dlatego najpierw w 1984 roku a następnie w roku 2015 był remontowany, ale remonty te niestety nie przyniosły zamierzonego celu i dlatego w roku 2022 miasto otrzymało dotację na remont pomnika z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Renowacja pomnika odbyła się na zasadzie wymiany jego oryginalnych elementów wykonanych z brązu nowymi.

Wszystkie pierwotne części pomnika po odnowieniu trafiły do Izby Pamięci. Zadanie miało charakter prac konserwatorskich oraz restauratorskich i wykonane było zgodnie z ekspertyzą konserwatorską a także programem prac konserwatorsko-restauratorskich Pomnika Powstańców Warszawskich w Słupsku, który jest zabytkiem oraz decyzją Pomorskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Gdańsku.

 

 

Jak komuniści zlikwidowali prof. Grzybowskiego – przypomina TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

Dla „polskiej” bezpieki pracowali intelektualiści, pisarze, artyści, historycy, dziennikarze, ale także lekarze. Ci ostatni m.in. w katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Ofiarą Mokotowa był inny lekarz, światowej sławy dermatolog prof. Marian Grzybowski, którego rocznicę urodzin (15 czerwca 1895 r.) właśnie obchodzimy.

Naczelnik więzienia mokotowskiego Alojzy Grabicki mówił: „Szpital więzienny na Mokotowie był całkowicie w dyspozycji Departamentu Śledczego i Departamentu X. Wstępu tam nie mieliśmy”.

Lekarka Kamińska, specjalistka chorób wewnętrznych i anatomii patologicznej, która pracę na Mokotowie rozpoczęła 15 lipca 1945 r., opowiadała o personelu szpitala. Komendantem był dr Charbicz (płk dr Charbicz, właściwie Marek Heberman), potem płk dr Maksymilian Kasztelański, następnie płk dr Ludwik Garmada. Wśród lekarzy etatowych wymieniła chirurga Kazimierza Jezierskiego i dermatologa Stefanię Jabłońską.

Szczepionka Fiłatowa

Oddajmy głos więźniowi Władysławowi Minkiewiczowi („Mokotów, Wronki, Rawicz. Wspomnienia 1939 – 1954”, Warszawa 1988):

„Na >ogólniaku<, który jako część więzienia śledczego także podlegał Różańskiemu, rządził naczelnik czy może komendant Grabicki. Jego prawą ręką był oficer od specjalnych zadań, zwany przez nas >specem< [Ryszard Mońko]. Obaj byli niezbyt rozgarnięci, ale niezwykle gorliwie wykonywali powierzone im obowiązki. W szczególnych wypadkach potrafili znęcać się nad więźniami, jak np. po głośnej próbie ucieczki więźniów skazanych na śmierć, kiedy co pewien czas zjawiali się w celi, gdzie osadzono skutych kajdankami i rozebranych do naga Władysława Siłę-Nowickiego, Hieronima Dekutowskiego (>Zaporę<), >Rysia<, >Żbika< i chyba jeszcze kilku innych”.

I dalej: „Grabicki pilnował, żeby podległy mu personel rygorystycznie przestrzegał regulaminu więziennego, a przy tym zawsze dbał o to, by w miarę możności ograniczać wypływające zeń przywileje. (…) W niemal wszystkich przypadkach komendant szpitala, oczywiście ubek, nakazywał stosować uniwersalny w jego mniemaniu lek – oczywiście sowiecki – szczepionkę Fiłatowa. Polegało to na tym, że nacinało się skórę pacjenta, żeby włożyć pod nią wycinek z łożyska rodzącej matki. Mnie stosowano tę szczepionkę dwukrotnie, ale niestety nie przyczyniła się ona do poprawy mego zdrowia w najmniejszym nawet stopniu. (…) Znienawidzona chyba przez wszystkich, którzy mieli z nią do czynienia, ale za to ceniona przez władze więzienne, była doktor Szembergowa”.

W „Polskim almanachu medycznym” za 1956 rok figuruje kilku lekarzy, pracujących na Mokotowie:

Małgorzata Szemberg (dyplom w Wiedniu, 1938), psychiatra II st.;

Guta Cygielman (dyplom w Warszawie, 1952), psychiatra I st.;

Stefania Jabłońska (dyplom we Frunze, 1942)

Z tą ostatnią rozmawiała Małgorzata Szejnert:

„- Lekarze – mówię – musieli jednak stwierdzać zgon. Nie dochodziły do nich wiadomości o tym, co dzieje się potem z ciałami?

– Nigdy nie byłam przy egzekucji. Lekarzom kobietom udawało się tego unikać.

– Nigdy nie podpisywała pani protokołu wykonania wyroku śmierci?

– Raz, może dwa razy… Ale nie byłam przy tym.

– Czy ktoś panią zastępował?

– Brał to na siebie taki miły ksiądz, kapelan więzienny. Nie pamiętam nazwiska… (mowa o kpt. Wincentym Martusiewiczu).

Mówi, że starała się trzymać od tego jak najdalej. Zresztą, nie miała w więzieniu etatu. Przychodziła dwa razy w tygodniu do ambulatorium dla więźniów”.

Stefania Jabłońska etat na Mokotowie jednak miała. W latach 1947 – 1949 zatrudniał ją VI Departament Więziennictwa MBP. Według powszechnej opinii należała do najbardziej zaufanych lekarzy bezpieki na Rakowieckiej.

Na miejsce prof. Grzybowskiego

Stefania Jabłońska była asystentką prof. Mariana Grzybowskiego, szefa warszawskiej Kliniki Dermatologii, naukowca europejskiej sławy. Kiedy w 1949 r. UB aresztował go w związku ze „szpiegowską” sprawą gen. Stanisława Tatara i wkrótce – 11 grudnia 1949 r. – został zamordowany w więzieniu mokotowskim (oficjalna wersja – samobójstwo) Jabłońska błyskawicznie zajęła jego miejsce.

Marian Grzybowski, syn lekarza, w 1918 r. walczył w szeregach Dowborczyków, potem w Wojsku Polskim. W czasie drugiej wojny światowej kierował Kliniką Dermatologii, pracował w Delegaturze Rządu, organizował tajne nauczanie, ukrywał AK-owców. Walczył w Powstaniu Warszawskim (zginął w nim jego młodszy brat Józef – zastrzelony przez własowców). Po wojnie związany z niepodległościowym podziemiem.

Stefania Jabłońska (właściwie Rachela „Szela” Ginzburg) zmarła wiele lat później – w 2017 r. Też pochodziła z rodziny lekarskiej. Medycynę studiowała od 1938 r. w Warszawie, potem w okupowanym przez Sowietów Lwowie, a następnie w Charkowie i we Frunze (Kirgistan). Służyła w Armii Czerwonej, w której również doskonaliła się medycznie. Do Warszawy wróciła w 1946 r. już jako Stefania Jabłońska. Rozpoczęła pracę w Klinice prof. Grzybowskiego, a zarazem w Urzędzie Bezpieczeństwa, wzorem swojej siostry, męża siostry i własnego męża. W przyspieszonym tempie zdobywała stopnie naukowe. 1950 doktorat. 1951 habilitacja. 1952 profesura. W maju 1949 pozwolono jej wyjechać na stypendium do USA. Do PZPR wstąpiła w maju 1950 r., dzięki protekcji rodziny Jakuba Bermana. W 1990 r.

Stefania Jabłońska przeszła na emeryturę jako autorka wielu podręczników akademickich, jeden z najczęściej cytowanych polskich naukowców, wychowawczyni kilku pokoleń lekarzy, honorowa przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Dermatologicznego. Zmarła śmiercią naturalną 8 maja 2017 r. w Warszawie.