WALTER ALTERMANN: Przed wyborami, czyli nowa koalicja parlamentarna. Językowa

Obserwując naszą scenę polityczną, głównie pod kątem nieziemskiego wprost języka naszych polityków, nagle odkryłem, że chyba szykuje się zupełnie nowa koalicja. W wielu programach telewizyjnych występują bowiem politycy różnych partii i ruchów, zwalczając się nawzajem z zaciekłością równą tej, która towarzyszyła wojnom religijnym średniowiecznej i renesansowej  Europy.  Ale jednak coś mocno ich łączy! I możliwa  jest – moim zdaniem – koalicja, która połączyłaby PiS z PSL, Solidarną Polskę z Nową Lewicę, Platformę z Konfederacją a Polskę 2050 z wszystkimi wcześniej wymienionym!

Tak zwaną bazą porozumienia dzisiejszych wrogów mógłby być język polski, który politycy wszystkich tych partii dręczą, mordują i który słabo znają. Najpierw powinni oficjalnie, w jednej partii, połączyć swe siły w dziele zniszczenia języka polskiego, a potem już pójdzie łatwo i razem będą mogli się brać za nasze zdrowie, emerytury, zarobki, obronności i takie tam drobiazgi.

Olśnienia doznałem, gdy oglądałem ostatnio jedną z debat telewizyjnych. Pani poseł PiS Anna Kwiecień  powiedziała: To jest kompromitacja dla pana redaktora. Na co odpowiedział jej Jan Łopata, poseł PSL, który rzucił w przestrzeń medialną i społeczną: Ja jestem człowiek spolegliwy i nie lubię awantur.

            Błędy tych dwojga są takie:

  1. Nie można mówić, że kompromitacja jest dla kogoś. Pani poseł powinna powiedzieć: To jest kompromitacja redaktora. Bez tego nieszczęsnego dla.
  2. Pan poseł Łopata natomiast nie rozumie staropolskiego słowa spolegliwy. Otóż spolegliwy to człowiek godny zaufania, szlachetny, przyjazny, życzliwy, rzetelny, spokojny. I dlatego poseł Łopata powinien powiedzieć: jestem człowiekiem dobrotliwym.

Myślę, że tych dwoje powinno już układać się w koalicję. Mają tyle wspólnego, że dogadają się. Może rozmowy będą przykre dla naszego języka, ale oni mają przecież wspólną płaszczyznę, a to jest najważniejsze.

Oznaki i znaki bałaganu językowego

Pewien ekspert od ekonomii mówi w programie telewizyjnym: Widać już pewne odznaki hamowania naszej gospodarki. Nazwiska eksperta, który powinien powiedzieć znaki, zamiast odznaki, ani stacji tv nie podaję, bo stacja jest zacna, a ekspert miły.

Jednak nad tym powszechnym błędem językowy wypada się zatrzymać.  Otóż, mamy w języku polskim dwa podobne, ale bardzo różne co do znaczenia, słowa: odznakaoznaka. Co prawda oba pochodzą od słowa znak, ale różnice ich znaczenia są istotne. Weźmy zatem na warsztat trzy słowa: znak, oznaka i odznaka.

znak – to wszelki przedmiot, właściwość, wydarzenie funkcjonujące w procesie porozumiewania się ludzi (w ramach określonego języka), w którym służy do przekazywania pewnych treści (znaczeń) dotyczących rzeczywistości zewn. bądź wewn., przeżyć emocjonalnych, estetycznych, wolicjonalnych itp. Znamy proste użycie znaków – jak znaki drogowe, znaki przystankowe w pisowni, wszelki piktogramy informacyjne – które od lat 80-tych XX wieku mnożą się i mnożą. Może też być znak z niebios jako zapowiedź wojny, epidemii i innych nieszczęść – ale to już metafizyka.

oznaka –  to symptom, zapowiedź jakichś zjawisk lub procesów, objaw świadczący o czymś.

odznaka –  to graficzny symbol lub znak symbolizujący przynależność do jakiejś grupy, posiadanie specjalnej umiejętności lub specjalnego wyróżnienia – jako odznaczenie. Występuje w formie metalowego znaczka, wstążki, naszywki, medalu bądź innych. Może być nadawana zarówno przez władze państwowe, jak i instytucje społeczne i naukowe oraz powstałe w tym celu komisje nadawcze.

Mam nadzieję, że ekspert ekonomii myli się co do schładzania gospodarki, tak samo jak w języku. Generalnie – nie bardzo wierzę informacjom ludzi, którzy mylą się w języku.

Statyczny statysta

Wojna na Ukrainie jest stateczna – mówi dziennikarz w programie publicystycznym, jednej ze stacji tv.

Otóż dziennikarz nie ma racji, bo każda wojna jest zaprzeczeniem stateczności. Wojna to śmierć, zabijanie, bombardowania, pożary, rozpacz i groza – nie są to zatem sytuacje stateczne. Prawdopodobnie dziennikarzowi chodziło o wojnę statyczną, czyli taką, gdzie żołnierze obu armii siedzą w okopach i mordują się na odległość. Ponieważ dziennikarzy w ciągu dwóch minut mówił jeszcze dwa razy o wojnie statecznej, nie było to przejęzyczenie.

Zatem… wyjaśnijmy co jest czym. Otóż mamy bardzo wiele słów i pojęć, które są do siebie podobne w brzmieniu i pisowni, ale znaczą daleko co innego, i tak w przypadku rdzenia –stat-  mamy:

stateczny –  1. zrównoważony, poważny i odpowiedzialny; też: świadczący o takich cechach; 2. o łodzi, samolocie itp.: mający zdolność samoczynnego odzyskiwania równowagi po jej utracie; 3. zachowujący swoje położenie mimo działających nań sił.

statek – duży obiekt pływający, przeznaczony do przewozu ludzi i ładunków. A okręty to pływające obiekty wojskowe.

statki kuchenne – czyli naczynia do gotowania.

dostatek – dobrobyt lub wystarczająca ilość czegoś.

dostateczny – wystarczający, zadowalający.

status – 1. stan prawny jakiejś osoby, instytucji lub organizacji; 2. pozycja społeczna i zawodowa jakiejś osoby lub grupy; 3. funkcja, ranga lub znaczenie czegoś.

statysta – niegdyś oznaczał męża stanu. Dzisiaj, to pośledni, niewiele znaczący uczestnik plany filmowego, lub bezwolny, mało znaczący  uczestnik ważnych wydarzeń. Dawniej – „Choć nikt to  hetmana nie podejrzewał, okazał się być nader tęgim statystą”.

 

 

Po raz kolejny WALTER ALTERMANN ostrzega: Internet jest groźny dla zdrowia

Internet najpierw był narzędziem komunikacji wojska i służb państwowych USA. Potem, jak to w USA zawsze bywa, ktoś wpadł na pomysł, że można na tym nieźle zarobić i Internet stał się zabawką na miarę wynalazku Gutenberga. Radość, jaka ogarnęła ludność świata, była ogromna. Bo oto ktoś anonimowy, z zapyziałego miejsca na kuli ziemskiej mógł wreszcie pisać co uważa, co z czasem stało się porażającą wolnością wypowiedzi.

Zwrócę uwagę, że nie tylko za socjalizmu była ścisła cenzura, czyli dystrybucja wolności. Reglamentowana wolność była nie tylko w tzw. demoludach. Również w wolnym świecie istniały nieinstytucjonalne narzędzia uniemożliwiające publikowania tego, co tam komu się w mózgu ulęgło. Bo to trzeba było mieć pieniądze, żeby wydać prywatnie jakieś „dzieło”. W gazetach, radiostacjach i stacjach telewizyjnych byli ich właściciele, redaktorzy, kierownicy redaktorów, a nawet istniała „polityka medialna” każdego ze środków „masowego rażenia wiedzą i informacją”, która drastycznie ograniczała ową „wolność słowa”, a która była marzeniem uciśnionych przez władze autorytarną narodów.

Co tam komu łazi po łbie

A teraz… mamy dzikie pola informacyjne i mamy globalną sieczkę intelektualną na wyciągnięcie palca ku klawiaturze. Mamy, my wszyscy ludzie matki ziemi, możliwości podzielenia się płodami własnego umysłu. I – powiem szczerze – jestem tą wolnością przerażony. Okazało się, że ludzkość – w swej masie blisko 8 miliardów istnień – nie ma właściwie nic do powiedzenia. A jednak mówi, czyli pisze. I w proch obróciło się stare powiedzenie, że z pustego i Salomon nie naleje.

Leją się strumienie bełkotu, przelewa się na nas Niagara i Nil informacji zbędnych, zalewa nas Pacyfik informacji, które czyszczą nam mózgi. Bo to nie jest tak, że umysł człowieka jest w stanie przepuścić przez siebie te biliony bitów i pozostać zdrowym.

Czy informacje są obojętne dla zdrowia

Pewien francuski naukowiec stwierdził – a było to jeszcze przed erą Internetu – że współczesny człowiek atakowany jest w ciągu każdego dnia informacjami, których średniowieczny chłop w Prowansji nie doświadczał w ciągu całego życia.

Nadmiar obrazów w telewizji, znaków informacyjnych na drogach i ulicach, reklam, tekstów gazetowych, paplaniny radiowej, informacji na deskach samochodowych o temperaturze oleju, prędkości, obrotach silnika, i tysiące innych informacji z pewnością nie są bez wpływu na nasze zdrowie. Bo nasze mózgi nie mogą cały czas pracować pod pełnym obciążenie. Tak jak silnik w każdym pojeździe mechanicznym, tak i mózg musi stygnąć, czyli odpocząć.

Czy Internet pomaga w rozwoju człowieka

Człowiek rozwijał się przez ponad 4 miliony lat. Wedle nauki pierwszy gatunek zaliczany do rodzaju Homo pojawił się około 2,6 mln lat temu w Afryce. Jeszcze starsze są Australopiteki uznawane za naszych bezpośrednich przodków, które wykształciły się ok. 4 mln lat temu. W tym czasie mózgi naszych przodków coraz bardziej fałdowały się i zwiększały swą masę. I nasi przodkowie mieli warunki do rozwoju, bo nie było Internetu.

Jestem pewien, że z Internetem człowiek pozostałaby na etapie małpoluda. Nie zacząłby używać ognia, nie wytworzyłby łuku, dzidy, maczugi i naczyń do gotowania w ognisku, a już o wymyśleniu koła nikt by nawet nie pomyślał. W ogóle nie myślałby, bo wszystko miałby już gotowe – w Internecie. Zostawmy jednak te ponure żarty i przejdźmy do namacalnych zagrożeń jakie niesie globalna sieć.

Wiedza zbyt łatwo dostępna

Przed Internetem, żeby napisać wypracowanie o doniosłości literackiej „Potopu” Sienkiewicza uczeń musiał jednak dzieło przeczytać. Obecnie mamy w komputerowej mocy omówienie dzieła i streszczenia. Uczeń i student nie muszą już myśleć, nie muszą już sami wyciągać wniosków, bo  otrzymują wiedzę już przetworzoną – razem z wnioskami i podsumowaniem.

Kiedyś, żeby napisać pracę magisterską trzeba było jednak swoje w bibliotekach odsiedzieć, robić ręcznie notatki, przepisywać odpowiednie fragmenty literatury fachowej. Był tym samym czas na myślenie o tym co się czytało i zapisywało.  Jeszcze kilka lat temu ogłaszali się osobnicy, którzy za 2 lub 3 tysiące złotych byli gotowi napisać komuś pracę magisterską. Dzisiaj i oni nie mają z czego żyć, bo niezbyt ambitny student znajdzie już gotowce w Internecie.

Widziałem ostatnio amerykańską komedię, w której nauczycielka mówi, że nie może iść na randkę bo ma do sprawdzenia 30 wypracować. Po chwili zastanowienia, mówi jednak tak: – Ale co tam, to jest w końcu trzydzieści jednakowych wypracowań. – I idzie z narzeczonym do kawiarni. Dobre i to, że się dziewczyna nie namęczyła. Dzisiaj młodzi ludzie sądzą, że nie muszę niczego wiedzieć, bo mają  wszystko w sieci. Jeżeli to jest rozwój intelektualny, to ja się nazywam Niels Bohr, a na drugie imię mam Albert. Einstein.

Internet groźny dla zdrowia

Internet stał się dla wielu cwaniaków i cwaniaczek – żeby też oddać cześć paniom – źródłem zarobku. Wystarczy pisać cokolwiek, choćby i to, że było się na spacerze, że coś się jadło, atakować jedną lub drugą partię, podawać całej ludzkiej populacji przepisy kulinarne, informować o cudownych lekarstwach na wszystko – po to, aby zarobić. Nie jest to zarobek godziwy, ale pewny.

Moim ukochanym tekstem jest reklama internetowa zatytułowana: „Lekarze o tym nie mówią”.  Po tym szokującym tytule następuje długi opis jakiegoś medykamentu, który w dwa tygodnie naprawi każdemu schorowany, zwyrodniały kręgosłup. Oczywiście środek nie jest reklamowany jako lekarstwo, tylko właśnie jako medykament. Czyli, operacja robienia wody z mózgu i galarety z kręgosłupa jest prawnie dopuszczalna, bo medykament nie wymaga atestów i dopuszczenia do obrotu.

Jedzenie, które leczy

Polecają też w Internecie jedzenie, które ma mieć zbawienny wpływ na dziesiątki chorób. Ale nie mówią nic o tym, że przy pewnych chorobach niektóre artykuły spożywcze mogą być wręcz zabójcze.

Ostatnio widziałem reklamę, że wystarczy szklanka wody i szczypta kurkumy, a przerośnięte tłuszczem brzuszysko wręcz się wklęśnie. Ale nie piszą, że kurkuma nie jest jednak dobra dla wszystkich. Nie piszą, bo ich celem – tych złoczyńców i złoczyńczyń – jest doprowadzenie czytelnika, do przeczytania tej informacji, bowiem w niej umieszczono kilka innych reklam. A od każdego tzw. wejścia w „artykuliku” o kurkumie z wodą, deprawator i deprawatorka naszych mózgów i układu trawiennego mają kilka groszy.

Znajomy skarżył mi się, że niedawno po przeczytani informacji internetowej, iż dobrze robi na sen zjedzenie jednego avocado, zjadł ten owoc. Po czym nie spał całą noc, bo on akurat ma problemy z wątrobą, a na wątrobę nie ma to jak zielenina wieczorem…

Horror seksualny

Świetnym sposobem na łowienie mężczyzn w kłopotach są internetowe reklamy środków na wzmożenie potencji. Pomijam język tych reklam, bo jest wulgarny, ale zapewnienia, że po zażyciu  reklamowanej tabletki stosunki seksualne będą nawet 3 godzinne, budzą niepokój. Potencja potencją, ale 3 godzinny wysiłek nawet zdrowego może przyprawić o zawał.

Mam ważne pytanie: czy rzeczywiście w Polsce lekarze są tak niedostępni, że ze słabej potencji i bezsenności trzeba się leczyć w Internecie? Czy istnieją w naszym kraju ludzie tak durni, że sami się leczą z poważnych przypadłości? Chyba jednak są, skoro ktoś reklamuje to avocado i środki na potencję.

Gnębi mnie też druga wątpliwość, czy tabletka na 3 godzinne stosunki może być zażywana jednocześnie z avocado? Bo to byłoby dobre – nie możesz spać, uprawiaj seks. Przy czym – to nie jest żaden mój przepis na miłe zajęcia w czasie bezsennych nocy. Niczego nie sugeruję… i niczego nie reklamuję.

 

WALTER ALTERMANN: Etyka – poważne pytania

Pewien mój znajomy utrzymuje, że polityk X jest porządnym człowiekiem, bo nie kradnie. Mnie wydaje się, że to trochę „przymało”, żeby uznać kogoś za porządnego. Bo jest przecież tak: jeżeli ktoś kradnie to jest ewidentnie człowiekiem złym. Jeżeli zaś nie kradnie? To znaczy tylko tyle, że nie jest złym człowiekiem, ale jeszcze nie jest człowiekiem porządnym.

Zgodnie z etyką chrześcijańską, żeby uznać kogoś za szlachetnego, potrzebne są jednak dobre uczynki. A czy to, że ktoś nie kradnie jest dobrym uczynkiem? Jeszcze nie. Jest to tylko zachowanie normalne. Niby różnice są małe, ale naprawdę istotne.

Z etyką mamy od zawsze problemy. Ostatnio jednak zmieniły się nie tyle kategorie moralne, ile zmieniła się postać i miejsca złego postępowania, postępowania nieetycznego. Nie każde nieetyczne postępowanie jest – w świetle prawa – karalne, ale każde postępowanie nieetyczne jest z natury rzeczy występkiem moralnym, a – dla wierzących – grzechem.

Śmierć zadana zdalnie

W ostatnich dniach obiegła Polskę wiadomość, że Rzecznik Praw Pacjenta zawiadomił prokuraturę w sprawie śmierci dwóch osób. Doszło bowiem do dwóch zgonów, które korzystały z recept uzyskanych przez Internet. W obu przypadkach pacjenci, dostali bardzo silne leki zawierające substancje psychotropowe, bez szczegółowego wywiadu o stanie zdrowia – podkreśla Rzecznik Praw Pacjenta.

Możliwość otrzymywania recept przez telefon lub Internet, bez wizyty u lekarza, pojawiła się w momencie najostrzejszych obostrzeń covidowych. Obecnie tak drastycznych przepisów już nie ma, ale możliwości leczenia zdalnego – niestety pozostały. Jest to na rękę lekarzom, szczególnie z prywatnych przychodni. Tym bardziej, że pacjenci nie kręcą się po przychodniach, a lekarze nie wystawiają recept za darmo, bo przychodnie są opłacane w zależności od zarejestrowanych w nich pacjentów.

Czy to jest przestępstwo? Zdaje się, że tak, tym bardziej, że w przypadku chorób psychicznych stan pacjenta może się nagle zmienić. Ale o tym niech rozstrzyga sąd.

My zajmijmy się etyką tych lekarzy, którzy wystawiają recepty na telefon i przez Internet. Najpierw zastanówmy się czy jest moralne, że lekarz, nie badając pacjenta ordynuje leki? Moim zdaniem nie jest. Dlaczego zatem lekarze pomijają tak istotny w procesie leczenia osobisty kontakt z chorym? I dlaczego swą misję, pracę ograniczają do działań rutynowych?

Lekarze jak mechanicy samochodowi

Dzisiaj lekarz stał się tylko jednym z rzemieślników, takim samym jak krawiec, szewc czy hydraulik. Wykonuje swoją robotę. Ale człowiek, tym bardziej chory nie jest ubraniem, które trzeba uszyć, nie jest pękniętą rurą wodociągową ani nierówno działającym silnikiem samochodu.

Człowiek ma duszę. Dla niewierzących psychikę. I zdarza się, że choroby duszy i ciała występują pospołu. Tymczasem wizyta w każdej przechodni jest dzisiaj jak wizyta u szewca. Trwa krótko, lekarza nie interesują dawne choroby, stan ducha pacjenta. Dzisiaj mało który lekarz ma czas i chęć, aby z pacjentem zamienić o jedno zdanie więcej, niż trzeba do wystawienia recepty. Moim zdaniem w dzisiejszej Polsce status społeczny lekarza, a co za tym idzie samoświadomość, wyjątkowości zawodu lekarza, uległy znacznemu osłabieniu. Jakie są tego powody? Jest ich kilka: potworna pogoń za pieniądzem, komercjalizacja, czyli prywatne praktyki  lekarzy, praca na kilku etatach.

Lekarze są dzisiaj potwornie zajęci, pracują ponad ludzkie siły. Ale robią to na własne życzenie. Środowisko lekarzy – w swej większości – nastawione jest na zarabianie i popisywanie się statusem materialnym. A mówienie o misji lekarza jest dziś niestosowne i śmieszne.

Przypomnę tylko, że najwyżej usytuowany w Polsce lekarz, czyli sam marszałek Senatu Tomasz Grodzki powiedział kiedyś, że ma słabość do szybkich, a zatem drogich samochodów… Nie sugeruję i nie oczekuję, że lekarze powinni być eremitami, ascetami i żywić się korzonkami. Ale czyż nie jest tak, że ta grupa zawodowa oderwała się od realnej polskiej rzeczywistości swych pacjentów? Żyją co prawda między nami, ale zarobki chcą mieć szwajcarskie.

Pieniądz leczy

Przy czym występuje ciekawe zjawisko – w przypadku lekarzy pieniądze mają zbawienny wpływ na ich postawę wobec pacjenta. Zaobserwowałem, że ten sam lekarz, który jest zdawkowy i mrukliwy w przychodni, nagle, zaskakująco i cudownie odzyskuje humor i mowę w czasie prywatnej wizyty, za jedyne 250 zł. Czyli pieniądz leczy – na razie lekarzy.

Takie sytuacje opisał już przed laty Janusz Głowacki, w opowiadaniu „Materiał”. Tamże Stary Kolejarz Tylutki mówi:

– … jeśli ktoś jest naprawdę wybitnym lekarzem, to nie musi przy pomocy kłamstwa ściągać klienteli. I przytoczył przykład doktora Majewskiego, który, jeżeli do niego przyjdzie się na prywatną wizytę – za 150 złotych – to pozwala pić przy penicylinie.

Czy telewizja leczy?

W telewizji przewala się ogromna masa reklam środków leczących, paramedykamentów – bo oficjalnie reklamować leków w TV nie wolno..

XXXTrutoometyzyn (wymyśliłem to, aby nie reklamować prawdziwych substancji) i jemu podobne nie leczą – one jedynie uśmierzają ból, nie likwidując, nie lecząc  przyczyn. Ale z reklam telewizyjnych wynika, że po zażyciu środków uśmierzających ból, znika przyczyna, i ledwo chodzący aktor z reklamy, nagle skacze, kopie i biega… A wątroba nie jest obojętna na te środki. Takie cuda!

Reasumując: dzisiaj etyka znaczy już tak niewiele, że właściwie jest martwa –  ale co się dziwić, przy tak ogromnej presji żywej gotówki.

 

WALTER ALTERMANN: O nagłych olśnieniach, wizjach i miłości własnej

Prawdą jest, że Juliusz Słowacki pewnej nocy przeżył metafizyczny kontakt z absolutem i do tego czasu jego twórczość nabrała mrocznych, tajemniczych cech. Pod wpływem tego olśnienie powstał jeden z najciekawszych, ale trudnych utworów – „Król duch”. Wtedy też Słowacki zaczął  częściej niż dotąd pisać o Bogu. Jego utwory stały się wieszcze i ciemne.

Dzisiejsza nauka, nie zaprzeczając możliwości transcendentnych kontaktów człowieka z Bogiem, zwraca jednak uwagę, że Juliusz Słowacki był wtedy już ciężko chory na gruźlicę, którą leczono w tych czasach – czy też jedynie łagodzono jej skutki – podawaniem narkotyków. Jakby nie było, twórczość Słowackiego zyskała wtedy inny wymiar, bardzo zresztą interesujący.

Teraz również mamy do czynienia z wieloma przypadkami nagłej zmiany poglądów i przekonań politycznych, głównie u naszych polityków. I nie podejrzewam, że jest to skutek nadużywania narkotyków.

W historii XX wieku, w Polsce mamy wiele przypadków, gdy żarliwi wyznawcy jednego Boga, nagle stają się wyznawcami – równie żarliwymi – innego boga, będącego zaprzeczeniem poprzedniego ich bóstwa. Jednym z takich sztandarowych przykładów jest życie poety Adama Ważyka.

Potępiają efekty swych czynów, ale nie samych siebie

Bardzo dobrym, a właściwie najgorszym przykładem na nagłe wolty, obroty i zmiany taktu w tańcu politycznym jest życie literata Adama Ważyka – ur. 17 listopada 1905 r. w Warszawie, zm. 13 sierpnia 1982 r.

Ważyk najpierw pisał wiele wierszy i powieści, w którym przepowiadał  – zgodnie z duchem rewolucji, której był wyznawcą i szermierzem od 1925 do 1956 roku – że lud wymiecie z mieszkań i posad – burżujów i panów. W latach 1946-1956 sprawował ważne funkcje partyjne, w środowisku literackim i wydawniczym. Tak pisał o nim Stefan Kisielewski – (…) stał się politrukiem od sztuki i heroldem socrealizmu. Niszczył nas wszystkich okropnie.

Jednak, tenże Ważyk po roku 1956 – z tą sama żarliwością i oddaniem – stał się nieprzejednanym wrogiem samego siebie, czyli socjalizmu. Po 1956 – znaczy się po olśnieniu – nabrał jednak obrzydzenia do socjalistycznej rzeczywistości. Ale nie do samego siebie, choć i on ponosił przecież moralną odpowiedzialność za „zepsucie ludu”.

Owo zepsucie Ważyk opisał w sposób okrutny w Poemacie dla dorosłych, opublikowanym w „Nowej Kulturze”. W tym utworze miażdżył socrealizm i zakłamanie socjalistycznej propagandy. Uderzał celnie, bo poemat osadził w Nowej Hucie, sztandarowej przecież budowie czasów Bieruta. Ukazywał wszechobecne tam złodziejstwo, rozwiązłość seksualną kobiet i mężczyzn, masowe przerywanie ciąż i  powszechny alkoholizm niedawnych swoich bohaterów nowych czasów. Utwór wywołał ogromny rezonans w społeczeństwie, bo egzemplarze „Nowej Kultury” z poematem Ważyka sprzedawano na bazarach, a sam utwór masowo kopiowano.

Nie mam nic do ludzi, którzy przechodzą konwersję, albo nawracają się, także do tych, którzy nagle zmieniają partyjne barwy – wolno im. Jednakże dziwi mnie, że ci ideowi „konwertyci”   nie wyznaczają sobie choć odrobiny czasu na jakąś ideową kwarantannę, choćby kilkuletnią. Żeby dopiero po pewnym czasie brać się do kopania swych dawnych przyjaciół i swych ideowych podopiecznych. No cóż, natura niektórych ludzi jest taka, że zawsze muszą być na czele pochodu.

Olśnienie

Jako człowiek do cna pragmatyczny, niełatwo ulegający wzruszeniom, nie wierzę w to, że jakiś poseł nagle, z rana lub ciemną nocą doznaje metafizycznego olśnienia, że jakiś duch z zaświatów mówi mu do ucha: „Zmień barwy, zmień barwy, zmień…”.

Wtedy tak nawiedzony poseł mówi do siebie, też w duchu:

– A co będzie z moimi dotychczasowymi poglądami?

– Poglądy? – śmieje się duch. – Nie stać cię na poglądy. Twoje raty znowu wzrosły… A poza tym, człowiek nie krowa i poglądy zmienia.

Po takim dialogu z duchem poseł zmienia przynależność partyjną i zyskuje nowe poglądy, takie które dotychczas zaciekle zwalczał i wykpiwał. Co na to tak zwane społeczeństwo? Ano, nic. Przywykło – to po pierwsze. A pod drugie – społeczeństwo też nie krowa.

Tłumaczenie

Taki wędrowniczek polityczny ma dla tzw. publiczności zawsze jedno – w miarę dobre –  wytłumaczenie. Otóż zawsze oświadcza, że partia, do której należał, zbytnio poszła na lewo. Lub w prawo – w zależności w jakiej był partii. Co to znaczy dla publiki politycznej? Nic oczywiście nie znaczy. Bo ludzie rozpoznają partie po twarzach przywódców tych partii, a pomniejsi posłowie w ogóle są mało znani.

Ważne dla wędrowników jest fakt, że przejście posła z opozycji do rządzących jest czystym zyskiem dla rządzących i stratą wizerunkową dla opozycji. Zatem rządzący zawsze gdzieś wędrowniczka upchną na swoich listach, w nagrodę  za zdradę.

Własne przekonanie o sobie samym

Ci wszyscy osobnicy, o których piszę, ci zmieniający barwy i godła, mają jedną wspólną cechę, nad którą nie są w stanie zapanować. A jest nią olbrzymie ego, a po polsku – niezwykle żarliwa i stała miłość własna.

To pielęgnowane w inkryminowanych osobnikach ckliwe uczucie do samych siebie przynosi z czasem przekonanie, że osobnik jest w partii, ale zarazem ponad nią. Że swą osobą zaszczyca  swoją partię. I choćby nie był założycielem partii, choćby niewiele dla tej partii robił, to przekonanie o wadze własnej osoby rośnie z czasem, przyrasta jak drzewo w obwodzie z każdym rokiem.

Partia to ja

W końcu dochodzi do stanu krytycznego, w którym osobnik wędrujący uważa, że partia, do której należy, nie jest już godna zaszczytu, jakim jest jego przynależność. Dochodzi do tego znany od wieków fakt, że każda partia jest idealnym „terenem” do walki wewnątrzpartyjnej. I jest to nagminne, że członkowie każdej partii walczą między sobą o coraz wyższe pozycje.

Skutkiem tego bywa i tak, że dany, opisywany osobnik wędrujący, słabnie w znaczeniu, jego pozycja w partii istotnie maleje. Bywa jeszcze bardziej dramatycznie – gdy szef danej partii przestaje być szefem. Wtedy osobnik, nie będący już szefem partii, robi larum, zakłada nową partię, szuka w swej dawnej partii tych, co odejdą razem z nim. Dochodzi przy tym przykrych estetycznie zdarzeń – wypowiadane są przez uciekinierów „najgorsze wyrazy, po kilka razy” – jak pisał Żeleński – Boy.

Tak było kilkukrotnie z Leszkiem Millerem, który też uwierzył, że partia to on. I gdy został zastąpiony na stanowisku szefa, założył własną partię, a nawet wystartował w wyborach parlamentarnych z list Samoobrony, czyli od Andrzeja Leppera. A miał p. Leszek przekonanie, że skoro w Łodzi, w poprzednich wyborach uzyskał 200.000 głosów, to w następnych weźmie podobną stawkę. Ale przepadł z kretesem, uzyskując jedynie 10.000 głosów. Tym samym elektorat lewicy dał mu do zrozumienia, że choć głosował na niego, jako na „twarz partii”, to jednak jako na kolegę Leppera głosów nie odda.

Obecnie p. Leszek Miller jest w kolejnej partii. Tym razem jest to jedynie naprędce sklecona przybudówka – ze sklejki, bez podmurówki, kryta papą z odzysku… Tej przybudówki nawet nie widać, bo stoi na tyłach frontu pałacyku Platformy Obywatelskiej.

Nieskromność

 Co prowadzi ludzi różnych partii do takich upadków? Nieograniczony brak skromności, a właściwie bezmierny ocean nieskromności. Starożytni Grecy powiedzieli by, że to hybris, czyli  zaślepienie bohatera tragicznego, wynikające z jego zarozumiałości, uniemożliwiające mu właściwą ocenę swojej sytuacji. Taka postawa – według antycznych Greków – może być traktowana jako wyzwanie rzucone bogom i prowadzi do ukarania bohatera.

W tym przypadku przykładnej kary jeszcze nie ma…

Nieskromni mogą być artyści, mający tę cechę niejako wpisaną w swoje obowiązki zawodowe, ale już dyrektorom kopalń i hut, nie wypada być nieskromnymi. Jest gorzej – bo tak się jakoś porobiło, że artystów obecnie mamy w sumie skromnych, za to politycy u nas biją wszystkie rekordy. Prześcigają nawet słynnego barona Münchhausena. Choć jeszcze gorsi są celebryci – ludzie bez zawodów i zupełnie bez sensu.

 

 

Normalne wariactwo, czyli HUBERT BEKRYCHT: Precz z komuną! Albo koniec świata (3)

Nie ma już większych wątpliwości. Świat, który znamy odchodzi do… No właśnie, gdzie? Nie leci kometa, i – pomimo alarmów ekologów – nie ma na razie potwierdzonych klimatycznych zmian, które rozwalą planetę. Także Putinowi grożącemu wojną jądrową nikt nie pozwoli nacisnąć czerwonego guzika. Świat, moim zdaniem, będzie nadal istniał. Tyle, że bez głowy i bez systemu nerwowego. Zresztą już teraz, na przykładzie dziennikarzy i naszej pracy, można odnieść takie wrażenie, bo aby przekazywać informacje trzeba mieć głowę na karku.

Przykre to lecz prawdziwe, ale nie ma się co oszukiwać, dziennikarze pierwsi ucinają ludziom głowę.  Najpierw paraliżują umysł wlewając tyleż prawdy, co fałszu. Przedtem jednak następuje prawdziwa obróbka mózgu. Na zamówienie polityków oczywiście.

W Hadze o równowadze

Całkiem spora grupa mediów i dziennikarzy się temu przeciwstawia, ale polityczna i społeczna poprawność zabija nie tylko duszę, ale i system podtrzymywania zdrowego rozsądku.

Pisałem już o kongresie europejskich dziennikarzy w Hadze i o przedziwnym przebiegu obrad, o akademickich dyskusjach i niepotrzebnnym tzw. biciu piany oraz o uwielbieniu większości delegatów dla pewnej arabskiej stacji telewizyjnej. No i o debacie na temat sytuacji na Ukrainie bez udziału delegata z Ukrainy.

(Nie) zależność w czasie wojny

Ostatniego dnia obrady przypominały pościg. Szybkość przyjmowania ważnych decyzji była wprost proporcjonalna do czasu upływającego do odlotu samolotów wielu dlegatów. W końcu piatek jest też w Europie. Maszyna ruszyła i przyjęto wiele ważnych dokumentów m.in. intencyjna uchwała o poparciu KE w dziele walki o wolnośc mediów. Tyle, że nie wiadomo, czy zajmująca się tymi sprawami komisarz Vera Jurowa po kolejnych wyborach i ponownej nominacji do tytułu biurokratki roku, dotrzyma obietnic.

Nie wiadomo również, jaki będzie miała przebieg operacja wzajemnego odłączania się, czy też przyszywania do siebie Europejskiej Federacji Dziennikarskiej (EFJ)  i Światowej Federacji Dziennikarskiej (IFJ). Podjęto w tej sprawie uchwałę. Tyle, że na ewentualne zmiany przyjdzie czas dopiero przy nastepnych wyborach do władz EFJ za dwa lata. Przyjęto także inne dokumenty m.in. dotyczące dziennikarzy relacjonujących rosyjską inwazję na terytorium naszego wschodniego sąsiada oraz pomocy mediom na Ukrainie.

W nocy z czwartku 11 maja na piątek 12 maja biura organizacyjnego kongresu przysłano projekty pilnych uchwał. Jakich? Między innymi propozycję dokumentu autorstwa reprezentantów małej (110 członków) polskiej organizacji o bardzo adekwatnej do grupy nazwie: Towarzystwo Dziennikarskie. Dwóch oddanych członków tego towarzystwa wiernie pracowało nad uchwałą ws. pogarszania się stanu wolności mediów w Polsce.

Głos zabrał prominentny członek TD, wieloletni dziennikarz i pomocnik liberalnych polityków, sam zresztą ubiegał się o mandat PO w wyborach do europarlamentu a wcześniej był członkiem PZPR. Grzmiał z trybuny, że to katastrofa, że media w Polsce toną, że nie ma u nas wolności słowa…

Spokojnie czekając na wynik głosowania stanął ów filar TD nieco z boku prezydium. Wówczas to, jako naczelny wariat SDP, poprosiłem o głos. Próbowałem tłumaczyć, iż w Polsce, owszem wiele się mediach zmieniło, ale na lepsze. Po prostu większa liczba ludzi nie mających przed 2015 r. możliwości odbioru mediów odpowiadających ich konserwatywnym poglądądom, uzyskała do takich mediów dostęp. A o tym, że w naszym kraju jest wolność głoszenia rozaitych, nawet głupich poglądów, świadczy fakt przybycia do Hagi dwóch wspaniałych polskich dziennikarzy z TD a nie umieszczenia ich w więzieniu.

Na koniec swojej, przyznaję, nieco emeocjonalnej przemowy zaznaczyłem iż sprawozdawca projektu „pilnej” uchwały mający teraz usta pełne frazesów o wolności słowa, sam należał do komunistycznej partii, która skutecznie tłumiła ową wolność a słowa poddawała cenzurze.

Przedstawiciel TD zarzucił mi kłamstwo, bo wspomniałem (ach ten precyzyjny prawniczy język), że był działaczem komunistycznej partii. Poprawiłem się i odtąd mówiłem, że był członkiem tego hegemonistycznego ugrupowania i ekspozytury Moskwy nad Wisłą.

Wróciłem na miejsce. Wniosek przeszedł. Tylko SDP i Ukraińcy mieli inne zdanie. Głosowaliśmy przeciw. Kilka federacji, niektóre z krajów postkomunistycznych, wstrzymało się od głosu. Zapewne leczą w ten sposób sumienie.

Potem przyszło do mnie niezwykle barwne towarzystwo, też dziennikarskie, ale z całej Europy. Tłumaczyło mi dwóch Francuzów, Grek, Hiszpanka i Portugalka, że przecież oni mają znajomych komunistów, z którymi rozmawiają i nawet się przyjaźnią. Spytałem członków tej niezwykłej delegacji, czy wiedzą, że mówimy o prawdziwej partii komunistycznej sprzed 1989 roku? Nie wiedzieli, ale nie tracili sił. Dowodzili, że komuniści też mają prawa obywatelskie…

Po chwili podszedł do mnie delegat z Niemiec i powiedział, że większość delegatów wierzy tylko w to, co im się przedstawi w oficjalnych przemowach i dokumentach. Wiedział co mówi. Na moją uwagę, że to przecież dziennikarze, odrzekł, że tym gorzej dla dziennikarstwa.

I dla odbiorców ich mediów.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Bezsilna Rosja chce tropić „wrogów ludu”

Tegoroczna moskiewska parada na Dzień Zwycięstwa pokazała tylko słabość Rosji. Aby ratować pozycję tego kraju pojawiają się pomysły powrotu do stalinowskich praktyk.

Jak wyliczyli politolodzy i dziennikarze, w defiladzie na Placu Czerwonym w Moskwie 9 maja 2023 roku wzięło udział kilka razy mniej sprzętu wojskowego niż w poprzednich latach. Z ich danych wynika, że ​​w tym roku przez Plac Czerwony przejechało tylko 51 pojazdów. W czasie, gdy w ubiegłorocznej, już skróconej paradzie, wzięło udział 131 wozów bojowych. A w 2021 roku było ich 197. To oznacza spadek w stosunku do ostatniego przedwojennego roku – prawie czterokrotnie. Cała uroczystość – defilada żołnierzy i przemówienie prezydenta Władimira Putina – trwała tylko około 45 minut. W poprzednich latach czas parad wynosił nawet do ​​półtorej godziny, ale wtedy zawierały one też pokazy lotnicze. Zrezygnowano z nich już dwa lata temu z powodu obaw Putina, że ​​któryś z pilotów może zaatakować trybunę.

Wielu komentatorów zwróciło również uwagę na brak nowoczesnych czołgów. Po raz pierwszy od 2007 roku parada odbyła się bez ciężkich pojazdów opancerzonych. Przejazd sprzętu otworzył jeden czołg T-34 z II wojny światowej, a za nim pojawiły się lekkie wozy bojowe, a także wyrzutnie rakiet Iskander, S-400 i międzykontynentalnych pocisków balistycznych Jars.

Pokaz sprzętu wojskowego w paradzie trwał mniej niż 10 minut. W poprzednich latach uzbrojenie pokazywano znacznie dłużej. Można było podziwiać m.in. czołgi Armata, z których Rosja była bardzo dumna, aż do momentu, gdy pokazały swoją niską skuteczność w walkach na Ukrainie.

Według dziennikarzy w paradzie wzięło udział około ośmiu tysięcy osób i jest to najmniejsza liczba uczestników od 2008 roku.

Według obserwatorów i dziennikarzy w Moskwie w tym roku odbyła się „parada wstydu”, ponieważ Rosja pokazała swoją słabość i zacofanie w rozwoju spraw wojskowych i technologii w porównaniu do współczesnych demokratycznych krajów świata. W takich warunkach lepiej byłoby nie organizować parady.

Mimo to Rosja twierdzi, że na pewno wygra wojnę rosyjsko-ukraińską, pomimo całej potęgi świata, która jej się sprzeciwia.

Większość rosyjskich polityków jest rozczarowana stanem rzeczy w Rosji. Rozumieją, że wina w tej sytuacji leży przede wszystkim po stronie prezydenta Władimira Putina, który stworzył skorumpowany reżim polityczny. Zamiast budować państwo, rozwijać gospodarkę, przeprowadzać nowatorskie reformy w kraju, podnosić poziomu życia obywateli, kierował wszystkie wysiłki i środki na wsparcie wojska, a i w tej dziedzinie przegrał rywalizację ze światem i nie zapewnił Rosji wystarczającej siły. W takich warunkach właściwe byłoby dobrowolne ustąpienie, przekazanie sterów skuteczniejszym przywódcom, ale Putin chce zapewnić sobie władzę do 2034 r. poprzez zmiany w konstytucji. Oczywiście politycy w Rosji rozumieją, że to nieuchronnie zniszczy kraj, który straci swoją pozycję. Wielu rosyjskich polityków uważa, że ​​Rosję trzeba ratować. Ale jak? Zgodnie z rosyjską tradycją, klasa rządząca, zamiast domagać się natychmiastowego odsunięcia od władzy Putina i jego kliki, próbuje wprowadzić nowe zmiany ustrojowe mające na celu przede wszystkim pozbawienie obywateli wolności słowa i wprowadzenie represyjnych reżimów.

Na przykład deputowany do Dumy Państwowej generał-porucznik w stanie spoczynku Andrij Gurulow uważa, że ​​nadszedł czas, aby ponownie wprowadzić w życie koncepcję „wroga ludu” i zastosować wobec niego te same represje, które były powszechną praktyką w drugiej połowie lat 30. XX wieku. Według Gurulowa nie należy wstydzić się pojęcia „wroga ludu”, ponieważ „są wrogowie, ale nie ma przeciwko nim praw”. Co więcej, powinno to dotyczyć zarówno osób „na froncie”, jak i ludności cywilnej.

Później poseł wyjaśnił, że za „wrogów ludu” należy uznać tych, którzy chcą klęski Rosji, nie popierają Władimira Putina i nie działają, czyli nie robią nic, by walczyć z nazizmem.

„Jeśli specjalnie siedzisz i nic nie robisz, sabotujesz decyzję, to jesteś wrogiem ludu” – powiedział Gurulow. Należy zauważyć, że zgodnie z tą interpretacją całe 90 procent ludności, czyli dziesiątki milionów ludzi, można uznać za wrogów ludu w Rosji.

Co ciekawe „naród rosyjski” popiera wprowadzenie takich represji. W komentarzach do tych informacji Rosjanie piszą: „Najwyższy czas” i radzą, aby zanim wróci pojęcie „wroga ludu”, należy jasno określić: kim oni właściwie są oraz przede wszystkim ustalić, kto ich „wyznaczy”  i „według jakiej procedury zostaną zatrzymani”. Niektórzy proponują rozszerzenie represji i proponują także postawienie zarzutu „szkodnika” i „sabotażysty”.

Czytelniczka z Omska pisze na przykład: „Popieram w 100%! Wszędzie wokół jest pełno wrogów czających się i szkodzących Rosji! Wysyłać do obozów pracy przymusowej, a także pokazywać egzekucje… Jestem w 100% pewien, że taki czas nadejdzie, bo tylko metody Stalina mogą przywrócić wielkość i potęgę naszej Ojczyzny!”

Jeden z Rosjan pisze: „W takim razie najpierw musimy oficjalnie przyznać, że metody Stalina, w tym Gułag, były całkowicie poprawne. Zabronić ich krytykowania, odwołać wszystkich krytyków i od razu odwołać >rehabilitację ofiar stalinowskich represji<… Inaczej jakoś źle się to skończy – zbesztamy Stalina, ale wykorzystamy jego metody w pełni… ”

W tej gorącej dyskusji dostało się też samemu Gurulowowi. Jeden z czytelników zauważył, że ​​jego brat trafił niedawno do kolonii za łapówki. „Mychajło Gurulow został wysłany do więzienia o zaostrzonym rygorze na sześć lat” – przypomniał.

 

HUBERT BEKRYCHT: (Nie) zależność w czasie wojny (2)

Będzie krótko. To niektórzy już może przyjmą z niedowierzaniem, zatem – być może – zaskoczenie numer dwa: będzie krótko, ale i na temat, bo tematu nie wybierałem. Temat wybrał mnie.

Otóż, jestem delegatem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich podczas odbywającego się w Hadze kongresu Europejskiej Federacji Dziennikarzy (Annual Meeting European Federation of Journalists – EFJ). Po południu miała być dyskusja o niezależności dziennikarskiej w obliczu coraz większej liczby konfliktów zbrojnych na świecie, a szczególnie w obliczu agresji rosyjskiej na Ukrainę. Dyskusja była, ale nie o tym.

Holnderska depresja i rosyjska ruletka

Panel prowadziła Holenderka, przewodnicząca tamtejszego stowarzyszenia dziennikarskiego (NVJ) Renske Heddma. Oprócz niej w debacie uczestniczyła szefowa działu zagranicznego niderlandzkiego koncernu medialnego NOS Esther Bootsma, wieloletnia korespondentka telewizji Al Jazeera Step Vaessen oraz dwóch Rosjan. Jeden musiał uciekać na Zachód, bo Putin przeszło rok temu, właśnie za niezależne dziennikarstwo postanowił go ukarać przynajmniej wieloletnim więzieniem a mówiło się też o gotowości Kremla do wyeliminowania – nazwałem go tak dla bezpieczeństwa – opisywanego Rosjanina numer 1. Ów zaraz po debacie zniknął, jak to się mówi, po angielsku.

A teraz Rosjanin numer 2. Wjeżdża do Moskwy, kiedy chce. Wraca. Narzeka na „represje” Putina w postaci trzymiesięcznej wizy, ale przyjeżdża do Rosji i z niej po prostu wyjeżdża na Zachód w stanie nietkniętym. A przecież, jak napisano w tytule debaty, jest niezależnym rosyjskim dziennikarzem. Kiedy kończy się dyskusja zostaje jeszcze długo. Pytam go, bo mnie to męczyło, czy ja coś pokręciłem, że on przyjeżdża i wyjeżdża do Moskwy ze swobodą gwiazd rocka, popu lub sportu, które jeszcze niedawno korzystały z zaproszeń Kremla? „Kolego, nie boisz się, że Cię Putin nie wypuści, bo źle o nim piszesz?”. A on mi z uśmiechem na ustach odpowiada:, „Ale ja nie piszę o Putinie, nie piszę polityce tylko o ekonomii”. Przyznam, że mnie zatkało. Zapytałem, czy żartuje? Odpowiedział, że nie i mnie odetkało.

Al Jazeera wzorem niezalezności dziennikarskiej, czyli paranoja

Przypominam, wszystko dzieje się teraz w holenderskiej Hadze na kongresie dziennikarskim EFJ podczas debaty o niezależności mediów. Rosjanin, prawdopodobnie z zagranicznym paszportem swobodnie poruszający się teraz po swoim kraju a do tego korespondentka arabskiej telewizji Al Jazeera mówią o niezależności. Reporterka zresztą zapewniała, że dobrze się tam czuje, bo zadaje tylko swoje pytania, że jej stacja jest niezależną korporacją medialną, że w ogóle jest tam super. Zaniemówiłem. Telewizja wielokrotnie podejrzewana o sprzyjanie terrorystom i niedopuszczalne z nimi kontakty, faworyzująca Palestyńczyków w sporze z Izraelem, jest „niezależna”? „Chyba od rozumu swoich odbiorców” – przypomniały mi się słowa mojego przyjaciela. Ale nie, groteska trwa. Jeden z reprezentantów Towarzystwa Dziennikarskiego zabiera głos. Bredzi coś o wyważaniu racji podczas wojny, niedosłyszałem, czy na Bliskim Wschodzie, czy na Ukrainie. A potem mówi, że relacja z jesieni 2021 roku autorstwa Step Vaessen z granicy polsko-białoruskiej, w której dziennikarka stronniczo – moim zdaniem – przedstawiała domniemane wypychanie przez polskich żołnierzy uchodźców m.in. z państw arabskich, którzy jakoby uciekali przed wojną w swoich krajach, z powrotem na Białoruś.

W relacji była wzmianka o „setkach ofiar” takiego postępowania polskich służb mundurowych. Nie doprecyzowano, jakie to ofiary, bo na pewno nie śmiertelne. W tamtym tygodniu nie było przypadków śmierci obcokrajowców, którzy nielegalnie przedostali się przez granicę Polski i UE szmuglowani przez przemytników ludzi. No i na tym „niezależnym dziennikarstwie” arabskiej stacji jest wyraźna rysa. Nie ma w relacji oficjalnego stanowiska Straży Granicznej, są tylko świadkowie „zbrodni” jej funkcjonariuszy i Wojska Polskiego, ale bez podania źródła i dowodów informacji, że istotnie ktoś poniósł śmierć.

Podczas dyskusji mówię niderlandzkiej dziennikarce telewizji Al Jazeera, że nie usłyszałem nigdy jak pyta kogoś z elit politycznych Bliskiego Wschodu o podejrzenia korupcyjne i związki z terrorystami. Nie odpowiedziała na te moje wątpliwości. Co do rzetelności relacji z granicy podkreśliłem, ze korespondentka – delikatnie mówiąc – mija się z prawdą. Zaprzeczyła. Tłumaczyła, że było wiele jej relacji i chyba nie mówimy o tej samej. Po spotkaniu w prywatnej rozmowie też trzyma się tej wersji. Opadły mi ręce…

Wątpliwości, prawda i rzetelność zamiast obiektywizmu

Reasumując na kongresie największej europejskiej korporacji dziennikarskiej do debaty o niezależności mediów podczas wojny zaproszono, między innymi, dwie osoby.

Osoba numer 1: Rosyjski dziennikarz, który podczas inwazji Moskwy na Ukrainę swobodnie porusza się po kraju Putina, wjeżdża i wyjeżdża, kiedy mu się podoba i do tego na w zachodnich mediach nie pisze o polityce, ale o ekonomii…

Osoba numer 2: Holenderka, korespondentka Al Jazeery, która jeszcze przed inwazją relacjonując kryzys uchodźczy, do którego doprowadził kumpel Putina mówi w relacji dla arabskiego koncernu medialnego, że polskie służby wpychają z powrotem na Białoruś „wycieńczonych” uchodźców. Uwaga moja: głównie młodych mężczyzn z Bliskiego Wschodu. Korespondentka nie potrafi do dziś wytłumaczyć, czy były jakieś „ofiary”, czy mówiła o innych „ofiarach” sprzed innej niż polska i UE granicy.

Szlag mnie trafił, bo gadają, gadają, a gdzie w tym wszystkim napadnięty kraj – Ukraina? Siedzi obok mnie. Konkretnie siedzi obok mnie zdenerwowany mój kolega szef IMTUU, Niezależnego Związku Mediów na Ukrainie Serhiy Shturkhetskyy (to oficjalna pisownia jego nazwiska w alfabecie łacińskim). Zgłosił się do głosu wcześniej, ale coś go prowadząca nie dostrzega. Krzyknąłem „Posłuchajcie głosu wolnej Ukrainy”! Mężczyzna z obsługi technicznej podchodzi z mikrofonem do ukraińskiego dziennikarza. Serhij najpierw dziękuje za wsparcie dla jego walczącego z rosyjskimi barbarzyńcami kraju, potem już z przekąsem wspomina, ze chętnie znalazłby się w gronie panelistów, ale nikt go nie zapraszał…

Gra orkiestra, szwagra biją – jak mówią w moich stronach, w Łodzi i okolicach.

No dobra, okłamałem Was, nie było krótko. Ale na pewno na temat. Bo są zgromadzenia, które zupełnie nie trzymają się wyznaczonych tematów i są tematy, które jak ten – powtórzę – mnie wybrały. A mojego kłamstwa o tym, że będzie krótko nie wstydzę się. Niech inni wstydzą się kłamstw o domniemanej niezależności i obiektywizmie podczas relacji z konfliktów, inwazji i wojen.

I z przykrością pisze, że nie ma obiektywizmu dziennikarskiego. Nie tylko podczas wojny. Są tylko, jak w życiu i w każdym zawodzie, rzetelność i uczciwość przekazu.

HUBERT BEKRYCHT: W Hadze o równowadze, czyli dlaczego tytułów się nie rymuje (1)

Nie należy nadużywać pretensjonalnych nagłówków, leadów, forszpanów, krzyczącej czcionki, kiedy nie jest to coś naprawdę ważnego lub bulwersującego. Zastosowałem tę formułę i tylko Odbiorcy mogą ocenić, czy słusznie, bo to, co piszę jest próbą relacji z pierwszych godzin rozpoczętego w czwartek dziennikarskiego kongresu, czyli dorocznego spotkania Europejskiej Federacji Dziennikarskiej w Hadze (Annual Meeting European Federacion of Journalists).

Jestem delegatem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich na to spotkanie, obok mnie siedzi szef IMTUU, Niezależnego Związku Mediów na Ukrainie Serhiy Shturkhetskyy (to oficjalna pisownia jego nazwiska w alfabecie łacińskim). Tak jakoś wyszło, że od kilku dni jesteśmy w kontakcie a od 48 godzin, tu w Holandii, w kontekście dziennikarzy i dziennikarstwa, rozmawiamy o sprawach dalekich od Królestwa Niderlandów. O inwazji rosyjskiej a Ukrainę, o znaczeniu dziennikarstwa podczas tego ciężkiego nie tylko dla kraju Serhiya czasu. Ciężkiego przede wszystkim dla Ukraińców, dla Europy, świata i EFJ.

Porządek a rzeczywistość. Obrad…

Gdyby przejrzeć porządek dzienny kongresu są tam też sprawy bezpieczeństwa na świecie, głównie bezpieczeństwa dziennikarzy. Na początku kongresu uczciliśmy pamięć Koleżanek I Kolegów, którzy polegli, albo zostali zamordowani w pracy, między innymi na Ukrainie.

Wobec planu na ubiegłoroczne spotkanie coraz mniej jest też punktów dotyczących wojny i pomocy Ukrainie. Mniej jest też w planach dyskusji o sprawie najważniejszej, tej, która, poza wojną, sprowadziła nas do Hagi. Chodzi o finanse EFJ, które zdominowane są przez naszą „matkę” IFJ Międzynarodowe Stowarzyszenie Dziennikarzy (International Federation of Journalists).

Polityczna poprawność ponad wojną?

Dużo natomiast, od pierwszych godzin spotkania, poświęca się – nie chciałbym pisać tego określenia, ale napiszę – politycznej poprawności, która nie jest, do cholery w dominującym od konfliktów świecie, sprawą najważniejszą.

Zatem już od rana „rozgorzała” debata i sprawozdania. Politycznie poprawna. Wkurzyłem się, bo, kiedy giną dziennikarze, kiedy są zamykani w więzieniach, co rozpatruje się w pierwszej godzinie kongresu. Otóż, paru sympatycznych kolegów mówi m.in. o molestowaniu dziennikarek w sieci. Zgadzam się, to sprawa ważna, ale czy warta stygmatu patriarchatu i nietolerancji w środowisku dziennikarskim. Przecież to nie jest prawda, wszędzie zdarzają się przekroczenia norm obyczajowych, nawet prawa, ale na Boga, czy ten, nie waham się tego tak nazwać zawodowy feminizm, nie może poczekać do czasu załatwienie najistotniejszych kwestii – bezpieczeństwa członków EFJ na Ukrainie i pomocy dla tego kraju, walce z naruszaniem niezależności mediów i finansom federacji. Zobaczymy.

 

Aha, zapomniałbym,

w towarzystwie bez zmian

Tak jak w ub. roku w Izmirze przy podziale głosów  5 mandatów przyznano „delegacji” z Polski (taki twór jest w statucie, choć w EFJ są zupełnie różne trzy podmioty, w tym SDP). I tu ciekawostka, wg. statutu głosy (mandaty) należą się stowarzyszeniom skupiającym powyżej 600 osób.

Podczas przekazania głosów przedstawiciel Towarzystwa Dziennikarskiego (oficjalnie 110 członków) dosłownie wpłynął w okolice mównicy i chciał odebrać głosy, zapewne w imieniu całej polskiej sceny dziennikarskiej. Administracja EFJ wytłumaczyła mu, że – tylko z powodu tzw. obyczaju kongresowego tak małym organizacjom, jak TD, należy się najwyżej jeden głos. Nie można bowiem zignorować największej polskiej organizacji w EFJ, czyli SDP liczącego ponad 2800! Ostatecznie dostaliśmy 4 mandaty.

Między mną a delegatem TD doszło do ostrej wymiany zdań. Ów człowiek obraził się na SDP, kiedy nie chcieliśmy go wybrać prezesem stowarzyszenia i współzakładał TD i dotąd opowiada  niestworzone rzeczy o naszym gronie, tak jak w Izmirze, gdzie forsował projekt zmanipulowanej uchwały, która, w skrócie, sprowadzała się do tezy, że w Polsce i na Węgrzech szaleje cenzura… A kongres w 2022 r. odbywał się w Turcji.

Zwróciłem mu uwagę, aby nie kompromitował Polski podczas kongresu. Powiedziałem, że w mojej ocenie TD jest silnie upolitycznione, bo związane z PO ( mocne, delikatnie pisząc, powiązania z EPP, frakcją PE, w której jest właśnie PO i PSL). Poradził mi tonem znanym mi z pogróżek pod moim adresem, abym „tak się nie zachowywał”. Wobec tego dodałem jeszcze tylko, że drugi z reprezentantów TD był członkiem partii komunistycznej, a obecnie zasiada w kadłubowej radzie z etyką w nazwie… Teraz TD przygotowało – m.in. pełne komplementów pod adresem znanej z nienawiści do Polski komisarz europejskiej Very Jurowej z EPP – stanowisko w sprawie zagrożeń wolności mediów. To już sytuacja nie tyle śmieszna, co smutna…

 

Łatwe filmy, których nie ma – STEFAN TRUSZCZYŃSKI podsuwa pomysły dziennikarzom

Łatwe filmy, których nie ma, to filmy dokumentalne o naszych wybitnych sportowcach. Jest ogromna ilość materiału zdjęciowego, byłoby to niezwykle entuzjastyczne oglądanie i pożytek patriotyczny. Oczywiście filmy muszą być dobre, jak to się teraz mówi – profesjonalne (np. o Ryszardzie Szurkowskim – Zbigniewa Rytela). A nie ma! Why! Do stu tysięcy beczek kartaczy!

Zanikła umiejętność robienia filmowego dokumentu? Na pewno nie jest doceniony. Aeropagi krytyków, zatwierdzaczy, kolaudantów! Zamykają się szczelnie w tajnych gabinetach i radzą. Wyobrażam sobie, że siedzą tam wyfraczeni podobnie jak uczestnicy pomeczowych dyskusji w TV. Rzecz o sporcie – czymś z założenia pogodnym i luzackim. A tu widzę karawaniarzy w smokingach klepiących na ogół komunały, które mogłaby wygłosić babcia pogardliwie zwana mocherówką. Bo piłkę nożną oglądamy często, a wiedza techniczna o niej nie jest zbyt skomplikowana. To samo robią, w czasie meczów wbici w garnitury, trenerzy i działacze. Powinni jeszcze przypinać sobie medale, a na pewno tych blaszek mają dużo.

Nie chodzi tylko o medalistów i mistrzów –  choć o nich przede wszystkim. Ale tych nieszczęśników sportu, którzy zeszli z aren połamani (dosłownie lub psychicznie) i klepią biedę, jak wzgardzona i zapomniana Agata Wróbel. Ta dzielna kobieta, medalistka, której (i nam) grano hymn narodowy, uprawiająca morderczą dziedzinę sportu, dla „zasłużonych” – wyfraczonych była, skończyła karierę i już nie dawała im właśnie profitów.

Powinien powstać mądry film o zakopiańczyku Wojciechu Fortunie, o wysokich lotach tego odważnego chłopaka, ale i o upadkach młodego człowieka pozostawionego samotnie wśród pijackich pochlebców. Te 111 metrów i cudowne sprawozdanie Bohdana Tomaszewskiego wysłuchałem bladym świtem w hoteliku w Chojnicach w czasie reporterskiej rajzy. Byliśmy wtedy w trójkę – Basia Pietkiewicz i Michał Jaranowski. I była wielka radość o poranku. A potem usłyszeliśmy, po kilku latach, że mistrz bije żonę. Szok. Ale jako, że tylko prawda jest ciekawa – filmy o Wielkich powinny pokazywać także ich upadki.

Czy Wanda Rutkiewicz, Andrzej Zawada doczekają się pełnokrwistych filmów dokumentalnych – takich, jakimi Oni byli. A Kukuczka z całą prawdą o jego śmierci. Właściwie całe pokolenie, w każdym razie ogromna część najwspanialszych wspinaczy polskich zginęła w górach. Kto mógłby sprostać filmowemu wyzwaniu. Powstała średnio-dobra, okrojona fabuła o Marusarzu, dlaczego nie ma filmu o kpt. Baranowskim, o mistrzu fechtunku i architekcie Zabłockim, o Chychle, Kuleju, Pietrzykowskim.

Pamiętam wielu szefów od sportu i po prostu świetnych dziennikarzy sportowych – Macieja Biegę, Tomasza Hopfera, Bohdana Tomaszewskiego, Jacka Żemantowskiego. Już ich nie ma. A dlaczego nie wyrośli nowi? Czy ktoś zazdrośnie blokował kariery? Oczywiście pojawiają się odważne, ciekawe teksty sportowe. Ale media elektroniczne to bryndza. Owszem, transmisje. Tego mamy pod dostatkiem. Ale „dysk olimpijski” już nie wiruje. To za trudne dla smsiarzy i mejlowców. W teleturniejach telewizyjnych zawodnicy rzeczywiście imponują wiedzą. Tyle, że nie o literaturze.

Klepacze klepią prześcigając się w tempie narracji i przerywaniu gościom wypowiedzi. Gdzie tak gonicie? Niech będzie spoko, ale szeroko i głębiej. Czy trzeba kochać sport, żeby go dobrze dziennikarsko eksploatować? Myślę, że wystarczy lubić. Natomiast zupełnie niezbędne są umiejętności. Osobnik utalentowany po prostu ma w sobie magnez, który przyciąga. Pracuś może być doceniony, ale pokochany nie będzie.

Dlatego trzeba szukać talentów, ale nie przez układy polityczne i nepotyzm. Szukać muszą mądrzy i doświadczeni. A jest w czym wybierać. W małych redakcjach te połowy się udają. Dlaczego nieskuteczne jest to w redakcjach największych?

 

CEZARY KRYSZTOPA: Europa powinna się odjednoczyć

Olafa Scholza znowu poniosło. Tym razem podczas wystąpienia w Parlamencie Europejskim w ramach debat o „Przyszłości Europy” zaproponował de facto, jak to celnie ujął jeden z internautów, budowę Europy Federalnej Niemiec.

Bo do tego de facto sprowadziłoby się zniesienie prawa weta w Radzie UE. Mniejsze kraje zostałyby w praktyce pozbawione prawa głosu, a oficjalny już dyrektoriat przejęłyby Niemcy i Francja. To co jest pocieszające, to to, że wystąpienie Scholza nie spotkało się z aplauzem. Choć bardzo się starał, grzmiąc na temat podniesienia skuteczności „walki o praworządność”, wpisać w parlamentarny mainstream, to bronili go w zasadzie tylko europosłowie z Niemiec i nawet nie wszyscy, bo tylko z frakcji socjalistów – jesteśmy krajem widmo, śmieją się z nas – mówił do Scholza jeden z niemieckich europosłów.

Europę toczy rak

Nie zmienia to faktu, że za ostateczne zmiażdżenie państw narodowych (no nie Niemiec przecież) wzięły się grubsze cwaniaki. W tzw. „Grupie Przyjaciół”, która ma wspierać likwidację zasady jednomyślności w Radzie UE, oprócz Niemiec i Francji są niestety również takie państwa jak Włochy i Finlandia, gdzie ostatnio wybory wygrała centroprawicowa koalicja. I choć trudno nie odnieść tu wrażenia atmosfery balu na Titanicu, to jednak z całą pewnością zdążą nas nie raz jeszcze skrzywdzić. A nawet, biorąc pod uwagę wszystkie baty, które sami włożyliśmy im do rąk, począwszy od „mechanizmu warunkowości”, a skończywszy na KPO i „kamieniach milowych”, może i zatłuc.

A jednak Unię Europejską toczy rak. Największy i jednocześnie jedyny w swoim rodzaju, jawny plan wepchnięcia w ubóstwo obywateli przez rządzących – Fit for 55, jest tutaj tylko jednym z aspektów. Likwidacja demokracji, za pośrednictwem przenoszenia prerogatyw z posiadających demokratyczną legitymację państw narodowych na nieposiadające demokratycznej legitymacji instytucje brukselskiej oligarchii, jawne zaprzęganie struktur UE do realizacji interesów niemieckich, czy strukturalna korupcja na różnych poziomach, nie budują zaufania. Wszystko to sprawia, że Europa jest coraz mniej istotnym punktem na mapach gospodarczych i geopolitycznych. To nie ma prawa działać.

Co robić?

I być może prędzej czy później, w sposób mniej czy bardziej spektakularny, odwali kitę. I być może trochę Was tu zaskoczę, ale byłoby żal. Ponieważ pewien stopień integracji europejskiej ma swoje zalety. Niby tylu to powtarza, ale kto przedstawia jakąkolwiek alternatywę wobec budowy Europy Federalnej Niemiec? Samo marudzenie, a tym bardziej owijanie się w kraju biało-czerwonymi flagami, żeby grzecznie podpisywać cyrografy w Brukseli, nie wystarczy. Ja tutaj oczywiście, choćby ze względu na ograniczoną przestrzeń, którą i tak dzięki dobremu sercu redakcji portalu SDP, regularnie przekraczam, nie przedstawię kompleksowej alternatywy. Zresztą, kompleksową alternatywą powinni się zająć eksperci.

Myślę jednak, że wolno mi się pokusić o opinię, że żeby zjednoczona Europa mogła w dostatku i spokoju przetrwać, musi być mniej zjednoczona. Bezwzględnie musi wykonać kilka kroków do tyłu. Musi wrócić do koncepcji przestrzeni gospodarczej, komplementarnej wobec potencjałów suwerennych państw narodowych i zrezygnować z ambicji bycia nowym więzieniem narodów.

Z osiągnięć integracji zachowałbym wolności przepływu ludzi, towarów, usług i kapitału. To w zupełności wystarczy żeby państwa narodowe mogły czerpać zyski ze współpracy gospodarczej. Instytucje, które zostały dotknięte gangreną Europy Federalnej Niemiec, takie jak Komisja Europejska, Parlament Europejski i Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, są do likwidacji. W ich miejsce trzeba by powołać nowe instytucje, sekretariaty koordynujące wspólne polityki i ew. trybunał rozstrzygający spory. To wszystko. Reszta tego zbędnego Bizancjum, do wora.

Tylko taki powrót do korzeni, również tych korzeni, które widzieli Ojcowie Założyciele zjednoczonej Europy, jest szansą na jej przetrwanie. W innym wypadku ten Miś sobie zgnije na świeżym powietrzu i będziemy mogli co najwyżej za jakiś czas podpisać protokół zniszczenia.

Na koniec pytanie: Czy ktoś to usłyszy? Nie.