Dzieło polsko-ukraińskie w Grecji – TERESA KACZOROWSKA o odsłonięciu pomnika Juliusza Słowackiego na Peloponezie

W Grecji, w nadmorskim mieście Nauplion na Peloponezie, odsłonięto w niedzielę, 11 czerwca 2023 r. pomnik polskiego poety Juliusza Słowackiego. Monument stanął przy kościele katolickim pw. Przemienienia Pańskiego z inicjatywy jego proboszcza, chrystusowca ks. Ryszarda Karapudy.  Pomnik został sfinansowany przez tę parafię, a jego wykonawcami są ukraińscy artyści: rzeźbiarz Aleksander Porozhniuk i jego żona, historyk sztuki Liza Porozhniuk.

Artyści Liza i Aleksander Porozhniukowie. Fot. Teresa Kaczorowska

Artyści ci pochodzą z Doniecka, od 2014 r. są uchodźcami wojennymi i przebywają w Polsce – znaleźli schronienie na plebanii w Zielonej na płn. Mazowszu.

Pisarka z Polski, przewodnicząca Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP, dr Teresa Kaczorowska, wygłaszając podczas uroczystości odczyt o podróży Juliusza Słowackiego po Grecji w 1836 r. i jego związkach z Helladą, podkreśliła, że bez przyjaźni autorów pomnika z ks. Ryszardem Karapudą, z czasów kiedy ten duszpasterz pracował w Doniecku, nie byłoby tego monumentu.

– W Grecji powstało dzieło polsko-ukraińskie – mówiła. – Dziękuję Wam za nie z całego serca! Dziękuję za pamięć i hołd oddany wielkiemu polskiemu poecie. Dziękuję za ten pierwszy ślad upamiętniający obecność Juliusza Słowackiego w Helladzie 187 lat temu!

Uroczystość była bardzo podniosła. Uczestniczył w niej nuncjusz papieski w Grecji ks. biskup Jan Romeo Pawłowski, który przewodniczył mszy św. i wygłosił homilię. Była też konsul z Ambasady Polskiej w Atenach Ewa Pańczuk, ponadto dyrektor Instytutu Archeologicznego w Atenach prof. Juliusz Czebreszuk, działacze polonijni (Instytut J. Słowackiego przygotował ulotkę) oraz 40-osobowa grupa uczniów i nauczycieli ze Szkoły Polskiej w Atenach, którzy recytowali fragmenty wiersza „Grób Agamemnona” Juliusz Słowackiego. Z Polski przybyli też ukraińscy artyści Liza i Aleksander Porozhniukowie.

Ks. Ryszard Karapuda z dr. Teresą Kaczorowską.

Uroczystość zakończyła się radosną biesiadą przy polskich gołąbkach, które przygotowali Wioletta i Marek Stuskowie, Polacy mieszkający w pobliskim Argos.

***

Juliusz Słowacki (ur. 4 września 1809 r. w Krzemieńcu, zm. 3 kwietnia 1849 r. w Paryżu) to jeden z największych poetów polskich, przedstawiciel epoki romantyzmu. Obok Adama Mickiewicza i Zygmunta Krasińskiego jest jednym z polskich wieszczów narodowych.. Mimo iż żył niecałe 40 lat, jego twórczość literacka jest bogata i bardzo różnorodna – pozostawił po sobie 13 dramatów, blisko 20 poematów, setki wierszy, listów oraz jedną powieść.

Grecja ciekawiła Słowackiego od najmłodszych lat (jego ojciec, Euzebiusz Słowacki,  był filologiem klasycznym, grecystą). O wyprawie do Grecji, i dalej po Egipcie, Palestynie i Syrii, poeta marzył od lat. Zrealizował ją w okresie od sierpnia 1836 r. do czerwca 1837 r. Nazwie ją później „pobożną podróżą”.

Pierwszym etapem życiowej wędrówki poety była Grecja. Słowacki z kolegą, Zenonem Brzozowskim, wypłynęli z Neapolu 24 sierpnia 1836 r. Poeta zabrał ze sobą drewniany sekretarzyk podróżny, pióro, zeszyt na notatki oraz ołówek i album rysunkowy. 4 września 1836 r. przypłynęli na wyspę Korfu, gdzie Słowacki spędził 4 dni i spotkał się z greckim poetą Dionizosem Salomosem. Potem popłynął do Patry, gdzie odwiedził bohatera greckiego powstania narodowego Kanarisa (Konstantinosa). Z Patry Słowacki z kolegą udali się konno wzdłuż północnego brzegu Peloponezu do Nauplion – nadmorskiego miasta, które w latach 1823–1834, było pierwszą stolicą nowożytnego państwa greckiego, siedzibą pierwszego rządu wolnej Grecji i króla Ottona.

Być może Słowacki odwiedził w Nafplio świątynię, przy której stanął pomnik, ale była ona wtedy meczetem.  Dopiero w czerwcu 1839 r. król Otto przydzielił meczet katolikom, którzy było w Nafplio ok. 300 i nie mieli swojego kościoła. W 1840 r. przeprowadzono jego remont i król Otto nadał świątyni imię Przemienienia Pańskiego, co miało oznaczać przemianę Grecji po wyzwoleniu kraju z tureckiej długiej niewoli.

Z Napfilo Słowacki jechał przez Argolidę, w tym Argos, a 19 września 1836 r. dotarł z kolegą do Myken, które wywarły na nim ogromne wrażenie. Lwia Brama, zasypana rumowiskiem tysiącleci, ledwo wystawała wtedy ponad powierzchnię. Pobliski Grób Agamemnona (Skarbiec Atrydów) też nie przypominał dzisiejszego stanu. Wiodący do niego korytarz i brama do połowy były zasypane. W miejscu legendarnego grobu bohatera spod Troi, na tle dziejów starożytnej Grecji, poeta rozważał nieszczęsne losy własnego narodu. Pisał:

Polsko! lecz ciebie błyskotkami łudzą!

Pawiem narodów byłaś i papugą;

A teraz jesteś służebnicą cudzą — 

Choć wiem, że słowa te nie zadrżą długo

W sercu — gdzie nie trwa myśl nawet godziny:

Mówię — bom smutny — i sam pełen winy!

(Juliusz Słowacki, „Grób Agamemnona”)

Te smutki i pamięć o Ojczyźnie poniesie Słowacki przez cały czas podróży…

Z Myken poeta udał się do Koryntu, w którym był zaledwie jeden dzień. Następnego dnia dotarł do Aten, gdzie spędził tydzień. Ostatnim punktem w Grecji była dla Słowackiego wyspa Siros, skąd odpłynął z kolegą statkiem do Aleksandrii. Na Siroz Słowacki napisał całą „Pieśń I i III” ze swej poetyckiej relacji z podróży. Z kolei pod Aleksandrią poeta-pielgrzym, poeta-tułacz, napisał sławny „Hymn o zachodzie słońca: Smutno mi Boże”… Najczystszy to przykład liryki religijnej uderzającej w ton prywatnej modlitwy pełnej tęsknoty do kraju i przeświadczenia o znikomości człowieczej egzystencji.

Później podróżował po Palestynie, Syrii i Libanie. Powrócił do Europy (do Livorno we Włoszech) 16 czerwca 1837 r. Z głową pełną wrażeń, jak pisał, po tej „ślicznej podróży”, „pełnej przyjemności i zachwyceń”.

Podróż ta była dla poety nieoceniona, zarówno pod względem twórczym, duchowym, jak zdrowotnym. Zaowocowała licznymi utworami i rysunkami, poeta wysłał też pięć listów do matki (zachowały się trzy), a reminiscencje tej podróży rozsypał później w całej swej twórczości. Poza tym podróż ta umocniła go na ciele, czuł się zdrowszy i silniejszy, a przede wszystkim bogatszy duchowo – powrócił nawet do praktyk religijnych. Po powrocie, 11 lipca 1837 r., Słowacki pisał z Livorno do matki:

„Grecja pełna ruin przecudownych podobała mi się bardzo, i bardziej niż Rzym mnie zachwyciła […].

„Zatop swoje, aby obcy się bali…” – SERHIJ KULIDA o zniszczeniu hydroelektrowni Dnieproges w 1941 roku

W sierpniu 1941 r. Armia Czerwona wysadziła w powietrze dumę sowieckiego kraju elektrownię wodną Dnieproges. We wrześniowym numerze „The Illustrated London News” z 1941 roku angielski korespondent wojenny Captain Falls napisał: „Zniszczenie zapory Dniepr, nawet na tle zniszczeń drugiej wojny światowej, wygląda zdumiewająco. … Jest mało prawdopodobne, aby ZSRR kiedykolwiek miał większy powód do dumy. A teraz jest zniszczona w mgnieniu oka. Co więcej, nie przyniosło to Niemcom większej szkody …”

Ewakuacja „kontyngentów ludzkich i cennego mienia”

„Niewypowiedziana” wojna z nazistowskimi Niemcami natychmiast doprowadziła do powstania problemu –  konieczności ewakuacji do wschodnich rejonów ZSRR cennych fabryk, urządzeń i całych przedsiębiorstw przemysłowych.

Już 24 czerwca 1941 r. dekretem Rady Komisarzy Ludowych i Komitetu Centralnego Ogólnounijnej Komunistycznej Partii Bolszewików powołano Radę Ewakuacyjną, na czele z pierwszym sekretarzem Ogólnounijnej Centralnej Rady Związków Zawodowych Nikołajem Szwernikiem. Piątego dnia hitlerowskiej inwazji, 27 czerwca, podjęto wspólną uchwała KC WKP bolszewików i Rady Komisarzy Ludowych „O procedurze wywozu i rozmieszczenia kontyngentów ludzkich i cennego mienia”. Ale stworzenie dokumentu było prostsze niż jego realizacja w praktyce. Masowy odwrót Armii Czerwonej na całym froncie, wywołał niedowierzanie i panikę na tyłach. Na Kremlu stało się jasne, że wywożenie sprzętu, mienia i żywności z potencjalnie niebezpiecznych terytoriów, które miały wpaść w ręce wroga, nie będzie łatwe.

29 czerwca 1941 r. wydano kolejne zarządzenie Rady Komisarzy Ludowych i KC WKPB, w którym stwierdzono, że „wszelkie mienie wartościowe, w tym metale nieżelazne, chleb i opał, których nie można wyjęte, musi zostać zniszczone bezwarunkowo”.

I to zarządzenie zostało wykonane przez grupy specjalne NKWD nienagannie. W jednym z raportów niemieckiej grupy gospodarczej „Południe” przesłanej do Berlina, stwierdzono, że „nie ma ani jednego przedsiębiorstwa, w którym nie dokonano wybuchów lub zniszczeń. Zniszczenia obejmują nie tylko fabryki, ale także narzędzia, warsztaty, plany i różnego rodzaju dokumentację, które są ewakuowane lub niszczone”.

Tymczasem wydarzenia na froncie rozwijały się zgodnie z hitlerowskim „blitzkriegiem”. „Na początku sierpnia jednostki Grupy Armii Centrum znajdowały się na lewym brzegu Dniepru, w obwodzie smoleńskim, a Grupa Południe przygotowywała się do przejścia przez Zaporoże” — pisze Wiktor Suworow. – „Głównym celem Niemców było okrążenie wojsk radzieckich pod Kijowem”.

Tajny rozkaz Komitetu Obrony Państwa

Jednocześnie w celu zorganizowania demontażu i ewakuacji wyposażenia elektrowni Dniepr Komitet Obrony Państwa (GKO) wysłał na Ukrainę pierwszego zastępcę komisarza ludowego elektrowni D. Żymerina.

W swoich wspomnieniach napisał on, że wypełniając zadanie partii i rządu, krążył dzień i noc między Zaporożem a Dnieprodzierżyńskiem, kiedy został zaalarmowany przez telefon zastępcy przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych Michaił Perwuchina, który łamiącym się głosem poinformował, że jednostki niemieckie, przebiwszy się przez front, rzuciły się nad Dniepr. Wiceprzewodniczący kategorycznie nakazał przyspieszyć demontaż sprzętu i aby uniemożliwić nieprzyjacielowi zajęcie hydroelektrowni, wysadzić tamę. „Moje serce krwawiło na myśl, że to dzieło będzie musiało nie tylko zostać zdemontowane”, wspomina D. Żymerin, „ale być może częściowo zniszczone. Jednak rozkaz był nieubłagany: co można usunąć, resztę przygotować na eksplozję”. Wiceprzewodniczący Rady Komisarzy Ludowych, Michaił Perwuchin, tak wspominał ten czas: „Poinstruowano mnie, aby upewnić się, że wszystko jest przygotowane do wybuchu w elektrowni wodnej, a sama eksplozja nastąpiła, gdy wszystkie wycofujące się wojska przekroczyły na lewy brzeg Dniepru”. Jednocześnie, jak zeznał były szef wydziału inżynieryjnego Frontu Południowego, pułkownik Szyfrina, „dowództwo frontu wykluczyło samą możliwość zniszczenia okrętu flagowego radzieckiego przemysłu hydroenergetycznego”.

Do wydziału inżynieryjnego Frontu Południowego dotarła jednak zaszyfrowana wiadomość podpisana przez Józefa Stalina i marszałka Borysa Szaposznikowa, w której bardzo wyraźnie stwierdzono: „W nagłych przypadkach wolno niszczyć Dneproges”. A następnie, jak zeznał w swoich wspomnieniach zastępca ludowego komisarza obrony ZSRR, generał pułkownik Andriej Chrulew, „w okresie od 2 do 4 sierpnia 1941 r. dostarczono saperów do Zaporoża samolotami”. Choć może to zabrzmieć paradoksalnie, ale według wspomnień pułkownika Szyfrina „wszystkie prace nad przygotowaniem wybuchu przeprowadzono w tajemnicy przed dowództwem frontu, ponieważ Rada Wojskowa frontu nie wyraziła na to zgody”.

Mistrz sabotażu

Mimo to kilka dni później TB-3 z Moskwy wylądował na lotnisku pod Zaporożem, przywożąc na front ucznia generała Karbyszewa i pułkownika Starinowa, uczestnika zniszczenia soboru Chrystusa Zbawiciela w Moskwie oraz specjalistę od materiałów wybuchowych podpułkownika Borysa Epowa ze „ściśle tajną misją”.

Wiedział o tym tylko wąski krąg ludzi ze 157. pułku NKWD, który strzegł Dnieproges i kilka osób w kierownictwie stacji. Borys Epow wspominał: „Przybywszy do Zaporoża i upewniwszy się, że innym samolotem dostarczono niezbędne materiały, udałem się do szefa wojsk inżynieryjnych frontu Szyfrina i Kołomijeca, członka Rady Wojskowej Frontu, który był w Zaporożu, a następnie przystąpiłem z dwoma moimi pomocnikami i dedykowanym batalionem do przygotowania powierzonych mi zadań”.

Szef sztabu frontu, generał Charitonow polecił przeprowadzić zniszczenie, bo Niemcy dotarli na prawy brzeg Dniepru.

Sygnałem do wykonania zadania miało być wycofanie pułku ochrony NKWD. Plan działania w przypadku uszkodzenia sprzętu Dneproges, według Epowa, był następujący: „Początkowo transformatory podwyższające były włączane w trybie zwarciowym… Po spaleniu transformatorów planowano ustawić turbogeneratory w trybie zwarciowym i przy maksymalnym wzbudzeniu zwiększyć prędkość obrotową agregatów hydraulicznych do momentu wyłączenia ich z ruchu…”

Następnie planowano wysadzenie kilku przęseł tamy tak, aby zniszczeniu uległa część melioracyjna i przebiegająca przez nią droga. Aby przygotować to co zaplanowano, ciężarówkami dostarczono na górną część tamy 20 ton materiałów wybuchowych.

„Ciężarówki z materiałami wybuchowymi natychmiast wjechały na górną werandę” — napisał były dowódca plutonu Timofieja Salamachin. — „Szacowano, że 20 ton powinno wystarczyć do niewielkiego zniszczenia tamy”.

Według wspomnień byłego szefa wydziału politycznego Frontu Południowego dla organizacji Komsomołu Borysa Mielnikowa „w nocy z 17 na 18 sierpnia sytuacja na kierunku Zaporoże zmieniła się diametralnie.

Wróg przedarł się przez obronę Armii Czerwonej, a Zaporoże pozostało odkryte. Już rankiem 18 sierpnia nieprzyjaciel przypuścił atak na miasto siłami dywizji piechoty i czołgami. Broniąc przyczółka zaporoskiego, słabo uzbrojona 274. Dywizja Strzelców, obsadzona głównie przez niedoświadczonych żołnierzy, zaczęła wycofywać się pod naporem wroga. Przed naszą grupą – członkiem Rady Wojskowej A.I. Zaporożec, a także przywódcą Zarządu Politycznego Breżniewem (przyszły sekretarz generalny – S.K.) i Mamonow – postawiono zadanie: za wszelką cenę powstrzymać losowo wycofujące się jednostki przez Chortycę, stworzyć linię obrony wzdłuż prawego brzegu starego kanału Dniepru, pokrywając w ten sposób most przez wyspę i tamę na Dnieproges. Pozwoliłoby to dokończyć ewakuację Zaporizhstal i innych przedsiębiorstw miasta, a także przygotować się do wybuchu tamy. Jednak już w kilka minut po otrzymaniu zadania, gdy wysiedliśmy z samochodu, ponieważ nie można było przejść po moście (most był zapchany ludźmi, wozami, bydłem i samochodami), nastąpił wybuch o strasznej sile, a za nim kolejny. Grodź tamy została wysadzona w powietrze”

Perwuchin zeznał o tym, co się stało: „Po południu, 18 sierpnia, kiedy podkładanie ładunków wybuchowych było prawie zakończone, przybył przedstawiciel dowództwa frontowego i wręczył telegram przedstawicielom dowództwa wojskowego nad Dneproges, w którym określono czas wybuchu.”

Stwierdzono, że jeśli tama jest zajęta przez Niemców, należy ją wyłączyć z eksploatacji. Dalej, chronologicznie, wydarzenia rozwijały się następująco.

„Pułk NKWD wycofał się na lewy brzeg, a dowódca pułku, odjeżdżając wraz z pułkownikiem łącznikowym, wydał mi rozkaz dokonania zniszczenia, co zostało wykonane” – wspominał Borys Epow. – „W wyniku eksplozji około 100 metrów wzdłuż jej długości zostało wyrwanych z korpusu tamy”. Zeznania zamachowca uzupełniają wspomnienia Timofieja Salamachina: „Kiedy Borys Epow podpalił rurę zapalającą, zobaczył biegnącego w jego stronę posłańca członka Rady Wojskowej Frontu Południowego, komisarza armii Zaporożca. W rękach posłańca był rozkaz: nie wysadzać elektrowni wodnej, bo planowany jest kontratak… Ale Epow miał rozkaz od przełożonych. (…) Wszyscy wybiegli z tunelu. O godzinie 18.00 nastąpił ogłuszający wybuch” (Inni świadkowie twierdzą, że wybuch nastąpił o godzinie 20.00, a nawet o 21.00 – S.K.) Zastępca komisarza ludowego Perwukhin z przekonaniem powiedział, że „kilka przęseł tamy zostało zniszczonych… Gwałtownie wzrósł rzeki poniżej tamy, na terenach zalewowych Dniepru na prawym brzegu, zalanych zostało wiele niemieckiego sprzętu i żołnierzy, przygotowujących się do przekroczenia na lewy brzeg Dniepru”. W rzeczywistości „tsunami”, według różnych szacunków, o wysokości od dziesięciu do trzydziestu metrów, dotarło do Marganca i Nikopola, położonych około 80 kilometrów poniżej Dniepru, zmiatając wszystko na swojej drodze. W tym część miasta Zaporoże i pobliskie wioski. Wał wodny, przetaczający się przez nizinną część Chortycy, zniszczył sowiecki pułk piechoty, a także magazyny z zapasami broni i żywności. Okręty flotylli rzecznej wyrzucone zostały na brzeg. Co najmniej 20 tysięcy żołnierzy utonęło na terenach zalewowych Dniepru. Nikt nie liczył cywilów. Padały liczby od 20  do 150 tysięcy … Wszystko to zmusiło szefa wydziału politycznego Frontu Południowego A.I. Zaporożca, który nie wiedział o rozkazie Kwatery Głównej, aby aresztować Epowa. Ale z Kremla wyszedł autorytatywny rozkaz: „Natychmiast uwolnić!…”

Komu to potrzebne…

„Eksplozja Dneproges nie miała sensu z militarnego punktu widzenia – główne siły Niemców operowały na północy” – mówi Wiktor Suworow.

– „Gorzka prawda jest taka, że ​​gwałtowne spłycenie Dniepru nad elektrownią wodną nawet poszło na rękę Niemcom, pozwalając im szybciej budować mosty pontonowe. A wszystkie ich straty z powodu wybuchu tamy wyniosły… 1500 osób! Ale dla Armii Czerwonej była to kolejna tragedia wojny. Na prawym brzegu pozostały oddziały 2. Korpusu Kawalerii, 18. i 9. Armii. Część z nich zginęła od fali, innym udało się przejść w niewiarygodnie trudnych warunkach – pod ostrzałem, pozostawiając po sobie ciężką broń i zapasy. Jeszcze inni zostali zabici przez Niemców lub wzięci do niewoli. Nawiasem mówiąc, Niemcy dość szybko przywrócili przeprawę przez Dniepr wzdłuż tamy. A rok później elektrownia wodna zaczęła normalnie pracować na niemieckim sprzęcie”.

Co jeszcze można dodać?.. Miał rację Władimir Winniczenko, kiedy powiedział, że historii Rosji „nie da się czytać bez bromu”.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosjanie powtórzyli stalinowską zbrodnię

Cel zbrodni – wysadzenie zapory w Nowej Kachowce – jest taki sam jaki miał Stalin w 1941 roku – Rosjanie próbują powstrzymać rozpoczętą już kilka dni temu kontrofensywę Sił Zbrojnych Ukrainy.

18 sierpnia 1941 r., na rozkaz Stalina, wojska radzieckie 20 tonami materiałów wybuchowych wysadzili zaporę na Dnieprze w Zaporożu, aby opóźnić natarcie armii niemieckiej. Jak zawsze Rosjanie, publicznie oskarżyli o tę zbrodnię wojska niemieckie i dopiero po wojnie przyznali się do udziału w niej. Według różnych źródeł w wielkiej powodzi wzdłuż Dniepru zginęło wówczas od 20 do 100 tysięcy osób, w tym do 3 tysiące żołnierzy Armii Czerwonej, którzy utrzymywali linię frontu w pobliżu Zaporoża, a także dziesiątki tysięcy zwierząt. Gleba była zmyta na ogromnych obszarach wzdłuż biegu rzeki.

Przed rozpoczęciem rosyjskiej „gorącej wojny” z Ukrainą rosyjska propaganda chwaliła się, że „może zrobić to ponownie”. I w nocy 7 czerwca 2023 roku powtórzyli to – wysadzili zaporę w Nowej Kachowce na Dnieprze, ale już poniżej Zaporoża. Tym razem, jak poinformowało berlińskie biuro Światowego Programu Żywnościowego ONZ, z powodu zniszczenia tamy i powodzi na dużą skalę, ucierpią miliony ludzi. Przedstawiciel urzędu zaznaczył, że rozlana woda niszczy uprawy, pola, ogrody, przedsiębiorstwa przemysłowe, budynki mieszkalne, infrastrukturę oświaty, kultury, transportu itp. Setki tysięcy hektarów lądu zamienią się w „dno morza”. Fakt ten, zdaniem przedstawiciela ONZ, niszczy nadzieję 345 milionów głodujących na cały świecie ludzi na otrzymanie żywności w 2023 roku. Powiedział też, że ceny żywności na rynku światowym są najwyższe od 10 lat.

Skala i skutki zniszczenia tamy są ogromne. Obecnie z wyrwy w zaporze wypływa co sekundę 30 000 metrów sześciennych wody. Jej poziom poniżej tamy podnosi się bardzo szybko i jak przewidują eksperci, może wzrosnąć do 17 metrów powyżej normalnego poziomu, a woda rozleje się na miliony hektarów po obu stronach Dniepru, zalewając wszystko, co tam żyje. A powyżej wysadzonej tamy od Nowej Kachowki i wyżej od Zaporoża, a właściwie do Kijowa, poziom wody w Dnieprze może spaść o 5 – 10 metrów, co oznacza, że ​​woda cofnie się od brzegów za kilka miesięcy do100 metrów lub więcej. Dlatego już zasiane w tej okolicy pola, szklarnie, ogrody, które były nawadniane z Dniepru, stracą wodę. Wpłynie to też negatywnie na  system zaopatrzenia w wodę budownictwa mieszkaniowego i przemysłu.

Według doniesień ukraińskich mediów materiały wybuchowe zostały przywiezione na zaporę w Nowej Kachowce przez wojska rosyjskie zaraz po zajęciu tego terytorium, Zapora cały czas była w rękach Rosjan, a wojska ukraińskie nie miały do ​​niej dostępu. Materiały wybuchowe przywieziono ciężarówkami w ilości kilku ton i umieszczono wewnątrz tamy w pobliżu prądnic. Jedna z wersji, mówiąca o zniszczeniu zapory przez ostrzał z zewnątrz nie ma sensu, gdyż wyrwa w zaporze o takich rozmiarach mogła powstać jedynie w wyniku potężnego wybuchu z wnętrza konstrukcji. Cel tej zbrodni jest taki sam jak Stalina w 1941 roku – Rosjanie próbują powstrzymać rozpoczętą już kilka dni temu kontrofensywę Sił Zbrojnych Ukrainy.

Wysadzenie zapory w Nowej Kachowce nazywane jest poważnym przestępstwem przeciwko środowisku, ponieważ jego konsekwencje mają ogromny negatywny wpływ na populację nad Dnieprem, a także na świat zwierząt i ekologię rozległego regionu. Przede wszystkim jest to również akt terroryzmu nuklearnego, ponieważ elektrownia jądrowa w Zaporożu, obecnie przejęta przez Rosjan i zamknięta, wykorzystuje wodę z Dniepru do chłodzenia wyłączonych reaktorów. Poziom wody po powodzi obniży się, a jej dopływ do elektrowni jądrowej Zaporoże może zostać wstrzymany, co może doprowadzić do uszkodzenia reaktorów i uwolnienia substancji radioaktywnych do atmosfery.

Tylko natychmiastowa ewakuacja przez służby ukraińskie ludności z zalanych terenów pozwoliła zapobiec ofiarom w ludziach. Już pierwszego dnia z zalanych regionów ewakuowano ponad 2000 osób.

Ofiary są w świecie zwierząt, tych dzikich jeszcze nikt nie policzył, ale w całkowicie zalanym zoo w mieście Nowa Kachowka utonęło ponad 300 różnych osobników,  przeżyło tylko ptactwo wodne. Personel zoo nie był w stanie uratować zwierząt, ponieważ teren był zaminowany przez okupantów, którzy nie pozwalali pracownikom zbliżać się do zwierząt. Specjaliści ostrzegają, że z powodu zanieczyszczenia wody w Dnieprze rozpocznie się śmierć ryb, w niektórych miejscach już to nastąpiło.

Ponadto rozlana woda zalała magazyny chemiczne, toalety, wysypiska śmieci, może to doprowadzić do chorób i epidemii.

Po obu stronach Dniepru, gdzie utworzono linie obrony zarówno wojsk rosyjskich, jak i ukraińskich, zaminowano ogromne obszary, teraz miny zostały zmyte przez przepływ wody, swobodnie pływają i w każdej chwili mogą wybuchnąć.

Zarówno zalanie pól i gospodarstw rolnych poniżej zapory, jak i utrata plonów z powodu obniżenia poziomu wody na polach powyżej zapory – w równym stopniu doprowadzą do bankructwa rolników.

Detonacja tamy spowoduje również zaprzestanie dopływu wody do Kanału Północnokrymskiego, dla którego kiedyś budowano Zbiornik Kachowski i Elektrownię Kachowską. Okupantowi na Krymie udało się już radykalnie rozszerzyć uprawę zbóż – ryżu, kukurydzy, zbóż, roślin strączkowych i innych, których nie da się uprawiać bez wody. W tym roku, według oficjalnych danych Ministerstwa Rolnictwa Krymu, powierzchnia zasiewów wyłącznie pod ryż wzrosła sześciokrotnie, do ok. 3,5 tys. ha w porównaniu z 630 ha w 2022 r. Jednocześnie, jak wyjaśnili rolnicy, na hektar pól ryżowych potrzeba średnio od 15 do 25 metrów sześciennych wody. I raczej jej nie będzie. Dlatego rolnicy na okupowanym Krymie poniosą ogromne straty…

Jak poinformowała Prokuratura Generalna Ukrainy, o wysadzeniu tamy w Nowej Kachowce zawiadomiono już Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze. W jego imieniu zostanie przeprowadzone śledztwo w sprawie zbrodni. Obliczone będzie też odszkodowanie nie tylko za zniszczenia samej elektrowni wodnej, którą trzeba będzie odbudować po wyzwoleniu okupowanych terenów Ukrainy, ale także z tytułu utraty uprawy przez rolników, niszczenie budynków mieszkalnych, obiektów infrastruktury przemysłowej i cywilnej. Wszystkie te straty zostaną uwzględnione w ogólnej kwocie reparacji, które zostaną przedstawione Rosji po ukraińskim zwycięstwie.

 

WALTER ALTERMANN: Artysta odpowiedzialny Maciej Prus 1937 – 2023

Był artystą niecodziennym i nadzwyczajnym. Teatr traktował jako swoje najważniejsze życiowe wyzwanie. Ściślej mówiąc – teatr był dla Niego najważniejszy. Tworzył z niespotykaną dzisiaj powagą i odpowiedzialnością.

Najpierw studiował historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 1961 skończył Wydział Aktorski w PWST w Krakowie. Następnie, w 1968 roku ukończył Wydział Reżyserii PWST W Warszawie. Na początku lat 60. XX wieku został aktorem zespołu Starego Teatru w Krakowie.

Taka droga życiowa artysty nie jest wyjątkowa, choć angaż do Starego Teatru z całą pewnością był sukcesem młodego aktora. Jednak Prus był człowiekiem poszukującym głębszych sensów w teatrze i nowych wyzwań. Dlatego też związał się z Jerzy Grotowskim i jego teatrem eksperymentalnym, czyli z Teatrem Laboratorium 13 rzędów w Opolu. Maciej Prus występował w teatrze Grotowskiego w latach 1962–1963. Zagrał w AKROPOLIS Wyspiańskiego w reżyserii Jerzego Grotowskiego i Józefa Szajny (1962) oraz w polskiej prapremierze „Tragicznych dziejów Doktora Fausta” Christophera Marlowe’a w reżyserii Jerzego Grotowskiego (1963)

Laboratorium Grotowskiego

Teatr Laboratorium poszukiwał nowych środków wyrazu. Niejako badał naturę człowieka i gry aktorskiej. Tworzono tam przedstawienia „surowe”, bez żadnych ozdobników i blichtru – aktor, niekiedy prawie nagi, stawał przed widownią i dzielił się z nią przeżyciami postaci, emocjami, walką z samym sobą. Widzowie Teatru Laboratorium mieli do czynienia niejako „z istotą” człowieczeństwa – z naszą wspólną, ludzką bezsiłą, lękami, obsesjami, dążeniem do zrozumienia samych siebie.

Teatr Laboratorium z pewnością był poważnym wyzwaniem dla każdego młodego aktora, wykształconego w szkołach teatralnych i ułożonego do grania klasycznego repertuaru, do pięknego wysławiania się, nienagannej dykcji, eleganckiego noszenia kostiumu. Grotowski jako jeden z pierwszych na świecie, zapoczątkował rewolucję teatralną, z której istnienia i znaczenia większość dzisiejszych widzów nie zdaje sobie sprawy. Stało się bowiem tak, że doświadczenia i praca Teatru Laboratorium weszły do podstawowych doświadczeń i praktyki dzisiejszego współczesnego teatru.

To doświadczenie. Wyniesione od Grotowskiego z pewnością wywarło ogromny wpływ na Macieja Prusa.

Odpowiedzialnie rozumieć wielką klasykę

Nie będę tu przedstawiał całej bogatej drogi artystycznej Macieja Prusa, bo te informacje znajdą Państwo w Internecie. Podzielę się natomiast moimi uwagami o jego teatrze, jego spektaklach, bo miałem okazję i wielką przyjemność kilkanaście z nich widzieć.

Utarło się w Polsce rozumieć Szekspira i naszą wielką romantyczną klasykę z punktu widzenia procesów społecznych, politycznych, walki o niepodległość – tak jak uczy nas szkoła średnia. Nie stawiam takiemu rozumieniu DZIADÓW czy WYZWOLENIA zarzutów, bo te treści w naszej klasyce oczywiście są.

Jednak w teatrze prowadziło to do „obrazkowego” wystawianie takich utworów. Dominowały spektakle pełne górnych uniesień, wzruszeń i narodowych emocji. Jednak dla pokolenia Macieja Prusa, i trochę od niego starszych reżyserów, było to za mało.

Pierwszym polskim reżyserem, który dostrzegł potrzebę „człowieka” w bohaterach Szekspira, w naszych dramatach romantycznych, w postaciach Wyspiańskiego również, był oczywiście Konrad Swinarski. Jego WYZWOLENIE i DZIADY były niebywałym odkryciem artystycznym. To właśnie on pierwszy, obok Jerzego Grotowskiego, dostrzegł w Romantyzmie człowieka – walczącego z niewola, ale nie tylko narodową. Bo Romantyzm to walka o wolność osobistą, walka o prawo do nieskrępowanych myśli i uczuć. Romantyzm to także cierpienie, przekleństwo losu i przeznaczenie.

Maciej Prus ze Swinarskim współpracował, obserwował metodę pracy w 1965, gdy był jego asystentem przy próbach NIE BOSKIEJ KOMEDII w Starym Teatrze w Krakowie. O swoich doświadczeniach ze spotkań z Jerzym Grotowskim i Konradem Swinarskim, Prus mówił:

„Grotowski przekonał mnie, że aktor jest w teatrze najbardziej nośnym elementem, a Swinarski w sposób najpełniejszy realizował moje wyobrażenia o człowieku w sztuce” (za: Andrzej Lis, „Trybuna” 27-28.07.1991).

Droga do własnego stylu

Debiutem reżyserskim Macieja Prusa był PIERWSZY DZIEŃ WOLNOŚCI Leona Kruczkowskiego w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym w Koszalinie-Słupsku (1968). W sezonie 1968/1969 pełnił funkcję kierownika artystycznego tej sceny, później, do 1970 roku, pracował tutaj jako reżyser. W koszalińskim teatrze zrealizował swoje pierwsze głośne spektakle.

Po tych premierach zaliczono Prusa, obok m.in. Helmuta Kajzara i Jerzego Grzegorzewskiego, do pokolenia „młodych zdolnych”. Prus przygotował wtedy m.in. EDWARDA II Christophera Marlowe’a (1969) i JANA MACIEJA KAROLA WŚCIEKLICĘ Witkacego (1969).

„Maciej Prus z całą powagą pokazuje wieś, jaką nakreślił Witkacy i jaka przestała być literackim paradoksem” – pisał Konstanty Puzyna w swojej recenzji zatytułowanej „Wreszcie z sensem (…) Mentalność, uczucia, ambicje są tu już inteligenckie, odruchy, gest, strój, obyczaj –   jeszcze chłopskie. Intelektualny dialog zderza się więc natychmiast z akcją, postaciami i scenerią, dając nieustanny komizm, absurdalny i naturalny zarazem. Bez wygłupów, pomysłów, wyduszania śmiechu na siłę” (w: „Witkacy”, Warszawa 1999).

Na początku lat 70. Maciej Prus realizował spektakle w warszawskim Ateneum i Teatrze im. W. Bogusławskiego w Kaliszu. W Kaliszu zrealizował WYZWOLENIE Wyspiańskiego (1970) i SZEWCÓW Witkacego (1970), których powtórzył rok później w Teatrze Ateneum

Na przełomie lat 60. i 70. wyraźnie zarysował się styl inscenizacyjny reżysera – napisano na portalu CULTURE. – Prus niejednokrotnie mocno ingerował w opracowywany tekst literacki i często w sposób niebanalny go odczytywał. Próbował zachowywać równowagę pomiędzy słowem i walorami plastycznymi przedstawienia. Potrafił doskonale posługiwać się na scenie skrótem, umiejętnie montować widowisko. W tym czasie ukształtowały się również jego literackie i teatralne zainteresowania. Realizował Witkacego, do którego podchodził serio i wystawiał go z powagą i bez udziwnień. Zaczął również mierzyć się z literaturą romantyczną i Stanisławem Wyspiańskim, wystawiał klasykę skandynawską – Henrika Ibsena i Augusta Strindberga. Zainteresowanie dramatem elżbietańskim zaowocowało najpierw przygotowaniem dramatu Christophera Marlowe’a, nieco później przyszedł czas na Szekspira. Inscenizował Antoniego Czechowa. Kilkakrotnie w swojej karierze pracował także nad dramatami Bertolta Brechta. Interesował się przede wszystkim klasyką”.

O sobie Prus mówił tak: „Mnie interesuje klasyka nade wszystko i dlatego w niej siedzę. Dla mnie podstawą zawsze pozostanie dramat. I aktor. Przywiązuję szaloną wagę do możliwości aktora”. I jest faktem, że aktorzy uwielbiali go. Bo odsłaniał przed nimi możliwości, które w nich były, ale „utajone”.

W latach 1974-1976 Maciej Prus wrócił do Krakowa. Pracował w Starym Teatrze jako reżyser. W sezonie 1977/1978 był kierownikiem artystycznym i reżyserem Teatru Muzycznego w Słupsku. W latach 1980-1982 pełnił funkcję kierownika artystycznego Teatru Wybrzeże. W latach 80. był związany przede wszystkim z warszawskim Teatrem Dramatycznym i łódzkim Teatrem im. S. Jaracza,

Tak pisała o Jego DZIADACH w Teatrze Wybrzeże, wybitna znawca epoko Romantyzmu, profesor Maria Janion: „Dziady, które pokazuje nam Prus, są właściwie obrazem gorączki narodu, po prostu naród gorączkuje. Ta niesłychanie konwulsyjna gorączka rozwija się jednej nocy. I w tym sensie są to, w moim przeświadczeniu, bardzo groźne, bardzo niebezpieczne „Dziady”.

W latach 90. Maciej Prus dwukrotnie wystawiał WYZWOLENIE Wyspiańskiego – w Teatrze im. S. Jaracza w Łodzi (1990) i w krakowskim Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie (1992). Świadectwem Jego zainteresowania procesami społecznymi i granic ludzkiej wolności był, zrealizowany – także w Teatrze Wybrzeże – KNIAŹ PATIOMKIN Tadeusza Micińskiego (1981). Spektakl wprost kipiał emocjami, szaleństwem i wielkimi namiętnościami. Naprawdę było to wspaniałe spotkanie z teatrem.

 Ostatni

Odszedł ostatni z reżyserów pokolenia, które rozumiało wielką klasykę. Oni – a z nich Prus najbardziej – szli w głąb dramatów, odkrywali tragedie jednostek, ich wielkie problemy. Wielka to szkoda, naprawdę niepowetowana to strata dla polskiego teatru, że nie ma już Macieja Prusa.

Dzisiaj niestety nasz teatr – w szaleństwie bycia atrakcyjnym – tworzy spektakle płoche, z założenia „atrakcyjnych dla ludu”. Ma być szybko, migotliwie i kolorowo. To przykre. Ale… być może objawią się jeszcze „późni wnukowie” Swinarskiego i Prusa, dla których teatr znowu stanie się miejscem poważnych rozmów o życiu. Miejmy nadzieję.

 

 

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Prezydent RP ćwierć wieku August Zaleski

9 czerwca 1947 r. zaprzysiężony został na urząd prezydenta RP na uchodźstwie August Zaleski. Stanowisko objął po zmarłym 6 czerwca 1947 r. w Ruthin w Wielkiej Brytanii Władysławie Raczkiewiczu, który misję głowy państwa polskiego sprawował od 30 września 1939 r.

12 listopada 2022 r. do Polski zostały sprowadzone szczątki trzech prezydentów RP na uchodźstwie: Władysława Raczkiewicza, Augusta Zaleskiego i Stanisława Ostrowskiego. Najwyższy czas, aby przypomnieć ich życiorysy i uświadomić Polakom, zwłaszcza młodemu pokoleniu, ich rolę.
Prezydenci Rzeczypospolitej na uchodźstwie – najwyższa władza RP, która funkcjonowała po 17 września 1939 r. najpierw w Rumunii, potem we Francji, a wreszcie przetrwała dekady w Wielkiej Brytanii, zachowała ciągłość II RP – prawdziwie niepodległego państwa polskiego. W przeciwieństwie do tzw. Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, która była sowiecką kolonią, całkowicie zależną od Moskwy.

Dziś, niestety, Polacy znają bardziej komunistycznych kacyków – Bieruta, Gomułkę, Gierka czy Jaruzelskiego. Musimy przywrócić pamięć o prawdziwych przywódcach Polski, należących do elity Rzeczypospolitej, wygnanych z Ojczyzny tak, aby przetrwali w świadomości kolejnych pokoleń.

August Zaleski urodził się 30 września 1883 r. w Warszawie. Piłsudczyk, dyplomata, senator. Podczas II wojny światowej był ministrem spraw zagranicznych w rządzie Władysława Sikorskiego. Urząd prezydenta Rzeczypospolitej na uchodźstwie objął 9 czerwca 1947 r. i pełnił go przez następne 25 lat, przez co był najdłużej urzędującą głową państwa w najnowszej historii.

Prezydentura Zaleskiego wiąże się jednak z postępującym podziałem wśród polskiej emigracji. Zaleski nie ustąpił z urzędu po zakończeniu 7-letniej kadencji i przedłużył ją na czas nieokreślony. Jego zwolennikiem był znany konserwatysta Stanisław Cat-Mackiewicz, który po gen. Tadeuszu Borze-Komorowskim objął urząd premiera. Natomiast część emigracyjnych polityków, w tym gen. Władysław Anders i gen. Bór-Komorowski, wypowiedziała posłuszeństwo Zaleskiemu, utrzymując, że swoim działaniem złamał akt zjednoczenia narodowego. Przeciwko Zaleskiemu powstał kolegialny urząd – tzw. Rada Trzech, który posiadał prerogatywy prezydenta. Pierwszymi politykami, którzy weszli w jego skład byli Władysław Anders, Tomasz Arciszewski i Edward Raczyński.

August Zaleski zmarł 7 kwietnia 1972 r. w Londynie w wieku 89 lat. Jego śmierć zakończyła rozłam w środowisku polskiej emigracji. Rok wcześniej Zaleski wyznaczył na swojego następcę Stanisława Ostrowskiego, co zostało uznane także przez opozycję. Dziś wszyscy trzej kolejni prezydenci Najjaśniejszej Rzeczypospolitej – Władysław Raczkiewicz, August Zaleski i Stanisław Ostrowski – spoczywają w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie.

CEZARY KRYSZTOPA: Opozycja to schrzani, bo inaczej nie potrafi

Być może komuś się narażę, nie umiem jednak udawać, że ostatni marsz opozycji nie był sukcesem. Był. Wysoka frekwencja, która policja szacuje na 100 – 150 tysięcy osób. Były nienawistne hasła i kwalifikujące się do leczenia psychiatrycznego zachowania, ale chyba były w mniejszości. Generalnie marsz przeszedł spokojnie.

 To był sukces. Frekwencyjny (przyzwyczailiśmy się do obrazków „demonstracji” opozycji składających się z kilkunastu osób najdzikszej szurii) i organizacyjny. Tak, autokary też trzeba umieć ogarnąć, nie mówiąc o bezpieczeństwie.

Nie lekceważyć marszu

I ja nie należę do tych, którzy ten sukces lekceważą. Nie należę do tych, którzy mówią, że „marszami nie wygrywa się wyborów”. Oczywiście nie tylko marszami. Ale marsz taki jak ten może służyć (oczywiście oprócz wewnętrznych rozgrywek) mobilizacji twardego elektoratu, co w dobie pogłębiającej się polaryzacji nie jest bez znaczenia i przekonaniu elektoratu wahającego się, że „jednak warto”. Ogólnie rzecz biorąc „wlaniu nowego ducha”. I nie przeceniałbym tu braku programu, choć to oczywiście na swój sposób żałosne.

Schrzanią to

Jednak opozycja, ze szczególnym uwzględnieniem Platformy Obywatelskiej ze wszystkimi mackami, nie byłaby sobą, gdyby nie usiłowała tego schrzanić. Oni po prostu inaczej nie umieją. Sto, czy sto pięćdziesiąt tysięcy uczestników, to naprawdę dużo, jest się z czego cieszyć. Ale nie, trzeba po mediach opowiadać bajki o milionach. A najlepiej kolegom jeszcze te klechdy sprzedać, żeby głupoty wróciły ze Stanów jako „echa zza granicy”. Polacy na pewno uwierzą, bo przecież nigdy wcześniej tego numeru opozycja nie próbowała.

No właśnie, „echa zza granicy”. Przecież tym razem musi się udać. Znajomki z Czerskiej, Wiertniczej i Chobielina coś tam skrobną „w zachodniej prasie”, Polacy się zawstydzą, że „zagranico się z nas śmiejo” i się uda, przecież jeszcze tego numeru nie widzieli.

Mało?

No to jeszcze trzeba wylizać jakąś brukselską klamkę, żeby „Europa Polaków dojechała”. A co! Mało? TSUE orzeknie w kwestii, która nie obejmuje jego kompetencji. Albo to pierwszy raz? Parlament Europejski uchwali jakąś „ostrą rezolucję”, a Komisja Europejska nałoży karę na Polaków za to, że PiS obraził korniki w Puszczy Białowieskiej! No jak nie zadziała? Musi zadziałać!

I Turów jeszcze Polakom zamkną. Sami będą po ciemku siedzieć, ale zamkną. No jak to Polaków nie przekona, to co miałoby przekonać?

Kiedy zobaczyłem jeszcze w tym wszystkim 174 „sensacyjny sondaż Kantara”, już wiedziałem, że jeszcze tylko jakiś happening „Babci Kasi” i jesteśmy w domu.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Słowne zabawy nie rozwiążą demograficznych problemów Rosji

Biorąc pod uwagę same lata pokoju, liczba urodzeń odnotowana w Rosji w kwietniu 2022 roku była najniższa od XVIII wieku. Wojna w Ukrainie spotęgowała problemy demograficzne.

Jak donoszą rosyjskie media, pierwsza wiceprzewodnicząca Komisji ds. Rodziny, Kobiet i Dzieci Dumy Państwowej Tetiana Butska wystąpiła z inicjatywą zakazania terminu „bezdzietny” (childfree). Jej zdaniem, jeśli przetłumaczymy to słowo z angielskiego, otrzymamy coś w stylu „jestem przeciwko dzieciom”, a nie każdy ma to na myśli.

To nie pierwszy raz, gdy posłowie do rosyjskiej Dumy Państwowej proponują zakazanie niektórych słów, myśląc, że zjawiska, które one oznaczają, znikną wraz ze słowem. Tetiana Butska prawdopodobnie uważa, że ​​jeśli słowo „bezdzietne” zostanie zabronione, wszystkie kobiety od razu zaczną więcej rodzić.

Takie przypadki wiary w magię słowa zdarzało się już w Dumie Państwowej. Pojawiły się propozycje np. zakazania słów „rusofobia” i „rasizm”, bo deputowani pewnie myśleli, że wtedy wszyscy na świecie od razu zaczną kochać Rosjan. Wcześniej poseł Dmytro Gusiew zaproponował zakazanie wykorzystywania w reklamach wizerunków bezdzietnych rodzin. Pomyślał zapewne, że wtedy Rosjanki będą miały nieodparte pragnienie rodzenia więcej dzieci. Według niego odpowiedni projekt ustawy został już opracowany.

Sprawa ta nie pojawiła się jednak przypadkowo. „Rosja wkracza w fatalny szczyt niżu demograficznego” — pisze „The Economist”. W ciągu ostatnich trzech lat kraj ten stracił około 2 miliony ludzi więcej niż zwykle z powodu wojen, chorób i emigracji. Średnia długość życia rosyjskich mężczyzn zmniejszyła się o prawie pięć lat i doszła do tego samego poziomu co na Haiti. Liczba Rosjan urodzonych w kwietniu 2022 r. była nie większa niż w czasie II wojny światowej. A ponieważ wielu mężczyzn w wieku poborowym zmarło lub przebywa na wygnaniu, liczba kobiet w Rosji przewyższa liczbę mężczyzn o co najmniej 10 milionów.

Wojna znacznie pogorszyła sytuację. Według zachodnich szacunków w ubiegłym roku zginęło lub zostało rannych od 175 do 200 tysięcy rosyjskich żołnierzy. Gdzieś od 500 000 do 1 miliona, w większości młodych, wykształconych ludzi, nie chcąc być „mięsem armatnim”, uciekło za granicę. Nawet gdyby Rosja nie miała innych problemów demograficznych, utrata tak wielu ludzi w tak krótkim czasie byłaby bolesna. Obecnie straty wojenne jeszcze bardziej obciążają kurczącą się, chorą populację.

„The Economist” uważa, że ​​korzenie rosyjskiego kryzysu sięgają 30 lat wstecz. Kraj osiągnął szczyt populacji – 149 milionów ludzi – w 1994 roku. Od tego czasu ogólna liczba ludności spada. W 2021 roku było to 145 milionów. Według prognoz ONZ, jeśli obecne tendencje się utrzymają, za 50 lat liczba ta może spaść nawet do 120 milionów. To uczyniłoby Rosję 15. najbardziej zaludnionym krajem na świecie. Biorąc pod uwagę same lata pokoju, liczba urodzeń odnotowana w kwietniu 2022 roku była najniższa od XVIII wieku.

Według Państwowej Agencji Statystycznej Federacji Rosyjskiej w 2020 i 2021 roku liczba ludności kraju zmniejszyła się o 1,3 mln osób, a liczba zgonów przekroczyła liczbę urodzeń o 1,7 mln. Największy spadek nastąpił wśród etnicznych Rosjan, których liczba, według spisu z 2021 roku, spadła o 5,4 miliona w latach 2010-2021. Ich udział w populacji zmalał z 78 proc. do 72 proc. „The Economist” szacuje całkowitą liczbę nadmiernych zgonów w latach 2020-23 na od 1,2 do 1,6 miliona.

Oczywiste jest, że Duma Państwowa musi z tym walczyć. Posłowie nie potrafią jednak znaleźć na to skutecznych metod i dlatego bawią się magią słów. Można im doradzić, aby zakazali nie tylko słowa „bezdzietny”, ale także wyrażeń: „śmierć”, „redukcja liczby ludności”, „redukcja liczby urodzeń”, „kryzys demograficzny”. Może wówczas populacja Rosji zacznie się rozwijać w przyspieszonym tempie?

Hubert Bekrycht: PRECZ Z KOMUNĄ!

34 i 31 lat temu wydarzyły się w Polsce rzeczy fundamentalne. W kolejności wybory, które, miały być wstępem do odzyskania niepodległości oraz zdrada elit układających się z komunistami wraz z  ich agenturą. Wybory 4 czerwca 1989 r. były zasłoną dymną przed upadkiem rządu Jana Olszewskiego 4 czerwca 1992 r. 4 czerwca 89′ miał zapobiec realnemu upadkowi komunizmu, co próbowano zatrzymać 4 czerwa 92′. Na szczęście nieskutecznie.

O tym, że wybory 4 czerwca 1989 roku to lipa przekonałem się kilkanaście dni wcześniej. To wówczas niektórzy działacze polityczni Solidarności nie zaprotestowali, kiedy komuniści nie zarejestrowali NZS. W całym kraju rozpoczęły się strajki studenckie. Od końca maja do 3 czerwca 1989 r. strajkowaliśmy przy al. Kościuszki 65 w Łodzi.

Pudrowanie trupa

Wchodząc na strajk uważałem, że wybory 4 czerwca są ważne, wychodząc wiedziałem już, że to kit, że trzeba już tylko skreślić komuchów i ich pomocników z tzw. listy krajowej, bo te wybory to jednak była ściema. Pudrowanie komuszego trupa za zgodą części opozycji. Boleśnie się o tym przekonałem trzy lata później, 4 czerwca 1992 r. Czyja była Polska po upadku rządu premiera Olszewskiego? Komunistów i ich pomagierów. Dopiero po kilkunastu latach zaczęło się przejaśniać. No i się zaczęło.

Poduszka po upadku komuny

Opluwanie konserwatywnych rządów i ich wyborców to gra, która ma przestraszyć ludzi chcących aby Polska należała do jej obywateli – nie do rosyjskiej, czy innej obcej agentury i nie do nihilistycznych grup, dla których donosy do UE na Polskę są jedyną metodą polityczną. 4 czerwca 1989 r. rozpoczął proces hamowania rozpadu komunizmu i gloryfikacji PRL oraz jej służb siłowych. 4 czerwca 89′ doprowadził do 4 czerwca 92′, bo chciano wysadzić w powietrze marzenia Polaków o prawdziwej suwerenności. Komunistyczna bezpieka probówała zniszczyć wszystko, co symbolizowały solidarnościowe wartości.

A ty maszeruj, maszeruj…

Teraz też próbuje zniszczyć powołując się na marzenia o niepodległym kraju z 4 czerwca 89′ a milcząc o 4 czerwca 92′. Ten marsz ma bronić kraj przed legalnie wybraną władzą, konserwatywnym rządem wybranym przez wymaganą większość wyborców. To będzie marsz komunistycznych premierów z SLD (teraz w PE z list KO- PO), celebrytów mających w PRL jak w raju, sierot po PRL, którzy oprócz pieniedzy chcą władzy i pomagających im liberałów, lewicowców, lewaków a także olbrzymi zbiór – chcę w to wierzyć – zmanipulowanych osób. Na Wschodzie trwa inwazja ruskich barbarzyńców na Ukrainę. U nas trwa inwazja postkomunizmu na nasze umysły. Pod szyldem ważnej daty. Daty wykrzywionej poprzez manipulację faktów historycznych. Daty wykorzystanej cynicznie w polityce.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jan Olszewski – wzór dla pokoleń

Gabinet Jana Olszewskiego był pierwszym rządem niepodległej Polski, wyłonionym w 1991 r. w wyniku pierwszych w pełni demokratycznych wyborów, a nie na mocy kontraktu okrągłego stołu.

Jan Olszewski, urodzony 20 sierpnia 1930 r. w Warszawie, w kolejarskiej i patriotycznej rodzinie, był żołnierzem Szarych Szeregów i Powstania Warszawskiego. Potem działaczem antykomunistycznej opozycji. W latach 40. pomagał w komitecie wyborczym Stanisława Mikołajczyka, startującego przeciw namiestnikowi Moskwy – Bierutowi.

Po 1956 r. działał w organizacjach opozycyjnych. Przede wszystkim jednak mecenas Olszewski w procesach politycznych skutecznie bronił tak różnych ludzi jak Adam Michnik, Melchior Wańkowicz czy Janusz Szpotański. Angażował się w pracę Solidarności, a także reprezentował przed sądami jej liderów. Co nie mniej istotne: był oskarżycielem posiłkowym w sprawie zabójstwa błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki.

To rząd Jana Olszewskiego był pierwszym niekomunistycznym gabinetem od 1939 r. Premier próbował walczyć z grubą kreską Mazowieckiego, przeprowadzić dekomunizację i lustrację. Próba ujawnienia agentów skończyła się obaleniem rządu. Spiski polityków 4 czerwca 1992 r. i nocne głosowanie zyskały miano nocnej zmiany. Był to haniebny powrót do zmowy pseudosolidarnościowych elit z komunistami.

„Kiedy mówiłem o dekomunizacji, kiedy polemizowałem z teorią «grubej kreski» miałem zawsze w pamięci ten problem. I kiedy objąłem funkcję premiera, wiedziałem, że mój rząd musi się z nim zmierzyć” – mówił Jan Olszewski w pamiętnym przemówieniu w Sejmie, w nocy z 4 na 5 czerwca 1992 r. Tym samym, które zawiera słynną puentę: „Chciałbym stąd wyjść tylko z jednym osiągnięciem, (…) że wtedy, kiedy to się wreszcie skończy – będę mógł wyjść na ulice tego miasta, wyjść i popatrzeć ludziom w oczy. I tego wam – panie posłanki i panowie posłowie, życzę po tym głosowaniu”.

Dziś nasz kraj z mozołem wydobywa się z postkomunizmu. A postać premiera Jana Olszewskiego – niezłomnego opozycjonisty, ideowego premiera, męża stanu, a prywatnie dobrego i skromnego człowieka, powinna być wzorem dla przyszłych pokoleń.

WALTER ALTERMANN: Tępić błędy, ale zachować szacunek dla istoty ludzkiej

 Mam kolejny kwiatek w tłumaczeniu z angielskiego na nasze. W angielskim programie „Łowcy staroci”, emitowanym przez kanał Discovery Historia, handlarze antykami oglądają jakieś apteczne urządzenia, a lektor czyta, tłumacząc wypowiedź jednego z bohaterów: To jest sprzęt farmaceutyka.

Farmaceutyk od biedy może być jakimś lekarstwem wytworzonym przez farmaceutę, ale w programie chodziło o farmaceutę… Mój Boże Drogi, czegóż to ludzie nie wiedzą. Nieskończenie wiele, jak nieskończony jest wszechświat.

Jedzie czy kieruje

Kierujący rowerem spowodował kolizję – taką informację o zdarzeniu drogowym można było usłyszeć w Polsat News, 24.05.2023 r.

Nie wiem, dlaczego dziennikarze żywcem cytują komunikaty policji? Z lenistwa, ze zmęczenia?  A wystarczyło poświęcić minutę i zamienić kierował na jechał. I byłoby po polsku. Można oczywiście kierować samochodem, traktorem pociągiem czy czołgiem, bo są to urządzenia mechaniczne, które wymagają prowadzącego, operatora – jakby tej funkcji nie ująć.

Natomiast rower jedzie – pomijam rowery elektryczne – dzięki sile ludzkich mięśni. Oczywiście, że człowiek pedałuje i kieruje, ale w sumie jedzie! Lenistwo plus zadęcie na fachowość policyjną są okropne.

Taka to specyficzna specyfika

Nowe piłki mają inną specyfikację – mówi sprawozdawca meczu tenisowego. I popełnia błąd. A to dlatego, że nie odróżnia specyfiki i specyfikacji. Przyjrzyjmy się zatem znaczeniu tych dwu bliźniaczych, ale innych.

Specyfikacja – 1. dokument wystawiony przez dostawcę towarów, dołączony do przesyłki, określający jej zawartość; 2. wykaz zakupionych towarów; 3. wyszczególnienie kosztów produkcji i kosztów handlowych związanych z obrotem przedsiębiorstwa, 4. daw. wyszczególnienie jakichś elementów całości.

Specyfika – szczególny i niepowtarzalny charakter czegoś.

Oba powyższe określenia mają wspólny źródłosłów, ale trzeba uważać. Tak jak nie należy mylić widoku z widocznością.

Co polskie, co miejskie i wojewódzkie

Zrobiło się ostatnimi laty tak, że z oszczędności czasy i miejsca – w przypadku prasy drukowanej – dziennikarze informują, że mamy już polski kościół, oraz ogromną ilość formacji policyjnych, straży ogniowych i straży granicznych…

Nagminnym zwrotem w mediach jest polski kościół. Tymczasem kościół rzymskokatolicki nie ma charakteru narodowego, a wręcz przeciwnie, jest on powszechny, czyli światowy. Na dowód przytaczam credo: Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół…

A jak powinni dziennikarze informować o kościele rzymskokatolickim? Najprościej, czyli mówiąc: Kościół rzymskokatolicki w Polsce zabrał głos w sprawie… Komisja episkopatu Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce wydał oświadczenie…

Równie denerwujące jest informowanie, że: Policja krakowska odniosła sukces… Policja jest państwowa! I jest jedną formacją na cały kraj i jedyną w całym kraju. Tym samym sukcesy odniosły – ewentualnie – komendy wojewódzkie w Łodzi, Warszawie czy Krakowie. Można też  powiedzieć: Policjanci z Krakowa odnieśli sukces.

Podobnie jest ze strażą ogniową, strażą graniczną i innymi służbami mundurowymi. Z wyjątkiem licznych straży miejskich. Te bowiem są tworami lokalnymi i działają na terenie przydzielonego im obszaru.

Ja wiem, że tak się potocznie, w uproszczeniu mówi: krakowska policja, polski Kościół… Ale nie upraszczajmy nazbyt tego świata. Bo w końcu stanie się prostacki.

Coś odkryto

Gazeta łódźpl. informuje, że w remontowanej łódzkiej kamienicy odkryto kamienny żleb dla koni. Nie ma żadnego żlebu dla koni, jest natomiast żłób, tak jak Jezusa po urodzeniu położono w żłobie.

Owszem istnieje żleb lub źleb, ale w geologii. Jest to wklęsła forma rynnowa ukształtowania terenu górskiego. Żleby mają niewyrównane dno o profilu zbliżonym do litery V. Słowo żleb pochodzi z gwary podhalańskiej, w której wymawiane jest jako źleb lub źlib.

Może też być, że w starej kamienicy odkryto kamienne koryto, poidło dla koni. Skąd ów piszący wziął ten żleb? Z niewiedzy zapewne.

Bynajmniej

Ze zdziwieniem usłyszałem jak ważna pani minister mówi: „Z tego co ja bynajmniej wiem…” Czyli przyznaje się, że nie wie, ale uważa, iż wie. A było to 24.05.2023 r. w TVP.

Słownikowo sprawę traktując, bynajmniej ma dwa znaczenia: 1. jest partykułą wzmacniającą przeczenie zawarte w wypowiedzi, np. Nie twierdzę bynajmniej, że jest to jedyne rozwiązanie. 2. wykrzyknik będący przeczącą odpowiedzią na pytanie, np. Czy to wszystko? – Bynajmniej.

A na zakończenie sprawy, pozwólcie Państwo, że przytoczę fragment piosenki Wojciecha Młynarskiego, która ma tytuł właśnie BYNAJMNIEJ.

(…) On szeptał jej:

Za kim to, choć go wcześniej nie znałem,
Przez ciasny peron się przepychałem?
Za Panią, bynajmniej za Panią.
Przez kogo płonę i zbaczam z trasy,
Czyniąc dopłatę do pierwszej klasy?
Przez Panią, bynajmniej przez Panią!

Ta pani tego pana niszczyła
Przez cztery stacje co najmniej,
Zwłaszcza złośliwie zaś wyszydziła
Użycie słowa „bynajmniej”.
A on – cóż, w końcu nie był zbyt tępy,
Cokolwiek przygasł – to fakt,
Jednak ogromne zrobił postępy,
Mówiąc jej tak:

Człowiek czasami serce otworzy.
Kto go wysłucha? Kto mu pomoże?
Nie pani, bynajmniej nie pani
I kto, nie patrząc na tę zdania składnię,
Dojrzy, co człowiek ma w sercu na dnie?
Nie pani, bynajmniej nie pani
Dla pani, proszę pani, wszystko jest proste:
Myśli są trzeźwe, słowa są ostre
I ranią, cholernie mnie ranią!
I wiem, że jeśli szczęście dogonię,
W cichej przystani kiedyś się schronię,
To nie z panią, bynajmniej nie z panią!

 

Dla mojego pokolenia ta piosenka niosła dwie nauki: 1. że bynajmniej jest przeczeniem; 2. żeby szanować ludzi i nie wyszydzać ich językowych błędów.

I tej zasady się trzymam, i choć tępię błędy dla dobra wspólnego, nie szydzę jednak z błądzących zwykłych, „niepublicznych” ludzi. Gdy jednak ktoś ma odwagę zabierać głos publicznie, gdy jest dziennikarzem, pełni istotne funkcje w aparacie władzy… Wtedy dla takich osób mam bardzo, bardzo ograniczoną pobłażliwość. Bo ci „ludzie publiczni” mają być wzorem i wzorcem dla wszystkich maluczkich.