WALTER ALTERMAN: Hieny, sępy oraz inne ścierwojady

Przed każdymi wyborami da się słyszeć, że jesteśmy narodem wspaniałym, dumnym i szlachetnym. Z delikatnym zaznaczeniem, że głównie dotyczy to wyborców, na których liczy dana partia. Ciągle jednak natykam się na informacje, których przekaz jest odmienny. Z moich obserwacji wynika, że staliśmy się bowiem społeczeństwem atakowanym przez liczne grono ścierwojadów, żerujących na naszym umyśle, zdrowiu psychicznym i fizycznym. Jesteśmy atakowani – jak w wojnie domowej – ofertami, które są wręcz zabójcze.

Kto atakuje Polaków? Polacy! A robią to z najniższej, z przyziemnej chęci zysku. Napastnicy nie liczą się ani ze zdrowym rozsądkiem, ani ze skutkami swych działań. Dla nich liczy się dla nich pieniądz, pieniądz i jeszcze raz szmal. Poniżej zamieszczam kilka przykładów działań naszych rodzimych hien i sępów.

                                          Uwolnieni uzdrowiciele naszych dusz

Tak się złożyło, że w ostatnich dniach jeździłem trochę po kraju. Zawędrowałem nawet do jednego z domów kultury w mieście wojewódzkim. Adresu nie podaję, bo to nie jest felieton interwencyjny. Chodzi mi o zjawiska, a nie o napiętnowanie jakichś konkretnych przypadków, bowiem zjawisko jest szerokie.

Zatem na drzwiach wejściowych do tego domu kultury wisiał plakacik, a na nim przeczytałem, pisownia oryginału: Przepis na szczęście. Szczęście nie zna wieku, a wiele dużo zależy od Ciebie i Twoich wyborów! Będziemy poruszać ważne tematy dotyczące naszego życia wewnętrznego i tego co zrobić, aby zachować dobry nastrój, osiągnąć spełnienie i szczęście. Zawsze jest dobry czas aby zadbać o potrzeby emocjonalne, żyć w zgodzie ze sobą i swoimi wartościami. Koszt 25 zł/os/ 2 godz. warsztat

Czy powierzyłbym swoje „potrzeby emocjonalne” osobnikom, którzy nie potrafią pisać po polsku, stawiać przecinków i kropek? Ja na pewno nie, ale są przecież ludzie, którzy się skuszą…

Grzebanie w ludzkiej psychice, emocjach, próby zmian nastawienia do świata i samego to sprawy poważne, bo kiedy znajdziemy się w rękach ignoranta, odważnego amatora psychiatrii – skutki mogą być tragiczne. A ludzie z problemami psychicznymi, emocjonalnymi, bardzo często wstydzą się pójść do psychologa i psychiatry, ale chętnie wezmą udział w takich „warsztatach”.

Dlatego jak grzyby po deszczu pojawia się coraz więcej fundacji, stowarzyszeń, pracowni, grup i jeden Bóg wie, jak się tam jeszcze nazywają współcześni szalbierze. Ci oszuści bez najmniejszego przygotowania fachowego i bez żadnych uprawnień zawodowych, wmawiają nam głupoty, przy których wszystkie antykościoły, nowe ruchy religijne, wielbiciele bosego ganiania po rosie lub też bosego biegania po niewygasłym ognisku w stroju „Prasłowianina” – czyli w lnianej koszuli do kostek – to tylko łagodni idioci. Natomiast ci, którzy chcą – za jedyne 35 zł – pomóc nam znaleźć szczęście – to już są groźni bandyci. Bo mogą doprowadzić wielu łatwowiernych ludzi do okrutnych tragedii.

                                                  Podstawy prawne szaleństwa

Na jakiej podstawie ci oszuści działają? Wystarczy pójść do sądu, zapłacić kilkadziesiąt złotych i zarejestrować swoją grupę. Potem droga do łatwej kasy stoi już otworem – jak nowy odcinek nieotwartej jeszcze autostrady. I nikt ich nigdy nie sprawdza, nikt nie interesuje się tym, co robią.

Swoją drogą to dziwne, bo skoro ściga się u nas producentów bimbru i handlarzy lewym alkoholem z przemytu, to dlaczego o wiele groźniejszych „dealerów szczęścia” zostawia się w spokoju? Przecież przeciętny Polak po spożyciu nawet marnej wódy, następnego dnia ma jedynie kaca, ale trzeciego dnia jest już normalny.

                                                Wolność gospodarcza bez ograniczeń

Takie i podobne sytuacje są skutkiem tego, że dwadzieścia kilka lata temu uwolniono zawody, w czasach komuny koncesjonowane. Teraz – na przykład – reżyserować może każdy. I nie jest to duży kłopot. Jeżeli bowiem – na przykład – ktoś obejrzy kolejne produkcje ekranowe Patryka Vegi czy też Wojciecha Smarzowskiego, to straty duchowe i estetyczne bezsprzecznie poniesie, ale jest też spora szansa, że na następne „dzieła” tych twórców nabrać się już nie da.

Coś mi się zdaje, że nasz parlament, uwalniając niektóre zawody i zajęcia od koncesjonowania, miał na celu jedynie zwiększenie wpływów fiskalnych. Oczywiście mówiło się wtedy dużo o wolności w ogóle, o prawach do realizowania się zawodowego… ale tyle się u nas mówi od rzeczy i nie na temat, że stało się to już normą.

                                                               Byle nie był karany

Jest jeszcze jedna dziedzina życia społecznego, w której sprawy stanęły na głowie. Ta metafora nie jest tu całkiem bez sensu, bo chodzi o gimnastykę rekreacyjną i inne podobne jej fitnessy.

Po zmianie prawa, w ostatnich już kilku latach, każdy może być trenerem i prowadzić zajęcia fizyczne. I oczywiście nie jako wolontariusz czy jakiś marny społecznik – to są zajęcia za pieniądze. Każdy też może prowadzić teraz nawet rehabilitację chorych, choćby po poważnych wypadkach, z urazami kośćca. I to są duże pieniądze.

Mało kto zdaje sobie sprawę, że rynek usług fitness to poważna gałąź gospodarki. Dotyczy to także producentów sprzętu sportowego i handlujących nim.

Kiedyś zajęcia z gimnastyki, aerobiku i innych takich fikołków prowadzili najczęściej byli sportowcy, którzy musieli mieć ukończone odpowiednie kursy trenerskie. Dziś krzywdę fizyczną może nam zrobić każdy. Bo dzisiejsi instruktorzy i trenerzy są to amatorami – takimi samymi, jak ci od uzdrawiania naszego ducha. Warunek jest jeden – osobnik trenujący nas sportowo, fizycznie i rekreacyjnie – musi być niekarany. Mój Boże, kto to wymyślił? Dlaczego akurat ma istnieć taki próg do szczęścia finansowego?

                                Wolność gospodarcza i wolność dla szalbierzy

Wolność to piękny i pożądany stan ducha, umysłu i ciała. Kiedyś na nasze prawo do wolność nastawała tzw. komuna. Dzisiaj w obszar naszej wolności wkraczają różnej maści szalbierze, nieudacznicy i pospolici złodzieje. A wszyscy oni twierdzą, że chcą nam pomóc! Takie coś nazywało się kiedyś – bezczelna hucpa w ponurej okolicy.

 

 

Podwójne standardy, hipokryzja, manipulacja – felieton JOLANTY HAJDASZ

Chcę zwrócić uwagę na pozornie mało istotne wydarzenia z ostatnich dni dotyczące jednej telewizji i jednego tygodnika, by pokazać, jakimi metodami posługuje się współczesny świat mediów chcąc manipulować opinią publiczną, a w ślad za tym oczywiście chcąc manipulować naszym myśleniem i światopoglądem.  Temat jest oczywiście obszerny, nie da się go zamknąć w krótkim felietonie, ale czasem mały przykład mówi więcej niż potężny wielostronicowy podręcznik. Fakty, o których chcę powiedzieć pokazuję po prostu podwójne standardy, jakie obowiązują w mediach przedstawiających się jako pozornie obiektywne, czy pozornie niezależne.

Kilka dni temu David Zaslav, szef amerykańskiego koncernu Warner Bros. Discovery, firmy będącej właścicielem telewizji TVN odwiedził siedzibę stacji w Warszawie i jak można się było spodziewać wychwalał „uczciwość dziennikarską” podległej mu stacji telewizyjnej nadającej w Polsce. Jesteśmy dumni z poziomu informacji przedstawianych w TVN. Walczymy o uczciwość dziennikarską i dbamy o to, aby widzom w Polsce przedstawiać wszystkie fakty i opinie z każdej strony – mówił do swoich dziennikarzy przedstawiciel globalnego medialnego giganta. Prezes wypowiadał się także w telewizyjnym wywiadzie, przed przyjazdem do Polski kontaktował się z przedstawicielami Białego Domu, a ostatnio spotkał się z Prezydentem Andrzejem Dudą, co ma nam wszystkim pewnie pokazać prestiż kierowanej przez niego stacji.

W jego wypowiedziach nie znalazło się jednak nawet malutkie słowo „przepraszam” za skandalicznie manipulatorski, bo nieprawdziwy film atakujący Jana Pawła II, wyemitowany przez jego telewizję TVN kilka tygodni wcześniej. Medialny boss nie odniósł się w żaden sposób to tego, że sugestywny i zrealizowany z wielkim rozmachem technologicznym pseudo dokumentalny reportaż oparty jest m.in. na preparowanych przez Służbę Bezpieczeństwa fałszywych materiałach i że jego autorzy popełnili szereg błędów merytorycznych i warsztatowych. Co z tego, skoro mamy wolność słowa i każdy może opublikować dowolne kłamstwo praktycznie bez konsekwencji, szczególnie gdy jest tak wielkim międzynarodowym gigantem medialnym? Brak tego słowa „przepraszam” za błędy popełnione przez dziennikarzy i redaktorów TVN  w stosunku do Jana Pawła II i pamięci o nim nakazuje co najmniej dystans i wielką rezerwę w odniesieniu do głoszonych przez prezesa Warner Bros Discovery szczytnych haseł o tym jak podległa mu telewizja walczy o uczciwość dziennikarską i dba o to, aby widzom w Polsce przedstawiać wszystkie fakty i opinie z każdej strony.

W materiale o Papieżu Polaku nie znalazły się przecież żadne fakty przeczące postawionej z góry krzywdzącej go tezie, nie przedstawiono ich także później, wiec nadal obowiązuje w tamtym środowisku ta fałszywa narracja, jaką przedstawiono w filmie „Franciszkańska 3”. Jeśli szef koncernu wychwala taki standard informowania o otaczającym nas świecie, jeśli nie potrafi przyznać się nawet do błędów udowodnionych publicznie przez fachowców, w tym wypadku chociażby historyków, to nie miejmy złudzeń, że z prawdą taki przekaz ma niewiele wspólnego. Nie mam wątpliwości, że na tak daleko posuniętą manipulację nie byłoby miejsca w jego kraju, w Stanach Zjednoczonych i natychmiast znalazłby się sposób na ukaranie manipulatorów, którzy nawet nie potrafią publicznie przyznać się do popełnionych błędów.  Wniosek jest prosty – podwójne standardy, inaczej u siebie, inaczej w takim peryferyjnym dla niego kraju jak nasz.

I kolejna sprawa – skandaliczny list redakcji tygodnika NIE do zachodnich redakcji o notorycznym łamaniu wolności słowa w Polsce. W liście do redakcji zachodnioeuropejskich gazet m.in. w Niemczech, Holandii, we Włoszech, Hiszpanii czy Francji redakcja założona przez komunistycznego propagandzistę Jerzego Urbana pisze, że – cytuję – polskie państwo rządzone przez prawicowe i ultraprawicowe partie łamie zasadę wolności słowa i nie respektuje praw człowieka. Gazeta w swoim liście pisze o rzekomym szoku, w jakim znalazła się polska opinia publiczna po filmach i artykułach, które – uwaga znowu cytat – rzekomo wykazały, że Karol Wojtyła już jako arcybiskup krakowski przyczynił się do tuszowania przypadków pedofilii w Kościele katolickim.

Oczywiście gazeta nie dodaje, że były to publikacje wbrew faktom, wbrew opracowaniom historyków i że sama pisząc w ten sposób okłamuje adresatów swojego listu. Nas w Polsce raczej to nie dziwi, bo przecież tak właśnie działał ich założyciel oczerniając działaczy podziemnej „Solidarności” i Kościoła na swoich konferencjach prasowych dla zagranicznych korespondentów akredytowanych w Polsce w czasie stanu wojennego, ale dzisiaj na Zachodzie przecież nikt o tym nie wie ani tego nikomu nie przypomni.

W Polsce nikt żadnej gazety, nawet tak skrajnie wulgarnej i kłamliwej jak NIE, nie zamyka, ani w praktyce niczym nie każe, nawet mimo obrazoburczych treści. W przypadku NIE, gdy zareagował dystrybutor, a więc Poczta Polska i PKN Orlen usuwając ze swoich punktów sprzedaży ten numer tygodnika, który skrajnie szyderczo wykorzystał po raz kolejny wizerunek Jana Pawła II i Krzyża świętego, to przecież kolporterzy prasy zostali pozwani do sądu i śmiem twierdzić, że to oni będą ukarani wbrew logice, faktom i zasadom odpowiedzialności za słowo, która powinna obowiązywać wszystkie media. Ale w naszej obecnej zachodniej kulturze wszystko można odwrócić. Obrazoburczy tygodnik, który powinien być ukarany za swoje kłamstwa i brak szacunku dla cudzych świętości powołuje się dzisiaj na ideały wolności prasy i wolności słowa, „zapominając” poinformować zagranicznych adresatów swojego listu chociażby o tym iż wszystkie te pseudoinformacje dotyczące Jana Pawła II oparte są na kłamstwach i manipulacjach materiałami wytworzonymi w czasach komunistycznych przez służby bezpieczeństwa, a ich wiarygodność jest dzisiaj dosłownie żadna.

Niestety trzeba więc powiedzieć wprost, że kraje zachodnie znalazły się w pułapce fantazji i utopii na temat rozpowszechniania swoich wartości na całym świecie. Do kanonu tych wartości należy oczywiście także wolność słowa. Okazuje się ona próżnym sloganem, bo jest szyderczo i cynicznie wykorzystywana przez wpływowe środowiska polityczne i medialne także w naszym kraju. Najsmutniejsze w tym jest to, że przez taką postawę hipokryzji i podwójnych standardów Zachód nie jest w stanie realnie przeciwstawiać się prawdziwym zagrożeniom współczesnego świata. Wrogowie prawdy o otaczającym nas świecie wiedza o tym dobrze, medialne kłamstwa żyją i żyć będą swoim życiem. Dodajmy jednak – dopóki nie będziemy takich metod demaskować.

„O radości iskro bogów…” – CEZARY KRYSZTOPA o kosztach członkostwa w Unii Europejskiej

Pamiętacie histerię po publikacji raportu profesorów Krysiaka i Grosse? Niesamowity wylew emocjonalnych torsji po pracy naukowej, która matematycznie wykazała, że biorąc pod uwagę nie tylko środki, które Polska otrzymała z UE, ale też przepływy finansowe i bilans handlowy, nasz kraj od 2004 do 2020 roku stracił na członkostwie w UE 535 miliardów złotych.

Bo fundusze UE to nie „datki od dobrego brukselskiego wujka”, ale opłata za zezwolenie na gospodarczą kolonizację Polski, traktowanie jej jak rynku zbytu, rezerwuaru taniej siły roboczej i transfery zysków. Polski przemysł mogący stanowić konkurencję dla zachodnioeuropejskiego został zlikwidowany, polski handel zdominowany przez zagraniczne sieci, miliardy wytransferowane, to i po co Europa zachodnia miałaby nam coś jeszcze rekompensować? Dopóki widziała w nas posłuszną utrzymankę, kupowała nam czasem prezenty, ale teraz, kiedy zostaliśmy z jej dzieckiem w postaci wojny na Ukrainie, nie widzi już interesu.

Pozytywy

I żeby nie było, że nie dostrzegam pozytywów. Dostrzegam. Wolności przepływu pieniędzy, towarów i usług, oraz ludzi, to niewątpliwa wartość, choć jakoś tak dziwnie różnie działają w różne strony. Dostrzegam również aspekt członkostwa związany z bezpieczeństwem. Oczywiście, że UE przed niczym konkretnym nas nie obroni, nie ma czym i chwała Panu, bo być może teraz „praworządności” na polskich ulicach broniłyby europejskie czołgi na energię słoneczną. Niewątpliwie jednak członkostwo w UE jest, lub raczej było, dla Rosji sygnałem, że należymy do niemieckiej strefy wpływów.

Jednak Polska nie dotrzymała warunków umowy kolonizacyjnej. Polacy uznali, ze chcą zawalczyć o własną podmiotowość, więc kolonizatorzy stawiają ją pod pręgierzem  i głodzą. Naiwni sądzili, że może wybuch wojny na Ukrainie będzie okazją do resetu wzajemnych stosunków, ale stał się tylko motywacją do jeszcze intensywniejszego głodzenia pod zmyślonym pretekstem „problemów z praworządnością”. Centrali zawalił się plan wspólnego imperium z Rosją, więc na gwałt potrzebuje gotówki. Być może dzięki wstrzymaniu należnych Polsce funduszy europejskich, nawet w zakresie bezpośrednich rozliczeń z Brukselą, staniemy się płatnikiem netto jeszcze szybciej niż to miało nastąpić. Tym bardziej, że grzecznie wszystko pospisujemy.

Bilion

Co więcej, okazało się, że potrzebny wcześniej do budowy „hubu energii z Rosji” koncept likwidacji konkurencyjnych źródeł energii, niektórzy wzięli na poważnie, energicznie go rozwijają i przekuwają na kolejne pozbawione demokratycznej legitymacji dyrektywy, dzięki którym stracimy samochody i możliwe, że domy. W skali państwa, według ministra Waldemara Budy, wprowadzenie założeń Fit for 55 może nas kosztować około biliona złotych, z czego ok 1/5 UE ma na zrekompensować, ale jeśli ma nam rekompensować tak jak „zrekomensowała” w ramach KPO, to może lepiej o tym nie mówmy.

I w tej sytuacji minister Buda, ten sam który pisał do samorządów żeby wycofywały się z prorodzinnych uchwał, w wywiadzie dla Radio Zet mówi – Jestem przekonany, że w 2024 roku tak zdemolujemy Parlament Europejski, jeśli chodzi o całkowicie inne podejście, że odwrócimy część tych reform…

Pozwolę sobie zostawić Państwa z tą zaskakującą puentą.

 

Z kolejnymi tematami tabu rozprawia się SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Zbawienne słowo „nie”

Czy możliwe jest dede? Albo co gorsze dedede? Ten tekst zapewne wywoła oburzenie, bo sprawy płci są za poważne, żeby traktować je lekko. Ludzie, którzy zmieniają płeć według wewnętrznego slangu przechodzą tranzycję, ludzie którzy zmieniają zmienioną płeć przechodzą detranzycję. Ile razy tak można? Nie wiadomo, wiadomo, że system zawodzi, a na system nacierają agresywni aktywiści LGBT.

Krzywda, czasem nie do naprawienia. Sprawa jest delikatna, wkracza w najintymniejsze obszary. Młody człowiek, dzieciak, uznaje, że jest raczej kobietą niż mężczyzną, którym się urodził. Tak chyba czuje, tak mu się wydaje, pewności nie ma. Przez Internet jako 14-latek nawiązuje kontakt z kobietą (chyba), która przysyła mu blokery, lekarstwa hamujące naturalne wytwarzanie testosteronu czyli dojrzewanie płciowe. Oczywiście to zabronione, ale co tam. Kobieta (chyba, choć ma bardzo niski głos i nikt jej nigdy nie widział) zaczyna wmawiać dzieciakowi, że tak naprawdę to on jest kobietą uwięzioną w ciele mężczyzny, i że płeć można zmienić (modne sformułowanie brzmi „uzgodnić”), dzieciak zaczyna w to wierzyć.

Po latach chłopak przyzna, że był i jest po prostu gejem, że podobają mu się inni faceci, i że cały proces prawny i farmakologiczny zmiany płci na żeńską, który przeszedł był nie dość, że niepotrzebny, to mocno szkodliwy. Czemu szkodliwy? Z wielu powodów, jeden z nich to skutki uboczne przyjmowania lekarstw, w tym niebezpiecznych hormonów żeńskich, które miały z niego zrobić i robiły w pewnym sensie kobietę. Chłopak w wieku 20 lat miał kości 80-latka. Rosły mu piersi (które potem musiał operacyjnie usunąć), miał poważne problemy z nastrojem, z wątrobą, uderzeniami gorąca, nocnymi potami, to w skrócie.

Zanim jednak do tego doszło powiedział o wszystkim mamie. Kiedy miał 15 lat to właśnie mama poszła z nim do poradni psychologicznej. Po serii testów diagnostycznych orzeczono, że Łukasz, bo tak naprawdę tak ma na imię nasz bohater, nie jest transseksualny i nie ma podstaw do zmiany płci. Więc co? Więc chłopak znalazł psychologa, który orzekł coś zupełnie przeciwnego, że jego płeć trzeba zmienić, przy czym ten specjalista żadnych testów nie robił, bo nie miał czasu. Nie żartuję. Jako biegły stwierdził na piśmie, że konieczna, niezwykle niezbędna jest zmiana płci. Z tym zaświadczeniem chłopak udał się do sądu. W zaświadczeniu napisano o szeregu testów, wywiadów i spotkań, tyle, że była to nieprawda. Lipne, ale ważne zaświadczenie dostał od psychiatry i seksuologa po kilku minutach rozmowy. Te zaświadczenia wydawane są taśmowo, żeby nie powiedzieć przemysłowo, na ich podstawie zmienia się całe życie. „Psychologowie wydają zaświadczenia o transseksualizmie na jednej wizycie online” – to słowa naszego bohatera, Łukasza z obszernego wywiadu jakiego udzielił „Gazecie Wyborczej”. Zmienił w końcu sądownie płeć, ale dwukrotnie odwołał operację usunięcia jąder. Na szczęście. Wcale nie czuł się dobrze jako kobieta. Po kilku latach w rozmowie z innym psychologiem uświadomił sobie, że zmiana płci była kompletną pomyłką. Próbował sprawę odwrócić, a swoimi doświadczeniami publicznie się podzielić ku przestrodze.

Tu dochodzimy do istoty sprawy. Dzielenie się przez Łukasza swoimi przeżyciami, doświadczeniami, wątpliwościami zostało przyjęte przez aktywistów LGBT za zdradę, a nawet transfobię, czyli nienawiść do transwestytów. Nie dość, że spadła na niego fala krytyki, nie dość, że zaczęto go publicznie ośmieszać nazywając „Ukaszkiem”, to zaczął też tracić zlecenia, bo ośmielił się wystąpić z otwartą przyłbicą. Krótko mówiąc „zniszczmy go” w imię tolerancji. Tymczasem sam Łukasz twierdzi, że ludzie borykający się z problemami dotyczącymi płciowości nie dość, że zasługują na troskę i szacunek, to przede wszystkim zasługują na prawdę, która może być jedynie owocem rzetelnej, pogłębionej diagnozy specjalistów, troski najbliższych i dojrzałej decyzji. Bez nich, bez podstawowej odpowiedzialności psychologów, psychiatrów, seksuologów, ale także sędziów zamiast pomagać można na całe życie zaszkodzić. Tragicznie zaszkodzić. Czasem najlepszą pomocą jest powiedzenie finalnie jednego prostego słowa: „Nie”. Po prostu nie.

Jak Pilecki uciekł z piekła Auschwitz – przypomina TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

Dokładnie 80 lat temu, w nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 r. Witold Pilecki uciekł z KL Auschwitz, do którego dobrowolnie trafił w 1940 r., aby zdobywać informacje o niemieckiej machinie zbrodni i docelowo – wyzwolić obóz.

To Witold Pilecki – a nie jak się czasem przyjmuje Jan Karski – jako pierwszy poinformował świat o niemieckim ludobójstwie. To on został po „wyzwoleniu” oskarżony przez komunistów o szpiegostwo, zamordowany i wyrzucony na śmietnik (kwatera „Ł” warszawskich Powązek Wojskowych).

Chyba najbardziej heroiczny rozdział życia Pileckiego – ten związany z Auschwitz – zaczął się na początku 1940 r. Wtedy (i jeszcze przez następne wojenne miesiące) polska konspiracja nie zdawała sobie sprawy, co to za miejsce, że to nie jeden z wielu obozów pracy, ale wielki kombinat zagłady, fabryka śmierci. Wyprzedzając trochę fakty podkreślić należy, że kiedy w październiku 1940 r. generał Stefan „Grot” Rowecki, przez zwolnionego więźnia, otrzymał pierwszy raport Witolda o sytuacji w obozie i wysłał go do Londynu, zarówno w Anglii jak i Ameryce informacje te zdawały się być grubo przesadzone.

Wracając do chronologii. Kiedy w pierwszych miesiącach 1940 r. organizację współzałożoną przez Pileckiego – Tajną Armię Polską – dotknęły aresztowania i część członków przewieziono do KL Auschwitz, na jednej z narad ustalono, że ktoś z kierownictwa organizacji dostanie się do obozu „w celu wysondowania możliwości uwolnienia niektórych więźniów, zdobycia materiałów dotyczących złego traktowania więźniów politycznych przez Niemców, zorganizowania podziemnej organizacji wewnątrz obozu. Do wykonania zadania zgłosił się ochotniczo por. Witold Pilecki” – pisze Kazimierz Malinowski w pracy „Tajna Armia Polska”.

Pilecki wspominał: „Mjr Jan Włodarkiewicz, pseudonim >Jan< [komendant TAP, późniejszy pierwszy komendant „Wachlarza”], gdy spotkał mnie z początkiem sierpnia 1940 r. powiedział: >No, spotkał ciebie zaszczyt, a twoje nazwisko wymieniłem u ‘Grota’, jako jedynego oficera, który tego dokona<”.

Witolda Pileckiego wybrano nieprzypadkowo. Miał wcześniej piękną kartę w służbie Ojczyźnie. Członek POW, obrońca Wilna przed Sowietami w 1920 r., ułan II Rzeczypospolitej, żołnierz września 1939 r. Teraz czekała go kolejna próba.

Witold Pilecki trafił do KL Auschwitz w nocy z 21 na 22 września 1940 r., w drugim transporcie warszawskim. Tak to zapamiętał: „Transport wtacza się na bocznicę kolejową w Oświęcimiu. Była noc. Wagony zostają otwarte. W świetle reflektorów za pomocą bicia pałkami opróżnia się wagony. Wokół stoją Niemcy w czarnych mundurach. Krzyki Niemców, jęki bitych i szczutych psami więźniów, strzelanina – wydawało mi się, że znalazłem się w samym piekle” – pisał po wojnie rotmistrz. Dopiero po ubeckich przesłuchaniach na Rakowieckiej zmienił zdanie: „Oświęcim przy tym to była igraszka”.

W Auschwitz Witold Pilecki (jako Tomasz Serafiński) stał się numerem 4859. Od pierwszych dni organizował bojową siatkę konspiracyjną, pod nazwą Związku Organizacji Wojskowej (ZOW). Wysyłał raporty do generała „Grota” Roweckiego, informując, że Auschwitz nie jest zwykłym miejscem odosobnienia, ale wielkim obozem zagłady. Możni tego świata nie chcieli uwierzyć…

Docelowym zadaniem ZOW było wyzwolenie obozu. Miało to nastąpić własnymi siłami (w końcu 1942 r. pion wojskowy organizacji liczył co najmniej kilkuset zaprzysiężonych konspiratorów, wyposażonych w broń wykradzioną ze zbrojowni SS) i dzięki pomocy z zewnątrz.

Po ponad 2,5 roku Pilecki był zagrożony dekonspiracją, ale przede wszystkim chciał osobiście poinformować Warszawę o konieczności wyzwolenia Auschwitz. Nie ratował własnej skóry, ale wciąż chciał ratować innych. Plan ucieczki z obozu opracował z dwoma więźniami: Janem Redzejem i Edwardem Ciesielskim. Po sfałszowaniu wielu dokumentów cała trójka otrzymała zgodę gestapo na pracę w obozowej piekarni poza terenem obozu – na nocnej zmianie.

Bramę z napisem „Arbeit macht frei” przekroczyli o godz. 18.30. Około godz. 2 w nocy, przy nieuwadze strażników, otworzyli żelazne drzwi podrobionym wcześniej kluczem, sforsowali je, a pilnujących ich SS-manów zabarykadowali od zewnątrz.

Wyruszyli wzdłuż Soły aż do ujścia do Wisły. Znalezioną przy brzegu łódką przedostali się na drugi brzeg. Noc spędzili zakopani w liściach. Rankiem ruszyli w kierunku Alwerni. Tu miejscowy ksiądz nakarmił ich i pomógł przekroczyć granicę Rzeszy i Generalnej Guberni. Szli przez Tyniec i okolice Wieliczki. 1 maja 1943 r. w Puszczy Niepołomickiej natknęli się na uzbrojonych Niemców. Pilecki został postrzelony w ramię, ale tak jak dwaj pozostali uciekinierzy zdołał ujść pogoni. Przedostali się do Bochni, a następnie do Nowego Wiśnicza. Tu Pilecki skontaktował się z oficerami AK, którym przedstawił swój plan ataku na KL Auschwitz. Zorganizowana przez niego obozowa konspiracja zbrojna miała otrzymać pomoc Armii Krajowej z zewnątrz. Dowództwo w Warszawie uznało jednak plan za zbyt ryzykowny.

Mimo to bohaterski rotmistrz wygrał walkę z niemieckim złem. Świetnie zorganizowanemu systemowi pomocy wielu więźniów, wcześniej towarzyszy niedoli Pileckiego, zawdzięczało zdrowie, a nawet życie. Powiedzmy wprost: to Pilecki chciał wyzwolić obóz, a Armia Czerwona tylko do niego, bez walki, wkroczyła. A dziś na świecie jako o wyzwolicielach Auschwitz mówi się o Sowietach, a nie o Pileckim.

Córka rotmistrza, Zofia Pilecka-Optułowicz, przed laty tak to skomentowała: „Słowo Auschwitz jest na ustach całego świata. Jednak nazwisko taty pada rzadko. Jest mi bardzo przykro z tego powodu.”

 

O postępującej degradacji twórców pisze STEFAN TUSZCZYŃSKI: Bez szacunku

Wczytuję się usilnie. Jednak potrzebne jest szkło powiększające. W końcu odczytuję: „FOT.NATHALANE/AFP/EASTNEWS”. Ukryte by się nie rzucało w oczy, że to obcy producent. A ten obcy godzi się na takie malutkie literki? To my już sami (tubylcy) nawet okładki gazety nie potrafimy zrobić? Okładki dotyczącej korupcji.

Rzecz tyczy „Gazety Wyborczej” z dnia 22-23 IV 2023. Właściwie kupiłem ją już 21-szego, czyli w piątek. Kupiłem jednocześnie nawet dwie GW – piątkową (ok!) i sobotnio-niedzielną. Tak, już w piątek! I to nie jest ok. To tak jakby zamiast jaja świeżego Agora sprzedała mi zbuka. Fuj! Redaktorzy w piątek smacznie sobie już chrapali i nie bacząc co się dzieje starocie wciskali.

Pamiętam Wyborczą z 1989 roku, gdy redagowano ją w przejętym baraczku przedszkola przy Czerskiej. Rozmawiałem wtedy z Panią redaktor Heleną Łuczywo. Kobietą ładną i energiczną. Teraz biznesem zarządza (a może nie zarządza) pulchniutki facet. I godzi się najwyraźniej na taki rytm pracy. Toż to zaprzeczenie dziennikarstwa, upadek obyczajów, czy też zwykła bieda i zgoda na oszczędności kolportażowe. Taniej będzie rozprowadzać pismo również na poniedziałek-wtorek właśnie już w piątki.

A wracając do tych mało czytelnych literek. To niestety robią i inni. Np. „Rzeczpospolita” imię i nazwisko wywiadowanego też drukują tak mikroskopijną czcionką, że bez lupy trudno odczytać. Wstydzi się autorów zapraszanych na łamy, a może oni się wstydzą gazety?

Panie Chrabota – Fikus, Łukasiewicz, Lisicki tego nie robili! Pamiętam Pana, gdy zaczynał Pan pracę w Warszawie po ucieczce z Królewskiego Miasta Krakowa. Tak się Pan dobrze zapowiadał. Nekrologi kosztują u Pana horrendalne sumy. Do sklepu, gdzie ciągle jeszcze kupuję codziennie gazety przychodzą 2-3 egzemplarze. I chyba nie można zwalać klęski wyłącznie na Internet. Dlaczego właściciel to toleruje? Jakby to nie jego był biznes.

Dziennikarze piszący przędą cienko. W wielu redakcjach płaci się za teksty grosze. Albo nawet w ogóle nie płaci się wierszówki. Toż to niewolnictwo, wyzysk bezkarny: chcecie w ogóle drukować – piszcie za darmo.

Znam redaktora – pisarza, który w oczach chudnie. Cień człowieka. Wkrótce zapewne zrobi miejsce młodszym. A i ci nie zarobią na podjęte kredyty, wczasy nad Red Sea, albo nawet na rower.

Ktoś powinien zająć się uposażeniem tych czarnoroboczych. Owszem politycznie usłużni mają się dobrze. Ale chyba powinno być zagwarantowane jakieś minimum dla dziennikarzy, reporterów, reportażystów. Dla tych, którzy ładują ten cały koks i drżą przed utratą etatu, chorobowego, a co za tym idzie emerytury w przyszłości. Litości ani troski nie ma. Ludzie od kultury brylują na ekranach. Wprawdzie małych, ale natrętnych. Jazdy limuzynami dłuższymi prawie niż autobusy – to ich ulubione zajęcie. Śmigają przez nasz piękny kraj bardzo często za szybko rozbijając samochody, bo przecież one nie ich.

Każdy lubi pląsy. Ale większość płaci za nie samemu. Tancerze, którzy z racji wieku nie kręcą piruetów niestety nie mają czym płacić. Nawet trudno zgadnąć za co żyją. Bo w ogóle emerytur nie mają. Przecież to zbrodnia. Eleganckie bractwo urzędnicze lubi na pewno balet. I mamy tu się czym pochwalić. Ale dlaczego ci, którzy na morderczy trening i zawodową pracę oddali najlepsze lata teraz zostali porzuceni, wygnani z raju jak Adam i Ewa. Przecież to okropne. Niestety nawet ci, którzy zajmują się zawodowo tańcem klasycznym – tzw. krytycy – też się sprawą emerytur dla tancerzy nie zajmują. Owszem mamy na ulicy Moliera w Warszawie piękny pomnik tancerki. Dzięki legendarnej mistrzyni i choreografki Bożenie Kociołkowskiej. Za kilka dni – 28 kwietnia o godzinie 12 – z okazji Międzynarodowego Dnia Tańca – tancerze tam się spotkają. Zapraszają. Można będzie złożyć wiązankę kwiatów. Przynajmniej tyle.

Śmiej się pajacu – ktoś to napisał. Ale raczej płakać należy nad marnością decydentów, którzy i tak na szczęście szybko rozpływają się w pamięci. To nie są artyści, to tylko chwilowo zarządzający pieniędzmi, które wypracowuje społeczeństwo. Ci, nieopatrznie wybrani, nawet gdy ładnie mówią – to tylko mówią. Tancerze, śpiewacy, aktorzy, pisarze, graficy i malarze, a nawet niektórzy dziennikarze to kwiat, ozdoba. Bez nich życie byłoby nie do zniesienia – nudne, paskudne.

Więcej szacunku (i pieniędzy też) dla twórców.

 

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja tonie w oceanie donosów

W samej Rosji uznaje się już, że liczba donosów jest tak wielka, że ​​organy państwowe nie są w stanie sobie z nimi poradzić. Rekordzistka napisała 922 skargi na obywateli, którzy jej zdaniem nie są patriotami.

Niedawno moskiewski sąd ukarał emerytkę Olgę Sleginę grzywną w wysokości 40 tys. rubli z artykułu o „dyskredytowaniu” armii rosyjskiej – donosi „Memoriał”. Jak się okazało, 70-letnia Slegina omawiała sytuację na Ukrainie przy stole podczas obiadu w sanatorium, w którym wypoczywała. Zapytała sąsiada przy stole, a także kelnerkę, czy są za Rosją, czy za Ukrainą. W trakcie rozmowy kobieta stwierdziła, że ​​prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski to „przystojny młodzieniec z poczuciem humoru”.

Kilka dni później Slegina została poinformowana, iż ​​napisano przeciwko niej trzy donosy, w których zarzucono jej, że „chwali Zełenskiego”. Policja sporządziła protokół dotyczący tej sprawy i zabrała kobietę na komisariat. Podczas przesłuchania sprawdzono jej telefon, zapytano o związki z Ukrainą i poproszono o podpisanie protokołu. Slegina nie mogła przeczytać dokumentu ze względu na problemy ze wzrokiem, ale mimo to podpisała się tam, gdzie wskazała policja. Później okazało się, że jej słowa w protokole zostały zmienione, Slegina rzekomo krzyczała w jadalni „Chwała Ukrainie”.

Posiedzenie sądu trwało nie dłużej niż pięć minut – podał „Memoriał”. Sędzia odrzucił wniosek o przełożenie rozprawy ze względu na stan zdrowia siedemdziesięciolatki.

To jest odosobniony przypadek. Sympatyzujący z Ukrainą mieszkańcy Rosji i  terenów przez nią okupowanych są prześladowani za pomocą donosów. Znanym przykładem jest prorosyjski bloger Ołeksandr Talipow z Krymu publikujący na swoim kanale na Telegramie dane osobowe mieszkańców półwyspu, którzy wspierają Ukrainę. Na swoim koncie ma już setki internetowych donosów. W wyniku skarg Talipowa wiele osób poniosło odpowiedzialność administracyjną i karną za „dyskredytowanie” armii rosyjskiej.

Inna sprawa. W sieci księgarni w Sewastopolu pojawił się przetłumaczony na język rosyjski, znany w Europie i wydawany we Francji, komiks, który w formie rysunkowej przedstawia biografię Stalina.  Autor książki, Vincen Delma, zatytułował go „Stalin. Droga od seminarzysty do przywódcy narodu”. Konsultantem historycznym podczas powstawania książki był francuski historyk Nicolas Vert, który nazywa siebie znawcą stalinowskich represji i Gułagu. W latach 80. pracował w Rosji na stanowisku dyplomatycznym. Książka ukazała się po raz pierwszy we Francji w 2019 roku, a w 2021 została przetłumaczona na język rosyjski i wydana w Rosji przez wydawnictwo „Exmo”.

W Sewastopolu rozpętała się burza. Książkę nazwano „pracą pseudonaukową, która wypacza historię Rosji i zasługi Stalina”. Tekst opublikowany przez sewastopolskich dziennikarzy zaprzecza, jakoby Stalin prowadził politykę niszczenia „drobnej burżuazji” i nakazywał zesłanie na Syberię odnoszących sukcesy chłopów zwanych „kułakami”. W materiale zaprzeczono też faktom, że Stalin, zgodnie z polityką kolektywizacji, kazał odbierać jej przeciwnikom wszelką żywność. Autorzy donosu nazywają książkę nie tylko antystalinowską, ale antyrosyjską, chociaż nie ma w niej absolutnie rusofobii.

W samej Rosji uznaje się obecnie, że liczba donosów jest tak wielka, że ​​organy państwowe nie są już w stanie sobie z nimi poradzić. Dlatego deputowany do Dumy Państwowej Jewhen Markow wysłał list do Prokuratora Generalnego, w którym stwierdza, że ​​„nawałnica bezpodstawnych skarg paraliżuje pracę organów państwowych, administracji prezydenta.” Sugeruje, aby autorów donosów, zwłaszcza niepotwierdzonych, karać grzywnami.

Tak więc, według statystyk państwowych, Bank Centralny otrzymał w 2022 roku 368 tys. skarg — o 18% więcej niż w 2021 roku. Do Roskomnadzoru (organ odpowiedzialny za kontrolowanie mediów – przyp. red.) wpłynęło prawie 145 tys. skarg – o 25,5% więcej niż w analogicznym okresie 2021 roku. Ministerstwo Obrony Rosji otrzymało 624 tys. skarg. Do administracji prezydenta Rosji wpłynęło ponad milion skarg, czyli sześciokrotnie więcej niż przed rozpoczęciem specjalnej operacji wojskowej. Większość z nich nie została potwierdzona.

Donosy stają się coraz ciekawsze. Były inspektor Państwowej Inspekcji Ruchu, który w pracy miał żółte auto z niebieskim migającym światłem, na pamiątkę służby postanowił pomalować ogrodzenie w te kolory. Ale sąsiad, widząc niebiesko-żółte ogrodzenie, napisał na niego donos, w którym zauważył, że to kolory ukraińskiej flagi i że mężczyzna w ten sposób popiera kijowski „reżim”.  Nie zraził się tym, że jego skarga została uznana za nieuzasadnioną, złożył kolejnych 30 domagając się postawienia sąsiadowi zarzutów karnych.

Nawet deputowani uważają za swój obowiązek pisanie donosów. Na przykład Witalij Borodin, który jest odpowiedzialny za kulturę, w ciągu kilku tygodni zdołał założyć donosy na znanych artystów – Siemiona Slepakowa, Dianę Arbeninę, Walerego Meladze, Danyło Kozłowskiego, Liję Akedżakow, Ałłę Pugaczową i innych.

Rekordzistką liczby donosów została Rosjanka, której nazwiska media nie wymieniają. Napisała 922 donosy na obywateli, którzy jej zdaniem nie są patriotami Rosji. Zauważono, że kobieta spędza 20 godzin dziennie na poszukiwaniu „wrogów Rosji” w sieciach społecznościowych. Swoją działalność tłumaczyła tym, że „nie chce płacić reparacji, jeśli Rosja przegra wojnę”, dlatego pisze donosy w trybie „dwa w dwa dni”. Jak zwracają uwagę rosyjscy politycy, nie da się jej powstrzymać, bo rzekomo „korzysta z konstytucyjnego prawa do odwołania się do organów państwowych”.

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Wspomnienia – ludzie telewizji

Umierają ludzie – lepsi, gorsi. Ale jeśli życie przepracowali gdzieś u kogoś, albo – lepiej – dla kogoś, to taki pracodawca, właściciel, reprezentant właściciela powinien przyzwoicie się zachować. Może to być krótki nekrolog, lepiej – wspomnienie o człowieku a najlepiej jakieś pieniądze dla rodziny.

W wieku 91 lat zmarł znakomity, wieloletni dźwiękowiec TVP Włodzimierz Wojtyś. Pamiętali filmowcy zamieścili nekrolog. A przecież to dla telewizji z Woronicza i z Placu Powstańców Warszawy w piątek, świątek i niedzielę, w słotę i deszcz przez co najmniej pół wieku zasuwał Wojtyś – kiedyś z ciężkim pudłem Nagry i Kudelskiego. Jeździłem z nim na zdjęcia. Nigdy nie był zmęczony, humorzasty, nigdy roboty nie spieprzył. Fachowiec. I to uśmiechnięty. Powszechnie lubiany. I jeszcze do tego świetnie grał w tenisa.

Zmarł także ostatnio redaktor Adam Bronikowski. Wielu widzów TV go lubiło i ceniło. Nadawał wprawdzie w innych czasach. Pisano mu, lub uważnie czytano to co miał powiedzieć na wizji. Ale dotyczyło to – w telewizji państwowej – wszystkich. A innej nie było. Oczywiście jak każdy wówczas pracował w medium partyjnym, bo takie ono było, dobrowolnie. Ale wiadomo było jak zakończył się październik ’56, marzec ’68, grudzień ’70. A w sierpień ’80 wierzyli nieliczni.

Bronikowski był i pracował, myślę, że najlepiej jak się dało, władzy słuchać musiał ale się do niej nie łasił . Oto – robotnik mediów. Te najważniejsze, wszędzie i zawsze krótko trzymane są za pysk. prywatne mogą sobie pozwolić na więcej. Ale nie zawsze z tego korzystają.

Redaktor był zdolny, pracowity i – że tak powiem skuteczny rodzinnie. Dochował się syna, Marcina Bronikowskiego, wielkiego artysty, śpiewaka, barytona, który teraz święci tryumfy na scenach operowych całego świata.

 

 

WALTER ALTERMANN: Polska sztuczna inteligencja – nasz sukces

Od dawna podejrzewałem, ale już mam pewność. Nie czekając na prace Zachodu, po cichu opracowaliśmy i wdrożyliśmy do użytku sztuczną inteligencję. Na razie działa w naszych programach telewizyjnych, ale niebawem jej skutków doświadczymy wszędzie. 

Oto oglądam sobie na Discovery audycję historyczną, a właściwie najpierw czytam informację o programie. I tak ją stacje reklamuje i informuje o niej: „Zgłębiając przeszłość. Serial dokumentalny USA. Człowiek urodzony w 1887 roku przewidział wielka depresję i II wojnę światową…”

Już mamy to cudo

Ponieważ o wielkiej depresji jeszcze nie słyszałem, obejrzałem ową audycję. I okazało się, że chodziło o wielki kryzys, który zaczął się w 1929 roku, a trwał do 1933 roku. Zacząłem się zastanawiać kto to napisał… I wyszło mi że musiała ten tekst stworzyć właśnie nasza polska, rodzima sztuczna inteligencja. Potem – w wyniku głębszego jeszcze zastanawiania się – doszedłem do wniosku, że jest to iście epokowy wynalazek – prosty, ale skuteczny. Jak działa to cudo techniki? Normalnie, wystarczy wziąć niedouka, dać mu angielski tekst i niech tłumaczy. Ponieważ osobnik zna słabo angielski to tłumaczy jak automat, albo wprost z Wikipedii.

Dlaczego uważam, że niedouk jest konieczny do działania polskiej sztucznej inteligencji? Z dwu powodów – dobrze wykształcony człowiek chciałby zarabiać więcej i zastanawiałby się o co chodzi. A niedouk jest szybki, godzi się na marną płacę, nic nie wie i skutkiem tego nad niczym się nie zastanawia.

Rozstrzyganie

W TVP, dnia 11.04.2023 roku, w programie „Tajemnice początków Polski”, a więc audycji historycznej, pewien prawdziwy naukowiec, bo miał przed nazwiskiem prof. dr hab. powiedział: „Na tych zgromadzeniach rozstrzygano o sprawach wspólnoty plemiennej”.

Niby komunikat dotarł, ale kulawo. Zauważmy, że rozstrzyganie nie jest tożsame składniowo z podejmowaniem decyzji. Poprawnie byłoby powiedzieć, że na wiecach plemiennych podejmowano decyzje istotne dla wspólnoty.

Niestety z biegiem dziesięcioleci utożsamiliśmy sobie dyskusjęrozstrzyganiem.

Co podkreśla profesor

17 kwietnia w TVP Info wystąpił kolejny raz prof. dr hab. Henryk Domański. Nie mnie osądzać jego poglądy, ale jego lapsus – jak na profesora – był zaskakujący. Otóż powiedział tak: „Warto o tym podkreślać…”

Podkreślać można coś, ale nie można podkreślać o. Piszę o tych nieszczęsny problemach składniowych profesorów, bo jest to niepokojące – skoro tak mówią profesorowie, to jak mówią studenci? Strach się bać czasów, kiedy ci magistrowie – od tych profesorów – wejdą w nasze społeczne życie.

Może się czepiam, ale już tak mam, że nie bardzo wierzą specjalistom, nie wierzę w ich diagnozy i opinie, gdy formułują je tak marnie.

Inspirowanie pana posła

Ostatnio pewien poseł – nazwisko pominę, żeby ani nie podwyższać, ani nie obniżać jego szans w nadchodzących wyborach – zajmuje się amatorsko malarstwem. Bardzo to chwalebne i relaksujące hobby, nic tylko przyklasnąć. Niestety ostatnio w jednej z telewizji poseł zaczął mówić o swoim malarstwie. I tu zaczęły się schody. Poseł powiedział bowiem tak: „Nie inspiruję się w moim malarstwie żadnymi używkami i dlatego mam kreskę prostą, równą i zdecydowaną, a wiem, że wielu malarzy inspirowało się alkoholem i jeszcze gorszymi środkami. I dlatego ich obrazy są takie dziwne”.

Wyjaśnijmy więc, że pojęcie inspiracji ma swoje źródło w łacinie i oznacza natchnienie, zapał twórczy. Inspiracja zawiera rdzeń wywodzący się od łacińskiego spiritus, oznaczającego ducha, tchnienie, a także powiew i wiatr. Inspiratio oznaczać może także natchnienie i oświecenie. A czasownik inspiro, inspirare znaczy m. in.: dąć, dmuchać, rozdmuchać, tchnąć, natchnąć. Przypomnijmy, że w opisie stworzenia człowieka z Księgi Rodzaju Wulgata posługuje się czasownikiem inspiro dla oddania ożywienia człowieka i stworzenia jego duszy.

Tak więc wyjaśnijmy, że owszem wielu twórców było „pod wpływem” alkoholu i narkotyków– jak Witkacy – ale też nie byli „inspirowani” alkoholem lub narkotykami. Inspirować mogą antyczne muzy, żona, kochanka, miłość a nawet filozofia. A zatem – to, że poseł przed malowaniem nie pije jest cenne, bo przy dużej pasji łatwo byłoby mu popaść w uzależnienie.

Zwycięstwo nie jedno ma imię

„Muszą zwyciężyć ten mecz” – mówi sprawozdawca sportowy meczu w Canal+. I mamy kolejny kłopot ze sprawozdawcami sportowymi. Błąd jest częsty, ale nie może być pobłażania dla „recydywy”. Zatem wyjaśnijmy.

Zwyciężyć można w meczu, ale sam mecz można wygrać, przegrać lub zremisować. Tym samym sprawozdawca powinien powiedzieć: „Muszą wygrać ten mecz” lub „Muszą zwyciężyć w tym meczu”.

Niestety ludziom mylą się dwa czasowniki, podobne, ale różne: zwyciężać i wygrywać. Zwyciężać można przeciwnika, ale można też z nim wygrać. Natomiast mecz, nie posiadając cech człowieczych, wymaga innej składni. Mecz można wygrać, można w meczu zwyciężyć.

Powtarzamy – co?

Sprawozdawca meczu piłkarskiego mówi: „Powtarzamy o jego szczęściu…”. Chodziło o to, że jakiś zawodnik znowu miał szczęście i piłka nie wpadła do bramki.

Błąd sprawozdawcy polegał na tym, że zapomniał powiedzieć; co powtarza. A przecież można potarzać czynności, działania, błędy, zdania – nie tylko opinie czy spostrzeżenia. Ale tak to już jest, że chcą nadążyć za akcja sprawozdawcy sportowi skracają, co się da.

 

49 metod śledczych Chimczaka. TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o kacie więźniów Mokotowa

21 kwietnia 1956 r. Sąd Najwyższy uchylił wyrok śmierci wydany cztery lata wcześniej na Kazimierza Moczarskiego, szefa Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK, uczestnika Powstania Warszawskiego. Trzy dni później Moczarski został zwolniony z więzienia we Wronkach. Podczas śledztwa, które toczyło się w katowni UB przy ul. Rakowieckiej 37 w Warszawie, Moczarski był torturowany. 49 metod śledczych stosował na nim Eugeniusz Chimczak.

Kazimierz Moczarski te wszystkie okrucieństwa ujawnił w słynnej książce „Rozmowy z katem” – zapisie jego rozmów z Juergenem Stroopem, katem getta warszawskiego. Oprawca Moczarskiego był też znanym katem wielu innych więźniów Mokotowa, komunistycznym sadystą, bestią. Chimczak był głównym śledczym rtm Witolda Pileckiego i jego wywiadowców. Rotmistrz przed śmiercią 25 maja 1948 r. wypowiedział słynne słowa: „Mnie tu wykończyli. Oświęcim przy tym to była igraszka”. To przede wszystkim „zasługa” Chimczaka.

Eugeniusz Chimczak, urodzony w 1921 r., ukończył Centralną Szkołę Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi. Najpierw był śledczym UB w Tomaszowie Lubelskim, potem pułkownikiem w warszawskiej centrali, w bezpiece „służył” aż do… 1984 r. Do końca życia mieszkał niedaleko miejsca pracy – ul. Madalińskiego sąsiaduje z Rakowiecką.

„Nie widziałem, nie słyszałem”

Przesłuchiwany w III RP przez prokuratora, Eugeniusz Chimczak zeznawał: „O tym, w co był zamieszany Pilecki mogłem się zorientować z wyjaśnień, jakie mi złożył. (…) Moich zwierzchników interesowały wyjątkowo „sprawy szpiegowskie” a sprawa Pileckiego do takich została zaliczona”.

Pytany o stosowanie przymusu fizycznego i psychicznego w śledztwie pozwalał sobie nawet na dowcipy: „nie widziałem żadnych obrażeń na ciele przesłuchiwanych i o nich nie słyszałem. (…) Owszem, zostałem przez Tadeusza Płużańskiego oskarżony o znęcanie się nad nim w czasie przesłuchań, ale to nieprawda”.

Niestety, Eugeniusz Chimczak torturował w czasie przesłuchań mojego Ojca.

„Zmęczenie”

Chimczak mówił również, że nie miał żadnego wpływu na czas i charakter przesłuchań, bo wypełniał jedynie polecenia przełożonych. Przy okazji ujawniał jednak mechanizmy śledztwa: „Zawsze sporządzałem protokół przesłuchania, nawet, gdy podejrzany nie chciał wyjaśniać”. O co chodzi? Śledczy w protokole pisał, co chciał, nawet, gdy przesłuchiwany nie dał się złamać biciem.

Chimczak żalił się, że pracę miał ciężką, że przesłuchiwał od rana (8-9) do godzin popołudniowych (15-16), potem miał trzy-cztery godziny przerwy (aresztowani nie mieli takiego luksusu) i znowu, do 24.

8 sierpnia 1947 r. Chimczak wystąpił z wnioskiem o przedłużenie tymczasowego aresztowania wobec Pileckiego. Po co? Tu odpowiedź też jest prosta: aby mieć więcej czasu na bicie. Wniosek podpisał mjr (potem ppłk) Mieczysław Dytry z Naczelnej Prokuratury Wojskowej (przedwojenny prawnik na służbie komunistów).

Podczas procesu Pilecki stwierdził: „protokoły podpisywałem przeważnie nie czytając ich, bo byłem wówczas bardzo zmęczony”. Stwierdził tak, gdyż sala sądowa też była wypełniona „śledziami”, ale nie trzeba chyba wyjaśniać, co to „zmęczenie” oznaczało i z czego wynikało. Podobnie wypowiadał się przed sądem mój Ojciec.

Zły stan zdrowia

A tak Tato wspominał Chimczaka: „Metody miał szczególne. Kiedy bicie nie skutkowało, krzyczał: „My wiemy, że masz twardą d…, ale w celi obok jest twoja żona, z której wszystko wybijemy”.

Ponownie Ojciec spotkał Chimczaka w latach 70. na warszawskim Nowym Świecie: „Mogłem mu tylko napluć w twarz, ale tego nie zrobiłem. Nawet na to nie zasłużył”.

A tak Ojciec tłumaczył, dlaczego nie poszedł na proces „swojego” śledczego, kiedy ten był sądzony w połowie lat 90. ubiegłego wieku razem z Adamem Humerem: „Teraz miałbym go znowu oglądać? Podczas procesu ofiary musiały się tłumaczyć, przekonywać, że były bite”. Odczytano zeznania Ojca złożone w śledztwie.

Wspomniany proces zakończył się dla Chimczaka (w 1996 r.) wyrokiem siedmiu i pół roku więzienia, ale za kratki „ze względu na stan zdrowia” – podobnie jak większość sądzonych wówczas ubeków – nie trafił.

Cmentarz Północny w Warszawie

Eugeniusz Chimczak zmarł w październiku 2012 r. Chory – oczywiście na sprawiedliwość – pozostawał jak łatwo policzyć 16 lat. Gdy dowiedziałem się o terminie pogrzebu, pojechałem na Cmentarz Północny w Warszawie, żeby pożegnać go w imieniu swoim, a przede wszystkim Ojca. Żeby zobaczyć też, w jaki sposób ten komunistyczny zbrodniarz będzie chowany. Czy podobnie, jak zbrodniarze niemieccy, którzy na ogół nie odchodzili w chwale, bo tamten system – brunatny totalitaryzm – został jednak w jakiejś mierze potępiony i rozliczony. Czy na pogrzeb przyjdą koledzy Chimczaka z bezpieczeństwa.

Ale rodzina, najwyraźniej ze strachu, że ktoś „zakłóci uroczystość”, w ostatniej chwili przełożyła pochówek o pół godziny. Zrezygnowała też z oprawy muzycznej i laudacji. Chimczakowie przemknęli boczną bramą od razu do grobu, bez zamówionej wcześniej uroczystości w domu pogrzebowym. W spokoju pochowali kochanego męża, ojca i dziadka.

„Syn bandyty”

Wobec zmiany godziny uroczystości, spotkałem ich, gdy już wychodzili z cmentarza. Zdecydowałem się podejść. W grupce – jak się potem okazało – była żona, córka i jeszcze kilka osób. Spytałem, czy wiedzą, co pan Eugeniusz robił po wojnie? Jak się z tym czują? Starsza pani przyjrzała się mi i bez cienia emocji odpowiedziała: „Nie interesuje mnie, kim pan jest, ale skoro pan zadaje takie pytanie, musi być pan synem jakiegoś bandyty, a my z takimi bandytami robiliśmy po wojnie porządek”.

Czyli rodzina świetnie wiedziała, co Chimczak robił po wojnie, ale nie robiło to na nich żadnego wrażenia. Nie mieli żadnego dyskomfortu, nie mówiąc o poczuciu winy czy skruchy. Zresztą nigdy w rozmowach ze mną żaden stalinowiec, czy jego rodzina, nie przeprosili za zbrodnie. Nie przeprosili przede wszystkim rodzin ofiar. Czuli się całkowicie bezkarni i wręcz przekonani, że działali w lepszej sprawie. Uważali siebie za bohaterów.

Potem sprawdziłem, dlaczego Stanisława Chimczak powiedziała: „robiliśmy porządek”, w liczbie mnogiej. Ona też pracowała w bezpiece.