SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Paryż zaprasza, żeby opluć

Wyobraź sobie taką sytuację: zapraszasz gości, żeby część z nich publicznie znieważyć i opluć. Przybywają w dobrej wierze nie mając pojęcia, co im gotujesz. Parodiujesz na ich oczach świętą dla nich „Ostatnią Wieczerzę” Leonarda da Vinci, osadzając w miejscu Chrystusa obiektywnie rzecz biorąc grubą lesbijkę, a zamiast apostołów ustawiasz softporno-dziwadła z małomiasteczkowego cyrku.

Podtykasz to gościom pod oczy i każesz oglądać, czy chcą czy nie chcą, chociaż zaprosiłeś ich na coś zupełnie innego. Bałamutnie kłamiesz, że to wcale nie o „Ostatnią Wieczerzę” chodzi, a jeżeli zauważą oczywisty fakt, że lesbijka jest puszysta, to masz ich (!), bo przecież zastawiłeś prymitywną, acz skuteczną pułapkę: nie wolno pod żadnym pozorem twoim znieważanym gościom powiedzieć nic o gabarytach pani, bo wtedy są faszystami, a ich nietolerancja może doprowadzić do komór gazowych. Sprytne, prawda?

Jak ofiary stają się „agresorami”

Opluwani mogą zauważać tylko to, na co oświeceni gospodarze pozwolą, a biorącą świadomy udział w bluźnierstwie ciałopozytywną osobopostacią mogą się ewentualnie zachwycać. Kto powie, że gruba, ten faszysta. Ponieważ znieważeni oczywiście czują się znieważeni, (bo jak do cholery mają się czuć?) wytaczasz przeciw nim dodatkowe działa, że niczego nie rozumieją, bo są prostakami, ignorantami i powtarzasz, że oczywiście faszystami. Ślina, która spadła na ich twarze, była bowiem śliną oświeconej tolerancji, ewidentne szydzenie z ich wiary, wcale nie było szydzeniem z tego, co dla nich najświętsze, tylko wielokontekstowym osadzonym w dziełach antycznych różnorodnym sensem, którego nie rozumieją, bo są głupi.

Tak w skrócie Francuzi potraktowali chrześcijan otwarciem Igrzysk Olimpijskich w Paryżu. Ja rozumiem, że paryska zdegenerowana bohema ma wewnętrzny palący przymus taplania się w brzydocie, eksponowania, jako odkrycie stworzeń typu baba z brodą, prymitywnego naigrywania się z sacrum, bo są to ludzie w trakcie dożywotniego dojrzewania. Natomiast nie rozumiem, kto tym kabaretowym cudakom pozwolił wystawić to obrzydliwe widowisko dla miliardów ludzi, widowisko, które powinno w zamyśle jednoczyć, pokazać szlachetne idee olimpizmu, piękno ludzkich ciał i rywalizacji.

Obsceniczne widoki na Francję

Tymczasem narażono nas między innymi na naturalistyczny widok pani z odciętą głową i szyją prosto od rzeźnika. Bynajmniej nie tylko moim zdaniem trzeba być dewiantem, żeby to wymyślić, dewiantem, żeby pozwolić to zrealizować i dewiantem, żeby się podobało. W przestrzeni publicznej, po tym obrzydliwym francuskim faulu pojawiły się pytania, czemu autorzy widowiska nie pozwolili sobie na żarty z islamu czy judaizmu? Odpowiedź wydaje się prosta: wówczas Paryż mógłby stanąć w płomieniach i kilka głów mogłoby polecieć wcale nie metaforycznie.

Tymczasem chrześcijanie już się przyzwyczaili – można ich bezkarnie obrażać. „Chciałbym, żeby chrześcijanie mieli w sobie tyle siły i determinacji co Żydzi i muzułmanie w obronie swoich wartości. Chciałbym, żeby tchórzliwa hołota przed podpaleniem kościoła, miała ten sam strach w oczach, kiedy pomyślą o konsekwencjach zadarcia z muzułmanami.” – napisał na portalu X łódzki Żyd Jarosław Papis. Też bym chciał. Jeden sponsor wycofał się z powodu obrażania chrześcijan, MKOl wydał jakiś bełkoczący komunikat, że nie chcieli, a ci którzy poczuli się obrażeni niech przyjmą przeprosiny. W sumie lepiej, żeby już chyba nic nie mówili.

Obrońcy komuny

Przy okazji my w Polsce dowiedzieliśmy się, jakie są prawdziwe wartości, których trzeba chronić. Taką wartością jest komunizm. Redaktor Przemysław Babiarz komentując otwarcie Igrzysk pozwoilił sobie na oczywistą interpretację naiwniutkiej piosenki Lenonna “Imagine”. Słysząc ją na ceremonii otwarcia red. Babiarz skomentował: “Świat bez nieba, narodów i religii. To jest wizja pokoju, który ma wszystkich ogarnąć. To jest wizja komunizmu, niestety.” TVP zareagowała prawie natychmiast zawieszając dziennikarza i argumentując owo zawieszenie kuriozalnie, a mianowicie nazywając komentarz Babiarza skandalicznym. Dlaczego argumantacja TVP była kuriozalna? Ponieważ sam Lenonn tak właśnie mówił o swojej piosence: „Imagine”, które mówi: Wyobraź sobie, że nie ma już religii, nie ma już kraju, nie ma już polityki”, jest praktycznie manifestem komunistycznym, mimo że nie jestem szczególnie komunistą i nie należę do żadnego ruchu.”

No cóż… Trudno oprzeć się wrażeniu, że nie chodzi tu o żadną prawdę, ale o po prostu swoistą obronę komunizmu. Przed nami naprawdę burzliwe czasy albo Europa będzie mieć w swoim sercu chrześcijańskie wartości, które pozwoliły kwitnąć, albo nie będzie Europy, jaką znamy.

W obronie red. Przemysława Babiarza – słów kilka red. Stefana Truszczyńskiego

Chamstwo i zwykły brak profesjonalizmu zaprezentował telewizyjny przekaźnik Tuskowej informacji, czyli „19:30”.

Marek Czyż przeczytał komunikat, z którego wynika, że odebrano prawo do komentowania olimpiady najbardziej profesjonalnemu dziennikarzowi sportowemu. Nie tylko zresztą dziennikarzowi, ale i patriocie, bardzo popularnemu dzięki swojej pracy redaktorowi Przemysławowi Babiarzowi. Odebrano prawo i zatrudnienie nie podając przyczyny.

Tak po prostu: won i już. Jeśli dochodzi do tak drastycznej decyzji musi być przynajmniej informacja za co się każe człowieka. Apeluję do wszystkich dziennikarzy o jednoznaczne potępienie takiego działania. Przemysław Babiarz to naprawdę wyjątkowa postać w świecie polskich mediów.

Jestem pewien, że Babiarz będzie się pojawiał na ekranie TVP. Życzyłbym sobie, aby z Woronicza zostali odwołani ci, którzy tak idiotyczne decyzje podejmują.

 

Stefan Truszczyński

                     

PRZEMYSŁAW BABIARZ zawieszony za słowa – „Świat bez nieba, narodów i religii. To jest wizja komunizmu, niestety”. Będzie protest SDP

Przemysław Babiarz został zawieszony w prowadzeniu transmisji IO Paryż 2024, bo skomentował część ceremonii otwarcia, kiedy realizator miksował obrazy, jakie „wymalowali” egzaltowani „artyści” zrywający nie tylko konwencje, ale i zrywający zwykłe poczucie przyzwoitości. Red. Babiarz został skarcony, bo powiedział to, co myślał; większość obecnych pracowników TVP  boi się coś takiego zrobić zapominając, że tchórze nigdy nie będą dziennikarzami. Dotyczy to wszystkich redakcji.

Kiedy decyzje producentów telewizyjnych, aby podczas transmisji sportowych pokazywać częściej sportowców o innych niż biały kolorach skóry przestały dziwić, na otwarciu Igrzysk XXXIII Olimpiady w Paryżu ekipa realizacyjna wypracowała nowy, jeszcze bardziej politycznie poprawny przekaz.

Kiedy trwałą prezentacja parady barek i statków, którymi Sekwaną płynęły narodowe reprezentacje, kamery kierowano na ni to pokaz mody ni to performance, gdzie głównie zwracano uwagę na panów ubranych jak panie a panie ubrane jak nikt, kto chce uchodzić nawet za awangardę. Pokazywano też skandaliczne zachowanie osób artystycznych parodiujących Ostatnią Wieczerzę. Na marginesie, chciałbym zobaczyć tych samych „artystów” parodiujących ucieczkę proroka Mahometa z Mekki. Ciekawe, czy osoby twórcze zdecydowałyby się na taki krok. Nie sądzę.

Podczas transmisji zastanawiałem się, co jeszcze wśród komentatorów TVP robi red. Babiarz, znany z zamiłowania do kwiecistego języka polskiego , człowiek wielu talentów, dziennikarz i aktor, lubiany przez widzów, znany z tego, że nie ukrywa swojej wiary w Boga. Pomyślałem sobie, że ze swoimi poglądami, nawet kiedy zachowa umiar, będzie miał kłopoty. Wykrakałem, przepraszam.

I oto, kiedy rozległy się dźwięki „Imagine” autorstwa Johna Lennona a „artyści” lewitowali w pozach przypominających sceny z innych programów niż otwarcie IO w Paryżu, Przemysław Babiarz powiedział, co myśli. Powiedział to niejako w rytm wyginających się pod flagą Unii Europejskiej tancerzy:

„Świat bez nieba, narodów i religii. To jest wizja pokoju, który ma wszystkich ogarnąć. To jest wizja komunizmu, niestety”  – podkreślił w TVP Przemysław Babiarz.

Tak powiedział. I już. Moglibyśmy to tylko odnotować, bo w żadnym z poważniejszych kanałów sportowych na świecie nie byłoby takiej reakcji jeszcze podczas IO. Reakcji, czyli zawieszenia przez TVP dziennikarza i wydania zakazu komentowania konkurencji sportowych w Paryżu. Nawiasem mówiąc, kto lepiej niż Babiarz skomentuje zawody lekkoatletyczne? Zbigniew Boniek, Cezary Kucharski i wielu innych celebrytów, działaczy i byłych sportowców, którzy rzucili się w bezrozumnym ataku na Babiarza na portalach społecznościowych? Próbowali zrobić z pana Przemysława „pisiora”, „pisuara”, czy, w najlepszym razie, zwolennika PiS. Robili to, podpuszczając wielu hejterów. Może nieświadomie a może w ogóle o swoich słowach Kucharski i Boniek nie myśleli. Nikt z krytyków komentatora nie rozważa, co powiedział Babiarz, jak bardzo powiedział to w imieniu wielu nie wiedzących jeszcze nawet o tym widzów TVP.

Nie muszę lubić jakiegoś komentatora sportowego, aby go szanować za profesjonalizm, ale o tym zdaje się zapomnieli szefowie TVP Sport i neowładze Telewizji Polskiej. To jest niestety bardzo przykre, ale jeszcze bardziej żałosny jest oficjalny komentarz TVP. Nie wymieniono nazwiska autora poniższych słów:

„Wzajemne zrozumienie, tolerancja, pojednanie – to nie tylko podstawowe idee olimpijskie, to także fundament standardów, którymi kieruje się nowa Telewizja Polska. Nie ma zgody na ich łamanie. Informujemy, że po wczorajszych skandalicznych słowach Przemysława Babiarza, został on zawieszony w obowiązkach służbowych i nie będzie komentował zmagań podczas Igrzysk Olimpijskich” — napisano w komunikacie TVP.

Nie ma właściwie odpowiedzi na taki żenujący komentarz TVP. Komentarz za nasze pieniądze i z abonamentu i z podatków. Bardzo butni są przedstawiciele bezprawnie, wybranych w grudniu ub. r. władz Telewizji Polskiej przekształceni potem w likwidatorów TVP. Tak samo jak wszystkie media publiczne w Polsce, oprócz TVP, to także Polskie Radio i Polska Agencja Prasowa. Kierujący tymi instytucjami nie mają pojęcia o swojej robocie. Na pewno nie mają pojęcia o tym, co powiedział red. Babiarz. A powiedział prawdę.

Sław z oświadczenia TVP, czyli „zrozumienie, tolerancja, pojednanie” – to pewnie, zdaniem władz TVP, siłowe wejścia m.in. do siedzib Telewizji Polskiej i Polskiej Agencji Prasowej brutalnych „firm ochroniarskich” i zajęcie infrastruktury technicznej tych mediów. Na pewno nie powinny być to „standardy, którymi kieruje się nowa Telewizja Polska”, bo „nowa” TVP nie kieruje się żadnymi standardami.

Panie Przemysławie, szacunek za Pańskie słowa podczas otwarcie IO w Paryżu! Nich się Pan trzyma.

 

Hubert Bekrycht (FB i X)

 

Na wniosek członków Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przygotowywany jest tekst protestu ZG SDP przeciwko zawieszeniu przez TVP red. Przemysława Babiarza za słowa wypowiedziane podczas transmisji otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Paryżu 26 lipca 2024 roku.

WIKTOR ŚWIETLIK: Trump podczas kampanii ma zignorować tradycyjne media

Dobrze piszą? Źle? Co zrobić, żeby napisali lepiej? To pytanie towarzyszące polityce od zawsze przestaje być istotne. Mediów tradycyjnych nie zaorały media społecznościowe, cywilizacja ani sztuczna inteligencja. Zaorały się same.

 Donald Trump, mający dziś wszelkie szanse zostać wygrać wybory prezydenckie w USA, osiem lat temu zżymał się, straszył, zabiegał. Pomstował na kłamstwa na jego temat w CNN i “New York Timesie”, obrażał na popierające go, ale do czasu, Fox News. Faktycznie kłamstwa na temat Trumpa były niebotyczne, włącznie z jego rzekomą rosyjską agenturalną przeszłością, a także planem wprowadzenia globalnej, faszystowskiej dyktatury, a pojawiał się w tym nawet charakterystyczny nasz rodzimy wątek, bo celowała w tym pani Applebaumowa Sikorska.

Teraz też jest podobnie, chociaż trzeba przyznać, jakby nieco łagodniej. Nie ma już faszyzmu, nie ma tyle ruskiej agentury, słabiutko słychać głos w obronie biedaków, którzy przekraczają granicę tunelami lub dzikimi przejściami by handlować narkotykami lub terroryzować tych, którzy przekroczyli ją legalnie i uzyskali pozwolenie na pracę. Jest izolacjonizm, “wściekłość i żądza zemsty Trumpa”, a także – to za moment – rozpęta się wielki bój o prawo kobiet do opróżniania ich własnych łon z własnych dzieci, co od czasów licealnych jest konikiem pani Kamali.

Po zamachu na Trumpa tradycyjne media dały czadu w sprawie krycia i bagatelizowania oczywistego wydarzenia. Akurat tak się złożyło, że nie chciało mi się spać, więc sprawę śledziłem niemal na żywo. Nawet po angielsku “incydent” brzmiał specyficznie. Właściwie przez dłuższy czas można było odnieść wrażenie, że faktycznie Trump się skaleczył, a jeśli go postrzelono to, co najwyżej z wiatrówki lub z broni typu ASG na kulki plastikowe. Potem jakoś pomalutku dopiero, jak wół ociężale, okazało się, że w okolicy pojawiły się dwa trupy i ranni.

Ale ogień głupoty jest podtrzymywany i w dość charakterystyczny sposób roznieca się w Polsce jeszcze bardziej spektakularnie niż w mainstreamie z USA, który jednak obowiązuje pewien wypracowany przez trzy wieki pozór profesjonalizmu. A u nas na przykład triumfalnie pod koniec tygodnia obwieszczono, że Trumpa nie trafiła kula, a odłamki promptera. Tam była to raczej informacja, u nas triumfalna demaskacja tego, że… no właśnie, czego? Co za różnica, czy kandydata zranił pocisk, czy pokaleczyły odłamki ekranu, w który pocisk ten trafił? Dominika Wielowieyska tłumaczy sprawę w stylu przedwojennej dykteryjki, jak stary Jan opowiada wracającej z podróży hrabinie, co słychać. W gruncie rzeczy, nic się nie stało, tylko paw przypalił pióra. Jak? Od stajni, stajnia od dworu, dwór od kandelabru, który upadł, gdy hrabia sobie w głowę strzelał, bo zbankrutował. Podobnie tu jest. Facet skaleczył się w ucho, bo pękł prompter, w prompter coś uderzyło i tak dalej.

Oczywiście o Wielowieyskiej Trump nie słyszał, ale u siebie ma dużo lepszych, bo bardziej profesjonalnych i wpływowych zawodników. Ale już się nimi nie przejmuje. Cała kampania jego, a także “przedstawiciela klasy robotniczej” J.D. Vance’a rozgrywa się w przestrzeni mediów społecznościowych i kampanii społecznej z pominięciem mediów. Mało się zwraca na to uwagę, a przecież to historyczna rewolucja. No ale któż by miał o niej donieść, skoro media tradycyjne są przecież “niezależne” i “obiektywne”. Szczególnie w Polsce, w której niestety w postaci “Wyborczej” i TVN, także “wolne media” powtarzają się farsą.

Jak się okazuje, tym razem Trump już nie pomstuje i po prostu odpuścił tradycyjne media.

O zjawisku twardym jak skała i brzydkim jak uśmiech komornika pisze WALTER ALTERMANN: Strzyżenie betonu

To, że nasze miasta, miasteczka i wsie „betonowieją” jest faktem. Zastanówmy się jak i dlaczego do tego doszło. Uświadommy też sobie, że skutki betonowanie wszystkiego co jest ziemią i trawnikiem są naprawdę straszne.

Naukowcy twierdzą, że w miastach i miasteczkach, w których proces betonowania wszystkiego co się da, przyniósł taki efekt, że temperatura powietrza, badana 1 metr nad ziemią, jest wyższa, czasem nawet o 20 stopni Celsjusza, w porównaniu z terenami, gdzie przeważa jeszcze natura, czyli trawniki i drogi żwirowe.

Temperatura

20 stopni to naprawdę jest bardzo dużo. I sami sobie podwyższyliśmy marność życia. Oczywiście najgorzej jest w dużych miastach, w których przeważa budownictwo wielkopłytowe i betonowe w ogóle. Otóż beton łatwo się nagrzewa i długo trzyma temperaturę.

Warszawa, niestety nawet nocą stolica nie ukrywa betonu Fot. h/ re

Przy obecnych upałach życie w blokach, czyli „budownictwie wielorodzinnym” jest istną udręką. Mieszkańcy klocków z betonu skarżą się na zawroty i bóle głowy, osłabienia i ogólną słabszą wydolność.

Łódzki Stary Rynek i szalona koncepcja architektoniczna, czyli nie tylko beztroska betonoza, ale i ławeczki jak dworzec autobusowy za komuny. Poza tym polecam urbanistom usiąśc pod tym daszkiem w upały… Fot. arch/ h/ de/ re

Ratunkiem nie są żadne klimatyzatory i wiatraki. Klimatyzatory pożerają ogrom energii, którą wytwarza się u nas głównie z węgla, co z kolei powoduje skażenia powietrza i ocieplanie planety.

Komu to służy i kto za tym stoi

Teraz zadajmy stare, znane jeszcze z PRL-u, pytanie: komu to służy i kto za tym stoi? Wydaje mi się, że prawdziwie z trendu betonowania mogą być zadowoleni jedynie właściciele cementowni i asfaltu. I rzeczywiście ich produkcja i zyski rosną, a perspektywy są świetlane.

Plac Wolności w Łodzi. Modernizowano go lata. Zieleni jednak jak na lekarstwo Fot. h/ re/ e

 

Nie wygłaszam tu oderwanych od rzeczywistości teorii spiskowych. Tak jest, a najlepszym przykładem jest Japonia, która uważana jest za najbardziej zabetonowany kraj świata. Tam jeszcze trzydzieści lat temu doszło do porozumienia rządu ze związkami zawodowymi budownictwa, szczególnie z branżą produkującą beton. Na mocy porozumienia z buntującymi się związkowcami rząd Japonii zobowiązał się do corocznego zwiększania „areału” zabetonowanej ziemi. I już po dziesięciu latach wszędzie w Japonii dominował beton, zarówno w płaszczyznach pionowych, jak i poziomych. To znaczy zalewano betonem to, co było jeszcze żywe na powierzchni i stawiano coraz więcej betonowych budowli. Raj, istny raj dla właścicieli wytwórni cementu i ich pracowników. A także dla wszystkich pracowników sektora budowlanego.

Haga, dzielnica i kurort plażowy Scheveningen; Morze Północne jest 50 metrów od tego hotelu…
Parkingi? Plac do zagospodarowania? Nie wiadomo. Wiadomo, że kostka i beton Fot. arch/ h/ re

Czy ktoś nie przewidywał te trzydzieści lat temu skutków takiej polityki? Byli tacy, ale spoza kręgu cementowników i budowlańców – z jednej strony oraz ze sfer publicznych z drugiej. Rząd chciał bowiem dalej rządzić w atmosferze spokoju społecznego, a budowlańcy z Kraju Kwitnącej Wiśni (może też spoza Japonii) chcieli żyć coraz lepiej.

Gdzie wsiąka woda

Poważnym problemem betonowania i asfaltowania ziemi jest to, że ziemia nie wchłania już opadowej wody. I dlatego zalewa ona coraz więcej terenów, których przed laty nie zalewała. Straty materialne są duże, ale nikt (z władz) jakoś o tym nie mówi. Niezależnie od tzw. opcji rządzącej. Bo trzeba by w miastach zostawić całkiem spore strefy zielone, parkingi robić z płyt, które są porowate, albo z dziurkami, a to są kłopoty i to kosztuje.

Łódź, Stare Bałuty, Park Śledzia (Staromiejski) Fot. h/ re

 

A głównie nie podoba się taka polityka deweloperom, którzy mają orgiastyczne marzenie, żeby stawiać coraz więcej wysokich betonowych grzejników. Najlepiej jak najbliżej jeden od drugiego.  Na taki widok szczytują intelektualnie, to znaczy bardzo sprawnie i szybko liczą kasę.

Stare i nowe lasy

Pogoń za zyskiem powoduje również, że nasze stare lasy coraz szybciej padają pod naporem spalinowych pilarek. A tylko lasy z podszyciem, zwanym też podszytem, są w stanie chłonąć wodę. A lasy przemysłowe, w których rosną jedynie drzewa w równych szeregach, bez krzewów i krzaków, nie zatrzymują wody. Wszyscy o tym wiedzą, ale lobby leśników chce więcej i więcej drewna, bo ono się sprzedaje na pniu (po ściętym drzewie), a piękny stary las nadaje się tylko na fotografie dla ekologów.

Koszenie w największe upały

Również w miastach, na skutek coraz mniejszej liczby trawników i betonowania ścieżek między blokami woda szybciutko spływa do kanalizacji. I w ten sposób nasz piękny kraj stepowieje. Jest nam coraz goręcej i coraz mocniej cierpimy w upały. Zauważyłem, że w czasie pierwszej czerwcowej fali upałów, ożywiły się służby miejskie i ochoczo przystąpiły do koszenia trawników.

Tu dopiero jest upał, Goa Old City – Indie. Prawie 39 st. Celsjisza, ale betonoza nie daje za wygraną nawet przy XVI-wiecznych portugalskich zabytkach sakralnych

Tu wyjaśnijmy, że w wielu miastach pojawiły się już trawniki, które porasta wiejska łąka. Znajdziemy na niej pięknie kwitnące polne kwiaty, chwasty, wysokie osty i inne dziewanny. Jednakże ten miły widok bardzo denerwuje władze magistrackie, dla których gładki (i łysy miejscami aż do piachu) trawnik jest najładniejszy. Ideałem miejskim w dzisiejszej Polsce jest nędzny trawnik porośnięty jedynie trawą na wysokość trzech centymetrów.

Bałkańskie piekło architektoniczne – zakute w beton i dużą płytę chodnikową centrum Prisztiny, stolicy Kosowa Fot. arch./ re/ m

Zatem te bujne mikro-łąki wycięto. A ponieważ deszcz nie padał, słońce paliło, więc ziemia w tych trawnikach wyschła na kamień i piasek. I o to chyba chodziło magistratom. Bo łąka ich denerwowała.

Krzewy cenne jak drzewa

Naukowcy żądają, żeby w miastach rosło jak najwięcej krzewów i krzaków, bo one skuteczniej niż drzewa oczyszczają powietrze i wytwarzają równie dużo tlenu. Ale bogać tam. Włodarzom miast i mieszkańcom najbardziej podobają się równiutkie trawniki.

Łęczyca – jesień 2023 r. Fot. h/ re/ e

Podejrzewam, że głównym problemem miast i ich zieleni jest to, że potomkowie wsi polskiej, którzy niemałym kosztem osiedli w miastach nie chcą, aby cokolwiek przypominało im wieś. Również i sama wieś nie jest bez winy, bo ideałem jest obecnie „wykostkowanie” wszystkiego wokół, zaczynając od wiejskich podwórek.

Ci potomkowie naszych wieśniaków stanowią sporą większość mieszkańców i władz miejskich. Brak tym ludziom dobrych wzorców i walczą o swoją „miejskość” zaciekle, do ostatniego krzaczka w swym polu widzenia.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Pamięć o zamordowanych będzie wieczna

W Domostawie koło Jarocina na Podkarpaciu w Diecezji Sandomierskiej, przy via Carpatia, między Lublinem a Rzeszowem, na wzgórzu i na okazałym cokole po wielu latach blokady rozmaitych władz i podłych ludzi – został odsłonięty pomnik „Rzeź Wołyńska” autorstwa Andrzeja Pityńskiego. Twórca to wielki polski patriota, odznaczony orderem Orła Białego, profesor rzeźby, z którego amerykańskiej pracowni wyszło dziesiątki monumentalnych dzieł rozsławiających Polaków i Polskę.

Przez kilka ostatnich lat trwała batalia, dosłownie walka o ten pomnik ufundowany przez komba­tantów polskich mieszkających w Kanadzie i USA. Patrioci w kraju i za granicą zabiegali z wielką determinacją, ale nie mogli przebić się przez podłe działania ludzi złych, głupich, obojętnych wobec wołyńskiej zbrodni. Andrzej Pityński rodem z Ulanowa z flisackiej rodziny o tradycjach partyzanckich i „Solidarnościowych”  zagroził nawet zabraniem monumentu do Ameryki.

Było wiele wyznaczonych lokalizacji. Najpierw chciano umieścić rzeźbę w pobliżu wschodnich rubieży. Potem w Jeleniej Górze, gdzie pozyskano darmowo wspaniały teren od Zabużanki. Wresz­cie zgodził się ustawić symbol męczeństwa tysięcy Polaków na kampusie toruńskim Ojciec-Dyrektor Tadeusz Rydzyk. Niestety, hierarcha prawosławny przybyły z Ukrainy przekonał miejsco­wego ordynariusza, a ten zablokował i zgodę anulowano.

Wówczas zgłosili się samorządowcy z Podkarpacia. W ich imieniu ogromną pracę organizacyjną wykonał wójt z Jarocina Zbigniew Walczak. Nagrodzony jak dotąd jedynie przez Stowarzyszenie Witolda Hulewicza. Przy decydującym głosowaniu w gminie większość radnych opowiedziała się za ustawieniem na ich terenie pomnika pamięci.  Pozostali wstrzymali się od głosu. Nikt nie był przeciwny. Zdobyto środki na budowę cokołu i zagospodarowanie terenu. Będzie to oczywiście sym­bo­liczne miejsce kultu, pamięci nieprzemijającej. Symbol zbrodni wołyńskiej, której kulminacją był dzień 11 lipca 1943 roku.

Na uroczystość przyjechało z całej Polski kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Samochody i motocykle stanęły wzdłuż dróg dojazdowych na długości kilku kilometrów od pomnikowego wzgórza. Władze lokalne spisały się wspaniale, natomiast władze wojewódzkie, krajowe i kościelne zbojkotowały uroczystość. Hańba!

Pomnik godnie stanął. Andrzej Pityński, zmarły 18 września 2020 roku nie doczekał. Ale zwyciężył w tej bitwie z ludźmi, którzy tak szybko zapomnieli o męczeństwie rodaków. Pomnik stać będzie i nie ma to nic wspólnego z wojną, z krwawiącą teraz Ukrainą. Pomagaliśmy jej bardzo i pomagać nadal będziemy. Polacy przygarnęli spontanicznie uciekinierów. Rząd natychmiast wysłał z pomocą broń.

Niestety, z wielkim zdziwieniem przyjmujemy decyzje Kijowa blokującego od wielu miesięcy pochówki  naszych rodaków pomordowanych w latach wojny na terenie Ukrainy. Ekipa prof. Krzysztofa Szwagrzyka nie może kontynuować rozpoczętych prac. To zdumiewające, niezro­zumiałe, a nawet niegodziwe. Nie po chrześcijańsku.

Dlaczego tak się dzieje? Za mała jest stanowczość z naszej strony? Czy chodzi o obawę Ukraińców że na groby będą licznie przyjeżdżać potomkowie spalonych, zakłutych, zamęczonych naszych rodaków? Ekshumacje muszą jednak być przeprowadzone. Domaganie się tego to nasz obowiązek. Jaka by nie zapanowała w Polsce władza. Te nagrobki a nawet cmentarze to nie rewizjonizm. Owszem, były to ziemie rządzone przez Polaków, ale teraz jest to kraj ukraiński, doświadczony zbrodniczą wojną. Grobów należnych pomordowanym nie należy się bać. Inaczej współpraca między naszymi krajami nie będzie możliwa. Święte prawo i obowiązek grzebać godnie zmarłych. Tego nie wolno łączyć z obecną sytuacją Ukrainy i Ukraińcy powinni to rozumieć.

 

 

O wykwitach wyobraźni dziennikarki w przykrótkiej spódniczce pisze Hubert Bekrycht – Dobroszowanie, czyli GRZANIE NA EKRANIE

Z nazwisk się nie żartuje, zrobię jednak wyjątek, bo widziałem coś, co nie tyle mnie zdziwiło, ile rozśmieszyło warsztatowo. Otóż, słynąca z ekscentrycznych strojów była pracownica Gazety Wyborczej a przedtem i potem gwiazda TVP, teraz nawet wybitna prowadząca politprogramy red. Justyna Dobrosz-Oracz uprawia szczególny typ neodziennikarstwa. Nazwałem to dobroszowanie. Trochę kojarzy się z graniem na ekranie a raczej podgrzewaniem na ekranie – proszę inaczej nie rymować.

Nie chodzi o potrawy, chociaż zawsze dobrze jest zaprosić polityka do programu kulinarnego i dać mu się poparzyć prosząc o wyciągnięcie zapiekanki z mikrofali. Chodzi o program, który czasem wieczorem ubogaca kod kulturowy nowych widzów TVP Info (policzyłem 7 593 widzów – żart oczywisty, jest ich o kilka tysięcy więcej).

Wybory. Gości

Ubogaca bowiem red. Dobrosz-Oracz, tak jak 24 lipca br., nasze podejście do prac komisji śledczej, w której już nie pracuje wybitny historyk, eurodeputowany KO Dariusz Joński, dawniej baron łódzkiego SLD.

Otóż, red. Dobrosz-Oracz w uroczy środowy wieczór zaprosiła rzetelnych dziennikarzy– jak przewodnik po Korei Północnej wydany przez administrację dyktatora Kima Trzeciego juniora – koleżankę z GW i przedstawiciela radia, którego nazwa dziwnie przypomina utopię stanowiącą zaczątek lewactwa. Wspaniała zabawa gwarantowana.

Strach spuszczony z czerwonego paska

Na wielkiej czerwonej planszy prezentowanej podczas rozmowy z można przeczytać:

„D. Joński: Mateuszowi Morawieckiemu i Jarosławowi Kaczyńskiemu grozi 10 lat za wybory kopertowe”

Troje dziennikarzy, prowadząca oraz para reprezentująca właściwie ten sam katalog poglądów co J. Dobrosz-Oracz, stanowią przykład wniebowziętych reprezentantów mediów, które pracują jak myślą owi zgromadzeni w studiu dziennikarze a dziennikarze co myślą, jak media, które powinny wzorcowo popierać rząd 13 grudnia i krytykować PiS.

Grzanie kitu

Gierki takie są znane od dawna, oczywiście także w mediach, które są bardziej konserwatywne niż dzisiejsza TVP. Tyle, że z tezy polityka nie robi się tam twierdzenia wpychanego jak instalacje fotowoltaiczne mieszkańcom domów jednorodzinnych.

Co powiedział Joński? Zawsze, podobnie jak jego koledzy – Szczerba, Budka, Kierwiński, Myrcha i Kwiatkowski – śledczy kopertowy mówi to samo. Zatem, nie jest to ważne. Ważne, że podczas dobroszowania na ekranie rządowej TVP wciska się ludziom, coś, czego nikt z wyjątkiem Jońskiego nie potwierdził, a z polityków opozycji robi się przestępców.

Internet nie płonie

Szczerze pisząc, wolałem już jak zamiast dobroszowania red. Justyna Dobrosz-Oracz wydawała polecenia dziennikarzom w oddziałach TVP, kiedy chciała coś kompromitującego zrobić o opozycji… Nie, nie uwierzycie, też o PiS. Było to w latach 2012 – 2015, wcześniej ponoć też, ale dowody na to rozpływają się w powietrzu jak sprzedawany w sprayu uśmiech Donalda Tuska wzbogacony porannym westchnieniem posłanki Jachiry. Na szczęście historycy dziennikarstwa będą mogli praktycznie od teraz opisywać dorobek zawodowy mistrzyni tańca Balu Dziennikarzy, bo przecież są nagrania programów, notacje, dokumenty.

Na jednym wątku, wypowiedzi wątpliwej rzetelności polityka, robi się teraz programy telewizyjne, które do końca dnia będą cytowane przez inne media przekonujące z kolei, że czołowi politycy PiS idą siedzieć. Oczywiście nic bardziej mylnego, ale w ten sposób, poprzez straszenie dobroszowaniem ekipa rządowa gabinetu 13 grudnia wkłada nam do kieszeni szczoteczkę do zębów. Codziennie.

 

Hubert Bekrycht

(także FB i X)

HUBERT BEKRYCHT: Złe pytania, źli pytający, czyli dziennikarstwo po koalicyjnemu

13 grudnia 2023 r. rozpoczęły się w Polsce porządki, które mają na celu doprowadzenie do bałaganu. W nocy z 19 na 20 grudnia zagrano sygnał do likwidacji mediów publicznych. Ten sygnał nie dotycz zresztą tylko TVP, PR i PAP, ale i szeroko rozumianych mediów konserwatywnych a nawet tych, które po prostu mają inne zdanie niż ekipa premiera Donalda Tuska. Wśród tych skandalicznych zjawisk już w ubiegłym roku wzmogły się przypadki – jak mówią w USA i Wielkiej Brytanii – cancel culture – tyle, że dotyczą likwidacji dziennikarstwa, takiego jakim ono jest… Koalicja PO, TD i NL zakazała najpierw pytań o sprawy dla niej, delikatnie mówiąc, niewygodne.

Jeszcze przed objęciem władzy, w kampanii parlamentarnej 2023 roku, ekipa Donalda Tuska uciekała przed kłopotliwymi kwestiami, które w mediach miały zły odbiór dla PO. „Uciekała” to niezbyt adekwatne określenie. Tusk nie znosi po prostu krytyki a wszystkich, dosłownie wszystkich dziennikarzy traktuje jak zło konieczne. Może dlatego, że kiedyś premier próbował być dziennikarzem…

Demokratura

Liczne przykłady lekceważenia i lizolowania dziennikarzy kompromitują nieustanie obecną ekipę rządową Tuska, że właściwie nic gorszego polskim mediom nie może się już przytrafić. Chyba, żeby Tusk wprowadził dyktaturę. „Demokratura” wobec dziennikarzy już w Polsce jest – tak powiedziała Agnieszka Romaszewska, zwolniona dyscyplinarnie z TVP twórczyni TV Biełsat. Wobec legendarnej opozycjonistki z NZS wytoczono najcięższe armaty, używając totalitarnych metod kierownictwo dawnego pracodawcy najpierw rzuciło sfabrykowane oskarżenia, potem dopiero dowiadywała się o tym z mediów. Trudno się z Romaszewską nie zgodzić, że metod walki z dziennikarzami mającymi inne zdanie ekipa Tuska uczy się chyba na podstawie doświadczeń komunistycznej bezpieki. Metod „usuwania” dziennikarskich problemów nowa władza ma bez liku, ale kilka powiela chętnie jak nowoczesna drukarka plakat z podobizną Tuska.

Metoda „na pijanego”

W samym szczycie kampanii parlamentarnej, latem 2023 roku, podczas wizyty Tuska, dziennikarz TVP3 Łódź Michał Solarz, na prośbę TVP Info, miał zapytać lidera PO o jego zdanie na temat serialu TVP „Reset” Michała Rachonia i Sławomira Cenckiewicza.

Redaktor Solarz z operatorem, najpierw byli przepychani przez ochronę a potem po dosłownie wykrzyczanym przez dziennikarza z kilkunastu metrów pytaniu, sam Tusk popisał się znakomitym węchem. Zamiast powiedzieć lub nie powiedzieć czegoś o „Resecie”, oświadczył, że wyczuł alkohol od zadającego pytającego w imieniu TVP Info. Oczywiście reporter natychmiast poszedł na komisariat policji i poddał się badaniu. U Solarza nie wykryto alkoholu. Tuska po kolejnym pytaniu TVP na ten sam temat zapytano jeszcze o to, czy przeprosi pomówionego? Na to obecny premier mówił jakieś nie związane z tematem bzdury i stwarzał wrażenie poważnie zdenerwowanego. Pytania nie było, bo żaden z dziennikarzy będących na spotkaniu z Tuskiem nie podjął tematu. Tematu nie było, bo nie przebił się do mediów komercyjnych. Skutek bandyckie metody propagandowe są skuteczne. Zwłaszcza, kiedy korzysta z nich ekipa Tuska.

Kilka miesięcy później red. Michała Solarza pozbyła się z TVP3 Łódź nowa neodyrektor. Dziennikarz pracuje w lokalnej rozgłośni radiowej. W łódzkiej telewizji publicznej nikt nie zadaje trudnych pytań politykom.

Metody na chaos i na „funkcjonariusza”

Także w ostatniej parlamentarnej kampanii wyborczej, były minister sprawiedliwości w rządzie Tuska i były szef NIK, który bronił się wówczas przed zarzutami prokuratury Krzysztof Kwiatkowski, senator, teraz znów PO wykorzystywał swoje niezwykłe umiejętności hipnotyzowania mediów. Niektórych. A wiedzieć należy, że Kwiatkowski świetnie korzysta kontaktów z dziennikarzami z czasów, kiedy był mężem jednej z dziennikarek TVP. Zresztą, wśród polityków często się tym chwalił. Teraz już nie. Dziennikarka się z nim rozwiodła. Kwiatkowskiemu wydaje się jednak nadal, że wiedza na temat dziennikarzy to nauka ścisła i można się jej nauczyć jak nudne i wypowiedziane (od prawie 30 lat) nieprzygotowanym, nudnym głosem odpowiedzi na trudne pytania. To, moim zdaniem, dowód na to, że ludzie nie słuchają tego, co widzą…

Piszący te słowa jako dziennikarz PAP zadał latem ub. r. Kwiatkowskiemu pytanie o to, czy stanie przed powstającą w końcówce rządów PiS komisją ds. Wpływów rosyjskich. Senator nie spodziewał się takiego pytania, bo nie widział mnie na początku konferencji i myślał, że – jak zwykle – sam spróbuje narzucić reporterom swoje tematy. Kwiatkowski wybuchł, że treść pytania zachęca go do „przestępstwa”, bo komisja będzie nielegalna a w ogóle, to skoro wcześniej byłem „funkcjonariuszem” PiS, bo w latach 2016 – 2018 byłem dyrektorem, redaktorem naczelnym TVP3 Łódź za prezesury w TVP Jacka Kurskiego, to muszą one być (moje pytania) – jak w „Rejsie” tendencyjne. Bardziej wkurzył się jeszcze Kwiatkowski innym pytaniem, ale to już zupełnie inna historia.

Skutek metody Kwiatkowskiego: chaos podczas konferencji, kłótnia po niej. Senator jednak zapomniał, że jestem dziennikarzem już 3 dekady. Opis, najpierw konferencji, potem awantury, którą wszczął Kwiatkowski a ja – przyznaję – uczestniczyłem w niej, ukazał się jednak i w mojej ówczesnej redakcji – PAP i – na zamówienie polityczne w jednym z dużych portali informacyjnych napędzanych zachodnim kapitałem. Po 10 miesiącach od tamtych wydarzeń Kwiatkowski jest nadal senatorem, już nie niezależnym, ale z nakazu Tuska, z znów PO a ja… No cóż. Moja pamięć dziennikarska, wypowiedzi, artykuły w innych niż PAP mediach, działalność w SDP, nie spodobały się likwidatorowi PAP w likwidacji i był uprzejmy zwolnić mnie niedawno dyscyplinarnie. Ale o tym sza, sza. Ciąg dalszy moich losów jako dziennikarza mediów ogólnopolskich nastąpi…

Metoda na brak akredytacji

Jeno z najczęstszych świństw jakie robi ekipa Tuska dziennikarzom, których premier nie chce na konferencjach i spotkaniach. Jeśli jakimś cudem, przecisną się – a są na to legalne i zgodne z zasadami bezpieczeństwa sposoby – tacy reporterzy są narażeni na wiele nieprzyjemności. Są przepychani przez agencje ochroniarskie zatrudniające Neandertalczyków. No i są obiektem nienawiści dla elektoratu koalicji miłości i uśmiechu; dosłownie opluwani oraz obdarzani wulgarnymi epitetami.

Metoda „na niepamięć”  – wykluczenie sądowe

Najbardziej niebezpieczne dla demokracji ze wszystkich wkluczeń, jakie stosuje PO. Po prostu można kogoś wyciszyć sądownie. U nas to jest artykuł 212 na całym świecie SLAPP, czyli uciążliwe i długotrwałe sądowe wykluczenie dziennikarzy, które stosuje władza. Zarówno w USA, Francji, Chorwacji, Wenezueli (tak niezwykle nieudolnie) no i w Polsce Donalda Tuska, Adama Bodnara i innych sympatyzujących z porządkiem demokratycznym, takim jaki on jest…

Ostatnio ofiarą takich represji padł Mateusz Teska z Magazynu Reporterów Anity Gargas (jeszcze ponad pół roku temu na antenie TVP). Teska dosłał niedawno jedną z nagród SDP. Jego sprawę monitoringiem objęła dr Jolanta Hajdasz – dyrektor CMWP SDP.

Poniżej informacja na ten temat:

Protest CMWP SDP przeciwko skazaniu dziennikarza z Magazynu Anity Gargas za zadanie pytania

 

I w sumie można byłoby zakończyć na opisie kłopotów młodego reportera z metodami wykluczania niewygodnych dla władzy PO, TD i NL dziennikarzy. Można byłoby, ale, niestety, przewiduję, że takie represje obejmą innych i to nie tylko z konserwatywnych mediów. Co robić w tej sprawie? Oczywiście należy protestować, pomagać zwolnionym i nosić wysoko podniesioną głowę. Ale najbardziej ekipę Tuska wkurzy, to, że będziemy robili swoje. Wszystkich nas przecież nie wykluczą i nie posadzą… Chyba.

 

Hubert Bekrycht

(także na FB i X)

 

 

 

 

O furii ulubionego dziennikarza Jaruzelskiego pisze HUBERT BEKRYCHT: Lis na śmietniku?

Rzadko krytykuję personalnie nielubianych przez siebie dziennikarzy, ale właśnie Tomasz Lis przekroczył kolejne granice. I nie chodzi tu tylko o wulgaryzmy wobec Tomasza Sakiewicza, Dawida Willdsteina oraz Jacka i Michała Karnowskich, którzy bronili Szymona Jadczaka, dziennikarza o zupełnie innych niż oni poglądach. Lis, ulubiony publicysta komunistycznego dyktatora, autora stanu wojennego Wojciecha Jaruzelskiego przypuszcza ostatnio atak na wszystkich, którzy mają inne zdanie niż on.  Teraz jednak Lis wypalił furiacko a jego słowa mają cechy nagonki. Prawdziwej. Zresztą, może u Lisa to nie furia tylko norma.

Muszę to zacytować: „K…. k….. łba nie urwie” – tak na portalu X skomentował Lis uwagi dziennikarzy (m.in. Sakiewicza, Wildsteina, i braci Karnowskich) w obronie atakowanego przez hejterów Szymona Jadczaka, który jeszcze niedawno krytykował prawicę.

Na rympał

Tomasz Lis zapomniał, a może nigdy nie widział – tylko udawał – że jest w dziennikarstwie prawdziwym formacja etyczna, co prawda w zaniku, ale jest. Znany z emocji w sprawach telewizyjnej grafiki komputerowej dziennikarz, ostatnio chory i bardzo agresywny, nie bierze jeńców.

Gdyby chodziło o ewidentną krytykę poglądów, spraw dzielących Lisa od konserwatywnych dziennikarzy, napisałbym „trudno demokracja” albo jakoś tak. Niestety, chorobą nie da się wytłumaczyć ewidentnej prowokacji wobec czołowych polskich publicystów pracujących dla prawicowych mediów. Nie chodzi o kierunek polityczny i intelektualny, ale o to, że Tomasz Lis zachęca – moim zdaniem – innych dziennikarzy z poglądami zbliżonymi do b. szefa Newsweeka do podobnych ataków. Oczywiście ataków na „pisowców” i „pisowskich publicystów”.

Nieudana misja polityczna czy kompleksy?

Lis, w opinii większości środowiska medialnego, stara się zrównać „pisowców” z wulgarnym określeniem przytoczonym na początku tego tekstu. Nie będę się zastanawiał, czy to wynika z zielonogórskich kompleksów b. szefa Faktów TVN, czy też ze stanu emocjonalnego człowieka, który zaczął tracić wpływy w kręgach ludzi z rządu Donalda Tuska. A przecież dwie dekady temu Lis miał ambicje polityczne sięgające – w jego przypadku – Pałacu Namiestnikowskiego.

Znam wiele osób z mniejszych miast niż Lis i znakomita większość nie jest znerwicowana z tego powodu (słowa te pisze człowiek urodzony w małym mieście Głownie niedaleko Łodzi), a Lis zachowuje się jak prowincjusz z filmów Feliksa Falka, tylko nie potrafi tak grać jak śp. Jerzy Stuhr w „Wodzireju”. Jeśli Lis idzie na całość i nie hamuje go już nic, to znaczy, że koalicja Tuska ma poważne kłopoty a jej medialni akolici mają wizję lądowania na śmietniku historii dziennikarstwa. I nie tylko.

Hubert Bekrycht

(FB i X)

Pisząc przemówienie prezydentowi USA, reżyserii filmu pt. „Polityka globalna” podjął się STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Dobre rady

Będą to moje osobiste sugestie. Dobre rady. Rady dla Pana Prezydenta Joe Bidena. Czasem człowiekowi jest trudno, bo okrutnie się zaplątał. I czasem jeden dobry pomysł może pomóc. Oto moja sugestia, nieśmiała:

Pojawi się Pan Panie Prezydencie, nagle, ale mocno promowany, przed kamerami i rzeknie:

„Głosujcie na Donalda Trumpa. Ja tak uczynię. Tak postanawiam, bo chcę by Ameryka była jednością. Zapomnijmy cośmy mówili, zapomnijmy właśnie na wybory. Potem będziemy ponownie dyskutować i krytykować. Niech świat zobaczy i usłyszy, że u nas to naprawdę America First! Liczy się każdy obywatel, ale są momenty gdy ego trzeba zostawić w domu, zamanifestować jedność. Obywatele, moi sojusznicy, zróbcie tak w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wobec kraju. Wyciągam sojuszniczą dłoń do Donalda. Masz mój głos i apel, by tak zrobili ludzie, którzy mnie popierają, God bless you!”

  *                                 *                                 *

Trump idzie jak burza, niech wygra. Będzie to zimny prysznic m.in. dla Chin i Korei Płn. Co zrobi zwycięzca? Tego oczywiście nie wiadomo, ale będzie nowe rozdanie. I my się przy Ameryce ogrzejemy. Na pewno nie przy Niemcach i sprzyjającej po cichu Berlinowi Rosji. Chyba, że ogniem piekielnym. Nasi politycy jednak kręcą się i kłócą między sobą. A to najgłupsze co można robić.