WALTER ALTERMANN: Piłeczka nasza kochana

Piszę ten felieton we wtorek 18 czerwca, czyli po meczu Polska – Holandia. Mecz przegraliśmy 2:1, ale na pewno na Euro 2024 zagramy jeszcze dwa. A potem jak Bóg da. Jak zawsze.

Lubie piłkę nożną, nie będąc jednak zaciekłym kibicem nożnej – tak klubowej, jak reprezentacyjnej. Piłka nożna jest ze swej natury bardzo widowiskowa, na stadionach gromadzi tysiące ludzi, co daje bardzo interesującą atmosferę i szanse na ekscytujące przeżycia.

Nasze klubowe rozgrywki od ponad pół wieku nie są fascynujące, ale też ich poziom plasuje nasze ligę w końcówce Europy. Podobnie zresztą jest z naszą reprezentacją. Po wspaniałych sukcesach z czasów trenerów Górskiego i Piechniczka nie mieliśmy żadnych istotnych osiągnięć. Naszą reprezentację cechowała przykra przeciętność, brak ambicji władz PZPN, trenerów i oczywiście piłkarzy.

Zadziwiające jest w tym wszystkim to, że kibice bez przerwy i niezmiennie kochają reprezentację i przeżywają jej kolejne klęski. Trochę jest to miłość masochistyczna. Zresztą my Polacy lubimy sobie pocierpieć, bo czyni to nas wyjątkowymi. Tak uważamy i będziemy tej zasady bronić do kolejnej klęski.

Polski Związek Piłki Nożnej

Działacze, a po prawdzie suto opłacani pracownicy PZPN, przez lata przechodzą poprzedników i samych siebie, że zaskoczyć kolejną aberracją. Pamiętam, jak chyba za czasów prezesa Grzegorza Laty, PZPN zaskoczył Polaków próbą wprowadzenia nowego logotypu reprezentacji. Było to coś, co przypominało połączenie herbowego orła, piłki i kilku kresek totalnej abstrakcji. Gdy wybuchła afera, PZPN tłumaczył się, że właściwie to on jest organizacją prywatną, że owszem reprezentują oni Polskę, ale nie tak do końca.

Pamiętam również jakieś szalone zawirowania w sprawach dysponowania społecznymi pieniędzmi przez działaczy. Spowodowało to ingerencję władz rządowych, które wymusiły zmiany personalne we władzach PZPN. Wtedy to okazało się, że PZPN jest od lat opanowany przez „leśnych dziadków”, czyli startych, sprawdzonych działaczy, którzy bardziej dbali własne przychody niż o dobro polskiej piłki nożnej. Prawica widziała w tym nawet kontynuację starego układu z PRL-u. Prawda jednak była bardzo prościutka – PZPN został opanowany przez facetów dobrze się znających i umiejących dzielić się władzą, czyli pieniędzmi. Normalna szajka.

Trenerzy

Od lat panowało też we władzach PZPN przekonanie, że reprezentacja gra słabo, bo mamy marnych trenerów. Dalsze ciąg logiczny był taki – skoro zachód Europy gra od nas lepiej, to trzeba wziąć z zachodu trenerów. I ruszył zagraniczny zaciąg, za wielkie, niewyobrażalne dla polskich trenerów pieniądze. I co? Ano nic.

Pierwszym zagranicznym zbawcą naszej reprezentacji miał być Holender Leo Benhakker. Prasa witała go jak zbawcę, jak poprzednio witano w Polsce generała Józefa Hallera, gdy w 1919 roku na czele Błękitnej Armii przybył z Francji.

Holender nic nie osiągną, tyle, że nam naubliżał i ponarzekał. Generalnie – był zdziwiony bałaganem w zarządzaniu polska reprezentacją. Po Holendrze zatrudniono polskich trenerów: Stefana Majewskiego, Franciszka Smudę, Waldemara Fornalika, Adama Nawałkę i Jerzego Brzęczka. Niewiele osiągnęli, ot standard, żeby jakoś się przeczołgać do kolejnych mistrzostw świata i Europy. I żeby po rozegraniu trzech wstępnych meczy wrócić. Niektórym z tych trenerów to się udało, innym nie.

Jedynie Jerzy Brzęczek miał szansę osiągnąć coś więcej. Ale gdy kierowana przez niego reprezentacja zakwalifikowała się do kolejnych mistrzostw, zwolniono go, a na jego miejsce zatrudniono Portugalczyka Paulo Sousę. Odejście Brzęczka tłumaczono fakte, że w kadrze był konflikt, co się tłumaczy tak, że kliku piłkarzy nie lubiło go. W normalny kraju wyrzuca się z kadry rozrabiaczy, facetów o przerośniętym ego, a trener zostaje.

Sousa też niczego nie osiągnął, choć szumu wokół siebie robił dużo, zasłynął tym, że po prostu z Polski uciekł, bo w Brazylii obiecano mu w piłce klubowej większe pieniądze. Czy ktoś z PZPN odpowiedział za zaangażowanie takiego pajaca? A skądże.Potem byli trenerami: Czesław Michniewicz i Portugalczyka Fernando Santosa.

Michał Probierz

Obecnie trenerem reprezentacji jest Michał Probierz, trener doświadczony, z klubowymi sukcesami. Jako jeden z niewielu polskich trenerów lubi i wymaga od zawodników, żeby grali do przodu. To nie żart, bo większość trenerów z zagranicy (naszych też) próbowała z naszą reprezentacja zrobić coś magicznego, coś czego nie robi nikt na świecie.

Nasi mieli grać obronnie czym przebiegle mieli usypiać czujność przeciwników, po czym nagle, bez uprzedzenia, mieli robić dwa, trzy rajdy do przodu i strzelać bramki. Jedyny problem był w tym, że zanim przeciwnicy dali się nam uśpić, to już strzelali na dwie, trzy bramki. Przez sen.

Mecz z Holandią, świetnym zespołem, udowodnił, że możemy grać jak inni. Walczyć, szybko biegać i strzelać. Przegraliśmy, ale Probierz udowodnił, że nasi piłkarze nie są gorsi. Probierz miał też trochę „szczęścia”, że kilku „wielkich” złapało kontuzje i musiał ich zastąpić młodymi, szybkimi.

Ręce precz od pana Michał

Być może znowu nie wyjdziemy z grupy, może tak być. I wtedy znowu nastąpi coś, co następuje u nas zawsze. PZPN nie przedłuży kontraktu z Probierzem i zacznie szukać nowego zbawcy. Dlatego uprzedzam i mówię już teraz. Zostawcie pana Michała w spokoju. Dajcie mu czas. Dajcie też czas młodym szybkim.

Starszych piłkarzy należy uhonorować, odznaczyć, urządzić im mecze pożegnalne i „z żywymi naprzód iść”.

Tym razem to WIKTOR ŚWIETLIK pyta: Jak żyć, panie Musk?

Elon Musk gwałtownie ogłosił i jak ogłosił, tak zrobił. Na portalu X, który kiedyś zwano Twitterem nie można już zobaczyć listy lajków pod postami. Widać ile osób dało serduszko, ale nie wiadomo kto. Zmiana jak zmiana, ciekawszy jest jednak efekt, który wywołała.  

 Jakże wszyscy lubią się na nie ścigać! Jednego serca tak mało, dwóch, a nawet tysiąca. A anonimowe trochę podejrzane. Mógł ktoś kupić. Ale przede wszystkim niefunkcjonalne, o czym wkrótce. Efektem jest dwudniowa dyskusja, debata, narzekania. Jak teraz dziennikarze i politycy mogą policzyć sojuszników, podlizać się albo nie?

I like?

A ileż to donosów na jednego lub drugiego noszono, nawet do prezesa, i do premierów, tego i tamtego, że tamten a tamten coś polubił? Nie dość tego, lajki były przyczyną najbardziej kuriozalnego uchylenia immunitetu przez Parlament Europejski czterem posłom PiS za to, że polubili materiał wyborczy własnej partii. O ciężkim tym przestępstwie powiadomił znakomite ciało zbiorowe pan Rafał Gaweł, który jest szefem ośrodka do spraw walki z rasizmem, faszyzmem, nazizmem i wszystkimi innymi -izmami, z którymi walcząc można nieźle zarobić. To ten sam pan Gaweł, który w nazistowskiej, faszystowskiej i rasistowskiej Polsce był skazany i ścigany listem gończym za złodziejstwo i oszustwa, jak przystało zresztą na szefa tak szacownego ośrodka.

You like?

Dzięki lajkom na portalu Elona Muska wszyscy skorzystali. Parlament Europejski dokonał kolejnego kroku na drodze ku nowej lepszej Europie, gdzie wszyscy mają takie same poglądy. Z kolei mniejszość wykazująca się jakimkolwiek krytycyzmem i intelektem mogła przekonać się, czym staje się Unia Europejska, a także jak pięknie stosowanie jej zasad zaczyna przypominać realną, dawną implementację konstytucji Związku Radzieckiego na terenie byłego Sojuza. Wszystko to dzięki panu Muskowi.

Ale ta drobna przecież lekcja pobudza do refleksji nieco głębszej. Zniknęły tylko lajki. A co by było, gdyby X zniknął, nie zmienił nazwy, nie zanonimizował polubień tylko zniknął? A co by było gdyby zniknął Youtube, Gmail albo Instagram. Abstrahując od faktu, że spełniłby się mokry sen ekipy Donalda Tuska i wiernych jej redaktorów o całkowitym odcięciu ludzi o innych poglądach niż oni. Odcięciu już nawet nie informacyjnym, a komunikacyjnym, bo przecież tryby prywatne, komunikatory to dziś podstawa wymiany informacji. Ale co by było ogólnie? Jakby wyglądała polska polityka bez Instagrama, który miał przemożna znaczenie dla ostatniego wyniku wyborczego i wszystkich narzucanych przez matkę Unię histerii społecznych w rodzaju walki o klimat?

We like?

Kojarzycie zapomniane ofiary wojny na Wschodzie, rosyjskie instagramerki, które rozpaczały publicznie w 2022 roku po inwazji Moskwy na Ukrainę? Rozpaczyły nie nad tym, że ich chłopcy jadą mordować ludzi i okupować sąsiedni kraj. Nie nad tym, że ci chłopcy mogą zginąć, i że zginą zabite przez nich ukraińskie kobiety i dzieci. Nie nad przyszłością Rosji, a nad tym, że Instagram je odciął. Straciły sens życia. Być może był to zresztą ostatni, jedyny element, który łączył je z ich zachodnimi koleżankami. Z polskimi koleżankami, którym życie, realne aspiracje, marzenia, cele, wspólnotę, zastępują kolorowe zdjęcia w telefonie. Całkiem jak politykom i dziennikarzom, którym krótkie informacje zastąpiły normalną debatę i rozmowę. I nam, ludziom szukającym informacji, którym jeden serwis video, Youtube, zastąpił medialny pluralizm, który dziś polega na wyborze między panem Czyżem, a panią Olejnik.

 

 

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Niemiecka operacja hybrydowa przeciwko Polsce

To co się dzieje na polsko-białoruskiej granicy od 2021 roku z całą pewnością jest jednym z największych kryzysów z jakimi Polska miała do czynienia od lat i niestety ma ogromy potencjał eskalacji. Stan alarmowy powinna jednak wywoływać również sytuacja na granicy z Niemcami. A ciągle jeszcze nie wywołuje.

Co prawda, ta sama władza, która jeszcze przed chwilą siarczyście pluła na polski mundur wraz z tabunem przygłupich celebrytów, cynicznych polityków, kłamliwych dziennikarzy i usłużnych samorządowców, nagle zapragnęła uchodzić za „obrońców granicy”, ale biorąc pod uwagę liczbę śmierci polskich żołnierzy i dramatyczną sytuację reszty, można chyba stwierdzić, że prawdziwi obrońcy granicy nie mogą liczyć na państwo, którego są funkcjonariuszami. A to, z naszego punktu widzenia,  bardzo niedobry sygnał dla naszych wrogów i potencjalnych agresorów. Uśmiechnięta władza w Warszawie mówi im – polski żołnierz nie ma broni, a jeśli ma broń, to nie ma do niej amunicji, a jeśli nawet ma broń i amunicję, to będzie się bał ich użyć – czy mogli liczyć na lepsze zaproszenie do eskalacji? Obawiam się, że od wschodu nie zaznamy spokoju jeszcze długo.

 

Niemiecka operacja hybrydowa

Jednak, tak jak fakt prowadzenia operacji hybrydowej przeciwko Polsce przez białoruskie czy raczej rosyjskie służby, nie stanowi już tajemnicy nawet dla wielu spośród tych, którzy dopiero co gnoili polskich mundurowych kłamliwą narracją o „mordercach na granicy”, tak fakt stosowania podobnych środków wobec Polski przez Niemcy (ze świadomością różnic, ale przecież też wieloaspektowości procederu), przy bierności „uśmiechniętej władzy” w Warszawie, już nam umyka. A tymczasem, jak zbadała i opublikowała na łamach Tysol.pl Aleksandra Fedorska, trwa, a właściwie szybko narasta, cicha „relokacja” niemieckich nielegalnych imigrantów do Polski. Sama niemiecka policja federalna podaje, że tylko od 1 stycznia do 30 kwietnia tego roku do Polski wydalono 3578 imigrantów, a z różnicy danych niemieckich i polskich wynika, że co najmniej 37 z nich rozpłynęło się już w Polsce „we mgle”, co oczywiście natychmiast przywodzi na myśl „inżyniera” skaczącego po samochodach na warszawskim Gocławiu.

Zdrada interesów Polaków w zakresie ich bezpieczeństwa jest tu oczywista. Jednak jest też inny dramatyczny aspekt całej sytuacji. Otóż imigranci, którzy znaleźli się w Polsce w wyniku niemieckich pushbacków, często znajdują się w bardzo kiepskim stanie, głodni, bez butów. Kiedy trafiają do noclegowni, myślą, że są w więzieniu. Mało tego, według ich relacji, są bardzo źle traktowani przez niemiecką straż graniczną, twierdzą również, ze ta dokonuje selekcji na podstawie koloru skóry.

Oczywiście nigdy nie powinni się tu znaleźć, a jeśli się w ogóle znaleźli w Europie to przecież na niemieckie zaproszenie „herzlich willkommen”, a nie na polskie. Szokującym paradoksem jest jednak, że jeśli mają rację, to Niemcy traktują ich tak, jak niemieckie media od kilku lat, cytując lokalnych pożytecznych idiotów, kłamliwie opisywały metody polskich mundurowych. Metaforyczny nóż się w kieszeni otwiera.

 

Gdzie oni są?

Ale mało tego, skoro takie rzeczy dzieją się na polsko-niemieckiej granicy, to gdzie są ci wszyscy „broniący praw człowieka” celebryci? Dlaczego Barbara Kurdej-Szatan nie klnie pod adresem niemieckich morderców? Dlaczego Maja Ostaszewska nie szuka bucików niemieckich ofiar? Dlaczego Agnieszka Holland nie zapowiada filmu na temat tego co tam się dzieje? Dlaczego polskie i zagraniczne media nie wyją na temat „masowych grobów”? Dlaczego żaden Franek Sterczewski nie biega z niebieską torbą? Żaden Szczerba i Joński z pizzą? Żaden Frasyniuk nie wyzywa w TVN? Dlaczego żaden burmistrz przygranicznego miasteczka nie stawia pomników?

Muszę przyznać, że czuję się nieco skołowany. Znacie może odpowiedź?

WALTER ALTERMANN: Językowe tragedie mowy ojczystej

W języku polskim jest 7 przypadków: mianownik, dopełniacz, celownik, biernik, narzędnik, miejscownik oraz wołacz. Żeby nie było zbyt łatwo, to mamy również cztery deklinacje: męską, żeńską, nijaką i mieszaną.

Z ciekawostek mamy i to, że w języku polskim występują także rzeczowniki, o bardzo nietypowej odmianie jak na przykład te rodzaju męskiego z końcówką „-anin” (wegetarianin). W liczbie mnogiej posiadają skrócony temat (tracą cząstkę „-in”) i w dopełniaczu odmiana rzeczowników tego typu będzie miała postać „wegetarian” lub „wegetarianów”

A teraz przystąpmyż do odnotowanych ostatnio przeze mnie wpadek językowych.

 

Nie ma biletów, są bilety

Robert Biedroń w „Kawie na ławę”, w TVN, 26 maja 2024 roku: „Źle by się stało, gdyby powstała jakaś nowa komisja śledcza, bo ludzie już nie chcą kupować bilety na takie spektakle.

Mądrze powiedziane, ale niestety z dużym błędem językowym. Poprawnie powinno być: „…nie chcą kupować biletów”, a gdyby kupowali chętnie, to poprawnie będzie tak: „…chcą kupować bilety”.

Niestety, nawet ludzie z czołówek partyjnych ciągle mylą mianownik z dopełniaczem. Warto zapamiętać, panie europośle, żeby w Brukseli wstydu ojczyźnie nie robić.

Powszechny czy pospolity?

W interesującym programie o dawnych fortecach i fortyfikacjach, Polsat Play, 28 05 2024, ekspert mówi o twierdzy w Kłodzku, i naraz stwierdza, że twierdze były również więzieniami. Co zresztą znajduje potwierdzenie w języku polskim dawnych wieków, gdy pisano, że jakiś zbrodniarz, czy też przeciwnik polityczny „trafiał do twierdzy”. Twierdze bowiem, jako obiekty pilnie i dobrze strzeżone, gwarantowały władzom, że więzień nie ucieknie.

Na razie wszystko się zgadza. Ale w pewnym momencie ekspert stwierdza: „W twierdzach siedzieli, jak w więzieniach powszechni bandyci.”

I w tym stwierdzeniu ekspert od fortów racji nie ma. Mamy bowiem w języku polski dwa bardzo podobne do siebie pojęcia, ale z gruntu jednak różne: powszechny i pospolity. Zbrodniarz, bandyta może być pospolity, ale na pewno nie powszechny.

W prawie istnieją oba pojęcia, ale jednak każde z nich oznacza różne przestępstwa. I  mamy: takie przestępstwa pospolite, jak:

  1. Przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu (Rozdział XIX Kodeksu karnego)
  • zabójstwo (art. 148 § 1 k.k.) oraz morderstwo (art. 148 § 2 k.k.),
  • doprowadzenie do samobójstwa (art. 151 k.k.),
  • nieumyślne spowodowanie śmierci (art. 155 k.k.),
  • spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu (art. 156 § 1-3 k.k.),
  • spowodowanie średniego uszczerbku na zdrowiu (art. 157 § 1-3 k.k.),
  • bójka i pobicie (art. 158 k.k.),
  • udział w bójce lub pobiciu z użyciem niebezpiecznego narzędzia (art.  159 k.k.),
  • narażenia człowieka na niebezpieczeństwo (art. 160 k.k.),
  • nieudzielenia pomocy (at. 162 k.k.).

 

2. Przestępstwa przeciwko bezpieczeństwu powszechnemu (Rozdział XX Kodeksu karnego)

  • sprowadzenie zdarzenia powszechnie niebezpiecznego (art. 163 k.k.),
  • sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa zdarzenia powszechnie niebezpiecznego (art. 164 k.k.).

 

Sięgnijmy jeszcze do słownika PWN i przypatrzmy się znaczeniu obu pojęć.

 

Pospolity znaczy: 1. często się zdarzający, spotykany lub powszechnie znany. 2. taki, jakich wiele. 3. mający odcień trywialności. 4. dawniej wchodzący w skład ogółu lub służący ogółowi.

Powszechny natomiast to: 1. dotyczący wszystkich rzeczy, osób, spraw itp.; 2. częsty, ogólnie znany i stosowany.

Tak więc Rzeczpospolita nie jest Powszechną. A teatry mające w nazwie Powszechny niekoniecznie są pospolite, choć tu akurat bywają przykre dla wyrobionego widza wyjątki.

Półtora, półtorej

Ceniona i wielka tenisistka (obecnie już nie grająca) mówi w telewizji i Idze Świątek: „Ona jest tak silna, że zamęcza przeciwniczki i już po półtorej seta one nie mają siły”.

Piękna opowieść, ale niestety z dużym błędem. Prawidłowo bowiem tenisistka powinna powiedzieć „półtora seta”, bo set jest rodzaju męskiego. Gdyby natomiast Iga Świątek wypijała szklankę i pół szklanki mleka dziennie, to trzeba by powiedzieć: „wypija półtorej szklanki”.

Półtora jest liczebnikiem ułamkowym oznaczającym jeden i pół.

Liczebnik półtora nie odmienia się przez przypadki, choć sam narzuca rząd dopełniaczowy rzeczownikowi, z którym się łączy – każdy rzeczownik występujący bezpośrednio po formach półtora lub półtorej musi pojawić się w dopełniaczu. W zdaniach półtora  „przejmuje na siebie obowiązek składniowy” i „bierze odpowiedzialność” za łączenie się z innymi wyrazami. Dlatego też, jeśli przed liczebnikiem półtora występują przyimki, nie wpływają one w żaden sposób na formę rzeczownika połączonego z półtora . Poprawnie mówimy i piszemy zatem: za półtora miesiąca, od półtora roku, po półtorej godziny (nie: po półtorej godzinie), przed półtorej godziny (nie: przed półtorej godziną), po półtora tygodnia (nie: po półtora tygodniu), przed półtora tygodnia (nie: przed półtora tygodniem) i przed półtora miesiąca (nie: przed półtora miesiącem). Ale – uwaga! – jest jeden jedyny wyjątek: połączenie: przed półtora rokiem (nie – jak nakazywałaby reguła – przed półtora roku).

Półtorej kilometra, półtorej kilograma, półtorej roku – to są błędy nazbyt częste, niemal pospolite. Niby wszyscy i tak wiedzą o co chodzi, ale błąd jest błędem.

Kogo, co może desygnować trener

W czasie meczu piłki nożnej, na zakończenie rozgrywek Ekstraklasy, pomiędzy Radomiakiem a Widzewem, komentator mówi: „Te zmiany, które desygnował trener, przyniosły wymiar istotny”. I w jednym zdaniu mamy dwa potworki językowe.

Po pierwsze – desygnowanie (od łac. designare – wyznaczać), to wyznaczanie kogoś do pełnienia określonej roli, powoływanie do sprawowania pewnej funkcji, mianowanie na stanowisko. Desygnować można kogoś ważnego na bardzo ważne stanowisko, ale trener Widzewa wprowadził, jedynie na boisko nowych zawodników, więc gdzie tu jakaś desygnacja? Dlaczego więc sprawozdawca sportowy nie mówi o zmianach, ale o desygnacji? Bo uznaje, że tak jest poważniej. I myli się oczywiście, bo jest jedynie śmieszniej.

Druga rzecz – wymiar istotny. Kompletna ruina językowa. Bo chodzi tylko o to, że nowi zawodnicy na boisku mieli więcej sił, grali lepiej… Ale co ma do tego „wymiar istotny”? A może sprawozdawca był poprzednio sprawozdawcą parlamentarnym?

 

 

WALTER ALTERMANN: Rota na nowo, czyli Konopnicka w grobie się przewraca

Maria Konopnicka napisała w 1908 roku piękny wiersz, nawiązujący do walki Polaków z germanizacją. Jednym z impulsów do powstania tego utworu był strajk dzieci polskich we Wrześni w 1901 roku. Muzykę napisał Feliks Nowowiejski – i tak powstał utwór, będący jednym z naszych najważniejszych hymnów narodowych.  Nowoweiejski polski kompozytor pochodził z zaboru pruskiego, z Warmii. 

Pierwotnie pieśń miała być przeznaczona dla krakowskich „Sokołów”. Po raz pierwszy wykonano ją publicznie, przez kilkuset chórzystów z terenów objętych zaborami, 15 lipca 1910 w czasie uroczystości odsłonięcia Pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie 500. rocznicę zwycięstwa wojsk dowodzonych przez Władysława Jagiełłę. Połączonymi chórami z całej Polski dyrygował kompozytor. Podczas pierwszej prezentacji pieśń nosiła tytuł Grunwald, później została wydana w druku jako Hasło, a następnie przyjęła się jej obecna nazwa Rota.

Prawdopodobnie bezpośrednim bodźcem do napisania wiersza był protestacyjny wiec kobiet w Poznaniu, 10 maja 1908 r., zorganizowany w odpowiedzi na pruską ustawę o wywłaszczeniu oraz sprzeciw wobec tzw. paragrafu kagańcowego w ustawie o zebraniach i stowarzyszeniach. Konopnicka ten poparła wiec, wysyłając z Jedlicz datowany na 10 maja list o treści: „Wiec Wielkopolanek pozdrawiamy. Wiecuje z Wami Polska cała, ufając, że umiłowaną dzielnicę Piastową uczynicie bohaterską redutą narodowego ducha”. 21 czerwca 1908 r. redakcja „Głosu Wielkopolanek” pisała: „Podziękę tę (za współpracę z pismem red.) w pierwszej linii składamy dzisiaj Zacnej Jubilatce Marii Konopnickiej za ostatni utwór pt. „Rota” łaskawie nam nadesłany. Niestety, ze względów karnej ustawy prasowej nie możemy dzisiaj umieścić go tak, jak wyszedł spod gorącego pióra Wielkiej Poetki”.

Rota zaraz po odzyskaniu niepodległości była poważną konkurentką Mazurka Dąbrowskiego do miana hymnu narodowego. Była tak popularna, że w okresie międzywojennym Polskie Stronnictwo Ludowe przyjęło ją jako swój hymn partyjny. Ponownie i oficjalnie uznano Rotę za pieśń PSL-u w roku 1990.

Co tak urzekło ludowców w tym tekście? Najpierw przeczytajmy tekst raz jeszcze.

Tekst Roty Marii Konopnickiej

Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród.

Nie damy pogrześć mowy,

Polski my naród, polski lud,

Królewski szczep piastowy.

Nie damy, by nas gnębił wróg.

Tak nam dopomóż Bóg!

Tak nam dopomóż Bóg!

Do krwi ostatniej kropli z żył

Bronić będziemy ducha,

Aż się rozpadnie w proch i pył

Krzyżacka zawierucha.

Twierdzą nam będzie każdy próg.

Tak nam dopomóż Bóg!

Tak nam dopomóż Bóg!

Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz,

Ni dzieci nam germanił,

Orężny wstanie hufiec nasz,

Duch będzie nam hetmanił.

Pójdziem, gdy zabrzmi złoty róg.

Tak nam dopomóż Bóg!

Tak nam dopomóż Bóg.

Nie damy miana Polski zgnieść,

Nie pójdziem żywo w trumnę,

W Ojczyzny imię i w jej cześć

Podnosim czoła dumne.

Odzyska ziemię dziadów wnuk.

Tak nam dopomóż Bóg!

Tak nam dopomóż Bóg

 

Nie damy pogrześć mowy

Mnie najbardziej urzeka wers, mówiący, że „Nie damy pogrześć mowy”. I tu się z Konopnicką zgadzam zupełnie. Czy wiersz jest dobry, biorąc pod uwagę jego wartość artystyczną? Nie wiem i nie muszę się wypowiadać. Bo nie w kategoriach doskonałości poetyckiej trzeba mierzyć Rotę. Podobnie jak dogłębna analiza Mazurka Dąbrowskiego, mogłaby zedrzeć z utworu piękno najwyższe, narodowe.

Podoba mi się również, że ludowcy wzięli Rotę za swój hymn. Jakby wprost czerpiąc z Wesela Wyspiańskiego – „Chłop potęgą jest i basta”. Choć i w tym przypadku, gdyby uważnie czytać Wesele, to okazałoby się Wyspiański nie do końca widział w chłopstwie siłę i zbawców ojczyzny.

Efektory Kosianiaka-Kamysza

Rozpisałem się o Rocie, bo mnie jasny szlag trafił, gdy wysłuchałem dnia 28 maja 2024 roku wystąpienia prezesa PSL-u, Władysława Kosiniaka-Kamysza. Kolejny raz prezes mówił tak, jakby miał zamiar odwrotny do Konopnickiej, jakby chciał „Pogrześć naszą mowę”.

Nie wiem dlaczego, ale wicepremier Kosiniak-Kamysz kocha wrzucać do swych przemówień obce słówka i niepolskie pojęcia. I to dlatego jego wystąpienia przechodzą ludzkie pojęcie.

Ostatnio mówił o obronności, czyli niejako zawodowo, bo jest też Ministrem Obrony Narodowej. I nagle, bez uprzedzenia mówi: „To jest nasz gejm czendżer (game changer)…”

Sięgam do słownika i okazuje się, że ów gejmczendżer to coś, co gwałtownie zmienia okoliczności sytuacji i wpływa na radykalną zmianę dotychczasowego postępowania w jakimś zakresie. Czyli coś co jest istotną, rewolucyjna zmianą. Ergo: Kosiniakowi-Kamyszowi chodziło o to, że nowe rodzaje uzbrojenia, które Polska kupuje, wniosą nową jakość do naszej armii, dadzą nowe, rewolucyjne wprost możliwości obronne.

Żeby na tym poprzestał, ale bogać tam sołtysie… Następnie zaczął mówić, że polska armia będzie miała nie tylko nowoczesne systemy ostrzegania, dozoru przestrzeni powietrznej i lądowej, ale że będziemy mieli również „nowoczesne efektory”. Czym są te efektory? Z kontekstu wypowiedzi ministra, że efektory to broń, która strzela i wybucha, począwszy od karabinów, a skończywszy na rakietach dalekiego zasięgu.

Dlaczego Konopnicka w grobie się przewraca

I tak to obecny prezes PSL-u za nic ma słowa hymnu swej partii. Gorzej, bo mówi tak, jakby świadomie kpił z wezwania Konopnickiej, żeby nie dać „pogrześć mowy”. Niestety Kosiniak – Kamysz grzebie polszczyznę, w każdej swej wypowiedzi.

Oczywiście wiem, że Kosiniak – Kamysz uważa PSL za partię nowoczesną. Wiem również, że z wykształcenia jest lekarzem. I wiem, że nie ma zaliczonego nawet szkolenia wojskowego dla studentów. Ale kto by nie był ministrem obrony, musi umieć mówić po polsku, bez efektorów i gejmczendżerów.

Zresztą nie tylko Konopnicka się w grobie przewraca,  bo również trzeba by zmienić słynny wiersz Juliana Tuwima. I zamiast „Rżnij karabinem w bruk ulicy…” trzeba będzie napisać „Rżnij efektorem w bruk ulicy…”.

Język, panie wicepremierze, język, a nie efektory są pierwszą linia obrony polskości. I bez żadnego tam gejmczendżer.

 

Stosując śmiałą metaforę rzeczywistość opisuje CEZARY KRYSZTOPA: Alfons RP

Żołnierze zatrzymani za oddanie strzałów ostrzegawczych w kierunku nacierających, agresywnych migrantów, inni żołnierze ranni, ranny funkcjonariusz Straży Granicznej, specjalny zespół do ścigania żołnierzy w neoprokuraturze Bodnara. W końcu śmierć żołnierza. Donald Tusk bardzo chciałby obarczyć winą kogokolwiek, ale to on jest okiem tego pustoszącego Polskę cyklonu.

To co się dzieje na granicy polsko-białoruskiej od 2021 roku jest oczywiście szalenie ważne, rosyjska agresja na Ukrainę jest najlepszym powodem do tego, żeby rosyjskie w istocie prowokacje traktować ze śmiertelną powagą. Ale przecież kwestia obrony granicy polsko-białoruskiej przed operacją hybrydową białoruskich, a prawdopodobnie raczej rosyjskich służb, nie jest jedyną żywotną i strategicznie kluczową dla państwa polskiego kwestią, która wali się na naszych oczach. I to w momencie kiedy Polska stanęła przed równie ważnymi szansami, takimi jak ucieczka kapitału z Chin, jak i zagrożeniami, jak wzrost agresji naszego wiecznie problematycznego rosyjskiego sąsiada.

Likwidacja przewag konkurencyjnych

Największe emocje społeczne wywołuje katastrofa wielkich projektów strategicznych takich jak Centralny Port Komunikacyjny, rozbudowa polskich portów, Izera, użeglowienie Odry i niepewność w zakresie budowy polskiej energetyki jądrowej. A przecież na tym nie koniec. Napad łysych pał pod rozkazami ppłk Sienkiewicza na media publiczne, to nie tylko ich de facto zaoranie, to również sygnał dla potencjalnych inwestorów, że Polska to bantustan, w którym nie istnieje coś takiego jak bezpieczeństwo środowiska prawnego. Coś takiego może się przydarzyć każdej, choćby największej firmie. W tym zakresie sytuacji nie poprawiają pozaprawne działania Koalicji 13 grudnia w zakresie przejęcia prokuratury, uderzenia w konstytucyjne prezydenckie prerogatywy w zakresie ułaskawienia, mianowania ambasadorów, usiłowania zarzadzania państwem przy pomocy sejmowych uchwał, czy aresztowania przeciwników politycznych. Zgoda na tzw. „pakt migracyjny” przyspieszy destrukcję tkanki społecznej w Polsce, a ekspresowa realizacja założeń Zielonego Ładu dorżnie polską gospodarkę i sprowadzi Polaków na powrót do poziomu „zbieraczy szparagów”. Wskaźniki gospodarcze już odpowiadają spadkami, a firmy z Polski uciekają.

W każdym z tych punktów Tusk usiłuje się jakoś bronić. W mydleniu oczu jest dobry, na wszelki wypadek zwykle wypowiada się na różne tematy, w różny, często zupełnie sprzeczny ze sobą sposób, dzięki czemu może się odwołać do odpowiedniej „wersji” w zależności od fazy zmiennej sytuacji. O likwidacji strategicznych inwestycji mówi tak żeby podtrzymać jakąś nadzieję w mimo wszystko aspirującej części własnego elektoratu, agresji na media publiczne i prokuraturę winni mają być (niezależni) Sienkiewicz i Bodnar, zgodę na „pakt migracyjny” ma maskować napompowana daleko poza granice rzeczywistości „afera wizowa”, otwarte łamanie praworządności ma być spowodowane „koniecznością jej przywrócenia”, a przyspieszenie w zakresie Zielonego Ładu ma wynikać ze „zgody Morawieckiego”. Nawet teraz, w sprawie obrońców polskiej granicy, Tusk wypowiada się jakby stał na zewnętrz, a odpowiednie działania jako dobry car wobec niesfornych bojarów, ma podjąć po zapoznaniu się ze sprawą.

W Każdej z tych strategii obrony tkwi jakieś ziarno prawny, dlatego są częściowo skuteczne, ale Tusk w istocie nie stoi z boku, Tusk znajduje się w samym oku pustoszącego Polskę cyklonu i znajdował się tam na długo przed 1 grudnia 2023 roku. Owszem, potrafił wypowiadać się ostrożnie na temat sytuacji na granicy, ale jednocześnie wypowiadał się również w sposób absolutnie skandaliczny. A przede wszystkim stanowi zwornik całego systemu środowisk, które obrońców polskiej granicy w obrzydliwy sposób atakowały, nigdy się od nich nie dystansował, tak jak teraz jest szefem i Kosiniaka-Kamysza i Bodnara. To on ich stworzył jako ministrów i nie sądzę żeby kwestię zatrzymania polskich żołnierzy ukrywali przed nim dwa miesiące. Nie, Donald Tusk wspierając się na nim sam, wspierając go i budując, bierze odpowiedzialność za cały ten zaprzański, zbudowany na michnikowsko-tvnowskiej, a w istocie postkomunistycznej mentalności – system.

„Tak dobrze mein Herr?”

Gdyby szukać jakiejś logiki w działaniach prowadzących do takich skutków, to wydaje się, że Donald Tusk, o ile nie oszalał, sprawia wrażenie jakby realizował zadanie polegające na zniszczeniu przewag konkurencyjnych Polaki wobec borykających się z coraz większymi kłopotami gospodarczymi, społecznymi i politycznymi, Niemiec. Zadanie polegające na przytroczeniu na powrót Polski do niemieckiego, coraz bardziej rozklekotanego powozu.

A kiedy myślę o metaforze, która mogłaby tę sytuację opisać, to przychodzi mi do głowy metafora alfonsa, któremu uciekła przetrzymywana i zmuszana do prostytucji dziewczyna. Założyła sobie firmę, stanęła na nogi i się usamodzielniła. Niestety znowu trafiła w ręce służącego „chłopcom z miasta” nikczemnego sutenera, który teraz na nią wrzeszczy – Myślałaś, że możesz coś zrobić sama? Nie zasługujesz na to, nie potrafisz, jesteś za głupia! Zdejmuj tę garsonkę, nakładaj czerwoną, krótką kieckę, szpile z cekinami i do roboty – tak dobrze mein Herr? – To twoje pieniądze? Wezmę je „na przechowanie”. O, kupiłaś mieszkanie, no kto by się spodziewał, ale to dobrze, będziesz miała gdzie przyjmować klientów. Myślałaś szmato, że poradzisz sobie beze mnie? Stul pysk i wracaj na miejsce!

Polska ma ogromny potencjał, potrafi być wielka, ale ma też w sobie jakiś gen naiwności, który powoduje, że ciągle wpada w łapy stręczycieli. Przypadek Tuska nie byłby przecież pierwszym takim przypadkiem w historii, choć aktywności tego akurat, na swoje nieszczęście, mamy okazję doświadczać na własnej skórze w czasie rzeczywistym.

O podziałach i o sztuce wywiadu bez zaciśniętych ust pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Rozmawiajmy

Rowu nie zasypiemy. Zbudujmy przynajmniej kładkę. Czy narodowa rozmowa się rozwija? Chyba tak, acz powoli i ze zgrzytami. Jednak innego wyjścia nie ma. Inaczej się pozabijamy.

„19:30” uśmiecha się nowymi ładnymi buziami. Kilka rozmów jej reprezentantek nieco dobrze rokowało. Przybył więc do „ich” studia weteran Ryszard Czarnecki. Pracowity i odważny chłop. Wydawało się po kilku poprzednich wywiadach, że pani Dorota Wysocka-Schnepf zrozumiała na czym polega uczciwy wywiad z przeciwnikiem politycznym. Otóż pytać trzeba rzeczowo o najważniejsze sprawy, ale bez emocji. Można drążyć lecz nie powinno się wiercić dziury w brzuchu pacjentowi poddającemu się operacji dobrowolnie. To trudne jeśli przystępuje się do dzieła z zaciśniętymi zębami i z góry założoną tezą: to zły człowiek, trzeba go nie tylko pytać, ale i pokonać. Robienie wywiadu wcale nie jest łatwe.

Każdy ma jakieś grzechy na sumieniu. Są sprawy nie do końca wyjaśnione. Ale jeśli pytany odpowiada, przedstawia swoją wersję wydarzeń raz i drugi to powtarzanie tych samych, tak samo, zarzutów staje się nachalnym błędem. Nie posuwa sprawy naprzód, nic nie wyjaśnia. Czy europoseł, delegat z Polski, Ryszard Czarnecki oszukiwał przy rozliczaniu delegacji służbowych? Z rozmowy wynikało, że ostatecznie z księgowością, a więc i prawem wszystko zostało wyjaśnione, dyskusyjna kwota zwrócona. Wina przestała więc być winą. Jeśli był to tylko błąd to i kara winna być proporcjonalna.

Facet przychodzi do raczej nieprzyjaznej telewizji, zgadza się na rozmowę na żywo. Odpowiada na pytania. Na wszystkie. Gdy się uporczywie powtarzają te same zarzuty mówi pojednawczo, że wierzy, iż to nie jest polityczny atak dziennikarki, ale zalecenie jej dysponentów. I trudno tego nie podejrzewać. Szkoda, że Wysocka-Schnepf uległa.

Ale próbujmy dalej. Telewizja jest świetnym miejscem do konfrontacji. Jednak to społeczeństwo, widzowie są od rozstrzygania. Cały ten cyrk jest po to by ludzi przekonać. Nie wmówić, nie robić wody z mózgu, ale siłą argumentu pozyskać. Oczywiście wiele zależy od dziennikarza.

Szymon Hołownia, niedawno jeszcze dziennikarz, też nawołuje. Ale to dzieje się tylko werbalnie. Jego koalicjanci w tym samym czasie głoszą piramidalne absurdy. Kto to wymyślił, kto doradza? Kto promuje tak usilnie Tomasza Piątka? Dziennikarz powinien pytać dociekliwie, ale tylko pytać i wtedy nie ma miejsca na chamską, prymitywną propagandę. Dziennikarz powinien o tym pamiętać we własnym interesie. Dysponenci się zmieniają. A ludzie mają jednak dobrą pamięć. Inaczej będzie jak w filmie Bergmana „Ona tańczyła jedno lato”.

Nie pracujemy dla polityków. Pamiętajmy o tym. W telewizji widać to wyraźnie. Młodzież chce się dostać do studia, do radia, telewizji. Chce bardzo dorwać się do mikrofonu, stanąć przed kamerą. Ale łatwiej to osiągnąć – niż utrzymać.

Mówi się: etyka, uczciwość, prawda. I tak jest. To są prawdziwe wartości. Kłamstwo, koniunkturalne tchórzostwo zawsze wyjdzie na jaw. Nie przykryje tego ani uroda ani spryt. Owszem, trudne, ale tylko takie postępowanie to prawdziwa wygrana w zawodzie żurnalisty. Prawdą i odwagą zło zwyciężaj!

 

 

O tych, którzy mogą wszystko pisze CEZARY KRYSZTOPA: Nietykalni III RP

Nie ma chyba w ostatnim czasie lepszej ilustracji tego czym w istocie jest III RP i jej patologiczny kręgosłup w postaci systemu oligarchicznej niesprawiedliwości, niż sprawa Tomasza Lisa. A mam wrażenie, że rewanżystowska rekonkwista III RP po 13 grudnia zeszłego roku, może tę sytuację tylko pogłębić.

Przykładów, z których można wyciągnąć podobne wnioski jest oczywiście znacznie więcej. Nietykalnym III RP wolno potrącać staruszki na pasach, zabijać ludzi i wyrażać się o nieżyjących z pogardą, kraść i otwarcie łamać konstytucję. Środowiskowa zmowa na poziomie systemu niesprawiedliwości, zadba o to żeby Nietykalnemu włos z głowy nie spadł. A przynajmniej zbyt wiele włosów. Jednocześnie nienależący do kasty Nietykalnych przeciętny Polak może być w tym systemie zgnojony, okradziony i zniszczony. Może być nawet człowiekiem zamożnym i wysoko postawionym, jeśli nie należy od odpowiedniego kręgu, można mu zrobić wszystko. Pan Roman Kluska mógłby zapewne o tym sporo opowiedzieć.

Przypadek Tomasza Lisa

Jednak przypadek Tomasza Lisa, choć może nawet nie najbardziej drastyczny, jest ikoniczny ze względu na jego nazwisko i centralną rolę jaką pełnił i chyba ciągle desperacko usiłuje pełnić w polskiej przestrzeni publicznej, zapisany przez Jaruzelskiego do „arystokracji dziennikarstwa” Tomasz Lis.

Plotki o tym jak się zachowywał wobec podwładnych Tomasz Lis słyszałem i wcześniej, wielu słyszało, ale nikt nie miał dowodów. Podobno ci, którzy mogliby na ten temat coś powiedzieć nie tylko się go bali, ale również uważali, że i tak „jest pod ochroną” więc ich ewentualne ryzyko nic nie da, a tylko narazi ich na zemstę. Potem, w wyniku medialnej burzy, tu trzeba oddać że dzięki dziennikarzom Wirtualnej Polski, nagle wszyscy się dowiedzieli kim w istocie jest rzekomy, rozdający cenzurki moralności, dziennikarski „katon”. A jeszcze później, dzięki pani prokurator, która mam wrażenie, że weszła tu raczej w rolę adwokata Lisa, przyjęta została kwalifikacja jego czynów o kontekście seksualnym, która, co za pech, uległa niedawno przedawnieniu. Nic też nie wyniknie z oskarżenia o mobbing, które to poniżające pracowników zachowania pani prokurator tłumaczy specyficznym stylem zarządzania dziennikarskiego „arystokraty”. Jakby tego było mało sam Lis, pomimo ujawnionych fragmentów zeznań opisujących jak to miał jedną z podwładnych przyciskać do ściany i całować, a innej wkładać palce w dziury w spodniach, przedstawił to (co za pech) przedawnienie, jako swoje zwycięstwo. I wiecie co? Chyba miał rację, ponieważ, być może nie w sensie praworządności w tradycyjnym rozumieniu, ale faktycznie, udało mu się ze sprawy wyłgać. Trudno nie odnieść wrażenia, że rację mieli ci, którzy nie chcieli zeznawać w jego sprawie uznając, że jest pod ochroną. Nie chcę nawet myśleć co teraz może się dziać w głowach kobiet, które mimo to odważyły się zeznawać.

Nietykalni

Przy okazji warto tu się przyjrzeć dwóm zjawiskom. Po pierwsze, nie wiem czy to w wyniku złych decyzji, czy też braku determinacji, trudno uznać reformę systemu niesprawiedliwości, którą usiłowała przeprowadzić Zjednoczona Prawica za udaną, jeśli kilka miesięcy po utracie przez nią władzy, możliwe są takie cuda. A po drugie warto zadać sobie pytanie, gdzie się w całej tej sprawie podziały dyżurne panie feministki, te dla których mężczyzna to z definicji przemocowiec, a przed seksem powinien składać podanie. Przejrzałem sobie profile w mediach społecznościowych, tych najgłośniejszych , najbardziej agresywnych i nie znalazłem na temat sprawy Tomasza Lisa ani słowa. Może coś przegapiłem, wtedy poproszę o korektę, ale póki co nie znalazłem. Trudno nie dopuścić do siebie myśli, że tacy jak Tomasz Lis mogą być objęci ochroną również daleko poza systemem niesprawiedliwości.

Najbardziej żałosna w całym tym zamieszaniu, wydaje mi się pozycja zwolenników Nietykalnych, którzy sami ochroną objęci nie są. Wystarczy im świadomość, że ich Władcy mają lepiej, bo przecież na to zasługują. A, że tam żonę im jakiś oblech w pracy sponiewera, to przecież tylko taki specyficzny sposób zarządzania.

WALTER ALTERMANN: Elegancja prawdziwa i zbytek elegancji

Elegancja językowa, uroda języka są niezwykle ważne. To już jest oczywiście stopień najwyższy w posługiwaniu się językiem,. Nie jest to dostępne każdemu z urodzenia, ale można to „nabyć”. Czyli nauczyć się i stosować. Elegancki język jest smakiem naszych kontaktów, oczywiście pod warunkiem, że nie przesadzimy. To jest tak jak z soleniem potraw, nie można przesadzać, bo jedzenie będzie nie do jedzenia, a język będzie nas kompromitował. 

W pewnym filmie dokumentalnym, opowiadającym o wielkiej polskiej aktorce, pada zdanie o jej relacjach uczuciowych, w tym o problemach w jej małżeństwie. Otóż aktorka owa słynęła z bujnego temperamentu i licznych romansów. Jak przedstawiono ten problem w filmie? Otóż dowiadujemy się, że aktorka: „Miała poważne problemy z dochowywaniem wierności”.

Można elegancko i prawdziwie? Pięknie powiedziane. A ludziom prostym i wulgarnym przychodziłyby na język określenia dosadne, a nawet wulgarne.

Przesadna elegancja

W związku ze sprawą zamachu na słowackiego premiera Roberta Fico właściwie wszystkie polskie stacje telewizyjne żyły tym wypadkiem przez cały tydzień. Pojawiły się też informacje o zamachowcu, którym okazał się niejaki 71-letni Juraj Cintula.

I naraz w Polsacie usłyszałem, że: „Zamachowcem był pan Juraj Cintula”. I to jest właśnie zbytek elegancji oraz zupełna nieznajomość podstawowych zasad języka polskiego. W tym zdarzeniu panem był Robert Fico, a zamachowiec nie zasługuje na miano pana.

Pan to musi coś znaczyć, pan to jest człowiek godny. A etymologia podpowiada nam jeszcze, że panem z założenia był szlachcic lub człowiek wykształcony, poważny i szlachetny. Chłopu nigdy nie panowano. Do chłopa zwracano się po imieniu, bo chłopi jeszcze w XVIII wieku nazwisk nie mieli. W wielkiej komitywie do chłopa zwracano się per: „Mój dobry Walenty”. Podobnie było z mieszczanami i Żydami. Oni też nie zasługiwali na bycie panami.

Na szczęście obecnie wszyscyśmy już panami. Takie są śmieszne, uboczne skutki socjalizmu, który miał wszystkich wyrównać w dół, ale to też mu nie wyszło – temu socjalizmowi. I wyrównaliśmy do panów.

Jest jednak grupa ludzi, do których nie należ zwracać się per pan. A są to złodzieje, gwałciciele, defraudanci, zdrajcy, szpiedzy i mordercy. Dlatego nie można owego Cintala nazywać panem, bo po oddaniu strzałów do premiera spadł najniżej jak można.

Składnia, głupcze

Niestety, bardzo wielu z nas nie umie poradzić sobie z podstawowymi związkami syntaktycznymi w języku polskim. A bez właściwej składni słowa układają się w bełkot. Piszę o tym, bo „urzekła” mnie wypowiedź urzędniczki, która poinformowała w Polsacie: „Sprawa dotyczy tych osób, którzy będą chcieli głosować poza miejscem zamieszkania”.

Powinno być „Sprawa dotyczy tych osób, które będą chciały głosować poza miejscem zamieszkania”. Niby nic, a przykro.

Mamy w języku polskim, między innymi, trzy podstawowe związki: zgody, rządu i przynależności. Warto, by osoby publiczne nauczyły się tych zasad.

Trzeba poznać i używać polską syntaktykę czyli składnię. Pojecie pochodzi z greki (σύνταξις sýntaxis i oznacza „porządek, szyk”. Jest to dział językoznawstwa, który zajmuje się budową wypowiedzi. Syntaktyka (w ujęciu tradycyjnym) bada takie zjawiska jak funkcje wyrazów w zdaniu (funkcja podmiotu, orzeczenia, dopełnienia itd.), zależności między wyrazami w zdaniu (np. związek zgody, związek rządu, związek przynależności), czy szyk wyrazów w wypowiedzi. Skoro obcokrajowcy są w stanie to zrozumieć, to i my damy radę. I nie jest tak, że rodzimy się z doskonałą znajomością rodzimego języka, że wysysamy wszystkie jego formy z mlekiem matki. Tacy cudowni to nie jesteśmy.

Tkactwo dwuosłonowe i inne banialuki

W TVN, 4 maja 2024 roku można było usłyszeć zapowiedź reportażu o tkactwie dwuosłonowym. Nie jestem ekspertem od tkactwa, ale coś tam wiem, a ponieważ o tkactwie dwuosłonowym jeszcze nie słyszałem, to obejrzałem ów reportaż. I okazało się, że sprawa dotyczyła rzadkiej już dziś techniki tkania gobelinów, które nazywa się dwuosnowowym. Ta powszechna niegdyś technika jest dziś praktykowana jedynie na Podlasiu. Materiał był bez zarzutu, wyjaśniał co miał wyjaśnić i pokazał interesujących ludzi.

Natomiast zapowiedź była skandaliczna, bo świadczyła o tym, że piszący zapowiedź, bądź też  czytający ją (a może obaj) niczego nie rozumiejąc odważyli się tą niewiedzą podzielić z całą Polską. Niechlujstwo i partactwo.

Co jest u niego

TVN 24, 13 IV 2024 roku. W informacji o wyborach pada takie stwierdzenie, dotyczące dwu kandydatów w Krakowie: „Trzeba przyznać, że kultura polityczna jest u nich na wysokim poziomie”.

I mamy klasyczny rusycyzm. Bo to Rosjanie mówią „U niewo”. Po polsku należałoby powiedzieć, że: „Mają wysoką kulturę…”, bądź też: „Cechuje ich wysoka kultura…”. W dobie szukania wszędzie obcych agentów, zwróciłbym baczną uwagę na autora tej wypowiedzi.

Uważność czy uwaga

Jedna ze stacji telewizyjnych poinformowała, że sprawie „Należy się przypatrywać z dużą uważnością”. Dlaczego tak? Przecież powinno być „Z uwagą”. A może mówiącemu chodziło o ostrożność”? I tak mu się jakoś niechcący połączyła uwaga z ostrożnością. W sumie śmieszne.

WALTER ATERMANN: Progresywne ataki na ojczysty język

I znowu mam kilka przykładów na to, że nie ustają ataki na nasz ojczysty język. A dzieje się to głównie w mediach, zarówno w prywatnych i państwowych.

I tutaj mamy równość, i zgodę ponad podziałami. Niestety w tej jednej sprawie panuje zupełna zgoda między tymi, którzy lubią różne partie. Przykre, że tylko w tym. Jeżeli ktoś jest aktywny, to według morderców języka, jest aktywistą lub aktywistką. Z tym zastrzeżeniem, że aktywistki/aktywiści muszą być jeszcze progresywni. Przypatrzmy się temu zjawisku po kolei. Najpierw na stół operacyjny niech trafi pojęcie aktywista, następnie aktywista progresywny.

Aktywista, według dzisiejszego zwyczaju, to człowiek zajmujący się w wolnym czasie organizowaniem protestów, zadym, strajków w sprawie (klimatu lub ogólnie rozumianej wolności osobistej), lub dla żartu. Aktywista nie może mieć czegoś jedynie za złe, nie może też w domu nie zgadzać się z czymś pochodzącym od rządu lud parlamentu. Aktywista musi pojawiać się w tzw. przestrzeni publicznej i tam dopiero dawać upust swej frustracji, tamże musi manifestować, wykrzykiwać swoje poglądy i żądania. Zatem, żeby być uznanym za aktywistę, trzeba hałasować, rzucać się w oczy w miejscach publicznych, a najchętniej w okolicach miejsc rządowych lub w Sejmie czy Senacie. Nie wystarczy pisać petycji, nie wystarczy nękać listownie posłów, senatorów, ministrów i premiera, trzeba hałasować publicznie.

Aktywista progresywny, to tak naprawę osobnik postępowy, bo progres to zwyczajny postęp. Dlaczego zatem współcześni aktywiści nie chcą być postępowi, lecz progresywni. Ano dlatego, że już w latach 50-tych, za tzw. komuny, postępowcami nazywali siebie samych aktywni członkowie PZPR. I nawet się z takiego miana szczycili. Kres postępowcom położył rok 1956. Po ujawnieniu tylko części zbrodni systemu, tak w ZSRR jak w Polsce, aktywistom z PZPR jakoś zrzedła mina i byli już cichsi. Mniej manifestowali, a jeżeli już, to znacznie dyskretniej.

Do śmierci postępowców przyłożył się też chlubnie Sławomir Mrożek, który w swojej stałej rubryce satyrycznej w „Życiu Literackim”, a ta nazywała się właśnie „Postępowiec”, bezlitośnie wyśmiewał to pojęcie.

A co głosili postępowcy? Poświęcenie spraw rodziny na rzecz wspólnoty socjalistycznej, traktowanie zebrań i akcji partyjnych jako najwyższe moralne dobro. Atakowali też Kościół i religię, jako wyraz najgłębszego wstecznictwa. Stawiali również rozum (ale socjalistyczny) ponad jakimkolwiek uczuciem.

Czasem przychodzi mi do głowy, że między postępowcami z pierwszych lat komuny w Polsce a dzisiejszymi progresistami, nie ma żadnej różnicy. Język jest trochę inny, ale aberracyjne cele i duch walki taki sam. Nawet zaciętość na ich twarzach jest identyczna.

Język aktywistki

Język aktywistek/aktywistów jest okropnie śmieszny. Jedna z nich w TVP mówiła ostatnio tak: „Walczymy o możliwość sytuowania siebie w polityce”. Konia z rzędem temu, który zrozumie o co jej chodzi. Podejrzewam jedynie, że tej młodej kobiecie chodzi głównie o to, żeby zaistnieć. Ja się jeszcze domyślam, że tej pani zależy na tym, żeby zostać politykiem/polityczką, najlepiej na kilka kadencji w Sejmie.

Ale skąd jej się wzięło owo „sytuowanie siebie”? Może stąd, że wstydziła się powiedzieć wprost, że żąda miejsca w polityce, bo jest młoda i ładna? A sytuowania to jakieś –  takie – coś –  nie wiadomo co. I o to im chodzi, żeby mówić mętnie, bo wtedy nikt ich nie rozliczy.

Zaopiekowanie

„Zaopiekowałyśmy różne tematy” mówi inna aktywistka ruchu feministycznego.  Dziwaczne słowo „zaopiekować, zaopiekowanie” robi zawrotną karierę. Bo brzmi jakoś tak przyjemnie, jak opieka nad oseskiem, przedszkolakiem.

I to dlatego żaden z urzędników już nie mówi, że zajmie się sprawą czystości w mieście, regularnym kursowaniem pociągów, autobusów i tramwajów, ale twierdzi: „Zaopiekujemy się tym tematem”. Czyli zero odpowiedzialności, a tony szlachetnego podejścia do pasażera i mieszkańca.

Gdybym – mimo wszystko – nie był człowiekiem kulturalny, powiedziałby tym wszystkim samozwańczym „opiekunom”: „A weźże się pan do roboty, do k… nędzy. I przestań pan szklić oczy blagą na biegunach.”

Kto z czym sobie igra

Sprawozdawca meczu tenisa, 26 III 2024 roku, mówi o bułgarskim zawodniku: „Dymitrow igra ze swoimi nerwami”. Ciężko pojąć w czym rzecz. Ze stanu meczu wynikało, że ów Dymitrow grał w kratkę, raz dobrze, raz marnie. Czyli denerwował widzów, trzymał ich nerwy w napięciu i szarpał nimi. Ale powiedzieć, że zawodnik igra z własnymi nerwami? Bzdura. On po prostu miał słabszy dzień. Jednak nie jest przecież masochistą.

Perspektywa nadal żywa

Perspektywa nadal żywcem zjada widoki. Na naszych oczach. Nikt już nie mówi, że ktoś ma na coś dobre widoki. Nikt nie ma już punktu widzenia – wszyscy maja teraz dobre, lub słabe, perspektywy. Za mojej młodości świetne perspektywy miał socjalizm, a według ówczesnej propagandy miał te perspektywy coraz bardziej świetlane. Przy czym – im gorzej było „w realu”, tym propaganda przed narodem malowała coraz lepsze perspektywy. Błagam wszystkich, którym normalny widok zastąpił paranoidalną perspektywę, żeby dali już spokój. Bo naprawdę ciężko to wytrzymać. Choć zdaje mi się, że perspektywę na powrót do normalności mamy marną, bo postępowcy rosną w siłę.

Różniczkowanie wicepremiera

Pan Władysław Kosiniak–Kamysz w ważnym sejmowym wystąpieniu, bardzo ważnym, bo dotyczący naszej obronności, obecny minister obrony narodowej i wicepremier w jednym, powiedział: „Będziemy różniczkowali zamówienia naszego uzbrojenia”.

No to z nami koniec, finis Poloniae – pomyślałem, bo przecież różniczkowanie jest trudną operacją matematyczną i chyba pan minister nie da rady. A różniczkowanie dosłownie oznacza proces wyznaczania pochodnej (lub różniczki) funkcji.

Co prawda pan Kosiniak-Kamysz skończył studia medyczne i mógł mieć z różniczkowaniem do czynienia, ale to tylko moja hipoteza. Jednak od wielu lat już nie praktykuje medycyny, więc chyba operacji różniczkowania nie wykona.

Po chwili jednak, z jego dalszych wypowiedzi, wynikało, że chodziło mu po prostu o różnicowanie, o kupowanie różnego uzbrojenia, o różne rodzaje broni. Odetchnąłem.

Choć mówiąc poważnie – wojsko jest instytucją, służbą, w której dowódcy muszą do podwładnych mówić językiem jasnym i precyzyjnym. Zupełnie jak w dowcipie o sierżancie z jednostki piechoty, który poszedł do magazynu, żeby pobrać osiem sztuk teł strzeleckich, czyli namalowanych czołgów, armat, sylwetek wroga itp. Do takiego tła w czasie ćwiczeń żołnierze mierzą, poprawiają celownikami. Wtedy między sierżantem a magazynierem rozegrał się taki dramat.

Daj mi tła, osiem sztuk – mówi sierżant do magazyniera.

To wypisz pokwitowanie – mówi magazynier i podsuwa sierżantowi druk do wypełnienia.

Sierżant zaczyna pisać: „Kwituję odbiór ośmiu…”. I tu się sierżant zaciął, bo nie wiedział, jak ma być poprawnie: teł, czy tłów… Po czym wziął od magazyniera jeszcze dwa druki i na pierwszym z nich napisał. „Zamawiam cztery tła” A potem na drugim druku napisał tak samo; „ Zamawiam cztery tła”.

Panie wicepremierze, proszę do ludzi mówić normalnie, bez nadęcia i zadęcia, bo wojskowi oszaleją i wszyscy będziemy mieli kłopoty.