Uczestnicząc w manipulacji trzeba brać pod uwagę, to co napisał STEFAN TRUSZCZYŃSKI: „19:30” idzie złym tropem

Sztandarowy program informacyjny rządowej telewizji podąża w złym kierunku. Pierwszy przykład: spis przekroczenia kosztów przy budowie przekopu wiślanego. A przekop to sukces. Dzięki konsekwencji i dobrej organizacji prac przekop, podobnie jak tunel w Świnoujściu i inwestycje portowe w Gdyni zostały wykonane wzorowo.

Wytoczone zarzuty NIK (Marian Banaś!), że za drogo, że przekroczono planowane koszty. I tak to klepie usługowe, niestety, „19:30”. Ani słowa, że zwiększono zakres robót, ani słowa, że ten szef obecny NIK, który oskarża, sam – jak powiedział w Radiu Wnet b. minister gospodarki morskiej Marek Gróbarczyk – podpisał zgodę na finansowanie zwiększone, gdy był za to odpowiedzialny jako minister finansów. Chamska hucpa. Byle oskarżać PiS. Walka partyjna nadal trwa.

Ale dlaczego „nowe” media z nowymi młodziutkimi, ładnymi twarzyczkami w tym uczestniczą? Czy nie zdają sobie sprawy, że na starcie tracą nadzieję na wiarygodność. Jeśli już mają pomóc swoim dysponentom to nich robią to inteligentnie a nie kłamliwie z pominięciem podstawowych zasad dziennikarskich. To znaczy zawsze trzeba dać głos stronie oskarżonej.

Tego uczą na studiach, to abc zawodu. Panie Czyż chce pan zdobyć popularność i uznanie? To proszę zachowywać się profesjonalnie. Ma Pan jeszcze szanse. To się naprawdę opłaca. Oczywiście na dłuższą metę!

Poprzednia ekipa „Wiadomości” sama sobie zgotowała opinię propagandzistów. Oczywiście mogło być inaczej, bo słuszne pryncypia polityki PiS nadal pozostają aktualne: nasza suwerenność, pozbycie się wpływów Rosji, systematyczne uniezależnienie Polski od Niemiec, sprawa zbrodni smoleńskiej i wyjaśnienie wielu afer – w tym oczywistych politycznych zabójstw.

Te sprawy, programy muszą prowadzić ludzie wiarygodni. I tacy są w Polsce. Niestety wielu z nich żre się i walczy ze zwolennikami tych samych idei, a występującymi w innych partyjnych barwach.

Jak łatwo się zapomina, że była bratobójcza walka między PiS a Suwerenną Polską, że było to niezwykle szkodliwe. Gowin, którego wyeliminowała sprytna akcja Bielana. Odsunięcie ministra Ardanowskiego, pomysły futerkowe i inne to nie były przecież mądre posunięcia.

Ale dość! Teraz mamy wybrać prezydenta. To niesłychanie ważna sprawa. Czy prezes Kaczyński postąpi tak jak z kandydaturą do Unii – Saryusza-Wolskiego? Czy wręcz obrażać będzie dalej takich sojuszników jak profesor Wiesław Binienda, którego poproszono o pomoc, a potem nawet nie podziękowano za wielki wysiłek w samodzielnie prowadzonym śledztwie smoleńskim, za pracę przy udowadnianiu zbrodni. Kto to wszystko robi? Krasnoludki?

Z szacunkiem i zachowaniem godności, ale pewni ludzie z polityki muszą odejść. Taka jest naturalna kolej rzeczy. Przykładem sztuczny twór – Trzecia Droga Hołowni. Kamysz znika w sposób naturalny, ponieważ nie ma nic do zaproponowania. Jak daleko zajdzie Konfederacja, która idzie do przodu, ale – jak mówi sama – celowo wolnym krokiem? To ciekawi ludzie. I ładnie i mądrze mówią, ale liczenie, że opanują prawą stroną całkowicie jest złudne.

W tym „perspektywicznym” celowo wolnym marszu prędzej się zestarzeją, znudzą wyborcom, niż osiągną konkretną politycznie ważną pozycję. Czas nie płynie. Wszystko gna, panie Bosak. Wrzaski Braunowe, tak jak Korwinowe czy Palikotowe to skrajności zajmujące uwagę tylko przez moment. Popatrzcie na wesz na grzebieniu. Też skacze, miota się, ale i tak w końcu się ją w łeb pacnie.

Polska to nasz kraj. Zniszczono dorobek powojennych pokoleń, zmuszono do wyjazdu za chlebem ludzi tu za ciężkie pieniądze wykształconych. Ale gdy rozejrzymy się – dzięki wstąpieniu do Unii, dzięki naszym zdolnym i wykształconym pokoleniom osiągnęliśmy wiele. Teraz, niestety, dwuplemienność narodowa to radość sąsiadów. Żeby już nie mieli wrogów – konkurentów. Dziś jedna siła coraz bardziej chce zniszczyć drugą. Ta bratobójcza walka, takie „na złość mamie odmrożę sobie uszy”.

Najlepiej byłoby zmienić cały polityczny garnitur. Ale to zakotwiczone bractwo. Nie widzi zupełnie, że już nie nadąża. Krzyczeliśmy „Balcerowicz musi odejść”. I nie ma go choć długo bredził. A ten co krzyczał najbardziej zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Jest w ojczyźnie wiele rachunków krzywd. „Obca dłoń ich nie przekreśli”! Kto to ma wbić Polakom do głów? I jak to zrobić?

 

 

WALTER ALTERMANN: Maczugą zamiast piórem

Podstawowym narzędziem współczesnej polskiej polityki jest maczuga. Nabijana jest ostrymi kawałkami krzemienia i potężnymi hacelami. I jest to maczuga przechodnia.

Każda z naszych partii, zaraz po objęciu władzy, dostaje w spadku tę maczugę i zaczyna nią dziarsko wywijać. Skutkiem czego polityczny trup u przegranych przeciwników ściele się gęsto. I nie jest ważne, co złego zrobił trafiony w głowę maczugą, i czy w ogóle coś złego zrobił. Chodzi o to, żeby stworzyć w społeczeństwie wrażenie dzikiego rozpasania, potwornego złodziejstwa i dzikiej prywaty u pokonanych, których to zbrodni mieli się dopuszczać byli ludzie władzy.

W istocie mamy do czynienia z sądami ludowymi, wiecowym wydawaniem wyroków. Bez prawa do obrony, bez dania głosu winnym, czy tylko pomówionym. Przy czym dzisiaj takim polem wiecowym są oczywiście media, które ochoczo i służalczo dają jedynie głos oskarżycielom. Bo oni akurat są przy władzy. A jak władza się zmieni, to media nasze znowu będą tępiły pokonanych.

W praktyce wygląda to tak, że niestety dziennikarze są tymi, którzy również wywijają maczugą. A właściwie są tymi, którzy w imieniu i na rzecz władzy, władają rzeczoną maczugą, używają jej i walą po łbach przeciwników, aż w głowach im huczy.

Niebezpieczna dla zdrowia praca

Dziennikarze często podkreślają, że bardzo wielu reporterów wojennych ginie na froncie. Dziennikarze są także mordowani, osadzani w więzieniach i prześladowani w państwach niedemokratycznych, na wszystkich kontynentach. Takie są przerażające fakty i hańba państwom, gdzie to się dzieje. Są jednak również dziennikarze, którzy masowo tracą coś równie ważnego jak życie. A mam na myśli godność i honor.

W naszych polskich warunkach, w naszej wojnie domowej, zbyt wielu dziennikarzy staje po jednej ze stron konfliktu. Tym samym zaprzeczając szczytnym ideom tego zawodu, którymi są: obiektywizm, bezstronność i dążenie do wyjaśniania prawdy.

Zamiast tego pojawia się enigmatyczne i niewiele znaczące pojęcie rzetelności. Rzetelny musi być zdun, cieśla i szewc. Niczego nie ujmując tym poważanym zawodom. Natomiast rzetelność dziennikarska brzmi trochę cierpko, bo z założenia zakłada jakąś ustępliwość, zgodę na niedoskonałość. Bo w istocie rzetelność niesie sama w sobie założenie, że każdy robi jak umie najlepiej, a wychodzi jak wychodzi. Czyli wszyscy dziennikarze są moralnie bezkarni i kryształowi, bo przecież starali się.

Niestety nasi dziennikarze, w swej masie, stoją po jednej z wojujących ze sobą politycznych stron. I zamiast obiektywnie dochodzić prawdy, wymachują medialną maczugą, żeby jednak ukatrupić wroga, zyskując przy tym sowitą aprobatę właścicieli „środków masowego burzenia spokoju”. Takie postępowanie dziennikarza prowadzi wprost do jego śmierci cywilnej, a jest to jedna z najokrutniejszych postaci śmierci.

Śmierć cywilna

Śmierć cywilna jest pojęciem staroświeckim, ale warto je przypomnieć w trudnych czasach. Śmierć cywilna to stan w jaki popadał człowiek, po popełnieniu czynu niegodnego. Nie musiało to być jakieś przestępstwo pospolite jak kradzież, oszustwo, malwersacja czy nawet zabójstwo. Wystarczyło notorycznie kłamać i być na kłamstwie przyłapanym. Śmierć cywilna dotykała również osobników, którzy nie dotrzymali przyrzeczenia małżeństwa, splamili honor munduru, publicznie się upijali i w tym stanie zachowywali się prostacko.

Takiemu osobnikowi nikt z towarzystwa nie podawał ręki. Takiego złoczyńcę traktowano jakby go w ogóle nie było. Takie to były onegdaj normy.

Szanujmy się

Dzisiaj dziennikarze za mało się szanują. Nie powinni wydawać osądów, zanim zapadnie werdykt sądu. Dziennikarze nie powinni upajać się władzą, nie wolno im wynosić się ponad prawo i państwowe instytucje sprawiedliwości. Upraszałbym o trochę skromności, o niepodniecanie się tym, że ja, ja, ja mówię, a pół narodu mnie słucha.

No i przydałoby się też trochę taktu. Skąd go brać? Jeśli nie wyniosło się taktu z rodzinnego domu, to  wystarczy wyobrazić sobie, że oto ja sam jestem na miejscu człowieka posądzanego o złodziejstwo i nieprzyzwoitość. I wyciągać wnioski z faktu, że niejeden skazany na śmierć i stracony okazywał się po latach niewinny.

Poza tym – dziennikarzem się jest, czasem przestaje się być, ale człowiekiem się jest do śmierci. I byłoby dobrze, gdybyśmy do końca mogli powiedzieć o sobie, że nie splamiliśmy się niecnością, słabością i chęcią robienia karier za wszelka cenę.

Cykliczne objawienia

Daje się też ostatnio zaobserwować zjawisko masowych objawień i nawróceń u naszych dziennikarzy. W istocie jest to zjawisko masowe i tragikomiczne.

Po przysłowiowych „długich ośmiu latach” rządów poprzedniej władzy, część dziennikarzy jednej nocy zauważyła, że zmieniła się opcja polityczna. Skutkiem takiej konstatacji u wielu dziennikarzy dało się zauważyć panikę, bo przecież służyli oni przegranej władzy. Po chwilowym przerażeniu nastąpił trzeci akt farsy – właśnie masowe bicie się w piersi i zmiana pana. I nie jest to pan w niczym lepszy od poprzedniego, ale jest nowy i mający realną władzę.

To zjawisko jest mi znane już od czasów PRL-u. Pamiętam, jako człek wiekowy, że wielu dziennikarzy w 1956 roku przystąpiło do zmasowanego potępiania okresu „błędów i wypaczeń”, czyli stalinizmu. Przy czym ci, potępiający dodawali, że naprawdę nie wiedzieli co się w Polsce i sowieckiej części Europy działo. Po potępieniu byłej władzy owi dziennikarze natychmiast przystępowali do wychwalania pod laickie niebiosa Władysława Gomułki. Gdy w 1970 roku Gomułka upadł, dziennikarze potępiali go bezlitośnie, widząc w Edwardzie Gierku zbawcę ludowej ojczyzny. Potem, wobec szybkich zmian na szczytach władzy potępiano i wychwalano masowo i błyskawicznie.

Z powstaniem Solidarności większość dziennikarzy potępiało hurtowo wszystkich władców od 1945 roku, wysławiając jednocześnie nadciągające nowe czasy. Po wprowadzeniu stanu wojennego nastąpiła wśród dziennikarskiej braci potężna panika i spory podział. Jedni pozostali przy swym nawyku, potępiając błędy Solidarności i chwaląc Jaruzelskiego widząc w nim nowego polskiego Mojżesza. Jednak wielu dziennikarzy pozostało przy Solidarności. Ci mieli ciężko, bo ekipa Jaruzelskiego była jednak pamiętliwa.

A za nowych czasów…. zbyt wielu dziennikarzy znowu zachowuje się jak kurki na dachu, obracając się z wiatrem historii. Zbyt wielu wypiera się służenia poprzedniej władzy, w obecnej widząc jedyne czyste źródła prawa i moralności objawionej. Niby to ludzkie, ale wstyd jest.

Nowe stopnie zawodowe dziennikarzy zmieniających poglądy

W związku z zaistniałą sytuacją, uważam za stosowne pilne wprowadzenie nowych stopni i specjalizacji zawodowych dziennikarzy. I tak zamiast dotychczasowych: felietonistów, reporterów, korespondentów, komentatorów i prezenterów mielibyśmy całkiem nowe określenia specjalizacji funkcji.

Nowe stopnie dla dziennikarzy wglądałyby tak: pomocnik maczugowego, młodszy maczugowy, starszy maczugowy, samodzielny maczugowy, kierownik zespołu operatorów maczugi, konsultant ds. sprawności maczug, itd., itp.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Czasem się i Unia przyda

 Tak uczciwie mówiąc, kiedy myślę o popieraniu jakiegokolwiek postulatu aktorów i różnych innych artystów to raczej zapalają mi się wszystkie możliwe bezpieczniki. Ale ta akurat batalia dotyczy też dziennikarzy, a i polskiej gospodarki.

Kiedy widzę sędziwego już cokolwiek Daniela Olbrychskiego, jak między banalnym moralizmem, a obrażaniem dziennikarki, apeluje do narodu, to już nawet nie chce mi się śmiać i ironizować. Żenada i kolejne poziomy dna, które przebijało w ostatnim czasie to środowisko, sprawia, że już nawet na niektóre stare role, które do niedawna uwielbiałem, nie mogę patrzeć. Środowisko uwielbiające od 35 lat odmieniać słowo tolerancja, a mające tę główną cechę, że każdy, kto choć trochę się w nim wychyla, choć trochę jest inny, albo nawet niedostatecznie głośno pieje w chórkach tworzonych przez różnych wujów i dzidzia pernik ciotki rewolucji, jest bezwzględnie tępiony. Środowisko, które nie zająknęło się ani słowem w sprawie kolejnych nadużyć tej władzy, wyrzucania tysięcy ludzi na bruk, choćby ostatniej historii naszego kolegi Huberta Bekrychta zwolnionego dyscyplinarnie z PAP ewidentnie ze względu na działalność społeczną i poglądy. Kon-sty-tuc-ja! Właśnie wolność słowa w sposób jasny gwarantuje, a nie to, jak kto przykombinuje przy obsadzaniu KRS lub Trybunału Konstytucyjnego.

A jednak w jednej sprawie aktorzy mają rację, a nawet koszmarny dziadunio pan Daniel ma rację. Aktorom i twórcom należą się tantiemy od platform streamingowych, jak psu buda. Wydawało się, że nie mają na to większych szans. A to dlatego, że kochana władza, wasza kochana władza Drodzy Twórcy, wybierałaby między interesem was, czyli kiepskich często, pożal się Boże, ale jednak obywateli własnego kraju, a interesem globalnych graczy. Wielkich operatorów z doliny krzemowej i innych podobnych miejsc. I wyobraźcie sobie, że kapitał, który one stanowią ma narodowość. I tam są politycy, którzy też chronią interesy swoich, czyli jak najbardziej eksploatacyjnego modelu działania tych przedsiębiorstw w  krajach trzecich. I teraz ambasador z tego kraju, ten który ma tak samo, jak miał jego tata, polskie nazwisko, jest taki fajny i cool, i popierał tę władzę podczas wyborów, i wszyscy mają z nim zdjęcie, no więc ten ambasador powiedziałby delikatnie naszemu premierowi, że te tantiemy to średni pomysł. Ciekawe kogo pan premier posłuchałby, pana Daniela czy pana ambasadora?

Sprawa w szerszym kontekście, który miejmy nadzieję nadejdzie, nie dotyczy tylko aktorów. Dotyczy dokumentalistów, a także w jakimś stopniu dziennikarzy. Nie miałaby szans, gdyby nie, uwaga, uwaga, tym razem pochwalę wyjątkowo Unię, faktycznie dwie dyrektywy unijne. Akurat w tym jednym przypadku cicha gospodarcza wojna Niemiec i Francji na coś się przydała. Do prawa autorskiego wprowadzane są zmiany.

Na tyle stać zresztą Unię, która nie jest w stanie wyprodukować dużego medium społecznościowego, platformy streamingowej, nawet Telegram powstawał gdzieś między Rosją, a Turcją. Na terenie Unii nie powstało nic nawet na tę miarę. Nawet aplikacja randkowa. Nic. Nawet Korea Północna, korzystając z zamknięcia kraju, stworzenia z niego swoistego intranetu wypracowała ponoć lepsze narzędzia niż jakiekolwiek z państw unijnych. Białoruś miała bardziej progresywny sektor IT, który zaczął się zadomawiać częściowo w Polsce, ale został nienawistnie potraktowany ostatnio przez polskiego premiera.

Cóż, ale nawet jak Europa zdycha z braku kreatywności to dobrze, że jakieś tam pieniądze, które zgarnęli ci bardziej kreatywni, zostaną komuś uczciwie wypłacone i trafią do polskiej gospodarki. Choć dobrze by było przede wszystkim, aby te koncerny zapłaciły wreszcie w Polsce podatki. A także, aby zrobiły to dużo solidniej niż niemieckie koncerny medialne… Ale o to raczej żaden aktor się nie upomni. Za to jakby coś, jakby ktoś chciał to przeprocedować, będzie zbiorowy protest song w obronie wolności słowa.

 

O możliwych skutkach politycznej głupoty pisze CEZARY KRYSZTOPA: Durnie

Ze wszystkich złych rzeczy jakie zrobił i zrobi Polsce Donald Tusk, bodaj najgorszą jest spodziewany zalew nielegalnych imigrantów z innych kręgów cywilizacyjnych. Zalew nieodwracalny w skutkach.

Jak bardzo ten człowiek musi gardzić Polakami, jeśli za nic ma wnioski płynące z tego co się dzieje na ulicach zachodnich miast i konsekwentnie dąży do tego żeby obrazy przemocy i upadku stały się również naszym udziałem.

Nadzwyczaj szkodliwi durnie

Według różnych sondaży, nie mam do nich jakiegoś szczególnego zaufania, ale mniej więcej takie dane potwierdziły też ostatnie wybory do Parlamentu Europejskiego, około jedna trzecia wyborców w Polsce, z niewielkim okładem, miliony przecież, to nadzwyczaj szkodliwi durnie.  W imię zrobienia na złość PiS i dla chwili satysfakcji Pana Donalda, są gotowi nie tylko odmrozić sobie uszy, ale też odmrozić je swoim dzieciom i iluś pokoleniom ich dzieci.

Jeszcze jakoś można wytłumaczyć fakt, że nie życzą sobie rozwoju własnego kraju. Jako ludzie zdominowani przez budowane w nich latami kompleksy, uważają, że nie zasługują na to, na co zasługują Niemcy czy Francuzi. Mentalnie czują się zbieraczami szparagów i nie mieści im się w głowach, że ich prezydent, prezydent Polski ma takie samo prawo rozmawiać z Chinami jak kanclerz Niemiec czy prezydent Francji. Źle im z poczuciem, że Polska mogłaby konkurować z największymi, więc bez żalu żegnają ambitne projekty infrastrukturalne. W poczuciu swojej niskiej pozycji, są gotowi bez szemrania przyjąć nawet chomąto Zielonego Ładu i zrezygnować z możliwości choćby minimalnego wpływu na władzę.

No, ale żeby nie zależało im nawet na własnym bezpieczeństwie, czy bezpieczeństwie ich żon, dzieci? Bo tak się właśnie skończy eksperyment masowej migracji, który w imię chwili łaski niemieckiego pana funduje nam Donald Tusk. Kto ma rozum i oczy ten widzi jakie skutki podobne eksperymenty przyniosły na ulicach zachodnich miast. Nie ma najmniejszego powodu by sądzić, że u nas przyniosą inne. A w dodatku Polska leży znacznie bliżej Rosji niż kraje zachodu Europy. Rosji, która czeka na naszą chwilę słabości. U nas konsekwencje mogą być jeszcze gorsze. A mimo to, osłaniając się przed rzeczywistością tarczami takimi jak oskarżenia innych o „rasizm” czy rzekoma „wyższość moralna”, są gotowi położyć głowę pod nóż. I nie jestem pewien czy to tylko taka metafora.

Strategia samobójcza

To zjawisko jest z kolei, mam wrażenie, spokrewnione z również dość masowym zjawiskiem podobnych durniów na zachodzie. Zjawiskiem występującym z różnym natężeniem, ale nie brakuje przecież przykładów pomagających imigrantom aktywistek, które zostały zgwałcone przez swoich podopiecznych. I o ile miały tyle szczęścia, że przeżyły, często zbiorowy, gwałt, to… broniły i tłumaczyły później swoich prześladowców. Nie mówiąc już o tym, że prawa do szeroko pojętego gwałtu, jeśli tylko został dokonany przez świętego imigranta, Zachód broni wręcz systemowo.

Stwierdzenie, że to strategia samobójcza jest w zasadzie truizmem, prawdziwą zagadką jest źródło tej choroby. Być może jakąś, choćby częściową odpowiedzią, jest tu słynny eksperyment Johna Calhouna, który dowiódł, że społeczność myszy, które mają się za dobrze, ulega szybko degeneracji. Być może to jakiś wirus, który atakuje mózgi co słabszych jednostek, a być może Bóg postanowił ukarać nas za grzechy, konsekwencjami wyborów kompletnych durniów. Być może naukowcy w przyszłości odkryją inne przyczyny.

A być może w przyszłości nie będzie już żadnych naukowców, ani kogokolwiek zdolnego do odkrycia czegokolwiek.

WALTER ALTERMANN: Czy jest polityk, który mógłby pogodzić skłóconą Polskę?

W piątek 21 czerwca, w programie Polsatu, europoseł Michał Szczerba powiedział: „Nie mogę już patrzeć na te nienażarte pisowskie mordy”. I co się potem stało w studio? Pozostali uczestnicy dyskusji obruszyli się a dziennikarz prowadzący rozmowę stwierdził, że tak nie wolno, ale nikt ze studia europosła nie wyrzucił.

Sprawdziłem w Internecie, że poseł Szczerba jest synem wielkiego boksera Kazimierza, dwukrotnego medalisty olimpijskiego w boksie (1976 i 1980). Pamiętam tego sportowca i wiem, że w ringu, i w życiu zachowywał się nienagannie. Zatem podejrzenia, że takie obyczaje Szczerba wyniósł z rodzinnego domu obrażałyby porządnych rodziców.

Z całą pewnością obecny polityk Platformy Obywatelskiej brutalne prostactwo przyswoił sobie w czasie swej kariery politycznej. Pojął, że trzeba być wyraźnym, żeby być zapamiętanym. A że najłatwiej zapamiętać coś ekstremalnego, zatem stał się ekstremalnym prostakiem.

Prostacy

Oczywiście Szczerba nie jest ani pierwszym, ani jedynym z masy parlamentarnych prostaków. W ogóle zalewa nas totalne chamstwo. Zalewa przestrzeń publiczną jak zalewają ulice szamba po ulewach. Z dnia na dzień, z wyborów na wybory, Polska coraz bardziej się dzieli na chamskie ugrupowania. Te różne Polski nienawidzą się wzajem, obrażają coraz bardziej brutalnie, insynuują przeciwnikom wszystko co najgorsze.

Gdyby europoseł Szczerba rzucił taki tekst w szkole, na wyższej uczelni, na ulicy czy w Internecie, mógłby stanąć przed sądem. Bo jest prawo, które zabrania używania w miejscach publicznych słów uważanych za obraźliwe. Ale Szczerba nie stanie, bo przywykliśmy już do obscenicznych wystąpień deputowanych do naszego parlamentu, a teraz także do europarlamentu.

Polska się podzieliła, i to jest to nie tylko dziwactwo dla świata, jest to podział niezwykle groźny w obliczu czekających nas wyzwań. Bo rozbity, podzielony naród nie będzie zdolny do zbiorowego, wspólnego i skutecznego działania.

Dziejowe oszustwa polityków

Idą ciężkie, oby nie tragiczne, czasy. Zbrojenia, tak konieczne w naszej sytuacji, na dziesiątki lat obciążą budżet państwa. U progu całej Europy, a nawet całego świata, czai się wielki gospodarczy kryzys. Biorąc pod uwagę, że nie jesteśmy potęgą gospodarczą, nie trudno orzec, że nie będzie łatwo i przyjemnie.

Jak w takiej sytuacji zachowują się nasi politycy? Bezrozumnie i haniebnie. Żadna z partii nie mówi społeczeństwu o realnych zagrożeniach. Żadna z partii nie mówi, że budżet nie jest czarodziejskim workiem, który sam z siebie napełnia się i uzupełnia. Nikt nie mówi, że może nie będzie nas rychło stać na giga inwestycje drogowe, kopanie kolejnych tuneli, nowe trasy kolejowe, na nowe obiekty kultury i edukacji.

Ani rządzące obecnie partie, ani obecna opozycja nie odważają się powiedzieć wprost, że zbrojenia kosztują. Że będzie kosztowało nas bardzo wiele utrzymanie dużej armii. Bo samoloty i czołgi, to nie szable, które można spokojnie powiesić na kilimku na ścianie, a w razie „wojennej potrzeby” zdjąć je i ruszyć w pole.

Ile to może kosztować?

Opozycja wytyka rządzącym, że Polaków czekają, przez nieudolność rządzących, podwyżki energii i wielu rzeczy, których wytworzenie energii wymaga. Czyli miałoby być tak, że będziemy się zbroić i jednocześnie dopłacać do energii elektrycznej i gazu? Czyli budżet państwa będzie bazował na zagranicznych pożyczkach?

I nikt jakoś nie pamięta o zadłużeniu Polski w epoce Gierka. Z tamtym długiem jakoś się udało, bo po 1990 roku wierzyciele umorzyli nam długi. I tylko dlatego, że wiedzieli iż nie doczekają się ich spłaty. Teraz ten numer nie przejdzie, bośmy już wolni i demokratyczni.

Pewien mój znajomy dziennikarz, zajmujący się głównie polityką, gdy przedstawiłem mu to, co powyżej, powiedział, że po prostu weźmiemy pożyczki w USA. Rozgrzeszam go, bo z liczeniem nigdy nie szło mu dobrze. Uderzyło mnie jednak to, że również obecny ambasador USA w Polsce Mark Brzeziński mówi właściwie to samo, gdy obrusza się na nas, że sprzęt wojskowy kupujemy w jego kraju, a elektrownie jądrowe to już chcemy kupić we Francji czy Korei Południowej.

Tę wypowiedź ambasadora przedstawiam tym z Polaków, którzy kochają USA bez najmniejszych zastrzeżeń. Można oczywiście kochać kogo chcemy, ale tak zupełnie bez widzenia cudzych interesów? Kochajmy się jak bracia, ale liczmy się jak nasi starsi bracia w wierze. Bo oni w interesach zwykle mają rację.

Wojna domowa

Na razie wojna domowa Anno Domini 2024 toczy się w Polsce na chamstwo, prezentowane bez zahamowań głównie w telewizjach. I to może nas kosztować o wiele więcej niż tylko dobry gust i normy dobrego zachowania. Zamiast dążyć do jedności społeczeństwa partie poszukują i eksponują wszystko, co może Polaków dzielić. Zachowują się tak, jakby naczelnym zadaniem polskiej polityki było zapewnienie władzy na wieki właśnie i tylko ich partii. „Po nas choćby potop” – takie jest chyba wyzwanie wszystkich, powtarzam, wszystkich partii.

I każda z naszych parlamentarnych partii zachowuje się tak, jakby to tylko ona miała złoty środek, czarodziejską różdżkę zbawienia, dobrobytu i wiekowej pomyślności narodu. I to jest nasz największy kłopot – owo dzielenie, trwania na swoich pozycjach, bez względu na zagrożenia. Czy to jest głupota? Owszem, tak. Ale może się też okazać, że to nie jedynie głupota, ale także dziejowa zbrodnia.

Czy znajdzie się nowy Witos?

Powoli konkretyzuje się istotne pytanie, czy znajdziemy na trudny czas odpowiedzialnych mężów stanu, którzy potrafiliby naród zjednoczyć, wytłumaczyć nam wszystkim i przekonać nas, że nadszedł czas poświeceń majątków i życia?

Gdy w 1920 roku, w czasie wojny polsko-rosyjskiej (1919-1921) wojska agresora były coraz bliżej linii Wisły, ówczesny parlament, i sam Józef Piłsudski poprosili Wincentego Witosa o objęcie teki premiera. I Witos się zgodził.

Witos był największym przywódcą ruchu ludowego i był dobrym politykiem. Trzykrotnie sprawował funkcję premiera (od 24 lipca 1920 do 13 września 1921, od 28 maja 1923 do 14 grudnia 1923 i od 10 maja 1926 do 14 maja 1926). To jego ostatni rząd został obalony w wyniku przewrotu majowego.

Jedną z przesłanek do powołania Witosa na urząd premiera był fakt, że chłopi nie garnęli się do armii. Ale po apelach swego przywódcy stosunek chłopów do tej wojny zmienił się. Tu trzeba też powiedzieć i to, że wskutek złej sytuacji wojennej Polski, Piłsudski złożył na ręce Witosa rezygnację z funkcji naczelnika państwa. Witos rezygnację przyjął, jednak dokument włożył do sejfu i nigdy go nie opublikował. Umiał prywatne urazy do Naczelnika także schować do sejfu.

Piłsudski w roku 1930 kazał Witosa osadzić w twierdzy brzeskiej. Lidera ludowców piłsudczycy oskarżyli o przygotowywanie zamachu stanu.

Zbawców do więzień

Piłsudski postąpił podobnie z generałem Tadeuszem Rozwadowskim, jednego z dowódców w  Bitwie Warszawskiej. Przed zamachem majowym generał Rozwadowski dowodził wojskami wiernymi rządowi. Po zamachu majowym Tadeusz Rozwadowski wraz z grupą oficerów dowodzących siłami rządowymi został aresztowany i uwięziony.

W październiku 1926 roku w orzeczeniu Wojskowy Sąd Okręgowy stwierdził, że wobec braku dowodów nie ma powodu utrzymywania aresztu śledczego nad Tadeuszem Rozwadowskim. Jednak generał Rozwadowski nie wyszedł na wolność. W prasie piłsudczykowskiej została też zorganizowana kampania atakująca generała. W obliczu nasilającej się w społeczeństwie akcji petycyjnej w obronie uwięzionych oficerów, 18 maja 1927 roku Tadeusz Rozwadowski został uwolniony. Generał podupadł na zdrowiu i zmarł w Warszawie 18 października 1928 roku.

I jeszcze jeden przykład na to, że zemsta rodzi zemstę. To fragment artykułu opublikowanego cztery lata temu autorstwa Radosława Golca na portalu Wielka Historia:

„W latach 1940-1943 setki polski oficerów i polityków zostało internowanych na szkockiej wyspie Bute – nasi rodacy szybko okrzyknęli ją Wyspą Węży. Trafiało się tam bez wyroku sądu i bez decyzji jakiegokolwiek kolegialnego ciała. Wystarczył rozkaz generała Władysława Sikorskiego” – napisano o wielkim przeciwniku Marszałka Józefa Piłsudskiego.

Jedno pytanie

Taka to bywa wdzięczność w polityce. Ale dzisiaj rzecz nie o wdzięczności. Pytanie jest proste – czy mamy w Polsce kogoś, kto stoi ponad partiami, kto potrafiłby w potrzebie być drugim Witosem? Zgłaszających kandydaturę Władysław Kosiniak-Kamysza, dzisiejszego szefa ludowców, proszę o nierozśmieszanie mnie. Bo temat jest poważny.

I to jest nasz wielki problem., bo wszyscy nasi politycy zużywają się jak tarcze hamulcowe na torze wyścigowym – w małych utarczkach, wielki akcjach wojny domowej i grubiańskich awanturach.

 

 

 

Analiza WALTERA ALETRMANNA: Nasi polscy emigranci

Zawiodę tych, którzy myślą, że podejmę wielki problem zalewających Europę fal ludzi z biednych państw świata. Zajmę się bowiem sprawą Polaków, którzy – jakże tłumnie – opuszczali przez dziesięciolecia „ukochaną ojczyznę” i osiedlali się w Zachodniej Europie, w obu Amerykach, a nawet w Afryce i Australii.

Na początek powiem, że mam wobec naszych emigrantów uczucia ambiwalentne. Lubię ich, bo to wszak rodacy, ale jednocześnie nie przepadam za nimi, bo wybrali inne ojczyzny. To nie grzech, tak bywa w wielu narodach i można by w sprawie spuścić zasłonę milczenia. Można by, gdyby nie fakt, że emigranci często odwiedzają Polskę, że odnajdują nas przez media elektroniczne i domagają się spotkań.

Z Bogiem sprawa, gdy emigrantami są członkowie dalszej rodziny, albo gdy byli – w przeszłej młodości – przyjaciółmi. Wtedy tak, spotkania mogą być urocze i pouczające. Istnieje i działa wtedy jakiś bufor bezpieczeństwa, niepisana, ale ważna zasada, że winniśmy sobie miłość, albo tylko sympatię. Bywa jednak gorzej, gdy dopada nas osoba, którą znaliśmy jedynie, na przykład, z czasów studiów.

Zasłużona profesor z USA

Piszę o tym niełatwym problemie, bo właśnie namierzyła mnie i dopadła kobieta, która 40 lat temu opuściła Polskę i przeniosła się do USA. Znałem ją z czasów wspólnych studiów, ale słabo i naprawdę nie łączyło nas bliższego. Ot, jedna z osób, którym mówimy przelotne – Cześć!

Teraz, na moje nieszczęście, ta starsza pani odnalazła mnie na Facebooku i żąda spotkania, bo „ma mi masę rzeczy do opowiedzenia”. Przy czym nie pyta, czy jestem gotów wysłuchać jej rewelacji. Na razie unikam spotkania jak mogę, ale ona nie ustępuje i wypisuje mi (tytułem zachęty) historię swego burzliwego życia, której naprawdę nie jestem ciekaw. Odpowiadam zdawkowo, że interesujące, nie wiedziałem, niemożliwe, ho, ho… I sam o sobie nie piszę nic. Ale to jej nie zraża i męczy mnie dalej.

Co komu opowiadać

Każdy z nas ma jedną fascynującą historię do opowiedzenia, a jest nią życie każdego z nas. Jeżeli ktoś ma do opowiedzenia trzy historie, to znaczy, że mógłby zostać pisarzem. Ale jedną historię w zanadrzu ma każdy!

Inna sprawa, że nie każdy potrafi opowiadać. I właśni tacy najbardziej kochają snuć opowieści. W ich wykonaniu nawet katastrofa samolotu, z której istnym cudem uratował nas, gdyśmy pikowali ku morzu, niespotykanie wielki albatros, staje się banałem. A słuchanie koszmarem.

Oczywiście czym umysł prostszy, a charakter mniej obrobiony, tym bardziej nasila się chęć opowiadania o sobie. Bez żadnej autokontroli, bez żadnego dystansu, bo dla większości z nas jesteśmy pępkiem świata, jesteśmy najważniejsi i mamy najlepsze obserwacje. Ergo, tylko przez pomyłkę nie przyznano nam jeszcze Nobla w dziedzinie literatury, bo choć nie napisaliśmy niczego, to Nobel nam się przecież należy.

Gorzej, bo gaduły z dziwną dwuznacznością lubią opowiadać intymne szczegóły ze swego życia, które z pewnością wstrząsnęłyby seksuologiem i psychiatrą. Jest w naszych bliźnich jakiś bezwstyd. Może wydaje się im, że mają do tego prawo, skoro wielu pisarzy i reżyserów zrobiło na tym „auto-bezwstydzie” duże kariery? Ale artystom wolno, choć czasem jest to przykre w czytaniu i oglądaniu.

Pochwalić się chcą

Podstawową rzeczą, która cechuje naszych emigrantów, to chęć udowodnienia nam, tym, co zostali między Bugiem a Odrą, że opłacało się wyjechać, że dużo osiągnęli, że zwiedzili cały świat, że co prawda mają za sobą po kilka rozwodów, że z dziećmi nie mają żadnego kontaktu… ale warto było, naprawdę warto!

Emigranci oczekują też naszego płaczu, że my tutaj niczego nie osiągnęliśmy, że trzeba było wyjechać, jak oni. Nasze małżeństwa i nasze dzieci, choć wszyscy żyjemy po bożemu, nasze zawodowe osiągnięcia są dla emigrantów mało warte, tak samo jak nasze domy, samochody i naukowe tytuły. Oczywiście trochę nas chwalą, ale jakoś tak z wyższością, z poklepywaniem po ramieniu i współczującymi westchnieniami.

Z emigrantami jest odwrotnie niż z dziewczynami, w których się za młodu podkochiwaliśmy. Jeżeli było to szczere uczucie, to po latach chętnie się z taką panią widzimy, a rozmowa nie nastręcza żadnych kłopotów. Ale też żyliśmy w tym samym kraju, wiemy co było i jak było. Jeżeli nawet dzielą nas poglądy polityczne, to przecież nie na tyle, żeby zrywać rozmowę, trzaskać drzwiami i wychodzić z kawiarni. Nie jesteśmy w końcu posłami.

Biedni ci nasi emigranci

Oczywiście znacznej większości Polaków poza granicami kraju nie powiodło się. A chlubne wyjątki jedynie potwierdzają regułę, bo te wyjątki są naprawdę nieliczne. Tak jak w kraju nikt nie pieje z zachwytu, że jakiś Polak z Bydgoszczy został profesorem, ale gdy spotka profesura Polaka – emigranta, to gazety o tym piszą jak o nowej komecie.

Czyli jest tak, że życie większości emigrantów jest ciężkie i bez większych perspektyw. Bo inny język, inna kultura, bo obcość środowiskowa. Dlatego współczuję emigrantom. Tym z Polski i tym, którzy do Polski napływają. Czeka ich los trudny, bardzo trudny i bez współczucia.

Nikt tutaj z głodu nie pomarłNieobecna 

Bardzo pięknie w krótkiej scenie ujął to Jacek Bromski, scenarzysta i reżyser tetralogii filmowej czyli U Pana Boga…

W trzeciej części, czyli w „U Pana Boga za miedzą”, po 25 latach emigracji wraca do Polski, do swojej wsi Staś Niemotko „Amerykan”. Tę postać zagrał Grzegorz Heromiński. Okazuje się, że jego rodzinny dom popadł w kompletną ruinę. Bohater siada na szczątkach domu i nie wie co robić. Wtedy nadjeżdża na rowerze ksiądz Antoni, proboszcz w Królowym Moście, grany przez Krzysztofa Dziermę. Proboszcz pociesza załamanego emigranta, oferuje mu pomoc, a odjeżdżając mówi:

I warto to było stąd uciekać? Tutaj jakoś nikt z głodu nie pomarł…

 

WALTER ALTERMANN: A kota swego jak siebie samego, czyli definicje moralności

Czym jest moralność? Wyczerpującą odpowiedź znajdziemy w Starym i Nowym Testamencie. Nie chcę tutaj szerzyć zasad wiary, bo są do tego ludzie prawdziwie powołani. Warto jednak, choćby się było ateistą, sięgnąć do Pisma, bo i po co wyważać drzwi, skoro są już otwarte przez innych.

W Nowym Testamencie aż trzykrotnie jest mowa o dwu najważniejszych przykazaniach. W Ewangelii Świętego Mateusza znajdziemy taki ustęp: „Zbliżył się także jeden z uczonych w Piśmie, który im się przysłuchiwał, gdy rozprawiali ze sobą. Widząc, że Jezus dobrze im odpowiedział zapytał Go: Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań? Jezus odpowiedział: Pierwsze jest: Słuchaj Izraelu, Pan Bóg nasz, Pan jest jedyny. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. Drugie jest to: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Nie ma innego przykazania większego od tych”.

Podobne wydarzenie ma miejsce w Ewangelii Świętego Marka oraz w Ewangelii Łukasza. Oba przykazania zacytowane przez Jezusa pochodzą z Pięcioksięgu, w przypadku Ewangelii Mateusza niemal dosłownie cytując tekst Septuaginty. Źródłem przykazania miłości Boga jest fragment Księgi Powtórzonego Prawa będący częścią Szema, codziennego wyznania wiary Żydów.

Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił. Z kolei źródłem przykazania miłości bliźniego był fragment Księgi Kapłańskiej zwany Kodeksem Świętości: Nie będziesz szukał pomsty, nie będziesz żywił urazy do synów twego ludu, ale będziesz miłował bliźniego jak siebie samego. Jezus połączył oba przykazania.

A kota swego jak siebie samego

Zauważam narastające z roku na rok zainteresowanie losem zwierząt. Trudny, a niekiedy tragiczny, los kotów psów, koni porusza serca internautów. Aktywiści opieki nad zwierzętami organizują zbiórki na rzecz ratowania koni skazanych na rzeź i pokazują zdjęcia smutnych zwierząt. Oczywiście nie zaprzeczam, że los domowych zwierząt, które trafiły w ręce nieodpowiednich ludzi jest smutny. I popieram działania wolontariuszy, którzy sami z siebie sprawdzają w jakich warunkach żyją koty, psy, kozy, owce a nawet konie.

Zdaje mi się jednak, że ludzie tym bardziej kochają zwierzęta im mniej kochają ludzi. Czym bardziej wchodzą w górę po drabinie współczucia dla zwierząt, tym bardziej schodzą z drabiny współczucia i miłości bliźniego.

Może też ludzie stają coraz bardziej obojętni na biedę i cierpienie bliźnich, bo to nakazuje im opacznie rozumiany współczesny darwinistyczny kapitalizm? Według niego biedni są gorsi i sami sobie zgotowali taki los, a może nawet są przez los predysponowani do tej „gorszości”? Jakie by nie były przyczyny, obojętnienie jest faktem. A to budzi niepokój losem osób dotkniętych kłopotami i odrazę wobec obojętnych.

Roszczeniowi starcy

Jadę tramwajem, który – jak to tramwaj – zatrzymuje się na przystanku. Przede mną dwie młode dziewczyny, jedna siedzi, druga stoi obok siedzącej koleżanki. I naraz słyszę jak starsza pani, grzecznie, zwraca uwagę pannicy z kolczykiem w nosie, żeby cofnęła się, bo blokuje jej dojście do drzwi. Na co dziewczyna mówi:

– Jakoś się pani przecież przeciśnie.

Ale jednak cofa się i starsza pani może wyjść. A gdy starsza pani wyszła, panny wybuchają radosnym śmiechem. Nie wytrzymałem i pytam:

– I to panie tak śmieszy?

Dziewczyny milkną, ale odzywa się siedzący za mną rosły byczek, koło trzydziestki:

– Przecież jest szerokie wyjście, mogła sobie podejść.

– Nie zauważył pan, że ta pani ma kłopoty z poruszaniem się. Niech pan popatrzy jak ona idzie chodnikiem… – mówię do byczka.

– A tam, starsi ludzie są bardzo roszczeniowi – odpowiada byczek. A obie panny z uznaniem potakują mu głowami.

Niby drobiazg, ale ci młodzi mają przecież rodziców, dziadków… Martwię się o los ich rodzin, gdy rodzicom i dziadkom przyjdzie się zestarzeć.

Wszystko jest pożyczane – mawiał mój ojciec. – I za to jak ty traktujesz rodziców, odpłacą ci własne dzieci. Zatem istnieje zła sztafeta pokoleń i ci młodzi z tramwaju nie są winni, winni są ich rodzice.

Domy dziecka bez kontroli

„Przekleństwa, agresja, ciągłe krzyki — taka rzeczywistość przez lata dotykała wychowanków i pracowników placówek Dzieła Pomocy Dzieciom w Krakowie i wsi Żmiąca”. To tekst z portalu Wirtualna Polska, który dotarł do nudzących grozę relacji wychowanków i byłych pracowników tego domu opieki.

Karolina została zabrana do ośrodka, gdy miała jedenaście lat. Jej matka wyjechała za granicę, a ojciec był alkoholikiem. Mimo trudnych warunków w domu dziś Karolina mówi, że wolałaby tam wrócić, niż przeżywać to, co doświadczyła w ośrodku.

Dzieło Pomocy Dzieciom prowadzi cztery placówki opiekuńczo-wychowawcze: dwie w Krakowie i dwie we wsi Żmiąca. Dyrektorem placówek jest Jan Made i kieruje nim wspólnie z żoną Katarzyną. Katarzyna Mader, według byłych pracowników i wychowanków, jest najważniejsza w ośrodku. Jej zachowanie, jak twierdzą, nie ma nic wspólnego z troską o dobro dzieci.

Karolina opowiedziała, że na początku wszyscy byli dla niej mili, ale potem zaczęły się krzyki i poniżanie. „Często słyszałam, że nic ze mnie nie wyrośnie, że skończę jak matka. Młoda kobieta mówi dziś, że choć w rodzinnym domu nie miała co jeść, wolałabym dalej chodzić brudna i głodna, niż przeżywać to, co spotkało ją w ośrodku”.

Nie pyskujcie mi, gówniarze wredne!”, „No co, świętoszku głupi?!” — tak zwracała się do dzieci dyrektorka ośrodka adopcyjnego Katarzyna Mader. Jej słowa słychać na nagraniach, do których dotarła Wirtualna Polska i które przedstawiła dyrektorce materiał dowodowy.

Staramy się, żeby dzieci odzyskiwały poczucie własnej wartości i wyrastały na dobrych i wartościowych ludzi – usłyszeli od niej dziennikarze w odpowiedzi. Katarzyna Mader uważa, że jej słowa zostały wyrwane z kontekstu. Przyznaje, że używała słów „świętoszku” i „głupi”, ale zaprzecza, żeby kiedykolwiek nazywała dzieci „wrednymi gówniarzami”.

A co na to Instytucje Państwa?

„Młodzi ludzie i była kadra mówią o zachowaniach nie tylko nieakceptowalnych, ale wręcz niedopuszczalnych. Wskazują na różne formy przemocy, w tym poniżania wychowanków. Ta sytuacja wymaga natychmiastowego działania instytucji państwa. Konieczna jest kompleksowa kontrola Rzecznika Praw Dziecka i właściwego departamentu wojewody” – stwierdza Marek Michalak, Rzecznik Praw Dziecka w latach 2008-2018 oraz Honorowy Przewodniczący Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Rodzinnego przy Ministrze Sprawiedliwości.

Nie sądzę, żeby pan Michalak miał rację. Kontrole w takich placówkach powinny być częste i na co dzień. A nie wtedy, gdy ktoś ujawni o nich prawdę. Przecież pamiętamy niedawną sytuację w rodzinnym domu dziecka na Pomorzu, gdzie dzieci były wręcz katowane, gdzie kilkoro wychowanków zmarło.

Państwo, w imieniu społeczeństwa, oddaje opuszczone dzieci domom dziecka, rodzinom zastępczym i zapomina o kłopocie. A kłopot dopiero się zaczyna, bo personel tych placówek, czy nawet rodzice zastępczy, bywają różni, czyli bywają też źli, nieodpowiedzialni, niegotowi na właściwą opieką nad dzieckiem. Przy niedowładzie państwa mamy taki skutek, że te maltretowane psychicznie, a i fizycznie, dzieci wejdą w dorosłe życie z groźnymi urazami. I potem część z nich może chcieć na społeczeństwie odreagować swój dziecięcy ból.

Osobnym problemem jest to ile państwo oraz gminy płacą wychowawcom domów dziecka i pracownikom socjalnym. Przy tak marnych, wręcz minimalnych ustawowo zarobkach, trudno jest znaleźć ludzi do tak trudnej i odpowiedzialnej pracy. Nie ma tam ludzi wykształconych kierunkowo, przygotowanych do podjęcia się obowiązków opieki nad innym człowiekiem.

Ludzie to nie kotki czy pieski, nie wystarczą im ciepłe legowiska, miska z wodą i jedzeniem oraz pogłaskanie pupila po głowie.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Niemieckie wysypisko na terenach polskich

Nie od dziś wiadomo, że Niemcy traktują Polskę jak wielkie wysypisko. Zresztą, historia naszych kontaktów z zachodnimi sąsiadami generalnie nie nastraja do nadmiernej sympatii. A jednak fakt, że ludzi traktują tak samo jak śmieci, mimo wszystko szokuje.

Na nielegalnych wysypiskach w Polsce leżą co najmniej dziesiątki tysięcy ton nielegalnie wwiezionych do Polski śmieci. Jeszcze za rządów PiS usiłowano coś z tym zrobić. Teraz, umówmy się, determinacja w tym zakresie mocno spadła. Gdzieś tam jeszcze ktoś bąka o jakichś formalnościach, ale o przypadkach zabrania niemieckich śmieci z Polski do Niemiec, poprawcie mnie jeśli się mylę, jakoś nie słyszałem.

Wysypisko

Nasi wielcy „przyjaciele” i „sojusznicy” traktują Polskę jak wielkie niemieckie wysypisko. Zainstalowali nam w charakterze premiera niemieckojęzycznego kierownika wysypiska i realizując ideę Lebensraum, usiłują „uszczęśliwić” nas nie tylko toksycznymi odpadami, ale również skutkami swoich błędnych i agresywnie realizowanych polityk.

I tak na przykład Niemcy umyślili sobie, że zmuszą cały świat do klimatycznej transformacji, na której technologie będą mieli monopol. Niestety świat nie tylko nie potraktował poważnie tej niemieckiej ambicji, ale co gorsza, Chińczycy powiedzieli – chcecie tego klimatycznego badziewia? Ależ nie ma sprawy, produkujemy nawet flagi Wolnego Tybetu, więc wyprodukujemy wam również to klimatyczne badziewie – I tak Niemcy zostali z klimatycznym badziewiem jak Himilsbach z angielskim. Ale od czego kierownik niemieckiego wysypiska na terenach polskich! Się da Polaczkom do uchwalenia taką ustawę żeby w Polsce weszło więcej wiatraków i Polaczki kupią. Ostatecznie da im się parę miliardów z KPO, które sami sobie sfinansowali, żeby mieli za co.

Albo Niemcy nie mają co zrobić ze starymi samochodami elektrycznymi? Wiecie jak ten badziew się trudno utylizuje? No niewiele ma to wspólnego z ekologią. No, ale od czego kierownik niemieckiego wysypiska na terenach polskich! Się da Polaczkom jakąś dopłatę z ich własnych podatków, to kupią od Niemca żeby nie musiał się martwić.

Z czym to się kojarzy?

Jednak bodaj najbardziej efektywne niemieckie wysypisko na terenach polskich wydaje się być w zakresie utylizacji skutków niemieckiej polityki Herzlich Willkommen. Zresztą, od początku miało być tak, ze Niemcy biorą tych „lepszych” imigrantów, a reszta trafia do krajów podległych Niemcom w ramach Unii Europejskiej Narodu Niemieckiego. Wtedy nie wyszło. Trzeba było wylać hektolitry pomyj na tych, którzy nie chcieli ponosić konsekwencji niemieckich marzeń. A ostatecznie i tak, dzięki kierownikowi niemieckiego wysypiska na terenach polskich, migranci którymi niemiecki pan już się znudził, trafią do Polski.

I tylko ta straszna analogia. Niemcy traktujący ludzi dokładnie tak samo jak śmieci (według relacji samych imigrantów, niemiecka Straż Graniczna traktuje ich tak jak niemieckie media kłamały na temat polskiej Straży Granicznej, niezwykle brutalnie). No z czym mi się to kojarzy, z czym mi się to kojarzy?!

WALTER ALTERMANN: Bez most przez copki

Konferencja prasowa wicepremiera i ministra obrony narodowej Władysława Kosiniaka- Kamysza, 11 06 2024 roku. Najpierw zabrał głos generał Wiesław Kukuła Szef Sztabu Generalnego WP, który m.in. powiedział: „Jeszcze raz to powiem, żeby to wyraźnie przebrzmiało…”

Rzecz w tym, że to co już przebrzmiało jest w języku polskim nieistotne, mało ważne, a generałowi chodziło o wybrzmienie. Niby podobnie, ale różnica jest naprawdę istotna.  Ale nie czepiam się generała, bo bardziej poruszył mnie jego przełożony, czyli pan Kosiniak-Kamysz.

Wicepremier Kosiniak – Kamysz dał kolejny powód do poważnej zadumy, bo powiedział tak: „Zwiększamy produkcję amunicji szczeleckiej”. Gdybyż to jeszcze powiedział: „szceleckiej” mielibyśmy klasyczne, gwarowe mazurzenie. I nie moglibyśmy się czepiać, bo przecież gwary należy szanować, tym bardziej u szefa partii ludowej. A tak mamy jedynie coś na podobieństwo klasycznego ludowego powiedzenia: „Sedł bez most, przez copki”.

Po wystąpieniach ministra i generała dziennikarze zaczęli pytać, jak zawsze o sprawy poboczne, zupełnie nie wiążące się z obronnością. Pytali o sprawy czysto polityczne, parlamentarne i rządowe. Wtedy wicepremier zauważył: „Proszę jednak o pytania z zakresu merytoryki”. Ponieważ jednak  dziennikarze nadal drążyli politykę, to wicepremier pożegnał generała, nie chcąc go mieszać w sprawy walk między partiami.

Otwierając niejako dziennikarską część konferencji Kosiniak-Kamysz zaznaczył: „Tego napastnika, który zaatakował żołnierza złapiemy i doprowadzimy do sprawiedliwości”. I tu mamy już ludową klasykę, bo lud nasz z trudem rozróżnia prawo od sądu, a sąd od sprawiedliwości.

I jeszcze ta merytoryka wicepremiera… To jest nowe słówko slangowe, typowy skrótowiec. Bo  naprawdę lepiej powiedzieć sprawy merytoryczne. Jest dłużej, ale po polsku.

Naprawdę od wicepremiera musimy wymagać więcej. Bo skoro przed laty Donald Tusk nauczył się angielskiego, jak wcześniej obiecał, to chyba Kosiniak-Kamysz mógłby się nauczyć polskiego. Nie jest to język tak trudny, jak mówią niektórzy Polacy.

Premedytacja czy rozmyślność

Trwa Liga Narodów w siatkówce. Nasi sprawozdawcy są na posterunku i dają o sobie znać.

„Z premedytacją zagrała piłkę na trzeci metr” – mówi dziennikarz od siatkówki.

Nie wiedzieć czemu nie powiedział, że nasza zawodniczka zagrała rozmyślnie, specjalnie, celowo. Dziennikarz zna obce słowa i musi ich używać, żeby nikt sobie nie pomyślał, że jest jedynie prostym dziennikarzem. Ale ów dziennikarz nie wie, że premedytacja ma w naszym języku konotacje wyłącznie negatywne.

premedytacją może działać złodziej, oszust i morderca. Premedytacja w takich przypadkach oznacza bezwzględność działań, szkodliwą przebiegłość i duże nasilenie złej woli. A przecież siatkarka nie grała podle. Ona grała tak, żeby do piłki nie doszły przeciwniczki. Bez żadnej podłości.

Kto się pod kogo podszywa

Popularny w województwie łódzkim dziennik „Express Ilustrowany” na pierwszej stronie wydania z 14 czerwca br. ostrzega: „Bezczelni oszuści podszywają się za policjantów”.

Wobec takich zdań opadają ręce i przechodzi ochota do czytania w ogóle. Kolejny raz ktoś nie rozumie co znaczy stały zwrot językowy, jak zbudowana jest niezmienna fraza języka. A zwrot „podszywać się pod kogoś” jest bardzo obrazowy i wziął się stąd, że pod płaszczem, chłopską sukmaną lub pańską delią skrywała się inna osoba. Tak jakby ktoś pod spodem znaczącego okrycia przyszył inne ubranie. I tym sposobem udawał kogoś innego, niż w rzeczywistości jest.

Zatem – oszuści „podszywają się pod policjantów”. Albo „podają się za policjantów”. Nie ma możliwości łączenia tych dwu stałych zwrotów. Nie ma też możliwości wprowadzania w takie powiedzenia jakichkolwiek zmian. Nie ma potrzeby, bo one są stałe, niezmienne, są constans. To tak jak z narodowym herbem – niczego orłu nie wolno domalowywać, łączyć go z innym ptakiem, ani niczego zabierać. Ma być, jaki jest.

W dawnych czasach w każdej redakcji pracowały korektorki. To one nie tylko poprawiały proste błędy gramatyczne, ale też pilnowały stylu i tego, żeby młodzi dziennikarze nie grzebali samorzutnie w języku, bez jego dobrej znajomości. Tak było, i to powinno wrócić. Ja wiem, że etat korektorki kosztuje a wydawnictwo chcą na wszystkim oszczędzać. Ale na rozumie oszczędzać nie wolno. Bo w innym wypadku: „Nadal ktoś będzie się podszywał za dziennikarza”.

Górale i ich fasiągi

Z nastaniem sezonu media zaczęły znowu pisać o torturowaniu koni, ciągnących góralskie fasiągi. Problem jest poważny, ale na początek wyjaśnijmy czym są owe fasiągi.

Otóż fasiąg to gwarowa nazwa wasągu, czyli konnego wozu przeznaczonego do transportu ludzi. Określenie pochodzi od niemieckiego Fassung. Klasyczny wasąg ma nadwozie drabinkowe oparte bezpośrednio na osiach, z wyplatanymi bokami z wikliny lub z desek, korzeni jałowca, sznurka czy słomy. Czasem przykryty jest budą na pałąkach. Wasągi używano w Polsce od XIX wieku do lat 70. XX wieku jako pojazd bagażowy i podróżny.

Komercyjne zastosowanie pojazdu jako środka transportu zbiorowego w górskie okolice rozpoczęło się już w połowie XIX wieku, kiedy to górale zaczęli przewozić nimi „ponów” z Krakowa pod Giewont. Taka podróż zajmowała wówczas dwa, trzy dni. Po otwarciu linii kolejowej do Chabówki w 1884 r., podróż konnym zaprzęgiem skróciła się do jednego dnia, gdyż od tego momentu letnicy zwykle przesiadali się na fasiąg dopiero w Chabówce. Kres podróżom konnymi zaprzęgami pod Tatry przyniosło przedłużenie linii kolejowej z Chabówki do Zakopanego w 1899 r. Od tej pory pojazdy służą głównie do wożenia turystów na miejscowych trasach.

Dzisiaj fasiągi znane są głównie jako pojazdy, którymi wożeni są turyści na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego drogą Balzera ,na odcinku Palenica Białczańska – Włosienica.

Górale i ich konie

Problem wożenia turystów konnymi zaprzęgami do Morskiego Oka jest stary i nadal nie rozwiązany. Konie padają ze zmęczenia, dosłownie konają na drodze a górale traktują je jakby były psującymi się maszynami. Co i rusz kolejne władze rządowe obiecują problem załatwić, ale nie załatwiają, bo są jakieś kolejne wybory i trzeba góralskiego poparcia. A władze lokalne po prostu milczą, bo podhalańscy górale są z sobą mocno skoligaceni, no i te ciągłe wybory samorządowe.

Z góralami, gdy idzie o pieniądze trudno się rozmawia. W reszcie Polski traktowani są jako grupa  „kultowa” i folklorystyczna. Wszyscy ich kochają za tańce, śpiew, muzykę i ludowe stroje. Ale to tylko jedna strona medalu. Z drugiej strony górale to lud przez wieki żyjący w okrutnej nędzy. Jeszcze sto lat temu wręcz przysłowiowa była „nędza podhalańska”. A to jest pamięć pradziadków, dziadków i rodziców. Uciekając od tej nędzy wyjeżdżali masowo za granicę, głównie do USA. Z lęku przed powrotem nędzy są bezwzględni, wręcz okrutni w zarabianiu i gromadzeniu pieniędzy. I dlatego też wozacy do Morskiego Oka nie odpuszczą, bo w sezonie zarabiają prawie 2 000 zł dziennie.

I tak to wygląda bez kolorowania. Czy postawa górali wobec ich zwierząt kiedyś się zmieni? Pewnie tak, ale to potrwa jeszcze przez dziesięciolecia. I to pod warunkiem, że władze im nie odpuszczą.

 

 

 

MIECZYSŁAW KUŹMICKI: Budujemy mosty… z dziurą (po Wehrmachcie)

„Mosty muzyczne” – pod takim szczytnym hasłem krótkie tournee artystyczne w Polsce (Łódź, Wrocław) odbyła orkiestra symfoniczna z niemieckiego miasta Chemnitz. Koncert w Filharmonii Łódzkiej (11 czerwca) był w szczególny sposób dedykowany naszemu miastu, które od dokładnie półwiecza jest miastem partnerskim Chemnitz. Choć wtedy, kiedy partnerstwo się rodziło, nazywało się Karl-Marx-Stadt (tak w latach 1953–1990) i znajdowało się w nieistniejącym już państwie – Niemieckiej Republice Demokratycznej.

Przypominam trochę historii, bo tak jakoś się układa, że niezależnie od sztuki, jak najlepszych chęci i intencji, przeszłość, choćby nie wiem jak przykryta, wylezie. Nawiasem mówiąc dziś Filharmonia Łódzka im. Artura Rubinsteina formalnie nie jest instytucją samorządu miejskiego, więc oczywiście nie tylko prezydent miasta, ale nikt z prominentnych miejskich urzędników wydarzenia obecnością swą nie zaszczycił, spuszczając ten splendor na personę w randze wicedyrektora wydziału urzędu miasta. W ten sposób sami sobie strzelili w stopę, a przede wszystkim stracili szansę wysłuchania jednego z najlepszych koncertów. Choć wątpię, czy dla kogoś z tego akurat kręgu ma to znaczenie.

Muzycy Robert-Schumann-Philharmonie, założonej w 1833 roku, zaprezentowali się bowiem znakomicie. Specjalnie dla łódzkiej publiczności przypomnieli dwie kompozycje twórców łódzkich, o których miasto pamięta i którymi się szczyci. Wykonano więc Uwerturę na orkiestrę symfoniczną Grażyny Bacewicz a także Symfonię nr 3 (Symfonię koncertującą) Aleksandra Tansmana. Clou programu stanowiła V Symfonia Antona Brucknera. Wielką orkiestrą, z którą wystąpił także (w utworze Tansmama) Faure Quartett, dyrygował młody, energiczny, pewny siebie, po prostu w całości oddany muzyce, Elias Grandy. Koncert był wydarzeniem nie tylko dlatego, że niezbyt często gościmy, w Łodzi zwłaszcza, tej klasy muzyków, ale też z uwagi na zaprezentowany repertuar przypominający nam naszych twórców, których do swojego repertuaru włączyli niemieccy muzycy.

I wszystko naprawdę pięknie, by nie rzec wspaniale wyglądało i brzmiało, co najwazniejsze, gdyby nie pewien szczególik, w dodatku bez wpływu na jakość koncertu. Ale skoro się pojawił, to teraz o tym, co mnie zbulwersowało. Niemieccy goście przygotowali nie tylko wspaniały repertuar, ale też wydrukowali program opisujący dokładnie i ze szczegółami wykonywane utworzy oraz ich twórców.

Program starannie opracowany dwujęzyczny polsko-niemiecki bez błędów językowych w polskiej wersji (co czasami się zdarza, mimo najlepszych chęci). I w tym programie w życiorysie Grażyny Bacewicz, napisano: „Jednym z najpopularniejszych i najbardziej porywających utworów Bacewicz jest krótka, trwająca  niecałe sześć minut uwertura, którą napisała w 1943 roku, gdy Polska była jeszcze pod okupacją niemieckiego Wehrmachtu.” Specjalnie podkreśliłem ów fragment, bo nie mogę wyjść z podziwu, co jeszcze można napisać będąc Niemcem o niemieckiej okupacji Polski. Słyszałem już, najczęściej zresztą, o wstrętnych nazistach, co najechali, podbili i okupowali nasz kraj. O zbrodniczej Trzeciej Rzeszy. Ale Wehrmacht jako okupant? W 1943 roku trwały przecież uporczywe boje na wschodzie między Rzeszą a ZSRR – kto więc je prowadził, jeśli Wehrmacht zajęty był okupowaniem Polski?

Cóż, pastwienie się nad ignorancją? czy złą wolą?  a może dobrą, bo jednak wspomniano o „niemieckim Wehrmachcie” do niczego nie prowadzi. Po prostu zwracam uwagę na jeszcze jedną odsłonę czy raczej próbę odsunięcia od Niemiec, a przede wszystkim od niemieckiego społeczeństwa, jakiejkolwiek odpowiedzialności za przeszłość. Była okupacja Polski? No była, ale odpowiada za nią nieistniejąca już formacja wojskowa, więc ewentualne żale (a zwłaszcza żądania odszkodowań) kierujcie gdzieś tam w przeszłość. Nawet nie na Berdyczów, bo tam jednak listy dochodziły. Ale to zupełnie inna przeszłość.