W służbie mowy ojczystej jak zawsze WALTER ALTERMANN: Słabowanie języka

Starsi ludzie ze wsi, jeszcze pół wieku temu mawiali o kimś chorym, że słabuje. Znaczyło to, że taki ktoś marnieje w oczach, jest chory, choć nie wiadomo na co. Dość, że osobnika słabującego opuszczały siły. Mam wrażenie, że tak jest teraz z naszym językiem – wyraźnie słabuje.

 A język, będący głównym narzędziem komunikacji międzyludzkiej, powinien mieć siłę do tworzenia nowych pojęć, nie pomijając przy tym tradycji i własnej kultury językowej. Niestety nowe narzędzia, dzięki którym powinno nam być łatwiej porozumiewać się, osłabiają go.

Tymi zabójczymi dla języka mediami są telewizja oraz Internet. Powie ktoś, że to wielkie osiągnięcia współczesnej cywilizacji. Teoretycznie można by taki pogląd przyjąć, ale rzeczywistość jest jednak smutna.

Morderczyni języka, czyli telewizja

Tu zauważę, że telewizje od kilkudziesięciu lat wzięły kurs „na młodych i niewykształconych”. I taki jest trend na całym świecie, bo dzisiejsi młodzi i prości mają ogromne pieniądze do wydania, a telewizje żyją przecież z reklam najróżniejszych produktów – od podróży, poprzez odzież, jedzenie, urządzenia techniczne, aż po muzykę. Zatem reklamodawcy oczekują „telewizji przyjaznej, prostej i dla ludzi”, żeby ich klient ją akceptował. Tak jak ma akceptować i kupować oferowane mu produkty. Ta tożsamość produktu i osób „z okienka” jest dziwna, ale zasadnicza i tak właśnie jest.

Klient nasz pan – zatem język, wyobraźnia, kultura i rozumienie świata mają być zrozumiałe dla każdego, czyli do bólu uproszczone. W tym celu coraz częściej stacje telewizyjne wpuszczają na ekrany, dopuszczają do głosu bardzo młodych dziennikarzy – ładne dziewczyny i przystojnych młodzieńców. Właściciele stacji dobrze wiedzą, że poziom doświadczenia życiowego tych młodych pracowników jest żaden, język marny a intelekt na dorobku, ale o to właśnie chodzi, żeby nikt się nie wymądrzał, żeby był przeciętny, jak grupa docelowa wyznaczona przez reklamodawców.

Młodzi dziennikarze mylą fakty, ale są dynamiczni i pewni siebie – właśnie tak jak biura podróży oferujące „niebywałą podróż w nieznane”. Podziwiam zresztą tych młodych dziennikarzy, są tak pewni siebie, że aż śmieszni. Ja bym się bał samego siebie, na ich miejscu będąc. Ale większości rodaków to się podoba. Bo typowi widzowie telewizyjni chcą od telewizji rozrywki i radosnej akceptacji świata, jakim on jest. I pewności młodych dziennikarzy, czyli tupetu i arogancji.

Internet –  jazgot świata

Internet z kolei jest narzędziem z pozoru demokratycznym, bo każdy przecież może zabrać głos i powiedzieć co go boli, a co cieszy. Ale to pułapka, bo gdy miliardy zabierają głos, to głos każdego z nas ginie w tym szumie i burzy informacyjnej.

W dawnych starych czasach można było się zorientować kto jest mędrcem, a kto patentowanym idiotą. Byli gazetowi dziennikarze, których czytało się z uwagą, bo naprawdę mieli coś ważnego do powiedzenia. Innych się pomijało. Ale też tytułów gazet nie było za wiele. A dzisiaj każdy może w pięć minut otworzyć sobie własnego bloga i wypisywać co chce. I internetowe gazety mnożą się w postępie geometrycznym.

Pojawili się też influencerzy, których zadaniem jest robić zadymę i mózgową wirówkę nonsensów. Ale przecież ktoś ich czyta, ktoś ich słucha. Ktoś jest przez nich kształtowany… Można nawet powiedzieć, że teza na naszych oczach upada teza starego Marksa, który głosił że ilość będzie przechodziła w jakość. Jest dokładnie odwrotnie.

Czy każdy powinien mieć głos?

Oczywiście takie pytanie jest czystą prowokacją, bo prawo do głosu jest podstawą dzisiejszej demokracji. Niestety, ta gadająca demokracja ma i taki skutek, że dochodzi do niebezpiecznej redukcji treści, ale nawet myślący człowiek musi w końcu opowiedzieć się po stronie tych, którzy mają zdanie podobne do jego zdania. Tracąc tym samym możliwość poważnej analizy wielu innych głosów.

Tym samym wracamy do początku i mając milionowe, miliardowe zdania, skazani jesteśmy jedynie na kilka zdań, kilka opinii i poglądów. Czyli – jest Internet, a jakoby go wcale nie było.

Dlaczego język słabuje?

Obecna słabość języka wynika nie tylko z tego, co napisałem powyżej. Rzecz bowiem w tym, że masowa informacja trafia do ludzkiej masy nieprzygotowanej do precyzyjnego formułowania myśli, do zakuwania ich w zdania. Inaczej mówiąc – nieprzygotowanej do myślenia.

Jest wśród nas mnóstwo paplających dziwaków, psycholi ogarniętych manią wielkości, psychopatów nienawidzących innych. Żeby stać się „tym innym” wystarczy wypowiedzieć publicznie kilka zdań, które są inne, niż panujące i nie przypadną do gustu psychopatom. Takie są skutki globalnej wioski i Internetu. Teraz każdy może objawiać swoją nienawiść i wszystko co mu tam po głowie łazi.

Nadzieja dla języka

Na szczęście ta medialna wolność ma też i tę właściwość, że czym więcej ludzie publikują, tym bardziej to co głoszą staje się nieistotne i błahe. Może w tym jest ratunek? W tym chaosie językowym, w owym nadmiarze informacji nieważnych i mątliwych jest jednak nadzieja. Otóż, przypuszczam, że istnieje jakaś krytyczna masa informacji, po przekroczeniu której ludzkość otrzeźwieje i przestanie pisać i gadać publicznie, przestanie też przejmować się owym nadmiarem informacji płynących bez przerwy z telewizorów i Internetu. Nastąpi wtedy ogromna inflacja słowa publicznego i do poprzednich wartości wróci milczenie, rozsądek i spokojne rozważanie informacji.

Choć, może być i tak, że niebawem naszą planetę będą zamieszkiwały całkowicie odmóżdżone istoty, sterowane przez media. Na rozkaz będą chodziły do pracy, na rozkaz płynący z mediów będą dokonywały istotnych wyborów: gdzie jechać na wakacje, na kogo głosować, kiedy wychodzić na spacer, a kiedy siedzieć w domu, kiedy dokonywać zbliżeń seksualnych w małżeństwie, co uznawać za piękne, a co za brzydkie. Niestety może być i tak, bo większość ludzi ma skłonność do bycia niewolnikami, wtedy tacy ludzie czują bezpieczni, czyli (ich zdaniem) prawdziwie wolni.

Rozmawiać w domu

Na zakończenie tych rozważań jedna ważna informacja. Ostatnie badania naukowe w Szwecji dowiodły, że dzieci z rodzin „gadatliwych” są bardziej inteligentne. Jeżeli rodzice dużo rozmawiają, to potomstwo szybko opanowuje większy zasób słów, jest bardziej otwarte na innych i łatwiej też komunikuje się ze światem. Zatem, mniej telewizji w rodzinie, więcej rozmów.

 

Kampania w mediach: Bo wyjdę ze studia, czyli POLITYCY w akcji

W mediach często zdarza się, że jest nudno. Wówczas niektórzy politycy postanawiają to wykorzystać do czegoś spektakularnego. Krzyczą, tupią, przeklinają (rzadko, ale jednak), wchodzą, wychodzą. Mam kolegę, który zawsze przypomina powiedzenie: „Po co chodzić do cyrku, wystarczy włączyć telewizor a zawsze jakiś program publicystyczny się znajdzie”. No i znalazł, jeśli oglądał niedzielne Śniadanie Rymanowskiego w Polsacie News i Interii.

A tam, we wcale nie śniadaniowym nastroju, posłeł Paweł Zalewski (Trzecia Droga, dawniej PO, a jeszcze dawniej PiS) wyszedł ze studia, bo nie podobały mu się slowa Przemysława Czarnka (PiS) o Robercie Biedroniu (Nowa Lewicy, przedtem – chyba Wiosna). Czarnek zresztą za owe słowa przeprosił jeszcze w momencie, kiedy Zalewski był w studiu (chodziło o to, że w ferworze dyskusji Czarnek nazwał Biedronia „człowiekiem zdegenerowanym”. No nie wypada, ale zdarzyło się a – powtarzamy – b. minister edukacji przeprosił.

Ileż to jednak razy różni politycy gorsze rzeczy o przeciwnikach mówili. Niektórzy robią to nałogowo. A patrząc na przemykającego tu i ówdzie Stefana Niesiołowskiego jest niestety niebezpieczeństwo,  że zjawisko będzie się nasilać. Przez podział.

Teraz jednak wyjście Zalewskiego, niezależnie jak będzie argumentowane przez rządzących i rządzonych oraz opozycję, będzie rozpatrywane jako element kampanii wyborczej do europarlamentu. Plakaty blakną, niektórzy zresztą w ogóle ich nie zmieniali od poprzednich wyborów, a pomysłów brak. Stawiam złotówki przeciwko paciorkom, które pobrano za brak w Polsce CPK, że niektórzy w ogóle dowiedzieli się w niedzielę 19 maja, iż żyje sobie – całkiem nieźle – taki poseł Zalewski i reprezentuje Trzecią Drogę (PSL i oddziały marszałka Hołowni Szymona) a kiedyś był w PO i w PiS. I po zwiedzeniu wielu partii postanowił wyjść. Ze studia popularnego programu publicystycznego, który da się jeszcze oglądać.

Czy poseł wiedział, że wyjdzie przed programem? Nie wiadomo, ale prostu tak wyglądał. Zalewski, właśnie tak się zachowywał jakby chciał wyjść. Może musiał, powiecie drogie dzieci? Może, ale najpewniej musiał, bo chciał przypomnieć, że jednak chce politycznie uciec do Brukseli. A nade wszystko chciał przypomnieć,  że startuje do PE jako kandydat spoza Warszawy a nawet spoza województwa mazowieckiego. No cóż, czy mu się udało, zobaczymy, ale wyjścia mają to do siebie, że są ostateczne. Kto wie, może w ten sposób Paweł Zalewski wyszedł z polityki? Chyba nie, nawet jak nie uda mu się uruchomić katapulty do PE – jest przecież polskim posłem. I ten mandat sobie zostawi, bo z czego miałby żyć po wyjściu z życia społecznego?

Aha, teraz przypomnieliśmy sobie, że poseł wyjściowy, czyli Zalewski, jest też wiceministrem obrony. Długo zastanawialiśmy się, czy to jest  tajemnica wojskowa? Chyba jednak nie – zaryzykowaliśmy takie wyjście, że to napisaliśmy.

re/r

Nie ośmielajcie psychopatów – apeluje do polityków WALTER ALTERMANN: Przypadek premiera Fico

Na sąsiedniej Słowacji został postrzelony tamtejszy premier Robert Fico. Stało się to 14 maja 2024 roku. Teraz premier Fico, po długiej i ciężkiej operacji, jest w szpitalu, a jego stan lekarze określają jako ciężki, ale stabilny. Premier Robert Fico został postrzelony po środowym wyjazdowym posiedzeniu rządu w miejscowości Handlova. Słowackie media przez wiele godzin podawały, że lekarze nie mogli zatamować krwawienia w jamie brzusznej polityka.

Zamachowiec w kilku zdaniach oświadczył, że strzelał do premiera z powodów politycznych. I to jest prawdziwie przerażające. Bo czyż normalny człowiek, w ramach politycznego sprzeciwu, w ramach walki politycznej może sięgać po broń?

Wszystkie agencje podkreślają, że na Słowacji od kilku lat trwa bezwzględna walka polityczna, że Słowacy coraz bardziej są podzieleni na dwa wrogie sobie plemiona. I te agencje – w sumie – nie dziwią się, że do zamachu doszło.

Ale to nie zwykli, przeciętni ludzie, rozkręcają histerie polityczne. A kto to robi? Zastanówmy się.

Komu zależy na podziale społeczeństw

Stara rzymska maksyma powiada, że sprawców trzeba szukać wśród tych, którym przestępstwo mogło przynieść korzyść. W sprawach politycznych zatem, najbardziej podejrzanymi są politycy. To oni żyją walką, to oni mają realne korzyści w przypadku wygranej własnej partii. To oni – wreszcie tworzą i podsycają konflikty plemienne.

Zadziwiające jest to, że im więcej czasu mija od zakończenia II wojny światowej tym bardziej narastają wewnętrzne konflikty i nienawiść w społeczeństwach, które najbardziej dotknęła tamta wojna. Pamięć ludzka jest tak krótka, że sięga najdalej jedno pokolenie wstecz?

Niektórzy określają obecną sytuację na świecie jako „stan przedwojny”. Dając tym samym do zrozumienia, że widmo kolejnego światowego konfliktu wisi nad nami wszystkimi. A ta wojna może przynieść zagładę globalną. Zdawałoby się, na chłopski rozum, że taka sytuacja wymusi na politykach odrobinę rozsądku. Ale nie, walki polityczne na świecie, w ramach każdego z państw, są coraz bardziej bezwzględne i okrutne. Czyżby światowi politycy zbiorowo tracili resztki rozumu? Bardzo to możliwe, o czym pouczają lata przed I i II wojną światową. Wtedy to politycy również liczyli na krótką, elegancką wojnę. Z małymi stratami własnymi.

Czy politycy są normalni?

To jest pytanie retoryczne. Owszem, gdy chodzi im o błyszczenie na świecznikach są jak najbardziej normalni, bo natura ludzka bywa próżną. Gdy natomiast chodzi o odpowiedzialność za słowa i czyny politycy normalni nie są. Głoszą, że biorą odpowiedzialność za losy narodu, że kieruje nimi dobre rozumienie współczesności i przenikliwe odczuwanie historii, ale czyny polityków przeczą ich słowom.

Jeżeli bowiem rzeczywiście wisi nad nami miecz wojny, to oczywiste byłoby szukanie porozumienia między partiami, dążenie do niwelowania wilczych dołów między różnymi ugrupowaniami i  jednoczenie podzielonych społeczeństw. Ale tak nie jest, tak się nie dzieje. Przeciwnie, agresja wewnątrz społeczeństw narasta.

Znam wielu polityków i ośmielę się powiedzieć to, co wszyscy wiedzą, ale milczą. Otóż, uważam, że do polityki wcale nie idą najlepsi z nas. Normalny człowiek chce mieć dobrą rodzinę i sukcesy zawodowe.

Politycy natomiast chcą tym normalnym przewodzić. Większość naszych polskich polityków nie ma żadnych zawodowych sukcesów, a ich rodziny też nie mogą wzorem do naśladowania. Ale, coś za coś. Jeżeli całe życie emocjonalne ulokujemy na Wiejskiej, lub w organach władzy samorządowej, to nie wystarczy już sił i uczuć dla rodzin.

Liczne oddziały Mojżeszów

Owszem, historia zna wybitne jednostki, które przewodziły swym narodom, które prowadziły pobratymców do nowego, wolnego życia. Tu pierwsze miejsce w historii zajmuje oczywiście Mojżesz. Jeżeli jednak patrzę na dzisiejszych polskich polityków, to widzę ich raczej w roli tych, którzy pod nieobecność wodza przywrócili kult bałwochwalstwa. Co skłoniło Mojżesza do rozbicia w pył obu boskich tablic z przykazaniami.

Przeciętność, nijakość, cwaniactwo – to najlepiej określa dzisiejszą klasę polityczną w Polsce i na całym świecie. Swoją drogą – to jest fascynujące jak przeciętni i nijacy osobnicy zawłaszczyli całą scenę polityczną. Owszem, zdarzają się też wyjątki, ale w swej przewadze ta masa jest szara, przeciętna, okropnie nijaka.

Wciąganie w politykę prostych ludzi

Normalny człowiek powinien postępować tak, nawet jeżeli trafi do polityki, żeby w każdej chwili mógł wrócić do swego zawodu. I rzec sobie samemu; „A tam, nie warto było. Było, minęło, mała strata, krótki żal”.

Niestety dla większości współczesnych polityków polityczna władza jest jak narkotyk. Uzależnia i zniewala. Odbiera rozum i uniemożliwia trzeźwe rozpoznanie rzeczywistości. A niestety nie ma skutecznego leczenia tego uzależnienia.

Przeciętni, prości ludzie lubią politykę. Bo polityka to dla nich zastępcze emocje. A bez emocji żyć nudno. I chcieliby być politykami. I w tym zafascynowaniu polityką gubią się, tracą rozum. A zagubieni powtarzają gdzieś zasłyszane, czy przeczytane, opinie po czym publikują je w Internecie jako własne, najczęściej dodając słowa uważane za obelżywe i mocno emocjonalnie znaczące. Te „mocne wypowiedzi” pobudzają kolejnych psychopatów – zarówno tych bliskich politycznie osobnikom, jak ich przeciwników – jawnych czy mniemanych. I w ten sposób rośnie piramida pogardy, nienawiści i niezrozumienia.

Ośmielanie psychopatów

W istocie mamy tu do czynienia z psychopatią na tle politycznym. Psychopaci kierują się zasadą: „Innym tylko śmierć”. Nie akceptują bowiem, że nikt nie ma absolutnej racji. Jak życiu, jedni wolą koty, a inni psy. Jedni mają prawo narzekać na deszcze, a inni na susze. Ale też – zrozumienie, że nie jesteśmy najmądrzejsi, że inni też mają prawo do swoich poglądów, że nic w świecie nie jest proste, łatwe i wygodne… przyswojenie tej wiedzy, kierowanie się zasadą głębokiej tolerancji i zrozumienia innych, to jest dopiero prawdziwym dowodem człowieczeństwa.

O byciu w pełni człowiekiem nie świadczy jałmużna dawana biednym, nie płacz nad ofiarami, ale przyznanie się przed sobą samym, że mogę się mylić. Uznanie, że być może tym, których poglądy polityczne mnie irytują należy dać prawo do swobodnego wypowiadania się, bez moich szalonych reakcji.

I to by, proszę ja was, była prawdziwa demokracja. Bo nie jest nią to, co nam wmawiają, że każdy psychopata – co kilka lat – ma prawo do głosowania na swojego psychopatę.

Zakładam, że do premiera Roberta Fico strzelał psychopata, bo przecież nikt normalny nie wymierzy i nie strzeli do drugiego człowieka.

Dlatego radzę, panom politykom, uważać na to co się mówi. I nie ośmielać szaleńców. Poza tym, naprawdę nie wypada.

 

O konsekwencjach „podziwiania” przeciwnika politycznego pisze CEZARY KRYSZTOPA: Fajnopisiacy

Prawo i Sprawiedliwość nie przegrało ostatnio żadnych wyborów. Nadal jest najbardziej popularną partią w Polsce. Natomiast rzeczywiście przegrało władzę i to dokładnie według scenariusza jaki opisałem na tych łamach rok wcześniej w tekście „Powiem, jak będzie i to się Wam nie spodoba”.

Tym razem nie tyle chcę się skupić na mechanizmie tej przegranej, o tym pisałem już i ja i nie tylko ja, ale o swego rodzaju zbiorowym stanie psychicznym partii i jej elektoratu, które zdają się pozostawać w szoku, po tym jak pracowicie budowany przy pomocy fałszywie entuzjastycznych prognoz domek z kart, runął w jednej chwili 15 października 2023 roku.

Aberracje

Już widzę jak oberwę za to, że „sypię piach w tryby”, „skłócam ludzi” i „szkodzę”. Jednak po pierwsze nie jestem członkiem partii, po drugie rolę publicysty widzę nieco inaczej, a po trzecie, nawet gdybym był członkiem, a choćby i politykiem partii, uważałbym, że puszczanie wyłącznie słodkich bączków i wzajemne, uspokajające masowanie się po pleckach, może z pewnością doprowadzić do braku świadomości sytuacyjnej, ale na pewno nie do słusznych wniosków, a co za tym idzie skutecznych działań.

Ale do rzeczy. Chyba największe aberracje wspólnych zachowań „środowiska” wystąpiły tuż po wyborach. Jakieś „berezy”, pomysły na „ekstraordynaryjne” działania, a wreszcie realizacja w praktyce koncepcji swego rodzaju „prawicowego KODu”, na zasadzie „skoro im się sprawdziło, to my też taki musimy mieć”. Tyle, że „im” się nie sprawdziło. I jałowy terror kodziarskiej świrowni był jednym z istotnych powodów zabetonowania opozycji w opozycji.

Później nastąpił jakiś dziwaczny stupor, który zaowocował słabymi listami i kiepską kampanią w wyborach samorządowych, co wprawdzie nie przeszkodziło PiSowi osiągnąć całkiem niezłego wyniku wyborczego, ale odnoszę wrażenie, że bardziej w wyniku determinacji elektoratu niż starań partii.

Fajnopisiactwo

Jednak zjawiskiem, które wydaje się ostatnio umacniać, choć i wcześniej dawało znaki życia, jest coś co nazywam „fajnopisiactwem”. Od zawsze po umownej prawej stronie, szczególnie wokół Prawa i Sprawiedliwości, jako partii dużej, a więc z natury różnorodnej zauważyć można postawy „no jestem tu gdzie jestem, ale tak naprawdę chciałbym być bardziej jak tamci, bo oni są tacy fajni, bo ‘młodzi’, bo ‘nowocześni’, bo ‘idą z duchem czasu’”. I nie chcę przez to powiedzieć, że tymi postawami charakteryzują się jacyś źli ludzie. Nie, to zapewne jak najbardziej ludzie poczciwi, dostrzegający, że coś w zastanej rzeczywistości „nie bangla”, ale jednocześnie jakoś bardziej podatni na obowiązującą poprawnościową propagandę.

Wydaje mi się na przykład, że to z tej strony słyszę głosy „PiS powinien iść do centrum”. Ja nie jestem doradcą PiS, ale wydaje mi się dość oczywiste, że jeśli „PiS pójdzie do centrum”, to zostawi prawą flankę i wtedy efekt Konfederacji będzie się wspominało z rozrzewnieniem. Tu w ogóle nie o to chodzi. Moim skromnym zdaniem, gdyby ktokolwiek mnie o to pytał, PiS nie powinien iść wąsko do centrum ani nigdzie indziej. PiS powinien iść szeroko i przedstawiać na tyle porywającą wizję obrony suwerenności i ambitnego rozwoju, żeby skupić pod swoim dachem różne środowiska, tak jak robi to ruch „Tak dla CPK”, w ramach którego mieszczą się i Razemki i przedstawiciele Konfederacji. Oczywiście w partii to niezupełnie tak zadziała, aż tak szeroko się nie da, ale da się wystarczająco szeroko żeby wygrywać wybory i realizować obietnice.

Albo inny aspekt tego zjawiska. Nagłe aborcjonistyczne kamingałty. Postawy proaborcyjne były tu obecne i wcześniej, ale jednak jakoś wstydliwie poukrywane po kątach. Teraz, to chyba głównie Mateusz Morawiecki dał sygnał „a ja tam jestem zwolennikiem kompromisu aborcyjnego” (ładny mi „kompromis”, za który śmiercią w męczarniach płaciły tysiące dzieci). I nagle iluś „fajnopisiaków” stwierdziło, że w sumie to można by zabijać te dzieci żeby mieć szansę uzyskać lepszy wynik wyborczy. Już nawet abstrahując od tego, że to prawdopodobnie fałszywe założenie wynikające z innego błędnego założenia, że spadek poparcia dla PiS w 2020 roku miał być spowodowany wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego ws. aborcji eugenicznej, a nie miał nic wspólnego z dotkliwymi i wątpliwej celowości obostrzeniami covidowymi z tego samego okresu, to stawianie wozu przed koniem. A to dlatego, że jeśli wyrok TK nawet miał jakiś negatywny wpływ na poparcie dla PiS (dlaczego wielka beneficjentka Czarnych Marszy Lewica nie jest dziś w takim razie królową sondaży?), to również dlatego, że PiS jakby się go wstydził, nie uznał za coś wartego obrony, jego administracja nie prowadziła żadnej akcji edukacyjnej, nie przygotowała programów osłonowych, nie tylko jakby się go wstydziła, ale wręcz jakby uprawiała wobec niego sabotaż. Czy byłoby tak dziwnym gdyby okazało się, że w tej sytuacji ludzie pomyśleli, że może „rzeczywiście coś w tym jest”?

Cui bono?

Dziś w takim stawianiu sprawy interes ma tylko jedna frakcja w PiS. Ta, która chciałaby przekonać o tym, że porażki wyborczej jest winien „straszny wyrok TK”, a nie trudno wytłumaczalna i tragiczna w skutkach spolegliwość wobec Brukseli, Piątka dla Zwierząt, zadziwiająca naiwność wobec ukraińskich władz (pomóc było trzeba, również w zakresie broni, ale bez uszczuplenia własnych krytycznych zapasów i za pokwitowaniem), polityka covidowa, czy dziwaczna i katastrofalna kampania wyborcza oparta na faktycznej promocji Donalda Tuska. Czy to jednak służy spójności całego obozu, może ktoś się powinien poważnie zastanowić.

Tak czy siak, „fajnopisiactwo” wydaje mi się całkiem ślepą uliczką. Z jednej bowiem strony w istocie zawęża zakres możliwości oddziaływania poprzez zniechęcanie elektoratu prawicowego. I kogo oferuje w zamian? Przepływy z elektoratu Platformy? A z drugiej samo w sobie nie stanowi żadnej oryginalnej oferty, będąc tylko bladym odbiciem oferty liberalno-lewicowej. A po co komu podróbka, skoro może mieć oryginał?

Tym bardziej wydaje mi się, że mamy prawo być sobą, nie musimy nikogo udawać i nie mamy obowiązku nikomu się z tego tłumaczyć.

WALTER ALTERMANN: Ortaliony czyli zwodniczy szelest Zachodu

Gdzieś tak w połowie lat 60-tych cała Polska, jak jeden mąż i jedna żona, chodziła w ortalionach. Co to było? Był to nieprzemakalne płaszcze. Ortalion był cienkim plastikiem i miał wszystkie wady plastiku: łatwo się rozdzierał, przepalał od papierosa a nici którymi te płaszcze zszywano rozdzierały materiał, skutkiem czego kieszenie się odrywały. Dlaczego taki sznyt wówczas zapanował? Pewnie dlatego, że rodacy spragnieni byli namiastki, choćby szelestu Zachodu, bo ortalionowe płaszcze potwornie szeleściły, jakby ktoś miął gazetę w kulkę.

Oczywiście ortaliony można było kupić jedynie u prywaciarzy. Co prawda „odzieżownictwo państwowe” również zaczęło szyć ortalionowe płaszcze, ale później, kiedy moda na nie już minęła.

Te ortaliony nie były tanie. Dobrej klasy ortalion kosztował pensję początkującego nauczyciela, a marniejszy połowę pensji. Ale mimo to szły jak woda.

Przy okazji – mówię o nauczycielskim wynagrodzeniu, bo zawsze było ono i jest nędzne. Swoją drogą – dlaczego w kraju, który ma tak szczytne hasła wynoszące pod niebiosa edukację, jak „Takie będą Rzeczpospolite jak ich młodzieży chowanie”, dlaczego w takim kraju nauczyciele pracują za takie małe pieniądze? Czyżby rodakom nie zależało na edukacji swych dzieci? A może dlatego, że bogaci posyłają potomstwo do szkół prywatnych i nie przejmują się już losem typowego Polaka? A to bogaci w końcu sprawują władzę. Naprawdę, są już u nas szkoły podstawowe, w których nauka kosztuje 10.000 zł miesięcznie.

Z nauczycielami nie jest śmiesznie. Natomiast z ortalionami było bardzo uciesznie.

Non irony

Inną potwornością tamtych czasów były koszule non iron. Pojawiły się nagle, gwałtownie opanowały kraj, ale pod dwóch-trzech latach równie gwałtownie zniknęły. Były to koszule z plastiku, o porażającej wręcz bieli. W świetle lamp fluorescencyjnych świeciły aż miło. Reklamowano je jako niewymagające poważnego prania i prasowania. Wystarczyło je uprać w letniej wodzie z proszkiem, misce, spłukać i rozwiesić.

I była to prawda. Jednak okropną ich wadą było to, że skóra pod tą koszula w ogóle nie oddychała. Może byłyby dobre na poty, ale do noszenia już nie. A jednak ludzkość kupowała je masowo. Niestety gdzieś po roku koszule nonironowe żółkły bezpowrotnie. I na szczęście non irony odeszły w zapomnienie.

Buty na półcentymetrowej podeszwie

Ortaliony i non irony nikomu nie szkodziły, świadczyły jedynie o braku gustu i owczym pędzie, natomiast męskie półbuty na cieniutkiej, półcentymetrowej podeszwie, owszem. W połowie lat 60-tych młodzież oszalała na punkcie butów w szpic i na cieniutkiej gumowej podeszwie. Kto miał takie buty liczył się w młodzieżowym towarzystwie. I nikt ze szczęśliwców, którzy „u prywaciarzy” za ciężkie pieniądze nabywali te atrakcje, ani słowem nie zająknął się o potwornej niewygodzie tego obuwia. A chodzenie w nich było koszmarem, bo czuć było pod stopami każdy kamyczek, każdą nierówność trotuaru. I rzecz najgorsza, palce nóg były tak skrępowane, że zachodziły jedne na drugie. Ale młodzież polska cierpiała – w imię mody i postępu głupoty.

Buty szpicówki na szczęście przeminęły i obecnie mamy już modę luzu. Skutkiem czego pół Polski chodzi w dresach, jak by wszyscy coś tam ćwiczyli. A gdy chodzi o buty, to oczywiście królują adidasy – nie jako marka, ale jako klasyka gatunku. Faktem jest, że adidasy i dresy są wygodne, ale o jakimkolwiek stylu i zachowaniu minimum klasy, nie ma mowy.

Spodnie dzwony i spodnie rurki

Z mojej młodości pamiętam jeszcze przejściową dominację spodni dzwonów i spodni rurek. Spodnie dzwony to lata 70-te. Żeby „dzwony” mogły być uznane za dzwony klasyczne, musiały być szczupłe i opięte od pasa do kolan, Natomiast od kolan aż do butów musiały się gwałtownie rozszerzać, tak, żeby na końcu mieć jakieś 40 cm szerokości (po złożeniu) i żeby buty się pod nimi zupełnie chowały. Proweniencja dzwonów była oczywista – miały przypominać spodnie marynarzy. Skąd się to wzięło? Nie wiadomo. Skąd taka nagła miłość Polaków do marynarki wojennej? Też nie wiadomo, ale było śmiesznie.

Potem zapanowały i są modne do dzisiaj rurki. Początek spodni rurek to lata 80-te i późniejsze. Każdy młodzian, chcący być modnym, musiał te rurki mieć. Ich fason przypomina trochę projekt oszczędnego krawca, który stara się zużyć jak najmniej materiału. Rurki opinają całe męskie nogi i kończą się jakieś 5-8 cm na butami. Skutkiem czego osoba nosząca rurki wydaje się być wyższa.

Mankamentem rurek jest to, że odsłaniają kostki nóg i część łydek. Dlaczego to mankament? Bo męska noga najczęściej bywa toporna, jakby ciosał ją pijany góral z Czarnego Dunajca. Kobiece nogi bywają dziełem biegłych snycerzy, ale męskie nie.

Skarpetki, czyli nasza groza

I tu dochodzimy do skarpetek, które są naszym poważnym problemem. Polak nie zwraca żadnej uwagi na skarpetki, zakłada byle co, byle izolowało podłoże i jest zadowolony. I mamy taki widok, patrząc od dołu: buty, najczęściej zakurzone, potem kawałek skarpetek, ledwo co wystających z butów, następnie goła łydka i spodnie rurki. Okropność.

Tymczasem w cywilizowanych krajach i w modzie dyplomatów, męska skarpetka musi zasłaniać łydki tak, żeby nawet przy założeniu nogi na nogę nie straszyć otoczenia gołymi nogami. U nas znaleźć długie skarpetki jest niepodobieństwem. Bo skoro nikt ich nie szuka, to sklepy nie zamawiają.

Jest jeszcze gorzej, bo część mężczyzn chodzi bez skarpetek. Co uruchamia wyobraźnię widza o wszelkich możliwych bakteriach i grzybach wesoło rozwijających w obuwiu i na stopach golasa.

Koszulki polo i t-shirty

Z początkiem epoki Gierka zapanowała u nas moda na koszulki polo. Jakoś tak to zbiegło się ze światową modą. Jak sama nazwa wskazuje koszulki polo wzięły się od grających w polo – najdroższą chyba dyscyplinę sportu. Jest faktem, że były wygodne. Oczywiście niektórzy przesadzali i uznając je za tak eleganckie, że nosili je do garniturów, zamiast klasycznych koszul.

Ale i z obecnymi t-shirtami jest podobnie, widywałem poważnych (zdawałoby się) mężczyzn, na półoficjalnych spotkaniach w t-shirtach.

Kary za nieznajomość podstawowych zasad elegancji nie ma. I dobrze, niech tam już każdy kompromituje się na własna odpowiedzialność.

Skąd bierze się moda?

Moda bierze się zawsze z wojska i sportu. Co oczywiście w Anglii dość mocno się pokrywa i bywa tożsame. Bo tamtejsze elity chlubią się służbą w wojsku i lubią pokazywać się w paradnych mundurach. Tamtejsi oficerowie, żeby jakoś zachować linię, od wieków jeżdżą konno, uprawiają polo, rugby i inne sporty.

Szeregowi nie muszą uprawiać żadnych sportów, bo wykonują ciężką, solidną pracę na służbie, skutkiem czego i tak są szczupli.

A u nas? Brzuchaty oficer to norma. Co jest bardzo śmieszne, choć nie do końca.

 

 

 

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: G – jak SGGW? Rozgrywki naukowe

Gmach jak się patrzy. A do tego jeszcze latufundia. Tradycja wspaniała. Tytuł zobowiązujący: Szkoła Główna (Główna!) i to Gospodarstwa Wiejskiego. Czyli tego co najbardziej polskie. Było, jest i mam nadzieję będzie. Bo ziemi, Ojczyzny, Chłopi za granicę nie wywiozą. Choć wszystko inne, jak dowodzi historia ostatnich 30 lat – ukraść, zmarnować można.

Pracował na uczelni 20 lat. Zawsze tłumy studentów waliły na jego wykład. Mówi o Sokratesie, poprzednikach i następcach. A więc o źródle mądrości naszej. O źródle do którego się przyznajemy i hołubimy w sobie, znając istotę bardziej lub mniej raczej.

Doktor (z prawdziwym tytułem naukowym, solidnie zapracowanym), Andrzej Korczak został przez macierzystą uczelnię, której poświęcił lata pracy, wyrzucony jak zużyta ścierka. Zabrali pokój asystenta, w którym mieszkał i pracował przez lata. Podczas brutalnej eksmisji poginęły przedmioty pamiątkowe i urządzenia elektroniczne. Zginęły wartościowe książki. Teraz sprawy będą się ciągnęły latami w sądzie. Potentat – SGGW – domaga się jeszcze 64 000 zł za użytkowanie pomieszczenia.

Wstyd i hańba. SGGW – to również w jakimś stopniu połączenie z ludowcami, czyli partią chłopską. A ta teraz przy władzy. Tak więc panie premierze i inni panowie spod zielonego znaku może byście się zainteresowali losem człowieka, który był i jest bardzo przydatny przy uczeniu przyszłych wysoko kwalifikowanych rolników, agronomów i inżynierów agrokultury. Ponieważ na wydziale humanistycznym uczelni rolniczej uczył, kształcił, dawał wiedzę również potrzebną współczesnemu inteligentowi – wiedzę humanistyczną.

Ze strachu

Dlaczego po latach dobrej współpracy zaczęto na SGGW szykanować pana Korczaka? Z zazdrości i ze strachu.

Doktor zwrócił się do swoich przyłożonych z informacją że chcę zrobić habilitację. I tego mu… zabroniono! Niesłychane. Zrobiła to jego przełożona. Najprawdopodobniej ze strachu przed konkurencją i ewentualną rywalizacją o stanowisko dziekana. Zabroniła! Więc zgłosił się do Polskiej Akademii Nauk. Oczywiście zgodzono się na to, by zrobił w PAN wyższy stopień naukowy – doktora habilitowanego w swojej specjalności.

SGGW zamiast pogratulować, podwyższyć pensję, wyrzuciła go z przysługującemu asystentowi lokalu. Tak sobie, po bandycku, na bruk. A konkretnie do kontenera. Protesty nie pomogły. Przyszła ekipa komornicza i mimo panujących jeszcze śniegów wyrzucono człowieka i jego dorobek w błoto.

Okazuje się że to w Warszawie normalka – niedawno dowiedzieliśmy się że prorektor w Akademii Medycyny Uniwersyteckiej też została zaatakowana niespodziewaną karą, bo odważyła się wystartować w uczelnianych wyborach przeciwko rektorowi. Pytam więc – czy dziwota, że polskie uczelnie w rankingach światowych schodzą na miejsca w kolejnej setce?

Wracając do sprawy doktora Korczaka. Mamy przed sobą gruby segregator dokumentów. Ciągnie się to wszystko od kilku lat. Zarabiają prawnicy i redaktorzy. Tylko jak nieporuszona skała stoi sobie – szacowny gmach przy zbiegu Alei Niepodległości i Rakowieckiej. Skrzypią przejeżdżające tramwaje, mkną pod ziemią wagony metra. Ale nic to! Władze uczelni udają, że nic się nie stało. Głupota?

Mówią mi: oj, poprzedni rektor to dbał o ludzi. Mówią studentki 3-4 roku:

– To najbardziej lubiany i kontaktowy nauczyciel. Zawsze na jego wykładach są tłumy. Czytam pochwalne wpisy. Nic to!

Obywatelka – Dziekan rządzi niezawiśle. Pozbyła się kolegi, któremu wiele zawdzięczała.

Co dalej?

Dr Korczak jest naukowcem kochającym swoją historyczno-filozoficzną specjalizacją. Ma bogaty dorobek w publikacjach, również w językach obcych. Wydawał na różnych zagranicznych uczelniach. Tu – u siebie – spotkał się z podłością i obojętnością. Władzo, przyjrzyj się sprawie.

Mamy nowe władze resortowe. Bardzo proszę wyznaczyć uczciwą osobę do wnikliwego przyjrzenia się temu naukowemu bandytyzmowi. Panie ministrze szkolnictwa wyższego, niech pan nie zwleka.

W polskim szkolnictwie wyższym – jak się teraz dowiadujemy – wyrosła mafia sprzedająca dyplomy wyższych uczelni. Dziesiątki tysięcy dyplomów. Brały je nieroby i tumany, by powiesić nad biurkiem prezesowskim lub dyrektorskim. Herszt bandy przyznał się, pokajał i robi teraz za świadka koronnego. Chce uniknąć kary. Czy tak samo ma być na zasłużonej warszawskiej uczelni?

W ciągu moich długich lat pracy (60!) wielokrotnie stykałem się z profesorami SGGW. Zawsze po tych rozmowach wychodziłem wspaniale podbudowany i wręcz dumny, że przynajmniej na ” zielonej” uczelni są godne kadry.

Nauka na przyszłośc…

Sprawa doktora Korczaka to dzwon alarmowy. Trzeba to wszystko zbadać i naprawić.

Fachowcom trzeba płacić. I to dobrze. Dobrych trzeba hołubić i szanować. Od tego są nie tylko rektorzy, senaty uczelniane ale i głos studencki powinienem zabrzmieć. A na każdej uczelni wszyscy, aż po ciecia, doskonale wiedzą who is who!

Wielka, wspaniała (przynajmniej „na oko”) uczelnia, ogromne kampusy i pola własnościowe nad Wisłą dzierżawione i ładnie uprawiane. Jej tysiące polskich i zagranicznych studentów. Dlaczego nie ma tu miejsca dla jednego dobrze przygotowanego człowieka nauki, który teraz wędrować musi po kraju żeby zarobić na życie? Życie humanisty, których tak bardzo potrzebujemy w rozpasanym i nadgniłym świecie.

Sokrates mówił, że szczęście człowieka może być dwojakie – wewnętrzne i zewnętrzne. Te pierwsze zawsze można znaleźć w sobie – poprzez dobrą pracę, pożyteczność osobistą w społeczeństwie. A to drugie – to bogactwo, zasobność, dobytek.

Kto jest kim – to przedstawiciele nauki powinni dostrzec.

Profesor Józef Wieczorek od lat walczący o naprawę polskiej nauki na swoim „Blogu Akademickiego Nonkomformisty” pisze o książce wydanej przed 50-ciu laty „Historia naturalna polskiego naukowca” i cytuje: „…pasożytów nauki, tj. karierowiczów, którzy nie mają kwalifikacji do uprawiania zawodu naukowca, a tytuły naukowe zdobyli dzięki względom pozanaukowym, można zapytać, czemu w wyniku transformacji, licznych reform domeny akademickiej w tej materii tak naprawdę nic się nie zmieniło?”.

 

 

Kumoterstwo proste, czyli, jak pisze WALTER ALTERMANN: Sociumtyzm

Takiego pojęcia jak sociumtyzm jeszcze nie ma, ale najwyższa pora wprowadzić je do obiegu. Otóż sociumtyzm jest bliski znaczeniowo nepotyzmowi, a właściwie urobiony na podobieństwo starego, dobrze znanego nepotyzmu.

Najpierw czym jest nepotyzm. Nepotyzm (z łaciny nepos – wnuk, potomek) to faworyzowanie członków rodziny przy obsadzaniu stanowisk i przydzielaniu godności, Nepotyzm istniał od zawsze i będzie istniał na zawsze.

A czym miałby być sociumtyzm? Otóż sociumtyzm jest tym  samym co nepotyzm, ale dotyczy nie rodzin, ale partnerów osób nie będących w związkach heteronormatywych. Przykład? Proszę bardzo. Oto do Parlamentu Europejskiego startują panowie Śmieszek i Biedroń. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że pan Robert Biedroń jest współprzewodniczącym partii Nowa Lewica, to jak nazwać forowanie swego partnera na te listy, jak nie nowoczesnym nepotyzmem, alias sociumtyzmem?

Bo socium po łacinie znaczy właśnie partner.

Nic nie mam przeciwko orientacji obu panów, nie mam nic i przeciw temu, że ostatnio, publicznie na scenie teatralnej w Kielcach wzięli symboliczny ślub. Ich sprawa. Jeżeli jednak dochodzi do tego, że współprzewodniczący NL wpisuje na listy swego partnera (sociuma), to mamy klasyczny przykład wspierania się w obrębie związków. Czyli mamy sociumtyzm, czyli nowoczesny nepotyzm.

Nadto, pan Śmiszek w telewizji mówił ostatni, że on startuje dlatego, bo każda partia wystawia najlepszych. Czyli dochodzi jeszcze grzech nieskromności. Naprawdę nie wypada o sobie samym mówić takie pochwały. Chyba, że walczy się w klatce i zapowiada się uśmiercenie przeciwnika. Ale nie podejrzewam pana Krzysztofa Śmiszka, żeby wyszedł na jakikolwiek (poza politycznym) ring.

Normalny nepotyzm

Gdy najpierw karierę polityczna robi ojciec, a potem jego syn. Chodzi mi tu o panów Schreiberów – Grzegorza, ojca i jego syna Krzysztofa. Powie ktoś, że wielkie talenty same przebijają się do pierwszych politycznych kręgów. Teoretycznie jest to możliwe, ale jakoś wydaje mi się to mało prawdopodobne, żeby syn nie korzystał ze wsparcia ojca.

Owszem, w nauce i sztuce znamy niezwykle uzdolnionych ludzi przez pokolenia. Ale tutaj pachnie nepotyzmem na kilometry.

Przed jakichś 30 laty laty któraś z gazet podjęła temat niepojącego zjawiska, które charakteryzowało się tym, że obok matek i ojców sędziów, pojawia się coraz większe grono ich córek i synów. I to samo dotyczył również dzieci adwokatów. Wtedy pomówieniom dał silny odpór pewien ważny sędzia. który tak odpowiedział na zarzuty: „Prawo wysysa się z mlekiem matki, nasiąka się jego atmosferą w domu”.

Pewien młody sędzia zwierzał mi się kiedyś, że sądy w Polsce są najbardziej prorodzinnymi instytucjami. Na korytarzach bowiem ciągle słyszy się ciociu i wujku. Rzecz bowiem w tym, że sądy to nie tylko sędziowie, ale cała masa urzędników, których oczywiście przyjmuje się na stanowiska bez żadnego konkursu, lub w konkursach, w których decydują wujowie, ciotki i rodzice.

I to jest bardzo ucieszny determinizm nepotów, którzy potem się dziwią, że ludzi nie cenią ani sędziów, ani adwokatów. Nie mówiąc już o politykach.

Komórki czyli powszechne śmieszności dnia codziennego

Żeby powiedzieć to wprost – śmieszności dotyczą nie tylko ludzi z pierwszych stron gazet. Całe nasze społeczeństwo bywa bardzo śmieszne. Pamiętam czasy, gdy pojawiły się w Polsce pierwsze komórki telefoniczne. Były to telefony wielkości starych telefonów, z normalnymi słuchawkami na przewodzie, który był podłączony do wielkiego pudełka telefonicznego. Od klasycznych stacjonarnych telefonów różniły się tym, że miały sporą teleskopową antenę oraz rączkę, do przenoszenia takiego ustrojstwa.

I najważniejsze! Te pierwsze urządzenia, te protokomórki były potwornie drogie, tak przy zakupie, jak przy opłacie comiesięcznego abonamentu. Wtedy to większość Polaków w ogóle nie wiedziała jeszcze w czym rzecz. Ale bogaci wiedzieli, mieli już takie komórki i lubili się z nimi pokazywać. Żeby biedotę szlag trafiał.

Pamiętam, że w typowym. niedużym sklepie spożywczym stanął w kolejce jegomość, który dzierżył w ręku takie coś. Ale nikt jakoś do niego nie dzwonił. Powstało zatem w kolejce wrażenie, że osobnik jest trochę „nie tego”. Wtedy ów pan, żeby szaraczkom wyjaśnić w czym sprawa, wybrał numer i po chwili powiedział do słuchawki –  „To kartofle też kupić?” Ale skutku popisania się przed gawiedzią nie osiągnął, bo dzicz nie wiedziała w ogóle o co chodzi.

Potem nastał czas komórek trochę nowszych, ale i tak miały wielkość połowy bagietki, tyle że potwornie ciężkiej. I również z tymi bagietkami maszerowało po ulicach, stało w kolejkach mnóstwo ludzi tocząc banalne rozmowy. I w większości byli to młodzi ludzie, ale „na stanowiskach”. Nie byli to dyrektorowie departamentów, nie byli to prezydenci miast, ot taki trzeci rząd ważności. Jednak to ciężkie i duże komórki świadczyły o ich ważności.

A potem komórki spowszedniały, stały się nawet utrapieniem i dzisiaj nikt nikomu komórką w oczy nie błyśnie. Co do tych komórek jeszcze, to stały okropnym narzędziem zniewolenia pracowniczego. Firmy dają ludziom komórki, z niedużym limitem rozmów, a potem kierownicy i dyrektorzy wydzwaniają do pracowników po nocach, ślą im jakieś głupie dyspozycje SMS-ami, czyli traktują pracowników jak niewolników na smyczy. Może wreszcie jakiś rząd zwróci uwagę, że to jest zniewolenie i wprowadzi prawo, które zakaże takiego mobbingu.

Na koniec dodam tylko, że ludzkość przez tysiąclecia rozwijała się bez komórek, a może dlatego w ogóle się rozwijała, że  nasi przodkowie komórek nie używali?

 

PRESS donosi i PRESS radzi, kiedy PRESS i ciebie zdradzi?

Ach ci nasi wrogowie. Mogliby być inni, ale wówczas nie byłoby tyle zabawy. Na przykład Press, miesięcznik i portal Press. pl, robi co może, aby „obrazić” Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Nie możecie kochani zmyślacze z Press, bo obrazić nas mogą tylko ludzie mający honor i dziennikarski pazur. Paznokcie w Press już dawno połamane, bo „dziennikarze” tej imitacji przeglądu branżowego rzucając się na SDP – organizację tysięcy dziennikarzy o różnych poglądach – nie zauważają, że honor to m.in. godność, którą trudno dostrzec w paplaninie medium zmagającym się z kryzysem we własnej redakcji.

Przypomnieć należy,  że w 2023 r. były już redaktor naczelny Press został posądzony o mobbing – skarżyło go o to m.in. na łamach Gazety Wyborczej ponad 40 osób. Słabo wyszło, bo medium, które od lat teoretycznie broniło innych mediów nie potrafiło same obronić się przed zarzutami redakcyjnej patologii. Nagrody Press też straciły w związku z tym swój prestiż. Gasnący szybko, ale jednak w środowisku libernanym i lewackim żarzący się jeszcze wyraźnie. Zmiana kierownictwa jeszcze ten „prestiż” przygasiła i spowodowała w Press nerwowe ruchy, czego objawem jest niesłabnący od miesięcy atak między innymi na Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Dlaczego? Wystarczy przejrzeć doniesienia na SDP na elektronicznych  łamach Press. Ostatnio, jak zawsze o upolityczneieniu SDP i niezadowoleniu naszych władz z awansu Polski o 10. miejsc w międzynarodowym rankingu wiarygodności medialnej podczas ubiegłorocznego,  bezprawnego ataku na media publiczne.

PRESS donosi

Poza nerwowym sytuowaniem SDP po prawej stronie polskiej scenie politycznej i sugestiami, że bezpośrednio podlegamy Jarosławowi Kaczyńskiemu, Press ma obsesję na naszym punkcie. Wiele razy tylko w ub.r. Press zajmowało się SDP. Nawet kiedy nic nie robiliśmy czujne oczy Press obserwowały, czy nie chcemy naszego kraju przyłączyć do Węgier, a już broń Boże do Stanów Zjednoczonych.

Atak Press w reakcji na naszą krytykę nierzetelenego rankingu Reporterów bez Granic (Przyzwoitości) był tyleż wściekły, co śmieszny. Bo ograniczył się do komentowania dowcipu zamieszczonego w jednym z artykułów na sdp.pl, a nie do oceny stanu faktycznego. Tym bardziej, że w ranking RBG nie wierzą już nawet duże organizacje dziennikarskiej krajów Zachodu.

Kolejnym sensacyjnym doniesieniem dotyczącym SDP była na wirtualnych łamach Press notka o tym, że „SDP utrudnia korzystanie z Domu Dziennikarza w Warszawie. SDRP protestuje”. Wybaczamy wam kochani ludzie z Press ten zgrzyt językowy w pierwszym członie tytułu i wyjaśniamy: Trzeba było wysłać autora śmiesznej notki na Foksal 3/5, aby przekonał się,  że każdy może wejść do DD, ale zamontowaliśmy monitoring, zatem trzeba przycisnąć guziczek z numerem lokalu odpowiedniej instytucji i drzwi staną otworem. No i jeszcze jedna przykra dla Press rzecz. Pisaliście o postkomunistycznym SDRP – organizacji złożonej głównie z ludzi, którzy przyklaskiwali władcom PRL w prowadzeniu przez tychże sowieckiej polityki medialnej w Polsce do 1989 r. a może i dłużej. SDRP zostało zawieszone w prawach członka Europejskiej Federacji Dziennikarzy. Za to, że SDRP nie odprowadzało składek. Może o tym też Press napisze…

PRESS radzi

Właściwie nie radzi, po prostu wie, jak wszystko w polskim dziennikarstwie powinno funkcjonować, a szczególnie w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich – ulubionym obiekcie redakcyjnej krytyki. Krytyką Press – i to nie zbyt życzliwą – objęci są również członkowie Zarządu Głównego SDP, mi.in.  prezes Krzysztof Skowroński, wiceprezes i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Jolanta Hajdasz oraz sekretarz generalny SDP i red. nacz. portalu sdp. pl Hubert Bekrycht. I tu już nie ma żadnych rad, tu są gotowe ataki, bez komentarza strony atakowanej, czyli bez „soli” dziennikarstwa – drugiej strony konfliktu.

Jeden z tytułów Press – redakcji, która sama ma problemy z szacunkiem dla swoich pracowników – głosi: „SDP wierne PiS”. A potem Press, które chyba nie uczestniczyło w opisywanym spotkaniu dziennikarzy z przedstawicielami Komisji Europejskiej komentuje: „Gdyby Jolanta Hajdasz chciała uczciwie opowiedzieć przedstawicielom KE o sytuacji mediów w naszym kraju, powinna zacząć od tego, że reprezentuje skrajnie upartyjnioną organizację” – napisano w Press. Gdyby Press chciało być uczciwe przestałoby pisać bzdury. Wystarczyło zapytać szefową CMWP o opisywane spotkanie.

Czy PRESS zdradzi? 

Pytanie nie jest trudne, ale trzeba postawić nieco inne. Czy medium poświęcone dziennikarstwu i mediom reprezentuje jeszcze dziennikarzy, czy sektor mediaworkerów i rozmaitych agencji, domów mediowych oraz reklamodawców?

Nie, Press nie reprezentuje już dziennikarzy i to nie tylko dlatego, że tak zawzięcie krytykuje dużą ich grupę zrzeszoną w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich. Redakcja Press zdradziła nawet sama siebie przez lata milcząc o swoich problemach z – jak to określono – mobbingiem.

A skoro w Press tak nie lubią dowcipów, które czasem tu publikujemy to znaczy, że nie mają poczucia humoru, a to już dla dziennikarzy wręcz niebezpieczne. Postanowiliśmy pomóc…

Mark Twain redagował gazetę rolniczą i wtedy jeden z reporterów spytał go:

– Czy potrafi pan odróżnić świnię od dziennikarza?

Twain popatrzył na pytającego i odparł: – Chyba nie.

WIKTOR ŚWIETLIK: Czyż więcej wart niż TVP Historia

Jednym z przejawów uśmiechniętej zmiany, którą miała wprowadzać nowa ekipa, miała być promocja wyższej kultury, będącej jej szczególnym emblematem. A przynajmniej intelektualnego haute couture, uszytego przez krawców z TVN, Wyborczej i Instagrama, na miarę podwarszawskiego miasteczka Wilanów lub osławionego wrocławskiego Jagodna. Efekty olśniewają!

 Oczywiście głównym ich producentem jest Ministerstwo Kultury i – tu najbardziej paradoksalna część nazwy – Dziedzictwa Narodowego. Instytucja ta została pozostawiona już szczęśliwie przez prawnuka noblisty. Dla mnie symbolicznym wręcz osiągnięciem pana B. Sienkiewicza było rozsyłanie pytań po rozmaitych komórkach, agendach oraz podległych instytucjach i sprawdzanie między innymi, która z nich śmiała dać pieniądze na Caritas. Niewątpliwie polski ksiądz, którego poznałem rok temu w Charkowie, który dziś jest tam jednym z najsprawniejszych dystrybutorów pomocy humanitarnej, musi być dla państwa polskiego wrogiem numer jeden.

Innym fantastycznym ruchem jest wpakowanie do instytutu mającego dbać o spuściznę Dmowskiego i Paderewskiego kilku radykalnie lewicowych i antynarodowych działaczy. Żeby było jasne, uważam profesora Adama Leszczyńskiego, który zajął miejsce profesora Jana Żaryna, za otwartego człowieka, z którym można porozmawiać, choć o poglądach radykalnie różniących się od moich. Tyle, że wstawienie go do tej instytucji, to jakby Żaryn został kuratorem wystawy poświęconej Róży Luxemburg w zamojskiej synagodze. Albo jakby Ziemkiewicz został prezesem fundacji zajmującej się promocją dorobku Adama Michnika. Albo jakby mnie ktoś zrobił kierownikiem pisma dawnego aktywu PZPR pod tytułem “Przegląd”.

Wydawałoby się, że polska myśl polityczna, przeszłość, jest wielowątkowa, więc może zawrzeć w sobie i kogoś w rodzaju Bronisława  Geremka i ludzi takich, jak Paderewski i Dmowski. Okazuje się, że nie. Paderewskiego i Dmowskiego trzeba po prostu zaorać, zgwałcić, obrzydzić. Skakać po wszystkim co jest nadmiernie patriotyczne, by się ludziom, nie tylko na Śląsku, polskości odechciało raz na zawsze. Leszczyński chyba średnio się do tej zabawy nadaje. Ba, może się nawet szybciej porozumieć z ludźmi o innych poglądach, ale z którymi będzie miał o czym pogadać, niż z autoryzującymi jego władzę troglodytami i karierowiczami. Dlatego on będzie twarzował, a brudną robotę wykonywał jego zastępca, który jest znanym fachowcem od niej, można by rzec, że prostym czekistą, a którego nazwiska nie pomnę i nawet nie chce mi się sprawdzać.

To jednak nie koniec. Na końcu jest wisienka na torcie. Crème de la crème. Ponoć w ramach oszczędzania na pensje panów Czyża, Orłosia i bezprawnie siedzącego w gabinecie prezesa tęgiego likwidatora, czy jak on się teraz nazywa, władze TVP zmierzają do likwidacji kanałów tematycznych. W tym konsekwentnie rozwijanej przez Piotra Legutkę TVP Historia, z którą byłem przez wiele lat związany. Dlaczego? Zapewne dlatego, że “nie ma pieniędzy”. Jakoś na Czyży jest. Może dlatego, że się “nie ogląda”? Już z góry panom uzurpatorom odpowiadam. Niechętny mediom publicznym Nielsen pokazuje, że TVP Historia miała lepszy udział w rynku niż konkurencyjne National Geografic, History, Discovery, Planete+. I osiągała to w sposób inny niż tylko pokazywanie nieustannie filmów o Hitlerze, co jest domeną części konkurencji. Nie chwaląc się, albo i chwaląc, niektóre z odcinków wymyślonego przeze mnie, a realizowanego razem z Agnieszką Żmijewską, talk show “Nie taka prosta historia” osiągały pod 100 tysięcy oglądających, co jest topem jaki może wyciągnąć tego rodzaju telewizja tematyczna. Ale został jeszcze jeden argument – TVP Historia była upolityczniona. Zapewne dowodem na to jest fakt, że przez osiem lat prowadziłem tam audycję poświęconą książce historycznej razem z takim fanatycznym pisowcem jak profesor Antoni Dudek, a omawialiśmy między innymi twórczość tak pisowskich autorów, jak Marcin Zaremba albo wspomniany Adam Leszczyński albo biografie takich faszystów, jak Jan Lityński czy Krzysztof Kozłowski.

I tu jest klucz do wszystkiego tego, co napisałem wyżej. Kulturkampf, który toczony jest dziś w Polsce, przez cyników z PO dla celów politycznych, przez Niemcy dla celów geopolitycznych, przez fanatyków z Czerskiej i okolic także dla celów ideologicznych, to nie walka o pluralizm. Wszystko co się różni im zagraża. Jest to tolerancja i otwartość na miarę Dzierżyńskiego, którego portrety po dziadziach zresztą może jeszcze w niektórych piwnicach zakurzone leżą.

  

Wiosenne święta analizuje WALTER ALTERMANN: Majowe nieporozumienia

No i mamy już za sobą bardzo długą majówkę. Ludzie odetchnęli od pracy, wypoczęli i cieszyli się piękną pogodą. To ludzie, natomiast politycy wykorzystali te kilka dni na intensywną walkę wyborczą, albowiem wybory do Europarlamentu zbliżają się chyżo. I tu mamy kłopot, bo z naszymi politykami było i śmiesznie, i strasznie zarazem.

Rzecz w tym, że ta majówka nie wzięła się znikąd. Mamy bowiem, już na samym początku każdego maja, trzy święta z rzęd: 1, 2 i 3 maja.

1 maja jest Świętem Pracy, czyli dniem, w którym pracobiorcy upominają się o swoje prawa: do godnego wynagrodzenia, ludzkich warunków pracy i praw obywatelskich. Z czasem pod to święto podpięły się rozmaite ruchy. Dzisiaj są nimi działacze LGBT+. Przypomnę, że 1 maja w swoim założeniu od zawsze mówił, że ktoś jest bogaty kosztem biednych, ktoś ma większe prawa społeczne kosztem tych, którym praw nie dawano.

2 maja jest świętem „pośrednim”, które wymyślono, żeby mogła zaistnieć tzw. długa majówka. Formalnie jest to święto flagi narodowej mające przypominać Polakom o wspólnych wartościach, wspólnej historii i oczywiście wspólnych obowiązkach. To święta jest niejako przygrywkę, supportem do właściwego święta, czyli 3 maja.

3 maja jest świętem jeszcze z XIX wieku, obchodzonym wtedy nielegalnie, bo dla zaborców było to święto niebezpieczne. Tak samo jak później dla rządzących krajem komunistów. Przypominało bowiem Polakom o ich własnej państwowości, o dniach chwały i wiekach siły ich państwa. Ten dzień utrwalił się w pamięci jako istotny moment, gdy Rzeczpospolita, w ostatnich latach swego istnienia, zdobyła się na uchwalenie konstytucji.

Czy wszyscy w Rzeczypospolitej byli zwolennikamu Konstytucji 3 maja?

Oczywiście przez dwa wieki troszkę przejaskrawiono w historii uchwalenie naszej wiekopomnej konstytucji. Po pierwsze, nie wszyscy byli za takimi rewolucyjnymi zmianami. Stronnictwo prorosyjskie (a było ono wcale liczne) zwracało uwagę, że Katarzyna Wielka jest gwarantem ustroju Polski i nie zgadza się na takie polskie fanaberie.

Po drugie, duża grupa naszych posłów była na stałym „jurgielcie” u Rosjan, czyli realizowała ich politykę za ruble. Byli też posłowie na „diecie” austriackiej, pruskiej i francuskiej.

Po trzecie była też spora grupa posłów, którzy sami z siebie nie chcieli wolności społecznej i ekonomicznej dla mieszczan.

Krótko mówiąc, reformatorzy, zwolennicy uchwalenia Konstytucji 3 maja, nie mieli w Sejmie większości. Wykorzystali więc okres Świąt Wielkanocy, gdy „konserwatyści” wyjechali do domów. Trzeba tu zauważyć, że wśród przeciwników Konstytucji było sporo prawosławnych, a że święta w prawosławiu są kilkanaście dni po rzymskokatolickich, więc ławy sejmowe opustoszały na dłużej…

Pod nieobecność posłów głównie ze wschodu konstytucja została uchwalona. Króla niesiono na rękach, euforia i głębokie wzruszenia. Całkiem słusznie. Jednak po świętach zwolennicy status quo wrócili do Warszawy i już po niespełna dwóch latach nastąpił II rozbiór Polski – czyli cesja terytorium Rzeczypospolitej Obojga Narodów dokonana w 1793 r. na rzecz Królestwa Prus i Imperium Rosyjskiego, bez udziału Monarchii Habsburgów.

Potem była Insurekcja Kościuszki i III rozbiór Polski, czyli ostateczny rozbiór całości terytorium Rzeczypospolitej Obojga Narodów dokonany w 1795 r. na rzecz Królestwa Prus, Monarchii Habsburgów i Imperium Rosyjskiego.

Nie jest więc tak słodko, że wystarczy uchwalić piękne ustawy, trzeba jeszcze mieć moc duchową i materialną, żeby je zrealizować. Zresztą, dzisiejszy Sejm też uważa, że wystarczą same piękne ustawy i uchwały.

3 maja podzielony

I tu kończę ze wstępem historycznym, przechodząc do święta 3 maja roku 2024 roku. Niestety, z obchodami tej rocznicy w roku bieżącym nie było najlepiej. W założeniu święto 3 maja miało łączyć Polaków. Przypominać im, że stać ich było na – choćby chwilowe – zwycięstwo rozumu i próbę ratowania ojczyzny przed rozbiorami. A jak było?

Ano zupełnie tak jak w roku 1791. Każda z partii naszych, powtarzam – każda,  wykorzystała święto 3 maja do promowania własnych celów, własnych kandydatów do Parlamentu Europejskiego. I oczywiście bezlitosne tępienie przeciwników.

Żeby chociaż minutą ciszy uczczono w całym kraju pamięć poległych za wolność ojczyzny… Żeby choć na jeden dzień zawieszono partyjne walki, żeby na pół dnia zapanowała cisza i umilkł hałas polityczny… Ale gdzie tam. 3 maja 2024 roku był popisem agresywnego partyjniactwa, a o Najświętszej  Rzeczypospolitej owszem wspominano, ale mimochodem, dyskretnie i pokątnie. Jakby sprawą życia i śmierci ojczyzny było to, czy do Europarlamentu wejdzie pan Czapkowski zamiast pana Kapeluśnika.