CEZARY KRYSZTOPA: Idę drzeć japę. Chodźcie ze mną

Czy Pani może głosowała za polityką klimatyczną? A Pan? Pan może głosował? Nie? Czy czujecie się Państwo bydłem pasanym po coraz mniejszym pastwisku? Nie? A powinniście.

Idea wolności jednostki wykiełkowała w szeroko pojętej cywilizacji zachodniej. Idea rozumiana różnie, czy to przez pryzmat Boga nadającego człowiekowi godność i wartość, czy to zadufanego w sobie człowieka stawiającego się wręcz ponad Bogiem. Ale jednak. Wolność jednostki jest wbudowana w kod kulturowy człowieka Zachodu.

Wolność

A ściślej rzecz biorąc była. Przynajmniej w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Dziś dla większości ludzi na Zachodzie, a przynajmniej takie można odnieść wrażenie pod wpływem głównych ośrodków dystrybucji informacji i opinii na Zachodzie – wolność jest równoznaczna z „wolnością” do pocierania o siebie różnych narządów w możliwie dowolnych konfiguracjach, lub sobie tych narządów dowolnego ucinania i protezowania. Wolność w sensie obywatelskim znajduje się w atrofii. Nic tak dobrze nie niewoli człowieka jak ciasna klatka jego popędów.

Czy ktoś z nas głosował na panią von der Leyen? Albo na pana Timmermansa, czy innych brukselskich, dobrze odżywionych bonzów? Czy może zagłosują Państwo na ich następców? Czy mamy jakąś możliwość ich odwołania? Albo chociaż formalnego sprzeciwu wobec ich równie arbitralnych, co fundamentalnie istotnych dla naszej egzystencji decyzji? Oczywiście, że nie, to pytania retoryczne. Ludzie, którzy uzurpują sobie decydowanie o naszym życiu, pozostają jednocześnie poza nasza jakąkolwiek kontrolą. To dokładny opis systemu oligarchicznego, nie demokratycznego. W dodatku dzieje się to wszystko w imię „naszego dobra”, którego najwyraźniej sami nie jesteśmy stanie pojąć, skoro trzeba nas nim uszczęśliwiać przy pomocy całego systemu przemocy instytucjonalnej, informacyjnej, kulturowej i finansowej. I jak może się nam to nie kojarzyć ze wszystkimi przypadkami systemów totalitarnych jakie dotknęły Europę w poprzednim wieku?

Obłęd

Jednym z aspektów obłędu, który niczym projekty zawracania rzek w Związku Sowieckim, nam się w ten sposób implementuje, jest unijna polityka klimatyczna, zwana też „Zielonym Ładem”. Kraje, które najdalej w realizacji tej ideologii zabrnęły, czyli Niemcy i Wielka Brytania, mają z tego powodu największe kłopoty gospodarcze. Szczególnie Niemcom, które w odróżnieniu od nas jakoś tak przypadkiem wpływ na Brukselę mają, nie podoba się to, że my mamy mniejsze. Dlatego w najbliższym czasie możemy spodziewać się wydawania naszych pieniędzy przez lokalnych gubernatorów na niemieckie wiatraki, niemiecki eletroszrot i nowe unijne podatki. Po tym jak zrobiliśmy fajnie producentom nowoczesnych kotłów gazowych w imię „walki z kopciuchami”, będziemy musieli je wymienić, robiąc fajnie producentom pomp ciepła. Choć te być może okażą się niepotrzebne po tym jak stracimy nasze domy w wyniku horrendalnych cen termomodernizacji. A jeśli sądzicie, że schowacie się gdzieś przed tym, to prawdopodobnie będziecie musieli dojechać tam z dobytkiem autobusem, bo nawet niemieckiego elektroszrotu dla wszystkich nie wystarczy. Jakiego zresztą elektroszrotu, skoro elektryczność będzie dobrem luksusowym.

I tak sobie będziemy siedzieli po ciemku i na zimnej d. w swoich piętnastominutowych pastwiskach podglądając czasem z zazdrością jak oligarchowie i ich lokalni gubernatorzy korzystają z życiowych udogodnień, na które nas już nie będzie stać. Ostatecznie zakaz samochodów spalinowych nie objął marek luksusowych.

No chyba, że przypomnimy sobie do czego nam wolność, prawo decydowania o sobie i z braku możliwości formalnych, zaczniemy drzeć japę. Ja zacznę 10 maja o godzinie 12.00 na warszawskim Placu Zamkowym. Do czego i Was namawiam.

REPORTERZY BEZ GRANIC. PRZYZWOITOŚCI!!! Niszczenie mediów publicznych polepszyło sytuację Polski w rankingu RBG

Ach, jako dobrze, że jest lewicowa organizacja Reporterzy bez Granic. Mamy bowiem do czynienia z sytuacją, w której Polska awansowała w rankingu wolności słowa, ale cztery miesięce temu rząd rozpoczął niszczenie mediów publicznych w naszym kraju. Teraz trwa proces likwidacji, z pracy zwalnia się setki osób, ale RBG opublikowało zestawienie, z którego wynika, że Polska awansowała o 10. miejsc.

Przez dżunglę idzie dwóch dziennikarzy. Jeden pyta drugiego:

– Dlaczego wleczesz się na końcu? 

– Dzikie zwierzęta atakują tych na początku, ostatnich rozszarpują tylko Reporterzy bez Granic.

  1. Rankingi RBG od lat są niewiarygodne;
  2. Nawet międzynarodowe organizacje dziennikarskie nic sobie nie robią z „rewelacji”Reporterów Bez Granic na temat rzekomej pozycji jakiegoś kraju;
  3. Miejsce w rankingu zależy od tego, czy w danym kraju rządzi lewica – dobrze, czy prawica – źle.
  4. Kiedy nie działa pkt. 3 działa „zdroworozsądkowy” układ RBG, czym lepsze notowania w obecnym rządze UE, czyli w KE, tym lepiej.
  5. Nie daj Boże, jeśli jakiś kraj próbuje reformować media, wówczas spada tak nisko, że przed nim są takie kraje, o których nawet Reportezy Bez Granic nie mają pojęcia.
  6. Jeśli jakiś kraj ma wątpliwości, co do pozycji w rankingu, natychmiast spada jeszcze niżej.
  7. Zdrowy rozsądek jest elementem pogarszającym ocenę RBG.

Kiedy rządził zły PiS Polska była 57. miejscu rankingu RBG a teraz podczas rządów uśmiechniętego rządu PO i przystawek jest tak dobrze, że jest na 47. miejscu. Manipulacja level hard, ale ekipa Tuska i neomediów zadowolona.

Więcej o wątpliwym rankingu:

Protest CMWP SDP przeciwko wykorzystywaniu nierzetelnych raportów organizacji „Reporterzy bez Granic” przez ministra spraw zagranicznych

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Wolne media w służbie niezależnej prokuratury

Władza chce byśmy przez długi weekend wracali do sprawy oskarżeń wobec byłego szefa Orlenu, więc wróćmy. Do zwołanej de facto przez premiera konferencji “niezależnych” prokuratorów, która miała być koronnym dowodem dla publiki. To, że nie zadano na niej kilku najważniejszych, oczywistych pytań o samą tę konferencję i model działania prokuratury w tej sprawie jest najbardziej ponurym świadectwem roli jaką dziś pełni większość mediów. 

O pardon. Z sali padło jedno trudne pytanie, łatwo się domyślić skąd. W pewnym momencie Michał Jelonek z Republiki zapytał prokuratora krajowego o inne śledztwo, w sprawie poświadczenia nieprawdy przez Bartłomieja Sienkiewicza. Prokurator krajowy Daniel Korneluk odparł, że wie, ale nie powie, bo nie może. Było to bodajże jedyne pytanie, które brzmiało tak, jakby nie przysłano go wcześniej z kancelarii premiera.

Ktoś powie, że pisowska przesada. Tylko, że chwilę wcześniej jeden z dziennikarzy, takich lepiej poinformowanych, co zawsze ma “informacje ze swoich źródeł”, radził komuś w prywatnym mejlu, by atak na Obajtka nie skupiał się na Hezbollahu – bo “tamta strona” to ośmieszy i wykorzysta – a na osobie prezesa szwajcarskiej podspółki Orlenu. Pierdoła zamiast w wiadomości prywatnej zrobiła z tego ogólną wiadomość na serwisie X. Ciekawe do kogo pisała? Pewnie nie miało to żadnego związku z bezpośrednim konsultowaniem strategii między rządem, mediami i prokuraturą. Ot, to była po prostu taka abstrakcyjna próbka dziennikarska, surrealistyczny żart ze strony faceta, który nigdy w życiu wcześniej nie żartował. Podobnie jak żartem była grupa “Wejście” wkraczająca do PAP i wzorce biorąca od twórcy stanu wojennego, w której nowy prezes, likwidator, czy jak mu tam, siebie samego uważający za dziennikarza, wprost meldował politykom i obsługującym ich prawnikom każdy swój krok. Ale i po tym pytaniu Michała Jelonka – wracając do naszej konferencji – zabrakło kolejnego pytania.

Jak to jest, że jedno, proste w sumie śledztwo – bo Sienkiewicz skłamał albo nie i wystarczy sprawdzić jaki był stan formalny by to stwierdzić – jest tak diabelnie delikatnie, tak subtelne, a zarazem tak bardzo łatwo tu kogoś skrzywdzić, że prokuratora po prostu powiedzieć nic nie może. Za to w sprawie handlu ropą naftową na największą skalę w Europie Środkowej, największej fuzji gospodarczej w naszym kraju od kilkudziesięciu lat, nad którą pracowały dziesiątki audytorów, firm prawniczych, finansistów i księgowych, jego koleżanka, prokurator generalna Małogarzata Adamajtys po prostu wychodzi i sypie oskarżeniami jak z kapelusza. Tylko po to by prokurator Korneluk stwierdził na koniec, że śledztwa są bardzo skomplikowane, a wszystko jest na etapie początkowym. Nikt nie wpadł na to, by zapytać, jak to jest, jak śledztwo jest skomplikowane i na etapie początkowym, a pani prokurator Adamajtys sypie gotowymi tezami?

Nie zadano wreszcie najważniejszego pytania. Jak to jest, że premier tuż przed majówką robi mocną medialną wrzutę, wzywa prokuratora generalnego “do roboty”, ten wysyła dwoje swoich ludzi, by się wykazali, a oni jąkają się w sprawie, o której nie mają pojęcia. Sprawie, która wygląda w związku z tym na szytą politycznie, a swoje tezy powtarzają za… mediami, czego nie kryją? Potem te same media powtarzają to mówiąc, że… prokuratura powiedziała.

Nie wiem, czy Daniel Obajtek jest winny czy niewinny, ale wiem, że tuż przed weekendem mieliśmy do czynienia z prezentacją polityczno-prokuratorsko-medialnej maszynki do mielenia ludzi. Ta maszynka ani z prawem, ani z niezależnością prokuratury, ani tym bardziej, niezależnością mediów do nie ma nic czynienia. Za to może, gdy się ją włączy, sprawnie kogoś przemielić i zniszczyć. Kogoś, kto obecnej władzy przeszkadza albo kogoś, kto po prostu zasłoni inne rzeczy, jak choćby kwestię rezygnacji z budowy CPK. Bo przecież po to ten objazdowy cyrk usłużnych prokuratorów i dziennikarzy Tusk wezwał.

 

O zapatrzeniu w sojuszników i kłopotach z tego wynikających pisze CEZARY KRYSZTOPA: Detresura Polaków

Ktoś rzucił koktajlem mołotowa w budynek Synagogi Nożyków w Warszawie. Rzecz, która oczywiście nie powinna się wydarzyć. Tak jak nie chcę żeby mi ktoś obrażał, czy atakował symbole mojej wiary, tak nie mieści mi się w wyobrażeniu zachowań cywilizowanych i palenie Koranu i uszkodzenie elewacji synagogi. Jedną z podstaw spokoju społecznego, jest wzajemny szacunek do symboli religijnych.

Jednocześnie cała sprawa, nie wiedzieć czemu, kojarzy mi się ze słynnym „spaleniem ruskiej budki” na Marszu Niepodległości, które to mogło być, jak wynika z tego co mówi Paweł Wojtunik na taśmach z „Sowy i Przyjaciół”, inspirowane przez Bartłomieja Sienkiewicza  – Widzisz, ale facet nauczył ich, że on dzwoni i on im rozkazuje. I tak samo poszli, spalili budkę pod ambasadą, bo minister osobiście wymyślił taką… wiesz z takiego… – słyszymy na nagraniu, którego treść w 2015 roku opublikowało „Do Rzeczy”. Może słusznie się kojarzy, może niesłusznie, ale jakoś dziwnie nie mogę się od tej myśli opędzić.

Triada pedagogów

Tym bardziej, że moment wydarzenia jest dla rządzących zadziwiająco pomyślny. Swego czasu szukali czegokolwiek co mogłoby skompromitować wznoszący antyrosyjskie hasła w czasie trwania tzw. „resetu z Rosją” Marsz Niepodległości. Teraz desperacko szukają czegokolwiek, co mogłoby przykryć w opinii publicznej kwestie takie jak wysokie ceny benzyny, nadchodzący armagedon cen gazu, czy wreszcie celowo i małpio złośliwe, choć logiczne w kontekście realizacji niemieckich interesów, niszczenie strategicznych projektów infrastrukturalnych, takich jak CPK, a co za tym idzie, likwidacja polskich potencjałów rozwojowych. Austria i Węgry już zgłaszają akces do zagospodarowania idei hubu lotniczego w środkowej Europie.

I oczywiście natychmiast zgłasza się znana Polakom triada „pedagogów”

– „Potępiam próbę zamachu na Synagogę Nożyków. Stop antysemityzmowi!” – pisze po polsku ambasador Niemiec Viktor Elbing. Ambasador Niemiec, wyobrażacie sobie? Kraju, który jest winien śmierci milionów Polaków i milionów Żydów. Kraju, w którym antysemityzm rośnie lawinowo i jego poziom w porównaniu ze śladowym poziomem w Polsce, jest gigantyczny i obejmuje pobicia, rozboje i rabunki. Gdyby ambasador Polski w Niemczech potępiał każdy akt antysemityzmu za Odrą, nie robiłby niczego innego. Jednak ambasador Niemiec Viktor Elbing, czuje się w prawie grzmieć na polskiej ziemi na temat antysemityzmu. Panie Elbing, my sobie ze swoim antysemityzmem poradzimy, Pan pomoże zwalczać ten niemiecki, bo sobie Pana niemiecka administracja nie daje rady.

– „Dziś wraz ze społecznością żydowską, Naczelnym Rabinem Polski Michaelem Schudrichem, Ambasadorem Jakowem Liwne i innymi solidarnie potępiam haniebny atak na Synagogę Nożyków w Warszawie. Nie ma miejsca na antysemityzm i nienawiść ani w Polsce, ani nigdzie indziej na świecie” – pisze po polsku ambasador USA Mark Brzezinski, zawsze gotowy do strzelenia sobie sympatycznego selfika z przedstawicielami proniemieckiej Koalicji 13 grudnia, czy innych form sprzecznych z konwencjami ingerencji w wewnętrzne sprawy Polski, ale jakoś nieznany z reakcji np. na zamordowanie przez Izraelczyków polskiego obywatela.

– „Przybyłem do Synagogi im. Nożyków, która ucierpiała dziś w ataku. Wraz z przedstawicielami polskich władz oraz Ambasadorem USA chcieliśmy okazać wsparcie warszawskiej gminie żydowskiej. Nie wolno nam dopuścić do tego, aby społeczność żydowska w Polsce została zastraszona tego rodzaju antysemickimi atakami. Strach powinni czuć wyłącznie sprawcy, a kara za takie postępowanie musi być nieunikniona. Dziękuję władzom RP za potępienie ataku i będę czekał na postawienie sprawców przed obliczem sprawiedliwości. Razem pokonamy antysemityzm i nienawiść” – pisze wreszcie po polsku po tym przygotowaniu artyleryjskim ambasador Izraela Jakow Liwne. W tym przypadku w jego reakcji nie byłoby przecież niczego nadzwyczajnego, byłaby absolutnie zrozumiała, gdyby nie fakt, że dopiero co wykazał się publicznie nieprawdopodobną bezczelnością w komentowaniu sprawy Polaka zamordowanego przez izraelskich żołnierzy. I w zasadzie nie wiadomo co jeszcze robi w Polsce.

Tak to nas od lat tresują. Zawsze ci sami. To znaczy nazwiska się zmieniają, ale są to najczęściej przedstawiciele tych trzech państw: Niemiec, Stanów Zjednoczonych i Izraela. Wobec każdego z tych państw wykazujemy się od lat, słusznie, lub mniej, uprzedzającą uprzejmością. Swoje służalcze zasługi ma tu wiele rządów po 1989 roku wobec Niemiec (obecny tę sztukę doprowadził wręcz do mistrzostwa), ale i rządy PiS mają swój wkład w to jak nas dziś traktuje Waszyngton i Tel Awiw. Nie jestem dyplomatą, mogę czegoś nie wiedzieć, ale wydaje mi się, że nawet jeśli kogoś uznaje się za sojusznika, czy wręcz strategicznego sojusznika, warto się szanować i np. nie zmieniać ustaw wg. wytycznych zza granicy, ponieważ każdy taki przypadek utwierdza naszych partnerów w przekonaniu, że Polacy są gotowi na wytarcie czapką każdego ich splunięcia.

Efekt odwrotny do zamierzonego

Z drugiej strony jednak, warto zauważyć pewne zjawisko, w ramach którego Polacy zdają się szybko wyrastać z wyznaczonej im roli. Jeszcze kilka lat temu, wystarczyło, że jakaś dziunia z Gazety Wyborczej napisała coś w zagranicznej prasie, a Wyborcza podała to na zasadzie „znowu się z nas śmieją”. I Polacy kładli uszy po sobie. Tymczasem od jakiegoś czasu pedagogika wstydu nie tylko już nie wystarczy żeby ich przekonać o tym, że „nie zasługują na takie projekty jak CPK”, ale również dotychczasowi „pedagodzy” stracili w oczach Polaków wiele ze swego blasku. Jeszcze usiłują grać swoją grę, ale zdaje się, że wywołuje to efekt odwrotny do zamierzonego.

Tweet ambasadora Niemiec Viktora Elbinga ma 62 polubienia i… 320 w zasadzie wyłącznie oględnie mówiąc „krytycznych” komentarzy. Tweet ambasadora USA Marka Brzezinskiego 398 polubień i 1000 w zasadzie wyłącznie oględnie mówiąc „krytycznych” komentarzy. Tweet ambasadora Izraela Jakowa Liwne 152 polubienia i 508 w zasadzie wyłącznie oględnie mówiąc „krytycznych” komentarzy. Mam nadzieję, że daje mi to pewien asumpt do tezy, że tak się kończy natrętna pedagogika. Polacy mają dosyć tresury.

Reakcja jeszcze jest nadmiarowa, co jest oczywiście formą odreagowania po latach musztry, ale z czasem powinna zmienić się w zrozumiałe wzruszenie ramion. Nie oznacza to oczywiście, że mamy porzucić sojuszników, czy choćby, że ich opinia ma nas nie interesować. Ma interesować, ale nie w kwestii naszych spraw wewnętrznych, które z definicji nie dotyczą ambasadorów państw ze stolicami gdzie indziej niż w Warszawie. Ci, choćby przez wzgląd na konwencje regulujące zasady dyplomacji, mają pilnować swojego dyplomatycznego nosa i nie ingerować w sprawy kraju, w którym są ambasadorami.

Pytanie jeszcze, czy doczekamy się rządzących, którzy tę godnościową ewolucję Polaków pojmą i sami wyjdą z mentalnej pułapki „brzydkiej panny bez posagu”.

WALTER ALTERMANN: Co mnie śmieszy, co mnie smuci (6)

Właściwie to tytuł tych felietonów jest fałszywy, bo w życiu coś jest albo śmieszne, albo smutne. Nie ma zjawisk, spraw obojętnych, a jeżeli ktoś twierdzi, że można być obojętnym, to znaczy, że już nie żyje. Choć jeszcze o tym nie wie.

Bardzo często dochodzi do tego, że ktoś przechodzi z jednego wyznania na inne. Najczęściej mamy wtedy do czynienia z przesłankami wywodzącymi się z dnia codziennego, z prostych interesów. Rzadziej natomiast u konwertytów spotykane są głębokie przemyślenia i głos serca.

Jedna religia nie zawsze wystarcza

Wiadomo, że marszałek Piłsudski przeszedł z wyznania rzymsko-katolickiego na luteranizm, ale zrobił to z miłości, co go poniekąd tłumaczy. 24 maja 1899 roku w Łomży 31-letni Piłsudski zmienił wyznanie na ewangelicko-luterańskie. Zrobił to, by 15 lipca 1899 roku poślubić Marię Kazimierę Koplewską-Juszkiewicz. Kochająca się para nie mogła pobrać się w obrządku katolickim, ponieważ Maria była rozwódką. Czyli interes był taki: Piłsudski chciał mieć żonę, a nie mógł liczyć, że Kościół pobłogosławi jego pomysł, więc przeszedł na luteranizm, który to kościół nie wchodził już tak drobiazgowo w sprawy matrymonialne. Zresztą Piłsudski po śmierci żony w 1921 r. wrócił do wiary rzymsko-katolickiej.

Nie ma się co oburzać na Piłsudskiego, skoro Henryk VIII powołał do istnienia zupełnie nową religię, bo papież miał już dość jego niestałości w uczuciach i nie chciał dać zgody na kolejny rozwód. Mógł król Anglii, mógł i Piłsudski, nie ma sprawy. W skutek takiego obrotu spraw Kościół anglikański uniezależnił się od papieży, a sam Henryk VIII został głową nowego kościoła i tym samy mógł się co i rusz rozwodzić.

Bawi mnie ogromnie anegdota, którą napisał (czy zapisał) Julian Stryjkowski. W małym żydowskim  miasteczku pewien Żyd dorobił się dużego majątku i postanowił przejść na katolicyzm. Wiadomość wstrząsnęła całym miasteczkiem i wszyscy Żydzi zgromadzili się pod domem przechrzty. Miotali obelgi i ciężkie przekleństwa. W końcu ekscentryk wyszedł na balkon i powiedział:

– Tak, wyrzekłem się wiary żydowskiej i przyjąłem chrzest. Teraz jestem Żydem wyznania rzymsko-katolickiego.

Tłum zawył z wściekłości i rozpaczy. Wtedy rabin powiedział:

– Moryc! Ty nie jesteś Żyd. Ty jesteś głupi Żyd.

Zmiany wiary politycznej

O ile zmiana wiary jest sprawą niejako osobistą, o tyle konwersje polityczne są publicznie ucieszne. W ciągu ostatnich 35 lat mamy do czynienia z nieustannym przemieszczaniem się naszych liderów między partiami. Spora grupa elity PiS trafiła do szeregów Platformy Obywatelskiej i byli to ludzi z wąskiego kręgu władz PiS. Dla równowagi inni z Platformy przerzucali się do PiS. Ale w końcu ruchy te odbywały się w rodzinie postsolidarnościowej i politycy partyjnie niezbyt usabilizowani mieli jakieś wytłumaczenie.

Natomiast nie ma wytłumaczenia fakt, że uciekinierzy z PiS-u stali się najbardziej zajadłymi gnębicielami tegoż PiS-u, gdy zasiedli już w ławach poselskich z poręki Platformy.

 

Wolty ideowe byłych członków PiS

Przypomnę, że Radosław Sikorski, obecny minister obrony narodowej, był trybunem PiS. Jako PiS-owiec w ostrych słowach beształ wtedy Platformę. Teraz, gdy jest członkiem PO i ministrem spraw zagranicznych z jej nadania, z tą sama pasję atakuje PiS. Mówił nawet o dobijaniu watahy, mając na myśli dobijanie PiS.

Jak on, tak bez wstydu, godzi taką życiową woltę ideologiczną? Nie wiem. Ale wiem, że większość przyzwoitych ludzi spaliłaby się ze wstydu, gdyby mieli zachowywać się jak on.

Tu przypomnę fragmenty bogatej drogi politycznej Sikorskiego. W latach 2005–2007 był ministrem obrony narodowej w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego a w latach 2007–2014 i od 2023  szefem dyplomacji w trzech rządach Donalda Tuska, był też marszałkiem Sejmu (2014–2015). W latach 2010–2016 był nawet wiceprzewodniczącym PO. Widać, że tanio się nie sprzedawał.

Od narodowców do liberałów

Również Roman Giertych, niegdysiejszy koalicjant PiS-u z Ligii Polskich Rodzin, wicepremier i minister edukacji we wspólnym rządzie, z chwilą rozpadu koalicji stał się skrajnym liberałem i libertynem, wspierającym moralnie ruchy LGBT+.

A przecież to za jego ministrowania szkoły miały obrać kurs narodowy, a lista pozycji, które minister usunął z lektur zadziwiała. Tak było na przykład z twórczością Witolda Gombrowicza. Nie mam dowodów, ale jestem głęboko przekonany, że obecnie mecenas Giertych czyta codziennie przed snem, do poduszki „Ferdydurke”, a po przebudzeniu  „Transatlantyk”.

Jak tak drastycznie można zmienić poglądy? Można, jeżeli poprzednie poglądy były natury koniunkturalnej i brały się z chęci robienia kariery.

Z ducha urodzeni lewicowcy, z wyrachowania liberałowie

Natomiast lista osób, które przeszły z SLD do Platformy budzi mój uśmiech, ale jest to uśmiech politowania. Lewicowcy zawsze podkreślają swoje powołanie, że są tacy z ducha, z niezgody na niesprawiedliwość społeczną, z niezgody na bogacenie się bogatych, kosztem biednienia biednych.

I coś w tym jest, a jest nawet bardzo wiele racji. Ale w takim razie, jak to możliwe, że nawet szefowie SLD, którzy najgłośniej wykrzykiwali zasady ideowe lewicy, nagle, bez rozgłosu zostawali członkami partii liberalnej czyli PO. A to jest tak, jakby ksiądz przechodził na stronę szatana.

Grzegorz Napieralski, czyli jak za każdą cenę być w parlamencie

Dzisiaj w ławach parlamentarnych, po stronie Platformy Obywatelskie, można zauważyć m.in. Grzegorza Napieralskiego – byłego szefa SLD. Siedzi cicho, ale go widać. A był nawet kandydatem w wyborach prezydenckich w 2010 roku, z SLD.

Zatem Napieralski na lewicy osiągnął wszystko. Niestety w kierowaniu partią szło mu marnie, gdzieś mu się rozpłynęła partyjna kasa, partia osiągała coraz gorsze wyniki w wyborach… Wskutek niezadowolenia członków SLD, 10 grudnia 2011 zastąpił go Leszek Miller, a 9 stycznia 2015 Napieralski został zawieszony w prawach członka SLD. Uznał jednak tę decyzję za nielegalną, pozywając przewodniczącego partii do sądu powszechnego. 30 marca tego samego roku został zawieszony przez sąd partyjny na 3 lata w wykonywaniu funkcji partyjnych. 22 czerwca został odwieszony przez sąd partyjny. Pięć dni później wystąpił jednak z SLD. 29 czerwca wraz z Andrzejem Rozenkiem ogłosił powstanie partii Biało-Czerwoni.

W wyborach w 2015 wystartował do Senatu z ramienia Platformy Obywatelskiej i uzyskał mandat senatora IX kadencji. Do końca lipca 2019 pozostawał senatorem niezrzeszonym. Na początku sierpnia, po ogłoszeniu jego startu do Sejmu w wyborach w tym samym roku z listy Kolaicji Obywatelskiej został członkiem klubu PO-KO. W ostatnich wyborach, startując z rekomendacji Inicjatywy Polskiej, uzyskał mandat posła IX kadencji.

Napieralski jest doskonałym przykładem polityka, który we własnym mniemaniu wyrósł ponad partię. I gdy partia nie chce go już widzieć na stołku szefa, to on tę partię rzuca i przechodzi do diabła, czyli liberałów.

Mamy jeszcze po stronie PO jeszcze kilku byłych szefów SLD. Są to pomniejsi szefowie, ale są. Na przykład Dariusz Joński – były szefa struktur wojewódzkich SLD w Łodzi. I mamy też członka kierownictwa SLD Marka Borowskiego.

Te zmiany barw, twarzy i kierunków ideowych z lewa na prawo i ku centrum byłyby bardzo śmieszne, ale niestety ludzie tacy, jak wyżej wspomniani, skutecznie kompromitują lewicę. A lewica jest potrzebna światu, choćby po to, żeby wszyscy inni nie dęli w jedną prawicową trąbkę. Bo ogłuchniemy w końcu.

 

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Groza gdzieś „tam” i „tu”, obok

Świat, który rysuje, maluje Ewa Urniaż-Szymańska jest okrutny i brzydki. Napisałem! Ale czy rzeczywiście jest gorszy od tego, który nas otacza?

Potwory, wystraszeni, załamani ludzie, mordy rozkwaszone i łby, z których wyrastają drapieżne krzaki i drzewa. Anioł, diabeł, symboliczne szachy i pełzający łysy dziad z gołym tyłkiem. Ludzie z kikutami rąk i nóg. Kobiety lub ich fragmenty, biusty i wielkie oczy.

Zaplątani w to wszystko święci z aureolą. Jeszcze martwy ptak i twarz w krzyku jak z obrazu Muncha. Wreszcie przerażone dzieci i wyciągnięte po nich drapieżne ręce.

Symbole złego czasu. Ale po co symbole? Rzeczywistość to wszystko przerasta. Góry trupów na ukraińskim froncie, po których idą do ataku żołnierze. Jeszcze żyją. Ale bywają dni, że giną setki a nawet tysiące.

Zwłoki zwykłych napadniętych ludzi, rozrzucone na drogach, obok ich rowery i spalone samochody. Pozabijane zwierzęta. Internet jest pełen tych strasznych obrazów. Bloki mieszkalne, szkoły i szpitale rozbite bombami. Przeorane pociskami ściany i oczodoły okien. To krwawiąca Ukraina.

Jeszcze gorzej jest w Gazie. Na małym terytorium kilka milionów ludzi wyciąga ręce do świata o ratunek. Wyciągają ręce głodne dzieci. W nieopisanym bólu bezradne matki. Całe miasta zniszczone. Mężczyzna mówi, że z jego 19 osobowej rodziny został sam.

To wszystko jest realne i dziejące się tu i teraz. Nie jest straszniejsze niż najbardziej drastyczne obrazy. Przerażały obrazy hiszpańskiego malarza Goyi. Ale już nie przerażają. Tam jest po kilkunastu rozstrzeliwanych. A tu tysiące trupów, pożoga, zagłada, pustka wypalonych siedlisk ludzkich.

Jeszcze niedawno Ewa Urniaż-Szymańska może i szokowała, ale dziś tamta twórczość artystki to już prawie łagodne obrazki. Teraz jednak wzbudzą refleksję, dokąd zmierzamy? Czy potwory wyjdą z ram i zmieszają się z tłumem zwykłych ludzi na ulicy. Z ciągle beztroskim i wesołym tłumem. A może jednak ta plastyczna makabra zadziała. Coś zmieni nagle. Jak to było, ale krótko, 22 lutego przed dwoma laty.

Ktoś mnie zapyta po co piszesz o malowaniu okropności, gdy pełno ich w codziennym życiu? Po to, że na obrazach krew jest czerwona a fiolet drapieżny, że butelka dusi szyję, dławi. To za wspomnieniem stanu wojennego z 1981 roku namalowany jest „Świat mężczyzny” – z kwiatów wyłania się tors kobiety. Co na tych obrazach robi gołąb. A może to jednak – jak w tytule – orzeł albo paw.

Obrazy artystki są opisane tytułami, datowane. Są więc dokumentacją czasu, który utrwalają. To głównie czas wojny, a więc czas aktualny, gdzie meldunki z frontów, barbarzyńskie zdjęcia, przykłady antyczłowieczeństwa stają się wręcz banalne. Sztuka artystki to przewidziała i pokazuje. Jej twórczość jest ważna, bo wyrazista.

Ewa Urniaż-Szymańska – plastyczka i nauczycielka – jest absolwentką Instytutu Wychowania Artystycznego na Uniwersytecie im. Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie. Realizuje się w litografii i grafice. Jej ulubioną formą jest rysunek ołówkiem. Studia skończyła w 1982 roku. Pracuje z dziećmi i młodzieżą. Wystawia w kraju za granicą. Najczęściej w Wiedniu. Jej prace znajdują się w wielu zbiorach prywatnych. Najchętniej tworzy w zaciszu domowym, mieszka pod Warszawą.

Pani Ewa jest także pisarką, poetką. I to bardzo konkretną i sugestywną. Pisze ostro i wyraziście. Wiersze, opowiadania i bajki dla dzieci. Twórczość artystyczna i literacka uzupełniają się. Ilustruje swoje książki. Pani Ewa twardo stąpa po ziemi. Warto tej artystce poświęcić uwagę.

 

 

 

O wolności dziennikarskiej podczas bezprawia w mediach pisze HUBERT BEKRYCHT: …bo będzie wstyd

Nadtytuł cyklu tego cyklu felietonów nie jest tylko figurą publicystyczną, jestem na zwolnieniu. Lekarskim. Uspokajam jednak wszystkich – to nie jakaś śmiertelna choroba, ot po prostu dał o sobie znać organizm zmęczony po 32 latach dziennikarskiej pracy, szczególnie zaś zmęczony po ostatnich miesiącach ciężkiej roboty… Choroba i zwolnienie lekarskie nie mogą oznaczać milczenia w sprawach zasadniczych dotyczących naszego zawodu i misji dziennikarstwa. Zatem od czasu do czasu, jeśli tylko zdrowie pozwoli, będę się z Wami społecznie dzielić swoimi obserwacjami. 

Znajomy dominikanin, rekolekcjonista Wojciech Jędrzejewski OP (przy okazji Wojtku, serdeczne życzenia imieninowe) przysyła mi od czasu do czasu swoje refleksje na temat sensu i religii, ale nie tylko. Ostatnio dostałem od zakonnika SMS o treści: “Każdy skrawek odzyskiwanej wolności może stać się naczyniem na miłość”. Myślę, że to bardzo pasuje do obecnej sytuacji dziennikarzy w Polsce. 

Co oznacza wolność dla dziennikarza? Musi oznaczać wszystko, jeśli ktoś chce naprawdę być dziennikarzem. Przedstawiciele naszego zawodu powinni być wolni, aby wykonywać swoje obowiązki. Brzmi jak banał? To jest banał! Ale i prawda. Jedyna, która musi towarzyszyć dziennikarzom przez całe ich zawodowe życie. 

Wolność mimo wszystko 

Krajobraz po przegranej przez prawdziwe dziennikarstwo bitwie o media z 19 grudnia 2023 roku jest poorany podziałami, dramatami zawodowymi i prywatnymi, naznaczony wieloma sporami, które teraz wydają się nie do rozwiązania. Co z tego wyniknie? Nie wiem, ale wiem, że szybko nie dojdziemy do porozumienia wielu sprawach. 

Czy, jeśli wydawca wyda dziennikarzowi polecenie zrobienia czegoś, co jest niezgodne z etyką, przekonaniami żurnalisty a często jest w kolizji z obowiązującym prawem trzeba odmówić. Jeśli chcemy nadal być dziennikarzami nie może tutaj być kompromisu. Bo nie można się godzić ze złymi praktykami zawodu ubranymi często w szaty “autorytetów”, “apolityczności”, czy dobra wspólnego.  

Bez kompromisu 

Trzeba liczyć się z wieloma kłopotami, z utratą pracy włącznie. Trudno. Lepiej być na bezrobociu, mało zarabiać czy zmienić pracę niż pod pozorem “wysokogatunkowego dziennikarstwa” wykonywać polecenia z dziennikarstwem nie mającymi nic wspólnego.  

Nagrody za lata upokorzeń może nie być. Warto jednak, bo zwolnienie z pracy nie oznacza zwolnienia z życia. 

 

 

 

O kontrowersjach wokół kandydatów w wyborach do PE pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Do you speak..?

Przesadzona, delikatnie mówiąc, okazała się informacja o tym, że Jacka Saryusza-Wolskiego nie będzie wśród kandydatów PiS do Parlamentu Europejskiego. Kto kolportuje takie wieści, które potem znajdują się przez pół dnia w czołowych mediach tzw. głównego nurtu, ale nie tylko? Sam Saryusz-Wolski zaprzeczył tym rewelacjom i napisał na swoim profilu na „X”, że to nieprawda, że nie rezygnuje. Bo przecież PiS to nie jest ugrupowanie samobójców, ale dyskusje o obsadzie parlamentarnych list w partii opozycyjnej nie ucichły. Nie tylko zresztą po stronie opozycji.

Nie będę pastwił się nad tymi, którzy mają reprezentować prawicę. Zostawię to satyrykom. Ale z drugiej strony to nie wyborcy układają listy kandydatów, wyborcy po to zaufali jakiejś partii i dali jej mandat zaufania, aby obserwować te listy a przy kolejnym pobycie w lokalach, gdzie oddajemy głosy na naszych parlamentarnych reprezentantów wyciągnąć wnioski.

Na razie we wszystkich partiach panuje chaos. „Ci odlatują, ci zostają” – jak śpiewali kiedyś Skaldowie z Łucją Prus. Tak to już w tym PE bywa. „Kaśka przyszła, Mańka wyszła”. Buzek rezygnuje, Tusk dał Budkę, pół rządu i 40 proc. składów tzw. komisji śledczych.

Trudno to nazwać inaczej niż Wielką Emigracją KO i to nie tylko – chociaż w głównej mierze – zarobkową. Może politycy czołowej koalicyjnej partii, czyli PO, boją się, co będzie, jak ich w końcu wyborcy rozliczą? A to może przecież stać się. Kto bogatemu w „wybitnych polityków” zabroni? Nikt przecież z „szarych wyborców” do układanie list nie jest dopuszczony.

Trwa też chaos w PiS spotęgowany powrotem (który to już?) do polityki Jacka Kurskiego. Nikt z obecnych europosłów i kandydatów nie chce być na jednej liście z były szefem TVP. Dlaczego? Bo Kurski jest dobrym PR-owcem a doświadczenia ma za dziesięciu kandydatów.

Trzecia Droga z kolei zależna jest od swojej planety – matki, czyli PO. PSL i partia Hołowni chcą tak poustawiać listy w okręgach, aby mieć chociaż cień szansy na kilka – bardziej dwa niż cztery – mandaty. Lewica może, choć nie musi, jak w wyborach lokalnych, przyssać się do żywiciela, czyli znowu do PO – KO. Konfederacja zwaistuje zamieszanie w europarlamentarnej stawce, ale w niewielu miejscach na politycznej mapie Polski.

Na pewno w wyborach do PE powinny się liczyć, jak w żadnym innym politycznym przypadku, kompetencje. Banał powiecie? Banał, ale to prawda. Bzdury plotą ci, którzy opowiadają, że PE to taka nagroda za działalność polityczną w wielu partiach. Owszem tak jest, ale tak nie powinno być.

Reprezentacja KO w PE to zbiór ludzi, może z nielicznymi wyjątkami, którzy głosują w Brukseli przeciwko polskiej racji stanu. W tej rozbijackiej działalności prym wiodą oczywiście członkowie frakcji PZPR w KO – Miller, Cimoszewicz, Belka. Deklaracje przeciwko Polsce składają też ludzie z PSL i lewicy.

Jest i druga strona – PiS, a tu ostatnio mieliśmy w Brukseli kilka osób, które dało się słuchać, dało się słyszeć i zrozumieć i wszyscy wiedzieli, że  Jacek Saryusz-Wolski jest liderem tej grupy. Kompetentny, wykształcony, mądry. Sekundowali mu Patryk Jaki, Zbigniew Kuźmiuk, Anna Zalewska i Beata Kempa.

Ich konkurenci z polskiej frakcji w Europejskiej Partii Ludowej warczeli na swój własny kraj i głosowali przeciwko interesom Ojczyzny, byleby zaszkodzić PiS. No i jak się okazało to im się udało wygrać wybory parlamentarne. Pyrrusowe zwycięstwo PiS niczego obecnej opozycji nie nauczyło. Czy PiS przed wyborami jest w ślepej uliczce? Czy odważne hasła pomogą?

Kto więc będzie nas patriotów i tradycjonalistów reprezentował w UE? Dlaczego nie wyciąga się wniosków z tego co widać, słychać i czuć? Wiadomo, że w Brukseli dużo płacą. I dobrze, jeśli jest za co. Czy teraz znowu pojadą ludzie z mierną angielszczyzną? Może by pokazać jacy naprawdę są np. zapraszając do telewizyjnych programów na żywo po angielsku – jakiejkolwiek stacji. Z lewicowo-liberalnymi niech porozmawia np. Rachoń albo Wierzejski lub ktokolwiek z „Republiki, oczywiście dobrze po angielsku a z kandydatami PiS mogłaby rozmawiać np. Wysocka-Schnepf albo Olejnik (jeśli mówi in English) lub też ktokolwiek z redakcji międzynarodowej TVN. To powinien być element rywalizacji przedwyborczej kandydata. Niemoty językowe niech walczą o Sejm lub Senat.

Teraz, gdy kaskadowo przebiegają zmiany, na małych ekranach widać, że wszystkie stacje gorączkowo szukają nowych, zdolnych i predysponowanych telewizyjnie. Starych wykopano.

Wracając do głównego wątku, dlaczego teraz za granicę jako reprezentantów Polski opozycja wysyła ludzi „za zasługi”. Trzeba wysyłać najlepszych, nie za „dokonania” lecz za to co mogą zrobić dla Polski. Oczywiście, że mogą się również nie sprawdzić. Zawsze jest takie ryzyko. Jednak po weteranach dokładnie wiemy czego możemy się spodziewać. Czy sprawa lidera delegacji PiS w PE Jacka Saryusz-Wolskiego, czyli plotka o jego rezygnacji jest niebezpiecznie napiętą struną wytrzymałości? Nie sprawdzajcie, opozycjo, czy i kiedy pęknie.

 

Kolejna odsłona wyznań o radościach i smutkach WALTERA ALTERMANA (5)

Aby zrozumieć współczesność, dobrze jest sięgnąć do historii, bo jak wiadomo wszystko już było.

Od października 1934 do października 1935 roku, w Chinach miało miejsce zdarzenie zwane Długim Marszem lub Wielkim Marszem. Było to przegrupowanie Chińskiej Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej z prowincji Jiangxi w południowo-wschodnich Chinach do Chin północno-zachodnich. W czasie wojny domowej (1927–1934) Czang Kai-szek rozpoczął w 1930 roku cykl pięciu kampanii okrążających, mających na celu zniszczenie baz Komunistycznej Partii Chin. W październiku 1934 roku główne wojska KPCh zdołały przebić się przez pierścień armii Czang Kaj-szeka i rozpoczęły marsz w kierunku północnych Chin, po drodze łącząc się z pozostałymi siłami komunistycznymi.

W Długim Marszu uczestniczyło ok. 100 tysięcy ludzi. Siły komunistyczne przeszły przez jedenaście prowincji, przebywając 10–12 tys. kilometrów i w październiku 1935 roku dotarły do prowincji Shanxi. W czasie stoczonych podczas Długiego Marszu walk ze ścigającymi je siłami Kuomintangu wojska komunistyczne straciły prawie 50 procent swojego stanu osobowego.

Tło polityczne było mi potrzebne do przedstawienia faktów, że w czasie Wielkiego marszu chińscy rewolucjoniści poddawani byli ogromnej presji materialnej i duchowej. Materialna była taka, że wykańczała ich pogoda, nadludzki wysiłek fizyczny i głód. Presja duchowa zasadzała się na terrorze psychicznym, który rozpętał Mao. Wszędzie w swoich szeregach wietrzył on angielskich szpiegów, groźniejszych niż Czang Kai-szek. Mao urządzał nieustanne wiece, na których rozpętywał antyszpiegowską histerię. I nic nie miało do rzeczy, że żołnierze Wielkiego Marszu nigdy na oczy żadnego Anglika nie widzieli. Chodziło o wywarcie presji i zbudowanie atmosfery terroru wobec potencjalnych zdrajców.

Świadkowie tamtych lat twierdzą, że na jednym z wieców do bycia angielskimi szpiegami przyznało się ponad 10 tysięcy rewolucjonistów. Wtedy Mao im wybaczył, ale nakazał być jeszcze bardziej rewolucyjnymi członkami partii.

Co ta historia ma wspólnego ze współczesnością? Bardzo wiele, bo z rozbawieniem, od lat, obserwuję jak na każdym zakręcie dziejów uniżeni służalcy przegrywającej władzy, natychmiast wyrażają hołd zwycięskiej. Potępiając też swoje uprzednie pozycje polityczne i skłonności partyjne. W czasach bierutowski nazywało się to „samokrytyką”. Taki gość, które przyznawał się do „błędów etapu”, nie od razu wracał do łask nowej władzy, ale chronił życie i pracę.

Czy z końcem komuny skończył się kontredans służalców? Oczywiście, że nie. Transfery, przejścia spod kurateli jednej władzy pod skrzydła drugiej są zjawiskiem stałym, właściwie banalnym i śmiesznym.

Zbiorowe objawienia w PRL

Pierwsze zbiorowe objawienia miały miejsce zaraz po 1945 roku. Wtedy to dawni endecy i inni przyznawali się do błędów młodości i przechodzili pod opiekę najpierw PPR, a w chwilę później PZPR. O dziwo zajadłych przedwojennych konserwatystów w PZPR nie było wcale mało. Niektórzy mogli żyć spokojnie i nieźle zarabiać, choć wyższe stanowiska nie były im dawane.

Drugie objawienia miały miejsce pod roku 1956. Wtedy to z kolei zajadli stalinowcy, różnej maści oprawcy i zwykłe kanalie potępiały samych siebie, tłumacząc się, że byli oszukiwani, że nic nie wiedzieli o zbrodniach stalinowców. I władza im wybaczała. Przesuwano ich na stanowiska, na których nie rzucali się w oczy i jakoś tam żyli. W sumie za stalinizmu niektórym „opłacało się” być kanalią, tyle, że trzeba było bić się w piersi.

Trzecie masowe i najliczniejszy objawienia miały miejsce w roku 1980. Te dotknęły, czy też były łaską, głównie dla dziennikarzy. Pamiętam dobrze jak piszący przez lata ostre, bezkompromisowe wypracowania (artykuły) w gazetach RSW, czyli w gazetach PZPR, nagle pod wpływem masowego protestu robotników przejrzeli na oczy, jak nagle spadły im z tych oczu socjalistyczne łuski i dojrzeli jasność i błogość wolnego słowa.

Było i tak, że goście z TVP i Polskiego Radia (młodzieży powiadam, że innych stacji wtedy nie było) składali publiczne przeprosiny, kajali się, informując przy okazji kajania, że oni nic nie wiedzieli o „propagandzie sukcesu”. Twierdzili, że chcieli dobrze, że pisali tylko o pogodzie, cenach na warzywniakach i urokach wycieczek do Bułgarii.

Nastrój w 1980 roku był tak euforyczny, że lud wybaczył prawie wszystkim propagandzistom. Tym bardziej lud był łaskawy, że cieszyło go, iż tak znane „postacie” przystały do ruchu „Solidarności”.

Z nawróconych najbardziej mnie wzruszyły dwie osoby. Pierwszą była dama, która twierdziła, że jedna z gazet niecnie wykorzystywała jej nazwisko, sygnując nim wredne artykuły z marca 1968 roku.

Drugą osobą był facet, który codziennie w I Programie Polskiego Radia informował o kolejnych sukcesach władzy i radości społeczeństwa z tych sukcesów. Gdy nastała „Solidarność” człowiek ów ogłosił publicznie otwarty list do Macieja Szczepańskiego, szefa Radiokomitetu, w którym to liście zarzucał Szczepańskiemu, że oszukał go, że wykorzystał jego młodzieńczy entuzjazm w niecnych propagandowych celach. Nadto – co oczywiste – ów młody dziennikarz wyjaśniał, że władza ukrywała przed nim straszny stan polskiej gospodarki, prześladowanie twórców i brak możliwości podróżowania na Zachód. W nagrodę za tak szczerą postawę dziennikarz został delegatem na historyczny I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ „Solidarność”, jesienią 1981 r. w hali Olivii, gdzie „robił” za żywy przykład pastwienia się komuny nad prostym dziennikarzem.

Oboje wyżej opisani dziennikarze ślicznie urządzili się nowej Polsce, a nawet uchodzili za autorytety.  Śmieszne? Nie bardzo, raczej smutne.

Olśnienia dzisiejsze

Nie minęło jeszcze pół roku od objęcia rządów przez nowe władze, a ruch olśnionych trwa i potężnieje. I coraz więcej znanych dziennikarzy daje publicznie do zrozumienia, że choć byli na etatach w rządowych mediach, choć występowali na antenach, choć w dyskusjach opowiadali się za PiS, to jednak w głębi serca byli po stronie wolnych mediów. Coś im nie pozwalało wtedy wypowiedzieć tego, co im naprawdę „w duszy grało”, ale grała im prawda.

Czy chęć zachowania etatów w państwowych mediach może aż tak przemielić człowieka, że sam siebie się wyprze? Widać może, choć widok takich „przemielonych” jest okropny. I potwornie smutny. Ilu może być prawdziwie twardych ludzi na milion? Nietzsche powiadał, że najwyżej 5 procent, reszta to miazga.

 

 

 

WALTER ALTRMANN: Co mnie śmieszy, co mnie smuci (4)

Śmieszą mnie politycy. Indywidualnie i jako grupa, niezależnie od orientacji ideowej. Zresztą z ideami u polityków też mamy śmieszny kłopot, bo większość z nich jak ognia wystrzega się jednoznacznego przypisywania do jakichś jednoznacznie określonych idei.

W dawnych czasach było prościej. Najczęściej sygnowano się jako lewica, komuniści, ludowcy, prawica, demokraci, a dzisiaj większość europejskich partii ma nazwy wieloczłonowe – na przykład socjal-demokraci. I nie wiadomo, ile w nich jest socjalizmu, a ile demokracji? A Nowa Lewica? Czyż nie budzi od razu niepokoju, los starej lewicy?

Bywają też partie dwuczłonowe, jak Prawo i Sprawiedliwość, i z tej nazwy też nie wiadomo kim są. Czy bardziej za prawem, czy za sprawiedliwością? Bo przecież prawo to kanon zasad, a sprawiedliwość niekoniecznie musi się tym prawem kierować, bo mamy przecież sprawiedliwość ludową, znamy karzące ramię sprawiedliwości, gdy obiecywano (za komuny), że jak kogoś to ramię dopadnie, to marny z nim koniec.

Istnieje też u nas Koalicja Obywatelska, która to nazwa jest wielce zagadkowa, bo koalicja to porozumienie, pakt, związek, ale dlaczego obywatelska? Wszak status obywatela mamy w państwie wszyscy.

Mówiąc krótko – mistrzami w wymyślaniu nazw partyjnych to my nie jesteśmy. I ta nieudolność jest bardzo śmieszna.

Wybory za wyborami

Ledwo co opadły emocje po wyborach parlamentarnych i samorządowych, a już, lada dzień, mamy mieć wybory do Parlamentu Europejskiego. I ku memu zdziwieniu partie, które odsądzają Unię Europejską od czci i wiary, też wystawiają swoich kandydatów. Nie boją się, że ich eurodeputowani przesiąkną w Brukseli miazmatami degeneracji moralnej i ideami bezpaństwowości? Teoretycznie wszyscy kandydaci mają mocno ugruntowane idee, ale diabeł unijny przecież nie śpi.

Inna rzecz, że partie wystawiają w szranki ludzi, którzy mają mocne pozycje w swych organizacjach i szkoda chyba wstawiać taki silnych ideowców? Ale pojawiają się też na listach osobnicy, którzy trochę podpadli, z którymi jest kłopot i lepiej by było – dla ich macierzystych partii – jakby na kilka lat z widoku zniknęli.

Bardzo to zabawne. A na poparcie mej tezy przywołam zdanie wielkiego Stanisława Ignacego Witkiewicza, który w „Szewcach” napisał: „Dopóty nie będzie dobrze, dopóki nie zaprzestanie się wysyłania zdrajców na placówki dyplomatyczne”.

Politycy jak soki

Zdarzają się też zabawni politycy, którzy z niejednego pieca chleb już jedli, czyli że byli już w wielu partiach. Takich osobników do zmiany braw partyjnych zawsze zmusza ogromnie wysokie mniemanie o sobie samych. Okoliczności są różne, bo zdarza się, że któregoś polityka jego rodzima partia wyrzuci z hukiem, albo wypchnie po cichu z pierwszych miejsc na dalsze, ale rzadko się zdarza, żeby ktoś taki obraził się, rzucił politykę i wziął się do normalnej pracy.

Dlaczego? Bo nasi zawodowi politycy najczęściej nie mają żadnych osiągnięć zawodowych, poza wielokrotnym byciem posłem czy senatorem. Jest jeszcze gorzej, bo politycy młodzi, poza dyplomami studiów, nie mogą legitymować się żadnym dorobkiem zawodowy. Więc gdzie mają odejść z polityki? W nicość? Mają się auto anihilować?

Dlatego nasi politycy są jak soki, ale wieloowocowe. Co jest śmieszne, ale w skutkach dla nas wszystkich może być tragiczne.

Politycy ponadpartyjni

Polityka ma widać jakiś mroczny urok, że ściąga na swoje polityczne pole ludzi zadufanych w sobie, kochających namiętnie, ale jedynie siebie. Taki osobnik często, gdy rodzima partia nie chce już jego liderowania, odchodzi do innej partii. I natychmiast przystępuje do kopania swych jeszcze wczorajszych kolegów. Oczywiście wszystkie stacje telewizyjne łase są na zamieszczanie jego frustracji i agresji – bo jednak coś się dzieje.

Świetnym tego przykładem (czyli najgorszym przykładem) jest Leszek Miller, który dwukrotnie był szefem SLD i dwukrotnie z tej partii z hukiem odchodził. Bo nie mógł być drugim lub trzecim na wewnętrznej liście rankingowej SLD. Zupełnie jak Cezar, który wolał być pierwszym w Ostii, niż drugi w Rzymie.

Za pierwszym razem Leszek Miller wystartował nawet do Sejmu z listy Leppera – i poniósł sromotną klęskę. Okazało się bowiem, że ludzie poprzednio nie głosowali na Leszka Millera jako takiego, ale na partię, której przewodził.

Jednostka – zerem, jednostka – bzdurą,

sama – nie ruszy pięciocalowej kłody,

choćby i wielką była figurą

– pisał Majakowski, ale który z dzisiejszych przywódców partyjnych czyta poezję?

Smuci mnie i zawstydza obecna rola Leszka Milera, jako wiecznego malkontenta i podręcznego krytyka lewicy dla naszych stacji telewizyjnych. I wcale mnie to nie śmieszy, bo kiedyś lubiłem go.

I tak to się przeplata śmiech ze smutkiem, zażenowanie cudzą małością z rozbawieniem głupotą.