CEZARY KRYSZTOPA: Nie mówcie tego prof. Maciejowi Góreckiemu

Artykuł 4. p. 1 Konstytucji RP mówI: „Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”. Nie do Komisji Europejskiej, nie do trybunału Lenaertsa zwanego potocznie TSUE, nie do Parlamentu Europejskiego, nie do „światłych elit”, tylko do Narodu. Naród jest najwyższym Suwerenem (słyszycie chrzęst zgrzytających zębów?). Tak, jest Suwerenem.

Kim jest Suweren? Suweren jest podmiotem sprawującym niezależną władzę zwierzchnią. W demokracji ten rodzaj władzy sprawowany jest przez Naród. Czasem bezpośrednio, jak w referendum, czasem pośrednio, za pośrednictwem wyłonionych w wyborach przedstawicieli. Prosta sprawa.

Demokracja liberalna

Inaczej jednak jest w demokracji liberalnej. Nie mówię tutaj o oficjalnych ugrzecznionych definicjach, tylko o praktycznych z nią doświadczeniach i kierunku w jakim zmierza demokracja głównie zachodnia. Otóż w tzw. demokracji liberalnej najważniejsze są mniejszości. „Dla dobra mniejszości” stawia się na głowie świat większości. „Dobro mniejszości” ma być najwyższym celem całego systemu.

Z natury rzeczy mniejszości nie są w stanie narzucić niczego większości. I tu na arenę wkraczają „światłe elity”. To „światłe elity” w imieniu mniejszości i „dla ich dobra” kształtują system, który ma w istocie coraz mniej wspólnego z demokracją. Chełpiąc się nadal „demokratyczną naturą” i występując z pozycji „moralnie wyższościowych”, „światłe elity” budują różnego rodzaju instytucje i inne mechanizmy kontrolne, które mają najpierw „korygować”, a potem wręcz jawnie fałszować wolę narodowego, ale z ich punktu widzenia nieokrzesanego i nieoświeconego Suwerena.

W istocie jednak „światłe elity” nie znają żadnego dobra oprócz własnego. „Mniejszości”, czy to definiowane ekonomicznie, rasowo, czy tym co komu kto w jaki otwór wtyka, są im potrzebne jedynie instrumentalnie. Jedynym celem działania „światłych elit” są w gruncie rzeczy one same. Głęboko przekonane o tym, że nie ma dla nich alternatywy, że są z natury rzeczy predystynowane do rządzenia, co tam rządzenia, pasania bezmyślnego motłochu.

Profesor UW

– Elektorat PiSu jest niezwykle toksyczny kulturowo. Po odsunięciu PiSu od władzy służby powinny infiltrować i wewnętrznie dezintegrować każdą kolejną partię, która będzie bazować na tym elektoracie. Tylko w ten sposób unikniemy pełnoskalowego faszyzmu – stwierdził Maciej Górecki, profesor Uniwersytetu Warszawskiego , instytucji wielce dla budowy „demokracji liberalnej” zasłużonej. I nie chodzi tu w żadnym razie o PiS, tylko o głębokie przekonanie profesora, który  całą pewnością ma się za przedstawiciela „światłych elit”, o tym, że jakaś, niemała przecież część Narodu, ma być dzięki jego inspiracji pozbawiona swojego udziału w demokracji, co ma tę demokrację zbliżyć do ideału „demokracji liberalnej”.

W sumie to, że takie przekonania pośród „światłych elit” istnieją, nie jest chyba zaskoczeniem dla nikogo kto potrafi złożyć dwa do dwóch, albo chociaż pamięta historię z tzw. „szafą płk Lesiaka”. Jednak miarą intelektualnego upadku tej formacji jest to, że ktoś mający się za profesora takie opinie wypowiada głośno i publicznie.

Upadek „światłych elit”

Intelektualny upadek „światłych elit” jest prawdopodobnie efektem braku pluralizmu, czy to wąsko w mediach, czy to szerzej w życiu publicznym. Różnego rodzaju instytucje „demokracji liberalnej” i środowiska „światłych elit” doprowadziły na przestrzeni dziesięcioleci istnienia III RP do zagłuszenia jakiejkolwiek konkurencji. A w efekcie, po jakimś czasie, to umysłowego rozleniwienia i rozumowej atrofii. Drugą przyczyną jest prawdopodobnie głęboka frustracja. Frustracja wynikająca z buntu „ciemnego ludu” , który „światłe elity” w 2015 roku kopnął w zadek tak, że do tej pory nie mogą złapać równowagi. I znów, nie tyle chodzi tu o zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości w wyborach, ale raczej o czerwoną kartkę jaką „światłym elitom” rzutem na taśmę zdołał dać Naród.

I tak się te „elity” miotają od tamtej pory, pomiędzy własnym ograniczeniem umysłowym, przekonaniem o swojej bezalternatywności i wyjątkowości, a frustracją. Głęboką frustracją i obrazą na niewdzięcznego Suwerena. Ten emocjonalny huragan doprowadził je do zerwania ostatnich moralnych oporów i otwartego oddania się na służbę „światłym elitom” wyższego rzędu w Brukseli czy raczej w Berlinie. A właściwie gdziekolwiek, gdzie dadzą im chociaż cień nadziei, że są w stanie pomóc uchwycić znów smycz Suwerena.

Nie mówicie Góreckiemu

Nie oznacza to, że nasze lokalne „elity” nie były wcześniej na służbie. Służbę mają we krwi. Wcześniej służyły Moskwie, potem przeszły płynnie na układ „my wam tu oddamy tę polską masę upadłościową na rynek zbytu i rezerwuar taniej siły roboczej, a wy uznacie w nas swoich miejscowych gubernatorów zarządzających okoliczną trzodą”. Tak było oczywiście od dawna. Wcześniej jednak zachowywano pewne pozory, a po 2015 roku zarzucono resztki savoir vivre i nasze elitki zaczęły się dumnie obnosić z brązowymi nosami, a ich panowie wymieniać się doświadczeniami na temat „malinek” jakie zostawiły im na pośladkach.

I kto wie, być może łaska europejskich „panów” w końcu by tę frustrację i odruchową potrzebę pasania „ciemnego” Narodu, zaspokoiła. Problem jednak w tym, że klamry i ograniczniki jakie nałożyła „demokracja liberalna” na demokrację, pękają już nie tylko w Polsce. I dużo wskazuje na to, że, do tej pory jakże potężne, europejskie „światłe elity” same mogą niedługo zaliczyć kopa w zadek, po którym być może równowagi nie odzyskają już nigdy.

Tylko nie mówcie tego profesorowi Uniwersytetu Warszawskiego Góreckiemu. To byłoby okrutne.

WALTERA ALTERMANNA kilka współczesnych uwag do Dekalogu

Czy niewierzący może być porządnym człowiekiem? Oczywiście. Jednak pod pewnymi warunkami, które znajdujemy u Świętego Mateusza (22: 36-40) – Nauczycielu, które przykazanie jest największe? A On mu powiedział: Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej. To jest największe i pierwsze przykazanie. A drugie podobne temu: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się cały zakon i prorocy.

W istocie, bowiem, tak dla wierzących, jak i dla niewierzących, największym nakazem jest humanizm, który nakazuje szanować tego drugiego.

Pewien mój znajomy twierdzi, że bez kultury judeo-chrześcijańskiej świat by zmarniał, a ludzkość by się wymordowała, co do jednego. To ładne sformułowanie, które nie bierze jednak pod uwagę, że przed chrześcijaństwem, a potem obok chrześcijaństwa, istniały, i istnieją kultury głęboko humanistyczne, takie jak w Azji czy Afryce. Takie zdanie – o prasprawczości kulturowej judeo- chrześcijaństwa – jest zresztą dowodem na zadufanie Europejczyków, którzy do dzisiaj roszczą sobie prawa do panowania nad resztą świata.

Po tych wstępnych uwagach przejdźmy do mojej nieskromności, czyli do kilku uwag, co do dzisiejszej moralności. W oparciu o Dekalog.

  1. Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną.

To przykazanie jest naczelne, bo mieści w sobie również pozostałe przykazania. Nie może, bowiem uważać się za wierzącego ktoś, kto jedynie „w pewnym stopniu” kradnie, lub „w ograniczony sposób” cudzołoży. Tu nie ma procentowego udziału w grzechu. Albo – albo.

Zastanawia mnie, że dzisiejsi ludzie, uważający się za dobrych chrześcijan, mając innych bogów w ogóle o tym nie wiedzą. Przecież bogami, lepiej powiedzieć idolami, dla tak wielu współczesnych są: kariera, pieniądze, władza, poklask tłumu. Dla tych idoli gotowi są zrobić więcej niż dla prawdziwego Boga, którego teoretycznie wyznają.

  1. Nie będziesz brał imienia Pana Boga swego na daremno.

Najbardziej zastanawiające jest dzisiaj mieszanie Boga do polityki. Miłość do Stwórcy narasta, u niektórych, szczególnie w okresach przedwyborczch. Wtedy to większość działaczy partyjnych zaczyna powoływać się na swą wiarę. Gorzej, bo znajdują oni wspólników w księżach czy zakonnikach, którzy potwierdzają, że dany polityk, startujący z listy… numer na liście… jest porządnym chrześcijaninem.

W Polsce każda z większych partii ma swego księdza, a nawet biskupa, żeby nie powiedzieć swój kościół. Jedni są z kościoła pomorskiego, inni z karpackiego, a jeszcze inni z mazowieckiego.

Jeżeli nie jest to złamaniem drugiego przykazania, to, co nim jest? To, że kiedy hukniemy się młotkiem w palec, krzykniemy „O Boże”?

  1. Pamiętaj, abyś dzień święty święcił.

Dzień święty ma być u ludzi religijnych poświęcony Bogu, skupieniu się na sprawach transcendentnych, na sensie żywota, na walce z własnymi słabościami, na szukaniu równowagi ducha. U Żydów sobota jest dniem, w którym nie wolno pracować, podróżować, a nawet gotować.

W Polsce da się natomiast zauważyć, że czym bliżej wyborów, tym częściej politycy nasi są w kościołach. Żeby jeszcze chodziło o modlitwy w celu skłonienia Boga do poparcia tej a nie innej listy wyborczej…, Ale nie. Ogromne rzesze kandydatów na posłów, senatorów i radnych chcą być widziani w kościołach, jako to porządni chrześcijanie. Tak naprawdę, to wierzą oni, że udział w mszach i uroczystościach kościelnych ma im zagwarantować wzrost poparcia przy urnach.

A Kościół w Polsce, w większości, na to przystaje. Nie jest to dobre dla kościoła.

  1. Czcij ojca swego i matkę swoją.

W tym przykazaniu jest a priori założone, że rodzice kochają swe dzieci. Ale dzisiaj niekoniecznie tak jest. Rodzicom często tylko się wydaje, że kochają, ale z objawianiem swej miłości do swych potomków maja ogromny kłopot. Nie maja czasu dla swych pociech, poświęcają im zbyt mało czasu i uwagi. Ciągle widuję matki zagapione w komórki, gdy ich dziecko chce zainteresowania. Ale one zainteresowane są najbardziej, co Zuzia napisała o Krysi do Jadzi.

A potem tak marnie wychowywane dzieci nie znajdą już sił i czasu na opiekę nad starymi rodzicami. Bo oddadzą rodzicom tylko tyle ile same dostały. Nie mówię już o rodzinach patologicznych, w których dziecko jest przeszkodą do zabawy rodziców.

„Wszystko jest w życiu pożyczane. Tak jak ty traktujesz rodziców, tak ciebie potraktują twoje dzieci” – mawiał mój mądry ojciec.

  1. Nie zabijaj.

Jeżeli z czasem świat nie uzna ludobójcy Putina za zbrodniarza, któremu nie podaje się ręki, nie rozmawia i nie robi z nim interesów, to znaczyć to będzie, że wszyscy ci politycy, ci światowej klasy biznesmeni zgrzeszyli przeciw piątemu przykazaniu. A jest to grzech ciężki. I będą z tego rozliczeni. Niestety mam mało nadziei na to, że Putina i jego kompanów spotka surowy osąd świata. Pieniądze z tańszej ropy i gazu mają dzisiaj silniejsze „przebicie” niż piąte przykazanie. O pieniądzach wspomnę jeszcze przy przykazaniu siódmym.

Nie zabijaj mówi przykazanie, ale część światowych przywódców proponuje takie rozwiązanie wojny na Ukrainie, żeby Putin mógł zachować twarz. I opowiadają się za tym, aby część już okupowanych ziem, Putin mógł zatrzymać. Moim zdaniem dawanie zbrodniarzowi prezentów i przechodzenie nad jego uczynkami do porządku dziennego, jest współudziałem w zbrodni, jest wspólnictwem.

A to jest również grzechem. I grzeszą nie tylko niektórzy prezydenci, kanclerze, premierzy, nie tylko Elon Musk, który prowadzi własne pertraktacje z Putinem. Grzeszy też niejaki Cyryl I, Jego Świątobliwość Patriarcha moskiewski i całej Rusi, współpracownik KGB, który błogosławi wojnę Putina.

Zdaje mi się, że w piekle znajdzie się całkiem doborowe towarzystwo.

  1. Nie cudzołóż.

Świętość małżeństwa właściwie nigdy nie istniała. To życzeniowość Kościoła, a nie opis stanu faktycznego. I Tak jest już od średniowiecza. Największym na to dowodem są małżeństwa władców. Pobierali się tylko dla interesów dynastycznych, a jeżeli trafiało się przypadkiem królewskie małżeństwo, które się kochało, to wspominają je kroniki, jako wypadek i kuriozum. Rozwody w królewskich rodach, były czymś oczywistym. Oczywiście każdy rozwód kosztował dużo pieniędzy, które skwapliwie przyjmowano w Watykanie. Jeden z królów Anglii, Henryk VIII, któremu papież zwlekał z unieważnieniem małżeństwa, wściekł się i założył własny kościół. Nasi królowie też nie byli święci, gdy chodzi o rozwody.

Inny problem to potępiane przez Kościół współżycie przedmałżeńskie, które było normą w wczesnym średniowieczu. Ludzie się dobierali charakterami, także w łóżku, pod względem seksualnym. Jeżeli uznawali, że jest im dobrze, byli razem na stałe.

O dziwo Kościół – od zawsze – przywiązywał największą wagę do szóstego przykazania. Pozostałe dziewięć traktując, moim zdaniem, lżej.

  1. Nie kradnij.

Pracodawca, który płaci pracownikom tylko tyle ile musi, – kim jest, jeśli nie złodziejem? Zarządzanie społeczeństwem polega na tym, żeby wywołać powszechny gniew na człowieka, który ukradł komuś samochód, lub ograbił wystawę jubilera. Natomiast prezesi banków, korporacji, którzy doprowadzają celowo swe firmy do upadłości – zagarniając po drodze wielkie pieniądze? Oni są poza potępieniem.

Bo łatwo nam wyobrazić sobie, że nagle tracimy dziesięcioletniego fiata, ale ukradzione miliony, miliardy są dla nas abstrakcją. Złodziejstwo wielkich nie mieści się w naszym doświadczeniu, więc skupiamy się na małych złodziejach. Ale tak to jest od zawsze, bo już Biernat z Lublina pisał: „Wielcy złodzieje, małe wieszą”.

Jest jeszcze gorzej, bo prości ludzie po cichu uważają, że władze zawsze kradły, kradną i kraść będą, więc w sumie nie ma sprawy.

  1. Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu.

Jednym z atrybutów walki politycznej są dzisiaj publiczne plotki, pomówienia i oszczerstwa. Są nawet dziennikarze zawodowo zajmujący się czarnym PR. I o dziwo, tacy osobnicy cieszą się uznaniem swojego środowiska.

Są jeszcze w mediach społecznościowych zawodowcy – często na usługach obcych państw, – którzy wytwarzają tzw. fake newsy. Mamy także Internet, w którym frustraci chcąc zwrócić na siebie uwagę, eskalują potwarze, wulgaryzują język. I plwają na politykę.

Ale nie oni martwią mnie najbardziej, bo ludzi czerpiących radość z ubliżania innym zawsze było wielu. Zastanawiam się nad mediami klasycznymi, których etatowcy, lub zaproszeni goście prześcigają się w opowiadaniu dyrdymałów okraszonych obelżywymi epitetami.

I powiedzmy od razu – obie strony, opozycja i rządzący mają w tym względzie sporo na sumieniu. A grzeszą przeciw ósmemu przykazaniu nie tylko ci, którzy są oszczercami. Grzeszą też ci, którzy tych zawodowych oszczerców zapraszają do studiów radiowych i telewizyjnych.

Jest nawet taka zasada – ten częściej zagości w programach, który lepiej przyłoży, bardziej pomówi i opluskwi. A to jest grzech. I to poważny, bo bardzo grzeszy ten, który wiedzie na manowce, gorszy maluczkiego, czyli widza. Dante tego nie przewidział, ale dla tych „specjalistów” będą specjalne atrakcje w piekle.

Owszem są procesy…, Ale żeby tak jeden z drugim, bez procesu sam się zorientował, że grzeszy, i skruszony przeprosił? Nie słyszałem o takim przypadku.

  1. Nie pożądaj żony bliźniego swego.

Dzisiejsze media pełne są opisów romansów celebrytów, ich rozwodów, powrotów, zdrad. Takie związki stają się też wzorcem dla „pospólstwa”. I redaktorzy tych pisemek, audycji nie mają sobie nic do zarzucenia. A czymże różnią się oni od sutenerów? Albo producentów pornografii?

Stwarzanie medialnej przychylności dla zdrad – także jest ciężkim grzechem.

  1. Ani żadnej rzeczy, która jego jest.

Zawiść rodzi się z niezrozumienia własnej pozycji, lub braku szczęścia. To stary, odwieczny odruch człowieka, że przyczyn własnych niepowodzeń upatruje w spiskach i układach innych ludzi. To bardzo trudny problem. Bo mało kto chce sobie powiedzieć: tak, jestem gorszy.

Niby mówimy, że człowiek jest kowalem własnego losu, ale zwykle odnosimy ten proces do innych. A dla zdrowia osobniczego i społecznego powinniśmy znać własne ograniczenia i płynące z nich konsekwencje. To tak jak ze złotem – jest go za mało w naturze, żeby starczyło dla wszystkich. Ludzie nie chcą i nie potrafią cieszyć się z tego, co mają. Może w dawnych epokach było łatwiej, bo władza – oraz pieniądze – pochodzić miały od Boga? A teraz w demokracji? Jak mamy sobie wytłumaczyć nierówności? Zatem, grzeszymy.

Podsumowanie

Oczywiście oczekiwałbym od wszystkich Kościołów świata potępienia nowych form i okoliczności starych grzechów. Ale… Kościoły są ludzkie, więc maja ludzkie słabości. I idą ścieżką wydeptaną od wieków grzechów upatrując jedynie w osobach, a grzechów społecznych nie ruszają. Szkoda.

 

 

 

 

JAN TESPISKI: Na co zmarł Wyspiański i inne sytuacje (14)

Profesor filologii polskiej Jan Durr-Durski (ur. 1902 – zm. 1969) prowadził wykłady z literatury staropolskiej na Uniwersytecie Łódzkim. Jednakże będąc także wybitnym znawcą twórczości Stanisława Wyspiańskiego, bardzo często robił wycieczki od Szymona Szymonowica ku Wyspiańskiemu i Młodej Polsce.

Niekiedy te wycieczki były znacznie obszerniejsze niż temat główny. Pewnego dnia, ni z tego, ni z owego, będąc akurat przy Danielu Naborowskim i jego artystycznym świntuszeniu, Profesor powiedział:

– A co do Wyspiańskiego… Odkryłem, że nie jest prawdą jakoby zmarł na syfilis, którym rzekomo zaraził się w czasie swego drugiego pobytu w Paryżu, od modelki Paula Gauguin’a. Prawda jest taka, że to w ogóle nie był syfilis, tylko coś znacznie gorszego. A zaraził się tym paskudztwem w Krakowie, od jednej praczki przy Floriańskiej 6, z bramy, w piwnicy. A co to było opowiem przy następnym wykładzie. Do zobaczenia za dwa tygodnie.

Za dwa tygodnie sala wykładowa filologii Uniwersytetu Łódzkiego była pełna. Szczególnie tłumnie – co zastanawiające – przybyły cnotliwe studentki pierwszych lat. Czekano dość długo, w końcu pojawił się asystent profesora i oznajmił, że profesor Durr-Durski zmarł właśnie wieczorem dnia poprzedniego w Warszawie.

Rozeszliśmy się głęboko zawiedzeni. Profesor wielką tajemnicę Czwartego Wieszcza zabrał ze sobą do grobu.

Przerwane Dziady

Powiada się w teatrach, że teatr musi grać za każdą cenę. Liczne są też przykłady aktorów, którzy mimo rodzinnych tragedii, karnie stawiali się na spektakle. Bo odwołanie spektaklu jest dla nich największą, niewyobrażalną tragedią. Nie mnie osądzać, czy nie ma w tym przesady, ale obowiązkowość aktorów jest naprawdę wielka. Jest tak wielka, że nawet ministerialnym urzędnikom w połowie nie przychodzi coś takiego do głów. Ale ta „wierna służba teatrowi” przybiera niekiedy wymiary tragikomiczne. Jak każda przesada.

Wiadomo, że każde wystawienie „Dziadów” jest dla teatru wielkim wysiłkiem i wielkim świętem zarazem. W roku 1984 w łódzkim Teatrze im. Stefana Jaracza, wyreżyserował je Maciej Prus. Spektakl był wydarzeniem artystycznym.

Dla poniższej anegdoty ważne jest, by opowiedzieć początek tej inscenizacji. Zatem zaczynało się tak… Scena wznosiła się lekko ku horyzontowi i cała była zasypana ziemią. Były to trociny ufarbowane na brązowo. Gdy wznosiła się kurtyna, widzowie widzieli słabo oświetloną grupę Chóru z przodownikiem Guślarzem. Wśród tej kilkunastoosobowej gromadki był także muzyk z wielkim bębnem, w który miarowo uderzał. Wszystko to dawało to naprawdę nastrój niesamowity i poważny. I słynny tekst miał wspaniałą oprawę:

CHÓR

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,

Co to będzie, co to będzie?

GUŚLARZ

Zamknijcie drzwi od kaplicy

I stańcie dokoła truny;

Żadnej lampy, żadnej świécy,

W oknach zawieście całuny…

Tak pięknie było do czasu, gdy teatr został zaproszony na festiwal w Opolu. Gmach opolskiego teatru jest – w porównaniu z budynkiem Teatru Jaracza – ogromny, a sama scena kilkukrotnie większa.

Próby przed konkursowym przedstawieniem na festiwalu poszły dobrze. Wieczorem kurtyna wzniosła się… i zaczęli grać. Jednakże jeden z Chóru, starszy już wiekiem Włodzimierz Kwaskowski, zagubił się przepastnych przestrzeniach opolskiego teatru i nie zdążył… Początek – bez niego?! Cóż jednak znaczy obowiązkowość starszego pokolenia. Kwaskowski padł na podłogę i zaczął się czołgać ku środkowi sceny. Żeby jednak nie być widocznym – jak pomyślał – zaczął obrzucać się trocinami, dla niepoznaki, dla ukrycia swego czołgania.

Widownia i koledzy na scenie zobaczyli jednak jakiegoś pełzającego w tumanie kurzu aktora… Opadła kurtyna i po piętnastu minutach – gdy aktorzy wyparskali już swoje rozbawienie i przestali się śmiać – zaczęto raz jeszcze.

Oczywiście pewną winę miał także inspicjent. Ale Włodzierz Kwaskowski nigdy nie uznał swojego wypadku za śmieszny. Może dlatego, że był aktorem komediowym?

A przyjemność?

A skoro już wspomnieliśmy postać wspaniałego reżysera Macieja Prusa… Miał on dość pouczającą przygodę na początku swej drogi reżyserskiej.

Jako młody reżyser wystawiał w jednym z warszawskich teatrów sztukę, z Janem Świderskim w roli głównej. Próby szły dobrze, ale – czym bliżej premiery – Świderski „rozwijał się”, To znaczy grał coraz bardziej grubo, grubo przesadzając. To znaczy kasłał, prychał, wzdychał, mlaskał i cmokał. W czasie przerwy po pierwszym akcie, w czasie pierwszej generalnej, ktoś z przyjaciół zwrócił Maciejowi Prusowi uwagę, że Świderski gra „za dużo”

Prus jako człowiek subtelny, trochę się obawiał mistrza. W końcu jednak wziął na odwagę, poszedł do garderoby Świderskiego i powiedział:

– Bardzo bym prosił, panie Janie, żeby grał pan trochę mniej…

Świderski nie powiedział nic. Jednak drugi i trzeci akt zagrał już normalnie, bez „dodatków charakterystycznych”. Gdy próba się skończyła Prus poszedł znowu do garderoby mistrza:

– Chciałem podziękować – powiedział do Świderskiego. – Właśnie o to mi chodziło.

– Panu o to chodziło, ja wiem… Ja mogę tak grać – powiedział Świderski. – Ale gdzie przyjemność?

Operetka w Słupsku

I jeszcze raz Maciej Prus.

Gdy za Gierka zwiększono liczbę województw do 49, okazało się, że władze nowych województw nie są pozbawione ambicji. W takim Słupsku postanowiono mieć dobry teatr, a konkretnie operetkę. Taki był gust decydentów. Jakoś tak się złożyło, że do władz Słupska dotarło, że jest dobry reżyser, który wprost marzy o operetce właśnie. Nawiązano kontakt i powołano Maciej Prusa na dyrektora nowego teatru.

Jakież jednak było zdziwienie władzy, gdy na premierze zobaczyła, że ich teatr – owszem – gra operetkę, ale „Operetkę” Gombrowicza.

I tak to przygoda z teatrem słupskim trwała dla Macieja Prusa ledwie rok, bo był dyrektorem tego teatru zaledwie w sezonie 1977 – 1978.

Ale swoje marzenie spełnił i „Operetkę” wystawił.

 

 

 

 

HUBERT BEKRYCHT: Sojowy schabowy, czyli dziennikarstwo w sieci. Manipulacji i kłamstw

Od lat czytam dzieła Koleżanek i Kolegów, na co dzień dziennikarzy tzw. szanowanych redakcji, którzy popisują się w sieci, szczególnie w portalach społecznościowych. Popisują się swoją „odwagą”, „niezależnością”, „bezkompromisowością”. Zwykle jest to pean wychwalający zjawiska związane z tzw. poprawnością polityczną i krytykujący „patopatriotyzm” oraz wyimaginowane pojęcia, takie jak „nacjonalizm” i „faszyzm”.

Z reguły to, że żurnaliści owi piszą w „społecznościach” jest na rękę niektórym redakcjom, chociaż wielu szefów dziennikarskiego przepada za tym internetowym schabowym z soi i nawet nie ukrywa, że popiera „niezależność” swojego pracownika poza redakcją. Pod warunkiem, że tak samo uważa mityczna redakcja, w rzeczywistości właściciele i sponsorzy.

Zwykle dziennikarz na Twitterze, Facebooku, Instagramie lub innym Tik Toku pisze niezbyt wiele artykułów w tygodniu a nawet w miesiącu, może jeszcze nagrywa kilka amatorskich filmików zwanych blogami wideo albo felietonami. Reszta to ich kompilacje w sieci i odpowiedzi na komentarze. Zwykle odpowiedzi znamionujące „wybitną wiedzę” i nie znoszące sprzeciwu, czyli krytyki. To nawet tysiące wpisów. Pewne i pewni siebie nowi medialni manipulatorzy sycą się swą pozycją w Internecie. Zwykle innej nie mają. Zanim za kilka lat napiszą książkę na przykład pod tytułem: „Wywiad rzeka z księdzem, który porzucił stan kapłański zanim stał się duchownym, bo uznał, że kler to zło” muszą troszkę popracować przy pisaniu swojego własnego życiorysu wybitnego dziennikarza. Pojawia się zatem pytanie, czy praca w mediach usprawiedliwia bycie bucem? Wiele osób tak uważa.

Powszechne są przypadki kierowników jeziora (przydomek nadany kiedyś nawet zdolnemu kiedyś publicyście nazywającemu siebie uparcie „prawicowym” lub „konserwatywnym”), dziennikarek wytatuowanych jak modelka prezentująca flamastry albo ludzi szerzej nie znanych a piszących tylko pochwały opozycji. No cóż, to nie grzech. Każdy tak może, jest demokracja.

Co jednak, jeśli tacy „dziennikarze” wzmacniając przekaz na przykład negatywną narrację wymierzoną w rząd piszą po prostu pierdoły? To też jeszcze nie grzech. Problem zaczyna się, kiedy – a to niestety coraz częstsze – tacy medialni celebryci manipulują lub nawet otwarcie kłamią Co wtedy? No właśnie, nic…

Tak jest niestety wszędzie na świecie, nie tylko u nas. Pandemia stała się poniekąd matką dziennikarskiego samogwałtu. Chodzi o fakty, które tylko dla podającego je medium mają wartość i ukryty przekaz, prawie zawsze negatywny dla krytykowanego zjawiska społeczno-politycznego oraz kojarzonych z nim ludzi. Potem dla takiej fabryki dezinformacji sprawa jest prosta, potrzebne są tylko jeszcze cytaty w podobnych mediach i wówczas wiadomość z sieci przedostaje się do poważnych ogólnokrajowych mediów. To znaczy nie wiadomość a fake news, czyli bzdura, fałsz, manipulacja, świństwo.

Czyli, jest „news”, jest dobrze. Kasa się zgadza, ale to nie dziennikarstwo tylko histeryczne ujadanie hien (wybaczcie kochani przedstawiciele tego gatunku). To nie żadna informacja, a pulpa dziennikarska, tytułowy medialny sojowy schabowy.  A przecież, nawet wegetarianie i weganie nie publikują na swoich portalach przepisów na potrawy z mięsa.

 

SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Nie odbierzesz mi pogardy

Był stan wojenny, byłem dzieckiem, ale pewne rzeczy już rozumiałem. Pamiętam doskonale, atmosferę stężonej pogardy. Tak, pogardy. Zawsze, kiedy w telewizorze w czasie stanu wojennego pojawiała się nalana twarz Urbana skądś wypełzała wszechogarniająca pogarda, która otaczała kanalię kokonem. Zwykli ludzie, ludzie, którzy umieli odróżniać dobro od zła oczywiście brzydzili się Urbanem. To było naturalne, jak oddychanie.

W czasach przedinternetowych, w czasach dwóch kanałów telewizyjnych cotygodniowe konferencje prasowe rzecznika komunistycznego rządu były także jakąś perwersyjną rozrywką. Obserwowałem go i nigdy, przysięgam nigdy, nie dostrzegłem w nim żadnego błysku, żadnej inteligencji, żadnego polotu. Co najwyżej był dość sprawny. Co najwyżej.

Nielot

Szpetny pingwin machający skrzydełkami nadaremno próbujący zerwać się do lotu. Stworzony do kąpieli w kloace, nie do szybowania. Zresztą kloaka to był jego wybór i wkrótce naturalne środowisko. Odczytywał z kartki, przed reporterami ze świata, często dukając, jak uczniak, tak nieprawdopodobne brednie, tak oderwane od rzeczywistości, że w pewien sposób było to zjawiskowe. Tak. Kreatura w czystej postaci na usługach zbrodniczego reżimu. Oczywiście kreatura moralna, ale także fizyczna, co miało pewne znaczenie nawet dla Jaruzelskiego, który przez długi czas nie mógł zaakceptować tego monstrum. Niski, bardzo brzydki grubas z groteskowo odstającymi wielkimi uszami był przedstawiany przez Polaków na rysunkach i małych rzeźbach jako tyłek z uszami. „Widziałeś pupę z wachlarzami?”I wszyscy wiedzieli o kogo chodzi.

Odtrutka na komunę

Tak społeczeństwo próbowało odreagować trutkę sączoną przez komunistów. Bo tylko tak mogło. Urban, czyli nikt do wynajęcia. Nie mam wątpliwości, że gdyby ta kanalia była dziś na usługach Putina, to właśnie oświadczałaby światu, że w Buczy Ukraińców mordowali Ukraińcy. Nie mrugnąłby nawet okiem. Odnosiłem wrażenie, że w tych regularnych kłamstwach przed kamerami ze świata, ten wszechstronnie brzydki dziennikarz z socjalistycznej rodziny postanowił mścić się nad światem może za swój los, który w najważniejszej części wybrał sobie sam.

Pan świnia – nie śmieszny dziadzio

Nie chcę uprawiać taniej psychologii, ale mottem życiowym Urbana było „Nie tylko ja jestem świnią”. Tak, nie tylko ty, ale tylko ty chciałeś nią być i nią zostać. Czemu o tym piszę? Czemu w ogóle poświęcam tej kreaturze czas? Żeby nie wygrał po śmierci, żeby postawić go we właściwym miejscu, żeby radosna narracja młodych, głupich lewaków, że to był taki śmieszny dziadek, który dokładał innymi nie przesłoniła tego co najistotniejsze. Urban nie był żadnym śmiesznym dziadkiem. Był prawą ręką komunistycznych zbrodniarzy i morderców. Był ich świadomym narzędziem.

Pramowa nienawiści

To on osobiście przygotował grunt pod zamordowanie księdza Jerzego Popiełuszki, to on na niego szczuł posługując się w swoich publikacjach fałszywymi nazwiskami. Na miesiąc przed uprowadzeniem i zamordowaniem księdza Jerzego, Urban na łamach warszawskiego tygodnika „Tu i Teraz” pod pseudonimem Jan Rem pisał o mszach świętych odprawianych przez Popiełuszkę jako „seansach nienawiści”. Wszyscy wiedzieli, że Rem to prawa ręka Jaruzelskiego, Urban. Ksiądz Popiełuszko odpowiedział na ten paszkwil w swoim kazaniu: „Pan Jan Rem, chociaż wszyscy wiemy, kto tchórzliwie kryje się pod tym pseudonimem, pozwolił sobie na bezkarne plucie w sposób wyjątkowo prymitywny na tysiące ludzi gromadzących się w powadze, aby modlić się za Ojczyznę. Nie zabierałbym głosu, gdyby to był paszkwil na mnie osobiście. Kieruję się bowiem w życiu zasadą, że nikt nie jest w stanie mnie obrazić, ale czuję się w obowiązku zabrać głos, gdy ktoś ubliża społeczności kościelnej i wchodzi z brudnymi butami w sfery misterium Kościoła, ofiary Mszy Świętej. Już samo nazywanie liturgii Mszy Świętej, cytuję: „seansem nienawiści”, „sesją politycznej wścieklizny”, „czarną mszą i zbiorową histerią”, świadczy wystarczająco o tym, że autor paszkwilu jest gorliwym sługą szatana, ojca nienawiści.” Po podrzuceniu przez esbeków księdzu Popiełuszce ulotek i matryc do mieszkania, Urban w 1983 roku napisał paszkwil w „Expressie Wieczornym” pod tytułem „Garsoniera obywatela Popiełuszki”. Oczywiście doskonale zdawał sobie sprawę z kłamstw, które współwymyślił i rozpowszechniał. Tekst podpisał nazwiskiem dziennikarza Michała Ostrowskiego, potem Urban udawał, że tego nie pamiętał. Tyle, że żaden Michał Ostrowski nie pracował w „Expresie Wieczornym” …

Pogarda

Po tak zwanym zakończeniu komunizmu, do którego w Polsce po 1989 nigdy nie doszło, Urban świetnie znalazł się w biznesowej rzeczywistości wykorzystując na łamach swojego tygodnika wszystkie możliwe esbeckie znajomości i kwity. Swoją dewizę życiową „Nie tylko ja jestem świnią” realizował tam z wielkim powodzeniem. Nie ma we mnie grama zachwytu nad jego rzekomymi umiejętnościami przedsiębiorcy. Jest złość, że nie rozliczyliśmy tego bezczelnego Goebbelsa stanu wojennego, że opuściliśmy sprawiedliwość i pamięć po ofiarach komunistów myśląc, że jesteśmy miłosierni. Nie, nie byliśmy miłosierni, byliśmy słabi, byliśmy frajerami, daliśmy się jak dzieci ograć zbrodniarzom, którzy grali nam widowiskowo na nosie. Wiem, gdzie jest miejsce Urbana, wiem, gdzie jest miejsce bałwanów relatywizujących tę kanalię. Mam dla was prezent, wieczną pogardę.

Chyba traci cierpliwość WALTER ALTERMANN, bo pisze: Dosyć tego dobrego

Pozwoliłem sobie zapożyczyć do tytułu znane zawołanie lidera PiS, ale jest też faktem, że moja językowa tolerancja już się wyczerpała. Oto przykłady bolesnych zderzeń z językiem polskim najważniejszych naszych obywateli, zderzeń z ostatnich dni.

Tak się złożyło w ciągu ostatniego tygodnia, że wysłuchałem rozmów trzech naszych prezydentów: obecneego – Andrzeja Dudy i byłych: Aleksandra Kwaśniewskiego i Bronisława Komorowskiego. Rozmawiali z dziennikarzami Wszyscy trzej z dużą swadą mówili – dla przykładu – „tą rzekę”. Naprawdę zrobiło mi się głupio, bo na każdego z nich głosowało – w swoim czasie – ponad 50 procent uprawnionych do głosowania obywateli, żeby każdy z prezydentów mógł pełnić „tę swoją kadencję”, a broń Boże „tą swoją kadencję”.

Sprawa jest poważna, bo każdy z nich został prezydentem z poparciem innych partii. Czyli – gdyby podsumować – to w sumie głosowało na nich trzech jakieś 80 procent dorosłych obywateli Polski. Inne życiorysy, inny światopogląd, ale podobne błędy językowe.

Mamy w języku polskim trzy rodzaje: męski, żeński i nijaki. Ergo mamy: ten kraj, ta Polska, to zjawisko. A w odmianie: kocham ten kraj, kocham tę Polskę, kocham to zjawisko.

Prezydenci promują narodowe lektury. Czyli – teoretycznie – znają je. A w tych lekturach jak byk stoi: „kocham tę panią”, a nie „kocham tą panią”. Przy okazji czytania warto zapamiętać.

Półtora tony

Żeby panu premierowi Mateuszowi Morawieckiemu nie było przykro, że tak się rozpisałem o prezydentach, to teraz będzie o nim. W wirze walki o węgiel premier ostatnio powiedział: „Wystarczy półtora tony węgla”. Może i wystarczy, ale nie „półtora”, a „półtorej tony”. Bo tona jest rodzaju żeńskiego. Nie jest to, niestety, pierwszy taki lapsus Pana Premiera. Coś on z tymi rodzajnikami ma kłopot. Ale idzie się nauczyć, trzeba tylko chcieć.

Poważny zasób

W dyskusji, jaka rozpętała się po zadziwiającym wpisie Radosława Sikorskiego, w którym dziękuje USA za wysadzenie rurociągów Nord Stream, dochodzi też do zadziwiających erupcji językowych.

Oto w niedzielnym programie TVN „Kawa na ławę” znany dyskutant tej stacji Cezary Michalski stwierdza: „Sikorski jest poważnym zasobem politycznym Platformy Obywatelskiej”.

Owszem, słyszałem o zasobach paliw kopalnych, o zasobach finansowych – czyli o czymś, co jest i co może być użyte. Zasób, to coś co się ma i na co można liczyć. A na co może liczyć PO ze strony Sikorskiego? Na dalsze wybuchy jego nieokiełznanej miłości własnej? Na jakie odkrycia intelektualne i polityczne?

Ten człowiek już od trzech dziesięcioleci bryluje na salonach. Mówi wolno, z rozmysłem, jakby w każdym swym wystąpieniu ogłaszał korekty do teorii Einsteina. Naprawdę, nie ma ani w partiach rządzących, ani w całej opozycji nikogo, kto by mu dorównywał tupetem, arogancją i brakiem wiedzy politycznej.

A co do pana Michalskiego… obserwuję jak z roku na rok pogłębia swą wiedzę politologiczną. I jak jednocześnie przeżera go na wylot nowomowa politologów. Przykra rzecz obserwować co z może zrobić z normalnego człowieka politologia.

Westerplatte młodych

Ze zdziwieniem odkryłem, że tytuł jednego z programów Telewizji TRWAM to „Westerplatte młodych”. Program jak program, ale tytuł zastanawia. Bo co chce ta stacja powiedzieć młodym Polakom? Że mają bronić wiary jak żołnierze z Westerplatte we wrześniu 1939? Asocjacja jest niezbyt szczęśliwa, bo wojna o wiarę nie jest wojną militarną. To po co odwoływać się do wojny, w której ofiary były nie metaforyczne, ale prawdziwe? Nie lubię odniesień do wojen, potyczek i masakr.

Ale tytuł jest dobrany nieszczęśliwie z jeszcze innego powodu. Westerplatte to nie Termopile. Nasi nad Bałtykiem walczyli dzielnie, dopóki starczyło amunicji. I chwała im za to, bo walczyć do końca po to, żeby chwalebnie zginąć, nie jest szczytem rozsądku. Po wojnie nadchodzi czas pokoju. I żołnierz musi – jak pisał Jan Kochanowski – przekuć miecz na lemiesz pługu.

Co można zrobić z listą

Młody dziennikarz, w programie informacyjnym: „Ten pan zapisał się do listy na węgiel…” Przykro wyszło, bo na listę można się zapisać, dopisać, wymazać… Ale zawsze i niezmiennie: „na listę”, nie „do listy”.

Czyżbyśmy coraz mniej czuli „ojców naszych język?” Bo język trzeba rozumieć, znać jego prawidła, ale też trzeba go czuć. To zadziwiające, że im powszechniej uczymy języków obcych, tym coraz mniej naszych obywateli mówi dobrze po polsku. Ale może jest i tak, że teraz każdy może mówić, jak uważa, jak mu się tam język w jamie ustnej zwinie… Nikt takiego „poplątanego językowo” nie poprawi, nie zwróci uwagi. Żaden kierownik redakcji, żaden wydawca – jeśli w ogóle jest – nie poczuwa się dziś do dbania o poprawność językową „na podległej mu antenie”. A może także ci kierownicy i wydawcy nie wiedzą, jak jest poprawnie, a jak z błędem.

Czego może być mimika

Mecz tenisa, pani komentator mówi: „Widzimy mimikę twarzy tenisistki”. Sięgam do słownika i czytam: „Mimika – ruchy mięśni twarzy wyrażające przeżywane uczucia; też: sztuka wyrażania uczuć i myśli za pomocą wyrazu twarzy, stosowana jako środek gry aktorskiej”. Słowo mimika pochodzi z greki. I znane jest od stuleci. To trzeba wiedzieć, zanim zasiądzie się przed mikrofonem.

Widocznie jednak pani komentator to pojęcie jest nie do końca znane, skoro wzmacnia „mimikę” dodatkiem „twarzy”. To tak jakby powiedzieć, że biegacze biegną nogami. Zapamiętajmy – mimika jest zawsze i tylko mimiką twarzy. Bo jakiej by innej części ludzkiego ciała być jeszcze mogła? Kończę na ten temat, żeby było kulturalnie.

Doping

Inna sprawozdawczyni mówi w czasie transmisji meczu siatkarskiego: „Kibice dopingują naszym paniom”. Chciała może powiedzieć, że kibicują? Ale wyszłoby, że „kibice kibicują”. Więc szybko znalazła „doping”. Aliści sensu to nie ma żadnego, bo doping – w tym przypadku – to zachęcanie do walki, do wysiłku, dodawanie otuchy. Natomiast dopingować do czegoś jest nowym zwrotem, i dlatego uprzedzam, że tak, to jest źle. Z góry uprzedzam, bo wiem, że wszystko, co anormalne znajdzie swoich wielbicieli. Ja to mówi Papkin w „Zemście”:

„Co za koncept, u kaduka!
Pannom w głowie krokodyle,
Bo dziś każda zgrozy szuka.
To dziś modne, wdzięczne, ładne,
Co zabójcze, co szkaradne!

Korpus delicti

Rzeczpospolita z dnia 3 października 2022 roku, donosi, że Piotr Naimski zostanie obdarzony nową misją. Ma odpowiadać za budowę elektrowni atomowych. I tu cytat: „Szczegóły nowej misji Naimskiego oficjalnie są owiane tajemnicą, ale nieoficjalnie jego współpracownicy zapowiadają przedstawicielom z branży energetycznej, że „zespół jest już skorpusowany do misji atomowej”.

Skorpusowany?! Czy wszyscy oszaleli? Przez całą komunę słyszałem jedynie o Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego jako służbie budzącej grozę, którą rozwiązano w 1965 roku. I nagle słówko „korpus” odżyło. Brzmi groźnie. A już zupełnie abstrakcyjnie brzmi, że coś tam zostało „skorpusowane”.

Nawet nie chcę tego analizować, bo to jest neologizm translacyjny i po polsku nic nie znaczy. Można było powiedzieć, że „zespół ludzi do realizacji tego programu mamy już zorganizowany”, ale po co?  Lepiej palnąć „Jesteśmy skorpusowani”.

Pustynia Negew

Geograficzne nazwy własne z terenów obcych państw są w naszym języku „oswajane” i z czasem zyskują polskie brzmienie. Tak jest z Łymanem – na Ukrainie – o którym już Mickiewicz pisał, że to „Liman”. Prościej jeszcze jest z pustynią Negew w Izraelu. Bo po polsku to też Negew. Ale kilka dni temu usłyszałem, że pustynia nazywa się Negaw. Tak mówiono w jednym z programów dokumentalnych na Canal+. I jestem pewien, że to jest efekt jakiegoś nieudolnego tłumaczenia z języka angielskiego.

Wychodzi na to, że tłumacz po raz pierwszy usłyszał o takiej pustyni. I przetłumaczył z angielskiego na angielski. To istny dopust boży, że coraz więcej zagranicznych programów tłumaczy na nasz język grupa nieuków. Ja wiem, że tacy są tańsi, ale pieniądze to nie wszystko. Po stronie kosztów jest jeszcze zażenowanie odbiorcy.

 

JAN TESPISKI: Kostiumy i inne poważne przypadki (13)

Teatr nie gromadzi ludzi normalnych – i bardzo dobrze. Nawet portier w teatrze jest innym portierem niż wszyscy pozostali jego koledzy po fachu. Co by złego nie mówić o artystach teatru – w tym również elektrykach, tapicerach, mszynistach sceny – to wszyscy oni muszą być nienormalni, skoro pracują za mizerne pensje i cieszą się, gdy kolejna premiera jest sukcesem.

Nie da się tego wszystkiego zanalizować i dojść do źródeł takich postaw, bo teatr jest jednak misterium, czyli tajemnicą. Tak jak każdy „proces twórczy”. Napisałem to co powyżej, zamierzam bowiem podzielić się z Czytelnikiem kolejnymi anegdotami teatralnymi, mając nadzieję, że nikt nie poczuje się urażony.

Kradną?

Nina Andrycz była aktorką niezwykłą, stworzoną do ról królowych. Wyniosła, obdarzona pięknym, mocnym głosem, którego czasami nadużywała, bo w życiu też „grała” królową. A kolegów z teatru traktowała jak własny dwór. Jeżeli przypomnimy jeszcze, że była żoną „wiecznego premiera” Józefa Cyrankiewicza, to będziemy mieli pełny obraz królowej PRL-u.

Potrafiła też być przykra dla koleżanek i kolegów. Opowiadał reżyser Jan Maciejowski, że w swoim debiucie przyszło mu robić sztukę właśnie z Niną Andrycz. Recz działa się w latach 50., oczywiście w Warszawie, bo gdzieżby miała grać królowa.

Na pierwszą próbę sceniczną Nina Andrycz weszła w futrze, w kapeluszu, z torebką i parasolką. A rzeczy toczyła się w salonie, więc nie było powodu, żeby aktorka była tak ubrana, tak prosto z ulicy. Koledzy nie zareagowali. Natomiast Maciejowski, po kilku głębszych oddechach, dla dodania sobie odwagi, powiedział:

– Może mogłaby pani zostawić ubranie w garderobie?

– Słyszałam, że tu kradną… Ale jeżeli panu to przeszkadza, trudno, zaryzykuję.

Potem było już normalnie. A reżyser Jan Maciejowski, już na starcie kariery zawodowej uzyskał uznanie świata teatru.

Jak ubrać muzyków

Jeżeli jesteśmy już przy ubraniach… Rzecz nie działa się co prawda na scenie, ale w Filharmonii Łódzkiej lecz to niejako rodzina teatru.

Przed wojną filharmonii w Łodzi nie było, owszem grały tu dobre zespoły zawodowców i amatorów, przyjeżdżały dobre orkiestry z Warszawy, ale stałego zespołu nie założono. Dopiero w roku 1948 podjęto decyzję o utworzeniu państwowej filharmonii w Łodzi. Pierwszym dyrektorem został „sprawdzony towarzysz”, robotnik, przedwojenny działacz KPP. O muzyce nie miał w ogóle żadnego pojęcia, a o filharmonii jeszcze mniejsze. Zaangażowano jednak dobrych muzyków, świetnych kierowników muzycznych i jakoś szło.

Niemniej muzycy zauważyli, że dyrektor jakoś tak dziwnie się im przygląda, ogląda ich i jakby mierzy wzrokiem. W końcu na ogólnym zebraniu zespołu – a w tamtych latach zebrania zespołu były w świętej permanencji – dyrektor powiedział:

– Ja się tam na muzykowaniu nie znam. Ludzie mówią, że jest z nami dobrze, to i ja się cieszę. Ale jedna rzecz nie podoba mi się bardzo. To jest przecież filharmonia socjalistyczna, a wy tu wszyscy pokazujecie się frakach albo w smokingach. Tak dalej być nie może. Bo albo mamy socjalizm, albo robimy dalej jak za kapitalizmu…

Natychmiast po tym zebraniu w budynku pojawili się krawcy męscy oraz krawcowe. Ze wszystkich muzyków wzięto miary i zaczęło się wielkie szycie. Po dwóch miesiącach orkiestra wystąpiła w nowych galowych ubraniach.

Tyle tylko, że wszyscy wyglądali jak lokaje u przedwojennych królów bawełny – Schillerów czy Grohmanów. Wszyscy muzycy mieli kuse, jaskrowe marynarki z lamówkami i spodnie w takim samy żółto-beżowym kolorku.

Szczęście dyrektora nie trwało długo, bo jednak nie wszyscy towarzysze z ówczesnych władz byli pozbawieni taktu i gustu. Po roku orkiestra wróciła do fraków i smokingów, a dyrektora „rzucono na inny odpowiedzialny odcinek”.

Egzaminy eksternistyczne

Ta anegdota jest stara, ale zabawna, więc przytoczę. Akcja rozgrywa się w powojennej Polsce. Rzecz w tym, że wojna wielu młodym zdolnym ludziom przerwała edukację. Więc postanowiono w całym kraju przeprowadzać egzaminy eksternistyczne. Także dla aktorów i reżyserów.

Szefem komisji eksternistycznej dla reżyserów został wybitny intelektualista, reżyser, krytyk i historyk teatru, tłumacz, pisarz i pedagog, twórczy duch przedwojennego Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej – Bohdan Korzeniewski. Przy tych wspaniałych cechach charakteru i wielkim życiorysie, Korzeniewski był okropnie złośliwy. Pomiędzy nim a jednym z kandydatów na reżysera rozegrał się taki dialog:

Do sali wszedł egzaltowany, pewny siebie młodzian. Od razu nie zrobił na Korzeniewskim dobrego wrażenia.

– Ma pan trzy pytania – powiedział do kandydata Korzeniewski.

– Oczywiście, świetnie rozumiem, jak najbardziej, to jasne – terkotał kandydat.

– W takim razie proszę przedstawić nam szlak podbojów Cortesa – powiedział Korzeniewski, miło się uśmiechając.

– No, akurat o tym nie bardzo coś wiem – powiedział kandydat.

– To w takim razie proszę nam opowiedzieć o szlaku konkwisty Pizarra.

– Szczerze mówiąc – powiedział kandydat – na ten temat również nie byłem przygotowany.

Korzeniewski rozłożył ręce, w geście bezradności – że jest marnie.

– Bardzo przepraszam, ale mówił pan, że mam trzy pytania…

– Byłbym zapomniał – powiedział Korzeniewski. – To w takim razie proszę porównać szlak Pizarra ze szlakiem Cortesa.

Co może teatr z dramatem

Teoria dramatu zakłada, że sztuka teatralna w pełni realizuje się dopiero na scenie. Owszem, są także dramaty do czytania, ale to obecnie coraz większa rzadkość. No i te „lesebuchdrame” są śmiertelnie nudne.

Bardzo ciekawą historię ma realizacja „Konduktu” Bohdana Drozdowskiego w Teatrze Polskim we Wrocławiu w 1969 roku. Reżyserował Jerzy Krasowski, świetną scenografię zaprojektowała Krystyna Zachwatowicz. Treścią utworu jest podróż przez Polskę, jaką odbywa kilku górników, wioząc ciało zmarłego kolegi do jego rodzinnej wsi.

Autor był bardzo zainteresowany próbami i poprosił Krasowskiego o zgodę na obejrzenie prób generalnych. Niby tak się nie robi, bo nie ma nic gorszego niż żyjący autor…, ale Krasowski zgodził się. I na drugiej generalnej w teatrze pojawił się Drozdowski.

Po próbie Drozdowski długo milczał, a końcu powiedział do Krasowskiego:

– Wie pan, ja pisałem tragedię. A to jest komedia…

– Ale czarna komedia – powiedział Krasowski.

– Nie, nie… to jest świetne wystawienie, jestem bardzo zadowolony. Dziękuję panu, serdecznie dziękuję.

Kto sobie dodaje „no…” przed tekstem

Jest, niestety, dość rozpowszechniona wśród aktorów maniera, polegająca na dodawaniu sobie przed tekstem właściwym „no”. Być może pomaga im to w skupieniu na sobie uwagi widza. Ale jest to po prostu okropne. Tym bardziej że właściwe emocje aktor umieszcza w tym nieszczęsnym „no”, a tekst utworu mówi już bez emocji, na wydechu, po prostu pozbywa się tekstu.

Kazimierz Dejmek znalazł świetny sposób, by tych dodających „no”, oduczyć złych nawyków. Kiedy grający u niego aktor dręczył tekst dodawaniem „no”, Dejmek mawiał:

– Zdaje mi się, że „no” przed tekstem dodają sobie tylko źli aktorzy.

Skutkowało.

 

 

 

 

JAN TESPISKI: Dni grozy w teatrach (12)

Są w teatrze dni niełatwe, trudne i smutne – na przykład po nieudanej premierze. Ale są też dni prawdziwie panedmonijne, dni grozy. I nie mam na myśli dni premier albo wizyty dyrektora na próbach innych reżyserów. Chodzi o dni, pod koniec prób, kiedy aktorzy wychodzą na scenę w kostiumach, żeby obejrzeli ich po raz pierwszy – znaczy aktorów w kostiumach – reżyser i scenograf. Nazywa się to najczęściej „próbą kostiumową” i ten dzień rozpoczyna ostatni tydzień prób przed premierą. 

W takim dniu dochodzi do erupcji emocji ze strony głównie aktorek, które chcą wyglądać dobrze. Co prawda aktorki bywały na przymiarkach, a reżyser przedstawiał – z początkiem prób – projekty dekoracji i kostiumów, ale… każda aktorka chce wyglądać młodo i zgrabnie. W klasycznych sztukach problem jest mniejszy, tym bardziej, że szerokie suknie kryją co niedobre, ale w dramatach współczesnych jest problem.

Taki Witkacy, Brecht, Mrożek, czy już całkiem współcześni młodzi dramaturdzy nie widzą świata pięknym, ich świat jest wykreowany, ma przede wszystkim znaczyć, podkreślać charaktery postaci, główną myśl utworu i scen. I tu zaczyna się konflikt. Z jednej strony mamy aktorki, a z drugiej scenografów i reżyserów.

Jak ma wyglądać aktorka

W jednym z teatrów, w garderobie, przed próbami generalnymi siedziały trzy aktorki. Dwie młode i jedna starsza. Młode starannie charakteryzowały się, zgodnie z projektem scenografa, do sztuki Witkacego. Malowały sobie na czołach i twarzach dziwne esy-floresy, ostre abstrakcyjne linie i podobne im zawijasy – wszystko rodem z malarstwa Witkacego. Starsza aktorka dłuższy czas spokojnie się temu przyglądała, w końcu westchnęła i powiedziała:

– To wy dziewczynki tak chcecie wyglądać?

– Taki jest projekt – odpowiedziała jedna z młodych.

– Ja rozumiem, że jest projekt…, ale aktorka zawsze powinna wyglądać już do następnej roli. Bo te role już macie… A jak przyjdzie jakiś reżyser na spektakl i tak was zobaczy? To co on może wam zaproponować w następnej sztuce? Kaczkę dziwaczkę?

 Sfora

Oczywiście kostium powinien służyć aktorowi, ma być wygodny, ma pozwalać na nieskrępowany ruch, na gesty. Niemniej na próbach kostiumowych dochodzi niekiedy do ogromnych napięć. Dzieje się tak wtedy, gdy aktor – głównie aktorki – czuje się w kostiumie niedobrze. Tu kogoś coś ciśnie, tam zwisa, ówdzie nie pozwala swobodnie oddychać. Na przymiarkach u krawców niby jest dobrze, ale gdy nadchodzi moment prezentacji kostiumu… wybuchają emocje. W jednym z teatrów Dolnego Śląska doszło do takiego zdarzenia:

Doświadczony reżyser wiedział, że najpierw należy przejrzeć kostiumy mężczyzn, dopiero potem pań. I po tym, jak ostatni z obsady aktor zszedł ze sceny, nagle, nieproszony – bo to nie jego rola – odezwał się młody i niedoświadczony scenograf:

– To teraz poprosimy na scenę panie…

I tu zaczęło się piekło. Jak z Dantego. Na scenę, naraz, gwałtownie i z ogromną energia wpadło 10 aktorek. Dobiegły do proscenium, stanąwszy rzędem na całą szerokość sceny i zaczęły – wszystkie naraz – krzyczeć, płakać, zanosić się szlochem. Kilka zaczęło się rozbierać, niemal do bielizny, inne ściągnąwszy żakiety czy płaszcze zaczęło je deptać… Każda – nie zwracając uwagi na koleżanki – miała bardzo wiele do powiedzenia na temat nędzy, okropieństwa i dysformy swego kostiumu. Trwało to jakieś trzy minuty. Bardzo długie i gęste minuty.

W końcu wstał z miejsca scenograf i krzyknął:

– Kto wpuścił aktorki na scenę?!

I nagle zapadła cisza. Pytanie było tak abstrakcyjne, że wszyscy oniemieli. Wtedy, w zupełnej ciszy, reżyser kulturalnie poprosił panie o wchodzenie na scenę pojedynczo. I tak też się stało.

Opowiadał mi to ów reżyser, który stwierdził, że później dwa razy próbował taką scenę wyreżyserować.

– Ale nic z tego nie wychodziło. Zero emocji i zupełna sztuczność. Ale tam na Dolnym Śląsku była to najwspanialsza i najprawdziwsza awantura. Oczywiście dlatego, że wtedy aktorki walczyły o życie.

Eksperyment

Krawcy męscy w teatrach, jak krawcy w ogóle, dzielą się na tych, którzy lepiej szyją marynarki niż spodnie. I odwrotnie – są specjaliści od spodni, którym marynarka nigdy nie wychodzi. Taki przypadek istniał też w Teatrze Polskim we Wrocławiu, za dyrekcji Jerzego Krasowskiego i Krystyny Skuszanki. Niestety krawiec od spodni był dłuższy czas chory i cały garnitur musiał uszyć specjalista od marynarek.

Na próbie kostiumowej jeden z aktorów, wszedłszy w garniturze, zgłosił sprawę spodni.

– Kieszenie w tych spodniach są na wysokości kolan…

– Co z tymi kieszeniami, pani Włodku? – zwrócił się do krawca Krasowski, który w owym czasie uprawiał teatr eksperymentalny.

– Nic. To jest też taki eksperyment. Jak u pana dyrektora.

Kostiumy prywatne

Zdarza się też, że aktorki mają po prostu za nic projekty. Wtedy spiskują z krawcowymi i na próbie kostiumowej wchodzą w czymś, co nijak nie przypomina założeń scenografa. Wiedząc o takim procederze w jednym z teatrów, nowy dyrektor, a zarazem reżyser spektaklu, pilnie baczył, żeby krawcowe szyły dokładnie to – i dokładnie tak – jak jest na projekcie. Odwiedzał pracownię damską i widział tam rzeczy dziwne. Ale postanowił nie reagować, postanowił zezwolić na „wypowiedzenie się” krawcowych i aktorek Wiedział, że na tydzień przed premierą nie będzie już czasu na szycie nowych kostiumów, i dlatego aktorki wraz z krawcowymi liczą, że będzie musiał zaakceptować wytwory ich gustu.

Na próbie kostiumowej spokojnie obejrzał panie w kostiumach. Potem poprosił o projekty i zaczął porównywać je z rzeczywistością.

– To w końcu kto projektował, to co teraz widzę na scenie? Bo z projektami scenografa nie ma to nic wspólnego. Nawet materiały są inne…

– Bo panie prosiły, żeby szyć inaczej, bo według projektów to one wyglądałyby niedobrze – odezwała się szefowa krawcowych.

– W takim razie trzeba będzie szyć kostiumy jeszcze raz.

– Ale jak? Na tydzień przed premierą? – chórem zakrzyknęły aktorki.

– A właśnie, zapomniałem Państwu powiedzieć, że premierę musimy przesunąć na po wakacjach. Tak więc zdążymy.

– A co z tymi kostiumami? – niepewnie zapytała krawcowa.

– Nic. Teatr wyceni robociznę pań krawcowych, dodamy koszt materiałów i obciążymy tym panie aktorki. Myślę, że skoro im się te kostiumy podobają, to mogą w nich chodzić prywatnie.

I tak się też stało, że aktorki prywatnie chodziły w kostiumach, w których było im „do twarzy”. Ale dyrektora już nie polubiły.

Gdzie praktykował scenograf?

W jednym z mniejszych teatrów w centrum kraju, gdzieś tak około 1980 roku, postanowiono wystawić „Hioba” Karola Wojtyły. Utwór jest w gruncie rzeczy poematem teatralnym pisanym na Teatr Rapsodyczny i dla dzisiejszego teatru niezwykle trudny.

Próby przebiegały w ogromnej ekscytacji, a nawet egzaltacji – aktorów i miasta. Niemniej musiało dojść do próby kostiumowej. Tu trzeba zaznaczyć, że projekty kostiumów powierzono bardzo dobremu malarzowi, który jednak dotychczas nigdy nie robił nic dla teatru. Ponieważ również reżyser nie miał zbyt dużego doświadczenia doszło do poniższego zdarzenia.

Na scenę ciężkim krokiem, powoli wszedł jeden z aktorów, człowiek już starszy. Był ubrany jakby w długą do kostek, antyczną tunikę, ale z grubego, haftowanego złotem materiału.

– Pięknie – wykrzyknął reżyser.

– Tak, jest bardzo dobrze – powiedział scenograf.

– Ale ja – odezwał się aktor – nie mogę w tym wcale chodzić. Po co pod tym płaszczem mam jeszcze trzy warstwy jakichś tunik, czy czegoś tam… Ja wszedłem przed chwilą na wagę i ten kostium waży 35 kilo.

– Tak jest dobrze, oni tak właśnie chodzili – powiedział reżyser.

– Ale nie grali w czymś takim.

–Tak zostanie – uparł się reżyser.

Wtedy aktor padł na kolana, wyciągnął błagalnie przed siebie ręce, jak Hiob błagający Boga o litość i powiedział:

– Boże, czyżby scenograf przedtem u kata praktykował?

 

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Kronika zapowiedzianej śmierci

Daleki jestem od hurraoptymizmu, jeśli chodzi o zwycięstwo Giorgii Meloni i Braci Włochów w wyborach parlamentarnych we Włoszech. Owszem, cieszy mnie bardzo to, że Włosi zagrali na nosie bezczelnej Brukseli, która ustami Ursuli von der Leyen usiłowała ich straszyć, że „jeśli nie wybiorą kogo trzeba, czeka ich los Polski i Węgier”. Cieszy mnie również to, że w kolejnym europejskim kraju nie będzie rządziła tęczowa świrownia. Natomiast jak to zwycięstwo ma się bezpośrednio do Polski, to się dopiero okaże, zapewne wobec pierwszych decyzji nowej premier Włoch.

A jej sytuacja wcale nie będzie łatwa. Antydemokratyczny zamordyzm Brukseli, jak zdążyliśmy już odczuć na własnej skórze, nie ogranicza się do bezczelnych słów von der Leyen. To dopiero przedsmak. Bruksela może zacząć głodzić Włochy, tak jak głodzi Polskę i Węgry. Finansowane niemieckimi i brukselskimi (czyli również naszymi i włoskimi) pieniędzmi fundacje i fundacyjki zawsze mogą też zadbać o odpowiednią temperaturę niepokojów społecznych. A „wiodące media” w całej Europie mogą zrobić Włochom taką kocią muzykę, jaka psuje Polsce reputację od siedmiu już lat. Zresztą, przedwyborcze wycia na temat powrotu „włoskiego faszyzmu” to doskonały demonstrator możliwości w tym zakresie. No i, co być może najważniejsze, na swoje nieszczęście Włosi są już w strefie euro, a to oznacza, że klucze do ich stabilności finansowej, nie leżą w Rzymie, co w połączeniu z wysokim zadłużeniem, może się okazać doskonałą dźwignią wpływu.

Być może więc polskie nadzieje, na to, że wygrana Meloni i Braci Włochów we Włoszech, zmienią układ sił w Unii Europejskiej, okażą się płonne. A być może nieprawdopodobna energia kobiety, która przestraszyła brukselskich zamordystów, jednak okaże się górą, czego nam wszystkim życzę.

To nie koniec

Niezależnie jednak co z tego w ostatecznym rozrachunku wyniknie, to zwycięstwo jest ważnym znakiem, mam nadzieję fundamentalnej zmiany w Europie. No bo popatrzcie, Polska i Węgry, wiadomo, można zwekslować na chwilową aberrację (choćby i trwającą kilka lat). Ale Szwecja i Włochy? No ja wiem, zapewne większość szwedzkiej prawicy jest na lewo od naszej lewicy, ale jednak dla Szwedów jej wygrana w wyborach to kopernikański przewrót podbudowany strachem przed konsekwencjami lewackich eksperymentów społecznych, którym Szwedzi są poddawani od kilkudziesięciu lat. O Włochach już pisałem, oby okazali się konsekwentni. Można tylko dodać, że tradycyjnie są dość „germanosceptyczni”, a lata drenażu Włoch w służącej jedynie Niemcom strefie euro i włoskie konsekwencje niemieckiej polityki „herzlich willkommen”, raczej tu nie pomogły. A to nie koniec! W Hiszpanii również, po wyborach parlamentarnych w 2023 roku, szykuje się zmiana warty. Wprawdzie najlepiej radząca sobie w sondażach hiszpańska Partia Ludowa, przypomina raczej naszą Platformę Obywatelską, ale szybko rośnie również prawicowy VOX, który może współtworzyć przyszłą koalicję rządzącą. Hiszpanie zaś z kolei mają żal do Francuzów o zablokowanie gazociągów, którymi hiszpański gaz mógłby płynąć do Europy w zastępstwie rosyjskiego.

Silnik zgrzyta

Jak to się wszystko ciekawie układa. Oto niemiecko-francuski „silnik”, któremu przewróciło się w tłokach, miał ambicję rządzenia całą Europą. A tymczasem na własne życzenie cywilizacyjnie osłabiony i moralnie skompromitowany litościwie ujmując – ambiwalentną – postawą wobec rosyjskiego barbarzyństwa, zgrzyta i charczy. Utraciwszy sojuszniczą wiarygodność, doprowadził do sytuacji, w której Stany Zjednoczone wolą postawić na Polskę, a reszta europejskich krajów, za wyjątkiem kompletnych dworaków i służalców z Beneluksu, ma go serdecznie dosyć. Jedni ze względu na bezmyślną putinofilię, inni ze względu na brutalne łamanie demokratycznych kręgosłupów narodom w celu budowy opartego na chorej ideologii patologicznego „państwa berlińsko-brukselskiego”.

Czym to się skończy? Nie wiem. Być może niczym. Ale na razie projekt budowy neomarksistowskiego totalitarnego Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, zdaje się chwiać w posadach. Okazało się, że Europejczycy mają jeszcze więcej instynktu samozachowawczego niż się neobolszewikom wydawało. Tacy jak komisarz Timmermans, holenderski Sancho Pansa i autor planu dziesięcioletniego podniesienia cen wszystkiego, chyba jednak przegiął i udało mu się przyczynić do kryzysu, który wykroczy poza fasadę „konferencji w sprawie przyszłości Europy”. Czyżbyśmy oglądali na żywo polityczną „Kronikę zapowiedzianej śmierci”?

Niektórzy mówili, że tak będzie.

O niebezpiecznych zjawiskach w energetyce pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Ta rura

Kto dziurawi rurę? Oto jest pytanie. Oczywiście chodzi o makro szantażystkę wobec Zachodu: Nord Stream I i II. Zadufani w sobie mądrale cieszyli się, że kupują od Rosji tanio gaz. Do czasu. Już się nie cieszą. Teraz trzęsą się ze strachu, a wkrótce z zimna, bo Putin może zakręcić kurek. I szlus!

Putin (wiadomo kto to) – Kowalczuk (mózg, centrum badań systemowych) – Patruszew (Federalna Służba Bezpieczeństwa) – Bornikow (GRU) – Zołotow (policja, bezpieczeństwo) – Prigożin (łagry, więzienia). No i oczywiście wojsko: Szojgu, Gierasimow, Serdiukow (Krym to było jego dzieło). Oto władcy, decydenci i.… no, zobaczymy jak to się skończy.

Na razie „rura” jest w centrum uwagi. Walnęło koło Bornholmu. I „jedynka” (1222km) i „dwójka” (trochę więcej) mają małe dziurki i puszczają gaz, zresztą bardzo zasiarczony (kwaśny – jak mówią fachowcy), tak jest jak z ropą. Ruskie rzeczywiście dużo tego mają i ciągną gdzieś tam od granic Kazachstanu (pierwsze kontrakty niemiecki Rur-Gaz podpisał jeszcze za Breżniewa w latach 70. XX wieku).

Trzeba wiedzieć, że rury Nord Streamu mają średnicę od 1220mm i mniej, a grubość ścianki od 22,5mm nawet do tylko 15mm – w zależności od odległości, gdzie wchodzą przy ruskim brzegu do wody. Piszę to wszystko, bo dzięki tym liczbom można zrozumieć co się stało, jakie to „wybuchy”.

Te rury – produkcja i zyski – to niemiecki Krupp. Potentat i monopolista. Ten sam, który Hitlerowi…, ale o tym innym razem. Tak czy owak rury Kruppa to poza rurociągami na dnie Bałtyku potężne linie przemysłowe i urządzenia umożliwiające rozprowadzenie gazu na ziemi niemieckiej i na zachodnią Europę. To już firma Rur-Gaz. Wszystko to jest powiązane z Gazpromem, czyli Rosją.

Kto więc mógł zrobić „dziurki” w rurze? No, ciekawe. Te „dziurki” są malutkie, ale wypuszczają gaz do wody i zatruwają ją bardzo szybko. Chyba zakręcili kurki. Gaz bowiem wchodzi w reakcje z wodą. I to grozi nie tylko Bornholmowi a i Danii.

Jak te „dziurki” w rurze powstały? Otóż od wewnątrz. W rurach przepływają tzw. „prosiaki” kontrolne – urządzenia, które badają na bieżąco stan instalacji. Wystarczy do takiego pakunku płynącego z ustaloną prędkością, więc i łatwego do zlokalizowania, dołączyć „coś”! To może być „coś” wybuchowego lub żrącego. Rurę „przetrawi” błyskawicznie. Kontrola „prosiaka” doskonale wie, gdzie aktualnie on się znajduje. A więc rejon Bornholmu został celowo wybrany. Dodam, że rury przez Bałtyk przechodzą na głębokościach do 200m.

To byłaby lekcja o rurach. Nie takie one straszne. Inżynierowie podpowiedzą. Byleby nieroby polityczne, zadufane i martwiące się tylko o własne kariery chciały słuchać. A fachowców mamy. Jednego nawet – znakomitego (Pana Piotra oczywiście) zwolniono z pracy.

A tak przy okazji pytanie zasadnicze: kiedy doczekamy się bilansu energetycznego z prawdziwego zdarzenia. Obejmującego „całokształt”. Bo to ciągle czarna magia i oszukiwanie jednych przez drugich.

***

Dziennikarzom piszącym o gospodarce polecam artykuły red. Teresy Wójcik (z „Tygodnika Solidarność” i portalu „Biznes Alert”). Przeczytajcie (nr. 37 z 13 września 2022) prawdę o „wiatrakach”. „Tygodnik Solidarność” muszę i chcę pochwalić już drugi raz w krótkim czasie. To teraz periodyk obowiązkowy w sprawach energetyki – węgla, gazu.