JOLANTA HAJDASZ: O zapomnianych kapłanach, zakonnikach i siostrach zakonnych

Po raz czwarty obchodziliśmy 19 października Narodowy Dzień Pamięci Duchownych Niezłomnych. Co kryje się za tą dość długą nazwą? Dlaczego jest tak ważne, byśmy na moment zatrzymali się w zgiełku naszej codzienności i uświadomili sobie, jak wielki – jako naród – mamy dług do spłacenia wobec księży i sióstr zakonnych prześladowanych przez współczesne totalitaryzmy – nazizm i komunizm?

W odniesieniu do komunizmu to ciągle jeszcze jest historia pełna luk i białych plam, które mamy obowiązek wypełnić prawdziwą treścią. I koniecznie musimy zdawać sobie sprawę z tego, że jest to historia zapisana przede wszystkim w ludzkiej pamięci, w opowieściach świadków którzy znali, widzieli, rozmawiali z tymi, którzy nierzadko jakimś nadzwyczajnym zbiegiem okoliczności poznali coś, co miało być ukryte. A raczej poprawię się – co ma nadal pozostać ukryte, bo wiele jest środowisk, które zabiegają o to, byśmy nie znali tego elementu naszej historii – bohaterstwa i bezinteresownego poświęcenia dla innych przez naszych polskich duchownych.

Szczególnie dotyczy to właśnie duchownych żyjących w latach stalinizmu i tzw. realnego socjalizmu, którzy nie tylko nie mieli szansy na utrwalanie i opisywanie swojej ówczesnej postawy czy dokumentowanie swoich działań, ale musieli się kamuflować i ukrywać, by przetrwać i móc funkcjonować w czasach, w których przyszło im żyć. Dotyczy to przede wszystkim zafałszowanego ustroju komunistycznego, zakłamanego pod każdym względem.

Komunizm ukrywał prawdę i nią manipulował, po to, by nie tylko zniszczyć człowieka fizycznie, ale także zniszczyć i zatruć pamięć o nim. Nie było przy tym żadnych reguł, które dają się dziś zrozumieć w prosty, logiczny sposób bez znajomości kontekstu i natury sytemu komunistycznego. Posłużę się przykładem losów dwóch wielkich duchownych niezłomnych – prymasa Stefana Wyszyńskiego i arcybiskupa Antoniego Baraniaka, aresztowanych razem, tej samej nocy z 25 na 26 września 1953 r. Ale Prymas był „tylko” – tu oczywiście cudzysłów – internowany co oznaczało, iż np. otrzymywał listy, choć nie wszystkie, paczki, choć nie zawsze i mógł czytać i pisać, pracować intelektualnie w tych tak przecież trudnych warunkach. Mógł dać o sobie świadectwo.

Jego dawny sekretarz bp Antoni Baraniak trafił do zwykłego więzienia, gdzie był bity i torturowany, a żadne listy od niego i do niego nie trafiały, gdzie nie było dostępu do książek i prawa do spaceru po ogrodzie, a rodzina nie tyle że nie mogła go odwiedzić, to nawet w ogóle miesiącami nie wiedziała, czy on żyje, gdzie przebywa, co się z nim dzieje. Mało tego, gdy w grudniu 1955 roku po zmianach politycznych zamieniono mu więzienie na internowanie, gdy wykończonego torturami i więziennymi warunkami przewieziono go z Warszawy do Marszałek w dzisiejszej diecezji kaliskiej, to nadal starannie ukrywano przed światem, gdzie on jest. Do schorowanego człowieka nie dopuszczono nawet lekarza, a szantażem zmuszano do milczenia księdza, w którego parafii umieszczono biskupa – ubecy powiedzieli wyraźnie, że jeśli ktokolwiek się dowie, że „Baraniak przebywa w tym domu”, to go wywiozą tam, „gdzie nikt go nigdy nie znajdzie”.

Ich groźby to nie były puste słowa, dowodem na to są setki bezimiennych polskich bohaterów, na czele z rotmistrzem Pileckim, którzy do dziś nie mają nawet swojego grobu, nie wiemy, kiedy i jak zostali zamordowani.  Najbliższy brat arcybiskupa Baraniaka z wykształcenia był księgowym, przez całe życie nie mógł znaleźć pracy w rodzinnym Lesznie gdzie mieszkał, pracował aż w Zielonej Górze, więc cały tydzień go w domu nie było, bo to nie były czasy, w których dało się dojeżdżać do pracy na takie odległości, ktoś inny z rodziny tracił pracę i nie mógł jej znaleźć, a w Poznaniu do sąsiadów siostrzeńca arcybiskupa latami przychodzili ubecy i wypytywali o rodzinne zwyczaje i inne sprawy. Były to pozornie błahe rzeczy, ale przecież dzisiaj widać wyraźnie po co to było robione. Przekaz był prosty – trzymajcie się jak najdalej od tej rodziny, bo nimi interesuje się Urząd Bezpieczeństwa, a po co wam kłopoty. I znowu izolacja, osamotnienie, problemy dnia codziennego…. I jak w takich warunkach przekazać prawdę, mówić o ideałach i moralnych powinnościach, jak opisywać, co się przeszło i co się planuje, gdy ma się świadomość, iż każdym gestem, każdym spotkaniem można przynieść komuś kłopoty? Zostaje milczenie i ukrywanie tego co ważne. To była rzeczywistość duchownych niezłomnych.

Paradoksalnie zachowane donosy i materiały ubeckie są dziś głównym świadectwem niezłomności tych księży, ale to przecież za mało. Dopóki żyją świadkowie ich życia i świadkowie życia tych, którzy ich znali i się z nimi zetknęli – rozmawiajmy z nimi i zapisujmy ich wspomnienia. Nierzadko kontekst danego zdarzenia, te okruchy zebrane w jedną całość wyjaśnią nam więcej niż niejeden podręcznik.

Symbolem polskich duchownych jest oczywiście ksiądz Jerzy Popiełuszko, dlatego Narodowy Dzień Pamięci Duchownych Niezłomnych obchodzony jest 19 października, w symbolicznym dniu jego śmierci, bo pamiętajmy, że jest to ciągle jeszcze data oficjalna, a do tej pory nie wiadomo, kto i kiedy podjął decyzję o zabiciu księdza ani na jakim szczeblu zapadła decyzja. Wiadomo jedynie, że zabójstwa dokonali trzej pracownicy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. A przecież ksiądz Popiełuszko to ikona bohaterstwa współczesnych duchownych, a co z tymi innymi, o których wiemy tak mało? Kto potrafi dzisiaj wymienić ich nazwiska? Antoni Baraniak przypominany jest już częściej w kontekście ogromnych zasług, jakie przez swoją postawę ma dla Kościoła i dla państwa polskiego, ale co przeciętny Polak wie o świętej pamięci księżach Sylwestrze Zychu, Stefanie Niedzielaku, Stanisławie Suchowolcu, biskupie Czesławie Kaczmarku czy siostrze urszulance Franciszce Popiel, która zginęła w bardzo dziwnym wypadku samochodowym. Siostra ta to przykład, że obok bohaterskich księży duchownych były też zakonnice, ciche skromne i starannie ukrywające swoją tak cenną działalność, żeby tylko komuniści się o niej nie dowiedzieli, żeby tylko móc ją jak najdłużej prowadzić.

Zapisujmy te historie w parafialnych kronikach, gazetach i portalach, do których mamy dostęp, czy nawet w listach do instytucji zajmujących się historią takich jak np. IPN, możemy wysłać taki list nawet do arcybiskupa w swojej diecezji. Historia duchownych niezłomnych to przede wszystkim ich działalność wśród ludzi i dla ludzi. Naszym obowiązkiem jest tę historię najpierw utrwalić, a potem upowszechniać. Jan Paweł II uczcił pamięć bohaterskich duchownych prześladowanych przez niemieckich faszystów beatyfikując ich jedocześnie w 1999 roku. Może doczekamy wszyscy, że kościół także doceni poprzez wyniesienie na ołtarze tych zapomnianych męczenników komunizmu i ciągle jeszcze fałszowanych i nieznanych historiach.

 

 

 

JAN TESPISKI: O Kotku Protku i innych zabawnych zdarzeniach (17)

Rzecz rozegrała się w „roku leninowskim” a bohaterami tej anegdoty są Jerzy Zitzmann i Jan Ziętek. W 1970 roku przypadała setna rocznica urodzin Włodzimierza Lenina. ZSRR oszalał, rocznicę obchodzono z nieznaną wcześniej pompą. Uruchomiono cały ogromny aparat propagandowy, telewizję, radio, prasę – zdawało się, że na świecie i w samym Związku Radzieckim, nie ma niczego innego godnego uwagi – poza tą rocznicą.

O niczym innym nie mówiono i nie pisano, poza Leninem. Portretami Wodza Rewolucji i cytatami z jego pism wystrojono ulice, dworce oraz wszystkie miejsca publiczne, fabryki, uczelnie szkoły oraz przedszkola. Nie wspominając o miejscach stacjonowania milionowej armii, milicji i innych takich.

Jan Zitzmann (ur. 11 05 1918 – zm. 18 01 1999) –  był malarzem, scenografem i reżyserem  teatralnym, twórcą filmów animowanych. Był też wieloletnim dyrektorem Teatru Lalek „Banialuka” w Bielsku Białej, pomysłodawcą, organizatorem i dyrektorem bielskich międzynarodowych festiwali teatrów lalek.

Jerzy Ziętek (ur. 10 09 1901– zm. 20 XI 1985) to polityk, urzędnik, samorządowiec, działacz partyjny i państwowy. Był m.in. Członkiem Komitetu Centralnego PZPR (1964–1981), przewodniczący prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach. (1964–1973). Ziętek był dla Śląska postacią nie tylko wielką, ale i wiele mogącą.

Ideowy Kotek Protek

Rok przed rocznicą, Ziętek zwołał naradę wszystkich dyrektorów teatrów Śląska. Powiedział jasno i wyraźnie, że obchody rocznicy muszą być wspaniałe, że od teatrów oczekuje się odpowiedniego repertuaru. A ponieważ jest to niezwykle ważne, dlatego też dyrektorzy będą rozliczani z wykonania zadania.

Pod koniec 1969 roku Ziętek znowu zwołał naradę, na której dyrektorzy teatrów przedstawiali sposoby – czyli sztuki teatralne – które mają uświetnić jubileusz urodzin Lenina. Wszyscy dyrektorzy, jak się okazało, karnie wystawiali liczne propagandowe sztuki radzieckie, znane i nielubiane jeszcze z lat pięćdziesiątych. Były też nowe sztuki radzieckie, ale tak samo słabe jak te starsze. Na końcu Ziętek zapytał Zitzmanna:

– No, a u was dyrektorze, w tych waszych lalkach, jak zamiarujecie uczcić rocznicę?

– My wybraliśmy na rocznicę – zaczął Zitzmann trochę łamiacym się głosem – sztukę, która w doskonały sposób ukazuje wartości społeczeństwa socjalistycznego, która podnosi socjalistyczny humanizm do rangi wyzwania indywidualnego, ta sztuka będzie niosła wartości, w które wierzymy i które wyznajemy…

– Dobra – przerwał mu Ziętek – ale ty mi chopie powidz, jako jest ta sztuka, no jakiś tytuł mo?

– Ma. Sztukę napisał Zbigniew Poprawski, ona nazywa się, ta sztuka znaczy… „Kotek Protek”…

Na marginesie… Czy Ziętek i Zitzmann brali serio tę rocznicę? Nie sądzę. Bo w roku 1970 traktowano już takie wydarzenia jak rytualny obowiązek. Ma być – i tyle.

Sojuz z papierem

Ludwik Benoit (ur. 18 07 1920 – zm. 4 11 1992) był aktorem wybitnym i co równie ważne – był lubiany przez publiczność. Wielki zawodowiec, znający swój fach.

Film „Przygody Pana Michała” (1969) kręcono – między innymi – na stepach Ukrainy.

– Kierownikiem planu zdjęciowego był jakiś Rosjanin.I nic mu nie wychodziło – wspominał Ludwik Benoit. – Budzono nas o szóstej rano, charakteryzowano, ubierano w ciężkie kostiumy… I tak czekaliśmy na transport, żeby nas zawieziono na plan. Upały były nieznośne. Topiliśmy się jak świece, nie mieliśmy potem już siły, żeby zagrać. I nigdy nie było wiadomo o której te samochody po nas przyjadą. Kierownik planu czuł się – chyba – trochę winny, bo co i rusz przybiegał do nas, opowiadał jakiś żart i znikał. A myśmy w tym upale umierali. Pewnego razu wpadł do nas z gazetą w ręku, i machając nią podniecony, wykrzyczał z radością:

– Proszę państwa, mamy kolejny niezwykły sukces… Wczoraj wystrzelono w kosmos kolejny statek z serii Sojuz…

– A wczoraj w kiblu znowu nie było papieru toaletowego – odpowiedział Ludwik Benoit.

Benua i Fua

Przed wielu laty, za dyrekcji Kazimierza Dejmka w Teatrze Nowym w Łodzi, po kolejnej premierze, panowieLudwik Benoit i Mieczysław Voit poszli w miasto. Było już po północy, kiedy weseli wracali. Może trochę podśpiewywali. Zatrzymał ich patrol milicji.

– Dowody poproszę – zaczął plutonowy MO.

Panowie dali dowody. Plutonowy je otworzył.

– A zatem, zakłócają ciszę nocną… obywatel Benoit…

Plutonowy wymówił nazwisko tak, jak było napisane.

– Bardzo przepraszam, ale moje nazwisko wymawia się Benua… – powiedział Ludwik Benoiot.

– A zatem mamy tu do czynienie – kontynuowała plutonowy – z obywatelem Benua oraz obywatelem Fua.

– Bardzo przepraszam – powiedział Mieczysław Voit – ale mnie się wymawia, jak pisze – Voit.

Plutonowy zamilkł, patrzył na aktorów spode łba, a po chwili powiedział:

– Czyli… sprawa jest bardzo podejrzana. Jedziemy na komendę…

Na szczęście na komendzie znalazł się jaki oficer – teatroman, który obu aktorów przeprosił i puścił wolno.

 

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI pyta: Kto porwał Europę?

Pani ma już swoje lata. Ale jeszcze i urodę. Jest tłumaczką literatury pięknej. Z francuskiego. To i owo czytałem. Gadamy. Na urodzinach mojej redakcyjnej koleżanki w przyzakładowej knajpie. Mieszka od wielu lat w Paryżu. Opisuje barwnie, jaka jest ta Francja anno domini 2022. Z Warszawy wyjechała 20 lat temu. Ale przyjeżdża często. Spotkania z autorami tłumaczonych książek, w wydawnictwach, z czytelnikami.

– Czuje się Pani jeszcze Polką czy już Francuzką? – pytam.

– … jestem Europejką.

Niedawno podobną odpowiedź otrzymałem od bliskiego członka rodziny. Byłem zaskoczony. Tym razem już mniej. Kim są ci nasi „byli” – Polki, Polacy, dziś „Europejczycy”?

Były premier mówi, że Polska to niesforny bachor, którego trzeba wystawić do kąta. Były minister polskiego rządu bredzi o naszych sojusznikach, że winni są napaści Rosji na Ukrainę. „Nasi” europejscy deputowani podnoszą w górę łapę żeby nie wypłacono Polsce należnych jej pieniędzy.

Kiedyś za siermiężnej Ojczyzny wzdychano do Coca-Coli i dżinsów, ortalionowe płaszczyki to był super szyk. Jugosławia to były już super wakacje, a samochód z niemieckiego szrotu – szczytem marzeń i luksusem do brylowania. Dziś Niemcy mają najazd Azjatów i Afrykanów uciekających przed głodem i bezdomnością, Francuzi mają Macrona. Ci dalekowzroczni „zachodni” chcą byśmy teraz dzielili się gazem. Do tego, po niewczasie, przyznają nam pomału rację. Niemiecka przywódczyni Europy strofuje wyborczo Italię, a holenderski grubas ekologiczny pogubił się bez reszty. Europejczycy!

Czy rzeczywiście teraz nam tam żyć się chce? Może by lepiej pojechać i sprawdzić np. na szparagi, albo jako wysoko wykwalifikowany zmywacz na srebrnych zmywakach. W Polsce wielu ludziom pracować się „nie opłaca”. Niech więc spróbują w UE. Szlabany są podniesione.

Czytam, że młody człowiek mówi, że za 5 tysięcy miesięcznie to on nawet z łóżka nie wstaje. Rzeczywiście rozdawnictwo w naszym pięknym kraju stale czyni postępy. Chyba się tego nie docenia. Jest jak jest. I będzie do wyborów. Ale na pewno, gdy obiecanki nie będą już potrzebne, to się skończy.

Po odzyskaniu niepodległości w 1989 roku nasi ekonomiści i wodzowie długo nie dostrzegali likwidacji rodzimego przemysłu i handlu. Banki, wielkie firmy handlowe, flota morska handlowa – to wszystko zostało sprzedane. Nikt tych strat nie policzył. Teraz również nie bardzo przejmujemy się rosnącym zadłużeniem. Posłowie nie likwidują ustawy o rajach podatkowych, bo wiążą nas umowy z Europą. Być może sami w przyszłości, gdy się już dorobią, będą chcieli z tych rajów korzystać. Oczekujemy rzetelnego rachunku – za tę europejską mannę w konfrontacji z korzyściami handlowymi Zachodu.

Jan Pietrzak ciągle może nawoływać „…żeby Polska była Polską…”, bo pod względem zarobków i zamożności nie jest Polską wymarzoną. Każdy może kłapać dziobem co mu ślina na język przyniesie. Ale ile razy można oglądać napiętnowanych – zdrajców sprawy narodowej, sprzedawczyków. Gadanie i pokazywanie ich to za mało. Bezkarność rozzuchwala. Immunitet to przywilej. Ale on nie po to by chronić wrogów Polski.

Na pewno wśród „Europejczyków” za naszą niechronioną płotem granicą także jest wielu kombinujących i kradnących jeśli się tylko da. U nas jednak są tacy wśród „wybrańców”. Pora publikować takie listy.

JAN TESPISKI: Czego bał się Kantor i jakie kłopoty miał Dąbrowski (16)

Rzecz dzieje się w początkach lat sześćdziesiątych, w Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie. Dyrektorem jest Bronisław Dąbrowski (ur. 24 XI 1905 – zm. 10 IV 1992) znakomity reżyser, aktor i dyrektor. Dąbrowski właśnie dowiedział się, że jeden z aktorów zachorował i konieczne jest zastępstwo na wieczornej próbie, bo spektakl ma być dnia następnego. Zastępstwa są zawsze kłopotem, ale tym razem większym, bo aktor, który miał zagrać w zastępstwie mieszkał w Nowej Hucie i oczywiście nie miał telefonu. Dąbrowski prosi więc innego z aktorów, żeby pojechał z nim do tej Nowej Huty.

Wsiadają do warszawy. Tu trzeba jeszcze dodać, że jest mroczne listopadowe popołudnie i pada śnieg z deszczem. Naraz dyrektor mówi do towarzyszącego mu aktora:

– Tu ma pan latarkę, będzie pan świecił po znakach, bo teraz słabo widać. I będzie mi pan mówił, do jakiego znaku się zbliżamy.

Aktor odkręca szybę obok kierowcy, wyciąga rękę z latarką na zewnątrz i ruszają. Dabrowski leży dosłownie na szybie warszawy, wypatrując drogi, bo ma bardzo słaby wzrok.  Nie ujechali więcej niż kilometr, gdy Dąbrowski daje aktorowi bułkę zawiniętą w papier i mówi:

– Zgłodniałem, pan będzie mi podsuwał bułkę do ust, a ja będę jadł.

Sytuacja jest więc taka, że aktor lewą ręką karmi dyrektora, a prawą – która już mu zamarza – mając w niej latarkę, świeci po znakach. I informuje dyrektora o tym, co znak „glosi”. Nie ujechali więcej niż drugi kilometr, gdy Dąbrowski ostro hamuje i pyta:

– To jaki znak minęliśmy?

– Zakaz postoju, panie dyrektorze.

Dąbrowski wrzuca wsteczny bieg i cofa samochód, jedzie i staje przed nieszczęsnym znakiem.

– To jest zakaz zatrzymywania się… – z gniewem mówi Dąbrowski. – Ale ja pamiętam, że z panem to ja miałem już kłopoty przy „Kordianie”.

Czego się bał Tadeusz Kantor

Twórcą, współtwórcą niebywałych anegdot był też Tadeusz Kantor. Opowiadał Krzysztof Miklaszewski, że doprosił się u mistrza rozmowy o „Umarłej klasie”. Ten wspaniały spektakl miał premierę w 1975 roku, w Krakowie – rzecz oczywista.

Kantor przyjął go w domu. Maria Stangret-Kantor – żona, wybitna malarka, członkini Grupy Krakowskiej i aktorka teatru Cricot 2, podała herbatę, zostawiając panów samych.

Tu trzeba wiedzieć, że z okazji premiery tego spektaklu Tadeusz Kantor wydał manifest artystyczny „Teatr śmierci”. Kłopot był jednak w tym, że Kantor – jak większość malarzy – pisał metajęzykiem. No, takim wewnętrznym językiem, którego sensy i znaczenia właściwie znał tylko on sam. Miklaszewski chciał bardziej prostych wyjaśnień, włączył magnetron i zaczął wypytywać mistrza o sens tego manifestu, a także sens samego spektaklu.

Ale Kantor z uporem powtarzał tezy i sformułowania zawarte już w manifeście. Sytuacja była więc patowa. Ale naraz z kuchni dobiegł głos Marii Stangret:

– Tadziu, powiedz panu, że ty po prostu bardzo się śmierci boisz.

Chwila niezręcznej ciszy, a po tej chwili Kantor jęknął z bólem do małżonki:

– Marysiu, ja cię bardzo proszę… Marysiu…

Rewindykacja 

Gdzieś jesienią 1974 roku Kraków został oblepiony poziomymi afiszami: „Tadeusz Kantor. Rewindykacja.” Afisz głosił też, gdzie i kiedy ma nastąpić wydarzenie. Ponieważ nikt z krakusów wcześniej nie wiedział o nowym spektaklu Cricot 2, w piwnicznej kawiarni przy Siennej zebrał się całkiem spory tłumek teatromanów. Na uczestników nieznanego zdarzenia czekały krzesła, ustawione naprzeciw stołu, stojącego na podeście.

Z niewielkim opóźnieniem Kantor zasiadł za stołem. Rozłożył grubą teczkę, pełną jakichś papierów. I zaczął rewindykować. Chodziło mu o to, że „różni tacy pseudo-nowatorzy przypisują sobie moje osiągnięcia”, m.in. scenę bez kurtyny, do której teraz „pretendują różni tacy”. I przywrócił sobie jeszcze kilkanaście innych poważnych osiągnięć. Na dowód pokazywał dokumenty, recenzje i plakaty.

Była dodatkowa atrakcja tej „rewindykacji”. Otóż co kilkanaście minut Kantor zrywał się do stolika, wybiegał w boczną przestrzeń i niewidoczny dla zebranych i robił komuś niewidocznemu dziką awanturę. Po czym wracał i wygłaszał poboczny monolog o niegodziwości Krakowskiego Oddziału Związku Artystów Plastyków, który użyczył mu sali, owszem, ale nie zapewnił spokoju. Tak więc prowadził jednocześnie dwie artystyczne akcje: przeciw tym, co zawłaszczają jego osiągnięcia oraz przeciw bandzie spiskujących przeciw niemu działaczy Związku Plastyków.

Potem okazało się, że Kantor biegał do położonej w bocznej malutkiej sali kawiarenki, w której siedziała sobie cicho jakaś parka.

Z tym zawłaszczaniem cudzych osiągnięć rzeczywiście było niedobrze. W latach osiemdziesiątych pojawił się w polskim teatrze reżyser – pomińmy nazwisko – który dosłownie kopiował teatr Cricot 2. U mas ludowych teatr uzurpatora cieszył się dużym powodzeniem i estymą. Ale znaleźli się uczciwi krytycy, którzy wytknęli młodemu reżyserowi, że nie jest oryginalny, że jest zaledwie niedoskonałym kopistą. Wtedy ów młody człowiek oświadczył publicznie, że to co robi, robi świadomie, bo czuje się kontynuatorem sztuki teatru Tadeusza Kantora.

Na takie brewerie zagregował ostro sam Kantor. W „Życiu Literackim” napisał, że nikogo nie upoważniał do twórczej kontynuacji. I czegoś takiego on, Tadeusz Kantor, sobie nie życzy i wyprasza sobie.

Jest faktem, że wielu próbowało go naśladować. Ale ich spektakle były jak jarmarczne karuzele, przy metafizycznej maszynie życia i przemijania Tadeusza Kantora.

Co ja robię w tym akademickim teatrze?

W roku 1976 krakowska Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna obchodziła jubileusz 30-lecia, oczywiście w Teatrze im J. Słowackiego. W związku z tym jubileuszem warte odnotowania są dwie anegdoty. Pierwsza z nich dotyczy także Tadeusza Kantora.

Jakim sposobem organizatorom jubileuszu udało się namówić Kantora do zaprojektowania dekoracji – nie wiadomo. Dość, że zgodził się i wykonał wspaniałą pracę. Wielka scena teatru wznosiła się trzema wielkimi, na całą swą szerokość, podestami, obitymi czarną sceniczną podłogą. Na podestach Kantor ustawił kilka stylowych stolików – z różnych epok – wraz z pasującymi do nich stylistycznie krzesłami. Aktorzy, absolwenci dzisiejszej Akademii Teatralnej siedzieli przy tych stolikach. W odpowiednim momencie, kolejna z aktorek, kolejny z aktorów wstawali od stolików, przechodzili ku proscenium i deklamowali fragmenty „Pana Tadeusza”.

Z opisu niby nic wielkiego, ale ileż było wspaniałego malarskiego rytmu w tej przestrzeni. Ileż nastroju w światłach…

Jubileusz przebiegł udanie, bo też najwspanialsi polscy aktorzy – jak się okazało – byli absolwentami krakowskiej uczelni.

Tylko Tadeusz Kantor chodził w kulisach sceny, bardzo zdenerwowany i bezgłośnie coś do siebie mamrotał. Naraz przystanął i tłukąc głową w belkę konstrukcji szeptał:

– Boże, Boże co ja robię w tym akademickim teatrze?

Druga jubileuszowa anegdota jest związana z Jerzym Bińczyckim.

Przedtem jednak trzeba powiedzieć, że każdy z aktorów, zanim zaczął mówić swój fragment „Pana Tadeusza” dedykował występ którejś z profesorek, z profesorów. Gdy nadszedł czas Bińczyckiego, ten dostojnie wyszedł na przód sceny, skłonił uroczyście głowę i powiedział:

– Szkolnej Komisji Dyscyplinarnej, poświęcam.

A potem zaczął, zupełnie a propos:

O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju!

Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju,

A żołnierz rokiem wojny; dotąd lubią starzy

O tobie bajać, dotąd pieśń o tobie marzy…

 

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Plującym na „Lalusia”

„Józef Franczak, żył lat 45, zginął 21 X 1963. Poświęcił życie za wolność Ojczyzny, której nie doczekał” – taki napis wyryła rodzina na skromnym grobie w podlubelskich Piaskach w 1983 r. Wtedy jeszcze nie można było mówić, co naprawdę stało się z „Lalusiem” – że to ostatni partyzant II RP, który zginął w walce z SB i ZOMO. Wyklęty przez komunistów Żołnierz Niezłomny.

Była godzina 15.40, Majdan Kozic Górnych – mała wioska 20 kilometrów od Lublina i 8 kilometrów od Piask. Bezpieka napisała: „Z chwilą okrążenia zabudowań b. [bandyta] Franczak wyszedł ze stodoły, pozorując gospodarza rozważał możliwość wyjścia z obstawy. (…) Mimo wzywania go do zdania się podjął obronę i wykorzystując słabe punkty obstawy pod osłoną zabudowań wycofał się około 300 m. od meliny, gdzie podczas wymiany strzałów został śmiertelnie ranny i po kilku minutach zmarł”.

Przez kolejne lata PRL Józef Franczak „Laluś” był przez komunistów wyklinany. Ale do dziś są w Polsce środowiska, które uważają, że został zamordowany słusznie, jako pospolity bandyta.

„Jako pseudohistoryczną podbudowę kultu «wyklętych» stworzono dwa wielkie mity. Pierwszy to mit powstania antykomunistycznego, które miało trwać w latach 1944-1963. Datę końcową wyznacza śmierć Józefa Franczaka «Lalka» z oddziału Zdzisława Brońskiego «Uskoka», który zginął w obławie 21 października 1963 r.” – napisał tygodnik „Przegląd”, pod jakże znamiennym tytułem: „Bandyci, a nie święci”.

W tym (post)komunistycznym organie można przeczytać dalej: „Od lutego 1953 r. Franczak nie prowadził jednak żadnej walki zbrojnej, tylko się ukrywał, a jego ostatnią akcją była «akcja ekspropriacyjna», czyli napad rabunkowy na kasę Gminnej Spółdzielni w Piaskach w powiecie świdnickim”. Autor „zapomniał” napisać, że „Laluś” przeżył, bo ok. 200 osób z okolicznych wiosek pomagało mu przetrwać – zapewniało dach nad głową, wikt i opierunek. Była to podzięka za wcześniejszą, wieloletnią obronę przed Niemcami i Sowietami.
Przez lata rodzina i sąsiedzi myśleli, że „Lalusia” zadenuncjował sąsiad – Wacław Beć, u którego ukrywał się feralnego dnia. Jak wynika z akt IPN, była to celowa, ubecka dezinformacja. Franczaka wydał TW „Michał” – Stanisław Mazur, stryjeczny brat Danuty Mazur, narzeczonej „Lalusia” i matki jego syna. Za kapowanie dostał w sumie 12 050 zł, z tego prawie połowę – około 5000 zł za donosy na „Lalusia”. Rozumiem, że ci, którzy do dziś potępiają Józefa Franczaka, będą bronili agenta, który go zakapował.

Będą też bronili prokuratora, który 24 października 1963 r. polecił: „Proszę o zdjęcie głowy ze zwłok Józefa Franczaka”? Jaki był cel owego barbarzyństwa? Zemścić się, pohańbić, wykląć. Czaszka „Lalusia” została odnaleziona dopiero współcześnie na Uniwersytecie Medycznym w Lublinie. Wcześniej służyła studentom do eksperymentów. Po identyfikacji przekazano ją Markowi Franczakowi, synowi „Lalusia”.

W 2021 r. w krakowskim Parku Jordana opluty został pomnik „Lalusia”. Opluto tym samym jego kartę w służbie Ojczyzny. Przedwojenną naukę w szkole żandarmerii w Grudziądzu. Po 17 września 1939 r. aresztowanie przez sowietów i ucieczkę z niewoli, a następnie walkę z Niemcami w ramach ZWZ/AK na Lubelszczyźnie.

To tak, jakby wyśmiać los żołnierza bez wyboru, który poszukiwany przez NKWD musiał wrócić do konspiracji. Zapomnieć udziału w wielu akcjach na „utrwalaczy władzy ludowej”, wielokrotne rany, aresztowanie, z którego udało mu się uciec. Jakby opluć jego zamordowanych dowódców: Antoniego Kopaczewskiego „Lwa”, Hieronima Dekutowskiego „Zaporę”, Zdzisława Brońskiego „Uskoka”. W końcu jakby powiedzieć, że 21 października 1963 r., kiedy „Laluś” został okrążony i zamordowany przez ZOMO i SB w Majdanie Kozic Górnych koło Piask to nie symboliczny koniec tragicznej walki żołnierzy II RP o wolną i niepodległą ojczyznę, tylko zasłużona kara za pospolitą bandyterkę. Opluć dziś Józefa Franczaka „Lalusia” to tak, jakby przyznać rację wszystkim jego oprawcom.

 

Jak dziennikarz sportowy CEZARY KRYSZTOPA pisze o politycznym futbolu: Pusta bramka Tuska

A miało być tak pięknie, dziennikarz Newsweeka Grzegorz Rzeczkowski, kolega rysującego strzałki w kierunku Putina Tomasz Piątka i wydający książki w jego wydawnictwie, napisał artykuł o tym jak to Marek Falenta sprzedał nagrania z udziałem polityków obozu rządzącego za czasów koalicji PO-PSL Rosjanom (trzonem materiału są zeznania Marcina W., wspólnika Marka Falenty). Tak, chodzi o słynne nagrania z ośmiorniczkami i kupami kamieni. Czytaj: „Ruscy obalili rząd Platformy i osadzili rząd PiS”.

Rzeczkowski wystawia piłkę, na pozycji już stoi gotowy Donald Tusk. Biegnie przez połowę boiska, pomiędzy zaskoczonymi pisowcami. Jest jak huragan, nic nie jest go w stanie zatrzymać – Tylko komisja śledcza, niezależna od pana Ziobry i pana Kaczyńskiego jest w stanie wyjaśnić, na czym polega wpływ rosyjskich służb na energetyczną politykę PiS-u – wzywa w biegu lider Platformy jakby nie pamiętając, że w 2015 roku, kiedy Platforma miała jeszcze wraz z PSL większość w Sejmie, głosowała przeciwko powołaniu takiej komisji. Pomocnicy medialni agregują przekaz i usiłują sprowokować innych szantażem, że kto nie traktuje poważnie wynurzeń kolegi Tomasza Piątka, ten nie jest godzien miana dziennikarza. Wynik wydaje się przesądzony.

Zwrot akcji

W zasadzie Tusk jest już na polu karnym przeciwnika, gdy nagle występuje gwałtowny tumult, nikt nie wie, gdzie jest piłka, w tumanie kurzu słychać Marka Falentę, który krzyczy – To decyzja Donalda Tuska wobec mojej firmy była pisana rosyjskim alfabetem. A w końcu BUM, decyzją Prokuratury Krajowej ujawnione zostają inne zeznania uwiarygodnionego wcześniej przez publikację Grzegorza Rzeczkowskiego Marcina W. Zeznania, w których ten opowiada, jak przekazano 600 tysięcy euro, które miało być „dla Tuska” i które miał odebrać tajemniczy M.T., w imieniu którego zaraz Michał Tusk w wypowiedzi dla „wiodących mediów” tłumaczył, że „to totalne bzdury, nigdy nie poznałem Marka Falenty ani Marcina W.”. Tylko jak teraz Marcina W. uznać za kłamcę i mitomana, skoro przed chwilą miał być wiarygodnym źródłem informacji na temat rosyjskich kontekstów dojścia PiS do władzy – To Donald Tusk nadał wiarygodność temu panu, więc proszę bardzo, protokoły, które pokazują jak wielką wiarygodnością ten pan się cieszy – mówi wiceminister sprawiedliwości Michał Woś – Teraz tylko komisja śledcza jako spełnienie żądań Tuska – dorzuca była działaczka Platformy Obywatelskiej, która musiała opuścić struktury po tym jak skrytykowała kandydaturę Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na prezydenta, Aleksandra Wasilewska.

Kibice Tuska jeszcze krzyczą, trochę chaotycznie, ale głośno, natomiast na boisku, po stronie dzielnego piłkarza zapada jakby cisza. Tym razem piłka zmierza w kierunku bramki oświeconych demokratów. Obrońcy wpadli w stupor. Gdzie podział się Donald Tusk?

Do chwili, kiedy wysyłałem ten felieton nikt nie był w stanie na to pytanie odpowiedzieć. Co więcej bramka jego drużyny stała pusta.

Terminy wyroków ws. zabójstwa Ziętary to skandal – pisze HUBERT BEKRYCHT: Sąd kalendarzowy

Nie zamierzam podporządkować się tzw. zasadzie, że nie komentuje się wyroków sądów. Nie zgadzam się z tym. Nadto uważam, że ważne są terminy publikacji wyroków. Skandaliczne są daty ogłaszania rozstrzygnięć w niewyjaśnionej od 30 lat sprawie zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary.

Poprzedni wyrok w procesach dotyczących śmierci poznańskiego dziennikarza ogłoszono 24 lutego 2022 roku w dniu napaści Rosji na Ukrainę. Wtedy uniewinniono byłego senatora Aleksandra Gawronika. Teraz 19 października uniewinnia się ochroniarzy Elektromisu ws. uprowadzenia i pomocnictwa w zabójstwie Jarosława Ziętary, akurat w rocznicę zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki i zabójstwa Marka Rosiaka w łódzkim biurze PiS.

Co taki sędzia sobie myśli, że ludzie nie skojarzą, iż daty ogłoszenia wyroku ws. Ziętary z dniem obchodów ważnych rocznic śmierci: kapłana Solidarności zabitego przez funkcjonariuszy komunistycznej bezpieki i mordu politycznego popełnionego na pracowniku biura PiS przez byłego aktywistę PO? Polacy nie są głupi. Wydający wyrok też nie są głupi, wiedzą, że nie ukryją, nie wyciszą środowego wyroku uniewinniającego na ochroniarzy w sprawie Ziętary. Po co zatem to robią?

Czy nie w tym samym celu, co „nieznani sprawcy”, którzy zabili 22 lipca 1989 roku Anielę Piesiewicz matkę mecenasa Krzysztofa Piesiewicza, oskarżyciela posiłkowego w procesie zabójców księdza Jerzego Popiełuszko? Anielę Piesiewicz związano tak samo, jak przed śmiercią funkcjonariusze SB skrępowali duszpasterza Solidarności…

Sprawy dziennikarza z Poznania nie zakończy środowy werdykt sądu. Nikogo już nie przestraszą daty, w których są publikowane wyroki w sprawie Ziętary. Nawet jeżeli następne będą wydawane 23 sierpnia czy 17 września.

O wyroku z 19 października 2022 roku czytaj też:

https://sdp.pl/ochroniarze-z-elektromisu-zostali-uniewinnieni-ws-uprowadzenia-i-pomocnictwa-w-zabojstwie-dziennikarza-jaroslawa-zietary/

 

Mniej lub bardziej wnikliwe obserwacje WALTERA ALTERMANNA: Codzienne zaskoczenia

Codzienność przynosi liczne zaskoczenia. Komu nie niesie, ten oczy i uszy ma zamknięte. Oto kilka drobiazgów, które same do mnie przypłynęły z informacyjnym szumem kilku ostatnich dni.

Szanowanie starszych to podstawa naszego polskiego wychowania. Nawet tych, którzy sami się szanują. Co prawda nie wszyscy starcy są godni szacunku, ale trudno… Szanować nie zaszkodzi.

Cna staruszka

Złośliwość podpowiada mi też, że przecież starzy idoci biorą się z młodych idiotów, bo nikt, kto za młodu był mądry, idiocieje dopiero na starość. Głupolami rodzimy się i umieramy. Niemniej mam dużo szacunku dla starszych, szczególnie nieznajomych, bo z góry nie zakładam, że każdy starszy to głupek.

Stoję karnie na przystanku, oczekując na autobus. Naraz pojawia się mocno starsza pani, tak koło osiemdziesiątki. Schludnie ubrana, miły wyraz twarzy. I zaczyna czytać rozkład jazdy. Ale nie jest z lektury zadowolona, więc pyta współnieszczęśników komunikacji miejskiej – jak ma dojechać na pocztę. Słucham, patrzę i dochodzi do mnie, że starsza pani nie wie, gdzie jest ta poczta. Więc wkraczam i pytam o konkrety.

– Tak dokładnie to nie wiem, bo ja na pocztę nie chodzę – odpowiada – ostatnio byłam z siedem lat temu. Ale gdzieś tam na Lutomierskiej – mówi.

Lutomierska długa, więc mówię:

– Tam, po drugiej stronie ulicy, ma pani autobus 99. Niech pani pojedzie dwa przystanki, wysiądzie i zapyta. Jak będzie daleko, to wsiądzie pani w tramwaj 2A i dojedzie pani.

– Dziękuję panu – mówi starsza pani. – Bo wie pan, z tego wszystkiego to się człowiekowi wszystko w głowie poje.ie.

Zamarłem z zaskoczenia, ale ona mówi jeszcze tak:

– No, panie, poje.się czy nie?

– Poje.ie się – odparłem zgodliwie.

A co miałem zrobić? Zwracać jej uwagę na niestosowność takiego wyrażania się? Staruszcze pod osiemdziesiątkę? No, i chciałem być dla niej miły…, że taki swój chłop ze mnie.

Murzyn kontra swój

Wchodzę do apteki. W środku, przede mną jest tylko jedna kobieta – w średnim wieku – która właśnie wiedzie ostry spór z „magistrem”. Magister jest czarnoskóry, ale dobrze mówi po polsku. I słyszę, że chyba po raz któryś tłumaczy kobiecie, że jej recepta jest już przedawniona.

– Ale jak przedawniona?

– Bo receptę może pani zrealizować jedynie przez miesiąc od jej wystawienia, a pani recepta ma już cztery miesiące.

– To ja poproszę z kierownikiem – mówi kobieta.

Po chwili z zaplecza pojawia się kierowniczka. I powtarza, że recepta jest już nieważna. Kobieta wychodzi, ale kiedy jest już przy drzwiach, odwraca się i mówi:

– Ja wiedziałam, że tu nic nie załatwię, bo tu pracuje murzyn!

Mistrzostwo propagandy

Oglądam program o wojennych fabrykach w czasie II wojny światowej. I zaskakuje mnie informacja jak bardzo USA pomogły sprzętowo ZSRR. Okazuje się, że ogromne ilości czołgów, samolotów i samochodów ciężarowych, których w czasie wojny używali Sowieci pochodziła właśnie z Ameryki. Ogółem do 1945 roku, do Związku Radzieckiego trafiło z USA ponad 11.000 samolotów, ponad 7.000 czołgów, kilkaset tysięcy pojazdów mechanicznych oraz prawie 2 mln ton zaopatrzenia różnego typu.

Coś tam wiedziałem o tej pomocy, ale nagle dotarło do mnie, że na żadnym sowieckim filmie z czasów wojny nie widziałem tego amerykańskiego sprzętu. Sowieci po prostu filmowali jedynie swoje maszyny. Nie chcieli się przyznać, że brali pomoc od ojczyzny światowego kapitalizmu, od wuja Sama. Ale przecież brali.

Owszem, ZSRR sumiennie zapłacił za tę pomoc złotem wydobywanym poprzez zeków na Syberii, ale czy Amerykanom podziękował? Tego nie jestem już pewien. Chyba nie, a już na pewno niewiele o tym w ZSRR mówiono. I chyba dzisiejsi Rosjanie też nie wiedzą o tej pomocy. Oni są nad wyraz ambitni, nawet kosztem prawdy, co zresztą widać i teraz.

Prostactwo i chamstwo

Jak każdy oglądający telewizję, narażony jestem na nie tylko na treści płynące z reklam, atakowny jestem też ich formą i propagowaniem w reklamach prostactwa i chamstwa. Przykłady? Proszę bardzo.

Przykład 1.

Dwóch mężczyzn rozmawia o zdrowiu. Pierwszy pyta:

– Jak tam twoje kolana?

– Martw się o siebie – odpowiada drugi.

Dlaczego tak? Co chcieli przekazać – poza nazwą leku na dolegliwości kolan – producenci tej reklamy? Nie wiem. Może tak według nich wygląda rozmowa dwóch twardych mężczyzn? Gdyby ktoś ze znajomych mnie tak potraktował, natychmiast przestałby być znajomym.

Przykład 2.

Reklama samochodu. Młody mężczyzna, chcąc się pochwalić nowym samochodem, mówi do ojca:

– Widziałeś takie auto tato?

I co odpowiada dobry ojciec, który powinien się cieszyć, że synowi dobrze się wiedzie? On mówi, okropnym, chrapliwym, odpychającym głosem.

– A takie widziałeś?

I pokazuje synowi własne, lepsze auto.

Co łączy oba te dzieła? Promowanie knajactwa, prostactwa i brutalności. To mamy w reklamach, zamiast ludzkich stosunków, ludzkich uczuć, serdeczności, współczucia oraz dumy z syna. Taki ma być wzór mężczyzn w Polsce początków XXI wieku? A może sami „reklamodawcy” wywodzą się z takich środowisk?

Rozmowy są najważniejsze

Po dłuższym nieczytaniu gazet papierowych, kupiłem sobotnio-niedzielny magazyn „Gazety Wyborczej”. I w pociągu przestudiowałem go „od deski do deski”. Powiem, że lektura jest przygnębiająca. Okazuje się, że liczni rozmówcy dziennikarzy nie mogą już dłużej żyć w kraju takim jak Polska. Co im przeszkadza? Nietolerancja, zaściankowość i wstecznictwo. I to głównie w sprawach wolności seksualnych obyczajów. Jest nawet artykuł, wywiad z osobą, która żyje w „związku otwartym”, który sprowadza się do tego, że ona i mąż akceptują innych partnerów. A ona nawet się cieszy, gdy mąż wychodzi na nocną randkę. Dla tej pani, wielość partnerów, to wielość rozmów z interesującymi ludźmi. Rozmowy z partnerami są najważniejsze – zapewnia interlokutorka gazety. Czyżby znaczyło to, że bez seksu ta pani nie rozmawia?

Nie jestem wstecznikiem, wiem, że takie związki od wieków były, są i będą. I jeżeli uczestnikom takich „stadeł” jest z tym dobrze, to niech tak sobie żyją. Jeżeli jednak „Gazeta Wyborcza” przedstawia różne odejścia od normy jako wyższe niż „klasyka” seksualna, to mam pytanie. Czy mamy do czynienia jeszcze z walką o tolerancję i akceptację – za czym jestem – czy już z propagowaniem mniejszości kosztem większości?

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Upamiętnijmy godnie bohaterów z „Łączki”

Na marginesie skandalu z pochówkiem zbrodniarza Urbana na Powązkach Wojskowych w Warszawie, należy wrócić do idei dekomunizacji tego wyjątkowego polskiego cmentarza, ale także (i o tym jest ten tekst) budowy na „Łączce” Panteonu Bohaterów Narodowych.

Obie priorytetowe sprawy są ze sobą bezpośrednio związane – wymagają przejęcia nekropolii przez państwo polskie z rąk stołecznego magistratu, bo w obu tych kwestiach miasto stołeczne Warszawa pod wodzą wcześniej Hanny Gronkiewicz-Waltz, a dziś Rafała Trzaskowskiego nie robi nic, bo… nie chce. Jedyna zatem nadzieja we władzach Rzeczpospolitej, a wiem, że nacjonalizacja Powązek Wojskowych jest przez odpowiednie ministerstwa i instytucje brana pod uwagę. Moją rolą jest przypominanie…

A teraz garść faktów, związanych z naszą walką o repolonizację Powązek Wojskowych i oddania należnego hołdu zasłużonym.

„Panteon Bohaterów Narodowych powinien obejmować obszar całego dawnego pola więziennego, tam, gdzie po wojnie byli grzebani pomordowani. Teren „Łączki” należy do pomordowanych żołnierzy i działaczy Polskiego Państwa Podziemnego” – pisaliśmy w 2014 r. jako Fundacja „Łączka” do ówczesnego sekretarza Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzeja Krzysztofa Kunerta. Ale pan minister zamiast Panteonu postawił na stołecznych Powązkach Wojskowych panteonik. Ten stan w ramach polityki faktów dokonanych trwa do dziś.

Od grudnia 2013 r., kiedy powstała Fundacja „Łączka”, domagaliśmy się przeprowadzenia na Powązkach ekshumacji, identyfikacji i upamiętnienia wyklętych przez komunę Żołnierzy Niezłomnych. Dziś ekshumacje zostały zakończone, identyfikacja szczątków trwa, pozostało godne upamiętnienie.

Upamiętnienie ministra Kunerta do tej godnej kategorii nie należy. Panteonik – bo nie Panteon – stanął tylko na części „Łączki”, dokładnie na terenie 18 x 18 m. Tym samym p. sekretarz pozostał całkowicie głuchy na oczekiwania „łączkowych” rodzin.

W liście do Andrzeja Kunerta właśnie o rodziny pomordowanych pytaliśmy: „Oni nie mogą być zlekceważeni. Jesteśmy przekonani, że nie dopuści Pan do takiej sytuacji i że rodziny ofiar „Łączki” uzyskają możliwość wzięcia udziału w tworzeniu Panteonu Bohaterów Narodowych, a ich opinia będzie przez Państwa traktowana z należytym szacunkiem”.

Również na to p. Kunert pozostał obojętny. Potem próbował wmawiać Polakom, że dla budowy panteoniku ma poparcie rodzin, a wręcz… został przez nie zmuszony.

Jak wyglądały konsultacje Kunerta? Po wielu miesiącach wysłał list do części rodzin. Z tej części zgodę uzyskał od jeszcze mniejszej części. Minister nie poinformował rodzin, że upamiętnienie będzie ograniczone do powierzchni 18 x 18 m, ani że zamiast grobów powstaną szuflady. P. Kunert zignorował również list podpisany przez blisko 200 osób i organizacji, w tym rodziny „łączkowe” (wśród nich bliscy Hieronima Dekutowskiego, Adama Lazarowicza, Stanisława Łukasika, Stanisława Mieszkowskiego). Ponieważ wszyscy oni byli przeciwni budowie panteoniku, uznał, że są niereprezentatywni! Nie akceptował zdania tysięcy Polaków protestujących w Internecie.

Panteonik ministra Kunerta został odsłonięty na Powązkach 27 września 2015 r. Obok w ziemi pozostawały jeszcze szczątki ok. 100 zamordowanych. Czym był ten zabieg, jeśli nie dzieleniem Żołnierzy Niezłomnych na tych, którzy mieli szczęście i zostali wydobyci, oraz tych, którzy tego szczęścia nie mieli?

Dziś wracamy do postulatu budowy – zamiast panteoniku – wielkiego Narodowego Panteonu Chwały, i to nie na skrawku „Łączki”, ale na całym dawnym więziennym polu śmierci (kwatery Ł i ŁII). To prawdziwe upamiętnienie – a nie jego Kunertowa podróbka – powinno przypominać ideą i rozmachem Cmentarz Orląt Lwowskich.

 

JAN TESPISKI: Czego Jakub Rotbaum nie czytał oraz o przegranej walce z biologią (15)

Bohaterów tej anegdoty jest dwóch. Pierwszym jest Jakub Rotbaum (1901 – 1994), żydowski reżyser teatralny i malarz. Rotbaum – przed wojną był znanym i cenionym reżyserem teatrów żydowskich, także reżyserem filmów w języku jidisz. Był dla kultury żydowskiej w Polsce osoba cenną. Jednak polski teatr znał słabo, żeby nie powiedzieć, że wcale go nie znał. Drugi z bohaterów to Józef Gruda (właśc. Witold Kościałkowski 1916 – 1981). Jego rodzicami byli podpułkownik Marian Zyndram-Kościałkowski, jeden z czołowych polityków dwudziestolecia międzywojennego, premier Rzeczypospolitej w latach 1935-1936, i Anna z Krysińskich. Siostra, Maria Kościałkowska, to aktorka krakowskich teatrów. Gruda swój teatralny życiorys zaczął pisać jako kierownik literacki teatrów, kończył jako reżyser.

Gruda był po wojnie, latach 1953-54 był kierownikiem lierackim Teatru Polskiego w Bielsku Białej, w latach 1954-56 Teatrów Dramatycznych we Wrocławiu. A dyrektorem i reżyserem tych teatrów był właśnie Rotbaum.

Wrocław był zniszczony, teatry dosłownie powstawały na gruzach. Gruda sypiał w sekretariacie Teatru Polskiego. Pewnego dnia między Rotbaumem a Grudą odbyła się taka rozmowa.

– Pan wie, że powinniśmy wystawić coś dużego – zaczął Rotbaum. – Pan wie co to by mogło być?

– Może „Wesele”? – powiedział Gruda.

– Jakie wesele? Kogo wesele?

– Stanisława Wyspiańskiego – dopełnił informację Gruda.

– „Wesele” Wyspiańskiego…? Nie znam.

– Ja panu dyrektorowi dam tekst…

I tak się stało. Wieczorem Józef Gruda usnął na leżance w sekretariacie, ale około drugiej w nocy obudził go telefon.

– Pan Gruda? Tu Rotbaum. Ja przeczytałem to „Wesele”. Aj, aj – co to jest za genialna sztuka! Panie Gruda, my musimy to robić. Ja bardzo panu dziękuję.

Pierwszym zaskoczeniem realizacji „Wesela” przez Jakuba Rotbauma było to, że wyprowadził sztukę z „chłopskiej chaty”. I rzecz rozgrywała się w polskim pejzażu. Dugim zaskoczeniem było to, że bohaterowie jedli i pili. Pewnego dnia, na jednej z pierweszych prób Totbauma bowiem zauważył:

– A co to za wesele jak oni nie ją, nie piją…? Na weselu się je i pije.

Rotbaum w ogóle nie odniósł się do obrosłej inscenizacjami wielkiej legendy polskiego arcydramatu. Ubrał sztukę w realizm zachowań, nie tracąc jednocześnie – a może nawet wzmacniając – jej znaczenia symboliczne. Jeżeli pół wieku później Andrzej Wajda kazał aktorom swego filmowego „Wesela” jeść i pić, co wywołało głosy sprzeciwu, to musimy pamiętać, że Rotbaum był pierwszy.

Być może to wielkie wydarzenie, jakim była inscenizacja „Wesela” przez Rotbauma, jego nowe odczytanie dramatu wzięło się stąd, że – żeby tak to ująć – reżyser nie miał żadnych zobowiązań wobec swych poprzedników. Może zatem czasem warto dać w ręce ludzi spoza polskiego kręgu kulturowego nasze „rodowe srebra”. Jest szansa, że oni spojrzą na nasze dziedzictwo w sposób odkrywczy.

Dejmek kontra biologia

Starzy reżyserzy powiadają, że połowa sukcesu to trafna obsada. Jeżeli bowiem w roli walecznego bohatera obsadzimy kogoś, kto świetnie wypada w rolach zagubionych egzystencjalnych straceńców – mogą być duże kłopoty. Owszem, w czasie prób można co nieco skorygować, ale z kury nie zrobi się jastrzębia. I odwrotnie. Jedną z takich sytuacji, w której reżyser walczył z biologią aktora przedstawiam poniżej.

Akcja rozgrywa się w Teatrze Nowym w Łodzi. W czasie prób Seweryn Butrym, aktor obdarzony niskim, władczym głosem, nie bardzo realizował założenia Kazimierza Dejmka. Po kilku kolejnych dniach, gdy szło niedobrze, doszło do takiej rozmowy.

– Przecież mówiłem już wiele razy, że w tej scenie pan prosi, wręcz błaga go o załatwienie pańskiej sprawy – mówi Dejmek.

– Rozumiem, panie dyrektorze.

– No, to powtarzamy – mówi Dejmek.

Butrym wchodzi jeszcze raz, ale znowu straszy partnera, traktując go wyniośle. Dejmek przerywa.

– Czy pan mnie rozumie? Przecież mówiłem tyle razy, że jest pan w sytuacji po prośbie, a pan na niego krzyczy.

– Rozumiem, panie dyrektorze, postaram się.

Zaczynają jeszcze raz, ale Butrym nieodmiennie traktuje partnera z góry, jakby mu rozkazywał.

– Stop! – mówi Dejmek. –  Niech mi pan powie, ile pan u mnie zarabia?

– Mam pułap 5.000 zł miesięcznie, zero norm i 500 zł od spektaklu.

– A zatem tak – mówi Dejmek. – Co miesiąc pięć tysięć, pięć tysięcy… jak psu w d..ę.

Po tej uwadze Seweryn Butrym grał prawie to, czego oczekiwał reżyser. Ale zupełnie tego, o co chodziło, nie był stanie zagrać, bo jego emploi to był zwycięski, górny bohater.