Redaktor Piotr Filipczyk uniewinniony! Wyrok zbieżny z opinią CMWP SDP

Trójmiejski dziennikarz został uniewinniony od  zarzutu  zniesławienia z art. 212 kk  Henryka Jezierskiego słowami : „zdemaskowany jako tajny współpracownik SB” . Sąd Rejonowy w Gdyni ogłosił wyrok 10 marca br. Wyrok ten jest nieprawomocny. 

Sąd Rejonowy w Gdyni (Wydział II Karny)  uniewinnił red. Piotra Filipczyka, dziennikarza z portalu wPolityce.pl od zarzucanego mu czynu. Kosztami procesu obciążył oskarżyciela prywatnego, czyli Henryka Jezierskiego, właściciela wydawnictw motoryzacyjnych.  Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP  od początku objęło monitoringiem ten proces,  jego obserwatorem była red. Maria Giedz. Piotr Filipczyk opisał 4 lata temu toczący się konflikt pomiędzy Henrykiem Jezierskim, a gdańskim radnym PiS Waldemarem Jaroszewiczem. Dziennikarz nie uczestniczył w owym konflikcie, ale za to, że odważył się opowiedzieć o nim został oskarżony z art. 212 o zniesławienie. Opublikowany na portalu www.wpolityce.pl w dniu 29 stycznia 2019 r. tekst zatytułowany „Teczkowy skandal w Gdańsku? Sprawę zbada policja. Radni PiS dostali maile, że jeden z nich miał współpracować z SB” stał się podstawą do wysunięcia żądania o ukaranie dziennikarza i zdjęcie tekstu z portalu.
10 marca 2023 r. postępowanie zakończyło się wyrokiem uniewinniającym red. Filipczyka. Sprawę prowadziła sędzia Joanna Biernacka. Na rozprawę – ogłoszenie wyroku zgłosił się oskarżony i obserwator CMWP. Oskarżyciel, czyli Henryk Jezierski nie uczestniczył w ogłoszeniu wyroku. Ponieważ proces toczył się w trybie niejawnym na razie nie możemy ujawniać jego szczegółów. Decyzja Sądu jest zbieżna z opinią amicus curiae CMWP SDP, w której apelowaliśmy o całkowite oczyszczenie dziennikarza  z zarzutów i jego uniewinnienie.

Opinia amicus curiae CMWP SDP TUTAJ.

Możemy jedynie poinformować na podstawie aktu oskarżenia oraz wydanego wyroku, że Jezierski dopatrzył się w materiale autorstwa Filipczyka „nieprawdziwych i szkalujących” go treści. Użył „bezpodstawnego określenia” Henryka Jezierskiego „jako zdemaskowanego tajnego współpracownika SB” oraz „kłamliwego stwierdzenia, że dr Daniel Wicenty z IPN w swojej książce („Weryfikacja gdańskich dziennikarzy w stanie wojennym”, wydanej przez IPN w Gdańsku w 2015 r.) przedstawił go jako tajnego współpracownika SB o pseudonimie Jurek. Przypisał mu również wypowiedź, w
której jakoby Henryk Jezierski przyznał się do współpracy z komunistycznymi służbami. Warto tu dodać, że na stronie 77 opracowania autorstwa Wicentego czytamy: „Henryk Jezierski – pracownik sekretariatu redakcji. Proponuje się pozostawić w zespole”. Do tego jest przypis nr 17: [Jezierski] „Zarejestrowany jako KTW (prawdopodobnie 27 IV 1988 r.), a następnie jako TW ps. „Jurek” przez Wydział III WUSW w Gdańsku (nr rej. 57968, nr arch. I- 26134), wyrejestrowany 3 VII 1989 r. ze względu na „odmowę współpracy” (na podstawie wypisu z dziennika rejestracyjnego b. WUSW w Gdańsku; materiały nie zachowały się)”. Wszystkie materiały z tamtego okresu zostały zmikrofilmowane, a następnie w 2010 r. spalono je wraz z mikrofilmami, dlatego też w książce Wicentego brakuje wyraźnego potwierdzenia o współpracy Jezierskiego z SB. I rzeczywiście dzisiaj, mając do dyspozycji jedynie pustą teczkę Jezierskiego niczego nie można mu udowodnić. Jednak sprawa w Trójmieście nadal jest głośna właśnie przez te procesy. Data odmowy współpracy z lipca 1989 r. wiąże się z sytuacją jaka zaistniała w Polsce po „Okrągłym Stole” i zachodzącej w naszym kraju transformacji politycznej. Był to okres, w którym „Tajni Współpracownicy”, czy też „Kandydaci na Tajnych Współpracowników” masowo wyrejestrowywali się i niszczyli swoje dokumenty. Ponadto osoby, którym przypisywano współpracę z SB, zwłaszcza po 2010 r., kiedy wszystkie dokumenty zostały zniszczone, występowały do sądu w celu uzyskania „sądowego certyfikatu niewinności”. Zdarzało się też, że osoby te próbowały udowodnić, iż nie współpracowały z SB wnioskując o taką decyzję do IPN. Henryk Jezierski otrzymał takąmdecyzję o nr 1041/OP/2019, wydaną w dniu 11 maja 2019 r., w której zaznaczono, że „nie był pracownikiem, funkcjonariuszem lub żołnierzem organów bezpieczeństwa państwa”. Brakuje jednak wyraźnego stwierdzenia, które posiadają np. osoby represjonowane, że był lub nie współpracownikiem SB. Zamieszczono tam jedynie informację, że w archiwum IPN „nie zachowały się dokumenty wytworzone przez niego lub przy jego udziale w charakterze tajnego informatora lub pomocnika przy operacyjnym zdobywaniu informacji przez organy bezpieczeństwa państwa.”

Opracowanie Maria Giedz

HUBERT BEKRYCHT: Oszczercy Jana Pawła II, spróbujcie tego w Azji!

Chrześcijaństwo w Azji od lat zmaga się z prześladowaniami. Podpalenia kościołów, nękanie wiernych, coraz częściej dotkliwe ich pobicia, czy morderstwa a nawet krwawe pogromy – to, niestety gorzki powszedni chleb Pański w tej części świata. W różnym stopniu wyznawcy Chrystusa są represjonowani w różnych krajach, szczególnie na południu największego na planecie kontynentu. W najliczniejszej demokracji parlamentarnej świata – Indiach, gdzie również dochodzi do prześladowań, ale władze rządowe i lokalne próbują walczyć z represjami, chrześcijanie nie chcą, więc uwierzyć, że bardzo szanowanego tu papieża – pielgrzyma, Jana Pawła II szkaluje się bezpodstawnie w kraju skąd pochodzi Święty. „Tutaj nikt nie będzie usuwał albo niszczył pomników Jopo” – zapewnia wskazując na pomnik papieża z Polski dozorca archikatedry pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusowego w stolicy Indii New Delhi.

 

Pomimo natychmiastowej zgody na rozmowę sprzątający dziedziniec przed archikatedrą przy Ashok Place w Delhi, prosi, aby nie podawać nawet jego imienia (nazwałem go, zatem Dewan). Dozorca nie ma teraz wiele pracy, zimą (od listopada do marca, kiedy temperatury najczęściej nie przekraczają w stolicy 27 stopni, chociaż bywają dużo cieplejsze a nawet gorętsze wyjątki) w dzień powszedni ludzi jest mniej a msze tylko trzy. Więcej wiernych jest oczywiście w niedzielę.

Wówczas odprawianych jest aż siedem mszy, najwięcej, bo aż cztery po angielsku, dwie w hindi i jedna w malajam, czyli w języku drawidyjskim, gdzie jest wiele elementów tamilskiego.

Oszczerstwa wobec tego, który zmienił świat

Dewan przerywa pracę i nie wierzy, że w Polsce, kraju Jana Pawła II – Jopo (John Paul mówione bardzo szybko) – jak niektórzy delhijczycy nazywają naszego papieża – jest tyle osób, którzy kłamią i rzucają oszczerstwa szkalując Świętego.

„Jeśli rzeczywiście tak jest, to są głupi. Spróbuj u nas obrazić pamięć Gandhiego, niezależnie od wyznania, byłoby to jednocześnie szkalowanie kraju” – powiedział Dewan. „Tutaj nikt nie będzie usuwał albo niszczył pomników Jopo! U was te oszczerstwa to uwikłanie w walkę polityczną, kłamstwa i kalanie świętości wybitnego duchownego” – złości się sprzątacz przed katedrą.

„Nie wierzę w te zarzuty, zresztą dawno to wszystko wyjaśniono, teraz pewnie to kolejna fala pomówień po coraz śmielszych prześladowaniach chrześcijan także w Europie. U was pustoszeją teraz kościoły, jeszcze nie ma krwawych pogromów, ale jeśli nie szanuje się autorytetów…” – zastanawia się Dewan a ja, po tych słowach, zastanawiam się czy mój rozmówca jest rzeczywiście sprzątaczem, dozorcą? Może to ksiądz? Kościelny? Pytam o to, ale nie odpowiada. Śmieje się perliście pokazując dentystycznie białe zęby. Nie pozwala zrobić sobie na koniec zdjęcia. „Jemu zrób, bo on jest bohaterem, przyjechał tu i widział naszą biedę. Może to nasz Jopo zmienił świat. I Indie” – dodaje „Powiedz tam u siebie, że my katolicy z Indii nie damy obrażać Ojca Świętego Jana Pawła II” – podkreślił Dewan.

Japo good man

Przed katedrą siedzi kilka kobiet w tradycyjnych strojach. Niestety ich hindish jest tak mało dla mnie wyraźny, że słyszę tylko zapewnienia o tym, iż również „wierzą”. Wskazują jednak wyraźnie na katedrę i na pomnik papieża. Nie rozumieją, o co pytam. Zresztą, chyba i tak nie uwierzyłyby, że ktoś w kraju urodzenia Japo bruździ papieżowi ubogich, jak delhijczycy także nazywają Jana Pawła II. W miarę wyraźnie słyszę tylko: „Jopo good, Jopo holly man (Jopo dobry, święty człowiek)”. Nie mam pewności, czy to chrześcijanki, bo stroje są hinduskie, ale nie ma to dla mnie żadnego znaczenia.

Niedaleko archikatedry jest świątynia sikhijska. Jest jeszcze przed południem jest tam tłoczno. W skupieniu i modlitwie przemierzają teren gurudwary. Mężczyźni w charakterystycznych turbanach, kobiety we wzorzystych rozmaitego typu okryciach. Sporo dzieci.

Strażnik w pomarańczowym turbanie z groźnie wyglądającą włócznią pyta mnie, czy chcę wejść. Odpowiadam, że dopiero przyjechałem i może innym razem, bo przecież „tylu tu waszych wiernych, nie chcę przeszkadzać”. Odpowiedział komplementami o dobrym wychowaniu albo nazwał mnie dobrym człowiekiem – nie zrozumiałem. Strażnik jest miły, więc wpadam na pomysł i pytam, czy wie, kto to św. Jan Paweł II. „To święty człowiek z Europy. Był w Indiach” – odpowiada lekko dotknięty, że posądzam go o niewiedzę i zapewnia mnie, że jest dobrze wykształcony.

 

Kiedy już skończyłem opowieść o tym, jak obrażany jest papież Polak w swym kraju, strażnik wyglądał na zdziwionego, ale widać, że nie chciał o razu odpowiadać. Po kilku sekundach odrzekł, że jego religia to religia tolerancji. „Jeśli jesteś rzeczywiście pobożnym Sikhem nic złego nie zrobisz inaczej się modlącym” – powiedział a ja nie spodziewałem się zresztą innej odpowiedzi, bo wiara w Indiach to dosyć złożona materia.

Po chwili jednak człowiek w pomarańczowym turbanie mówi trochę ciszej. „Bardzo to dziwne, że ktoś nie szanuje swojej religii i tradycji. Chyba taka tradycja szybko zginie (powiedział ‘umrze’) „ – zakończył.

Nie wiem, czy wszystko dobrze zrozumiałem, ale większość z tych dosyć chaotycznie przeprowadzonych rozmów była po prostu bardzo budująca. Nie wiem na pewno, czy wszyscy mówili szczerze, nie znam na tyle Indii, bo jestem tu zaledwie kilka dni. Dowiedziałem się jednak o tym kraju jednego. Większość ludzi uważa tu, że jeśli w coś głęboko wierzysz, nie jesteś w stanie o tym myśleć źle.

W Polsce trwa kampania opozycyjnych oskarżeń sfabrykowanymi esbeckimi papierami wobec człowieka, który już nie może się obronić. Wierzę jednak, że ci, którzy to robią kiedyś przynajmniej zrozumieją istotę swego parszywego zachowania.

Gęstniejący sos pomówień wcześniej, czy później wyparuje. Zostanie jednak tak wykpiwana tolerancja środowisk konserwatywnych i nasza obrona Świętego Człowieka, zwyczajnego człowieka, który cieszy się szacunkiem nawet w dalekiej Azji a w swoim kraju, z którym związki zawsze papież podkreślał, jest szkalowany w imię jakiś kilkudziesięciu mandatów w parlamencie. Bo tyle zdobędzie jesienią opozycja po tej oszczerczej kampanii.

A oszczercy… No cóż, są odważni tylko chowając się za immunitetem i w Internecie. Oszczercy Jana Pawła II, spróbujcie tak się zachować w Azji, na przykład przed delhijską archikatedrą lub kilka kroków dalej przed sikhijską świątynią. I niech Pan Bóg ma was w swojej opiece…

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Orkiestra trupojadów

Nie żyje chłopiec. Wbrew medialnej kotłowaninie, niewiele wiadomo na temat jego śmierci. Wiadomo na pewno, że spotkały go rzeczy straszne, które nie powinny go spotkać. Trzeba się za niego modlić. Modlić się za jego rodzinę. I to w zasadzie powinien być koniec tego felietonu.

Niestety, choć naiwnie liczyłem w tym zakresie na jakieś opamiętanie, nie może być, ponieważ chór w orkiestrze trupojadów, który wyje od kilku już dni, wymaga reakcji, zanim doprowadzi do kolejnej tragedii. A jest coś demonicznego w tej próbie przekierowania winy z „pedofila z Platformy” na dziennikarza, który ujawnił sprawę.

Tomasz Duklanowski

Zacznijmy od tego, że Tomasz Duklanowski nie ujawnił danych ofiar pedofila z Platformy (aktywisty LGBT, pełnomocnika zachodniopomorskiego marszałka Olgierda Geblewicza – dziś „moralnie” uniesionego pół metra nad ziemią – i męża zaufania Rafała Trzaskowskiego) oprócz tego, że napisał, że chodzi o „dzieci znanej parlamentarzystki” i podał ich wiek w czasie kiedy spotkało je zło. Z tym, że tego samego dnia portal Tomasza Lisa NaTemat pisał o pedofilu – „jego ofiarami padły dzieci znanej parlamentarzystki”, również Interia pisała o „dzieciach znanej parlamentarzystki”, Gazeta.pl pisała o „rodzeństwie, które było pod opieką Krzysztofa F.”. Następnego dnia rano na antenie TVP Info poseł Platformy Piotr Borys mówił już nawet – „To są dzieci jednej z naszych członkiń, Platformy Obywatelskiej”. To tylko taka krótka kwerenda. Na pewno byli też inni, w tym ci, którzy dziś chcą uchodzić za sędziów w sprawie.

Zresztą publikacje nt. pedofilii w Kościele, bywa że idą dalej, np. Uwaga TVN: „Bytom. Zakonnik molestował ministrantów” ze szczegółami moim zdaniem pozwalającymi ustalić parafię. W materiale wypowiadają się ofiary, to oczywiście wskazuje, że chcą publikacji, ale czy wszystkie? I czy wszystkie są już dorosłe? A w materiale mowa również o próbach samobójczych.

Owszem, można dyskutować czy Tomasz Duklanowski zachował wystarczająca ostrożność by ofiary chronić. Z całą pewnością dobro ofiary powinno być tutaj najwyższym imperatywem. Jeśli jednak uznamy, że Tomasz Duklanowski nie dochował wystarczającej ostrożności, to dlaczego wulgarnej fali hejtu i pohukiwaniu „strażników moralności” nie podlegają inni nieostrożni?

Jedną z odpowiedzi, które przychodzą mi do głowy jest ta, że „głównym grzechem” Tomasza Duklanowskiego dla „wiodących mediów” i najważniejszych polityków opozycji, nie jest to, że „ujawnił dane” ofiary, tylko to, że podał informację na temat afiliacji politycznych pedofila. „Wiodące media” i „oświeceni politycy” uważają najwyraźniej, że jedynymi przypadkami pedofilii, które warto ujawniać, są przypadki, którymi można uderzyć w Kościół. Inne się nie nadają. Jeśli nie da się powiązać pedofilii z Kościołem, to „po co komu taka pedofilia”.

Orkiestra

Inną z odpowiedzi jest myśl, która u mnie samego wywołuje ciarki obrzydzenia. Wydaje mi się bowiem, że oto możemy mieć do czynienia z upiornym startem kampanii wyborczej Platformy Obywatelskiej. Zwróćcie uwagę na tę zadziwiająco zbieżną czasowo orkiestrę, która w ciągu kilku dni uderzyła nieprawdopodobną kakofonią pozornie nieskoordynowanych linii melodycznych.

W głównej linii słychać wycie watahy internetowych trupojadów (od miesięcy zastanawialiśmy się co to za masa dziwnych kont z niewieloma obserwującymi, cyferkami w nazwach, czy udających obcokrajowców, no to już wiemy), które zdaje się, że ruszyły pociągając nogami niczym w „Walking Dead”, gryząc i bełkocząc niezrozumiale, wydaje się, że na sygnał rzucony przez Donalda Tuska. Odrażające słowa o „podludziach”, groźby przemocy, życzenia śmierci. Starannie pomijające kwestię winy pedofila z Platformy. Jedni odrażająco cynicznie, inni głupio i bezmyślnie. Metody pożywania się na śmierci zostały już przecież wcześniej przećwiczone, po śmierci Pawła Adamowicza, po śmierci chorego na depresję Piotra Szczęsnego, po śmierci Izabeli z Pszczyny… Całe to stado goni przodem popychane przez najważniejszych dziennikarzy „wiodących mediów” na co dzień pouczających o „standardach” i konieczności „walki z mową nienawiści” i liderów politycznych dopiero co wzywających „żeby nienawiść nie zatruła naszych serc”.

Jednak to przecież nie jedyna trupia melodia w tym czasie. Mniej więcej wtedy przecież miała miejsce „wystawa” Ochojskiej w Brukseli i „raport Grupy Granica” o „ciałach w lesie” przy granicy z Białorusią. A niedługo później artykuł w niemieckim Tageszeitung rzucający w twarz polskim funkcjonariuszom, że „są mordercami”. Oczywiście ani słowa o tym, że do tragedii, jakie spotykają płacących duże pieniądze za „podróż” nielegalnych imigrantów (nie uchodźców) przyczyniają się właśnie ci, którzy zajmują się udrożnianiem kanału przemytu ludzi przez przemytników i służby Łukaszenki. Jeśli ktoś widzi podobieństwa tego przekazu do przekazu rosyjskiej i białoruskiej propagandy, to być może się nie myli. A obecność niemieckich brzmień, tylko pozornie może tu wprowadzać w błąd.

Mało?

Kolejny akord. Uderzenie w Jana Pawła II z odgłosami dobiegającymi zza granicy. „Ustalenia holenderskiego dziennikarza” (wiadomo, co holenderski to nie polski). Przypadkiem jednocześnie publikującego na łamach Wyborczej i lansującego się w mediach u boku Marka Lisińskiego, oszusta, w przypadku którego sąd uznał, że kłamał kiedy mówił, że był molestowany przez księdza. Oszusta wcześniej promowanego przez Tomasza Sekielskiego, Joannę Scheuring-Wielgus i Agatę Diduszko-Zyglewską, które go nawet Ojcu Świętemu pojechały pokazać i któremu Ojciec Święty ręce całował. Promotorzy nadal dzielnie walczą na odcinku, a „holenderski dziennikarz” do uderzania w Jana Pawła II używa np. donosów współpracującego z UB księdza-uchola.

Mało? No to jeszcze na deser kolejna publikacja należącego do Ringier Axel Springer Onetu, który rękoma Marina Wyrwała i Edyty Żemły znowu uderza w chwalony na Ukrainie karabinek „Grot”. Melodia wielokrotnie wyśmiana już przez ekspertów i internautów, ale co tam, w orkiestrze wszystko się przyda, a może i tej strasznej Polsce w jakimś istotnym segmencie zaszkodzi.

Gdzieś w tle jeszcze falset ambasadora Niemiec, który straszy w jednako należącym do Ringier Axel Springer „Newsweeku”, że „pomysł, iż Polska mogłaby spożytkować swoje pięć minut na politykę prowadzoną przeciwko Niemcom, jest karkołomny”.

Trupojadom

No więc jeżeli coś miałbym wyjącym trupojadom, które podobno nawet na niego czekają, za pośrednictwem tego tekstu przekazać to to, że jeśli chodzi o mnie, to Wasze kłamstwa na temat mojego rzekomego „udziału w aferze” i szczucie nie robią na mnie wrażenia. Więksi od Was się na mnie zasadzali. Być może nawet kiedyś mnie dopadną. Ale nie teraz i nie Wy. Latacie mi pod ogonem. Najwyżej zbanuję kilka tysięcy dziwnych profili i będziecie musieli na farmie zakładać nowe. To, że nie umiecie przeczytać tekstu, którego fragment screena podajecie, to wyraz Waszej ułomności, nie mojej. A w tekście, w którym pisałem, że nie zgadzam się z opinią Tomasza Terlikowskiego nt. sprawy pedofila z Platformy, nie zmieniłbym ani przecinka, nadal się nie zgadzam.

Jeśli tylko mogę coś doradzić, to zastanówcie się jak ma się Wasze hasło #SzczucieZabija, do tej fali szczucia jaką z udziałem największych „autorytetów” urządziliście młodemu człowiekowi, Oskarowi Szafarowiczowi. Ja tweetów dotyczących matki ofiary pedofila takich jak Oskar bym nie napisał (a pisał, warto dodać, przed informacją o śmierci syna), ale on ma 20 lat a ja prawie 50 i jak to się ma do tego, że urządzacie mu dokładnie taki festiwal szczucia, o jaki oskarżacie innych? Myślicie, że tego nie widać? A jeśli doprowadzicie do tragedii? Poczujecie satysfakcję?

I jak sądzicie, dobrze „wystartowaliście z kampanią”, szczególnie biorąc pod uwagę Wasze rzygowiny w kierunku Jana Pawła II, czy też może ZNOWU wywołaliście efekt odwrotny do zamierzonego?

„Prawym”

Żeby nie było zbyt łatwo. Szanowni koledzy „z prawej”, którzy postanowiliście odpowiedzieć pięknym za nadobne, naprawdę uważacie, że zejście do poziomu „trupojadów” to dobry pomysł, czy raczej metoda na powiedzenie „jesteśmy tacy jak oni”? Ja bym jednak wolał żebyśmy byli lepsi, ale w tym celu musielibyśmy np. nie jechać po matce niedługo po śmierci syna, choćby i jako matka miała grzechy. Czy pośród nas jest ktoś bezgrzeszny?

I jeszcze jedno. Jak myślicie, po co ta orkiestra dziwnie pobrzmiewająca melodiami rosyjskimi i niemieckimi gra? No tak, pewnie dla Platformy, która ma „uwolnić od kłopotu”, ale też po to żeby tą naszą polską łódką, szczególnie w tych „ciekawych czasach”, bujać jak najmocniej. A nuż nabierze wody.

Czy w tej sytuacji w naszym polskim interesie jest bujać nią jeszcze bardziej?

 

Wsparcie CMWP SDP dla kurdyjskiego dziennikarza

W związku z naszymi informacjami na temat losów kurdyjskiego dziennikarza Firata Tunça, który przebywa aktualnie w Strzeżonym Ośrodku dla Cudzoziemców w Krośnie Odrzańskim i któremu grozi deportacja do Turcji, Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wyraża swoje stanowcze wsparcie dla uwzględnienia odwołania od decyzji o zobowiązaniu Pana Tunça do powrotu do Turcji ze względu na realnie zagrażające mu tam niebezpieczeństwo uwięzienia i utraty zdrowia i narażenia jego życia ze względu na wcześniejsze i aktualne wykonywanie zawodu dziennikarza. CMWP SDP apeluje o udzielenie dziennikarzowi ochrony w ramach pomocy międzynarodowej.

Wg naszych informacji, ukończywszy liceum, a następnie kursy przygotowawcze do wykonywania zawodu dziennikarza i reportera, Pan Firat Tunç przez lata spełniał się w tych rolach, ukazując złożone problemy społeczności kurdyjskiej. Pracował zarówno w stacjach telewizyjnych, jak i w czasopismach, tworząc materiały promujące wolność i niezależność Kurdów. Naraził się tym samym na prześladowania z uwagi na propagowanie treści zakazanych w państwie tureckim. Musiał działać pod pseudonimem. Ze względu na zagrożenie ze strony władz tureckich, Pan Firat Tunç wyjechał i pracował w Syrii, dokumentując konflikt Jazydów z ISIS w rejonie Rożawa. Współpracował także z licznymi firmami i agencjami prasowymi – m. in. Ronahi TV, Hawar News Agency, Ronahi Newspaper, Firat News Agency. Niestety, wolność słowa oraz wolność prasy, z których korzystał Pan Firat Tunç, stała w sprzeczności z interesami grup biorących udział w konflikcie. Ponownie znalazł się on w niebezpieczeństwie. Grożono mu śmiercią oraz wielokrotnie przeszukiwano. Jako że zagrożenie jego wolności i życia stało się realne, Pan Tunç podjął decyzję o ucieczce.

Warto przy tym zaznaczyć, że dziennikarze, publicyści, pisarze i wydawcy, szczególnie kurdyjscy, podlegają w Turcji cenzurze. Niezgodność tworzonych materiałów z narracją władz oznacza zazwyczaj nieuchronne prześladowania. Dotychczasowa działalność Pana Tunça poczytywana jest tam zatem jako działalność zakazana, niezgodna z interesem państwa. Dlatego też po powrocie do Turcji, zostałby on poddany przeszukaniom, a realne jest także zagrożenie torturami. Trzeba także zauważyć, że Pan Tunç nie emigruje ze względu na przesłanki ekonomiczne, wg naszych informacji jest on w stanie zarabiać na własne utrzymanie. W dotychczasowych miejscach swojego pobytu nie ma jednak gwarancji bezpieczeństwa oraz przestrzegania jego podstawowych praw i wolności.

CMWP SDP jako instytucja, której jednym z głównych celów jest dbałość o etykę zawodową dziennikarzy i ochronę ich praw, wyraża swoje poparcie dla Pana Firata Tunça przebywającego obecnie w Strzeżonym Ośrodku dla Cudzoziemców w Krośnie Odrzańskim. CMWP SDP stoi na stanowisku, iż zasadnym byłoby uwzględnienie odwołania Pana Tunça od decyzji o zobowiązaniu go do powrotu do Turcji oraz udzielenie mu ochrony w ramach pomocy międzynarodowej. Powrót Pana Firaca Tunça do Turcji w naszej ocenie stanowi realnie zagrażające mu niebezpieczeństwo spowodowanie jedynie korzystaniem z przysługujących mu praw do swobody wypowiedzi i dziennikarskiej niezależności, które powinny być fundamentem każdego współczesnego państwa.

dr Jolanta Hajdasz , dyrektor CMWP SDP, wiceprezes SDP

dr Maria Giedz, członek Zarządu Głównego SDP, specjalistka ds. Kurdów

Warszawa, 3 marca 2023 r.

Powyższa opinia została przesłana do kierownictwa Urzędu do Spraw Cudzoziemców oraz placówki , w której na terenie Polski przebywa w/w dziennikarz.

 

 „Na ułaskawienie nie zasługują”. TADEUSZ PŁUŻAŃSKI przypomina postać sądowego mordercy Jana Hryckowiana

3 marca 1948 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie rozpoczął się proces rotmistrza Witolda Pileckiego i jego grupy wywiadowczej. Ten krzywoprzysiężny komunistyczny trybunał wydał trzy wyroki śmierci: na Pileckiego, Marię Szelągowską i Tadeusza Płużańskiego (mojego Ojca).

15 marca 1948 r. skład sądzący wydał opinię „w sprawie ewentualnego ułaskawienia skazanych”: „Z uwagi na popełnione przez Pileckiego i Płużańskiego najcięższych zbrodni zdrady stanu i Narodu, pełną świadomość działania na szkodę Państwa i w interesie obcego imperializmu, któremu całkowicie się zaprzedali, przejawioną przez nich na przestrzeni dłuższego okresu czasu wyjątkową aktywność w pracy szpiegowskiej, wielką szkodę, jaką wyrządzili Państwu w okresie jego odbudowy (…) – skład sądzący uważa, że ci obaj na ułaskawienie nie zasługują”.

Podpisane: ppłk Jan Hryckowian, przewodniczący sądu,

kpt. Józef Badecki, sędzia,

kpt. Stefan Nowacki, ławnik.

Do mojej babci Hryckowian powiedział: „Gdyby to ode mnie zależało, pani syn nigdy by kary śmierci nie dostał”. Wkrótce awansował, został sędzią Najwyższego Sądu Wojskowego. W styczniu 1949 roku na własną prośbę odszedł z sądownictwa wojskowego. Według relacji żony Stanisławy Hryckowian stało się to po tym, jak zemdlał ogłaszając wyrok w sprawie, spreparowanej przez UB. Bez problemu jednak został adwokatem i obrońcą wojskowym.

Oddany władzy ludowej

Wykształcony, kulturalny, pomagający innym, wydał wiele wyroków śmierci na niewinnych ludzi. AK-owiec, odznaczony Krzyżem Walecznych, po 1945 roku poszedł na współpracę z komunistami, sądził swoich dawnych kolegów organizacyjnych. Jan Hryckowian nigdy nie został rozliczony ze swojej zbrodniczej działalności.

Aresztowany przez Niemców w styczniu 1940 roku trafił do więzienia przy ulicy Montelupich w Krakowie. Współwięzień Salamon Samuel w maju 1945 roku napisał w oświadczeniu:

„Ob. Hryckowian osadzony był w więzieniu przez >Gestapo< pod zarzutem zastrzelenia dwóch Niemców i przebywał tam przez okres około 7-8 miesięcy. (..) Ob. Hryckowian jest pełnowartościowym obywatelem, który rozumie ciężkie położenie warstw pracujących, ceni te warstwy, pomimo, że jest oficerem i sędzią i do sfer robotniczych jest ustosunkowany bardzo przychylnie”.

Z czasem „ob. Hryckowian” jeszcze lepiej zrozumiał „sfery robotnicze”. Nie wynikało to z jego fascynacji komunizmem, raczej ze zwykłej służalczości wobec nowego systemu.

W służbowej opinii z 1948 roku czytamy:

„Trafna ocena polityczna w podejściu do rozpoznawanych spraw. (…) Oddany idei władzy ludowej i ustrojowi ludowemu. Stosunek do Związku Radzieckiego i państw demokracji ludowej – pozytywny. Czynny politycznie i klasowo. Posiada ponadprzeciętny zasób wiedzy z zakresu nauk marksistowskich”.

Odznaczany

Jan Hryckowian urodził się 15 października 1907 w Latrobe w stanie Pensylwania. Jego ojciec był górnikiem-sztygarem. Rodzina przeniosła się do Polski, gdy miał 5 lat. Po ukończeniu liceum im. Króla Jana Sobieskiego w Krakowie studiował prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, uzyskując w 1931 roku magisterium.

Dwa lata później, już jako zawodowy wojskowy, Hryckowian rozpoczął pracę w sądownictwie. Do wybuchu wojny orzekał w Wojskowych Sądach Rejonowych w Grodnie i Tarnopolu. W 1938 roku został kapitanem.

Po wyjściu z więzienia przy Montelupich Hryckowian działał w ZWZ-AK, organizował oddziały partyzanckie na Podhalu i w powiecie miechowskim. Od sierpnia 1941 do stycznia 1945 dowodził batalionem, który niszczył niemieckie obiekty telekomunikacyjne w Krakowie. Za udział w akcji na niemiecki transport kolejowy został odznaczony Krzyżem Walecznych, za walkę z okupantem dostał Srebrny Krzyż Zasługi. W PRL doszły do tego inne medale.

W latach 80-tych, po śmierci Hryckowiana Jan Zamoyski napisał do jego żony, że w więzieniu mecenas pomagał mu, podnosił na duchu, „był pierwszym „Człowiekiem” jakiego spotkałem po dwóch latach śledztwa na Mokotowie”.

Wybitne zasługi

Inny dokument podaje, że od sierpnia 1941 do 15 stycznia 1945 roku Jan Hryckowian pracował w zarządzie głównym poczty niemieckiej w Krakowie, skierowany doń przymusowo przez okupacyjny urząd pracy. Po zajęciu Krakowa przez Sowietów miał zatrudnić się jako referent prawny w polskiej służbie pocztowej. Jeżeli rzeczywiście tam trafił, to tylko na krótko. W życiorysie napisał, że na początku 1945 roku zgłosił się „natychmiast i z nieprzymuszonej woli” do RKU w Krakowie. Dostał przydział do korpusu oficerów służby sprawiedliwości Ludowego Wojska Polskiego.

Szybko awansował – w grudniu 1945 został majorem, w czerwcu 1946 podpułkownikiem (w tym czasie pracował już w Najwyższym Sądzie Wojskowym). Orzekał m. in. w procesie pokazowym płk Jana Rzepeckiego i innych wysokich oficerów AK i WiN, podczas którego zapadły kary śmierci i długoletniego więzienia.

W marcu 1947 Hryckowian objął jedno z kluczowych stanowisk w stalinowskim systemie bezprawia – został szefem Wojskowego Sądu Rejonowego Nr 1 w Warszawie. Wtedy dopuścił się największej ilości zbrodni sądowych. Było ich co najmniej kilkanaście. Do jednej z takich spraw należał proces bohaterskiego rotmistrza Witolda Pileckiego.

W służbowej opinii z 1949 r. czytamy: „Wkłada ogromną pracę i wysiłki, by powierzony [mu] sąd stosował właściwą politykę karną w zwalczaniu przestępstw niebezpiecznych w okresie odbudowy Państwa. Często prowadził bardzo ważne procesy polityczne, które wymagały ogromnego wkładu pracy i umiejętności w ich przeprowadzaniu. Przez to położył wybitne zasługi w ugruntowanie demokracji ludowej w Polsce”.

„Bandą jest każdy”

Były AK-owiec, a potem komunistyczny sędzia Jan Hryckowian przewodniczył też procesom odpryskowym od sprawy Witolda Pileckiego. W procesach tych, z reguły mniej nagłaśnianych przez prasę, albo w ogóle utajnionych przed zastraszoną opinią publiczną, wyrok był na ogół jeden – kara śmierci.

Hryckowian najpierw sądził, potem występował w roli obrońcy:

„Na studium tym [wyższe katolickie studium w Poznaniu], gdzie w zręczny sposób łączono naukę religii i zasad wiary ze wstecznymi i wrogimi zasadami społeczno-politycznymi, kształcono młody umysł siostry zakonnej (…) w duchu negowania wszystkiego, co postępowe”. W ten sposób Hryckowian bronił siostry Walerii Niklewskiej ze Zgromadzenia Sióstr Służebniczek w słynnym, wyreżyserowanym przez MBP procesie biskupa Czesława Kaczmarka. Był rok 1953. Trzy lata później prokurator, badający możliwość rehabilitacji skazanych, napisał: „Odnośnie do obrońców w sprawie tej słusznie biskup Kaczmarek powiedział, że oskarżeni bali się bardziej swoich obrońców aniżeli prokuratora i że obrońcy współdziałali z organami B[ezpieczeństwa] P[ublicznego]”.

Hryckowian nie tylko współtworzył, ale również propagował zasady „nowego, ludowego prawa”. W latach 1946-47, współpracując z redakcją kwartalnika „Wojskowy Przegląd Prawniczy” (organ najwyższych struktur wojskowego sądownictwa w Polsce), opracowywał do druku orzeczenia i uchwały Najwyższego Sądu Wojskowego. Oto jeden z przepisów, o którym pisał: „Bandą, w rozumieniu art. 118 par. 3 KKWP [zbrodniczy Kodeks Karny Wojska Polskiego – red.] jest każdy, mający cele przestępcze związek co najmniej dwóch osób, bez względu na skład osobowy”.

Jan Hryckowian zmarł w chwale dobrego warszawskiego adwokata w 1975 roku. Wtedy nikt jeszcze nie mówił o rozliczaniu zbrodni stalinowskich.

 

O nietypowym konkursie dziennikarskim pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: „Szpalty za kratą”

Trzy-cztery kroki (zależy jak długie nogi), obrót i znowu to samo. I tak sto, dwieście razy, albo i więcej. Cela ma 3 metry na 4, trzy łóżka – jedno stoi samo, drugie piętrowe; stolik, kąt sanitarny z umywalką i sedesem – zasuwane. No i jeszcze jest okratowane okno i drzwi. Z wewnątrz ich nie otworzysz. Jest jeszcze spacer – godzina dziennie po jajowatym okręgu. I dwóch osadzonych. To wszystko. Ktoś wymyślił dobry tytuł konkursu: „Szpalty za kratą”. To raz do roku przeprowadzany przez zakład w Rawiczu konkurs dla więźniów (w tym momencie dziennikarzy) redagujących „za kratą” periodyki, grubsze, cieńsze. W zależności od hojności dyrekcji ZK i zaangażowania osadzonych (tak się ich określa), czyli więźniów. 

Inicjatywa ogólnopolska (jest w kraju ok. 100 zakładów karnych i aresztów, a w nich aktualnie ok. 80 tysięcy skazanych). Od kilkunastu lat trud organizacyjny konsekwentnie i z sukcesem podjęto w Rawiczu (obecny dyr. płk mgr Jarosław Dworecki i prowadzący  przedsięwzięcie oficer służby więziennej Marek Pięta). Brawo!

Gratulacje dlatego, że to ważna inicjatywa. Szansa na pracę intelektualną, zajęcie poza monotonią codziennego więziennego bytu i pożytek dla wszystkich, którzy czytają gazetki. Ważna sprawa. Od kilku lat SDP jesteśmy jednym z jurorów oceniających mniej i bardziej udane dziennikarskie poczynania ludzi zza krat.

W tym roku złoty, srebrny i brązowy medal przypadły: „W kratkę” (AŚ W-wa Grochów), „Piąty południk” (AŚ Lublin), „Kalejdoskop” (ZK Wojkowice).

 

Porównując nadesłane egzemplarze widać, że wysiłek redakcji nie idzie w gwizdek. Periodyki – miesięczniki, 2-miesieczniki, roczniki – są coraz lepsze, coraz bardziej profesjonalne, ciekawe i praktycznie użyteczne. To artykuły historyczne, informacje bieżące – polityczne i gospodarcze, poradniki, ćwiczenia sportowe, porady psychologiczne, życiowe – do kogo się zwracać z problemami w sprawach bytowych, zdrowotnych, dietetycznych, jak pisać podania, jak wypełniać rozmaite formularze. Są krzyżówki, szyfro-krzyżówki, wykreślanki, rozmaite łamigłówki i zgadywanki, pytania konkursowe, informacje o książkach, filmach, telewizji. A także rysunki satyryczne, miejsce na wiersze, na propozycje opowiadań, na refleksje osobiste, wyrażanie tęsknot i nadziei. Dużo zdjęć i rysunków. Zapożyczonych a także własnych.

Projekt skierowany jest też do rodzin skazanych na wykluczenie społeczne. Proponowane są wyjazdowe warsztaty psychoedukacyjne dla rodzin – matek z dziećmi oraz spotkania dla rodzin w zakładzie karnym.

Sporo miejsca więzienne gazetki poświęcają zachętom do różnych form współdziałania – wychowawców, więźniów, pokrzywdzonych. To wszystko w ramach poszerzenia wiedzy ze znajomości prawa. Przydatne to i cywilom. Np. mediacje czyli porozumienie. Aby uniknąć stresu w trakcie spotkania stron, angażuje się mediatora. Mediacje dzielą się na trzy grupy: gospodarcze, karne oraz cywilno-rodzinne. To jest droga do uniknięcia kary, a umożliwiająca zadośćuczynienie i naprawienie winy.

Można to różnie oceniać. Jedno jest wspólne – to twórczość zaangażowana, szczera, wychowawcza.

Odpędzić choćby złe myśli, czekać, trwać, wierzyć, że wszystko co ma być dobre, w końcu przyjedzie.

 

 

 

 

Agora przejmuje kontrolę nad spółką Eurozet i zmienia zarząd

Agora stała się większościowym udziałowcem spółki Eurozet (właściciel m.in. Radia ZET) i zmieniła zarząd firmy. Prezesem został Maciej Strzelecki (na zdjęciu).

W poniedziałek, 27 lutego Sąd Apelacyjny wydał wyrok, który podtrzymał orzeczenie pierwszej instancji uchylające decyzję prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów o zakazie przejęcia Eurozetu przez Agorę. Zaraz potem Agora ogłosiła sfinalizowanie umowy z dotychczasowym większościowym wspólnikiem Eurozetu – czeską spółką SFS Ventures s.r.o., na mocy której kupiła 110 udziałów Eurozet Sp. z o.o., stanowiących 11 proc. kapitału zakładowego i dających 11 proc. ogólnej liczby głosów na zgromadzeniu wspólników Eurozet. Zapłaciła za to cenę wyjściową 9,17 mln EUR.  Dzięki temu Agora stała się większościowym wspólnikiem Eurozetu z udziałami stanowiącymi 51 proc. kapitału zakładowego i zapewniającymi 51 proc. liczby głosów na zgromadzeniu wspólników. Prezes Agory Bartosz Hojka nazwał zakup Eurozetu  „największą w historii Agory inwestycją w media”.

Od razu zmieniono zarząd Eurozetu. Funkcję prezesa objął szef Grupy Radiowej Agora Maciej Strzelecki, , a wiceprezesem został Adam Fijałkowski. Stanowisko członka zarządu zachował Tomasz Zakrzewski.

UOKiK, we wpisie na Twitterze, poinformował, że po uzyskaniu pisemnego uzasadnienia i analizie stanowiska Sądu Apelacyjnego rozważy złożenie skargi kasacyjnej do Sądu Najwyższego. Przypomniał swoje stanowisko, iż w wyniku przejęcia Eurozetu przez Agorę „doszłoby do powstania silnej grupy radiowej i nieodwracalnych zaburzeń w funkcjonowaniu konkurencji na lokalnych i ogólnopolskim rynku reklamy radiowej”.

opr. jka, źródła: Agora, Twitter

 

Jeden z Wyklętych: Władysław Siła-Nowicki

25 lutego 1994 r. w Warszawie zmarł Władysław Siła-Nowicki, adwokat, żołnierz Armii Krajowej oraz Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, więziony przez władze komunistyczne (1947–1956), działacz opozycji antykomunistycznej i obrońca w procesach politycznych. W latach 1990–1992 prezes Chrześcijańsko-Demokratycznego Stronnictwa Pracy, w latach 1991–1993 poseł na Sejm RP.

„Był ranek. Pułkownika, który podpisywał zgody na widzenie, nie było. Siadam więc i czekam na niego, a tymczasem sekretarki, młode dziewczyny krzątały się wśród akt. Czerwone teczki – kara śmierci, zielone – wszystko inne. Biorą te czerwone teczki i jedna z nich czyta nazwisko: Dekutowski Hieronim. Jakie śmieszne imię – mówi. A mnie serce zamarło – wiem, co znaczy czerwona teczka! A więc piszą na maszynie jakieś dane o tych skazanych, ale nic poza tym nie wiem – ani kiedy, ani gdzie te wyroki mają być wykonane”. Tak swoją wizytę w biurze przepustek na ul. Suchej w Warszawie wspominała Irena Siła-Nowicka, żona Władysława Siła-Nowickiego, powojennego politycznego przełożonego Dekutowskiego, inspektora WiN na Lubelszczyźnie, ps. Stefan.

“Żegnał się z przyjaciółmi”

Z więziennego biura przepustek Irena Nowicka poszła do aresztu na Rakowieckiej: „Wchodzę ze strażnikiem w bramę, potem korytarzem. Obok przechodzą ludzie, niosący na noszach człowieka. Nie wiem, czy był żywy, czy umarły, ale zrobiło to na mnie okropne wrażenie. (…) Po jakimś czasie słyszymy stukot drewniaków – prowadzą więźniów. Widzę Władka. Pyta od razu: co z moimi? Odpowiadam – nie wiem, zrobiłyśmy wszystko, co było można. Przecież mu nie powiem o tych teczkach na Suchej. (…) Jak się okazało tego właśnie dnia, 7-go marca 1949 roku, rozstrzelano na Mokotowie siedmiu wspaniałych ludzi, towarzyszy broni Władka. A on słyszał te strzały, żegnał się z przyjaciółmi…”.

Hieronim Dekutowski „Zapora” to jeden z najsłynniejszych bohaterów antysowieckiej partyzantki, najbardziej znany i poszukiwany przez szwadrony NKWD i UB żołnierz Lubelszczyzny. W czasie niemieckiej okupacji, cichociemny, przeprowadził 83 akcje bojowe i dywersyjne. Zasłynął jako obrońca mieszkańców Zamojszczyzny przed represjami. Aresztowany we wrześniu 1947 r., podczas próby przedostania się na Zachód, wskutek zdrady. Zamordowany, po trwającym ponad rok, brutalnym śledztwie, w katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Taki sam los komunistyczni siepacze zgotowali sześciu „Zaporczykom”. Podstawą był wyrok krzywoprzysiężnego Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie, chyba najbardziej krwawego trybunału śmierci w stalinowskiej Polsce.

„Pluton egzekucyjny” stanowił jeden morderca: st. sierż. Piotr Śmietański, który, wzorem sowieckim, uśmiercał skazańców strzałem w tył głowy. Ten sam oprawca zabił też innych bohaterów walki o wolną Polskę, w tym rotmistrza Witolda Pileckiego. Przy wyroku asystował naczelnik więzienia, lekarz i kapelan.

Trzęśli Lubelszczyzną

Dlaczego „Zaporczycy” byli dla bezpieki szczególnie niebezpieczni? Władysław Siła-Nowicki wspominał: „Około dwustu-dwustu pięćdziesięciu ludzi o wysokim poziomie ideowym, dobrze uzbrojonych i wyszkolonych, utrzymywanych w dyscyplinie, »trzęsło« połową województwa. Stan ten przypominał pewne okresy powstania styczniowego, gdy władza państwowa ustabilizowana była jedynie w dużych ośrodkach, zaś w terenie istniała tylko iluzorycznie. Oczywiście partyzantka opierała się na pomocy miejscowej ludności ogromnej większości wsi, udzielającej ofiarnie poparcia, kwater i informacji”.

Po kolejnej amnestii z lutego 1947 r. mjr Hieronim Dekutowski, razem z Władysławem Siła-Nowickim, podjął rozmowy z przedstawicielami Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (m.in. z płk. Józefem Czaplickim, dyr. Departamentu III MBP – ds. walki z bandytyzmem, czyli niepodległościowym podziemiem; ze względu na swoją nienawiść do AK-owców nazywanym „Akowerem”; i płk. Janem Tatajem, szefem WUBP w Lublinie) o warunkach ujawnienia się lubelskiej partyzantki niepodległościowej.

Władysław Minkiewicz w książce „Mokotów, Wronki, Rawicz. Wspomnienia 1939 – 1954” zapisał: „W rezultacie w lasach na Lubelszczyźnie odbyła się konferencja, na którą przylecieli helikopterem z Warszawy wiceminister bezpieki Romkowski [Roman Romkowski, właściwie Natan Grinszpan-Kikiel], oraz dyrektor Departamentu Politycznego MBP, Luna Bristigerowa”. Porozumienia nie zawarto, gdyż bezpieka nie zgodziła się, aby aresztowani wcześniej WiN-owcy odzyskali wolność.
Siła-Nowicki: „Kiedyś w trakcie tych rozmów, po podpisaniu pewnych punktów porozumienia, grupa ludzi od »Zapory« i obstawa dygnitarzy MBP zdrowo wspólnie popiła, zawsze jednak na zasadach równości, tak, aby żadna ze stron nie pozostawała bezbronna [obie strony były uzbrojone i w równej liczbie ludzi]. Potem wszyscy wsiedli do trzytonowej ciężarówki »Dodge« ze sprzętu amerykańskiego, dostarczonego armii radzieckiej. Samochód prowadził »Zapora«. Wyszkolony w prowadzeniu samochodów w warunkach terenowych, na znanej sobie gruntowej drodze pojechał z szaloną szybkością, jakby szukając śmierci. Na jednym z zakrętów wóz zarzucił, uderzył w drzewo i rozbił się na kupę szmelcu. O dziwo – nikomu z jadących nic się nie stało!”.

Ostatni rozkaz

W wyniku nieudanych rozmów „Zapora”, razem z dowódcami pododdziałów swojego zgrupowania, podjął kolejną próbę przedostania się na Zachód. 12 września 1947 r. wydał – jak się później okazało – swój ostatni rozkaz, przekazując dowództwo kpt. Zdzisławowi Brońskiemu „Uskokowi”. Ludzie „Zapory”, docierając kolejno (w połowie września 1947 r.) na punkt przerzutowy w Nysie na Opolszczyźnie trafiali bezpośrednio w ręce katowickiego UB. Dekutowski wpadł 16 września. Wszyscy zostali wydani przez kapusia. Dopiero po 1989 r. okazało się, że był nim ktoś inny, niż przez lata uważano. Podstępnie schwytanych „Zaporczyków” przewieziono na Rakowiecką i poddano brutalnemu śledztwu. Tak było przez ponad rok.

W niemieckich mundurach

Stefan Korboński, Delegat Rządu na Kraj, zapamiętał: „O tym, że »bandyta Zapora« to Hieronim Dekutowski »opinia publiczna« dowiedziała się dopiero po rozpoczęciu procesu”.
3 listopada 1948 r. w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie, prócz Dekutowskiego, na ławie oskarżonych zasiedli jego podkomendni: kpt. Stanisław Łukasik, ps. Ryś, por. Jerzy Miatkowski, ps. Zawada – adiutant, por. Roman Groński, ps. Żbik, por. Edmund Tudruj, ps. Mundek, por. Tadeusz Pelak, ps. Junak, por. Arkadiusz Wasilewski, ps. Biały i ich polityczny przełożony Władysław Siła-Nowicki.

Nowicki wspominał, że na rozprawę ubrano ich w mundury Wehrmachtu: „Ten mundur hańbił katów, nie ofiary. I nieskończenie ważniejszym od naszego ubrania było to, co przed sądem krzywoprzysiężnym mówiliśmy podczas procesu”. W sądzie żaden z oskarżonych nie przyznał się do absurdalnych zarzutów zdrady Ojczyzny, nie pokajał się. „Zapora” wziął na siebie całą odpowiedzialność. Pytany, dlaczego zamiast ujawnić się, pozostał ze swoimi żołnierzami, odpowiedział: „Byłem związany ze swoimi ludźmi trudem i walką, byłem ich dowódcą. Nie mogłem umyć rąk i zostawić ich jak grupy bandyckie w terenie, bez dowództwa”.

15 listopada 1948 r. „sąd” skazał siedmiu „Zaporczyków” na kilkakrotne kary śmierci. Po rozprawie przewieziono ich ponownie na Rakowiecką, również w niemieckich mundurach i pod silnym konwojem. Dekutowski znów został poddany brutalnemu śledztwu, ale – podobnie jak wcześniej – nikogo nie wydał.

Władysław Minkiewicz: „Wożono ich potem z workami na głowach, żeby ich nikt nie rozpoznał (z obawy przed ewentualnym odbiciem) jako świadków na rozmaite procesy podległych im członków WiN-u”.

Nieudana ucieczka

„Zapora”, razem z podwładnymi trafił do celi dla „kaesowców”, gdzie siedziało ponad stu skazanych na karę śmierci. Podjęli próbę ucieczki – postanowili wywiercić dziurę w suficie i przez strych dostać się na dach jednopiętrowych zabudowań gospodarczych, a stamtąd zjechać na powiązanych prześcieradłach i zeskoczyć na chodnik ulicy Rakowieckiej.

Minkiewicz: „Na noc rozkładało się na betonowej podłodze sienniki i ustawiało się wszystkie ławki pod ścianą, a ze stołków robiono w klozecie piramidę, sięgającą aż do sufitu. Po tej piramidzie Józio Górski [więzień kryminalny] wchodził co noc z wyostrzoną o beton łyżką i mozolnie wiercił nią dziurę w suficie, starannie zbierając gruz do typowego więziennego worka, zwanego u nas „samarą”. Potem ten gruz wrzucał do klozetu i spuszczał wodę, żeby nie pozostawiać żadnych śladów. A jak ustrzec się przed kapusiami? W tym celu wszyscy wtajemniczeni mieli kolejno nocne dyżury i w jakiś przemyślny sposób dawali znać Górskiemu, jeśli ktokolwiek z niewtajemniczonych budził się i szedł do klozetu. Górski przerywał wówczas na chwilę pracę i siedział sobie cichutko na szczycie swojej piramidy. (…) Po kilku tygodniach dziura była na tyle szeroka, że Górski wszedł przez nią na strych i odbył trasę aż do okienka nad niskimi budynkami gospodarczymi. W zasadzie można już było podjąć próbę ucieczki, postanowiono jednak zaczekać na czas, kiedy nadejdą noce bezksiężycowe, co dawałoby większą gwarancję uniknięcia pościgu przez często krążące po Rakowieckiej patrole KBW”.

Kiedy do zrealizowania planu zostało ledwie kilkanaście dni, jeden z więźniów kryminalnych uznał, że akcja jest zbyt ryzykowna i wsypał uciekinierów, licząc na złagodzenie wyroku. Dekutowski i Siła-Nowicki trafili na kilka dni do karcu, gdzie siedzieli nago, skuci w kajdany.
Nowickiemu pomogły rodzinne koneksje – był siostrzeńcem Dzierżyńskiego. Aldona Dzierżyńska-Kojałłowicz, rodzona siostra twórcy Czeki, napisała do Bieruta: „Kocham go jak własnego syna, a więc przez pamięć niezapomnianego brata mego Feliksa Dzierżyńskiego, błagam Obywatela Prezydenta o łaskę darowania życia Władysławowi Nowickiemu”.

Inaczej było z „Zaporą”. Na nic zdały się prośby o łaskę jego rodziny, w tym najstarszej siostry Zofii Śliwy, czynione drogą dyplomatyczną przez Prezydenta Republiki Francuskiej – od końca lat 20. mieszkała we Francji, odznaczona Legią Honorową za udział we francuskim ruchu oporu. Hieronim Dekutowski też walczył w czasie wojny z Niemcami, ale dla komunistycznych siepaczy nie miało to żadnego znaczenia. Zginął, bo nie pogodził się z nową, sowiecką okupacją.

“Byliśmy dla niego morituri…”

Przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie Hieronima Dekutowskiego oskarżał Tadeusz Malik. Sądzili: Kazimierz Obiada i Wacław Matusiewicz (ławnicy). Rozprawie przewodniczył Józef Badecki.

Władysław Siła-Nowicki wspominał: „Pani Stillerowa [obrońca Nowickiego] poinformowała mnie, że przewodniczący składu Józef Badecki znany jest z bardzo uprzejmego prowadzenia rozpraw i bardzo surowych wyroków. Istotnie, sędzia Badecki, zimny morderca, był cały czas bardzo grzeczny. Od początku zresztą wszyscy byliśmy dla niego morituri…”.

Podpisane przez Badeckiego uzasadnienie wyroku z 15 listopada 1948 r. brzmiało (pisownia oryginalna): „Ośrodki dyspozycyjne reakcji polskiej w postaci tzw. emigracyjnego rządu londyńskiego, czy też korpusu Andersa, będące zresztą powiązane z agenturami imperialistycznych kół kapitalistycznych, wykorzystały dla swych celów specjalne warunki topograficzne woj. lubelskiego, oraz pewną ilość zbałamuconych członków byłych »AK« z czasów okupacji niemieckiej. (…) Ośrodki dyspozycyjne znalazły odpowiednich zwolenników swej ideologii na przywódców. Do nich zaliczają się oskarżeni. Oskarżony Nowicki reprezentuje raczej czynnik inspiracyjny, jak sam nazywa polityczny. (…) Inni oskarżeni z Hieronimem Dekutowskim ps. Zapora na czele, są czynnikiem właściwie wykonawczym, o dużym zakresie działania. Tworzą oni ośrodek działalności band terrorystyczno-rabunkowych i dywersyjnych pełniąc tam funkcje przeważnie dowódców band. Bezwzględność i okrucieństwo oskarżonych zostało wyzyskane przez ich wyższe kierownictwo do tworzenia na terenie woj. lubelskiego w okresie od lipca 1944 r. aż do mniej więcej połowy roku 1947 ognisko zamętu i pożogi, które dużym wysiłkiem władz i społeczeństwa musiało być unicestwione”.

O innych stronach energii pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Wiatry odchodzą…

… jeśli pacjentowi, lub choremu – to dobrze. Ale gdy na wiatry zamierzamy liczyć, zasypując sztolnie, szyby kopalniane, wrzucając tam złom i beton, a nawet śmiecie – to już nie głupota a zbrodnia gospodarcza. Mamy hurtowo zamykać a nawet już zamykamy kopalnie z milionami ton wspaniałego węgla pozostawianego, niewydobytego, pod ziemią. Energię z niego ma zastąpić fatamorgana – ułuda wiatrakowa.

Las kilkudziesięciometrowych białych słupów z warczącymi skrzydłami pokryje nasz piękny kraj a także duże obszary bałtyckiego morza na słupskiej ławicy i jeszcze dwóch innych akwenach leżących na zachód.

Nie tak znowu dawno temu obywatel Tusk Donald wyliczał z mównicy sejmowej budżetowe wpływy, które miały przyjść z wydobycia łupków. Amerykański gigant Schevron przywiózł i ustawił na polach maszyny wydobywcze. Ale wszystko przeminęło z wiatrem bardzo szybko. Żelastwo wyjechało z Polski i na łupkach wyszliśmy na głupków.

Szykuje się podobna zabawa. Na razie ustalono, że „strachy na wróble” stanąć mają nie 500 a 700 metrów od zabudowań. Wielki sukces i łaskawość płynąca z poselskich ław, których bohaterem jest pan poseł Marek Suski. I powiem szczerze, że jest to rzeczywiście słuszne, ale nie jest to główny problem wiatrakowy. Sukcesem jest natomiast, że opozycja zgodnie podniosła w górę łapy. Wielkie dzięki. Niech wstydzą się zagraniczni zaprzańcy z Brukseli, którzy szkodzą Polsce zawsze i wszędzie, gdy tylko się da.

Niestety nawet te utargowane 200 metrów nie przekona gości gospodarstw turystycznych. Nie będą przyjeżdżać i płacić za szum diabelskich skrzydeł, za pozbawienie ich możliwości śledzenia ptasich lotów, za oglądanie strąconych trupów skrzydlatych przyjaciół.

Władza przypochlebia się Unii Europejskiej pokazując, że coraz więcej decyzji przekazuje lokalnym samorządom. Może jednak jest i tak, że po cichu władza liczy iż ci, którzy z wiatraków mieliby lokalnie czerpać zyski nigdy się między sobą nie dogadają w sprawach ich lokalizacji: a dlaczego łatwy szmal miałby pójść zamiast do kieszeni wujka żony – do znienawidzonego sąsiada. Wszak „nieważne, co je twoje, ważne to je co je moje”. Bitwy o koncesje zapowiadają się na lata. Palestra też zaciera ręce. Będzie spraw bez liku. Liczą, że powieje choć wiadomo już z góry że wieje u nas słabo. Wydajność wiatraków to tylko 20-procentowy zysk energii. Jeśli nawet przyjdą orkany to więcej zniszczą niż zasilą. Powywracane złomowisko trafi wprawdzie do hutniczych pieców, ale one już nie nasze. Tylko Hindusi się ucieszą.

Kiedyś, gdy Brama Krakowska zapinała się na zatrzaski, a młoda staruszka siedziała na drewnianym kamieniu, budowano okazałe zamki i strzeliste katedry. Dziś, gdy dobrze wykształcone kadry uciekły za chlebem, to może i pozostały gdzieś jakieś mądre grube ryby ale oni głosu nie mają. Nie wiemy ile ten cały wiatrowy bur…, przepraszam, bałagan będzie kosztował: importowane ustrojstwo, instalowanie (wykonywać to będą zagraniczne firmy, bo my nie potrafimy), wreszcie ile będzie kosztowało sprowadzenie milionów ton cementu, którego też już nie wytwarzamy, bo sprzedaliśmy cementownie nawet Japończykom. Wielcy producenci cementu np. Chińczycy ucieszą się. Tak samo jak armatorzy handlowych flotylli obcych baner – bo statków do przewozu też już nie mamy (ostatnio węgiel z Antypodów wozili i zarabiali zagraniczni przewoźnicy). Biednemu wiatr zawsze w oczy wieje. I na tym wiatry nad nami się wyczerpią – na wiatraki siły zabraknie. Potem rachunek sumienia i szukanie winnych nikogo już nie ucieszy. Rachunek kosztów i zysków oczywiście trzeba zrobić, fachowo i skrupulatnie, przed inwestowaniem. Rodzimy węgiel jest drogi bo górnictwu narzucono kretyńskie rozliczenia podatkowe. Bystrzy, przedsiębiorczy i ruchliwi spekulanci błyskawicznie dostrzegają szansę zarobku. Władza nie potrafi na czele znaczącego biznesu narodowego wybrać i postawić fachowców. Związki są słabe, bo podzielone. Górnicy – jak niegdyś biedny Pstrowski „ubogi, wyrobił normę, ale wyciągnął nogi”. Już nie są oczkiem w głowie pierwszych czy drugich sekretarzy. To lud obecnie zbędny podobnie jak stoczniowcy, marynarze i rybacy. Tuskotrzaskowscy nie będą potrzebować kurzych ferm ani mlecznych gospodarstw – postawią na fermy wiatrowe.

Ciekawe ile będzie kosztowało kupowanie tego żelastwa, wbijanie wiatraków na kilka metrów w głąb dna morskiego, zalewanie dziur cementem, a potem jeszcze konserwowanie urządzeń? Paskudztwo stojąc oddalone jeden od drugiego o kilkadziesiąt metrów na dużej przestrzeni nie tylko zabijać będzie ptaki ale uniemożliwi żeglugę nawet małym jednostkom, kutrom. Przepływanie między tymi słupami będzie niebezpieczne.

***

Jeszcze czas, jeszcze pora by puknąć się w czerep rubaszny i odstąpić od tego wishful thinking. Oczywiście, będzie trudno się wycofać jeśli tak bardzo boimy się sprzeciwić i uniezależnić od Unii.

Niemcy znowu ryją w ziemi poszukując węgla w kolorze brunatnym, który, nota bene, tak lubią. W pałacu projektu prof. Bohdana Pniewskiego biegają przedstawiciele wrogich plemion. Niektórzy już od 5 – 6 kadencji. Na pewno dobrze już rozpoznali gdzie knajpa a gdzie kaplica. Miejmy nadzieję że za pół roku jednak ich wywieje. Bo przecież wiatry odchodzą!

 

 

PIOTR TURLIŃSKI opisuje sytwetkę i twórczość tytana literatury: Sławomir Mrożek. Prozaik (3)

Sławomir Mrożek był dramaturgiem, prozaikiem, poetą, felietonistą i rysownikiem. Najpierw zajmiemy się jego twórczością prozatorską, a w następnym felietonie – jego utworami scenicznymi. Urodził się w 1930 roku w Borzęcinie nieopodal Krakowa. Zadebiutował w 1953 roku zbiorem „Opowiadania z Trzmielowej Góry” oraz zbiorem opowiadań „Półpancerze praktyczne”. Mrożek napisał dwie powieści, pierwszą jest „Ucieczka na południe, drugą „Maleńkie lato”. „Ucieczka na południe” ukazała się drukiem w 1961 roku. W tej powieści znajdziemy sublimację i kwintesencję mrożkowskiego poczucia absurdu, biorącego się z głębokiego satyrycznego – w najszlachetniejszym rodzaju – widzenia świata. Powieść zawiera też rysunki Mrożka, będące ozdobą oraz istotnym dopełnieniem tekstu.

            Fabuła „Ucieczki…” to opowieść o trzech chłopcach wędrujących, w towarzystwie małpoluda, bliskiego kuzyna Yeti. Uciekają z północy na południe Polski. Ich celem jest Sumatra, z której pochodzi małpolud. Podróż jest niebezpieczna, bo całą czwórkę ściga impresario Mephisto Kovalsky, który był właścicielem małpoluda i pokazywał go w całym kraju za pieniądze. Małpolud jest piśmienny, oczytany i bardzo inteligentny i ma dosyć życia w klatce. Ta podróż przez Polskę jest podróżą przez kraj dziwactw i szaleństwa. Oto fragment opisujący wiejskie wesele, na które uciekinierzy przypadkiem trafiają:

Ucieczka na południe

Gruby oprzytomniał ujrzawszy, że znajduje się w jakimś pomieszczeniu oświetlonym lampą karbidową, Na środku stał aparat pełen skomplikowanych rurek mosiężnych. Światło pełgało po ścianach i nie widać było dokładnie, gdzie kończy się ten loch. Tym bardziej, że pod ścianami stały rzędem kadzie, beczki i wiadra.

Piwnicę wypełniało świstanie, łoskot i kołatanie. Przed aparaturą siedział na odwróconym wiadrze mały chłopczyk z ogromną, siwą głową. Było bardzo gorąco, pachniało słodkawo.

Gruby czekał przez chwilę, a widząc, że chłopczyk nie zwraca na niego uwagi, powstał, otrzepał się z kurzu i zapytał surowo:

– Co ty tu robisz?

Mały odwrócił ku niemu głowę. Zupełnie jakby białą łysinę ktoś obracał na zapałce.

– Tata tam leżą – powiedział, wskazując przegrodę z beczek. – Przynieść ich?

– Nie, nie! Nie trzeba – przestraszył się Gruby i spuścił z tonu.

– To może przynieść stryja?

– Nie, też nie.

– To może któregoś ciotecznego?

– Nie, ja… właściwie przyszedłem tylko do ciebie – bronił się Gruby, rozglądając się i szukając zawczasu, którędy by tu można było uciec albo ukryć się.

Dopiero teraz domyślił się, że ów okropny bulgot i świst wydawany był przez grupę mężczyzn leżących w głębi ziemianki.

– Może się w co zbawimy? – zapytał i zdobył się na głupi grymas, jaki zawsze ozdabia twarz ludzi, którzy w sposób bezczelny i nieszczery usiłują przypodobać się dziecku. (…) – Opowiem ci bajkę – zdecydował rozpaczliwie Gruby, widząc, że nie ma stąd ucieczki, i przysiadł koło malca. – Był sobie raz…

– Zaczekaj pan, bo mi zacier fermentuje – przerwał mu chłopczyk i oddał się obsłudze urządzenia. (…)

– Kim chcesz zostać, jak dorośniesz? – zapytał Gruby.

– Inżynierem – odparł malec z dumą. – Pójdę do prawdziwej gorzelni, tam to dopiero! Takie kotły, takie maszyny, nowoczesne… Nie to, co u taty… – dodał z rozgoryczeniem. (…)

Wkrótce weszli jacyś ludzie, odświętnie ubrani w garnitury granatowe w paseczek. Z szumem napełniali samogonem kadzie i wynosili je na powierzchnię.

– Zraz przyjdą wynieść tatę na wesele, was też zanieść?

– Nie, dziękuję, sam pójdę – obruszył się Gruby.

W obejściu szykowało się wielkie weselisko. Podwórko pełne furmanek. Uprząż i półkoszki przybrane zielenią i wstążkami z kolorowej bibułki. W kuchni otwartej na oścież bieganina i zamęt. Na gumnie przygrywała kapela. Wszędzie pełno ludzi zaproszonych i tych, którzy tu przyszli z ciekawości, popatrzeć z daleka (…).

Wesele gotowało się piękne i huczne. Młodzi ludzie, swobodnie gawędząc, ostrzyli koziki bądź wyrywali sztachety z płotów, dobierając co grubsze. Było to jednak wesele nie u jakichś zacofańców, znachorów. Na to, że gospodarz był człowiekiem światłym, doceniającym zdobycze nauki, wskazywała apteczka, umieszczona na widocznym miejscu, dobrze zaopatrzona w gazę i środki antyseptyczne, a także nosze.

Gruby stanął w samym środku weseliska. A było ono huczne. Na ławach siedzieli ci, co już odnieśli rany kłute i cięte nóg i nie mogli tańczyć, przepijali wesoło, przyglądali się tańczącym i pohukiwali. Kto był pobity powyżej pasa, a nie miał uszkodzonej opłucnej ani osierdzia, ten wywijał wesoło obertasy. Przyśpiewkom, żartom i pokrzykiwaniom nie było końca. Pana młodego mieli bić dopiero po powrocie z kościoła, bo inaczej biliby bez ślubu, czyli jakby w grzechu.

Dużą dawkę wiedzy o autorze zwiera ostatnia jego pisarska pozycja, którą jest „Baltazar.” Mrożek napisał „Baltazara” jako zaleconą mu przez lekarza terapię, w formie autobiografii. Miało mu to pomóc w odzyskani pamięci, którą w znacznym stopniu utracił w 2002 roku, wskutek wylewu. Uważam, że również ta ostatnia w dorobku Mrożka pozycja jest szczera, do bólu, rak wobec autora, jak i świata. Warto ją przeczytać. Poniżej drobne fragmenty z „Baltazara”. 

 

Baltazar. Autobiografia

Koniec wojny

Do tej pory nie byłem w teatrze. Teatr w Polsce przedwojennej był dla mnie niedostępny, nie tylko z powodu biletów, choć także i dlatego. Do teatru chodziło się tylko powyżej pewnej sfery. Co prawda, także ze snobizmu. Później, podczas wojny, Polakom nie wolno było chodzić do teatru, gdyż taki był nakaz AK. Teraz miała nastąpić ta pierwsza w moim życiu premiera. Teatr imienia Juliusza Słowackiego w Krakowie, podczas wojny nur für Deutsche, przygotował pierwszą powojenną inscenizację Wesela Wyspiańskiego, przeznaczoną między innymi dla młodzieży szkolnej. Widziałem ten spektakl i dostałem z wrażenia gorączki. Odtąd teatr był częścią mojego życia, a także stał się moim zawodem.

Matura

Niespodziewanie do Krakowa zawitał stryj Ludwik z krótką wizytą. Zaprosił mnie do restauracji, do nieistniejącego już „Żywca” ma Floriańskiej. Po raz pierwszy byłem we względnie wykwintnym lokalu. Zauważyłem, że kelnerzy darzą stryja Ludwika szacunkiem, a on przyjmuje to w sposób zupełnie naturalny. Podczas obiadu poinformowałem go krótko o chorobie matki, o mojej maturze i o planach na przyszłość. Słuchał uważnie z nieprzeniknioną twarzą, a pod koniec obiadu zaprosił mnie do siebie, do Kamienia, na całe wakacje. Domyślając się zapewne w jakiej byłem sytuacji, wręczył mi sporą sumę na wydatki. Zamiast oszczędzać, kupiłem sobie pierwszy w życiu zegarek i bilet pierwszej klasy. Nieświadomie ustaliłem moje predyspozycje na całe życie.

Praca w Dzienniku Polskim

Kiedy Stalin umarł, w Polsce zaczęła się orgia hipokryzji. Nie znałem nikogo, kto by żałował, że Stalina nie ma już wśród żyjących. Ostatnie lata jego rządów dopiekły wszystkim. Nawet najzagorzalsi zwolennicy mieli do niego rozmaita zastrzeżenia, wyznane dopiero po jego śmierci. Ale wszystkich łączyło jedno – strach przed przyszłością. Dla swoich wrogów Stalin był okrutnikiem, ale przyszłość bez niego wydawała się niepewna. Dla swoich zwolenników Stalin był dobrotliwym ojcem, a przyszłość bez Stalina… Nie, tego nie umieli sobie nawet wyobrazić. Jedni i drudzy potrzebowali czasu, żeby zaakceptować ewentualnego następcę.

Ci, którzy nienawidzili Stalina, nie mogli się do tego przyznać, ponieważ każdy inny mógł być konfidentem. Stali się więc hipokrytami. Ci, którzy się przed nim korzyli, manifestowali swą rozpacz na wyścigi, jeden głośniej od drugiego. W rezultacie bali się go wszyscy, nawet po jego śmierci. Ale nikt go nie żałował.

Od śmierci Stalina zaczął się w Polsce proces, który można by nazwać „od kapitalizmu do komunizmu i z powrotem”. Kiedy wahałem się w Meksyku, czyby nie wrócić do Polski, uznałem, że komunizm w Polsce już się skończył. Wróciłem, ale dzisiaj nie jestem tego pewien. Trwająca w Polsce demokracja nie jest tym samym, czym jest zasiedziała od wieków demokracja, która jeszcze trwa w państwach zachodnich.

Ma Mrożek w swym wielkim dorobku pozycję, która mnie bawi i zasmuca zarazem. Chodzi o obszerne opowiadanie, którą nazwa się „Moniza Clavier. Romans”.

            Początek opowiadania, napisanej w pierwszej osobie, jest taka: Oto Polak zostaje we Włoszech w czasie wycieczki. Ma na sobie podniszczony garnitur, a w tekturowej walizce kabanosy i jedną białą koszulę na zmianę. Zagubiony w nowym świecie maszeruje plażą na Lido, nad brzegiem morza i nie wie co ma z sobą zrobić. Ale… następuje spotkanie z trójką bogatych ludzi Zachodu, którzy dla przyjemności odbywają konną przejażdżkę. Czy to z kaprysu, czy z ciekawości dla dziwnego człowieka, pani na koniu, wielka aktorka Moniza Clavier, zaprasza bohatera na wystawne – jak się okaże – przyjęcie artystycznej elity w hotelu „Excelsior”.

            I oto mamy w sumie, nie tylko początek, ale też całą treść opowiadania. A jest nią zderzenie uchodźcy ze Wschodu z bogatą cywilizacją Zachodu. Ale nie tylko o materialne różnice chodzi Mrożkowi, bo ukazuje on w „Monizie…” przede wszystkim zderzenie mentalne, kulturowe i filozoficzne dwóch cywilizacji.

Przytoczmy małe fragmenty opowiadania.

Moniza Clavier. Romans

W Wenecji nie miałem żadnych interesów ani zajęć. Przyjechałem tego samego dnia jako skromny turysta o nader ograniczonych środkach.  Choć dotąd błąkałem się bez celu, oszołomiony wszystkim, miałem nadzieję, czasem jakże trudna do utrzymania, że mimo wszystko we mnie, biednym i nieznanym, nieobytym, młodym, z dalekiego i nieważnego kraju, jest coś. Co czeka tylko na okazję, żeby się ujawnić i dorównać temu wielkiemu światu. Nie tylko dorównać, ale i przewyższyć. Walka o własną godność jest najtrudniejszym zadaniem dla każdego podobnego mnie – w podobnej sytuacji. Walczyć można rozmaicie, a jeżeli walczyć się nie da, trzeba pogardzać. Od samego rana walczyłem i pogardzałem Wenecją przy pomocy kabanosa.

Oto jak wyglądała pierwsza rozmowa z Monizą Clavier. Zwróćmy na nią uwagę, bo wiemy – jak wiedział Mrożek – że pierwsza kontakty są w istocie decydujące o sensie całej znajomości.

Kiedy Moniza dowiedziała się, że pochodzę ze Wschodu, przy czym nie określiłem bliżej mojego kraju, jej zainteresowanie stało się bardzo żywe. Zażądała, żebym jej dokładnie opisał krajobraz stepowy, o którym tyle słyszała. Zatoczyłem ręką szeroki krąg, mówiąc:

– At, daleko, daleko…

Na co zaświeciły się jej oczy i wyznała, że dusi się w ciasnych ramach cywilizacji.

To właśnie po wymianie tych jakże odkrywczych zdań, z obu stron, bohater zostaje zaproszony na bal i staje przed wejściem do hotelu…

Na początku wyłoniły się dwie trudności: nie miałem odpowiedniego stroju i nie wiedziałem jak się wydostać z tłumu otaczającego „Excelsior”, przejść przez kordon policjantów w galowych mundurach, w białych rękawiczkach i lakierowanych pasach, z lampasami i szablami, a potem jak wytłumaczyć służbie, że należę do grona zaproszonych gości. Nie otrzymałem zaproszenia na piśmie. Wnet jednak trudność pierwszą, polegającą na braku odpowiedniego stroju, obróciłem na swoja korzyść. Nie należałem do nich, byłem przybyszem z obcych stron, stepowym synem, więc nonszalancja, z jaką miałem się zjawić na przyjęciu w moim starym ubraniu, wymiętym w ciągu trzech dni podróży, podkreślała tylko mój urok, wyrażała moją niezależność wobec form światowych, wolność od zwyczajów, które ich krępowały, a mnie nie dotyczyły.

Zjawia się jednak Moniza, która rozpoznaje go i wyławia z tłumu, i wprowadza na przyjęcie. Bohater spostrzega jednak, że nie jest ośrodkiem zainteresowania. Obcy ludzie – choć oni są u siebie – nie wykazują żadnego zainteresowania dalekim goście. Więc wlewa w siebie coraz więcej alkoholu, żeby zapić i zabić stres. Więc pije, samotnie siedząc na ogrodowej ławce.

Wnet spostrzegłem, że po drugiej stronie palmy formuje się ośrodek towarzyski całego przyjęcia. Nie bez wzruszenia poznawałem twarze znane mi z okładek czasopism filmowych i magazynów ilustrowanych. Przybywało ich coraz więcej, coraz piękniejsze były tam kobiety, coraz głośniej i weselej rozmawiano, śmiech rozbrzmiewały swawolnie. (…)

Ta ich pewność siebie, ta ich niezależność zaczynały mnie drażnić. To ja tutaj siedzę zamyślony, głęboki, kto wie jakie mam problemy, na co wskazuje coraz częstsze sięganie po szklankę, a oni tam się śmieją, płytcy i powierzchowni. I co? I maja być ważniejsi? Więc głębia, myśl, oryginalność, wszystko to się nie liczy w tym skorumpowanym, goniącym za pozorami świecie? Blichtr, blichtr – powtarzałem ze wzgardą. – Blichtr i błyskotki.

Jako syn narodu północnego, surowego, doświadczonego przez historię, z odrębnością swoją, z mądrością swoistą, drogo zapłaconą, niedostępną innym – jak kabanos. (…) Wkroczyłem w środek rozbawionego towarzystwa. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że znajduję się na nogach, krzesło zostało za mną. Wkroczyłem w środek rozbawionego towarzystwa.

– O, tu! – krzyknąłem, szeroko otwierając jamę ustną i wskazując na zęby trzonowe – O, tu, wybili, panie, za wolność wybili!

Nastąpiło zamieszanie. Ucichli, patrzyli na mnie, nie mogąc zrozumieć, o co mi chodzi. A przecież chciałem tylko uprzytomnić im w sposób jasny i przystępny, niejako poglądowy, cierpienia mojego narodu. To, że nie doceniali martyrologii, bardzo nie rozgniewało.

– Popatrz pan – powiedziałem podchodząc do jednego grubego i szerzej otwierając usta. – Tu, aaoo…

Gruby chrząknął i odwrócił wzrok – Przepraszam – powiedział i odszedł.

Rzuciłem się więc do następnego z kolei, tak samo demonstrując.

– Tu. O! Brakuje. Wybili panie, za wolność. Oooo!

Ale i ten odsunął się ode mnie. Zobaczyłem, że towarzystwo się rozprasza. Więc puściłem się za nimi, umykającymi coraz pospieszniej. Oni jednak znikali mi z oczu, ukrywali się w plątaninie ścieżek, za parawanami śródziemnomorskiej roślinności. Miotałem się w sieci świateł i zieleni. Po tym rajskim ogrodzie niosło się długo moje wołanie, ni to skarga, ni to żądanie:

Wybili, panie, za wolność wybili…

 

Mrożek dla dzisiejszego pokolenia 60-cio i 70-cio latków był przewodnikiem na drodze do normalności mentalnej, światopoglądowej, do zrozumienia minionego już teraz systemu.. Jego żart i prowokowany przez niego śmiech na widowni, i uśmiech u czytelnika, miał poznawcze i katartyczne znaczenie. Mrożek przedstawiał możliwości innego widzenia świata, innego myślenia o społeczeństwie i człowieku. To nie jest mało.

I teraz, gdy widzę jak z roku na rok rośnie liczba prawdziwych i rzekomych kombatantów, to myślę właśnie o tym pisarzu. I także o innych literatach, którzy uczyli nas innej prawdy, niż robiła to władza w czasach PRL-u. To Mrożek i inni ludzie myślący, przygotowali nam mózgowy grunt do zmiany ustroju. Smutne, że tak niewielu dzisiejszych polityków o tym zapomina. Nie mówiąc już, że zaskakujący jest brak pomników, które powinny nam przypominać naszych mózgowych i duchowych przewodników. Choćby Sławomira Mrożka.

No, ale cóż – u nas samozwańcza konkurencja na pomnikowe postacie jest bardzo duża…