WALTER ALTERMANN: Gazeta, czy listy od czytelników?

Wiem z doświadczenia, że są czytelnicy, dla których pisanie do mediów jest najgłębszym sensem istnienia. Wierzą oni bowiem, że mają do przekazania niezwykle ważne treści, że poruszają wielkie sprawy, mające wpływ na dzieje świata, a ich niebagatelne opinie muszą, koniecznie muszą być zamieszczone.

Najczęściej redakcje wyrzucają takie listy czytelników do kosza, lub kasują je w internecie. Jeżeli jednak decydują się już na zamieszczenie głosu czytelnika, to biorą na siebie odpowiedzialność za ich treść. Nawet, jeżeli jedynym celem redakcji było sprowokowanie czytelników do dyskusji. 31 marca 2023 roku Wyborcza.pl zamieściła list poruszonego czytelnika, który przytaczam w całości:

Wstyd, że na mizernych resztkach zaginionej niedawno cywilizacji obecni mieszkańcy chcą mieć parking. Jak ocalić historię miasta? Czytelnik o planach zabudowy na terenie warszawskiego getta.

Przed świętem Paschy zdjęto trochę trawy z wierzchu naszej zbiorowej niepamięci przypadkiem i niechcący odkryto fundamenty żydowskiej ulicy. Zwiedzałem jako dziecko ruiny Pergamonu, Olimpii i Delf, ćwicząc wyobraźnię, by spośród kamieni i zwalonych kolumn wyłowić zapomniane życie sprzed tysięcy lat.

Jednak ulica Gęsia istniała jeszcze za życia mego ojca, teraz tam uwija się archeolog. Wykopki obnażyły ulotność naszych wspomnień, zdziwienie udające szlachetną nostalgię.

Wstyd, że na tych mizernych resztkach zaginionej niedawno cywilizacji obecni mieszkańcy chcą mieć parking dla aut. Szczątki starych domostw, nic niewarte trupy historii i pośmiertny triumf Hitlera, niedający się przepędzić demon wspólnych dziejów.

Przemysław Wiszniewski

 Mówienie o zaginionej cywilizacji – w odwołaniu do ruin piwnic na Gęsiej 33 – jest przesadzone i nader egzaltowane, a już przypominanie niesławnego dzieła Hitlera w sprawie parkingu na resztkach ulicy Gęsiej jest nieprzyzwoite, bo sugeruje, jakieś podobieństwo działań obecnych władz miasta Warszawy do zagłady Żydów.

Zdaje mi się, że w Warszawie, Łodzi i Krakowie pamięć Żydów została i nadal jest czczona w sposób poważny i dostateczny. Nie będę wyliczał muzeów, obchodów, nazw ulic, pomników, tablic pamiątkowych, żydowskich cmentarzy, które są objawem szacunku dla dawnych mieszkańców tych miast. Zresztą w całym naszym kraju czci się dawną obecność i życie Żydów w Polsce.

Autor nie uniknął też śmieszności, bo Gęsia 33 czy łódzkie Bałuty, w swym dawnym architektonicznym kształcie, nie były świadectwami wielkich dzieł sztuki architektonicznej, jak przywoływane Pergamon, Olimp i Delfy. Piszę o śmieszności, bo w tak ważnej sprawie, jak dawna obecność Żydów w Polsce nie może być w najmniejszym stopniu ośmieszana.

Czy Żydzi stworzyli w dawnej Polsce osobną cywilizację, na miarę antycznych Greków i Rzymian? Też wątpię. Owszem, tworzyli swoją, niekiedy odrębną kulturę, ale nie cywilizację. Wnieśli jednak wielki wkład w cywilizację świata, Europy i Polski, to fakt bezsprzeczny i doceniany.

I nie na tym zasadzała się wielkość tamtych Żydów, że budowali piękne i wiekopomne gmachy, ale na tym, że wciągnęli cały świat w obręb kultury Księgi, filozofii, słowa i myśli. A te wartości są w Polsce należycie czczone. Także w każdym polskim kościele, bo każdy chrześcijanin wie czym jest Stary, a czym Nowy Testament, w jakim narodzie przyszedł na świat Chrystus, jakiej narodowości byli Jego apostołowie.

Być może dla autora listu to za mało i chciałby widzieć kolejny pomnik w formie odrestaurowanej kamienicy przy ulicy Gęsiej. Jeżeli tak, to myślę, że p. Wiszniewski nie ma racji, bo oprócz niezbyt imponujących pamiątek materialnych przeszłości w dzisiejszej Warszawie żyją następne pokolenia, którym – o dziwo – potrzebne są także parkingi. I na koniec – w każdej sprawie należy zachować umiar i opanować emocje. I nie przesadzać.

Trzeba też zauważyć, że odkryte fragmenty kamienicy na Gęsiej 33 nie są w żadnym calu wspaniałym zabytkiem architektury. To jedna z wielu przeciętnych budowli warszawskich. A już mieszanie do tego Pergamonu i innych antycznych wspaniałości jest bardzo grubym nieporozumieniem. Naprawdę, ruiny tych piwnic w niczym nie przypominają Wzgórza Świątynnego w Jerozolimie. Niestety, cały list czytelnika tchnie przesadą, graniczącą z histerią i szaloną egzaltacją.

Takie histeryczne myśli i stanowiska, powiedzmy to wprost – jakie zawiera ów list – z pewnością nie służą dialogowi i porozumieniu między dwoma narodami. Niczego nie można robić na duś, na siłę i z tupetem. A poważnemu tematowi relacji polsko – żydowskich potrzebne są: wzajemne poszanowanie, rozwaga i delikatność, a tych w liście czytelnika Wyborczej.pl nie znalazłem. Dialog zakłada wysłuchanie obu stron, zrozumienie wzajemne i nie trwanie w uprzedzeniach. A życie bieżące, współcześni warszawiacy też mają swoje prawa.

Może jednak trzeba przyznać rację panu Andrzejowi Mizerze, rzecznikowi wojewódzkiego konserwatora zabytków, który mówił niedawno w mediach, że w pracach archeologicznych na Muranowie bierze udział przedstawiciel Muzeum Getta Warszawskiego. Pytany o to, czy konserwator może zobowiązać inwestora do zachowania i wyeksponowania odkopanych fundamentów, odpowiedział: „Jeżeli tylko mają odpowiednią wartość”.

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Źródłem „rusofobii” jest sama Rosja

Sama Rosja doprowadziła do tego, że wiele osób traktuje ją z pogardą, jako kraj, który oszukuje własnych obywateli, a prowadząc imperialistyczną politykę chce oszukać cały świat.

Rosja zarzuca światu „rusofobię”, czyli to, że nie lubi Rosji bez wyraźnego powodu i boi się wszystkiego, co rosyjskie. Czy tak jest? Rosyjscy propagandyści nazywają politykę USA, NATO, krajów Unii Europejskiej i różnych organizacji międzynarodowych, takich jak Międzynarodowy Trybunał Karny czy Europejski Trybunał Praw Człowieka, jako źródło „rusofobii”. Czy tak jest? I ogólnie, czym jest „rusofobia” jako zjawisko?

Można powiedzieć, że „rusofobia” to jedno z największych oszustw XXI wieku, którego źródłem jest sama Rosja, a takie zjawisko istnieje tylko w wyobraźni rosyjskich propagandzistów. Dlaczego?

Rosyjscy politycy, a także nowa koncepcja polityki zagranicznej Rosji, podpisana niedawno przez prezydenta Władimira Putina, głoszą, że zarówno w 2014, jak i w 2022 roku to nie „Rosja zaatakowała Ukrainę”, ale „polityka USA sprowokowała Rosję do obrony” i zmusiła do odpowiedzi. Nowy dokument przedstawia świat jako dwubiegunowy, w którym piękna, pokojowa i szlachetna Rosja przeciwstawia się wszelkiemu złu na całym świecie, a uosobieniem tego zła są USA, Polska i praktycznie cała Europa.

W rzeczywistości rosyjscy politycy nie stworzyli niczego nowego. Po prostu odwrócili dobrze znaną koncepcję George’a Busha „osi zła”, wzdłuż której Rosja prowadzi konserwatywne siły światowe w opozycji do demokracji i sił postępu. Rosyjski uczony Andrij Sacharow, w swoim słynnym dziele „Refleksje o postępie, pokojowym współistnieniu i wolności intelektualnej”, również pisał o tym, że Rosja jako mocarstwo światowe spowalnia światowy ruch ku postępowi. Ale jak zawsze Rosja obwinia innych za zbrodnie, które sama popełnia. W ciągu dwudziestu lat po Bushu, jak zauważa ukraińska gazeta „Dzerkało Tyżnia”, oś zła stała się jeszcze „większa, śmielsza i bardziej zła”. A wiodącą rolę w niej odgrywa obecnie nuklearna Rosja, która myśli, że sprzeciwia się całemu światu.

Aby zdemaskować rosyjskie kłamstwa, wystarczy odpowiedzieć na pytanie: kto jest agresorem? Rosja jako pierwsza grozi innym krajom – toczy wojnę z sąsiednią Ukrainą, zaprzeczając nawet istnieniu narodu ukraińskiego, jego suwerenności i prawu do samostanowienia, grozi całej Europie bronią nuklearną, chce rozmieścić taktyczną broń nuklearną na Białorusi, straszy Finlandię, która niedawno została członkiem NATO. To Rosja bez powodu aresztuje zagranicznych korespondentów, takich jak Amerykanin Evan Hershkovich, fałszuje sprawy przeciwko Tatarom krymskim, sieje tony kłamliwej propagandy przeciwko Polsce, Niemcom, całej Unii Europejskiej, łamie prawo międzynarodowe, nie liczy się z zasadami członkostwa w organizacjach międzynarodowych, co de facto blokuje ich pracę.

Oczywiście takie zachowanie Rosji budzi sprzeciw i krytykę w normalnych krajach demokratycznych. A wtedy Rosja krzyczy: „rusofobia, nikt nas nie lubi”.

I tu pojawia się ważne pytanie: za co wszyscy powinniśmy lubić Rosję? Za pokojową politykę, której ten kraj nie ma? Za przyjazne i partnerskie podejście do sąsiadów, którego nie ma? Za groźby dla całego świata? Za łamanie prawa międzynarodowego i praw człowieka?

Jak możemy lubić Rosję, skoro nie ma ku temu powodów, a wręcz przeciwnie, trzeba domagać się zmian i respektowania przez ten kraj fundamentalnych norm współżycia międzynarodowego. I świat tak robi, a Rosja krzyczy:  „to jest rusofobia!”.

W ostatnich latach, mimo całego zła jakie wyrządził, Władimir Putin zrobił też kilka rzeczy, które przyniosły korzyści światu.

Po pierwsze, sam obalił twierdzenie własnej propagandy, że NATO jest rzekomo agresywnym blokiem militarnym. Rozpoczynając straszliwą pod względem liczby zbrodni, niesprowokowaną wojnę w Ukrainie, Putin pokazał, że to Rosja jest agresorem, a NATO blokiem, który broni pokoju i suwerenności państw. Sprzeciwiał się rozszerzaniu NATO na wschód i zbliżaniu granic NATO do granic Rosji, a swoim postępowaniem doprowadził do czegoś zupełnie odwrotnego – sojusz przyjmuje nowych członków i  jego granica z Rosją zwiększa się.

Po drugie, odmawiając Ukrainie prawa do suwerennego państwa, Władimir Putin zainspirował wiele badań historycznych, które wykazały, że Ukraina, Polska, Mołdawia, Gruzja i wiele krajów azjatyckich, takich jak Kazachstan, są historycznie zarówno starszymi, jak i bardziej cywilizowanymi krajami od Moskwy oraz mają pełne prawo do suwerenności bez udziału Rosji.

Po trzecie, rozpoczynając wojnę na Ukrainie, Władimir Putin pomógł wielu ludziom na świecie zrozumieć przewagę demokratycznego systemu rządów nad autokracją i dyktaturą, jaką jest Rosja. Sprowokowawszy miliony uchodźców z Ukrainy i Gruzji szukających schronienia przed jego wojną w krajach europejskich, a także setki tysięcy uchodźców z samej Rosji uciekających przed mobilizacją, zmusił ich do zobaczenia na własne oczy zalet życia w krajach europejskich i zalet demokracji. To zrodziło miliony zwolenników demokracji, Unii Europejskiej, przekonanych o zaletach NATO oraz europejskich i światowych organizacji międzynarodowych. Jednocześnie milionom ludzi otworzyły się oczy i zobaczyli zacofanie i niecywilizację Rosji. Sama Rosja doprowadziła do tego, że wiele osób traktuje ją z pogardą, jako kraj, który oszukuje własnych obywateli i prowadząc imperialistyczną politykę chce oszukać cały świat. I niech rosyjscy politycy krzyczą – „rusofobia”, a ludzie na świecie i tak już rozumieją, że rusofobiczna jest sama Rosja, która zaprzecza wszelkim wartościom i sama winna jest swoich kłopotów, zacofania i letargu…

WOŁODYMYR SYDORENKO: Ukraińcy uważają Polaków za najbliższy im naród

Prawie dwie trzecie (63%) Ukraińców uważa, że ​​historycznie są oni najbliżsi Polakom, 7% – innym narodom, a 17% jest niezdecydowanych. Tak wynika z badań Kijowskiego Międzynarodowego Instytutu Socjologii (KIIS), o których informuje strona internetowa RBC-Ukraina.  

Ankietę KIIS przeprowadził na zlecenie Ministerstwa Kultury i Polityki Informacyjnej Ukrainy wśród 2004 respondentów. Błąd statystyczny próby nie przekracza 2,2%. Jakie jeszcze wnioski płyną z tych badań?

Większość (60%) mieszkańców kraju postrzega 24 sierpnia 1991 roku jako dzień odzyskania przez Ukrainę utraconej niepodległości i państwowości, a jedna trzecia (32%) – że w tym dniu Ukraina po raz pierwszy uzyskała niepodległość. Dwie trzecie (64%) zgadza się ze stwierdzeniem, że Ukraina była kolonią Imperium Rosyjskiego. Ponad dwie trzecie (69%) mieszkańców kraju uważa, że ​​Ukraina jest ideologicznym następcą Ukraińskiej Republiki Ludowej, a 11% uważa, że ​​Ukraina jest ideologicznym następcą Ukraińskiej SRR.

Obecna wojna rosyjsko-ukraińska wywarła znaczący wpływ na postrzeganie własnej przeszłości: ponad dwie trzecie (68%) ankietowanych wskazało, że wojna zmieniła ich stosunek do historii Ukrainy. Najbardziej znaczącymi wydarzeniami historycznymi, które odegrały w przeważającej mierze pozytywną rolę, zdaniem większości, były (w porządku chronologicznym): powstanie Bohdana Chmielnickiego – 83% odpowiedziało, że wydarzenie to miało rolę pozytywną, powstanie Iwana Mazepy – 74%, istnienie Ukraińskiej Republiki Ludowej i konkurencja wyzwoleńcza lat 20. XX wieku – 67%, przejście Krymu do Ukraińskiej SRR – 70 %, rozpad ZSRR – 83 %, pomarańczowa rewolucja – 70%, Rewolucja Godności – 83%.

Według większości negatywną rolę w historii narodu ukraińskiego odegrały (kolejność chronologiczna): przyjęcie okólnika Valueva i dekretu z Ems zakazującego używania języka ukraińskiego, utworzenie ZSRR, kolektywizacja, II wojna światowa, Holokaust, wprowadzenie wojsk radzieckich do Afganistanu, obecna wojna rosyjsko-ukraińska.

Jednocześnie 12% respondentów wskazało, że najbliższymi im osobami są Rosjanie. I to pomimo faktu, że dla przypomnienia, pod koniec 2022 roku bezwzględna większość Ukraińców (98%) uważała rosyjskie władze polityczne za winne popełnienia zbrodni wojennych na Ukrainie, 96% respondentów wskazywało na rosyjski personel wojskowy, a 87 % odpowiedzialnością za to obarczało wszystkich obywateli Rosji.

Według innego badania, Ukraińcy uznali kulturę polską za najciekawszą spośród kultur europejskich, a 72% respondentów uważa, że ​​Polacy są kulturowo najbliżsi Ukraińcom. Świadczą o tym wyniki badania opinii publicznej przeprowadzone przez Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego wraz z ukraińską agencją Info Sapiens. Łukasz Adamski, zastępca dyrektor Centrum, doktor nauk historycznych, powiedział ukraińskiemu portalowi Zaborona:

„Badanie wykazało, że Ukraińcy są absolutnie zainteresowani polską kulturą, ale mówią, że wiedzą o niej za mało. Chociaż nie powiedziałbym tak – na zachodzie i w centrum Ukrainy odsetek osób prawidłowo identyfikujących takie postacie jak Adam Mickiewicz i Henryk Sienkiewicz jest dość wysoki. Oczywiście rozczarowujący jest fakt, że połowa Ukraińców nie potrafi wymienić choćby jednego znanego Polaka. Ale daje nam to możliwość i motywację do jeszcze większej pracy…”

Wielu Ukraińców chciałoby się uczyć polskiego. Co najmniej jedna trzecia obywateli twierdzi, że studiowałaby ten kierunek, gdyby dostępne były bezpłatne kursy. Do Polski przyjeżdżają nie tylko młodzi ludzie, którzy mają kontakty z polskimi obywatelami – to także emeryci i mieszkańcy terenów, którzy jeszcze przed wojną nie mieli szczególnej wiedzy o Polsce..

Łukasz Adamski uważa, że ​​wojna zwiększyła zainteresowanie Ukraińców sąsiadami. Jeszcze przed inwazją na pełną skalę, w latach 2014 – 2022, Polska zajmowała pierwsze miejsce w rankingach sympatii (takie badania społeczne prowadziła zwłaszcza grupa Rating). Procent poparcia wynosił wtedy około 55%. Teraz liczba zwolenników Polski wzrosła do 83 – 86%. A odsetek osób negatywnie nastawionych wynosi mniej niż 0,5%. Oczywiście dzieje się to na fali poparcia Polski dla Ukrainy, a po wojnie te wartości mogą nieco spaść. Ale generalnie z badań wynika, że ​​Ukraińcy chcą bardziej intensywnych relacji: zaprzyjaźnić się z Polakami, poznać kraj, także od strony turystycznej.

W badaniu zadano pytanie: który z terytorialnych sąsiadów wydaje ci się najbliższy kulturowo? Na liście znaleźli się Polacy, Białorusini, Rosjanie, Słowacy, Węgrzy, Rumuni i Mołdawianie. 72% respondentów wskazało Polaków jako naród bliski kulturowo. Białorusini zajmują drugie miejsce z wynikiem 6%, podczas gdy Rosjanie tylko 4%. A odpowiedzi udzielali także mieszkańcy tych regionów, które po części uważały się za część przestrzeni kulturowej Rosji i Białorusi. Teraz stali się zagorzałymi przeciwnikami rosyjskiej kultury.

Spośród wyników badania największe wrażenie na Łukaszu Adamskim zrobiło to, jak zmienia się stosunek Ukraińców do Polaków. „W tradycyjnych ukraińskich podręcznikach historii można przeczytać o tym, jak potężne było państwo ukraińskie – Ruś Kijowska. A potem ziemie ukraińskie znalazły się pod władzą Polski i Litwy, ukraińscy Kozacy walczyli o niepodległość Ukrainy. Polska szlachta stawiała opór, w wyniku czego ukraińscy chłopi i Kozacy znaleźli się w niewoli – rosyjskiej lub polskiej. Następnie rozpoczął się proces przywracania tożsamości ukraińskiej. Ale jeśli teraz zapytamy, jaki stosunek mają Ukraińcy do szlachty, do tradycyjnego wroga Kozaków, otrzymamy więcej odpowiedzi pozytywnych niż negatywnych. Oczywiście jako historyk wiem, że stosunek do Rzeczypospolitej Obojga Narodów zmienił się w ciągu ostatnich 30 lat, w szczególności dzięki pracy historyków ukraińskich. Okazuje się jednak, że część Ukraińców uważa Rzeczpospolitą Obojga Narodów za państwo wspólne z Polakami i pozytywnie ją ocenia. Taka sama postawa widoczna jest w ukraińskiej dyplomacji. We Lwowie Wołodymyr Zełenski podpisał deklarację prezydentów Trójkąta Lubelskiego, która mówi o Wspólnocie Narodów jako o wspólnej ojczyźnie…”

Łukasz Adamski uważa, że ​​Ukraińcy i Polacy mają wspólne tradycje kultury politycznej, które rozwijały się przez kilka stuleci. Ponieważ ludność Ukrainy znajdowała się nie w imperium moskiewskim, ale w Hetmanacie lub Rzeczypospolitej Obojga Narodów, Ukraińcom udało się zawłaszczyć podobne do Polaków elementy kulturowe. Na przykład prawo do oporu, prawo do obalenia rządu, który narusza podstawowe prawa…

Zdaniem Łukasza Adamskiego z historycznego i politycznego punktu widzenia Majdan, czyli pomarańczowa rewolucja, to był rokosz – „bunt”.

Dziennikarz serwisu zapytał Łukasza Adamskiego: „Co będzie po wojnie?”, ten zaś zadeklarował: „Jestem optymistą. Wojna nas zbliży, przyczyni się do pogłębienia współpracy. Generalnie jest to oczywista tendencja, że ​​Polska i Ukraina będą coraz ściślej związane”.

Episkopat Polski wydał dokument w sprawie występowania duchownych w mediach

Duchowni w imieniu instytucji kościelnych mogą wypowiadać się w mediach tylko za zgodą przełożonych. W środkach społecznego przekazu nie powinni występować w stroju świeckim. Msze święte mogą być transmitowane wyłącznie „na żywo” i nie powinny być retransmitowane. Takie m.in. zapisy znalazły się w nowym dokumencie Konferencji Episkopatu Polski określającym zasady występowania duchowych w mediach.    

„Dekret ogólny Konferencji Episkopatu Polski w sprawie występowania duchownych, członków instytutów życia konsekrowanego, stowarzyszeń życia apostolskiego oraz niektórych wiernych świeckich w mediach” zastępuje podobny dokument z czerwca 2004 roku. Jak czytamy na stronie Episkopatu Polski, jest on uaktualnieniem norm, które było konieczne z uwagi na ewolucję mediów w ostatnich latach, zwłaszcza rozwój mediów społecznościowych.

Konsultacje nad dokumentem trwały półtora roku. 30 marca 2023 roku został on promulgowany przez przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski abp. Stanisława Gądeckiego, wejdzie w życie 20 kwietnia br.

W pierwszym punkcie dekret podkreśla, że za stanowisko instytucji kościelnej można uznać jedynie wypowiedzi tych duchownych, osób konsekrowanych i członków stowarzyszeń życia apostolskiego, którzy działają z wyraźnego upoważnienia własnego przełożonego.

Dalej dokument zaznacza, że osoby duchowne wypowiadające się w mediach „powinni pamiętać, że są powołani do głoszenia nauki Chrystusa, a nie własnych opinii i poglądów, zwłaszcza takich, które mogą powodować zamęt, zgorszenie, wprowadzać podziały lub wywoływać negatywne emocje’. Zobowiązani są oni również do „wiernego przekazu nauki katolickiej zgodnej z doktryną głoszoną przez Urząd Nauczycielski Kościoła”.

Dekret zwraca również uwagę, iż w środkach społecznego komunikowania duchowni oraz zakonnicy i siostry zakonne powinni występować w stroju duchownym lub zakonnym.

„Profile i konta w mediach społecznościowych powinny jednoznacznie wskazywać, że należą one do duchownego, osoby konsekrowanej lub członka stowarzyszenia życia apostolskiego np. przez umieszczenie właściwego określenia w nazwie konta, fotografii w stroju duchownym lub zakonnym w tzw. zdjęciu profilowym, czy wyraźnej informacji w opisie konta” – czytamy dalej w dokumencie.

W dekrecie znalazł się również zapis dotyczący transmisji Mszy świętych, które stały się popularne w okresie pandemii. Mogą być one transmitowane wyłącznie „na żywo” i nie mogą być retransmitowane. Po zakończeniu liturgii zapis nie powinien być powszechnie dostępny. Dokument dopuszcza jedynie udostępnianie fragmentu celebracji, np. homilii.

opr. jka, źródło: Episkopat.pl

O pladze anonimowości dziennikarskiej pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Irytujące incognito

Gość w dom, Bóg w dom – mówi stare przysłowie. A nieprawda! Popatrzcie w jakiej formie serwują nam przekaz   – z konferencji prasowych – np. telewizje informacyjne. Do słuchania i oglądania. Otóż, na podeście z „sitkami” w ręku stoi dwóch-trzech eleganckich dżentelmenów w drogich garniturach lub dam w wytwornych garsonkach. Przed nimi tłumek, głosy którego słyszymy, ale nie widzimy. Owi i owe zadają pytania. A to przecież też, tak jak polityce goście w naszych domach – telewizorach. Jednak kto zacz nie wiadomo. Tylko po treści wypowiedzi dziennikarzy można domyśleć się czy to lewicowo-liberalny czy prawicowo-konserwatywny głos.

Przyszli licznie na spotkanie, by dostać informacje z pierwszej ręki. Niestety, traktuje się ich anonimowo. To tylko głosy, pytania mądre lub mniej, ostre i wyraźne lub lizusowate, głośno lub cichutko zadawane. Jak to zaprasza się w dom gości, a potem traktuje incognito? Cóż za brak wychowania i szacunku.

Czasem przedstawiają się przy zadawaniu pytania. Ale to za mało – powinniśmy ich nie tylko słyszeć – ale i widzieć. Wystarczy by jedna kamera pokazywała żurnalistów. Są uczestnikami show, niech będą w pełni. Przecież nie powinni wstydzić się swoich pytań. Brać na klatę odpowiedzialność. Z zawodowej paki.

Ci na podeście i ci niżej wspólnie tworzą widowisko. Zaproszeni mają pełne prawo głosu. Byle rzeczowo i krótko. Bez ględzenia. Ci, którzy się wystawiają zbierają punkty wyborcze, ci którzy pytają też podlegają ocenie. Chcemy wiedzieć kto nas reprezentuje.

Wiarygodność dziennikarska to ważna rzecz. Długo się ją zdobywa. I wcale się jej tak łatwo nie traci. Ludzie, jeśli komuś uwierzą i go polubią będą bronić. Dysponenci zdenerwowani „nieprawidłową” odpowiedzią prowadzącego program często zbyt pochopnie odstawiają go od anteny lub przenoszą w mniej ważne miejsce. Nie pada nawet wyjaśnienie, z jakiego to powodu. Telewidz może tylko się domyślać – czasem się złości, czasem traci wiarę we władzę. Dziennikarz ukarany rozważa: co mu się bardziej opłaca – siedzieć cicho, przecierpieć czy postawić się i zbuntować ryzykując wykluczenie z firmy. Pamiętam jak Jacek Żemantowski, idol w pewnym momencie wykluczony z anteny, powiedział mi: “do pierwszej ligi już się nie wraca”. Zawsze są wyczekujący na awans. I nie ma ludzi niezastąpionych.

A jednak długotrwałe pokazywanie człowieka i czynienie go w ten sposób popularnym to przecież inwestycja. To w wypadku głównych telewizji koszt milionów złotych. “Świeżutki”, poza anteną, musi się sporo nauczyć, nawet jeśli jest bardzo zdolny.

Często telewizje marnują takich zdolnych obsadzając niewłaściwie. Wyżej… nerek nie podskoczysz. Świadczy o tym chociażby srogość bijąca z twarzy spikerki robiącej w sporcie lub jej kolegów ubranych jak karawaniarze choć tematem dyskusji radość, bo mówią o sporcie.

Długo zastanawiają się pogodynki jak długą sukienkę założyć. Dużo też słów pada na naradach i planowaniach decydentów. Niestety tzw. mądrość zbiorowa często zamienia się w brak decyzji, opóźnia gdy stanowić trzeba szybko. Programy na żywo są zawsze lepsze i wciągające, montażowe to już widoczna jednak kastracja i ograniczenia cenzuralne. Rzeźbić oczywiście trzeba przy produkcji artystycznej. Gdy przygotowuje się ważny dokument artystyczny lub fabułę. Publicystyka, reportaż bieżący to szybkość przekazu i rzetelność. Tylko prawda jest ciekawa i wyzwoli. Inaczej gość w dom a gospodarze chodu.

Opis twórczości giganta literatury pióra PIOTRA TURLIŃSKIEGO: Sławomir Mrożek. Dramaturg (4)

Sławomir Mrożek zawsze podkreślał, że jest Krakusem, a Kraków uważał za centrum świata. A czyż można być prawdziwym „Krakowianinem” nie interesując się teatrem? Mrożek swój pierwszy obejrzany spektakl odchorował z emocji, o czym wspomina w „Baltazarze”. Później często w teatrach krakowskich bywał, co wówczas – i dzisiaj – jest obowiązkiem każdego krakowskiego inteligenta. To chwalebny obowiązek.

Mrożek grał nawet małą rolę w teatrze, mieszkał przez lata gimnazjum u Herdegenów, bo Leszek Herdegen był jego serdecznym przyjacielem. Temat teatru był więc cały czas obecny w młodzieńczym życiu Sławomira Mrożka. Później został recenzentem w krakowskim „Dzienniku Polskim”. Był też współautorem scenariusza filmu na podstawie baśni Jana Christiana Andersena. Jednak nie uważał tego scenariusza i samego filmu za sukces. Natomiast aktorski występ w dyplomowym filmie Janusza Majewskiego uważał Mrożek za dobry i pouczający.

Pierwsze poważne kroki w dziedzinie twórczości teatralnej stawiał na scenie awangardowego gdańskiego teatru Bim-Bom. Tak tamtą „sprawę” wspomina w „Baltazarze” …

BALTAZAR

Pod koniec roku (1957) pojawili się Cybulski i Kobiela. Byli w Krakowie i zaprosili mnie do drugiego programu, do teatrzyku Bim-Bom, który cieszył się rosnącą sławą wśród kabaretów w Polsce. Wczesną zimą 1958 znalazłem się w Sopocie, w Grand Hotelu. Teatrzyk Bim-Bom był międzyuczelnianym teatrzykiem w Trójmieście i pozostawał pod opieką wielu potężnych instytucji, takich jak ZMP, rada uczelni, rektorat i nieunikniona PZPR. Ale w tym czasie cenzura zelżała, prawie nie było jej widać, a Bim-Bom robił co chciał.

Teatr prowadzili Zbigniew Cybulski i Bogumił Kobiela, obaj byli zawodowymi aktorami, po krakowskiej PWST. W tamtych latach Grand Hotel był centrum towarzyskim Trójmiasta, w jego restauracji spotykali się miejscowi literaci, malarze, kompozytorzy. Wróćmy jednak do wspomnień Mrożka z „Baltazara”.

BALTAZAR c.d.

Mój tryb życia był następujący. Budziłem się około dwunastej w obszernym pokoju na drugim piętrze hotelu stojącego tuż nad morzem. Potem korzystałem z łazienki, której w Krakowie nie miałem. Następnie szedłem na śniadanie. Już podczas tego późnego śniadania zbierali się koledzy, znajomi i ludzie, których spotkałem poprzedniej nocy. (…) Moja praca polegała na siedzeniu w fotelu, na którym siedziałem, jedząc moje późne śniadanie. Przebywaliśmy w składzie: Kobiela, Wowo Bielicki, Fedorowicz, rzadziej Cybulski.

Siedzieliśmy godzinami, rozmawiając o czymkolwiek i niepostrzeżenie układaliśmy program Radości poważnej, bo taki program był z góry założony. Ten program wydawał się nam szczytem poetyckiej finezji, a w gruncie rzeczy mieścił się w ściśle określonej epoce. Przypominał chwyt publicystyczny „Socjalizm z ludzką twarzą”. Przez cały czas przysiadali się do nas różni osobnicy. Opowiadali parę nieistotnych zdarzeń, parę anegdot i znikali, ustępując miejsca kolejnym postaciom. Od czasu do czasu jeden z nas miał pomysł, opowiadał go innym, a oni najczęściej go odrzucali albo w wyjątkowych wypadkach godzili się na niego. (…) Według moich doświadczeń tak powstaje program kabaretowy.

Zbliżał się czas premiery i napięcie rosło. Z miasta dochodziły słuchy, że cała inteligencja wybiera się na premierę. Sekretariat nie mógł opędzić się od zamówień, artyści mieli coraz większą tremę. Ale największą miałem ja. Był to przecież pierwszy kabaret w moim życiu.

Gdy nadszedł uroczysty wieczór, zasiadłem – zbyt skromnie, jak się później okazało – wśród publiczności. Byłem pewien, że po zakończeniu spektaklu ktoś wywoła mnie na scenę i będę się kłaniał wśród braw, kwiatów i pięknych, a przychylnych mi kobiet.

Ale mylnie oceniłem autorską mentalność. Każdy autor tego przedstawienia chciał być pierwszy, a jeżeli to miałoby się nie udać, to mógł ostatecznie dzielić uznanie z jednym osobnikiem, no, może z dwoma, najwyżej z trzema, ale – na miłość boską – nie z czterema! Jeżeli więc któryś z nas usiadł na widowni i nie kwapił się do samodzielnego wejścia na scenę – tym lepiej dla wszystkich pozostałych.

A sukces był naprawdę wielki. Rzeczywiście nastąpiła burza oklasków, a piękne kobiety zwróciły się ku autorom, ale, niestety, nie w moja stronę. (…) Gdy tylko wysiadłem z pociągu w Krakowie, natychmiast olśniła mnie pewna myśl. Napiszę sztukę, wszystko jedno jaką, i sam będę zbierał laury. Co prawda do tej pory nie pisałem żadnej sztuki, ale tym razem miałem pewien projekt, który nijak nie pasował do opowiadania, ale na sztukę był w sam raz…

Oszałamiający debiut dramaturga

Tą pierwszą sztuką Mrożka była „Policja. Dramat ze sfer żandarmeryjnych”. Zabawne, choć też pouczające, były perypetie z jej sceniczną realizacją. Otóż Mrożek zaproponował sztukę Staremu Teatrowi w Krakowie. Po czym otrzymał od dyrektora teatru list, w którym ten przyznawał, że rzecz jest interesująca, ale niepozbawiona licznych błędów. Dyrektor widział wyjście takie: błędy, za poradą dyrektora „zostaną wykorzenione”, a sztuka będzie wystawiona pod nazwiskiem Mrożka i tegoż dyrektora.

Na szczęście Sławomir Mrożek zignorował tę szlachetną, bezinteresowną ofertę, wysłał sztukę do „Dialogu”, a Adam Tarn – ówczesny naczelny tego miesięcznika tekstów teatralnych – polecił ją Teatrowi Dramatycznemu w stolicy. „Policja” ukazała się w „Dialogu”, w roku 1958, i w tym samym roku odbyła się sceniczna prapremiera.

Sukces był niebywały. Jednego dnia Mrożek stał się powszechnie znany i ceniony. Mało tego, w ciągu dwóch lat „Policja” miał szesnaście premier zagranicznych. Naprawdę niewielu polskich autorów tak debiutowało! I tu dodajmy – i niewielu zrobiło tak wielką światową karierę.

POLICJA

W gabinecie Naczelnika Policji.

NACZELNIK POLICJI (stojąc kończy odczytywanie pisma) – … I niczego więcej, jak tylko zbrodni moich z największym wstrętem się wyrzekłszy – rządowi naszemu ze wszystkich sił , z czcią i miłością najwyższą po wsze czasy służyć i pomagać pragnę…” (siada, składa pismo)

WIĘZIEŃ – Niech pan nie chowa. Podpisuję. 

NACZELNIK POLICJI – Jak to?

WIĘZIEŃ – Po prostu podpisuję.

NACZELNIK POLICJI – Ale dlaczego? 

WIĘZIEŃ – Jak to dlaczego? Od dziesięciu lat przesłuchuje mnie pan, bada, więzi, codziennie od dziesięciu lat daje mi pan ten formularz do podpisu, a kiedy nie chcę, grozi mi pan przykrymi następstwami albo przekonuje, że powinienem podpisać. A kiedy nareszcie chcę podpisać, żeby wyjść z więzienia i służyć rządowi, to pan się dziwi i pyta, dlaczego.

NACZELNIK POLICJI – Ale tak nagle… bez przygotowania 

WIĘZIEŃ – Ja mam przełom, panie naczelniku.

NACZELNIK POLICJI – Jaki przełom?

WIĘZIEŃ – Przełom wewnętrzny. Ja już nie chcę walczyć z rządem.

NACZELNIK POLICJI – Jak to nie?!

WIĘZIEŃ – Zmęczony już jestem

NACZELNIK POLICJI – Nie spodziewałem się tego po was. Przestać walczyć z rządem! Stać się konformistą! I kto to mówi? Najstarszy więzień w kraju. (…)

WIĘZIEŃ – Mówię panu, że to już nie ma sensu. Gdybym nie był tak osamotniony ideologicznie, może bym ciągnął dalej. Ale pomyśleć, że cały nasz piękny, żyzny i spokojny kraj od dawna chwali (wstaje z miejsca na baczność) naszego Infanta i Jego Wuja Regenta. Wszystkie więzienia są puste i tylko ja, jeden jedyny… Jeżeli cały naród jest z rządem, przeciwko mnie, to coś w tym musi być. Mówiąc krótko, mamy bardzo dobry rząd i basta.

NACZELNIK POLICJI – A dlaczego to, jeśli laska, uważacie, że nasz rząd jest dobry?

WIĘZIEŃ – Panie naczelniku! Gdzie pan ma oczy! Przecież nigdy jeszcze w historii nasz kraj nie doszedł do takiego rozkwitu, jak obecnie. Z okienka mojej celi, jeżeli do niego przystawić pryczę, na pryczy postawić kubeł do góry dnem, stanąć na tym kuble i wspiąć się na palce – widać bardzo piękną łąkę, która każdej wiosny kwitnie różnymi barwami kwiecia. Otóż w porze sianokosów ma łąkę przychodzą rolnicy i koszą trawę. W ciągu ostatnich dziesięciu lat zauważyłem na ich twarzach wyraz zadowolenia, który przybiera na sile z roku na rok. Ale to jeszcze nic, panie naczelniku, Za łąką jest pagórek, a za pagórkiem, w ciągu ostatnich siedmiu lat, powstał zakład przemysłowy. Widzę komin, który często dymi.

NACZELNIK POLICJI – Jako wróg nierzetelnej informacji stwierdzam, że to jest krematorium.

Doprawdy, kiedy rozmawia się z wami w tej chwili, ma się wrażenie, że rzuciliście obarzanek na generała, a nie bombę. Czy nigdy nie przyszło wam do głowy, że (wstaje na baczność) nasz Regent, Wuj naszego Infanta (staje na spocznij) jest kretyn?

WIĘZIEŃ – (wstając z oburzeniem) Panie naczelniku!

NACZELNIK POLICJI – (hamując się) No dobrze, już dobrze! A więc to nie wy myślicie, że nasz Wuj Regent to stary zboczeniec?

WIĘZIEŃ – On? Ten czysty starzec?!

NACZELNIK POLICJI – No dobrze. Teraz proszę spojrzeć na naszego Infanta. Mały, co?

WIĘZIEŃ – Jak każde dziecko.

NACZELNIK POLICJI – Chcieliście powiedzieć: gówniarz, co?

Skąd POLICJA

Zacytowałem dość długi fragment początku sztuki, ale też jest to tak piękny tekst, że również i Państwo przeczytali go z uśmiechem – mam nadzieję.

Nie będę streszczał sztuki, powiem tylko tyle, że Sławomir Mrożek powiedział na temat państwa policyjnego – tak w Polsce, jak i na całym świecie – więcej i dogłębniej, niż niejeden z socjologów czy polityków. Mrożek nazwał rzeczy po imieniu – są państwa, które istnieją jedynie dzięki policji. I są to państwa tak bardzo policyjne, że gdy zabraknie prawdziwych więźniów politycznych, policja deleguje jednego ze swych ludzi, by grał rolę opozycji.

POLICJA jest teatrem absurdu, groteski, to pewne. Ale też jest teatrem prawdy namacalnej, doświadczonej przez autora i większość Polaków, w latach 1945-56. To nie jest teatr dla zabawy, jedynie ku uciesze. Policja bowiem rządziła państwem polskim w czasach młodości i wchodzenia w „wiek męski” autora.

Ten pierwszy utwór sceniczny Mrożka zapowiadał, że narodził się dla teatru autor, który ma społeczny słuch, rozumie nie tylko człowieka, ale także ludzi, społeczeństwo. I taki autorem Mrożek pozostał już do końca swego życia.

Emigracja

W roku 1963 Sławomir Mrożek wyemigrował, pozostał – z wycieczki Orbisu. Przez kilka lat mieszkał we w Paryżu, następnie osiadł w USA, Mieszkał także w Niemczech, Włoszech i Meksyku – na ranczo La Epifanía, w latach 1989–1996. W 1968 na łamach prasy francuskiej opublikował list protestujący przeciwko interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji, a w grudniu 1981 zaprotestował przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Tym zamykając sobie drogę powrotu do Polski

Do Polski wrócił dopiero w roku 1996. W 2002 przeszedł udar mózgu, którego wynikiem była afazja. Utracił możliwość posługiwania się językiem zarówno w mowie, jak i w piśmie. Dzięki terapii, która trwała około trzech lat, odzyskał zdolność pisania i mówienia. Efektem walki z chorobą jest jego autobiografia BALTAZAR.

6 maja 2008 Sławomir Mrożek zapowiedział ponowne opuszczenie Polski i osiadł w Nicei – dla klimatu, który bardziej miał sprzyjać jego zdrowiu. Z Polski wyprowadził się dokładnie miesiąc później – 6 czerwca 2008. Zmarł nad ranem 15 sierpnia 2013 w szpitalu w Nicei.

Tu trzeba powiedzieć, że Mrożka nie dotknęła przypadłość wielu literatów – emigrantów. Nigdy nie przestał być polskim pisarzem. Mówił, pisał i myślał w języku ojczystym. Więcej – udało mu się być wielkim propagatorem polskości, podnosząc to co rodzime do rangi uniwersum. W Polsce uważano, że tworzył swoje dramaty jedynie dla Polaków. Jednak po kilku kolejnych utworach, które zaczęto grać w świecie i dla świata, okazało się, że Sławomir Mrożek jest świetnie rozumiany w „szerokim świecie”. Naprawdę, niewielu polskim pisarzom to się udało.

TANGO

W Polsce recepcja początkowych utworów scenicznych Mrożka była taka, że uważano go za komediopisarza, uważając, że Mrożek w satyryczny sposób widzi naszą polska rzeczywistość. Jednak kolejne, coraz częstsze premiery w świecie dowiodły, że dzieła Mrożka mają o wiele poważniejszy wydźwięk. To w Europie i na świecie dostrzeżono dwoistość jego dzieł. To na Zachodzie zaważono, że pod maską żartów i dowcipów Mrożka kryją się poważne, niekiedy nawet przerażające diagnozy współczesności, a nawet opinie i refleksje kondycji człowieka w ogóle.

Jednym z pierwszych dramatów Mrożka, który otworzył mu sceniczne deski w świecie było TANGO. W Polsce publiczność i krytyka, przyjęła ten utwór jako doskonałą i dowcipną wiwisekcję życia w socjalizmie. Jednak dla świata TANGO było wspaniałym dramatem opisującym upadek starych wartości i klęskę młodości, opowiadającej się za rewolucją stosunków społecznych. Takie zresztą znaczenie nadała dramatowi „rewolucja młodych” lat 1967-1969.

W Polsce na takie głębokie odczytanie musieliśmy czekać dość długo, bo dopiero Jerzy Jarocki – wielki reżyser – dostrzegł w Tangu okrutną komedię, lub też tragedię podszytą komedią. W realizacji Jarockiego „starzy” uciekają w gry i zabawy, także w sztukę, ze strachu przed ostatecznym końcem życia. Ale młody buntownik Artur także ponosi klęskę, szukając sensu życia w rewolucji, umożliwiając jedynie Edkowi, prymitywnemu lokajowi, przejęcie władzy nad światem. To telewizyjne TANGO Jarockiego było dramatem o rozpaczy i braku jakiegokolwiek wyjścia w życiu – poza paniczną ucieczką w zabawę lub rewolucję.

Premiera telewizyjnej realizacji TANGA, w reżyserii Jarockiego, odbyła się w 2015 roku, i była to jedna z ostatnich sztuk, które Jerzy Jarocki reżyserował. Niestety krytyka nasza była jedynie zdziwiona. I bardzo niewielu – tak spośród ludzi teatru, jak z publiczności i krytyki – dostrzegło metafizyczną głębię, którą w TANGU Sławomira Mrożka dostrzegł Jerzy Jarocki.

To przykre, ale być może nadal jesteśmy nastawiani na żartowanie, jak rodzice Artura? By może boimy się serio rozmyślać i mówić o sensie ludzkiego bytu? Może jest w tym jakaś nasza polska niedorosłość?

EMIGRANCI

Jednak największą sławą spośród prawie czterdziestu scenicznych utworów Sławomira Mrożka cieszą się nieustannie EMIGRANCI. Ten niezwykle „minimalistyczny” dramat, bo ograniczony jedynie do dwóch antagonistycznych postaci, przedstawia tragiczny świat emigrantów. Obaj oni – inteligent i chłop, może robotnik, pochodzą z jakiegoś biednego kraju i żyją „w trzewiach” bogatego świata. Gnieżdżą się obaj w jakiejś piwnicy. Są obcy i nawet nie liczą na zostanie obywatelami tego kraju, do którego przybyli. Są w zupełności wyalienowani.

Inteligent wyjechał ze swojej ojczyzny, w poszukiwaniu wolności, chłopo-robotnik dla pieniędzy. Obaj są jednak równie nieszczęśliwi i obaj są skazani na porażkę. Mrożek – z przypisaną sobie przewrotnością – przez większą część utworu pozwala widowni bawić się mentalnością, światem duchowym i prostactwem chłopo-robotnika. Po to, by w finale ujawnić, że ów prostak ma jednak bogate, choć nieujawniane światu, bogate wnętrze. Sztuka kończy się rozpaczliwym płaczem obu bohaterów, bo obaj są rozpaczliwie przegrani.

We współczesnym świecie, w którym emigracja jest wielkim problemem, sztuka Mrożka znalazła i nadal znajduje teatry, chcące ją grać.

Dlaczego Mrożek?

Sławomir Mrożek miał wyczucie problemów świata. Jednak niczego nie kopiował, w niczym nie był tym kolejnym, który podejmuje problemy. Zawsze był pierwszy i oryginalny. Na tym także polega jego wielkość.

Dlaczego polecam czytanie tego co napisał Sławomir Mrożek?  Polecam dosłownie wszystko, co wyszło spod pióra Mrożka. Naprawdę warto, a może nawet trzeba. Bo nauki i refleksji nigdy dość.

 

Wspólny bohater przeciw Rosji – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI wspomina Wincentego Konstantego Kalinowskiego

22 marca 1864 r. w Wilnie władze carskie powiesiły Wincentego Konstantego Kalinowskiego, podczas powstania styczniowego komisarza Rządu Narodowego na Litwę. W 2019 r. został uroczyście pochowany na Rossie wraz z gen. Zygmuntem Sierakowskim i 18 innymi odnalezionymi bohaterami. Podczas obecnej inwazji Rosji na Ukrainę białoruscy ochotnicy walczący po stronie Ukrainy utworzyli batalion imienia Konstantego Kalinowskiego.

Przypominam sobie uroczystości sprzed czterech lat, w których wzięli udział przedstawiciele władz Polski, Litwy, Białorusi, Ukrainy i Łotwy. I choć strona białoruska oddelegowała jedynie wicepremiera, to na ulicach Wilna najwięcej było flag Białorusi: nie reżimu Łukaszenki, ale historycznych: biało-czerwono-białych, i flag Wielkiego Księstwa Litewskiego z symbolem Pogoni.

Wincenty Konstanty Kalinowski, Zygmunt Sierakowski – dowódca powstańczych oddziałów na Żmudzi – oraz ich osiemnastu towarzyszy broni zostało straconych między 3 czerwca 1863 r. a 22 marca 1864 r. na Rynku Łukiskim w Wilnie i pogrzebanych w nieznanym miejscu. Władze carskie bały się, że groby powstańców mogą stać się miejscem pamięci dla tych, którzy marzyli o wskrzeszeniu Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Szczątki bohaterów archeolodzy odnaleźli w 2017 r. na wileńskiej Górze Zamkowej. Dziś to miejsce czasem nazywa się wileńską „Łączką”. Dlaczego? Celem Moskali – podobnie jak później bolszewików – było wymazanie powstańców z pamięci. Wszystkich pogrzebano w tajemnicy przed rodziną i bliskimi, bez trumien i ze związanymi rękoma. Ciężarna żona Sierakowskiego musiała oglądać egzekucję męża, którego zaprowadzono na szafot mimo ciężkich ran odniesionych w bitwie.

W kancelarii gubernatora Michaiła Murawjowa „Wieszatiela” odnaleziono list nieznanej z nazwiska wilnianki, która obserwowała kaźń: „Oni sądzili, że bardzo nas przestrasza kara śmierci, a tu zupełnie inaczej się dzieje. Żądania ich nie otrzymały swojego skutku, bo miejsce obawy zastąpiła chęć zemsty i znacznie większa nienawiść”.

Uroczystości odbywające się w 2019 r. w trzech językach: polskim, litewskim i białoruskim, bardzo nie spodobały się Rosji, która do dziś uważa Powstanie Styczniowe za akt terrorystyczny, bunt w „Kraju Północno-Zachodnim Imperium Rosyjskiego”, a Kalinowski jest przedstawiany jako „koordynator polskich szlacheckich formacji bandyckich na terytorium Białorusi Zachodniej”. Propaganda Kremla podkreśla, że został słusznie skazany na śmierć jako „winny organizowania zaplanowanych mordów na rosyjskich (białoruskich) chłopach oraz prawosławnym duchowieństwie”.

Moskwa nie toleruje również tego, że Konstanty Kalinowski jest uważany za bohatera nie tylko w Polsce i na Litwie, ale wśród wolnych Białorusinów. Bohaterem walczącym przeciwko wspólnemu wrogowi: Rosji.

 

Wsparcie CMWP SDP dla decyzji Poczty Polskiej i PKN Orlen o wycofaniu z dystrybucji tygodnika NIE z prowokacyjną okładką

CMWP SDP wspiera decyzję Poczty Polskiej i PKN Orlen o wycofaniu z dystrybucji wydania tygodnika NIE z okładką, na której znalazł się wizerunek papieża Jana Pawła II, krucyfiksu i ukrzyżowanej na nim plastikowej lalki.  Decyzja ta jest uzasadniona i usprawiedliwiona wyjątkowo prowokacyjnym działaniem tygodnika.

W ocenie CMWP okładka  swoją treścią i przekazem narusza dobra osobiste katolików w postaci ich godności i prawa do niedyskryminacji oraz  w prowokacyjny i obrazoburczy sposób wzmaga przy tym poczucie zagrożenia katolików przy wykorzystaniu emocji potęgujących napięcia i konflikty  społeczne, także te, z jakimi mamy do czynienia po emisji reportażu „Franciszkańska 3” w telewizji TVN 24 i publikacji książki wydawnictwa Agora p.t. „Maxima culpa. Jan Paweł II wiedział”.  Działania takie są sprzeczne z etyką dziennikarską i elementarnym poszanowaniem wartości i autorytetów innych osób oraz mogą przyczyniać się do   wywoływania nienawiści lub  dyskryminacji. Decyzja o zaniechaniu dystrybucji mediów zawierających w/w treści jest w tym wypadku uzasadniona i usprawiedliwiona.

W ocenie CMWP SDP ogromne  znaczenie ma w tej sprawie to, iż tygodnik „Nie” wydawany jest przez spółkę Urma, której właścicielem i prezesem był Jerzy Urban, rzecznik prasowy komunistycznego rządu generała Wojciecha Jaruzelskiego odpowiedzialnego za wprowadzenie  w 1981 r. w Polsce stanu wojennego, w czasie którego życie straciło co najmniej kilkadziesiąt osób. Jerzy Urban to  założyciel i redaktor naczelny tego wyjątkowo bulwersującego pod względem języka i publikowanych treści tygodnika. Przez lata swojej publicznej działalności sprzeniewierzył się wielokrotnie zasadom zawodowej etyki dziennikarzy.  Jego znakiem rozpoznawczym był cynizm i prowokacje oraz chorobliwa, a z perspektywy czasu widać, że wręcz demoniczna niechęć do Kościoła katolickiego oraz osób konsekrowanych, księży  i sióstr zakonnych, a także katolików świeckich. Symbolem ofiar jego działalności jest ks. Jerzy Popiełuszko, do którego śmierci  przyczyniły się jego konferencje prasowe i wypowiedzi. Wielokrotnie bezpodstawnie i w wyjątkowo prowokacyjny sposób na łamach wydawanego przez siebie pisma atakował świętego Jana Pawła II. Jerzy Urban nigdy nie odpowiedział za swoje działania ani za nie nikogo nie przeprosił. Obecnie tygodnik NIE kontynuuje tę bulwersującą tradycję budowania swojej marki i pozycji ekonomicznej m.in. na bezpodstawnym szarganiu i atakowaniu  autorytetu Jana Pawła II , co jest wyjątkowo cynicznym sposobem korzystania z wolności słowa gwarantowanej przez państwo polskie. W ocenie CMWP SDP w polskim systemie prasowym na takie działania nie powinno być miejsca.

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP 

Warszawa, 20 marca 2023 r.

Konsultacje przedstawicieli Komisji Europejskiej na temat wolności słowa w Polsce z udziałem CMWP SDP

14 marca 2023 r. w ramach corocznego przeglądu stanu praworządności we wszystkich Państwach Członkowskich UE odbyły się konsultacje dotyczące Polski.  Do udziału w nich zostało zaproszone Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.  Spotkanie miało formę telekonferencji i odbyło się w ramach tzw. „wirtualnej wizyty krajowej”. Wzięła w nim udział dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP, wiceprezes SDP. 

13 lipca 2021 r. Komisja Europejska opublikowała swoje trzecie sprawozdanie na temat stanu praworządności w UE. Dotyczyło ono czterech głównych obszarów mających istotny wpływ na poszanowanie zasady praworządności: (1) krajowych systemów wymiaru sprawiedliwości, (2) ram antykorupcyjnych, (3) pluralizmu i wolności mediów oraz (4) kwestii instytucjonalnych związanych z mechanizmami kontroli i równowagi władz ważnych dla sprawnego funkcjonowania demokracji. Nowym elementem trzeciej edycji sprawozdania było wskazanie konkretnych rekomendacji dla krajów członkowskich w powyższych obszarach.

Uczestniczyli w nim m.in. eksperci KE  Nathalie Stockwell z Sekretariat Generalnego Komisji Europejskiej oraz Janina Berg reprezentująca HOME Migracja i Sprawy Wewnętrzne, a także Filip Skawiński i Magdalena Surowiec  z przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Warszawie.  Poza reprezentantem SDP w spotkaniu uczestniczyli Krzysztof Bobiński z Towarzystwa Dziennikarskiego, Paweł Czajkowski z Agora Group, a także Marek Traczyk i Maciej Styczeń.

W swoim wystąpieniu dr Jolanta Hajdasz podkreśliła, iż w Polsce istnieją wystarczające zabezpieczenia prawne, by zapewnić niezależność redakcyjną i pluralizm mediów, a  media jako całość odzwierciedlają najważniejsze poglądy i opinie polskiego społeczeństwa. Na pytanie :”Sprawozdanie na temat praworządności z 2022 r. odniosło się do pogorszenia środowiska zawodowego dziennikarzy. Czy ma Pan jakieś aktualne informacje na temat ram lub praktycznych aspektów związanych z dostępem dziennikarzy do dokumentów w Polsce? Jak oceniłby Pan praktyczny wpływ zalecenia z 2020 r. na bezpieczeństwo dziennikarzy?”  Jolanta Hajdasz udzieliła odpowiedzi, iż  w ocenie SDP od roku 2020 nie nastąpiło żadne pogorszenie warunków pracy dziennikarzy. Jeśli ma ono miejsce, to jest to wynikiem obiektywnych czynników zewnętrznych takich jak pandemia COVID i wynikające z niej ograniczenia, działania państw zewnętrznych np.  Rosja i Białoruś, które spowodowały kryzys migracyjny na granicy polsko białoruskiej i oczywiście agresja Rosji na Ukrainie i jej konsekwencje – inflacja i kryzys gospodarczy, na świecie w Europie i oczywiście w Polsce.  Pytana o poziom przejrzystości w alokacji reklamy państwowej  Jolanta Hajdasz potwierdziła iż w ocenie SDP w Polsce można monitorować trendy w alokacji reklamy państwowej i jest wystarczająco dużo danych, by monitorować trendy w alokacji tych reklam. Pytana o poziom transparentności własności mediów w Polsce, Jolanta Hajdasz odpowiedziała, iż : w Polsce problem dotyczy przede wszystkim własności mediów z udziałem kapitału zagranicznego, generalnie jest trudno to śledzić, a najwięksi właściciele mediów mogą  obejść obowiązujące przepisy np. na temat poziomu  koncentracji w mediach czy obowiązku posiadania maksymalnie 50 procent udziałów przez podmioty spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego. W mojej ocenie problem transparentności własności mediów występuje we wszystkich krajach w Europie, Polska nie jest tu wyjątkiem.  Na kolejne pytanie o to, czy po opublikowaniu raportu na temat praworządności za 2022 r. miałaby jakieś aktualne informacje na temat ewentualnych zmian/dyskusji legislacyjnych dotyczących działalności dziennikarzy i mediów w Polsce? Jolanta Hajdas zwródiła uwagę na problem rosnacej liczby procesów typu SLAPP wytaczanych dziennikarzom ( SLAPP, czyli akcja procesowa mająca na celu uwikłanie dziennikarza w długą i kosztowną procedurę sądową, a nie dotarcie do prawdy).  W Polsce takie procesy trwają nawet kilka lat – powiedziała Jolanta Hajdasz. Moja organizacja nieodpłatnie świadczy pomoc prawną wszystkim dziennikarzom, którzy się do nas zgłoszą , nie tylko naszym członkom. Oceniam, że liczba takich procesów SLAPP wzrosła w 5 ostatnich latach kilka razy. Nowe jest to, że media zagraniczne np. z bardzo ważnego na polskim rynku wydawnictwa niemiecko – szwajcarskiego Ringier Axel Springer Polska  i stacji TVN, której właścicielem jest koncern Discovery pozywają dziennikarzy do sądów za krytykę swoich publikacji. Media te żądają ogromnych sum odszkodowania po 100 tysięcy złotych od jednego dziennikarza, a nawet żądają w ramach zabezpieczenia powództwa cywilnego zakazu używania określonych sformułowań np. telewizja TVN kłamie, czy telewizja TVN manipuluje. Jest to forma  cenzury prewencyjnej , która jest zakazana w polskiej konstytucji. Te procesy jeszcze trwają , aktualnie jesteśmy obserwatorami w 3 takich sprawach z powództwa telewizji TVN, a w ostatnich 3 latach byliśmy obserwatorami 3 procesów wytaczanych dziennikarzom przez RASP. To powoduje efekt mrożący i działa negatywnie na całe środowisko dziennikarskie. Przedmiotem pozwów są dziennikarze mediów publicznych i prywatnych oraz te media.  

Telekonferencja  14 marca organizowana była w ramach krajowych konsultacji poprzedzających przygotowanie sprawozdania Komisji Europejskiej na temat stanu praworządności w UE w roku 2022 i 2023. Celem spotkania  opisanym w zaproszeniu była dyskusja nad problematyką ujętą w tym sprawozdaniu, w przypadku SDP była to tematyka dotycząca pluralizmu i wolności mediów w Polsce.   Spotkanie odbywało  się na poziomie technicznym.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: AdwoKaci bezpieki

– Jedyną szansą dla Ciebie jest współpraca z władzami. Ja wykonuję tylko instrukcje Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego – oświadczyła Alicja Pintarowa na pytanie mojego ojca, dlaczego przed komunistycznym „sądem” nie broni go, ale oskarża. „Pani mecenas” twierdziła bowiem, że Tadeusz Płużański jest szpiegiem i zdrajcą Polski, ale trochę tłumaczy go młody wiek i zasługi w czasie wojny.

W procesie grupy wywiadowczej rtm Witolda Pileckiego w marcu 1948 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie Pintarowa broniła także Marię Szelągowską. Obrona polegała na kłamliwych twierdzeniach, że jej klientkę usprawiedliwia to, że była kochanką rotmistrza (taką linię obrony wobec podejrzanych politycznie kobiet stosowali też inni komunistyczni adwokaci).

Dodatkowi oskarżyciele

Wywiadowcy rotmistrza Witolda Pileckiego nie przyznawali się do absurdalnych zarzutów szpiegostwa i przygotowywania zamachów na wysokich funkcjonariuszy MBP. „Bronili”: Mieczysław (Mojżesz) Maślanko, Edward Rettinger, Lech Buszkowski, Stanisław Sobczyński, Antonina Grabowska i Alicja Pintarowa. Wszyscy zastosowali zasadę „tak, ale”, np. Pilecki to „szpieg, ale z zasługami, bo w Oświęcimiu stworzył organizację wojskową”. Prosili o łagodny wymiar kary, ale w granicach aktu oskarżenia. (Mojżesz Maślanko też był w KL Auschwitz, o czym później.)

Historyk Wiesław J. Wysocki w książce „Rotmistrz Pilecki” pisze: „Zgodnie z ówczesnymi obyczajami obrońca nie tyle bronił oskarżonego, ile go tłumaczył. Kadził prokuratorowi, a oskarżonego przedstawiał jako bezwolne narzędzie. W ten sposób obrońca stawał się dodatkowym oskarżycielem pomocniczym w procesie”.

Pozory praworządności

W wyniku takiej „obrony” Maria Szelągowska i Tadeusz Płużański 15 marca 1948 r. zostali skazani na karę śmierci, zamienioną potem na dożywocie (to nie jedyna sprawa Pintarowej, w której zapadły wysokie kary, w tym „KS”). Wyroki wydał wcześniej dyrektor departamentu śledczego MBP Józef Goldberg -Różański.
Bo w procesach politycznych stalinizmu wyroki nie zapadały na sali sądowej, ale w zaciszu gabinetów. Komunistom służyli nie tylko sędziowie i prokuratorzy, ale również adwokaci. To, co wyprawiali na sali sądowej, było parodią obrony. Charakterystyczne, że w sprawach szczególnej wagi pojawiały się te same nazwiska, szczególnie Mieczysława (Mojżesza) Maślanki i Edwarda Rettingera.
Właściwie jedynym zadaniem stalinowskiego adwokata (w praktyce adwo-kata), prócz stwarzania – razem z prokuratorem i sędziami – pozorów praworządnego procesu, było nakłonienie oskarżonego, aby przyznał się do nie popełnionej winy. W zamian mógł (ale nie było to pewne) uratować głowę. Przyznać się – o to chodziło komunistom, aby mogli dalej prowadzić wojnę ze „szpiegami”, „faszystami” i „wrogami klasowymi”.

Skazany na karę śmierci Pilecki 25 maja 1948 r. został stracony w więzieniu przy ul. Rakowieckiej 37 w Warszawie.

„Bajoro zbrodni”

Gorzej, jeśli oskarżeni – tak jak wywiadowcy rtm. Pileckiego – nie chcieli się przyznać (jeśli nie ugięli się nawet podczas brutalnego śledztwa na UB, to co dopiero przed sądem). Tak było np. we wrześniu 1947 r., kiedy płk Franciszek Niepokólczycki, szef II Zarządu Głównego WiN, był sądzony przez WSR w Krakowie. Mieczysław Maślanko tak go „bronił” (nie negował zebranych w sprawie „dowodów”, powtarzając kłamliwe słowa oskarżyciela – płk. Stanisława Zarako-Zarakowskiego – o wywrotowej działalności), że bohater Polski Podziemnej został skazany na trzykrotną karę śmierci (wyrok szczęśliwie złagodzono potem na dożywocie, a w końcu na 12 lat).

Mieczysław Maślanko i Edward Rettinger („bronił” m.in. słynnego „Łupaszkę”, mjr. Zygmunta Szendzielarza, dowódcę 5 Wileńskiej Brygady AK, który też dostał „czapę” i 8 lutego 1951 r. został zamordowany na Rakowieckiej – tam gdzie Pilecki) należeli do najbardziej wziętych obrońców w procesach politycznych. Razem z mec. Antonim Landauem prowadzili prywatną kancelarię, zwaną od ich nazwisk „ReMLau”. Maślanko miał opinię, że interesuje się tylko tymi klientami, których rodziny mogą dobrze zapłacić. Jeszcze gorszą opinię – „wyjątkowej świni” – miał Henryk Nowogródzki, który brał krociowe sumy i nawet nie starał się udawać, że „broni” oskarżonych.

Kazimierz Moczarski, więzień bezpieki, autor słynnych „Rozmów z katem” w liście do Sądu Najwyższego skarżył się na Nowogródzkiego: „pierwszy mój obrońca (…) zamiast wykazywać moją niewinność, (…) zmuszony był swoiście mnie współoskarżać”. W sprawie „bronił” też Rettinger: „to było bajoro zbrodni (…), którego miazmaty dziś nam trują jeszcze duszę. To było bajoro zbrodni, gdzie zastygła krew lepi się jeszcze do rąk”. „Bronił” również Maślanko, który tak się zapędził, że porównał grupę Moczarskiego do gestapo i Abwehry, twierdząc, że „wszystkie te instytucje zostały powołane przez klasy posiadające, które chcą zatrzymać koło historii”.

Z wyroku MBP

Stefan Korboński, w 1945 r. Delegat Rządu na Kraj wspominał: „Różański postawił sprawę jasno: obowiązkiem rady obrońców [której przewodniczył Maślanko] jest gromadzenie dowodów przeciw oskarżonym. Sędziowie, chcąc stanąć po właściwej stronie tajnej policji politycznej, dzwonili do Różańskiego z pytaniem, jaki wyrok sugerowałby, będąc na ich miejscu. Różański odpowiadał lakonicznie: »pięć… dziesięć lat… dożywocie… kara śmierci«”.
Mimo, iż Pintarowa świetnie znała ten mechanizm, dziś ma czelność zeznawać w IPN: „Proces ten z punktu widzenia formalnego był bez zarzutu, sędziowie, prokurator zachowywali się w porządku, nie było żadnych ostrych słów, czy wycieczek pod adresem moich klientów”.

Tajna lista

Historyk Jerzy Poksiński w książce „My sędziowie nie od Boga” przytaczał zeznania jednego z najkrwawszych sędziów stalinowskich, płk. Mieczysława Widaja (szef WSR w Warszawie): „Nie dość, że była lista obrońców wojskowych, była jeszcze lista »tajnych« obrońców wojskowych, to jest dopuszczonych do spraw tajnych. Należeli do nich (…) adwokaci: Mieczysław Maślanko, Rozenblitt [Marian Rozenblitt, w sądownictwie polskiej armii w ZSRS, potem kierownik sekretariatu w Najwyższym Sądzie Wojskowym, razem z Maślanką i Rettingerem uczestniczył w jednej z kluczowych spraw stalinizmu – „bronił” generałów WP, oskarżonych o udział w tzw. spisku w wojsku], Benjamin Wajsfeld, Zygmunt Gross, Zieliński – było ich coś zaledwie 6 czy 7. (…) Gdy mi w 1952 r. tę listę przekazał tow. płk Warecki [Aleksander Warecki, kolejny szef WSR w Warszawie], przez pewien czas ją stosowałem, potem dowiedziałem się u płka Karlinera [Oskar Karliner, wiceprezes Najwyższego Sądu Wojskowego], że można ją odświeżyć przez odpowiedni wywiad w Miejskim Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie”.

Wynika stąd jednoznacznie, że lista obrońców musiała zostać zaakceptowana przez najważniejszy resort „ludowej” władzy – Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Jej wysoki funkcjonariusz Józef Światło potwierdzał: „Dla pewności zatwierdzani są tacy adwokaci, przeciwko którym bezpieka posiada kompromitujące materiały”. Starannie wyselekcjonowani, super usłużni adwo-kaci byli de facto kolejnymi mordercami sądowymi polskich niepodległościowców.