WALTER ALTERMANN: Pani Janda, czyli czego nie wypada

Wikipedia podaje, że Krystyna Janda jest aktorką filmową teatralną, reżyserką, prozaiczką, felietonistką piosenkarką. Jest też współzałożycielką i prezesem Fundacji Krystyny Jandy na rzecz Kultury (od 2004 r.) oraz dyrektorem artystycznym powołanych przez fundację Teatru Polonia oraz Och-Teatru w Warszawie. Ostatnio pani Krystyna Janda, udzieliła wywiadu, w którym znowu narzekała, że jest niedoceniana, biedna i ma kłopoty materialne.

Pani Janda jest naprawdę wybitną aktorką. I tu nie ma dyskusji. W jej dorobku są liczne wielkie role teatralne i filmowe.

Krystyna Janda – aktorka

Niezależnie jednak od talentu, który pani Janda ma, miała też po dwakroć szczęście i raz jedno duże nieszczęście. Jej pierwszym szczęściem był fakt, że debiutowała u tak wybitnego reżysera, jakim był Andrzej Wajda.

Drugim szczęśliwym dla niej faktem było to, że filmem, w kórym po raz pierwszy mogliśmy ją podziwiać był właśnie „Człowiek z marmuru”. Bo był to pierwszy polski film, mówiący wprost o głupocie, podłości i okrucieństwie tamtej władzy. I był to też film o ludziach niezłomnych, ceniących sobie prawdę i płacących za swój twardy charakter okrutną cenę.

Nieszczęściem pani Jandy jest natomiast to, że utożsamiła się z rolą Agnieszki. I teraz w prywatnym życiu ciągle gra tę bezkompromisową studentkę reżyserii filmowej. A to już dobrze nie jest, bo przecież ktoś inny napisał jej tę rolę – a był to Aleksander Ścibor-Rylski. I kto inny nadał tej roli sens, tworząc „cały świat tego filmu”, w którym pani Janda mogła grać – był to Andrzej Wajda.

Wieloosobowość pani Jandy

Utożsamienie się z rolą czasem aktorom się zdarza. Ale w przypadku pani Jandy mamy do czynienia z pewną niemiłą nutą w tej roli Agnieszki-Krystyny. Otóż odnoszę wrażenie, że pani Janda niejako wymusza na tzw. kulturalnej publiczności i władzach specjalne prawa i szczególne traktowanie. Gra bowiem w życiu kogoś, któremu się należy coś więcej niż innym… Na zasadzie –  bo to ja zagrałam Agnieszkę, ja, więc mnie należy się od życia więcej! I w tej grze na prawdziwe życie nie zauważyła, że przestała być jedynie aktorką, a stała się antreprenerem własnego teatru. A to jest ważna zamiana społecznej roli.

 Krystyna Janda – przesiębiorca teatralny

Zdaje mi się, że pani Janda nie zrozumiała do dzisiaj, że od kiedy założyła własny teatr, przestała być postrzegana jedynie jako aktorka. I pora, żeby wreszcie pojęła, że kierowanie teatrem, choćby iwłasnym jedynie, to zupełnie inna piosenka. Czy też mówiąc bardziej kulturalnie – zupełnie inna sprawa. I też, inaczej jest – jako antreprener – oceniana. Niedobrze, że pani Janda szachuje opinię publiczną swoim dorobkiem aktorskim. Bo jej aktorstwo i jej zdolności kierownia teatrem to dwie różne „przestrzenie”, jak mawiają młodzi dziennikarze.

Krystyna Janda – celebrytka z pretensjami

Naprawdę, osobie o tak wielkim dorobku artystycznym – jako aktorce – nie wypada mieć oczekiwań ponad miarę innych wybitnych aktorów oraz zwykłych ludzi, którzy ledwo wiążą koniec z końcemA tymczasem w mediach społecznościowych pełno jest pełnej pretensji pani Jandy. Tak zwana kulturalna publiczność musi się dowiadywać, niejako brać na co dzień udział w jej zmaganiach z życiem. A to, że córka nie ma pracy, że ma na utrzymaniu dużą rodzinę, że na prowadzenie swojego teatru dostaje za mało pieniędzy od władz.

Ostatnio powiedziała, że z biedy musi mrozić chleb. „Pochylmy się” – jak mówią ludzie uduchowieni, nad tym chlebem i wyjaśnijmy, że są jedynie dwa powody mrożenia chleba. Pierwszy – gdy okazyjnie uda nam się kupić chleb tanio, wtedy kupujemy chleba więcej i wkładamy go do zamrażalnika. Drugi – gdy kupimy za dużo, na przykład oczekując gości, a goście nie przyjdą i zostaje nam sporo chleba. Ponieważ pani Janda nie wyjaśnia dlaczego mrozi, więc zakładam, że realizuje ona politykę rządu, który twierdzi, że można kupić chleb niezwykle tanio. Ale skąd pani Janda wie, gdzie rząd kupuje chleb? Bardzo to dwuznaczna sytuacja.

W kapitalizmie – na własny rachunek

Coś mi się zdaje, że pani Janda ciągle żyje w socjalizmie. Oczekuje bowiem od władz nieustannego i wzrastającego wsparcia dla swych teatrów. Widać nie wie, że władze mają na utrzymaniu własne teatry, w których naprawdę przędzie się cienko. Zarobki aktorów, w większości teatrów polskich, są małe – taka jest prawda. Dlaczego więc władze miałyby uszczuplać środki przeznaczone na własne sceny i wspierać prywatne działania Pani Jandy?

Pora, żeby dotarło do Pani Jandy, że nikt jej nie zmuszał do zostania właścicielką teatru, czy nawet dwóch teatrów. To był jej wybór i jej ryzyko – jak to u przedsiębiorców bywa. No i chyba wie, jak głodowe mają emerytury gwiazdy polskich scen i filmów– choćby Beata Tyszkiewicz, która owszem mówi o tym, ale nie żąda od nikogo wsparcia.

Klasyka, czy nowe drogi teatru

 Gdyby pani Janda miała własną wizję teatru, którą chciałaby realizować, i której to wizji nie mogłaby w żadnej mierze oblec w teatralne ciało bez wsparcia władz, gdyby była poszukiwaczką nowych dróg teatralnych, nowych form wypowiedzi scenicznych… można by się jeszcze zastanawiać i rozważyć jej pretensje. Jednak pani Janda uprawia na własnych, całkiem prywatnych scenach teatr klasyczny, taki jaki można oglądać na wielu innych polskich scenach. Zatem argument artystyczny nie istnieje.

W PRL władze wspierały poszukiwania Jerzego Grotowskiego, Tadeusza Kantora, Józefa Szajny, Henryka Tomaszewskiego, Teatru Gardzienice i wielu innych nowatorów. Pomoc materialną miały też teatry stydenckie lat 60-tych i 70-tych.

Obecnie istniej w całej Polsce kilkadziesiąt prywatnych teatrów. Jedne mają stałe siedziby, inne wędrują – jak za czasów sprzed Bogusławskiego. Niektóre z tych prywatnych teatrów otrzymują wsparcie samorządów, ale żadna z tych prywatnych scen nie robi tyle dramatycznych scen, jak czyni to pani Janda.

Życzenia dla artystki

Być może ratunkiem dla pani Krystyny Jandy – mimo, że jest tak denerwująca w swych pretensjach – byłoby objęcie dyrektury któregoś z teatrów państwowych lub samorządowych. Mogłaby sama kształtować repertuar, dobierać zespół, a nawet sama występować. I tego jej życzę. Ale, przede wszystkim, życzę jej, żeby rozejrzała się wokół siebie, ale nie tylko po znajomych z  warszawskiej elity. Wtedy zobaczy, na jakim poziomie naprawdę żyją Polacy, może dostrzeże też, tragikomicznośc własnych pretensji do losu i wszystkich władz kraju.

Krótko mówiąc – życzę jej więcej realizmu, okraszonego ociupinką skromności. Bo tak jak jest z panią teraz – pani Krystyno – to trochę wstyd i naprawdę nie wypada.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja chce „badać” i kopiować zachodnią broń

Wojna na Ukrainie stała się dla Moskwy miejscem szpiegostwa zachodniej broni i „ośrodkiem szkoleniowym” rosyjskich konstruktorów do studiowania światowych osiągnięć w dziedzinie uzbrojenie.

Wojna w Ukrainie pokazała Władimirowi Putinowi jak bardzo zacofana jest rosyjska broń. Widać, że czołgi, samoloty, działa, transportery opancerzone, broń przeciwpancerna, broń piechoty i wszystko inne znacząco odstają od zachodniego sprzętu pod względem siły, zasięgu, celności i wydajność. Rosyjscy przywódcy oczywiście to rozumieją, ale nie chcą się do tego przyznać. Temat ten stał się nawet przedmiotem żartów. Pojawił się na przykład mem opisujący przestarzałą rosyjską broń hasłem „analogovnet”. I rzeczywiście uzbrojeniu temu nie jest daleko do „analogów” z drugiej wojny światowej.

Według brytyjskiego wywiadu Rosja w miarę wyczerpywania się własnych zapasów coraz częściej kupuje broń od innych państw objętych sankcjami, takich jak Iran czy Korea Północna.

Dlatego, jak poinformowała rosyjska agencja informacyjna „RIA Novosti”, na spotkaniu w sprawie rozwoju kompleksu obronno-przemysłowego Władimir Putin zobowiązał inżynierów i konstruktorów do zapewnienia rozwoju i produkcji, dostaw „środków klęski” dla żołnierzy, a także nakazał zbadanie zachodniej broni używanej w Ukrainie. Wojna na Ukrainie stała się zatem miejscem szpiegostwa zachodniej broni i „ośrodkiem szkoleniowym” rosyjskich konstruktorów i inżynierów do studiowania światowych osiągnięć w dziedzinie uzbrojenia.

Władimir Putin powiedział: „Organizacje kompleksu obronno-przemysłowego muszą zapewnić zaopatrzenie wojsk w niezbędną broń i sprzęt, środki do pokonania…” Jednocześnie podkreślił, że zamierza rozmawiać z przedstawicielami przemysłu zbrojeniowego o dostawach broni specjalnie dla wojsk stacjonujących w Ukrainie. Wezwał także do zbadania próbek zachodniej broni używanej przez ukraińską armię. „W ramach wsparcia obecnego reżimu w Kijowie, jak wiecie, rzucono praktycznie wszystkie zapasy arsenałów NATO, co oznacza, że ​​powinniśmy i możemy badać te arsenały oraz to, co tam jest i co jest użyte przeciwko nam” – powiedział prezydent Rosji.

Przemawiając na uroczystej imprezie poświęconej 15-leciu firmy naukowo-inżynieryjnej Rostec, która zajmuje się opracowywaniem broni, Władimir Putin stwierdził potrzebę wykorzystania zachodnich doświadczeń do poprawy właściwości rosyjskich produktów wojskowych. Jak poinformował wcześniej minister obrony Rosji Sergiej Szojgu, „specyficzne cechy” uzbrojenia NATO używanego przez Siły Zbrojne Ukrainy są brane pod uwagę w celu doskonalenia metod prowadzenia działań bojowych i zwiększania efektywności rosyjskiego sprzętu. Według ekspertów badanie zachodniej broni zwiększy zasięg, celność i skuteczność rosyjskiego uzbrojenia.

„Doświadczenie, które otrzymaliśmy i otrzymujemy podczas operacji specjalnej i zwalczania nowoczesnych zachodnich modeli sprzętu wojskowego, jest bardzo dobrym doświadczeniem, które należy wykorzystać do poprawy jakości, niezawodności i właściwości bojowych krajowych produktów wojskowych — powiedział Wołodymyr Putin. – „Oznacza to, że powinniśmy i możemy badać arsenały, to, co jest użyte przeciwko nam, jakościowo zwiększać nasze możliwości i na podstawie doświadczenia ulepszać nasz sprzęt, naszą broń. Należy to zrobić tak szybko i skutecznie, jak to możliwe”.

W sierpniu, przemawiając na otwarciu 10. Moskiewskiej Konferencji Bezpieczeństwa Międzynarodowego, Sergiej Szojgu powiedział, że rosyjscy specjaliści dokładnie badają zdobytą zachodnią broń. Według niego wyniki tych badań pomagają ulepszyć rosyjskie produkty. „Bierzemy pod uwagę osobliwości i specyficzne cechy zachodniej broni, aby udoskonalić metody prowadzenia operacji bojowych i zwiększyć skuteczność rosyjskiej broni” – powiedział Szojgu.

Eksperci, z którymi rozmawiali dziennikarze, uważają, że największe zainteresowanie rosyjskich specjalistów do spraw uzbrojenia budzą nowoczesne produkty zachodniego przemysłu wojskowego: kompleksy artyleryjskie, systemy bezzałogowe, sprzęt wywiadowczy i obserwacyjny, różne systemy rakietowe. „Dotyczy to przeciwpancernych systemów rakietowych i stanowisk walki przeciwpancernej oraz innych jednostek znaczącego uzbrojenia. Doświadczenie ich badań jest brane pod uwagę przy modernizacji kompleksów uzbrojenia, które już są w Rosji i tych, które będą rozwijane” – powiedział ekspert wojskowy Ołeksij Leonkow w rozmowie z Rush Today.

Możliwe, że Rosja użyje unowocześnionej, dzięki wojnie w Ukrainie, broni w nowych konfliktach, które rozpęta na świecie. W wywiadzie dla gazety „Krasnaja Zwiezda”, głównodowodzący rosyjskich sił lądowych Oleg Saliukow powiedział, że wszystkie rosyjskie produkty wojskowe, które są w służbie, przeszły testy bojowe w Syrii, a teraz są z powodzeniem używane w Ukrainie, potwierdzając jednocześnie, że mają wysokie parametry taktyczne i techniczne”.

W szczególności Saliukow dał wysokie oceny kompleksowi rakiet operacyjno-taktycznych „Iskander-M”. Z punktu widzenia dowódcy wojskowego jest to najlepsza broń na świecie w swojej klasie. Przypomniał, że może używać zarówno pocisków balistycznych, jak i manewrujących z jednej wyrzutni, „nie pozostawiając wrogowi żadnych szans w promieniu do 500 km”.

Dowódca sił lądowych zwrócił również uwagę na skuteczność bojową systemów przeciwpancernych Chrysanthemum-SP i Kornet, rodziny wieloprowadnicowych systemów rakietowych Tornado, zestawów przeciwlotniczych S-300B, Buk i Tor, systemów Msta-S samobieżnych haubic, zdolnych „działać jak„ burza ognia ”. Jego zdaniem wysokie zdolności bojowe mają rosyjskie pojazdy opancerzone i czołgi T-72, T-80 i T-90, z których większość przeszła już głęboką kompleksową modernizację. „Wszystkie nowe rosyjskie czołgi, zmodernizowane T-72B3 (M), T-80BVM i T-90M, a także zachodnie, są wyposażone w celowniki termowizyjne z automatycznym śledzeniem celu, co pozwala na ich użycie w nocy i przy trudnych warunkach pogodowych warunków, a także nowoczesne systemy kierowania ogniem” – powiedział Saliukow.

Ale to jest tylko ustna deklaracja. W praktyce wszystko wygląda inaczej. Pokazuje to choćby ten przykład. Według RFE/RL rosyjskie Ministerstwo Obrony podpisało umowę na dostawę co najmniej 50 opancerzonych gąsienicowych pojazdów terenowych „Płastun”. Ma je produkować w Nowosybirsku kompania jednego z kazachskich oligarchów, oskarżonego o oszustwo, który z tego powodu przeniósł się do Rosji. Jako były właściciel firmy związanej z fabryką VAZ, która produkuje samochody Łada, zaczął robić interesy w Rosji. Samochód pancerny „Płastun”, który zaproponował Rosjanom, został wykonany na bazie… Łady. Jednocześnie proponowana cena pojazdu terenowego (6 mln rubli, czyli 85 tys. dolarów) jest wyższa niż cena nowego Mercedesa klasy E czy Toyoty Land Cruiser 200 w salonach samochodowych w Moskwie.

Inżynierowie, którzy testowali „Płastuna”, zauważają wiele jego mankamentów: zagłówek fotela sięga tylko do łopatek kierowcy, dźwignia mechanicznej skrzyni biegów została nietypowo umieszczona po lewej stronie i jest tak krótka, że ​​trzeba się schylić, żeby ją dosięgnąć, nie można zmieniać biegów w ruchu. Jakość montażu auta mogłaby być lepsza: centymetrowe szczeliny w kabinie, okablowanie ściągane opaskami z węży ogrodowych. Zbiornik paliwa znajduje się bezpośrednio pod fotelami kierowcy i pasażera z przodu, komora akumulatora wbrew przepisom bezpieczeństwa nie jest oddzielona od wnętrza. Drzwi „skrzydła mewy” podnoszą się, więc nie ma możliwości umieszczenia ładunku na dachu pojazdu terenowego. Gdy samochód się przewróci, załoga nie będzie mogła się wydostać, ponieważ okna są zamknięte kratami ochronnymi.

Model objęty testem ma deskę rozdzielczą Łady, hamulce tarczowe UAZa, przełączniki i oświetlenie z różnych modeli Żiguli, kierownica z Nivy z jakiegoś powodu jest podgrzewana. Silnik „Płastuna” z Łady ma pojemność zaledwie 1,6 litra i moc tylko 106 koni mechanicznych. To konstrukcja z 1997 roku, która jest zbyt słaba do napędzania pojazdu terenowego o masie 2,5 tony.

 

PIOTR TURLIŃSKI: Zapomniany polski pisarz z Krakowa i Londynu (2)

Jest taki twórca, który przed II wojną światową był poważną osobistością polskiego życia literackiego. Człowiek wielu talentów, działający na wielu polach kultury i dziennikarstwa, a na każdym z nich sprawdzał się znakomicie.

Czytając życiorys Nowakowskiego można pomyśleć, że jego życia starczyłoby dzisiaj dla kilku ludzi. Był w Polsce międzywojennej kimś, kim w Polsce powojennej był Stefan Kisielewski. Był artystą, ale też felietonistą i pisarzem. A pisał językiem już dzisiaj rzadko spotykanym – jasnym i klarownym, nie wstydził się uczuć, ale bez zbytniej afektacji. I zawsze pisał „w sprawie”. Nie był pisarzem poszukującym nowoczesnej formy, ale też operował tak doskonale klasycznym językiem polskim, że potrafił nim wyrazić wszystko co mu chodziło. Był idealnym tworem swoich czasów. Odpowiedzialnym za życie społeczne polskim inteligentem.

O co mu chodziło? Zawsze o prawdę i krzywdę prostych ludzi, o Polskę, która byłaby dobrym domem dla wszystkich. Był z ducha XIX wiecznym socjalistą, takim socjalistą który uważał, że draństwo, głupota i cynizm elit są nie do przyjęcia, że Polski nie może zagrabić żadna elita, że chłopi i robotnicy muszą mieć większe prawa, w tym najważniejsze – prawo do edukacji i awansu społecznego.

Twórczość i postać Nowakowskiego w Polsce powojennej objęte były zmową milczenia, a wydawcom nawet nie przychodziło do głowy, żeby zabiegać o zgodę na druk jego książek. Z jednym wyjątkiem, gdy Wydawnictwo Literackie z Krakowa wydało – w latach sześćdziesiątych – jego wspomnienia z dzieciństwa. Ale też była to pozycja „niepolityczna”, za to bardzo krakowska.

Nowakowski napisał dwie książki przedstawiające w sposób sfabularyzowany własne dzieciństwo. Pierwsza z nich to „Przylądek Dobrej Nadziei”, w której opisuje swoje najwcześniejsze, chłopięce lata. Druga z pozycji wspomnieniowych, to „Rubikon” – w niej przestawia swą młodość z czasów szkoły średniej. Obie one w ujmujący, ale też dramatyczny sposób, ukazują jak kształtował się charakter pisarza, jaki miała na niego wpływ rodzina i jakie zjawiska społeczne formowały jego charakter i poglądy na świat.

Zapraszam teraz do przeczytania fragmentu „Rubikonu”.

Zygmunt Nowakowski, Rubikon.

Rozdział VII. „Czas” „Reforma” i „Naprzód”

W domu jest „Nowa Reforma”. Przedtem, ale to już bardzo dawno temu, był „Czas”, który prenumerowało się tylko dla babci. Babcia lubiła rubrykę „Przyjechali” i stale czytała, kto „zatrzymał się” w Grand Hotelu, kto w Saskim, kto Pod Różą, a kto w Drezdeńskim. Były jeszcze inne hotele, ale tych „Czas” nie wymieniał nigdy. A w Grand Hotelu stawali zawsze sami hrabiowie, czasem książęta nawet. (…) Przeważnie zaś były to nazwiska takie, przy których babcia zamyślała się, mówiąc:

            – Ciekawa jestem, czy to ci spod Humania? Mieli Borszczówkę, a ta Wyhowska to była z Grzybowskich. Babka Chłoniewska z Bereźnicy…

            W Drezdeńskim znowu stawali tacy, których nazwiska babcia wymawiała inaczej:

            – Jeden Zarzycki dzierżawił Perepol od Rzewuskich, a drugi był plenipotentem u Sanguszków. Ciekawa jestem, czy to z tych Zarzyckich?

            Lubiła babcia również czytać na głos nekrologi wielkich pań, zaczynające się od słów: „Pełna rzadkich cnót obywatelskich, po ruinie olbrzymiej fortuny kresowej, potrafiła stworzyć ognisko…” Szukała jednak przede wszystkim wiadomości o ślubach i weselach, o związkach małżeńskich, którym w takich wypadkach błogosławił biskup. (…) I czytała dalej na głos spis, zaczynający się od słów: „Wśród uczestników biesiady weselnej zauważyliśmy między innymi…” Potem szły toasty. I odczytywanie błogosławieństwa od samego papieża. Czasem zaś następował opis toalety i prezentów ślubnych, Nudziło mnie to coraz bardziej, a nawet mama słuchając, ziewała dyskretnie. A jednak trzymało się ten „Czas” dla babci.

            Potem babcia umarł i długo, bardzo długo nie było u nas żadnej gazety. Co najmniej przez jakieś trzy lata. Mama mówiła, że w żaden sposób nie może sobie pozwolić na zaprenumerowanie dziennika. I że my rośniemy, nie wiedząc o tym, co dzieje się na świecie. Gazeta jest w domu konieczna! Może za rok będzie lżej! Wszystko zależy od jednej, jedynej rzeczy…

            Wreszcie Bolek powiedział kiedyś, że mama zdała maturę. Po raz drugi. Bo pierwszy raz zdała jako panna, więc teraz w Radzie Szkolnej powiedzieli, że to już nieważne, i kazali powtórzyć. I mama z dala z odznaczeniem.

            Więc przy kolacji rozpoczęła się rozmowa o płaszczu Bolka, o tym, żeby przemalować salonik, że Janek dostanie zegarek. I o tym, że teraz już koniecznie trzeba coś zaprenumerować.

            Bolek sam, z własnych pieniędzy kupił jeden numer „Nowej Reformy” i numer „Czasu” . Dla porównania. Wtedy mama zdecydowała się prenumerować „Reformę”. Na próbę, tylko na jeden miesiąc. Potem zobaczymy.

            I „Czas” już nie wrócił do nas nigdy. Głównie przez Puzynę. Obierano właśnie nowego papieża i kardynał Puzyna na conclave zaprotestował imieniem Austrii przeciwko wyborowi Rampolli. Imieniem Austrii! On, kardynał, książę, biskup krakowski! Świństwo ostatnie! Już mu za inne rzeczy chcieli akademicy wybić wszystkie szyby w pałacu, ale teraz to naprawdę przebrała się miarka. Mama także straciła cierpliwość.

            – Chyba przez długi czas nie pokaże się w karecie na ulicach! Tego mu nikt nie daruje! Imieniem Austrii! Polski biskup! Wstyd!

            „Czas” nie pisał nic o tych sprawach, a „Reforma” właśnie w tym miesiącu, który był tylko „na próbę”, pełna była Puzyny. Więc stało się tak, że od pierwszego mama znowu zaprenumerowała „Reformę”, choć Bolek dwa razy przyniósł do domu „Naprzód” z artykułem, gdzie okropne rzeczy wypisywali na Puzynę. Mnie się to bardzo podobało, ale gdy Bolek podsunał mamie ten artykuł, mama powiedziała:    

            – O, co to, to nie! Stanowczo nie życzę sobie „Naprzodu” w moim domu!

I została „Nowa Reforma”.

Rodzony krakowiak

W aferze z kardynałem Puzyną chodzi o wybór papieża w roku 1903. Wtedy to włoski kardynał Mariano Rampolla, w czasie konklawe, otrzymał największą liczbę głosów, ale veto cesarza Franciszka Józefa I, zgłoszone poprzez kardynała Jana Puzynę udaremniło ten wybór.

Powiedzmy i to, że wszystko w obu powieściach dzieje się w metafizycznym Krakowie, który był wielką miłością Nowakowskiego. Już będąc na emigracji ciągle do niego wracał wspomnieniami. Widać, z tego co wtedy pisał i mówił na antenie Radia Wolna Europa, że kochał Polskę przez Kraków, tak jakby uważał, że to miasto jest sercem, kondensatem polskości.

Jest w naszej literaturze wiele wspaniałych inwokacji, więc poznajmy jeszcze i tę. A jest to inwokacja do Krakowa, otwierająca gawędy historyczne Zygmunta Nowakowskiego. Wygłaszał je w Radiu Wolna Europa, a w 1990 roku zostały wydane w kraju, przez Wydawnictwo Myśl. Noszą tytuł „Wieczory pod dębem”.

Zygmunt Nowakowski

Wieczory pod dębem. List do Krakowa

Opuściłem Kraków strasznie dawno temu, jednak potrafię jego plan z pamięci narysować. Dla mnie, który się wyjeździłem, o, wyjeździłem po świecie szerokim, Kraków to najpiękniejsze miasto. Nie ma takiego drugiego! Jak Boga kocham! Z daleka śpiewa mi hejnał, z daleka szumią skrzydła gołębi. Zza siedmiu tysięcy rzek, zza siedmiu tysięcy gór, zza trzynastu lat grają mi wszystkie dzwony krakowskie i odróżniam głos ich, że ten dzwoni z wyższej, a tamten z niższej wieży Mariackiej. Słyszę jak bije dzwon Zbigniew i jak bije dzwon, zwany Kowale. Czasem, czasem poprzez spienioną rzekę pamięci, gra mi Zygmunt. Niekiedy, zwłaszcza w dni mgliste, których Pan Bóg nie skąpi tej wyspie, gra mi z dala inny dzwon krakowski, ten, który bije wieczorami letnimi ze wzgórza Salwatora.

            I ciągle i zawsze jestem w Krakowie. Daję najświętsze słowo honoru! W Krakowie jestem! Wszystko inne to tylko jakiś niedobry sen. Nie byłem w Budapeszcie, Paryżu, Genui, Neapolu, nie byłem w Nowym Jorku, w Chicago, i nie byłem ponownie w Neapolu, w Genui, następnie Paryżu czy Lizbonie. Nawet nie byłem w Londynie. Tamto mi się śniło. Tamto nie istnieje. Tamto wszystko jest marą, a jawą jest tylko Kraków. Dla mnie i dla każdego krakowiaka, którego złe losy na wygnanie cisnęły.  

            Tęsknię okropnie. Jak pies na łańcuchu. Trzynaście z góra lat poza Krakowem! Ja! Ja, który mógłbym przez jego ulice iść z zamkniętymi oczami i nie zbłądziłbym ani nie potknął się, bo przecież znam osobiście każdy kamień i jestem z nim „na ty”. Ale żeby czegoś przypadkiem nie zapomnieć, robimy sobie często jakby powtórkę Krakowa, po porządku wymieniając kościoły, domy, pomniki, kółka na Plantach, nawet sklepy, ba nawet wszystkie szynki krakowskie. Gdy na wiosnę zakwitną kasztany w cudownie pięknych parkach londyńskich i gdy zacznie się sypać delikatny, różowy puch, stąpamy po nim, a wydaje się nam, że idziemy przez Planty…

Legionista, doktor filologii polskiej, aktor, dyrektor teatru, dramaturg, reżyser, powieściopisarz, felietonista

Zygmunt Nowakowski, właściwie Zygmunt Jan Błażej Tempka urodził się 22 01 1891 w Krakowie, zmarł 22 01 1963 w Londynie. Polski pisarz, felietonista, dziennikarz, aktor, reżyser teatralny, doktor filologii polskiej. Był synem urzędnika Błażeja Tempki i Heleny z Nowakowskich – nauczycielki – jednej z pierwszych kobiet studiujących na Uniwersytecie Jagiellońskim. Uczęszczał do Gimnazjum św. Jacka, a następnie Sobieskiego w Krakowie. Studiując na UJ polonistykę równolegle pobierał nauki w szkole dramatycznej. W roku 1911 Ludwik Solski zatrudnił go jako aktora w Teatrze im. Juliusza Słowackiego.

 

W 1914 wstąpił do Legionów Polskich. Po powrocie z wojny zaczął robić wielką karierę aktorską grając m.in. role: Poety w „Weselu”, Konrada w „Dziadach”, Hrabiego w „Nie-Boskiej komedii”, Don Ferdynanda w „Księciu Niezłomnym”. Zagrał więc prawie wszystkie największe role w polskich dramatach. W latach 1926–1929 był aktorem i dyrektorem Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Od 1930 był stałym felietonistą „Ilustrowanego Kurjera Codziennego”. Był też wiceprezesem KS Cracovia.

W 1935 został laureatem literackiej nagrody miasta Krakowa. W 1938 otrzymał medal brązowy Nagrody im. Leona Reynela za najlepszą sztukę minionego roku, którą została uznana „Gałązka rozmarynu”.

Od 1939 przebywał na emigracji. W latach 1940–1941 był członkiem Rady Narodowej Rzeczypospolitej Polskiej przy prezydencie Władysławie Raczkiewiczu. W latach 1940–1944 był redaktorem naczelnym „Wiadomości Polskich, Politycznych i Literackich”, redagowanych wspólnie z Mieczysławem Grydzewskim.

Po wojnie był wieloletnim współpracownikiem Radia Wolna Europa. Na antenie tego radia prezentował, między innymi, własne gawędy historyczne, które później wydano w postaci zbioru „Wieczory pod dębem”. W swoich tekstach prasowych i wystąpieniach posługiwał się często bardzo mocnymi określeniami i posądzeniami, wręcz obraźliwymi. Znana była np. jego silna niechęć do Zofii Kossak, którą oskarżał o to, że jest „agentką komunistyczną.

Zmarł w Londynie. Zgodnie z ostatnią wolą Nowakowskiego, w lutym 1968 urna z jego prochami została przewieziona do kraju i złożona na Cmentarzy Rakowickim w Krakowie.

Opowiadać o historii trzeba umieć

Bardzo wielu wykształconym historykom wydaje się, że wystarczy wiedza, żeby pociągnąć za sobą czytelnika. Nic bardziej błędnego. To dwa różne talenty, rzadko chodzące w parze. Wiedza i talent narracyjny naprawdę nieczęsto się z sobą spotykają.

Mnie szczególnie ujmują wspomniane „Wieczory pod dębem”. W nich, jak w staropolskiej gawędzie, przedstawia Nowakowski historię Polski. Pięknym językiem i z miłością. Ale przecież nie bezkrytycznie. Naprawdę mało jest w naszej literaturze opowieści historycznych tak żywych. Oczywiście poza Pawłem Jasienicą, ale te lektury są przeznaczone dla ludzi młodych i dorosłych. Natomiast „w kategorii dzieci i młodzież” przoduje z pewnością Nowakowski.

I dziwi mnie, że wszystkie – po roku 1990 – ministerstwa od nauki i edukacji nie zwróciły uwagi na ten tekst, który w sposób idealny może najmłodszych zaciekawić i na stałe zainteresować historią naszego narodu.

Na zakończenie tego przypomnienia postaci i dzieła, pozwalam sobie przytoczyć jeszcze jeden fragment z „Wieczorów pod dębem”.

Zygmunt Nowakowski

Wieczory pod dębem. Rozdział XXVII. Ślad bosej stopy

W szeregach powstania kościuszkowskiego znalazł się ktoś o nazwisku, które w pewnym znaczeniu stało się pierwszym polskim nazwiskiem i zaćmiło wszystkie inne na przestrzeni tysiąca lat naszej historii. Nazwisko to znane jest każdemu Polakowi, każdemu dziecku polskiemu.To ktoś, kto mówił, a zwłaszcza pisał po polsku aż do końca życia kiepsko, lub nawet źle.

            Był początkowo oficerem w służbie nie polskiej, ale saskiej. Matka jego, panieńskie nazwisko Lettow, pochodziła chyba z Niemców. Nie był katolikiem, ale protestantem.  W domu uczył się po niemiecku. Ożenił się z Niemką. W młodości miał przyjaciół Niemców. I – jakież to świadectwo siły zawartej w pojęciu Polski – ten człowiek, na przekór okolicznościom wychowania i otoczenia – nie został, ale był Polakiem do szpiku kości, w każdym uderzeniu serca, a nie w słowie. Henryk Dąbrowski miał w swoich żyłach krew polską, ale po matce  chyba więcej niż kroplę niemieckiej krwi.

            Jak wielu Polaków z końca XVIII wieku, Dąbrowski dał się sprowadzić na manowce Targowicy, ale zszedł z nich rychło na prostą, bitą drogę, której już nigdy nie opuścił i która zaprowadziła go do nieśmiertelności.

            Do powstania przystapił dopiero po wyzwoleniu Warszawy, ale przystąpił całą duszą, całym rozumem. Zameldował swe służzby Kościuszce, który odgadł w nim natychmiast świetnego żołnierza i mianował generał-porucznikiem. Zdobywszy te szlify generalskie umiał wkrótce dowieść, że był to awans zasłużony.

            Powstanie w Wielkopolsce i sukcesy tego powstania są dziełem Dąbrowskiego. On zdobył Bydgoszcz, on rusza aż pod Gdańsk i wszędzie, przy każdej okazji służy mu szczęśćie. Dąbrowski bije Prusaków i to bije ich tak, że później, po rzezi Pragi, po kapitulacji radoszyckiej, dowódca rosyjski Suworow, nie oszczędzi sobie tej przyjemności, by Dąbrowskiego wychwalać w rozmowach z… Prusakami. I właśnie Prusacy będą chcieli pozyskać tego generała, tego świetnego organizatora, jak starać się będzie pozyskać go też Suworow. Ale Dąbrowski nie był kondotierem, nie był żołnierzem najemnym.

            Sam król pruski, Fryderyk Wilhelm, występuje z zaszczytnymi i ponętnymi propozycjami, na które pada odpowiedź: „Gdy król pruski ogłosi się królem polskim, natenczas Dąbrowski stanie na czele wojska narodowego”…

Polskie dziedzictwo narodowe to także literatura emigracyjna

Mam nadzieję, że znajdą się pieniądze na wydanie dzieł, lub choćby pism wybranych Zygmunta Nowakowskiego. Pora przywrócić powszechnej świadomości dzieła tego wybitnego pisarza. Dziedzictwo historyczny, to także twórczość pisarzy emigracyjnych, lub po części emigracyjnych.

Myślę, że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego powinno zainteresować się postacią i twórczością Nowakowskiego, który ma w dorobku, między innymi takie pozycje jak:

Zbiory felietonów: Kucharz doskonały (1932); Stawiam bańki! (1936); Lajkonik (1938); Lajkonik na wygnaniu (1963). Powieści: Przylądek Dobrej Nadziei (1931); Start Edmunda Sulimy (1932); Rubikon (1935); Pani służba (1938); Błękitna kotwica (1939); Dzieła sceniczne: Tajemniczy pan (1924); Puchar wędrowny (1926); Gałązka rozmarynu (1937); Reportaże: Geografia serdeczna (1931); Niemcy à la minute (1933); Opowiadania: Złotówka Manoela (1937); Pędziwiatr (Duns 1945); Wspomnienia: Mój Kraków (Nowy Jorka 1946); Z księgi zażaleń pielgrzymstwa polskiego (Bruksela 1949).

 

 

WALTER ALTERMANN: Przestrzeń atrybutowa i czy można ją posiadać

Sprawozdawca meczu tenisowego Świątek – Pegula, 6 stycznia 2023 roku, stwierdza: „Serwis to jeden z najważniejszych atrybutów Polki”.

I mamy kłopot, bo atrybut to: 1. cecha jakiejś rzeczy, osoby lub zjawiska wyróżniająca je spośród innych; 2. przedmiot o charakterze symbolicznym, ściśle związany z życiem lub działalnością jakiejś postaci; 3. podstawowa cecha przedmiotu, bez której nie mógłby on istnieć lub byłby nie do pomyślenia; 4. część zdania określająca rzeczownik.

Atrybuty i atuty

Tłumacząc prościej. Atrybut to znak dookreślający jakąś postać, realna lub fikcyjną. Atrybutem Neptuna jest trójząb, trzymany przez niego w ręku, Zeusa – piorun, który Zeus trzyma w dłoni. Atrybuty świętych są bardziej skomplikowane, bo jeżeli widzimy figurę świętego, o którego nogi oparte jest koło, a u jego stóp leży lew, to nie znaczy, że ów święty był kołodziejem i hodował lwy, lecz że był łamany kołem, a finalnie został pożarty przez lwy na arenie rzymskiego Koloseum lub w innym amfiteatrze.

Zatem mocny serwis nie jest atrybutem panny Igi Świątek, lecz jej atutem, czyli mocną stroną jej gry. I to zapewne miał na myśli dziennikarz sportowy, a wyszło jak wyszło.

Natomiast atut to: 1. zaleta, możliwość lub argument, których umiejętne wykorzystanie może dać oczekiwany rezultat; 2. w grze w karty: kolor umownie przyjęty przez graczy, bijący wszystkie pozostałe kolory; też: karta w tym kolorze.

Wolałbym, żeby zamiast atutów i atrybutów sprawozdawcy mówili o silnej stronie gry, o ważnym i pewnym elemencie gry panny Świątek.

Milion w tę, milion w tamtą stronę

Pycha kroczy przed upadkiem. A upadek zaczyna się wtedy, gdy wydaje się nam, że już wszystko wiemy, wszystko możemy… Skromność i zdanie sobie samemu sprawy, że do ideału nam daleko jest odtrutką na pychę, a potem upadek.

Niestety na moich oczach, moja niegdyś ulubiona dziennikarka, pani Monika Olejnik, kroczy niechybnie ku upadkowi. Właściwie mogłoby z nią być, jak było, gdyby nie wojna na Ukrainie. Pani Olejnik, jak wielu innych dziennikarzy, nie mających o wojnie i wojsku bladego pojęcia, zaczęła zapraszać do swojej „Kropki na i” generałów i niższej rangi specjalistów. Gdyby jeszcze zadawała tylko im pytania, które wcześniej ktoś by jej pomógł spisać… Ale nie. Ona chce być aktywnym uczestnikiem dyskusji. I aktywnie prowadzi rozmowy, to znaczy, objawia swoje zdanie… Ale co ma robić, skoro prowadzi ja bardziej temperament niż refleksja.

Słynna była jej pomyłka, gdy zamiast mówić o rakietach balistycznych mówiła o rakietach batalistycznych. I jeszcze upierała się przy swoim.

W czwartek 19 stycznia 2023 roku, w kropce gościła generała. I gdy ów wysoki rangą dowódca zaczął mówić, że Rosja chce zgromadzić na kierunku południowej Ukrainy znaczne siły…

Wtedy ani Olejnik przerwała mu i powiedziała:

– Wiem, półtora miliona żołnierzy…

– Nie, nie – najdelikatniej jak tylko można powiedział na to generał – półtora miliona ma liczyć cała rosyjska armia, a na Ukrainę chcą rzucić 300-400 tysięcy ludzi.

Zastanawiam się, dlaczego pani Olejnik brnie w sprawy tak dalece jej obce, Naprawdę jest w Polsce 1000 spraw, które może poruszać. A ona jak zaczarowana brnie tę tysiąc pierwszą. Zakochała się w wojsku, wojnie i wojskowych? Ta miłość może ją przywieźć do zguby.

Posiadanie

Czytam na jednym z portali, że jakaś aktorka jest posiadaczką wielkiego talentu… Z posiadaniem jest w naszym języku kłopot. Posiadać można włości, ziemię orną, łąki, lasy i jeziora. Posiadać można też samochód, willę i mieszkanie. Jednocześnie można to wszystko – po prostu – mieć.

Jak by to ująć… Zdaje mi się, że „posiadanie” jest z pewnością silniejsze, mocniejsze od zwykłego „mieć”.  Jednocześnie są takie przypadki, gdy nie można powiedzieć, że ktoś posiada talent, lepiej i prościej jest powiedzieć, że ów ktoś talent – po prostu – ma. Można też mieć smykałkę do różnych rzeczy, nawet do złodziejstwa. Można mieć ból głowy, ale nie można posiadać bólu głowy.

W takim rozróżnieniu nadzwyczajnego „posiadać” i zwykłego „mieć” pomoże nam jedynie słuch językowy. Ale nikt z takim słuchem się nie rodzi, choć w dużej części można go wynieść z domu, przyswoić sobie z lektur klasyków… Z całą pewnością nie wykształcimy tego nieuchwytnego słuchu językowego oglądając telewizję, słuchając radia i czytając teksty na portalach internetowych. Tam bowiem panuje dzikość form i zwyrodnienie językowych obyczajów.

Są i wyjątki, bo można posiąść kobietę, co zapewne jest archaizmem, z czasów, gdy kobiety należały do mężczyzn, jak ziemia i stada. Strach dzisiaj o tym wspominać, w obawie przed zemstą feministek i stowarzyszonych z nimi burzycieli wszystkich dawnych norm.

 

 

Lutowe spotkanie Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP

Drugie w 2023 roku spotkanie Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP będzie filmowe. Gośćmi będą bowiem Michał OrzechowskiMaciej Maciejowski, członkowie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, filmowcy, autorzy filmu „Casus Beli. Po co komu ta wojna?”.

Spotkanie odbędzie się w środę, 1 lutego 2023 r., o godz. 17.00, w Domu Dziennikarza, przy ulicy Foksal 3/5 w Warszawie.

Serdecznie zapraszam na to interesujące spotkanie!

 dr Teresa Kaczorowska,

przewodnicząca Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP


Film „Casus Beli. Po co komu ta wojna?” w reżyserii Macieja Maciejowskiego (który jest także producentem kreatywnym) i Michała Orzechowskiego opowiada o mechanizmach rosyjskiej agresji na przykładzie ataku na Gruzję w 2008 oraz na Ukrainę od 2014 roku. Dokument zawiera unikalne i dotychczas niepublikowane zdjęcia z walk i okresu rosyjskiej okupacji Gruzji 2008 r. Kamery udokumentowały także zniszczenia z pierwszego dnia rosyjskiego ostrzału Odessy w kwietniu 2022 r. W ramach filmu zrealizowano ostatni wywiad z byłym prezydentem Gruzji Michaeilem Saakaszwilim przed jego powrotem do kraju i aresztowaniem. Saakaszwili pozostaje przez obecne władze Gruzji więziony w szpitalu pod ścisłym nadzorem policji.

Głównymi bohaterami „Casus belli. Po co komu ta wojna?” są zwykli ludzie dotknięci tragedią wojny. W filmie występują uczestnicy przedstawianych wydarzeń, poza b. prezydentem Gruzji, także Mamuka Mamulaszwili, twórca Legionu Gruzińskiego, gen. Roman Polko, Małgorzata Gosiewska, red. Tomasz Sakiewicz oraz wiele innych postaci i komentatorów z Polski, Gruzji, Ukrainy. Dokument pokazuje również postawę Lecha Kaczyńskiego wobec rosyjskiego ataku na Gruzję.

Realizacja filmu rozpoczęła się w 2020 roku. Podczas zdjęć na terenie Gruzji ekipa filmowa zachorowała na Covid 19. W 2021 i 2022 r. udało się zrealizować zdjęcia w Polsce i na Ukrainie. W międzyczasie nastąpiła kolejna fala rosyjskiej agresji przeciw Ukrainie przewidywana przez twórców filmu.

Przedpremierowa emisja tego dokumentalnego filmu odbyła się 22 czerwca 2022 r. w gmachu Sejmu, pod honorowym patronatem wicemarszałek Małgorzaty Gosiewskiej. Wśród gości wydarzenia byli m.in. ambasador Polski w Gruzji Mariusz Maszkiewicz oraz ambasador Gruzji w Polsce Zurab Beridze.

„Casus belli. Po co komu ta wojna?” wyświetlany był już w Instytucie Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, na pokazie dla młodzieży w warszawskiej dzielnicy Ochota, dla Klubów Gazety Polskiej, a także w TVP Dokument (TVP jest jego koproducentem wraz z niezależną wytwórnią Sało Prodakszyn) oraz na festiwalach: na International Art Film Festival w  Batumi w Gruzji  i na Festiwalu NNW w Gdyni (w konkursie w kategorii „Dokument międzynarodowy”).

 

Rozpoczął się proces dziennikarza Andrzeja Poczobuta. Reaguje polskie MSZ

Przed sądem w Grodnie, w poniedziałek 16 stycznia rozpoczął się proces Andrzeja Poczobuta, dziennikarza, działacza Związku Polaków na Białorusi. Jest on oskarżony o „rehabilitację nazizmu”, „podżeganie do nienawiści” i wzywanie do sankcji przeciwko Białorusi, grozi mu nawet 12 lat więzienia.

Proces ruszył po prawie dwóch latach od aresztowania Poczobuta. W poniedziałek do budynku sądu w Grodnie, gdzie odbywa się rozprawa, przybył polski charge d’affaires na Białorusi Marcin Wojciechowski. Jednak jak poinformował na Twitterze, rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Łukasz Jasina, nie został on wpuszczony na salę rozpraw.

Sąd podjął decyzję, że proces będzie się toczył za zamkniętymi drzwiami.

Reżimowa białoruska agencja Biełta przytacza słowa Marcina Wojciechowskiego, który miał powiedzieć, że jest w Grodnie jako dyplomata i osoba prywatna.

– Chciałam tu być. Chciałem wesprzeć ludzi, którzy przyszli i samego Andrzeja Poczobuta, który jest moim przyjacielem i znajomym. Jest obywatelem Republiki Białoruś, ale był i jest przedstawicielem mniejszości polskiej na Białorusi – podkreślił.

W związku z rozpoczęciem procesu Poczobuta oświadczenie wydało polskie MSZ. Stwierdziło w nim, że zarzuty formułowane przeciwko dziennikarzowi i działaczowi Związku Polaków na Białorusi „są nieprawdziwe i motywowane politycznie”.

„W ocenie MSZ aresztowanie oraz proces Andrzeja Poczobuta stanowi kolejny przejaw instrumentalnego wykorzystywania wymiaru sprawiedliwości wbrew wszelkim standardom demokratycznym oraz jeden z elementów antypolskiej kampanii prowadzonej przez władze Białorusi” – czytamy w oświadczeniu.

Resort spraw zagranicznych ponownie zaapelował o uwolnienie Poczobuta i wycofanie zarzutów wobec niego.

Andrzej Poczobut przebywa w areszcie od 25 marca 2021 roku.

opr. jka, źródła: belsat.eu, belta.by, MSZ

 

 

Zmarł Marek Gaszyński, wieloletni dziennikarz muzyczny Polskiego Radia

Nie żyje Marek Gaszyński, dziennikarz i prezenter muzyczny przez wiele lat związany z Polskim Radiem, autor tekstów piosenek. Miał 83 lata.

Informację o śmierci dziennikarza przekazała w niedzielę rano Polskiej Agencji Prasowej jego żona Anna Gaszyńska.

„Mimo troskliwej opieki zmarł dzisiaj w szpitalu o godz. 4.30 Marek Gaszyński. Przegrał walkę z chorobą. Kochał muzykę, kochał życie i towarzystwo przyjaciół. Zmarł wspaniały człowiek, mąż, ojciec i dziadek. Całe swoje życie zawodowe poświęcił Polskiemu Radiu” – napisała.

Marek Gaszyński urodził się 14 czerwca 1939 roku w Warszawie. Był absolwentem Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Warszawskiego. Radiową karierę rozpoczął w Rozgłośni Harcerskiej, w której pracował od 1958 do 1962 roku Następnie związał się z Polskim Radiem, gdzie przygotowywał audycje muzyczne. Pisał również do prasy codziennej i muzycznej artykuły o tej tematyce.

Tworzył teksty piosenek. Był autorem utworu śpiewanego przez Czesława Niemena „Sen o Warszawie”. Pisał również m.in. dla Czerwonych Gitar  („Nie zadzieraj nosa”, „Szukam tamtej wiosny”), Wojciecha Gąssowskiego („Gdzie się podziały tamte prywatki”), Breakoutu („Wołanie przez Dunajec”), Gangu Marcela („Ojciec żył, tak jak chciał”) i Haliny Frąckowiak („Za mną nie oglądaj się”). W sumie Gaszyński napisał teksty do ponad 150 piosenek.

opr. jka, źródło: pap.pl

O niuansach w społecznym przekazie pisze CEZARY KRYSZTOPA: Zakaz wątpliwości

Prowadziłem ostatnio na Twitterze pewną dyskusję. Temat dyskusji nie jest w kontekście tematu, który chce poruszyć taki istotny, ale dla pełnego obrazu napiszę, ze dotyczyła planów przekazania przez Polskę Ukrainie Leopardów.

Jestem zwolennikiem pomocy Ukraińcom na różnych poziomach. Sam używam argumentu o tym, że lepiej, aby nasz sprzęt osłabiał Rosjan za Dnieprem, niż gdyby musiał na Bugu. Prywatnie też przyjmowaliśmy Ukrainki uciekające przed wojną w mieszkaniu po babci. Z drugiej strony uważam, że skoro wojna nie jest grą na konsoli, tylko może realnie dotknąć na przykład naszych dzieci, mamy obowiązek brać pod uwagę nie tylko optymistyczne, ale również pesymistyczne scenariusze. Dlatego nasza pomoc nie może przekraczać granicy krytycznego uszczuplenia własnych zasobów. A dziś po oddaniu kilkuset sztuk ciężkiego sprzętu, w tym wielu czołgów, Leopardy są filarem naszych wojsk pancernych (tak, chodzi o kompanię, czyli maksymalnie kilkanaście czołgów, ale my już oddaliśmy sporo, a zanim uzupełnimy braki minie przecież jakiś czas i kto nam zagwarantuje, że jeśli PiS nie utrzyma władzy, to zakupy nie pójdą do szuflady?). Podobne opinie wyrażali również eksperci, tym bardziej ośmieliłem się w dość łagodnych słowach wyrazić wątpliwość.

Pewne zjawisko

Rany, co to się zaczęło, zostałem i ruską onucą i szurem i nie pamiętam kim tam jeszcze. Ale nie o to chodzi, po szkole Salonu24 nie unikam nawet i ostrej dyskusji, a przecież wielu dyskutowało ze mną również grzecznie i nikomu nie ośmieliłbym się odmówić prawa do własnego zdania. Rzecz w czym innym. Przy okazji bowiem ułożył mi się w głowie obraz pewnego zjawiska, które przecież nie zaczęło się wczoraj, ale jakby nabiera rozpędu.

Ostatnio można je było zaobserwować w ogniu wojny o COVID-19. Opinia publiczna podzieliła się na dwie ostro skonfliktowane grupy (z chlubnymi wyjątkami rzecz jasna), które (a obrywałem od obydwu, więc wiem o czym mówię) nie potrafiły znieść żadnych wątpliwości. Jeśli ktoś jakąś wyraził, zostawał mordercą, terrorystą lub zajobem. Uczciwie trzeba przyznać, że tylko jedna z tych grup dysponowała absolutną przewagą medialną, polityczną i finansową.

Ani „won!” ani „hura!”

Teraz podobne zjawisko obserwuję w kwestii wojny na Ukrainie. Jedni wołają „ukry won”, bez sensu przecież, bo w tym miejscu mapy i czasu w jakim się znajdujemy, warunkiem naszego istnienia jest nasza aktywność i budowanie wpływów w regionie, a jakby to brutalnie nie zabrzmiało, ta wojna, choć straszna jak każda wojna, zupełnie przebudowała międzynarodową układankę na naszą korzyść.

Inni znów gotowi byliby oddać Ukrainie wszystko. Ja rozumiem ludzki odruch serca, ale w polityce nie o to chodzi. Naszą optyką musi być zawsze optyka polska, a naszym aksjomatem nasz interes narodowy. A, że znajdujemy się na etapie tzw. „ciekawych czasów”, to poszukiwanie właściwiej ścieżki na drodze do jego realizacji, z pewnością nie jest łatwe i musi być skomplikowane, nie da się go streścić ani słowem „won!”, ani słowem „hura!”. To nawet nie taniec na linie, to taniec na stojących na sztorc szablach.

I wiecie co? Przede wszystkim nie da się jej odnaleźć zagłuszając wątpliwości. Pozbawieni wątpliwości jesteśmy skazani na sklerozę, odporność na argumenty, złą ocenę sytuacji, a ostatecznie na podejmowanie niewłaściwych decyzji.

Agentura wpływu istnieje realnie, kiedyś łatwo dało się wychwycić rusycyzmy w komentarzach, dziś lepiej się wyszkolili, ale naprawdę, nie każdy kto ma wątpliwości to zaraz „ruska onuca”, nie dajmy się zwariować.

Watykanistka Valentina Alazraki Crastich doktorem honoris causa UPJP2 w Krakowie

Uniwersytet Papieski Jana Pawła II w Krakowie przyznał tytuł doktora honoris causa Valentinie Alazraki Crastich, watykanistce, korespondentce w Rzymie m.in. meksykańskiej telewizji Noticieros Televisa.

Valentina Alazraki Crastich urodziła się Meksyku, korespondentką w Rzymie została w 1974 roku. Przez 48 lat swojej pracy relacjonowała najważniejsze wydarzenia watykańskie m.in. śmierć Pawła VI, wybór Jana Pawła I i Jana Pawła II, cały jego pontyfikat, wybór i rezygnację Benedykta XVI, wybór i podróże papieża Franciszka.

Uniwersytet Papieski Jana Pawła II w Krakowie uhonorował Alazraki doktoratem honoris causa m.in. za „wzorowy sposób wykonywania zawodu dziennikarza, który traktuje jako swoją życiową, społeczną i eklezjalną misję, powszechnie cenioną i nagradzaną, stając się jednocześnie znaczącym głosem we współczesnym Kościele i świecie” oraz za „bezprecedensowy i modelowy sposób ukazywania osoby, magisterium oraz sprawowania urzędu biskupa rzymskiego przez św. Jana Pawła II, stając się w ten sposób ważnym przykładem dla innych dziennikarzy”.

W laudacji ks. prof. dr hab. Michał Drożdż, dziekan Wydziału Nauk Społecznych UPJPII, podkreślił, że meksykańska dziennikarka szczególny szacunek i miłość okazała Janowi Pawłowi II, odbyła z nim 100 spośród jego 104 zagranicznych pielgrzymek, co jest wyjątkiem pośród watykańskich korespondentów.

Valentina Alazraki Crastich, w wygłoszonym lectio magistralis, przyznała, że wydarzeniem, które określiło całe jej życie zawodowe, ludzkie i duchowe, był pierwszy lot jaki odbyła jako 24-letnia początkująca dziennikarka z nowo wybranym papieżem Janem Pawłem II do jej rodzinnego kraju, Meksyku.

opr. jka, źródło: upjp2.edu.pl

WOŁODYMYR SYDORENKO: Jak rosyjskiej armii nie udało się zrobić Putinowi prezentu na Nowy Rok

Putin marzył, aby przed Nowym Rokiem rosyjska armia zajęła Bachmut. O te ukraińskie miasto w Donbasie od pół roku toczą się zaciekłe walki.

Prezydent Rosji Władimir Putin przed rozpoczęciem nowego, 2023 roku nie miał powodów do optymizmu. Odwołał tradycyjną już doroczną konferencję prasową, odmówił z naruszeniem konstytucji wystąpienia przed parlamentem z dorocznym orędziem. Analitycy tłumaczyli to bardzo prosto – Putin nie miał o czym mówić, nie miał żadnych, nawet fikcyjnych powodów do optymizmu. Jednak bardzo chciał odnieść małe zwycięstwo. Dlatego rozkazał jednostkom armii rosyjskiej zająć przed Nowym Rokiem ukraińskie miasto Bachmut w Donbasie, które Rosjanie nazywają po starodawnemu Artemiwśk, na cześć Artema, słynnego dowódcy wojsk rosyjskich podczas wojny domowej na początku ubiegłego wieku. Aby zapewnić sobie to małe zwycięstwo, na Donbas przerzucono jednostki prywatnej armii Prigożyna, zwane „wagnerowcami” i wysłano posiłki spośród niedawno zmobilizowanych na „mięso armatnie” Rosjan.

Nie udało się jednak przełamać oporu armii ukraińskiej broniącej od pół roku Bachmutu. Rosjanie rzucali do ataku nowe szeregi bojowników, ale nie mogli przebić się przez ukraińską obronę. Kolejni atakujący żołnierze nacierali bezpośrednio nad zwłoki poprzedników, ale pole było tylko gęściej pokryte nowymi trupami.

Takich wiadomości nie można było przekazać przed Nowym Rokiem Putinowi. Wtedy armia uciekła się do trywialnego oszustwa. Czasopismo „Wojennoje deło” („Sprawy wojskowe”) nagle napisało: „Rosyjscy spadochroniarze przedarli się przez obronę Sił Zbrojnych Ukrainy i weszli do Artemiwśka”. Notatka głosiła, że „jednostki armii rosyjskiej na południe od Artemiwśka przedarły się przez obronę ukraińską i wkroczyły do ​​miasta… Jednostki powietrznodesantowe weszły do ​​​​miasta od strony południowej, a siły rosyjskie przedarły się również do Kleschiivki na południe od Artemiwśka”.

Artykuł został natychmiast przedrukowany przez rosyjską gazetę rządową oraz inne media, w tym te na Krymie. Czasopismo „Military Observer” napisało, że „jednostki rosyjskie wkroczyły do ​​ Artemiwśka (Bachmut). Odnotowuje się, że w szturmie na miasto biorą udział siły PKW „Wagnera”, a także jednostki rosyjskich sił powietrznodesantowych…”.

W ten sposób rosyjskie media bawiły się tym kłamstwem przez kilka dni. Nie wiadomo, czy fałszywy przekaz dotarł do Putina i jak cieszył się ze „zwycięstwa”, jak nagradzał „zwycięzców”, ale po kilku dniach prawda wyszła na jaw.

Już 3 stycznia niezależne media podały, że „według wywiadu brytyjskiego okres najsilniejszej ofensywy sił rosyjskich pod Bachmutem już minął i dalsze sukcesy Rosji w tej dziedzinie, przynajmniej w najbliższej przyszłości, są mało prawdopodobne. Czytamy o tym w przeglądzie brytyjskiego Ministerstwa Obrony o wojnie na Ukrainie. Wywiad zauważa, że ​​około połowy grudnia rosyjskie wojska i najemnicy z Grupy Wagnera zwiększyli częstotliwość ataków piechoty na pozycje wokół miasta, ale zapewnili bardzo niewielkie wsparcie piechoty. „W ciągu ostatnich 10 dni Ukraina skierowała znaczne posiłki do obrony tego sektora i wydaje się, że częstotliwość ataków sił rosyjskich zmniejszyła się w porównaniu ze szczytem w połowie grudnia (…). W nadchodzących tygodniach jest mało prawdopodobne, aby Rosja była w stanie osiągnąć znaczący postęp w pobliżu Bachmutu” – napisano w sprawozdaniu.

Do zaprzeczeń dołączył Jewgienij Prigożyn, założyciel rosyjskiej prywatnej armii. Kremlowska propaganda opublikowała wideo z wymówkami tego zbrodniarza wojennego. Próbował wytłumaczyć, dlaczego jego najemnikom od ponad pół roku nie udaje się zająć Bachmutu. Według niego szturm tylko na jeden dom w tym rejonie może trwać „tygodniami”. Każdy dom to forteca… Co to znaczy przebić się przez obronę? Przebić się przez obronę to zająć jeden dom, a za tym domem – nowy dom i nową obronę. To są linie obrony… może nawet 500. Co 10 metrów jest nowa linia obrony – stwierdził Prigożyn.

I tak Władimir Putin został bez prezentu na nowy rok 2023…