SDP: Rosyjscy propagandyści udający dziennikarzy powinni być osądzeni jak zbrodniarze wojenni!

24 sierpnia reprezentanci Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wydali oświadczenie potępiające rosyjskich propagandystów, którzy w rosyjskich mediach nakręcają spiralę nienawiści wobec napadniętej przez Moskwę Ukrainy.

W środę wieczorem oświadczenie zaczęły cytować m.in. ukraińskie media (na końcu publikacji).

 

Oto treść oświadczenia:

 

W związku z trwającą od pół roku barbarzyńską rosyjską  inwazją na niepodległą Ukrainę, jako reprezentanci Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, po raz kolejny domagamy się wyciągnięcia odpowiedzialności za zbrodnie popełniane tam na ludności cywilnej nie tylko wobec bandytów w rosyjskich mundurach, ale i „dziennikarzy” – propagandystów sprzyjających kremlowskiemu reżimowi. Propagandystów nie tylko dezinformujących światową opinię publiczną w sprawie krwawej agresji Moskwy na Ukrainę, ale też zachęcających do walki z Ukraińcami w imię imperialistycznych interesów Putina i jego popleczników. 
 
Rosyjscy funkcjonariusze propagandowi, którzy udają dziennikarzy, tacy jak m.in.: Margarita Simonian, Władimir Sołowiow, Dmitrij Kisieliow, Olga Skabiejewa oraz wielu innych, powinni – po upadku Putina – być osądzeni jak zbrodniarze wojenni!
 
To tylko przykłady kłamców i prowodyrów wojennych, którzy udają dziennikarzy. To najbardziej znane twarzy rosyjskiej propagandy. Niestety, jest ich dużo więcej i biorąc pod uwagę fakt, że w Rosji teraz w ogóle nie ma wolnych mediów.
 
Oszustwo, dezinformacja a nade wszystko podżeganie do nienawiści, do zabijania niewinnych ludzi w niepodległym kraju, nigdy nie będą uważane za dziennikarstwo a ośrodki rosyjskiej propagandy nigdy nie staną się mediami. Dlatego światowe organizacje dziennikarskie oraz krajowe stowarzyszenia medialne powinny nieustannie wywierać wpływ na demokratyczne rządy i instytucje międzynarodowe, aby wobec oczywistej konieczności przygotowania trybunałów dla siejących terror na Ukrainie bandytów z rosyjskiej armii, uznać za zbrodniarzy wojennych także propagandystów rosyjskich zachęcających w kremlowskich mediach do agresji na Ukrainę i próbujących usprawiedliwiać masowe mordy, gwałty i rabunki.
 
Krzysztof Skowroński – prezes SDP
Jolanta Hajdasz – wiceprezes SDP
Mariusz Pilis – wiceprezes SDP
Hubert Bekrycht – sekretarz generalny SDP
Aleksandra Tabaczyńska – skarbnik SDP

 

Oświadczenie SDP w UKINFORM: TUTAJ.

 

Oświadczenie SDP w UA News: TUTAJ.

 

 

O hodowli ludzi, tym razem, pisze SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Tam, gdzie usuwa się książki

Problem ze znakomitym podręcznikiem „Historia i Teraźniejszość” profesora Wojciecha Roszkowskiego polega na tym, że przełamuje on lewicowo-postępowy chaos w myśleniu o człowieku i o społeczeństwie sączony intencjonalnie w umysły młodych ludzi od lat w Europie Zachodniej, czy coraz częściej w USA. Właśnie dlatego jest znakomity, że orientuje bieguny proponując kontynuację sprawdzonego porządku. Właśnie dlatego jest znakomity, że w syntezie przedstawia fakty z punktu widzenia tradycji i konserwatyzmu, potępiając nazizm, komunizm, przestrzegając przez konsekwencjami nowej odsłony marksizmu, który wykrzykując „wolność”, w istocie zawsze chce tylko jednego – całkowitej władzy nad jednostką i całkowitego jej zniewolenia.

Podręcznik wzbudza więc histeryczną nienawiść, bo pokazuje młodym ludziom, że mogą doskonalić się szanując tradycję i pisząc nowe karty historii na rozumnym gruncie. Że mogą i mają obowiązek pisać dumną historię świadomą samodyscypliną, przeciw anarchii. Duma to jednak rzecz niebezpieczna, dumnymi ludźmi niełatwo manipulować…

Jest rzeczą naturalną, że w tej wojnie światów, wojnie ideologii podręcznik będzie przechodzić, i przechodzi, próby wyśmiania i zohydzenia. Zajmę się jednym aspektem, jedną próbą zohydzenia „HiT”, tak zwaną sprawą „in vitro”. Roszkowski w swoim podręczniku, w rozdziale „Kultura i rodzina w oczach Zachodu” napisał między innymi o niewypuklanych faktach dotyczących zachodnich pisarzy i intelektualistów, takich jak Jean-Paul Sartre. O ile młodzi ludzie zazwyczaj wiedzą, że wspaniałym, kawiarnianym egzystencjalistą był, o tyle nowością może być dla nich, że był także pieskiem Stalina tuszującym jego zbrodnie i wielbiącym ZSRR. O ile młodzi ludzie podziwiać mogą skondensowaną metaforę zawartą w „Starym człowieku i morzu” Ernesta Hemingwaya, o tyle pewnym zaskoczeniem może dla nich być, że ten silny mężczyzna był po prostu ruskim agentem. Ale nie tego się postęp w tym rozdziale czepia.

Polityk, prezydent Poznania, członek Platformy Obywatelskiej, Jacek Jaśkowiak zaapelował publicznie do nauczycieli: „Drogie nauczycielki, drodzy nauczyciele! Zwracam się do Was z gorącym apelem: Nie korzystajcie z podręcznika do „HiT” autorstwa prof. Wojciecha Roszkowskiego. Zawiera on wiele dyskryminujących, nieprawdziwych czy wręcz haniebnych treści dotyczących m.in. in vitro” I dalej: „Skorzystajcie z tego prawa, by chronić naszą młodzież przed fałszywym przekazem i indoktrynacją, na którą nie ma miejsca w poznańskich szkołach. Poznań jest miastem tolerancyjnym, otwartym dla każdego. Nie wyobrażam sobie, żeby ten szkodliwy i kłamliwy twór kształtował światopogląd młodego pokolenia poznanianek i poznaniaków”.

Takich słów, utrzymanych w tonie najwyższego oburzenia, z taką właśnie argumentacją było mnóstwo, a pozwoliłem sobie zacytować słowa akurat Jacka Jaśkowiaka, ponieważ są pigułką. Na co Jacek Jaśkowiak i jemu podobni tak emocjonalnie się oburzyli? Co takiego w tym samym rozdziale o in vitro napisał Roszkowski? Nic. Bardzo mi przykro, ale o in vitro Roszkowski nie napisał nic, wiem, ponieważ czytałem i to ze zrozumieniem. Jeszcze raz, bo może komuś umknęło. Profesor Wojciech Roszkowski odsądzany jest od czci i wiary z powodu jego podejścia w podręczniku, do in vitro niczego nie napisał o in vitro i to sformułowanie w ogóle nie pada. Niemożliwe? Możliwe, wiem, bo czytałem. Co więc naprawdę napisał profesor Roszkowski, co stało się obiektem ataków?

Napisał: „Coraz bardziej wyrafinowane metody odrywania seksu od miłości i płodności prowadzą do traktowania sfery seksu jako rozrywki, a sfery płodności jako produkcji ludzi, można powiedzieć hodowli. Skłania to do postawienia zasadniczego pytania: kto będzie kochał wyprodukowane w ten sposób dzieci? Państwo, które bierze pod swoje skrzydła tego rodzaju +produkcję+? Miłość rodzicielska była i pozostanie podstawą tożsamości każdego człowieka, a jej brak jest przyczyną wszystkich prawie wynaturzeń natury ludzkiej. Ileż to razy słyszymy od ludzi wykolejonych: nie byłem kochany w dzieciństwie, nikt mi nic nie dał, więc sam sobie muszę brać.” Koniec cytatu.

Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby te słowa interpretować w kontekście in vitro. Dlaczego? Bo te dzieci są właśnie chciane, bo te dzieci są właśnie wyczekiwane, bo te dzieci są upragnione, bo te dzieci są otoczone miłością od samego początku, bo te dzieci są noszone przez matki przez 9 miesięcy i już wtedy naturalnie kochane. Zacytowane słowa prof. Roszkowskiego odczytałem jako sprzeciw przeciw takim praktykom jak klonowanie, sprzeciw wobec „sztucznych macic”, jako sprzeciw wobec rzeczywistej masowej hodowli ludzi, do czego technologia w najbliższym czasie będzie zdolna, albo już jest w niejawnych laboratoriach.

Hodowla ludzi, masowa i pozbawiona miłości jest problemem, z którym świat będzie się musiał zmierzyć podobnie jak z genetycznym modyfikowaniem ludzi. Zmierzyć także na płaszczyźnie prawnej i etycznej. Na przykład, czy można hodować ludzi na organy? O co więc cała ta histeria w sprawie in vitro w „HiT”. O nic. Taki problem nie jest w książce poruszany. Ale histeria już zadziałała, bo bywa silniejsza od rozumu. Już słyszę głosy, że książkę trzeba wycofać, że ten fragment musi być usunięty. Bzdury. Niebezpieczne bzdury. Tam, gdzie usuwa się książki, niebawem będzie usuwać się ludzi.

O sprawach najważniejszych znowu pisze WALTER ALTERMAN: Czy istnieje powinność literatury?

Ojczyzna moja wolna, wolna…
Więc zrzucam z ramion płaszcz Konrada.
Ojczyzna w więzach już nie biada,
Dźwiga się, wznosi, wstaje wolna.

Na cóż mi zbędnych słów aparat,
Którymi szarpał rany twoje?!
By ciebie zbudzić, już nie stoję
Nad twoim trupem jako Marat.

Poezjo, tyżeś na kurhany
Kazała klękać, jątrząc ranę,
Wodząc przed oczy rozkochane
Delije, pasy i żupany.

I cóż mi zrobić teraz z mową,
Która, zbłąkana w tej manierze,
W pawęże bije i puklerze,
Ojczyznę wzywa: wstań na nowo!

Odrzucam oto płaszcz Konrada:
Niewola ludów nie roznieca
Płomienia zemsty! – Pusta heca!
Gdzie indziej żagiew moja pada!

Ten interesujący nas dzisiaj cytat pochodzi z wiersza „Czarna wiosna” Antoniego Słonimskiego. Wiersz powstał w roku 1919. Można powiedzieć, że tym utworem Słonimski, a także Julian Tuwim i Jan Lechoń – jako Skamandryci – witali niepodległość, żegnając jednocześnie 123 lata rozbiorowej niewoli. Skamandryci mocno weszli w polską literaturę, stali się objawieniem prawdziwej sztuki, u progu odzyskanej niepodległości.

Rozumiejąc obowiązki, jakie nieśli na barkach polscy pisarze w czasach rozbiorów, jednocześnie młodzi poeci w 1919 roku mówili: dosyć. Zapowiadali teraz literaturę o ludziach, o zwykłych człowiekowi, ale zawsze niezwykłych uczuciach, radościach, smutkach i cierpieniach. Tak rozumieli podstawową powinność literatury.

Polak – obywatel czy człowiek

O dziwo nie był to pierwszy bunt literatów wobec tzw. obowiązków obywatelskich. Przecież moderniści, twórcy Młodej Polski mieli niejako wypisane na sztandarach odejście od literatury społecznej, ich pierwszych interesował tylko człowiek. Ten człowiek był Polakiem, to oczywiste, ale przede wszystkim czującą, wrażliwą osobą ludzką.

O dziwo, można powiedzieć, że literaci Młodej Polski, a potem twórcy grupy Skamander nadali polskiej literaturze – od czasu rozbiorów – europejski charakter. Oni wprowadzili polską sztukę na powrót do Europy i świata.

Gwoli prawdy trzeba przypomnieć, że Lechoń, Tuwim i Słonimski wspaniale zdali egzamin z polskości w latach trzydziestych, po dojściu do władzy w Niemczech Hitlera, oraz w czasie wojny i okupacji. Zatem nie można powiedzieć, że ta wielka trójka polskiej międzywojennej poezji była wynarodowiona czy kosmopolityczna. Oni chcieli zagospodarować teren, sferę przynależną literaturze od zawsze. I świetnie to robili, tchnęli nowego ducha w polską poezję, dali jej nowy wymiar. Gdy jednak nad światem zawisły czarne chmury, ci sami poeci pisali wiersze, które mówiły o polskiej racji stanu.

Granice wolności literatury

Pytanie o granice „sztuki dla sztuki” zawsze było w Polsce żywe. Szczególnie wśród warstw rządzących. A ściślej biorąc wśród naszych polityków. Literatura przyciągała od zawsze i przyciąga teraz także, polityków, którzy chcieliby dla literatury programu minimum i maksimum.

Minimum polityczne dla sztuki, to żeby twórcy – głównie literaci, ale także ludzie filmu i teatru – w ogóle nie interesowali się bieżącą polityką, żeby pisali o kwiatach, motylkach, ptaszkach, o miłości – ale wyłącznie małżeńskiej. O dziwo tacy politycy oczekują realizacji programu grupy Skamander. Ale przecież skamandryci zabierali głos w sprawach społecznych, że wspomnę tylko wiersz „Do prostego człowieka” Juliana Tuwima. Z pojawieniem się internetu wielu polityków – różnej proweniencji – oczekiwałoby, że artyści nie będą się opowiadać politycznie. Ale tak dobrze nie ma. „Bujać to my, panowie szlachta…” – że zacytuję Tuwima.

Maksimum polityczne dla sztuki – jest cichym, ale namiętnym oczekiwaniem polityków, że twórcy poprą swą sztuką opcje partyjne. We współczesnych czasach, po roku 1990, takich prób artystycznej afirmacji partyjnych działań i programów było niewiele. A te które były zakończyły się kompletnym fiaskiem.

Nasza narodowa podejrzliwość

Tu trzeba wyjaśnić, że my Polacy jesteśmy narodem podejrzewającym, nieufnym i głęboko przekornym.

Ciekawą myśl w tej sprawie sformułował wybitny polski reżyser, Konrad Swinarski, który uważał się za ucznia Bertolta Brechta. I gdy jakiś dziennikarz stwierdził, że teatry Brechta i Swinarskiego są zupełnie do siebie niepodobne, Swinarski stwierdził: „Wie pan, bo Brecht tworzył dla Niemców, a ja dla Polaków. Niemcy są prości i trzeba im pewne myśli, sugestie wbijać łopatą do głowy, nam wystarczy sugestia”.

Przestrzegałbym władze, wszelkich parlamentarnych i pozaparlamentarnych partii, przed próbami – choćby próbami – ingerencji, pouczania, strofowania, wskazywania ludziom sztuki „kierunków” oraz oceny ich dzieł z punktu partyjnego widzenia. Oczywiście żaden polityk nie przyzna się do tego, że jego oceny i uwagi są partyjne. Każdy z nich będzie mówił o polskiej racji stanu, interesie narodowym, odwiecznych zasadach, itp.

Co polityka może zrobić z literatury

Poniżej przypominam wspaniały, co do formy, wiersz Gałczyńskiego. Mamy tu bowiem wyrazisty przykład na to, co dzieje się, gdy władza prosi wybitnego poetę o głos w sprawie społecznych powinności literatury. Autor się zgada – może nie mając wyjścia – i potulnie wylicza, czego to władza oczekuje od pisarzy. Wyszło tragikomicznie. Potem z wiersza powstała miła piosenka, ale nadal tchnąca groźbą, że inne książki – nie spełniające oczekiwań wymienionych w tekście Gałczyńskiego – nie są pożądane.

 

Konstanty Ildefons Gałczyński (1953)

PIOSENKA O KSIĄŻCE (Fragment)

Chcemy książki, co życiu pomaga,
bohaterów wesołych jak słońce,
takiej, żeby ją brać do plecaka
na wycieczkę nad morze szumiące.

Ćwiercią pióra się pisze na niby,
taka książka nam z serca ucieka,
niechaj pisze ją człowiek prawdziwy,
wierny brat prawdziwego człowieka –

Z książki płynie odwaga,
książka życiu pomaga,
chcemy książek
jak słońce
i piosenek
jak wiatr.

 

Ten felieton dedykuję krytykom twórczości Olgi Tokarczuk, krytykom o rozmaitych pogolądach politycznych. Nie każdemu pisarstwo noblistki musi się podobać, ale prawo do twórczości i poglądów Tokarczuk ma, tak jak każdy z nas.

 

O tym, ile kosztuje propaganda Kremla pisze SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: A dobrze chociaż wynegocjowaliście?

Stary dowcip, to opowiem. Dystyngowany, ale bezczelny zagaduje kobietę, którą przed chwilą poznał, czy tak hipotetycznie przespałaby się z kimś za okrąglutki milion dolarów? Po zmarszczeniu czoła i namyśle kobieta rzecze: No wie pan, za milion… W końcu to jednak milion, no to tak. Mężczyzna wyjmując z portfela 100 dolarów składa propozycję: Chodźmy więc do hotelu uprawiać seks. Oburzona z  jadem cedzi: Za kogo mnie pan masz, za k…? Chodna logika riposty nieco ją jednak zaskakuje: Ustaliliśmy już kim pani jest, teraz negocjujemy cenę… Amnesty Intenational, organizacja teoretycznie walcząca o prawa człowieka, napisała raport, w którym krytykuje wojska ukraińskie.

Napiszę jeszcze raz, bo to nie pomyłka, AI w swoim raporcie krytykuje wojska ukraińskie. Za co? Za działania, które ponoć narażają ludność cywilną. Te działania miałyby polegać na tym, że Ukraina swoje wojska rozlokowuje w miejscach gęsto zaludnionych, czym ponoć naraża tę ludność. Niezłe, prawda? Wydaje się, że Amnesty Interational dołączyła właśnie do zacnego grona pożytecznych idiotów. Nazwę wymyślić miał podobno Lenin specjalnie dla zachodnich lewicowych intelektualistów, którzy wielbili działania zbrodniczego Związku Radzieckiego przemilczając starannie zbrodnie komunistów.

Nie jest tajemnicą, że NKWD raportowało Stalinowi o kupionych organizacjach pacyfistycznych, które za ruble protestowały przeciwko na przykład wyścigowi zbrojeń. Istniała jednak jeszcze jedna kategoria ludzi, którzy na darmo wielbili komunistycznych zbrodniarzy i według Suworowa przedstawiciele tego gatunku byli określani krócej: gawnojed. Wybaczą Państwo, że nie przetłumaczę, dawno nie używałem rosyjskiego. Po haniebnym raporcie kilku członków zrezygnowało, a polskie Amnesty International uraczyło nas oświadczeniem w tej sprawie. Oto bełkotu próbka:

„Jako Amnesty International Polska pragniemy przeprosić za ból i gniew wywołany komunikatem prasowym na temat taktyki wojsk ukraińskich opublikowanym 4 sierpnia br. W trakcie prac nad tym komunikatem popełniono poważne błędy w obszarze konsultacji i komunikacji, a także niedostatecznie przedstawiono kontekst i niewystarczająco zaakcentowano rosyjską odpowiedzialność za wojnę w Ukrainie.”

Dalej jest głupiej. „Dlatego Amnesty International Polska zwróciła się do Międzynarodowego Zarządu i Sekretariatu Międzynarodowego o zainicjowanie dogłębnego przeglądu procedur przygotowywania i publikacji raportów oraz komunikatów, w celu wzmocnienia współpracy, aby w rezultacie wspólnym głosem lepiej i skuteczniej chronić prawa człowieka.”

Rozumiecie Państwo? Krytykują ofiary napaści broniące ojczyzny i chcą inicjować dogłębne procedury. Najważniejsze: nikt z imienia i nazwiska nie podpisał się pod tym oświadczeniem.

Też bym się wstydził.

O kupie roboty, którą wykonuje na szkodę Polski opozycja pisze CEZARY KRYSZTOPA: Skąd ta skromność?

Sześć lat temu europoseł Prawa i Sprawiedliwości Tomasz Poręba opublikował screeny roboczej wersji rezolucji Parlamentu Europejskiego przeciwko Polsce, na której uwagi były naniesione z nazwiskiem Rafała Trzaskowskiego.

Wtedy to był szok. Polski polityk miałby uczestniczyć w tworzeniu dokumentu uderzającego w jego ojczyznę?

Zamrażarka Pana Rafała

Trzaskowski oczywiście zaprzeczał, wręcz szydził z takich oskarżeń. I kiedy tak patrzę w ten jego szczery uśmiech, to jak mógłbym mu nie wierzyć? Dwa lata później w popularnej stacji radiowej ten sam Trzaskowski mówił – Dzięki naszym staraniom te pieniądze [chodzi o fundusze unijne] będą mrożone.

W 2020 roku na spotkaniu z m.in. Wojciechem Sadurskim, Markiem Belką i Radosławem Sikorskim w Parlamencie Europejskim przewodniczący bardzo ważnej Komisji Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych [LIBE] Juan Fernando Lopez Aguilar pytał – Czego jeszcze można od niego [chodzi o Parlament Europejski] oczekiwać? – aż musiał go upomnieć Radosław Sikorski – Proszę wziąć pod uwagę, że jesteśmy nagrywani, więc proszę uważać, co pan mówi – Dwa lata później Aguilar znalazł się w składzie „kontroli” komisji PE LIBE, która miała „kontrolować” „praworządność” w Polsce, a której jeden z członków Esteban Gonzalez Pons mówił otwarcie – Spróbujemy pomóc polskiemu społeczeństwu zmienić władze, które wydają się nie być dobre dla Polski.

Już po wybuchu wojny na Ukrainie, kiedy przez Polskę przelewała się fala ukraińskich uchodźców wojennych, na jednym ze spotkań z wyborcami Janina Ochojska, europoseł Koalicji Europejskiej mówiła – w Parlamencie Europejskim bardzo mocno gardłowaliśmy za tym, żeby nie dawać rządowi przynajmniej części tych pieniędzy – Chodzi oczywiście o fundusze europejskie.

Wielki sukces

Można powiedzieć, że wiszenie u brukselskiej klamki przedstawicieli opcji „ulica i zagranica” jest tajemnica poliszynela i od dawna, choć oczywiście niezmiennie brzydzi, to przecież już nie zaskakuje. Więcej! Można również powiedzieć, że tak jak „ulica” wyżej opisanej opcji nie wyszła i skompromitowała się nawet w oczach zwolenników, to przecież „zagranica” jak najbardziej. Efektem jej zabiegów jest wstrzymanie pod byle pretekstem pieniędzy dla Polski, nawet w obliczu wielkiego obciążenia kosztami utrzymania milionów uchodźców z Ukrainy.

Tymczasem od czasu kiedy wydaje się już zupełnie oczywiste, że Polska żadnych pieniędzy nie dostanie, trwa jakiś dziwny festiwal unikania zebrania laurów i usiłowania obdzielenia zasługami rządzących. O tych oczywiście nie wolno zapominać, to podpisanie szeregu cyrografów, trudno powiedzieć, w akcie naiwności czy głupoty, ów sukces umożliwiło, ale jednak główna zasługa nadal należy się naszej współczesnej Targowicy.

Postępowanie jej przedstawicieli wydaje się tym bardziej niezrozumiałe, że w zasadzie nie odniosła ona żadnych sukcesów od bardzo dawna. Nie przedstawiła żadnych przekonujących programów czy wizji, bierze wciry we wszystkich wyborach od 2015 roku, nie potrafi zagospodarować żadnych przychylnych jej emocji społecznych, umówmy się, sprawia wrażenie jakby nie była w stanie złożyć dwa do dwóch. I tu taki sukces!

A przecież ta część wyborców, do których się odwołuje nie dostrzega problemu w tym, że konsekwencje takich antypolskich działań dotkną w mniejszym stopniu rządzących, którzy jakoś sobie poradzą, a w znacznie większym stopniu wszystkich Polaków, łącznie z nimi. Nigdy im do tej pory nie przeszkadzało robienie Polakom na wycieraczkę. Liczy się tylko to, że mogą w ten czy inny sposób zrobić na złość Polakom, ciemnogrodowi, czy jak tam obecnie definiują tych znienawidzonych „onych”. Wręcz gotowi byliby kibicować jak największym rozmiarom kupy.

Skąd zatem ta skromność?

SERHIJ KULIDA: Amerykański ekonomista, twórca MFW i BŚ Harry Dexter White był sowieckim szpiegiem

Na początku XXI wieku w Stanach Zjednoczonych ukazała się sensacyjna książka historyka Bena Steila. Autor „The Battle of Bretton Woods: John Maynard Keynes, Harry Dexter White and the Formation of a New World Order” opowiada, jak amerykański ekonomista White stworzył system, który stał się podstawą ekonomicznego ładu świata. Należy zaważyć, że ten „porządek ” nadal istnieje.

Jak napisał Neil Irwin w The Washington Post, w odpowiedzi na publikację, „sednem sprawy było raczej to, że Stany Zjednoczone przejęły od Wielkiej Brytanii globalną dominację finansową i uczyniły dolara światową walutą rezerwową”. Według dziennikarza amerykańskiej gazety, zadania tego podjął się Harry Dexter White, „wysoki rangą pracownik Departamentu Skarbu USA, który szpiegował ZSRR”, podjął się tego zadania.

Śmierć na farmie

Latem 1948 byli sowieccy agenci Elizabeth Bentley i Whittaker Chambers publicznie oskarżyli Harry’ego Dextera White’a o szpiegostwo na rzecz Związku Radzieckiego. Rankiem 13 sierpnia White wszedł do sali pełnej gapiów i reporterów, gdzie odbywały się spotkania Komisji Śledczej ds. Działań Antyamerykańskich. Przy błysku fleszy terkotem kamer filmowych White spokojnie, patrząc na członków komisji zza palisady mikrofonów podniósł prawą rękę i złożył przysięgę, zapewniając obecnych, że będzie mówił „prawdę, całą prawdę i tylko prawdę”.

„Moje przekonania są przekonaniami amerykańskimi” – powiedział oskarżony w swoich uwagach wstępnych. – Przywiązuję wielką wagę do wolności wyznania, wolności słowa, wolności myśli, wolności prasy, wolności krytyki i swobody przemieszczania się… Uważam te zasady za święte, uważam je za podstawę naszego amerykańskiego sposobu życie, a dla mnie są to realia życia, a nie tylko słowa, wpisane na papierze. Jestem gotów odpowiedzieć na wszelkie pytania” – powiedział White.

Na sali rozległy się brawa. Po raz drugi White otrzymał owację na stojąco po tym, jak pokazano mu listę podejrzanych o szpiegostwo na rzecz ZSRR. Po zapoznaniu się z dokumentem wysoko postawiony ekonomista, uśmiechając się sarkastycznie, zauważył: „Przy nazwiskach są niebieskie haczyki. Moim zdaniem, bardziej odpowiednie byłyby czerwone”.

Jednak ta ostentacyjna brawura sporo kosztowała White’a. Zaraz po złożeniu zeznań miał atak serca. Następnego dnia, po zażyciu tabletek, Harry Dexter udał się na spoczynek na swojej farmie Fitzwilliam w New Hampshire. Poczuł silny ból w klatce piersiowej. Następnego dnia miejscowi lekarze stwierdzili ciężki zawał serca. Wieczorem 16 sierpnia White zmarł, zgodnie z oficjalną wersją, z powodu przedawkowania leku na serce – naparstnicy. I gdyby nie ta tragiczna okoliczność, to z pewnością jesienią White musiałby trafić do więzienia, jako czerwony szpieg.

Schronienie lewicy

W 1885 r. liczna rodzina Józefa Weissnovitza i Sary Magilewskiej w poszukiwaniu „żydowskiego szczęścia” przeniosła się z terenów dzisiejszej Litwy, którymi wówczas władało Imperium Rosyjskie, do Bostonu. W Nowym Świecie urodził się późniejszy pomysłodawca Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który otrzymał imiona Harry Dexter. Na początku pobytu w USA rodzina przyszłego twórcy Banku Światowego nadal borykała się z biedą, przed którą uciekała z Europy do Ameryki Północnej.

Ich najmłodszy syn, dwudziestopięcioletni Harry Dexter White po wstąpieniu do armii amerykańskiej w 1917 roku, jako porucznik wyjechał do Francji na front zachodni.

Po demobilizacji został studentem Wydziału Ekonomii Uniwersytetu Columbia, następnie kontynuował naukę w Stanford, a w 1930 roku obronił doktorat na równie prestiżowym Harvardzie. Cztery lata później prof. Jacob Weiner, który pracował w Departamencie Skarbu Stanów Zjednoczonych, zasugerował, aby White zajął skromne stanowisko w tym ministerstwie. Należy zauważyć, że w tamtych latach Departament Skarbu USA był schronieniem dla osób o poglądach lewicowych. Ci urzędnicy byli pod wrażeniem industrializacji dokonanej w ZSRR, co wyraźnie pokazywało, ich zdaniem „wyższość socjalistycznego modelu gospodarki nad kapitalistycznym”. Ponadto „ofensywa komunistyczna” nastąpiła podczas kryzysu gospodarczego w Ameryce. New Deal prezydenta USA Franklina Roosevelta, który przewidywał aktywną interwencję państwa w gospodarkę, był wówczas uważany za „prawie socjalizm”. A Harry White w pełni i bardzo aktywnie przyczynił się do promocji tego kierunku.

Już w okresie powojennym Komisja Śledcza ds. Działań Antyamerykańskich stwierdziła: „Koncentracja zwolenników komunizmu w Departamencie Skarbu, a zwłaszcza w Wydziale Studiów Monetarnych, jest teraz w pełni znana. White był pierwszym dyrektorem departamentu; jego następcami byli Frank Coe i Harold Glasser. W Wydziale Studiów monetarnych byli William Ludwig Ullman, Irving Kaplan i Victor Perlo. Stwierdzono, że White, Coe, Glasser, Kaplan i Perlo są „członkami komunistycznego spisku”.

2 września 1939 r., dzień po niemieckiej inwazji na Polskę, podsekretarz stanu Roosevelta ds. bezpieczeństwa wewnętrznego, Adolph Burley, za pośrednictwem dziennikarza Isaaca Don Levine’a spotkał się z sowieckim agentem Whittakerem Chambersem. Następnie, robiąc notatki w swoim Levine napisał: „Pan White”. Z kolei Burley wysłał memorandum do prezydenta, które Roosevelt z oburzeniem odrzucił, nie wierząc, ze w jego otoczeniu mogą być szpiedzy. Prezydent USA określiła to, jako „absurd”.

Tymczasem w grudniu 1941 roku White został mianowany asystentem sekretarza skarbu Henry’ego Morgenthau Jr., uważanego za jedną z kluczowych postaci w ekipie Roosevelta. Pełniąc odpowiedzialną rolę pośrednika między Departamentem Stanu a Departamentem Spraw Zagranicznych, White nadzorował w czasie II wojny światowej nie tylko sprawy międzynarodowe, lent-lease, ale także finansowanie „delikatnych” operacji politycznych, wywiadowczych, sabotażowych mających charakter militarny. Oznaczało to, że miał najszerszy dostęp do ściśle tajnych informacji.

Plan White’a

We wrześniu 1944 roku w kanadyjskim Quebecu się konferencja pod kryptonimem OCTAGON. Przywódcom mocarstw alianckich, Rooseveltowi i Churchillowi, sekretarz skarbu USA Henry Morgenthau przedstawił „Program zapobiegania rozpętaniu przez Niemcy trzeciej wojny światowej”. W rzeczywistości dokument ten, nazwany później Planem Morgenthau, został opracowany przez Harry’ego White’a. Według tej strategii, pokonane Niemcy powinny zostać podzielone na kilka części. Ważne obszary przemysłowe, Zagłębie Ruhry i Saary, powinny zostać objęte kontrolą specjalnego organu międzynarodowego, przemysł ciężki i zbrojeniowy miały być zlikwidowane a Niemcy przekształcone w kraj rolniczy. Opisując plan Morgenthau, White zaproponował wycięcie wszystkich lasów i „zmniejszenie populacji Niemiec do 25 milionów ludzi”.

Stalin, który dowiedział się o najdrobniejszych szczegółach konferencji w Quebecu, nie zgodził się z takimi zamierzeniami USA i Wlk. Brytanii. Informacja ta wyciekła do prasy światowej. W Berlinie, minister propagandy Rzeszy Joseph Goebbels krzyczał obłędnie: „Żyd Morgenthau chce zniszczyć Niemcy zmieniając je w pole ziemniaczane!” Podobno po tych wiadomościach na moment wzrosło morale żołnierzy niemieckich. Roosevelt musiał publicznie porzucić swój plan.

W tym samym 1944 roku Harry White opracował system z Bretton Woods, przyjęty na konferencji o tej samej nazwie. Ben Steil pisze w swojej książce, że White wymyślił to międzynarodowe forum już w 1936 roku, aby uczynić z dolara uniwersalną walutę i zastąpić konkurenta – brytyjskiego funta szterlinga.

„To była świadoma próba sprowokowania po wojnie przymusowej likwidacji Imperium Brytyjskiego” – zapewnia historyk. Głównymi postulatami systemu z Bretton Woods były: możliwość pokojowego demontażu Imperium Brytyjskiego; deindustrializacja Niemiec po wojnie; zaangażowanie ZSRR w globalny sojusz ze Stanami Zjednoczonymi.

Sam Harry White w swoich notatkach napisał, że potępia hipokryzję Stanów Zjednoczonych w stosunkach z ZSRR i chwali zalety sowieckiego socjalizmu.

Jednocześnie White zaproponował utworzenie Międzynarodowego Funduszu Walutowego – banku, w którym można wziąć krótkoterminową pożyczkę „i w zamian odmówić konkurencyjnej dewaluacji – nie dewaluować swojej waluty w stosunku do dolara amerykańskiego bez naszej zgody.”

„Słaby agent”?

Od końca listopada 1945 r. White zaczął publicznie popierać poprawę stosunków ze Związkiem Radzieckim, wierząc, że głównym zadaniem powojennej dyplomacji Stanów Zjednoczonych jest to „jak wymyślić środki zdolne do zapewnienia trwałego pokoju i przyjaznych stosunków” między Ameryką a Rosją. Każdy inny problem w dziedzinie dyplomacji międzynarodowej blednie w porównaniu z tym zadaniem.

Tymczasem nad finansistą zbierały się chmury. Oficer bezpieczeństwa Departamentu Stanu przesłuchał Chambersa, który nazwał White’a ogólnie „dość słabym agentem”, który jednak przyczynił się do „znalezienia pracy w Ministerstwie Finansów dla wielu członków komunistycznego podziemia”.

7 listopada 1945 roku była sowiecka agentka Elizabeth Bentley powiedziała śledczym FBI: „Pod koniec 1942 lub na początku 1943 dowiedziałem się od sowieckich agentów Nathana Silvermastera i Ludwiga Ullmana, że ​​jedno ze źródeł dokumentów państwowych, które sfotografowali i przekazali kuratorowi NKWD to Harry Dexter White. Następnego dnia dyrektor FBI John Edgar Hoover wysłał list do doradcy wojskowego prezydenta Harry’ego Trumana, generała Harry’ego Waughana, donosząc, że „niektórzy pracownicy rządu USA przekazują informacje i dane osobom nieupoważnionym, które z kolei przekazują te informacje sowieckiemu wywiadowi”. I nazwał White’a „cennym nabytkiem podziemnej, sowieckiej siatki szpiegowskiej”.

Niczego niepodejrzewający Harry Dexter nadal pracował, jako dyrektor MFW. Ale niespodziewanie dla niego prokurator generalny Tom Clark nakazał federalnej ławie przysięgłych zbadać zarzuty Elizabeth Bentley. 19 czerwca 1947 White zrezygnował ze stanowiska. Po tym nastąpiła niekończąca się seria przesłuchań, przerwanych, które przerwała nagła śmierć White’a.

Sprawa została zamknięta…

Kryptografowie pracujący nad Projektem Venona ustalili, że Harry Dexter White został zidentyfikowany, jako źródło sowieckich informacji wywiadowczych pod kryptonimami „Prawnik”, „Richard” i „Jurist”. Raport FBI stwierdzał: „Według informacji … w odniesieniu do Prawnika, w kwietniu 1944 r. relacjonował on rozmowy między ówczesnym sekretarzem stanu Cordellem Hullem a wiceprezydentem Henrym Wallace’em. 5 sierpnia 1944 r. zameldował sowieckim szpiegom, że jest pewien zwycięstwa.” Z dokumentów wynika, że „White gotowy był na wszelkie poświęcenie dla dobra Sowietów”.

Dane Amerykanów dotyczące tożsamości White’a potwierdzają także dokumenty KGB odtajnione w 1999 roku, ale nigdy nieupublicznione. Według nich, NKWD zwerbowało w latach 1935-1936 pracownika Departamentu Skarbu USA, czyli White’a…

Teczki archiwalne sowieckiego wywiadu zawierają tajną amerykańską korespondencję „Według otrzymanych przez nas informacji „Prawnik” był kiedyś stażystą sąsiadów, (czyli agentem Agencji Wywiadu Sztabu Generalnego Armii Czerwonej – S.K.) „ – to tekst szyfrogramu z Moskwy zaadresowany do rezydenta Wasilija Zarubina z dnia 26 listopada 1941 r. „W końcu trzeba naprawdę zaangażować go w pracę i nawiązać z nim bezpośredni kontakt…” A następnego dnia nadano na Kreml informację: „Jego możliwości, dzięki bliskości Morgenthau, są bardzo duże”.

Wśród historyków panuje opinia, że ​​Harry White był aktywnym agentem wpływu. A jego pierwszym wielkim sukcesem była „prowokacja Pearl Harbor” i tekst amerykańskiego ultimatum z 26 listopada 1941 r., w którym Japonię „skuszono do oddania pierwszego strzału”.

W 1943 r. White zakłócił także negocjacje z chińskimi nacjonalistami w sprawie pożyczki w wysokości 200 milionów dolarów, co było na rękę Moskwie i chińskim komunistom. Dzięki szefowi MFW w okupowanych Niemczech, w pierwszych latach powojennych Sowieci wydrukowali znaczki pocztowe warte od 200 do 400 mln ówczesnych dolarów.

Krewni White’a i jego zachodni biografowie jednak nadal uważają ekonomistę za niewinnego. Dlatego Stephen Schlesinger pisze: „Nie ma jednoznacznej opinii o założycielu BŚ, ale wiele osób wierzy, że White próbował pomóc Związkowi Radzieckiemu, choć nie uważał tego za szpiegostwo. Robert Skidelsky, po zapoznaniu się z „bazą dowodów” doszedł do wniosku, że „połączenie naiwności i niesamowitej pewności siebie… wyjaśnia działania White’a. Niewątpliwie zdradził swój kraj, ponieważ przekazał wrogowi tajemnice narodowe.

Nie ma wątpliwości, że przekazując tajne informacje Sowietom White zdawał sobie sprawę, że sprzeniewierzył się administracji prezydenta Roosvelta, nawet, jeśli – jak chcą jego obrońcy – „nie zdawał sobie sprawy”, że zdradził swój kraj.

WALTER ALTERMANN: Dobra książka, ale kto ją pisał?

Powiadają, że polskość pod zaborami przetrwała dzięki polskiej literaturze. W jakiejś części jest to prawda, choć tej wielkiej zasługi nie przypisywałbym jedynie naszym literatom. Prawdą jest jednak, że polskie słowo i myśl przez lata rozbiorów były cenione.

Na spotkaniu z kilkunastoma najbardziej znaczącymi ludźmi teatru, które zwołał w stanie wojennym wicepremier Mieczysław Rakowski, miała miejsce taka sytuacja. Rakowski apelował, trochę też groził, tłumacząc, że bojkot teatru telewizji przez środowisko teatralne jest szkodliwy. Po nim zabrał głos wybitny intelektualista i reżyser teatralny, profesor Bohdan Korzeniewski.

Rząd polskich dusz

– Panie premierze – zaczął profesor. – My Polacy mieliśmy różne rządy, ale jednocześnie przez cały ten czas mieliśmy i mamy najlepszy z możliwych rządów – rząd polskich dusz. Premierem w tym rządzie jest Mickiewicz, ministrem obrony narodowej – Wyspiański, ministrem polskiej pracy jest Norwid, ministrem kultury – Słowacki, ministrem sprawiedliwości – Żeromski, a Prus jest ministrem rozwoju. I zawsze w chwilach próby odwołujemy się do nich, bo oni najlepiej wyartykułowali polskie interesy i polski program. Dlatego też, nie zgadzamy się s tym co dzieje się w kraju obecnie. Bo oni mówią nam, że nie wolno zgadzać się na wszystko.

Powinności literatury

Zacząłem z wysokiego „C”, ale realna, codzienna rzeczywistość bardzo odstaje od przesłania Profesora Korzeniewskiego. Zaraz bowiem po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku władze zaczęły oczekiwać od literatów wsparcia. I spora część piszących tego wsparcia udzieliła. Szczególnie po zamachu majowym z 1926 roku.

Piłsudski i jego ekipa oczekiwali od pisarzy mianowania na zbawców ojczyzny, na daleko lepiej wiedzących i mających historyczną misję. Żeby przeciwnicy Marszałka „nie wycierali nim sobie gęby” prasa podlegać zaczęła ostrej cenzurze, ale z literaturą nie było tak prosto. Owszem, naleźli się pomniejsi pisarze, którzy zaczęli władzy kadzić, ale większość albo milczała, albo była przeciw rządom Marszałka.

Sumienie Kaden-Bandrowskiego

Bardziej jednak bolała władzę postawa Juliusza Kaden-Bandrowskiego, który mając 23 lata, w czasie studiów w Brukseli, zaangażował się (w roku 1908) w działalność PPS-Frakcji Rewolucyjnej, a więc w tajną organizację Piłsudskiego. Kaden-Bandrowski był piłsudczykiem z wyboru, ale jako pisarz nie kierował się filiacjami i sympatiami politycznymi.

W sierpniu 1914 roku, po wybuchu wojny, wstąpił do I Brygady Legionów Polskich i został adiutantem samego Marszałka. Od 1918 roku był również członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej. Brał udział w walkach o Przemyśl. W grudniu 1918 został pierwszym redaktorem naczelnym tygodnika „Żołnierz Polski”. W czasie wojny polsko-bolszewickiej kierował Biurem Prasowym Naczelnego Dowództwa, co spowodowało później głośne oskarżenia o nadużycia finansowe, lecz ostatecznie nieudowodnione. W latach 1923–1926 był przewodniczącym Związku Zawodowego Literatów Polskich. Ponownie w 1933.W 1928 otrzymał Państwową Nagrodę Literacką.

Teoretycznie biorąc Kaden-Bandrowski powinien zostać piewcą nowych czasów, skoro był ich jakże aktywnym współtwórcą. A jednak tak się nie stało. Dlaczego? Bo pisarz miał sumienie, które nie pozwalało mu opisywać innego świata, niż ten, który widział.

I dlatego opisywał Polskę, jako kraj demagogii politycznej, korupcji i ordynarnego złodziejstwa, w których to „zjawiskach” brała udział elita – czyli piłsudczycy. To Kaden-Bandrowski opisał stan umysłu i serc Polaków w momencie odrodzenia się Polski jako „radość z odzyskanego śmietnika”. Bo on dobrze wiedział, że odrodzenie powinno być początkiem „Nowej Polski”, a było powrotem do starej.

Pisał o swoich oczekiwaniach i rozczarowaniach. I tym wzbudzał nienawiść swoich konspiracyjnych i frontowych kolegów.

Dla kogo pan pisze?

I tu doszliśmy do trudnego pytania: pisać według zamówienia, czy według siebie? To naprawdę najbardziej istotne pytanie, na które muszą sobie sami odpowiedzieć artyści. Najgorsze co może spotkać prawdziwego artystę, to być w jakiejś grupie politycznej, widzieć błędy ludzi tej grupy i wstrzymywać się od ich – tych błędów – opisania i potępienia.

Artysta, a przede wszystkim literat, musi być niezależny – niby banał, ale jakże brzemienny w skutki. Bo jakże to – inaczej traktować ludzi bliskich sobie politycznie, a inaczej oponentów? Niestety zdarza się to często wśród dziennikarzy. Ale zostawmy ich. Dzisiaj piszemy o literatach.

Przedwojenna Polska jawi się dzisiaj niektórym jako utracony raj. Zamordowany przez Niemców i komunę. A przecież tak nie było. Wystarczy poczytać dzieła Marii Dąbrowskiej, Zofii Nałkowskiej, Władysława Broniewskiego, Tadeusza Dołęgi-Mostowicza i wielu innych. Międzywojenna Polska rajem nie była.

Piłsudczycy – może nie tyle sam Piłsudski – kazali społeczeństwu wierzyć, że gdyby nie oni Polska nigdy by się nie odrodziła i nie obroniła przed sowietami w 1919- 1920. I z tego wywodzili paradygmat, że tylko oni są uprawnieni do bycia premierami i ministrami. A mniej zasłużonym – według piłsudczyków – należy się być prezesami, dyrektorami, etc. To zawłaszczenie Polski byłoby śmieszne, gdyby nie było prawdziwe i gdyby nie było powodem wielu aberracyjnych pomysłów ówczesnej władzy.

Andrzej Strug pytania o podstawy

Bolało też ludzi ówczesnych władz, że Andrzej Strug, sam legionista, zwany sumieniem legionów, nie popadł w zachwyt i wytykał piłsudczykom wszystkie grzechy. O ile Kadena-Bandrowskiego łatwiej było atakować i zwalczać, to ze Strugiem było trudniej. Urodzony w 1971 roku, w 1914 już jako starszy pan, siadł na konia i wjechał do Kielc razem z Władysławem Belina-Prażmowskim. Przedtem był konspiratorem, zesłanym do Archangielska, działaczem PPS.

Powieści Struga, to jedno wielkie wołanie o sprawiedliwość społeczną, której nie dostrzegał w Polsce odrodzonej. Jako człowiek lewicy – Strug był znaczącym działaczem PPS – podejmował też krytykę nie tylko skutków, ale przyczyn złego stanu rzeczy. Był krytykiem kapitalizmu, wielkich majątków obszarniczych i wyzysku – pod każdą postacią. Opowiadał się za społeczną gospodarką.

Taki Andrzej Strug, nieznany przed 1918 rokiem, bardzo bolał piłsudczyków. Ale mieli w zanadrzu kartę nie do przebicia, w walce literatów – za i przeciw nim. Była nią Kazimiera Iłłakowiczówna.

Kazimiera Iłłakowiczówna i wielka miłość, chyba nieodwzajemniona

Ta wielka poetka była najgorętszą piewczynią osoby Marszałka. W latach 1926–1935 była jego osobistą sekretarką. Po śmierci Piłsudskiego wydała tom wspomnień „Ścieżka obok drogi”. Tytuł jest znaczący, co wyjaśnia sama pisarka – ścieżka to mały trakt jej życia. który biegł obok wielkiej drogi Marszałka.

Naprawdę mało jest równie dziwnych utworów. Autorka opisuje swoje spotkania, pracę z Piłsudskim, ale tak naprawdę buduje mu monument. Bez cienia wątpliwości, bez jakichkolwiek wahań wnosi pomnik wielkiej postaci. Mało jest w literaturze hagiograficznej podobnych tekstów. Piłsudski – według Iłłakowiczówny – jest wielki i święty.

Złośliwi twierdzili, że z Marszałkiem łączył ją wieloletni romans. Ale to nie ma nic do rzeczy. Bardzo wiele kochanek sławnych ludzi jest wobec nich krytyczna, choćby na ociupinkę, na jotę… A tu nic, czysta miłość ideowa do wielkiego człowieka.

Wszystkim dzisiejszym „śledzicielom jedynej prawdy”, którzy potępiają współczesnych pisarz za błędy młodości, czyli za kilka wierszy o Stalinie lub Bierucie, polecam przeczytać dzieło Iłlakowiczówny. Naprawdę jest zabawne.

Iłłakowiczówna miała prawo napisać co napisała i jak to napisała. Tak widziała swego idola. I jako pisarka miała do tego prawo. Ale też my mamy prawo osądzać jej dzieło. Nie ją samą. Bo jest naprawdę wielka różnica pomiędzy twórcą a dziełem. O czym dzisiaj ciągle się zapomina lub nie wie.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Saga komunistów Amonsów

7 sierpnia 1952 r. w ubeckiej katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie zamordowano strzałem w tył głowy sześciu oficerów, oskarżonych przez władze komunistyczne o „udział w spisku mającym na celu obalenie siłą władz państwa i szpiegostwo”; większość z nich w czasie II wojny światowej walczyła w lotnictwie PSZ na Zachodzie. Zabici to: płk Bernard Adamecki, płk August Menczak, płk Józef Jungraw, ppłk Władysław Minakowski, ppłk Szczepan Ścibior i ppłk Stanisław Michowski. Kary śmierci żądał wcześniej prokurator Iwan Amons.

Po Amonsie na wiele lat ślad zaginął. Wiadomo było jedynie, że w 1954 r. został oddelegowany do ZSRS. Aż nagle odnalazł się w… Bykowni, w 2012 r. podczas uroczystości otwarcia polskiego cmentarza wojennego.

W ambasadzie RP w Kijowie ówczesny prezydent RP Bronisław Komorowski wręczył odznaczenia za zasługi dla Polski przedstawicielom społeczności polskiej na Ukrainie, ale także obywatelom Ukrainy. Wśród udekorowanych Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi znalazł się… Amons. Po chwili usłyszałem: emerytowany prokurator wojskowy, a dodatkowo jeden z najwybitniejszych badaczy zbrodni stalinowskich popełnionych na Ukrainie. Stalinowski prokurator badający stalinowskie zbrodnie – cóż za chichot historii – pomyślałem – i jeszcze dostaje za to medal od polskiego prezydenta.

Gratulacje

Po uroczystości odszukałem prokuratora Amonsa. Fachowo opowiadał, że masowymi grobami w Bykowni zajmuje się od 20 lat. Teraz jest na emeryturze, ale wcześniej – jako pełnomocnik ukraińskiego rządu – odpowiadał za rehabilitacje ofiar represji politycznych w ZSRS.

Tu rozmowa urwała się, bo do Amonsa podeszła starsza pani z gratulacjami. Dziękowała za pomoc udzielaną im, Polakom w wyjaśnianiu sowieckich zbrodni. Za współpracę przy ekshumacjach w Bykowni, za książki.

Bo Amons ustalił m. in., że na tym największym ukraińskim cmentarzysku leżą nie „tylko” polscy oficerowie z ukraińskiej listy katyńskiej, zamordowali w 1940 r., ale także ofiary antypolskiej akcji NKWD z lat 1937 – 1938. Ogółem 7-8 tysięcy Polaków, dwa razy więcej niż się przyjmuje.

 

„Też się czasem zastanawiam”

 Wracamy do rozmowy. Amons wspomina, że jest emerytowanym pułkownikiem armii ukraińskiej, a przez 30 lat był prokuratorem generalnym Ukrainy.

Ma pan wizytówkę? – zapytałem z głupia frant. Okazało się, że mój rozmówca ma na imię nie Jan (Iwan), ale Andrij. W takim razie zapewne jest synem.

– Pan dobrze mówi po polsku. Jest pan Ukraińcem czy Polakiem?
– Mama, urodzona w Sokalu pod Lwowem, była Ukrainką. Ale ojciec Polakiem. – To jak to się stało, że został pan tak ważną figurą w ukraińskiej republice rad?
– Też się czasem nad tym zastanawiam.

                                                           „Służba” w Polsce

To był właśnie ten moment, aby spytać o Jana (Iwana) Amonsa. Pan był prokuratorem wojskowym, a pana ojciec, czym się zajmował?

– Też był prokuratorem wojskowym. W powojennej Polsce służył w LWP.
I już wszystko było jasne, ale zapytałem jeszcze, gdzie tata się urodził.
– W Winnicy – usłyszałem. A w Skarżycach k. Winnicy w 1918 r. urodził się Jan (Iwan) Amons.
– Ale mówił pan, że ojciec służył w Polsce, to jak pan znalazł się na Ukrainie? – W 1954 r. ojciec został zwolniony ze służby i trafił na Syberię. Tak odwdzięczyli mu się za pracę w Polsce.
– Do łagru? – zapytałem.
– Nie, na Syberii też był prokuratorem, ale dla niego to było zesłanie. Ale w latach 60. centrala przypomniała sobie o jego zasługach i skierowała na Ukrainę. Zmarł w latach 90., został pochowany pod Kijowem. Ale w Polsce mam większą rodzinę niż na Ukrainie.

 Oficer sowiecki

A zatem. Na czym polegała „służba” Jana (Iwana) Amonsa w Polsce? Oskarżał polskich patriotów, którzy zostali następnie skazani na wyroki wieloletniego więzienia. Wielu z nich komuniści – koledzy Amonsa – zamordowali. Choć był Polakiem, do wymiaru „sprawiedliwości” w powojennej Polsce trafił już jako oficer sowiecki, wcześniej przez lata służący w organach represji ZSRS i Armii Czerwonej.

Już w czerwcu 1944 r. został szefem Wojskowej Prokuratury Rejonowej w „wyzwolonym” Lublinie. Polaków – niepodległościowców prześladował także jako oficer śledczy Prokuratury 1 Armii WP, prokurator 2 DP i wiceprokurator Prokuratury KBW. W 1946 r. swoje krwawe żniwo kontynuował dalej w Lublinie, potem w Gdańsku, by w końcu, w 1950 r. zostać prokuratorem Prokuratury Wojsk Lotniczych. W 1948 r. podpułkownik.

Ofiary na „Łączce”

W procesach politycznych Jan (Iwan) Amons oskarżał mimo, iż nie posiadał pełnego wykształcenia prawniczego (w 1939 r. skończył jedynie jednoroczny kurs prawniczy dla prokuratorów i sędziów śledczych w Chabarowsku nad Amurem). Sprawy ze względu na swój kłamliwy charakter nazywamy dziś mordami sądowymi. Ludzi skazywano na podstawie spreparowanych dowodów.

I tak, w akcie oskarżenia przeciwko płk Bernardowi Adameckiemu, wobec którego wnosił o wieloletnie więzienie, napisał, iż w lipcu 1946 r. ten komendant Wojskowej Szkoły Technicznej, z polecenia płk Franciszka Hermana, rozpoczął tworzenie tajnej organizacji w Wojskach Lotniczych, której celem miało być obalenie siłą władzy państwowej oraz prowadzenie działalności szpiegowskiej na rzecz mocarstw imperialistycznych. W uzasadnieniu czytamy m. in.: „Proces ten to jeszcze jedno zdemaskowanie nikczemnej garstki wykolejeńców narodu polskiego, którzy zdradzili swój kraj i wiernie służyli agentom świata imperialistycznego, dążąc do nowej pożogi wojennej”.

W tym samym procesie żądał kary śmierci dla płk Józefa Jungrawa, płk Augusta Menczaka, płk Stanisława Michowskiego, ppłk Władysława Minakowskiego, i płk Szczepana Ścibiora. Tych pięciu oficerów, a także płk Adameckiego, komunistyczny „sąd” skazał na karę śmierci. Morderca Bierut nie skorzystał z prawa łaski i cała szóstka została zabita strzałem w tył głowy 7 sierpnia 1952 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Przez lata PRL-u mordowano pamięć o nich. Dziś ich szczątki są odkopywane na „Łączce” Powązek Wojskowych w Warszawie.

Czasy, które trwają

O to, czy Andrij Amons badał też stalinowskie zbrodnie swojego ojca już nie pytałem. Odpowiedź zapewne byłaby taka: Pracował dla legalnego przecież systemu, trwała wojna domowa, tropił szpiegów i bandytów. Takie były czasy, takie było prawo.

Ale pewne jest jedno – medalu za tatusia Andrij Amons by nie dostał. A może przeciwnie? – w trwającej do dziś dobie relatywizowania komunistycznych zbrodni. I Jan (Iwan) Amons – stalinowski morderca sądowy – nadal mógłby uchodzić za bohatera.

 

Nawet na urlopie CEZARY KRYSZTOPA radzi: Ostrożnie z nawijaniem makaronu

Siedzę sobie właśnie na Podlasiu. Głębokim i ciągle dalekim od światowych nowinek. Zamieszkałym przez ludzi z szerokimi duszami, wielkimi sercami i praktycznym podejściem do rzeczywistości.

Ci ludzie się boją. Jak wszyscy. Boją się wojny. Boją się inflacji. Nawiasem mówiąc wcale się nie boją np. „braku cukru”, cukier może nie najtańszy, ale jest w sklepie w wiosce. Boją się również, że nie będą mieli czym się ogrzać zimą. Kto ma swoje drewno ten się cieszy, ale co, jeśli zakażą ogrzewania drewnem? Węgla nie ma, ale na Podlasiu, szczególnie na podlaskiej wsi, nie był znów tak często używany. Kto dał się przekonać i kupił za ciężkie pieniądze piec gazowy, ten sobie pluje w brodę.

Myślą więc o sprawach przyziemnych i praktycznych, ale ten kto założyłby, że nie są zainteresowani sprawami natury nieco bardziej ogólnej, mógłby się zdziwić. A jeśli byłby politykiem i przyjąłby takie założenie, mógłby popełnić spory błąd. Owszem, również tutaj dyskutowana jest np. sprawa brukselskich funduszy dla Polski, ze szczególnym uwzględnieniem środków z KPO, których to środków pozyskanie miało być/ ma być wielkim sukcesem premiera Mateusza Morawieckiego.

Wiarę w to, że Polska te środki zobaczy chyba już utracili. Obecnie waży się kwestia winy. I jeśli miałbym komuś coś doradzić, to odradzałbym „sprytną zmianę narracji” z „oczekiwania na fundusze z KPO” na „oczekiwanie na fundusze europejskie” w nadziei na to, że „może pieniądze z nowej perspektywy budżetowej jednak będą i ludzie zapomną o pieniądzach z KPO”. Otóż po pierwsze sygnały wysyłane przez Brukselę wskazują moim zdaniem na to, że ta postanowiła nas, jak zapowiadała niemiecka wiceprzewodnicząca Parlamentu Europejskiego Katarina Barley, zagłodzić, więc zrobi wszystko, żeby Polska nie dostała pieniędzy żadnych. A po drugie, jeśli się ludziom opowiadało o „wielkim sukcesie pozyskania pieniędzy z KPO”, to chyba taka zmiana raczej nie przejdzie.

Naprawdę, ludzie nie są tak głupi jak się niektórym wydaje. Mogą uznać za winną Unię Europejską, która złośliwie pozbawia Polskę należnych środków, ale mogą też, jeśli ktoś będzie im niezdarnie nawijał makaron na uszy, uznać za winnego nawijacza makaronu.

O wczasach i letnim odpoczynku pisze WALTER ALTERMANN: Wakacyjny amok

 

Co roku, gdzieś tak w marcu, w tak zwanym lepszym towarzystwie zaczynają się – zrazu lekko i mimochodem, potem coraz bardziej odpowiedzialnie – poważne rozmowy o wakacjach.

Jeżeli na nasze pytanie:

– Jedziecie gdzieś?

Usłyszymy:

– Jeszcze nie wiemy, ale gdzieś trzeba będzie w końcu polecieć…

To musimy mieć się na baczności, albowiem prawdopodobnie nasi przyjaciele szykują jakąś bombę, którą chcą nas zetrzeć z powierzchni ziemi.

Operacja „wakacje”

Wakacje, czyli wybór, gdzie polecimy, gdzie pojedziemy, gdzie będziemy się męczyć i wzdychać do powrotu do domu – to wszystko jest strategiczną operacją, a właściwie wojną. Teoretycznie wakacje powinny dać nam odetchnąć od pracy, od serdecznych rozmów z koleżankami i kolegami, od widoku szefa, a nawet od widoku własnego biurka, czy też od widoku hali montażowej, na której przez osiem godzin skręcamy te same śrubki, w identycznych urządzeniach, których przeznaczenie jest nikomu nieznane.

Porzucenie bezpiecznego domu na dwa – trzy tygodnie, i udanie się na zagraniczne męczarnie jest, żeby to powiedzieć wprost – masochizmem. To co turysta musi przeżyć na lotniskach, w samolotach jest narażaniem psychiki na potworny stres. Nie wspominając, że samolot lata w powietrzu, co w świecie ożywionym praktykują jednie ptaki i nietoperze.

Na miejscu najczęściej na „wakacjuszy” czekają niespodzianki z hotelami, które bardzo często swym poziomem przypominają socjalistyczne akademiki. Jedzenie – z reguły – też jest inne i nasze żołądki doznają szoku, a szok gastryczny zawsze kończy się długim siedzeniem na ustroniu, zamiast na plaży. Jeżeli nie pobytem w szpitalu.

Ludzie narzekają teraz na fale upałów w kraju, ale jeżdżą do Turcji, Grecji czy Egiptu, gdzie 40 stopni Celsjusza to norma. Jakaś logika? Żadnej. Poza ogromnym społecznym przymusem wyjazdu.

Wakacje turystyczne

Innym rodzajem nieszczęścia są wycieczki turystyczne. Nieszczęśnicy, którzy wybierają ten wariant wczasów zagranicznych, spędzają większość czasu, słono przez nich opłacanego, w autokarach. A  pejzaże, zabytki i ruiny najczęściej widzą przez okno pojazdu. Miejscowi organizatorzy wczasów turystycznych wiedzą, że turystę trzeba „zajechać”, żeby miał poczucie wielu wrażeń, a w oczach mętne i wirujące obrazy oglądanych zabytków. Wtedy polski wczasowicz wie, że nie zmarnował pieniędzy. Najczęściej nie wie co zwiedzał, nie zapamięta z jakiego okresu historii pochodzą zabytki, nie odróżnia Minosa od Minotaura, ale że było tego dużo – jest zadowolony.

Morze, nasze morze… drogie

Spora grupa rodaków wybiera też wczasy w Polsce. W tym przypadku prym wiodą wakacje nad Bałtykiem. Dlaczego mieszczanie, którzy cierpią w tramwajach, autobusach, a warszawiacy także w metrze, na kilka tygodni wybierają również tłok, hałas i brud? Przecież normalny człowiek powinien wakacje spędzić w ciszy, w otoczeniu uspokajającej, łagodnej przyrody. Nie mówię o zupełnym odludziu, ale czym mniej nieszczęśników, również odpoczywających tym lepiej.  Ale nie, jak się okazuje tłok, widok tysięcy umęczonych na bałtyckich plażach ludzi, brud panujący w powszechnie miejscowościach nadmorskich jest tym czego rodacy pragną najbardziej. I jeszcze wieczorno-nocny hałas z knajp… Naprawdę luksus. Nie wspominam o cenach, jakie w tym roku serwują nadmorskie sklepy, budki, restauracje… Te drogocenne ceny są wynikiem założenia, że właściciel straganu z badziewiem na nadmorskim deptaku musi się wzbogacić, w ciągu trzech lat najwyżej.

A zatem powstaje naturalne pytanie. Dlaczego wczasy stały się dla Polaka przeżyciem obowiązkowym?

Popis i szpan w stadzie

U źródeł tego amoku, jaki nazywamy wczasami, leży nasza staropolska chęć popisu, bycia lepszym od sąsiada i kolegi z pracy. Chcemy, żeby uznawano nas za ludzi majętnych, potrafiących korzystać ze swego wysokiego statusu społecznego. I jeszcze myślenie stadne. Polega to na tym, że jeżeli znajomi spędzają wakacje w Egipcie – i ciągle się tym chwalą – to my nie możemy być gorsi. Nawet jeżeli – idąc w stadzie – doświadczymy na własnym grzbiecie i organizmie, egipskich męczarni.

Pewien mój znajomy, człowiek dość zamożny, który mógł polecieć w najodleglejszy zakątek świata, spędził poprzednie wakacje w Norwegii. Twierdził potem, że krajobrazy i przyroda były wspaniałe, temperatury przyjemne, hotel i jedzenie na najwyższym poziomie. No i nie było tam żadnego rodaka. Ja mu zazdrościłem, ale byłem wyjątkiem, reszta znajomych uznała go za pomyleńca.

Krótka historia wakacji

Historia wakacji nie jest długa. Zaczęła się w połowie XIX wieku. Najpierw na czas kanikuły wyjeżdżali z miast bogaci przemysłowcy, bankierzy i handlowcy. Ściślej biorąc wysyłali na wczasy do swych podmiejskich rezydencji żony i dzieci, ze służbą. Potem zaczęło być modne bywanie „u wód” dla ratowania zdrowia. Zaczęły się też masowe – wśród elit – wakacyjne podróże do Włoch i Grecji. Powstał nawet wielki włoski przemysł pamiątkarski dla turystów.

Krzysztof Teodor Toeplitz wspomina, że jego dziadkowie polubili, pod koniec XIX wieku bywanie u wód w czeskich Toeplitzach, dzisiejszych polskich Cieplicach. I kiedy przyszło do wybierania nazwiska, dziadek dziennikarza zdecydował, że Toeplitz będzie akurat.

Chłopi latem, czyli w wakacje, pracowali. I jak twierdziła złośliwie szlachta – cały czas mają wczasy. Robotnicy i proletariat inteligencki byli tak biedni, że nawet nie myśleli o wakacjach.

Dopiero po I wojnie światowej w wielu państwach europejskich zaczęto organizować wakacje, głównie dla dzieci i młodzieży. Tu największe zasługi miały organizacje skautowskie, które organizowały latem obozy. W wielu państwach Europy również instytucje państwowe zaczęły wspierać finansowo letni wypoczynek dla młodzieży, zagrożonej licznymi chorobami nędzy, przede wszystkim gruźlicą. Ale była to pomoc znikoma.

Jako pierwsi temat wakacji dla wszystkich podnieśli do rangi narodowego problemu hitlerowcy. To oni, chcąc „kupić sobie” robotników i postawić tamę komunizmowi, zaczęli budować domy wczasowe dla robotników. Zwodowano też kilka ogromnych statków wycieczkowych „dla ludu”. Po hitlerowcach temat podjęli sowieci, naśladując rozwiązania niemieckie.

Jak było w Polsce Ludowej nie będę pisał, bo zakładowe wczasy bardzo wielu z nas jeszcze pamięta. Młodzi niech dowiedzą się z innych źródeł.

Dodam tylko, że przebywanie w jednym ośrodku wczasowych z kolegami z pracy było katorgą i powinno być zaliczone do komunistycznych prześladowań. Niemniej, bardzo wielu ludzi po raz pierwszy – dopiero po wojnie – zaznało bycia wczasowiczem.

Lista polskich uzdrowisk, uznanych przez państwo za miejscowości uzdrowiskowe

Poniżej zamieszczam alfabetyczną listę miejscowości, mających w Polsce status uzdrowisk. Gdyby ktoś z Państwa chciał spędzić wakacje w spokoju, no i z nadzieją na polepszeniu stanu swego zdrowia.

Busko Zdrój – upaństwowione w 1922 roku, Ciechocinek upaństwowione w 1922 roku, Cieplice Ślaskie -Zdrój, Duszniki, Horyniec-Zdrój od 1938 roku uznane przez państwo za uzdrowisko, Iwonicz-Zdrój – od 1928, Konstancin-Jeziorna, Krynica-Zdrój, Kudowa-Zdrój, Lądek-Zdrój, Muszyna, Nałęczów – od 1928 roku, Piwniczna-Zdrój, Polanica-Zdrój, Polańczyk, Połczyn-Zdrój, Przerzeczyn-Zdrój, Rabka-Zdrój – od 1924 roku, Rymanów-Zdrój – od 1928 roku, Solec-Zdrój – od 1928 roku, Szczawnica – od  1924 roku, Szczawno-Zdrój, Świeradów-Zdrój, Świnoujście, Uniejów – od 2012 roku –  granice „Uzdrowiska Uniejów” obejmują miasto Uniejów i sołectwa: (Człopy, Spycimierz, Spycimierz-Kolonia, Zieleń), Ustka, Ustroń, Wapienne, Wieniec-Zdrój, Żegiestów-Zdrój.