TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Katyń pod Warszawą?

Polskie miejsca pamięci w Rosji i na Białorusi są zagrożone. Jak je ratować? Część środowisk katyńskich ma receptę. – Katyń to namacalny ślad sowieckiego totalitaryzmu i nie można pozwolić, aby został wymazany z pamięci. Po gułagach nie zostało nic. Cmentarz w Polsce położy kres zamiarowi Stalina, aby zatrzeć historię zamordowanych ludzi. Tylko w kraju mogą liczyć na godny pochówek. Na Wschodzie powinny zostać jedynie symboliczne miejsca pamięci – uważa Witomiła Wołk-Jezierska, córka oficera WP zamordowanego w lesie katyńskim.

 

Wieś Mikuliszki w obwodzie grodzieńskim, tuż przy granicy z Litwą. Na początku lipca br. Łukaszenkowcy zrównali z ziemią groby polskich żołnierzy, w tym 3 Wileńskiej Brygady AK dowodzonej przez kpt. Gracjana Fróga „Sczerbca” – polegli tu 8 stycznia 1944 r. w wygranym boju z Niemcami i kolaborującymi z nimi Litwinami.

Kolejne wydarzenie. Połowa kwietnia br. Pod Polski Cmentarz Wojenny w Katyniu podjechała kolumna ciężarówek – wywrotek i dwa ciągniki – spychacze z flagami Rosji i zbrodniczymi oznaczeniami używanymi podczas agresji na Ukrainę „Z” i „V”. Kto za tę katyńską prowokację odpowiada? Oficjalnie „działacze ze Smoleńska”. W praktyce oczywiście Kreml. Putinowcy.

Koniec czerwca br. To samo miejsce, czyli Polski Cmentarz Wojenny w Katyniu. Ktoś z memoriału usunął biało-czerwoną flagę. Kto? Sprawcy nawet nie ukrywali, że są nieznani. Do prowokacji przyznało się Ministerstwo Kultury Federacji Rosyjskiej. Czyli Putinowcy. Prowokację potwierdziła dyrektor Muzeum Współczesnej Rosji Irina Wielikanowa: „Flagi rosyjska i polska były symbolem przyjaźni między naszymi narodami. Polska zajęła otwarcie wrogą pozycję wobec Federacji Rosyjskiej. W takich warunkach obecność symboli państwowych Polski na terenie memoriałów jest niestosowna”.

Maj 2020 r. Twer. Z budynku dawnej siedziby NKWD (obecnie Uniwersytet Medyczny) znikają dwie pamiątkowe tablice ofiar zbrodni katyńskiej. To historyczne bestialstwo, polityczny wandalizm. Z oficjalnych czynników rosyjskich nie płyną słowa potępienia. Ale kto jest winien? Oficjalnie Maksim Kormuszkin, „twerski działacz społeczny”. Czyli Putinowcy.

W książce „Śpij, Mężny” Stanisława Mikkego, który uczestniczył w ekshumacjach w Katyniu, Miednoje i Charkowie czytamy: „z czarno-szarej i niemiłosiernie cuchnącej mazi wydobywane są rękami, często niemal całe zwłoki. Zdejmowane są z nich mundury, by odnaleźć dokumenty osobiste, medaliki, przedmioty osobistego użytku, zapiski i listy od rodziny – wszystko co przybliża tragedię w wymiarze jednego człowieka. Po odpowiednich zabiegach wracają słowa listu pisanego pół wieku temu: „Wiem, że żyjesz, i że wrócisz … I będzie znów nam tak dobrze, jak kiedyś, prawda? Zbyszek krzyczy, Mamusia … napisz, żeby przyjechał”.

Adresat listu nie wrócił do rodziny, został skrytobójczo zamordowany przez sowieckie NKWD na rozkaz najwyższych władz sowieckiego państwa.

W listach z Kozielska, Ostaszkowa i Starobielska pojawia się życzenie – powrót do wolnej Polski. Czy teraz, po latach, będzie można zrealizować testament ofiar…

– Nasi mężowie i ojcowie na pewno nie chcieliby pozostawać przez następne lata na nieludzkiej ziemi – argumentuje Witomiła Wołk-Jezierska.

Jej ojciec, Wincenty Wołk, rocznik 1909, był porucznikiem artylerii ciężkiej, wykładowcą Mazowieckiej Szkoły Podchorążych Rezerwy Artylerii im. Józefa Bema w Zambrowie. Pojmany przez Armię Czerwoną 17 września 1939 r. we Włodzimierzu Wołyńskim jako jeniec wojenny trafił do obozu w Kozielsku.

– Urodziłam się już w Rumunii, w 1940 r. 6 marca ojciec napisał z Kozielska, żeby poczekać na niego z chrztem – wspomina Jezierska. – To był jego ostatni list

Starania części środowisk katyńskich o sprowadzenie zwłok pomordowanych do kraju trwają dekady. Wkrótce po 1989 r. powstał pomysł utworzenia pod Warszawą Sanktuarium Męczenników Polskich, z katakumbami katyńskimi i pełnymi informacjami o ofiarach. Potem nazwę zmieniono na Nekropolię Katyńską. Projekt zabudowy podzielił teren na cztery sektory: kozielski, ostaszkowski, starobielski i więzienno-obozowy (dla 7305 poległych w miejscach dotąd nieznanych). Nad grobami miała górować bazylika Matki Boskiej Katyńskiej. Muzeum Pamięci zgromadziłoby dokumentację mordów, przedmioty uzyskane podczas ekshumacji i ofiarowane przez rodziny.

Inny, prócz groźby likwidacji cmentarzy, argument za przeniesieniem szczątków do Polski brzmi: Rodziny zamordowanych, ludzie starzy i schorowani nie mają ani sił, ani pieniędzy, aby odwiedzać miejsca kaźni na Wschodzie.

Przez lata część rodzin pisała wnioski do najwyższych władz Rzeczpospolitej o sprowadzenie do Polski zwłok ich bliskich. Odpowiedzi były wymijające albo w ogóle ich nie było.

W nawiązaniu do wniosków, ówczesny sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Przewoźnik pisał, że nie ma możliwości całkowitej identyfikacji poszczególnych szczątków i ich indywidualnych ekshumacji z masowych mogił, a wola kilkunastu osób „nie może przeważyć woli kilkunastu tysięcy członków Rodzin Katyńskich”. Andrzej Przewoźnik powoływał się tym samym na uchwały Zjazdu Federacji Rodzin Katyńskich ze stycznia 1996 r. (brak zgody na przeniesienie zwłok do kraju i poparcie budowy cmentarzy wojskowych w miejscu pogrzebania ofiar).

– Przewiezienie szczątków naszych ojców do kraju nie jest ani wielkim problemem finansowym, ani technicznym. Wystarczy tylko odrobina dobrej woli – komentowała Wanda Rodowicz, wnuczka zamordowanego w Katyniu mjr WP Stanisława Rodowicza (rodzina por. Jana Rodowicza „Anody”, ale też Maryli Rodowicz). – Inne państwa poszukują, ekshumują i zabierają zwłoki swoich żołnierzy do ojczyzny. Tak zrobili Niemcy z poległymi w Rosji.

Jacek Trznadel, członek Polskiej Fundacji Katyńskiej, autor słynnej „Hańby domowej” był przeciwny idei: powrót zwłok do Polski byłby na rękę Rosjanom, gdyż ślady zbrodni uległyby zatarciu. A legendarny kurier z Warszawy Jan Nowak-Jeziorański dodawał, że cmentarze w Katyniu, Charkowie i Miednoje będą przypominać o mordzie i jego sprawcach przyszłym pokoleniom Rosjan.

– Dla nas najważniejsza jest świadomość młodych Polaków. Jeśli zwłoki polskich oficerów pozostaną na Wschodzie, nie wytworzy się u nas kult ofiar – odpowiadała Wanda Rodowicz.

W 1994 r. Polska podpisała z Rosją i Ukrainą umowę o grobach i miejscach pamięci ofiar wojen i represji. Umowa zakłada m. in., że po ekshumacji, na życzenie rodzin lub władz kraju, może nastąpić „przekazanie szczątków zwłok żołnierzy i osób cywilnych do pochowania w ojczyźnie”. W artykule piątym czytamy: „Jeśli teren będący miejscem pamięci i spoczynku lub jego część, ze względu na wyższą konieczność państwową jest niezbędny dla innych celów, wówczas Strona, na której terytorium państwowym ten teren się znajduje, zmieni jego granice lub wydzieli inny odpowiedni teren i poniesie wszystkie koszty powtórnego pochówku i urządzenia cmentarza”.

– Umowa dopuszcza likwidację polskich cmentarzy, na przykład, gdy ktoś będzie chciał wybudować na ich miejscu autostradę – podkreśla Witomiła Wołk-Jezierska. – Zresztą jakie to cmentarze? Cmentarze wojenne powstają po bitwach, a żołnierze są grzebani oddzielnie, według narodowości. W Katyniu żaden z oficerów nie zginął z bronią w ręku i nie został pochowany. Tam nie ma grobów, są doły śmierci. Były one wielokrotnie profanowane, m. in. podczas ekshumacji, na zwłoki wyrzucano śmieci, a w Miednoje spuszczono szambo.

 

„Niedobory” analizuje WALETR ALTERMANN: Kto nam wyżera cukier?

Lata temu Kazimierz Grześkowiak w proroczej piosence Odmieniec śpiewał:

                                               Bo nie ważne czyje co je,

                                               ważne to je, co je moje

 

Ten świetny bard jest teraz zapomniany, bo nie śpiewał przeciw władzy. On stawiał diagnozy nam wszystkim. Jak mało kto znał nas i drażnił, dopiekał, zwracał uwagę na nasze paranoje. Niech więc Grześkowiak patronuje temu co poniżej.

Jak to z prądem bywało

Dobrze pamiętam, że w latach pięćdziesiątych i do połowy sześćdziesiątych, w Łodzi nader często wyłączano światło. Instalacje w budynkach były marne, a dużą elektrownię dopiero budowano. Dlatego w każdym domu, czyli w każdym mieszkaniu, była przynajmniej jedna lampa naftowa. Naftę kupowało się w pobliskiej drogerii, z beczki, która miała pompkę. W każdym mieszkaniu był też spory zapas świec, które zresztą były tanie. Wyłączenia prądu – bez jakiegokolwiek ostrzeżenia – występowały najczęściej przed świętami – Wielkanocnymi i Bożym Narodzeniem. Ludzie wtedy prali, prasowali obrusy i w ogóle używali prądu dłużej niż zwykle.

Ale, o dziwo, nikt się nie awanturował. Może dlatego, że pamiętano jeszcze okupację? Może ludzie cenili to co mieli?

Cukier, kasze i mąka

Pamiętam też, że co jakiś czas ludność rzucała się do sklepów z wielkimi pustymi torbami, skąd wynoszono je pełne już kasz, cukru i mąki. Taki masowy ruch ludności występował w dwóch przypadkach. Po pierwsze, kiedy miało się – według ludności – na wojnę. Po drugie, kiedy miało się na podwyżki. Wierzono, że lepiej mieć w domu zapasy, w przypadku działań wojennych. Nie wierzono natomiast, że zapasy nie pomogą w przypadku wojny atomowej.

Kryzys berliński, kryzys kubański miały swe odbicie w pustoszeniu półek. Także w tych przypadkach bardziej wierzono Wolnej Europie i BBC, niż rządowym gazetom.

Pogłoski, niekiedy prawdziwe, o podwyżkach, powodowały masowe zakupy. W tych przypadkach bardziej chodziło jednak o zysk, czyli zarobek niż przetrwanie. Kalkulacja była prosta – na 20 kg cukru można zarobić 30 zł, gdyby podwyżki nastąpiły.

Podwyżki cen wódek

W przypadku podwyżek najbardziej można było zarobić na wódce, bo tu ceny mogły skoczyć nawet o 20 procent. Miałem kolegę na podwórku, którego stryj prowadził restaurację, jak najbardziej państwową. Odwiedzam, jak prawie codziennie, tego kolegę, ale nie mogę prawie wejść do ich mieszkania. Na podłodze, w szafach, na szafach piętrzą się stek półlitrowych butelek. To sprytny stryj wycofał gastronomiczną wódkę, jak najbardziej ostemplowaną i przechował u rodziny. Potem partiami wstawiał tę wódkę z powrotem do swojej restauracji, ale już po nowych cenach. Na takiej operacji mógł zarobić z dziesięć średnich pensji, albo i lepiej.

Spekulacja, bardziej lub mniej jawna, towarzyszyła rynkowi socjalistycznemu już od 1945 roku. Po cichu, na bazarach można było kupić cukier, mąkę i kaszę, którą kilka dni wcześniej wykupiono ze sklepów. Ale też władza goniła spekulantów. Nie było wtedy ochrony danych osobowych, więc prasa podawała z imienia i nazwiska przyłapanych na spekulacji. Podawano również ich adresy zamieszkania.

Dzisiaj lud znowu wykupuje cukier ze sklepów, ale sytuacja jest cokolwiek inna…

Czy cukier znowu będzie na kartki?

Co się stało, że społeczeństwo nasze, nagle rzuciło się na cukier? Jest to poważne pytanie społeczne i polityczne. Idźmy tropem lat dawnych.

Przyglądając się faktom, trudno zauważyć by zagrożenie wojną na terenie Polski zwiększyło się w ostatnich dwóch miesiącach. Zatem, czy wojna jest przyczyną, że niektórzy z nas, nagle, zaczęli gromadzić słodki towar? Może to chęć zaoszczędzenia paru złotych na cukrze? Też wątpliwe. Jeżeli nawet cukier podrożałby o 2 zł na kilogramie, to przy zgromadzeniu 100 kg można by zyskać jakieś 200 zł. A byłaby to równowartość około 12 paczek papierosów.

Musimy być najlepsi

Co zatem powoduje, że całkiem spora grupa Polaków, nagle, bez ekonomicznego powodu wykupuje cukier? Bo Polak chce być lepszy niż jest. Jako naród chce być lepszy od innych narodów. Jako sąsiad chce być lepszy od sąsiada. Prawdopodobnie wynika to z naszego głębokiego niedowartościowania oraz z niecierpliwości. Drobny polski biznesmen, który z prowadzonego interesu mógłby dobrze żyć, cierpi, że potomkowie Kulczyka mają więcej.

Pisał dawno temu Wańkowicz: W Polsce szewc zazdrości kanonikowi, że został prałatem. I miał Wańkowicz rację, bo ogromna część Polaków ma w genach zawiść, zazdrość i cierpienie, z powodu sukcesów innych.

Sporą winę ponoszą też partie wszystkich maści. To one wmawiają nam, że jesteśmy wspaniali, bohaterscy i niezłomni. A szczególnie ci z Polaków, którzy na daną partię głosują. Słuchający tych pochwał obywatel RP myśli wtedy tak: skoro jestem tak wspaniały, to jednak mam za mało. I popada w jeszcze większą frustrację, Z czego zakłada buty i pędzi po cukier, żeby choć trochę cieszyć się z tego, że ubiegł kolegę z pracy i szwagra. Wtedy siada w fotelu przed telewizorem i uśmiecha się ironicznie, gdy słyszy, że cukru brak. Uśmiecha się, bo on przecież ma!

Słodka polityka

Władze nie wzywają do opamiętania, że cukier będzie a tylko chwilowo go nie ma, bo ludzie niepotrzebnie robią zapasy; szukają winnych poza Polską i wcale nie dyskretnie sugerują, że większość cukrowni jest w obcych rękach. Z czego ma wynikać, że ci okropni Niemcy wyżerają nam cukier. Co prawda nie padło jeszcze oficjalnie, że Tusk wyżera cukier, ale niebawem…

Opozycja powinna również wzywać naród do opamiętania, ale nie robi tego, i sugeruje, że winą za braki w zaopatrzeniu ponosi władza. Opozycja do głodu, chłody i ciemności, jakie nas czekają od jesieni – według opozycji – dodaje niesłodzoną herbatę i gorzkie ciasta.

Czyli – obie zwalczające się strony, nie chcą powiedzieć narodowi gorzkiej prawdy – że jesteśmy okropni!

Żadna z partii nie powie tego, bo każda chce mieć dobry wynik w wyborach. Skutkiem czego naród wykupuje cukier. A z cukrem jest tak jak z bankami – nie ma żadnego banku, który wytrzymałby tydzień, gdyby wszyscy klienci wycofali swoje aktywa. I nie ma kraju, w którym cukier stałby na półkach, gdyby ludzie kupowali go po 50 kg na głowę. Byłem tego świadkiem.

W Internecie pojawiają się już anonse o sprzedaży cukru, przez zupełnie prywatnych obywateli. Czyli komuna wróciła. A gdyby tak władza karała spekulantów sporymi grzywnami, choćby za uprawianie handlu bez zezwoleń? I gdyby tak jeszcze podawano do publicznej wiadomości kto spekuluje i gdzie mieszka? Może to powstrzymałoby cwaniaków?

Interes społeczny czy wyborczy?

Piszę tak, ale zupełnie nie wierzę, że władza – przy wsparciu opozycji – podejmie próby siłowego opamiętania obywateli, doprowadzenia sporej części narodu do rozumu i porządku. Bo żadna z politycznych partii nie ma w tym interesu.

W takim małym kryzysie cukrowym ujawniły się najokropniejsze z naszych cech: sobiepaństwo, egoizm, brak społecznej odpowiedzialności i staropolska anarchia, o której tak mądrze pisał Paweł Jasienica

Nie jesteśmy społeczeństwem idealnym. Jak wszystkie inne zresztą. To co nas różni od Zachodu to brak odpowiedzialności za innych. Kiedy w Wielkiej Brytanii władze proszą o niepodlewanie ogrodów i trawników, to ludność stosuje się do tych próśb. U nas? Podlewają! Jedni przeciw opozycji, drudzy przeciw rządowi.

Na kogo zagłosuję?

Na tę partię, która powie społeczeństwu, że ma ono także cechy okropne. Teraz wszystkie partie, na wyprzódki, zalecają się od tzw. elektoratu. Pora tym schlebiankom, cacankom, temu mizdrzeniu i łaszeniu się do wyborcy położyć kres! Czas na powiedzenie prawdy – przy okazji cukru. Bo gdy nadejdzie czas prawdziwej próby naszej odpowiedzialności, może być za późno.

Ideały Solidarności są podwalinami obecnego systemu społecznego w Polsce. Ale tylko od święta. Na co dzień panuje bezhołowie i pogarda dla współplemieńca. Bo ja mam cukier a tamtego z piętra wyżej niech szlag trafi.

Oczywiście pójdę na wybory i poprę tych, którzy w tym szaleństwie zachowają najwięcej rozsądku. Mój prywatny konkurs o mój jeden głos wyborczy trwa. Miejcie na uwadze politycy, że bacznie Was obserwuję.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Strzeż się tego, co na koniu kradzionym jedzie!

Tak zwani platformersi dali dowód, że czynnie i bardzo konkretnie potrafią pod dyktando ustępować UE i działać przeciwko Polsce. Ośmielili się swoje brudne rączki podnosić przeciw Polakom. Dlaczego tego samego nie będą gotowi zrobić wraz z ruskim bandytą? Przecież dokładnie tak już bywało. Piąta kolumna zaprzańców i targowiczan jest faktem.

Kto stanie na jej czele jeszcze nie wiadomo. Bo wcale niekoniecznie będzie to Tusk. W końcu słabe to chłopię i kruche. Pobiegać, pobiega. Kobietą się posłuży, ale z tymi kamieniami na czele protestów to już chyba nie da rady. Niemiecka opieka się skończyła. Myślę, że najbliżsi kolesie wkrótce go wysadzą. Biedny nie jest. Da sobie radę. Z sopockiej ulicy Jana z Kolna popłynie śladami słynnego żeglarza. Może na Florydę? Tam, gdzie niegdyś był a może ciągle jest jego skarbnik – Drzewiecki. No i inni beneficjenci podatkowych rajów.

Zapomnimy szybko o Panu Tusku, o Kwaśniewskim, o Wałęsie. Teraz są już inne problemy. Czy rodzinna targowica nie zacznie się zwracać o pomoc na wschód. Już mówią, że nie wszyscy ruscy są źli. Może to i prawda, ale lepiej nie sprawdzać. Medialne pieski ochoczo zaczynają już szczekać. Na razie cicho, choć już uciążliwie. „Żeby Polska była Polską” – śpiewa uparcie Pan Jan. I będzie nadal śpiewał.

Facet o wspaniałym polskim nazwisku, niestety, okazuje się dyszący do Polski nienawiścią, chyba jednak nie czytał „Ogniem i mieczem”, choć właśnie on, z powodów rodzinnych, powinien. W naszej historii był potop szwedzki, który zniszczył nam najbardziej kraj. Teraz rosyjski przywódca mówi o potopie ruskim, który ma zrobić zresztą w całej Europie. Niestety Ona, dama albo i nie dama ciągle jeszcze nie wierzy w te zapowiedzi.

Choć wystarcza już dowodów, że jednak Rosja napaść na wolny kraj potrafi. I to napaść brutalnie, bo nie na żołnierzy a na zwykłych ludzi, na ich domy, szpitale i szkoły. Mordowanie cywilów już zaczyna zachodnich obserwatorów nudzić. Są przecież wakacje. Upał. Problemem dla Europejczyków są zapchane lotniska i autostrady. Jakieś tam daleko rakiety naładowane setkami kilogramów trotylu nie są słyszalne ani widzialne. Turek i ajatollah stanęli już razem z Putinem do wspólnego zdjęcia.

Wystarczyło, że  ruski przymknął gazowy kurek a już zapanowała panika. W upały zaczęto się trząść w obawie przed mrozem. Łaskawca z Kremla nie tylko nie zamknie dopływu życiodajnej substancji ze wschodu, bo przecież nie zrobiłby na tym na kosztowne rakiety. Myślę nawet, że on obniży cenę. On teraz decyduje. Śmieje się nawet na konferencji prasowej że przecież Europa świetnie radzi sobie z LGBT  i powinna była przewidzieć, że ograniczenie się do jednego dostawcy to nieostrożność. Putin wszystkich przebił. Dać mu trzeba jakieś odznaczenie. Rosjanie go podziwiają a nawet papież, który zamiast na wschód jedzie na zachód wyraża się z nadzieją ale niezbyt mądrze. „Szczekanie”? Nasz Papież nigdy by czegoś takiego nie powiedział.

Jan Paweł II mówił ważne rzeczy, nie dlatego, że był z Polski, ale dlatego, że był mądrym człowiekiem, widział szaleństwo Hitlera z bliska. Jego kochamy i nie zapomnimy. Natomiast bezmyślne słowa obecnego papieża bolą okropnie. Spuśćmy to na karb starości.

Polska bać się nie może. Dość się już bała i wycierpiała. Trzeba się szybko zbroić, szkolić i przygotować. Chyba nasz kolejny minister obrony choć delikatnie wygląda, tak robi. Trzeba kupić węgiel nawet wożąc go statkami masowcami, stutysięcznikami przez miesiąc z dalekich krajów za duże pieniądze. Przejdą z powodzeniem przez cieśniny duńskie.  Podobno jest dużo węgla do sprzedania w RPA. Niech tym się nasi zajmą zamiast gadać o planowaniu i wymyślaniu nowych struktur organizacyjnych. Proszę również mimo wszystko pomyśleć o odgruzowaniu zasypanych kopalń. Mamy węgiel. Mamy go bardzo dużo.  Na szczęście nie udało się ograniczyć wydobycia w lubelskiej Bogdance, w Stefanowie powinien powstać jak najszybciej nowy szyb. Szyb zbudowany przez Polaków. Nie australijski, bo oni dostali tylko zgodę na prace poszukiwawcze. Dostali też plany zasobów węglowych na tym wielkim placku czarnego złota, który rozciąga się od Łęcznej aż po Włodawę. Te plany wykradziono, a facet który to zrobił chodzi sobie nadal wolno.

Jak znaleźć tych, którzy zniszczyli naszą flotę, sprzedali huty i stocznie, zasypali kopalnie? To proste dochodzenie. Pod każdym dokumentem  jest dużo podpisów.

Powieje znowu wiatr historii. I portki trząść się będą pętakom. Są w ojczyźnie rachunki krzywd… Ale oprócz powtarzania wierszy trzeba coś robić. Niech ci co ukradli wyjadą już po te kupki złodziejskich srebrników uzbieranych w ciągu ostatnich 40-tu lat gdzieś tam w bankach Dominikany, Haiti i na innych wysepkach. Prawie pół wieku kradli. Kradzione nie tuczy. Podobno.  Bo u nas jest chyba odwrotnie. To niczego nie usprawiedliwia, że tak samo jest na Ukrainie i w innych krajach. Pecunia non olet.

Z klepania słusznych nawet pomysłów może być tylko przyklepywanie biedy. Od rotacji i wymiany ministrów, węgla, statków i stali nie przybędzie. Idźcie sobie precz. Weźcie nawet służbowe laptopy i samochody. Prawdziwe straty to ta inteligencja techniczna, inżynierowie i projektanci, którzy za chlebem opuścili kraj. Wreszcie pensje i zarobki powinny być transparentne. Politycy jak żona Cezara. Tylko kary finansowe są skuteczne. Łżesz, kradniesz, psujesz – płać. Będzie za co kupić broń. I to broń najlepszą. Nie łudźmy się, że słodkim głosem zapewnimy sobie bezpieczeństwo. Już wszystko zostało powiedziane. Oczywiście krytykujmy nadal ale sprawiedliwie.

Likwidujmy artykuł 212, niech nie straszy żurnalistów. Jeśli dziennikarz dołoży maksymalnie starań przy dokumentacji, to nawet jeśli się pomyli, nie powinien siedzieć w więzieniu wśród bandziorów. Trzeba opisać stan faktyczny powtórnie, przeprosić, ale nie mścić się na takim, który chciał dobrze ale się pomylił. Dziennikarz jest sojusznikiem prawdy. To są dziś potrzebni ludzie. Ale tylko wtedy, gdy swoja misję uczciwie wykonują.

Idzie nowe pokolenie. Na pewno będzie lepsze i uczciwsze. Może się ten i ów śmiać, ale uważam, że kadry przygotowywane w toruńskiej szkole nie tylko lepiej się prezentują, ale i napawają nadzieją. Wobec barbarzyńskiej wojny liczy się siła, zapewnijmy ją sobie. W mądrych sojuszach pod wodzą mądrych, pracowitych ludzi. Wówczas nikt nam noża w plecy nie wbije.

 

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wspiera ideę Wolnych Narodów Rosji

Praga, 23 lipca 2022 r.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wspiera ideę Wolnych Narodów Rosji, która daje możliwość przedstawicielom narodów skolonizowanych przez Rosję formułowania postulatów dotyczących ich praw do suwerenności i samostanowienia.

Uczestnicy Forum Wolnych Narodów Rosji w Pradze chcą by imperialna Rosja przekształciła się w unię niepodległych państw stworzonych na zasadzie dobrowolności oraz przywrócenia obywatelom podstawowych praw takich jak: wolność słowa, zgromadzeń, sumienia, możliwość zachowania tradycji i kultury.

Te postulaty mogą liczyć na pełne poparcie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Jednocześnie Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wyraża solidarność z wszystkimi więźniami w Rosji, szczególnie z tymi, którzy ponoszą konsekwencje swojej niezłomnej postawy i odwagi w pisaniu prawdy.

 

W imieniu Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

   prezes SDP Krzysztof Skowroński

CMWP SDP obejmuje monitoringiem sprawę z powództwa RASP przeciwko red. Samuelowi Pereira

W związku z pozwem o naruszenie dóbr osobistych,  jaki  w 2018 r. skierowało wydawnictwo Ringier Axel Springer Polska sp. z o.o. przeciwko Redaktorowi Samuelowi Pereira, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP zawiadamia o objęciu niniejszej sprawy monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela w zakresie wolności słowa. Stosowne pismo zostało wysłane do Sądu Okręgowego w Warszawie. Według oceny CMWP, w niniejszej sprawie zachodzi zagrożenie naruszenia praw obywatelskich red. Samuela Pereiry. CMWP SDP  od początku wspiera dziennikarza w tym sporze z medialnym potentatem i broni jego prawa do swobody wypowiedzi oraz dziennikarskiej niezależności.

Redaktor Samuel Pereira został pozwany przez Ringiuer Axel Springer sp.z o.o. w październiku 2018 roku za 26 swoich wpisów na portalach społecznościowych, jakie opublikował w okresie od stycznia do lipca 2018 r. na portalu Twiiter  oraz za  jeden wpis z października 2017  na portalu Facebook, a w których rzekomo miał rozpowszechniać nieprawdziwe informacje i sugestie dotyczące niemiecko – szwajcarskiego wydawnictwa Ringier Axel Springer sp. z o.o. RASP  domaga się  usunięcia wpisów red. Pereiry ze wskazanych portali, przeprosin w różnych mediach oraz odszkodowania w postaci wpłaty na cel społeczny w wysokości 100 tysięcy złotych. CMWP SDP  podjęło monitoring sprawy zgodnie z przepisami prawa, co jest uzasadnione celami realizowanymi przez Centrum oraz potrzebą ochrony istotnych dóbr chronionych prawem, w tym konstytucyjnych praw i wolności.

Ostatnia rozprawa w tej sprawie odbyła się 18 maja 2022 r. Posiedzenie było jawne i odbyło się w trybie on-line. Przypomniano, iż dziennikarz został oskarżony w 2018 roku przez spółkę Ringier Axel Springer Polska o naruszenie dóbr osobistych. Przedmiotem sporu są wpisy z okresu od października 2017 roku do lipca 2018 roku, które zostały umieszczone przez Samuela Pereirę na portalach społecznościowych (Tweeter i Facebook). Według skarżących, publicysta zamieszczając owe wpisy naruszył dobra osobiste wydawnictwa w postaci jego renomy. W związku z tym spółka domaga się od pozwanego dziennikarza: 100 tysięcy złotych na rzecz organizacji charytatywnej, zamieszczenia przeprosin na wymienionych portalach społecznościowych oraz usunięcia z prowadzonych przez Pereirę portali 26 wpisów, a także nakazanie „zaniechania rozpowszechniania nieprawdziwych informacji i sugestii dotyczących RASP”.

Podczas procesu, w charakterze strony powodowej, przed sądem stawił się Krzysztof Stopa, dyrektor finansowy RASP.  Stwierdził on, że wydawnictwo skierowało do dziennikarza pismo, w którym domagało się zaprzestania naruszeń. Pytany o skutki spornych wpisów, Stopa oświadczył, że dotknęły one zarówno dziennikarzy jak i pracowników, wywołując złość oraz falę negatywnych komentarzy, a samo pismo RASPU miało wzbudzić eskalację tych wpisów. Były to na przykład: tworzenie informacji pod dyktando Niemiec. Według Krzysztofa Stopy: Dziennik Fakt nie jest niemieckim wydawnictwem. Jest polską spółką. Fakt jest podmiotem z kapitałem głównie szwajcarskim. Kolejna sporna informacja brzmiała: Fakt jest redagowany przez Marka Dekana, na co zeznający stwierdził, że linia redakcyjna nie jest związana z liną zarządzania. Za godzące w wydawnictwo wpisy skarżący uznał także zdanie: Fakt gazeta codzienna jest brukowcem, w którym pracują hieny. Dodatkowo zarzucił, że Pereira nie skonfrontował swoich wpisów z dziennikarzami i pracownikami Faktu przed umieszczeniem ich na portalach społecznościowych. Stopa oświadczył także przed sądem, że misją Faktu jest rzetelne informowanie społeczeństwa, by mogło ono dokonywać właściwych wyborów. A wszystkie wpisy publicysty bazują na stereotypach, wykorzystują polsko-niemieckie relacje historyczne. Godzą w dobre imię wydawnictwa, dziennikarzy i innych prawników. Jednym słowem, Samuel Pereira nie miał podstawy do swoich publikacji.

Do tych zarzutów odniósł się oskarżony dziennikarz, który stwierdził, że poczynania RASP-u są w sprzeczności zarówno do standardów jak i praktyki dziennikarskiej. Odmawia mu się konstytucyjnego prawa do wyrażania własnych poglądów, w tym krytyki, którą z kolei gwarantuje prawo prasowe. Redaktor Pereira przekonywał, że jego celem nie było wydawnictwo jako takie, ale odnosił się do konkretnych wydarzeń, publikacji i dyskusji w mediach społecznościowych polemizując z konkretnymi dziennikarzami. Zwrócił też uwagę, że należy oddzielić wpisy w mediach społecznościowych od publikacji w gazetach czy portalach, gdzie przygotowując artykuł bada się zagadnienie z kilku stron i weryfikuje zdarzenia. Dyskusja w komunikatorach, jest nieporównywalna – dowodził dziennikarz  – bowiem toczy się bezpośrednio między użytkownikami. Ja zawsze uczestniczyłem w tych dyskusjach. Sam wielokrotnie byłem ofiarą mocnych tez – powiedział. W tym miejscu Samuel Pereira zacytował bardzo obraźliwe, odnoszące się do niego osobiści komentarze pokazując tym samym „temperaturę” polemiki w mediach społecznościowych. W kontekście listu szefa koncernu RASP do pracowników zatrudnionych w Polsce, Pereira stwierdził: Ten list został przekazany wszystkim dziennikarzom należącym do RASP-u, ujawniony przez media, niezdementowany przez p. Marka Dekana. Nie kontaktowałem się z p. Dekanem, bo nie widziałem takiej potrzeby.

Rozprawa zakończyła się wnioskiem wydawnictwa RASP o wyznaczenie terminu, na przedstawienie swojego ostatecznego stanowiska na piśmie, do którego z kolei odniesie się Samuel Pereira. Sędzia Agnieszka Bedyńska-Abramczyk poinformowała o możliwości podjęcia dalszych decyzji, w szczególności w zakresie wydania orzeczenia końcowego, na posiedzeniu niejawnym.

***

Relacja z rozprawy wydawnictwa RASP przeciwko redaktorowi Samuelowi Pereira

18 maja 2022 roku w Sądzie Okręgowym w Warszawie, odbyła się kolejna już rozprawa przeciwko redaktorowi Samuelowi Pereira. Posiedzenie było jawne i odbyło się w trybie on-line. Dziennikarz został oskarżony w 2018 roku przez spółkę Ringier Axel Springer Polska o naruszenie dóbr osobistych. Przedmiotem sporu są wpisy z okresu od października 2017 roku do lipca 2018 roku, które zostały umieszczone przez Samuela Pereirę na portalach społecznościowych (Tweeter i Facebook). Według skarżących, publicysta zamieszczając owe wpisy naruszył dobra osobiste wydawnictwa w postaci jego renomy. W związku z tym spółka domaga się od pozwanego dziennikarza: 100 tysięcy złotych na rzecz organizacji charytatywnej, zamieszczenia przeprosin na wymienionych portalach społecznościowych oraz usunięcia z prowadzonych przez Pereirę portali 26 wpisów, a także nakazanie „zaniechania rozpowszechniania nieprawdziwych informacji i sugestii dotyczących RASP”.

Podczas procesu, w charakterze strony powodowej, przed sądem stawił się Krzysztof Stopa, dyrektor finansowy RASP.  Stwierdził on, że wydawnictwo skierowało do dziennikarza pismo, w którym domagało się zaprzestania naruszeń. Pytany o skutki spornych wpisów, Stopa oświadczył, że dotknęły one zarówno dziennikarzy jak i pracowników, wywołując złość oraz falę negatywnych komentarzy, a samo pismo RASPU miało wzbudzić eskalację tych wpisów. Były to na przykład: tworzenie informacji pod dyktando Niemiec. Według Krzysztofa Stopy: Dziennik Fakt nie jest niemieckim wydawnictwem. Jest polską spółką. Fakt jest podmiotem z kapitałem głównie szwajcarskim. Kolejna sporna informacja brzmiała: Fakt jest redagowany przez Marka Dekana, na co zeznający stwierdził, że linia redakcyjna nie jest związana z liną zarządzania. Za godzące w wydawnictwo wpisy skarżący uznał także zdanie: Fakt gazeta codzienna jest brukowcem, w którym pracują hieny. Dodatkowo zarzucił, że Pereira nie skonfrontował swoich wpisów z dziennikarzami i pracownikami Faktu przed umieszczeniem ich na portalach społecznościowych. Stopa oświadczył także przed sądem, że misją Faktu jest rzetelne informowanie społeczeństwa, by mogło ono dokonywać właściwych wyborów. A wszystkie wpisy publicysty bazują na stereotypach, wykorzystują polsko-niemieckie relacje historyczne. Godzą w dobre imię wydawnictwa, dziennikarzy i innych prawników. Jednym słowem, Samuel Pereira nie miał podstawy do swoich publikacji. Do tych zarzutów odniósł się oskarżony dziennikarz, który stwierdził, że poczynania RASPu są w sprzeczności zarówno do standardów jak i praktyki dziennikarskiej. Odmawia mu się konstytucyjnego prawa do wyrażania własnych poglądów, w tym krytyki, którą z kolei gwarantuje prawo prasowe. Pereira przekonywał, że jego celem nie było wydawnictwo jako takie, ale odnosił się do konkretnych wydarzeń, publikacji i dyskusji w mediach społecznościowych polemizując z konkretnymi dziennikarzami. Zwrócił też uwagę, że należy oddzielić wpisy w mediach społecznościowych od publikacji w gazetach czy portalach, gdzie przygotowując artykuł bada się zagadnienie z kilku stron i weryfikuje zdarzenia. Dyskusja w komunikatorach, jest nieporównywalna – dowodził dziennikarz  – bowiem toczy się bezpośrednio między użytkownikami. Ja zawsze uczestniczyłem w tych dyskusjach. Sam wielokrotnie byłem ofiarą mocnych tez – powiedział. W tym miejscu Samuel Pereira zacytował bardzo obraźliwe, odnoszące się do niego osobiści komentarze pokazując tym samym „temperaturę” polemiki w mediach społecznościowych. W kontekście listu szefa koncernu RASP do pracowników zatrudnionych w Polsce, Pereira stwierdził: Ten list został przekazany wszystkim dziennikarzom należącym do RASP-u, ujawniony przez media, niezdementowany przez p. Marka Dekana. Nie kontaktowałem się z p. Dekanem, bo nie widziałem takiej potrzeby.
Rozprawa zakończyła się wnioskiem wydawnictwa RASP o wyznaczenie terminu, na przedstawienie swojego ostatecznego stanowiska na piśmie, do którego z kolei odniesie się Samuel Pereira. Sędzia Agnieszka Bedyńska-Abramczyk poinformowała o możliwości podjęcia dalszych decyzji, w szczególności w zakresie wydania orzeczenia końcowego, na posiedzeniu niejawnym.

Redaktor Samuel Pereira został pozwany przez Ringiuer Axel Springer sp.z o.o. w październiku 2018 roku za 26 swoich wpisów na portalach społecznościowych, jakie opublikował w okresie od stycznia do lipca 2018 r. na portalu Twiiter  oraz za  jeden wpis z października 2017  na portalu Facebook, a w których rzekomo miał rozpowszechniać nieprawdziwe informacje i sugestie dotyczące niemiecko – szwajcarskiego wydawnictwa Ringier Axel Springer sp. z o.o. RASP  domaga się  usunięcia wpisów red. Pereiry ze wskazanych portali, przeprosin w różnych mediach oraz odszkodowania w postaci wpłaty na cel społeczny w wysokości 100 tysięcy złotych.

tekst i zdjęcia : Aleksandra Tabaczyńska

O tym, że w porównaniach ważna jest skala pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Stauffenberg zamiast Pileckiego

21 lipca 1944 roku w Berlinie został rozstrzelany płk Claus von Stauffenberg, oficer Wehrmachtu, który dzień wcześniej dokonał nieudanego zamachu na Adolfa Hitlera w jego kwaterze polowej w Wilczym Szańcu w Prusach Wschodnich.

 

„Wzywamy Pana do rezygnacji z planów uczestnictwa w uroczystościach poświęconych pamięci Clausa von Stauffenberga, które mają odbyć się w Niemczech w dniu 8 lipca br. Mimo że ukończył Pan Wydział Historii Uniwersytetu Warszawskiego, chcielibyśmy przypomnieć Panu antypolskie wypowiedzi i działania tego człowieka, którego jedynym pozytywnym czynem była nieudana próba zamachu na Adolfa Hitlera już po faktycznej klęsce militarnej Rzeszy Niemieckiej u końca II wojny światowej” – list takiej treści do prezydenta Bronisława Komorowskiego napisali przedstawiciele Reduty Dobrego Imienia w lipcu 2015 roku.

Dalej czytamy, że Stauffenberg, jako oficer Wehrmachtu, wziął czynny udział w ataku na Polskę w 1939 r. To już wystarczający powód, aby prezydent RP (ktokolwiek by nim był) nie czcił takiego człowieka. Ale pójdźmy dalej. Już 4 września 1939 r. w liście do żony Niny ten niemiecki bohater pisał o Polakach: „miejscowa ludność to niewiarygodny motłoch, bardzo dużo Żydów i mieszańców. Wokół czuje się nadzwyczajną nędzę. Jest to naród, który, aby dobrze się czuć, najwyraźniej potrzebuje batoga. Tysiące jeńców przyczynią się na pewno do rozwoju naszego rolnictwa. Niemcy mogą wyciągnąć z tego korzyści, bo oni (Polacy i Żydzi] – red.) są pilni, pracowici i niewymagający”.

Czyli polski prezydent oddaje hołd rasiście, który siebie i naród niemiecki uważa za „wyższą rasę”, a Polaków i Żydów za podludzi. Chce z nich zrobić niewolników i zapewne zamknąć w „polskich obozach koncentracyjnych”.

I tu dochodzimy do „bohaterskiego” punktu w historii przedstawiciela Herrenvolku – narodu panów, czyli zamachu na Hitlera w lecie 1944 r. Tylko jakie były jego motywy? Czy chęć wyrównania krzywd dokonanych przez tzw. nazistów, czyli Niemców? Czy to, co nas, Polaków, powinno najbardziej przejmować, czyli zadośćuczynienie dokonanemu na nas ludobójstwu, planowanej likwidacji przede wszystkim polskiej inteligencji? Nic z tych rzeczy. Stauffenberg pragnął utrzymać niemieckie zdobycze wojenne i mocarstwową pozycję Niemiec. Z taką korektą, że już bez Hitlera.

Z ówczesnych uroczystości ku czci Stauffenberga, które odbyły się w Berlinie, Niemcy i świat po raz kolejny dowiedzieli się, że głównie (jeśli nie tylko) w Niemczech w czasie II wojny światowej istniał znaczący antyhitlerowski ruch oporu. To oczywiste kłamstwo, które Bronisław Komorowski postanowił firmować. Chyba lepiej byłoby oddawać hołd nie niemieckim, ale polskim bohaterom, ale na pewno nie tak, jak zrobił Komorowski – porównując Stauffenberga do powstańców warszawskich.

Szczęśliwie podejście do historii w Polsce się zmieniło. Ale w walce z nazistami – broń Boże nie mylić z Niemcami – Claus von Stauffenberg wciąż jest mocny. To on jest teraz bohaterem wysoko nakładowych filmów i to jego podnosi się do rangi europejskiego bohatera. I ma ten uniwersalny „walor”, że nie walczył z komunistami. Inaczej niż prawdziwy, wielki bohater walki z Niemcami i komunistami – rotmistrz Witold Pilecki.

Tadeusz Płużański

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Niemiecka zbrodnia w Jedwabnem

29 czerwca 1941 roku szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) Reinhard Heidrich rozesłał do wszystkich szefów Einsatzgruppen (formacji policji bezpieczeństwa zajmujących się głównie „oczyszczaniem” zaplecza frontu niemiecko-sowieckiego) dalekopis, w którym zalecał „inscenizowanie samooczyszczenia” na terenach okupowanych, tak aby wyglądało to na pogromy dokonywane spontanicznie przez miejscową ludność, która popiera niemiecką politykę eksterminacji ludności żydowskiej.

 

Z pisma niemieckiej Centrali Ścigania Zbrodni Nazistowskich w Ludwigsburgu, adresowanego do polskiej Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich z 1967 roku wynika, że o zbrodnię w Jedwabnem i okolicznych miejscowościach był podejrzany niejaki Wolfgang Birkner  –  dowódca Einsatzkommando Białystok (J.T. Gross całkowicie neguje jego odpowiedzialność).
Pamiętać należy, że po wejściu Niemców na polskie tereny okupowane wcześniej przez Sowietów takie wydarzenia jak w Jedwabnem były regułą. Kilkanaście dni wcześniej, zaraz po wejściu do Białegostoku, Niemcy zamordowali ok. dwóch tysięcy Żydów, wielu z nich paląc w miejscowej synagodze.

O niemieckiej inspiracji mówią również raporty Polskiego Państwa Podziemnego z terenu Białostocczyzny. Żeby było ciekawiej – Szmul Wasersztajn mówi wyraźnie, że rozkaz „zniszczenia wszystkich Żydów” w Jedwabnem wydali Niemcy. Mimo, iż jego relacja jest podstawą książki „Sąsiedzi”, J. T. Gross w swoich wnioskach całkowicie pomija ten fakt.
W tle dyskusji pozostaje również stosunek części Żydów do Polaków pod okupacją sowiecką. Wiele relacji wskazuje na kolaborację Żydów z Sowietami. Jeszcze przed wejściem Armii Czerwonej na tereny tzw. Zachodniej Białorusi Polacy toczyli regularne walki z żydowsko-białoruską rebelią w wielu miejscach na Grodzieńszczyźnie – w powiecie wołkowyskim, słonimskim, na Polesiu, tam, gdzie stacjonowały jeszcze oddziały polskie. Przykładem jest Grodno.

Kiedy 18 września Polacy przygotowywali się do obrony miasta, uzbrojone bojówki żydowskie z niewielkim udziałem Białorusinów, na czele których stali wypuszczeni z więzień komuniści, próbowali opanować centrum miasta, aby zdezorganizować obronę. Oddziały WP, policji i straży pożarnej po zaciekłych walkach rozbiły te bojówki, ale dywersja trwała przez następne trzy dni, aż do zdobycia Grodna przez wojska sowieckie. Rebelianci pomagali Sowietom w przeprawie przez Niemen a po opanowaniu miasta służyli informacjami na temat Polaków. Za udział w obronie Grodna zostało rozstrzelanych kilkaset osób – duża część została zadenuncjowana przez skomunizowanych Żydów.

Do podobnych sytuacji doszło w Wilnie we wrześniu i październiku 1939, w czasie tzw. pierwszej okupacji sowieckiej. Ze źródeł żydowskich dowiadujemy się, że Żydzi stanowili aż 80 proc. Gwardii Robotniczej – formacji powołanej do zwalczania przeciwników władzy sowieckiej. Razem z Sowietami wycofało się potem z miasta ok. 3 tys. Żydów z kręgów lewicowych. Najbardziej znaną rebelią, którą Sowieci nazwali powstaniem i przypisali mu dużą legendę, były dwudniowe walki o miasteczko Skidel. Drugiego dnia, po odparciu rebeliantów, Polacy stawiali czoła sowieckim czołgom i grupom uzbrojonych cywili z czerwonymi opaskami na rękach.
Przypadki rebelii i denuncjowania zdarzały się także na terenach województwa białostockiego. Powstawały tam różnego rodzaju bojówki, przybierające formę milicji, lub grup ochotniczych, które wspomagały władzę sowiecką i działały przeciwko Polakom.

O pamięci, historii i solidarności pisze CEZARY KRYSZTOPA: Stracona okazja

11 lipca tego roku, oprócz tego, że był dniem, kiedy obchodziliśmy rocznicę tragicznej Krwawej Niedzieli Rzezi Wołyńskiej, wyeksponował dwie skrajne postawy wobec stosunków polsko-ukraińskich. Emocje związane z rocznicą wydarzeń, które pozostawiły wieczną bliznę na zbiorowej pamięci Polaków jednych skłoniły do „refleksji” – „Ukrainie nie warto pomagać”, a innych – „nie zawracajcie mi głowy Wołyniem, kogo to dzisiaj obchodzi”. Obydwu, przykro to mówić – niemądrych.

Mamy tuż za ścianą agresywnego sąsiada, który innych sąsiadów dzieli na tych których sobie podporządkował i na tych, których zamierza pobić, lub właśnie bije. Nie są znane przypadki traktowania przez niego kogokolwiek jako „partnera”, no chyba, że przypadkiem ma większą piąchę, lub daje mu na flaszkę.

Ten sąsiad wyraźnie i wielokrotnie komunikował nam, choćby za pomocą manewrów „Zapad” opartych na scenariuszu ataku nuklearnego na polskie miasta, że jest do nas nastawiony agresywnie i wojowniczo. Nie wspomnę nawet o jakości rusko – tuskiego śledztwa ws. katastrofy smoleńskiej. Nie widzę powodu, żeby tych wyraźnych komunikatów nie brać poważnie i nie wyciągać z tego wniosków.

A wniosek jest z tego taki, że im słabsza Rosja tym lepiej dla Polski. Dlatego, jeśli Ukraina wykrwawia Rosję, to choćbyśmy Ukrainy zupełnie nie kochali – w interesie Polsk jest, żeby wykrwawiała jak najdłużej i osłabiła jak najbardziej. I jeśli możemy, nie uszczuplając w sposób krytyczny własnych zasobów jej w tym pomóc, chyba lepiej, że to odbywa się na wschodzie Ukrainy a nie musi się odbywać na linii Bugu?

Nie mamy prawa „zapominać”

Z drugiej strony, ci którzy sami się nie szanują, w oczywisty sposób nie są szanowani przez innych. Dlatego jako dość żałosne odbieram te próby „reform językowych”, do których nawet pytani przez mnie Ukraińcy odnosili się z pewnym zażenowaniem – te wszystkie „w Ukrainie” czy zmiana „ruskich pierogów” na „ukraińskie” bez żadnego pojęcia o tym, że w języku polskim nazwa pochodzi od województwa ruskiego, zamieszkanego przez Rusinów, czyli dzisiejszych Ukraińców. A najjaskrawszym przykładem tej dziwacznej egzaltacji jest „zapominanie o Wołyniu”.

Jakie my mamy w ogóle prawo „zapominać” o straszliwej zbrodni dokonanej rękoma Ukraińców z OUN i UPA na Polakach? Jakie mamy prawo „wybaczać” w imieniu rozerwanych dzieci? A jeśli wyprzemy się własne historii, to kto nas będzie szanował?

Fałszywy dylemat

Nie, alternatywa – albo pomoc Ukrainie, albo pamięć o Wołyniu, to fałszywy dylemat – na życie mamy wpływ. O tych którzy nie żyją, możemy już tylko pamiętać i jeśli jest taka potrzeba, domagać się prawdy historycznej na temat ich losu. Nie tylko w imię metafizycznej wspólnoty – ale również – a być może głównie dlatego, że bez pamięci o korzeniach narodu nie istniejemy jako naród. A z obecnej brutalnej wojny płynie co najmniej taka nauka, że jeśli Rosjanie mieli okazję zdziwić się oporem Ukraińców, to dlatego, że Ukraińcy czują się narodem, wspólnotą i w imię dobra tego narodu walczą.

Błąd

Wojna zbliżyła Polaków i Ukraińców. I to dobrze, bo mamy wspólnego wroga. Z jednej strony spontaniczna gościnność Polaków, z drugiej spontaniczne odruchy sprzątania polskich cmentarzy na Ukrainie, oby zaowocowały w przyszłości poprawą stosunków również na poziomie obywatelskim.

Ale najlepsza okazją do wykonania gestu, który mógłby poważnie zacząć oczyszczać atmosferę, była rocznica Krwawej Niedzieli 11 lipca. Pierwszego 11 lipca po wybuchu wojny i po tym co się przy tej okazji zdarzyło. Tak tak, wiem, wieńce, ustawy itd. Ale nie tylko ja jak głupi czekałem aż prezydent Zełenski coś powie. Potępi. Uczyni widoczny gest. No i się nie doczekałem. To oczywiście nie znaczy, że „wszystko stracone”. Warto nad tym pracować nadal. Ale niewykorzystanie takiej okazji to poważny błąd.

Za drugim razem pierwszego wrażenia zrobić się nie da.

O tym, że nie wolno zapomnieć o rosyjskiej inwazji na Ukrainę pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Po trupach

Co nam z tego, że Merkel przejdzie do historii jako durna baba.  Co z tego, że po niewczasie Tusk zostanie w Polsce uznany za zdrajcę? Jakim trzeba być naiwniakiem i głupkiem by uzależnić się z chytrości od satrapy zabijającego bez pardonu sprzeciwiających się mu własnych obywateli. By uzależnić się od mordercy bezbronnych, wywożącego jak przed laty porwanych ludzi w bezkres Sybiru. By uzależnić się od próbującego wynaradawiać dzieci. Putin grozi wojną jądrową wolnym państwom w imię mrzonki totalnego panowania nad światem, a ogłupiali klaszczą mu tak jak Niemcy Hitlerowi w 1939 roku.

Wystraszona Europa boi się, że dostęp do taniego paliwa zostanie zamknięty, że ruska zima zamrozi tyłki bogatym narodom zachodu Europy. Ruscy szantażują bronią, myślą Niemcy, Francuzi, Włosi i Holendrzy, że jeśli ulegną złodziejowi, bandycie, to na pewno ich oszczędzi! Przypomina się rok 1939. „Przywiozłem wam pokój” – chwalił się angielski dżentelmen po wyjściu z samolotu. Potem ginęli milionami. Świat zatykał nozdrza, by nie czuć dymu z krematoriów. Teraz „świat” zaczyna się już nudzić obrazami krwawych zbrodni. Przestaje słuchać huku armat i wybuchów rakiet. Rozżarzone lufy dział spowszedniały. Jeszcze tylko przekazywane są suche informacje o liczbach zabitych i rannych. O czekających na ratunek pod gruzami.

Tak zwany zachód boi się, że będzie musiał kupować droższy gaz i ropę. Nic podobnego. Putin  wyremontuje rurę i zaproponuje tańsze paliwo. Na przykład za pół ceny. Oczywiście taniej będzie tylko do następnej agresji. Do napaści na kraje bałtyckie, na Polskę, Czechy i Słowację. Do czasu aneksji Mołdawii, Bułgarii.

Oksfordczycy, sorboniarze, humboldczycy, jesteście wspaniale wykształceni, tyle że działacie jak dzieci we mgle. Jesteście uzależnieni. Od dobrobytu, od Putina. Popatrzcie w lustro. Najlepiej weneckie. Po drugiej stronie obserwują was małe oczki mściwego i zachłannego kagiebisty. Ma dużo pieniędzy Śmieje się z was. On się nie cofnie. To za wasze pieniądze kupuje sobie broń.

Europo idziesz po ukraińskich trupach, krótkowzroczna Unio, fasadowe NATO, pogardzacie krajami wschodnich rubieży. Taka jest prawda. Robicie sobie wycieczki i udajecie empatię i oburzenie zbrodniami.  Broń dawkujecie jak lekarstwo. Byle się nie narazić zbytnio. Mieliśmy przykład w bośniackiej Srebrenicy jak „zachodni” pułkownik bronił muzułmańskich kobiet i dzieci.

Możecie obudzić się z ręką w nocniku pod atomowym grzybem. I dalej będziecie się cieszyć, że był tylko lokalny. Najlepiej nad moim krajem. Zrobicie odkrycie tak jak pułkownik Kukliński gdy zrozumiał, że pierwszy będzie zmieciony z powierzchni ziemi.  Zarozumiali mądrale, módlcie się o kolejny cud nad Wisłą i o Tuska by nadal robił co wy chcecie. Ciągle pytacie, po co ta krnąbrna Polska, po co Polacy? Najważniejsza jest praworządność, ale po waszemu. Po co Polsce węgiel, huty, flota i stocznie? Drogi dla waszych drogich samochodów. Chlewy dla waszych świń a obory dla holenderskich krów, które lepiej wysłać do Polski niż ubić na miejscu.  Bruksela zamiast brukselki. A Strasburg zamiast polskich sądów. Polacy na zlewozmywaki i na szparagi, płatki śniadaniowe na śniadanie, obiad i kolację.

Czy taka ma być przyszłość przed nami? Teraz papież już nie pomoże. Wybiorą czarnoskórego bo Ameryka Południowa, Azja nie lubi już Europy. Nie tak jak Amerykanów. Łatwo rozniecić nienawiść przypominając USA Wietnam, Belgom Kongo, Anglikom kolonializm. 40-milionowy naród z wielką diasporą zagranicą podzielony jest na pół tępą siekierą. I kłóci się dalej. Rozwalić go trzeba jak Jugosławię, Czechosłowację a wkrótce i Wielką Brytanię. Zostanie kraj przywiślański i niemiecki Śląsk.

 

WALTER ALTERMAN: Przykre słabości UE, czyli ciężka choroba unijna

Moskwa obnażyła słabości UE i NATO próbując skompromitować obie te organizacje. Owe słabości mogą jednak stać się ich siłą. Pod warunkiem, że wszystkie kraje członkowskie razem i każde z państw osobno uświadomią sobie w pełni sytuację i postanowią ją diametralnie zmienić.

Inwazja Rosji na Ukrainę była dla wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej i NATO ogromnym zaskoczeniem. Od upadku ZSRR, czyli przez prawie 30 lat Europa i cały wolny świat żyły w błogim przekonaniu, że nastąpiła wreszcie paruzja, czyli biblijny Dzień Pański – drugie przyjście Chrystusa. Według Nowego Testamentu oznacza to powrót Zbawiciela w chwale pod koniec dziejów. Wtedy to nastąpić ma zwycięstwo nad złem, wskrzeszenie umarłych, a przede wszystkim Sąd Ostateczny.

Lechu szedł po drugiego Nobla

Głosicielem tej ewangelicznej tezy był, między innymi, Lech Wałęsa, który wielokrotnie zapewniał, że żadnej wojny już nie będzie, bo wszystkie państwa są ze sobą tak mocno powiązane interesami, że nikomu nie będzie się opłacało walczyć. Na potwierdzenie tych słów Wałęsa przed kamerami mocno splatał palce dwóch dłoni. I uśmiechał się błogo, co miało znaczyć, że on sam to załatwił, bo samodzielnie obalił przecież komunę. Zdaje mi się, że Wałęsa marzył wtedy o drugim Noblu. Z ekonomii.

Samozadowolenie Zachodu

 

Prawdę mówiąc, Zachód był niezmiernie przez te ostatnie 30 lat zadowolony z siebie, bo upadek komuny stworzył dlań nowe rynki zbytu. Na terenach byłego imperium sowieckiego oraz byłych państw bloku Zachód uzyskał też względnie tanią siłę roboczą oraz dostęp do niedrogiej energii. Jeżeli dodać do tego, że handel z Chinami był dla Europy nader intratny, wziąwszy pod uwagę tanie produkty oferowane przez Państwo Środka oraz chłonność największego azjatyckiego rynku na produkty europejskie.

Dlaczego Zachód uważał, że tak będzie zawsze? Że gaz będzie zawsze tani a Chińczycy zawsze będą pracować za miskę ryżu? Dlaczego w Berlinie, Paryżu i Rzymie lekceważono, potencjalne zagrożenia, dlaczego dano się złapać w pułapkę nastawioną przez Rosję i Chiny? Czy nie było żadnych politologów, filozofów, którzy byliby w stanie artykułować mądre prognozy? Byli, ale nikt ich nie słuchał.

W demokracjach europejskich chodzi bowiem tylko o jedno – zdobyć władzę w kolejnych wyborach. I żadna partia nie myśli dalej niż od 5 do 6 lat do przodu. U nas także. Uważam zresztą, że nie jesteśmy jeszcze wystarczająco silnym państwem, abyśmy mogli podawać ton całej Unii.

Bezmyślność biurokracji

Ogromny, jeśli nie główny, udział w tej bezmyślności ma też biurokracja Unii Europejskiej. Ta organizacja powstała jako narzędzie wzajemnego handlu między państwami założycielami Wspólnoty Węgla i Stali. Po 1945 roku narody Zachodu uświadomiły sobie, że obie wojny światowe miały swe źródło w bezkompromisowej konkurencji gospodarczej i próbach dominacji. I tak 18 kwietnia 1951 r. na mocy traktatu paryskiego podpisanego przez Belgię, Francję, Holandię Luksemburg, RFN oraz Włochy powstała Europejska Wspólnota Węgla i Stali. Traktat wszedł w życie 23 lipca 1952 r., a czas jego ważności określono w umowie na 50 lat.

Niestety były to miłe złego początki, bo z każdym rokiem administracja Wspólnoty, potem Unii Europejskiej usamodzielniały się, przejmowały coraz więcej kompetencji i decyzji. W końcu doszło do sytuacji, jaką mamy teraz. UE stała się bytem samodzielnym, niezależnym od państw i rządów państw, które ją powołały do życia.

Kto właściwie rządzi?

Dzisiaj ogromnym terytorium Europy nie kierują już narodowi politycy. Staliśmy się wszyscy niewolnikami urzędników. Wystarczy popatrzeć na cynizm i butę bijące z oblicz komisarzy, europarlamentarzystów, zastępców komisarzy, przewodniczących i współprzewodniczących, a nawet doradców… Krótko mówiąc, państwa członkowskie zrzekły się swej władzy i oddały ją w ręce abstrakcji. Czy abstrakcja może mieć ręce? W przypadku UE ma i to bardzo długie.

Urzędnicy UE zajęli się tym, co najłatwiejsze. I zamiast pilnować równowagi gospodarczej, owocnej współpracy w sferze przemysłu i handlu, skupili się na tzw. wartościach wyższych. Nie mówię, że zakres ich zainteresowań jest nieważny, ale przecież nie tylko.

Tolerancja, wolność dla transseksualistów, wolność słowa, klimat, czyste rzeki i jeziora, czyste powietrze, zwalczanie węgla i gazu ziemnego, ostre napiętnowanie elektrowni atomowych, samochody elektryczne zamiast benzynowych… to są główne pola walki urzędasów UE.

Wartości

Peter Handke, znakomity pisarz, laureat Nagrody Nobla, napisał ostatnio: Czułe, głębokie wartości ludzkości są wszędzie. Wartości są w formach wielkich dzieł. Wartości są w szlochu dziecka. Albo w dziecięcym podskoku. Wartości europejskie? Dupki. Kto chce, niech używa ich do zaprzeczania swojemu życiu, niech się nimi bawi, niech o nich śpiewa, niech je maluje, ale niech przestanie zamieniać wartości europejskie w topór przeciwko innym. Ludzie, którzy tak mówią, to nowy motłoch”.

Co jest grane?

A co w tym czasie robią rządy państw członkowskich? Odnoszę wrażenie, że nic lub niewiele. Cała Unia Europejska jest sama sobą znudzona. Wszystko było ładnie poukładane, był rozwój, eleganckie przyjęcia, grały orkiestry, były wystawne kolacje i obiady… Przyjeżdżali Chińczycy i Rosjanie, zapewniali o serdecznej przyjaźni, w duchu „braterskiej współpracy”. Żyć nie umierać.

Muszę tu dodać, że cały aparat UE, łącznie z europarlamentarzystami ma godziwe zarobki, przychylne dla zdrowia warunki pracy w nowych budynkach i perspektywy na bardzo wysokie emerytury. Robota nie jest nerwowa i nikt sobie rąk do kości nie zedrze. Europa wyhodowała agresywną ekipę darmozjadów, którzy zamiast z wdzięczności całować po rękach rządy państw członkowskich, stawiają się ponad nie.

Coś tu nie gra. A właściwie nic nie gra.

Co robić?

Nie piszę tego, chcąc opowiedzieć się przeciw unijnym działaniom w sprawie naszych sądów, węgla brunatnego czy ochrony lasów i naszego leśnego zwierza. Nie. To są tylko przykłady. Jak to mówił pewien lokalny działacz partyjny w czasach komuny „poszedłem po całości”. Bo tak zorganizowana Unia Europejska jest skandalem. I to skandalem bardzo wysoko opłacanym.

Kapitalizm uwolnił się od kontroli państw w latach 60. XX wieku. I teraz, ku zadowoleniu rządów i kapitalistów, panujący nam system ekonomiczny jest bez żadnej kontroli. I nie ma też żadnych społecznych obowiązków. Kiedyś taki Izaak Poznański, łódzki baron bawełny, budował, pod przymusem władz, szkoły, mieszkania i szpitale, a dzisiaj?

A teraz uwalniają się właśnie unijni urzędnicy. Uwalniają się od nadzoru i kierowania przez państwa. Zatem właściwe dwa pytania brzmią: 1. Po jaką cholerę państwa utrzymują rządy? 2. Czy rzeczywiście urzędnicy unijni dążą do stworzenia jednego ponadnarodowego państwa?

Teoretycznie nie byłoby w takim wielkim państwie nic złego, gdyby nie mały szczegół. Otóż, jeżeli już w tej chwili urzędnicy UE narzucają lub próbują narzucać, swą wolę państwom słabym, małym, to co będzie w przypadku tego „mega, giga” państwa?

Nie jestem za naszym wyjściem z UE, nie jestem też za samolikwidacją Unii. Uważam natomiast, że ten służebny twór nadto się rozrósł, zhardział i w sumie oszalał. Skutkiem czego jest szkodliwy. Pora więc wrócić do źródeł. Pora też sprawić, żeby rządy narodowe wzięły się do ciężkiej pracy. Darmo przecież nie pracują, choć wszystkie i od zawsze sprawiają wrażenie, że bardzo się dla zwykłego obywatela poświęcają.