HUBERT BEKRYCHT: Precz z dziennikarstwem obiektywnym!

Nie, nie zwariowałem. Przynajmniej nie czuję się wariatem, a to – jak wiadomo w naszej kulturze – stanowi wyrok, że jednak nierówno jest pod moim sufitem. Trudno, wolę jednak teraz uchodzić za wariata niż po kilku latach być wyrzucony z bezpiecznego szpitala psychiatrycznego, bo masowo będą tam trafiać walnięci dziennikarze, którzy obecnie są uważani za ostoję normalności i poprawności. Politycznej.

Nie ma czegoś takiego, jak dziennikarski obiektywizm. Szczególnie gdy trwa wojna. A inwazja moskiewskiej hordy na Ukrainę jest więcej niż wojną. To starcie cywilizacyjne. Skoro trwa wojna, to pięknoduchy, którzy „za wszelką cenę chcą pokoju na świecie” powinny przestać się mazać i przestać marudzić, że „dziennikarze” trzymają stronę Ukrainy. Tak, w tym sensie jestem stronniczy, czyli – jak głosi biblia polityczne poprawnych dziennikarzy – nie jestem obiektywny. Trzymam stronę Ukraińców i nie obchodzą mnie „zwykli Rosjanie”, nawet jeśli to wrażliwi poeci albo baletnice, którym kazano włożyć rosyjskie mundury…

A pal sześć obiektywizm. Muszę być tylko rzetelny. A będąc rzetelny nie mogę przecież kłamać pisząc Odbiorcom, że „będzie dobrze”, kiedy nie będzie się drażnić Rosji. Bo Rosja, nawet jeśli w niektórych latach niegroźna, zawsze się odrodzi pod postacią azjatyckiej bestii.

Już słyszę ujadanie dystyngowanej sfory dziennikarskich psów gończych poprawnie politycznej opozycji z Polski. Nie ma jednak innego wyjścia, uczciwy dziennikarz musi być po stronie Ukrainy, bo jej bohaterowie, także za nasze pieniądze, bronią Europy. Kontynentu, który – też za nasze pieniądze – postanowił popełnić samobójstwo za pomocą rozerwania wiązadeł jamy ustnej, bo do tego prowadzi nieustanne gadanie o „dobrych Rosjanach”.

Znam sporo Rosjan, szczególnie dziennikarzy. Żaden z nich nie przeprosił za to, co jego rodacy robią na Ukrainie, bo to przecież „nie Rosjanie, tylko rosyjskie władze” robią te okropne rzeczy – mordują, gwałcą, kłamią, rabują… Znani mi żurnaliści z Rosji opowiadają głodne kawałki, jak to współczują Ukraińcom, ale sami w swoich rosyjskich redakcjach przy pomocy swoich rosyjskich mózgów, wykonują tylko swoje rosyjskie obowiązki. A w ogóle pracują w redakcjach muzycznych, sportowych, śniadaniowych lub grają w redakcyjnych orkiestrach…

Niestety, w amoku politycznej ugodowości są też międzynarodowe organizacje dziennikarskie. Członkowie ich władz ciągle myślą jak moja prababcia w 1939 roku, że wojna pójdzie bokiem.

W związku z tym oświadczam: nigdy nie byłem, nie jestem i nie będę neutralny, czyli „obiektywny”,  wobec inwazji moskiewskiej na Ukrainę. Nie zamierzam być obiektywny, bo obiektywizm dziennikarski to utopia gorsza niż komunizm. W dziennikarstwie jest tylko zwyczajna ludzka przyzwoitość, którą podobni mi pismacy nazywają po prostu rzetelnością.

Jeśli trzeba będzie ratować Ukrainę, Polskę, Europę na wojnie i w wojnie z propagandą Kremla nie zawaham się użyć adekwatnych środków. Przeciw Rosjanom jestem w stanie walczyć z bronią w ręku. Gdyby jednak dowódcy NATO uznali to za niebezpieczne, mogę jako dziennikarz, kłamać, manipulować, mataczyć. Byle przeciw Rosji! Byle przeciwko zidiociałym od poprawności politycznej urzędnikom nazywających siebie dziennikarzami, którzy chcą ratować tyłki układając się z promoskiewskimi ośrodkami władzy w różnych krajach Europy i świata.

 

HUBERT BEKRYCHT: Nie bądźmy Piłatami dla Ukrainy

Tytuł napisałem z rozmysłem po ponad półrocznej barbarzyńskiej, rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Pomagamy stawiającym opór bohaterom. Cały świat pomaga walczącym Ukraińcom. Jeszcze… Dlaczego kreślę tak czarny scenariusz? Bo Europa boi się Rosji. Pod różnymi postaciami. Niemcy boją się przeziębienia z powodu braku ciepła tej zimy; Francuzi boją się głodu, bo, z braku paliwa, nie będzie czym dowieźć bagietek i sera; Włosi i Hiszpanie boją się braku prądu, bo przecież całą zimę są transmisje meczów piłki kopanej.

A czego boją się Polacy? Niektórzy, nawet po 24 lutego tego roku, nie boją się niczego. Tacy mieszkańcy Polski, mając ułańską fantazję, są w pozytywnym tego określenia znaczeniu narodowo obłąkani, ale na pewno chcą bić Moskala. To dobrze. Są narwani. To źle, ale na pewno są obywatelami Polski i Europy a w dużym stopniu także i Ukrainy.

Tacy ludzie nie myślą w tzw. pragmatyczny sposób. Tłumaczę: tacy ludzie są odważni. Co będzie, jak zwycięży Putin? Otóż, nie zwycięży! Tym większy będzie wstyd dla obywateli krajów, którzy ciągle trzęsą się na myśl o tym, że im Kreml zakręci kurek z gazem i podniesie (jeszcze?) ceny paliw. Tacy „bojowi” (bo się boją) ludzie nie są pragmatycznymi filozofami. Tłumaczę: tacy ludzie to tchórze. Piłaci dla Ukrainy. A takich jest sporo wśród kilkuset milionów społeczności tzw. Zjednoczonej Europy.

Kochani Rodacy, cóż nam jeszcze może się złego przydarzyć? Po kleszczach zaborów, po sprzedaniu nas Sowietom przez naszych aliantów w końcówce II wojnie światowej, po latach okupacji rosyjskiej, niemieckiej, austriackiej i znowu niemieckiej oraz ponownie rosyjskiej, po dekadach indoktrynowania nas przez sowieckich agentów i oszalałych zwolenników superpaństwa podległego gospodarczo Moskwie? Co jeszcze musi się zdarzyć, aby postępować godnie?

Mój kolega zawsze w ciężkich chwilach opowiada taką anegdotę:

Sklep z alkoholem. Noc. Zaduch. Nerwowość. Niektórym tak chce się pić, że zamordowaliby stojących w małej kolejce przed nimi. Jeden ze szczęśliwców pochwycił butelkę z marzeniami i już odkręca… Nagle potrąciła go niezgrabie wchodząca kobieta. Słychać dźwięk tłuczonego szkła i charakterystyczny zapach. Mężczyzna klnie, lamentuje, złorzeczy na wszystko i wszystkich. Kobieta zapewnia, że mu odda pieniądze i zaraz klient kupi sobie kolejne marzenia. Przekonuje: „Proszę nie przesadzać, przecież zawsze mogło się panu przytrafić coś gorszego”. Zapłakany pechowiec pyta: „Co gorszego, no co gorszego?!”

Kurtyna.

Zapewniam, że nie czeka nas o wiele gorszy los narodowy niż w przeszłości i – hipotetycznie – w przyszłości. Trzeba mieć po prostu godność, bo wówczas zyskamy szacunek. Nie tylko sąsiadów zza wschodniej granicy. Nie bądźmy zatem Piłatami dla Ukrainy. Nie umywajmy rąk wobec morderstw, gwałtów i rabunków, których dopuszczają się na Ukrainie rosyjskie hordy. Miejmy godność. Nawet wówczas, kiedy się boimy.

Nie bierzmy przykładu z zachodu, bo – w większości – to tylko podróbka Zachodu. Nawet nie chińska, bo obywatel Państwa Środka ma taką mentalność, że nie będzie popierał długo, tych którzy zdradzają swoich sąsiadów. I sojuszników.

 

 

 

Moja Niepodległa Ukraina – SIERHIJ KULIDA: Moja niezależność

1 września 1976 r. Wstąpiłem na Uniwersytet Kijowski, aby studiować filologię ukraińską, a teraz czekam na pierwszą „parę” przy audytorium nr 145 z moimi świeżo upieczonymi kolegami, którzy podzielili się na „grupy zainteresowań”. Wszystkie twarze są radosne, podekscytowane i trochę spięte – jakoś będzie…

W naszym „kręgu przyjaciół” wszyscy są mieszkańcami Kijowa lub przedmieścia. Sam między innymi Slavko Zholdak – syn słynnego satyryka i tłumacza, Taras – wnuk Maksyma Rylskiego klasyka literatury ukraińskiej, Lesi Zemlyak – córka autora ówczesnych bestsellerów „Stado łabędzi” i „Zielone młyny”, Nina – wnuczka pisarki dziecięcej Kuźmy Hryby.

Dress code dla dziewcząt i chłopców to „markowe” dżinsy. Językiem komunikacji jest rosyjski. Na zajęciach mówiliśmy po ukraińsku, ale poza murami klasy macierzystej posługiwaliśmy się językiem moskiewskiej „starszej siostry”. Jednocześnie nasi rodzice używali wyłącznie, jak powiedział nasz poeta, „języka słowika” zarówno w pracy, jak iw życiu codziennym.

Teraz ze wstydem przypominam sobie tę ignorancję i snobizm, a wtedy nikt nie miał nawet wątpliwości, że rosyjski (podobnie jak angielski) jest modny i nowoczesny.

W języku rosyjskim opublikowano miliony egzemplarzy prawie wszystkich popularnych publikacji — naukowych, historycznych, literackich itp. Oczywiście w ówczesnej Ukraińskiej SRR drukowano odpowiedniki, ale w Moskwie te publikacje były uważane za głęboko „prowincjonalne” i nie warte uwagi. Tak, nie można ukrywać, ukraińscy „władcy dusz” marzyli o publikacji w jakimś „pisarzu sowieckim” czy „literaturze literackiej”. To podniosło ich o kilka stopni na hierarchicznej drabinie Związku Pisarzy Ukrainy i dało możliwość zakupu samochodu osobowego – niemożliwe marzenie wielu mieszkańców „krainy sowieckiej” – „Moskwicza”, „Łady” czy, w ostateczności krajowe „Zaporoże” lub „Wołyń” …

Ewentualne przerzuty naszego „grzechu pierworodnego” zostały usunięte skalpelem oświecenia przez pochodzącego z obwodu lwowskiego Bohdana Hnatiuka. To on po cichu dał nam, zweryfikowanym kolegom z Kijowa, „tylko na jedną noc” historyczne śledztwa Oresta Subtelnego i Mykoły Arkosa, „samopublikowane” dzieła Wasyla Stusa, Jewhena Swierstiuka, Iwana Switłycznego, a nawet wydaną przez Politwydawa Ukrainy w 1970 r. (i zakazaną trzy lata później „za manifestowanie nacjonalizmu”) książkę „Ukraina, nasz Związek Radziecki” I sekretarza KC Komunistycznej Partii Ukrainy Petra Szelesta.

Na spotkaniach w kawiarni czy hostelu Bohdan Hnatiuk opowiadał nam o tradycjach ludowych, które nadal kultywowano na Ukrainie Zachodniej, o zakazanym Kościele greckokatolickim, o walce świadomych Ukraińców z bolszewikami w okresie powojennym. Czasami nie wierzyliśmy, słuchając „informacji politycznych” naszego przyjaciela, ale stopniowo nasze mózgi, jak to mówią, układały się. Zaczęliśmy uświadamiać sobie, że jesteśmy członkami wspaniałego narodu, godnego naszych przodków – rycerzy Siczy Zaporoskiej.

Wtedy jeden z moich przyjaciół, prawdopodobnie Oleg Dudarenko, napisał wiersz, który „chodził po moich rękach”. Nie pamiętam już jej treści, ale refren wyryty na zawsze – „żółte pola, błękitne niebo – flaga upragnionej woli”…

W naszym kręgu był renegat, który przekazał Bohdana „właściwym władzom”. Wraz z nim wpadł w szpony KGB Oleg. Chłopcy, po zorganizowaniu partyjno-komsomołskiego sądu w stylu lat 30., zostali wyrzuceni z uniwersytetu na czwartym roku. A mój ojciec, który był znanym lekarzem, został ostrzeżony przez znajomego kagiebisty: „Powiedz swojemu synowi, żeby mniej czytał o wszelkiego rodzaju obrzydliwościach, bo będzie miał duże kłopoty. Ale ty też będziesz cierpieć.” Tata, który w młodości przyjaźnił się ze „zhańbionymi” pisarzami lat 60., nic mi o tym ostrzeżeniu nie powiedział. Dowiedziałem się dopiero po latach…

Swoją drogę do niepodległości utorowała mi także praca w redakcji Rozgłośni Literacko-Dramatycznych, którą kierował tolerancyjny pod każdym względem Jurij Zasenko –  syn słynnego krytyka literackiego. Nasz zespół był uważany za swego rodzaju front w systemie telewizji i radia państwowego. W programach moich kolegów znalazły się dzieła pisarzy, których władza, delikatnie mówiąc, nie bardzo lubiła. Opowiadano zawoalowane, czasem w języku ezopowym, chwalebne karty ukraińskiej historii, poruszano aktualne tematy szarej i beznadziejnej ówczesnej sowieckiej egzystencji.

Za to Zasenko był „obsmarowywany” na zebraniach kierownictwa, ale zawsze „szczerze żałował”, otrzymując „ostatnie chińskie ostrzeżenie”. I tak do następnego razu…

Na początku września 1989 r. w Kijowie odbył się Zjazd Ustawodawczy Ludowego Ruchu Ukrainy ds. Pierestrojki. (Nawiasem mówiąc, w lutym tego roku gazeta „Literatura Ukrainy”, której mam zaszczyt być obecnie redaktorem naczelnym, zamieściła na łamach propozycję dotyczącą Statutu i Programu Ruchu.) Nasz Redakcja i jej autorzy aktywnie uczestniczyli w przemianach na Ukrainie.

„Ruch jest zjawiskiem całkowicie logicznym, bo odbijał się wówczas echem w ogólnoeuropejskich trendach i procesach, które doprowadziły do ​​zmiany systemu totalitarnego” – powiedział znany ukraiński poeta Pawło Mowchan. – Wszystko działo się równolegle – co wydarzyło się w Polsce, co się stało na Węgrzech, co wydarzyło się w Czechach, co wydarzyło się w krajach bałtyckich, co wydarzyło się w Gruzinach, co wydarzyło się w Azerbejdżanie… to wszystko były prawidłowe procesy. I zostały zapłodnione w jednej fali. Gdyby nie było szerszych kontaktów – z Sayudis, z polską Solidarnością, z innymi powiązanymi z nami strukturami politycznymi – bylibyśmy dziwakami.

Wkrótce w ukraińskim radiu wyemitowano program „Niepodległość” i stałem się członkiem małego zespołu ludzi o podobnych poglądach. To były niezapomniane lata. W transmisjach  brali udział ówcześni ministrowie, znani biznesmeni, pisarze i, jak mówią dziś, liderzy opinii publicznej. Nasze programy nie były zaangażowane i sformalizowane. Rozmowy były ożywione, goście i prezenterzy zachowywali się swobodnie, słychać było żarty, a czasem śpiewano piosenki. Pamiętam, jak pisarz i polityk Wołodymyr Jaworowski przywiózł na jeden z programów świątecznych chór ludowy, który nie tylko śpiewał kolędy z natchnieniem i toastami pił szampana. Wtedy jakiś słuchacz, zadzwoniwszy do studia, z niepokojem zapytał: „Co się tam z tobą dzieje? Coś wydaje się strzelać…”. „Jak to, co? – zdziwił się znany pisarz. Podnosimy kieliszki do narodu ukraińskiego!”

Historia państwowego nadawcy czegoś takiego wcześniej nie znała…

24 sierpnia 1991 r. Rada Najwyższa Ukraińskiej SRR uchwaliła Akt Ogłoszenia Niepodległości Ukrainy, który został potwierdzony przez ludność w ogólnoukraińskim referendum 1 grudnia.

A 20 lutego 1992 r. Rada Najwyższa Ukrainy przyjęła uchwałę „W Dniu Niepodległości Ukrainy”, w której stwierdzono: „Biorąc pod uwagę wolę narodu ukraińskiego i jego wieczne pragnienie niepodległości, potwierdzając historyczne znaczenie uchwalenie Ustawy o ogłoszeniu niepodległości Ukrainy 24 sierpnia 1991 r.,

Rada Najwyższa Ukrainy dekretuje:

Uznać 24 sierpnia za Dzień Niepodległości Ukrainy i obchodzić go corocznie jako państwowe święto Ukrainy”.

Jestem dumny z tego, że w pewien sposób włączyłem się w walkę o „naszą i waszą wolność”, o naszą Niepodległość…

 

Szef SDP w Łodzi ZBIGNIEW NATKAŃSKI odznaczony MEDALEM ODRODZONEJ NIEPODLEGŁOŚCI

Prezydent RP Andrzej Duda przyznał Medale Stulecia Odzyskanej Niepodległości 50. łódzkim działaczom solidarnościowej opozycji niepodległościowej. Szef Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych Jan Józef Kasprzyk odznaczył we wtorek tym medalem między innymi prezesa łódzkiego oddziału Stowarzyszenia Dzennikarzy Polskich Zbigniewa Natkańskiego.

Zbigniew Natkański jest absolwentem historii Uniwersytetu Łódzkiego. W czasach komunistycznych brał udział w studenckich strajkach zimą 1981 roku i po wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 roku. Był działaczem opozycji niepodległościowej objętym inwigilacją komunistycznej bezpieki. Natkański jest dziennikarzem od ponad 30 lat. Po 1992 r. pracował w TVP, współpracował z Polskim Radiem, ogólnopolską i regionalną, łódzką prasą.

Czwartą kadencję jest prezesem oddziału SDP w Łodzi, obecnie jest też wiceprzewodniczącej Komisji Rewizyjnej SDP.

Zbigniew Natkański specjalizuje się w tematyce historycznej i społeczno – politycznej. Jest autorem i współautorem kilkudziesięciu filmów dokumentalnych i kilkunastu audycji radiowych oraz kilku tysięcy publikacji prasowych.

W imieniu redacji portalu Zbyszkowi serdecznie gratulujemy!

Śledztwo WALTERA ALTERMANNA: Kto pod rządem dołki kopie…

 

Zajmiemy się dwoma ważnymi problemami. Pierwszy, to nikłe efekty rządowej polityki w dziedzinie wzrostu populacji, czemu miał służyć program 500 plus każde dziecko. Próbujemy w tej sprawie poszukać winnych, czyli dojść prawdy w sprawie kopania dołków pod rządem.

Zagadnienie drugie to problemy z realizacją polityki historycznej. W tej sprawie również zidentyfikujemy i nazwiemy odpowiedzialnych szkodników po imieniu.   

Program zapobiegania depopulacji, czyli rządowa walka z malejącą liczbą nas, Polaków godzien był wsparcia. Choć – oczywiście – od razu znaleźli się malkontenci i szydercy, którzy wskazywali, że siła narodu i państwa niekoniecznie musi być związana z jakąś ogromną masą mieszkańców danego państwa.

Dlaczego liczba urodzeń nie rośnie?

Wskazywano, że w dzisiejszych czasach o potencjale państwa decyduje bardziej wysoki poziom wykształcenie obywateli oraz ich świadomość, konieczności przeciwstawiania się wewnętrznym i zewnętrznym zagrożeniom. Ale cios w rządowy pomysł przyszedł z niespodziewanej strony.

Najpierw jednak ustalmy, że do wzrostu populacji potrzebny jest wzrost urodzeń. Do tego zaś niezbędna jest działalność prokreacyjna rodziców. Mówiąc wprost – bez współżycia kobiety i mężczyzny dzieci nie będzie. Owszem, pojawiają się głosy, że pary jednopłciowe powinny mieć prawo do bycia rodzicami, jednak nauka biologii – oraz proste obserwacje każdego z nas – pouczają, że ze związku, choćby najbardziej gorącego, dwóch kobiet, czy dwóch mężczyzn dzieci się nie rodzą. Tym samym rząd nie mógł liczyć, w tej mierze, nawet na najbardziej szaloną aktywność par jednopłciowych. Odpowiedzialność zatem całkowicie spadła na związki kobiety i mężczyzny.

Wróg umacnia się w mediach

Co robi wróg programu wzrostu populacji lub choćby powstrzymania depopulacji Polaków? Wróg atakuje w Internecie, telewizji i po czasopismach. Jak wróg to robi? Sprytnie robi, bo osłabia nasz popęd seksualny.

Przez całe wieki męska młodzież interesowała się seksem, bo był tajemnicą. Mądre kobiety, będąc jeszcze dziewczynami, podsycały zainteresowania płciowe mężczyzn i chłopaków, tajemniczością kobiecej płci, okrywały ją przed chłopakami niedopowiedzeniami, półsłówkami, aluzjami. Skutkiem czego rozgorączkowani młodziankowie garnęli się do kobiet, jak do owocu zakazanego, tajemniczego i pociągającego. Z tego w końcu brały się dzieci. Z tego popędu właśnie.

Intymność publiczna

Dzisiaj natomiast wszystkie media robią dużo więcej niż wszystko, żeby ostudzić to napięcie międzypłciowe. Przykłady? Jakaś sportsmenka chwali się w reklamie, że jakaś konkretna podpaska pozwala jej być sobą. Sobą miła pani, znaczy kim? Sportsmenką czy kobietą? Jeżeli intymne sprawy okresu stały się publiczne, to żadnej tajemnicy nie ma. Kobieta staje się jedynie stworem, który – mniej więcej – raz w miesiącu księżycowym ma owulację. Ale, że owulacja ma służyć właśnie prokreacji reklama milczy.

W ogóle, różne środki higieny intymnej dla kobiet reklamuje się, jak – nie przymierzając – piwo, okulary czy wczasy nad Adriatykiem. A to nie jest całkiem społecznie zdrowe, bo osłabia siłę kobiety, czyli jej naturalną tajemniczość.

Intymność obnoszona w mediach nie jest już żadną intymnością, tajemnicą i obiektem pożądania. To jedynie brutalna biologiczna funkcjonalność.

Potencjonalne tabletki

A reklamy wzmagające męską potencję? Najpierw pokazują stroskanego mężczyznę, potem jakąś tabletkę a na końcu szczęśliwą kobietę. W domyśle z udanego wielce współżycia. Powiem wprost: żadne tabletki nie skłoniłyby mnie w młodości do podjęcia trudu – bo w końcu to jednak wysiłek – działań prokreacyjnych. Oczywiście wiem, że seks nie za każdym razem musi prowadzić do poczęcia potomka, ale że reklamy środków na potencję działają odstraszająco, w sprawie posiadania dzieci, też jest faktem.

Nagość powszechna jako środek antykoncepcyjny

I jeszcze jedna przypadłość dzisiejszej kultury seksualnej – nagość. Jeżeli tylko jakaś pani stanie się trochę znana, to dla zachowania swej popularności, lub dla jej zwiększenia, taka pani fotografuje się w skąpej bieliźnie, lub nawet na golasa. Wszelkiej maści celebrytki, influencerki, trzeciorzędne aktorki oraz dziennikarki bez przerwy chwalą się swoimi zgrabnymi ciałami. Niby ładna i dobrze zbudowana kobieta jest dziełem bożym i popatrzeć na taka nie jest grzechem ciężkim, ale…

Zastanawia mnie czy te panie łażą po domu też nago? Bo jeżeli tak, to ja na miejscu ich partnerów popadłbym w impotencję. Bo jeżeli coś nie jest przez większość doby zakryte, to jak ma cieszyć nocą? Zresztą, może dlatego, te gołe panie tak często zmieniają partnerów. Napatrzy się taki, napatrzy przez całą dobę, ochoty w nim to już nie wzbudza i idzie szukać nowej golaski.

W sumie, rząd ma niełatwo, bo program jest, ale potężnej chęci w narodzie nie wzbudza.

 Historia dla głupich?

Od lat uważam, że komuna upadła przez nadgorliwych dziennikarzy. Potem większość tych rządowych żurnalistów doznała objawienia i olśnienia i przepisała się na stronę, którą zaciekle dotąd zwalczała. Tak było w latach 1980-1990.

Faktem okrutnym jest to, wystarczy spojrzeć do starych gazet z lat 1946-1980, że język, obrazowanie, argumentacja rządowych gazet były nudne, jałowe i jakby pisane przez jednego człowieka. Dziennikarze powtarzali hasła zawarte w przemówieniach I sekretarzy PZPR, łasili się, poniżali i lizali rękę, która ich karmiła. Część z nich była bez winy, z powodu ograniczeń mózgowych i charakterologicznych, ale większość robiła to świadomie. W końcu, ponieważ nie można było tego ani czytać, ani słuchać, społeczeństwo dokonało przewrotu.

Wspominam o tym, bo wpadł mi w rękę film sprzed jakichś dziesięciu lat. Wyprodukował go blisko 10 lat temu Łódzki Oddział TVP przy potężnym wsparciu finansowym i programowym Narodowego Centrum Kultury. Dziełko dotyczy Aleksego Rżewskiego, pierwszego po odzyskaniu niepodległości prezydenta Łodzi.

Aleksy Rżewski urodził się w Łodzi w 1885 roku. Był postacią zasłużoną, ale i barwną –  działaczem PPS oraz bojowcem tej partii, członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej. Walczył na barykadach w 1905 roku, endecja dokonała na niego – na szczęście nieudanego – zamachu. Zamachowcy wdarli się do jego mieszkania i do leżącego w łóżku, oddali kilka strzałów z pistoletów. Rżewski był ścigany przez carską policję, potem, w 1916 roku, przez okupantów niemieckich. Do legendy łódzkiej przeszły dwie jego brawurowe ucieczki z łap policji rosyjskiej i niemieckiej. Po 1918 roku został wybrany pierwszym prezydentem Łodzi. Wówczas zasłynął tym, że miasto – jako pierwsze w Polsce – wprowadziło obowiązek nauczania podstawowego. Projektował budowę wodociągów i kanalizacji, powstania parków, miejskich łaźni, sprawnej służby zdrowia. Położył ogromne zasługi, w mieście trójjęzycznym, dla unifikacji nauczania. Jego działalność na niwie zbudowania sprawnego systemu statystyki miejskiej, która dawała podstawową wiedzę o mieście, została doceniona w Europie. Został zamordowany przez Niemców 20 grudnia 1939 roku. Miejsca jego pochówku nie odnaleziono.

Jest faktem, że taki życiorys mógłby stanowić kanwę do filmowego serialu. Jednak twórcy filmu, programu z łódzkiego ośrodka TVP poszli drogą, którą wytyczyli im dziennikarze z PRL-u. I postanowili zrobić coś, co normalnemu człowiekowi, znającemu choć odrobiną historii i mającego choć ociupinkę smaku artystycznego, nigdy nie przyszłoby na myśl.

Prawdopodobnie głównym pomysłem NCK i TVP było „trafienie do młodego odbiorcy”. Takie zresztą te dziesięć lat temu było główne założenie programowe NCK. I dlatego w „dziele” nie znajdziemy słowa o bratobójczych walkach w Łodzi, w latach 1905-1907. A walkach tych – pomiędzy prawicą i lewicą – padło znacznie więcej ofiar, niż od kul carskich żołdaków.

Mamy natomiast zespół rockowy, śpiewający słabo i nie na temat. Mamy też jakąś dziwną animację, będącą kontynuacją komiksów z serii „Kapitan Sowa na tropie”. Z filmu, czy też programu telewizyjnego, nie dowiemy się niczego istotnego. Nie ma tam słowa o realnych osiągnięciach mądrego człowiek i silnego prezydenta Łodzi.

To co jest, zapyta czytelnik? Jest niezamierzona parodia Rambo, Bonda i Spider-Mana. Twórcy tak bardzo chcieli „zrobić coś dla młodego człowieka”, tak „przybliżyć mu historię”, że stworzyli bohatera, który strzela, biega, ucieka, bije się.

Jeżeli którykolwiek młody człowiek chciałby dzisiaj brać sobie za wzór bohatera filmu, to z pewnością jedynie ktoś z radykalnych kibiców ŁKS-u lub Widzewa. Oni też uwielbiają się naparzać, organizować ustawione bójki i uciekać przed policją.

Historia nie wszystkich musi interesować, tak jak nie interesuje posła Dariusza Jońskiego. Ma prawo, choć przy jego pewności siebie i tupecie – które prezentuje w każdym swym wystąpieniu –   nieznajomość daty wybuchy Powstania Warszawskiego wydaje się prawie nieobyczajna. Są daty, które trzeba znać. Na przykład: 1 września 1939 roku, 1 sierpnia 1944, 10 lipca 1410, 15 sierpnia 1920. Ale nie wolno upraszczać historii, żeby przypodobać się młodym. Bo młodzi są przecież różni.

Zacząłem ten fragment od opisu zachowań wielu dziennikarzy w czasach PRL-u. Oni wtedy też chcieli dobrze, ale nie potrafili.  Chcieli być niezależni, ale serwilizm ciągnął ich na dno. A działalność NCK, pod rządami Platformy Obywatelskiej, była kokietowaniem młodych ludzi. Bo za rządów PO właśnie historia miała być łatwa dla młodych. Czyli ogłupiona.

Uważajmy z wszelką „polityką historyczną”, bo niechcący możemy wychowywać dziarskich ignorantów.

 

Nie pokazujcie tego dzieciom, bo SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI pisze, że: Lesbijki stają się passé

Międzynarodowa chryja w rodzinie LGBTQitd. Ale jaka! Kłócą się między sobą. Ale jak! O sprawie poinformowała BBC na swojej stronie internetowej w artykule pod tytułem „No place for hate”, „Nie ma miejsca na nienawiść”.

Z grubsza: W Cardiff, Walia, był marsz społeczności LGBTQitd podczas, którego miał miejsce brzemienny incydent. Grupa lesbijek „Get The L Out” zaprotestowała przeciwko temu marszowi. No luuudzie. Gdzie był rząd? Kto do tego dopuścił? Jak można? Protestować przeciw LGBTQitd?

Co z tego, że lesbijki. Jak można? One, te lesbijki miały transparenty i wykrzykliwe gardła. Niosły napisy „Transaktywizm wymazuje lesbijki”, co wymaga objaśnienia, ale o tym za chwilę. Angela Wild z tej grupy lesbijek powiedziała BBC: „Wygląda na to, że pociąg do osób tej samej płci staje się teraz przestępstwem z nienawiści”. No bo tych lesbijek nie wpuszczono na ten marsz LGBTQitd. Policja ich nie wpuściła, bo się bała, że będzie dym. Czy Państwo to w ogóle rozumieją?

Bo tu się można pogubić. Jeszcze raz. Jest marsz LGBTQitd, w którym to skrócie „L” oznacza lesbijki i lesbijki protestują przeciwko temu marszowi i one nie mogą w nim wziąć udziału. Dziwne. Czemu one protestują? No właśnie, to wymaga objaśnień. Otóż według lesbijek rewolucja poszła w złym kierunku. Otóż są podobno na świecie nierzadko, podobno transeksualni mężczyźni, fizycznie wyposażeni jak mężczyźni (tu nie będę doszczegóławiał), ale rzeczy wcale nie są takie, jakie się wydają. I chociaż ci transmężczyźni mają… to nie należy z tego wyciągać bynajmniej wniosków, że to mężczyźni, bo oni sami mówią, że są kobietami i trzeba ich traktować jako kobiety, które mają pociąg do kobiet, więc są kobietami lesbijkami, chociaż są mężczyznami, ale trans, co według nich wszystko zmienia, a według nietolerancyjnych lesbijek nic.

Te nowe jakby męskie lesbijki domagają się od lesbijek tradycyjnych i konserwatywnych dopuszczenia ich do lesbijek. To znaczyłoby między innymi, że te stare lesbijki powinny odczuwać pociąg do tych wyglądających na facetów trans. A lesbijki uparte jakieś nie chcą do nich odczuwać tego pociągu. One chcą odczuwać pociąg do kobiet i chyba uważają tych trans za może jakiś oszukańców, może jakichś przebierańców, w każdym razie nie chcą się do nich pociągać. Z tego powodu nasze stare dobre lesbijki zostały nazwane „nietolerancyjnymi”.

No proszę Państwa, gorzej być nie może. „Nietolerancyjnymi”? To środowisko nie zna gorszej obelgi. Lesbijki oczywiście twierdzą, że one chcą po prostu utrzymać swoją tożsamość lesbijską, ale transmężczyźni, którzy uważają się za lesbijki uważają, że to okrutne tak ich traktować jak nielesbijki i prawdopodobnie płaczą. W tej sytuacji nie wiadomo, co to będzie, ale wygląda na to, że ruch LGBTQitd będzie musiał się pozbyć pierwszej literki „L”, bo lesbijki są nietolerancyjne. W każdym razie będę dla Państwa śledzić tę trudną dla postępu sytuację i relacjonować z całą starannością. Dziękuję za uwagę.

WALTER ALTERMANN: Uwagi o naszym budowaniu. Robota i ludzie (4)

Ludzkość budowała od wyjścia z pieczar i jaskiń. Chociaż już w jaskiniach spotykamy się z prostymi formami zagospodarowywania przestrzeni – skóry jako łoża, malowidła naskalne, ogniska… dziś powiedzielibyśmy, że był to pierwszy lifting wnętrz.

I tak nam to budowanie zostało, jako podstawowy odruch człowieka, w ochronie przed żarem słońca, skwarem, deszczem, śniegiem i mrozem. Bez budowania nie przetrwalibyśmy.

Rozkopane ulice

Zwyczajem naszych dużych miast jest otwieranie maksymalnie dużego „frontu robót”. Jest to iście Gogolowska filozofia. Obecnie w takiej Łodzi rozkopane są prawie wszystkie ciągu komunikacyjne miasta. Nie sposób nigdzie dojechać. Roboty trwają, choć robotników budowlanych nie widać. Łodzianie klną, stoją w korkach, nadkładają drogi.

Przykrą praktyką jest to, że na wytypowanej do remontu ulicy pojawiają się robotnicy drogowi, zrywają asfalt… i znikają na trzy miesiące. Przez trzy miesiące na remontowanej ulicy nic się nie dziej. Robotnicy gdzieś się ulotnili, a ulica jest nieprzejezdna.

Zadałem sobie trud i doszedłem do wiedzy w tej sprawie. Otóż zgodnie z prawem budowlanym, firma podejmująca się remontu ulicy musi w sposób znaczący zacząć budowę, wtedy ma prawo do 30 procentowej zaliczki. Dopiero uzyskawszy te pieniądze firma szuka materiałów. Ale jej pracownicy nie próżnują, bo w tym czasie remontują inną ulicę.

Brakuje ludzi

Da się też zauważyć znacząco mało robotników przy remontach ulic.

– Brakuje nam rąk do pracy, bo Ukraińcy wyjechali – tłumaczą się władze.

Jest to tylko „prawda częściowa”. Od lat bowiem pracownicy budowlani są za nisko opłacani. Ostatnio usłyszałem od znaczącego w mieście Łodzi urzędnika, że budowlańcy żądają nawet 5 tys. złotych pensji. Temu urzędnikowi wydało się to wielkimi pieniędzmi. Ciekawe czy on wyszedł by na ulice, by w upale, deszczu i na mrozie wykonywać ciężką pracę?

Niestety pokutuje u nas „jaśniepańskie” przekonanie, że robotnik musi zarabiać mniej, niż urzędnik.  Współcześni, wykształceni urzędnicy kontynuują złą tradycję, żyją przekonaniem, że jest jakaś mityczna drabinka zarobków. I nie wiedzą, że robotnicy budowlani na Zachodzie zarabiają dwa trzy  razy więcej niż robotnik przy taśmie i urzędnicy. I nie dlatego, Że Zachód kocha robotników budowlanych, nie oni tam wiedzą, że za tak wyniszczającą pracę trzeba dużo płacić. I dlatego mają pracowników budowlanych.

Sześciu a jakoby dwunastu ich było

Tragikomiczną sytuację obserwowałem, jakieś trzy lata temu, w mojej rodzinnej Łodzi. Miasto zajęło się odnowieniem dwóch śródmiejskich parków: im. Sienkiewicza oraz im. Moniuszki. Prace miały trwać rok, ale trwały dwa lata.

Przyjrzałem się sprawie i okazało się, że przedsiębiorca, który podjął się odnawiania obu parków  opracował sprytną metodę. U jej źródeł był brak pracowników. Wynalazek z dziedziny zarządzania kadrami był taki, że sześciu robotników pracowało przez tydzień „na Sienkiewiczu”, a w następnym tygodniu byli obecni „na Moniuszki”.

Roboty wlokły się niemiłosiernie, parki były zamknięte… W końcu są odnowione, całkiem dobrze.

 Dawniej było szybciej

I tak to jest z naszym budownictwem. Brakuje pieniędzy, brak ludzi do pracy. Budowy ciągną się, jak budowy gotyckich katedr, choć nie ma w nich nic trudnego.

Z rozrzewnieniem wspominam tempo budów i remontów w latach pięćdziesiątych. No tak, ale wtedy chłopak ze wsi podejmował się pracy w budownictwie, bo po kilku latach pracy dostawał mieszkanie w mieście. Wieś była przeludniona, i kto mógł uciekał z niej. Dzisiaj sytuacja jest inna. Dzieci i wnukowie tych co odbudowywali po wojnie kraj nie marzą o pracy dziadków i ojców.

I jeszcze jedno: póki nie przyjmiemy do wiadomości, że zarobki na budowach muszą być wysokie, póty będziemy babrać się z budowaniem, będziemy się wściekać na zamknięte ulice… Ale jak to  będzie nie wiem. Ja ostrzegałem. Zobaczymy jakaż to będzie Jaśnie Państwa Rządzących wola.

 

 

WALTER ALTERMANN: Uwagi o naszym budowaniu. Historia i mity (3)

Ludzkość budowała od wyjścia z pieczar i jaskiń. Chociaż już w jaskiniach spotykamy się z prostymi formami zagospodarowywania przestrzeni – skóry jako łoża, malowidła naskalne, ogniska… dziś powiedzielibyśmy, że był to pierwszy lifting wnętrz.

I tak nam to budowanie zostało, jako podstawowy odruch człowieka, w ochronie przed żarem słońca, skwarem, deszczem, śniegiem i mrozem. Bez budowania nie przetrwalibyśmy.

Kapitał państwowy

 Będąc mieszkańcem Łodzi, przesiąkłem trochę jej historią. A jest kilka najciekawszych faktów z przeszłości tego miasta, które pozwalają zrozumieć jak w ciągu 40 lat z małej wsi, posiadającej co prawda prawa miejskie, stała się ta Łódź ogromnym miastem i potęgą gospodarczą.

Rozwój przemysłu włókienniczego w Łodzi i kilku miastach okolicznych nastąpił za sprawą rządu Królestwa Polskiego. Po upadku Napoleońskiej Odysei, rząd nasz zorientował się, że wszystkie ośrodki produkujące tekstylia znalazły się poza jego granicami. A że Polaków trzeba było jednak ubrać, tedy ówczesny minister skarbu, Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki podjął decyzję o rządowych inwestycjach w przemysł wełniany i bawełniany. I nie były to hasła, z których nigdy niczego nie zbudowano.

Drucki -Lubecki powiedział, że budową przemysłu powinien zajmować się prywatny kapitał, skoro jednak w Polsce takiego kapitału nie ma, to pieniądze musi znaleźć rząd. I ówczesne władze pieniądze znalazły, i to ogromne. Teoretycznie były to pożyczki oraz rządowe darowizny w działki budowlane, zwolnienia z podatków etc. Tak zachęceni tkacze, głównie ze Śląska, zaczęli napływać ze swymi warsztatami do Łodzi, Zgierza, Zelowa i Ozorkowa. W krótkim czasie Łódź stała się wielkim miastem.

A co stało się ze zwrotem rządowych pożyczek, które otrzymali pierwsi tkacze. Przepadły, ale z tym także rząd się liczył. Żaden z pierwszych łódzkich fabrykantów nie zwrócił państwu ani złotówki, ale zostawili po sobie przecież pionierzy łódzkiego przemysłu realne inwestycje.

Miejskie legendy głoszą, że Łódź zbudował kapitał niemiecki i żydowski, ale jest to nieprawda. Łódź powstała za pieniądze Królestwa Polskiego. A wspomniane pieniądze Niemców i Żydów pojawiły się jakieś 30- 40 lat później, i był to kapitał zarobiony na handlu łódzkimi tekstyliami.

Piszę o tym, przekonany głęboko, że bez inwestycji rządowych w budownictwo mieszkaniowe nie rozwiążemy problemu dostępności mieszkań. Owszem, Królestwo Polskie, nie było państwem niepodległym, ale działało mądrze. Warto brać przykład z takich przodków.

Śmierć TBS-ów

Hitem przed dwudziestu kilku laty miały być Towarzystwa Budownictwa Społecznego. Powstawały we wszystkich większych miastach, głosząc że są one sposobem na tanie mieszkania „dla ludności”. Na takie hasło miasta oddawały, lub sprzedawało po niskich cenach tereny budowlane, najczęściej w dobrych lokalizacjach.

Niestety obecnie większość TBS-ów jest dzisiaj normalnymi, prywatnymi przedsiębiorstwami. TBS-y przekształciły się w przedsiębiorstwa działające dla zysku, oczywiście maksymalnego.  Dzisiaj spełniają one dwie funkcje. Po pierwsze administrują wybudowanymi przez siebie obiektami mieszkalnymi. Po drugie, dalej budują na zasadach czystego kapitalizmu.

Stało się tak, bo inicjatorzy tych tworów – gminy i działacze TBS-ów – nie doszacowali kosztów budowy, utrzymania, czyli eksploatacji. I gdy mieszkalne budynki już stały, to władze gmin miały dwa wyjścia – albo nadal dopłacać do kosztów wynajmu lub sprzedaży, albo też zgodzić się na prywatyzację czegoś, co miało być współczesną spółdzielnią. Władze poddały się, bo nie mogły stale dopłacać do mieszkań. I tak to skończyła się epoka „społecznego budownictwa”, dobie neoliberalizmu.

Samorządy – nikt nie liczy się z mieszkańcami

O ile mówimy już o budowaniu, to musimy też wspomnieć o remontach przestrzeni gminnych, rewitalizacji historycznych budynków oraz remontach ulic.

Po powstaniu Polski Odrodzonej, w 1918 roku, władze takiej Łodzi zorientowały się, że właściwie żaden plac miejski, żaden park nie jest własnością miasta. Owszem były działki nadające się budowę, ale też były w prywatnych rękach. Trzeba było odkupywać tereny miejskie, żeby móc budować szpitale, szkoły i inne siedziby miejskich urzędów, instytucji. Z czasem miejskich budynków przybywało i zaczął się pojawiać problem z ich remontami.

Istnym pandemonium dla miast była prywatyzacja domów, kamienic po 1945 roku. Nagle miasta stały się bogate, czyli biedne, bo czynsze były niskie a oczekiwania lokatorów wysokie. Po 1990 roku gminy rozpoczęły masową sprzedaż własnych nieruchomości, głównie mieszkań i budynków mieszkalnych. Idea była słuszna, ale praktyka niekoniecznie. Ludzie wykupywali mieszkania, nie zastanawiając się nad tym, że niebawem budynki będą wymagały drogich remontów, a na to szczęściarzy już stać nie było. Niemniej pozostało sporo budynków, pod zarządem lub będące własnością miast, te trzeba remontować za pieniądze gmin. Zaczęło być skąpo z kasą. W lepszej sytuacji były miasta z Ziem Zachodnich, bo tam można było sprzedać – a właściwie pozbyć się każdego budynku. Na pozostałym terenie Polski miasta do dzisiaj obciążone są kosztami remontów i utrzymania budynków mieszkalnych.

W Łodzi miasto podjęło niemały wysiłek „rewitalizacji budynków historycznych”. Napisałem o rewitalizacji w w cudzysłowie, bo nie wszystko co stare jest zabytkiem, a opinia społeczna oczekuje, że całe centrum miasta będzie błyszczało nowością. Tymczasem koszt rewitalizacji jest wysoki, częściej opłacałoby się budynek zburzyć i na jego miejscu  postawić nowy.

Jest też i taki kłopot, że to co miasto nazywa rewitalizacją jest zwyczajnym remontem odtworzeniowym, bo pozostają ciasne podwórka, z mrocznymi oficynami, bez wind. Niestety są wśród nas miłośnicy tej dawnej biednej Łodzi, którzy czynią wiele hałasu o marnej jakości budynki. Ci ludzie zapominają, że każda epoka niejako nakłada swój styl na miasto.

WALTER ALTERMANN: Uwagi o naszym budowaniu. Pieniądze (2)

Ludzkość budowała od wyjścia z pieczar i jaskiń. Chociaż już w jaskiniach spotykamy się z prostymi formami zagospodarowywania przestrzeni – skóry jako łoża, malowidła naskalne, ogniska… dziś powiedzielibyśmy, że był to pierwszy lifting wnętrz.

I tak nam to budowanie zostało, jako podstawowy odruch człowieka, w ochronie przed żarem słońca, skwarem, deszczem, śniegiem i mrozem. Bez budowania nie przetrwalibyśmy.

Niech buduje kapitał

Wszystkie władze, po roku 1990, mają cudowną wymówkę: „Rząd nie jest od budowania. Nie możemy wchodzić w drogę prywatnym inwestorom”. Tą samą wymówką posługują się samorządy. Niestety rząd i samorządy „nie zauważają” zapisu w prawie, który pozwala interweniować państwu i gminom, w przypadkach poważnych problemów społecznych. Jeżeli zaś brak mieszkań, niewydolność systemu energetycznego nie są takimi problemami, to co nimi jest? Huczne urządzanie przez gminy FFF, czyli festynów, festiwali i fajerwerków?

U źródeł takiego niefrasobliwego myślenia władz gmin, a i rządów, leży liberalna doktryna, której pierwszym przykazaniem jest idea „wolności gospodarczej” oraz przykazanie drugie, które głosi, że wszystkie podmioty gospodarcze są sobie równe i mają te same prawa. Piękna to myśl, wykuta nawet na ogromnym głazie ustawionym przed Rockefeller Center w Nowym Jorku.

Myśl ta jednak niefrasobliwie przenosi prawa wolności jednostki na prawa gospodarcze. Że też pomysłodawcom kucia takich myśli w kamieniu nie przyszło do głowy, że fortuna Rockefellerów powstała w nader podejrzanych okolicznościach, i teraz zmierzenie się z siłą polityczną tej fortuny – przez przeciętnego Amerykanina – jest niemożliwe.

Myśl liberalna teoretycznie może i jest dobra, tyle, że nie sprawdziła się w żadnym państwie. Bo nie ma na całym świecie ani jednego państwa, które stosowałoby literalnie doktrynę liberalną. No, może poza Polską, której liberałowie zgotowali trudne przejście z socjalizmu na kapitalizm. A w ojczyźnie liberalizmu, czyli w USA? Gospodarka tego mocarstwa w dużej mierze oparta jest na zamówieniach rządowych, głównie zbrojeniowych, więc w ojczyźnie liberałów liberalizmu też nie ma.

Ciekawe zresztą, że w Polsce burmistrzowie, prezydenci miast pod żadną groźbą nie chcą się przyznać, że są twardymi liberałami. Oni startują z grup towarzyskich, typu: „Przyjaciele Zdzisia”, „Znajomi Ewuni”. Partie ogólnopolskie – poza lewicą – również unikają nazywania się po imieniu. Widać mają coś do ukrycia. Co prawda istniał kiedyś Kongres Liberalno-Demokratyczny, ale zorientowawszy się, że nazwa jest przykra, szybko się zmienił, połączył i teraz jego założyciele występują pod sztandarem Platformy Obywatelskiej, bo nazwa ta nic nie znaczy.

Za czyje pieniądze budujemy?

Przykra prawda jest taka, że każdy inwestor musi mieć na swoją budowę pieniądze, zwane dla niepoznaki środkami. Liberałowie polscy zakładali, że wszyscy inwestorzy świata rzucą się na Polskę, pragnąc ją maksymalnie gęsto zabudować. Oczywiście w marzeniach liberałów miały to być budowle nowoczesne, według najwyższych światowych standardów. I tak stało się w jednym, jedynym miejscu w kraju, w Warszawie.

Jednak poza Warszawą nasza ludność zamieszkuje inne miasta, a nawet wsie. Tutaj już tak wesoło nie jest. Każdy inwestor bowiem, patrzy zysków – jak mawiano przed laty. A w przypadku większych i małych miast o dobrych zyskach można jedynie pomarzyć.

W  Polsce buduje obcy kapitał, kierując się nie sentymentem do krajobrazu czy ludzi, a właśnie zyskiem. Przy czym kapitaliści umieją liczyć. I nie wzrusza ich potężny głód mieszkań w Polsce, nie płaczą nad faktem, że młode małżeństwa gnieżdżą się w w dwóch małych pokojach, albo w kawalerce. Powtarzam – liczy się jedynie zysk.

Oczywiście wyjściem byłyby środki państwowe i gminne. Ale ani rząd – tak naprawdę, ano gminy nie palą się do zaciągania kredytów na budownictwo mieszkaniowe. Czasem przepłynie przez kraj szeroka fala dyskusji, której wynikiem są stwierdzenia, że jednak trzeba by zacząć budować pod wynajem. I w sumie na tym się kończy. W dyskusjach, w wysnuwaniu wniosków jesteśmy mocni – odwrotnie proporcjonalnie do realnych działań.

Kolejne partie – najczęściej przed wyborami – ogłaszają potężna programy budowy mieszkań pod wynajem, ale po wyborach mają jakieś pilniejsze sprawy, skoro programy  nie ruszają. A kłopot jest, bo mieszkań mamy w Polsce za mało.

Inwestycje w mieszkania, czyli patologia

 Choć nie jest prawdą, że mieszkań w kraju się nie buduje w ogóle. Powstają budynki, w których mieszkania na pniu wykupywane są przez wyspecjalizowane firmy, zajmujące się wynajmem mieszkań. Firmy te traktują własne inwestycje w mieszkania jak każdy inny interes. Skoro bowiem z wynajmu mogą uzyskać kilka razy przychodu, niż z bankowych lokat, to kupują mieszkania, żeby je wynająć i zarobić. Są też firmy kupujące mieszkania, grając na zwyżkę cen i sprzedają je dalej, w momencie gdy wartość lokali przyzwoicie / nieprzyzwoicie wzrośnie. W ten sposób rynek mieszkań – głównie w stolicy – ma się całkiem dobrze. Zarabiają inwestorzy, zarabiają budujący, zarabia rynek materiałów budowlanych i ci, którzy kupują mieszkania spekulacyjnie.

I jedynie wynajmujący mieszkania mają powody do płaczu, bo dzisiaj wynajęcie kawalerki w Warszawie to koszt od 2 do 3 tys. miesięcznie. Zakładając, że młodzi ludzie, a to oni są klientami właścicieli mieszkań zarabiają w Warszawie około 4,5 tys. złotych miesięcznie, to perspektywy tych osób nie są różowe,  bo pracują, na mieszkanie i jedzenie. A gdzie tak upragnione przez rodziców i rząd dzieci? Na rynku mieszkaniowym pojawiają się też nowo-budowane mieszkania, które mieszkaniami de facto nie są, bo maja po 10 metrów kwadratowych powierzchni.

Był taki polityk, który znalazł radę dla tych, co chcieliby kupić sobie mieszkanie. Tym politykiem był Bronisław Komorowski, ówczesny prezydent. Indagującemu go człowiekowi, który skarżył się, że siostra nie wie jak zdobyć mieszkanie, Pan Prezydent tubalnym głosem oświadczył:

– Niech siostra zmieni pracę na lepiej płatną i niech weźmie w banku kredyt i sobie to mieszkanie kupi!

Ciekawe co teraz powiedziałby Prezydent Komorowski, w sytuacji ogromnego skoku wysokości opłat kredytowych. Niestety, Bronisław Komorowski milczy, czego osobiście żałuję, bo ma on niewykorzystywany talent komiczny. Choć sam o tym nie wie.

WALTER ALTERMANN: Uwagi o naszym budowaniu. Nie tylko jaskinie (1)

Ludzkość budowała od wyjścia z pieczar i jaskiń. Chociaż już w jaskiniach spotykamy się z prostymi formami zagospodarowywania przestrzeni – skóry jako łoża, malowidła naskalne, ogniska… dziś powiedzielibyśmy, że był to pierwszy lifting wnętrz.

I tak nam to budowanie zostało, jako podstawowy odruch człowieka, w ochronie przed żarem słońca, skwarem, deszczem, śniegiem i mrozem. Bez budowania nie przetrwalibyśmy.

Zasiedlić, zniszczyć i przenieść się dalej

Według archeologów my, Słowianie, mieliśmy dość sprytną praktykę na terenie Europy we wczesnych wiekach średnich. Podobno, gdy nasze plemiona zdobywały i zasiedlały jakiś kawałek terenu, zwracały baczną uwagę na łatwy dostęp do rzeki czy rzeczki. Potem kopano w ziemi dość głębokie doły, które wykładano wewnątrz niezbyt grubymi palami drewna i gałęziami. Następnie nad taką jamą w ziemi kładziono dach z okrąglaków i przykrywano go darnią. W ten sposób Prasłowianie mieli ciepło, bo ziemia przecież izoluje. I takie były nasze pierwsze domy.

Nie można jednak powiedzieć, żeby nasi przodkowie prowadzili gospodarkę ekologiczną. Na zasiedlonym terenie było brudno, walały się szczątki jedzenia, kości zwierząt – skutkiem czego cuchnęło. Również rzeczki, dostarczycielki wody, zostawały zniszczone. Gdy zapachy były już nie do wytrzymania, a woda nie nadawała się do picia, nasi przodkowie zwijali manatki i przenosili się nieco dalej. I tam znowu kopali dziury w ziemi…

Napisałem jak było, bez żadnych odniesień do współczesności. Chociaż i dzisiaj w gospodarce  odpadami, w traktowaniu rzek i zielonego terenu nie jesteśmy wzorem.

Władza a budownictwo

Od wieków wiadomo, że dobry władca zostawia po sobie budowlane pamiątki. Piramidy w Egipcie, Chiński Wielki Mur, greckie świątynie, rzymskie akwedukty i wielkie kolosea, średniowieczne europejskie katedry miały być i są do dzisiaj świadectwem dobrych rządów.

Ale nie wszystkie państwa były na tyle bogate, żeby ich władcy mogli stawiać sobie wiekopomne budowle. Starali się więc pozorować swoje sukcesy w budownictwie. Tu przypomnę nieocenionego Gogola, który sprawy widział przenikliwie i szyderczo. W „Rewizorze” Horodniczy wydaje takie rozkazy, na wieść o zapowiedzianej inspekcji ze stolicy:

Horodniczy

Słuchajże panie Szczepanie… Każesz natychmiast zburzyć stary parkan, ten blisko szewca, a na miejscu jego trzeba postawić słomianą wiechę, na znak że u nas się buduje. Bo to dobrze świadczy o gospodarzu miasta, jak się dużo  buduje. – Ach! mój Boże! na śmierć zapomniałem, że około tego parkanu nawalono ze czterdzieści wozów różnego śmiecia. Co to za brzydkie miasto, postaw tylko gdzie bądź jakikolwiek pomnik, albo prosty parkan, zaraz diabli wiedzą skąd, naniosą rozmaitego plugastwa!

 Dziś jest tak samo jak za Gogola. Każdą wielką, większą lub nawet średniej wielkości inwestycję budowlaną władz poprzedzają kampanie propagandowe, zwane dla niepoznaki kampaniami informacyjnymi. Wszystkie władze tego świata już dawno pojęły, że sukcesem – także w budownictwie – nie jest to, co jest sukcesem naprawdę, ale to co zostanie za sukces uznane. Dlatego każdemu dużemu przedsięwzięciu budowlanemu musi towarzyszyć zgrabna propaganda, czyli autoreklama władzy. Szczególnie w Polsce, bo jesteśmy narodem podejrzliwym i nieufnym.

Władze umieją już wykorzystywać media klasyczne a nawet Internet. I mają w  mediach  swoich ludzi, potrafiących obsługiwać te zaczarowane „przestrzenie informacyjne”. Swoją drogą – bardzo interesujący jest przepływ dziennikarzy z mediów do ośrodków propagandowych władz. Wystarczy, że dziennikarz zasłynie z tropienia afer i głupot władz gminy, a już niedługo otrzymuje propozycję przejścia na etat w urzędzie. Kupowanie takich niezadowolonych ma – z punktu widzenia władzy – dwie korzyści. Pierwsza, że władzy ubywa przykry krytykant. Druga, że były odważny wykorzystuje na nowym stanowisku swą wiedzę o gminie, żeby chronić lokalną władzę przed następnymi krytykantami. Bardzo to śmieszne, choć może nie całkiem.

Chwilami odnoszę wrażenie, że władzom centralnym i gminnym bardziej zależy na propagandzie budownictwa, niż na samym budownictwie. Ale też pod naciskiem kampanii propagandowej, zogniskowanej na budowie obiektu X, w umyśle mieszkańca danej gminy, czy kraju, utrwala się przekonanie, że władza jest dobra, bo jednak buduje. Jeżeli jednak budowa okazuje się niewypałem, jeżeli trawa latami, zamiast miesiącami, to takie fakty i oceny nie trafiają już do obywatela, bo nikt mu o nich nie mówi, nie sączy do ucha, nie programuje go na klęską władzy. I obywatel pozostaje w przekonaniu, że władza jest jednak dobra, bo przecież buduje.

Władzy sukcesy pozorowane

 W czasach „komuny” budowano dużo. Powstawały wielkie fabryki, 1000 szkół na tysiąclecie, budowano elektrownie, a przede wszystkim budowano mieszkania. Ale wtedy, gdy powstawały, lud nasz wcale nie pałał entuzjazmem i uznaniem dla władzy. Choć teraz, po latach, trzeba przyznać – bez historycznych uprzedzeń – że wysiłek budowlany był ogromny i całkiem sensowny. Na społeczną niechęć do budowli socjalistycznych wpływały dwa czynniki. Pierwszy to fakt, że większa część społeczeństwa uważała, iż władza przyniesiona „na rosyjskich bagnetach” jest nielegalna i cokolwiek by dobrego nie zrobiła, to i tak jest obca. Po drugie, społeczeństwo zdawało sobie sprawę, że rozmach budowlany władz odbywa się kosztem nędznych pensji.

Tu trzeba zauważyć, że „komuna” przeznaczała na inwestycje nawet 27,5 procenta rocznego dochodu narodowego. I to bez żadnych „pieniędzy europejskich”. Od 1990 roku żadna z rządzących ekip nawet nie zbliżyła się do 18 procent.

Pojawia się nawet teza, że od upadku „komuny” zaczęło się przejadanie wypracowanych przez społeczeństwo pieniędzy, że za mało inwestujemy. Teza choć ostra, każe się jednak zastanawiać nad inwestycjami w infrastrukturę energetyczną, szczególnie w elektrownie i sieci przesyłowe energii elektrycznej. Jest też faktem, że współczesne państwowe i gminne inwestycje ciągną się latami, że czas założony na starcie, przeciąga się niesłychanie.