Rosyjskie morderstwa  — 12.fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Kamery monitoringu zarejestrowały kilkanaście rosyjskich pojazdów, które sunęły wzdłuż domu Kujawców. Nagle jeden z nich, łamiąc bramę, wjechał na ich podwórze. Tutaj rosyjscy żołnierze strzelili do Andrieja kilkoma seriami z broni automatycznej. Zrobili to jakby rutynowo, bez emocji… ­ —  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. 11 odcinków pamiętnika można przeczytać TUTAJ. Teraz publikujemy kolejny fragment książki.

Z cyklu „Rosyjskie morderstwa”

MORDERSTWO WIKTORA TOPOLNIKA

24 lutego 2022, czwartek, ok. godziny 14.00, Bucza, ul. Dworcowa

— Kochanie, jak się czujesz? Bardzo się martwię — usłyszała żona w słuchawce znajomy głos.

— Rosyjskie śmigłowce krążą nad nami, straszą nas — desperacko poinformowała pani Olena. — Cały czas coś wybucha…

— U nas tutaj, w Irpieniu, też słychać. Schowaj się w piwnicy. Zaraz będę…

 — Bądź ostrożny, kochany. Czekam…

Ten telefon od 67-letniego Wiktora Topolnika zabrzmiał 24 lutego, krótko przed południem. Nigdy więcej nie podniósł słuchawki, i nikt go więcej nie widział. Nie wrócił do domu…

Pan Wiktor urodził się w Kropywnyckiem. Po uzyskaniu wyższego wykształcenia pracował jako inżynier zootechnik. Później los zabrał go do Hostomela, gdzie spotkał Olenę Shyrjaievą. Zakochali się, a po pewnym czasie stanęli na ślubnym kobiercu. Spędzili razem trzydzieści lat.

„Miał dwóch synów z poprzednich małżeństw, których już nie ma od dawna” opowiada pani Olena.

„Mój syn ma córkę — naszą wnuczkę, którą Wiktor bardzo kochał i wychowywał jak własną. Mój mąż był mądrym i sprawiedliwym człowiekiem. Miał dobre serce, zawsze chętny do pomocy. Dobrze znał historię Ukrainy i był patriotą. Bardzo lubił czytać. Często siedział przy piecu, rzucając drewno w ogień, czytał i czytał…”

Długo nie posiedział na emeryturze, chociaż miał trzeci stopień niepełnosprawności z powodu atrofii mięśni. Zatrudnił się w Irpieniu jako ochroniarz w firmie produkującej wojskowe mundury.

W pierwszy dzień wojny, podczas wybuchów, Wiktor Topolnik pojechał do pracy na swoją zmianę. Ale wyjątkowe okoliczności zmusiły go do powrotu do domu. „Prawdopodobnie” — zastanawia się żona — „próbował wrócić przez Buczę do Hostomela. Po tym połączenie z nim zostało przerwane”.

Ale nieszczęścia chodzą parami… Drugiego marca wrogi pocisk trafił w dom, w którym mieszkało to małżeństwo. Wybuchł pożar, budynek spłonął wraz ze wszystkim, na co pracowali przez całe życie.

Zwłoki Wiktora znaleziono na ulicy Dworcowej w Buczy dopiero w kwietniu, po wyzwoleniu miasta spod Rosjan. „Do identyfikacji zdjęcie jego zmasakrowanego ciała przysłano mi 20 kwietnia, tuż przed Wielkanocą” —  płacze żona — „To był straszny widok… Wiktora pochowano 28 kwietnia na cmentarzu w Hostomelu, obok jego synów”.

MORDERSTWO MAKSYMILIANA LISCZYŃSKIEGO

27 lutego 2022, niedziela Bucza, Trasa Warszawska

Przed wojną 35-letni Maksymilian Lisczyński mieszkał w wiosce Myroczke. Pracował jako mechanik samochodowy, wychowywał dwoje dzieci. „Bardzo kochał swoją rodzinę” — mówi Wiktoria Lisczyńska, żona brata Maksymiliana. — „Był osobą, która zawsze pomoże. 27 lutego Maksymilian postanowił dołączyć do samoobrony buczan i wcześnie rano wyruszył do Buczy własnym samochodem. Od tego czasu straciliśmy z nim kontakt”.

Nie wiadomo nic o okolicznościach śmierci Maksymiliana Lisczyńskiego. Ale pani Wiktoria jest przekonana, że „Rosjanie zastrzelili Maksymiliana, zanim zdążył dołączyć do obrony”.

ŚMIERĆ WOŁODYMYRA KOWALSKIEGO

27 lutego 2022, niedziela, Bucza, Nowa Droga, supermarket „Novus”. Z notatek Serhija Kuliđy

27 lutego na stronie internetowej Urzędu Miejskiego w Buczy pojawiło się krótkie żałobne oświadczenie, że tego dnia „Wołodymyr Kowalski poległ za Buczę i Ukrainę, za swoją rodzinę i każdego z nas”. I lakonicznie dodano: „Walcząc w rejonie ‘Novusa’. Poległ w walce”…

Wołodymyra znałem pobieżnie, chociaż mieszkaliśmy w sąsiednich domach, na ulicy Bohdana Chmielnickiego. Czasami spotykaliśmy się na poczcie, skąd on, jak i ja, odbieraliśmy paczki. Zawsze robiło na mnie wrażenie to, że ten młody, przystojny mężczyzna, który przeszedł przez piekło walk w Donbasie i doznał strasznych ran, nie wstydził się chodzić w szortach, które nie ukrywały protez kończyn. Miałem nawet wrażenie, że jest dumny z tego swojego bojowego okaleczenia, jakby było odznaczeniem. A może tak właśnie było… Któregoś razu jesienią postanowiliśmy wypić razem kawę na bulwarze Bohdana Chmielnickiego. W kłębach papierosowego dymu, który, moim zdaniem, tylko dodawał aromatu czarnemu napojowi, siedzieliśmy na schodkach obok sklepu. Wołodymyr opowiedział, że urodził się w taki sam pogodny wrześniowy dzień, jak wspominała jego mama, w 1983 roku w Nowej Kachowce. Wtedy mój rozmówca na chwilę zamilkł i uśmiechnąwszy się zapytał:

— Wiesz, czym się bardzo chlubię?…

I nie czekając na odpowiedź, kontynuował: — Tym, że Aleksander Dowżenko, pracując nad scenariuszem filmu o budowie naszej elektrowni wodnej — „Poemat o morzu” — napisał, że Kachowka… Zaraz sobie przypomnę… Aha, to było tak: „Kachowka stała się ojczyzną mojego serca, ojczyzną najdroższych moich uczuć”… On, nawiasem mówiąc, urodził się 10 września, a ja dziewiątego… Więc i dla mnie moje miasto to ojczyzna moich najdroższych uczuć…

Przyznam, byłem trochę zdezorientowany i zdziwiony taką wiedzą mojego rozmówcy, ale szybko skarciłem się wewnętrznie: „A myślałeś, że nasza młodzież nic nie czyta i niczym się nie interesuje? Że są same nieuki? Wstyd, panie pisarzu, za taką, powiedziałbym, snobistyczną postawę…”

W międzyczasie Wołodymyr opowiedział, że po ukończeniu lokalnej szkoły uczęszczał do Nowokachowskiego Technikum Elektromechanicznego. A potem, w 2002 roku, wyjechał do stolicy, gdzie rozpoczął studia na politechnice. Tutaj przyszły inżynier-mechanik spotkał swoje przeznaczenie — Katię, która mieszkała w Buczy…

Po chwili pogaduszek, pożegnaliśmy się. Więcej żywego Wołodymyra nie widziałem… Na tamtym spotkaniu chłopak unikał rozmowy o swoich ranach, ale w Buczy dobrze znano jego bojową biografię. Wołodymyr Kowalski brał udział w wydarzeniach na Majdanie, a gdy Rosjanie zainicjowali separatystyczny ruch w Donbasie, 27 stycznia 2015 roku dobrowolnie zgłosił się do wojskowego komisariatu. I już niedługo, po „szybkich” kursach, został skierowany do Wołodymyra Wołyńskiego, gdzie stacjonował 14. Batalion Zbrojny Ukrainy. W krótkim czasie oddział ten znalazł się w samym środku walk na linii frontu. Dla Wołodymyra dniem przeznaczenia stał się 15 marca 2016 roku. Wówczas, wykonując zadanie w okolicy wsi Jasne, niedaleko Mariupola, informował kapelan wojskowy Anatolij Kuźnirczuk, nasz rodak „trafił na pułapkę, która wybuchła”. Sam Wołodymyr wspominał: „Pierwsze wrażenie — szok… Lewej kończyny w ogóle nie było. Prawa okazała się rozerwana, ale jej złożenie było niemożliwe. O ile wiem, podobne materiały wybuchowe są zakazane na świecie, ale nasi rosyjscy ‘bracia’ je stawiają…”

Wolontariuszka Marina Sokolova opowiadała, że Wołodymyr „nawet po wybuchu jeszcze przez jakiś czas był przytomny. Dwa kilometry nieśli go do karetki na noszach”. Lekarze musieli mu amputować zmasakrowane kończyny.

Później Kowalski kontynuował leczenie w Centralnym Szpitalu Wojskowym w Kijowie. Szef oddziału traumatologicznego, pułkownik Serhij Czivina, entuzjastycznie wypowiadał się o swoim pacjencie: „Bojowy człowiek… Nastawiony na życie i przyszłość całkowicie pozytywnie!” Natomiast Marina Sokolova wspominała, że „kiedy Wowa trafił do szpitala, jego żona była w ósmym miesiącu ciąży. I mieli umowę — obecność ukochanego na porodówce. Żołnierz naciskał na lekarzy, żeby coś zrobili, aby jak najszybciej założyli mu protezy”. Dziennikarzom, którzy odwiedzili Wołodymyra w szpitalu, również opowiedział przed kamerą o swoim marzeniu: „Chcę stanąć ‘na nogi’ przed narodzeniem dziecka. Wziąć udział w jego narodzinach”. I osiągnął to!… Dosłownie dzień przed porodem, pokonując nieznośny ból, postawił się na tymczasowych protezy. A kiedy zadzwoniono do Wołodymyra z oddziału porodowego, informując, że jego Katia zaczyna rodzić, szybko wezwał taksówkę… Marzenie się spełniło! A syna nazwali Dymitr…

Minął czas. Kowalski przyzwyczaił się do nowej sytuacji, życie zaczęło się układać. Bohater, po przejściu rehabilitacji w Orlando na Florydzie, otrzymał mieszkanie i założył swoją firmę — stację diagnostyki samochodowej. Ponadto, zafascynowany sportem, został uczestnikiem zawodów dla osób niepełnosprawnych — „Igrzysk Bohaterów” i „Siły Narodu”. Od tego czasu Wołodymyra Kowalskiego nazwano w naszym mieście „buczańskim Terminatorem”… Wołodymyr nie zdradził swojego przydomku nawet, gdy Rosja na pełną skalę wkroczyła na Ukrainę. W pierwszym dniu inwazji poszedł odebrać broń. Wtedy, wspominał zastępca dowódcy plutonu obrony terytorialnej Wiktor Chomjak, „powiedziałem mu: ‘Może pójdziesz do domu? Przecież nie masz nóg’. Odpowiedział: ‘Nie! Tylko dajcie mi broń’. Z kolei szef „Buczańskiej Straży” Wołodymyr Szczerbinin opowiadał: „Mówię: ‘Wołodiu, już wystarczająco wojny przeszedłeś’. Ale był uparty i przekonał, aby dać mu broń i amunicję. Był bardzo odważnym chłopcem: jeździliśmy z nim na rekonesans na lotnisko”. 27 lutego, jak wspominała Katia, jej mąż „wyszedł o ósmej rano, a o jedenastej bracia powiedzieli mi, że nie wróci do domu”. „Przyjechałem do Buczy 25 lutego i praktycznie znałem Wołodję mniej niż dobę — zeznaje Wasyl Szczerbakow. — Rankiem 27-go rozpoczął się bój. Ale przez te pół doby osobiście potwierdziłem starożytną prawdę: ‘Żołnierz to zawód, bojownik to cecha charakteru, a wojownik to stan duszy’. Bo był wojownikiem. I miałem zaszczyt być przy nim w jego ostatniej bitwie”.

O znaczeniu tej operacyjnej potyczki z wrogiem mówi Wołodymyr Szczerbinin: „Ostatni raz widziałem go, gdy szliśmy bronić miasta. Dzięki niemu i innym chłopcom zatrzymaliśmy kolumnę wroga na pół godziny. To wystarczyło, żeby nasza artyleria ustawiła się w bojowym szyku i zatrzymała ich na Dworcowej. I wrogi nie przedarł się do Kijowa. On był jednym z najbardziej godnych żołnierzy naszego miasta!”

Wolontariuszka Marina Sokolova dodaje: „Wiemy, że Wowa patrolował miasto z innymi lokalnymi chłopakami przed sklepem ‘Novus’. Rankiem wyszedł z domu i poszedł na swoją służbę. I podczas strzelaniny z rosyjskimi okupantami został postrzelony”.

Starano się go dowieźć do szpitala, ale po drodze zmarł od odniesionych ran. „Tu był bój, rosyjskie czołgi się poruszały, aby przedostać się do Kijowa. Buczańska obrona terytorialna ich powstrzymywała — czterech rannych i Wołodja — pierwszy poległy w mieście Bucza” — stwierdza żona bohatera.

Towarzysze broni wspominali, że jego ostatnimi słowami były: „Odejdźcie, chłopcy, ja przykryję!..”

Już po wyzwoleniu Buczy, 6 maja doszło, można powiedzieć, do „kameralnego” pogrzebu Włodymyra Kowalskiego. Bez udziału żony Kati i sześcioletniego syna Dymitra, bez należytego, w końcu, honoru. Dopiero 19 maja mieszkańcy Buczy uroczyście pożegnali „buczańskiego Terminatora”.

MORDERSTWO ANDRIJA KUJAWCA

Godz. 9.00,  Bucha, rejon ulicy Dworcowej. Z notatek Serhija Kulidy

Andrija Kujawca poznałem w 2004 roku, gdy objąłem stanowisko redaktora naczelnego gazety „Buczańskie Nowiny”. Pomimo że był znacznie młodszy ode mnie, zwracałem się do niego zawsze „Pan Andriej”, czyli na „Pan”. Wtedy ten młody człowiek pracował w dziale architektury Urzędu Miejskiego w Buczy.

Często, gdy było potrzebne ogłoszenie lub publikacja pewnych dokumentów na łamach gazety, Andriej odwiedzał nasze biuro, częstowałem go kawą w moim gabinecie. Zawsze poważny i uprzejmy, rzadko widziałem go uśmiechniętego. Raczej był zatroskany i, jak dla mnie, zbyt poważny.

Podczas tych spotkań dowiedziałem się, że Andriej uczył się w kijowskim technikum budowlanym i studiował na politechnice. Następnie, po uzyskaniu wyższego wykształcenia, zatrudnił się w spółce akcyjnej „Meliorator”, a potem przeniósł się do pracy w Urzędzie Miejskim.

Jednak później, gdy w 2017 roku zostałem redaktorem naczelnym „Literackiej Ukraina”, nasze drogi już jakoś się nie krzyżowały. Dopiero 28 lutego 2022 roku, dzień po rozbiciu rosyjskiej armii na ulicy Dworcowej, ktoś z znajomych poinformował, że 47-letni Andriej zginął. Później, z ust jego żony Ludmyły, dowiedziałem się pewnych szczegółów o jego śmierci…

Rodzina Kujawców, w której dorastało dwoje dzieci, mieszkała na jednej z uliczek niedaleko Dworcowej. Jak opowiadała zrozpaczona Ludmyła, jej kochający mąż „zbudował dom dla rodziny, wypełniony miłością i ciepłem. Oddał się całkowicie rodzinie. I był najlepszym ojcem i mężem. Zawsze byliśmy razem”. Wspomina, że Andriej lubił odpoczywać na łonie natury, pasjonował się projektowaniem krajobrazu…

Mogło się wydawać, że życie toczy się dalej, ale 24 lutego wszystkie marzenia i nadzieje nagle runęły w przepaść. Tego dnia Andriej podjął kategoryczną decyzję: rodzinę trzeba natychmiast wywieźć z miasta. Po krótkich naradach wsiedli do samochodu i całą rodzina opuścili Buczę, gdzie od rana do nocy słychać było głośne wybuchy. Noc spędzili w piwnicy szkoły w Worzelu, gdzie pracowała jego żona, a następnego ranka ruszyli do matki Ludmyły, która mieszkała w rejonie Obuchowa.

Mogło się wydawać, że można było przeczekać te nieszczęśliwe dni u teściowej, ale Andriej miał duszę prawdziwego patrioty Buczy. „Jego serce było zranione przez wydarzenia, które miały miejsce w pierwsze dni inwazji” — narzeka Ludmyła. — „Dwudziestego szóstego lutego rano wsiadł do samochodu i powiedział, że jedzie wstąpić do Obrony Terytorialnej Buczy i bronić miasta. Chciałam jechać z nim, ale Andriej zapytał: ‘A z kim będą dzieci?’ Nigdy nie wybaczę sobie, że nie potrafiłam go zatrzymać”.

Andriej, obejmując płaczącą żonę i dzieci, ruszył z podwórza. Jak się okazało, w nieśmiertelność…

Już następnego dnia Ludmyła z przerażeniem zobaczyła w internecie nagranie, jak ulicą Dworcową przejeżdżają ciężkie rosyjskie wozy bojowe. O dziewiątej zadzwoniła na komórkę męża i zaczęła prosić, by przeniósł ich w bezpieczne miejsce w piwnicy ich domu. Ale Andriej powiedział tylko, że właśnie teraz wysadzili cysternę obok centrum handlowego, które było niedaleko, i telefon się rozłączył. Od tego czasu nie odbierał już połączeń.

W międzyczasie kamery monitoringu zarejestrowały kilkanaście rosyjskich pojazdów, które sunęły wzdłuż domu Kujawców. Nagle jeden z nich, łamiąc bramę, wjechał na ich podwórze. Tutaj rosyjscy żołnierze strzelili do Andrieja kilkoma seriami z broni automatycznej. Zrobili to jakby rutynowo, bez emocji…

Ludmyła, nie mogąc dodzwonić się do męża, skontaktowała się z sąsiadami i próbowała ich przekonać, aby zajrzeli na posesję i dowiedzieli się, dlaczego Andriej milczy. Dopiero następnego dnia, 28 lutego, trochę otrząsnąwszy się po wybuchach, sąsiedzi zajrzeli na podwórze rodziny Kujawców. Przed ich oczami ukazał się przerażający widok: Andriej leżał martwy w kałuży krwi obok swojego samochodu.

„Ojcu Andrieja razem z naszym kumem Rusłanem Nechiporenkiem, którego 17 marca również rozstrzelali, udało się dostarczyć jego ciało do kostnicy na 2 – 3 dzień po śmierci” — płacze Liudmyla. — „3 marca mojego Andrieja pochowano”.

Na początku kwietnia, gdy wyzwolono Buczę, ciało Andrieja zostało ekshumowane i pochowane na Alei Sławy na cmentarzu przy ulicy Deputackiej.

Ale Ludmyła już nigdy nie znajdzie spokoju. Opowiada z żalem: „Mój mąż to kawałek mnie, mojego serca, duszy. Wydaje mi się, że go skradziono. Od czasu jego śmierci nie ma dnia, żebym nie myślała o nim. Pracuję dużo, żeby zapomnieć i nie myśleć o śmierci ukochanego. Tylko nasze dzieci dają mi pocieszenie”…

 

 

PIOTR TURLIŃSKI: Czwarte ćwiczenia pamięci – Erwin Axer

Namawiam do przeczytania niewielkiej, ale bardzo mądrej książki. Chodzi o Czwarte ćwiczenia pamięci Erwina Axera. To kolejny tom wspomnień Autora. Kim był? To Człowiek Instytucja. Jeden z najdłużej panujących w Polsce dyrektorów teatru, a konkretnie Teatru Współczesnego w Warszawie. Był wspaniałym reżyserem teatralnym, wychowawcą nowych pokoleń reżyserów oraz interesującym pisarzem.

Erwin Axer urodził się 1 stycznia 1917 roku w Wiedniu, zmarł 3 sierpnia 2012 roku w Warszawie. Urodził się w zasymilowanej rodzinie żydowskiej adwokata Maurycego Ąxera i Ernestyny Fryderyki z Schusterów. Dzieciństwo i młodość spędził we Lwowie. W 1939 ukończył studia na Wydziale Sztuki Reżyserskiej Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej. Debiutował na scenie Teatru Narodowego sztuką Księżyc nad Karybami Eugena’a O’Neilla. Do wybuchu wojny  wyreżyserował jeszcze trzy dramaty.

Po 1 września 1939 r. wrócił do Lwowa, gdzie spędził trzy lata. W czasie okupacji sowieckiej, gdy czynny był Polski Teatr Dramatyczny we Lwowie, reżyserował w nim (m.in. Pannę Maliczewską Gabrieli Zapolskiej) i grał epizodyczne role. Po aresztowaniu ojca w końcu 1942 wyjechał do Warszawy.

Walczył w Powstaniu Warszawskim, po jego upadku został uwięziony w obozie jenieckim. Pracował w kamieniołomach w górach Harzu. Po wojnie wrócił do Polski. W 1946 został kierownikiem Teatru Kameralnego Domu Żołnierza w Łodzi (teatr ten po przeniesieniu do Warszawy w 1949 przemianowano na Teatr Współczesny). Kierował nim do 1981. W latach 1954 –1957 był też dyrektorem połączonych scen Teatru Współczesnego i Narodowego.

Od 1962 reżyserował regularnie za granicą – w Republice Federalnej Niemiec, Szwajcarii, Związku Radzieckim, Stanach Zjednoczonych i Holandii. Od 1972 był też stałym reżyserem-gościem wiedeńskiego .Burgtheater W 1953 otrzymał Nagrodę Państwową II stopnia, w 1960 nagrodę im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego za osiągnięcia reżyserskie w warszawskim Teatrze Współczesnym. W 1993 został laureatem nagrody Sekcji Krytyków Teatralnych Polskiego Ośrodka Międzynarodowego Instytutu Teatralnego przyznawanej w ramach nagrody im. Stanisława Ignacego Witkiewicza za popularyzację polskiej kultury teatralnej za granicą.

W latach 1949–1979, z małymi przerwami, wykładał na Wydziale Reżyserii w warszawskiejPWST. Napisał liczne eseje o teatrze oraz krótkie formy literackie, porównywane do prozy Antoniego Czechowa. Zostały one opublikowane w miesięcznikach „Dialog” i „Teatr” oraz w książkach: Listy ze sceny (1955, 1957), Sprawy teatralne (1966), Ćwiczenia pamięci (1984, 1991, 1998), Kłopoty młodości, kłopoty starości (2006), Z pamięci (2007).

Proponując dziś Czwarte ćwiczenia pamięci Axera, wydane w 2003 roku, mam nadzieję, że sięgną też Państwo do innych jego pozycji. Wspomnienia Axera są mądre i zabawne, bo przecież pierwsze nie przeczy drugiemu. Można powiedzieć więcej: mądrość bez uśmiechu jest straszna i na milę pachnie dogmatyzmem, który to dogmatyzm jest zawsze intelektualnym zapleczem i wsparciem  każdej tyranii.

Poniżej zamieszczam jedno ze wspomnieć Axera.

Przygody z Weselem

Określić „o co chodzi” w utworze dramatycznym, nie tak znów łatwo. Mylą się najwybitniejsi. Daszewski (1), racjonalista zaciekły, zmuszony do współpracy przy Wyzwoleniu, które uważał za kupę bredni, zapytał Horzycy (2), o co w końcu w tym dziele chodzi. Horzyca wydał parę nieokreślonych dźwięków, zaczął swoim zwyczajem obgryzać paznokcie, po czym stwierdził w zadumie (przez zęby oczywiście), że:

Wyzwolenie proszę pana, Wyzwolenie, hm… Wyzwolenie, Wyzwolenie jest hm… jak Hamlet

Daszewski nie dał za wygraną i dalej naciskał:

– W takim razie o czym jest Hamlet?!

Na to Horzyca, rozmarzony:

Hamlet? Któż wie, o czym jest Hamlet

 

Historia jest autentyczna.

 

W latach sześćdziesiątych, po sukcesie Artura Ui  w Leningradzie, Towstonogow (3) oświadczył, że czas na polską klasykę.

Kordian – powiedziałem, przy Kordianie asystowałem Schillerowi i sam go robiłem w Narodowym.

Gieorgij Aleksandrowicz przeczytał Kordiana i oświadczył, że nie wchodzi w rachubę.

– Dlaczego? Nasz polski nacjonalizm?

– Jaki tam polski nacjonalizm. O cara chodzi! O cara Mikołaja. Młodzież go ubóstwia. W ogóle młodzież ubóstwia carów. Wszystkich carów. Roznieśliby mi teatr, gdybym taką sztukę wystawił.

– Trudno – mówię.

– Może byście wystawili Wesele – mówi Towstonogow. – Widziałem w Warszawie u Hanuszkiewicza. Bardzo piękny spektakl. Barwny, wesoły. Kolorowe chłopskie stroje… Chłopów na naszej scenie bardzo dobrze przyjmują. Są w modzie. I cenzura będzie zadowolona, i obkom partii życzliwy. Robiliście przecież Wesele w Ameryce?

– Prawda – oświadczyłem. – Ale Amerykanie niewiele z tego zrozumieli. Wesele rozumieją tylko Polacy. I to niewielu. Korzeniewski (4) rozumie, to wiem. Jerzy Kreczmar (5), no i ja , bo mi wytłumaczyli, o co tam chodzi. A tak… nawet Boy nie rozumiał, wielki krytyk, ale plotkarz. Plotki mu wszystko przesłoniły. Reżyserzy? Reżyser nigdy sztuki nie rozumie. Ma skojarzenia, emocje, tęsknoty, pomysły… Ja też nie rozumiem. Wszystko mi objaśnia Jerzy Michałowicz Kreczmar, którego poznaliście w Warszawie.

– A za granicą co robicie? Zabieracie go też do Niemiec?  – pyta Towstonogow.

– Co to, to nie. W Niemczech bywają dramaturdzy. Umieją przeczytać sztukę i tłumaczą wszystko reżyserowi. Potem już reżyser robi co uważa za stosowne. Na własną odpowiedzialność.

–  Hm, hm… – Towstonogow na to. – Gdybym nie rozumiał sztuk albo zdał się na dramaturgów, może skończyłbym gdzieś daleko od teatru. Zamówię przekład tego Wesela i zobaczymy.

Tłumacz to była osobna sprawa. Starszy pan bardzo sympatyczny, choć z pozoru groźny. Grubachny krasnal z brodą i wąsami. Mieszkał w jednym pokoju „obszczej kwartiry”. Książki na półkach, bardzo porządnych, pod sam sufit. Żona, nauczycielka matematyki, młodsza o lat trzydzieści do czterdziestu, gotowała na końcu korytarza we wspólnej z innymi lokatorami kuchni i wnosiła coraz to nowe potrawy, które wsuwaliśmy ze smakiem. Okazało się, że wspaniały Karzeł znał biegle szesnaście języków i z szesnastu na rosyjski przekładał liryki. Od Shelleya do Leśmiana, od Alfreda de Vigny do Heinego.

– Skąd pan zna tyle języków? – pytam.

– Wszystko zawdzięczam Stalinowi – powiada Karzeł. Wysiedlili mnie na Syberię. Mieszkałem tam trzydzieści lat. Żona, moja pierwsza nieboszczka żona, raz do roku mnie odwiedzała, przywoziła książki i tak jakoś jedenastu języków się nauczyłem. Pięć znałem już z domu. Rodzice przymusili. Jestem „dwarianin”, szlachcic. Właśnie dlatego Stalin się mną zajął.

Przekład był gotów po trzech miesiącach. Na ile potrafię osądzić – znakomity. W żadnym języku takiego nie mamy. Ale Towstonogow oświadczył, że Wesele nie pójdzie. Wykluczone! Tam się powiada, że chłopi są może i potęgą, ale krajem rządzić nie mogą, bo to najważniejsze, zgubią. To kto powinien rządzić, choć się od rządzenia uchyla? Ano szlachta, inteligencja.

– Mnie ta myśl jest nawet miła – mówił Gieorgij Aleksandrowicz. – Ojca bolszewicy rozstrzelali, po matce jestem z rodu książęcego. Ale odpowiadam za teatr. U nas inteligent może być co najwyżej artystą, krytykiem, cenzorem nawet… Ale od władzy wara! To nie jego sprawa. Gdybym wystawił Wesele, znalazłbym się może niedaleko od tego waszego tłumacza. Poślemy mu zresztą tysiąc rubli. Będzie zadowolony…

Oczywiście Gieorgij Aleksandrowicz mnie przekonał. Gdyby u nas reżyserów wysyłali na Sybir, może i ja bym się nauczył czytać sztuki.

styczeń 2002

Świadkowie epok

Lubię i polecam wspomnienia mądrych i ważnych dla świata ludzi. Oczywiście nie jestem naiwny i wiem, że autorzy wspomnień, pamiętników a nawet dzienników raczej unikają samokrytyki. Jednak w tym co piszą i tak jest autentyzm ludzi i zdarzeń. Są anegdoty stokroć ważniejsze i tysiąc razy lepiej malujące obraz epoki, w której żyli, niż opasłe tomy historyków. Historycy z zasady szukają uogólnień, jednoznacznych tez. Zresztą ich tezy są z gruntu nieobiektywne, bo historycy też ludzie i mają swoje poglądy polityczne.

Erwin Axer jest świetnym przykładem, a było takich ludzi wielu, którzy po wojnie wzięli się do ciężkiej pracy. Byli realistami, nie obrażali się na swoją epokę. To dzięki ich talentom i pracy polska kultura czasów realnego socjalizmu rozwijała się, potwierdzała polskość w świecie. A my, ludzie PRL-u widzieliśmy w ich dziełach prawdę życia i krytykę systemu. I chwała im za to.

 

Przypisy redakcji:

  1. Władysław Daszewski, ur. 3 III 1902 w Warszawie, zm. 25 VII tamże – scenograf i karykaturzysta.
  2. Wilam Horzyca, właśc. Wilhelm Henryk Hořitza (ur. 28 II 1989 we Lwowie, zm. 2 III 1959 w Warszawie – polski reżyser i dyrektor teatrów, pisarz, tłumacz, krytyk teatralny, współtwórca tzw. Polskiego Teatru Monumentalnego, poseł na Sejm III kadencji w II RP.)

         3.Towstonogow Gieorgij Aleksandrowiczreżyser rosyjski – ur. 28 IX 1915, Tyflis (ob. Tbilisi), zm. 1989, Leningradzie. Od 1938 współpraca z teatrami w Tbilisi, Moskwie, od 1950 w Leningradzie; od 1956 główny reżyser Leningradzkiego Wielkiego Teatru Dramatycznego im. M. Gorkiego; od 1960 profesor Leningradzkiego Inst. Teatru, Muzyki i Kinematografii.

  1. Bohdan Korzeniewski – ur. 12 IV 1905 w Siedlcach, zm. 5 IX 1992 w Warszawie. Polski reżyser, krytyk i historyk teatru, tłumacz, pisarz i pedagog.
  2. Jerzy Kreczmar (ur. 9 X 1902 w Warszawie, zm. 24 lutego 1985 tamże) reżyser, eseista, teatrolog i pedagog. Wieloletni kierownik literacki Teatru Współczesnego w Warszawie, współpracownik Erwina Axera; dyrektor Teatru Polskiego Radia (1948–1949), dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie (1966–1968); wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego oraz PWST w Warszawie. Jest uważany za jednego z najważniejszych inscenizatorów światowej klasyki w historii polskiego teatru.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kampania w mediach: Bo wyjdę ze studia, czyli POLITYCY w akcji

W mediach często zdarza się, że jest nudno. Wówczas niektórzy politycy postanawiają to wykorzystać do czegoś spektakularnego. Krzyczą, tupią, przeklinają (rzadko, ale jednak), wchodzą, wychodzą. Mam kolegę, który zawsze przypomina powiedzenie: „Po co chodzić do cyrku, wystarczy włączyć telewizor a zawsze jakiś program publicystyczny się znajdzie”. No i znalazł, jeśli oglądał niedzielne Śniadanie Rymanowskiego w Polsacie News i Interii.

A tam, we wcale nie śniadaniowym nastroju, posłeł Paweł Zalewski (Trzecia Droga, dawniej PO, a jeszcze dawniej PiS) wyszedł ze studia, bo nie podobały mu się slowa Przemysława Czarnka (PiS) o Robercie Biedroniu (Nowa Lewicy, przedtem – chyba Wiosna). Czarnek zresztą za owe słowa przeprosił jeszcze w momencie, kiedy Zalewski był w studiu (chodziło o to, że w ferworze dyskusji Czarnek nazwał Biedronia „człowiekiem zdegenerowanym”. No nie wypada, ale zdarzyło się a – powtarzamy – b. minister edukacji przeprosił.

Ileż to jednak razy różni politycy gorsze rzeczy o przeciwnikach mówili. Niektórzy robią to nałogowo. A patrząc na przemykającego tu i ówdzie Stefana Niesiołowskiego jest niestety niebezpieczeństwo,  że zjawisko będzie się nasilać. Przez podział.

Teraz jednak wyjście Zalewskiego, niezależnie jak będzie argumentowane przez rządzących i rządzonych oraz opozycję, będzie rozpatrywane jako element kampanii wyborczej do europarlamentu. Plakaty blakną, niektórzy zresztą w ogóle ich nie zmieniali od poprzednich wyborów, a pomysłów brak. Stawiam złotówki przeciwko paciorkom, które pobrano za brak w Polsce CPK, że niektórzy w ogóle dowiedzieli się w niedzielę 19 maja, iż żyje sobie – całkiem nieźle – taki poseł Zalewski i reprezentuje Trzecią Drogę (PSL i oddziały marszałka Hołowni Szymona) a kiedyś był w PO i w PiS. I po zwiedzeniu wielu partii postanowił wyjść. Ze studia popularnego programu publicystycznego, który da się jeszcze oglądać.

Czy poseł wiedział, że wyjdzie przed programem? Nie wiadomo, ale prostu tak wyglądał. Zalewski, właśnie tak się zachowywał jakby chciał wyjść. Może musiał, powiecie drogie dzieci? Może, ale najpewniej musiał, bo chciał przypomnieć, że jednak chce politycznie uciec do Brukseli. A nade wszystko chciał przypomnieć,  że startuje do PE jako kandydat spoza Warszawy a nawet spoza województwa mazowieckiego. No cóż, czy mu się udało, zobaczymy, ale wyjścia mają to do siebie, że są ostateczne. Kto wie, może w ten sposób Paweł Zalewski wyszedł z polityki? Chyba nie, nawet jak nie uda mu się uruchomić katapulty do PE – jest przecież polskim posłem. I ten mandat sobie zostawi, bo z czego miałby żyć po wyjściu z życia społecznego?

Aha, teraz przypomnieliśmy sobie, że poseł wyjściowy, czyli Zalewski, jest też wiceministrem obrony. Długo zastanawialiśmy się, czy to jest  tajemnica wojskowa? Chyba jednak nie – zaryzykowaliśmy takie wyjście, że to napisaliśmy.

re/r

Nie ośmielajcie psychopatów – apeluje do polityków WALTER ALTERMANN: Przypadek premiera Fico

Na sąsiedniej Słowacji został postrzelony tamtejszy premier Robert Fico. Stało się to 14 maja 2024 roku. Teraz premier Fico, po długiej i ciężkiej operacji, jest w szpitalu, a jego stan lekarze określają jako ciężki, ale stabilny. Premier Robert Fico został postrzelony po środowym wyjazdowym posiedzeniu rządu w miejscowości Handlova. Słowackie media przez wiele godzin podawały, że lekarze nie mogli zatamować krwawienia w jamie brzusznej polityka.

Zamachowiec w kilku zdaniach oświadczył, że strzelał do premiera z powodów politycznych. I to jest prawdziwie przerażające. Bo czyż normalny człowiek, w ramach politycznego sprzeciwu, w ramach walki politycznej może sięgać po broń?

Wszystkie agencje podkreślają, że na Słowacji od kilku lat trwa bezwzględna walka polityczna, że Słowacy coraz bardziej są podzieleni na dwa wrogie sobie plemiona. I te agencje – w sumie – nie dziwią się, że do zamachu doszło.

Ale to nie zwykli, przeciętni ludzie, rozkręcają histerie polityczne. A kto to robi? Zastanówmy się.

Komu zależy na podziale społeczeństw

Stara rzymska maksyma powiada, że sprawców trzeba szukać wśród tych, którym przestępstwo mogło przynieść korzyść. W sprawach politycznych zatem, najbardziej podejrzanymi są politycy. To oni żyją walką, to oni mają realne korzyści w przypadku wygranej własnej partii. To oni – wreszcie tworzą i podsycają konflikty plemienne.

Zadziwiające jest to, że im więcej czasu mija od zakończenia II wojny światowej tym bardziej narastają wewnętrzne konflikty i nienawiść w społeczeństwach, które najbardziej dotknęła tamta wojna. Pamięć ludzka jest tak krótka, że sięga najdalej jedno pokolenie wstecz?

Niektórzy określają obecną sytuację na świecie jako „stan przedwojny”. Dając tym samym do zrozumienia, że widmo kolejnego światowego konfliktu wisi nad nami wszystkimi. A ta wojna może przynieść zagładę globalną. Zdawałoby się, na chłopski rozum, że taka sytuacja wymusi na politykach odrobinę rozsądku. Ale nie, walki polityczne na świecie, w ramach każdego z państw, są coraz bardziej bezwzględne i okrutne. Czyżby światowi politycy zbiorowo tracili resztki rozumu? Bardzo to możliwe, o czym pouczają lata przed I i II wojną światową. Wtedy to politycy również liczyli na krótką, elegancką wojnę. Z małymi stratami własnymi.

Czy politycy są normalni?

To jest pytanie retoryczne. Owszem, gdy chodzi im o błyszczenie na świecznikach są jak najbardziej normalni, bo natura ludzka bywa próżną. Gdy natomiast chodzi o odpowiedzialność za słowa i czyny politycy normalni nie są. Głoszą, że biorą odpowiedzialność za losy narodu, że kieruje nimi dobre rozumienie współczesności i przenikliwe odczuwanie historii, ale czyny polityków przeczą ich słowom.

Jeżeli bowiem rzeczywiście wisi nad nami miecz wojny, to oczywiste byłoby szukanie porozumienia między partiami, dążenie do niwelowania wilczych dołów między różnymi ugrupowaniami i  jednoczenie podzielonych społeczeństw. Ale tak nie jest, tak się nie dzieje. Przeciwnie, agresja wewnątrz społeczeństw narasta.

Znam wielu polityków i ośmielę się powiedzieć to, co wszyscy wiedzą, ale milczą. Otóż, uważam, że do polityki wcale nie idą najlepsi z nas. Normalny człowiek chce mieć dobrą rodzinę i sukcesy zawodowe.

Politycy natomiast chcą tym normalnym przewodzić. Większość naszych polskich polityków nie ma żadnych zawodowych sukcesów, a ich rodziny też nie mogą wzorem do naśladowania. Ale, coś za coś. Jeżeli całe życie emocjonalne ulokujemy na Wiejskiej, lub w organach władzy samorządowej, to nie wystarczy już sił i uczuć dla rodzin.

Liczne oddziały Mojżeszów

Owszem, historia zna wybitne jednostki, które przewodziły swym narodom, które prowadziły pobratymców do nowego, wolnego życia. Tu pierwsze miejsce w historii zajmuje oczywiście Mojżesz. Jeżeli jednak patrzę na dzisiejszych polskich polityków, to widzę ich raczej w roli tych, którzy pod nieobecność wodza przywrócili kult bałwochwalstwa. Co skłoniło Mojżesza do rozbicia w pył obu boskich tablic z przykazaniami.

Przeciętność, nijakość, cwaniactwo – to najlepiej określa dzisiejszą klasę polityczną w Polsce i na całym świecie. Swoją drogą – to jest fascynujące jak przeciętni i nijacy osobnicy zawłaszczyli całą scenę polityczną. Owszem, zdarzają się też wyjątki, ale w swej przewadze ta masa jest szara, przeciętna, okropnie nijaka.

Wciąganie w politykę prostych ludzi

Normalny człowiek powinien postępować tak, nawet jeżeli trafi do polityki, żeby w każdej chwili mógł wrócić do swego zawodu. I rzec sobie samemu; „A tam, nie warto było. Było, minęło, mała strata, krótki żal”.

Niestety dla większości współczesnych polityków polityczna władza jest jak narkotyk. Uzależnia i zniewala. Odbiera rozum i uniemożliwia trzeźwe rozpoznanie rzeczywistości. A niestety nie ma skutecznego leczenia tego uzależnienia.

Przeciętni, prości ludzie lubią politykę. Bo polityka to dla nich zastępcze emocje. A bez emocji żyć nudno. I chcieliby być politykami. I w tym zafascynowaniu polityką gubią się, tracą rozum. A zagubieni powtarzają gdzieś zasłyszane, czy przeczytane, opinie po czym publikują je w Internecie jako własne, najczęściej dodając słowa uważane za obelżywe i mocno emocjonalnie znaczące. Te „mocne wypowiedzi” pobudzają kolejnych psychopatów – zarówno tych bliskich politycznie osobnikom, jak ich przeciwników – jawnych czy mniemanych. I w ten sposób rośnie piramida pogardy, nienawiści i niezrozumienia.

Ośmielanie psychopatów

W istocie mamy tu do czynienia z psychopatią na tle politycznym. Psychopaci kierują się zasadą: „Innym tylko śmierć”. Nie akceptują bowiem, że nikt nie ma absolutnej racji. Jak życiu, jedni wolą koty, a inni psy. Jedni mają prawo narzekać na deszcze, a inni na susze. Ale też – zrozumienie, że nie jesteśmy najmądrzejsi, że inni też mają prawo do swoich poglądów, że nic w świecie nie jest proste, łatwe i wygodne… przyswojenie tej wiedzy, kierowanie się zasadą głębokiej tolerancji i zrozumienia innych, to jest dopiero prawdziwym dowodem człowieczeństwa.

O byciu w pełni człowiekiem nie świadczy jałmużna dawana biednym, nie płacz nad ofiarami, ale przyznanie się przed sobą samym, że mogę się mylić. Uznanie, że być może tym, których poglądy polityczne mnie irytują należy dać prawo do swobodnego wypowiadania się, bez moich szalonych reakcji.

I to by, proszę ja was, była prawdziwa demokracja. Bo nie jest nią to, co nam wmawiają, że każdy psychopata – co kilka lat – ma prawo do głosowania na swojego psychopatę.

Zakładam, że do premiera Roberta Fico strzelał psychopata, bo przecież nikt normalny nie wymierzy i nie strzeli do drugiego człowieka.

Dlatego radzę, panom politykom, uważać na to co się mówi. I nie ośmielać szaleńców. Poza tym, naprawdę nie wypada.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Jak tam funkcjonariusze?

Kariery słów, haseł i sloganów potrafią być bardzo zaskakujące, a to co niedawno było modne lub wzniosłe po krótkim czasie potrafi być największym obciachem. Myślę, że najpoważniejszy z tym problem będzie miała ta formacja polityczno-medialna, dla której kategorie trendu i obciachu były zawsze dużo ważniejsze niż jakieś, nomen omen obciachowe, dobro społeczne czy racja stanu.

 Weźmy taką „Julkę”. Kiedy w 2020 roku, na zgubę PiS, upartyjniony jak zawsze Trybunał Konstytucyjny zaczął grzebać przy ustawie aborcyjnej, wybuchły wielkie protesty, w których wzięła udział dzieciarnia. Mało kumata za to wymęczona pandemicznym terrorem. „Liberalne” (czytaj: lokujące swoje interesy w rządach PO) media zaczęły lansować postać młodej rewolucjonistki, która zyskuje coś w rodzaju świadomości klasowej, bo naruszane są jej prawa, a hasła o j… i wyp… to jej najbardziej szlachetna broń. Kilka miesięcy później szacowne jury konkursu na „młodzieżowe słowo roku” ocenzurowało pierwsze miejsce i go nie uznało. Miała wygrać je „Julka”. Ta Julka już nie była tą szlachetną, świadomą siebie polską Marianną, a niekumatym, ale bardzo chcącym „brać w czymś udział”, dziewczątkiem wykorzystywanym przez polityków i wielkie koncerny. W sumie ta Julka została z nami, ku krzywdzie zresztą wielu mądrych Julii, do dzisiaj.

Jeszcze mocniejsze, choć bardziej rozłożone w czasie, zjawisko dotyka czołowych haseł i medialnych graczy antypisowskiej rewolucji. Niedawno przypadkowo spotkałem kilku znajomych, którzy mocno się angażowali w walkę z PiS-owską opresją na każdym kroku, nawet przy rozmowie o pogodzie i pozdrowiłem ich słowami „jak tam jebaćpisy, zadowolone jesteście?” Ależ było oburzenie. Oni nie tacy, i nie byli tacy. Po prostu martwili się o Polskę. A przecież jeszcze niedawno j… PiS-u to był powód do dumy. Czyżby bycie „jebaćpisem” nie było już nim? Zdaje się swoją drogą, że określenia tego, będącego synonimem politycznego zombie, najpierw zaczął używać profesor Stanisław Żerko, wobec PiS zupełnie bezwzględny. Potem podchwycili to inni. A co z „silnymi razem”? Bycie „silnym” do niedawna budowało poczucie przynależności do tuskowej Żelaznej Gwardii, by podobnie jak oryginalni rumuńscy gwardziści, gdy przyjdzie czas wysadzić się ze śpiewem na ustach. I co? Nikt nie chce dziś „silnych razem”. Nawet Bartek Chaciński – nomen omen, ten sam, który swojego czasu jurorował w sprawie Julek – nazywa ich lekceważąco „silniczkami”. Krótko mówiąc bycie „silnym razem” i „jebaćpisem” nie jest już powodem do dumy. Nawet dla politycznych idoli tego towarzystwa. „Silni” stali się obciążeniem. Nie jest też przejawem pełni zdrowia psychicznego.

Ciekawie moim zdaniem potoczą się teraz losy określenia „funkcjonariusz”. Jak wszyscy pamiętamy funkcjonariusze, w najlepszym razie „pracownicy” pracowali w TVP i różnili się tym od prawdziwych dziennikarzy, którzy swą szlachetną misję pełnili w innych redakcjach. Między innymi tych, które dziś wspierają surrealistyczny hejt obozu Donalda Tuska, w dodatku tuż po zamachu na słowackiego premiera. Bezrefleksyjnie powtarzających najbardziej nienawistne tuskowe slogany. Wspierający równocześnie kampanie propagandowe PO zanim one jeszcze ruszą. Ewentualnie strojący się szaty pozornych symetrystów i napominający władzę w stylu: „uważajcie, bo będziecie tak straszni jak wasi przeciwnicy”. I co? Sądzicie, że ludzie nie zaczną mieć refleksji, że może funkcjonariusze są też w „Rzeczpospolitej” lub Radiu Zet, Wp.pl bo akurat w przypadku „Wyborczej” to wiadomo, tam to nawet rodzinne często? Zaczną. Szczególnie, że niedługo część z państwa zacznie bronić podwyżek cen energii i rezygnacji z kolejnych inwestycji, jak terminala zbożowego. Mówiąc krótko, będzie na drugą nóżkę. I bardzo dobrze, znaczy, że język żyje.

 

 

O konsekwencjach „podziwiania” przeciwnika politycznego pisze CEZARY KRYSZTOPA: Fajnopisiacy

Prawo i Sprawiedliwość nie przegrało ostatnio żadnych wyborów. Nadal jest najbardziej popularną partią w Polsce. Natomiast rzeczywiście przegrało władzę i to dokładnie według scenariusza jaki opisałem na tych łamach rok wcześniej w tekście „Powiem, jak będzie i to się Wam nie spodoba”.

Tym razem nie tyle chcę się skupić na mechanizmie tej przegranej, o tym pisałem już i ja i nie tylko ja, ale o swego rodzaju zbiorowym stanie psychicznym partii i jej elektoratu, które zdają się pozostawać w szoku, po tym jak pracowicie budowany przy pomocy fałszywie entuzjastycznych prognoz domek z kart, runął w jednej chwili 15 października 2023 roku.

Aberracje

Już widzę jak oberwę za to, że „sypię piach w tryby”, „skłócam ludzi” i „szkodzę”. Jednak po pierwsze nie jestem członkiem partii, po drugie rolę publicysty widzę nieco inaczej, a po trzecie, nawet gdybym był członkiem, a choćby i politykiem partii, uważałbym, że puszczanie wyłącznie słodkich bączków i wzajemne, uspokajające masowanie się po pleckach, może z pewnością doprowadzić do braku świadomości sytuacyjnej, ale na pewno nie do słusznych wniosków, a co za tym idzie skutecznych działań.

Ale do rzeczy. Chyba największe aberracje wspólnych zachowań „środowiska” wystąpiły tuż po wyborach. Jakieś „berezy”, pomysły na „ekstraordynaryjne” działania, a wreszcie realizacja w praktyce koncepcji swego rodzaju „prawicowego KODu”, na zasadzie „skoro im się sprawdziło, to my też taki musimy mieć”. Tyle, że „im” się nie sprawdziło. I jałowy terror kodziarskiej świrowni był jednym z istotnych powodów zabetonowania opozycji w opozycji.

Później nastąpił jakiś dziwaczny stupor, który zaowocował słabymi listami i kiepską kampanią w wyborach samorządowych, co wprawdzie nie przeszkodziło PiSowi osiągnąć całkiem niezłego wyniku wyborczego, ale odnoszę wrażenie, że bardziej w wyniku determinacji elektoratu niż starań partii.

Fajnopisiactwo

Jednak zjawiskiem, które wydaje się ostatnio umacniać, choć i wcześniej dawało znaki życia, jest coś co nazywam „fajnopisiactwem”. Od zawsze po umownej prawej stronie, szczególnie wokół Prawa i Sprawiedliwości, jako partii dużej, a więc z natury różnorodnej zauważyć można postawy „no jestem tu gdzie jestem, ale tak naprawdę chciałbym być bardziej jak tamci, bo oni są tacy fajni, bo ‘młodzi’, bo ‘nowocześni’, bo ‘idą z duchem czasu’”. I nie chcę przez to powiedzieć, że tymi postawami charakteryzują się jacyś źli ludzie. Nie, to zapewne jak najbardziej ludzie poczciwi, dostrzegający, że coś w zastanej rzeczywistości „nie bangla”, ale jednocześnie jakoś bardziej podatni na obowiązującą poprawnościową propagandę.

Wydaje mi się na przykład, że to z tej strony słyszę głosy „PiS powinien iść do centrum”. Ja nie jestem doradcą PiS, ale wydaje mi się dość oczywiste, że jeśli „PiS pójdzie do centrum”, to zostawi prawą flankę i wtedy efekt Konfederacji będzie się wspominało z rozrzewnieniem. Tu w ogóle nie o to chodzi. Moim skromnym zdaniem, gdyby ktokolwiek mnie o to pytał, PiS nie powinien iść wąsko do centrum ani nigdzie indziej. PiS powinien iść szeroko i przedstawiać na tyle porywającą wizję obrony suwerenności i ambitnego rozwoju, żeby skupić pod swoim dachem różne środowiska, tak jak robi to ruch „Tak dla CPK”, w ramach którego mieszczą się i Razemki i przedstawiciele Konfederacji. Oczywiście w partii to niezupełnie tak zadziała, aż tak szeroko się nie da, ale da się wystarczająco szeroko żeby wygrywać wybory i realizować obietnice.

Albo inny aspekt tego zjawiska. Nagłe aborcjonistyczne kamingałty. Postawy proaborcyjne były tu obecne i wcześniej, ale jednak jakoś wstydliwie poukrywane po kątach. Teraz, to chyba głównie Mateusz Morawiecki dał sygnał „a ja tam jestem zwolennikiem kompromisu aborcyjnego” (ładny mi „kompromis”, za który śmiercią w męczarniach płaciły tysiące dzieci). I nagle iluś „fajnopisiaków” stwierdziło, że w sumie to można by zabijać te dzieci żeby mieć szansę uzyskać lepszy wynik wyborczy. Już nawet abstrahując od tego, że to prawdopodobnie fałszywe założenie wynikające z innego błędnego założenia, że spadek poparcia dla PiS w 2020 roku miał być spowodowany wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego ws. aborcji eugenicznej, a nie miał nic wspólnego z dotkliwymi i wątpliwej celowości obostrzeniami covidowymi z tego samego okresu, to stawianie wozu przed koniem. A to dlatego, że jeśli wyrok TK nawet miał jakiś negatywny wpływ na poparcie dla PiS (dlaczego wielka beneficjentka Czarnych Marszy Lewica nie jest dziś w takim razie królową sondaży?), to również dlatego, że PiS jakby się go wstydził, nie uznał za coś wartego obrony, jego administracja nie prowadziła żadnej akcji edukacyjnej, nie przygotowała programów osłonowych, nie tylko jakby się go wstydziła, ale wręcz jakby uprawiała wobec niego sabotaż. Czy byłoby tak dziwnym gdyby okazało się, że w tej sytuacji ludzie pomyśleli, że może „rzeczywiście coś w tym jest”?

Cui bono?

Dziś w takim stawianiu sprawy interes ma tylko jedna frakcja w PiS. Ta, która chciałaby przekonać o tym, że porażki wyborczej jest winien „straszny wyrok TK”, a nie trudno wytłumaczalna i tragiczna w skutkach spolegliwość wobec Brukseli, Piątka dla Zwierząt, zadziwiająca naiwność wobec ukraińskich władz (pomóc było trzeba, również w zakresie broni, ale bez uszczuplenia własnych krytycznych zapasów i za pokwitowaniem), polityka covidowa, czy dziwaczna i katastrofalna kampania wyborcza oparta na faktycznej promocji Donalda Tuska. Czy to jednak służy spójności całego obozu, może ktoś się powinien poważnie zastanowić.

Tak czy siak, „fajnopisiactwo” wydaje mi się całkiem ślepą uliczką. Z jednej bowiem strony w istocie zawęża zakres możliwości oddziaływania poprzez zniechęcanie elektoratu prawicowego. I kogo oferuje w zamian? Przepływy z elektoratu Platformy? A z drugiej samo w sobie nie stanowi żadnej oryginalnej oferty, będąc tylko bladym odbiciem oferty liberalno-lewicowej. A po co komu podróbka, skoro może mieć oryginał?

Tym bardziej wydaje mi się, że mamy prawo być sobą, nie musimy nikogo udawać i nie mamy obowiązku nikomu się z tego tłumaczyć.

Po zamachu na słowackiego premiera: „To wy – dziennikarze – jesteście tymi, którzy siali tę nienawiść”

Premier Robert Fico ciężko ranny po zamachu w Handlovej w zachodniej części Słowacji. Przetransportowano go do Bańskiej Bystrzycy. Kilka godzin trwała operacja. Do premiera Fico strzelał 71-letni zamachowiec, poeta Juraj Cintula (tożsamość sprawcy podała słowacka telewizja TE3), który – jak piszą słowackie media – był kilka lat temu widziany na wiecu paramilitarnej organizacji. Szef słowackiego MSW Matusz Szutaj Esztok, po zamachu na premiera powiedział: „To wy – dziennikarze – jesteście tymi, którzy siali tę nienawiść”.

Robert Fico po raz trzeci pełni funkcję premiera Słowacji. Polityk był członkiem partii komunistycznej a potem postkomunistyczne a następnie założył SMER, ugrupowanie nazywane na Słowacji nacjonalistyczną lewicą. Fico nie był zwolennikiem pomocy Ukraińcom a niektórzy zarzucają mu sprzyjanie Putinowi i poparcie dla polityki nieprzychylnej

Słowaccy politycy związani z rządem Fico uważają, że za zamach odpowiedzialni są ludzie dzielący społeczeństwo a strzały do premiera to skutek nagonki politycznej, m.in. w mediach i mediach społecznościowych. „Pierwsze informacje mówią o jasnej politycznej motywacji. Stoimy u progu wojny domowej. Proszę, przestańmy – mówił  szef MSW Słowacji Matusz Szutaj Esztok.

„To wy – dziennikarze – jesteście tymi, którzy siali tę nienawiść. Teraz to wy musicie wykorzystać swoje możliwości, by sytuację w kraju uspokoić” – tak w PAP przetłumaczono słowa ministra Esztoka na konferencji prasowej w szpitalu, gdzie operowano rannego premiera Fico.

WALTER ALTERMANN: Ortaliony czyli zwodniczy szelest Zachodu

Gdzieś tak w połowie lat 60-tych cała Polska, jak jeden mąż i jedna żona, chodziła w ortalionach. Co to było? Był to nieprzemakalne płaszcze. Ortalion był cienkim plastikiem i miał wszystkie wady plastiku: łatwo się rozdzierał, przepalał od papierosa a nici którymi te płaszcze zszywano rozdzierały materiał, skutkiem czego kieszenie się odrywały. Dlaczego taki sznyt wówczas zapanował? Pewnie dlatego, że rodacy spragnieni byli namiastki, choćby szelestu Zachodu, bo ortalionowe płaszcze potwornie szeleściły, jakby ktoś miął gazetę w kulkę.

Oczywiście ortaliony można było kupić jedynie u prywaciarzy. Co prawda „odzieżownictwo państwowe” również zaczęło szyć ortalionowe płaszcze, ale później, kiedy moda na nie już minęła.

Te ortaliony nie były tanie. Dobrej klasy ortalion kosztował pensję początkującego nauczyciela, a marniejszy połowę pensji. Ale mimo to szły jak woda.

Przy okazji – mówię o nauczycielskim wynagrodzeniu, bo zawsze było ono i jest nędzne. Swoją drogą – dlaczego w kraju, który ma tak szczytne hasła wynoszące pod niebiosa edukację, jak „Takie będą Rzeczpospolite jak ich młodzieży chowanie”, dlaczego w takim kraju nauczyciele pracują za takie małe pieniądze? Czyżby rodakom nie zależało na edukacji swych dzieci? A może dlatego, że bogaci posyłają potomstwo do szkół prywatnych i nie przejmują się już losem typowego Polaka? A to bogaci w końcu sprawują władzę. Naprawdę, są już u nas szkoły podstawowe, w których nauka kosztuje 10.000 zł miesięcznie.

Z nauczycielami nie jest śmiesznie. Natomiast z ortalionami było bardzo uciesznie.

Non irony

Inną potwornością tamtych czasów były koszule non iron. Pojawiły się nagle, gwałtownie opanowały kraj, ale pod dwóch-trzech latach równie gwałtownie zniknęły. Były to koszule z plastiku, o porażającej wręcz bieli. W świetle lamp fluorescencyjnych świeciły aż miło. Reklamowano je jako niewymagające poważnego prania i prasowania. Wystarczyło je uprać w letniej wodzie z proszkiem, misce, spłukać i rozwiesić.

I była to prawda. Jednak okropną ich wadą było to, że skóra pod tą koszula w ogóle nie oddychała. Może byłyby dobre na poty, ale do noszenia już nie. A jednak ludzkość kupowała je masowo. Niestety gdzieś po roku koszule nonironowe żółkły bezpowrotnie. I na szczęście non irony odeszły w zapomnienie.

Buty na półcentymetrowej podeszwie

Ortaliony i non irony nikomu nie szkodziły, świadczyły jedynie o braku gustu i owczym pędzie, natomiast męskie półbuty na cieniutkiej, półcentymetrowej podeszwie, owszem. W połowie lat 60-tych młodzież oszalała na punkcie butów w szpic i na cieniutkiej gumowej podeszwie. Kto miał takie buty liczył się w młodzieżowym towarzystwie. I nikt ze szczęśliwców, którzy „u prywaciarzy” za ciężkie pieniądze nabywali te atrakcje, ani słowem nie zająknął się o potwornej niewygodzie tego obuwia. A chodzenie w nich było koszmarem, bo czuć było pod stopami każdy kamyczek, każdą nierówność trotuaru. I rzecz najgorsza, palce nóg były tak skrępowane, że zachodziły jedne na drugie. Ale młodzież polska cierpiała – w imię mody i postępu głupoty.

Buty szpicówki na szczęście przeminęły i obecnie mamy już modę luzu. Skutkiem czego pół Polski chodzi w dresach, jak by wszyscy coś tam ćwiczyli. A gdy chodzi o buty, to oczywiście królują adidasy – nie jako marka, ale jako klasyka gatunku. Faktem jest, że adidasy i dresy są wygodne, ale o jakimkolwiek stylu i zachowaniu minimum klasy, nie ma mowy.

Spodnie dzwony i spodnie rurki

Z mojej młodości pamiętam jeszcze przejściową dominację spodni dzwonów i spodni rurek. Spodnie dzwony to lata 70-te. Żeby „dzwony” mogły być uznane za dzwony klasyczne, musiały być szczupłe i opięte od pasa do kolan, Natomiast od kolan aż do butów musiały się gwałtownie rozszerzać, tak, żeby na końcu mieć jakieś 40 cm szerokości (po złożeniu) i żeby buty się pod nimi zupełnie chowały. Proweniencja dzwonów była oczywista – miały przypominać spodnie marynarzy. Skąd się to wzięło? Nie wiadomo. Skąd taka nagła miłość Polaków do marynarki wojennej? Też nie wiadomo, ale było śmiesznie.

Potem zapanowały i są modne do dzisiaj rurki. Początek spodni rurek to lata 80-te i późniejsze. Każdy młodzian, chcący być modnym, musiał te rurki mieć. Ich fason przypomina trochę projekt oszczędnego krawca, który stara się zużyć jak najmniej materiału. Rurki opinają całe męskie nogi i kończą się jakieś 5-8 cm na butami. Skutkiem czego osoba nosząca rurki wydaje się być wyższa.

Mankamentem rurek jest to, że odsłaniają kostki nóg i część łydek. Dlaczego to mankament? Bo męska noga najczęściej bywa toporna, jakby ciosał ją pijany góral z Czarnego Dunajca. Kobiece nogi bywają dziełem biegłych snycerzy, ale męskie nie.

Skarpetki, czyli nasza groza

I tu dochodzimy do skarpetek, które są naszym poważnym problemem. Polak nie zwraca żadnej uwagi na skarpetki, zakłada byle co, byle izolowało podłoże i jest zadowolony. I mamy taki widok, patrząc od dołu: buty, najczęściej zakurzone, potem kawałek skarpetek, ledwo co wystających z butów, następnie goła łydka i spodnie rurki. Okropność.

Tymczasem w cywilizowanych krajach i w modzie dyplomatów, męska skarpetka musi zasłaniać łydki tak, żeby nawet przy założeniu nogi na nogę nie straszyć otoczenia gołymi nogami. U nas znaleźć długie skarpetki jest niepodobieństwem. Bo skoro nikt ich nie szuka, to sklepy nie zamawiają.

Jest jeszcze gorzej, bo część mężczyzn chodzi bez skarpetek. Co uruchamia wyobraźnię widza o wszelkich możliwych bakteriach i grzybach wesoło rozwijających w obuwiu i na stopach golasa.

Koszulki polo i t-shirty

Z początkiem epoki Gierka zapanowała u nas moda na koszulki polo. Jakoś tak to zbiegło się ze światową modą. Jak sama nazwa wskazuje koszulki polo wzięły się od grających w polo – najdroższą chyba dyscyplinę sportu. Jest faktem, że były wygodne. Oczywiście niektórzy przesadzali i uznając je za tak eleganckie, że nosili je do garniturów, zamiast klasycznych koszul.

Ale i z obecnymi t-shirtami jest podobnie, widywałem poważnych (zdawałoby się) mężczyzn, na półoficjalnych spotkaniach w t-shirtach.

Kary za nieznajomość podstawowych zasad elegancji nie ma. I dobrze, niech tam już każdy kompromituje się na własna odpowiedzialność.

Skąd bierze się moda?

Moda bierze się zawsze z wojska i sportu. Co oczywiście w Anglii dość mocno się pokrywa i bywa tożsame. Bo tamtejsze elity chlubią się służbą w wojsku i lubią pokazywać się w paradnych mundurach. Tamtejsi oficerowie, żeby jakoś zachować linię, od wieków jeżdżą konno, uprawiają polo, rugby i inne sporty.

Szeregowi nie muszą uprawiać żadnych sportów, bo wykonują ciężką, solidną pracę na służbie, skutkiem czego i tak są szczupli.

A u nas? Brzuchaty oficer to norma. Co jest bardzo śmieszne, choć nie do końca.

 

 

 

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: G – jak SGGW? Rozgrywki naukowe

Gmach jak się patrzy. A do tego jeszcze latufundia. Tradycja wspaniała. Tytuł zobowiązujący: Szkoła Główna (Główna!) i to Gospodarstwa Wiejskiego. Czyli tego co najbardziej polskie. Było, jest i mam nadzieję będzie. Bo ziemi, Ojczyzny, Chłopi za granicę nie wywiozą. Choć wszystko inne, jak dowodzi historia ostatnich 30 lat – ukraść, zmarnować można.

Pracował na uczelni 20 lat. Zawsze tłumy studentów waliły na jego wykład. Mówi o Sokratesie, poprzednikach i następcach. A więc o źródle mądrości naszej. O źródle do którego się przyznajemy i hołubimy w sobie, znając istotę bardziej lub mniej raczej.

Doktor (z prawdziwym tytułem naukowym, solidnie zapracowanym), Andrzej Korczak został przez macierzystą uczelnię, której poświęcił lata pracy, wyrzucony jak zużyta ścierka. Zabrali pokój asystenta, w którym mieszkał i pracował przez lata. Podczas brutalnej eksmisji poginęły przedmioty pamiątkowe i urządzenia elektroniczne. Zginęły wartościowe książki. Teraz sprawy będą się ciągnęły latami w sądzie. Potentat – SGGW – domaga się jeszcze 64 000 zł za użytkowanie pomieszczenia.

Wstyd i hańba. SGGW – to również w jakimś stopniu połączenie z ludowcami, czyli partią chłopską. A ta teraz przy władzy. Tak więc panie premierze i inni panowie spod zielonego znaku może byście się zainteresowali losem człowieka, który był i jest bardzo przydatny przy uczeniu przyszłych wysoko kwalifikowanych rolników, agronomów i inżynierów agrokultury. Ponieważ na wydziale humanistycznym uczelni rolniczej uczył, kształcił, dawał wiedzę również potrzebną współczesnemu inteligentowi – wiedzę humanistyczną.

Ze strachu

Dlaczego po latach dobrej współpracy zaczęto na SGGW szykanować pana Korczaka? Z zazdrości i ze strachu.

Doktor zwrócił się do swoich przyłożonych z informacją że chcę zrobić habilitację. I tego mu… zabroniono! Niesłychane. Zrobiła to jego przełożona. Najprawdopodobniej ze strachu przed konkurencją i ewentualną rywalizacją o stanowisko dziekana. Zabroniła! Więc zgłosił się do Polskiej Akademii Nauk. Oczywiście zgodzono się na to, by zrobił w PAN wyższy stopień naukowy – doktora habilitowanego w swojej specjalności.

SGGW zamiast pogratulować, podwyższyć pensję, wyrzuciła go z przysługującemu asystentowi lokalu. Tak sobie, po bandycku, na bruk. A konkretnie do kontenera. Protesty nie pomogły. Przyszła ekipa komornicza i mimo panujących jeszcze śniegów wyrzucono człowieka i jego dorobek w błoto.

Okazuje się że to w Warszawie normalka – niedawno dowiedzieliśmy się że prorektor w Akademii Medycyny Uniwersyteckiej też została zaatakowana niespodziewaną karą, bo odważyła się wystartować w uczelnianych wyborach przeciwko rektorowi. Pytam więc – czy dziwota, że polskie uczelnie w rankingach światowych schodzą na miejsca w kolejnej setce?

Wracając do sprawy doktora Korczaka. Mamy przed sobą gruby segregator dokumentów. Ciągnie się to wszystko od kilku lat. Zarabiają prawnicy i redaktorzy. Tylko jak nieporuszona skała stoi sobie – szacowny gmach przy zbiegu Alei Niepodległości i Rakowieckiej. Skrzypią przejeżdżające tramwaje, mkną pod ziemią wagony metra. Ale nic to! Władze uczelni udają, że nic się nie stało. Głupota?

Mówią mi: oj, poprzedni rektor to dbał o ludzi. Mówią studentki 3-4 roku:

– To najbardziej lubiany i kontaktowy nauczyciel. Zawsze na jego wykładach są tłumy. Czytam pochwalne wpisy. Nic to!

Obywatelka – Dziekan rządzi niezawiśle. Pozbyła się kolegi, któremu wiele zawdzięczała.

Co dalej?

Dr Korczak jest naukowcem kochającym swoją historyczno-filozoficzną specjalizacją. Ma bogaty dorobek w publikacjach, również w językach obcych. Wydawał na różnych zagranicznych uczelniach. Tu – u siebie – spotkał się z podłością i obojętnością. Władzo, przyjrzyj się sprawie.

Mamy nowe władze resortowe. Bardzo proszę wyznaczyć uczciwą osobę do wnikliwego przyjrzenia się temu naukowemu bandytyzmowi. Panie ministrze szkolnictwa wyższego, niech pan nie zwleka.

W polskim szkolnictwie wyższym – jak się teraz dowiadujemy – wyrosła mafia sprzedająca dyplomy wyższych uczelni. Dziesiątki tysięcy dyplomów. Brały je nieroby i tumany, by powiesić nad biurkiem prezesowskim lub dyrektorskim. Herszt bandy przyznał się, pokajał i robi teraz za świadka koronnego. Chce uniknąć kary. Czy tak samo ma być na zasłużonej warszawskiej uczelni?

W ciągu moich długich lat pracy (60!) wielokrotnie stykałem się z profesorami SGGW. Zawsze po tych rozmowach wychodziłem wspaniale podbudowany i wręcz dumny, że przynajmniej na ” zielonej” uczelni są godne kadry.

Nauka na przyszłośc…

Sprawa doktora Korczaka to dzwon alarmowy. Trzeba to wszystko zbadać i naprawić.

Fachowcom trzeba płacić. I to dobrze. Dobrych trzeba hołubić i szanować. Od tego są nie tylko rektorzy, senaty uczelniane ale i głos studencki powinienem zabrzmieć. A na każdej uczelni wszyscy, aż po ciecia, doskonale wiedzą who is who!

Wielka, wspaniała (przynajmniej „na oko”) uczelnia, ogromne kampusy i pola własnościowe nad Wisłą dzierżawione i ładnie uprawiane. Jej tysiące polskich i zagranicznych studentów. Dlaczego nie ma tu miejsca dla jednego dobrze przygotowanego człowieka nauki, który teraz wędrować musi po kraju żeby zarobić na życie? Życie humanisty, których tak bardzo potrzebujemy w rozpasanym i nadgniłym świecie.

Sokrates mówił, że szczęście człowieka może być dwojakie – wewnętrzne i zewnętrzne. Te pierwsze zawsze można znaleźć w sobie – poprzez dobrą pracę, pożyteczność osobistą w społeczeństwie. A to drugie – to bogactwo, zasobność, dobytek.

Kto jest kim – to przedstawiciele nauki powinni dostrzec.

Profesor Józef Wieczorek od lat walczący o naprawę polskiej nauki na swoim „Blogu Akademickiego Nonkomformisty” pisze o książce wydanej przed 50-ciu laty „Historia naturalna polskiego naukowca” i cytuje: „…pasożytów nauki, tj. karierowiczów, którzy nie mają kwalifikacji do uprawiania zawodu naukowca, a tytuły naukowe zdobyli dzięki względom pozanaukowym, można zapytać, czemu w wyniku transformacji, licznych reform domeny akademickiej w tej materii tak naprawdę nic się nie zmieniło?”.

 

 

Jedziemy do Polski — 11. fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Stopniowo przyzwyczajamy się do spokojnego nieba. Obok naszej „bazy” jest remiza strażacka. Kiedy tam zawyje syrena, od razu, instynktownie, chcę się schować —  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Wstęp i pierwszy fragment można przeczytać TUTAJ, kolejne dostępne są TUTAJ.  Tytuły fragmentów od redakcji portalu sdp.pl.

19 marca 2022, sobota

Godz. 15.18, Osada Werchowina, ulica Żabiowska, 67, kompleks wypoczynkowy „Arkan”. Z dziennika Serhija Kulidy

Dziś Rosjanie uderzyli rakietą w Delatynę. Moje przewidywania się sprawdziły… Powiem szczerze, że moi bliscy drżą od głośnych dźwięków. Nawet Jasza. Jak tylko coś huknie, pies się chowa.

Godz. 20.22, Osada Werchowina, ulica Żabiowska, 67, kompleks wypoczynkowy „Arkan”. Z dziennika Serhija Kulidy

Zadzwonił mój zastępca w gazecie „Literacka Ukraina” Mykoła Iwanow i zaproponował, że 21 marca możemy wyjechać do Polski autobusem z Iwano-Frankiwska, który wynajęli wolontariusze. Za darmo. Porozmawialiśmy i postanowiliśmy jechać. Tym bardziej, że na początku wojny skontaktowałem się z władzami Tuszyna. Zadzwoniłem do tego polskiego miasta partnerskiego i potwierdzili: przyjedźcie, czekamy. Więc decyzja zapadła: jedziemy do Polski. Zdołałem nawet żartobliwie powiedzieć, że wracamy do mojej historycznej Ojczyzny, bo moja babcia pochodziła z Krakowa i nazywała się Helena Więcik. Ta decyzja skłoniła nas do szczegółowego zorganizowania podróży. Zadzwoniłem do Saszy Hryhorijewa. Autobus jedzie do Krakowa, więc musimy gdzieś przenocować. Kolega dał numer telefonu swojej uczennicy — z czasów gdy wykładał na Uniwersytecie Jagiellońskim — Ani Budzeń. Natychmiast zadzwoniłem do Krakowa, a Ania powiedziała, że wraz z mężem Andrzejem będą nas witać na dworcu autobusowym. W końcu skontaktowałem się z Wasylem.

20 marca 2022, niedziela

Godz. 21.00, Iwano-Frankiwsk, ul. Pasichna. Z dziennika Serhija Kulidy

My — ja, Tamara, Nіnusia, wnuk Włodzimierz i oczywiście pies Jasza — znajdujemy się w wygodnym mieszkaniu Wasyla Kuzana i Tatiany Piankowej. Gospodyni przygotowała pyszną kolację i teraz delektujemy się wykwintnymi potrawami. Siły i inspiracji na jakiekolwiek zapisywanie — brak. Chcę tylko zauważyć, że koledzy po piórze wrócili ze swojej podróży na Zakarpacie, aby nas przenocować. Nigdy tego nie zapomnę…

21 marca 2022, poniedziałek

Godz. 2.30, Iwano-Frankiwsk, ul. Pasichna. Z dziennika Serhija Kulidy

Obudziły nas nocne syreny. Było strasznie. Mieszkanie przyjaciół jest na siódmym piętrze. A gdyby, niech Bóg uchroni, trafienie… Zasnęliśmy dopiero o świcie.

Godz. 9.00, Iwano-Frankiwsk, dworzec kolejowy, Z dziennika Serhija Kulidy

Za pół godziny wyruszamy do Polski. Autobus jest tylko w połowie pełny. Cieszymy się, że podróż będzie wygodna.

Godz. 11.30, Lwów, dworzec kolejowy. Z dziennika Serhija Kulidy

W naszym autobusie tłum ludzi. Kijowianie, melitopoleńczycy, charkowianie… Wszędzie widać, że ludzie są zestresowani. Czasami nie panują nad swoimi emocjami… Pomimo tego, dobrze ich rozumiem. Za nami ­—  koszmar, przed nami — niepewność…

22 marca 2022, wtorek

Godz. 2.13, Kraków. Z dziennika Serhija Kulidy

Staliśmy na granicy ileś tam godzin. Pełno prywatnych samochodów i autobusów. Po pewnym czasie dotarliśmy do Krakowa. Tutaj na nas czekali Ania Budzeń i jej mąż Andrzej. Przywieźli nas do swojego domu. Nakarmili, a my, zmęczeni, udaliśmy się spać. Rano będziemy jechać do Tuszyna, miasta partnerskiego Buczy.

Godz. 18.30, Polska, Tuszyn, ul. 1 Maja. Z dziennika Serhija Kulidy

Na dworcu czekała na nas cała delegacja — burmistrz miasta Witold Małewski, szef działu promocji Tuszyna Wojciech Skibiński, kilku radnych. I jeszcze dwie buczanki: Alla i Olena, które pracowały w Buczy w zarządzie socjalnym. Wszyscy są radośni, serdeczni, życzliwi. Przywieźli nas do MOPS-u, w lesistym rejonie miasta. Pod tą „psią” skróconą nazwą kryje się ośrodek pomocy społecznej. Przygotowano tu miejsca dla uchodźców z Ukrainy. Ale jesteśmy pierwsi. Lodówka i spiżarnia pełne produktów spożywczych. Nie mam ochoty jeść. Najważniejsze — jest tu cicho, a powietrze nasycone leśnymi zapachami…

23 marca 2022, środa

Godz. 8.30, Polska, Tuszyn, ul. 1 Maja. Z dziennika Serhija Kulidy

Rano odwiedziła nas delegacja. Pracownicy MOPS-u przynoszą nam różne smakołyki. Proszą, aby opowiedzieć o straszliwościach w Buczy. Współczująco potrząsają głowami i płaczą…

Godz.13.25. Polska, Tuszyn, ul. 1 Maja. Z dziennika Serhija Kulidy

Obiad — nie do przejedzenia. Pyszności… Cieszymy się ciszą. I nie odrywamy się od smartfonów — czytamy wiadomości z Ukrainy. Są smutne. Rosjanie wciąż napadają, zabijają, znęcają się nad naszymi ludźmi. Plugastwo…

24 marca 2022, czwartek

Godz. 15.17, Polska, Tuszyn, ul. 1 Maja. Z dziennika Serhija Kulidy

Polacy przynoszą i przynoszą jakieś ciasteczka, przysmaki… Nasza „ekipa” nie wypuszcza telefonów z rąk. Dzwonimy do krewnych i znajomych, którzy przekazują niepokojące wieści. Jedyny, kto jest całkowicie szczęśliwy — Jasza. Tutaj po raz pierwszy spaceruje bez smyczy. Wolność… I jaka radość gonić zuchwałe ptaszki!

25 marca 2022, piątek

Godz. 13.55, Polska, Tuszyn, ul. 1 Maja. Z dziennika Serhija Kulidy

Zadzwonił Sasza Hryhorjew i przekazał straszną, przygnębiającą wiadomość: zmarł Sławko Żołdak… Mój najlepszy przyjaciel z czasów uniwersyteckich. Płaczę…

26 marca 2022, niedziela

Godz. 21.00, Polska, Tuszyn, ul. 1 Maja. Z dziennika Serhija Kulidy

Nie mogę się uspokoić. Razem ze Sławko umarła moja dusza…

27 marca 2022, niedziela

Godz.16.25, Polska, Tuszyn, ul. 1 Maja. Z dziennika Serhija Kulidy

Stopniowo dochodzimy do siebie… Ale z Buczy dochodzą smutne wieści. Nawet otaczająca cisza już nie działa uspokajająco. Wydaje się, że to sen. Straszny, krwawy… Na duszy —  rozpacz…

28 marca 2022, poniedziałek

Godz. 15.10, Polska, Tuszyn, ul. 1 Maja. Z dziennika Serhija Kulidy

Rodzina siedzi w smartfonach —  śledzimy wydarzenia na Ukrainie… Stopniowo przyzwyczajamy się do spokojnego nieba. Obok naszej „bazy” jest remiza strażacka. Kiedy tam zawyje syrena, od razu, instynktownie, chce się schować.

29 marca 2022, wtorek

Godz.16.15, Polska, Tuszyn, ul. 1 Maja. Z dziennika Serhija Kulidy

Dziś burmistrz Tuszyna powiedział, że prawie przygotowane jest dla nas mieszkanie. Teraz wyposażają je jeszcze różnymi domowymi sprzętami —  prysznic, kuchenka elektryczna, lodówka itp. Więc wkrótce się przeprowadzimy…

30 marca 2022, środa

Godz. 13.25, Polska, Tuszyn, ul. 1 Maja. Z dziennika Serhija Kulidy

Pół dnia siedzę przy telefonie. Próbuję przywrócić druk „Literackiej Ukrainy”. Będziemy wydawać gazetę online. Pojawia się wiele niuansów, ale sobie poradzimy. Teraz jednak nie można liczyć na dobroczynną pomoc…

31 marca 2022 roku, czwartek

Godz. 18.35, Polska, Tuszyn, ul. Parkowa 4. Z dziennika Serhija Kulidy

Dziś uwolnili Buczę!!! Dziś przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania. U mnie zdiagnozowano raka (dlaczego nie byłem zaskoczony), potrzebna będzie operacja. Tak więc zaczyna się nowy (niepewny) etap życia. Ale jednego jestem pewny ­—  Ukraina zwycięży!

P.S.

Krótko o dalszym życiu w Polsce. Niedługo po przeprowadzce, dzięki pomocy władz Tuszyna, spotkałem się z wojewodą łódzkim panem Tobiaszem Bocheńskim, który zaproponował mi pracę w dziale prasowym. Jednocześnie przygotowuję wydania „Literackiej Ukrainy”, która, jestem pewien, będzie żyła, ciesząc naszych oddanych czytelników nowymi dziełami ukraińskich pisarzy. I po operacji onkologicznej leczę się z raka. Na to, jak powiedział lekarz, potrzeba trzech lat… A najważniejsze — marzę o szybkim powrocie do Ukrainy.

Kolejny fragment książki wkrótce na naszym portalu.