Kumoterstwo proste, czyli, jak pisze WALTER ALTERMANN: Sociumtyzm

Takiego pojęcia jak sociumtyzm jeszcze nie ma, ale najwyższa pora wprowadzić je do obiegu. Otóż sociumtyzm jest bliski znaczeniowo nepotyzmowi, a właściwie urobiony na podobieństwo starego, dobrze znanego nepotyzmu.

Najpierw czym jest nepotyzm. Nepotyzm (z łaciny nepos – wnuk, potomek) to faworyzowanie członków rodziny przy obsadzaniu stanowisk i przydzielaniu godności, Nepotyzm istniał od zawsze i będzie istniał na zawsze.

A czym miałby być sociumtyzm? Otóż sociumtyzm jest tym  samym co nepotyzm, ale dotyczy nie rodzin, ale partnerów osób nie będących w związkach heteronormatywych. Przykład? Proszę bardzo. Oto do Parlamentu Europejskiego startują panowie Śmieszek i Biedroń. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że pan Robert Biedroń jest współprzewodniczącym partii Nowa Lewica, to jak nazwać forowanie swego partnera na te listy, jak nie nowoczesnym nepotyzmem, alias sociumtyzmem?

Bo socium po łacinie znaczy właśnie partner.

Nic nie mam przeciwko orientacji obu panów, nie mam nic i przeciw temu, że ostatnio, publicznie na scenie teatralnej w Kielcach wzięli symboliczny ślub. Ich sprawa. Jeżeli jednak dochodzi do tego, że współprzewodniczący NL wpisuje na listy swego partnera (sociuma), to mamy klasyczny przykład wspierania się w obrębie związków. Czyli mamy sociumtyzm, czyli nowoczesny nepotyzm.

Nadto, pan Śmiszek w telewizji mówił ostatni, że on startuje dlatego, bo każda partia wystawia najlepszych. Czyli dochodzi jeszcze grzech nieskromności. Naprawdę nie wypada o sobie samym mówić takie pochwały. Chyba, że walczy się w klatce i zapowiada się uśmiercenie przeciwnika. Ale nie podejrzewam pana Krzysztofa Śmiszka, żeby wyszedł na jakikolwiek (poza politycznym) ring.

Normalny nepotyzm

Gdy najpierw karierę polityczna robi ojciec, a potem jego syn. Chodzi mi tu o panów Schreiberów – Grzegorza, ojca i jego syna Krzysztofa. Powie ktoś, że wielkie talenty same przebijają się do pierwszych politycznych kręgów. Teoretycznie jest to możliwe, ale jakoś wydaje mi się to mało prawdopodobne, żeby syn nie korzystał ze wsparcia ojca.

Owszem, w nauce i sztuce znamy niezwykle uzdolnionych ludzi przez pokolenia. Ale tutaj pachnie nepotyzmem na kilometry.

Przed jakichś 30 laty laty któraś z gazet podjęła temat niepojącego zjawiska, które charakteryzowało się tym, że obok matek i ojców sędziów, pojawia się coraz większe grono ich córek i synów. I to samo dotyczył również dzieci adwokatów. Wtedy pomówieniom dał silny odpór pewien ważny sędzia. który tak odpowiedział na zarzuty: „Prawo wysysa się z mlekiem matki, nasiąka się jego atmosferą w domu”.

Pewien młody sędzia zwierzał mi się kiedyś, że sądy w Polsce są najbardziej prorodzinnymi instytucjami. Na korytarzach bowiem ciągle słyszy się ciociu i wujku. Rzecz bowiem w tym, że sądy to nie tylko sędziowie, ale cała masa urzędników, których oczywiście przyjmuje się na stanowiska bez żadnego konkursu, lub w konkursach, w których decydują wujowie, ciotki i rodzice.

I to jest bardzo ucieszny determinizm nepotów, którzy potem się dziwią, że ludzi nie cenią ani sędziów, ani adwokatów. Nie mówiąc już o politykach.

Komórki czyli powszechne śmieszności dnia codziennego

Żeby powiedzieć to wprost – śmieszności dotyczą nie tylko ludzi z pierwszych stron gazet. Całe nasze społeczeństwo bywa bardzo śmieszne. Pamiętam czasy, gdy pojawiły się w Polsce pierwsze komórki telefoniczne. Były to telefony wielkości starych telefonów, z normalnymi słuchawkami na przewodzie, który był podłączony do wielkiego pudełka telefonicznego. Od klasycznych stacjonarnych telefonów różniły się tym, że miały sporą teleskopową antenę oraz rączkę, do przenoszenia takiego ustrojstwa.

I najważniejsze! Te pierwsze urządzenia, te protokomórki były potwornie drogie, tak przy zakupie, jak przy opłacie comiesięcznego abonamentu. Wtedy to większość Polaków w ogóle nie wiedziała jeszcze w czym rzecz. Ale bogaci wiedzieli, mieli już takie komórki i lubili się z nimi pokazywać. Żeby biedotę szlag trafiał.

Pamiętam, że w typowym. niedużym sklepie spożywczym stanął w kolejce jegomość, który dzierżył w ręku takie coś. Ale nikt jakoś do niego nie dzwonił. Powstało zatem w kolejce wrażenie, że osobnik jest trochę „nie tego”. Wtedy ów pan, żeby szaraczkom wyjaśnić w czym sprawa, wybrał numer i po chwili powiedział do słuchawki –  „To kartofle też kupić?” Ale skutku popisania się przed gawiedzią nie osiągnął, bo dzicz nie wiedziała w ogóle o co chodzi.

Potem nastał czas komórek trochę nowszych, ale i tak miały wielkość połowy bagietki, tyle że potwornie ciężkiej. I również z tymi bagietkami maszerowało po ulicach, stało w kolejkach mnóstwo ludzi tocząc banalne rozmowy. I w większości byli to młodzi ludzie, ale „na stanowiskach”. Nie byli to dyrektorowie departamentów, nie byli to prezydenci miast, ot taki trzeci rząd ważności. Jednak to ciężkie i duże komórki świadczyły o ich ważności.

A potem komórki spowszedniały, stały się nawet utrapieniem i dzisiaj nikt nikomu komórką w oczy nie błyśnie. Co do tych komórek jeszcze, to stały okropnym narzędziem zniewolenia pracowniczego. Firmy dają ludziom komórki, z niedużym limitem rozmów, a potem kierownicy i dyrektorzy wydzwaniają do pracowników po nocach, ślą im jakieś głupie dyspozycje SMS-ami, czyli traktują pracowników jak niewolników na smyczy. Może wreszcie jakiś rząd zwróci uwagę, że to jest zniewolenie i wprowadzi prawo, które zakaże takiego mobbingu.

Na koniec dodam tylko, że ludzkość przez tysiąclecia rozwijała się bez komórek, a może dlatego w ogóle się rozwijała, że  nasi przodkowie komórek nie używali?

 

Niebo płakało razem z nami – rozmowa z DAGMARĄ DRZAZGĄ o jej najnowszym filmie „Zagłębie. Pamięć”

Bohaterowie filmu płaczą idąc ulicami Będzina, Sosnowca. Widzą domy, w których ich rodzice, dziadkowie się wychowywali, a później wyjechali w transporcie do KL Auschwitz-Birkenau… Patrzą na puste place, gdzie były synagogi. Dla tych ludzi to ogromne przeżycie. A cóż dopiero, kiedy wchodzą do obozowych baraków, na rampę w Birkenau, albo odmawiają Kadisz przy krematorium. Jestem im wdzięczna, że pozwolili mi dotknąć swoich ran –mówi Dagmara Drzazga z Oddziału SDP w Katowicach, reżyserka filmu  „Zagłębie. Pamięć” w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską. 

Co skłoniło Panią do tego, żeby podjąć tak trudny temat, jakim jest zagłada Żydów z Zagłębia?

W 2023 roku minęła 80. rocznica likwidacji gett w Będzinie i Sosnowcu. Wiele mówimy o powstaniu w getcie w Warszawie, upamiętniając ten dzień symbolicznymi żonkilami. I bardzo dobrze. Jednak zdecydowanie mniejszą wiedzę mamy na temat tego, co działo się w naszym regionie. Wiele lat temu Andrzej Fidyk, doskonały dokumentalista, powiedział mi takie zdanie, które zapamiętałam i które w pewnym sensie stało się moim zawodowym mottem: „Rób takie filmy, jakie sama chciałabyś oglądać”. Poszłam tym tropem, ponieważ sama chciałam pogłębić wątek gett istniejących na terenie Zagłębia. Zaczęłam dokumentować temat.

Jak udało się Pani dotrzeć do materiałów w postaci oryginalnych dokumentów i zdjęć archiwalnych, które podczas odbioru filmu robią na widzu ogromne wrażenie i sprawiają, że ma on poczucie, jakby był bezpośrednim świadkiem tych zdarzeń?

W momencie, gdy realizuję film historyczny staram się zrobić w różnych  miejscach jak największą kwerendę. Wiele razy byłam w IPN i w Archiwum Państwowym w Katowicach. W katowickim archiwum po raz pierwszy wzięłam do rąk oryginalne niemieckie dokumenty pokazujące kolejne zarządzenia prowadzące do „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Z kolei Muzeum Auschwitz-Birkenau udostępniło nam wstrząsające fotografie dotyczące samej eksterminacji. Od 1942 roku z Będzina i Sosnowca szły do Oświęcimia ogromne transporty. Apogeum tej gehenny przypada na rok 1943. Z Zagłębia było blisko – tylko 60 kilometrów. A tam rampa, selekcja i komory gazowe. Wszyscy wiemy, jak to się skończyło.

Poza tym, były też nagrania z Radia Katowice, Telewizji Katowice, zbiory z wystawy zorganizowanej w Sosnowieckim Centrum Kultury – Zamek Sielecki oraz zdjęcia z United States Holocaust Memorial Museum w Nowym Jorku. Szczególnego znaczenia nabrały również wspomnienia, które odnalazłam w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie. Wiele z nich, nigdy wcześniej nie było publikowanych. W moim filmie przeczytali je znakomici aktorzy Teatru Śląskiego: Ewa Leśniak i Grzegorz Przybył.

 Dotarła Pani do świadków historii. Niektórzy z nich pełnią w filmie rolę narratorów. Czy to celowy zabieg?

Od początku wiedziałam, że muszę na kimś oprzeć część narracji. Świadków zagłady, która działa się na terenie Zagłębia, mamy już niewielu. Przed rozpoczęciem zdjęć do filmu planowałam wyjazd do Izraela. Tam są jeszcze osoby, które ocalały z tego piekła. Mieszkańcy Izraela, którzy przeżyli getto, mają teraz około stu lat. Mam nadzieję, że jeszcze uda mi się do nich wrócić.

Większość zdjęć do filmu „Zagłębie. Pamięć” realizowała Pani na terenie Zagłębia, Oświęcimia i Brzezinki. Czy taki scenariusz realizacyjny podyktował konflikt między Izraelem a Palestyną? 

Zdjęcia do tego dokumentu musiały być realizowane tutaj. Przed wojną na terenie Zagłębia żyła przecież ogromna społeczność żydowska. Potem Niemcy utworzyli wielkie getta, wykorzystywali też tych ludzi do niewolniczej pracy w tzw. szopach, czyli warsztatach Alfreda Rossnera. Dawali im przy tym złudną nadzieję, że przeżyją, że są „potrzebni”. O tym wszystkim chciałam opowiedzieć. Jeśli chodzi o Izrael, mieliśmy już zakupione bilety lotnicze. Niestety, na tydzień przed wyjazdem wybuchł ten konflikt.

W jakich okolicznościach poznała Pani swoich rozmówców?

Bohaterów, których widzimy w filmie, poznałam podczas ich przyjazdu do Zagłębia. Chcieli wziąć udział w uroczystościach upamiętniających 80. rocznicę zagłady. Towarzyszyliśmy im z kamerą w tej ważnej, ale i bolesnej przecież podróży. Wielu z nich było tu po raz kolejny. Starsi – jak Rina Kahan czy Diana Szajn – świetnie mówią po polsku. W Izraelu założyli nawet Światowy Związek Żydów Zagłębia. Jego filie znajdują się też w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i innych miejscach. Ogromnie mnie to ujęło za serce, bo to oznacza, jak ważny był i jest dla nich ten daleki skrawek ziemi – Zagłębie. Młodsi przyjeżdżają, bo czują potrzebę poznania historii swoich rodzin. Oczywiście, najczęściej to historia tragiczna.

Jaka jest symbolika miejsc, które odwiedza grupa z Izraela? Kamera towarzyszy im podczas ich pobytu w Sosnowcu, Będzinie, ale i w Oświęcimiu. Jeden z bohaterów wspomina, że kolejny powrót w miejsca, gdzie toczyła się  gehenna, ułatwia im pozbycie się tego ciężaru, bo przebywanie tutaj sprawia, że oni po raz kolejny mogą zapłakać, czyli oczyścić się z tych emocji…

Bohaterowie filmu płaczą idąc ulicami Będzina, Sosnowca. Widzą domy, w których ich rodzice, dziadkowie się wychowywali, a później wyjechali w transporcie do KL Auschwitz-Birkenau… Patrzą na miejsca, w których były synagogi. Dziś to wyrwy w ciągu kamienic lub puste place. Niewątpliwie, to dla tych ludzi ogromne przeżycie. A cóż dopiero, kiedy wchodzą do obozowych baraków, na rampę w Birkenau, albo odmawiają Kadisz przy krematorium! Naszej telewizyjnej ekipie te emocje również się udzielały. To są naprawdę trudne chwile. Ale ja wiem, że my tam jesteśmy po coś. Chcemy opowiedzieć tę historię, pokazać te emocje, poruszyć i zaangażować widza. Gdyby odbiorca tego filmu pozostał obojętny, byłaby to dla mnie wielka porażka. Jeśli mówimy o symbolice, to muszę przyznać, że bardzo przemówiły do mnie plenery w Będzinie. Centrum miasta, uliczki, podwórka, zaułki, Rybny Rynek… Sprawiają wrażenie opuszczonych, jakby życie z nich uciekło. I tak się przecież stało! Nie da się już zapełnić tej pustki. Zależało mi, żeby w filmie to pokazać.

W filmie pojawiają się również archiwalne zdjęcia przedstawiające kilkusetosobową grupę Żydów, zatrudnionych w największym i pozornie „najbezpieczniejszym” dla Żydów miejscu, czyli zakładzie Alfreda Rossnera. Skórzane buty należące do Żydów z zagłębiowskiego getta, którzy pojechali w transporcie do Auschwitz-Birkenau, powróciły do Będzina, gdzie były poddawane renowacji i wysyłane do Rzeszy. 

W filmie pada dokładna liczba: 12 milionów. Tyle butów pojechało w głąb Rzeszy. Z Auschwitz, po zagazowanych ofiarach, wróciły do Będzina. Tam w szopach  Rossnera je naprawiano, albo wycinano z nich kawałki niezniszczonej skóry i wysyłano do Niemiec. W czasie wojny to był przecież towar pożądany. Słyszałam nawet, że któryś z pracujących w szopie żydowskich szewców rozpoznał buty swojej zamordowanej rodziny. Wszystko to pokazuje, do czego zostało sprowadzone ludzkie życie i jak można było wykorzystać i potraktować przedmiotowo drugiego człowieka.

Wspomniane wcześniej przez Panią emocje są bardzo mocno w filmie wyeksponowane. Dzięki obecności świadków historii wszystko nabiera innego wymiaru. W pierwszym kadrze dokumentu pojawia się postać starszej kobiety, która przechodzi przez symboliczną bramę. Na początku widzimy też postać mężczyzny, który pełni rolę narratora wprowadzającego w klimat tamtego Będzina sprzed lat…

Ta starsza pani to Danuta Niciarz. Pojawiła się zupełnie przypadkiem w trakcie kręcenia zdjęć. Ja już jednak po latach pracy nauczyłam się, że przy filmie dokumentalnym nic nie dzieje się przypadkiem. Mam nawet taką swoją teorię na temat rzeczywistości, która nagle „zaczyna” współpracować czy też może „rezonować”, kiedy ekipa się na nią otworzy. Podczas pierwszej rozmowy z panią Danusią okazało się, że ona też ma swoją wojenną opowieść. Jej ciocia uratowała w trakcie wojny dwie Żydówki, a ona, jako mała dziewczynka, widziała pociągi z Zagłębia odjeżdżające w kierunku Auschwitz-Birkenau. Dla niej to jest na tyle silne wspomnienie, że jak o tym mówi, po osiemdziesięciu latach, nie potrafi ukryć wzruszenia. A brama? Tak, jest symboliczna, bo jakby oddziela dwie przestrzenie – przeszłość i teraźniejszość, pamięć i niepamięć. Podkreśla to też kolorystyka. W postać narratora z kolei wcielił się Adam Szydłowski – regionalista, społecznik, pasjonat, a także dyrektor Fundacji im. Rutki Laskier w Będzinie. Adam od lat żyje tą historią, zrobił też bardzo wiele dla ratowania kultury żydowskiej w regionie. Bardzo przeżywa to, co robi, jest autentyczny. Od początku wiedziałam, że musi znaleźć się w tym filmie.

Ważnym rozmówcą, który pojawia się w Pani dokumencie, jest również postać anestezjologa, mamy także wątek sióstr zakonnych z klasztoru w Sosnowcu.

Opowieść tego lekarza, który przyjechał do Zagłębia aż z Kanady jest bardzo przejmująca, zwłaszcza gdy wspomina pierwszą wizytę w Auschwitz. Przed laty przyjechał tam ze swoją mamą, więźniarką tego obozu. Dodatkowego znaczenia nabiera również fakt, że ten człowiek jako anestezjolog całe życie pomagał pacjentom pozbyć się bólu, a teraz płacze, bo nie może zrozumieć, że inni ten ból zadawali z tak wielką premedytacją.

Natomiast scena nakręcona w Klasztorze Sióstr Karmelitanek Dzieciątka Jezus w Sosnowcu pokazuje, jak w czasie wojny zakonnice ratowały żydowskie dzieci. Ukrywały też dziewczęta przed przymusową wywózką na roboty do Niemiec. W klasztorze znajduje się specjalna sala poświęcona Matce Teresie Kierocińskiej, ówczesnej przełożonej. Właśnie tam udała się grupa z Izraela, więc naturalnym było, że będziemy im towarzyszyć z kamerą.

Które z materiałów archiwalnych najmocniej Panią wstrząsnęły?

Selekcja prowadzona przez SS-manów, którzy dzielą ludzi na dwie grupy. Na drugim planie tego zdjęcia widoczny jest na niebie szary dym… Są też wizerunki dzieci… Albo taki obraz starszej, przygarbionej kobiety w chustce, która stoi na rampie w Birkenau. Na piersi ma przypiętą gwiazdę Dawida, nieśmiało spogląda w obiektyw. My wiemy, że to są ostatnie chwile jej życia. Ta fotografia złamała mi serce…

Jakie znaczenie dla reżysera ma symboliczny deszcz, który towarzyszył ekipie filmowej i grupie z Izraela podczas pobytu na terenie obozu w Brzezince i Auschwitz-Birkenau?

Zdjęcia w Auschwitz-Birkenau kręciliśmy 6 sierpnia. To przecież szczyt lata. Nas jednak zastała ściana deszczu. Czegoś takiego nie przeżyłam jeszcze nigdy, jak długo robię filmy. Z jednej strony stanęliśmy w obliczu kolosalnych problemów technicznych, z drugiej – cytując jednego z bohaterów – mogę powiedzieć, że: „Niebo płakało razem z nami”. A gdy przy krematorium potomkowie pomordowanych odmawiali Kadisz, deszcz nagle ustąpił i na moment zaświeciło słońce. Metafizyczne przeżycie.

Jak długo trwała produkcja filmu i który z momentów, podczas kręcenia zdjęć, był najtrudniejszy dla reżysera?

Produkcja filmu trwała od początku maja 2023 roku do końca stycznia 2024 roku,  można zatem powiedzieć, że dość szybko. Nie liczę tu czasu, który wcześniej spędziłam w archiwach. Nie potrafię powiedzieć, który z momentów był dla mnie najbardziej wymagający, bo było ich bardzo wiele. Myślę jednak, że podczas tej realizacji najtrudniejsze były emocje, z którymi musieliśmy się zmierzyć. Jestem bardzo wdzięczna bohaterom, którzy pozwolili mi dotknąć swoich ran. Trzeba pamiętać, że to nie jest film fabularny, ja nie mam tu aktorów, a łzy, wzruszenie, zakłopotanie, były prawdziwe. Rozmówcy pozwolili mi filmować swoje przeżycia i nigdy podczas realizacji nie usłyszałam słowa sprzeciwu. Myślę, że zdobyłam ich zaufanie, a znaliśmy się przecież bardzo krótko! Tu nie było czasu na długie „oswajanie” bohatera z kamerą i towarzyszącą mu ekipą. Dokumentalista odczuwa to jako wielką łaskę! Podobnie było z Michaelem z Niemiec, a więc człowiekiem, który symbolicznie stoi po „drugiej stronie”. Michael mówił, że nosi w sobie traumę, bo jego dziadek Josef był urzędnikiem w będzińskim magistracie w czasie wojny. Tym samym stał się jednym z „trybików” w machinie zagłady. Być może inny rozmówca nie pozwoliłby nam na filmowanie swoich emocji, nie zgodziłby się na pokazanie twarzy, albo ujawnienie nazwiska. A on to zrobił! Czuł moralny obowiązek mówienia o przeszłości. Nigdy nie zapomnę kluczowej dla filmu sceny, kiedy podczas uroczystości upamiętnienia ofiar holokaustu w Będzinie, płaczącego Michaela przytula młody Izraelczyk. Pojednanie, wzruszenie, przebaczenie. Wszystko wydarzyło się, oczywiście, spontanicznie. My tylko zarejestrowaliśmy ten moment. I to też odbieram, jako łaskę.

Na końcu tej rozmowy chciałabym podziękować mojej ekipie z TVP3 Katowice. Niech mi będzie wolno wymienić kilka nazwisk: Krystyna Nowojska, Beata Widuch, Witold Kornaś, Michał Sławiński, Bartosz Dominik, Kuba Jędras, Łukasz Kozera i Andrzej Piwowarczyk. Jestem im wdzięczna, że razem ze mną zbudowali tę opowieść.


Dagmara Drzazga

Dziennikarka i reżyserka, od lat związana z katowickim oddziałem TVP. Autorka filmów dokumentalnych, reportaży, artykułów naukowych i esejów. Była jurorem międzynarodowych festiwali filmowych i telewizyjnych w Katarze, Irlandii, Danii, Bułgarii i na Słowacji, a jej filmy prezentowane były w Polsce, Stanach Zjednoczonych, Armenii, Luksemburgu, Niemczech, Szkocji, we Włoszech, na Łotwie i w Izraelu. Laureatka wielu nagród, m.in. Prix Italia, Nagrody SDP im. Macieja Łukasiewicza, przyznanej za publikację na temat współczesnej cywilizacji i kultury oraz popularyzację wiedzy. Prof. Uniwersytetu Śląskiego, dr hab., wykłada w Szkole Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego UŚ w Katowicach.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jak komuniści mordowali ks. Kaczyńskiego

Zamęczony 13 maja 1953 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej. „Zwłoki dostarczono dnia 18 maja o godzinie 9.40, w pace, bez ubrania, z głową osłoniętą papierem, po widocznych śladach sekcji zwłok” – napisał w „Pro memoriach” prymas Stefan Wyszyński.

Zygmunt Kaczyński urodził się 15 października 1894 r. w Kaczynie koło Łomży. Był księdzem, ale też posłem na Sejm (1919–1927), dziennikarzem, dyrektorem Katolickiej Agencji Prasowej (1930–1939), ministrem wyznań religijnych i oświecenia publicznego w rządzie RP na uchodźstwie (1943–1944).
W 1945 r. powrócił do Polski, licząc na odbudowanie społeczności katolickiej w okupowanej przez sowietów Ojczyźnie.

Wracając do okresu przedwojennego. „Jego aktywność polityczna i współpraca m.in. z Władysławem Sikorskim, Wincentym Witosem, Wojciechem Korfantym, Karolem Popielem i I. J. Paderewskim była kontestowana przez sfery rządowe: wysyłano pisma do kardynała Aleksandra Kakowskiego i Stolicy Apostolskiej próbując zdyskredytować księdza i pozbawić go funkcji dyrektora Katolickiej Agencji Prasowej np. donosząc o rzekomo złym prowadzeniu się ks. prałata w Szwajcarii, czy jego udziałach w kawiarni Oaza w Warszawie. Komisja powołana przez ordynariusza warszawskiego nie potwierdziła stawianych zarzutów” – napisał znawca postaci ks. Kaczyńskiego, historyk Mirosław Biełaszko.

1 stycznia 1946 r. Kaczyński został proboszczem zrujnowanej przez Niemców parafii Wszystkich Świętych przy placu Grzybowskim w Warszawie, o czym później pisał: „W okresie trzech lat w mej parafii o ludności robotniczej odbudowałem w dużej części kościół oraz trzy domy, w których mieszczą się 3 przedszkola dla dzieci, kuchnia ludowa wydająca 200 obiadów dziennie dla najbiedniejszych, świetlica, przychodnia lekarska itp.”

Ponieważ komuniści nie zgodzili się na wznowienie działalności Katolickiej Agencji Prasowej, skupił się na tworzeniu „Tygodnika Warszawskiego” (pierwszy numer ukazał się 11 listopada 1945 r.), którego podtytuł brzmiał: „Pismo katolickie poświęcone zagadnieniom życia narodowego”. Oczywiście bezpieka – na zlecenie komunistycznych władz – rozpracowywała środowisko tygodnika i samego księdza. Dwukrotnie aresztowany, 26 kwietnia 1949 r. pod zarzutem „nieprzestrzegania podpisanych zobowiązań” (informacje przekazywał prymasowi Wyszyńskiemu i bp. Choromańskiemu).

Śledztwo prowadziło kierownictwo bezpieki: Roman Romkowski (Natan Grunszpan-Kikiel), Mieczysław Mietkowski (Mojżesz Bobrowicki), Jacek Różański (Józef Goldberg) i Julia Brystiger. 28 sierpnia 1951 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie skazał ks. Kaczyńskiego na 10 lat pozbawienia wolności.

Ks. Zygmunt Kaczyński został zrehabilitowany w 1958 r., ponieważ „dowody były fingowane i uzyskane drogą niedozwolonych i przestępczych metod /…/ w wyniku tego rodzaju postępowania sądowego poniósł on śmierć”.

 

PRESS donosi i PRESS radzi, kiedy PRESS i ciebie zdradzi?

Ach ci nasi wrogowie. Mogliby być inni, ale wówczas nie byłoby tyle zabawy. Na przykład Press, miesięcznik i portal Press. pl, robi co może, aby „obrazić” Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Nie możecie kochani zmyślacze z Press, bo obrazić nas mogą tylko ludzie mający honor i dziennikarski pazur. Paznokcie w Press już dawno połamane, bo „dziennikarze” tej imitacji przeglądu branżowego rzucając się na SDP – organizację tysięcy dziennikarzy o różnych poglądach – nie zauważają, że honor to m.in. godność, którą trudno dostrzec w paplaninie medium zmagającym się z kryzysem we własnej redakcji.

Przypomnieć należy,  że w 2023 r. były już redaktor naczelny Press został posądzony o mobbing – skarżyło go o to m.in. na łamach Gazety Wyborczej ponad 40 osób. Słabo wyszło, bo medium, które od lat teoretycznie broniło innych mediów nie potrafiło same obronić się przed zarzutami redakcyjnej patologii. Nagrody Press też straciły w związku z tym swój prestiż. Gasnący szybko, ale jednak w środowisku libernanym i lewackim żarzący się jeszcze wyraźnie. Zmiana kierownictwa jeszcze ten „prestiż” przygasiła i spowodowała w Press nerwowe ruchy, czego objawem jest niesłabnący od miesięcy atak między innymi na Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Dlaczego? Wystarczy przejrzeć doniesienia na SDP na elektronicznych  łamach Press. Ostatnio, jak zawsze o upolityczneieniu SDP i niezadowoleniu naszych władz z awansu Polski o 10. miejsc w międzynarodowym rankingu wiarygodności medialnej podczas ubiegłorocznego,  bezprawnego ataku na media publiczne.

PRESS donosi

Poza nerwowym sytuowaniem SDP po prawej stronie polskiej scenie politycznej i sugestiami, że bezpośrednio podlegamy Jarosławowi Kaczyńskiemu, Press ma obsesję na naszym punkcie. Wiele razy tylko w ub.r. Press zajmowało się SDP. Nawet kiedy nic nie robiliśmy czujne oczy Press obserwowały, czy nie chcemy naszego kraju przyłączyć do Węgier, a już broń Boże do Stanów Zjednoczonych.

Atak Press w reakcji na naszą krytykę nierzetelenego rankingu Reporterów bez Granic (Przyzwoitości) był tyleż wściekły, co śmieszny. Bo ograniczył się do komentowania dowcipu zamieszczonego w jednym z artykułów na sdp.pl, a nie do oceny stanu faktycznego. Tym bardziej, że w ranking RBG nie wierzą już nawet duże organizacje dziennikarskiej krajów Zachodu.

Kolejnym sensacyjnym doniesieniem dotyczącym SDP była na wirtualnych łamach Press notka o tym, że „SDP utrudnia korzystanie z Domu Dziennikarza w Warszawie. SDRP protestuje”. Wybaczamy wam kochani ludzie z Press ten zgrzyt językowy w pierwszym członie tytułu i wyjaśniamy: Trzeba było wysłać autora śmiesznej notki na Foksal 3/5, aby przekonał się,  że każdy może wejść do DD, ale zamontowaliśmy monitoring, zatem trzeba przycisnąć guziczek z numerem lokalu odpowiedniej instytucji i drzwi staną otworem. No i jeszcze jedna przykra dla Press rzecz. Pisaliście o postkomunistycznym SDRP – organizacji złożonej głównie z ludzi, którzy przyklaskiwali władcom PRL w prowadzeniu przez tychże sowieckiej polityki medialnej w Polsce do 1989 r. a może i dłużej. SDRP zostało zawieszone w prawach członka Europejskiej Federacji Dziennikarzy. Za to, że SDRP nie odprowadzało składek. Może o tym też Press napisze…

PRESS radzi

Właściwie nie radzi, po prostu wie, jak wszystko w polskim dziennikarstwie powinno funkcjonować, a szczególnie w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich – ulubionym obiekcie redakcyjnej krytyki. Krytyką Press – i to nie zbyt życzliwą – objęci są również członkowie Zarządu Głównego SDP, mi.in.  prezes Krzysztof Skowroński, wiceprezes i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Jolanta Hajdasz oraz sekretarz generalny SDP i red. nacz. portalu sdp. pl Hubert Bekrycht. I tu już nie ma żadnych rad, tu są gotowe ataki, bez komentarza strony atakowanej, czyli bez „soli” dziennikarstwa – drugiej strony konfliktu.

Jeden z tytułów Press – redakcji, która sama ma problemy z szacunkiem dla swoich pracowników – głosi: „SDP wierne PiS”. A potem Press, które chyba nie uczestniczyło w opisywanym spotkaniu dziennikarzy z przedstawicielami Komisji Europejskiej komentuje: „Gdyby Jolanta Hajdasz chciała uczciwie opowiedzieć przedstawicielom KE o sytuacji mediów w naszym kraju, powinna zacząć od tego, że reprezentuje skrajnie upartyjnioną organizację” – napisano w Press. Gdyby Press chciało być uczciwe przestałoby pisać bzdury. Wystarczyło zapytać szefową CMWP o opisywane spotkanie.

Czy PRESS zdradzi? 

Pytanie nie jest trudne, ale trzeba postawić nieco inne. Czy medium poświęcone dziennikarstwu i mediom reprezentuje jeszcze dziennikarzy, czy sektor mediaworkerów i rozmaitych agencji, domów mediowych oraz reklamodawców?

Nie, Press nie reprezentuje już dziennikarzy i to nie tylko dlatego, że tak zawzięcie krytykuje dużą ich grupę zrzeszoną w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich. Redakcja Press zdradziła nawet sama siebie przez lata milcząc o swoich problemach z – jak to określono – mobbingiem.

A skoro w Press tak nie lubią dowcipów, które czasem tu publikujemy to znaczy, że nie mają poczucia humoru, a to już dla dziennikarzy wręcz niebezpieczne. Postanowiliśmy pomóc…

Mark Twain redagował gazetę rolniczą i wtedy jeden z reporterów spytał go:

– Czy potrafi pan odróżnić świnię od dziennikarza?

Twain popatrzył na pytającego i odparł: – Chyba nie.

Dziennikarzy TYGODNIKA SOLIDARNOŚĆ nie wpuszczono do Sejmu, bo włożyli koszulki z teściami krytykującymi Zielony Ład

Redaktora naczelnego Tygodnika Solidarność i jedną z dziennikarek Tysol. pl uczono w piątek, jak mają się ubierać w parlamencie. Nie chciano ich wpuścić z powodu koszulek, które mieli na sobie. Chodziło napis: „Precz z Zielonym Ładem”. Wygląda na to, że koalicja rządowa zaczyna wprowadzać dyrektywy Ministerstwa Myśli i Prawdy. Ciekawe, że sejmowe i senackie służby nie zwracają uwagi na obrźliwe napisy na koszulkach sympatyków PO, TD i Lewicy…

Redaktor naczelny Tygodnika „Solidarność” Michał Ossowski i reporter Tysol.pl Monika Rutke nie zostali wpuszczeni do Sejmu z powodu koszulek.

„Dziennikarka Tygodnika Solidarność Monika Rutke nie została wpuszczona do Sejmu z powodu koszulki z napisem 'Precz z Zielonym Ładem’, którą miała na sobie. Nakazano jej zmianę ubrania.

Reporterka pytała, z jakiego powodu miałaby to zrobić; uzyskała odpowiedź, iż Sejm nie jest miejscem przeznaczonym do tego, aby prezentować w nim swoje opinie polityczne.

Nie tylko dziennikarka  Monika Rutke miała problemy z dostaniem się do Sejmu mimo posiadanej akredytacji. Inkryminowana koszulka z napisem 'Precz z Zielonym Ładem’ okazała się przeszkodą do wejścia także dla redaktora naczelnego Tygodnika Solidarność Michała Ossowskiego” – napisał Adrian Siwek na stronie internetowej Tysol.pl

Dawny minister w KPRM i szef MSW za rządów Donalda Tusaka, a teraz szef Kancelarii Sejmu Jacek Cichocki tak skomentował relacje dziennikarki Tysola:

„- Nic o tym nie wiem. Nie sądzę, by tak było – odparł polityk.

Sugeruje pan, że mówię nieprawdę?- pytała Rutke.

Sugeruję, że funkcjonariusz przekazał pani jakieś szersze uzasadnienie a pani to tak zinterpretowała… – odparł Cichocki” – napisano w Tysol.pl

Relacja wideo Tysol pl na X TUTAJ

Cichocki nie wezwał strażników. A mógł… Wspaniały człowiek, nie zrobił tego…

Dawny koordynator służb specjalnych pytany o to, czy – jego zdaniem – reporterzy mogą chodzić sejmowymi korytarzami w koszulkach z napisem „Precz z Zielonym  Ładem” nie udzielił jednoznacznej odpowiedzi:

„[szef Kancelarii Sejmu długo patrzy na koszulkę dziennikarki] Solidarność tu jest znaczek… i tu jest drugi” – zauważył przytomnie polityk.

„Ciekawa kolorystycznie” – dodał z uśmiechem Cichocki.

Ciekawe to jest na pewno to,  ze służby porządkowe parlamentu nie zauważają całych gromadek ludzi odwiedzających Sejm i Senat, którzy noszą atrybuty nienawiści obraźliwe np. dla obecnej opozycji. Zauważyliśmy niedawno  mnóstwo ludzi wchodzoących do parlamentu, którzy mieli na sobie „odzież” i „biżuterię”, na których obnażanych jest osiem gwiazdek… A jeden z wpuszczonych do Sejmu interesantów miał na sobie bluzę z wizerunkiem argentyńskiego zbrodniarza Ernesto Che Guevary… Pewnie zdaniem strażnków i kierownictwa Kancelarii Sejmu i Senatu akurat taka odzież jest pozbawiana „podtekstów politycznych”. Chyba, że nie zauważyli.

 

 

 

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Czyż więcej wart niż TVP Historia

Jednym z przejawów uśmiechniętej zmiany, którą miała wprowadzać nowa ekipa, miała być promocja wyższej kultury, będącej jej szczególnym emblematem. A przynajmniej intelektualnego haute couture, uszytego przez krawców z TVN, Wyborczej i Instagrama, na miarę podwarszawskiego miasteczka Wilanów lub osławionego wrocławskiego Jagodna. Efekty olśniewają!

 Oczywiście głównym ich producentem jest Ministerstwo Kultury i – tu najbardziej paradoksalna część nazwy – Dziedzictwa Narodowego. Instytucja ta została pozostawiona już szczęśliwie przez prawnuka noblisty. Dla mnie symbolicznym wręcz osiągnięciem pana B. Sienkiewicza było rozsyłanie pytań po rozmaitych komórkach, agendach oraz podległych instytucjach i sprawdzanie między innymi, która z nich śmiała dać pieniądze na Caritas. Niewątpliwie polski ksiądz, którego poznałem rok temu w Charkowie, który dziś jest tam jednym z najsprawniejszych dystrybutorów pomocy humanitarnej, musi być dla państwa polskiego wrogiem numer jeden.

Innym fantastycznym ruchem jest wpakowanie do instytutu mającego dbać o spuściznę Dmowskiego i Paderewskiego kilku radykalnie lewicowych i antynarodowych działaczy. Żeby było jasne, uważam profesora Adama Leszczyńskiego, który zajął miejsce profesora Jana Żaryna, za otwartego człowieka, z którym można porozmawiać, choć o poglądach radykalnie różniących się od moich. Tyle, że wstawienie go do tej instytucji, to jakby Żaryn został kuratorem wystawy poświęconej Róży Luxemburg w zamojskiej synagodze. Albo jakby Ziemkiewicz został prezesem fundacji zajmującej się promocją dorobku Adama Michnika. Albo jakby mnie ktoś zrobił kierownikiem pisma dawnego aktywu PZPR pod tytułem “Przegląd”.

Wydawałoby się, że polska myśl polityczna, przeszłość, jest wielowątkowa, więc może zawrzeć w sobie i kogoś w rodzaju Bronisława  Geremka i ludzi takich, jak Paderewski i Dmowski. Okazuje się, że nie. Paderewskiego i Dmowskiego trzeba po prostu zaorać, zgwałcić, obrzydzić. Skakać po wszystkim co jest nadmiernie patriotyczne, by się ludziom, nie tylko na Śląsku, polskości odechciało raz na zawsze. Leszczyński chyba średnio się do tej zabawy nadaje. Ba, może się nawet szybciej porozumieć z ludźmi o innych poglądach, ale z którymi będzie miał o czym pogadać, niż z autoryzującymi jego władzę troglodytami i karierowiczami. Dlatego on będzie twarzował, a brudną robotę wykonywał jego zastępca, który jest znanym fachowcem od niej, można by rzec, że prostym czekistą, a którego nazwiska nie pomnę i nawet nie chce mi się sprawdzać.

To jednak nie koniec. Na końcu jest wisienka na torcie. Crème de la crème. Ponoć w ramach oszczędzania na pensje panów Czyża, Orłosia i bezprawnie siedzącego w gabinecie prezesa tęgiego likwidatora, czy jak on się teraz nazywa, władze TVP zmierzają do likwidacji kanałów tematycznych. W tym konsekwentnie rozwijanej przez Piotra Legutkę TVP Historia, z którą byłem przez wiele lat związany. Dlaczego? Zapewne dlatego, że “nie ma pieniędzy”. Jakoś na Czyży jest. Może dlatego, że się “nie ogląda”? Już z góry panom uzurpatorom odpowiadam. Niechętny mediom publicznym Nielsen pokazuje, że TVP Historia miała lepszy udział w rynku niż konkurencyjne National Geografic, History, Discovery, Planete+. I osiągała to w sposób inny niż tylko pokazywanie nieustannie filmów o Hitlerze, co jest domeną części konkurencji. Nie chwaląc się, albo i chwaląc, niektóre z odcinków wymyślonego przeze mnie, a realizowanego razem z Agnieszką Żmijewską, talk show “Nie taka prosta historia” osiągały pod 100 tysięcy oglądających, co jest topem jaki może wyciągnąć tego rodzaju telewizja tematyczna. Ale został jeszcze jeden argument – TVP Historia była upolityczniona. Zapewne dowodem na to jest fakt, że przez osiem lat prowadziłem tam audycję poświęconą książce historycznej razem z takim fanatycznym pisowcem jak profesor Antoni Dudek, a omawialiśmy między innymi twórczość tak pisowskich autorów, jak Marcin Zaremba albo wspomniany Adam Leszczyński albo biografie takich faszystów, jak Jan Lityński czy Krzysztof Kozłowski.

I tu jest klucz do wszystkiego tego, co napisałem wyżej. Kulturkampf, który toczony jest dziś w Polsce, przez cyników z PO dla celów politycznych, przez Niemcy dla celów geopolitycznych, przez fanatyków z Czerskiej i okolic także dla celów ideologicznych, to nie walka o pluralizm. Wszystko co się różni im zagraża. Jest to tolerancja i otwartość na miarę Dzierżyńskiego, którego portrety po dziadziach zresztą może jeszcze w niektórych piwnicach zakurzone leżą.

  

Wiosenne święta analizuje WALTER ALTERMANN: Majowe nieporozumienia

No i mamy już za sobą bardzo długą majówkę. Ludzie odetchnęli od pracy, wypoczęli i cieszyli się piękną pogodą. To ludzie, natomiast politycy wykorzystali te kilka dni na intensywną walkę wyborczą, albowiem wybory do Europarlamentu zbliżają się chyżo. I tu mamy kłopot, bo z naszymi politykami było i śmiesznie, i strasznie zarazem.

Rzecz w tym, że ta majówka nie wzięła się znikąd. Mamy bowiem, już na samym początku każdego maja, trzy święta z rzęd: 1, 2 i 3 maja.

1 maja jest Świętem Pracy, czyli dniem, w którym pracobiorcy upominają się o swoje prawa: do godnego wynagrodzenia, ludzkich warunków pracy i praw obywatelskich. Z czasem pod to święto podpięły się rozmaite ruchy. Dzisiaj są nimi działacze LGBT+. Przypomnę, że 1 maja w swoim założeniu od zawsze mówił, że ktoś jest bogaty kosztem biednych, ktoś ma większe prawa społeczne kosztem tych, którym praw nie dawano.

2 maja jest świętem „pośrednim”, które wymyślono, żeby mogła zaistnieć tzw. długa majówka. Formalnie jest to święto flagi narodowej mające przypominać Polakom o wspólnych wartościach, wspólnej historii i oczywiście wspólnych obowiązkach. To święta jest niejako przygrywkę, supportem do właściwego święta, czyli 3 maja.

3 maja jest świętem jeszcze z XIX wieku, obchodzonym wtedy nielegalnie, bo dla zaborców było to święto niebezpieczne. Tak samo jak później dla rządzących krajem komunistów. Przypominało bowiem Polakom o ich własnej państwowości, o dniach chwały i wiekach siły ich państwa. Ten dzień utrwalił się w pamięci jako istotny moment, gdy Rzeczpospolita, w ostatnich latach swego istnienia, zdobyła się na uchwalenie konstytucji.

Czy wszyscy w Rzeczypospolitej byli zwolennikamu Konstytucji 3 maja?

Oczywiście przez dwa wieki troszkę przejaskrawiono w historii uchwalenie naszej wiekopomnej konstytucji. Po pierwsze, nie wszyscy byli za takimi rewolucyjnymi zmianami. Stronnictwo prorosyjskie (a było ono wcale liczne) zwracało uwagę, że Katarzyna Wielka jest gwarantem ustroju Polski i nie zgadza się na takie polskie fanaberie.

Po drugie, duża grupa naszych posłów była na stałym „jurgielcie” u Rosjan, czyli realizowała ich politykę za ruble. Byli też posłowie na „diecie” austriackiej, pruskiej i francuskiej.

Po trzecie była też spora grupa posłów, którzy sami z siebie nie chcieli wolności społecznej i ekonomicznej dla mieszczan.

Krótko mówiąc, reformatorzy, zwolennicy uchwalenia Konstytucji 3 maja, nie mieli w Sejmie większości. Wykorzystali więc okres Świąt Wielkanocy, gdy „konserwatyści” wyjechali do domów. Trzeba tu zauważyć, że wśród przeciwników Konstytucji było sporo prawosławnych, a że święta w prawosławiu są kilkanaście dni po rzymskokatolickich, więc ławy sejmowe opustoszały na dłużej…

Pod nieobecność posłów głównie ze wschodu konstytucja została uchwalona. Króla niesiono na rękach, euforia i głębokie wzruszenia. Całkiem słusznie. Jednak po świętach zwolennicy status quo wrócili do Warszawy i już po niespełna dwóch latach nastąpił II rozbiór Polski – czyli cesja terytorium Rzeczypospolitej Obojga Narodów dokonana w 1793 r. na rzecz Królestwa Prus i Imperium Rosyjskiego, bez udziału Monarchii Habsburgów.

Potem była Insurekcja Kościuszki i III rozbiór Polski, czyli ostateczny rozbiór całości terytorium Rzeczypospolitej Obojga Narodów dokonany w 1795 r. na rzecz Królestwa Prus, Monarchii Habsburgów i Imperium Rosyjskiego.

Nie jest więc tak słodko, że wystarczy uchwalić piękne ustawy, trzeba jeszcze mieć moc duchową i materialną, żeby je zrealizować. Zresztą, dzisiejszy Sejm też uważa, że wystarczą same piękne ustawy i uchwały.

3 maja podzielony

I tu kończę ze wstępem historycznym, przechodząc do święta 3 maja roku 2024 roku. Niestety, z obchodami tej rocznicy w roku bieżącym nie było najlepiej. W założeniu święto 3 maja miało łączyć Polaków. Przypominać im, że stać ich było na – choćby chwilowe – zwycięstwo rozumu i próbę ratowania ojczyzny przed rozbiorami. A jak było?

Ano zupełnie tak jak w roku 1791. Każda z partii naszych, powtarzam – każda,  wykorzystała święto 3 maja do promowania własnych celów, własnych kandydatów do Parlamentu Europejskiego. I oczywiście bezlitosne tępienie przeciwników.

Żeby chociaż minutą ciszy uczczono w całym kraju pamięć poległych za wolność ojczyzny… Żeby choć na jeden dzień zawieszono partyjne walki, żeby na pół dnia zapanowała cisza i umilkł hałas polityczny… Ale gdzie tam. 3 maja 2024 roku był popisem agresywnego partyjniactwa, a o Najświętszej  Rzeczypospolitej owszem wspominano, ale mimochodem, dyskretnie i pokątnie. Jakby sprawą życia i śmierci ojczyzny było to, czy do Europarlamentu wejdzie pan Czapkowski zamiast pana Kapeluśnika.

 

 

Chwała Bogu, że uciekliśmy z Buczy —10. fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Wciąż wszyscy trwamy w euforii, podnieceniu z powodu wyjazdu z Buczy, ale każdy zaczyna zastanawiać się nad przyszłością. Co będzie z Ukrainą? Czy wrócimy do naszego rodzinnego miasta? Co dalej robić? Jak przetrwać?… Na razie nie ma odpowiedzi na żadne z tych pytań —  publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Wstęp i pierwszy fragment można przeczytać TUTAJ, kolejne dostępne są TUTAJ.  Tytuły fragmentów od redakcji portalu sdp.pl.

15 marca 2022, wtorek

Godz. 9.10, Winnica, Szosa Chmielnicka. Z dziennika Serhija Kulidy

Tego dnia obudziłem się o szóstej rano od… głośnej ciszy. W przytulnym domu Witkowskich wszyscy jeszcze spali. Cichutko, żeby nikogo nie obudzić, ubrałem się i wyszedłem na ganek, żeby zapalić papierosa. Lekki mróz szczypał policzki, ale niebo, oświetlone łagodnym słońcem, świeciło wiosennym blaskiem. A w duszy, jak w kościele, panował nieoczekiwany spokój i niewypowiedziana łaska. I mimo to nadal nie mogłem uwierzyć, że udało nam się uniknąć śmierci…

Aby zabić czas, postanowiłem przejść się ulicą. Wybiegłem więc przez kładkę i, jakby przez wehikuł czasu, znalazłem się… w przedwojennych realiach — na przystanku ludzie spokojnie czekali na trolejbusy, przy pobliskiej kawiarni miłośnicy aromatycznego napoju delektowali się kawą, „pieskowicze” wyprowadzali różnorodne ulubione zwierzęta domowe. Po prostu niewiarygodne! Niewiarygodne, że tutaj, w Winnicy, panuje naturalna dla pokojowych czasów spokojna codzienność, od której my, buczanie, odzwyczailiśmy się przez trzy tygodnie, odkąd zaczęła się wojna.

Wracając do domu Witkowskiego, zauważyłem, że moi towarzysze już się obudzili i, rozbawieni, przygotowują się do dalszej podróży na zachód Ukrainy. Widzę, że Tamara, która tak źle czuła się w piwnicy na Chmielnickiego, uśmiecha się łagodnie.

— Jak się czujesz? — pyta żona, obejmując mnie.

— W porządku. A ty?

— Wszystko w porządku… Chwała Bogu, że uciekliśmy z Buczy… Jestem pewna, że teraz wszystko będzie dobrze… Niezależnie od wszystkiego… I jeszcze wiem, nie myśl, że wpadam w patos, my, Ukraina, pokonamy tych rosyjskich łotrów! Zobaczysz!..

— Ale ja w to nie wątpię! — szczerze podtrzymuję pewność żony. — Inaczej być nie może!..

W międzyczasie Walia, łagodna i gościnna żona Witkowskiego, już przygotowała śniadanie i woła do stołu… Nie mam apetytu. Biorę tylko filiżankę kawy i kieruję się na podwórze, bo jak mówi przysłowie, kawę trzeba popijać papierosem. Jeszcze mam pół godziny na notatki. Oto one…

Godz. 19.30, Jaremcze, ulica Wolności, 236, baza turystyczna „Prut”. Z dziennika Serhija Kulidy

Teraz, po przejechaniu z Winnicy 385 km, dotarliśmy do uzdrowiska Jaremcze. Ale wszystko po kolei… Podziękowawszy Wali i Witkowskiemu za schronienie, życzliwość i czułość, zajęliśmy miejsca w samochodzie. Roman za kierownicą, Tamara obok na fotelu pasażera, z tyłu — ja z Jaszą na rękach, Ninusia i Włodek z naszą nową pasażerką, koleżanką Romka, Nastką, na kolanach. Najbardziej komfortowo w tym cudzie niemieckiego przemysłu samochodowego czuje się Jasza: śmieje się i wystawiając język cały czas wpatruje się w okno, przez które przelatują domy, drzewa, pola, ludzie. Ta swego rodzaju, można by powiedzieć, przezroczystość, bardzo mu się podoba. Bardziej nawet niż jakaś cukrowa kość czy inny wyszukany smakołyk dla psa.

Zapomniałem napisać, że teraz zmierzamy do Iwano-Frankiwska, gdzie na nas czeka mój kolega, znany poeta Jarosław Tkaczewski. Droga, ze względu na niewielkie doświadczenie Romka jako kierowcy, wydawała się „wyboista”. W tym sensie, że czasami auto błądziło, bo nie zawsze wszechwiedząca nawigacja wskazywał nam właściwą trasę. I oto — wreszcie! — światła Frankiwska przed nami. Teraz błądzimy po nieznanych ulicach w poszukiwaniu siedliska Tkaczewskich. Dzwonię do Jarosława, a on szybko prowadzi nas do celu…

W przytulnym domu przyjaciela czekał już na nas stół z wykwintnymi potrawami — jak się okazało, dziełem kulinarnych talentów gospodyni. Małżonkowie pytają nas o dni przeżyte pod rosyjską okupacją, o nasze bytowanie w piwnicy, o doświadczenia w kontaktach z wrogiem… Nasi przyjaciele nie mogą uwierzyć, że coś takiego mogło się w ogóle wydarzyć. Jednak, z uwagi na historię, dochodzimy do wniosku — w rosyjskim okrucieństwie nic dziwnego nie ma…

W międzyczasie Jarosław mówi, że czeka na nas w Jaremczu nasz wspólny znajomy, pisarz Wasyl Nahirniak, który przygotował nam schronienie. Poznaliśmy się z nim rok temu, kiedy przyjechaliśmy z Tomą na festiwal „Ognisko literackie nad Czernosztem”. Pan Wasyl to bardzo jasna, łagodna osoba. Takich, jak on, jak mówił mój pradziad Jakub, „już nie robią”. Więc nasza załoga, po spędzeniu kilku godzin w gościnnościach rozgrzewających serce wyrusza w drogę.

Trzeba się spieszyć, bo niedługo — nowe pojęcie w naszym słowniku — godzina policyjna… Niebawem wjeżdżamy w góry. Wielkie świerki, jak strażnicy, otoczyły drogę, masywnymi gałęziami wskazując nam kierunek na Jaremcze. (Tutaj powinienem zrobić jakąś liryczną wzmiankę, ale brakuje mi inspiracji.) Aż tu nagle pojawił się posterunek. Nasi chłopcy, uzbrojeni w stare AKM-y, niemówiący i nie reagujący na żarty. Milcząc długo sprawdzają nasze dokumenty. Robią uwagę Romkowi za uszkodzoną przednią lampę. Wreszcie życzą „szczęśliwej drogi” i pozwalają nam jechać. Nawiasem mówiąc, przyszła mi myśl, że ci surowi chłopcy przypominają mi żołnierzy UPA, którzy walczyli w tej okolicy niemal do lat 60. ubiegłego wieku…

Oto Jaremcze. Dzwonię do pana Wasyla, a on pokazuje nam drogę do bazy „Prut”, gdzie mamy się zatrzymać. Po kilku minutach zatrzymujemy się obok budynku, który zdaje się pamiętać carskie czasy. Drewnianymi schodkami gospodyni prowadzi nas na drugie piętro do naszego pokoju, gdzie stoi siedem łóżek z szafeczkami. W pomieszczeniu jest zimno i nieprzytulnie. Po gościnach u przyjaciół ten pokój z, można by powiedzieć, rustykalnym wystrojem wnętrza skłania do rozmyślań o niepewnej przyszłości naszego dalszego istnienia. Cieszy jedno — cisza, pozbawiona grzmotu rakiet i pocisków nad głową. Ale… Przypomniało mi się, że niedaleko (gdzieś około 10 km) jest Delatyn, w pobliżu którego za sowieckich czasów znajdował się Iwano-Frankiwsk-16, czyli Obiekt-711 — tajna baza, gdzie w wyrąbanych w górach sztolniach przechowywano głowice nuklearne i rakiety. W pierwszych latach niepodległości Ukrainy wywieziono je do Rosji, ale i teraz, jestem pewien, jest tam schowana jakaś bomba. Więc ten obszar jest potencjalnym celem dla kacapskich rakiet. Trzeba zastanowić się, czy warto zostawać w Jaremczu…

16 marca 2022, środa

Godz. 10.15. Osada Werchowina, ulica Żabiowska, 67, kompleks wypoczynkowy „Arkan”. Z dziennika Serhija Kulidy

Rano wypiliśmy herbaty i poszliśmy na spacer po miasteczku Jaremcze. Przy pomniku kozackim (zdziwiłem się, że wciąż stoi w kraju, gdzie zawsze nienawidzono Rosjan) wolontariusze rozdawali uchodźcom gorącą zupę. Stanęliśmy w kolejce razem z nimi.

Miałem dwojakie uczucia: z jednej strony byłem zadowolony, że zjadłem coś świeżego, ale z drugiej… Tego rodzaju rozdawanie jedzenia bezdomnym widziałem w Nowym Jorku, gdzie mieszkałem przez niemal dziesięć lat. I nigdy, nawet w najgorszym śnie nie pomyślałem, że podobna sytuacja może spotkać mnie, moją rodzinę. Jednym słowem, nigdy więcej nie mów nigdy.

Potem poszliśmy dalej. Bezcelowo łaziliśmy po lokalnym targu… Na ulicach pełno takich jak my – zdenerwowanych, zrozpaczonych ludzi… Natknęliśmy się na punkt wolontariacki. W środku tłoczyli się uchodźcy. Życzliwi wolontariusze rozdawali odzież, środki higieny, pierogi, konserwy, chleb. Pachnące bochenki prosto z pieca, więc i my bierzemy kilka.

Kiedy wróciliśmy do swojej bazy, dzielę się z rodziną wątpliwościami. Wszyscy zgadzają się, że trzeba stąd wyjechać. I to jak najszybciej.

Dzwonię do Wasyla Nahirniaka i wyrażam swoje obawy. Mój rozmówca zdumiewająco rozumie moje zaniepokojenie. Obiecuje jak najszybciej oddzwonić. Oczekiwanie płynie bardzo wolno. I oto mój przyjaciel jest na linii: — Serhiju, zaraz siadajcie do autobusu do Werchowiny. Będę na was czekał przy urzędzie miejskim…

Pożegnaliśmy się pośpiesznie z zaskoczoną dyrektorką ośrodka wypoczynkowego i pospieszyliśmy na przystanek. Po czterdziestu minutach byliśmy już w Werchowinie. Pan Wasyl obejmuje moich bliskich ramieniem. Potem siadamy w samochód, który zawozi nas do jego dobrej znajomej, która prowadzi kompleks wypoczynkowy. Spokoju tego miejsca strzeże kapliczka z wizerunkiem Matki Boskiej. Zza krzaków wychodzi zmęczona kobieta po sześćdziesiątce.

— Wasylina — podaje rękę właścicielka obiektu i zaprasza do jednego z drewnianych domków, które znajdują się na terenie kompleksu. — Tutaj przygotowałam wam pokój — i życzliwym gestem otwiera drzwi do pomieszczenia.

Wchodzimy do środka i rozglądamy się z zadowoleniem. Jasny i przestronny pokój urządzony jest nowoczesnymi meblami, jest łóżko małżeńskie, a na ścianie telewizor plazmowy.

— Tutaj będziecie mieszkać. A na obiad zapraszam do kawiarni. Dania dla was są darmowe…

Tamara, entuzjastycznie przytulając, dziękuje gospodyni, ale ta tylko macha ręką: — Czym mogę, tym pomagam — potem spieszy się do swoich jakichś pilnych spraw.

Żegna się też Wasyl: wkrótce ma dyżur na blokadzie. A my zaczynamy się urządzać, ciesząc się tym przytulnym schronieniem…

Godz. 18.35, Osada Werchowina, ulica Żabiowska, 67, kompleks wypoczynkowy „Arkan”. Z dziennika Serhija Kulidy

Wieczór. Wyszliśmy z Tamara na podwórko. Na niebie wysyp gwiazd. Cisza. Tylko gdzieś w oddali szczeka pies. Jakby nie było wojny. Toma przytuliła się do mojej piersi: — Dziękuję, że wywiozłeś nas z tego piekła.

— To nie ja, to Romczyk.

— Gdyby nie ty — podkreśla żona — zostalibyśmy w Buczy. I nie wiadomo, co by się z nami stało… Kocham cię…

— I ja cię kocham, moja kochana…

Chodźmy spać…

17 marca 2022 roku, czwartek

Godz. 9.20, Osada Werchowina, ulica Iwana Franki, 7, szkoła. Z dziennika Serhija Kulidy

Rano zadzwonił pan Wasyl — zaprasza nas do szkoły, żebyśmy skorzystali z dostawy darów z Rumunii i wybrali sobie jakieś ubrania. Poszliśmy, kilometr, półtora, do placówki edukacyjnej, która znajduje się w centrum osady. Na ulicy odwilż, więc, brodząc przez błoto, suniemy poboczem. Oto i centrum miasteczka. Wszystko jak należy — hotel, bank, poczta, kantor wymiany walut, sklepy… Pan Wasyl czeka na nas przy szkole. W przestronnej sali jednej z klas na parterze leżą poukładane stosy ubrań. Kurtki, jeansy, koszule, obuwie. Ale wszystko tak zniszczone, że trudno coś wybrać. Udało mi się jednak znaleźć porządną kanadyjkę. W końcu na dworze zima… Ninusia i Tamara też wyłowiły jakieś ciepłe rzeczy. Cieszą się nawet z tego, bo okazało się, że gdzieś mi poginęły zimowe kurtki.

Nasz kolega pobiegł załatwiać swoje sprawy, a my postanowiliśmy pójść na lokalny targ. Chodzimy, oglądamy… Zatrzymujemy się przy jakimś facecie, który sprzedaje mięsne przysmaki. Pytam o cenę. Ten przez zaciśnięte usta odpowiada. Widać, że traktuje nas jak jakichś bezdomnych (choć, prawdę mówiąc, ma rację) i patrzy na nas z góry swoich 160 centymetrów. Uprzejmie dziękuję i mówię, że nie stać nas na taką cenę. A tu facet wybucha żółcią: — Ze starszymi ludźmi tak się nie rozmawia! — powtarza, aż ludzie zaczynają się rozglądać.

— Nie zrozumiałeś? —dziwię się szczerze. — Czym cię obraziłem?

— Nie potrafisz rozmawiać z ludźmi, to lepiej zamknij pysk! — kontynuuje. — Ach, jacy tu przyjeżdżają!…

Nie mogę wytrzymać.

— No dawaj, przyłóż… Coś ci powiem…

Facet podstawia ucho, z którego sterczy kępka włosów.

— Spie*dalaj, ośle — mówię spokojnie, ledwo powstrzymując się, żeby mu nie rozwalić mordy. — Ty, parszywco, nie masz sumienia… Ludzie uciekają od wojny, od śmierci, a ty… Obrzydlistwo…

Idziemy, a facet nawet się nie rusza… Muszę szczerze powiedzieć, że czułem się niezręcznie po tej potyczce… Ale jak można było to znosić…

Godz. 14.30, Osada Werchowina, ulica Żabiowska, 67, kompleks wypoczynkowy „Arkan”. Z dziennika Serhija Kulidy

Właśnie po obiedzie… W przytulnych domkach „Arkanu” prawie wszystkie miejsca zajęte uchodźcami, takimi jak my. Podali barszcz, pierogi z mięsem, kompot z słodkimi pączkami. Do sali wchodzi właścicielka lokalu pani Wasylina. Patrzy, czy wszystko w porządku. Podchodzi do naszego stołu: — Tamaro — zwraca się do mojej żony, — jeśli coś trzeba wyprasować, to przynieś. Jeśli potrzebujecie jakiejś pomocy, to mówcie, nie wstydźcie się…

Toma szczerze dziękuje, kładąc rękę na sercu… A w jej oczy zbierają się łzy…

Godz. 21.05, Osada Werchowina, ulica Żabiowska, 67, kompleks wypoczynkowy „Arkan”. Z dziennika Serhija Kulidy

Wieczór spędziliśmy przed telewizorem i wpatrując się w smartfony, oczekując dobrych wieści. Ale przynajmniej na razie sytuacja nie napawa optymizmem. Wróg się zbliża. Okrutnie bombarduje wsie i miasta… Ludzie giną… Ukraina liczy, że „demokratyczny świat” zamknie niebo… Ale, jak mówił mój główny redaktor w Ukraińskim Radiu Jurij Zasenko: „Rzeczywiście wy*raliście”. W sensie, że Europa wraz ze Stanami Zjednoczonymi jakoś nie chcą działać… Prawdopodobnie nie wierzą, że Ukraińcy staną w obronie Ojczyzny. Myślę, że i Putin jest w szoku…

18 marca 2022, piątek

Godz. 11.15, Osada Werchowina, ulica Żabiowska, 67, kompleks wypoczynkowy „Arkan”. Z dziennika Serhija Kulidy

Dzień zaczął się od telefonów. Dzwonili: kolega ze studiów Sasza Hryhorijew z Kijowa, mój przyjaciel ze szkolnych lat Bob Wiśniewiecki, który od lat mieszka w Izraelu, córka Luda z tej samej Ziemi Obiecanej, brat Sasza z Kławdijewa. Wszyscy pytają niepokojąco, jak się mamy? Uspokajam ich i opowiadam, jak udało nam się uniknąć śmierci…

Godz. 13.00, Osada Werchowina, ulica Żabiowska, 67, kompleks wypoczynkowy „Arkan”. Z dziennika Serhija Kulidy

Wciąż wszyscy trwamy w euforii, podnieceniu z powodu wyjazdu z Buczy, ale każdy zaczyna zastanawiać się nad przyszłością. Co będzie z Ukrainą? Czy wrócimy do naszego rodzinnego miasta? Co dalej robić? Jak przetrwać?… Na razie nie ma odpowiedzi na żadne z tych pytań.

Godz. 15.23, Osada Werchowina, ulica Żabiowska, 67, kompleks wypoczynkowy „Arkan”. Z dziennika Serhija Kulidy

Pomyślałem sobie: może zostać w Werchowinie? Ale z czego żyć? Pieniądze idą się je**ć… Pan Wasyl zasugerował, że można bym się zatrudnił w miejscowej gazecie. Ale gdzie się leczyć Tamarze i mnie? I przede wszystkim, za co? Nasze zdrowie kosztuje sporo…

Kolejny fragment wkrótce na naszym portalu.

CEZARY KRYSZTOPA: Idę drzeć japę. Chodźcie ze mną

Czy Pani może głosowała za polityką klimatyczną? A Pan? Pan może głosował? Nie? Czy czujecie się Państwo bydłem pasanym po coraz mniejszym pastwisku? Nie? A powinniście.

Idea wolności jednostki wykiełkowała w szeroko pojętej cywilizacji zachodniej. Idea rozumiana różnie, czy to przez pryzmat Boga nadającego człowiekowi godność i wartość, czy to zadufanego w sobie człowieka stawiającego się wręcz ponad Bogiem. Ale jednak. Wolność jednostki jest wbudowana w kod kulturowy człowieka Zachodu.

Wolność

A ściślej rzecz biorąc była. Przynajmniej w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Dziś dla większości ludzi na Zachodzie, a przynajmniej takie można odnieść wrażenie pod wpływem głównych ośrodków dystrybucji informacji i opinii na Zachodzie – wolność jest równoznaczna z „wolnością” do pocierania o siebie różnych narządów w możliwie dowolnych konfiguracjach, lub sobie tych narządów dowolnego ucinania i protezowania. Wolność w sensie obywatelskim znajduje się w atrofii. Nic tak dobrze nie niewoli człowieka jak ciasna klatka jego popędów.

Czy ktoś z nas głosował na panią von der Leyen? Albo na pana Timmermansa, czy innych brukselskich, dobrze odżywionych bonzów? Czy może zagłosują Państwo na ich następców? Czy mamy jakąś możliwość ich odwołania? Albo chociaż formalnego sprzeciwu wobec ich równie arbitralnych, co fundamentalnie istotnych dla naszej egzystencji decyzji? Oczywiście, że nie, to pytania retoryczne. Ludzie, którzy uzurpują sobie decydowanie o naszym życiu, pozostają jednocześnie poza nasza jakąkolwiek kontrolą. To dokładny opis systemu oligarchicznego, nie demokratycznego. W dodatku dzieje się to wszystko w imię „naszego dobra”, którego najwyraźniej sami nie jesteśmy stanie pojąć, skoro trzeba nas nim uszczęśliwiać przy pomocy całego systemu przemocy instytucjonalnej, informacyjnej, kulturowej i finansowej. I jak może się nam to nie kojarzyć ze wszystkimi przypadkami systemów totalitarnych jakie dotknęły Europę w poprzednim wieku?

Obłęd

Jednym z aspektów obłędu, który niczym projekty zawracania rzek w Związku Sowieckim, nam się w ten sposób implementuje, jest unijna polityka klimatyczna, zwana też „Zielonym Ładem”. Kraje, które najdalej w realizacji tej ideologii zabrnęły, czyli Niemcy i Wielka Brytania, mają z tego powodu największe kłopoty gospodarcze. Szczególnie Niemcom, które w odróżnieniu od nas jakoś tak przypadkiem wpływ na Brukselę mają, nie podoba się to, że my mamy mniejsze. Dlatego w najbliższym czasie możemy spodziewać się wydawania naszych pieniędzy przez lokalnych gubernatorów na niemieckie wiatraki, niemiecki eletroszrot i nowe unijne podatki. Po tym jak zrobiliśmy fajnie producentom nowoczesnych kotłów gazowych w imię „walki z kopciuchami”, będziemy musieli je wymienić, robiąc fajnie producentom pomp ciepła. Choć te być może okażą się niepotrzebne po tym jak stracimy nasze domy w wyniku horrendalnych cen termomodernizacji. A jeśli sądzicie, że schowacie się gdzieś przed tym, to prawdopodobnie będziecie musieli dojechać tam z dobytkiem autobusem, bo nawet niemieckiego elektroszrotu dla wszystkich nie wystarczy. Jakiego zresztą elektroszrotu, skoro elektryczność będzie dobrem luksusowym.

I tak sobie będziemy siedzieli po ciemku i na zimnej d. w swoich piętnastominutowych pastwiskach podglądając czasem z zazdrością jak oligarchowie i ich lokalni gubernatorzy korzystają z życiowych udogodnień, na które nas już nie będzie stać. Ostatecznie zakaz samochodów spalinowych nie objął marek luksusowych.

No chyba, że przypomnimy sobie do czego nam wolność, prawo decydowania o sobie i z braku możliwości formalnych, zaczniemy drzeć japę. Ja zacznę 10 maja o godzinie 12.00 na warszawskim Placu Zamkowym. Do czego i Was namawiam.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Obchodzenie Dnia Zwycięstwa w Polsce nie ma sensu

Od kilku lat Polska obchodzi Narodowy Dzień Zwycięstwa 8 maja jako oficjalne święto państwowe. Wcześniej, tak jak wszystkim podbitym przez Sowietów Europejczykom, kazano nam świętować 9 maja. Ale wprowadzona w 2015 r. przez Platformę Obywatelską zmiana zegarków – z czasu moskiewskiego na czas Greenwich – nie wystarczy. Bo kłamliwy sens tej rocznicy pozostał. Bo dalej mamy cieszyć się ze zwycięstwa, którego nie było.

Wyzwolona spod okupacji niemieckiej Polska znalazła się automatycznie pod okupacją sowiecką. Dobrze obrazuje to krążący w internecie rysunek, na którym uzbrojony Sowiet pilnuje uwięzionych za drutami Polaków, a powyżej czytamy: „Rok 1945. Koniec II wojny światowej. Polacy w obozie zwycięzców”.

Ten obóz był utrzymywany siłą przez NKWD i kolaborujące jednostki UB, KBW czy Informacji Wojskowej. W tej podróbce Polski, sowieckiej kolonii, władzę sprawowali przebierańcy pełniący obowiązki Polaków. Marionetki Moskwy, zdrajcy i zbrodniarze: od tow. Bieruta do tow. Jaruzelskiego. Od sędziego Widaja czy Michnika do sędziego Iwulskiego. Od Mariana Cimoszewicza (ojca) do Włodzimierza Cimoszewicza (syna).

W tym obozie dziesiątki tysięcy Polaków były represjonowane i mordowane. Obce, totalitarne i nielegalne (bo nigdy nie wybrane przez Polaków) rządy trwały aż do 1989 r.

No i jak tu mówić, że w maju 1945 r. Polacy odnieśli zwycięstwo, że wojna na naszych ziemiach się skończyła, skoro z czerwonym intruzem walczyli dalej polscy żołnierze – wyklęci przez komunistów Żołnierze Niezłomni. Ich samotny, toczony do połowy lat 50. bój kończył się przeważnie śmiercią lub długoletnim więzieniem oraz represjami dla wszystkich członków rodziny.

Ale wracając do owego „zwycięstwa” 1945 r. – znamienny jest fakt, że tylko w maju doszło do dwóch wygranych bitew. Pod Kuryłówką 7 maja oddziały partyzanckie Narodowej Organizacji Wojskowej odparły trzy ataki NKWD, zabijając 57 wrogów (przy stratach własnych 7). W Lesie Stockim 24 maja zwycięstwo nad o wiele większymi siłami nieprzyjaciela odnieśli AK-owcy dowodzeni przez majora Mariana Bernaciaka, ps. Orlik.

Ale również brak defilujących w Londynie 8 czerwca 1946 r. polskich żołnierzy należy traktować jako symbol nieistnienia niepodległej Polski. A dziś, po odzyskaniu niepodległości, Polska powinna się zdecydować: świętować Narodowy Dzień Zwycięstwa czy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Bo albo nastąpił czas pokoju i żołnierze wrócili do domów, albo wojna trwała dalej w idei i czynie II konspiracji niepodległościowej. Obchodzenie obu rocznic to schizofrenia.

O tej schizofrenii powinny nam przypominać również wydarzenia w Grajewie. W nocy z 8 na 9 maja 1945 r. 200 żołnierzy Jana Tabortowskiego, „Bruzdy”, majora Wojska Polskiego, żołnierza AK i WiN, wkroczyły do miasta. Przed akcją dowódca wygłosił krótką pogadankę, że wojna cały czas trwa, Sowieci chcą zniewolić Polskę, a oni, polskie wojsko, muszą pokazać światu swój sprzeciw. Sprzeciw wobec „wyzwolenia” tych terenów kilka miesięcy wcześniej, które polegało na mordach, grabieżach i gwałtach. Była to kontynuacja czerwonego barbarzyństwa, które trwało od 17 września 1939 r. do 22 czerwca 1941 r.
Polskie wojsko, po zablokowaniu dróg dojazdowych do Grajewa i zajęciu gmachów UB, MO i sowieckiej komendantury (bronionej przez kilkudziesięciu krasnoarmiejców), wypuściło z aresztów ok. 100 żołnierzy podziemia. Dla więźniów było to realne wyzwolenie. Po polskiej stronie poległ jeden partyzant. Podczas odwrotu rozbrojono jeszcze posterunek milicji w Szczuczynie i zlikwidowano punkt łączności Armii Czerwonej pod miejscowością Łojki. Kilku największych okrutników z NKWD i „polskiego” UB rozstrzelano. Milicjantów, po przysiędze, że więcej nie będą represjonowali Polaków, zwolniono. Akcja w Grajewie nie była jedyną tego dnia. W Dąbrowie Tarnowskiej ok. 40-osobowy oddział Tadeusza Musiała „Zarysa” rozbił miejscowe więzienie i uwolnił ok. 80 przetrzymywanych. Z kolei w Białymstoku ponad 100 więźniów opanowało część katowni i wydostało się na wolność.

To było prawdziwe wyzwolenie. Nie z rąk komunistów, tylko od komunistów. A ponieważ Polska w wyniku zdrady mocarstw nie została od komunistów wyzwolona, dlatego obchodzenie Dnia Zwycięstwa nie ma żadnego sensu. I drugorzędne jest to, że decyzją Platformy Obywatelskiej celebrować mamy teraz nie 9, tylko 8 maja – co najwyżej wróciliśmy niniejszym do zachodniej strefy czasowej.

Drugorzędne, czy na placu Czerwonym w Moskwie obok następcy zbrodniarza Stalina, czy na Westerplatte w towarzystwie byłych współpracowników Hitlera (Chorwacja, Litwa, Rumunia, Ukraina, Węgry). W tym drugim miejscu – gdzie rozpoczęła się II wojna światowa – oddaje się zresztą hołd ofiarom nie niemieckiej, ale „nazistowskiej” agresji, a nawet „nazistowskim” ofiarom.

Obchodzenie kolejnych rocznic 8 maja nie ma sensu, bo tego zwycięstwa w 1945 r. nie było. I nie dlatego, że formalnie II wojna światowa skończyła się dopiero 2 września, kiedy Japonia skapitulowała przed aliantami na Pacyfiku. Również nie dlatego, że Polacy – najwierniejszy sojusznik Anglosasów – nie zostali zaproszeni na paradę zwycięstwa do Londynu. Dlatego jednak, że dla Polski ta wojna w ogóle się nie skończyła. Ok. 200 tys. polskich żołnierzy nie złożyło broni i walczyło dalej – przeciwko sowieckiemu zniewoleniu – przez następnych 10 lat. W ramach ostatniego polskiego antysowieckiego i antykomunistycznego powstania.

Major Jan Tabortowski „Bruzda” zginął w walce z polskimi kolaborantami Stalina w sierpniu 1954 r. Trzy lata później los dowódcy podzielił Stanisław Marchewka, „Ryba” – ostatni oficer poakowskiego podziemia, który poległ z bronią w ręku. Przez następnych sześć lat ukrywał się już tylko Józef Franczak „Laluś”. Szczątki „Bruzdy”, które czerwoni oprawcy wrzucili do bezimiennego dołu, do dziś nie zostały odnalezione.

Ale 8 maja Grajewo obchodzi w ostatnich latach wyzwolenie od komunistów. A Instytut Pamięci Narodowej edukuje o tym, co naprawdę stało się w maju 1945 r. Dzięki takim akcjom wyzwalamy się z sowieckiej okupacji naszych umysłów. I to jest prawdziwy polski dzień zwycięstwa.