TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Relikty komunizmu wciąż straszą

„Straszy w mieście” – akcję o takiej nazwie prowadzi Instytut Pamięci Narodowej. Jej kolejna odsłona ma teraz miejsce w Olsztynie, gdzie wciąż stoi sowiecki obiekt propagandowy, nazywany potocznie „szubienicami”. Prezes IPN dr Karol Nawrocki apeluje do samorządów, aby usuwały z przestrzeni publicznej relikty komunizmu.

„Szubienice” to wielki pomnik ku czci Armii Czerwonej autorstwa Xawerego Dunikowskiego. Nieopodal kłamią przechodniom w oczy Dąbrowszczacy. To ochotnicy XIII Brygady Międzynarodowej im. Jarosława Dąbrowskiego, którzy podczas wojny domowej 1936-1939 chcieli budować w Hiszpanii „totalitarne stalinowskie państwo” i służyli „zbrodniczej ideologii komunistycznej” – według określeń IPN. Już raz uratował ich sąd, podzielając opinię działaczy Partii Razem, że w tej komunistycznej brygadzie walczyli nie tylko komuniści, a właściwie komuniści stanowili mniejszość. Większością mieli być – zdaniem sędzi Katarzyny Matczak – ochotnicy o najróżniejszych poglądach politycznych: socjaliści, związkowcy, robotnicy, nawet działacze sanacyjni (?!). Czyli żadni komuniści, tylko demokraci i postępowcy. A zatem liczba komunistów okazała się niewystarczająca do dekomunizacji ulicy. Zandbergowo-sądowy sojusz zablokował tym samym zmianę Dąbrowszczaków na Erwina Kruka, mazurskiego poetę i działacza Solidarności.

Miasta, które same, dobrowolnie, się nie zdekomunizują, mogą podzielić los Koszalina. Tam 39-latek za pomocą koparki obalił ostatnio „Pomnik Zwycięskiej Armii Radzieckiej” (sowiecki żołnierz przytulał dziewczynkę, która trzymała w ręku symbol pokoju – gołąbka).

W 2019 r. podobny los spotkał pomnik tow. Zygmunta Berlinga w Warszawie – o jego odbudowę bezskutecznie apelował tow. Włodzimierz Czarzasty. Berling, zwerbowany przez NKWD w obozie w Starobielsku, przyjął obywatelstwo ZSRS, współtworzył deklarację lojalności wobec Stalina, a potem zatwierdzał wyroki śmierci na żołnierzach przeciwnych sowietyzacji Polski.

Los Berlinga zapewne podzieli rzeszowski monument wdzięczności Armii Czerwonej. Bo choć prezydent miasta Tadeusz Ferenc bronił go jak niepodległości, a jego następca Konrad Fijołek robił uniki, wygląda na to, że Społeczny Komitet Zniesienia Pomnika postawi na swoim.

Podobnie miejscowa komuna broni „Pomnika Wdzięczności, Męczeństwa i Braterstwa Broni” w Żywcu. Obok polskiego żołnierza trzymającego tarczę z orłem dumnie stoi tam sowiet z pepeszą. W latach 90. XX wieku monumentu nie rozebrano z powodu… gniazdowania na jego szczycie bocianów. I wymowy pomnika nie zmieniło późniejsze dodanie niewielkiej tabliczki z napisem: „Poległym za wolną i sprawiedliwą Polskę w latach 1939-1945”.

I jeszcze dla (anty)przykładu miasto w zachodniopomorskim. W Łobzie napis na tablicy głosi: „Żołnierzom polskim i radzieckim poległym w walce o wyzwolenie i przywrócenie Ziemi Łobeskiej do Macierzy”. Do Macierzy – Rosji, a przynajmniej do muzeum komunizmu powinien trafić ten i pozostałe komunistyczne monumenty.

 

Co słychać u zachodnich sąsiadów – MARIA GIEDZ o podcaście „DACHL, czyli Niemieckie Co Nieco”

W sieci pojawił się nowy podcast, czyli audycja internetowa prowadzona przez trójmiejskiego dziennikarza Krzysztofa Marię Załuskiego, przedstawiającego najnowsze wydarzenia w krajach niemieckojęzycznych.

Nasi zachodni sąsiedzi w polskich massmediach, zwłaszcza tych mainstreamowych, prezentowani są głównie w kontekście dominacji w Unii Europejskiej, ich stosunku do wojny na Ukrainie i polityczno-gospodarczych relacji z Polską. Nie komentuję czy dobrych, czy złych, po prostu relacji. Przeciętnego Kowalskiego niewiele to interesuje, gdyż postrzega kraj za Nysą jako miejsce, w którym można zarobić, zwłaszcza jeśli mieszka się w zachodnich rejonach Polski. Innych informacji, chyba że wiążą się z sensacją, najczęściej tragiczną w skutkach i to z udziałem naszych rodaków, można się tylko czasem doszukać. O Austrii czy Szwajcarii docierają do nas sporadycznie wiadomości. A na co dzień prawie niczego interesującego o sytuacji w tamtych państwach się nie słyszy, chyba że w sezonie zimowym, kiedy to sporo osób wyjeżdża na narty. A Lichtenstein? Kraj na „Antypodach”, bo właściwie nie wiadomo, gdzie leży i kto w nim mieszka. Sama przejeżdżałam przez to urokliwe „maleństwo” ze dwa razy, zatrzymując się jedynie przy szosie, bo wszędzie własność prywatna.

A tu proszę, ku mojemu miłemu zaskoczeniu w sieci pojawił się nowy podcast, czyli audycja internetowa prowadzona przez trójmiejskiego dziennikarza Krzysztofa Marię Załuskiego, przedstawiającego najnowsze wydarzenia w krajach niemieckojęzycznych. Załuski, członek gdańskiego oddziału SDP, przez lata mieszkający poza granicami Polski, zdecydował się na prezentowanie cotygodniowego przeglądu wiadomości z terenów Niemiec, Austrii, Szwajcarii i Lichtensteinu – inaczej mówiąc z terenów DACHL. I tak też zatytułował swój podcast – „DACHL, czyli Niemieckie Co Nieco”, co jest skrótem utworzonym z pierwszych liter oryginalnych nazw owych czterech państw.

Prezentowane przez Załuskiego informacje nie są sensacjami, słynnymi hitami, bez których massmedia od lat nie potrafią funkcjonować. Wręcz przeciwnie, ukazują niemieckojęzyczne społeczeństwa, które, wbrew powszechnej wiedzy, mają podobne do naszych problemy. Jakie polskie media podają, że Austriacy są przeciwni imigrantom i że ich rząd zaostrza prawo imigracyjne, że chcą, aby instytucje unijne zapłaciły im za budowę murów i ogrodzeń uniemożliwiających nielegalne przekraczanie granicy rzekomym uchodźcom? Kto w Polsce mówi, że Austriacy nie chcą przyjmować do siebie owych migrantów i nie chcą płacić za osoby nieprzyjęte w ramach relokacji? Czy któreś z polskich mediów chociaż wspomniało, że Szwajcaria, mimo sankcji wprowadzonych na Rosję, nadal kupuje rosyjską ropę? To dosyć skomplikowany proceder, ale Załuskiemu udało się pokazać, że można obejść przepisy, gdyż szwajcarskie prawo nie ma zastosowania do szwajcarskich obywateli mieszkających za granicą.

To tylko niektóre przykłady, ale zdecydowanie przybliżają wiedzę, i nie tylko tę turystyczną, o krajach niemieckojęzycznych. Jeśli połączymy ją z regularnymi korespondencjami Jana Bogatko ze „Studia za Nysą” możemy wyrobić sobie zupełnie inne zdanie o tych naszych bliskich i nieco dalszych sąsiadach, a nie tkwić w stałych i coraz bardziej niezrozumiałych zawiłościach naszej krajowej polityki.

Poza typowymi informacjami Załuski wyszukuje też ciekawostki, jak ta z księstwa Lichtenstein, w którym od 170 lat prowadzi się badania archeologiczne potwierdzające 7 tys. lat historii ludzkiego osadnictwa na obszarze tego państwa. Oczywiście najwięcej informacji dotyczy Niemiec, gdzie jak podaje Załuski wzrasta ubóstwo dzieci, społeczeństwo żyje w coraz większym niezrozumieniu samych siebie, a politycy i ich partie systemowe tracą poparcie społeczeństwa na rzecz Alternatywy dla Niemiec, prawicowego ugrupowania pozasystemowego. Generalnie podcast DACHL, to zbiór co tydzień prezentowanych informacji, o których można się dowiedzieć jedynie wertując różnorodną prasę niemieckojęzyczną, pod warunkiem, że zna się biegle język niemiecki.

Każda audycja, a było już ich kilkanaście, kończy się fragmentem jednej z publikacji autorstwa Załuskiego, zazwyczaj opowieści o rzeczywistości znad Jeziora Bodeńskiego opartych na spostrzeżeniach autora, czyli z niemiecko-austriacko-szwajcarsko-lichtensteinskiego pogranicza.

 

Przegląd wojska, czyli STEFAN TRUSZCZYŃSKI w natarciu: Na bezdechu

Wolałbym, aby banki urzędowały nie w marmurach, a w stodołach, a ich prezesi jeździli nie Mercedesami, a wozami drabiniastymi. Biedacy, którzy płacą haracze, wytrwają w kolejkach i obejdą się bez nachalnych reklam i ulotek. Będzie taniej. Wysokie procentowe zdzierstwo odsetkowe jest wprawdzie o połowę niższe w bankach rodzinnych niż zagranicznych, ale i tak za duże. Oczywiście elokwentny Glapiński w długich tyradach wszystko wytłumaczy. Ale prawdą jest też, że to nie on wpuścił nad Wisłę banksterów. A kto ich wpuścił, wiadomo.

Są na dokumentach podpisy. Upowszechnijmy je teraz właśnie przed wyborami. Powtarzamy, że to zrobił Balcerowicz. Potem nastąpiła zgoda i podpis premiera – czyli Jana Krzysztofa Bieleckiego. Reset! Reset!

Przestańmy tak bardzo przejmować się innymi. Myślmy o sobie. Przynajmniej na tyle, co Niemcy. Za zbrodnię wojny dostali prezent od Marshala. Kłapiemy dziobami z zachwytem podziwiając ich za pracowitość. Ale to nasi za chlebem wykonują u nich prace, których  Deutchlandowa rasa wykonywać nie chce. Miłośnicy Zachodu, jedźcie tam z waszym idolem Tuskiem – na zlewozmywaki, na szparagi i do podcierania tyłków weteranom Wermachtu i SS. Otwieramy w Polsce szeroko podwoje niemieckim stowarzyszeniom i miłośnikom faterlandu, a nasi nie mogą się od dziesiątek lat o to doprosić. Na komodach i etażerkach w Berlinie, Hamburgu i Bonn stoją polskie i żydowskie bibeloty. Oni wiedzą, że je ojciec, dziadek z wojny przydźwigał i do głowy im nawet nie przyjdzie by zwrócić. Zapłacić reparacje? Z tego śmieją się nawet „nasi” europosłowie – zaprzańcy. Jesteśmy nad Renem nieco wyżej od zupełnie czarnych, brązowych, skośnookich i wyznawców Mahometa. Ale niewiele wyżej.

Nasz król (i Litwinów) Władysław obronił się własnoręcznie lancą przed rycerzem zakonnym, który niespodziewanie przebił się i zaatakował Jagiełłę. Ochrona – jak to ochrona – zaspała. Ale nasz król był sprawnym rycerzem i strącił z siodła Dypolda von Kockritza, a leżącego już na ziemi dobił przyszły biskup Zbigniew Oleśnicki.

Tak trzeba. Ze słabymi dziś nikt się nie liczy. Odpuśćmy „dobre tradycje”, bo nie są dobre dla Polski. Przysyłają nam z UE kobiety, za którymi biegają potem posłowie z kwiatami, a one – nie czułe na męskie wdzięczenie się – i tak likwidują nam np. przemysł stoczniowy.

Przestańmy prosić! Niech się modlą ci, którzy tego potrzebują. Niech się pindrzą, obnażają (ale nie na Marszałkowskiej) ci, którym gust i smak zakwasił ekshibicjonizm. Wara od szkół. Są sprawy bezdyskusyjne. Tu rację oczywiście ma minister Czarnek. W sprawach drugorzędnych kłóćmy się zawzięcie, ale tylko na krajowym gruncie. W Brukseli winien obowiązywać wspólny front. Po ustaleniu – tu w Polsce – jedna strategia. Głęboko wierzę, że za podnoszenie łap przeciw Polsce Millerowie, Cimoszewicze, Lewandowscy, Sikorscy i cała ta kameryla – odpowiedzą. I to niedługo.

A teraz konkrety – co powinno się zrobić. Trzeba wrócić do zasadniczej służby wojskowej. Przynajmniej na rok. Po prostu zagospodarować tabuny wałkoniów i leni. To dla ich dobra. Niech sobie piszczą pikusie i darmozjady w koronkowych majtkach, ten chłam zostawmy tym za Odrą. Jeśli nie ma nawet na razie, możliwości skutecznego wdrażania wojskowych umiejętności – niech poborowi zaczną od poprawienia kondycji fizycznej i tym samym zdrowia. Żebyś był dobrym żołnierzem – zacznij od sportu.

Trzeba skończyć z bezczynnym trzymaniem w więzieniach ogromnych rzesz za nie płacenie alimentów, mandatów, za przestępstwa skarbowe. W Polsce w prawie stu zakładach odosobnienia jest ponad 80 tysięcy więźniów. Tak jakby całe duże miasto. Większość tych ludzi powinna pracować – opłacać w ten sposób koszty swojego pobytu i utrzymania. Ale to musi państwo mądrze i pilnie zorganizować. Mamy już odpowiednio przygotowaną kadrę więzienną. Dlaczego nie podejmujemy działania? Bezczynni ludzie, w końcu też nasi obywatele, na pryczach to marnotrawstwo i brak potencjalnej szansy reedukacji. Właśnie przez pracę.

Spraw do pilnego załatwienia jest wiele: korupcja, oszustwa finansowe, zaniedbanie i odwrócenie się od morza: stocznie, flota handlowa, szkolnictwo morskie a dalej hutnictwo i przemysł wydobywczy. No i wreszcie, odsuńmy też zdrajców zainfekowanych i po prostu głupich. Czy my sami nie możemy zrobić porządku w naszym własnym kraju? Suwerenność!

Mieliśmy i mamy w pamięci i sercu wielkiego rodaka, który został Papieżem. A tu paskudna łajdaczka bluźni publicznie i bezkarnie. Politycy lubią obrażać się wzajemnie. Nawet widzą w tym świadectwo odwagi i wolę walki z przeciwnikiem.

Premier wybranego rządu, jego ministrowie nie powinni pozwolić skakać sobie po brzuchu. A tak się dzieje. Czuchnowski, cyngiel z „Wyborczej” do wykonywania poleceń wszelkich wrzeszczy publicznie na Macierewicza, a ten – w końcu niedawno jeszcze minister wojny – mówi, że nie będzie reagował. A powinien. Profesor Binienda został zaangażowany do niezwykle ważnej pracy. Wykonał ją dobrze, a teraz zamiast mu podziękować dopuszcza się do niesłychanego hejtu, wylewania pomyj. To nie jest działalność spontaniczna. To zorganizowana akcja. Rozmawiałem niedawno telefonicznie z profesorem. Powiedział, że wszystko co robił było dla kraju, dla sprawy, dla Polski, a nie dla żadnej osoby. Na pewno prawda zwycięży gdy Amerykanie pokażą zarejestrowany film z lotu Tupolewa. Niezrozumiałe są powody dlaczego tego filmu nadal się nie ujawnia. Ten lot – prezydent państwa i dostojnicy – był na pewno rejestrowany. Już publicznie padło u nas oskarżenie: „nie ma woli” (reżyserka Ewa Stankiewicz i inni). Nie ma woli! Why, warum, dlaczego? A może tylko do wyborów cisza? Uważam taką decyzję za błąd. Tak jak właściwie bierność w i tak toczącej się już kampanii wyborczej. Na co PiS czeka? Przecież o pomysły nie trudno. Tak jak np. powieszenie na Pałacu Kultury na całej szerokości i długości ściany wielkiego zdjęcia Tuska z Putinem na sopockim molo.

Banki (szczególnie zagraniczne) łupią nas bez litości, cwaniacy frymarczą prawem, bezkarni pozostają handlarze ukraińskim zboże i nawet nowy minister rolnictwa zagroził ujawnieniem nazwisk, ale zaniechał. UE nie płaci nam co powinna, ale karze nas, Polaków, popierana przez polskich odszczepieńców.

Zakonnik z Elbląga – wizjoner i prorok – Czesław Klimuszko już kilkadziesiąt lat temu przepowiedział wielką rolę Polski. I w to wierzmy. Nawet jeśli zbrodniarz Putin rzuci broń atomową to zabije też rzesze swoich ludzi. Musimy ufać, że do tego nie dojdzie. Ale zbrojmy się – tak jak to czynimy. Pozostaje tylko postawić Klicha i Siemoniaka pod sąd!

Polska to książę Józef Poniatowski, marszałek Józef Piłsudski, Roman Dmowski, Ignacy Paderewski, a wcześniej wielka patriotka i uczona Maria Skłodowska-Curie; pisarze i poeci Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Sienkiewicz i Prus; to chłop i premier Wincenty Witos, który uratował Polskę i w konsekwencji Europę przed czerwoną zarazą w 1920 roku odrywając setki tysięcy chłopów od żniw, by zatrzymać nadciągającego wroga; to generał Stanisław Maczek i generał pilot Stanisław Skalski, to profesor prakseologii bohater Powstania Warszawskiego i więzień gułagu Witold Kieżun, to profesorzy Andrzej Nowak i Wojciech Roszkowski, a także zmarły niedawno niedoceniony przez prawicowe władze poeta, pisarz, historyk i filozof Bohdan Urbankowski; wreszcie wielcy Kościoła hierarchowie Adam Sapieha, August Hlond, Stefan Wyszyński i bohaterscy księża Ignacy Skorupka i Jerzy Popiełuszko.

Ci ludzie są i będą dla Polaków zawsze wzorem. Reszta przeminie.

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosjanie rabują z Krymu dzieła sztuki

Jak donoszą agencje informacyjne, Rosjanie przygotowują się do wywiezienia około 300 000 eksponatów z rezerwatu muzealnego Chersonez Taurydzki w Sewastopolu. Nie ma w tym nic dziwnego – specjalne brygady rosyjskich rabusiów, którzy nazywają siebie historykami sztuki, obrabowały już Muzeum Historyczne Chersonia, Galerię Sztuki Feodosia, skąd zabrali wszystkie płótna światowej sławy artysty Iwana Aivazovskiego oraz kilka muzeów w Symferopolu. Powszechnie wiadomo, że zbiory Ermitażu w Petersburgu składają się z dziesiątek tysięcy kosztowności zrabowanych na całym świecie, w tym na Krymie.

W Sewastopolu okupacyjna administracja muzeum Chersonez Taurydzki przygotowuje akty przekazania do dalszej ekspozycji w Rosji poza muzeum 300 000 eksponatów ze zbiorów rezerwatu. Nie wiadomo jeszcze gdzie dokładnie mają one trafić. Jak zauważyło ukraińskie Centrum Narodowego Oporu, takie działania Rosjan są „faktycznym przygotowaniem do napadu na muzeum”.

Co więcej, nie jest to pierwszy eksport eksponatów z Chersonezu. Wcześniej Przedstawicielstwo Prezydenta Ukrainy w Autonomicznej Republice Krym poinformowało, że Rosjanie zrabowali stąd wystawę wyrobów ze złota z czasów Cesarstwa Bizantyjskiego oraz prowadzą nielegalne wykopaliska archeologiczne na terenie rezerwatu i wywożą tysiące unikatowych znalezisk.

Chersonez Taurydzki to pomnik historii, muzeum, w którym przechowywano setki tysięcy eksponatów z okresu bizantyjskiego. Znany jest również z tego, że w tym miejscu został ochrzczony książę kijowski Włodzimierz, który szerzył wiarę chrześcijańską w całej Rosji. Obiekt został wpisany na listę dziedzictwa historycznego UNESCO jeszcze w czasach sowieckich.

Chersonez został założony przez starożytnych Greków. Przez siedem wieków był w posiadaniu Bizantyjczyków, bezskutecznie próbowali go podbić Scytowie i Hunowie, Chazarowie, Pieczyngowie i Połowcy.

Muzeum w Chersonezie zostało założone w 1892 roku przez Karola Kościuszko-Valyuzhynycha. Systematyczne badania archeologiczne utrudniał klasztor ze świątyniami, budynkami mieszkalnymi i gospodarczymi zajmującymi środek osady. W rezultacie centralna część miasta, która jest najważniejsza pod względem archeologicznym, nie została w pełni przebadana.

Najważniejszych odkryć dokonano w czasach sowieckich, kiedy systematycznie prowadzono wykopaliska archeologiczne. W czasie II wojny światowej zbiory muzeum zostały ewakuowane na Ural, po czym je zwrócono.

Ekspozycje muzealne mieszczą się w budynkach poklasztornych wybudowanych w drugiej połowie XIX wieku. Zgromadzono około 500 tysięcy różnych bezcennych przedmiotów kultury materialnej całego starożytnego i średniowiecznego świata, z którą miasto było w nieustannym kontakcie przez dwa tysiące lat. Znajdują się tu naczynia taurusa, starożytne rzeźby greckie, marmurowe stele z portretami i tekstami, fragmenty antycznych sarkofagów rzymskich, biżuteria z brązu i srebra z klejnotami, próbki broni bizantyńskiej i amunicja.

Zgromadzono tu także ikony z XI – XII wieku, wykonane w technice płaskorzeźby, różne próbki wyrobów rzemieślników chersonskich, amfory, pyfosy i inne naczynia, kolekcję monet średniowiecznych z imionami i portretami cesarzy bizantyjskich, fragmenty fresków. Część kolekcji pokazywana jest tylko okazjonalnie na specjalnych wystawach, a niektóre nigdy nie były prezentowane publiczności.

Rosja po nielegalnej aneksji Krymu zaczęła prowadzić prace archeologiczne na niespotykaną skalę. W 2015 roku prezydent Rosji Władimir Putin wyraził pomysł budowy międzynarodowego centrum prawosławnego w Chersonezie. W 2019 roku polecił zbudować tu muzeum chrześcijaństwa i międzynarodowe centrum archeologiczne. Według historyków, którzy znają osobliwości Chersonezu, ten rosyjski plan doprowadzi do faktycznego zniszczenia tego unikatowego miejsca.

Podczas wykopalisk, które można nazwać barbarzyńskimi, na terenie południowych przedmieść Chersonezu odkryto wiele artefaktów. W październiku 2021 roku zgłoszono ponad 300 000 znalezisk. W marcu 2022 roku było ich już około 800 000, z czego ponad 160 000 ma wartość muzealną. To kolosalna ilość, którą trzeba opisać i usystematyzować.

Obecnie rosyjscy archeolodzy prowadzą wykopaliska w pobliżu katedry św. Włodzimierza. Ostatnie wykopaliska odbyły się tam w 1891 roku. W kwietniu tego roku dokonano unikatowego znaleziska – odkryto fragment czterometrowego posągu. Przypuszczalnie w I – II wieku naszej ery zdobił on jeden z placów starożytnego miasta – agorę.

Eksponaty Sewastopolskiego Muzeum Chersonezkiego są pokazywane na wystawach w Rosji. Taka ekspozycja została otwarta na przykład w Nowogrodzie. Prezentowanych jest na niej ponad 200 eksponatów.

Przedstawicielstwo Prezydenta Ukrainy w Autonomicznej Republice Krymu potępiło wykorzystywanie przez Rosjan eksponatów z muzeum Chersonez Taurydzki i skierowało odpowiedni wniosek do ukraińskich organów ścigania. Niewątpliwie po zwycięstwie Ukrainy wszystkie skradzione eksponaty zostaną zwrócone Ukrainie.

 

O sprawie, wobec której nie można przejść obojętnie pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Dotyk

W jakim strachu może żyć matka, której 6-letnie dziecko jest zagrożone przez ojca pedofila? To trzeci rok walki pani Beaty. Prokuratura i sądy- nie pomagają. Nie ma wyroku. Dziewczynka pozostaje w zagrożeniu.

Droga przez mękę trwa długo. Odbywały się rozprawy przed sądem, przed zespołami sądowych specjalistów. W Centrum Pomocy Rodzinie polecono… baczne obserwowanie dziecka. Wreszcie 14 października 2020 (!) roku psycholog poleciła złożyć zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa wykorzystania seksualnego małoletniej. Pod koniec 2020 roku pani Beata takie zawiadomienie złożyła w jednej z warszawskich prokuratur rejonowych.

Napisała, że dziecko w określonych dniach w 2020 roku – zgodnie z sądowo przyznanym ojcu prawem – przebywało pod jego wyłączną opieką. Szczegółowo opisała uzyskane od córki informacje, że ojciec stwarzał sytuacje w których dziecko rozbierał. A w końcu sam się obnażył. Jest to opis drastyczny. Ojciec kładł się do łóżka z dzieckiem nago. Konsultowana psychoterapeutka z Centrum Terapii Poznawczo-Behawioralnej, psycholog kliniczny, skierowała matkę do prokuratury. Stwierdziła również, że dziecko powinno zostać przebadane przez psychologa w kierunku nadużycie seksualnego przez ojca.

Przez dwa lata trwało oczekiwanie. Z Woli sprawa powędrowała podwarszawskiej miejscowości. Ojciec miał nadal prawa wobec córki. W 2022 roku, po kolejnej prawnie usankcjonowanej wizycie dziewczynki u ojca, zaniepokojona matka zawiozła córeczkę na SOR  jednym ze stołecznych szpitali. Lekarz dyżurny w rozpoznaniu napisał: „przestępstwo seksualne z użyciem przemocy fizycznej, powierzchowne urazy brzucha, dolnej części grzbietu i miednicy”. Jest dokument i nadal marazm.

Pod koniec 2022 roku pani Beata składa do właściwej prokuratury wniosek o wyłączenie z dalszego prowadzenia sprawy dwóch prokuratorów. Za bierność! 5 dni później jeden z nich wydaje postanowienie o umorzeniu śledztwa, bo „dowody nie wskazują…””Matka nie przedstawiła wystarczających dowodów”!

Matka, inżynier budownictwa, pełniąca odpowiedzialne funkcje w nadzorze, kierująca wieloosobowym zespołem, ma dostarczyć dowody. Służby służące dochodzeniu sprawiedliwości nie zrobiły praktycznie nic. Dziecko pozostaje zagrożone.

Do finału daleko. Co się dzieje? Pani Beata dalej samotnie walczy. Zmienia kancelarię adwokacką. Obecny pełnomocnik – złożył zażalenie do sądu na postanowienie o umorzeniu śledztwa.

Mija pół roku. W maju 2023 roku, odbywa się rozprawa w podwarszawskim sądzie. Sędzia orzeka, że nie widzi śladów świadczących o zagrożeniu dla dziecka! Teraz trzeba czekać na uzasadnienie pisemne. A to, jak wynika z praktyk procesowych, może trwać nie wiadomo jak długo.

A dziecko pozostaje jednak w strasznym zagrożeniu!

 

Dla dobra dziecka nie podajemy nazwisk stron, prawników, prokuratorów, sędziów oraz właściwości terytorialnej obecnego postępowania.

Stan prawny na 31 maja 2023 r.

Rozmowa z GRAŻYNĄ WROŃSKĄ-WALCZAK: Ludzie wciąż zadają mi pytania

Z red. Grażyną Wrońską-Walczak z Radia Poznań uhonorowaną tegorocznym Laurem Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich rozmawia Łukasz Kaźmierczak.

Podobno Grażyna Wrońska zna w Poznaniu wszystkich, których warto znać?

Wszystkich nie, ale na pewno bardzo wiele osób. I to, że działam już tyle lat w dziennikarstwie, ułatwia mi zadanie. A poza tym mam chyba umiejętność zdobywania kolejnych rozmówców, poprzez poprzednich rozmówców. To jest taki łańcuszek.

Albo rodzaj referencji: „To jest dobry dziennikarz”…

Nie wiem czy dobry dziennikarz. Może to, że się z nim miło rozmawia – bo często ludzie mówią mi, że jakoś tak potrafię ich ośmielić. Jakkolwiek niektórzy są speszeni. Zdarzało się, że przerywałam niektórym profesorom, którzy mieli mówić np. o sprawach rolniczych i zamieniali się w wykładowców. I prosiłam: panie profesorze, niech pan po prostu patrzy mi w oczy i mówi tak, jakbym niczego nie wiedziała. I to pomagało.

I dlatego tak często rozmawia Pani właśnie z ludźmi nauki i kultury?

Tak, jakoś udawało mi się tę barierę przekroczyć. Zawsze mówiłam moim rozmówcom, że Słuchacze mogą usłyszeć ich tylko raz i w związku z tym muszą dowiedzieć się tego, co najważniejsze.Rzeczywiście, tych wywiadów z ludźmi nauki było bardzo dużo. Uwielbiałam i miałam bardzo dobre kontakty z prof. Wiktorem Degą, do tego stopnia, że mogłam się bardzo często u niego zjawiać. Natomiast on  – i to jest dla mnie coś zupełnie niezwykłego – dzwonił do mnie i mówił, że bardzo ładnie wypadła rozmowa. Te dobre relacje są ważne. Skoro  raz z kimś się umówiłam, to się potem mogłam powołać na tego kogoś i on mi ułatwiał dalsze kontakty.

Wśród atrybutów dziennikarskich wymienia się najczęściej ostrość, wyrazistość, a Pani mówi…

…łagodnie.

I to jest Pani sposób na dziennikarstwo?

Chyba tak. Nie miałam nigdy takich bardzo ostrych sytuacji. Zawsze w dziedzinie kultury spotykałam się z ludźmi, którzy robili coś ważnego, ale nigdy nie były to rozmowy na ostrzu noża. Można było o wielu sprawach porozmawiać, wielu rzeczy się dowiedzieć i myślę, że to jest dla mnie najważniejsze, że ja chcę się dowiedzieć. Ale i druga rzecz – chcę żeby o tych rzeczach, o tych ludziach wiedzieli też inni. I dlatego tak długo pracuję w dziennikarstwie, ponieważ jest jeszcze tyle innych pól i tyle innych zagadnień, o których nie wiem ani ja, ani moi Słuchacze. A zależy mi na tym, żeby wiedzieli więcej np. o Poznaniu i o Wielkopolsce.

Czyli wchodzimy na Pani „konika”…

Rzeczywiście, to jest właściwie mój główny temat, na tym się skupiam. Uważam zresztą, że to co się ukazuje w Kronice Miasta Poznania, powinno być lekturą podstawową tych poznaniaków, którzy chcą się czegoś dowiedzieć o swoim mieście. Są to artykuły pisane przez specjalistów, ale dobrym językiem, zrozumiałym. I taki sam cel przyświeca mi przez całe zawodowe życie.

W którym od początku najważniejsze było radio.

Tak, zawsze chciałam pracować w radiu, od najmłodszych lat. I to się spełniło. W tym studiu (przypis: rozmawiamy w Studiu im. Krzysztofa Komedy w poznańskiej rozgłośni Polskiego Radia) po raz pierwszy pojawiłam się jeszcze jako licealistka, uczestnicząca w konkursach recytatorskich. Pani Jadwiga Jasiewicz zwróciła mi wtedy uwagę żebym nie akcentowała końcówek -się. I to pamiętam do dziś. A potem, kiedy ją spotkałam tutaj w radiu, przypomniałam się jej i powiedziałam, że bardzo dziękuję za tamte wskazówki. Zresztą moja mama zwracała zawsze bardzo wielką uwagę na nasz sposób mówienia.

I to zapewne pomogło też Pani dostać wymarzoną pracę. To był rok 1965.

Ja po prostu miałam szczęście. Spotkałam ludzi, którzy byli mi przychylni i tak się zaczęło. A zaczynałam od redakcji wiejskiej.

Naprawdę?

Tak, przeszłam chyba przez wszystkie radiowe redakcje. Najpierw wiejską, potem były dzienniki, kultura. W dziennikach takim moim bardzo dobrym mistrzem- kolegą był Andrzej Napierała. On potrafił świetnie konstruować drobne dźwięki czy relacje. Był w tym i sprawny i bardzo merytoryczny. Miał dobry sposób przekazywania informacji. Taki radiowy reporter w każdym calu.

Kto Pani najbardziej pomógł w Radiu?

Miałam bardzo wiele takich osób np. współpracowałam i współpracuję nadal z Alą Kurczewską, był Piotr Frydryszek, z którym razem pracowałam, a potem stał się moim szefem, Robert Mirzyński, Basia Miczko. To wszystko byli ludzie, którym nieraz zazdrościłam, ale w takim dobrym tego słowa znaczeniu, dotarcia do pewnych osób i zbudowania jakiejś formy radiowej.

Wywiad to od początku był ta forma, w której czuła się Pani najlepiej?

Tak, odpowiadała mi. Przez rozmowę, przez taki przekaz nieoficjalny – bo w rozmowie nie używa się wielkich słów, tylko tak zwyczajnie, żeby dotrzeć do Słuchacza – uważam, że właśnie to jest najistotniejsze.

Lubi Pani rozmawiać…

Bardzo! Dzięki temu poznałam bardzo wiele osób niesłychanie ważnych i takich, które do dzisiaj wspominam z ogromną sympatią np. Pan Stefan Skorupiński z Włoszakowic, który potrafił zauroczyć przez ileś nawet godzin, bo tak pięknie opowiadał.  Poznałam bardzo wiele osób z kręgu kultury ludowej i nawet się zaprzyjaźniłam z panem Janem Bzdęgą z Domachowa, który był z Biskupizny, z okolic Krobi. Tam też dzięki niemu poznałam wielu innych ludzi, a on regularnie tutaj się u mnie zjawiał i relacjonował, co tam słychać na Biskupiźnie. I okazało się, że były tam ciekawe rzeczy. I do dzisiaj chyba są.

To nie zawsze byli oczywiści rozmówcy?

Nie zawsze. W roku 80. robiliśmy audycje solidarnościowe, ale przedtem zdarzało mi się rozmawiać nawet z przodownikami pracy. Jeden z nich nazywał się Marceli Tritt, pracował bodajże w poznańskich Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego i  on mi opowiadał takie naprawdę bardzo piękne rzeczy o swojej pracy. Tak zwyczajnie o tym mówił, a potem sprezentował mi taki zgniatacz do orzechów, ręcznie wykonany.

Grażyna Wrońska-Walczak – dziennikarka Radia Poznań która otrzymała Laur Wielkopolskiego Oddziału SDP

Robi też Pani sporo krótkich form radiowych. To Pani specjalność?

Tak, oczywiście. Choć bardzo możliwe, że takie były wtedy możliwości. I że krótkie formy były, powiedziałabym, oczekiwane. Ale robiłam też większe formy, wiele reportaży, dłuższych audycji np. cykl Wydarzyło się w Wielkopolsce, za który dostaliśmy Nagrodę im. Józefa Łukaszewicza, przyznawaną dla najciekawszych i najpiękniejszych wydawnictw  o Poznaniu. Były także Wieczory Muzyki i Myśli, mnóstwo programów związanych chociażby z Powstaniem Wielkopolskim. Udało mi się także spróbować swoich sił w telewizji, gdzie wspólnie z  Piotrem Libickim zrobiliśmy program Poza Horyzontem – także nagradzany cykl filmów o Wielkopolsce.

To nie był koniec przygody z telewizją?

Nie, potem był cykl Kobiety Powstania Wielkopolskiego – to z kolei ze Zbysławem Kaczmarkiem. To był ładny projekt, ponieważ odkrywaliśmy mało znane postaci i docieraliśmy do różnych ludzi. Jest jeszcze rzecz, która nadal ciąży mi na sercu – zrobiłam dwa programy o zasłużonej poznańskiej Księgarni św. Wojciecha, ale pozostały dwa odcinki, które zalegają i powinnam je dokończyć.

O czym byśmy nie mówili i tak koniec końców wracamy do tematów związanych z Wielkopolską.

Bo to jest niewyczerpywalna tematyka, przez wiele lat zaniedbywana. Dlatego razem z Małgosią Jańczak przygotowywałyśmy takie wędrówki po Wielkopolsce, w czasie których odkrywałyśmy ludzi, którzy kiedyś w ogóle byli zapomniani jak np. Dezydery Chłapowski. Jeśli chodzi o Chłapowskiego, to też jest ładny przykład. Idąc jego tropem spotkałam pana Józefa Świątkiewicza z Czempinia. On zaimponował mi tym, że pracując u Cegielskiego odkrywał w wolnych chwilach Dezyderego Chłapowskiego na swoim terenie, w okolicach Turwi czy Czempinia. I takich ludzi poznałam mnóstwo, czy w Lesznie, czy w Kościanie, czy w Gostyniu,

Koniecznie muszę zapytać o jeszcze inną Pani pasję. Przyznaję – od lat jestem wiernym fanem Języka na zakręcie.

Najpierw prowadziłam te audycje z moim mężem.

Wybitnym poznańskim  językoznawcą, prof. Bogdanem Walczakiem – dodajmy.

Co ciekawe, nie wszyscy wiedzieli nawet, że to mój mąż. A teraz prowadzę je wspólnie z prof. Jarosławem Liberkiem.

Także wychowankiem prof. Walczaka.

Tak, on pisał u mojego męża doktorat.

Robiliście to i robicie nadal z wielkim powodzeniem.

Za propagowanie i popularyzację poprawnej polszczyzny otrzymałam tytuł Ambasadora Polszczyzny. To była inicjatywa chyba Piotr Frydryszka, ponieważ wtedy nagrodę za język regionalny otrzymał także Juliusz Kubel, autor naszego radiowego Starego Marycha.

O polszczyźnie także można mówić w nieskończoność. Nie zabraknie tematów do Języka na zakręcie?

Nie zabraknie, bo wciąż ludzie coś wymyślają. I wciąż zadają nowe pytania.

Ma pani również przebogate archiwum nagrań. Są tam takie skarby, które tylko Pani posiada?

Chociażby rozmowy ze, wspomnianym tutaj, profesorem Wiktorem Degą. Opowiadał mi kapitalne wspomnienia z Powstania Wielkopolskiego, z dużym humorem i to jest w naszych radiowych nagraniach. Tego chyba nikt inny nie ma.  Z Alą Kurczewską byłyśmy natomiast zachwycone rozmowami z Panią Stanisławą Szeligowską – to poezja, można jej było słuchać naprawdę bardzo długo. Mam w zasobach dużo bardzo pięknych rozmów, takich właściwie osobistych.

Któraś z nich wywarła na Panią mocniejszy wpływ?

Miałam takie bardzo miłe spotkania z Piotrem Janaszkiem. To był młody lekarz, który właściwie wprowadzał rewolucje, ponieważ upomniał się – i to w takim bardzo dobrym tego słowa znaczeniu – o dzieci niepełnosprawne. Zaczął organizować pierwsze w ich życiu i w ogóle nie spotykane w tym czasie wyjazdy wakacyjne. Obóz w Mielnicy, tam współpracowałam z nim dosyć blisko, jeździliśmy, przekonywaliśmy ludzi. To było ważne. A potem zginął w wypadku samochodowym. I bardzo mi go brakuje. Ale on z kolei tę swoją pasję przekazał córkom. I nieraz się z nimi spotykam, ponieważ one też prowadzą taką bardzo szeroką działalność na rzecz niepełnosprawnych.

A dziś Grażyna Wrońska otrzymała kolejne wyróżnienie – Laur Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich… 

To za wytrwałość (śmiech). Ale mam jeszcze bardzo dużo rzeczy do zrobienia.

Członek Zarządu Głównego SDP i jego skarbnik Aleksandra Tabaczyńska (z lewej) wręcza Grażynie Wrońskiej-Walczak z Radia Poznań Laur Wielkopolskiego Oddziału SDP

Czyli, są plany na przyszłość?

Najpierw muszę uporządkować moje archiwum radiowe, mnóstwo rzeczy, które powinny być profesjonalnie opisane. Aczkolwiek niektórzy mówią, że mam bardzo dobrze zdokumentowaną swoją pracę. Chciałabym także nadal współpracować z  Kroniką Miasta Poznania. Ale na razie powiedziałam sobie: żadnych nowych tematów. Zrób to, co ci tutaj zalega.

Porządnie, po poznańsku.

Ja nie jestem taka porządna. Wszystko robię na ostatnią minutę. Wciąż mi się coś nie podoba, coś poprawiam, przestawiam.  Pewnie dlatego, że bardzo długo pracowałam razem z Ireną Goszczyńską – najwięcej z nią i z Jurkiem Kamyszkiem. Oni zwracali uwagę na te wszystkie szczegóły techniczne. A ja montowałam na ostatnią minutę, tuż przed terminem emisji i wtedy rzucałam się na głęboką wodę. Piotr Frydryszek nigdy nie mógł pojąć, że przychodzę do studia, mam coś powiedzieć, a wokół mnie pełno kartek, rozgardiasz. A ja się po prostu wtedy mobilizuję. Jak jest już Godzina Zero.

 


 

LAUR

WIELKOPOLSKIEGO ODDZIAŁU

STOWARZYSZENIA DZIENNIKARZY POLSKICH 2023

DLA

 

Red. Grażyny Wrońskiej – Walczak

laudacja

wygłoszona przez red. Barbarę Miczko-Malcher, wiceprezesa Zarządu WO SDP

Barbara Miczko-Malcher – wiceprezes Zarządu WO SDP

GRAZYNA WROŃSKA -WALCZAK całe swoje blisko 60 letnie życie zawodowe związała z radiem. Pracę w Polskim Radiu Poznań rozpoczęła w 1965 roku. Przechodziła przez różne redakcje i uprawiała wiele form dziennikarskich. Z racji polonistycznego wykształcenia wsparta też profesorską wiedzą męża Bohdana Walczaka, znakomitego językoznawcę, wprowadziła na antenę cykliczną audycję „Język na zakręcie”. Ma ona charakter lekkiej rozmowy i niewątpliwy walor edukacyjny. W dorobku Grażyny Wrońskiej są tez audycje i rozmowy poświęcone wybitnym Wielkopolanom, historycznym postaciom, omówienia książek, informacje o bieżących wydarzeniach kulturalnych. W 1982 roku, kiedy w telewizji pojawił się świetny serial „Najdłuższa woja nowoczesnej Europy” Grażyna  Wrońska wspólnie z Małgorzata Jańczak zrealizowały cykl audycji  „Bohaterowie najdłuższej Wojny” przybliżając ludzi i miejsca związane z filmem i walką Polaków z germanizacją w Wielkopolsce.  W Telewizji Poznańskiej wspólnie z Piotrem Libickim Grażyna pracowała przy cyklu dokumentalnych filmów prezentujących Wielkopolskę w ujęciu historycznym i kulturalnym. Cykl ten zatytułowany był ”Poza horyzontem”.

I w końcu w Wydawnictwie św. Wojciecha w serii „Poznaj Poznań” redaktor Wrońska wydała książkę zatytułowaną „…do niepodległości”. Opisuje tam znaczące dla walki o niepodległość postaci i wydarzenia. Grażyna od lat też współpracuje z Wydawnictwem Miejskim zamieszczając w „IKS-ie” i w Kronice Miasta Poznania” wywiady i felietony. Wymieniłam tylko część osiągnięć Grażyny, ale łatwo zrozumieć, że po tak długiej, intensywnej pracy zawodowej nie da się streścić wszystkiego w kilku zdaniach. Trzeba tu jednak podkreślić rzecz bardzo istotną, a mianowicie – etykę dziennikarską.

Redaktor Grażyna Wrońska była i jest wierna zasadom uczciwości i rzetelności tak wobec swoich rozmówców jak i kolegów dziennikarzy.

Laur jest wyrazem naszego wielkiego szacunku i uznania za Jej wieloletnią, znakomitą pracę dziennikarską.


Wywiad z uhonorowanym Laurem WO SDP red. Piotrem Lisiewiczem z-cą red. nacz. Gazety Polskiej:

TUTAJ

Relacja z uroczystości wręczenia nagród WO SDP:

TUTAJ

CEZARY KRYSZTOPA: Ukraina straciła drugą szansę na pierwsze wrażenie

W sprawy Ukrainy emocjonalnie wciągnąłem się podczas Pomarańczowej Rewolucji. Pomagałem jak mogłem i umiałem. Chodziłem a demonstracje w Warszawie, robiłem grafiki, poznawałem zaangażowanych Ukraińców. Potem to samo podczas Majdanu

Za każdym razem byłem przekonany o tym, że przed nami świetlana przyszłość. Oni wyzwolą się spod rosyjskiej dominacji, a polska pomoc stanie się podwaliną pod nowe otwarcie stosunków między nami. Dużo ze znajomymi Ukraińcami rozmawialiśmy, czasem z konstruktywnym skutkiem, jak wtedy kiedy po burzliwej dyskusji musiałem uznać, że słynne zdjęcie dzieci przywiązanych drutem kolczastym do drzewa, które w naszej masowej wyobraźni było ilustracją Rzezi Wołyńskiej, było komunistyczną manipulacją i ilustracją przedwojennej okrutnej, ale niezwiązanej z Rzezią Wołyńską, kryminalnej zbrodni Marianny Wolińskiej. A czasem bez konstruktywnych wniosków, jak wtedy kiedy im tłumaczyłem, że ich zachwyt Niemcami źle się dla nich skończy, bo ci zawsze sprzedadzą ich Rosji za czapkę śliwek, czy też wtedy kiedy im tłumaczyłem, że krążący po Ukrainie emisariusze Gazety Wyborczej i Platformy Obywatelskiej, nie są ich przyjaciółmi.

Później, później…

Za każdym razem jednak, kiedy chciałem poruszyć kwestie dotyczące ludobójstwa na Wołyniu, słyszałem – Nie teraz, bo wiesz, Rewolucja, Majdan, aneksja Krymu, inwazja Donbasu. Jak im odmówić racji? Historia jest ważna, ale żywi ważniejsi. Podkreślałem wprawdzie, że powinni pamiętać że moją perspektywą nie jest perspektywa ukraińska, ale polska i nie da się tego odkładać w nieskończoność, ale w istocie odkładałem.

Pierwsza szansa

24 lutego 2022 roku zawalił się świat, który znaliśmy. Ten kto mówi, że nie zadawał sobie wtedy pytania gdzie zatrzymają się rosyjskie czołgi, z dużą dozą prawdopodobieństwa kłamie. Mimo to Polska i Polacy ruszyli do masowej pomocy. Nie tylko dla chwalebnego odruchu serca, ale również przez świadomość zwierzęcej moskiewskiej brutalności, którą Polacy dobrze znają i woleliby sobie na nowo nie przypominać. Polska stała się na jakiś czas jedynym oparciem Ukrainy. I Ukraina nie dała się zaorać w trzy dni jak chcieli tego rosyjscy generałowie żyjący najwyraźniej zamierzchłą potęgą.

Jednocześnie palącą wręcz kwestią, szczególnie wobec o wiele sprawniejszej od rosyjskiej armii rosyjskiej propagandy, stało się „posprzątanie” kwestii spornych. A było co, choćby w związku z rozwijającym się na Ukrainie „kultem Bandery” i jemu podobnych oraz zakazem ekshumacji ofiar Rzezi Wołyńskiej, „sprzątać”. 11 lipca 2022 wydawało się oczywistym, że po bezprecedensowej fali polskiej pomocy, w ramach której Polacy przyjęli miliony ukraińskich kobiet i dzieci tak, że ku zaskoczeniu całego świata nie trzeba było budować obozów dla uchodźców, z ust wdzięcznego prezydenta Zełenskiego padnie wreszcie słowo „przepraszam” a kwestie sporne zostaną z łatwością zdmuchnięte. Nic takiego się nie stało. Szkoda, to mogło być nowe otwarcie, pierwsze wrażenie w nowym rozdziale.

Druga szansa

Kolejne miesiące przyniosły morze przelanej krwi ukraińskich obrońców. Ukraińcy zadziwili świat zawziętością, z jaką nie tylko przepędzili „niezwyciężoną armię czerwoną” spod Kijowa, ale również odzyskali część utraconych terytoriów. Wszystko to nie byłoby możliwe bez polskiej pomocy. Finansowej, w zakresie uzbrojenia I politycznej. W ramach tej pomocy, przed czym sam ostrzegałem, Polska wręcz naruszała własne zasoby w sposób krytyczny, czym zmobilizowała większą część Zachodu, a nawet niezadowolone z kłopotów kumpla Władimira Niemcy, do podobnych gestów. Wydawało się, że 11 lipca 2023, 80. rocznica kulminacyjnej dla Rzezi Wołyńskiej Krwawej Niedzieli, musi już być momentem przełomu. Ofiary zasługują na pamięć ze swojej natury, ale i Polska jako państwo i Polacy, wydaje się, że „zasłużyli” na gest ze strony prezydenta Zełenskiego. I znowu nic takiego nie nastąpiło.

Nie chcę się już pastwić nad Prezydentem Andrzejem Dudą, który być może jest przekonany, że do takiego „przełomu” doprowadził, o czym świadczą jego zupełnie niepotrzebne słowa skierowane do zasłużonego księdza Isakowicza-Zaleskiego, ale wszystkie te słowa o „pojednaniu” i „przebaczeniu”, które padły podczas obchodów, zdają się być zawieszone w pustce bez konkretów z ukraińskiej strony. Nic dziwnego, ponieważ do „przebaczenia” i „pojednania” potrzebne są najpierw „wyznanie win” i „żal za grzechy”. A tego, w okrągłych słowach ukraińskich oficjeli różnych szczebli, unikających stwierdzeń kto kogo zabijał i kto jest czemu winien, zabrakło. A przede wszystkim zabrakło ich ze strony prezydenta Zełenskiego. Nie trzeba „ruskiej propagandy”, kiedy przy dziwnej zachowawczości polskich władz, Ukraińcy sami dbają o wbijanie klina pomiędzy nich a Polaków. W ten sposób zmarnowane zostały dwie dobre okazje na „pierwsze wrażenie”. I raczej już się nie powtórzą.

Ukraina potrzebuje bardziej

Pomiędzy Rosją a Niemcami Polska potrzebuje Ukrainy. Ale Ukraina potrzebuje Polski w o wiele większym stopniu. Zachłystując się znowu byciem w centrum uwagi, Ukraińcy popełniają po raz kolejny ten sam błąd – jaskółki ćwierkały, że tuż przed szczytem poczuli się na tyle pewnie z zachodnimi „gwarancjami”, że trochę zbagatelizowali rolę Polski jako ich największego rzecznika. Więc jeśli wyjeżdżają z Wilna z dużym niedosytem, to istotnie przez brak wdzięczności (…) To samo było po 2014, kiedy np. polska zbrojeniówka sporo oferowała, ale oni zachłysnęli się ofertami Zachodu, z których niewiele wyszło (…) – pisała na Twitterze po szczycie w Wilnie analityk i ekspert ds. międzynarodowych dr Beata Górka-Winter, która pisała również, że „w kuluarach było słychać, że próbują nas odsuwać”.

Jeśli Ukraińcom wydawało się, że „już nie potrzebują Polski”, ponieważ mają teraz większych kolegów, to po niezadowalających wynikach szczytu w Wilnie, na którym Niemcy wrócili w amerykańskie łaski, wydaje się, że dostali bolesną nauczkę. Czy ta z kolei ich czegoś nauczy? Nie wiem, ale odnoszę wrażenie, że piłka nie jest po polskiej stronie.

 

Z cyklu „Zapomniane losy Polaków” SERHIJA KULIDY: Wyrok NKWD na śpiewaczkę operową (1)

Aurelię Dobrowolską spotkał okrutny los. Poranek 4 listopada 1942 roku był pochmurny i posępny, tak jak cele aresztu śledczego NKWD w Kirowie (europejska część Rosji – obecnie Chłynów). Żelazne drzwi jednej z cel otworzyły się z paskudnym skrzypieniem, a na progu pojawił się zadowolony nadzorca:

– Dobrovolskaya, wyjdź!

– I to szybko! – warknął.

 Na ponurym dziedzińcu więziennym polską artystkę operową wepchnięto Aurelię Dobrowolską do samochodu zwanego „czarnym krukiem”.

Podróż nie trwała długo. Samochód zatrzymał się przy szarym budynku, a Aurelia rozpoznała to smutne i straszne miejsce – Biuro Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych. Bez słowa eskorta w szarych płaszczach i czapkach z niebieskimi opaskami odprowadziła kobietę na drugie piętro i wepchnęła ją do czyjegoś ascetycznego gabinetu, którego pomalowane olejem ściany o nieokreślonym odcieniu – ani brudnej żółci, ani musztardy – zdobiły tylko portrety chytrze uśmiechniętego Stalina i Dzierżyńskiego.

Mężczyzna w mundurze KGB siedzący przy biurku w milczeniu przeglądał akta śledcze. Następnie, podnosząc wzrok na oskarżoną, powiedział obojętnie:

– Aurelia Iosifovna Dzirne-Dobrovolskaya, zgodnie z artykułem 58, paragrafy 10 i 11 Kodeksu Karnego RFSRR, jesteś oskarżona o antyradziecką propagandę w czasie wojny. Czy jest to dla ciebie jasne?

Sopranistka nie odpowiedziała. Przesłuchujący krzyknął przeciąglr

– Rozumiesz suko?!

-Ale dlaczego? – aresztowana kobieta płakała. Nagle padła nieprzytomna na podłogę, na której widać było brązowe plamy od krwi przelanej wcześniej w tym pokoju…

Enkawudzista wstał ze skrzypiącego krzesła, powoli poprawił pas swoim zwykłym ruchem i kopnął omdlewającą kobietę. Uśmiechnął się i wycedził:

– Sama wszystko dobrze wiesz…

Cicha ukraińska noc…

Pod koniec XIX wieku miejscowość Biała Cerkiew niedaleko Kijowa pozostawała w zapomnieniu. Ale wcześniej, jak napisał filozof Nikołaj Bierdiajew, „Biała Cerkiew i Aleksandria były prawdziwym księstwem z dworem, z ogromną liczbą ludzi, z dużymi stajniami koni pełnej krwi, z polowaniami. Biała Cerkiew przyciągała arystokrację tzw. Terytorium Południowo-Zachodniego”. Czasy polskich magnatów Branickich jednak uległy zapomnieniu, pozostawiając lekką zasłonę nostalgicznych wspomnień.

22 listopada (4 grudnia), 1881 roku w prowincjonalnym – obecnie – miasteczku w zubożałej rodzinie ambitnego polskiego szlachcica Józefa Dobrowolskiego, urodziła się dziewczynka, ochrzczona przez miejscowego księdza jako Aurelia Cecylia Anna. Wkrótce ojciec przyszłej śpiewaczki zmarł a jego żona i matka Aurelii musiała imać się różnych zajęć, aby utrzymać rodzinę – szyła, robiła na drutach i szydełku.

Dziewczyna dorastała, jeśli użyć prozy Konstantina Paustowskiego, chłonąc „obraz swojej ojczyzny z jej niekończącym się niebem i ciszą pól, z jej zamyślonymi lasami”. Rozumiejąc ” elastyczny, lekki, nieskończenie bogaty w obrazy i intonacje język ukraiński”. Oczywiście Aurelia słuchała przy tym uduchowionych melodii ludowych…

Kiedy Aurelia miała osiem lat, matka, zaniepokojona przyszłością córki, postanowiła opuścić „cichy zakątek” i przenieść się do imperialnej stolicy.

Kariera

W Moskwie fortuna uśmiechnęła się do Dobrowolskich: był to współczujący dobroczyńca, który przejął szkolenie Aurelii. Sama dziewczyna zaczęła śpiewać w chórze kościelnym. Dyrektor chóru natychmiast zauważył jej wybitne zdolności wokalne i muzyczne, o czym entuzjastycznie poinformował dyrektora gimnazjum. I skierował Dobrowolską Konserwatorium Moskiewskiego.

Po pomyślnym przejściu przesłuchania Aurelia została przyjęta do klasy wokalnej. Warto zauważyć, że byli tam też Tonia Nieżdanowa i Wasia Petrow, których, podobnie jak Dobrowolską, czekała wspaniała przyszłość sceniczna.

Debiut na dużej scenie był nie mniej udany. Na początku września 1902 roku Aurelia Dobrowolska wykonała rolę Tatiany w operze Eugeniusz Oniegin Piotra Czajkowskiego, wystawionej w Teatrze Sołodownikowa. W następnym roku śpiewała w Moskiewskim Teatrze Akwarium, a następnie w Teatrze Ermitażu. Entuzjastycznie odnotowując sukces młodej divy operowej, gazety napisały: „Głos śpiewaczki – sopran koloraturowy – wyróżnia się pięknem dźwięku, elastycznością i wyjątkowym zakresem, wykonaniem – jasnością, muzykalnością i temperamentem”.

W 1904 roku piosenkarka poślubiła słynnego inżyniera chemika fabryki Sormovo, Konstantina Bostanzhoglo, który wkrótce został przeniesiony do wojskowej fabryki Sablinsky w Petersburgu. Aurelia była zachwycona przeprowadzką. W końcu od dawna marzyła o śpiewaniu na scenie słynnego Teatru Maryjskiego! A jej nadzieje były uzasadnione: w kwietniu 1905 roku Dobrowolska wykonała rolę Ludmiły w operze Michaiła Glinki Rusłan i Ludmiła. Następnie z powodzeniem występowała w „Nowej Operze” przedsiębiorcy księcia Aleksieja Cereteli w Teatrze Akwarium i Nowym Teatrze Letnim. Występowała w Paryżu i Mediolanie.

W 1906 roku Dobrovolskaya i jej mąż wrócili do Moskwy. Aurelię zaangażowano do prywatnej opery Siergieja Zimina. Trzy lata później dostała rolę królowej Szemachan w operze „Złoty kogucik” Nikołaja Rimskiego-Korsakowa. W recenzji sztuki muzykolog i kompozytor Julius Engel napisał: „Tylko dwa lub trzy najwyższe dźwięki nie brzmią u artystki. Wszystko inne przyciąga pięknem dźwięku, bogactwem ekspresji, błyskotliwością wykonania. Aktorce czasami udaje się nawet uchwycić nieuchwytność: cechy tajemniczego demonizmu w złożonym obrazie królowej Shemakhan, który niewątpliwie ma stać się kamieniem probierczym dla przyszłych pokoleń śpiewaków” – pisał recenzent.

I wreszcie, w 1910 roku, nastąpiło nowe radosne wydarzenie: została przyjęta do trupy Teatru Bolszoj. To tutaj, u szczytu kreatywności, Aurelia Dobrowolska śpiewała swoje najlepsze role – w sumie – jak pisano siedem tuzinów.

To właśnie w Bolszoj Aurelia Dobrowolska wystąpiła na scenie z Fiodorem Chalapinem, który okazał się bardzo trudnym partnerem. Na próbach, z charakterystyczną dla siebie ironią, Chalapin zwrócił uwagę jej uwagę: „Aurelka, kochanie, wchodzisz później niż to konieczne”. Aurelia nie poczuła się jednak urażona. Krytyk muzyczny i pisarz Nikołaj Kaszkin napisał: „Różnica w stylu okazała się taka, jakby pan Chaliapin śpiewał muzykę jednego kompozytora, a wszyscy inni śpiewali coś innego”.

W 1914 roku Dobrowolska, na zaproszenie Siergieja Diagilewa, wystąpiła w „Rosyjskich porach roku” w Londynie i Paryżu. Ponadto w stolicy Francji zagrała w filmie dla kinematografu. Napisano dla niej utwór muzyczny „Deszcz kapał całą noc” i walca „Dziecko miłości”. W Europie trwała wojna, ale wydawało się, że nowe triumfy czekają Aurelię. W 1917 roku wybuchła rewolucja i życie sopranistki zmieniło się dramatycznie …

Śmierć za szpiegostwo

W tych złych latach Aurelia Dobrowolska kontynuowała występy w przedstawieniach Teatru Bolszoj. Widząc trudną sytuację młodych artystów, współczująca primadona starała się im pomóc w każdy możliwy sposób. Czasami nawet kromką chleba…

W tym samym czasie Dobrowolska musiała wykonywać tzw. prace publiczne. Wraz z nowo mianowaną dyrektor teatru, Eleną Malinovskaya, pracowała w Radzie Deputowanych Robotniczych.

Tancerz baletowy Asaf Messerer napisał: „Na stanowisku dyrektora Teatru Bolszoj była Elena Konstantinovna Malinovskaya, która była wcześniej komisarzem teatrów państwowych. Bez uśmiechu, surowa, powściągliwa. Na jej biurku leżało kilka telefonów. Ciągle dzwonili do niej różni ludzie, w tym Łunaczarski i jakiś inny towarzysz z Wszechrosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego. Malinovskaya mówiła do wszystkich równym, spokojnym głosem” – wspominał Messerer.

Malinowska przyznała się kiedyś Dobrowolskiej, że brała udział w tłumieniu kontrrewolucyjnej rebelii. Wówczas Aurelia ostro oświadczyła: „Twoje ręce są pokryte krwią, nie będę z tobą pracować”. I wyszła z teatru. Jednak wkrótce Malinowska przekonała aktorkę do powrotu do teatru. Nie na długo.

W Rosji Sowieckiej szalał głód, a aby uratować dzieci przed śmiercią, Aurelia z dziećmi i mężem przeniosła się do Nowoczerkaska a potem do Charkowa. W pierwszej stolicy Ukrainy Aurelia dostaje pracę w Charkowskiej Operze, a wkrótce rozwodzi się z Konstantinem Bostanzhoglo i wyjeżdża do Baku. Stamtąd do Odessy, gdzie występuje na scenie słynnej opery.

Częste przeprowadzki, rozwód, zaburzenia wpłynęły na zdrowie piosenkarki – jej głos zaczął słabnąć. Aurelia była leczona także przez słynnego okulistę Wasilija Dzirne, który oświadczył się Dobrowolskiej a w 1925 roku para wyjechała do Moskwy.

Przez jedenaście lat para żyła w harmonii i szczęściu. Z powodów zdrowotnych Aurelia opuściła scenę i zaczęła uczyć muzyki: najpierw w Szkole Muzycznej im. Rachmaninowa, a następnie w Wojskowej Wyższej Szkole Muzycznej im. Frunzego. Od czasu do czasu koncertowała. Akompaniatorem był jej mąż, bo jak się okazało Dzirne był znakomitym pianistą…, ale w 1936 roku został aresztowany i oskarżony o szpiegostwo na rzecz obcego mocarstwa.

Najwyraźniej sprawa została „uszyta” pośpiesznie, ponieważ lekarz nie został zastrzelony, ale wysłany do aresztu w Kirowie. Sam zwięźle powiedział: „Jakoś dziwnie przeprowadzili przesłuchanie, w rzeczywistości o nic nie pytali” – zwrócił uwagę.

23 maja 1941 roku Dzirne został ponownie aresztowany, oskarżony o szpiegostwo na rzecz Niemiec. Prawie rok później zmarł w więzieniu, nie przeżywszy brutalnych przesłuchań. Czarne chmury zbierały się też nad Dobrowolską.

Szef 1. Oddziału KRO NKWD obwodu kirowskiego, porucznik bezpieczeństwa państwowego Zotow, osobiście aresztował ją za „prowadzenie antyradzieckiej agitacji” i zaproponował zastosowanie kary 10 lat więzienia wobec aresztowanej kobiety. Specjalne posiedzenie NKWD ZSRR 4 listopada 1942 roku wydało wyrok – rozstrzelać. Egzekucję natychmiast wykonano.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Komandorzy od Unruga

21 lipca 1952 r. zapadł wyrok w tzw. procesie komandorów – siedmiu wysokich oficerów Marynarki Wojennej komuniści fałszywie oskarżyli o szpiegostwo i dywersję. Pięciu oskarżonych skazano na karę śmierci (wykonano trzy wyroki), pozostałych na karę dożywotniego więzienia.

Wyrok wydał płk Piotr Parzeniecki – zmarły niedawno morderca sądowy. Zmarły nieosądzony. I jak tu się nie zgodzić ze słowami prezydenta Andrzeja Dudy, że III RP nie zdała egzaminu. Oskarżał prokurator Stanisław Zarako-Zarakowski. Wyrok – metodą katyńską – wykonał starszy sierżant UB Aleksander Drej – ten jak zwykle był pijany. Jego nałóg nie przeszkadzał mu wykłócać się o nagrodę za każdą egzekucję. W końcu doczekał się – zarządzeniem nr 19 MBP za ofiarną pracę w zwalczaniu „bandytów” dostał premię w wysokości 30 tys. zł. (niemal dwuletnia średnia pensja).

„Obrońcy polskiego Wybrzeża, zamordowani w zdradziecki sposób, 65 lat czekali na ten moment; dzisiaj wreszcie możemy ich pożegnać z honorami należnymi bohaterom Rzeczypospolitej” – mówił w 2017 r. Andrzej Duda na pogrzebie straconych przez komunistycznych okupantów trzech komandorów: Stanisława Mieszkowskiego, Zbigniewa Przybyszewskiego i Jerzego Staniewicza. W Kwaterze Pamięci Cmentarza Marynarki Wojennej w Gdyni-Oksywiu prezydent RP podkreślił, że zginęli jako żołnierze niezłomni, którzy nigdy nie przestali realizować swojej służby dla Polski.

O pamięć i godne uczczenie swoich żołnierzy upomniał się przez lata wiceadmirał Józef Unrug, dowódca polskiej floty i obrony Wybrzeża z 1939 r. Wszyscy trzej – Mieszkowski, Przybyszewski i Staniewicz – po klęsce wrześniowej dostali się do niewoli niemieckiej. W 1945 r. powrócili do Ojczyzny i służby w Marynarce Wojennej.

Aż przyszedł 1950 r. Witold Mieszkowski wspomina: „20 października, jak zwykle rankiem, ojciec wyszedł z psem na spacer. Z tego spaceru po paru godzinach wrócił do domu samotnie zdyszany pies. Ojca już nigdy więcej miałem nie zobaczyć. Ani żywego, ani nawet martwego”. Aresztowany przez Informację Wojskową Stanisław Mieszkowski był torturowany w śledztwie. Po dwóch latach – tak jak pozostali – oskarżony o udział w imperialistycznym „spisku w wojsku”.
Morderca Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Wyrok na komandorze Jerzym Staniewiczu wykonał wspomniany już ubecki kat Mokotowa Aleksander Drej 12 grudnia 1952 r., a na komandorach Stanisławie Mieszkowskim i Zbigniewie Przybyszewskim – tym samym sowieckim strzałem w tył głowy – cztery dni później. Siedem miesięcy wcześniej, trzy kilometry dalej zgodnie z decyzją mordercy Bieruta zaczął powstawać pałac Stalina.

Komuniści nie poinformowali rodzin, co stało się z komandorami. Witold Mieszkowski przez lata walczył o odnalezienie szczątków ojca (dokonała tego w końcu na „Łączce” ekipa prof. Szwagrzyka), i – bezskutecznie – osądzenia żyjących morderców.

HUBERT BEKRYCHT pisze jak łatwo media tracą resztki dobrej opinii: Rzeczpospolita bez głowy…

Przyznam, że jak dostałem od kolegi fotografię pierwszej strony środowego (12 lipca 2023 r. ) dziennika Rzeczpospolita z informacją, że zdjęcie szefów państw NATO ukazało się bez głowy (dosłownie) prezydenta Polski Andrzeja Dudy, myślałem, że to żart.

Sprawdziłem. Niestety, nie. W oryginale na tej fotografii, w centrum kadru są: szef NATO, prezydent Francji, nad nim prezydent Polski, a dalej w prawo prezydenci USA, Niemiec i premier Wielkiej Brytanii a wśród innych głów państw jest też prezydent Turcji…

Na zdjęciu na pierwszej stronie Rzeczpospolitej jest tylko Stoltenberg, Macron, Biden, Scholz i Sunak. Nad prezydentem Francji stoi prezydent Duda, ale, jakkolwiek to zabrzmi, bez głowy… Na pierwszej stronie polskiej gazety uzurpującej sobie prawo do bycia pierwszym prasowym medium opiniotwórczym ucina się zdjęcie, tak aby nie było twarzy prezydenta Polski na ważnym spotkaniu międzynarodowym!

Nie znam podobnego przypadku i dlatego o tym piszę. Nie zaglądam nawet do mediów innych państw reprezentowanych na szczycie w Wilnie, aby wiedzieć, że ani brytyjskie, ani francuskie, ani amerykańskie a już na pewno nie niemiecki gazety i portale nie „ucięły” głów swoich głów państw. Co więcej, nawet tam, gdzie w centrum kadru nie zmieścili się inni przywódcy, w tych krajach ich politycy mają na zdjęciach głowy. I w przeciwieństwie do redaktorów Rzeczpospolitej coś w tych głowach mają.

Rzeczpospolita dziennik jeszcze całkiem niedawno naprawdę rzetelnie opisujący naszą rzeczywistość umieścił na pierwszej stronie motto „Najbardziej opiniotwórcze medium dekady”. No cóż, dobre samopoczucie redakcji dopisuje, bo to co zrobili 12 lipca to nie tylko skandal, ale zbrodnia medialna. Niestety nie penalizowana w żadnych kodeksach, ale – mam nadzieję – zbrodnia medialna, która wywoła odpowiednią reakcję. Nie tylko wśród czytelników gazety.

Mam nadzieję, że redaktor naczelny Rzeczpospolitej Bogusław Chrabota, dzięki któremu dziennik ratował do 12 lipca może kilka promili swojej dawnej dobrej opinii, ze wstydu stał się czerwony jak leninowskie sztandary. Bo to w końcu nad rzeką Moskwą najlepiej wycinano ze zdjęć stalinowskich prominentów… To jednak było prawie sto lat temu.

Aby to jednak uczynić teraz prezydentowi kraju, w którym ukazuje się gazeta trzeba być albo głupim albo…

Rzeczpospolita bez głowy to nie jest przypadek, chyba, że zdjęcia kadrowano do druku i publikacji w Berlinie albo Amsterdamie. To nie jest przypadek, bo na drugiej stronie wydania Rzeczpospolitej z 12 lipca reklamowana jest działalność jednego z lewicowych aktywistów Sławomira Sierakowskiego, którego teksty są po prostu lewackie. To nie przypadek, bo po kilku minutach lektury, nie tylko tej z 12 lipca, nie widać większych różnic między Rzeczpospolitą a Gazetą Wyborczą.

I jeszcze mój ukochany dowcip, który daje się jeszcze, na szczęście, twórczo przerabiać:

Jaka jest różnica między Rzeczpospolitą a Platformą Obywatelską. Żadna. No, może tylko taka, że w Rzeczpospolitą można teraz rybę zapakować.