Bohater, a nie kolaborant – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o podpułkowniku Leonardzie Zub-Zdanowiczu

9 sierpnia 1943 r. w okolicy wsi Borów w powiecie kraśnickim oddział Narodowych Sił Zbrojnych w ramach zwalczania organizacji komunistycznych wykonał wyrok na 26-, 28-osobowej grupie działającej pod szyldem Gwardii Ludowej. Oddziałem NSZ dowodził cichociemny podpułkownik Leonard Zub-Zdanowicz.

1 kwietnia 2017 r. to Leonard Zub-Zdanowicz został zaatakowany. Atakującym była „Gazeta Wyborcza”, dla której zresztą nie była to pierwsza napaść na polskich żołnierzy, w tym Żołnierzy Wyklętych. Tym razem organ z Czerskiej opublikował list „wybitnych intelektualistów”, którzy mieli popierać historyka z lubelskiego IPN, krytykującego propozycję nadania jednej z ulic miasta imienia bohatera walki z Niemcami i Sowietami. To właśnie ppłk Leonard Zub-Zdanowicz ps. „Ząb” (1912-82) miał zastąpić dekomunizowaną Lucynę Herc. Ów historyk Maciej Sobieraj zarzucił żołnierzowi AK i NSZ, cichociemnemu, a później działaczowi polonijnemu w USA, że był dezerterem i współpracował z Niemcami, a Narodowe Siły Zbrojne uznał na formację nielegalną.

Zasłużony dla odkłamywania polskiej historii prof. Tomasz Panfil napisał na Facebooku: „Czytam list «wybitnych intelektualistów», z wielką przykrością znajdując sporo nazwisk znanych mi ludzi, historyków z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Koledzy ‒ jak Wy, utytułowani ludzie z dorobkiem naukowym, mogliście podpisać taki paszkwil, taki stek komunistycznych cynicznych łgarstw i bredni?! Czy nie drgnęła Wam ręka, gdy składaliście swój podpis pod słowami: „… Jako jeden z dowódców Brygady Świętokrzyskiej podjął w grudniu 1944 r. współpracę z Niemcami, a następnie z Brygadą Świętokrzyską, wraz z oddziałami Wehrmachtu, opuścił Polskę…”?

Pod stalinowską tezą o współpracy Brygady Świętokrzyskiej z III Rzeszą prócz naukowców z KUL podpisali się m.in. historycy: Antoni Dudek, Dariusz Libionka, Dariusz Stola i Andrzej Friszke, ówczesna dyrekcja Muzeum II Wojny Światowej, Paweł Machcewicz i Piotr Majewski, Adam Leszczyński z „Wyborczej”, były prezes IPN Łukasz Kamiński, politolog Klaus Bachmann, naukowiec Żydowskiego Instytutu Historycznego Andrzej Żbikowski, czy wychwalający paszkwilanta Grossa Jan Grabowski.

Sygnatariusze listu „zapomnieli” dodać, że „w ramach współpracy z Niemcami” w maju 1945 r. Brygada Świętokrzyska NSZ wyzwoliła niemiecki obóz koncentracyjny w Holiszowie na terenie Czech, uwalniając ok. 700 więźniarek i biorąc do niewoli ok. 200 SS-manów. Innym zarzutem było dokonanie przez oddział Leonarda Zub-Zdanowicza wspomnianej egzekucji członków Gwardii Ludowej w sierpniu 1943 r. Tyle tylko, że ten komunistyczny oddział był rabunkową bandą.

Prof. Tomasz Panfil zakończył swój wpis: „Znajduję tylko dwa powody takiego zachowania: ignorancja albo zła wola. I jeden i drugi sprawiają, że wstyd mi za Was. Wstydzę się za Was, choć to WY wstydzić się powinniście za siebie”. Wstydzić za komunistyczną, zbrodniczą propagandę. W efekcie tej historyczno-współczesnej propagandy ppłk Leonard Zub-Zdanowicz nie ma w Lublinie swojej ulicy. Wobec opisanej wyżej nagonki należy się cieszyć, że temu bohaterowi walki z Niemcami i Sowietami udało się w stolicy lubelszczyzny dedykować skwer.

 

O kolejnej odsłonie tzw. afery melioracyjnej pisze KRZYSZTOF SAPAŁA: Senator jak starszy brat

 W tym przypadku przed Sądem Okręgowym w Szczecinie, gdzie od ponad trzech lat toczą się sprawy w związku z aferą melioracyjną, której głównym bohaterem jest Stanisław Gawłowski – kiedyś wiceminister Środowiska, poseł PO i szef tej partii na Pomorzu Zachodnim. Teraz to „niezależny” senator z kilkoma zarzutami m.in. o charakterze korupcyjnym.

 Po sprawie, która odbyła się 20 lipca 2023 roku, podczas której panowało przekonanie, że wszystko zbliża się ku końcowi i zostaną wygłoszone mowy końcowe. Okazało się jednak, że nie ma biegłych, którzy sporządziliby opinię i przekazali sądowi.

Sędzia Grzegorz Kasicki z Sądu Okręgowego w Szczecinie, przekazał, iż już dwudziestu biegłych z zakresu melioracji odmówiło wykonania takiej opinii. W uzasadnieniach swych odmów stwierdzali przede wszystkim, że chodzi o kwestię finansową, że mają zbyt niską stawkę za godzinę pracy, ale moim zdaniem zachodzi tu też wątek polityczny; układy etc. Pisałem o tym w poprzednim felietonie na sdp.pl

Tym razem przed sądem zostali przesłuchani przedsiębiorcy, których firmy, w mniejszym lub większym stopniu, brały udział w budowaniu wrót na Kanale Jamneńskim, Nazywając rzecz po imieniu dotyczy to jednej z najgłośniejszych afer ostatnich lat, czyli afery melioracyjnej. Przed sądem stanęli przedsiębiorcy – oskarżeni, którzy z jednej strony wychwalali się, że są porządnymi ludźmi, przedsiębiorcami, wykonawcami oraz krytykowali a także wyzywali konkurentów.

Przed sądem stawił się przedostatni świadek Jacek O., przedsiębiorca budowalny, który czuję się oszukany m.in. przez innego przedsiębiorcę budowalnego Bogdana K. Jacek O. zeznał przed sądem, że za podwykonawstwo miał dostać 1,7 miliona złotych a dostał tylko 700 tysięcy złotych; poza tym dowiedział się od Bogdana K., że Jacka O. zastąpi inny podwykonawca. Wskutek takiego obrotu sprawy Jacek O. powiedział do Bogdana K., że pójdzie z tym do sądu na co ten ostatni miał powiedzieć, że może sobie iść, że on – Bogdan K. – zna bardzo dobrze od dwudziestu lat Stanisława Gawłowskiego oraz inne wysoko postawione osoby, i że tej sprawy nie wygra.

Jacek O. dodał także, że przez Bogdana K. popadł w długi i nie mógł pójść do sądu a także to, że podpisał z Bogdanem K. dokument, w którym zrezygnował z wspomnianego wyżej miliona złotych. Trzeba też dodać, że Jacek O. w innej sprawie, ale związanej z aferą melioracyjną, ma postawiony zarzut sfałszowania dokumentów. Poinformował też sąd, że jak na plac budowy przyjeżdżał ówczesny dyrektor zachodniopomorskiej melioracji Tomasz P., to ten ostatni krzyczał, wyzywał wszystkich, groził, że wszystkich powyrzuca.

Natomiast Bogdan K. zaprzecza temu wszystkiemu co zeznał Jacek O. i dodaje, że to on i jego firma mają najnowocześniejszy sprzęt do prac melioracyjnych i broni Stanisława Gawłowskiego, którego zna ponad dwadzieścia lat. Bogdan K. dodał także, że to on pożyczał od Gawłowskiego pieniądze a nie ten ostatni od niego. Powiedział też, że Stanisław Gawłowski jest dla niego jak starszy brat.

Prokuratura ustaliła wcześniej, że Bogdan K. przekazał Stanisławowi Gawłowskiemu 100 tysięcy złotych, apartament w Chorwacji oraz że prał brudne pieniądze i obiecywał wręczyć łapówkę dyrektorowi Tomaszowi P.

Reasumując, afera melioracyjna ma jeden wspólny mianownik a jest nim osoba Stanisława Gawłowskiego, o którym mówi się, że wszystkim kierował, rozporządzał, stał za każdym przekrętem, przyjmował różne korzyści majątkowe a dziś zasiada w polskim Senacie.

* * *

Po nagłośnieniu przez media problemu z biegłymi sprawą zainteresowało się Ministerstwo Sprawiedliwości, które zapowiedziało, że kompleksowo zajmie się uregulowaniem stawek wynagrodzeń biegłych.

 

WALTER ALTERMANN: Jak to hymn Rosji płynął Wisłą

Radio TokFM 1 sierpnia 2023 roku, nawiązując do obchodów rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, w tytule informacji ze zgrozą donosiło, że podczas uroczystej parady statków wycieczkowych na Wiśle, słychać było dobiegający z jednego z nich hymn ZSRR. Powiało skandalem. Jednakże w dalszej części informacji portalu internetowego TokFM mówi się już o „Międzynarodówce” i to kilkukrotnie.

Czyli, dekomunizacja odniosła skutek, skoro ktoś taki fakt zauważył. Z drugiej jednak strony – informacja radia jest dowodem zupełnej niewiedzy historycznej. A dobrze by było wiedzieć, że hymn Rosji ma tę samą melodię, korą miał hymn ZSRR. Zmieniono słowa, ale muzyka pozostała. Co już poddaje w wątpliwość prawdziwość tej informacji.

No i jeszcze ta okropna pomyłka, utożsamienie hymnu ZSRR z Międzynarodówką… To nie tylko są dwie różne pieśni, z inną muzyką i innymi tekstami. Międzynarodówka powstała we Francji daleko wcześniej od hymnu ZSRR, słowa napisano w 1871 roku, a muzykę w 1888 i była zawsze pieśnią lewicy – różnych odcieni. Hymn ZSRR powstał natomiast w roku 1944.

Wnioski są dwa. Pierwszy, że można nie lubić i zwalczać, ale trzeba dokładnie wiedzieć co się zwalcza. Drugi wniosek – coś mi się zdaje, że autor informacji chyba się poważnie przesłyszał, bo „słyszał z brzegu” i w końcu nie wiadomo co do niego dotarło.

Herkules cmentarny

Branża pogrzebowa w Polsce jest dość skomplikowana, bo to trzeba mieć do dyspozycji cmentarze, trumny i pracowników. Najczęściej w dużych miastach są dwie-trzy duże firmy oraz bardzo dużo punktów, które jedynie przyjmują zamówienia, ale pogrzebami zajmuje się zawsze któraś z tych dużych firm. Można zatem mówić o pośrednikach w branży.

Nic w tym zdrożnego, ale zauważyłem, że te małe firmy mają kłopot z wyborem nazwy dla siebie. Dominuje antyczna Grecja i Rzym. Są Styksy, Charonowie i Orfeusze. Ostatnio jednak zaskoczył mnie szyld: „Zakład pogrzebowy. Herkules”.

Nie dowierzając samemu sobie sprawdziłem, że w wersji greckiej Herakles, a w wersji rzymskiej Herkules nie mieli nic wspólnego z podziemnym, mrocznym światem. No, poza tym, że Herakles umarł w mękach przez koszulę podarowaną mu przez kochankę Dejanirę. Skąd zatem tak dziwaczna nazwa dla zakładu pogrzebowego? Z głębokiej nieznajomości antyku. Ale skoro nie wiem, nie jestem pewny, to słowa nie używam – nie jesteśmy w końcu w Sejmie.

Chyba, że właściciel zakładu oferuje obsługę osiłków, dorównujących silą Herkulesowi. Może ma takich, którzy w czwórkę mogą ponieść na ramionach dwie trumny naraz? W sumie strasznie i śmiesznie zarazem.

Ogólnie po całości

Ludzie w miejscach publicznych – na przystankach autobusowych, w tramwajach, sklepach – prowadzą rozmowy przez komórki głośno i bez zahamowań. Tym samym chcąc – nie chcąc, stajemy się biernymi uczestnikami ich życia. Bywa to często krępujące. Głównie jednak ludzie opowiadają innym „komórkowcom” głupoty i banały. Co w sumie jest dla nich kompromitujące, a dla przygodne słuchacza dość przykre.

Powie ktoś, że to nowy obyczaj… A ja powiem, że to po prostu brak kultury. Ostatnio w tramwaju musiałem wysłuchać komórkowego monologu nastolatki, który „szedł” tak:

– Idziesz na koncert tej Kowalskiej? Chodź, chodź ze mną, ja idę, to się spotkamy. Wiesz, że ja bardzo ją lubię, ogólnie. A ty też ją lubisz po całości? No to cześć, czekam ciebie o piątej przy zegarze.

Restołracja

Polska „restauracja” pochodzi od francuskiego „restaurant” co po francusku wymawia się jako „restoran” – w przbliżeniu. Niemniej od XVIII wieku Polacy spolszyczyli sobie restaurant i wymawiali ją tak jak piszą po polsku.

Rewolucja zaczęła sie niedawno i ogromna rzesza ludzi we wszystkich telewizjach mówi „restołracja”, Dlaczego? Nie wiem, ale widocznie ci lepsi z nas uznali, że trzeba dać znać, że oni znają francuski. I za nic im, że nie ma w polszczyźnie „restołracji zabytków”. Ano przykre, że znowu Polak małpuje zagranicę.

TAK oraz NIE

„Ona chroni swojej prywatności” – pisze dziennikarz na portalu WP Kobieta. Grubsza sprawa, bo trzeba było napisać: „Ona chroni swą prywatność”. Jeżeli zaś nie chroniłaby, to poprawnie będzie: „Ona nie chroni swojej prywatności”.

Smutne, że coraz więcej osób nie rozumie, że obowiązuje u nas zasada: kupiłem sól, nie kupiłem soli, znalazłem krzesło, nie znalazłem krzesła. Jest ojciec? Nie ma ojca. Czyli dopełniacz łączy się z przeczeniem, z twierdzeniem negatywnym. A mianownik z twierdzeniem pozytywnym. Tyle i aż tyle.

Bo takie są przypadki w języku polskim:

  • Mianownik (M.) – kto? co? (jest) – np. wiatr, misie
  • Dopełniacz (D.) – kogo? czego? (nie ma) – np. wiatru, misiów
  • Celownik (C.) – komu? czemu? (się przyglądam) np. wiatrowi, misiom
  • Biernik (B.) – kogo? co? (widzę) np. wiatr, misie
  • Narzędnik (N.) – (z) kim? (z) czym? (idę) np. (z) wiatrem, misiami
  • Miejscownik (Ms.) – o kim? o czym? (mówię) np. (o) wietrze, misiach
  • Wołacz (W.) – zwrot do kogoś lub czegoś np. góro! Misie!

To „było uczone” w szkole podstawowej, ale warto znowu wykuć tę zasadę deklinacji na blachę.

 

Wszystko płynie – czas i afera melioracyjna – pisze KRZYSZTOF SAPAŁA:Biegli i …przebiegli?

Albo pazerni, niedouczeni lub po prostu upolitycznieni, bo przecież biegi, specjaliści zajmujący się prawie każdą dziedziną życia są na listach sądów lub prokuratur. A skoro reformy sądownictwa nie było, to i biegi mogli brać udział w ulicznych demonstracjach, gdzie się krzyczy się m.in. „wolne sądy”. Wolne? Tak, bo postępowania trwają bardzo długo…

 Chodzi o aferę melioracyjną oraz jej głównego „bohatera” czyli obecnie „niezależnego” senatora Stanisława Gawłowskiego. Proces toczy się od ponad trzech lat przed Sądem Okręgowym w Szczecinie. 20 lipca 2023 roku można było się dowiedzieć, że potrwa jeszcze na pewno kilka miesięcy a może nawet kilka lat – jak powiedział sędzia Grzegorz Kasicki, który prowadzi tę sprawę.

Na pięćdziesięciu rozprawach wykonano ponad 90 procent zaplanowanych czynności. Zostali przesłuchani wszyscy oskarżeni i ponad dwustu świadków i już wydawało się, że w wakacje uda się zamknąć przewód sądowy i wygłosić mowy końcowe, ale…

Właśnie zawsze w takich i/lub podobnych sprawach pojawia się to, ale… W tym konkretnym przypadku chodzi o biegłych z zakresu prac wodnych przy nabrzeżach rzek i melioracji. Zostali oni powołani dlatego, że dwóch oskarżonych o fałszowanie dokumentów zaczęło się bronić dopiero na rozprawie a nie jak przeważająca większość w okresie dochodzenia. Z tego powodu sąd przygotował listę pytań do biegłego. Jedno z nich dotyczyło użycia odpowiedniej ilości warstw podłoża przy budowie kanału jamneńskiego.

Sędzia Grzegorz Kasicki poinformował zainteresowanych, że zajęciem się sprawą odmówiło już dwudziestu biegłych (sic!)

Na początek odmówili biegli z listy Prezesa Sądu Okręgowego w Szczecinie. Następnie sędzia Kasicki szukał odpowiednich biegłych w sądach w Słupsku, Koszalinie, Poznaniu a nawet w Warszawie; wszędzie tam gdzie są biegli ze specjalnością melioracyjną i hydrotechniczną. Oni też odmówili. W uzasadnieniu odmowy przeważał wątek finansowy. Ponieważ wynagrodzenie biegłego zaczyna się od ponad dwudziestu złotych za godzinę – czyli jest podobne do najniższego wynagrodzenia w gospodarce. Ale byli i też tacy biegli, którzy odpowiadali, że nie zajmują się tym o co ich pyta są mimo tego, że mieli przypisane w swych specjalizacjach właśnie to co interesowało sąd. Jeden z biegłych w odmowie sporządzenia opinii napisał, że może za dwa lata sądowi odpowiedzieć na zadane pytania. Lecz sędzia Grzegorz Kasicki wpadł na pomysł, aby odpowiednich biegłych poszukać w Związku Techników i Inżynierów i/lub na Zachodniopomorskim Uniwersytecie Technologicznym w Szczecinie.

Termin kolejnej rozprawy został wyznaczony na 24 listopada 2023 roku, czyli już po wyborach parlamentarnych, w których co jest prawdopodobne – niestety – Stanisław Gawłowski zostanie parlamentarzystą; wszystko jedno, gdzie w Sejmie czy w Senacie, bo mimo tego, że ten człowiek ma bardzo dużo na sumieniu i kilka zarzutów prokuratorskich, w tym cztery o charakterze korupcyjnym, zawsze startuje w wyborach i zawsze wygrywa.. 24 listopada sąd chce przesłuchać ostatniego świadka, wówczas także dowiemy się czy sądowi udało się znaleźć odpowiedniego biegłego i jak długo sąd będzie czekał na opinię tego ostatniego.

Afera melioracyjna to wielowątkowa i najgłośniejsza sprawa z ostatnich lat w Polsce. Na ławie oskarżonych zasiada obok Stanisława Gawłowskiego jeszcze dwadzieścia osób oskarżonych, w tym żona senatora i teściowie pasierba a także Tomasz P. – były dyrektor Zachodniopomorskiego Urzędu Melioracji w Szczecinie oraz Mieczysław O. – były szef Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej w Warszawie a także różni przedsiębiorcy i urzędnicy. Akta zgromadzone w sprawie to ponad czterysta tomów. Ale bądźmy optymistami i miejmy nadzieję, że „specjalista od lania wody” czyli Stanisław Gawłowski „popłynie” jesienią bieżącego roku w innym kierunku niż polski parlament.

 

 

PIOTR TURLIŃSKI: Śmieci nasze jako grzech ciężki

Czy śmiecenie jest grzechem? Kanonicznie zapewne nie (chociaż są już kapłani mówiący, że to grzech), ale powinno być. Dzisiaj śmiecenie, lekkomyślne lub zbrodnicze traktowanie odpadów zagraża już życiu na naszej planecie. A przecież piąte przykazanie mówi: nie zabijaj. I wreszcie, proszę zwrócić uwagę, jak często dziennikarze piszący o nielegalnych wysypiskach stają przed sądem, jak często ich się krytykuje, jak często zarzuca im się złą wolę. Młodzi twórcy memów piszą: „Przypadek? Nie sądzę,…” Ja też.

Tym, którzy posądzą mnie o egzaltację, wyjaśniam: obecny stan rzeczy jest naprawdę skrzętnie i głęboko ukrywany przed zwykłymi ludźmi. Powody są dwa – pierwszy to stary fakt, że producenci różności, będący też producentami śmieci i odpadów, chcą za wszelką cenę zarobić, a drugi powód, to fakt, że wszyscy politycy planety Ziemia chcą być nadal wybierani do sprawowania władzy, zatem nie wolno im denerwować wyborców.

W gospodarce naturalnej

W gospodarce naturalnej nie było śmieci. Były odpady, ale niewielkie, bo większość kości spalano, metale przetwarzano – bo miedź, mosiądz, żelazo i stal były cenne. Na wysypiskach pozostawały właściwie tylko skorupy glinianych naczyń, a i to niewiele, bo gliniane garnki drutowano, więc używano ich długo. Tkaniny i skóry, z których wykonywane były ubrania, wykorzystywano do końca, a gdy nadchodził ich koniec trafiały na kompost lub do gnojownika i stawały się cennym nawozem. Resztek pożywienia, poza kościami, również nie wyrzucano na śmietnik – stawały się również cenną częścią nawozu. Pamiętam, że w wielu domach – tak na wsi, jak w mieście – suszono obierki kartofli, żeby po wysuszeniu palić nimi w piecach.

Plastik nasz zabójca

Pojawienie się plastiku, w latach czterdziestych XX wieku, zmieniło świat bardziej niż radio, telewizja i komputery. Plastik bowiem nie podlega naturalnej biodegradacji. Istnieją oczywiście możliwości przetwarzania zużytego plastiku, ale ten proces jest bardzo drogi.

Przestaliśmy już zauważać wszechobecność plastiku. Przyzwyczailiśmy się, że czymś naturalnym są plastikowe butelki, że styropian służy wypełnianiu delikatnych urządzeń w czasie ich transportu, a przecież są naturalne produkty mogące spełniać tę rolę – choćby wióry, pakuły czy słoma. Przez dwa stulecia pakowano płynne towary w szklane butelki, które przetapiano znowu na szkło. Dlaczego teraz pakuje się wszystko w plastik? Bo tak jest taniej dla producentów. Dlaczego właściwie wszystko pakowane jest w plastik, nawet te przedmioty, które mogą być pakowane w papier? A, to dlatego, że plastik wydaje się kupującemu elegancki, ładny i cywilizacyjnie pożądany.

Współczesna ludzkość produkuje też coraz więcej odpadów technicznych, powstających przy produkcji najnowocześniejszych urządzeń. Dzisiaj światem rządzi przemysł chemiczny, który ma ogromny udział w produkcji wszystkich opakowań oraz urządzeń domowego AGD, samochodów, samolotów a także broni. I jesteśmy zalewani coraz bardziej toksycznymi odpadami, powstającymi w wyniku przetwarzania ropy naftowej.

Zbyt łatwo być ekologiem

Ciekawe, że wszystkie ruchy ekologiczne nie zauważają potężnych zagrożeń wynikających z narastającej ilości plastikowych i innych odpadów. Te ruchy walczą o czystość ziemi, wód i powietrza, ale nie wskazują na trucicieli. Protestują przeciwko elektrowniom, ale nie mówią skąd brać energię. Natomiast nie słyszałem o żadnych manifestacjach pod fabrykami plastiku. Ekolodzy są przeciwko zanieczyszczaniu wód, ale nie dociera do nich – lub nie chcą żeby to do nich dotarło –że truciciele wód mają swe fabryczne nazwy, że są konkretnie zlokalizowani. A może większy skutek przyniosłyby manifestacje pod fabrykami, które zrzucają do rzek sól i toksyny?

Do tego, że naprawdę łatwo być ekologiem dochodzi też pierwiastek polityczny. Okazało się bowiem, że zachodnioeuropejskie organizacje ekologiczne są pośrednio finansowane przez przemysł zachodni oraz Rosję. Ci pierwsi są zainteresowani przekierowaniem zainteresowania ekologów na dziedziny, które nie zagrażają interesom przemysłu, a ci drudzy mają do zrobienia, za nieduże pieniądze, sporo zamieszania w stabilnych państwach Zachodu.

Tak więc ruchy proekologiczne naprawdę nie są tak czyste jak woda, powietrze i gleba, o które im chodzi. Chwilami są nawet – jak mawiali niektórzy komuniści – pożytecznymi idiotami.

Kto powinien odpowiadać za toksyczne odpady

Ostatnie tygodnie przyniosły kilka groźnych pożarów nielegalnych składowisk niezwykle toksycznych substancji, powstających w wyniku produkcji przemysłowej. Mną najbardziej wstrząsnęła sprawa odpadów powstających przy produkcji trotylu w Bydgoskich Zakładach Chemicznych.

Przy tej okazji media dumnie donosiły, że jesteśmy potęgą „w trotylu”, że jako jedyni spośród państw NATO produkujemy ten materiał kruszący i wybuchowy. Tak bardzo chcemy być w czymś najlepsi, że te same media pomijają fakt, że jednym z najgroźniejszych odpadów przy tej produkcji są tzw. żółte i czerwone wody, które są niezwykle toksyczne. Trudno je zutylizować, a jeżeli już to jest to bardzo, bardzo kosztowne. Więc może dlatego zostaliśmy sami na świecie z tym trotylem, bo dla innych państw jest to produkcja nieopłacalna, po zsumowaniu wszystkich kosztów, także kosztów utylizacji?

Okazało się, że ten państwowy zakład pozbył się problemu, zawierając z jakimś panem umowę na wywiezienie i zutylizowanie żółtych i czerwonych wód. Pan – po wzięciu zapłaty z góry – jakoś zniknął, rozpłynął się w szerokim świecie. Uprzednio rozstawiając nielegalnie po całej Polsce beczki z trucizną. Zarządzający bydgoskim zakładem stwierdzili, że mają czyste ręce, bo kontrahent miał wszystkie możliwe a konieczne zaświadczenia i poświadczenia, że jest w stanie wody zneutralizować. Mój Boże Jedyny, w dzisiejszych czasach nie można nikomu wierzyć, choćby miał zaświadczenie od papieża, że jest jedynym żyjącym świętym. Takich panów trzeba sprawdzać nie po trzy, ale po trzydzieści trzy razy.

W ostatnich dniach jednak BZC jakoś się opamiętały albo ktoś kazał im się opamiętać, i zakład ma sam usunąć i zutylizować te wody. I to byłoby wzorcowe rozwiązanie sprawy. Szkoda tylko, że dopiero pod naciskiem mediów.

Zastanawiam się jednak, co będzie z gościem, który wziął za te kolorowe wody pieniądze i zniknął? Jeżeli wziął dużo, to łatwo odnaleźć go nie będzie, ale mam nadzieję, że władze go znajdą i stanie przed sądem.

Mdłe prawo a duch słaby

Niestety nasze prawo nie karze szefów firm, którzy byle jak, na pałę i na odczep się pozbywają się niebezpiecznych odpadów. Gdyby takie prawo było, to każdy prezes czy dyrektor mocno by się zastanawiał i sprawdzał „do spodu” swoich kontrahentów zajmujących się odbiorem niebezpiecznych pozostałości po produkcji.

A może należałoby powołać Policję Ekologiczną? A może należałoby stworzyć nawet państwowe przedsiębiorstwa zajmujące się – za pieniądze producenta – utylizacją? Gminy nie dadzą sobie rady, bo są za biedne i nie mają kadr. Polska – jak ostatnio dowodził pewien polityk – jest jedna, nie ma podziału na rząd i samorządy. Myślę zatem, że państwo powinno przejąć we władanie najgroźniejsze z nielegalnych wysypisk. Wtedy mogłoby zrobić porządek. I nie jest to niemożliwe, bo przecież mamy casus przejęcia przez państwo Placu Piłsudskiego w Warszawie, w ważnym interesie społecznym.

Naprawdę trzeba zmienić zasady gospodarki śmieciami i odpadami, a przede trzeba będzie to prawo egzekwować, bezwzględnie i skutecznie. No tak, ale my od wieków jesteśmy mistrzami w tworzeniu dobrego prawa, które niczego nie zmienia, bo nie mamy wystarczająco silnego ducha do egzekucji własnych praw.

Co robią gminy za dodatkowe pieniądze

Drastyczne podniesienie cen za wywóz śmieci, co miało miejsce kilka lat temu, tłumaczono obywatelom tym, że pobierane od nich większe pieniądze pójdą na budowanie bezpiecznych wysypisk śmieci oraz tworzenie instalacji do utylizacji niebezpiecznych odpadów. Mamy też ciągłe podwyżki opłat za opakowania plastikowe, kaucje za szklane i plastikowe butelki – i co się dzieje z tymi podkradanymi nam pieniędzmi? Na co one idą? To trzeba rozliczyć.

Ciekaw jestem, jak gminy wywiązują się z tych deklaracji, czy rzeczywiście te obiecywane instalacje powstały. albo już powstają. W każdej z gmin, w każdym z dużych miast w sejmikach wojewódzkich i radach gmin zasiadają ludzie opozycji – różnej opozycji, bo różne były wyniki poprzednich wyborów – więc pytam: dlaczego zatem wszelkich odcieni politycznych opozycjoniści nie podnoszą tej sprawy?

Zdaje mi się, że tak władza, jak opozycja boi się niekorzystnie wypaść przed wyborami. Stanąć bowiem przed obiektywami kamer na tle wysypisk – legalnych i nielegalnych – nie jest budujące, nie przyciąga „elektoratu”. Lepiej stawać na tle urzędów, w parkach, nad stawami, jeziorami i nad morzem i gadać do znudzenia o demokracji, o tak zwanych pryncypiach, o wartościach, o sprawach orlich i górnych, o duchu i tradycji, o miłości do europejskich wartości. A to, że rzeczywistość skrzeczy nieźle śmierdzi? A kogo to obchodzi…

Mnie się zdaje, że demokracja polega na działaniu na rzecz ludu, tego antycznego „demos”. A wmawia się nam, że chodzi tylko o głosowanie i wolne wybory.

Atom w Polsce

Niewykluczone jest, że przy naszym podejściu do problemu odpadów, z uruchomieniem elektrowni atomowych dojdzie jeszcze jeden – najgorszy z możliwych odpad, czyli pozostałości paliwa atomowego i napromieniowanych urządzeń elektrowni.

Nie możemy wierzyć, że nie pojawią się osobnicy, którzy przejmą te odpady i zakopią gdzieś, w im tylko wiadomym miejscu? Niemożliwe? Dla naszych gangsterów nie ma rzeczy niemożliwych. Oni w odróżnieniu od niektórych władz są naprawdę bardzo sprawni.

 

WALTER ALTERMANN: Walka antycypacji z przewidywaniem

Jeżeli językoznawcom, muzykologom i behawiorystom „antycypacja” może być przydatna, to już w codziennym, zwykłym języku powinniśmy mówić „przewidywanie”. Ciągle słyszę od sprawozdawców sportowych, że zawodnik „antycypuje” jeżeli dobrze ustawi się do odebrania piłki.  Tymczasem antycypacja – według słownika PWN to:

  1. zakładanie czegoś jeszcze nieistniejącego
  2. znaka, zapowiedź przyszłych wydarzeń
  3. pogląd przyjęty z góry, jeszcze nieudowodniony, ale znajdujący później swoje potwierdzenie
  4. niezgodna z porządkiem czasowym lub logicznym kolejność pojawiania się jakichś elementów w wypowiedzi
  5. muz. wprowadzenie do akordu jednego lub więcej dźwięków składowych akordu następnego
  6. przystosowanie się organizmu do bodźców.

Używanie rzeczonej „antycypacji” zamiast „przewidywania” nie jest zatem błędem, ale okropną manierą, która ma być świadectwem, że prosty sprawozdawca sportowy ma jednak jakieś wykształcenie i jest człowiekiem elity.

Prognoza versu przewidywanie

Od wielu lat mamy „prognozy pogody”. I uważamy to za oczywiste. Dlatego byłem ogromnie zdziwiony i uradowany, gdy w Polsacie jedna miła dziennikarka powiedziała, że przedstawi „przewidywaną na jutro pogodę”. Niby mała rzecz, a cieszy. Cieszy, że są jeszcze ludzie, którzy znają język polski i a nawet nim mówią.

Synergia serwisu

Lubię oglądać mecze, na przykład tenisowe. Lubię oglądać zmagania zawodników z przeciwnikami, z samymi sobą. Sport to ruch, a ruch to życie – a ja lubię życie. Niestety zmaganiom zawodnikom towarzyszą zmagania sprawozdawców z językiem polskim. Ostatnio jeden z nich stwierdził: „Mamy piękną synergię Igi i jej serwisu”. Jeden zwrot i dwa byki.

Po pierwsze – serwis jest wykonywany przez Igę, nie jest bytem osobnym, niezależnym od zawodniczki. Ergo – Iga nie współpracuje, nie współdziała z własnym serwisem.

Po drugie, synergia to, między innymi:

  1. W psychologii społecznej – wspólne działanie dające większe lub nowe efekty; działania uzupełniają się poprzez współpracę i synchronizację. Efekt zorganizowanej pracy zespołowej, który jest większy niż suma efektów działań indywidualnych. W wyniku synergii powstaje efekt organizacyjny będący przeciętną nadwyżką korzyści przypadającą na członka zespołu współdziałającego z pozostałymi osobami, w porównaniu z korzyścią możliwą do osiągnięcia w działaniu indywidualnym. Na przykład: Dwie osoby, działając razem, są w stanie przesunąć ciężką szafę o 10 metrów. Każda z nich osobno mogłaby przesunąć ją nie więcej niż np. 3 metry. Zatem maksymalna suma działań indywidualnych jest równa 2 × 3 m = 6 m, natomiast efekt działań wspólnych wynosi 10 m i jest większy niż suma działań indywidualnych.
  2. W teologii – synergizm jest również jednym z pojęć podstawowych dla teologii katolickiej oraz prawosławnej. Oznacza ona współpracę natury i łaski Bożej. Według tradycyjnej nauki katolickiej łaska jest czymś, co przychodzi do człowieka z nieba, z wolnej decyzji Boga. Następnie uzdalnia ona ludzką naturę do tego, aby człowiek za pomocą wolnej woli oraz uczynków mógł przekraczać swój grzeszny stan i wznosić się wyżej, w kierunku świętości. Między naturą a łaską istnieje zależność oraz równowaga. Przeakcentowanie roli łaski bez uwzględnienia współpracy ludzkich wysiłków prowadzi do kwietyzmu albo predestynacji, natomiast przeakcentowanie ludzkich wysiłków z pominięciem uprzedniości i konieczności łaski prowadzi do pelagianizmu.

Podejrzewam, że sprawozdawca sportowy nie ukończył wydziału psychologii, ale teologii bym nie wykluczał. I chyba pracę licencjacką pisał z „predystynacji” lub „kwietyzmu”.

Osoba w kryzysie

Upały są okropne. Dobrze więc, że we wszystkich stacjach telewizyjnych są ostrzeżenia i rady, jak upały przetrwać. Jednak zastanowiła mnie informacja w TVN, gdy powiedziano: „Jeżeli spotkamy leżącą na ławce osobę w kryzysie bezdomności, wezwijmy służby”.

Kim są „osoby w kryzysie bezdomności”? Są to osoby bezdomne – po prostu. Dlaczego jednak nie powiedziano tego wprost? Bo to – według dominującej obecnie filozofii społecznej – byłoby nieeleganckie, mogłoby takie osoby nieprzyjemnie dotknąć. Naprawdę jednak chodzi o to, żeby przedstawiać świat ładnie, elegancko i bezkonfliktowo. „Osoba w kryzysie bezdomności” to – według tej nowej filozofii – człowiek, który tylko czasowo, na czas kryzysu nie ma gdzie mieszkać.

Syte społeczeństwa Zachodu – a my nie wiadomo czemu za nimi – nie chcą wiedzieć, że są wśród nas biedni, nędzarze i bezdomni. Świat ma być ładniutki, bo pozwala bogatym spać spokojnie. Dlatego też mamy „wykluczonych ekonomicznie”, „wykluczonych edukacyjnie” i tak dalej.

To się po prostu nazywa zakłamanie.

Jak to jest z liczebnikami?

Program historyczny „Tajemnice słynnych budowli”, Discovery Historia, Lektor – „Gino Bartali pomógł ocalić ponad sześćset mężczyzn i kobiet”.

Bartali to wspaniała postać – wielokrotny zwycięzca Tour de France i Giro Italia, zapisał piękną kartę we włoskim ruchu oporu. Jak się szacuje przewiózł w ramie roweru dokumenty blisko tysiąca Żydów, którzy dzięki temu uniknęli komór gazowych Auschwitz. Szkoda więc, że pamięć takiego człowieka stacje telewizyjne traktują z takimi błędami językowymi.

A można było powiedzieć, że pomógł ocalić ponad sześćset osób – kobiet i mężczyzn. Dążenie redaktorów to jak najkrótszego wyrażania informacji jest doprawdy irytujące.

Indianie kontra Hindusi

Wiadomo, że Kolumb płynął do Indii, chcąc odkryć nową drogę morską. Dlatego to mieszkańców obu Ameryk nazywano Indianami, nawet wtedy, gdy pomyłka wyszła na jaw. Hindusi pozostali więc Hindusami, choć czasem nazywano ich także Indusami.

Jakież więc było moje zdziwienie, gdy w programie o historii wielkich budowli, w Canal+ jakiś pan – lektor – spokojnie powiedział, że ta oto świątynia w okolicach Delhi, został zbudowana przez Indian, i że widać w niej wpływy arabskie w XIV wieku.

Całkowita rewelacja etniczna. No, ale Canal+ słynie z lekkiego podejścia do faktów jednocześnie biorąc za oglądanie ich programów ciężkie pieniądze. Nie ma na takie coś doczesnej kary?

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Walczyli w Powstaniu – zamordowali ich komuniści

2 sierpnia 1944 r. na rozkaz Reinera Stahela, niemieckiego komendanta Warszawy, jego niemieccy podwładni zamordowali na Rakowieckiej 600 przetrzymywanych tam Polaków: strzałem w tył głowy – tę „tradycję” kontynuowali tu po wojnie bolszewicy.

W katowni przy ul. Rakowieckiej komuniści represjonowali i mordowali także żołnierzy Powstania Warszawskiego. Potem zrzucali ich do bezimiennych dołów śmierci na Powązkach. Do dziś udało się tam odnaleźć szczątki niektórych uczestników bitwy o stolicę w sierpniu 1944 r.: ppłk Stanisława Kasznicy, ps. „Wąsowski”, mjr Bolesława Żmudzina, ps. „Kontrym”, czy Tadeusza Bejta – żołnierza 2 Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Wciąż czekamy na identyfikację kolejnych: płk Jerzego Brońskiego, mjr Andrzeja Czaykowskiego, czy rtm Witolda Pileckiego.

Mjr Bolesław Kontrym

Mjr Bolesław Kontrym „Żmudzin” – oficer Policji Państwowej II RP, miał za sobą udział w wojnie obronnej 1939 r., a po zrzuceniu do kraju jako cichociemny dowodził akcją sabotażowo-dywersyjną „Wachlarz” i wykonywał wyroki sądów specjalnych Polskiego Państwa Podziemnego na niemieckich agentach, konfidentach gestapo i szmalcownikach.

O godzinie „W” z balkonu kamienicy przy placu Dąbrowskiego zaczął strzelać z rewolweru do niemieckich żandarmów, co przypłacił ranami ręki i nogi (łącznie w Powstaniu czterokrotnie ranny). Przez 63 dni walk dowodzona przez niego reduta obejmująca ulice: Królewską, Kredytową i pl. Małachowskiego, została utrzymana. 4 sierpnia poprowadził czwarty, wciąż nieudany, atak na gmach Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej (PAST-y) przy ul. Zielnej. 27 sierpnia 1944 r. odznaczony Krzyżem Walecznych (trzecim w swoim życiu), a 15 września 1944 r. Virtuti Militari.

Po ciężkim, wieloletnim śledztwie komuniści powiesili „Żmudzina” 2 stycznia 1953 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej (rodzina myślała, że wywieźli go do ZSRS, a tam być może przeżył). W ten sposób – jak pospolitego przestępcę – czerwoni okupanci Polski potraktowali jeszcze gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”, szefa Kedywu Komendy Głównej Armii Krajowej. Szubienica, na której zostali zamordowani, odnalazła się kilka lat temu w powstającym na warszawskim Mokotowie Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL.

Ppłk Stanisław Kasznica

Kawalerem Virtuti Militari i Krzyża Walecznych (dwukrotnie), był również ostatni komendant Narodowych Sił Zbrojnych ppłk Stanisław Kasznica. Ten przedwojenny prawnik i działacz narodowy, żołnierz wojny obronnej 1939 r., mimo, iż był przeciwny Powstaniu Warszawskiemu, wziął w nim udział dowodząc grupą żołnierzy NSZ na Ochocie.

12 lutego 1948 r. reżimowe „Życie Warszawy” napisało: „Proces Kasznicy i innych [przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie] ukazuje równię pochyłą, po której żywioły ONR-owskie i endeckie spychała nienawiść do obozu postępu, spychał strach przed przebudową społeczną kraju”. Ppłk Stanisław Kasznica został zamordowany w więzieniu przy ul. Rakowieckiej 12 maja 1948 r. W tył głowy strzelił mu Piotr Śmietański, kat Mokotowa.

Rtm Witold Pilecki

13 dni później, w tej samej ubeckiej katowni, z rąk tego samego oprawcy zginie Witold Pilecki. Rotmistrz walczył wcześniej w sierpniowej wiktorii 1920 r. – Bitwie Warszawskiej, potem – co też dla tego wyjątkowego polskiego pokolenia było naturalne – bronił Ojczyzny we wrześniu 1939 r. Dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, jako jedyny na świecie poszedł na ochotnika do KL Auschwitz.

W Powstaniu Warszawskim Pilecki bił Niemców – wobec braku zgody dowództwa, które przewidziało go do prowadzenia wywiadu przeciwko nadchodzącym Sowietom – jako zwykły strzelec w kompanii NSZ „Warszawianka”, później dowodził oddziałem w Zgrupowaniu Chrobry II. Reduty Witolda przy Placu Starynkiewicza Niemcy nigdy nie zdobyli.

Mjr Andrzej Czaykowski i „sędzia” Michnik

Major Andrzej Czaykowski, także wcześniej cichociemny, w sierpniowej batalii nie tylko przecież o stolicę, ale o Polskę, jako „Garda” walczył na Mokotowie. Łączniczka Teresa Bojarska „Dziunia-Klamerka” wspominała: „Rejon ulicy Chełmskiej i jego obrońca, rotmistrz Garda. Próbował odbijać dom po domu, tracił i zyskiwał, odgryzał się, własną szaleńczą, wręcz straceńczą odwagą pociągając podkomendnych. [..] Meldujemy się u Gardy w piwnicy przy Stępińskiej chyba. Rotmistrz jest ranny. Leży na żelaznym łóżku podparty poduchami, ręka w brudnym bandażu, rozchylona na piersi koszula także nie kryje opatrunku.”
Mjr Andrzej Czaykowski wrócił do okupowanej przez sowietów Polski w 1949 r. Po dwóch latach aresztowany, 111 razy przesłuchiwany w katowni przy ul. Rakowieckiej. Wyrok śmierci wydał były AK-owiec (choć nie powstaniec warszawski) mjr Mieczysław Widaj. Inny morderca: Stefan Michnik brał udział w egzekucji. W przeciwieństwie do majora Widaja – major Czaykowski nie ma swojego grobu.

Matka Stefana Michnika – Helena – komunistyczna aktywistka Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej „Życie” – po 1945 r. była nauczycielką w Korpusie Kadetów KBW i autorką stalinowskich podręczników do historii. Ozjasz Szechter to przyrodni ojciec – przed wojną skazany za antypolską działalność w nielegalnej Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. Po „wyzwoleniu” był kierownikiem Wydziału Prasowego Centralnej Rady Związków Zawodowych i zastępcą redaktora naczelnego „Głosu Pracy”. Biologiczny ojciec Stefana Michnika – też komunista Samuel Rosenbusch – zginął w stalinowskich czystkach lat 30. Rzecz jasna Stefan Michnik nigdy z AK, a szerszej z walką o niepodległość Polski nie miał nic wspólnego.

Jan Rodowicz „Anoda”

W końcu mamy Powstańca Warszawskiego porucznika Jana Rodowicza, „Anodę”. Ten żołnierz Szarych Szeregów, słynnego Batalionu „Zośka”, był w walkach czterokrotnie ranny, odznaczony Krzyżem Walecznych i Virtuti Militari. Aresztowany przez bezpiekę, 7 stycznia 1949 r., po kilku dniach ubeckiego śledztwa, już nie żył. I choć oficjalna wersja wciąż mówi o samobójstwie (miał wyskoczyć z IV piętra gmachu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego – dziś Ministerstwo Sprawiedliwości – przy ul. Koszykowej w Warszawie), nikt w nią nie wierzy.

Dopiero na początku marca 1949 r. ojciec Kazimierz Rodowicz otrzymał pismo z Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Szef Wydziału Nadzoru Prokuratorskiego nad śledztwami w sprawach szczególnych (! – sic) mjr Mieczysław Dytry informował, że 7 stycznia o drugiej po południu Jan Rodowicz „popełnił samobójstwo, wyskakując z okna podczas przeprowadzania go z aresztu. Mimo natychmiastowej pomocy lekarskiej, zgon nastąpił w chwili po wypadku”, i że został pochowany na Powązkach Wojskowych jako NN.

Kilka dni później rodzinie udało się ustalić, gdzie dokładnie Jan jest pochowany. Jego matka, Zofia, tak o tym pisała: „Kierownik biura pogrzebowego, który potem okazał się być znajomym Janka, gdyż prowadził z Jankiem ekshumację „Zośkowców” w 1945 r., przyniósł od siebie z gabinetu kartkę z numerem grobu Janka. Polecił […] trzymać ją na wierzchu i powiedział, że „gdyby ktoś przyszedł z rodziny Rodowiczów […] proszę im powiedzieć, że pochowany został pod numerem takim-to”. 16 marca rodzina przeprowadziła ekshumację i pochowała w rodzinnym grobie na Starych Powązkach. To właśnie bohaterskiemu porucznikowi Janowi Rodowiczowi „Anodzie” zawdzięczamy kwaterę brzozowych krzyży – grobów Batalionu „Zośka” na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

Niepokój CEZAREGO KRYSZTOPY: Widzę co Pan robi Panie ministrze Niedzielski

To, że aborcjoniści w obronie rzekomego „prawa do zabijania dzieci” wpadają regularnie w spazmy, to się już chyba przyzwyczailiśmy. Każdy ze spazmów jest coraz bardziej groteskowy , jak ostatnio ten z „Panią Joanna od aborcji”, która zniknęła z jedynek „wiodących mediów” tak szybko jak się pojawiła. Niestety takie spazmy dotykają nie tylko środowiska tradycyjnie dotknięte bolesnym lewactwem.

Oto nowy kandydat Konfederacji Przemysław Wipler, prywatnie bardzo sympatyczny były poseł, uznał w wywiadzie, że „prawo aborcyjne jest w Polsce za ostre” i on najchętniej wróciłby do tzw. „kompromisu aborcyjnego”, czyli możliwości masowej eksterminacji głównie dzieci z Zespołem Downa. Słowa te przypominają mi jak wszyscy posłowie Konfederacji podpisali się pod wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie konstytucyjności przesłanki eugenicznej do aborcji, a kiedy TK orzekł, zgodnie z dotychczasową linią orzeczniczą o jej niekonstytucyjności, niektórzy jej politycy pochowali się do mysiej dziury.

Nowa przesłanka ministra Niedzielskiego

No ale Przemysław Wipler nie ma szczególnego wpływu na rzeczywistość prawną w jakiej poruszają się Polacy. Za to ma go minister zdrowia Adam Niedzielski, który nową rzeczywistość prawną wytworzył przy pomocy… konferencji prasowej. Szef resortu zdrowia stwierdził, że można dokonać aborcji nie tylko w przypadku zagrożenia zdrowia fizycznego, ale także w przypadku zagrożenia „zdrowia psychicznego” matki. A „zdrowie psychiczne” może już być zagrożone np. stresem przed urodzeniem dziecka z Zespołem Downa. Lub też dziecka zupełnie zdrowego. Minister nie odpowiada na monity organizacji pro life.

Za to szpitale już realizują w praktyce śmiercionośne wytyczne. „Wiodące media” donoszą radośnie o przypadkach szpitali, które nie tylko dokonują aborcji z przesłanki rzekomego „zagrożenia zdrowia psychicznego matki”, dokonują jej nawet w drugim czy trzecim trymestrze ciąży, ale wręcz dokonują tych aborcji więcej (!) niż przed orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego. Szpitalna spirala śmierci na nowo się rozkręca.

Ostatnie wzmożenie zawziętych aborcjonistów, ale także zimnych, liczących na okupiony cudzą krwią polityczny profit cyników oparte jest na przekonaniu, że „PiS stracił na wyroku TK”, o czym mają świadczyć spadki sondażowe podczas tzw. „Strajku Kobiet”. Tyle, że jest to, uważam, założenie błędne. Zgadzam się tu z Rafałem Ziemkiewiczem, który twierdzi, że to tylko złudzenie wywołane korelacją czasową. Spadek miał miejsce nie w wyniku orzeczenia TK, ale w wyniku, postrzeganych jako przesadne, ograniczeń wolności obywatelskich związanych z epidemią. Gdyby było inaczej i gdyby emocje, do których usiłują się odwołać środowiska dotknięte bolesnym lewactwem, były prawdziwe, manipulacje związane z pożeraniem kolejnych ciał przez aborcjonistyczne trupojady, przyniosłyby im polityczny zysk, a mam wrażenie, że przyniosły tylko straty.

PiS na tym straci

Dlatego i PiS, jeśli nie wycofa się z tego głupiego ruchu ministra Niedzielskiego, jedyne co na tym zyska, to pogłębienie powszechnego przekonania o jego słabości wobec lewackich aktywistów, straci środowiska pro life zadowolone z orzeczenia TK i nie zyska niczego, bo przecież nie przyjdzie do niego żaden aborcjonistyczny maniak z ośmioma gwiazdkami na czole.

Nie rozumiem logiki jaką kieruje się minister „zdrowia”, ani jego braku chęci do rozmowy, ale obiecuję, że osobiście dopilnuję, żeby to co się dzieje, nie odbyło się w ciszy.

 

8 sierpnia minister Niedzielski podał się do dymisji, ale zapweniamy, że to nie w związku z powyższą publikacją Krysztopy.

Redakcja sdp.pl

WOŁODYMYR SYDORENKO: Czy Putin wykorzysta wagnerowców w Afryce?

Po pojednaniu z Prigożynem po próbie puczu, Putin kilka tysięcy bandytów zesłał na Białoruś, ale traktuje ten kraj jako tymczasowy dla nielegalnej prywatnej armii, którą sam stworzył, ale której się teraz obawia. Pozostaje więc pytanie jak zostaną wykorzystani wagnerowcy. Może w Afryce?

Wiadomo, że tysiące wagnerowców nie będą siedzieć bezczynnie, już wkrótce staną się przyczyną napięć w stosunkach rosyjsko-białoruskich. Samozwańczy prezydent Białorusi Aleksandr Łukaszenka obawia się obecności  armii Prigożyna w swoim kraju, dlatego pojechał do Moskwy i gdy spotkał się z Putinem, od razu oznajmił, że wagnerowcy proszą o pozwolenie na spacer do Polski, a dokładniej do Warszawy i Rzeszowa. Powiedział, że tam „chcą jechać na wycieczkę…”.

Służby informacyjne milczą na temat tego, co Putin mu odpowiedział, ale jasne jest, że rosyjski dyktator doskonale zdaje sobie sprawę, że taka „wycieczka” to byłby atak na kraj NATO, a tego Rosja nie chce. Zaczęto się więc zastanawiać jak się pozbyć wagnerowskiego zagrożenia.

Kilka dni później rosyjskie agencje poinformowały, że prezydent Rosji Władimir Putin napisał długi artykuł dla afrykańskich mediów zatytułowany „Rosja i Afryka: wspólne wysiłki na rzecz pokoju, postępu i pomyślnej przyszłości”, w którym nakreślił własną wizję rozwoju stosunków rosyjsko-afrykańskich.

Świat nadstawił uszy, bo wiadomo, że przed atakiem i rozpoczęciem wojny Putin pisze miłujące pokój artykuły. Tak było w przypadku Ukrainy. Przed aneksją Krymu w 2014 roku publikował artykuły dotyczące historycznej przeszłości Rosji i Ukrainy. A przed rozpoczęciem zakrojonego na szeroką skalę ataku na Ukrainę w lutym 2022 r. Putin napisał artykuł, w którym stwierdził, że naród ukraiński nie istnieje, a Ukraina jako państwa również nie ma.

Politolodzy uważają, że Putin za każdym razem zapowiada wojnę dwoma artykułami: pierwszy jest o pokoju i przyjaźni, drugi o tym, że adresat nie zaakceptował jego przyjaźni, a zatem nie istnieje ani jako podmiot, ani jako państwo, co oznacza, że można go zniszczyć. Tak więc pierwszy artykuł dla Afryki już powstał, drugi być może już się pisze gdzieś w Moskwie…

Co zatem napisał Putin w pierwszym artykule dla Afryki? Jak zauważają sami Rosjanie, przywódca Rosji przypomniał, że historia współpracy między Rosją a Afryką to wieloletnie wsparcie od czasów sowieckich. „Konsekwentnie wspieraliśmy ludy afrykańskie w ich walce o wolność od kolonialnej opresji, przyczynialiśmy się do tworzenia państwowości, wzmacniania suwerenności i zdolności obronnych. Wiele zrobiono, aby stworzyć stabilne podstawy dla gospodarek narodowych” – podkreślił Putin. „Do lat 80. ubiegłego wieku w Afryce zbudowano setki obiektów infrastrukturalnych i przemysłowych przy udziale ZSRR, wielu Afrykanów kształciło się w naszym kraju” – zaznaczył Putin. Teraz, według niego, w rodzącym się wielobiegunowym świecie Afryka powinna zająć godne miejsce obok krajów Azji i Ameryki Łacińskiej. W tym kontekście Rosja będzie nadal rozwijać więzi gospodarcze i polityczne z państwami kontynentu afrykańskiego. Według niego handel z Afryką sięga obecnie 18 miliardów dolarów rocznie i ma ogromny potencjał…

Jest to więc bezpośrednia wskazówka, że ​​teraz te gospodarki muszą dzielić się z Rosją. Putin pisze wprost: „Rosyjskie firmy są zainteresowane bardziej aktywną pracą na kontynencie w dziedzinie wysokich technologii i eksploracji geologicznej, w kompleksie paliwowo-energetycznym, w tym w energetyce jądrowej, w przemyśle chemicznym, w inżynierii górniczej i transportowej, w rolnictwie i rybołówstwie”.

Dotknął „porozumienia zbożowego”, którego kontynuacji wcześniej odmówił. Obiecał Afrykanom, że nawet bez tego porozumienia Rosja będzie w stanie pomóc Afryce żywnością zarówno na zasadach handlowych, jak i humanitarnych.

Deputowany do rosyjskiej Dumy Państwowej Anatolij Wasserman wyjaśnił sewastopolskiej agencji ForPost, że „debata jest zwykle prowadzona nie po to, by przekonać przeciwnika, ale by przekonać publiczność. Tak samo jest tutaj: obecna konfrontacja z Zachodem niezadowolonych z porządku opartego na nieznanych regułach nie polega na upadku przeciwnika, ale na przeciągnięciu reszty świata na swoją stronę. A Afryka jest jednym z takich regionów, który w przeciwieństwie do Ameryki Łacińskiej nie jest >podwórkiem< USA, a ponadto ma negatywną pamięć historyczną o zachodnim kolonializmie”.

Poza tym, jego zdaniem, „cywilizacja rosyjska jest najbardziej integrująca, a więc, innymi słowy, najbardziej gotowa do wchłonięcia różnych zasobów i uczynienia z nich jednego ze źródeł swojej potęgi…” Jednym słowem, zdaniem posła, Rosja jest już gotowa „wchłonąć” wszystko, co złe, nawet w Afryce.

Deputowany Dmytro Belyk przypomniał dziennikarzom, że stosunki Rosji z krajami afrykańskimi otrzymały potężny impuls w październiku 2019 r., kiedy w Soczi odbył się pierwszy w historii szczyt Rosja – Afryka. Już wtedy określono kluczowe punkty styku. W miarę upływu czasu poszerzanie rosyjskich rynków zbytu wytwarzanych produktów, współpraca w zakresie wydobycia surowców są punktami strategicznego zbliżenia między Rosją a Afryką.

Ponadto politolodzy zauważają, że zasób polityczny Afryki jest teraz ważny dla Rosji. W końcu to kilkadziesiąt głosów w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ. Afryka jest również znaczącym zasobem mobilizacyjnym, który może być wykorzystany także przez Rosję. „W pierwszej fazie II wojny światowej znaczną część francuskich sił zbrojnych stanowili strzelcy z Algierii i Senegalu. A to znacznie zwiększyło francuskie zasoby mobilizacyjne, które same w sobie były znacznie niższe niż w hitlerowskich Niemczech. Teraz jest dla nas ważne, że mamy ten afrykański zasób mobilizacyjny…” – zauważają Rosjanie.

Na koniec rosyjscy eksperci zauważają, że „przemysł wydobywczy ma ogromny potencjał dla rozwoju stosunków rosyjsko-afrykańskich, kontynent jest bogaty w zasoby naturalne” O ile wiadomo, Prigożyn od dawna nie posiada nic poza dużymi kopalniami złota w republikach południowoafrykańskich i środkowoafrykańskich. Teraz sam Putin już zwrócił na niego uwagę…

 

 

 

Abp Antoni Baraniak patronem roku 2024. JOLANTA HAJDASZ przypomina dlaczego ważna jest pamięć o nim

źnym wieczorem, w piątek Sejm przegłosował, iż rok 2024 będzie Rokiem m.in. Arcybiskupa Antoniego Baraniaka. Wielki szacunek i wdzięczność dla wszystkich zaangażowanych w tę sprawę. To naprawdę wspaniała wiadomość, bo losy tego kapłana i biskupa pokazują jednoznacznie, jakimi zakłamanymi metodami komunizm zwalczał Kościół katolicki, jak bezwzględnie traktował księży, a przy tym uświadamiają nam jak niewiele o tym wiemy.

Prawdę o abpie Baraniaku odkrywałam przez ostatnie 11 lat, swoimi filmami, skromnymi książkami i artykułami publikowanymi, gdzie tylko się dało i wiem dobrze, jak niewiele wiedziałam o nim wtedy, gdy zrobiłam „Zapomniane męczeństwo” (premiera kinowa 2012 r.), a wydawało mi się przy tym, że wszystko co dziennikarz może powiedzieć o jakimś swoim bohaterze ja już powiedziałam. A to przecież był dopiero początek, bo dopiero po tym filmie zaczęli zgłaszać się kolejni i kolejni świadkowie i można było odtwarzać jego losy krok po kroku, choć miały one być ukryte i nieznane nam wszystkim. Ot, po prostu, jeszcze jeden kapłan, którego uwięziono i którego może trochę poturbowano w więzieniu, ale przecież wszystko dobrze się skończyło, wyszedł na wolność, działał sobie w Poznaniu, więc o co chodzi?

Ale warto i trzeba przypomnieć, że tylko dzięki postawie arcybiskupa Antoniego Baraniaka, sekretarza kard. Stefana Wyszyńskiego, podczas uwięzienia i okrutnych tortur w areszcie na Rakowieckiej w Warszawie nie odbył się w Polsce pokazowy proces Prymasa i nie udało się komunistom skompromitować Kościoła tak jak stało się to w Chorwacji, Czechach, Rumunii, Słowacji i na Węgrzech. Tylko w Polsce taki pokazowy proces Prymasa się nie odbył, a za tym wszystkim stał skromny, pokorny człowiek, który nie ugiął się i nie załamał w najtrudniejszym dla Kościoła czasie, bo są to lata 1953 – 1956 r.

W 100-lecie odzyskania niepodległości Polski, w 2018 roku prezydent Andrzej Duda pośmiertnie odznaczył abpa Antoniego Baraniaka Orderem Orła Białego, ale nadal warto walczyć o pamięć o nim wśród nas wszystkich. Lojalność, pokora i wierność zasadom, które się wyznaje, potwierdzenie czynami tego, co mówi się słowami są ponadczasowe i ważne dla każdego bez względu na okoliczności, w których trzeba się nimi wykazać. Także i w naszych czasach, bo wbrew pozorom nadal mamy w sprawach upamiętniania takich postaci jak abp Baraniaka wiele do zrobienia.

W 2017 roku po filmie „Żołnierz Niezłomny Kościoła” Okręgowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu (czyli tzw. pion śledczy IPN) wznowił śledztwo w sprawie prześladowania fizycznego i psychicznego abpa Baraniaka ze względu na ukazane w filmie „nowe okoliczności w sprawie”. Ale do dzisiaj nic się nie dzieje, nie ma żadnych nowych informacji o tym, na jakim etapie jest to śledztwo. Trochę czasu minęło, mówiąc oględnie. A u obecnego abpa poznańskiego Stanisława Gądeckiego złożyłam osobiście w imieniu wszystkich podpisanych (ponad 10 tysięcy podpisów) prośbę o wszczęcie procesu beatyfikacyjnego abpa Baraniaka. Oficjalnej odpowiedzi nie mamy, abp Gadecki w 2017 roku publicznie zapowiedział jednak, że chciałby taki proces rozpocząć, ale nadal na to czekamy. Może w 2024 roku się uda?


Jolanta Hajdasz jest autorką trzech filmów dokumentalnych o losach abpa A. Baraniaka pt. „Zapomniane męczeństwo”, „Żołnierz Niezłomny Kościoła” i „Powrót” . Filmy były nagrodzone Nagrodą Główną Wolności Słowa SDP w 2012 i 2016 r.