Niepokój CEZAREGO KRYSZTOPY: Widzę co Pan robi Panie ministrze Niedzielski

To, że aborcjoniści w obronie rzekomego „prawa do zabijania dzieci” wpadają regularnie w spazmy, to się już chyba przyzwyczailiśmy. Każdy ze spazmów jest coraz bardziej groteskowy , jak ostatnio ten z „Panią Joanna od aborcji”, która zniknęła z jedynek „wiodących mediów” tak szybko jak się pojawiła. Niestety takie spazmy dotykają nie tylko środowiska tradycyjnie dotknięte bolesnym lewactwem.

Oto nowy kandydat Konfederacji Przemysław Wipler, prywatnie bardzo sympatyczny były poseł, uznał w wywiadzie, że „prawo aborcyjne jest w Polsce za ostre” i on najchętniej wróciłby do tzw. „kompromisu aborcyjnego”, czyli możliwości masowej eksterminacji głównie dzieci z Zespołem Downa. Słowa te przypominają mi jak wszyscy posłowie Konfederacji podpisali się pod wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie konstytucyjności przesłanki eugenicznej do aborcji, a kiedy TK orzekł, zgodnie z dotychczasową linią orzeczniczą o jej niekonstytucyjności, niektórzy jej politycy pochowali się do mysiej dziury.

Nowa przesłanka ministra Niedzielskiego

No ale Przemysław Wipler nie ma szczególnego wpływu na rzeczywistość prawną w jakiej poruszają się Polacy. Za to ma go minister zdrowia Adam Niedzielski, który nową rzeczywistość prawną wytworzył przy pomocy… konferencji prasowej. Szef resortu zdrowia stwierdził, że można dokonać aborcji nie tylko w przypadku zagrożenia zdrowia fizycznego, ale także w przypadku zagrożenia „zdrowia psychicznego” matki. A „zdrowie psychiczne” może już być zagrożone np. stresem przed urodzeniem dziecka z Zespołem Downa. Lub też dziecka zupełnie zdrowego. Minister nie odpowiada na monity organizacji pro life.

Za to szpitale już realizują w praktyce śmiercionośne wytyczne. „Wiodące media” donoszą radośnie o przypadkach szpitali, które nie tylko dokonują aborcji z przesłanki rzekomego „zagrożenia zdrowia psychicznego matki”, dokonują jej nawet w drugim czy trzecim trymestrze ciąży, ale wręcz dokonują tych aborcji więcej (!) niż przed orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego. Szpitalna spirala śmierci na nowo się rozkręca.

Ostatnie wzmożenie zawziętych aborcjonistów, ale także zimnych, liczących na okupiony cudzą krwią polityczny profit cyników oparte jest na przekonaniu, że „PiS stracił na wyroku TK”, o czym mają świadczyć spadki sondażowe podczas tzw. „Strajku Kobiet”. Tyle, że jest to, uważam, założenie błędne. Zgadzam się tu z Rafałem Ziemkiewiczem, który twierdzi, że to tylko złudzenie wywołane korelacją czasową. Spadek miał miejsce nie w wyniku orzeczenia TK, ale w wyniku, postrzeganych jako przesadne, ograniczeń wolności obywatelskich związanych z epidemią. Gdyby było inaczej i gdyby emocje, do których usiłują się odwołać środowiska dotknięte bolesnym lewactwem, były prawdziwe, manipulacje związane z pożeraniem kolejnych ciał przez aborcjonistyczne trupojady, przyniosłyby im polityczny zysk, a mam wrażenie, że przyniosły tylko straty.

PiS na tym straci

Dlatego i PiS, jeśli nie wycofa się z tego głupiego ruchu ministra Niedzielskiego, jedyne co na tym zyska, to pogłębienie powszechnego przekonania o jego słabości wobec lewackich aktywistów, straci środowiska pro life zadowolone z orzeczenia TK i nie zyska niczego, bo przecież nie przyjdzie do niego żaden aborcjonistyczny maniak z ośmioma gwiazdkami na czole.

Nie rozumiem logiki jaką kieruje się minister „zdrowia”, ani jego braku chęci do rozmowy, ale obiecuję, że osobiście dopilnuję, żeby to co się dzieje, nie odbyło się w ciszy.

 

8 sierpnia minister Niedzielski podał się do dymisji, ale zapweniamy, że to nie w związku z powyższą publikacją Krysztopy.

Redakcja sdp.pl

WOŁODYMYR SYDORENKO: Czy Putin wykorzysta wagnerowców w Afryce?

Po pojednaniu z Prigożynem po próbie puczu, Putin kilka tysięcy bandytów zesłał na Białoruś, ale traktuje ten kraj jako tymczasowy dla nielegalnej prywatnej armii, którą sam stworzył, ale której się teraz obawia. Pozostaje więc pytanie jak zostaną wykorzystani wagnerowcy. Może w Afryce?

Wiadomo, że tysiące wagnerowców nie będą siedzieć bezczynnie, już wkrótce staną się przyczyną napięć w stosunkach rosyjsko-białoruskich. Samozwańczy prezydent Białorusi Aleksandr Łukaszenka obawia się obecności  armii Prigożyna w swoim kraju, dlatego pojechał do Moskwy i gdy spotkał się z Putinem, od razu oznajmił, że wagnerowcy proszą o pozwolenie na spacer do Polski, a dokładniej do Warszawy i Rzeszowa. Powiedział, że tam „chcą jechać na wycieczkę…”.

Służby informacyjne milczą na temat tego, co Putin mu odpowiedział, ale jasne jest, że rosyjski dyktator doskonale zdaje sobie sprawę, że taka „wycieczka” to byłby atak na kraj NATO, a tego Rosja nie chce. Zaczęto się więc zastanawiać jak się pozbyć wagnerowskiego zagrożenia.

Kilka dni później rosyjskie agencje poinformowały, że prezydent Rosji Władimir Putin napisał długi artykuł dla afrykańskich mediów zatytułowany „Rosja i Afryka: wspólne wysiłki na rzecz pokoju, postępu i pomyślnej przyszłości”, w którym nakreślił własną wizję rozwoju stosunków rosyjsko-afrykańskich.

Świat nadstawił uszy, bo wiadomo, że przed atakiem i rozpoczęciem wojny Putin pisze miłujące pokój artykuły. Tak było w przypadku Ukrainy. Przed aneksją Krymu w 2014 roku publikował artykuły dotyczące historycznej przeszłości Rosji i Ukrainy. A przed rozpoczęciem zakrojonego na szeroką skalę ataku na Ukrainę w lutym 2022 r. Putin napisał artykuł, w którym stwierdził, że naród ukraiński nie istnieje, a Ukraina jako państwa również nie ma.

Politolodzy uważają, że Putin za każdym razem zapowiada wojnę dwoma artykułami: pierwszy jest o pokoju i przyjaźni, drugi o tym, że adresat nie zaakceptował jego przyjaźni, a zatem nie istnieje ani jako podmiot, ani jako państwo, co oznacza, że można go zniszczyć. Tak więc pierwszy artykuł dla Afryki już powstał, drugi być może już się pisze gdzieś w Moskwie…

Co zatem napisał Putin w pierwszym artykule dla Afryki? Jak zauważają sami Rosjanie, przywódca Rosji przypomniał, że historia współpracy między Rosją a Afryką to wieloletnie wsparcie od czasów sowieckich. „Konsekwentnie wspieraliśmy ludy afrykańskie w ich walce o wolność od kolonialnej opresji, przyczynialiśmy się do tworzenia państwowości, wzmacniania suwerenności i zdolności obronnych. Wiele zrobiono, aby stworzyć stabilne podstawy dla gospodarek narodowych” – podkreślił Putin. „Do lat 80. ubiegłego wieku w Afryce zbudowano setki obiektów infrastrukturalnych i przemysłowych przy udziale ZSRR, wielu Afrykanów kształciło się w naszym kraju” – zaznaczył Putin. Teraz, według niego, w rodzącym się wielobiegunowym świecie Afryka powinna zająć godne miejsce obok krajów Azji i Ameryki Łacińskiej. W tym kontekście Rosja będzie nadal rozwijać więzi gospodarcze i polityczne z państwami kontynentu afrykańskiego. Według niego handel z Afryką sięga obecnie 18 miliardów dolarów rocznie i ma ogromny potencjał…

Jest to więc bezpośrednia wskazówka, że ​​teraz te gospodarki muszą dzielić się z Rosją. Putin pisze wprost: „Rosyjskie firmy są zainteresowane bardziej aktywną pracą na kontynencie w dziedzinie wysokich technologii i eksploracji geologicznej, w kompleksie paliwowo-energetycznym, w tym w energetyce jądrowej, w przemyśle chemicznym, w inżynierii górniczej i transportowej, w rolnictwie i rybołówstwie”.

Dotknął „porozumienia zbożowego”, którego kontynuacji wcześniej odmówił. Obiecał Afrykanom, że nawet bez tego porozumienia Rosja będzie w stanie pomóc Afryce żywnością zarówno na zasadach handlowych, jak i humanitarnych.

Deputowany do rosyjskiej Dumy Państwowej Anatolij Wasserman wyjaśnił sewastopolskiej agencji ForPost, że „debata jest zwykle prowadzona nie po to, by przekonać przeciwnika, ale by przekonać publiczność. Tak samo jest tutaj: obecna konfrontacja z Zachodem niezadowolonych z porządku opartego na nieznanych regułach nie polega na upadku przeciwnika, ale na przeciągnięciu reszty świata na swoją stronę. A Afryka jest jednym z takich regionów, który w przeciwieństwie do Ameryki Łacińskiej nie jest >podwórkiem< USA, a ponadto ma negatywną pamięć historyczną o zachodnim kolonializmie”.

Poza tym, jego zdaniem, „cywilizacja rosyjska jest najbardziej integrująca, a więc, innymi słowy, najbardziej gotowa do wchłonięcia różnych zasobów i uczynienia z nich jednego ze źródeł swojej potęgi…” Jednym słowem, zdaniem posła, Rosja jest już gotowa „wchłonąć” wszystko, co złe, nawet w Afryce.

Deputowany Dmytro Belyk przypomniał dziennikarzom, że stosunki Rosji z krajami afrykańskimi otrzymały potężny impuls w październiku 2019 r., kiedy w Soczi odbył się pierwszy w historii szczyt Rosja – Afryka. Już wtedy określono kluczowe punkty styku. W miarę upływu czasu poszerzanie rosyjskich rynków zbytu wytwarzanych produktów, współpraca w zakresie wydobycia surowców są punktami strategicznego zbliżenia między Rosją a Afryką.

Ponadto politolodzy zauważają, że zasób polityczny Afryki jest teraz ważny dla Rosji. W końcu to kilkadziesiąt głosów w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ. Afryka jest również znaczącym zasobem mobilizacyjnym, który może być wykorzystany także przez Rosję. „W pierwszej fazie II wojny światowej znaczną część francuskich sił zbrojnych stanowili strzelcy z Algierii i Senegalu. A to znacznie zwiększyło francuskie zasoby mobilizacyjne, które same w sobie były znacznie niższe niż w hitlerowskich Niemczech. Teraz jest dla nas ważne, że mamy ten afrykański zasób mobilizacyjny…” – zauważają Rosjanie.

Na koniec rosyjscy eksperci zauważają, że „przemysł wydobywczy ma ogromny potencjał dla rozwoju stosunków rosyjsko-afrykańskich, kontynent jest bogaty w zasoby naturalne” O ile wiadomo, Prigożyn od dawna nie posiada nic poza dużymi kopalniami złota w republikach południowoafrykańskich i środkowoafrykańskich. Teraz sam Putin już zwrócił na niego uwagę…

 

 

 

Abp Antoni Baraniak patronem roku 2024. JOLANTA HAJDASZ przypomina dlaczego ważna jest pamięć o nim

źnym wieczorem, w piątek Sejm przegłosował, iż rok 2024 będzie Rokiem m.in. Arcybiskupa Antoniego Baraniaka. Wielki szacunek i wdzięczność dla wszystkich zaangażowanych w tę sprawę. To naprawdę wspaniała wiadomość, bo losy tego kapłana i biskupa pokazują jednoznacznie, jakimi zakłamanymi metodami komunizm zwalczał Kościół katolicki, jak bezwzględnie traktował księży, a przy tym uświadamiają nam jak niewiele o tym wiemy.

Prawdę o abpie Baraniaku odkrywałam przez ostatnie 11 lat, swoimi filmami, skromnymi książkami i artykułami publikowanymi, gdzie tylko się dało i wiem dobrze, jak niewiele wiedziałam o nim wtedy, gdy zrobiłam „Zapomniane męczeństwo” (premiera kinowa 2012 r.), a wydawało mi się przy tym, że wszystko co dziennikarz może powiedzieć o jakimś swoim bohaterze ja już powiedziałam. A to przecież był dopiero początek, bo dopiero po tym filmie zaczęli zgłaszać się kolejni i kolejni świadkowie i można było odtwarzać jego losy krok po kroku, choć miały one być ukryte i nieznane nam wszystkim. Ot, po prostu, jeszcze jeden kapłan, którego uwięziono i którego może trochę poturbowano w więzieniu, ale przecież wszystko dobrze się skończyło, wyszedł na wolność, działał sobie w Poznaniu, więc o co chodzi?

Ale warto i trzeba przypomnieć, że tylko dzięki postawie arcybiskupa Antoniego Baraniaka, sekretarza kard. Stefana Wyszyńskiego, podczas uwięzienia i okrutnych tortur w areszcie na Rakowieckiej w Warszawie nie odbył się w Polsce pokazowy proces Prymasa i nie udało się komunistom skompromitować Kościoła tak jak stało się to w Chorwacji, Czechach, Rumunii, Słowacji i na Węgrzech. Tylko w Polsce taki pokazowy proces Prymasa się nie odbył, a za tym wszystkim stał skromny, pokorny człowiek, który nie ugiął się i nie załamał w najtrudniejszym dla Kościoła czasie, bo są to lata 1953 – 1956 r.

W 100-lecie odzyskania niepodległości Polski, w 2018 roku prezydent Andrzej Duda pośmiertnie odznaczył abpa Antoniego Baraniaka Orderem Orła Białego, ale nadal warto walczyć o pamięć o nim wśród nas wszystkich. Lojalność, pokora i wierność zasadom, które się wyznaje, potwierdzenie czynami tego, co mówi się słowami są ponadczasowe i ważne dla każdego bez względu na okoliczności, w których trzeba się nimi wykazać. Także i w naszych czasach, bo wbrew pozorom nadal mamy w sprawach upamiętniania takich postaci jak abp Baraniaka wiele do zrobienia.

W 2017 roku po filmie „Żołnierz Niezłomny Kościoła” Okręgowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu (czyli tzw. pion śledczy IPN) wznowił śledztwo w sprawie prześladowania fizycznego i psychicznego abpa Baraniaka ze względu na ukazane w filmie „nowe okoliczności w sprawie”. Ale do dzisiaj nic się nie dzieje, nie ma żadnych nowych informacji o tym, na jakim etapie jest to śledztwo. Trochę czasu minęło, mówiąc oględnie. A u obecnego abpa poznańskiego Stanisława Gądeckiego złożyłam osobiście w imieniu wszystkich podpisanych (ponad 10 tysięcy podpisów) prośbę o wszczęcie procesu beatyfikacyjnego abpa Baraniaka. Oficjalnej odpowiedzi nie mamy, abp Gadecki w 2017 roku publicznie zapowiedział jednak, że chciałby taki proces rozpocząć, ale nadal na to czekamy. Może w 2024 roku się uda?


Jolanta Hajdasz jest autorką trzech filmów dokumentalnych o losach abpa A. Baraniaka pt. „Zapomniane męczeństwo”, „Żołnierz Niezłomny Kościoła” i „Powrót” . Filmy były nagrodzone Nagrodą Główną Wolności Słowa SDP w 2012 i 2016 r. 

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Zioło na wesoło albo w chorobie i zabawie pomoże, co w trawie

Złote runo

Rosną sobie zioła

w kolorowym sadzie

dniem osłonecznione

nocą cień je kładzie.

Zimą było brzydko

teraz jest wesoło

przeczekały mrozy

wstały wiosny porą.

I tak to z niczego

dobro rośnie samo

– będzie pożyteczne –

mówią tato z mamą

bo:

Skrzypi skrzyp cichutko,

choć kiedyś był wielki

– miliony lat temu

w epoce karbonu,

z niego mamy węgiel,

który marnujemy

w szyby śmieć wrzucamy

gruby (kopalnie) zamykamy.

Już Sparty żołnierze

rany nim leczyli

z jego kruchych łodyg

krzemionkę sączyli.

Także i Chińczycy

cenili to zioło,

u nas w polu rośnie

za chwasty go mają

ostrą kosą krają.

Skoro o Chińczykach

przęśl chińska się kłania

już pięć tysięcy lat

od astmy osłania

indyjski gatunek

młodość wskrzesza w człeku

– dzisiaj to odkryto,

choć znane od wieków;

pigułki zrobili

– forsę zakosili

Epherda Sinica

tak brzmi mądra nazwa

choć nie zna łaciny

używa przęśl gazda.

Pochrzan to się sprawdza

i bardzo nadaje

do antykoncepcji

i gdy żołąd staje,

lub wierzga śledziona

mięśnie on rozluźni

wnikając do łona

wyleczy z egzemy

pomoże w porodzie

z bólu nie umrzemy.

Ale nie za dużo

używaj na codzień –

tyle ile doktór

w recepcie przepisze

– bo schrzanisz terapię

przybędzie ból głowy

a nawet skręt kiszek.

Jeżówka ratuje

od śmierci wężowej

– gdy gad cię ukąsi

i odbierze mowę

– gdy gorąc gorączki

rozpali ci ciało

ochłoda z jeżówki

jej kłącze

tuż obok

– na łączce.

Poskleci ci rany,

odziębi, odgrzybi,

grzyb z ciała usunie

i będzie ci lepiej

ta mała roślinka

kwiatuszkiem zdobiona

pomaga na AIDS-a

– korzenna, w proszek skruszona.

óg drzazgę usunie,

biegunkę zatrzyma

krwawianie złagodzi,

serce wzmocni,

poprawi trawienie

polepszy krążenie.

Głóg – to ważne lekarstwo –

nie zrywaj i nie pchaj w wazony,

bo crataegus to pożyteczny

dla zdrowia

kwiat stworzony.

Cominiphora Moimal

– po polsku balsamowiec mirra,

z samej nazwy wynika,

czemu maść ta służy

żywica od wieków

uznana za skarb

w domostwie palona

przepędza owady,

oczyszcza, krew wzmacnia,

na rany pomoże,

reumatyzm złagodzi,

mięśnioból powstrzyma

– to balsam prawdziwy

lepszego już nie ma.

Gdyby Achilles

Achilla Milletolium przyłożył

na dźgniętą piętę by nie umarł,

na polu bitwy się nie złożył;

bo krwawnik upływ krwii by mu wstrzymał.

Uważaj nań, gdy idziesz łąką

lepiej zdeptaną ścieżką idź,

bo pierwszej to pomocy środek

i choć – mówią – pospolity

to takiej nazwie nie daj się zwieźć

wejść z nim w układy możesz różne

– moczowe, trawienne

węższe i szersze

poziome i wzdłużne

krwawnik wykrwawić się nie pozwoli

krwi się nie boi, ranę zagoi.

Rzepik ci także krew zahamuje

żołnierzowi w bitwach kul rany cerował

cierpienie zmniejszał, życie ratował

ściąga i bliźni szarpane ciało

– zwykła roślinka –

o której w średniowiecznym

manuskrypcie medycznym napisano:

„dać go człowiekowi pod głowę,

a będzie spać jak zabity,

nie wstanie,

dopóki się go stamtąd nie wyjmie”.

              Z doświadczeń własnych: żywokost

Złamałem nogę, na nartach,

leżałem wściekły – bolało. Po zdjęciu gipsu

poszła Helenka Tylka moja gospodyni, u której mieszkałem

w Furmanowej na Gubałówce,

do lasu szukać tej roślinki.

Znalazła, wykopała,

utarła, dodała alkoholu,

odstawiła na kilka dni,

nałożyła na ciało do wyschnięcia.

Przestało boleć.

Było to czterdzieści lat temu,

na nartach jeżdżę do dziś.

Ludowa nazwa angielska „ściągacz kości”,

a polska „żywiący kości”

to tradycyjne leczenie złamań

Alantoina w nim zawarta

pobudza rozwój komórek kości,

chrząstek i mięśni,

przyspiesza gojenie.

Ponoć (!) grzesznym pannom przed ślubem …

kąpiel żywokostowa przywracała dziewictwo.

Powinien więc dziś żywokost mieć wzięcie.

Epilog wierszowany

Dziś w wielkich fabrykach

i szklanych wieżowcach

siedzą pyszni ludzie

(od zadęcia pyszni)

drapią się w łysiny

i stękają w trudzie

myślą, że wymyślą,

sapią i się pocą.

Pytam: – Chłopaki po co wam to,

po co?

Bo przecież od dawna wiadomo,

że najlepsza szkoła

to czysta przyroda

– pola, lasy, woda

tam ukryte są zioła –

skarby dla człowieka.

Macie je pod ręką!

Szukać nie daleko,

nie trzeba się wściekać.

Do napisania wierszyka zainspirowała mnie praca „Wielki zielnik medyczny” pani Penelopy Ody z Narodowego Instytutu Lekarzy Zielarzy. Dziękuję. Stefan Truszczyński

Znane zjawisko społeczne opisuje WALTER ALTERMANN: Działacze sportowi

Jeszcze przed II wojną światową, jeżeli określano kogoś mianem działacza, to był to dla człowieka powód do dumy. Znaczyło to bowiem tyle, że jakiś pan – lub pani – poświęca wolny czas dla dobra społecznego. Byli działacze Polskiego Czerwonego Krzyża, Kropli Mleka a także klubów sportowych. Działacz – oznaczało także człowieka, który ze swego „społecznikostwa” nie czerpie żadnych materialnych korzyści.

Za czasów PRL sporo się zmieniło, bo działaczami określano tekże etatowych członków PZPR. Nie wypadało powiedzieć, że jakiś osobnik ma etat w strukturach miejskich, gminnych, wojewódzkich i krajowych partii. Władza bała się, że lud zacząłby podejrzewać interesowność „działaczy”. Doszło do tego, że etatowi pracownicy klubów, związków sportowych – na szczeblach wojewódzkim i krajowym – którzy pobierali niezłe wynagrodzenia byli „działaczami”.

Bądźmy jednak uczciwi – bywało i tak, że jakiś dyrektor dużego zakładu pracy, centrali czy zjednoczenia naprawdę działał w jakimś klubie społecznie, czyli bez żadnego wynagrodzenia. Ale „w zamian” uzyskiwał profity niematerialne, choć ważne. Po pierwsze – „w zamian” za bycie prezesem czy członkiem władz klubu, kierowany przez „działacza” zakład pracy przelewał na konto klubu spore kwoty. Drugie „w zamian” objawiało się tym, że działacz był znany i poklepywany po plecach przez najwyższe władze, a także często wyjeżdżał z klubem na Zachód. To wszystko się liczyło.

Ten skomplikowany układ „w zamian” bardzo trafnie przedstawiony jest w filmie „Piłkarski poker”. Film jest komedią, ale życie sportowe w naszym kraju to raczej dramat, żeby nie powiedzieć – tragedia. Jak jest dzisiaj z działaczami sportowymi? Inaczej, ale tak samo. Zmieniło się właściwie tylko to, że w grę wchodzą większe sumy – pod i na stole.

Biznesy działacza Mirosława Stasiaka

Były działacz piłkarski, skazany nie task dawno za udział w aferze korupcyjnej, podróżował z reprezentacją do Mołdawii i miał miejsce na trybunie VIP. Gdy wybuchła afera PZPN oświadczył, że Stasiaka zaprosił jeden ze sponsorów kadry.

– Wcześniej nie latałem z drużyną narodową – powiedział Stasiak. – Zaprosiła mnie firma Inszury i może nie powinienem był lecieć, ale miałem tam w Mołdawii biznesy do załatwienia na miejscu i to mnie ostatecznie przekonało do tej podróży. Bardzo żałuję, że wsiadłem do tego samolotu i poleciałem do Mołdawii na mecz. Przepraszam wszystkich kibiców naszej reprezentacji za tę sytuację oraz to, co działo się w ostatnich dniach.

Zirytowało to Rafała Brzoskę, właściciela firmy InPost, który napisał na Twitterze:

– Sugerowanie przez PZPN, że osoba powiązana z korupcją w piłce, czyli Pan Stasiak, rzekomo był zaproszony do Mołdawii przez jednego ze sponsorów (gdzie InPost jest jednym ze sponsorów) jest skandalicznym nadużyciem! Na meczu od nas byli jedynie pracownicy firmy. Oczekujemy natychmiastowego podania informacji, który ze sponsorów rzekomo zaprosił tę osobę. Po drugie — bardzo poważnie zastanawiamy się nad kontynuowaniem wsparcia polskiej piłki w formule, którą ostatnio obserwujemy. Nie pozwolimy na to, by nasz brand był wiązany z korupcją.             W dalszej części rozmowy ujawnił także kulisy swojej relacji z Cezarym Kuleszą, z którym miał się osobiście poznać stosunkowo niedawno, chociaż obaj panowie słyszeli o sobie już w czasie swojej działalności w polskich klubach.

Moralność? Nie wiem o co chodzi…

Afera jest grubym skandalem, który znowu podnosi problem moralnej jakości działaczy PZPN. Przecież prezes tego związku powinien chyba zainteresować się w czyim towarzystwie nasza dumna reprezentacja narodowa poleci na międzynarodowy mecz. Ważne jest też, że PZPN zareagował dopiero w momencie, gdy media sprawę ujawniły. Czyli do tego momentu pan Cezary Kulesza uważał, że zapraszanie na trybunę VIP aferzysty, który kupował i sprzedawał mecze, jest w porządku.

Sport podobno jest szkołą charakterów dla młodzieży. Zatem mam poważne obawy o przyszłość naszej grającej młodzieży, bo skoro można korumpować, kraść, być skazanym, a potem paradować w glorii i chwale, to znaczy, że wszystko jest dozwolone. Na miejscu pana Kuleszy spaliłbym się ze wstydu, albo najpierw ustąpił ze stanowiska, a potem spalił. Ale pan Kulesza jest zadowolony z siebie a winę zrzuca na sponsorów. Marnej jakości mamy działaczy, oj marniutkiej…

Jest jeszcze jeden maly, ale śmieszny wielce aspekt sprawy. Otóż w swym oświadczeniu skazany Stasiak mówi, że do Mołdawii poleciał, bo miał tam „biznesy”… Strach pomysleć jakie, bo czegóż jeszcze ten czlowiek może być specjalistą? Z pewnością nie ustawiania meczy, bo skoro dał się złapać… A samo pojęcie „biznesy” brzmi okropnie, po polsku mówimy „interesy”.

„Biznesy” mówią jedynie osoby zajmujące się interesami od niedawna, i którymi dla bezpieczeństwa powszechnego, powinien zajmować się prewencyjnie i stale prokurator.

Kluby jak dojne krowy

Dzisiaj większość działaczy sportowych nie przynosi klubom pieniędzy, a wręcz odwrotnie – oni dzięki klubom całkiem nieźle żyją. Jeden z mechanizmów jest prosty jak drut. Najpierw klub ustala regulamin reklam, z którego wynika, że osoba, która załatwi klubowi pieniądze za reklamowanie jakiejś firmy na koszulkach, na banerach stadionowych, etc. dostanie określony procent od „przyniesionych pieniędzy”.

W normalnym świecie „reklamodawców i reklamobiorców” – poza sportem – jest to od 10 do 20 procent wartości reklamy. Ale bywaly i są kluby, które pośrednikowi wypłacaja ponad 70 procent. Podobno tenże pośrednik dzieli się z reklamodawcą pod stołem…

Teoretycznie klub dostaje więc 100 procent, ale pod potrąceniu podatku, po odjęciu marży dla reklamodawcy, klubowi zostaje niekiedy ledwie 20 procent kwoty. Ale wszyscy są zadowoleni, poza klubami. Znałem klub, w którym za długi wyłączano już nawet światło, ale jakoś nikt z działaczy się tym nie przejmował. Byli uśmiechnięci i ciągle zmieniali samochody na lepsze.

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Trudna do zniesienia poezja naszych kampanii

Jako dziecko lubiłem czytać oprawione stare roczniki „Przekroju”. Zapamiętałem z tego tygodnika, „ostry” rysunek satyryczny. Na tej „karykaturze politycznej” był okropnie brzydki i wściekły pies, szczerzący wrednie zęby. Pies miał obrożę nabijaną kolcami, do której przytwierdzony był łańcuch. Drugi koniec łańcucha trzymał okropny – jeszcze brzydszy niż pies – Wuj Sam, w cylindrze, z cygarem w ustach. Podpis głosił: „Tito – pies łańcuchowy imperializmu”.

Nigdy nie sądziłem, że jeszcze kiedyś usłyszę, zobaczę równie wyrafinowaną krytykę polityczną. A jednak… Oto w lipcu roku 2023, w jednej z naszych stacji TV było napisane na pasku, jako głos widza w dyskusji: „Wszystkie te instytucje chodzą na smyczy Berlina i Moskwy”.

Z walką polityczną, która zasadza się na obrzydzaniu przeciwników nie należy przesadzać. W latach czterdziestych cały Górny Śląsk oplakatowano obrazkiem, na którym nad kulą ziemską unosił się okropny Truman, trzymający w rękach bombę z napisem „A”. Któryś ze Ślązaków nie wytrzymał, bo pewnego poranka, idący na szychtę górnicy zobaczyli na plakacie dopisek: „Spuść ta bania, bo już nie do wytrzymania”.

Naprawdę nie należy w niczym przesadzać, z propagandą również.

Język emocji

Polityka jest polem, na którym używa się języka emocji. Politycy dobrze wiedzą, że jedynie niewielki procent elektoratu rozumie logikę, a jeszcze mniej osób z logicznych i prawdziwych argumentów chce wyciągać jakiekolwiek wnioski. Dlatego wszystkie partie starają się pobudzić emocje swoich potencjalnych wyborców. Jest to bardzo logiczne, ale też bardzo niebezpieczne. Kampanie wyborcze kiedyś się kończą, a emocje nie wygasają wraz z ogłoszeniem wyników wyborów. W ludziach pozostają zatem złe emocje, a te mogą skutkować trwałą wzajemną nienawiścią zwolenników różnych partii.

Z mojego punktu widzenia kampanie wyborcze wywołują również bezpardonowe ataki na język polski. W emocjach bowiem – a wszyscy politycy są w stanie okropnego wrzenia emocji –  trudno jest mówić poprawnie i elegancko. A zauważmy, że czym bliżej wyborów, tym bardziej narasta agresja słowna.

Wynotowałem sobie kilka „kwiatków” kampanijnych, które pozwolę sobie przedstawić. Nie będą podawał kto, z jakiej partii co mówił, ponieważ nie chcę nikomu z polityków zaszkodzić, ani pomóc.

Szkalowanie na Polskę

„Szkalowanie na Polskę” – ten zwrot pojawia się obecnie nader często. I jest to błąd, albowiem nie można „donoszenia na Polskę” zastępować „szkalowaniem na Polskę”. Szkalowanie to rozgłaszanie nieprawdziwych informacji szkodzące dobrej opinii kogoś lub czegoś. Może jestem przeczulony językowo, ale chyba nie zagłosuję na ludzi, którzy mają na bakier z językiem ojczystym.

Słabe argumenty

Argumenty w dyskursie politycznym dzielą się na słabe i mocne. Jednym z najsłabszych w ostatnich dwóch tygodniach argumentem, jaki usłyszałem, jest: „Mnie niepokoi pana fałszywa narracja”. Ta kwestia jest słaba, bo nie niesie agresji, poza tym nie bardzo wiadomo o co mówiącemu chodziło.

Teraz już wszyscy politycy mówią „narracja”, a śledzę ten przypadek językowy od miesięcy. I żaden z tych polityków nie zna podstawowego znaczenia tej nieszczęsnej „narracji”. Narracja zaś jest pojęciem z dziedziny teorii literatury i odnosi się do narratora, czyli opowiadacza. Czasem narracja to także tok, przebieg zdarzeń. Współczesną karierę „narracja” zawdzięcza temu, że jest modna i nowa. Należałoby – po polsku – powiedzieć tak: „Pan przedstawia to zdarzenie, całą sprawę nieprawdziwie. Bo jest zupełnie inaczej…”

Słowa ostateczne jak wygnanie z raju

Ostatecznym, najgorszą możliwych obelg jest zarzucanie komuś zdrady. Rzecz ma się tak, że mówiący jest głęboko przekonany, że on, jedynie on i jego partia chcą dla kraju dobrze. Mógłby taki „zarzucający” powiedzieć przeciwnikom, że się mylą, że są w błędzie… Ale jaki miałoby to wydźwięk emocjonalny? Żaden. Dlatego niezwykłą karierę zrobiło pojęcie zdrady.

Przy czym „zdrada” jest stopniowana. Najsłabsza jest zdrada zwykła. Tę bije „zdrada polskich interesów”. Ale silniejsza od obu poprzednio wymienionych jest „zdrada polskiej racji stanu”. Jest jednak jeszcze najsilniejsza z wszystkich zdrad: „zdrada Polski lub ojczyzny”.             Interesujące jest, że żaden z mówiących tak ostro nie zastanawia się, że pojęcia „zdrada”, „racja stanu” są na bieżąco nie do zdefiniowania. Łatwiej będzie tak mówić za 200 lat historykom, ale i oni będą się różnić tym kto zdradził, kto zawiódł, kto okazał się głupszy. Dlaczego więc dzisiejsi dyskutanci są tak ostrzy? Bo łatwiej przychodzi im mówienie, niż myślenie. No i wiedzą, że przy wyborach nie chodzi o walkę racji. Wiedzą, że trzeba używać słów niosących emocjonalne granaty.

Szkoła

Szkoła to archetyp dyskusyjny. W dyskusjach pojawia się często motyw szkoły. „Pod dyktando Niemców robicie wszystko, żeby zaszkodzić Polsce” – powiedział jeden z polityków, do drugiego polityka. Czyli Niemcy jako nauczyciel, a my jako uczniowie – zdaje się, że o to chodziło mówiącemu te słowa. A szkoła wiadomo – jest przymusem, zniewoleniem i dyktowaniem. Gdybym był złośliwy, powiedział bym, że część naszych polityków przeżyła lata szkolne w ciężkiej traumie.

Jedzenie

Jedzenie, spożywanie darów Bożych jest również jednym z archetypów, do których chętnie odwołują się dyskutanci polityczni. Bo tak jak szkoła jedzenie jest bliskie każdemu. I dlatego jeden z posłów mówi w TV: „On jest kelnerem przy kolacji, i nawet nie jest w stanie zgarnąć okruchów ze stołu”.

Metafora jest nieudana dlatego, że wygłaszający chciał połączyć dwie metafory w jedną. Zdaje mi się, że rozszyfrowałem jego tok myślenia. Po pierwsze – „Okruchy z pańskiego stołu” – jest starą frazą języka polskiego. Znaczy ona tyle, że biednym dostają się jedynie resztki z biesiad bogatych. Po drugie – posła prawdopodobnie przeraziło to, że „pański stół” może oznaczać stół boski, a poseł jest akurat mocno wierzący. Wprowadził więc postać kelnera, mającego być „uosobieniem” przeciwnika politycznego.

Ale wyszło koślawo, bo nie opłaca zmieniać starych zwrotów, starych fraz językowych. Kelner bowiem niczego nigdy ze stołów nie zgarnia. Kelner jest od podawania jedzenia. Sprzątają inni ludzie. No i w umyśle posła mówiącego zagnieżdżone jest przekonanie, że kelner to zawód upokarzający. Tak bywa często u ludzi z ludu. W sferach średnich i wyższych bycie kelnerem nikomu nie uwłacza. Chodziło o poniżenie przeciwnika, a wyszło na to, że poniżający skompromitował się jako „poeta polityczny”.

Wisienka na torcie

Pewna pani poseł powiedziała w dyskusji w TV, że ostatnie dokonania jej przeciwników to: „Wisienka na torcie, ale bardzo smutna wisienka…” O co chodziło pani poseł? Nie wiadomo. Ale mamy kolejny przykład strasznej poezji przedwyborczej.

Wisienka na torcie – zawsze kandyzowana – jest tym samym, co „koniec wieńczy dzieło”. Bez wisienki tort nie jest bowiem udanym tortem, a wisienka zamyka doskonale całość dzieła cukiernika.

Ta wisienka może być kwaśna, może być zepsuta, ale naprawdę nie może być smutna! Smutny to jestem ja wysłuchując takich wypowiedzi. Chociaż… gdyby wisienka miała duszę, to mogłaby być smutna, że zjada ją jakiś poseł, bo wolałaby leżeć w ziemi i dać życie nowemu drzewku wiśni.

Rozwiązania drastyczne

Pewien młody poseł… Właściwie jest to poseł w średnim wieku, ale emocjonalny jak nastolatek, powiedział ostatnio: „Tacy ludzie jak… – tu padły nazwiska, których dla zasady nie wymienię – powinni tracić obywatelstwo za swoje głosowanie w Parlamencie Europejskim”. Jest to najostrzejszy postulat sformułowany w obecnej kampanii, która niby się nie zaczęła, ale przecież trwa w najlepsze.

Z początku myślałem, że ów młodo-stary poseł oszalał. Potem jednak uświadomiłem sobie, że on chce zaistnieć. Jemu chodzi tylko o zapamiętanie, za wszelka cenę. Wiadomo, że ta kara nie będzie wprowadzona, ale już samo wypowiedzenie takiego postulatu buduje mówcę jako Katona z Savonarolą w jednym. Czekam, aż któryś z kandydatów oświadczy, że ma kontakty z kosmitami, i jeżeli nie zostanie wybrany, to zobaczycie, co kosmici wam zrobią.

Co do utraty obywatelstwa… Stosowali tę „karę” hitlerowcy i stalinowcy. U nas jeszcze do 1956 roku też były przypadki pozbawiania obywatelstwa. Ale od 1956 roku nikt już pomysłu nie propaguje. Bo czymże jest obywatelstwo? Jest naturalnym skutkiem urodzenia się w jakimś kraju – na co żaden poseł nie ma wpływu. Chyba, że w przypadku własnych dzieci. Można też zostać „przysposobionym” do jakiegoś narodu. I to jest normalne. Na szczęście cywilizowany świat dość dawno pojął, że pozbawianie obywatelstwa jest czystym idiotyzmem, bo niczego nie załatwia.

 

WALTER ALTERMANN: O wyższości chórów nad solistami

Zanim przystąpię do rzeczy, przypomnę jak przed meczem z Mołdawią śpiewała nasza „nożna” piłkarska reprezentacja. Otóż nasi reprezentanci śpiewali porażająco – tak samo strasznie, jak chwilę później grali. Fałszowali, nie trzymali rytmu, każdy śpiewał w swoim tempie, choć z głośników „szedł” Mazurek Dąbrowskiego.

 Z kolei pewien siatkarz obraża publicznie znakomitego siatkarza, polskiego reprezentanta, ale urodzonego na Kubie. Ów obrażający twierdzi, że Kubańczyk nie ma prawa grać w reprezentacji, bo nie śpiewa polskiego hymnu. A może wspaniały siatkarz Wilfredo Leon – bo o tego Kubańczyka tu chodzi – nie śpiewa, bo nie chce brać udziału w takim potężnym fałszowaniu? To byłoby logiczne, tym bardziej, że jak wiadomo, muzykę Kubańczycy mają we krwi.

Samemu czy w grupie

Tragedią naszego nauczania jest brak wspólnych działań uczniów. W państwach anglosaskich uczniowie od dawna uczą się, przygotowują prezentacje tematów wspólnie. Nad takimi prezentacjami pracują najczęściej w grupach 4-6 osobowych. Muszą się dogadywać, uzgadniać – czyli muszą dochodzić do efektu wspólnie. A u nas nie. My wychowujemy kolejne pokolenia samorodków, indywidualistów, czyli nie potrafiących – po skończeniu szkoły – współpracować z innymi.

Zespół w zespół

Oczywiście są niszowe zawody, w których każdy może pracować sam – malarze, rzeźbiarze, hafciarze szydełkowi, kopiści starożytnych ksiąg na papirusie, na pergaminie – czyli na  cielęcej skórze. Są jeszcze tacy indywidualiści jak: szewcy, krawcy i krawcowe, złotnicy, jubilerzy i dziennikarze… W sumie mamy powyżej katalog zawodów „indywidualistycznych”, w którym wymieniłem  głównie rzemieślników, ludzi z tradycją jeszcze wczesnośredniowieczną. Nowoczesny człowiek musi umieć pracować w zespole. I póki tego nie zmienimy, będziemy mieć kłopoty z produkcją, administracją, służbami mundurowymi… a właściwie ze wszystkim. Świat współczesny pracuje w zespołach, a my liczymy ciągle na cudownych samorodków Janków Muzykantów.

Chóry i orkiestry

Na Zachodzie już dawno zauważono, że nauka muzyki w szkołach scala, cementuje małe społeczności uczniowskie. No i uczy też śpiewu, gry na podstawowych instrumentach i rozumienia muzyki. A przede wszystkim świadomego przeżywania jej. Na świecie szkoły podstawowe, średnie i uczelnie wyższe utrzymują też chóry. Ich uczestnicy – poza kształceniem muzycznym – uczą się dyscypliny, poszanowania kolegi, który śpiewa ze mną.

Dwadzieścia lat temu w malej Finlandii działało ponad 50.000 chórów – szkolnych, samorządowych, stowarzyszeniowych. A w Polsce? Co prawda w 2006 roku zaczęto realizować pomysł „Ogólnopolski Projekt Akademia Chóralna „Śpiewająca Polska”, ale znaczących efektów na razie nie ma. Nikt też nie wie ile mamy w Polsce chórów.

Podobnie jest z orkiestrami. Oczywiście są i u nas, ale na tle Europy nie mamy się czym pochwalić. Dlaczego? Bo ciągle nie doceniamy zespołowości działań. Może to jakieś dziejowe przekleństwo, ciągnące się za nami z czasów szlacheckich? Bo jak wiemy, szlachta ceniła sobie wolność, rozumianą jednak jako skrajny indywidualizm. Żywiła też pogardę dla prawa i podstawowych zasad współżycia.

Jak utłukliśmy nasze klasyczne pieśni ludowych

Jest też tego naszego lekceważenia społecznej funkcji chórów i taki skutek, że kilka ostatnich pokoleń nie zna polskich klasycznych pieśni ludowych.  A wspólnotę buduje się także na tym, że każdy powinien znać klasykę polskich pieśni. Tak jak naszym obowiązkiem jest znać dzieła Kochanowskiego, Mickiewicza, Słowackiego, Fredry, Prusa, Sienkiewicza.  Żeromskiego i Wyspiańskiego. Bez tej znajomości klasyki będziemy w końcu stadem baranów mówiących słabo po polsku, których to baranów będzie łączyła jedynie trawa. Za czasów Gomułki nadawano w radio – aż do przesady – pieśni Mazowsza i Śląska. Ale był w tym rozum. Bo pamiętajmy, że w 1945 roku, na naszych obecnych ziemiach znaleźli się ludzie ze Wschodu, którzy słabo znali ogólnopolską tradycję i kulturę. Więc scalano społeczeństwo – między innymi – przy pomocy Mazowsza i Śląska.

Kres tej ludowej kulturze położyli ludzie Gierka, którzy uznali, że pieśni ludowe hamują postęp techniczno-kulturowy. A w tym samym czasie w Niemczech i na Wyspach Brytyjskich kwitła kultura ludowa, a ich telewizje pełne były konkursów na wykonanie ich klasycznej, ludowej muzyki i pieśni.

Głuchota nasza powszechna, czyli Zenek jako nieszczęsny skutek

Ciągle widzę młodych ludzi, którzy idą ulicami, jeżdżą  autobusami ze słuchawkami w uszach i słuchają muzyki. Ale nie wiem, czy naprawdę słuchają, czy też narkotyzują się tą muzyką. Wychodzą z realnego świata i zanurzają się w świat ostrych i głośnych dźwięków.

Nie dziwmy się więc, nie sarkajmy, że idolem muzycznym większości Polaków jest dzisiaj niejaki Zenek wykonujący  płaskim głosem właściwie jedną i tę samą piosenkę, tyle, że z innymi słowami. Tego Zenka, tośmy sobie sami wychowali, sami stworzyli mu grono słuchaczy głuchych i „bezgustownych”.

 

 

PIOTR TURLIŃSKI: Jak trzeba pisać o teatrze

Przeczytałem ostatnio monografię „Teatr Stary, jaki był, 1945-2000” Elżbiety Morawiec. Książka została wydana w roku 2018, więc myślę, że prawdziwy miłośnik teatru jeszcze ją znajdzie, a warto, bo Elżbieta Morawiec napisała dzieło wspaniałe. Ta pozycja powinna być obowiązkowa dla studentów, absolwentów i wykładowców wszystkich naszych teatrologii.  

Problem jest jedynie z tytułem, bo obiekt tej monografii nazywa się właściwie inaczej, i jest to: „Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej – teatr w Krakowie”. Stary Teatr jest obok Teatru Narodowego w Warszawie jedną z dwóch narodowych scen dramatycznych, podlegających bezpośrednio Ministrowi Kultury id Dziedzictwa Narodowego. Czyli jest to Stary Teatr, ale w Krakowie wszyscy mówią Teatr Stary. I dlatego autorka dała swej pracy tytuł „krakowski”.

Zanim szerzej rozpłynę się w zachwycie nad dziełem Pani Morawiec, pozwolę sobie jednak przedstawić kłopotliwy, bo nędzny stan dzisiejszego pisania o zjawisku jakim jest teatr.

                Jak nie należy pisać o teatrze

Teatr był, jest i będzie niezwykle atrakcyjnym przedmiotem do opisywania, badania, recenzowania,  publicystyki a także plotek. Niestety w kilku ostatnich dziesięcioleciach mnożą się coraz szybciej teksty, których autorzy zdradzają głęboką niewiedzę. Podejrzewam, że jest to skutek fascynacji teatrem podgrzewanej podstawowym brakiem wiedzy o przedmiocie.

Niewątpliwie przyczyniają się do tego liczne wydziały kulturoznawstwa, na których wykłady i zajęcia prowadzą naukowcy, którzy teatr znają głównie z lektur innych naukowców. „Teatroznawstwo” zamknęło się we własnym kręgu i żyje samo dla siebie. Wytworzyło – jak każda nowa nauka – własny język, który ma opisywać rzeczywistość teatralną. Ale język ten w niczym nie przypomina języka ludzi teatru. No i jest nadęty, napuszony, przemądrzały i nazbyt pewny siebie.

Niestety pożytku z takich teatrologów nie mają ani twórcy teatru, ani widzowie. Pierwsi oczekują analiz swoich sukcesów i porażek, ciekawi są jak widzowie rozumieją treści i formę ich przedstawień, czy to co zamierzyli „przeszło przez rampę”. Widzowie natomiast oczekują od piszących, mówiących w programach telewizyjnych, niejako przewodnika po teatrze, mądrzejszego, który więcej niż oni zrozumiał – bo jest fachowcem. Czekają również na sprawiedliwe oceny spektakli, na zachęty lub odstręczanie pójścia do teatru.

Ale nie ma tak dobrze. Teatrologia jest nakierowana jedynie na teatrologów. Piszący o teatrze budują podejrzane struktury filozoficzne, psychologiczne, których rzekomo dopatrzyli się w przedstawieniach.

Może warto by było, zanim zacznie się o teatrze pisać, popracować dwa-trzy sezony w działach literackich teatrów? Myśl ta przyszła mi do głowy dlatego, że autorka omawianej pozycji była wieloletnim kierownikiem literackim kilku, bardzo dobrych teatrów.

Jak należy pisać o teatrze

Jak się pisze tak piękne dzieło, jakie stworzyła Elżbieta Morawiec? Trzeba mieć talent i wiedzę. A także wiedzieć, że pisze się „dla ludzi” a nie dla innych teatrologów. Przeczytałem kilkanaście monografii poświęconych innym polskim scenom. Autorami większości byli szacowni naukowcy, którzy jak jeden grzeszyli podejściem archiwisty. To znaczy starali się spisać, co i jakich autorów grano, ile razy, kto w danym przedstawieniu wystąpił, kto reżyserował… i tak dalej. Takie informacje znajdziemy również w pracy Elżbiety Morawiec, bo to obowiązek autora monografii. Ale prawie wszyscy jej poprzednicy – w dziele monografii teatrów – na tym poprzestawali. Z pewnością fenomen dzieła Elżbiety Morawiec bierze się stąd, że poznała teatr z bliska, najbliżej jak można – gdy nie jest się aktorem, lub reżyserem. Więcej – ona była ważnym współtwórcą teatru.

Elżbieta Morawiec, urodziła się w 1940 roku w Będzinie, zmarła w listopadzie 2022 roku. Była krytykiem teatralnym i literackim, publicystką, tłumaczką. W latach 1970-1990 była kierownikiem literackim Teatru Polskiego we Wrocławiu, Starego Teatru w Krakowie, warszawskiego Teatru Studio oraz poznańskiego Teatru Ósmego Dnia. Była też członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich oraz członkiem kapituły Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza.

Tym samym nie dziwi mnie, że ktoś z taką drogą życiową, z takim doświadczeniem zawodowym mógł napisać tak mądrą rozprawę o o teatrze. Elżbieta Morawiec napisała rzecz fascynującą, bo postarała się dotrzeć do źródeł, do przyczyn powstania fenomenu, jakim był Stary Teatr. Rozumiała też, że sztukę teatru tworzą ludzie – czyli artyści teatru. I dlatego jej książkę czyta się jak wciągający historyczny kryminał. Znajdziemy w niej żywych ludzi, którzy ten Teatr Stary tworzyli. Natkniemy się na momenty przełomowe w życiu tej sceny. Znajdziemy też – a może przede wszystkim – sylwetki wybitnych reżyserów i aktorów. Z książki Elżbiety Morawiec wyłania się obraz Teatru Starego na przestrzeni 55 lat. Obraz zmagań z władzami i z własnymi ograniczeniami artystów.

Pozwolę sobie przedstawić Państwu dwa fragmenty dzieła, żeby pokazać doskonałość pisania Elżbiety Morawiec. Na początek fragment opisujący lata stalinowskie, pierwsze lata istnienia Starego Teatru.

Pierwsze lata Starego Teatru

Nie podobna tu streszczać czy bodaj opowiadać tych sztuczydeł – zawsze gdzieś czyhał wróg klasowy, ponury imperialista, szkodnik społeczny etc. Niekiedy w tych swoistych pièces-bien faites (dobrze wykonane kawałki – redakcja) pobrzmiewała ironia. Na przykład w „Inżynierze Sabie” Anna tak wyznawała miłość tytułowemu bohaterowi:

„Wierzę w ciebie. Wierzę, że będziemy produkować najtańszą bieliznę. Chodzi mi o to, żeby ludzie zaczęli „wytwarzać” najdroższą i najtrwalszą miłość”.

W sztuce Maliszewskiego „Wczoraj i przedwczoraj” na tle tradycyjnego dramatu rodzinnego jaskrawo rysują się wątki, złożone w daninie dogmatowi. Brat marnotrawny to malwersant i uciekinier, pozytywny z przyczyn pozaideologicznych ojciec po wojnie zostaje przodownikiem pracy. A inna postać taką oto wygłasza apologię ojca:

Radość wielka nas przenika

Mamy ojca przodownika

Raz na tysiąc lat się zdarza

Taki fajny typ murarza

Myślał, myślał dnie i noce

Aż wyrobił 200 procent.

Nawet Jarosław Iwaszkiewicz, starając się trochę uczłowieczyć socrealistyczny schemat („W Błędomierzu” to był dramat rodzinny, „dobry” brat komunista i „zły” prawicowiec, antysemita, nie ustrzegł się politycznie słusznej, baśniowej iście puenty. W finale jedna z postaci powiada z namaszczeniem:

W każdym takim Błędomierzu – doktor Sawicki i mała Wala, i Rysio, i doktor Wikła, i księżyna, i Staniewicz – i wszyscy oni chcą, aby Polska była lepsza i mądrzejsza, i czystsza, i zdrowsza, i żeby cała ludzkość szła ku nowemu dniowi. Ile razy nas zło przemoże, to trzeba tylko wyciągać ręce do swoich współtowarzyszy i wziąć się w mocne, mocne koło. I wtedy prawdziwie odbudujemy Błędomierz”.

W Starym radzono sobie z produkcyjniakami także inaczej – Tadeusz Kwiatkowski (i spółka) napisali „Traktor i dziewczynę” jako musical, wielki Jan Kurnakowicz puszczał oko do widowni jako Prezes Charles K. MacPherson. Ubolewając nad niesprawiedliwością losu, która zmuszała wybitnego aktora do podejmowania takich zadań Henryk Vogler pisał: „Kreację Kurnakowicza należałoby sfilmować, udźwiękowić i umieścić w tym celu stworzonym archiwum aktorskim”.

Teatr tamtego czasu miał zadanie karkołomne – z jednej strony musiał oddać co nakazowe – nakazowej estetyce, z drugiej zaspokoić gusta publiczności a także starać się je podnieść na wyższy poziom. Rezultatem musiał być eklektyzm, ale w Starym Teatrze miał ten eklektyzm całkiem przyzwoity kształt. Repertuarowy i nie tylko.

Wielcy Starego Teatru

Jak się rzekło na początku, sztuka istniej tylko dzięki artystom. Artysty nie można administracyjnie mianować – choć były takie próby. Również nie stworzą artysty wyższe szkoły artystyczne, artystą człowiek się rodzi, a potem dorasta do sztuki i rośnie swoimi dziełami.

Książka Elżbiety Morawiec zawiera kilkanaście sylwetek wybitnych artystów, związanych ze Starym Teatrem. Zwróćmy uwagę, że swoje dzieło autorka dedykowała Jerzemu Treli, czyli wybitnemu, a może najwybitniejszemu aktorowi Starego Teatru. Z książki Morawiec wybrałem postać największego reżysera tej sceny, Konrada Swinarskiego. Poczytajmy, jak mądrze i wnikliwie portretuje go autorka.

Szczęściem w historii zapisuje się nie tylko cenzura i głupota władzy, ale także osiągnięcia ludzi naprawdę twórczych, A takich nie brakowało w czasach późnego Gomułki. Hübner wiedział, kogo angażuje podpisując w 1964 roku umowę z Konradem Swinarskim. A Swinarski był już wówczas kimś więcej niż dobrze się zapowiadającym młodym reżyserem. Laureat w 1960 roku Nagrody im. Leona Schillera, w 1964 wyróżniony przez niemiecką krytykę teatralną za inscenizację „Pluskwy” Majakowskiego w teatrze berlińskim. Dumny z współzałożenia w Belinie słynnego potem Theater am Halleschen Ufer.

I tu wkraczam na bardzo trudny teren – jak na kilkunastu stronach zapisać choćby część prawdy o genialnym artyście. A Konrad Swinarski niewątpliwie takim był. To się wiedziało już za jego krótkiego, dramatycznego życia.

Ktoś powiedział (Camus? Herling-Grudziński?), że artysta, to ktoś, kto ma los. Jeśli można tak powiedzieć Swinarski był człowiekiem, który losu miał aż w nadmiarze. Ojciec, oficer wojska polskiego, zmarł w 1935 roku, kiedy Konrad miał 6 lat. Matka, która nieopatrznie w czas okupacji przypisała się do narodowości niemieckiej, za co po wojnie skazano ja na obóz dla „wrogów narodu”, zmarła z głodu i wycieńczenia w październiku 1945, Swinarski miał wówczas 16 lat. Także w roku 1945 stracił jedynego brata – wcielony do Wehrmachtu Henryk Swinarski zginął w marcu 1945.

Tragiczne piętno odcisnęło na nim rozdarcie między dwiema kulturami – polska i niemiecką. Miotał się, nigdzie nie czuł się u siebie, wieczny uciekinier, lub jak pisali niektórzy – pielgrzym. Może raczej Edyp – uciekający przed zagadką swojego życia i nieustannie je zgłębiający. Elżbieta Witek-Swinarska pisała:

„ …ciągle uciekał z jednego miejsca w inne miejsce, od jednych ludzi do innych ludzi. Wszędzie było mu dobrze i źle równocześnie. Był w Warszawie, ciągnęło go do Berlina, był w Berlinie, tęsknił do Polski”.

Znacznie później, Jan Błoński, kierownik literacki Starego za czasów Konrada, diagnozował to głębiej:

„Miał wielkie poczucie tragiczności ludzkiego życia. Mógłbym tu wspomnieć zaledwie jakieś wrażenia… na przykład fascynację matką w całej komplikacji miłości i nienawiści. Miał silne poczucie winy, bo matka była właściwie Niemką i chciała nią pozostać. I on odczuwał to jakoś tak, że wszystkich zdradził… ojca zdradził z matką, matkę zdradził z Polską, potem Polskę z Niemcami, kiedy pojechał do Brechta… Stąd ciągły brak miejsca w świecie i silne poczucie winy”.

Istnieją wybitni nawet reżyserzy, dla których teatr jest po prostu realizacją pewnych intelektualno-artystycznych decyzji. Racjonalnych z ducha. Na pewno nie był takim dla Konrada – on poprzez teatr dokonywał nieustannych aktów samopoznania. W sztuce XX wieku można go porównać tylko z Pier Paolo Pasolinim, ta sama namiętność poznania prawdy ich obu zżerała. Prawdy o świecie, ale nade wszystko o sobie samym jako podmiocie i przedmiocie poznania. Był kimś, można rzec symbolicznym dla losu człowieka XX wieku, wieku totalitaryzmów.

Tragiczność przenikała jego życie, włączając w nie motyw losu ludzkiego XX wieku – losu wygnańców, ekspatrydów – „wykorzenionych ludzi”. Był „bezdomny” z winy historii przez duże H. Dom w kulturze polskiej nie był po prostu schedą, lecz świadomym wyborem. Pierwszą ojczyzną było jednak samotne „ja”. Teatr nie mógł być i nie był dla Swinarskiego miejscem uprawiania zawodu reżysera, lecz sceną życia.

Naprawdę warto przeczytać tę mądrą książkę Elżbiety Morawiec.

Elżbieta Morawiec, Teatr Stary jaki był 1945-2000. Wydanie pierwsze. Kraków 2018, ARCANA

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Pomnik nie wiadomo kogo

Na Wzgórzach Wuleckich we Lwowie od 2011 r. stoi pomnik ku czci zamordowanych profesorów. 22 polskich naukowców z trzech uczelni: Uniwersytetu Jana Kazimierza, Politechniki Lwowskiej, Akademii Medycyny Weterynaryjnej, oraz ich rodziny zgładzili Niemcy 3 – 4 lipca 1941 r. Na podstawie gotowych list proskrypcyjnych, bez sądu, z premedytacją. Także we Lwowie – 26 lipca 1941 r. – prawdopodobnie za odmowę współpracy z przedstawicielami Herrenvolku – zamordowano Kazimierza Bartla, matematyka, pięciokrotnego premiera RP, prezesa Polskiego Towarzystwa Matematycznego, rektora Politechniki Lwowskiej.

Na tablicy informacyjnej czytamy inskrypcję (w trzech językach: ukraińskim, polskim i angielskim), że to pomnik profesorów lwowskich. Nie wiadomo jednak – co to za profesorowie? Jakiej narodowości byli? W głównej części, na granitowych płytach okazałego monumentu, znajdujemy przykazanie: „Nie zabijaj”. Nie wiadomo jednak – kogo? Tu też zabrakło informacji, kim byli lwowscy profesorowie. Polakami? Żydami? Ormianami? Ukraińcami? Przecież wszystkie te narodowości wzbogacały przedwojenny Lwów.

To tak, jakby odsłonić bez tablic Grób Nieznanego Żołnierza. Wtedy byłby miejscem symbolicznego spoczynku nie żołnierza polskiego, ale uniwersalnego, walczącego gdziekolwiek i w dowolnym czasie. Jakże przypomina to rosyjską tablicę smoleńską, która pozbawiona informacji o celu wizyty polskiej delegacji z prezydentem RP na czele, mogła sugerować, że 96 osób zginęło podczas prywatnej ekskursji turystycznej. Albo że ludobójstwo wołyńskie było dziełem anonimowych oprawców. Oj, cieszyliby się nacjonaliści spod znaku OUN-UPA.

Ale jaki problem ukrywa pomnik we Lwowie? Tkwi w jednym krótkim słowie: „polscy”, które nie podoba się władzom Ukrainy. I nieważne, czy byliby to polscy naukowcy, poeci, dowódcy czy… piwowarzy. Będąc swego czasu we Lwowie, chciałem kupić piwo 1715 (tysiąc siedemset piętnaście). Sprzedawczyni odparła: „Takiego nie mamy. Jest 1715 (siedemnaście piętnaście)”. Bo 1715 to rok powstania Browaru Lwowskiego – nie ukraińskiego, lecz polskiego.

Ale wróćmy do profesorów, których za narodowo nieokreślonych uznali inicjatorzy pomnika. Mimo, że na takie „pojednanie” nie zgodziła się polska Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, mer Lwowa zapowiadał z dumą, że teksty na tablicy będą trójjęzyczne: polskie, ukraińskie i angielskie. „Profesorowie zginęli dlatego, że byli inteligencją” – tłumaczył dalej mer. Tylko jaką inteligencją?

Ale słowa „polski” nie użył nawet arcybiskup lwowski Mieczysław Mokrzycki (były sekretarz Jana Pawła II). Wszystkich przebił jednak Rafał Dutkiewicz, dla którego profesorowie to „wybitni naukowcy publikujący głównie w języku polskim”. Zdaniem ówczesnego prezydenta Wrocławia pomnik ma „pokazać Polsce, Ukrainie i Europie, że należy pamiętać o takich wydarzeniach”. Ale właściwie, co pokazać? Pomnik nie wiadomo kogo. Choć akurat Eurokołchoz – sam pozbawiony tradycji i głębszych treści – powinien być zachwycony. Również tym, że owi beznarodowi profesorowie lwowscy zostali zamordowani – jak czytamy – nie przez Niemców, tylko przez nazistów.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Dla Rosji sport jest bronią

Utytułowana rosyjska lekkoatletka Jelena Isinbajewa, kiedy hiszpańskie media ujawniły, że mieszka na Teneryfie, zadeklarowała, że jest „obywatelką świata”. Rosja zawsze jednak wykorzystywała sport i zawodników politycznie.

Jelena Isinbajewa to dwukrotna mistrzyni olimpijska, wielokrotna mistrzyni świata i Europy, ustanowiła 28 rekordów świata w skoku o tyczce. Faktem jest, że w przeszłości mistrzyni olimpijska była majorem Sił Zbrojnych Rosji, członkinią proputinowskiej partii „Jedna Rosja”, wprowadzoną przez Putina do grupy roboczej ds. opracowania poprawek do konstytucji. Niedawno hiszpański serwis „El Digital Sur” napisała, że „wojskowa lekkoatletka i powierniczka Putina” przebywa na Teneryfie. Artykuł ilustrowany był zdjęciami Isinbajewej w rosyjskim mundurze wojskowym. Na jednym z nich stoi obok ministra obrony Siergieja Szojgu.

Lekkoatletka zareagowała na te doniesienia. Na swoim profilu na portalu społecznościowym VKontakte napisała: „Mieszkam tam, gdzie pracuję, jem to, co kocham, komunikuję się z tymi, których cenię i szanuję”. Zawodniczka stwierdziła też, że rzekomo nie służyła w wojsku, a stopień wojskowy otrzymała „nominalnie”. Swoje zdjęcie z Siergiejem Szojgu nazwała „starym”, zaprzeczyła, że należy do jakiejkolwiek partii i podkreśliła, że ​​jest „legendą światowej lekkoatletyki”, „najlepszym sportowcem na świecie” i ma „wielkie zasługi” w sporcie. Zaznaczyła również, że od września będzie pracować w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim.

Ale Rosja nie zamierza tak łatwo odpuścić mistrzyni olimpijskiej. Rosyjskie media zaczęły przypominać Isinbajewej, że sama podpisała kontrakt do służby w armii rosyjskiej. W maju 2015 roku była członkiem Centralnego Klubu Sportowego Armii Rosyjskiej (CSKA RF). Poinformowano, że w tym czasie została powołana na wojskowe stanowisko instruktora lekkiej atletyki CSKA rozkazem podpisanym przez ministra Szojgu.

W 2018 roku, przed wyborami prezydenckimi w Rosji, Isinbajewa włączyła się w ruch społeczny poparcia Władimira Putina – Drużyna Putina. Dwa lata później została włączona do grupy roboczej ds. zmian w Konstytucji Rosji. Na stronie internetowej partii Jedna Rosja jej nazwisko nadal figuruje na liście członków.

Legendarny piłkarz CSKA i reprezentacji ZSRR Wołodymyr Ponomariow uznał działania Isinbajewej za „podłość i zdradę”.

Jednak czyn Jeleny Isinbajewej jest rzadkim aktem wśród rosyjskich sportowców. Być może mistrzyni olimpijska zrozumiała, że ​​Rosja zamienia sport w broń, za pomocą której chce poprawić swój nadszarpnięty wojną na Ukrainie wizerunek. Większość rosyjskich polityków, którzy bez żalu zareagowało na wyrzucenie z Rady Europy, znacznie bardziej przeżywa nie zaproszenie przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski rosyjskich sportowców do udziału w igrzyskach. Dlatego ze strony władz w Rosji szerzy się polityczna krytyka Komitetu.

W szczególności przewodniczący okupacyjnego parlamentu Krymu Wołodymyr Konstantinow powiedział, że uważa decyzję komitetu za „upokorzenie krajowych sportowców”. Jak informuje TARS, Międzynarodowy Komitet Olimpijski nie zaprosi Rosji i Białorusi do udziału w Igrzyskach Olimpijskich 2024 w ustalonym terminie 26 lipca, choć ostateczną decyzję w sprawie ewentualnego dopuszczenia rosyjskich i białoruskich sportowców występujących pod neutralną flagą organizacja podejmie „w odpowiednim czasie”.

Ale Wołodymyr Konstantinow nie proponuje zaprzestania wojny Rosji z Ukrainą, jak nakazuje tradycja, na czas igrzysk olimpijskich. Uważa, że ​​problem można rozwiązać inaczej – dać sobie spokój z międzynarodowymi kontaktami i zacząć rozwijać sport w kraju.

„Tak, istnieją elitarne, kosmopolityczne sporty, jak  tenis. Dlatego jest w nim tak wielu sportowców, dla których Wimbledon jest droższy niż Ojczyzna. Cóż, tracimy pozycję w tenisie i co z tego? Jak mówią, przez siedem lat mak nie rodził i nie było głodu” – przekonuje Wołodymyr Konstantinow.

Na uwagę, że rosyjscy zawodnicy, wierni sportowi, będą grać w innych krajach, okupacyjny krymski polityk mówi: „Są korumpowani stypendiami i innymi datkami. No to niech idą! Odbudujemy sieć sekcji sportowych, szkół rezerwy olimpijskiej – wychowamy tych, którzy ich zastąpią. I powstanie pokolenie sportowców, którzy będą patriotami swojego kraju, a nie zagranicznych pieniędzy”.

Według Konstantinowa jednym z głównych problemów sportu masowego w Rosji jest brak patriotycznych trenerów i mała dostępność sekcji sportowych dla dzieci i młodzieży.

Prawda jest jednak taka, że polityka dyktatorska, a także aneksja Krymu i wojna Rosji na Ukrainie stworzyły katastrofalną sytuację w sporcie tego kraju. Na przykład Rosja, nie przyjmuje krymskich drużyn piłkarskich, mimo poziomu ich gry, do Federacji Piłki Nożnej. Tak więc kluby piłkarskie Sewastopol i Rubin (Jałta), które po aneksji Krymu nie przeniosły się na Ukrainę kontynentalną, nadal grają tylko w II lidze dywizji „B”, a także w ramach Krymskiego Związku Piłki Nożnej. Sekretarz generalny Rosyjskiego Związku Piłki Nożnej Maksym Mitrofanow powiedział niedawno: „Krym to terytorium ze specjalnym reżimem piłkarskim, kluby zawodowe stamtąd nie powinny mieć możliwości udziału w ligach zawodowych”. Krymskie kluby nie zagrają również w Pucharze Rosji.

Jednak w 2014 roku symferopolska drużyna piłkarska Tavria nie zdradziła swojej ojczyzny i przeniosła się na Ukrainę kontynentalną. Okazało się więc, że istnieją dwa kluby o podobnych nazwach: krymski Tavria, który gra dla Ukrainy oraz klub sportowy Tavria (Symferopol), który ma prawo uczestniczyć tylko w wewnętrznych turniejach krymskich.

Ukraiński klub piłkarski Tavria ma bogatą historię. Został założony w 1958 roku w Symferopolu. W 1992 roku Tavria została mistrzem Ukrainy, pokonując Dynamo Kijów w meczu finałowym we Lwowie. W 2010 roku Tavria zdobyła Puchar Ukrainy, pokonując w finale drużynę Metalurga z Doniecka. Przed rosyjską aneksją Krymu Tavria grała w Premier League Ukrainy. W 2014 roku klub przestał istnieć. W 2016 roku został odrestaurowany na Ukrainie i włączony do mistrzostw Ukrainy wśród amatorów. Od 2017 roku występuje już w drugiej lidze mistrzostw Ukrainy. Drużyna swoje mecze u siebie rozgrywa głównie na stadionie w obwodzie chersońskim.

Rosyjski klub z kolei nie mógł opuścić okupowanego Krymu i gra jedynie w rozgrywkach amatorskich. Teraz ukraińscy piłkarze czekają na wyzwolenie Krymu, aby przywrócić chwałę krymskiej piłce nożnej jako części Ukrainy.