O zmianie w polityce historycznej Polski pisze TADEUSZ PŁŻAŃSKI: Ulmowie – odtrutka na kłamstwa

Dzięki Markowej o męczeństwu Rodziny Ulmów świat dowiaduje się, że Polacy nie zakładali obozów dla Żydów, ale przeciwnie: czynnie się zagładzie przeciwstawialiśmy – najwięcej wśród nas było Sprawiedliwych wśród Narodów Świata a sprawcami niewyobrażalnych zbrodni byli Niemcy.

„Wśród tych, którzy zginęli za udzielanie pomocy Żydom, była rodzina Ulmów: Józef, będąca w stanie błogosławionym Wiktoria oraz sześcioro ich nieletnich dzieci. Wraz z ukrywanymi Didnerami, Grünfeldami i Goldmanami zostali oni zamordowani w swoim domu w Markowej 24 marca 1944 roku” – czytaliśmy w uchwale, jaką w 2016 r. Sejm RP – przez aklamację – złożył hołd wszystkim Polakom ratującym Żydów podczas II wojny światowej.

Muzeum im. Rodziny Ulmów otworzył w tym samym roku w Markowej na Podkarpaciu prezydent RP Andrzej Duda. Bo to sprawa państwowa. Głowa państwa jednoznacznie nazwała Polaków ratujących Żydów bohaterami, a ich oprawców, Niemców, mordercami. Tak samo jak 1 marca nie ma wątpliwości, że Żołnierze Wyklęci walczyli o niepodległy byt państwa polskiego, a druga strona – komunistyczna – to zdrajcy i zbrodniarze.

W sejmowej uchwale wyrażono też „uznanie dla samorządu województwa podkarpackiego, który poprzez budowę muzeum o ogólnopolskim charakterze pierwszy na tak szeroką skalę upamiętnił to nadzwyczajne bohaterstwo”. I faktycznie, to pierwsze – nie tylko w Polsce, ale zapewne na całym świecie – miejsce opowiadające o tragedii Żydów, ale uwzględniające rolę Polaków. Nie jako prześladowców, ale pomagających im ludzi. Pomagających naszym starszym  braciom w wierze, obywatelom – o czym często się zapomina – Rzeczypospolitej.

Mimo że sami byliśmy skazani na Holocaust, uratowaliśmy kilkadziesiąt tysięcy naszych żydowskich sąsiadów.Podkreślmy, że we wszystkich pozostałych żydowskich muzeach na obu półkulach Polacy są przedstawiani zupełnie inaczej. Albo się nas przemilcza, albo przypisuje najgorsze cechy, na czele z rzekomym, wyssanym z mlekiem matki już od średniowiecza antysemityzmem – pogromowym, ludobójczym. Nawet część autorów polskich podręczników szkolnych pisze (a przynajmniej pisała), że w czasie wojny mordowaliśmy Żydów. W Wielkiej Brytanii polska młodzież wciąż musi się uczyć o „polskich obozach koncentracyjnych”.

Dlatego muzeum Ulmów to odtrutka na artykuły w „Die Welt” czy „RIA-Nowosti” na kłamstwa Grossa, Bartoszewskiego czy Tokarczuk. Na przeprosiny za Jedwabne Kwaśniewskich czy Michników. Antidotum na filmy w stylu „Pokłosia” czy „Idy” i seriale typu „Nasze matki, nasi ojcowie”, którymi Niemcy naszym kosztem mogą się wybielać. Dzięki Markowej i tamtejszemu muzeum świat dowiaduje się, że Polacy nie zakładali obozów dla Żydów, ale przeciwnie: czynnie się zagładzie przeciwstawialiśmy – najwięcej wśród nas było Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. To dobra zmiana w polskiej polityce historycznej. Teraz czekamy na więcej. Czyli, na beatyfikację rodziny Ulmów.

CEZARY KRYSZTOPA: Generator beki niezamierzonej, czyli dyletanckie wersety opozycji – odc. 373

– Dlaczego Pisiory mają aż 37 procent poparcia? – zapytała pod postem z ostatnim sondażem Kantara jedna ze zrozpaczonych zwolenniczek Donalda Tuska – Bo opozycja jest tak durna, że aż trudno w to uwierzyć – odpowiedziałem (abstrahuję tu od wiarygodności sondaży).

Nie wiem jaki jest strategiczny plan Donalda Tuska, choć nie wygląda na to żeby miał coś wspólnego z wygrywaniem wyborów. Wszystko wskazuje na to, że Donald Tusk chce te wybory przegrać, a jednak trudno uwierzyć żeby w tym tajemniczym spisku uczestniczyła cała partia. Jak jednak tego nie zakładać, skoro inaczej trzeba byłoby przyjąć, że mamy do czynienia z wyjątkową w polskiej polityce po 1989 roku bandą kretynów.

Z pustymi rękami

PiS rządzi drugą kadencję. Jak każdą partię władzy, dotykają ją patologie i pewnego rodzaju wypalenie. Nie wiem ile z tego co Gazeta Wyborcza pisze o zdymisjonowanym wiceministrze Wawrzyku jest prawdą, nie jest to medium do którego mam choćby minimum zaufania, ale problem kiepskiej kontroli nad migracją istnieje i gdyby opozycja potrafiła złożyć dwa do dwóch, zapewne po kampanii partii rządzącej nie byłoby co zbierać. Tylko, że w tym celu trzeba dysponować jakąś minimalną wiarygodnością i powagą, a tą największa partia opozycyjna od dawna nie dysponuje. Szczeniacki sposób bycia jej lidera tym bardziej tu nie pomaga. I tak do kolejnych wyborów Platforma Obywatelska idzie z pustymi rękoma, durnymi grepsami i wszystkimi sklepami w okolicy poobrażanymi.

Generator

Ostatnim hitem Internetów jest platformerski „generator” memów z Jarosławem Kaczyńskim. Sztabowcy PO zlecili sztucznej inteligencji wytworzenie portretu Jarosława Kaczyńskiego z nienaturalnie wielkimi oczami i napisem „Ja jestem zagrożeniem”. Grafika pojawiła się na bilbordach i w Internecie. Już samo założenie, że twarz starszego pana z oczami jak z mangi kogoś przestraszy, wydaje się dosyć groteskowe, ale gdyby tego było komuś mało, powstał zamieszczony w sieci „generator” napisów do tej grafiki, przy pomocy którego internauci mogą dopisać czemu według nich zagraża Jarosław Kaczyński. W takich sytuacjach internautom nie trzeba dwa razy powtarzać.

Sieć zalana została platformerskimi grafikami, według których Jarosław Kaczyński jest zagrożeniem dla różnego rodzaju mafii, dla „Rudego i cwaniaków jego”, dla germańskich klakierów, dla „ryżego Donka”, dla „sołtysa z Chobielina”, dla Grupy Webera, dla „Hyżego Rója”, dla Belzebuba, dla folksdojczów, dla „przygłupów z PO”, dla europejskich szatniarzy, dla „niemieckiego rumaka” i „włoskiego ogiera”, dla aktywiszcza z Sopotu, dla pomagierów Baćki, czy dla Tuska.

Będzie na nas

To ostatnie wprawdzie nie powinno mieć miejsca, ponieważ równie zabawna jak sam „generator” jest lektura kodu źródłowego strony, w którym twórcy zapisali kilometr słów, których teoretycznie „nie wolno w generatorze użyć”. I tam pracowicie wyliczyli nie tylko nazwisko i przezwiska Tuska, ale również umieścili we wszelki odmianach „Niemców”, „Unię Europejską” czy „Brukselę”. Co ciekawe pod ich ochroną znalazły się również „Rosja”, „kacapy” czy „naziści”. Cóż to jednak za wyzwanie dla internautów, skoro wystarczy wstawić dodatkową spację żeby uzyskać autoryzowaną przez Platformę Obywatelską grafikę głoszącą, że „Kaczyński jest zagrożeniem dla bandy Ryżego”? A nie jest to pierwszy raz kiedy Platforma natka się na te grabie. Podczas prezydenckiej kampanii wyborczej w 2015 roku była to akcja „Co na to Bronek”.

Naprawdę tak trudno było to przewidzieć? Tak się zastanawiam, może warto ich wszystkich jakoś zabezpieczyć? Wiele wskazuje, że sami dla siebie są znacznie większym zagrożeniem, niż Jarosław Kaczyński. Nie wiadomo co im do głowy wpadnie, a jakby co to przecież będzie na nas.

 

Czas na dożynki – relacja MARII GIEDZ ze święta plonów w Gostomiu na Kaszubach

15 sierpnia, zgodnie z odwieczną tradycją, obchodziliśmy święto Matki Boskiej Zielnej (oficjalnie Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny, a także święto Wojska Polskiego). 8 września przypada święto Matki Boskiej Siewnej (kościelne święto Narodzenia Najświętszej Marii Panny). Okres pomiędzy tymi świętami, to najlepszy czas na dożynki, czyli święto plonów, stary słowiański zwyczaj chętnie kultywowany w różnych rejonach naszego kraju. Kaszuby są pod tym względem szczególne, gdyż od zawsze „trzymają z Bogiem”, więc wszystko musi być tak, „jak Pan Bóg przykazał”.

Na Pomorzu dożynki organizuje się więc zazwyczaj w okresie owych trzech tygodni pomiędzy świętami maryjnymi. W tym roku Gmina Kościerzyna – nie mylić z miastem, które pretenduje do bycia stolicą Kaszub, konkurując z Kartuzami – zorganizowała święto plonów w Gostomiu, maleńkiej wsi w sercu Kaszub, zamieszkanej zaledwie przez niecałe 200 osób, a dokładnie przez 175 osób. Teoretycznie w tejże wsi nic nie ma interesującego poza żwirownią i nowym, wzniesionym w 1992 roku kościołem, notabene filią starego, pięknego kościoła parafialnego w Stężycy. A jednak Gostomie ma coś w sobie, co przyciąga, co fascynuje i nawet nie jest to przyroda, gdyż żwirownia psuje krajobraz.

Ponoć w czasach przedchrześcijańskich było to miejsce sabatu czarownic, ale i miejsce kultu słowiańskiego bóstwa, mówi się też, że było tu grodzisko, gdyż nad wsią wznosi się Łysa Góra, czyli Łyska, druga co do wysokości góra na Kaszubach (225,3 m n.p.m.). I podobnie jak Wieżyca (329 m n.p.m.) ma swoją jasną i ciemną stronę, chociaż tylko jeden wierzchołek, za to rozległy. Ponoć na Łysce znajduje się miejsce spoczynku Smętka (słowiańskie bóstwo smutku, symbol zła oraz symbol niemieckiego okupanta…). Aleksander Majkowski, znakomity pisarz kaszubski, ale i polski, a także poeta i dziennikarz (żył w latach 1876-1938) na początku XX w. pisał, że we wsi tej mieszkała kaszubska szlachta. Niestety dosyć uboga, bo tamtejsze ziemie nie są urodzajne, więc zwano je „pustymi” albo „czystymi polami”.

Według tradycji w wigilię św. Jana, czyli w najkrótszą noc, chociaż niektórzy twierdzą, że działo się to w czasie zrównania dnia z nocą, czyli 21 marca, na Łysce obchodzono stary obrzęd szukania kwiatu paproci, palenia ognisk, a przede wszystkim ścinania kani (kania to ptak, który w kaszubskiej tradycji jest symbolem zła). U podnóża góry odbywały się też miejscowe sądy. Wierzchołek Łyski, był niegdyś łysy, niczym nie porośnięty, więc wzbudzał respekt, ale i strach. W okolicznych miejscowościach mówiło się, że to miejsce przeklęte, bo nie chciało na nim rosnąć żadne drzewo. Dzisiaj wszystko się zmieniło i rośnie tam gęsty las.

Zmiany zaczęły następować w okresie międzywojennym, kiedy ziemie te znalazły się w granicach Państwa Polskiego. Otóż w roku 1935 na Łysej Górze rozpoczęto budowę Pomorskiej Szkoły Szybownictwa Ligi Obrony Przeciwpowietrznej i Przeciwgazowej. Miejsce to odkrył Szczepan Grzeszczyk, jeden z ojców polskiego szybownictwa, gdyż w tamtych czasach szybowce (samoloty bezsilnikowe) wystrzeliwano z lin gumowych, podobnie jak kamień z procy, i właśnie warunki topograficzne Łyski o stromych zboczach, ale i klimatyczne o sprzyjających szybownictwu prądach powietrznych znakomicie się do tego nadawały. Inicjatorem budowy był wicestarosta kościerski o nazwisku Paszkiewicz. Powstały tam wówczas wielkie hangary na 8 szybowców. O nazwie Łyska zapomniano, bo zaczęto ją zwać „Bezmiechową Północą” w odróżnieniu od Bezmiechowej Góry w gminie Lesko na Podkarpaciu.

Podczas okupacji, a więc po 1939 r. Niemcy wykorzystywali to miejsce do prowadzenia kursów szybowcowych dla pilotów Luftwaffe. Po II wojnie światowej wydawało się, że wszystko powróci do normy. Niestety szkoła funkcjonowała jedynie do roku 1950. Potem cały ten teren zajęło wojsko. Utworzono stację radarową z olbrzymim bunkrem (dawnym hangarem) niewidocznym z góry. Rozlokowała się tam 221 kompania radiotechniczna wchodząca w skład 22 batalionu radiotechnicznego stacjonującego koło Chojnic. Ponoć jednostka była wyposażona w stacje radiolokacyjne typu JAWOR-M2. Niedaleko wzgórza znajdowały się koszary wojskowe. Jednostka została zlikwidowana pod koniec lat 90. XX w.

Do dzisiaj zachowała się metalowa brama, a za nią droga okalająca teren szkoły szybowcowej. W centrum owego terenu znajduje się spory wykop, z którego wchodzi się do owych betonowych hangarów, od góry zasypanych ziemią, na których rosną drzewa. W najwyższym punkcie wzgórza rozlokowano rowy, okopy i niewielkie bunkry (może z okresu wojny), a także okrągłą wieżę. Wszystko to wygląda tajemniczo, a zimą, kiedy spadnie śnieg, niezwykle malowniczo.

Tak więc Gostomie pozornie niewidoczne i przez wielu niedoceniane ma swoją „duszę”, magiczny urok, co czuło się również podczas dożynkowych uroczystości. Skromna msza św., ot taka zwyczajna, bez „pompy”. Skromne uroczystości, w których co prawda wzięło udział kilku znanych polityków, ale mimo zbliżających się wyborów parlamentarnych nie było żadnej agitacji. Za to składano życzenia rolnikom, a nawet niektórych wyróżniono. Zaprezentowano też interesujący film o samej wsi, a także o małżeństwie dożynkowych starostów: Arlecie i Adamie Cieszyńskich i to bez wymieniania ich zasług. Pokazano ich zwykłą, codzienną, ciężką pracę. Podobnie było z dekoracjami wsi – bez przepychu, ale niezwykle pomysłowo, czego przykładem był m.in. kombajn wykonany z balotów słomy albo policjant z „suszarką” stojący przy znaku nakazującym zwolnić do 30 km na godzinę. Nawet jednemu z polityków wyrwało się (podczas składania życzeń), że właśnie Gostomie było najładniej, a jednocześnie dyskretnie przyozdobione ze wszystkich miejscowości dożynkowych, które w tym roku odwiedził.

Ciekawostką były również dożynkowe wieńce, które jak to na Kaszubach, w większości nawiązywały do motywów religijnych i to katolickich, gdyż Kaszubi pomimo promowanej przez pruskich zaborców reformacji, nie przeszli na protestantyzm. Zachowali swoją tradycyjną mowę, a przede wszystkim wiarę, co podkreślają w kaszubskim hymnie.

 

Fot. Maria Giedz

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Szewińska, Mulak – jako niedoścignione wzory i sport w TVP

Budapeszt. Nabiegali się, naskakali ale w gruncie rzeczy to się… nie udało. No cóż, bywa. Zacznijmy od wspomnień. Otóż, dawno, dawno temu gdy jeszcze Brama Krakowska zapinała się na zatrzaski, a młoda staruszka siedziała na drewnianym kamieniu – wspaniała Pani sportsmenka Irena Kirshenstein-Szewińska zdobyła olimpijski złoty medal i ustanowiła nieosiągalny jak dotąd przez inne panie rekord świata na 400 metrów.

Był Wunderteam, był Pan trener Jan Mulak. A teraz można sobie tylko powspominać. Niedawno Zbigniew Rytel zrobił doskonały – moim zdaniem – film o Ryszardzie Szurkowskim. Na kolaudacji żądano jednak zmian. I nagle, bardzo chory po wypadku, nasz wielki kolarz umarł. Ocknął się ówczesny prezes Jacek Kurski i polecił jeszcze tego samego dnia film Rytla emitować. Widzowie wpatrzeni w mały ekran zdziwili się, że TVP wyemitowała film dzień po śmierci kolarza.

Teraz nowy prezes TVP a wcześniej wiceprezes robi porządki. Widzimy, że odsuwa niektórych dziennikarzy od redakcji sportowej. Oby kontynuował te działania. 50-ciu dziennikarzy zatrudnia TVP-Sport. Dlaczego nie ma filmu np. o Pani Irenie (choć od roku leży tam gotowy scenariusz)? Dlaczego nie ma filmów o miotaczu Rucie, o Sidle, o Krzesińskiej i wielu innych, którzy rozsławili polski sport? Dlaczego? Dlaczego?

TVP ma spore pieniądze, ma przepastne archiwa. Ludzie którzy nie czują sportu nie powinni go propagować. Trzeba znaleźć, wyszukać i promować następców Tomaszewskiego, Ciszewskiego, Żemantowskiego, Hopfera i im podobnych – zdolnych, telewizyjnych i pracowitych. Może budapesztańska klęska potrząśnie decydentami od sportu.

 

 

O adwokacie opozycji, który ukrywa się przed Temidą pisze CEZARY KRYSZTOPA: Cieć na wybory

Kiedyś Roman Giertych miał na scenie politycznej samodzielną pozycję. Można się z nim było zgadzać, lub nie, ale przynajmniej nie był cieciem. Dziś polityczna pozycja Romana Giertycha jest ze wszech miar żałosna. Była taka i wcześniej kiedy pokątnie zgłosił go jako kandydata na senatora Szymon Hołownia, była taka i wtedy kiedy został wydalony dzięki staraniom Lewicy z ram Paktu Senackiego, a nawet wtedy kiedy jego kundelki ruszyły do ataku na potencjalną lewicową konkurentkę Magdalenę Biejat.

Być może apogeum upokorzenia Giertych osiągnął w momencie kiedy okazało się, że na listach Platformy jest miejsce dla takich cudaków jak Michał Kołodziejczak, ale nie dla zasłużonego „adwokata opozycji”.

Upokorzenia

Choć z drugiej strony, czy mniejszym poniżeniem było ostatecznie umieszczenie Giertycha na ostatnim miejscu listy w Kielcach, jak ogłosił sam Tusk, nie ze względu na jakieś Giertycha przymioty, ale po to żeby zrobić na złość startującemu w Kielcach z listy Zjednoczonej Prawicy Jarosławowi Kaczyńskiemu? Tym bardziej, że sam Tusk mówi, że ta kandydatura wywołuje u niego „dyskomfort”? Ciekawe jakie uczucia wywoływał Giertych u Tuska kiedy jako adwokat reprezentował jego syna Michała?

Roman Giertych jest najwyraźniej gotów znieść wiele, ponieważ jako unikający polskiego wymiaru sprawiedliwości, bardzo potrzebuje immunitetu. A nie ma gwarancji, że na karuzeli z kandydatami się utrzyma. Dziś polityczne „życie” kandydata na opozycji potrafi być bardzo krótkie, o czym przekonali się liczni już kandydaci, począwszy od Jana Hartmana, a skończywszy na Jaaaaaaaaaanie Shostak.

Eksperyment

Póki co przeprowadzany jest na nim eksperyment badania wytrzymałości kręgosłupa. Przedmiotem publicznej debaty jest pytanie czy Giertych, niektórzy twierdzą, że związany z Opus Dei, na pewno postrzegany, słusznie czy nie, nie wiem jak tam ostatnio, jako człowiek wierzący, podpisze deklarację poparcia dla programu Platformy, którego jednym z niewielu znanych punktów jest postulat legalności aborcji do 12 tygodnia ciąży – Wiem, że Roman jest przeciwko aborcji i uważam, że nie zmieni poglądów. I dobrze, powinien pozostać wierny przekonaniom – mówi jego ojciec Maciej Giertych. A ja bym sobie ręki nie dał uciąć.

Tak czy siak, od dyżurnego wroga lewackich aktywistów do ciecia zmiatającego hasztagi na Twitterze dla środowiska, które się nim brzydzi, to dość smutna ewolucja tak dla adwokata, jak i polityka.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Batalia o krzyż na Westerplatte

2 września 1939 roku nalot bombowy Luftwaffe wywołał poważne zniszczenia w atakowanej przez Niemców Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte. „Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte, jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić…” – powie po latach, 12 czerwca 1987 roku, na Westerplatte Ojciec Święty Jan Paweł II.

Po nalocie 2 września polska obrona zachwiała się, a przechodzący załamanie nerwowe mjr Henryk Sucharski na znak kapitulacji kazał wywiesić białą flagę. Kiedy wydawało się, że placówka poddaje się, dowództwo przejął zastępca Sucharskiego kpt. Franciszek Dąbrowski (aby nie robić fermentu w szeregach, fakt ten utajniono przed żołnierzami). Dzięki temu Westerplatte broniło się bohatersko do 7 września, uniemożliwiając Hitlerowi przeprowadzenie uroczystości włączenia Gdańska do III Rzeszy niemieckiej.

Po wojnie na żołnierskich mogiłach cmentarza obrońców Westerplatte stanął krzyż. Postawili go w 1946 roku gdańscy portowcy z inicjatywy kpt. Franciszka Dąbrowskiego, w miejscu, gdzie zginęło najwięcej Westerplatczyków. Ale w 1962 roku do Gdańska miał przyjechać Nikita Chruszczow i krzyż zniknął (kierowca, który miał wyrzucić krzyż na śmietnik, przewiózł go potajemnie nocą do parafii świętej Jadwigi w Nowym Porcie). Miejsce krzyża na Westerplatte zajął sowiecki czołg T-34.

W sierpniu 1980 roku brygadzista Czesław Nowak zorganizował w Zarządzie Portu Gdańsk strajk, pamiętając o krwawym doświadczeniu grudnia 1970 roku. Obok postulatów ekonomicznych i niepodległościowych nie zapomniał o krzyżu Dąbrowskiego, o czym mówili portowcy Westerplatczycy. Wraz z kolegami Nowak pojechał do parafii, wykopał krzyż, który stał wśród bzów, i na przyczepie ciągnika przewiózł go na półwysep.

Ale to był dopiero początek walki. Komuniści odpowiedzieli obroną czołgu – symbolu nienaruszalnej przyjaźni polsko-radzieckiej. Kolejny kryzys, a nawet rozlew krwi, zażegnał kompromis – czołg został, ale razem z krzyżem. 30 sierpnia 1981 roku w obecności kilkunastu tysięcy osób bp Lech Kaczmarek odprawił przed przywróconym krzyżem Mszę świętą. Wziął w niej udział ks. Jerzy Popiełuszko, a Jan Paweł II podczas audiencji w Castel Gandolfo 6 września powiedział: „Ze wzruszeniem dowiedziałem się, że przywrócono na Westerplatte krzyż, który tam stał”. Czesław Nowak miał swoje Westerplatte.
Ale to nie koniec batalii o krzyż. W 1989 roku komuniści przestawili go bokiem do żołnierskich mogił. Walka Czesława Nowaka o przywrócenie krzyża w pierwotnym miejscu zakończyła się dopiero w 2010 roku (czołg zniknął z Westerplatte trzy lata wcześniej).

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja na Krymie narusza wolność sumienia i wyznania

Rosja wszczęła ponad 100 spraw karnych przeciwko mieszkańcom Krymu z powodów religijnych, najbardziej prześladowaną grupą religijną są Świadkowie Jehowy.

Jak podaje Europejskie Stowarzyszenie Świadków Jehowy, w czterech miastach Krymu – Armiańsku, Symferopolu, Sakach i Dżankoju – niedawno rosyjskie siły bezpieczeństwa przeprowadziły dziewięć przeszukań członków organizacji religijnej Świadkowie Jehowy. W Symferopolu rewizję przeprowadzono np. w mieszkaniu Kateryny Melnychuk. Kobieta została poinformowana o wszczęciu przeciwko niej sprawy karnej i po przesłuchaniu została zwolniona. 11 sierpnia 2023 roku kontrolowany przez Kreml Sąd Rejonowy w Dżankoj po dwóch tygodniach pozbawienia wolności umieścił Wiktora Ursę, przedstawiciela organizacji religijnej Świadkowie Jehowy, w areszcie domowym.

Przeszukano także mieszkańca Symferopola Dmytro Zacharewicza, zięcia Oleksandra Woronczikina, zamieszanego w jedną z podobnych spraw w Symferopolu. Tego samego dnia mężczyzna otrzymał decyzję o postawieniu go w stan oskarżenia w sprawie karnej. Na wniosek śledczego sąd umieścił jego oraz innego wyznawcę ŚJ w areszcie domowym.

W mieście Armiańsk siły bezpieczeństwa przeszukały jeden z dwóch domów członków organizacji ŚJ. W miejscowości Saki siedem grup sił bezpieczeństwa, w tym cztery uzbrojone, przeprowadziły dwugodzinne przeszukanie domu 62-letniego Świadka Jehowy, którego nazwisko nie zostało ujawnione. Zabrano mu urządzenia elektroniczne.

Szczegóły przeszukań w Dżankoju nie są obecnie znane, poza tym, że jednym z zatrzymanych był starszy członek grupy. „Odbywał spotkania z zwolennikami za pośrednictwem łącza wideo, promował idee zakazanej organizacji i emitował materiały ekstremistyczne. Zajmował się także pozyskiwaniem nowych zwolenników, zbieraniem i dystrybucją datków” – podała służba prasowa Komitetu Śledczego Rosji. Podejrzany został zatrzymany i oskarżony za udział w „zakazanej organizacji religijnej”. Podczas przeszukania zabezpieczono literaturę ekstremistyczną.

Tym samym do chwili obecnej 25 mieszkańców Krymu zostało oskarżonych w związku z przynależnością do Świadków Jehowy. Sześciu z nich zostało już skazanych na karę pozbawienia wolności na okres 6 lat lub więcej i odbywa karę w rosyjskich koloniach.

Podstawę do ścigania karnego wyznawców Świadków Jehowy dał policji Sąd Najwyższy Rosji, który w 2017 roku uznał „Centrum Zarządzania Świadków Jehowy w Rosji” za organizację ekstremistyczną i zakazał jej działalności. Na całym świecie grupa Świadkowie Jehowy liczy ponad osiem milionów wyznawców. W żadnym kraju nie jest ona zabroniona i zwalczana. W Rosji wszystkie podmioty prawne związane ze Świadkami Jehowy zostały uznane za ekstremistyczne i zakazane.

Na Krymie procesy Świadków Jehowy odbywają się przynajmniej raz na sześć miesięcy. I tak w lutym 2023 roku kontrolowany przez Rosję Sąd Miejski w Jałcie wydał wyroki przeciwko czterem Świadkom Jehowy. Trzej organizatorzy zbiorowych wydarzeń religijnych zostali skazani na różne kary – od 6 lat i 6 miesięcy do 6 lat i 1 miesiąca  –  które będą odbywać w kolonii poprawczej na zasadach ogólnych.

Według Dmytro Lubynetsa, Rzecznika Praw Człowieka Rady Najwyższej Ukrainy, Rosja wszczęła ponad 100 spraw karnych przeciwko mieszkańcom Krymu z powodów religijnych, w tym 17 przeciwko przedstawicielom Świadków Jehowy. Pozostała część spraw to postępowania karne wobec zwolenników tureckiej partii Hizb ut-Tahrir, której ideę pokojowego utworzenia globalnego kalifatu podziela wielu Tatarów krymskich. Ale to inna historia.

Zdaniem rzecznika prześladowanie członków organizacji religijnych stanowi naruszenie przez Rosję art. 18 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka oraz art. 9 Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, zgodnie z którym każdy ma prawo do wolności myśli, sumienia i wyznania.

„Rosja w dalszym ciągu ignoruje rezolucję Rezolucja Zgromadzenia Ogólnego ONZ nr 74/168, w której społeczność międzynarodowa wzywa ten kraj do zapewnienia wolności religii i przekonań bez dyskryminacji” – dodał Dmytro Lubynets.

Polowanie na członków Świadków Jehowy odbywa się w całej Rosji. Jakiś czas temu Departament Stanu USA skrytykował wyrok wydany w Rosji na dwóch wyznawców tej organizacji religijnej: „Potępiamy decyzję rosyjskiego sądu, który skazał wyznawcę Świadków Jehowy Dmitrija Golika na siedem lat więzienia więzienia, a Oleksija Berczuka na osiem lat więzienia” – napisał na Twitterze rzecznik Departamentu Stanu Ned Price.

 

Zamiana żon – szpiegowska opowieść SERHIJA KULIDY

Ta niezwykła, choć swoją drogą banalna, historia szpiegowska miała miejsce w połowie lat 90. ubiegłego wieku. Ale mogło się to zdarzyć również w latach 60., 70. i 80, w czasach, gdy świat dzieliła żelazna kurtyna.

Nikołaj Melnik i jego żona Tatiana przylecieli do Nowego Jorku lotem Lufthansy 1 grudnia 1993 r. Nikołaj był pracownikiem Pierwszej Głównej Dyrekcji KGB ZSRR, czyli po prostu wywiadu zagranicznego, w stopniu majora. Na wyjazd służbowy do kraju „głównego wroga”, bo inaczej Stany Zjednoczone nie były nazywane w kręgach czekistów, czekał już od dawna, zmęczony wegetacją w swoim maleńkim biurze w Jasieniewie, siedzibie czekistów KGB na obrzeżach Moskwy. Już od dawna chciał wyjechać za granicę, ale majorowi proponowano tylko podróż do Afryki, potem do Azji Południowo-Wschodniej, a nawet do NRD, co w kręgach wywiadowczych było wówczas uważane za mało prestiżowe miejsca pobytu. Inna sprawa to Stany, Anglia lub, w najgorszym przypadku, Francja. Tutaj można było zwiedzać, rekrutować agentów, awansować w służbie, a jednocześnie powiększać osobisty dobrobyt materialny. Choć o tym ostatnim agenci woleli milczeć. Po powrocie do ZSRR wypadało nawet porozmawiać o przeklętych kapitalistach, ich „gnijącym Zachodzie” i zepsuciu jego mieszkańców. Jednocześnie w bagażu każdego podróżującego służbowo radzieckiego oficera wywiadu zawsze znajdowało się kilka numerów „Penthouse’a” lub „Playboya” z rozpalającymi wyobraźnię pięknościami na okładkach.

Major Melnik pracował w wydziale KGB zajmującym się Stanami Zjednoczonymi. Analizował informacje napływające od bardziej doświadczonych kolegów, którzy odwiedzając Moskwę, w związku z koniecznością spędzenia wakacji w domu, obnosili się w garniturach Woolwortha, a nawet pozwalali sobie pojawiać się w weekendy w pracy w dżinsach Levis lub Lee. Palili wyłącznie „Marlboro” i jednocześnie argumentowali, że „Johnny Walker” to „bzdura”, „podobny do naszego bimbru”.

„Cholera, snoby” – pomyślał Nikołaj – „czy oni już zapomnieli, jak pili „Moskowską”, a bułgarskie papierosy  „BT” za 60 kopiejek uznawali za szczyt luksusu?”

Trzeba przyznać, że dla Melnika dobre garnitury i raj wódkowo-papierosowy nie były niczym niezwykłym. Znał się dobrze na ubraniach i doskonale wiedział, że Woolworth nie jest sklepem nawet dla przeciętnego Amerykanina, ale dla tych, którzy są bliżej dna społeczeństwa. On sam nosił skromne, dyskretne garnitury i koszule Versace, zakupione przez jego tatę w londyńskim Marks&Spencer. Tata Nikołaja zajmował znaczące stanowisko we Wnieszekonombanku.

Nikołaj w pracy okazywał zapał i w każdy możliwy sposób starał się wykazać przed swoimi przełożonymi. Ale konkurenci wciąż uciekali. Wyścig o miejsce pod amerykańskim słońcem był „grą bez zasad”, „grą o przetrwanie”, rodzajem przełajowego safari. Z bagnami, dołami i wąwozami, ze straszliwą bestią czyhającą w najbardziej nieoczekiwanych miejscach na prostaka poszukującego skarbów. To prawda, że ​​​​byli tacy faceci, jak Wołodia Putin z Petersburga, którego Nikołaj spotkał w Instytucie Czerwonego Sztandaru KGB, który zwykł mawiać: „Najważniejsze zdrowie, a wszystko inne przyjdzie później” i chodził do sali gimnastycznej, gdzie wytrwale doskonalił rzuty i zamachy na macie.

„Może ma rację?” – myślał Nikołaj w chwilach udręki, gdy jego koledzy, zadowoleni z nowej nominacji, wystawiali przyjęcie w jakiejś jadłodajni oddalonej nieco od Jasieniewa i Łubianki.

A jednak był Bóg. Major Melnik przekonał się o tym, gdy pewnego upalnego czerwcowego dnia został wezwany przez samego szefa PGD, który po ojcowsku klepiąc go po ramieniu powiedział:

– Nadszedł więc twój czas, aby służyć Ojczyźnie na czele.

Serce majora trzepotało jak gołąb złapany w bezwzględne szpony orła.

–  Służę Związkowi Radzieckiemu – szepnęły natychmiast suche wargi.

Generał uśmiechnął się porozumiewawczo i natychmiast rzekł surowo:

– Za godzinę powinieneś być u Kryuchkowa.

Nogi majora zrobiły się miękkie.

– Po co? – mruknął Melnik ciężko oddychając.

– Otrzymasz błogosławieństwo – generał uśmiechnął się sarkastycznie. – I cenne wskazówki. Później otrzymasz ode mnie instrukcje. Powiem tylko: jako dziennikarz Agencji Prasowej Novosti będziesz działał pod przykrywką. Więc bądź kreatywny. Ucz się. Lecisz do Stanów na początku zimy…

Czas szybko minął. Nikołaj regularnie chodził do pracy w Novosti, gdzie przesiadywał całą noc. Tymczasem jego lepsza połowa opanowała umiejętności samoobrony i strzelania do celów. Dlaczego było to konieczne dla żony oficera wywiadu, nie jest do końca jasne. Być może tradycja wzięła się od walczących dziewczyn „rycerzy rewolucji”. Wyjaśnienie było niezwykle proste: jest to konieczne! Tatiana od dzieciństwa była nieśmiała i cicha, podobnie jak jej tata, humanista, pracownik naukowy. Nosiła okulary, w wieku trzydziestu lat po mistrzowsku nauczyła się gotować pierogi … wyjęte z opakowań państwowego przedsiębiorstwa Moskholod. Cały jej czas pracy i wypoczynku pochłaniały książki, rękopisy i słowniki. Tatiana Melnik uznawana była za jedną z najlepszych tłumaczek. A teraz to wątłe stworzenie było zmuszone trzy razy w tygodniu chodzić na strzelnicę, opanowując broń strzelecką…

Wreszcie nadszedł ten ekscytujący moment. Walizki spakowane, sporządzone listy przyszłych prezentów dla bliskich i przełożonych, straszny kac po „wieczorze kawalerskim” w plenerze, a co najważniejsze, otrzymano wszystkie instrukcje od władz i to, co najcenniejsze – od szefa urzędu – „nie zakopuj się i pamiętaj o prowokacjach”. Potem było pożegnanie w sztabie i brzęczący Boeing wzbił się w moskiewskie niebo, by po trzynastu godzinach wylądować w Nowym Świecie, w sercu wroga. Na lotnisku JFK szczęśliwą parę spotkał Jurka Szwed, kolega z biura, któremu przed Melnikiem udało się przepłynąć ocean, aby służyć Związkowi Radzieckiemu. Jurka był szpiegiem, łączył pracę dziennikarską dla „Izwiestii” z pracą w swojej specjalności. W ciągu dnia musiał zbierać materiały do ​​gazety, a wieczorem i w nocy spotykać się z informatorami, werbować obiecujących kandydatów i do rana wysyłać tajne teleksy do Moskwy.

Szwed, który w krótkim czasie dobrze odnalazł się w Ameryce, swoim poobijanym chevroletem zawiózł rodzinę Melników na Manhattan i przekazał Stanisławowi Alfredwiczowi Meszczejakowowi , który pracował w sekretariacie ONZ. Ten zaś zabrał ich do mieszkania na Bronksie. Powitanie trwało do rana.

Później życie Melnika płynęło własnym szpiegowskim rytmem. W dzień – dziennikarstwo, wieczorem i w nocy – szpiegostwo. Podczas gdy Nikołaj pracował dla dobra socjalistycznej Ojczyzny, ucząc się zawiłości życia szpiega w Ameryce, Tatiana cieszyła się wolnością: wędrowała po księgarniach, zachwycając się różnorodnością i bogactwem wydawnictw. Ubrania mało ją interesowały. Dni mijały szybko. Mikołaj był zmęczony pracą, a jego jedyną pociechą było łóżko i poduszka – liczyły się godziny odpoczynku.

Po pewnym czasie praca w Ameryce zaczęła wydawać się rutyną, a życie osobiste stało się nudne; bliskość z własną żoną stawała się coraz mniejsza.

Pewnego razu na kolejnym zaplanowanym spotkaniu Meszczejakow zaskoczył „tajnego dziennikarza” prostym, jak się wówczas wydawało, pytaniem:

– Co sądzisz o swingu? – zapytał rezydent, odwracając wzrok.

– Co to jest? Jakiś Duke Ellington? –  odparł Mikołaj.

– No, prawie – zachichotał Stanisław Alfredowicz. – Lepiej mi powiedz: czy znasz Petera Weinera?

– Tego z „New York Post?” Znam. I co?

– Według naszych informacji, doskonale zdaje sobie sprawę z zakulisowych rozgrywek w Białym Domu. No cóż, rozumiesz: kto kogo prześladuje, kto z kim sypia… Musimy go dorwać. A wy w naszej operacji jesteście przydzieleni, jakby to powiedzieć, do gry na pierwszych skrzypcach. Myślę, że twój łuk – uśmiechnął się rezydent – ​​nie zawiedzie cię.

– Jaki łuk? – Mikołaj się zmartwił.

– Uspokójcie się, to w przenośni…  A jednak… W skrócie. Otrzymałeś polecenie przeprowadzenia operacji o niezwykle ważnym znaczeniu. Ty i twoja żona… W razie powodzenia nowe epolety gotowe.

– A dlaczego moja żona?  – Nikołaj był zaskoczony.

– A dlatego – Meszczejakow jakoś nienaturalnie wykrzywił usta. – Ta akcja to taka seksualna gra. Małżeństwa zmieniają partnerów – westchnął rezydent.

Mikołaj zamarł. Jego oczy zrobiły się okrągłe, jak u kota, któremu kochający właściciel nagle wykręcił genitalia.

– Co? – nieśmiało westchnął Major.

– Tak trzeba, Kola – powiedział Stanisław Alfredowicz po ojcowsku, cicho, a jednocześnie przekonująco. – Jest takie słowo: to konieczne. Złożyłeś przysięgę wierności Ojczyźnie. A teraz twoja niewierność – rezydent nie mógł się powstrzymać od słownego żartu – stanie się papierkiem lakmusowym wierności Ojczyźnie. A więc – podsumował rozmowę Meszczejakow –  za kilka dni otrzymasz szczegółowe instrukcje.

Instrukcje były jasne jak słońce. Trzeba było zdobyć zaufanie amerykańskiego dziennikarza, zaprzyjaźnić się z nim i zrekrutować. Na to wszystko Nikołaj dostał tydzień. Najtrudniejszą rzeczą w tej operacji było wciągnięcie żony do szpiegowskiej gry. Tatiana, wychowana w najlepszych tradycjach sowieckiej moralności, była, delikatnie mówiąc, laikiem w sprawach miłosnych. Nikołaj zaczął „rekrutację” swojej żony do „Kamasutry”, kupując tę ​​drogą, bogato ilustrowaną księgę w księgarni „Barnes and Noble”. Tatiana, co zaskakujące, spokojnie przyjęła prezent, a nawet zaczęła z entuzjazmem wyjaśniać zaskoczonemu mężowi, jakie miejsce ta książka odgrywa w kulturze Indii. Tania z zainteresowaniem przyglądała się ilustracjom. Nikołaj zamyślił się: „Hmm, nie bez powodu mówią: w spokojnej wodzie diabły żyją”. A potem podjął decyzję – opowie ukochanej żonie o nowym zadaniu. W swoim opowiadaniu Melnik  szczególny nacisk położył na obowiązek wobec narodu radzieckiego. Tatiana słuchała męża w zamyśleniu. Jej oczu zaszły szklistą mgłą. Następnie wstała, podeszła do Nikołaja i uderzyła go w twarz. Major spadł z krzesła i wylądował na podłodze, zdumiony siłą argumentu. Ale wtedy wydarzyło się coś niesamowitego. Tatiana usiadła na sofie. Otarła łzę i odpowiedziała w duchu, że skoro partia stwierdziła, że ​​to konieczne, to tak musi być, ona zgadza się. Ma jednak pewien warunek. Jutro Mikołaj daje jej przyzwoitą, podkreśliła, przyzwoitą kwotę, a ona idzie na zakupy w sklepach na Piątej Alei.

W Wigilię Bożego Narodzenia Nikołaj Melnik zadzwonił do Petera Weinera i zaproponował, aby świętować w stylu „a la russe” w Brighton w restauracji „Arbat”. Peter zgodził się. Uwielbiał pić do nieprzytomności. Wieczorem dwa małżeństwa spotkały się w „Arbacie”. Była to bodaj najstarsza mordowania „małej Odessy” i przypominała najlepsze sowieckie restauracje z czasów NEP-u. W lokalu, biorąc pod uwagę amerykańskie święto, które „Rosjanie” obchodzili z taką samą przyjemnością jak ich krewni, praktycznie nie było miejsc. Dym unosił się, jak głosi tradycja, jak jarzmo, wódka (głównie szwedzki Absolut) płynęła jak rzeka, a na maleńkiej scenie Misza Gulko snuła nostalgicznie: „A oto ja jestem prostytutką…” . Nikołaj zadrżał od dwuznaczności hitu

Zabawa w „Arbacie”, mimo dużej ilości alkoholu, była nieco napięta. Tatiana patrzyła na grubego jak dzik Petetra, podczas gdy Nancy, chuda żona Amerykanina, zaczęła aktywnie zabiegać o względy Nikołaja. Spiczasty nosek jej kowbojskich butów uparcie rozchylał nogi radzieckiego majora. Zabawa w restauracji osiągnęła swój punkt kulminacyjny. Goście zaczynali opuszczać „Arbat” i wkrótce Peter, jakby przez przypadek, zauważył, że zna przytulny motel na Long Island, gdzie razem mogliby kontynuować świętowanie.

Motel „Sea Beach” był zwyczajnym akademikiem nad oceanem, z tanimi pokojami i prostym zestawem mebli: łóżkiem typu king-size, dwoma krzesłami, stołem i telewizorem na stoliku nocnym. Wynajęli dwa pokoje. Pili w jednym. Potem Peter, ściskając Tatianę w pasie, jakby nigdy nic, życzył żonie i Nikołajowi „dobrej nocy” , po czym wciągnął żonę sowieckiego szpiega, która wcale nie stawiała oporu, do swojego pokoju. Nancy natychmiast poszła pod prysznic. Nikołaj nalał sobie kieliszek Absolutu i wypił jednym haustem. Potem następny i następny… Nagle na progu pojawiła się Nancy. Choć wcześniej nie błyszczała atrakcyjnością, teraz wyglądała bosko, tak że Nikołaj natychmiast nalał sobie kolejny kieliszek.

– Chodź tu, kochanie – szepnęła Nancy i rzuciła się na majora KGB…

Za cienką ścianą motelu Nikołaj słyszał głos ukochanej Taneczki w coraz to wyższych tonach.

Mikołaj wolał nie pamiętać, tego co się stało. Państwo Weinerowie byli zadowoleni. Spotkali się jeszcze ze trzy razy. Jednak pewnego dnia Tatiana, niespodziewanie uderzyła męża w twarz, wyszła z mieszkania i sama wróciła do Moskwy, gdzie złożyła pozew o rozwód. Miesiąc później Nikołaj został wezwany z Nowego Jorku. Objął swój urząd w Jasieniewie. Zgodnie z obietnicą major otrzymał kolejny stopień wojskowy i został odznaczony… Orderem Przyjaźni Narodów. Peter Weiner chętnie dał się zwerbować, choć okazał się „manekinem”. Nie miał żadnych konkretnych informacji. I najprawdopodobniej poinformował FBI o swoich kontaktach z sowieckim dziennikarzem. Ot cała historia. Może to prawda, a może nie…

Z nowym biskupem Diecezji Koszalińsko-Kołobrzeskiej ZBIGNIWEM ZIELIŃSKIM rozmawia KRZYSZTOF SAPAŁA

„Uczę się jej…” – z nowym biskupem Diecezji Koszalińsko-Kołobrzeskiej ZBIGNIWEM ZIELIŃSKIM rozmawia KRZYSZTOF SAPAŁA

 

 – Jak ksiądz biskup zareagował na przeniesienie do Koszalina, Diecezji Koszalińsko – Kołobrzeskiej?

– To zaczęło się jeszcze w ubiegłym roku. Wówczas to w marcu Ojciec Święty przeniósł mnie na urząd biskupa koadiutora, czyli biskupa pomocniczego tejże diecezji z prawem następstwa. Natomiast w lutym bieżącego roku, kiedy to papież Franciszek przyjął rezygnację z urzędu biskupa Edwarda Dajczaka, to w myśl Prawa Kanonicznego objąłem urząd biskupa diecezjalnego.

– A jak ksiądz biskup zareagował na to przeniesienie, na decyzję Ojca Świętego?

– Byłem zupełnie zaskoczony i chociaż posiadałem wiedzę, że biskup Dajczak jest chory, to nie myślałem o Koszalinie, Kołobrzegu, ale jak otrzymałem informację od Arcybiskupa Salvatore Pennacchio – ówczesnego nuncjusza apostolskiego w Polsce, bo Arcybiskup Pennacchio zakończył swój urząd w Polsce w marcu bieżącego roku i obecnie jest wakat a dokładniej funkcję tę pełni czasowo ksiądz prałat Pavol Talapka – to ucieszyłem się, bo znam doskonale biskupa Edwarda Dajczaka i wiedziałem doskonale, że przejmę diecezję wzorowo prowadzoną.

– A teraz pozwoli ksiądz biskup, że w swym pytaniu nawiąże do momentu, kiedy to ksiądz został przez papieża Franciszka mianowany biskupem pomocniczym Archidiecezji Gdańskiej. Święcenia biskupie otrzymał ksiądz 24 października 2015 roku w bazylice archidiecezjalnej Trójcy Świętej w Gdańsku – Oliwie. Święceń udzielił księdzu biskupowi arcybiskup metropolita gdański Sławoj Leszek Głódź, któremu asystował ówczesny nuncjusz apostolski w Polsce Arcybiskup Celestino Migliore oraz arcybiskup senior Tadeusz Gocłowski. Wówczas ksiądz biskup przyjął motto „Ut unum sint”, czyli „Aby byli jedno”. Skąd pomysł, na takie przesłanie?

– To bardzo proste. Chodziło i chodzi mi o budowanie kościelnej jedności, której prekursorem w pewnym sensie był ksiądz biskup diecezjalny Diecezji Koszalińsko – Kołobrzeskiej Czesław Domin, który ten urząd sprawował w latach 1992 – 1996 a Jego zawołanie biskupie brzmiało „Quis ut Deus” czyli „Któż jak Bóg”. Paradoksalnie po wielu latach po księdzu biskupie tej diecezji trafiłem tu.

– Wiem też, że ksiądz biskup interesuje się zabytkami, oczywiście a zarazem przede wszystkim tymi sakralnymi.

– Jak pan redaktor doskonale wie, bo przecież znamy się jeszcze z czasów mojej posługi duszpasterskiej w Gdańsku, to pochodzę właśnie z tego z miasta, gdzie zabytków sakralnych jest mnóstwo i to takich, których nie można nigdzie na świecie spotkać nawet jako podobnych w swej bryle, wyglądzie i wystroju wewnętrznym. Weźmy pod uwagę ambony, które były wykorzystywane przede wszystkim dlatego, żeby wierni zebrani na mszy świętej mogli usłyszeć kapłana, bo przecież kiedyś elektroniki, mikrofonów nie było a każdy chciał usłyszeć co ma do przekazania ksiądz. Stąd też, szczególnie te gotyckie świątynie miały i mają bardzo dobrą akustykę; zresztą tamci duszpasterze mieli też specjalnie wyćwiczony a zarazem donośny głos. A same ambony, których dzięki Bogu – mimo ich niewykorzystania – to też zabytki a często dzieła sztuki. Dziś, nawet po zmianach, które wprowadził papież Benedykt XVI, że Msze święte można odprawiać jak przez Soborem Watykańskim II, mało który duchowny wejdzie na ambonę, chociaż ma do tego prawo, bo tak jak wszystko się zmieniło, to i wierni mogą sobie pomyśleć, że ksiądz przemawiając z ambony ma się za kogoś ważniejszego, ale to tylko tak na marginesie.

– Ale Diecezja Koszalińsko – Kołobrzeska też jest bogata w wiele zabytków sakralnych.

– Tak, oczywiście. To spuścizna po innych gospodarzach tym ziem, terenów. Ciekawostką jest to, że większość świątyń była protestancka do 1945 roku i ich wystrój, szczególnie tych na wsiach do dziś nie uległ zmianie, ale to konsekwencje, że w protestantyzmie głoszenie Słowa Bożego, prowadzenie nabożeństwa miało i nadal ma inny charakter niż w Kościele rzymsko – katolickim. Przykładem kościoła zabytkowego, który na początku był świątynią katolicką jest kościół w Łącku koło Postomina w naszej diecezji. To budowla gotycka z XIII wieku, przebudowana w roku 1607. Zresztą takich i podobnych świątyń w naszej diecezji jest dużo a są także takie miejsca, gdzie wybudowane świątynie w stylu neogotyckim powstały na fundamentach kościołów gotyckich lub nawet romańskich.

– A jak ksiądz biskup odbiera Diecezję Koszalińsko – Kołobrzeską?

– Uczę się jej, bo ona różni się od Archidiecezji Gdańskiej tym, że ma wiele parafii jednoosobowych z filiami, a Archidiecezja Gdańska ma w większości parafie miejskie. Tu jest mnóstwo parafii, które wymagają wsparcia finansowego, bo jest na przykład 1000 lub 2000 wiernych i kilka kościołów. Dlatego konieczne jest wsparcie diecezji, bezcenna jest też pomoc otrzymywana z różnych programów na przykład na renowację zabytków czy na termomodernizację obiektów.

– Ale poza pomocą finansową dla małych parafii, to na pewno diecezja zajmuje się także inną pomocą, działalnością, tak?

– Oczywiście. To przede wszystkim ośrodki duszpasterskie edukacyjno-formacyjne i w ten sposób wspiera wspomniane mniejsze parafie. Chlubą diecezji jest Caritas Diecezjalna, która współpracuje z Caritas Polska a to między innymi Domy Samotnych Matek, Okna Życia, jadłodajnie. To także Parafialne Zespoły Caritas oraz Szkolne Koła Caritas.

– Rozumiem, bo zresztą od lat w całej Polsce samo określenie Caritas kojarzy się z wszelaką pomocą, którą niesie, oferuje potrzebującym Kościół katolicki, ale na pewno diecezja ma też jakieś problemy, z którymi musi sobie poradzić.

– Tak, ogromny problem to pomoc osobom starszym i samotnym a samotność jest różnoraka. Wielkomiejska samotność w dzisiejszych czasach jest bardziej dokuczliwa, bo nawet jak ktoś jest starszy, ale ma rodzinę, to i tak jest samotny, bo przecież dziś najważniejsze elementy ludzkiego życia, dodam, że niestety, to praca, korporacje, wyjazdy za granicę.

– A jak wygląda pomoc takim osobom, którą oferuje diecezja?

– Zacznę od tego, że najmniej potrzebna jest pomoc to pomoc finansowa, bo sytuacja materialna ludzi starszych, samotnych była lub zmieniła się na lepsze. Najbardziej jak już wspomniałem dokucza ludziom samotność i to ta różnoraka. Dlatego też organizujemy świetlice dziennego pobytu, domy seniorów, ale także pomoc medyczną w szerokim tego słowa znaczeniu.

– Dziękuje za rozmowę i życzę powodzenia w szerokim tego słowa znaczeniu w prowadzeniu diecezji. Szczęść Boże!

– Ja również dziękuję i z Panem Bogiem.

 

 

KRZYSZTOF SAPAŁA: W Słupsku nadal bez dekomunizacji

Po 1989 roku w całym kraju następowały zamiany nazw ulic, placów, skwerów, parków. Przebudowywano pewne pomniki a inne przenoszono do lapidariów lub na cmentarze wojenne. Wówczas były posunięcia dobrowolne, które zależały od samorządu na danym terenie. Wszystko się zmieniło 1 kwietnia 2016 roku, kiedy w życie weszła ustawa o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej.

Tę ustawę nazwano potocznie ustawą o dekomunizacji przestrzeni publicznej i w jej przypadku każdy samorząd miał się dostosować do jej zapisów. Treść ustawy jest nakazowa. Tym czasem nie wszędzie się do niej zastosowano. Są miasta takie jak Słupsk, gdzie w kilku miejscach znajdują się relikty z przeszłości słusznie minionej. Nie wiem jak do tego podchodzą mieszkańcy lub historycy, ale władzom miasta widocznie to nie przeszkadza a treść ustawy mają gdzieś, gdzie nie mogą jej znaleźć.

Oczywiście nazwy ulic, placów, skwerów, osiedli zmieniono już dawno, ale w mieście nad Słupią znajdują się trzy tablice, które wprost informują o czymś, co szło zgodnie z linią partii komunistycznej.

Poza tym przy ulicy Jana Kilińskiego – przy tej samej, gdzie mieści się Szkoła Policji – na bocznej ścianie jednej z kamienic jest, jakbyśmy to dziś określili, mural. Ale jaki. Treść na nim napisana brzmi: „POLSKA LUDOWA UKORONOWANIEM TYSIĄCLECIA DZIEJÓW NARODU I PAŃSTWA POLSKIEGO” – oczywiście oprócz tego napisu znajdują się adekwatne do tego hasła malunki w postaci np. dwóch mieczy spod Grunwaldu.

Inną przerażającą ciekawostką jest tablica znajdująca się na jednej z kamienic przy ulicy Wojska Polskiego w centrum miasta – a na niej taki oto napis: „P.P.R. W TYM DOMU MIEŚCIŁ SIĘ W 1945 ROKU KOMITET POLSKIEJ PARTII ROBOTNICZEJ”. I taką tablicą Słupsk wita przyjeżdżających tu turystów, którzy szczególnie w okresie letnim udają się do Ustki. Pamiętam jak taką tablicę w Koszalinie zdjęto już na początku lat 90. XX w.

Kolejna „perełka” to także tablica umieszczona na bloku mieszkalnym pomiędzy dwoma oknami czyjegoś mieszkania. Jej treść jest następująca: „OSIEDLE DWUDZIESTOLECIA POLSKI LUDOWEJ WYBUDOWANE W LATACH 1956 – 1965”. Ten blok i ta tablica są na skrzyżowaniu placu Stary Rynek oraz ulicy Nowobramskiej, przy której stoi kościół farny pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny Królowej Polski.

Wszystko należy do władz miasta – a wiadomo kto nim rządzi i to od lat – oraz od samych mieszkańców. Poza tym, skoro parlament RP przyjął taką ustawę i ustawę, do której każdy samorząd ma się stosować. W innym przypadku posypią się kary a obiekty, o których mowa powyżej zlikwidują organa do tego powołane.

Czas najwyższy skończyć z reliktami komunizmu w Słupsku, bo one nie tylko kłują w oczy, ale przerażają szczególnie starsze pokolenie, które doświadczyło „dobrobytu” w szerokim tego słowa znaczeniu od władz Polski Ludowej.