O tym jak się szarga dobre imię Polski pisze CEZARY KRYSZTOPA: Do moich podlaskich przyjaciół

Nie oglądałem filmu Agnieszki Holland. I nie mam zamiaru go oglądać. Nie istnieje bowiem artystyczna jakość, która warta byłaby obniżaniu bezpieczeństwa Polaków w sytuacji wojny za płotem. A tak postrzegam to co zrobiła Agnieszka Holland.

Sądząc ze zwiastuna, omówień i wywiadów samej reżyser, a także zachwytu ze strony rosyjskiej i białoruskiej propagandy, jej „dzieło” doskonale wpisuje się osłabianie na arenie międzynarodowej pozycji Polski, która tak bardzo przeszkadza z jednej strony imperialnym planom Rosji, a z drugiej imperialnym planom Niemiec.

Holland

Równie dobrze „dzieło” mogłoby być zadedykowane „tragicznie zmarłemu” zdrajcy i dezerterowi Emilowi Czeczce, który przecież opowiadał białoruskiej telewizji mniej więcej to samo.

Agnieszka Holland jest wyjątkowym w polskiej kinematografii przykładem reżysera, który coś potrafi. Jej „Zabić księdza” czy „Europa, Europa” z całą pewnością przejdą do historii polskiego kina. Wielka szkoda, ze wiedziona jakimś dziwacznym emocjonalnym korkociągiem, zakończonym bezmyślną nienawiścią i żałosnym hasłem „żeby było tak jak było”, zeszła na pozycje taniego propagandysty realizującego zamówienia polityczne najbardziej radykalnych środowisk.

Nielegalna imigracja

Czy nielegalna imigracja wiąże się z ludzkim nieszczęściem? No pewnie. Wiedzeni reklamą przemytników ludzi i rosyjskich oraz białoruskich służb ludzie, wykorzystywani są jako swego rodzaju broń przeciwko krajom, które przeszkadzają Kremlowi w radosnej konsumpcji Ukrainy. Płacą spore pieniądze za wycieczkę do Mińska, bo ktoś im nakłamał. Czasem trafiają na podlaskie bagna, gdzie ratuje ich polska Straż Graniczna. I nie, nie są w większości ani rodzinami z dziećmi, ani kotami z Afganistanu, lekarzami, inżynierami, ani nawet Ibrahimem płynącym kilka dni rzeką według relacji rozhisteryzowanych aktywistów. Za to z całą pewnością rosyjskie i białoruskie służby rozmieściły pośród nich terrorystów i sabotażystów.

To co z tym trzeba robić? Poszerzać szlaki przemytu? Wspierać przemytników i rosyjskie i białoruskie służby w ich procederze, jak chcieliby aktywiści i pani Holland? Czy też raczej zamykać szlaki przemytu, odbierać sens operacji hybrydowej. Robić rzeczy oczywiste, bronić swojego domu, bo mamy do tego prawo. Mamy prawo bronić swojego bezpieczeństwa.

„Podlaski szmalcownik”

Nie w tym rzecz jednak żeby się tu wszyscy z Krysztopą zgadzali, nie ma takiego obowiązku, ale chciałbym się tu zwrócić do moich podlaskich przyjaciół. Szczególnie tych „kulturowo aspirujących”. Najczęściej dobrych ludzi, ale im bardziej wykształconych, tym bardziej naiwnych, dla których tacy ludzie jak Agnieszka Holland są „autorytetami”.

Wiem, że ten film obejrzyjcie. Oglądajcie, na zdrowie. Ale kiedy będziecie oglądać, zwróćcie proszę uwagę na to jak Holland portretuje mieszkańców Podlasia. Jako tych, którzy „nie wiadomo co zrobią” kiedy zwróci się do nich imigrant z prośbą o pomoc (tak jakby informacja przekazana Straży Granicznej ratującej durniów na bagnach, była prawie jak donos na gestapo, a aktywiści byli rozstrzeliwani przez Straż Graniczną za „pomoc imigrantom”). Sądząc z żenujących holokaustiańskich „metafor” używanych przez Holland w wywiadach, i tutaj trudno się nie doszukiwać metafory „podlaskiego szmalcownika”. Tak „Wielka Pani Reżyser” widzi Waszych dziadków, rodziców, sąsiadów. Tak widzi Was. Jako amoralnych dzikusów. Choć pewnie żadnego nie zapytała o opinię i żadnego nie poznała.

Ten film zepsuje Polsce opinię. Agnieszka Holland nie zrobi podobnego o tym jak miliony Polaków pomogły milionom Ukraińców. Zostanie tylko ten propagandowy produkcyjniak, który „rozgrzeszy” tych na Zachodzie, którzy pomoc Ukrainie mieli w nosie i da im pretekst żeby Polsce i Polakom nie pomagać jeśli, co nie daj Boże, będą potrzebowali pomocy.

Więc niech przynajmniej przyniesie choć tyle dobrego, żeby wywołać w kimś dysonans poznawczy i weryfikację listy „autorytetów”.

Będziemy wolni! – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI opisuje jak żołnierze AK rozbili ubecką katownię w Radomiu

Latem 1945 r. zbrojne poakowskie podziemie postanowiło rozbić dwie ubeckie katownie – w Kielcach i Radomiu. Kielecka akcja, którą dowodził Antoni Heda „Szary”, była już wielokrotnie opisywana. Mniej znane jest brawurowe uderzenie na Radom. 9 września 1945 r. oddziały pod dowództwem Stefana Bembińskiego „Harnasia” na pół godziny opanowały miasto, zdobyły więzienie i uwolniły aresztowanych, w większości swoich organizacyjnych kolegów.

9 września 1945 r., ok. godz. 20.00 grupa szturmowa dowodzona przez „Harnasia” wjechała czterema wojskowymi samochodami do centrum Radomia. Grupy ubezpieczające obstawiły budynek Urzędu Bezpieczeństwa, komisariatu MO oraz pilnowały skrzyżowań ulic i głównych dróg dojazdowych do miasta.

 „Radość nie do opisania!”

Bembiński dysponował w sumie ok. 135 żołnierzami. Dodatkowym wsparciem było kilkunastu żołnierzy z radomskiej konspiracji, których zadaniem było dokonywanie w różnych częściach miasta działań dywersyjnych.

„Harnaś” wspominał w książce „Te pokolenia z bohaterstwa znane” (1996 r.):„Grupa uderzeniowa doskoczyła w pobliże drzwi wejściowych więzienia. Andrzej Szymański podał gamona (angielski granat) kapr. »Żandarmowi«, ten uzbroił gamona, przylepił do stalowych drzwi. Odskoczyli. Nastąpił wybuch. Wtargnęli do środka. Obsługa więzienna oddała klucze”.

Żołnierz „Harnasia”, Henryk Skurkiewicz „Olszak” (w lutym 1945 r. aresztowany przez UB, sądzony razem z 44 innymi AK-owcami, skazany na dwa lata więzienia i osadzony w radomskiej katowni), opowiadał o sytuacji wewnątrz więzienia: „Już po zapadnięciu zmroku usłyszeliśmy strzały w pobliżu więzienia. Było nas w celi siedmiu. Porwaliśmy się wszyscy na równe nogi. Nie wiem, jak inni, ale ja od razu wiedziałem, co to oznacza. Usłyszeliśmy okrzyki »hurra, hurra« i potężny wybuch, który wstrząsnął budynkiem. Właśnie wysadzono bramę. Idą po nas! Będziemy wolni! Radość, radość nie do opisania!”.

Z więźniów żołnierze

Jeden z żołnierzy „Harnasia”, Jan Pająk „Sęp”, opisywał dalszy przebieg akcji: „Po wywaleniu bramy wpadliśmy hurmem do środka i przez podwórze przedostaliśmy się na więzienne korytarze. Strażników znaleźliśmy w dyżurnym pokoju. Nie stawiali oporu, zachowywali się spokojnie”.

„Harnaś” relacjonował: „Strażnik więzienny Franciszek Małecki z własnej woli pomagał otwierać cele. Potem dostał za to wyrok: kilka lat więzienia. Obsada niektórych cel uwolniła się sama, wyważając drzwi za pomocą desek z rozbitych prycz”.

Henryk Skurkiewicz „Olszak” pisał: „Nie czekając na pomoc z zewnątrz – wywaliliśmy drzwi ciężką, olbrzymią ławą i wybiegliśmy na korytarz. Usłyszałem wtedy wołanie »Olchy«, kolegi z oddziału: – Gdzie »Olszak«? Odezwij się!
Słyszałem, jak wypytywał o mnie, zawiedziony, że nie znalazł mnie w celi nr 1, z której przed kilkoma dniami przeniesiony zostałem do celi numer 23 na drugim piętrze. Kiedy mnie szukał – już zbiegłem po schodach. Przywitanie nasze było radosne i serdeczne. Nie było jednak czasu na rozmowy! Dostałem bergmana i włączyłem się do akcji. Byłem znowu żołnierzem, nie więźniem”.

 „Dziękuję i życzę szczęścia”

Dowódca Stefan Bembiński „Harnaś” pisał o wyprowadzaniu ludzi z murów katowni: „Ustawienie w czwórki oswobodzonych, zaprowadzenie jakiegokolwiek porządku trwało długo. Z okien nad nami oklaskami i okrzykami dziękowali nam radomianie. Z więzienia wybiegł pchor. Wacław Biernacki »Zawój«, meldując, że akcja zakończona. Poleciłem trębaczowi dać sygnał o zakończeniu akcji. Wystrzelono pociski z rakietnicy. Bardzo wzruszony ruszyłem, prowadząc kolumnę przez plac Jagielloński na ukos do ul. Struga. (…) Dochodzimy wreszcie do Sportowej. Mówimy uwolnionym kolegom, że ci, którzy mogą dojść do swoich znajomych, do wsi, byle nie do swoich domów, są wolni. Zostaną ze mną tylko oficerowie, z którymi w najbliższych dniach pragnie mówić ppłk Zygmunt Żywocki »Wujek« (ówczesny inspektor Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj). Przypominam im, że UB zrobi wszystko, aby ich odnaleźć. Dziękuję i życzę szczęścia”.

„Harnaś” oceniał: „Nie znam dokładnej liczby uwolnionych więźniów. Jerzy Ślaski w swym wspaniałym dziele pt. »Polska Walcząca« przytacza liczbę ok. 300 osób. Myślę, że tylu uwolniliśmy. […] Według oceny naszego wywiadu, siły przeciwnika w Radomiu łącznie wynosiły około 3000 ludzi. Nie jest to liczba zawyżona. Biorąc pod uwagę niewspółmierność sił obu stron, taktyka zastosowana przez nas w tej akcji, to jest bezwzględna blokada wszystkich potencjalnych ognisk zapalnych przeciwnika poza więzieniem, była taktyką jedynie słuszną”.

A straty własne? W uderzeniu na radomskie więzienie zginęło trzech żołnierzy Armii Krajowej.

Skazani za AK

Wkrótce Stefan Bembiński „Harnaś” i Zygmunt Żywocki „Wujek” zostali aresztowani przez bezpiekę i ostatecznie trafili do więzienia przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Przed Wojskowym Sądem Okręgowym w Warszawie sądził ich znany kat AK-owców, zmarły już w III RP sędzia Mieczysław Widaj, który do końca życia pobierał wysoką emeryturę 9 tys. zł. Głównym zarzutem przeciw „Harnasiowi” i „Wujkowi” był udział „w związku Armii Krajowej mającym na celu obalenie demokratycznego ustroju Państwa Polskiego”.

Stefan Bembiński „Harnaś” opowiadał o procesie: „Dwudziestego szóstego lutego 1946 r., około godziny 9 wywołano mnie z celi. […] Wyrok był już przed rozprawą postanowiony, bo wysoki sąd w czasie rozprawy ignorował mnie zupełnie, jakbym już nie istniał. […] Przewodniczący sądu monotonnym głosem czytał wyrok i uzasadnienie. Przełożony mój, ppłk Zygmunt Żywocki »Wujek« otrzymał łącznie 10 lat więzienia, ja łącznie – karę śmierci i pozbawienie wszelkich praw na zawsze. Trochę zawirowało mi w głowie, jak po uderzeniu obuchem, ale stałem”. W akcie oskarżenia nie mogło zabraknąć „gwałtownego zamachu na więzienie w Radomiu”. Inni żołnierze „Harnasia” też ponieśli surowe konsekwencje.

„Nikt nam wolności nie darował”

Stefanowi Bembińskiemu „Harnasiowi” komuniści złagodzili wyrok, kolejno – na dożywocie i na 10 lat więzienia. Przetrzymywany w Rawiczu i we Wronkach, na wolność wyszedł w 1952 r., ale przez lata był szykanowany, nie mógł znaleźć pracy. Po październiku 1956 r. organizował w Radomiu oddział ZBoWiD-u i pełnił funkcję jego prezesa. W latach 80. zaczął działać w Solidarności, m.in. jako przewodniczący Sekcji Żołnierskiej przy Zarządzie Regionu Ziemia Radomska.
Pozostali uczestnicy radomskiej akcji po wyjściu z więzienia też byli represjonowani i mieli kłopoty ze znalezieniem pracy. Wielu – tak jak „Harnaś” – poparło następnie Solidarność i za działalność niepodległościową było internowanych w stanie wojennym.

W czerwcu 1989 r. Stefan Bembiński został wybrany na senatora ziemi radomskiej z ramienia Komitetu Obywatelskiego. 30 sierpnia 1989 r. na uroczystym posiedzeniu z okazji 50. rocznicy wybuchu II wojny światowej powiedział m.in.: „Ofiara krwi żołnierzy Września, walka i ogromne straty poniesione przez Naród Polski w okresie okupacji niemieckiej są tak wielkie, że możemy stwierdzić: nikt nam wolności nie darował. Myśmy ją sami wywalczyli, a stwierdzenie to tym bardziej podkreśla tragiczną sytuację naszego społeczeństwa, w jakiej znalazło się ono od połowy 1945 r. do mniej więcej 1956 r. Okres ten, okres zbrodni i pogardy dla społeczeństwa polskiego, musi trwać w pamięci narodu po to, aby nigdy więcej nie powtórzyły się podobne zbrodnie dokonane przez Polaków na Polakach. (…) Czas najwyższy skończyć z anonimowością, przemilczeniami i fałszerstwami”.

Stefan Bembiński „Harnaś” zmarł 1 stycznia 1998 r. w Radomiu. Jego słowa do dziś nie doczekały się realizacji…

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Wojna na Ukrainie wpędza Rosjan w depresję

Na depresję może obecnie cierpieć około 15 milionów obywateli Rosji, co stanowi ponad 10 proc. populacji tego kraju. To dwa razy więcej niż średnia dla całego globu szacowana przez WHO.

Według opowieści kremlowskich propagandystów, Rosjanie to najszczęśliwszy naród na świecie. Wszyscy cieszą się z sukcesów swojego kraju, z najbardziej postępowej polityki rządu na świecie, z poziomu życia i w ogóle – „nie znam drugiego kraju, w którym człowiek oddycha tak swobodnie”, jak powiedziane zostało w hymnie Rosji. Jednak w rzeczywistości wszystko nie jest tak radosne.

Jak podaje rosyjska gazeta „Kommersant”, analitycy Agencji Inicjatyw Strategicznych (ASI) podali, że według wyników jednego z ich badań w głębokiej depresji znajduje się obecnie około 15 milionów obywateli Rosji, co stanowi ponad 10 proc. populacji całego kraju. Takie dane przedstawiła niedawno dyrektor generalna ASI Swietłana Czupszewa w przemówieniu na V Forum Innowacji Społecznych Regionów w Moskwie.

Tym samym analitycy posługujący się metodami naukowymi ustalili, że Rosja jest jednym z krajów na świecie najbardziej dotkniętych depresją. Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) na depresję cierpi bowiem 5 procent dorosłej populacji globu. Co ciekawe, Rosja jest bardziej dotknięta chorobami psychicznymi nawet niż Ukraina, której ludność cierpi z powodu zbrodniczej i straszliwej wojny rozpętanej przez Putina na jej terytorium. I tak, według Światowej Federacji Zdrowia Psychicznego na Ukrainie, jedynie 8,4 proc. respondentów zgłosiło objawy odpowiadające klinicznemu rozpoznaniu depresji.

Według ASI do głównych przyczyn depresji w Rosji zalicza się długotrwałą chorobę samego respondenta lub osoby mu bliskiej, niespodziewaną śmierć bliskiej osoby, śmierć lub poważne obrażenia na froncie, długoletnią samotność, przemoc w rodzinie. Taka gradacja przyczyn depresji sugeruje, że duża część chorych na to schorzenie pojawiła się w wyniku wojny Rosji na Ukrainie. Jak podaje Ukraiński Sztab Generalny, na frontach zginęło już ponad 270 000 rosyjskich żołnierzy. Mogło więc spowodować to depresję w co najmniej 270 tysiącach rosyjskich rodzin, w których matki, żony i dzieci dowiadywały się o śmierci swoich bliskich.

Jak wiadomo, żołnierze, którzy wracają z wojny do spokojnego życia, nawet jeśli nie są ranni, również cierpią na pewne zaburzenia psychiczne. W wielu przypadkach zmienili oni swoje podejście do współobywateli, a nawet członków swoich rodzin, którzy nie byli na wojnie. A według ASI jedną z przyczyn głębokiej depresji jest długotrwała samotność i przemoc w rodzinie. Jak wynika z badań, każdego roku nawet 700 000 obywateli mogło spotkać się z przemocą w rodzinie. Można zatem stwierdzić, że większość przyczyn depresji Rosji ma swoje źródło w wojnie rozpętanej przez Kreml na Ukrainie, gdyż samotność, śmierć, choroby, okrucieństwo, sankcje ze strony społeczność światowej i niska jakość życia w Rosji, są ściśle związane z tą agresją. Wszystkie te czynniki prowadzą obywateli do niepokoju, utraty optymizmu, a ostatecznie do depresji. A od niej do nadużywania alkoholu i narkotyków, utraty więzi społecznych, braku optymizm co do dalszego życia, a ostatecznie do samobójstwa.

„Dziś, w nowoczesnych warunkach, nie możemy podejmować decyzji bez zweryfikowanych danych z różnych źródeł. Przeprowadziliśmy duże badanie, badając opinie osób z różnych aspektów sfery społecznej. Wiele osób boryka się z depresją i samotnością… Musimy zrozumieć, w jaki sposób polityka społeczna może odpowiedzieć na to wyzwanie” – podkreśliła Swietłana Czupszewa. Dlatego ASI wybrało do dalszych prac w tym kierunku ponad 50 sytuacji życiowych, dla każdej z nich „budowane są hipotezy i wybierane rozwiązania”. W najbliższej przyszłości agencja planuje rozpocząć pracę w regionach, dostarczając władzom obiektywny obraz sytuacji na ich terytorium i pokazując konkretne problemy obniżające jakość życia ludzi.

Na całym świecie środowisko medyczne jest zaniepokojone tempem rozprzestrzeniania się chorób psychicznych. Według przewidywań socjologów do 2030 roku depresja stanie się pierwszą przyczyną niezdolności ludzi do pracy.

Nie tak dawno temu niemieccy naukowcy z Uniwersytetu w Münster opublikowali wyniki swoich badań dotyczących rozpowszechnienia głównych zaburzeń psychicznych ofiar wojny. W toku pracy autorzy wykorzystali informacje z Uppsala Confused Database (Uppsala Data Program on Armed Conflikty – program do gromadzenia danych na temat zorganizowanej przemocy, założony na Uniwersytecie w Uppsali w Szwecji). Według naukowców około 1,45 miliarda ludzi na całym świecie przeżyło jakąś wojnę toczącą się w latach 1989 – 2015 i nadal żyło w 2015 r., w tym 1 miliard dorosłych. Na podstawie metaanalizy naukowcy oszacowali, że około 354 miliony dorosłych, którzy przeżyli wojnę, cierpi na zespół stresu pourazowego (PTSD) lub depresję. Spośród nich około 117 milionów cierpi jednocześnie na zespół stresu pourazowego i depresję.

Depresja wywołana wojną może mieć różny stopień nasilenia, od łagodnych, przejściowych epizodów smutku do trwałego stanu przygnębienia.  Oczywiście depresję można leczyć, ale w tym celu należy wyeliminować główne i najsilniejsze przyczyny – w przypadku Rosji jest to wyniszczająca społeczeństwo wojna na Ukrainie.

 

O zmianie w polityce historycznej Polski pisze TADEUSZ PŁŻAŃSKI: Ulmowie – odtrutka na kłamstwa

Dzięki Markowej o męczeństwu Rodziny Ulmów świat dowiaduje się, że Polacy nie zakładali obozów dla Żydów, ale przeciwnie: czynnie się zagładzie przeciwstawialiśmy – najwięcej wśród nas było Sprawiedliwych wśród Narodów Świata a sprawcami niewyobrażalnych zbrodni byli Niemcy.

„Wśród tych, którzy zginęli za udzielanie pomocy Żydom, była rodzina Ulmów: Józef, będąca w stanie błogosławionym Wiktoria oraz sześcioro ich nieletnich dzieci. Wraz z ukrywanymi Didnerami, Grünfeldami i Goldmanami zostali oni zamordowani w swoim domu w Markowej 24 marca 1944 roku” – czytaliśmy w uchwale, jaką w 2016 r. Sejm RP – przez aklamację – złożył hołd wszystkim Polakom ratującym Żydów podczas II wojny światowej.

Muzeum im. Rodziny Ulmów otworzył w tym samym roku w Markowej na Podkarpaciu prezydent RP Andrzej Duda. Bo to sprawa państwowa. Głowa państwa jednoznacznie nazwała Polaków ratujących Żydów bohaterami, a ich oprawców, Niemców, mordercami. Tak samo jak 1 marca nie ma wątpliwości, że Żołnierze Wyklęci walczyli o niepodległy byt państwa polskiego, a druga strona – komunistyczna – to zdrajcy i zbrodniarze.

W sejmowej uchwale wyrażono też „uznanie dla samorządu województwa podkarpackiego, który poprzez budowę muzeum o ogólnopolskim charakterze pierwszy na tak szeroką skalę upamiętnił to nadzwyczajne bohaterstwo”. I faktycznie, to pierwsze – nie tylko w Polsce, ale zapewne na całym świecie – miejsce opowiadające o tragedii Żydów, ale uwzględniające rolę Polaków. Nie jako prześladowców, ale pomagających im ludzi. Pomagających naszym starszym  braciom w wierze, obywatelom – o czym często się zapomina – Rzeczypospolitej.

Mimo że sami byliśmy skazani na Holocaust, uratowaliśmy kilkadziesiąt tysięcy naszych żydowskich sąsiadów.Podkreślmy, że we wszystkich pozostałych żydowskich muzeach na obu półkulach Polacy są przedstawiani zupełnie inaczej. Albo się nas przemilcza, albo przypisuje najgorsze cechy, na czele z rzekomym, wyssanym z mlekiem matki już od średniowiecza antysemityzmem – pogromowym, ludobójczym. Nawet część autorów polskich podręczników szkolnych pisze (a przynajmniej pisała), że w czasie wojny mordowaliśmy Żydów. W Wielkiej Brytanii polska młodzież wciąż musi się uczyć o „polskich obozach koncentracyjnych”.

Dlatego muzeum Ulmów to odtrutka na artykuły w „Die Welt” czy „RIA-Nowosti” na kłamstwa Grossa, Bartoszewskiego czy Tokarczuk. Na przeprosiny za Jedwabne Kwaśniewskich czy Michników. Antidotum na filmy w stylu „Pokłosia” czy „Idy” i seriale typu „Nasze matki, nasi ojcowie”, którymi Niemcy naszym kosztem mogą się wybielać. Dzięki Markowej i tamtejszemu muzeum świat dowiaduje się, że Polacy nie zakładali obozów dla Żydów, ale przeciwnie: czynnie się zagładzie przeciwstawialiśmy – najwięcej wśród nas było Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. To dobra zmiana w polskiej polityce historycznej. Teraz czekamy na więcej. Czyli, na beatyfikację rodziny Ulmów.

CEZARY KRYSZTOPA: Generator beki niezamierzonej, czyli dyletanckie wersety opozycji – odc. 373

– Dlaczego Pisiory mają aż 37 procent poparcia? – zapytała pod postem z ostatnim sondażem Kantara jedna ze zrozpaczonych zwolenniczek Donalda Tuska – Bo opozycja jest tak durna, że aż trudno w to uwierzyć – odpowiedziałem (abstrahuję tu od wiarygodności sondaży).

Nie wiem jaki jest strategiczny plan Donalda Tuska, choć nie wygląda na to żeby miał coś wspólnego z wygrywaniem wyborów. Wszystko wskazuje na to, że Donald Tusk chce te wybory przegrać, a jednak trudno uwierzyć żeby w tym tajemniczym spisku uczestniczyła cała partia. Jak jednak tego nie zakładać, skoro inaczej trzeba byłoby przyjąć, że mamy do czynienia z wyjątkową w polskiej polityce po 1989 roku bandą kretynów.

Z pustymi rękami

PiS rządzi drugą kadencję. Jak każdą partię władzy, dotykają ją patologie i pewnego rodzaju wypalenie. Nie wiem ile z tego co Gazeta Wyborcza pisze o zdymisjonowanym wiceministrze Wawrzyku jest prawdą, nie jest to medium do którego mam choćby minimum zaufania, ale problem kiepskiej kontroli nad migracją istnieje i gdyby opozycja potrafiła złożyć dwa do dwóch, zapewne po kampanii partii rządzącej nie byłoby co zbierać. Tylko, że w tym celu trzeba dysponować jakąś minimalną wiarygodnością i powagą, a tą największa partia opozycyjna od dawna nie dysponuje. Szczeniacki sposób bycia jej lidera tym bardziej tu nie pomaga. I tak do kolejnych wyborów Platforma Obywatelska idzie z pustymi rękoma, durnymi grepsami i wszystkimi sklepami w okolicy poobrażanymi.

Generator

Ostatnim hitem Internetów jest platformerski „generator” memów z Jarosławem Kaczyńskim. Sztabowcy PO zlecili sztucznej inteligencji wytworzenie portretu Jarosława Kaczyńskiego z nienaturalnie wielkimi oczami i napisem „Ja jestem zagrożeniem”. Grafika pojawiła się na bilbordach i w Internecie. Już samo założenie, że twarz starszego pana z oczami jak z mangi kogoś przestraszy, wydaje się dosyć groteskowe, ale gdyby tego było komuś mało, powstał zamieszczony w sieci „generator” napisów do tej grafiki, przy pomocy którego internauci mogą dopisać czemu według nich zagraża Jarosław Kaczyński. W takich sytuacjach internautom nie trzeba dwa razy powtarzać.

Sieć zalana została platformerskimi grafikami, według których Jarosław Kaczyński jest zagrożeniem dla różnego rodzaju mafii, dla „Rudego i cwaniaków jego”, dla germańskich klakierów, dla „ryżego Donka”, dla „sołtysa z Chobielina”, dla Grupy Webera, dla „Hyżego Rója”, dla Belzebuba, dla folksdojczów, dla „przygłupów z PO”, dla europejskich szatniarzy, dla „niemieckiego rumaka” i „włoskiego ogiera”, dla aktywiszcza z Sopotu, dla pomagierów Baćki, czy dla Tuska.

Będzie na nas

To ostatnie wprawdzie nie powinno mieć miejsca, ponieważ równie zabawna jak sam „generator” jest lektura kodu źródłowego strony, w którym twórcy zapisali kilometr słów, których teoretycznie „nie wolno w generatorze użyć”. I tam pracowicie wyliczyli nie tylko nazwisko i przezwiska Tuska, ale również umieścili we wszelki odmianach „Niemców”, „Unię Europejską” czy „Brukselę”. Co ciekawe pod ich ochroną znalazły się również „Rosja”, „kacapy” czy „naziści”. Cóż to jednak za wyzwanie dla internautów, skoro wystarczy wstawić dodatkową spację żeby uzyskać autoryzowaną przez Platformę Obywatelską grafikę głoszącą, że „Kaczyński jest zagrożeniem dla bandy Ryżego”? A nie jest to pierwszy raz kiedy Platforma natka się na te grabie. Podczas prezydenckiej kampanii wyborczej w 2015 roku była to akcja „Co na to Bronek”.

Naprawdę tak trudno było to przewidzieć? Tak się zastanawiam, może warto ich wszystkich jakoś zabezpieczyć? Wiele wskazuje, że sami dla siebie są znacznie większym zagrożeniem, niż Jarosław Kaczyński. Nie wiadomo co im do głowy wpadnie, a jakby co to przecież będzie na nas.

 

Czas na dożynki – relacja MARII GIEDZ ze święta plonów w Gostomiu na Kaszubach

15 sierpnia, zgodnie z odwieczną tradycją, obchodziliśmy święto Matki Boskiej Zielnej (oficjalnie Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny, a także święto Wojska Polskiego). 8 września przypada święto Matki Boskiej Siewnej (kościelne święto Narodzenia Najświętszej Marii Panny). Okres pomiędzy tymi świętami, to najlepszy czas na dożynki, czyli święto plonów, stary słowiański zwyczaj chętnie kultywowany w różnych rejonach naszego kraju. Kaszuby są pod tym względem szczególne, gdyż od zawsze „trzymają z Bogiem”, więc wszystko musi być tak, „jak Pan Bóg przykazał”.

Na Pomorzu dożynki organizuje się więc zazwyczaj w okresie owych trzech tygodni pomiędzy świętami maryjnymi. W tym roku Gmina Kościerzyna – nie mylić z miastem, które pretenduje do bycia stolicą Kaszub, konkurując z Kartuzami – zorganizowała święto plonów w Gostomiu, maleńkiej wsi w sercu Kaszub, zamieszkanej zaledwie przez niecałe 200 osób, a dokładnie przez 175 osób. Teoretycznie w tejże wsi nic nie ma interesującego poza żwirownią i nowym, wzniesionym w 1992 roku kościołem, notabene filią starego, pięknego kościoła parafialnego w Stężycy. A jednak Gostomie ma coś w sobie, co przyciąga, co fascynuje i nawet nie jest to przyroda, gdyż żwirownia psuje krajobraz.

Ponoć w czasach przedchrześcijańskich było to miejsce sabatu czarownic, ale i miejsce kultu słowiańskiego bóstwa, mówi się też, że było tu grodzisko, gdyż nad wsią wznosi się Łysa Góra, czyli Łyska, druga co do wysokości góra na Kaszubach (225,3 m n.p.m.). I podobnie jak Wieżyca (329 m n.p.m.) ma swoją jasną i ciemną stronę, chociaż tylko jeden wierzchołek, za to rozległy. Ponoć na Łysce znajduje się miejsce spoczynku Smętka (słowiańskie bóstwo smutku, symbol zła oraz symbol niemieckiego okupanta…). Aleksander Majkowski, znakomity pisarz kaszubski, ale i polski, a także poeta i dziennikarz (żył w latach 1876-1938) na początku XX w. pisał, że we wsi tej mieszkała kaszubska szlachta. Niestety dosyć uboga, bo tamtejsze ziemie nie są urodzajne, więc zwano je „pustymi” albo „czystymi polami”.

Według tradycji w wigilię św. Jana, czyli w najkrótszą noc, chociaż niektórzy twierdzą, że działo się to w czasie zrównania dnia z nocą, czyli 21 marca, na Łysce obchodzono stary obrzęd szukania kwiatu paproci, palenia ognisk, a przede wszystkim ścinania kani (kania to ptak, który w kaszubskiej tradycji jest symbolem zła). U podnóża góry odbywały się też miejscowe sądy. Wierzchołek Łyski, był niegdyś łysy, niczym nie porośnięty, więc wzbudzał respekt, ale i strach. W okolicznych miejscowościach mówiło się, że to miejsce przeklęte, bo nie chciało na nim rosnąć żadne drzewo. Dzisiaj wszystko się zmieniło i rośnie tam gęsty las.

Zmiany zaczęły następować w okresie międzywojennym, kiedy ziemie te znalazły się w granicach Państwa Polskiego. Otóż w roku 1935 na Łysej Górze rozpoczęto budowę Pomorskiej Szkoły Szybownictwa Ligi Obrony Przeciwpowietrznej i Przeciwgazowej. Miejsce to odkrył Szczepan Grzeszczyk, jeden z ojców polskiego szybownictwa, gdyż w tamtych czasach szybowce (samoloty bezsilnikowe) wystrzeliwano z lin gumowych, podobnie jak kamień z procy, i właśnie warunki topograficzne Łyski o stromych zboczach, ale i klimatyczne o sprzyjających szybownictwu prądach powietrznych znakomicie się do tego nadawały. Inicjatorem budowy był wicestarosta kościerski o nazwisku Paszkiewicz. Powstały tam wówczas wielkie hangary na 8 szybowców. O nazwie Łyska zapomniano, bo zaczęto ją zwać „Bezmiechową Północą” w odróżnieniu od Bezmiechowej Góry w gminie Lesko na Podkarpaciu.

Podczas okupacji, a więc po 1939 r. Niemcy wykorzystywali to miejsce do prowadzenia kursów szybowcowych dla pilotów Luftwaffe. Po II wojnie światowej wydawało się, że wszystko powróci do normy. Niestety szkoła funkcjonowała jedynie do roku 1950. Potem cały ten teren zajęło wojsko. Utworzono stację radarową z olbrzymim bunkrem (dawnym hangarem) niewidocznym z góry. Rozlokowała się tam 221 kompania radiotechniczna wchodząca w skład 22 batalionu radiotechnicznego stacjonującego koło Chojnic. Ponoć jednostka była wyposażona w stacje radiolokacyjne typu JAWOR-M2. Niedaleko wzgórza znajdowały się koszary wojskowe. Jednostka została zlikwidowana pod koniec lat 90. XX w.

Do dzisiaj zachowała się metalowa brama, a za nią droga okalająca teren szkoły szybowcowej. W centrum owego terenu znajduje się spory wykop, z którego wchodzi się do owych betonowych hangarów, od góry zasypanych ziemią, na których rosną drzewa. W najwyższym punkcie wzgórza rozlokowano rowy, okopy i niewielkie bunkry (może z okresu wojny), a także okrągłą wieżę. Wszystko to wygląda tajemniczo, a zimą, kiedy spadnie śnieg, niezwykle malowniczo.

Tak więc Gostomie pozornie niewidoczne i przez wielu niedoceniane ma swoją „duszę”, magiczny urok, co czuło się również podczas dożynkowych uroczystości. Skromna msza św., ot taka zwyczajna, bez „pompy”. Skromne uroczystości, w których co prawda wzięło udział kilku znanych polityków, ale mimo zbliżających się wyborów parlamentarnych nie było żadnej agitacji. Za to składano życzenia rolnikom, a nawet niektórych wyróżniono. Zaprezentowano też interesujący film o samej wsi, a także o małżeństwie dożynkowych starostów: Arlecie i Adamie Cieszyńskich i to bez wymieniania ich zasług. Pokazano ich zwykłą, codzienną, ciężką pracę. Podobnie było z dekoracjami wsi – bez przepychu, ale niezwykle pomysłowo, czego przykładem był m.in. kombajn wykonany z balotów słomy albo policjant z „suszarką” stojący przy znaku nakazującym zwolnić do 30 km na godzinę. Nawet jednemu z polityków wyrwało się (podczas składania życzeń), że właśnie Gostomie było najładniej, a jednocześnie dyskretnie przyozdobione ze wszystkich miejscowości dożynkowych, które w tym roku odwiedził.

Ciekawostką były również dożynkowe wieńce, które jak to na Kaszubach, w większości nawiązywały do motywów religijnych i to katolickich, gdyż Kaszubi pomimo promowanej przez pruskich zaborców reformacji, nie przeszli na protestantyzm. Zachowali swoją tradycyjną mowę, a przede wszystkim wiarę, co podkreślają w kaszubskim hymnie.

 

Fot. Maria Giedz

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Szewińska, Mulak – jako niedoścignione wzory i sport w TVP

Budapeszt. Nabiegali się, naskakali ale w gruncie rzeczy to się… nie udało. No cóż, bywa. Zacznijmy od wspomnień. Otóż, dawno, dawno temu gdy jeszcze Brama Krakowska zapinała się na zatrzaski, a młoda staruszka siedziała na drewnianym kamieniu – wspaniała Pani sportsmenka Irena Kirshenstein-Szewińska zdobyła olimpijski złoty medal i ustanowiła nieosiągalny jak dotąd przez inne panie rekord świata na 400 metrów.

Był Wunderteam, był Pan trener Jan Mulak. A teraz można sobie tylko powspominać. Niedawno Zbigniew Rytel zrobił doskonały – moim zdaniem – film o Ryszardzie Szurkowskim. Na kolaudacji żądano jednak zmian. I nagle, bardzo chory po wypadku, nasz wielki kolarz umarł. Ocknął się ówczesny prezes Jacek Kurski i polecił jeszcze tego samego dnia film Rytla emitować. Widzowie wpatrzeni w mały ekran zdziwili się, że TVP wyemitowała film dzień po śmierci kolarza.

Teraz nowy prezes TVP a wcześniej wiceprezes robi porządki. Widzimy, że odsuwa niektórych dziennikarzy od redakcji sportowej. Oby kontynuował te działania. 50-ciu dziennikarzy zatrudnia TVP-Sport. Dlaczego nie ma filmu np. o Pani Irenie (choć od roku leży tam gotowy scenariusz)? Dlaczego nie ma filmów o miotaczu Rucie, o Sidle, o Krzesińskiej i wielu innych, którzy rozsławili polski sport? Dlaczego? Dlaczego?

TVP ma spore pieniądze, ma przepastne archiwa. Ludzie którzy nie czują sportu nie powinni go propagować. Trzeba znaleźć, wyszukać i promować następców Tomaszewskiego, Ciszewskiego, Żemantowskiego, Hopfera i im podobnych – zdolnych, telewizyjnych i pracowitych. Może budapesztańska klęska potrząśnie decydentami od sportu.

 

 

O adwokacie opozycji, który ukrywa się przed Temidą pisze CEZARY KRYSZTOPA: Cieć na wybory

Kiedyś Roman Giertych miał na scenie politycznej samodzielną pozycję. Można się z nim było zgadzać, lub nie, ale przynajmniej nie był cieciem. Dziś polityczna pozycja Romana Giertycha jest ze wszech miar żałosna. Była taka i wcześniej kiedy pokątnie zgłosił go jako kandydata na senatora Szymon Hołownia, była taka i wtedy kiedy został wydalony dzięki staraniom Lewicy z ram Paktu Senackiego, a nawet wtedy kiedy jego kundelki ruszyły do ataku na potencjalną lewicową konkurentkę Magdalenę Biejat.

Być może apogeum upokorzenia Giertych osiągnął w momencie kiedy okazało się, że na listach Platformy jest miejsce dla takich cudaków jak Michał Kołodziejczak, ale nie dla zasłużonego „adwokata opozycji”.

Upokorzenia

Choć z drugiej strony, czy mniejszym poniżeniem było ostatecznie umieszczenie Giertycha na ostatnim miejscu listy w Kielcach, jak ogłosił sam Tusk, nie ze względu na jakieś Giertycha przymioty, ale po to żeby zrobić na złość startującemu w Kielcach z listy Zjednoczonej Prawicy Jarosławowi Kaczyńskiemu? Tym bardziej, że sam Tusk mówi, że ta kandydatura wywołuje u niego „dyskomfort”? Ciekawe jakie uczucia wywoływał Giertych u Tuska kiedy jako adwokat reprezentował jego syna Michała?

Roman Giertych jest najwyraźniej gotów znieść wiele, ponieważ jako unikający polskiego wymiaru sprawiedliwości, bardzo potrzebuje immunitetu. A nie ma gwarancji, że na karuzeli z kandydatami się utrzyma. Dziś polityczne „życie” kandydata na opozycji potrafi być bardzo krótkie, o czym przekonali się liczni już kandydaci, począwszy od Jana Hartmana, a skończywszy na Jaaaaaaaaaanie Shostak.

Eksperyment

Póki co przeprowadzany jest na nim eksperyment badania wytrzymałości kręgosłupa. Przedmiotem publicznej debaty jest pytanie czy Giertych, niektórzy twierdzą, że związany z Opus Dei, na pewno postrzegany, słusznie czy nie, nie wiem jak tam ostatnio, jako człowiek wierzący, podpisze deklarację poparcia dla programu Platformy, którego jednym z niewielu znanych punktów jest postulat legalności aborcji do 12 tygodnia ciąży – Wiem, że Roman jest przeciwko aborcji i uważam, że nie zmieni poglądów. I dobrze, powinien pozostać wierny przekonaniom – mówi jego ojciec Maciej Giertych. A ja bym sobie ręki nie dał uciąć.

Tak czy siak, od dyżurnego wroga lewackich aktywistów do ciecia zmiatającego hasztagi na Twitterze dla środowiska, które się nim brzydzi, to dość smutna ewolucja tak dla adwokata, jak i polityka.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Batalia o krzyż na Westerplatte

2 września 1939 roku nalot bombowy Luftwaffe wywołał poważne zniszczenia w atakowanej przez Niemców Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte. „Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte, jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić…” – powie po latach, 12 czerwca 1987 roku, na Westerplatte Ojciec Święty Jan Paweł II.

Po nalocie 2 września polska obrona zachwiała się, a przechodzący załamanie nerwowe mjr Henryk Sucharski na znak kapitulacji kazał wywiesić białą flagę. Kiedy wydawało się, że placówka poddaje się, dowództwo przejął zastępca Sucharskiego kpt. Franciszek Dąbrowski (aby nie robić fermentu w szeregach, fakt ten utajniono przed żołnierzami). Dzięki temu Westerplatte broniło się bohatersko do 7 września, uniemożliwiając Hitlerowi przeprowadzenie uroczystości włączenia Gdańska do III Rzeszy niemieckiej.

Po wojnie na żołnierskich mogiłach cmentarza obrońców Westerplatte stanął krzyż. Postawili go w 1946 roku gdańscy portowcy z inicjatywy kpt. Franciszka Dąbrowskiego, w miejscu, gdzie zginęło najwięcej Westerplatczyków. Ale w 1962 roku do Gdańska miał przyjechać Nikita Chruszczow i krzyż zniknął (kierowca, który miał wyrzucić krzyż na śmietnik, przewiózł go potajemnie nocą do parafii świętej Jadwigi w Nowym Porcie). Miejsce krzyża na Westerplatte zajął sowiecki czołg T-34.

W sierpniu 1980 roku brygadzista Czesław Nowak zorganizował w Zarządzie Portu Gdańsk strajk, pamiętając o krwawym doświadczeniu grudnia 1970 roku. Obok postulatów ekonomicznych i niepodległościowych nie zapomniał o krzyżu Dąbrowskiego, o czym mówili portowcy Westerplatczycy. Wraz z kolegami Nowak pojechał do parafii, wykopał krzyż, który stał wśród bzów, i na przyczepie ciągnika przewiózł go na półwysep.

Ale to był dopiero początek walki. Komuniści odpowiedzieli obroną czołgu – symbolu nienaruszalnej przyjaźni polsko-radzieckiej. Kolejny kryzys, a nawet rozlew krwi, zażegnał kompromis – czołg został, ale razem z krzyżem. 30 sierpnia 1981 roku w obecności kilkunastu tysięcy osób bp Lech Kaczmarek odprawił przed przywróconym krzyżem Mszę świętą. Wziął w niej udział ks. Jerzy Popiełuszko, a Jan Paweł II podczas audiencji w Castel Gandolfo 6 września powiedział: „Ze wzruszeniem dowiedziałem się, że przywrócono na Westerplatte krzyż, który tam stał”. Czesław Nowak miał swoje Westerplatte.
Ale to nie koniec batalii o krzyż. W 1989 roku komuniści przestawili go bokiem do żołnierskich mogił. Walka Czesława Nowaka o przywrócenie krzyża w pierwotnym miejscu zakończyła się dopiero w 2010 roku (czołg zniknął z Westerplatte trzy lata wcześniej).

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja na Krymie narusza wolność sumienia i wyznania

Rosja wszczęła ponad 100 spraw karnych przeciwko mieszkańcom Krymu z powodów religijnych, najbardziej prześladowaną grupą religijną są Świadkowie Jehowy.

Jak podaje Europejskie Stowarzyszenie Świadków Jehowy, w czterech miastach Krymu – Armiańsku, Symferopolu, Sakach i Dżankoju – niedawno rosyjskie siły bezpieczeństwa przeprowadziły dziewięć przeszukań członków organizacji religijnej Świadkowie Jehowy. W Symferopolu rewizję przeprowadzono np. w mieszkaniu Kateryny Melnychuk. Kobieta została poinformowana o wszczęciu przeciwko niej sprawy karnej i po przesłuchaniu została zwolniona. 11 sierpnia 2023 roku kontrolowany przez Kreml Sąd Rejonowy w Dżankoj po dwóch tygodniach pozbawienia wolności umieścił Wiktora Ursę, przedstawiciela organizacji religijnej Świadkowie Jehowy, w areszcie domowym.

Przeszukano także mieszkańca Symferopola Dmytro Zacharewicza, zięcia Oleksandra Woronczikina, zamieszanego w jedną z podobnych spraw w Symferopolu. Tego samego dnia mężczyzna otrzymał decyzję o postawieniu go w stan oskarżenia w sprawie karnej. Na wniosek śledczego sąd umieścił jego oraz innego wyznawcę ŚJ w areszcie domowym.

W mieście Armiańsk siły bezpieczeństwa przeszukały jeden z dwóch domów członków organizacji ŚJ. W miejscowości Saki siedem grup sił bezpieczeństwa, w tym cztery uzbrojone, przeprowadziły dwugodzinne przeszukanie domu 62-letniego Świadka Jehowy, którego nazwisko nie zostało ujawnione. Zabrano mu urządzenia elektroniczne.

Szczegóły przeszukań w Dżankoju nie są obecnie znane, poza tym, że jednym z zatrzymanych był starszy członek grupy. „Odbywał spotkania z zwolennikami za pośrednictwem łącza wideo, promował idee zakazanej organizacji i emitował materiały ekstremistyczne. Zajmował się także pozyskiwaniem nowych zwolenników, zbieraniem i dystrybucją datków” – podała służba prasowa Komitetu Śledczego Rosji. Podejrzany został zatrzymany i oskarżony za udział w „zakazanej organizacji religijnej”. Podczas przeszukania zabezpieczono literaturę ekstremistyczną.

Tym samym do chwili obecnej 25 mieszkańców Krymu zostało oskarżonych w związku z przynależnością do Świadków Jehowy. Sześciu z nich zostało już skazanych na karę pozbawienia wolności na okres 6 lat lub więcej i odbywa karę w rosyjskich koloniach.

Podstawę do ścigania karnego wyznawców Świadków Jehowy dał policji Sąd Najwyższy Rosji, który w 2017 roku uznał „Centrum Zarządzania Świadków Jehowy w Rosji” za organizację ekstremistyczną i zakazał jej działalności. Na całym świecie grupa Świadkowie Jehowy liczy ponad osiem milionów wyznawców. W żadnym kraju nie jest ona zabroniona i zwalczana. W Rosji wszystkie podmioty prawne związane ze Świadkami Jehowy zostały uznane za ekstremistyczne i zakazane.

Na Krymie procesy Świadków Jehowy odbywają się przynajmniej raz na sześć miesięcy. I tak w lutym 2023 roku kontrolowany przez Rosję Sąd Miejski w Jałcie wydał wyroki przeciwko czterem Świadkom Jehowy. Trzej organizatorzy zbiorowych wydarzeń religijnych zostali skazani na różne kary – od 6 lat i 6 miesięcy do 6 lat i 1 miesiąca  –  które będą odbywać w kolonii poprawczej na zasadach ogólnych.

Według Dmytro Lubynetsa, Rzecznika Praw Człowieka Rady Najwyższej Ukrainy, Rosja wszczęła ponad 100 spraw karnych przeciwko mieszkańcom Krymu z powodów religijnych, w tym 17 przeciwko przedstawicielom Świadków Jehowy. Pozostała część spraw to postępowania karne wobec zwolenników tureckiej partii Hizb ut-Tahrir, której ideę pokojowego utworzenia globalnego kalifatu podziela wielu Tatarów krymskich. Ale to inna historia.

Zdaniem rzecznika prześladowanie członków organizacji religijnych stanowi naruszenie przez Rosję art. 18 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka oraz art. 9 Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, zgodnie z którym każdy ma prawo do wolności myśli, sumienia i wyznania.

„Rosja w dalszym ciągu ignoruje rezolucję Rezolucja Zgromadzenia Ogólnego ONZ nr 74/168, w której społeczność międzynarodowa wzywa ten kraj do zapewnienia wolności religii i przekonań bez dyskryminacji” – dodał Dmytro Lubynets.

Polowanie na członków Świadków Jehowy odbywa się w całej Rosji. Jakiś czas temu Departament Stanu USA skrytykował wyrok wydany w Rosji na dwóch wyznawców tej organizacji religijnej: „Potępiamy decyzję rosyjskiego sądu, który skazał wyznawcę Świadków Jehowy Dmitrija Golika na siedem lat więzienia więzienia, a Oleksija Berczuka na osiem lat więzienia” – napisał na Twitterze rzecznik Departamentu Stanu Ned Price.