SERHIJ KULIDA o pisarzu Williamie Le Queux: Ojciec chrzestny brytyjskiego wywiadu

Często z pewną dozą ironii mówimy o wpływie popularnej literatury na życie, jednak czasami pisarzom udaje się stworzyć coś więcej niż fikcję. W przypadku bohatera naszej historii są to… brytyjskie tajne służby.

Nie wchodząc w szczegóły, powiedzmy, że w latach poprzedzających I wojnę światową Wielka Brytania i Niemcy znajdowały się w stanie ciągłego oczekiwania na wojskową konfrontację. W 1911 roku, podczas konfliktu w Agadirze, David Lloyd George stwierdził, że Anglia zemści się na Niemcach, jeśli naruszą jej imperialne interesy. Naturalnie, że w tych latach ważna stała się działalność wywiadów i kontrwywiadów obu krajów.

Niemiecki wywiad wojskowy Nachrichtendienst (ND), kierowany przez specjalny wydział Sztabu Generalnego, starał się przeprowadzić masową tajną kampanię na terenach przygranicznych potencjalnego wroga. Oficerowie niemieckiego wywiadu działali głównie we wschodnich departamentach Francji i zachodnich prowincjach Rosji. Nie należy jednak przeceniać potęgi ND w latach przedwojennych. W rzeczywistości był on pozbawiony środków finansowych i korzystał głównie z usług dyplomatów, konsulów, wojskowych i dziennikarzy. W kwietniu 1913 roku na stanowisko szefa wywiadu niemieckiego powołano Waltera Nicolai, który w rok utworzył dość skuteczną tajną służbę i zamierzał włączyć Wielką Brytanię w sferę zainteresowań ND.

Jeśli chodzi o Wielką Brytanię, jak zauważa angielski historyk Phillip Knightley, jej sytuacja w dziedzinie wywiadu nie była lepsza. W 1873 r. w brytyjskim Ministerstwie Wojny utworzono Departament Wywiadu, który otrzymywał meldunki od wojskowych. W 1876 roku powołano Agencję Wywiadu Marynarki Wojennej, a rok później funkcje kontrwywiadu powierzono wydziałowi kryminalnemu, który zajmował się głównie walką z irlandzkimi awanturnikami. Wywiad wojskowy uznawano za bardziej skuteczny. Przypomnijmy, że podczas I wojny światowej brytyjskie tajne służby miały w swoich szeregach takich bohaterów „niewidzialnego frontu”, jak Sidney Reilly i Lawrence z Arabii…

Jednak szef kontrwywiadu wojskowego pułkownik James Emonds, którego zadaniem była identyfikacja i neutralizacja obcych infiltratorów, po prostu nie zrobił nic. I nie dlatego, że nie chciał pracować, wręcz przeciwnie, miał zapał, ale zaledwie 200 funtów rocznie i 2 (dwóch!) pracowników związywało mu ręce. Potrzebny był jakiś impuls, wręcz prowokacja, żeby „tajna wojna” nabrała nowego impetu. I takim impulsem była, co dziwne, literatura detektywistyczna, szpiegowska, a raczej twórczość amatorskiego oficera wywiadu, kryminologa, kolekcjonera, podróżnika, dziennikarza i pisarza Williama Tufnella Le Queux

Na początku stulecia mania szpiegowska niejednokrotnie ogarnęła brzegi „starej, dobrej Anglii”. Pierwszy taki szkwał objął kraj w 1900 r., kiedy to niejaki pułkownik F.N. Moody opublikował „raport” w sprawie 200-tysięcznego lądowania wojsk francuskich na Wyspach Brytyjskich. A bohater naszej historii, William Le Queux, już w 1896 roku stworzył powieść „Tajne służby”, a później w „Zagrożeniu dla Anglii”, a zwłaszcza w „Tajemnicy Ministerstwa Spraw Zagranicznych”, dosłownie „wypełnił” przestrzenie wielkiego imperium szpiegami! W 1903 roku inny angielski pisarz Robert Erskine Childers w powieści „Zagadka piasków” tworzy własną wizję zagrożenia militarnego. Według Winstona Churchilla to właśnie publikacja tej powieści skłoniła rząd do podjęcia decyzji o budowie baz wojskowych w Invergordon, Firth of Forts i Scapa Flow. Oto skuteczność literatury!

Ogólnie rzecz biorąc, tradycje powieści szpiegowskiej w Anglii są silne i niewzruszone. I choć mistrzostwo tutaj należy do Amerykanów (pamiętajcie „Szpiega” Fenimore’a Coopera), to później Brytyjczycy z nawiązką nadrobili tę lukę. Najpierw Rudyard Kipling w „Kimie”, a potem tacy mistrzowie gatunku początku stulecia jak E. Phillip Oppenheim, Robert Erskine Childers i John Buchan doprowadzili sprawę do perfekcji.

W 1905 roku Le Queux twierdzi, że w Zurychu w hotelu Dolder rzekomo dwukrotnie spotkał się ze swoim przyjacielem Herr N., jak go nazywał, „zastępcą szefa Biura Wywiadu Kaisera”. W rezultacie pisarz rzekomo stał się właścicielem autentycznie tajnych dokumentów. W pierwszym przypadku było to nagranie przemówienia cesarza do najwyższych niemieckich dowódców wojskowych, wygłoszonego rzekomo w Poczdamie. „Armia moich szpiegów jest już rozproszona na terytorium Wielkiej Brytanii i Francji, a także na ziemiach Ameryki Południowej i Północnej” – te słowa przypisywane cesarzowi były tak zgodne z tym, co napisał sam W. Le Queux! Wydawało się, że tajemniczy pan N. już drugi raz dostarczył swojemu przyjacielowi listę brytyjskich zdrajców, członków konspiracyjnej (inspirowanej?) organizacji o złowrogiej nazwie „Tajna Ręka”.

„Byłem zaskoczony widokiem tej listy” – napisał Le Queux. – „Jestem odrętwiały. To straszne, że ludzie, których naród uważał za patriotów, wpadli w podstępne sieci niemieckiej ośmiornicy”.

Według Le Queux na liście znalazły się nazwiska członków parlamentu, pracowników Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Spraw Wewnętrznych, Obrony, Ministerstwa Spraw Indian, Admiralicji, a także kilku znanych pisarzy.

Zniechęcony pisarz wysłał te raporty do Ministerstwa Obrony i rządu, ale te instytucje zignorowały jego „dowody”. Przyczyną nie była jednak trzeźwość myślenia wyższych urzędników państwowych, ale osławiona brytyjska próżność i snobizm. Faktem jest, że W. Le Queux, pomimo swojej popularności (był ulubionym pisarzem królowej Aleksandry), nie był akceptowany w wyższych sferach. Z urodzenia był w połowie Francuzem. Nie otrzymał też godnego wykształcenia. Jako dziecko w Londynie odwiedzał go w domu prywatny nauczyciel, a następnie w Paryżu przyszły pisarz studiował sztukę. To prawda, że ​​​​Le Queux mówił kilkoma językami europejskimi i wkrótce został zatrudniony jako redaktor zagraniczny „London Globe”. Po podróży do Rosji ukazuje się jego pierwsza powieść „Więzy winy”, zawierająca pełną akcji szpiegowską intrygę. Wydawałoby się, że to dość udana kariera, a jednak… W angielskim establishmencie pisarz uchodził za parweniusza.

Oczywiście nie wszyscy podzielali tę opinię. Feldmarszałek Lord Roberts, również mający obsesję na punkcie idei ekspansji Niemiec, odnalazł w pisarzu pokrewną duszę. Po współtworzeniu raportu na temat niemieckiego zagrożenia przekonują Lorda Northcliffe’a, właściciela „Daily Mail”, do opublikowania ich pracy. Wiarygodność danych zawartych w raporcie potwierdziło trzech podobnie myślących ekspertów: pułkownik Cyril Field, major Matson i oficer marynarki wojennej H.V. Wilson. Nasiona padły na żyzną glebę. Wyniki badania głównych możliwych kierunków ataku wojsk niemieckich dają pewną harmonię i ekscytującą opisowość przyszłych wydarzeń. W tej formie „Inwazja 1910” (tak nazywał się utwór W. Le Queux) rozchodzi się w ponad milionie egzemplarzy i jest następnie tłumaczona na 27 języków.

Le Queux, za pieniądze właściciela „Weekly News”, D.S. Thompsona, podróżuje po Szkocji. W gazecie publikuje ekscytujące raporty, a później pisze książkę „The Kaiser’s Spies: A Plan for the Fall of England”, w której główny bohater o nazwisku John James Jacox, prawnik i detektyw, wypowiada się głosem samego autora. I znowu fala szpiegowskiej manii zalewa kraj. W 1907 roku szowiistyczny patriota pan J. Heath wysłał list do gazety „Morning Post”, w którym histerycznie twierdził, że Anglię zalało 90 tys. niemieckich agentów, broń i amunicję składowano w skrytkach, a niemieckie dowództwo planuje wyłączyć komunikację. Bezimiennemu oficerowi wywiadu, doskonale posługującemu się nożyczkami, udało się „wycofać” ten dowód intryg Niemców i przesłać go swojemu szefowi, pułkownikowi A.E.U.

Czy był to dym bez ognia? Historyk Phillip Knightley pisze, że „nie było bezpośrednich dowodów na niemieckie przygotowania do sabotażu w Wielkiej Brytanii, były jedynie przypuszczenia”. David French w „Gorączce szpiegowskiej w Wielkiej Brytanii 1909-1915” zauważa, że 14 sierpnia 1914 r. władze brytyjskie aresztowały 21 Niemców pod zarzutem szpiegostwa. Przed sądem stanął tylko jeden z nich. Bez komentarza… W 1909 roku na posiedzeniach specjalnie utworzonej podkomisji Ministerstwa Obrony wybuchają decydujące bitwy w kwestii szpiegostwa na Wyspach Brytyjskich. Spotkaniom tym przewodniczył Sekretarz Obrony R. B. Haldane, a wśród uczestników byli Pierwszy Lord Admiralicji, Minister Spraw Wewnętrznych, Minister Poczty, Komisarz Policji, Szef Operacji Wojskowych i Szef Wywiadu Marynarki Wojennej. Głównym mówcą na tych spotkaniach był znany nam już pułkownik James Edmonds. Problem został rozwiązany – utworzono scentralizowaną tajną służbę. Uzasadnienia i doniesienia J. Edmondsa opierały się jednak nie na faktach, lecz na… pismach pisarza Williama Le Queux.

Początkowo Haldane, przewodniczący podkomisji, wątpił w prawdziwość przedstawionych materiałów, jednak punktem zwrotnym w jego ocenie był dokument, jakby zamówiony przez Ministerstwo Obrony Narodowej, w przededniu decydującego spotkania. Oto jak to brzmiało w prezentacji R. B. Haldane’a: „W zeszłym tygodniu Ministerstwo Obrony otrzymało dokument z zagranicy, który rzuca nieco światła na bieżące wydarzenia. Dokument otrzymano od francuskiego kupca udającego się z Hamburga do Spa. Podróżował w tym samym przedziale z Niemcem, którego walizka wyglądała jak jego własna. Wysiadając na przystanku Niemiec omyłkowo wziął niewłaściwą walizkę. Francuski kupiec, otwierając pozostałą walizkę, znalazł w niej szczegółowe plany podboju Anglii. Przepisał wszystko, co mógł, w krótkim czasie, jaki pozostał mu do następnego przystanku, gdzie poproszono go o zwrot walizki, gdyż właściciel, dowiedziawszy się o swoim błędzie, telegrafował do władz kolei” Dokument ten, wyraźnie pachnący atramentem Le Queux i wyglądający jak strony z jego powieści „Szpiedzy Kaisera”, otworzył nową erę w historii brytyjskiego wywiadu: utworzono Biuro Tajnych Służb Jej Królewskiej Mości. Składał się z dwóch wydziałów – wewnętrznego, czyli kontrwywiadu, i zewnętrznego – wywiadu (w przyszłości – „Tajnej Służby Wywiadowczej” – SIS).

Szefem kontrwywiadu został mający doświadczenie w działalności wywiadowczej kapitan Vernon Kelly, dziennikarz i doskonały organizator. Ale o szefie wydziału zewnętrznego Biura Tajnych Służb, kapitanie Mansfieldzie Smith-Cummingu, warto powiedzieć kilka słów osobno. Być może swoją ekscentrycznością przyćmił nawet swojego „ojca chrzestnego” – Williama Le Queux. Oto, co Phillip Knightley opowiada o nim w swojej książce: „Nosił monokl w oprawce, pisał wyłącznie zielonym atramentem, a po utracie nogi w wypadku poruszał się po korytarzach na dziecięcej hulajnodze, odpychając się zdrową nogą . Goście byli nieco zawstydzeni sposobem, w jaki wbijał nóż do papieru w drewnianą nogę na poparcie swoich słów. Jego pamiętnik, podniszczony dziennik żeglarski, zawierał następujące wpisy: >Kup sobie nowe przebranie od Clarksona<”.

Major Stephen Alley wspominał, że aby „dostać się do biura Cumminga, gość musiał wejść po schodach i poczekać, aż sekretarka naciśnie tajny przycisk, a Cumming uruchomi system wind i pedałów, które odsuną część ceglaną ścianę i odkryj kolejne schody. Sekretarka Cumminga musiała przeczołgać się przez właz w podłodze. Czy to nie jest obrazek z książek Le Queux?

Jednak mówiąc poważnie, zasługi pisarza w powstaniu brytyjskich tajnych służb są nieocenione.To on swoimi książkami, entuzjazmem i – jak kto woli – szaleństwem, dał kopa skostniałemu angielskiemu spokojowi, zmuszając go w końcu do wiary w groźbę przyszłej wojny.

 

Do szacunku dla dobrych rad nawołuje STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Posłuchajcie Andrzejewskiego

Przedwyborczy bełkot medialny staje się nie do zniesienia. Już nikt nikogo nie słucha, a wszyscy naraz nadają. To ma być kampania wyborcza?!

Trzeba się uspokoić. Niech zaczną media. Zamiast zalewać nas potokiem informacji – w tym odgrzewanych do znudzenia – szumem dezinformacji i kłamstw – ograniczmy się do nadawania wypowiedzi ludzi mądrych. Z obu stron barykady. W Hallerowie, czyli we Władysławowie odpoczywa po wieloletniej skutecznej pracy mądry, bardzo zasłużony w obronie naszych uczciwych obywateli, mecenas Piotr Łukasz Juliusz Andrzejewski. Dobrze byłoby, żeby jeszcze raz stanął w szranki. Właśnie teraz gdy Ojczyzna jest znowu w pilnej potrzebie. Rządzić to mu nie dadzą, zresztą i on sam już tego nie chce. Nie będzie kandydował w nadchodzących wyborach (a szkoda!) ale doradzać i to konkretnie Prezesowi, Premierowi i Prezydentowi powinien. Wszędzie tam niestety są wprawdzie tabuny doradców, ale to na ogół ludzie mało odważni (delikatnie mówiąc) sugerujący to, czego szef chce. Tak to już jest – schlebiacze i lizusy zawsze mają się lepiej (oczywiście do czasu!).

Polityk, adwokat, działacz opozycji demokratycznej w PRL, senator I, II, III, IV, VI i VII kadencji Senatu, sędzia Trybunału Stanu, rodem Warszawiak, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego z wyboru i rodziny o wspaniałych niepodległościowych korzeniach – teraz mieszkający za bałtycką morską wydmą we Władysławowie. Senator żyje teraz nad otwartym morzem, w pięknym modernistycznym pensjonacie „Solmare” wybudowanym przez rodziców Wandę i Aleksandra Andrzejewskich właśnie w Hallerowie w 1936 roku. W tym miejscu w groźnych dla Polski chwilach zbierała się opozycja, a w 1982 ubeckie bojówki go podpaliły niszcząc archiwum i część budynku.

3 czerwca 2007 roku do ówczesnego premiera Rządu Rzeczpospolitej Polskiej Jarosława Kaczyńskiego mec. P. Ł. J. Andrzejewski pisał:

„Wychodząc z akceptowanej w prawie cywilizacji łacińskiej zasady prawa międzynarodowego: pacta sunt servanta, należy uznać aktualne próby podważenia zasad funkcjonowania Unii Europejskiej jako zintegrowanych działań podmiotów prawa międzynarodowego jakimi są Wspólnoty Europejskie i poszczególne państwa, które to działania mają ugruntowaną aktualnie podstawę prawną w Traktacie Nicejskim, za wymagające szczególnego uzasadnienia w myśl drugiej zasady mogącej usprawiedliwić zmianę obowiązujących powszechnie ustalonych reguł funkcjonowania Unii brzmiącej rebus sic standibus*.

Polska jak i 10 innych państw europejskich, kierując się zasadą domnimania wiarygodności dotychczasowych podmiotów tworzących podstawy funkcjonowania Unii Europejskiej, przystąpiła do tej formacji na ustalonych i jednomyślnie w drodze kompromisu przyjętych na warunkach i zasadach określonych w aktach akcesyjnych znajdujących oparcie w Traktacie Nicejskim.

Propozycję podważenia istniejącego status quo w oparciu o wątpliwy co do jakości poprawności prawnej, a nadto odrzucony przez część państw wspólnot tworzących Unię projekt tzw. nowego traktatu konstytucyjnego Unii Europejskiej uważam za nieaktualną i niewartą próby jego reanimacji.

Projekt ten narusza szereg fundamentalnych zasad obowiązujących dotąd w prawie międzynarodowym, jak m.in. zasady równowagi i równości stron – jedno państwo – jeden głos materii dotyczącej każdego z członków wspólnot tworzących Unię – połączonej z zasadą suwerenności państw – członków wspólnoty.

Próba politycznego narzucenia poglądów i rozwiązań sprzecznych z tymi zasadami winna być poddana dalszym negocjacjom” – pisał 16 lat temu Andrzejewski.

(…) „Sfera spraw regulowanych tzw. prawem unijnym mającym priorytetową przewagę nad prawem wewnętrznym poszczególnych krajów tworzących kompleks unijnych dotyczy dwóch przedmiotów regulacji: praw i obowiązków obywateli państw zjednoczonych w Unii i praw i obowiązków państw tworzących Unię jako podmiotów prawa międzynarodowego.

Ten podział przedmiotu regulacji prawnej winien znaleźć odzwierciedlenie w trybie stanowienia prawa odrębnym dla każdej z tych grup przedmiotu regulacji. W jednym i drugim przypadku uważam za wskazane odwołanie się do zasady równości podmiotowej. Podmiotowość obywateli państw Unii Europejskiej zgodnie z zasadą równości reprezentatywności każdego z nich uzasadnia zasadę głosowania podwójną większością w zakresie praw i obowiązków każdego obywatela Unii.

Podmiotowość państw członków Unii w obrębie ius gentium i równość ich traktowania z poszanowaniem ich suwerenności w dziedzinie międzynarodowej wymaga odrębnej zasady głosowania w oparciu o równą reprezentatywność w myśl reguły jedno państwo – jeden głos.

Podział podmiotu regulacji na to, co dotyczy państwa jako podmiotu prawa międzynarodowego i na to, co dotyczy osób jako podmiotów prawa prywatnego, wskazuje władzy Unii dla każdej z tych grup podmiotów odrębne uwarunkowania.

Osobnym problemem jest pominięcie trybu stanowienia prawa wspólnotowego nie przez organy władzy wykonawczej Unii, ale władzy ustawodawczej i powrotu do monteskiuszowskiej tradycji podziału władz, a nie jej zagmatwanego pomieszania, jak to ma miejsce obecnie.

Odrzucony projekt traktatu konstytucyjnego narzucony przez tzw. Konwent nie spełnia podstawowych standardów w tym zakresie.

Nawiązując do polskiej tradycji opartej na maksymie, aby będąc „wolnym od hańbiących przemocy nakazów” – cenić drożej nad życie wolność wewnętrzną, niepodległość zewnętrzną i suwerenną egzystencję polityczną Narodu Polskiego i jego członków – pozwalam sobie na skierowanie na ręce Pana Premiera wyżej przedstawionej propozycji do rozważenia w nadchodzących negocjacjach” – podsumował P. Ł. J. Andrzejewski i w liście do Jarosława Kaczyńskiego z 3 czerwca 2007 r.

*                           *                           *

To nie jest już dziś głos wołajacego na puszczy. To jest rdzeń suwerenności. Warto krzyknąć: Andrzejewski wróć. W dodatku nie będzie lepszego reprezentanta spraw morza – ludzi, historycznie morskiej polski i współczesnej okradzionej morskiej gospodarki naszego kraju – flota, stocznie, rybołóstwo. W tych sprawach Kaszubi i w ogóle mieszkańcy pomorza powinni pilnie się zjednoczyć. Zaniedbany skarb przyrodniczy, bastion obronności Półwysep Helski, skorumpowane Wybrzeże Środkowe i niemczony Szczecin – to marnotrawstwo musi ustać poprzez wybór nowych ludzi. I te tereny muszą być reindustrializowane. Przy tej pracy potrzebny jest właśnie ktoś taki jak Andrzejewski z jego wiedzą, wrażliwością i wrodzonym uporem w działaniu. Do 15 października jest jeszcze trochę czasu. Przekrzykiwanie się warto zastąpić dobrą radą – i w sprawach krajowych i zagranicznych.

Zacznijmy od „A”, od Andrzejewskiego.

 

* [łac., 'w takim stanie rzeczy’], klauzula dopuszczająca zmianę umowy w przypadku zmiany okoliczności, w jakich została zawarta.

 

 

O kojarzących się z grą komputerową kandydatach KO pisze CEZARY KRYSZTOPA:Pokemony

Jest taka gra, serial filmowy, właściwie chyba dużo różnych gier i innych mniej i bardziej interaktywnych, wirtualnych przestrzeni, pod wspólną nazwą „Pokémon”. Niech mi wybaczą ich wszystkich znawcy, ja wiem to dosyć powierzchownie, ale jeśli dobrze zrozumiałem, chodzi w tym wszystkim o to, żeby chwytać różne dziwadła do takiej kuli zwanej „pokeball”, a potem używać ich w do walki.

Było to moje pierwsze skojarzenie po prezentacji list Koalicji Obywatelskiej. Opozycja nie po raz pierwszy pilnuje pewnego rodzaju parytetu. Otóż tak jak wcześniej, jak twierdzą niektórzy, Palikota, czy Petru, musi mieć koniecznie kogoś z kategorii „polityczny pajac”. Wszystko wskazuje na to, że w tej roli został obsadzony, a przynajmniej robi wszystko żeby mnie o tym przekonać, dzielny Michał Kołodziejczak.

Mistrz Pokémon

Najwyraźniej nie od rzeczy jest również posiadanie w swojej drużynie, nie wiem dlaczego przychodzi mi tu zaraz na myśl Pani Poseł Klaudia Jachira, „politycznej wariatki”, której to roli tym razem być może będzie usiłowała sprostać obdarzona donośnym głosem i umiejętnością opowiadania kompletnych kocopołów z poważną miną i z miedzianym czołem – Jana Szostak.

Jeśli dodamy do tego byłego współpracownika peerelowskich służb Bogusława Wołoszańskiego i nowe, jeszcze bardziej fantastyczne wcielenie Janiny Ochojskiej – Aleksandrę Wiśniewską, myślę, że spokojnie możemy, odkładając na bok uprzedzenia, uznać Donalda Tuska za „mistrza Pokémon”.

Co ciekawe, podobny mechanizm obserwuję nie tylko w świecie twardej polityki. Otóż przy okazji obchodów rocznicy Sierpnia 80’ w Europejskim Centrum Solidarności (przypominam, że Solidarność od dawna nie ma z nim nic wspólnego), wręczone zostaną tzw. „Medale Wolności Słowa”.

Odpowiedni pokeball

Do medali nominowani zostali tacy ludzie jak prof. Barbara Engelking, według której „dla Polaków śmierć to była kwestia biologiczna, naturalna, śmierć jak śmierć. Dla Żydów to była tragedia, dramatyczne doświadczenie, metafizyka”. Czy też tacy jak Zbigniew Hołdys, który nazwał ostatnio usiłujących korzystać z wolności słowa „symetrystów” – „szmalcownikami” – za „bezkompromisową obronę liberalnych i demokratycznych wartości, bez względu na konsekwencje”. Małżeństwo Owsiaków, bynajmniej nie za talenty biznesowe.

A „wykład o etyce Solidarności”, wygłosi (tadam!) dr Michał Bilewicz. Tak, tak, ten sam, który ukuł pojęcie „antysemityzmu wtórnego”, który w przypadku Polaków ma się objawiać m.in. „kultem Żołnierzy Wyklętych” czy „niechęcią do finansowania Muzeum POLIN”.

Co oni mają wspólnego z „Solidarnością”? Nie muszą mieć nic, ponieważ to nie oni mają tu „budować mit Solidarności”, tylko pasożytniczo wykorzystywany przez ECS „mit Solidarności” ma budować ich, tak żeby jako odpowiednio zbudowane dziwadła, zamieszkiwali właściwy „pokeball” oczekując momentu, w którym zostaną użyci zgodnie z przeznaczeniem.

HUBERT BEKRYCHT: Problemy opozycji z dziennikarzami, czyli polityczne kotlety medialne

Jak świat światem politycy i dziennikarze żyjąc w jednym medialnym systemie nie zawsze się ze sobą zgadzają, delikatnie mówiąc. Może jestem staroświecki, ale wciąż uważam, że szacunek do pracy w redakcjach, podobnie jak szacunek dla pracy ekip politycznych, powinien być fundamentem współpracy mediów z osobami kreującymi życie publiczne. Niestety, coraz częściej politycy opozycji w Polsce – jak ujął to mój znajomy przypominając fachowy termin – niebezpiecznie przesuwają granice. Ba, to już nawet nie aneksja terenu dziennikarskiego, to agresja wobec dziennikarzy. Jeśli nawet nie wszystkich, to wkrótce może się tak stać a wtedy nie tylko polityczna opozycja zacznie wybierać sobie pytania na konferencji prasowej, czy dziennikarzy, którzy mają je zadać. A może niedługo politycy będą sami sobie zadawać pytania i sami na nie odpowiadać. Po co im będą media? Bo są. Na razie.

Podczas pisania tego tekstu nie ucierpiał żaden z polityków. Chyba… No, przynajmniej nie powinien.

Życie publiczne i w ogólne życie się brutalizuje. Jesteśmy bardziej nieuprzejmi wobec siebie, żeby nie napisać chamscy, ale i takie skrajne zachowania nie są dziś niczym dziwnym. Ludzie słuchając innych koncentrują się nie na przekazie, tylko na tym co ich najbardziej interesuje, czasem są niecierpliwi, nawet agresywni. W mediach powstają specjalne zespoły, które pracując praktycznie całą dobę – mają jedno zadanie – dostarczyć informację, najlepiej sensacyjną. W polityce całe grupy sztabowców pracują nad zagłuszaniem najgorszych – ich zdaniem – przekazów dotyczących własnych ugrupowań.

Pan chyba jest nienormalny, panie redaktorze

To zdanie adresowane do mnie usłyszałem, podczas konferencji prasowej nieistniejącej już partii w parlamentarnej kampanii wyborczej w 1997 roku. Polityk nie żyje, eksperymentalne ugrupowanie polityczne nawet komornikowi nic nie zostawiło, ale pamięć tego dnia jednak pozostała. Wówczas mnie to śmieszyło, teraz już nie. Zadałem zwyczajne pytanie o źródła finansowania kampanii. Polityk się wściekł. I był to wówczas niechlubny przykład, że tak nie wolno. Dziennikarz, co nie jest dziś dla wszystkich oczywiste, też człowiek. Niestety, takie obcesowe traktowanie reporterów to teraz norma.

Są całe zestawy technik manipulacyjnych dla polityków. Uczy ich się, nawet na drogich specjalnych kursach, jak wykiwać dziennikarzy, jak żurnalistów zdenerwować, straszyć pozwami sądowymi. I kto prowadzi te kursy? W większości dziennikarze, którzy przeszli „na drugą stronę mocy”, choć i czynnych pismaków tam nie brakuje.

Bowiem, dziennikarz wobec polityka też nie jest bez winy (patrz cykl Waltera Altermanna na sdp. pl). Otóż w wielu redakcjach – i tutaj się narażę – jak grzyby po deszczu powstawały i powstają tzw. działy śledcze. Ten twór pochodzi z anglojęzycznych krajów, a jego nazwa, niestety źle przetłumaczona, dotyczy zespołów zajmujących się tropieniem ważniejszych afer. Z tym, że zespoły owe nie miały wcale zastępować policyjnych i prokuratorskich śledczych.

Po latach nie tylko w Polsce okazało się, że nie ma dziennikarstwa śledczego, są tylko źle zabezpieczone dokumenty… I tzw. źródła, które nie są prawdziwymi dziennikarskimi informatorami a prowokatorami podstawionymi przez zagrożone publikacją podmioty.

Lata temu dwóch dobrych dziennikarzy nabrał policyjny kapuś, bo artykuł miał być o korupcji w policji. W kampaniach wyborczych zdarzają się jeszcze gorsze manipulacje. Podsuwa się żądnym politycznej krwi dziennikarzom „kwity” na polityków rozmaitych ugrupowań. Wartość tych dokumentów, poza kampanią jest dyskusyjna, ale przed wyborami gorączka władzy odbiera czasem rozum i dziennikarzom i politykom. Ale częściej politykom.

Redaktorze, trzymajmy się tematu

To najczęściej wypowiadane przez polityków zdanie w reakcji na niewygodne pytanie. Nasi politycy, teraz częściej opozycyjni niż rządowi, zupełnie odlecieli narzucają konferencjom prasowym tematy, nadając nazwy, kryptonimy i sens. Tak, tak, organizacja bardzo wielu konferencji prasowych nie ma sensu, bo partia i tak nie zamierza odpowiadać na aktualne pytania.

Ostatnio w Łodzi politycy KO krytykowali po raz 534. brak pieniędzy z KPO, sprawę ważną, ale na Boga, ileż to można powtarzać. Tym bardziej, że nie odpowiadają na pytania o to, czy przypadkiem politycy opozycji donosząc w PE na polski rząd nie utrudniają odblokowanie tej puli dotacji i pożyczek.

Kiedy pojawiło się wiele pytań o skandaliczne zachowanie lidera Agrounii Michała Kołodziejczaka przytulonego do konińskiej listy wyborczej KO, politycy opozycji oskarżyli media, szczególnie publiczne, o wszystko, co najgorsze. A Kołodziejczak – ich zdaniem – jest „zaszczuty”. To interesujące, bo widziałem kilkakrotnie podczas blokad Agrounii, jak jej szef, w przerwach między wylewaniem gnojówki przed kościołem w Srocku (woj. łódzkie) lżył policjantów wskazując tłumowi rolników funkcjonariuszy bez munduru…

Liderzy KO w Łodzi – poseł i były baron SLD w regionie Dariusz Joński oraz „jedynka” KO w Sieradzu – poseł i dawny rzecznik rządu PO-PLS Cezary Tomczyk beż zmrużenia oka obrażali dziennikarzy zapewniając, że przecież tego nie robią, pokrzykiwali, pouczali, pytali reporterów o ich poglądy, przerywali nawet ludziom ze stacji z niebiesko-żółtym logo, ale dominowało wmawianie wszystkim, że do „podzielenia” naszej Ojczyzny przyczyniły się TVP i inne media publiczne. Po kolejnej personalnej uwadze kierowanej przez polityków KO do reportera TVP, piszący te słowa na krótko „przerwał” konferencję a konkretnie wylewanie tych pomyj i jako sekretarz generalny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, w imieniu SDP właśnie, zaprotestował wobec skandalicznego linczu w wykonaniu polityków opozycji.

Polityk nie ogląda telewizji?

Oczywiście po mojej interwencji ton Jońskiego i Tomczyka się nie zmienił. Jak nakręceni jakimś szaleństwem nadal drwili i obrażali dziennikarzy. Stojący obok mnie kolega z redakcji, którą tolerują (jeszcze) przedstawiciele opozycji, właśnie wówczas zauważył, że następuje przesunięcie granicy, czyli ci którzy mają patrzeć na ręce politykom są lustrowani przez owych polityków. Złodziejska zasada „to nie moja ręka”, niestety, coraz częściej zaczyna pojawiać się w polityce. Przykład pojawił się pod koniec wspominanej konferencji prasowej łódzkich liderów list KO. Nie bacząc na uwagi dziennikarzy, politycy rozgrzani kampanią i ponad 30-stopniowym upałem, znowu zaczęli atakować media publiczne, bo nie brakowało niewygodnych dla opozycji pytań, także łodzian, gdyż konferencja odbywała się w południe na ul. Piotrkowskiej w Łodzi:

Tomczyk (KO): Nigdy w TVP nie zobaczymy rzeczy, które dotyczą rządu PiS (niekorzystnych dla PiS relacji – sdp.pl). Bardzo szkoda, bo pluralizm powinien być wszędzie (…) ale wszyscy, jak tu jesteśmy składamy się na TVP… Również na pana pracę (do reportera TVP), także na moją pracę i każdy powinien być obiektywny…

H.Bekrycht (dziennikarz, m.in. sdp.pl – do C. Tomczyka i D. Jońskiego): Czy płacicie panowie abonament radiowo-telewizyjny?

Tomczyk (KO): Ja nie mam telewizji.

D.Joński (KO): Nie oglądam telewizji.

I nagle konferencja prasowa posłów KO skończyła się przecięta dziwną ciszą i moim pytaniem: To skąd panowie orientujecie się, że telewizja publiczna i media publiczne robią te wszystkie rzeczy, o których panowie mówiliście, bo dosyć dobrze znacie program TVP?

Panowie Joński i Tomczyk nie odpowiedzieli, ale może dlatego, że dla nich wszystkiemu zawsze winni są dziennikarze. A może dlatego, że gdyby zapomnieli, że mają jakiś sprawny telewizor z działającą anteną i dostępem do kilkunastu kanałów TVP na przykład pod schodami, czy w ogrodowej altance, to byłoby wykroczenie skarbowe. Przecież nie uwierzę, że Joński i Tomczyk nie wiedzą, że opłata abonamentowa jest obowiązkowa albo że są już na emeryturze albo że wynajmują pokój u emeryta, bo seniorzy nie muszą płacić za posiadanie telewizora. Chyba też nie obchodzą prawa oglądając telewizję używając komputera i sieci, bo, wg. dyrektyw unijnych, ekran laptopa i smartfon to też telewizor, kiedy ogląda się na nim telewizję.

Wspomnicie moje słowa, także po wyborach za wszystko opozycja obwini dziennikarzy, nie tylko mediów publicznych…

 

 

 

 

Polskie Termopile – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o bohaterstwie Orląt Lwowskich

25 sierpnia 1971 r. sowieckie władze zdecydowały o likwidacji Cmentarza Orląt Lwowskich. Czerwoni nie mogli znieść pamięci o polskim patriotyzmie, szczególnie w wykonaniu polskiej młodzieży i dzieci w listopadzie 1918 r., kiedy Orlęta broniły Lwowa przed Ukraińcami.

Orląt Lwowskich, które ochotniczo stawiły czoła regularnym oddziałom Ukraińskich Strzelców Siczowych, było ponad 6 tysięcy. Polska młodzież skutecznie obroniła miasto aż do 20 listopada 1918 r., kiedy z Przemyśla przyszła odsiecz ppłk. Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego (we wrześniu 1939 r. był komendantem Służby Zwycięstwu Polski).

Za pierwszą ofiarę Ukraińców został uznany 23-letni Andrzej Battaglia – pochodzenia włoskiego, syn powstańca styczniowego. Był harcerzem, członkiem Związku Strzeleckiego, studentem Wydziału Prawa Uniwersytetu Lwowskiego. Służył w Legionach Polskich i Polskiej Organizacji Wojskowej. W nocy z 31 października na 1 listopada 1918 r. udał się do zajętych przez Ukraińców koszar 15. Pułku Piechoty Austro-Węgier przy ulicy Kurkowej 15, aby negocjować uwolnienie internowanych tam 30 Polaków. Ukraińcy postrzelili go w brzuch. Zmarł 5 listopada 1918 r. we lwowskim szpitalu. Jego szczątki też spoczęły na cmentarzu Obrońców Lwowa. W listopadzie 1938 r. jednej z ulic Lwowa nadano imię Andrzeja Battaglii (dziś rzecz jasna nieistniejącej).

Antoni Petrykiewicz od początku listopada 1918 r., jako szeregowiec 8. Kompanii 1. Pułku Strzelców Lwowskich, walczył z Ukraińcami m.in. o Górę Stracenia. Ostatnią bitwę ten 13-letni uczeń II klasy gimnazjalnej stoczył 28 grudnia 1918 r. pod Persenkówką, gdzie został ciężko ranny.

Przez następnych kilkanaście dni umierał w szpitalu na Politechnice Lwowskiej. 16 stycznia został pochowany na cmentarzu Łyczakowskim. Trumnę z ciałem Antoniego nieśli od cmentarnej bramy aż do grobu czterej jego starsi bracia, a za nimi szli pogrążeni w smutku matka i ojciec. Wszyscy brali udział w obronie Lwowa. W 1932 r. szczątki dzielnego chłopca pochowano na cmentarzu Orląt Lwowskich. Postanowieniem Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego Antoni Petrykiewicz został pośmiertnie odznaczony Orderem Virtuti Militari, jako najmłodszy kawaler tego najwyższego polskiego odznaczenia wojennego.

Orlęta Lwowskie musiały jednak dalej się bić – przez kolejne miesiące Ukraińcy oblegali miasto, pozbawione często dostaw wody, elektryczności i aprowizacji. Podobnie było w czasie wojny polsko-bolszewickiej. 17 sierpnia 1920 r. na przedpolu Lwowa pod Zadwórzem spośród 330 walczących ochotniczo Orląt zginęło 318. Przez 11 godzin młodzi Polacy obronili jednak miasto, powstrzymując natarcie 1. Armii Konnej Siemiona Budionnego. Większość poddających się została rozsiekana przez Kozaków. Sowieci rąbali ich szablami, rannych dobijali kolbami. Zabitym odcinali głowy, ręce i nogi, zabierali ubrania. To Polskie Termopile. A ciała pięciu oficerów, które udało się zidentyfikować, zostały pochowane na cmentarzu Obrońców Lwowa. Za bohaterską obronę w 1918 r. Józef Piłsudski odznaczył Lwów (11 listopada 1920 r. przed kolumną Mickiewicza) – jako jedyne polskie miasto – Krzyżem Virtuti Militari. W maju 2020 r. cmentarz Orląt Lwowskich odzyskał dwa polskie, historyczne lwy.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosyjscy barbarzyńcy opustoszyli ukraińskie biblioteki

Na okupowanych terenach Ukrainy Rosjanie mogli zniszczyć nawet setki tysięcy książek. Teraz trwa akcja odtwarzania księgozbiorów w bibliotekach, które ucierpiały w wyniku najazdu barbarzyńców.  

Wojna Rosji na Ukrainie, zwłaszcza w okresie zakrojonej na szeroką skalę agresji po lutym 2022 roku, bezdyskusyjnie dowodzi, że pojęcia kultury i Rosji są nie do pogodzenia. Mordowanie ludności cywilnej, w tym dzieci, bombardowania w dzień i w nocy miast, rabunki fabryk, magazynów, muzeów, wywózki sprzętu, zboża, dzieł sztuki, grabieże domów prywatnych – oto opis działań okupantów. Jednak to nie wszystko. Bardzo znamienny jest też stosunek okupantów do książek i bibliotek.

Na Krymie, po zdobyciu półwyspu w 2014 roku, okupanci zabrali z bibliotek, w tym szkolnych, i wywieźli wszystkie podręczniki w języku ukraińskim. Następnie w kilku miejscach odnotowano palenie skonfiskowanych ksiąg. Ogólnie, splądrowano setki bibliotek i ukradziono setki tysięcy woluminów.

Jak donosi Centrum Oporu Narodowego Ukrainy, z bibliotek w samym tylko Donbasie Rosjanie wywieźli prawie 10 tys. książek w języku ukraińskim. Do tej pory, w wyniku ostrzału i tymczasowej okupacji rosyjskiej obwodów zaporoskiego i chersońskiego, co najmniej 116 ukraińskich bibliotek całkowicie straciło swoje księgozbiory, a kolejnych 400 częściowo.

W jednej ze wsi Nova Basan w obwodzie niżżyńskim wojsko rosyjskie zniszczyło w czasie okupacji około 7 tys. książek, głównie w języku ukraińskim: część spalono, część po prostu podarto, a część wykorzystano do rozpalenia ognisk, na których podgrzewano żywność. A we wsi Rowenki w obwodzie ługańskim odnotowano przypadki masowego palenia literatury ukraińskiej w lokalnych kotłowniach, informuje kanał telewizyjny „Nastojasze Wremia” (utworzony przez RFE/RL przy udziale „Głosu Ameryki”) .

Dziś Ukraińcy na terenach wyzwolonych ratują biblioteki. Wolontariusze z Centrum Oporu Narodowego Ukrainy podkreślają, że niszczenie książek jest standardową praktyką sił okupacyjnych. Ogłosili oni zbiórkę książek dla bibliotek, których księgozbiory ucierpiały w czasie rosyjskiej okupacji. W budżecie państwa nie ma bowiem pieniędzy na uzupełnienie niedoboru.

Weźmy jako przykład wieś Nowy Byków w obwodzie czernihowskim. Przetrwała ona dość krótką rosyjską okupację. Ale jej skutki długo nie zostaną zapomniane przez Ukraińców. Kierownik biblioteki, Tetiana, powiedziała dziennikarzom: „Kiedy po okupacji przyszliśmy do biblioteki, był tam napis, że kościami waszych dzieci nakarmimy psy”. Taka jest rosyjska kultura.

Kierownik biblioteki mówi, że okupacja wsi trwała tylko kilka tygodni, ale okupanci znaleźli czas na zrobienie rewizji w miejscowej bibliotece. Według niej wiele książek, zwłaszcza dotyczących historii współczesnej Ukrainy, literatury ukraińskiej, podręczników i encyklopedii, zostało po prostu spalonych przez rosyjskie wojsko. Zabrali wszystko, co było w jakiś sposób związane z Ukrainą.

Podobnie sytuacja wygląda w sąsiedniej wsi Nova Basan. Kierownik miejscowej biblioteki Natalia powiedziała dziennikarzom, że w czasie okupacji rosyjskie wojsko zniszczyło około 7 tysięcy książek: część podarto, a część po prostu spalono. „Przed tym barbarzyństwem wszystkie półki w bibliotece były wypełnione książkami, teraz są prawie puste” – opowiada Natalia.

Wolontariusze ogłosili teraz kampanię zbierania książek dla splądrowanych bibliotek w całej Ukrainie. PEN Center Ukrainy ogłosiło akcję zbierania i przekazywania ukraińskich książek. Wielu blogerów prowadzi akcje przywracania funduszy bibliotecznych. Zapowiedzieli zbiórkę pieniędzy, za które zakupią książki i przekażą je potrzebującym bibliotekom. Z początkiem nowego roku szkolnego biblioteki w wielu szkołach odnowiły już swoje księgozbiory. Z inicjatywy wolontariuszy do akcji włączyło się wiele lokalnych firm, przedsiębiorców i rodziców, którzy kupili książki dla szkół i przekazali je nauczycielom.

Nie ma wątpliwości, że biblioteki ukraińskie, które ucierpiały z powodu rosyjskiego barbarzyństwa, zostaną odrestaurowane, ale poziom kultury rosyjskiej Ukraińcy zapamiętają na długo.

 

WALTER ALTERMANN: Kilka życzliwych przestróg dla dziennikarzy (część I)

Czas jest bardzo niespokojny, wiadomo – wybory. A w taki czas bardzo łatwo można, nawet na prostej drodze, potknąć się i w najlepszym wypadku złamać nogę.  Wielu dziennikarzom wydaje się, że wybory to okres wielkich żniw, i choć to prawda, to powiadam Wam, że to także czas, kiedy można łatwo ulec wypadkom zawodowym, nabawić się ciężkich kontuzji, które będą się za Wami ciągnęły przez całe życie. Dlatego kreślę tych kilka uwag – biorących się z mego osobistego doświadczenia i nie mniej przykrych obserwacji innych dziennikarzy.

Przed wyborami rośnie gwałtownie liczba ludzi, którzy pragną przed kamerą, czy mikrofonem wypowiedzieć choć kilka wielkich mądrości, z którymi – mając taką nadzieję – zasiądą w ławach parlamentu. Większość z nich przygotowywała się do tego momentu – zaistnienia „w przestrzeni publicznej” – wiele lat, dlatego w momencie swej inauguracji medialnej są niezwykle pobudzeni i niełatwo im zapanować nad przekładaniem myśli na zrozumiały język. Są też mocno zdenerwowani i skłonni do prawdziwej walki, nie mówiąc już o walce na słowa i argumenty, bo z tym jest zawsze duży kłopot.

Szanuj rozmówcę

Zapanować nad takim gościem nie jest łatwo i czasami aż korci człowieka – znaczy się dziennikarza – żeby powiedzieć gościowi, że jest zwyczajnie głupi. Jednak nic gorszego nie mogłoby dziennikarza spotkać, gdyby dał upust własnej opinii.

Nie tylko nowicjusze w kandydowaniu mogą wystawić nerwy i osobistą kulturę dziennikarza na ciężką próbę. Zaprawieni w bojach aktualni parlamentarzyści są jeszcze gorsi, bo wizja utraty fotela posła, senatora, dobrego towarzystwa i pokazywania się niemal co dnia publicznie – może być torturą. A na torturach wiadomo, człowiek wszystko powie.

Co radzę dziennikarzom prowadzącym tzw. debaty wyborcze? Bądź grzeczny i miły, ale nie musisz się cały czas głupawo uśmiechać. Po prostu bądź skupiony i dobrze wychowany. Staraj się wejść w tok rozumowania dyskutantów. I choć znalezienie jakiejkolwiek logiki w wypowiedziach Twoich gości może być niezwykle ciężkie, to skupiaj się na nich, bo nie ty jesteś w takich dyskusjach najważniejszy. I jeszcze jedno – nie Ty ich wychowałeś – naprawdę nie ponosisz za swych gości żadnej odpowiedzialności.

Bądź bezstronny

Nie jestem tak ograniczony, żeby oczekiwać od dziennikarzy braku mentalnego zaangażowania się w politykę. To znaczy – braku duchowego sprzyjania którejś z partii. Każdy ma prawo kochać po swojemu, czyli być po stronie nawet najdziwniejszych partii – to jest fundamentalna zasada demokracji. Jednak, gdy jesteś dziennikarzem i prowadzisz dyskusję polityków, to swoje prywatne sympatie schowaj głęboko w kieszeń. Ty masz być bezstronny, a każdy z uczestników Twojej debaty ma mieć te same prawa. Szczególnie uważaj na tych, których nie lubisz. Właśnie dla nich bądź najbardziej sprawiedliwy i miły.   

Niestety na licznych antenach dochodzi ostatnio do tego, że prowadzący krzyczą na swoich gości. To jest niedopuszczalne, bo dziennikarz nie jest równy politykom. Jako człowiek nie jest gorszy, może być nawet stokroć lepszy, ale nie ma mandatu wyborców, lub nawet się o niego nie ubiega.

Dziennikarz z założenia ma być obserwatorem. Może „przyduszać” swych rozmówców logiką, bezwzględnym dochodzeniem do prawdy i cytowaniem faktów, nigdy jednak nie może przechodzić do rękoczynów, a krzyk jest rękoczynom bliższy niż cokolwiek innego. Póki Sejm nie wprowadzi prawa, pozwalającego na lanie gości w studiach radiowych i telewizyjnych – póty unikajmy okazywania wzburzenia. Unikajmy też cynicznych uśmieszków i przewracania gałkami oczu, jako znaków naszego oburzenia i zadziwienia nierozumnością gości. A to też zdarza się coraz częściej.

Być może agresja i nieskrywana pogarda wobec zaproszonych gości podobają się całkiem sporej grupie elektoratu, ale nie warto, naprawdę nie warto. Są chwile, w których bardzo trzeba uważać po czyjej się jest stronie, żeby po latach nie wstydzić się. Naprawę lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć.

Bądź poza sporem

Nie zastępuj dyskutantów i nie udowadniaj im, że kłamią lub tylko „głęboko się mylą”. Od tego masz w studio oponentów. Jeżeli gość z partii różowych palnie coś głupiego, to już go przeciwnicy z partii granatowych wezmą na kieł. A Ty nie możesz być po żadnej ze stron. Niech się biją – proszę bardzo. Kłócą się bez sensu – ależ proszę bardzo…

Dziennikarz ma być jak przewodnik widza, słuchacza i czytelnika, ma w ich imieniu badać świat, w ich imieniu ma starać się zrozumieć także politykę. Dziennikarz jest niejako plenipotentem widzów, słuchaczy i czytelników. Dlatego nie może sam stawać po żadnej ze stron sporu. Bo tym samym traci wiarygodność.

Nie warto wprost lub skrycie stawać się stroną sporu. Dyskutanci wejdą lub nie wejdą do parlamentu i takiego ryzyka się podjęli. Ale my zostaniemy z opinią człowieka narwanego, który wcina się jako ochotnik między walczące słonie. I wiadomo, że zostaniemy zdeptani.

Czy takie postępowanie dziennikarza, taki zawodowy punkt widzenia na politykę, nie jest hipokryzją? Nie jest, bo taki zawód wybraliśmy. Lekarze na wojnie leczą nawet rannych żołnierzy wroga, bo taki mają zwód. A jeżeli ktoś będzie cierpiał, że nie wolno mu na antenach objawić swego politycznego oblicza? Takiemu radzę zmienić zawód i to bardzo szybko – nie znoszę bowiem widoku ludzi cierpiących, nawet z ich własnej woli.

 

 

PIOTR TURLIŃSKI: Za sprawą muz czy mózgu – Andrzej Kijowski (8)

W powszechnym rozumieniu pisarz to ktoś taki, kto działa pod wpływem natchnienia, właściwie bez udziału mózgu. Dlatego Grecy wymyślili muzy. Interesujące, że do dzisiaj większość ludzi na świecie uważa, że pisarz działa pod wpływem sił metafizycznych, takich choćby jak natchnienie. Pisarz – w tym rozumieniu – jest jedynie fizycznym przekaźnikiem pomysłów sił wyższych.

Nie neguję tu istotnego wpływu natchnienia, ale też zwracam się o poszanowanie roli mózgu i wiedzy warsztatowej twórców. Piszę o tym, mając jednak słabą nadzieję na zmianę społecznego rozumienia procesu twórczego. Ludziom bowiem potrzebny jest jakiś daimonion (głos bóstwa, czasem zwany sumieniem), który ma niezwykły wpływ na artystów. I wolą wierzyć, że natchniony przez siły wyższe artysta pisze, maluje, rzeźbi czy komponuje muzykę.

Dla materialnej prawdy przedstawiam dziś sylwetkę pisarza rozumnego, niezwykle dobrze wykształconego i w pełni świadomego tego, co robi, co i jak pisze.

Andrzej Kijowski

Poświęćmy chwilę artyście, który miał wielki wpływ na naszą literaturę współczesną, ale – przyznajmy ze smutkiem – tak zwanej szerszej publiczności – nie był dobrze znany. W dużęj mierze na skutek tego, że władze zakazywały mu przez lata pisania pod nazwiskiem własnym.

Andrzej Kijowski był prozaikiem, eseistą, krytykiem literackim i teatralnym, scenarzystą filmowym i tłumaczem. Był też ważnym przedstawicielem opozycji – walczył swymi myślami i tekstami z władzami PRL. Urodził się 29 listopada 1928 roku w Krakowie, zmarł 29 czerwca 1985 roku w Warszawie.

Przyznajmy na początek, że obszar jego twórczości był niezwykle duży i niewielu współczesnych mogło mu dorównać zainteresowaniami i perfekcyjną doskonałością form literackich, które uprawiał.

Był człowiekiem świetnie wykształconym. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim (1954). Należał też do nielicznego grona wybranych przez profesora Kazimierza Wykę. Profesor przez kilkadziesiąt lat wyławiał najzdolniejszych studentów i proponował im pisanie prac magisterskich, doktoratów pod jego własną opieką.

To dzięki takiemu zrządzeniu losu wybrańcy Profesora mogli od razu wchodzić na wyższe piętra wiedzy, bo obcowanie z papieżem polskiej polonistyki było dla młodych wielką szansą. Kijowski był uczestnikiem seminariów Wyki wraz z Janem Błońskim, Ludwikiem Flaszenem i Konstantym Puzyną. Te cztery wielkie nazwiska – z jednago czasu studiów – najlepiej świadczą o celowości działania Kazimierza Wyki. Te jego seminaria dały też początek krakowskiej szkole krytyków, walczącej z kanonami socrealizmu.

Pierwsze prace

Andrzej Kijowski w latach 1954–1955 pracował jako redaktor Wydawnictwa Literackiego w Krakowie. W latach 1955–1958 był redaktorem Państwowego Instytutu Wydawniczego. Od 1958 roku, aż do śmierci był członkiem redakcji „Twórczości”, w której drukował swoje słynne „Kroniki Dedala”. Przyjęcie pseudonimu miało związek z objęciem pisarza zapisem cenzury na publikowanie pod nazwiskiem ze względu na jego zaangażowaniem w działalność opozycyjną.

W 1960 roku wyjechał do Paryża na stypendium. W latach 1960–1961 przebywał w Stanach Zjednoczonych jako stypendysta Fundacji Forda. Od początku lat siedemdziesiątych datuje się też jego stała obecność – jako felietonisty i eseisty – na łamach „Tygodnika Powszechnego”.

Ważne, żeby od początku być zauważanym

Znakomite przemówienia o cenzurze: Andrzeja Kijowskiego, spokojne, rzeczowe, a druzgocące, Jastruna (przy jakiejś próbie obrony skierowano go w cenzurze do „wydziału aluzji”), Andrzeja Brauna i Seweryna Pollaka – wyjątkowo silnie oskarżające – zapisała w swych „Dziennikach” Maria Dąbrowska.

Jest tylko trzech pisarzy polskich, których lektura jest moją wewnętrzną potrzebą, i to lektura wszystkiego, co napiszą: Jerzy Andrzejewski, Andrzej Kijowski i Tadeusz Różewicz. Napisał Krzysztof Mętrak – co umieścił w swoich dziennikach, 1 czerwca 1970.

Andrzej Kijowski rozumiał krytykę nie tylko jako ocenę dzieł, interesowały go również silne osobowości twórców, takie które były nowe, przełamywały stereotypy.

Ironia jako oręż

Był moralistą, ale nie wprost, bo był równocześnie sceptykiem i lubił ironizować. We własnej twórczości chciał realizować cele, które – jako krytyk – stawiał innym.

Pisać na nowo… Hasło wszystkich nowatorskich ruchów literackich. Pisać przeciwko samej literaturze, niszczyć ją w imię rzeczywistości. Wszystkie nowatorskie ruchy literackie stawiają przed sobą wybór między dwiema wiernościami: między wiernością dla literatury i między wiernością dla rzeczywistości. Rewolucje literackie dokonują się w imię nowej rzeczywistości, nie w imię nowej sztuki. Ich objawieniem stają się wtedy sprawy, które znajdują się poza domeną języka literackiego. Uderzają weń nowym językiem, który jest dla nich – dla reformatorów – językiem życia. – pisał Kijowski w „Arcydziele nieznanym”, z 1964 roku

Nie był natomiast zwolennikiem formy – dla formy. Na pierwszym miejscu – według Kijowskiego – zawsze miała być treść. Sporym skandalem była jego recenzja z „Apocalypsis cum figuris” Jerzego Grotowskiego w Teatrze Laboratorium. Wtedy to Kijowski również „nie bał się” płynąć pod prąd powszechnych zachwytów.

Grotowski – pisał Kijowski w 1968 roku – wydobywa na jaw i realizuje w formie spektaklu i w jego organizacji układ sado-masochistyczny, tj. dążność do panowania i chęć poddania, dążność, która w stosunkach między ludźmi pojawia się w miejsce porozumienia, zamiast niego, jako jego negacja, brak, jako wyraz niezdolności do porozumienia. Ten kto nic nie ma do powiedzenia przechodzi do użycia siły, a poddaje się jej ten, komu poza zdolnością do poddania brak innych zdolności rozumienia. Grotowski nie jest więc artystą stwarzającym porozumiewawcze znaki, ale dozorcą wędrownego więzienia dla ochotników, genialnym policjantem, który terror i torturę podniósł do zasady duchowego obcowania; jest twórcą utopii dla masochistów, to jest świata, w którym udręka udaje wartość. Stosując akt gwałtu zamiast porozumienia, stworzył jego uczestnikom zastępcze życie duchowe: muzykę dla głuchych, wizję dla ślepców, literaturę dla tych, którzy nie umieją jej czytać, mistykę dla tych, którzy są pozbawieni mistycznego instynktu, wolność dla niewolników z natury. […] „Idź i nie wracaj więcej” – te ostatnie słowa gry brzmią jak perfidne zaproszenie. Gdyby tak przy wejściu lub wyjściu każdemu jeszcze dać po mordzie, dopiero by się pchali!

Trudny charakter

Ludzie sztuki – i nie tylko sztuki – bronią się przed ostrymi ocenami, a panikują przed ironią. Wszyscy właściwie wolimy ciepełko i spokój, A jeżeli ma już spotkać nas jakaś krytyka, to niech będzie łagodna – nierozerwalnie związana z pochwałą.

Są jednak wśród krytyków osobnicy walący między oczy, ostro i bezkompromisowo. Tych najbardziej się nie lubi. Ale też wyobraźmy sobie pisarza, który szedł ciernistą drogą – ona zawsze jest ciernista – do swych sukcesów… A tu nagle ktoś ośmiesza jego dorobek, mieli w maszynce krytyki jego cały świat, jak mięsa na pasztet.

Kijowski miał trudny charakter, taka panowała o nim opinia. Czy ktoś, kto szuka sensu w sztuce może spodziewać się lepszej pochwały? Sam Jarosław Iwaszkiewicz, redaktor naczelny miesięcznika, w którym pracował Kijowski zanotował taką o nim myśl w 1965 roku: W „Tygodniku Powszechnym” olbrzymi artykulas Kijowskiego, od początku do końca fałszywy. Każda teza nieprawdziwa. Co za dziwny człowiek z tego Andrzeja, niby mądry i inteligentny, a taka szalona dowolność we wszystkich jego tezach i twierdzeniach, i zupełny brak ciągłości myśli. To, co pisze, że każdy pisarz polski chciałby pisać jak Dąbrowska – zupełna bzdura.

Nieszablonowy

Kolejne epoki zaistniały jedynie dzięki nieszablonowym twórcą i takimż krytykom. Gdyby nie oni, literatura europejska do dzisiaj powielałaby kanon Renesansu, z mocnymi akcentami liryki trubadurów.

Nieszablonowe sądy Kijowskiego sprawiały, spory ferment intelektualny nawet wśród pisarzy z najwyższej półki. Polemiści zarzucali mu niekonsekwencję, entuzjaści z kolei zwracali uwagę na odkrywczość jego analiz. W krytycznych atakach na literackie hierarchie Kijowski był bezlitosny.

Katarzyna Wiśniewska w szkicu o Kijowskim przytacza wspomnienie Stefana Bratkowskiego: Leopold Tyrmand oświadczył, że wyjeżdża na zawsze z kraju i pokazał mu miażdżący felieton Kijowskiego o „Złym”. Z zabójczą puentą: „Tak, Leopold Tyrmand jest wielkim pisarzem. Dla gówniarzy”.  Czy to był jedyny bodziec do wyjazdu, przesądzić nie można, ale on niesłychanie to przeżył. Gdy po latach opowiedziałem o tym Andrzejowi, on z kolei odczuł to boleśnie. Faktem jest, że jego precyzja sądów bywała bardzo okrutna. – Stefan Bratkowski w: „Katarzyna Wiśniewska, „Tak pięknie, że strach bierze”,„Gazeta Wyborcza – Świąteczna”, 9–10 lipca 2005 r.

W opiniach o Kijowskim powtarza się obserwacja, że gdy dochodziło do osobistych spotkań z „pogromionymi” pisarzami, Kijowski z uśmiechem wyjaśniał: Tak wyszło stary, ale w tym nie ma przecież nic osobistego”.

Zawsze w opozycji

Współtworzył Polskie Porozumienie Niepodległościowe, brał udział w pracach jego Zespołu Problemowego, dla którego przygotowywał programowe teksty (1977–1980).

Był zawsze w pierwszej linii twórców upominających się o dobro innych, do czego wykorzystywał każdą sposobność. Na przykład możliwość zabrania głosu na Zjeździe ZLP w Łodzi, na którym 4 lutego 1972 wystąpił z własną inicjatywą.

W ciągu całego dnia na sali obrad. Najbardziej godna zapamiętania – chwila wstępna – minuta milczenia za umarłych. Było ich kilkunastu. Ale bardziej od tej – podanej przez Zarząd – do powstania – była minuta nieoficjalna, gdy Andrzej Kijowski wbiegł na trybunę i ogłosił żałobę po pisarzach zmarłych na emigracji: Gombrowiczu, Wierzyńskim (i jeszcze jednym, którego nazwiska nie usłyszałem). Wszyscy znów powstali z miejsc, i to powstanie było oskarżeniem Zarządu Głównego i Zarządu Warszawskiego – zanotował Mieczysław Jastrun.

Tym trzecim pisarzem, o którego upomniał się Kijowski, był zapewne Marek Hlasko, który zmarł podobnie jak wcześniej wymienieni w 1969 roku.

Andrzej Kijowski w 1974 roku był sygnatariuszem Listu 15 (upominającego się o prawa Polaków w ZSRR), a w 1979 Memoriału 101 (sprzeciwiającego się zmianom w konstytucji przewidującym wprowadzenie zapisów o przewodniej roli PZPR w państwie oraz trwałym i nienaruszalnym sojuszu z ZSRR).

Jacek Bocheński tak o tym pisał: Nie wiem już, kto kogo odwiedził w Oborach, Kijowski mnie, czy ja Kijowskiego. Ale pamiętam, że to on mnie zapytał: „Co byś odpowiedział, gdyby na przykład ktoś przeprowadzał z tobą wywiad i chciał usłyszeć, dlaczego twojego podpisu nie ma pod Listem 59?”. W rezultacie wystosowany został kolejny List 101, sygnowany już między innymi przez nas obu. – Jacek Bocheński, „Zapamiętani”, Warszawa 2013.

W latach 1978–1979 Kijowski znalazł się wśród założycieli, wykładowców i członków rady programowej Towarzystwa Kursów Naukowych. Przewidując zdarzenia czające się za progiem, snuł 7 sierpnia 1980 roku (na tydzień przed rozpoczęciem historycznego strajku w Stoczni Gdańskiej) historiozoficzne rozważania.

Żądanie rzeczy, które są do spełnienia niemożliwe, to albo dziecinada, albo prowokacja. Pełne wyzwolenie Polski spod kurateli sowieckiej i zmiana systemu politycznego to na dzisiaj mrzonki. Co więcej – mrzonki niebezpieczne. Co by się stało, gdyby ZSRR spełnił nasze żądania? Kraj zostałby wydany na pastwę sporów i walk wewnętrznych oraz tajnych agentur. Można mówić o wyzwoleniu Polski tylko w ramach nowego systemu bezpieczeństwa europejskiego i pod ochroną nowych międzynarodowych gwarancji, w ramach nowych, partnerskich związków polityczno-gospodarczych. Nie wolno ani domagać się, ani dopuścić do jednostronnego aktu „zrzeczenia się” przez ZSRR roli gwaranta i protektora. ZSRR mógłby to zrobić bez szkody dla siebie, a nawet z zyskiem, gdyż utworzyłby tu sobie głębokie bajoro polityczne, w którym mógłby łowić, co by tylko chciał, a dalsze dzieje Polski przypominałyby dzieje przedwojennej Litwy lub dawnej Serbii. „Wyzwolenie” takie właśnie mogłoby być wstępem do pełnej aneksji. Andrzej Kijowski, „Dziennik” t. III 1978–1985, Kraków 1999.

W sierpniu 1980 roku odmówił wyjazdu do Gdańska w charakterze doradcy strajkujących stoczniowców. Pojechał za to do Szczecina. Zapisze później w „Dzienniku”: Nie znalazłem się w Gdańsku, bo uznałem siebie za człowieka nie aż tak politycznego. Ale potem znalazłem się w Szczecinie, bo pomijając to, że mnie o to poproszono, nie miałem żadnej innej drogi uczestnictwa. Chwyciłem się tej, jaką mi ofiarowano – wbrew sobie.

Teatrowi był także potrzebny

W latach 1967–1968 Andrzej Kijowski był kierownikiem literackim Teatru Dramatrycznego m.st. Warszawy, skąd został usunięty po tzw. wydarzeniach marcowych. Po aferze zdjęcia „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka, to Kijowski napisał i zredagował rezolucję pisarzy polskich przeciw cenzurze, przyjętą 29 lutego 1968 na nadzwyczajnym zebraniu Oddziału Warszawskiego ZLP.

W sezonie 1981/1982 Andrzej Kijowski został dyrektorem Teatru im, J. Słowackiego w Krakowie. Ale w związku z wprowadzeniem stanu wojennego, po zwolnieniu z obozu dla internowanych w Jaworzu, w lutym 1982 roku złożył swoją rezygnację z dyrekcji.

W pośmiertnym wspomnieniu o nim Jan Józef Szczepański mówił: Nie było mu dane zawrzeć wszystkich przemyśleń i doświadczeń w dziele, które uznałby za summę swojej twórczości. Nieliczni są ci, którym los pozwala to osiągnąć. Ale samym sobą, swoim życiem wśród nas, stworzył dzieło najwyższej próby: wzorzec, który pozostanie wśród godnych czci i naśladowania drogowskazów na szlaku polskiej kultury.

6 marca 2008 roku z okazji obchodów 40. rocznicy wydarzeń Marca 1968 prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pisarza pośmiertnie Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski za „wybitne zasługi w działalności na rzecz przemian demokratycznych w Polsce, za osiągnięcia w pracy zawodowej i społecznej”.

Scenarzysta filmowy

Andrzej Kijowski był też doskonałym scenarzystą filmowym. Tu muszę, wszakże stwierdzić, że w wielkim błędzie żyje nasz „nieoświecony lud”, któremu wydaje się, że mając pod ręką „Chłopów” czy „Wesele” bardzo łatwo jest zrobić z tych arcydzieł scenariusz filmu, który „musi być” również arcydziełem. Zresztą nie tylko „lud” w takim widzeniu sprawy grzeszy okropnie, bo również nasi młodzi reżyserzy są przekonani nazbyt często, że scenariusz to błahostka. Dobrze by było, gdyby w końcu uświadomili sobie, że wielki Andrzej Wajda dawał do zrobienia scenariusze innym. I dobrze na tym wychodził, że wspomnę choćby wspaniały filmowy scenariusz „Wesela” Wyspiańskiego, który jest dziełem Kijowskiego właśnie.

Pisarz

Kijowski zasłynął jako krytyk i felietonista, ale ma też znaczący dorobek prozatorski. Utworem, dzięki któremu sława Andrzeja Kijowskiego jako prozaika ugruntowała się na dobre, była poetycko rytmizowana powieść „Dziecko przez ptaka przyniesione”, z 1968 roku. Do dziś w Krakowie przy ul. Karmelickiej 45 można oglądać wspaniałą kamienicę, z figurą Matki Boskiej na frontonie i z kamienną tablicą z wyrytym napisem: „Zakład wynajmu pojazdów Teofila Żeglikowskiego – dom założony 1856”, należącą do przodków Kijowskiego, gdzie też umieścił bohaterów powieści.

W „Dziecku…” są dwie postacie główne – dziecko-chłopczyk i jego dziadek. Rzecz rozgrywa się w przedwojennym Krakowie, jest pełna metafizyki, glębokich rodzinnych i polskich tajemnic. Jest także ta powieść opowieścią o dorastaniu, o przebijaniu się dziecka przez nieznane, dobijanie się do dorosłości. A owe tajemnice są trudne, bo dziecko nie zna swego ojca, świat jest w ogóle pełen niedomówień i przemilczeń. Dorastanie zaś to rozsupływanie węzłów, przebijanie się ku światłu. Jedną z największych tajemnic tej rodziny jest Polskość, udział w wojnach i spiskach.

Powieść ma niezwykłą poetycką formę, bo jest pisana nieregularnym, ale mocno rytmicznym wersem. No i jest to jeszcze powieść o pisaniu powieści, a właściwie o rozumieniu pisania. A radość „kulturalnego czytelnika” budzą wspaniałe odniesienia do Słowackiego, Mickiewicza i Wyspiańskiego. Poniżej fragment z „Dziecka przez ptaka przyniesionego”:

Nie przedstawiam wydarzeń, lecz ich treści warstwami kładę, w miarę jak postać się rozwija, którą obrałem, jak geometra punkt obiera, aby ogarnąć przestrzeń dla pomiarów, „Ja” mówię nie o sobie, lecz osobie dowolnie wymyślonej zaimek tak przypisuję, a by przekonać czytelnika, że osobiście znam tę duszę, której plan wewnętrzny kreślę, plan zatem, nie historię; bo to rzecz inna, co się z człowiekiem działo w czasie, czego dokonał, o czym dumał, inna zaś – czym on jest – ów człowiek – mówię – wobec świata: jaki udział bierze w wydarzeniach i w ruchu pojęć, o ile jest rezultatem i tworem-matrycą, którą rzeczywistość tłoczy, taśmą dźwiękową, kliszą czułą, na których siada pył widziadeł i głosów; czy też na odwrót – on jest źródłem, stacją nadawczą, uderzeniem w dzwon natury, bodźcem, który jej mówić karze, wolą, która sens nadaje głosom, co w kosmosie szumią, inwencją, która odczytuje zaszyfrowana mowę świata, instynktem, ktróry znaczeń szuka, jak zwierz pokarmu pod zaspami. Samotny jest wśród bezmyślności, czy jakiejś wielkiej myśli cieniem? Sierotą ponad miarę mądrym, czy synem prawym, chociaż ślepym, który swego ojca nie umie poznać? Kim jest to dziecko w byt rzucone jak w ciemną puszczę, kim jest dziecko, co rozumie i poznaje wszystko prócz tajemnicy swego przyjścia, prócz miłości, co mu życie dała, i piersi, która je karmiła? Synem wilczycy? Ptaka? Ducha? Czy dwojga ludzi zagubionych, jak ono, w niezmierzonym świecie?                                                                                                                                 

Powieść wydał PIW w 1968 roku.

Grenadier Król

W 1972 roku ukazał się „Grenadier–król”. Ta powieść również pisana jest rytmicznym wierszem, miejscami z rymami. Powiem wprost, że jestem jej wielbicielem.

Historia tej powieści rozpięta jest między ostatnimi miesiącami panowanie króla Stanisława Augusta Poniatowskiego a czasami współczesnymi. Bohaterem jest królweski grenadier, który chcąc z zawieruchy ratować swego króla, przebiera się w szaty Poniatowskiego, a królowi oddaje swój mundur. Potem jednak następuje zamiana powrotna, potem jeszcze jedna – tak, że już nie wiadomo, czy bohaterem jest grenadier, czy król, a może jest nim po prostu Grenadier Król?

Grenadier Król jest świadkiem wszystkich naszych powstań, zrywów i klęsk. Towarzyszy polskim dziejom przez prawie 200 lat. Zmienia się, jak zmieniają się czasy, by w ostatniej „odsłonie” historii być samym Stalinem. Jest w tej powieści filozoficznej duch Woltera, który we wszystko każe wątpić. Przede wszystkim jednak mamy do czynienia z kolejnymi wcieleniami Króla Ducha, oczywiście rodem i jako kontynuacja dzieła Słowackiego.

Są w „Grenadierze Królu” echa naszych wielkich narodowych dyskusji o duszy polskiej, a wszystko ukazane jest dowcipnie i mocno zjadliwie. Z humorem podważane są wszystkie polskie stereotypy. Powieść jest napisana w duchu Słowackiego, który „gryzł sercem”.Naprawdę trzeba mocno kochać literaturę i Polskę, żeby móc być wobec nich ironicznym, aż do bólu. Tak rozumiem życie i twórczość Andrzeja Kijowskiego. A tym samym zapraszam do czytania jego utworów.

Bibliografia

Publikacje:

  • „Diabeł, anioł i chłop” (1955), opowiadania
  • „Różowe i czarne” (1957), felietony
  • „Pięć opowiadań” (1957), opowiadania
  • „Oskarżony” (1959), opowiadanie
  • „Miniatury krytyczne” (1961), felietony
  • „Sezon w Paryżu” (1962), esej
  • „Arcydzieło nieznane” (1964), felietony
  • „Maria Dąbrowska” (1964), studium monograficzne
  • „Pseudonimy” (1964), opowiadania
  • „Szyfry” (1964), opowiadanie
  • „Dziecko przez ptaka przyniesione” (1968), powieść poetycka
  • „Grenadier–król” (1972), powieść poetycka
  • „Listopadowy wieczór” (1972), eseje historyczne
  • „Szósta dekada” (1972), felietony
  • „Oskarżony i inne opowiadania” (1973), opowiadania
  • „Niedrukowane” (1977), teksty polityczne
  • „Podróż na najdalszy Zachód” (1982), esej
  • „Dyrygent i inne opowiadania” (1983), opowiadania
  • „Ethos społeczny literatury polskiej” (1985), teksty polityczne
  • „Kroniki Dedala” (1986), felietony
  • „Tropy” (1986), szkice
  • „Gdybym był królem” (1988), felietony
  • „Bolesne prowokacje” (1989), eseje polityczne
  • „Granice literatury” t. I–II (1990), pisma wybrane
  • „Rachunek naszych słabości” (1994), eseje polityczne
  • „Dziennik” t. I. 1955–1969 (1998)
  • „Dziennik” t. II 1970–1977 (1998)
  • „Dziennik” t. III 1978–1985 (1999)
  • „Rytuały oglądania” (2005), felietony teatralne

Opracowania:

  • Stanisław Baczyński, „Pisma krytyczne” (1963)
  • Charles Baudelaire, „Sztuka romantyczna. Dzienniki poufne”, przekład, wstęp, przypisy (1970)
  • antologia, „O dobrym Naczelniku i niezłomnym Rycerzu”, wybór tekstów, wstęp (1984)

Film, scenariusze:

  • 1966 – „Szyfry”, film fabularny, scenariusz (reż.Wojciech Jerzy Has)
  • 1972 – „Wesele”, film fabularny, scenariusz (reż. Andrzej Wajda)
  • 1977 – „Pasja”, film fabularny, scenariusz (reż. Stanisław Różewicz)
  • 1979 – „Dyrygent”, film fabularny, scenariusz (reż. Andrzej Wajda)
  • 1981 – „Da un paese lontano (Giovanni Paolo II)” [w Polsce: „Z dalekiego kraju”], film fabularny, scenariusz (reż. Krzysztof Zanussi)
  • 1983 – „Mgła”, film fabularny, autor pierwowzoru „Mgła” (reż. Adam Kuczyński)
  • 1988 – „Dotknięci”, film fabularny, autor pierwowzoru „Oskarżony” (reż. Wiesław Saniewski)

 

P.S. W tym felietonie wykorzystałem materiały portalu Culture.pl  

Piotr Turliński

 

CEZARY KRYSZTOPA: Pospolity ogon macha elitarnym psem

Jest coś nieprawdopodobnego w tym, że opozycja w Polsce po raz kolejny idzie do wyborów z pustymi rękoma i licząc nie wiadomo na co.Mieli tyle już czasu od 2015 roku, aby skonfrontować się z rzeczywistością, wyciągnąć wnioski, zaproponować coś ożywczego, porwać Polaków pomysłami. Ale nie, uparcie odmawiają kontaktu z logiką, od ośmiu lat żyją w przekonaniu, że wszystko jest super, PiS wygrywa przez przypadek i wystarczy odstawiać szopkę.

Ostatecznie, jeśli to nie pomaga, trzeba odstawić szopkę jeszcze bardziej. W efekcie stanowią jedyny bodaj w historii przypadek, kiedy to opozycja zużywa się szybciej niż rządzący.

Jak to możliwe, że konstelacja środowisk mądrali, którzy mają się za lepszych od innych, stanowiących w swoim mniemaniu wszelkie aspekty elit, począwszy od naukowych, poprzez społeczne i samorządowe, a skończywszy na medialnych, nie jest w stanie urodzić jakiejś spójnej wizji, choćby i kłamliwej – wiadomo przecież że nie interesuje ich nic oprócz tego „żeby było tak jak było”, a poważnymi rzeczami żeby się zajęli Niemcy – ale jednak jakiejś. A przynajmniej takiej, która pozwoliłaby się samooszukiwać jakiejś szerszej grupie wyborców.

„Elity”

Możliwości są dwie. Albo tyle te „elity” są nic nie warte, co wcale nie jest wykluczone, biorąc pod uwagę w jak cieplarnianych warunkach – nie musząc się konfrontować z odmiennymi opiniami, które były skutecznie „anulowane” w ramach michnikowskiej „cancel culture” – się wychowały. Albo to wcale nie one stanowią tu siłę napędową.

I tutaj ciekawą wskazówką jest pewne, pozornie mało istotne zdarzenie na Twitterze. Otóż, sam znany z agresywnych zachowań poseł PO Sławomir Nitras przestał obserwować jednego z wulgarnych hejterów kojarzonych z napastliwą grupą #SilniRazem. Nawet nie zbanował, tylko przestał obserwować. A „co gorsza” wyjaśnił, że to z powodu używania przez niego „języka nienawiści”. Ten się obraził, a #SilniRazem jęli maglować Nitrasa. Ten, po kilku dniach… ukorzył się przed hejterem i przeprosił. A sprawa cała zaczęła się od tego, że hejterowi i jego zwolennikom nie spodobał się pomysł zaproszenia na Campus Trzaskowskiego tzw. „symetrystów”.

Symetryści

Samo istnienie owych „symetrystów” wydaje się być dowodem na istnienie pewnych procesów myślowych w środowiskach antypisowskich. Tym „niechlubnym” mianem określani są ludzie, którzy w dobrej wierze usiłują zwrócić uwagę opozycyjnych bonzów na ślepotę uliczki w jaką zabrnęli. Jednak każda ich opinia, czy wskazówka jest natychmiast neutralizowana jako „zdrada”.

Zatem, jeżeli jądrem systemu antypisowskiego i jego główną siłą napędową są wiedzione prostymi instynktami siły symbolizowane przez hejtera, którego przeprosił  Nitras, to jesteśmy w domu. Tłumaczyłoby to bowiem popularność takich punktów programu jak „wypie.dalać”, czy „osiem gwiazdek” z kompletnie służebną rolą „elit” ograniczoną do ich legitymizowania i wyjaśniania dlaczego „wypie.dalać” to wcale nie wulgaryzm.

Jądro ciemności

Tyle że, ten kto ma wątpliwą przyjemność obserwowania tego co się z tym „jądrem ciemności” na przykład na Twitterze (teraz X) dzieje, ten wie, że sytuacja przypomina tam atmosferą domniemaną atmosferę w bunkrze Hitlera niedługo przed kapitulacją. Jeszcze liczą, jak na kontrofensywę Steinera, a to na „Panią Joannę” – nie, nie, wróć, to nie działa! – a może „niech Manfred coś powie” – nie, nie, wróć, wszystko nie tak! – ale w istocie już tylko coraz bardziej desperacko ostrzeliwują się z bunkra wobec każdego kto na hasło – ***** – nie odpowie – ***. Czy tak ma wyglądać środowisko „idące po władzę”?

I żeby było jasne. Ich słabość niczego PiS-owi nie gwarantuje. PiS może zawsze przegrać sam ze sobą.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Po leki tylko z rosyjskim paszportem

Wyznaczony przez Rosję sołtys wsi Lazurne w okupowanej części obwodu chersońskiego Ołeksandr Dudka zapowiedział, że insulina nie będzie wydawana mieszkańcom, którzy nie otrzymali rosyjskich paszportów. W przemówieniu wideo straszył, że mieszkańcy wsi, którzy pozostali obywatelami Ukrainy, nie otrzymają żadnych leków, a także zostaną pozbawieni pomocy humanitarnej i emerytur.

To nie pierwszy przypadek wykorzystywania przez Moskwę leków jako broni przeciwko Ukraińcom. Po zajęciu Krymu przez Rosjan, mieszkało tam około 800 byłych narkomanów, którzy przeszli kurację i zostali poddani terapii tramadolem. Każdy z tych pacjentów otrzymywał od państwa lek uwalniający od cierpienia i pozwalający prowadzić normalne życie. Jak się okazało, w Rosji w ogóle nie ma terapii tramadolem,  nie jest ona tam uznawana, pomimo pozytywnych doświadczeń europejskich. Pacjentom z Krymu odmówiono więc podawania niezbędnych dawek tramadolu, co doprowadziło do tragedii. Jedna trzecia narkomanów zmarła, jedna trzecia powróciła do nałogu, a pozostałym udało się wyjechać do innych regionów Ukrainy i ponownie zdobyć ratujący życie lek.

Podobna sytuacja powstała w okupowanym Donbasie, a potem powtórzyła się po zajęciu przez Rosję części obwodów chersońskiego i zaporoskiego. Z całkowitej liczby narkomanów, którzy zostali faktycznie wyleczeni, około jednej trzeciej udało się przeżyć, a dwie trzecie zmarło w taki czy inny sposób. Czyżby teraz taki sam los miał czekać pacjentów insulinozależnych?

Warto przy okazji zwrócić uwagę, na sytuację w służbie zdrowia na okupowanych terenach. Do 2022 roku Ukraina wdrożyła postępowy europejski system opieki zdrowotnej i leczenia chorób, z lekarzami rodzinnymi, lecznictwem ambulatoryjnym i zaopatrzeniem w nowoczesne leki. Rosja przeniosła jednak swój niedoskonały i niereformowany od lat system opieki zdrowotnej na okupowane regiony Ukrainy i zaczęła wdrażać to, co od dawna zostało tam uznane za niedoskonałe. Rosjanie wprowadzili swój system dostarczania leków i okazało się, że rosyjskie specyfiki są znacznie gorsze niż ukraińskie. Po drugie wielu lekarzy odmówiło pracy na rosyjskich warunkach i złożyło rezygnację. Nastąpił katastrofalny brak lekarzy, a także ratowników medycznych i pielęgniarek. Znacznie wydłużyły się kolejki do specjalistów.

Poza tym już w pierwszych miesiącach okupacji okazało się, że Rosja ma zupełnie inny system wynagradzania lekarzy i zaczęli oni otrzymywać pensje stanowiące prawie połowę tego, co dostawali wcześniej. Wszyscy mówili o kryzysie służby zdrowia na terenach okupowanych.

Na Krymie Rosja od dawna walczy z kryzysem, która sama stworzyła. Praktycznie siłą i groźbami władze okupacyjne zmuszały lekarzy do pracy, stopniowo zwiększały im również pensje. Niedobór lekarzy został nieco załatany w związku ze zwiększonym i przyspieszonym kształceniem specjalistów na Krymskim Uniwersytecie Medycznym. Od czasu do czasu okupowane regiony dotknięte są kryzysami związanymi z dostępnością leków, ponieważ Rosja nie rozwinęła produkcji wysokiej jakości medykamentów wszystkich kategorii, a nie może kupować ich od innych krajów.

A teraz Ukraińcom na terenach okupowanych odmawia się leczenia i sprzedaży leków z powodu braku rosyjskiego paszportu. Nic więc dziwnego, że Ukraińcy traktują paszport rosyjski z nienawiścią, nazywając go tak samo, jak nazywano paszport niemiecki w czasie II wojny światowej – Ausweiss.