O unijnym szalonym władcy pisze CEZARY KRYSZTOPA: Brukselski czubek

Historia zna szalonych władców, którzy szkodzili swojemu ludowi. Nawet jeśli Neron, wbrew pogłoskom, nie spalił Rzymu – jedna z wersji głosi, że tylko wykorzystał pożar, żeby zbudować sobie większy pałac – to sprowadził okrutne prześladowania na chrześcijan, usiłując bezpodstawnym oskarżeniem odsunąć od siebie podejrzenia. Z kolei bizantyjski cesarz Justyn II kazał się wozić tronem na kółkach po pałacu, gryząc przy tym dworzan. Dwóch z nich miał nawet zjeść. A król Francji Karol VI miał uważać, że jest ze szkła, więc zabronił się dotykać, pod ubraniem nosił poduszki, by na koniec przestał się myć, przebierać i ostatecznie zapomniał kim jest.

Jednak wyjątkowym przypadkiem szalonego władcy jest oligarchia zasiadła dziś w Brukseli, która ogłosiła się władcą Europy, choć nikt jej na to stanowisko nie wybrał. Wyjątkowym, ponieważ jako pierwszy w historii szalony władca ma nie tylko przemożną chęć szkodzenia „poddanym”, ale ma również w tym zakresie dokładny plan, który z konsekwencją godną zdrowego na umyśle, systematycznie wprowadza w życie.

Fit for 55

Ubolewam nad tym, że mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że tak jak poprzedzający go tzw. „Zielony bezwład” czy też „ład” – oparty prawdopodobnie na założeniach wyskrobanych na ścianach celi opuszczonego ośrodka dla obłąkanych – „Fit for 55” Fransa Timmermansa jest de facto planem masowego podniesienia cen wszystkiego, a co za tym idzie, obniżenia wzrostu gospodarczego i celowego zubożenia mieszkańców Europy. I nie jest to żadna metafora ani przesada, mamy za wszystko płacić więcej, co ma prowadzić do obniżenia konsumpcji i przez to zmniejszenie wydzielania przez nas rozmaitych gazów, co z kolei ma podobno „uratować planetę”.

Załóżmy przez chwilę, że nasz szalony władca chce dla nas dobrze i rzeczywiście chodzi mu o to żebyśmy przeżyli mityczne „wielkie wymieranie”. Problem w tym, że karlejąca od dawna w sensie gospodarczym – i nie tylko – Europa wydala kilkanaście procent „szkodzących planecie gazów” w skali świata (ta proporcja ciągle się zmniejsza, np. dlatego, że Europa coraz bardziej odstaje gospodarczo od centrów współczesnego globu). Większość „wydalają” Chiny, Indie, Stany Zjednoczone, Rosja (a w Europie „zielone” Niemcy, ale nie mówcie nikomu, bo będzie im przykro). I w sporej części przypadków te państwa nie mają zamiaru przestać wydalać. W związku z czym nawet gdyby Europa stała się jutro lodową pustynią, albo niczego niewydalającą dziurą, w ogólnym bilansie niewiele by to zmieniło.

Ktoś by pomyślał – no tak, ale wojna wszystko przeorała – urealnia bezużyteczne ideologie. Nawet Niemcy, trudno powiedzieć na ile szczerze, usiłują odrzucić paradygmat „ekologii opartej na nieekologicznym gazie z Rosji”, a przyjąć paradygmat realnego „bezpieczeństwa energetycznego państwa”. Nie dotyczy to jednak naszego brukselskiego władcy. Ten upiera się, że nawet jeśli na chwilę musielibyśmy powrócić do pewnego energetycznego pragmatyzmu, to on nie zamierza w żadnym wypadku rezygnować ze swoich ambitnych zielonych celów!

I tutaj powstaje pytanie czym się właściwie nasz szalony władca kieruje. No wiadomo, kieruje nim szaleństwo, a jednak jest zdolny do wytworzenia czegoś tak z jednej strony szalonego, ale z drugiej konsekwentnego w swoim szaleństwie, jak „Fit for 55”. Może więc ów władca takim zupełnym idiotą nie jest. Czy można uwierzyć, że nie zdaje sobie sprawy z „ekologicznej” bezcelowości swojego „ambitnego planu”?

Zamiłowania obłąkanego

Być może pewną wskazówką są tutaj inne zamiłowania obłąkanego. Weźmy takie zamiłowanie do zabijania dzieci nienarodzonych, zwane dla niepoznaki aborcją, albo zamiłowanie do zabijania staruszków, zwane dla niepoznaki eutanazją, albo upór w promocji – tak promocji, o efektach świadczą statystyki – powiedzmy niestandardowych zachowań seksualnych, czy też promocji skrajnego egoizmu. Wszystkie te „zamiłowania” mają pewien niepozorny zbiór wspólny. Mają sprawić żebyśmy zabijali więcej dzieci i staruszków, jak najmniej się rozmnażali i żeby nie interesowało nas żadne tam „dobro wspólne” (to mamy zostawić naszemu szalonemu władcy, on się nim zajmie lepiej). Mamy jako ludzie, a jako Polacy to już wyjątkowo, na różnych poziomach podlegać atrofii.

A kiedy już zabijemy wszystkie dzieci i staruszków, przestaniemy się rozmnażać i konsumować, a być może również rozmawiać ze sobą skupieni na „samorealizacji” i smartfonach, wtedy zostaniemy ostatnim wydalającym szkodliwe gazy problemem do usunięcia przed osiągnięciem stanu uznawanego przez naszego szalonego władcę za idealny.

Jak pisałem na wstępie, historia zna wielu szalonych władców, ale tego chyba jeszcze nie…

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Co dalej z sowieckim cmentarzem i ambasadą?

Oprócz Pałacu Stalina, który zajął znaczną część historycznego centrum Warszawy, mamy w stolicy jeszcze przynajmniej dwa wielkie sowieckie obiekty: ambasadę w Alejach Ujazdowskich i cmentarz-mauzoleum przy ul. Żwirki i Wigury. Skąd się wzięły i co z nimi zrobić?

O cmentarzu żołnierzy radzieckich (dokładny adres ul. Żwirki i Wigury 5) jest ostatnio głośno za sprawą prowokacji 9 maja 2020 r., kiedy to ambasador Rosji Siergiej Andrejew przybył złożyć kwiaty sowieckim „wyzwolicielom” i… został oblany sokiem malinowym.

To największa w Polsce sowiecka nekropolia wojenna. Została otwarta 9 maja 1950 r., w piątą rocznicę „wyzwolenia” Polski przez Armię Czerwoną, co było pierwszą, założycielską prowokacją.

Cmentarz powstał błyskawicznie: w ciągu roku, przyjmując prochy ok. 22 tys. żołnierzy sowieckich 1 Frontu Białoruskiego, poległych w walkach z Niemcami o Warszawę, ekshumowane z cmentarzy lokalnych oraz tymczasowych.

Ale cmentarz przy ul. Żwirki i Wigury to nie tylko groby, to również ogromne założenie architektoniczno-parkowe o powierzchni niemal 20 hektarów. Szczególną uwagę zwraca granitowy obelisk o wysokości 21 metrów, zwieńczony sowiecką gwiazdą, a jeszcze bardziej napis na nim: „Ku wiecznej chwale bohaterskich żołnierzy niezwyciężonej Armii radzieckiej, poległych w bojach z hitlerowskim najeźdźcą o wyzwolenie Polski i naszej stolicy Warszawy”.

I niewiele zmieniła tu korekta, wprowadzona w 2015 r. O tej pory tekst brzmi: „Pamięci żołnierzy Armii Radzieckiej poległych o wyzwolenie Polski spod okupacji niemieckiej w latach 1944 – 1945”. Sowiecka armia co prawda przestała być niezwyciężona, ale nadal „wyzwala” Polskę, choć Warszawy już nie. Zmienił się też sugerowany stosunek do żołdaków Stalina: już nie musimy ich wiecznie chwalić, wystarczy, że mamy pamiętać. Fundamentalne pytanie pozostaje: co i jak pamiętać? Bo sowieckie „wyzwolenie” oznaczało dla Polski w pierwszym rzucie zbrodnie, grabieże i gwałty, a w konsekwencji ponad 40-letnią krwawą, łupieżczą okupację.

Teraz miejsce urzędowania Siergieja Andrejewa. Ambasada Federacji Rosyjskiej, równie pięknie położona (dokładny adres ul. Belwederska 49), na przedłużeniu Traktu Królewskiego. W okolicy Łazienki Królewskie, a przede wszystkim najważniejsze obiekty Rzeczpospolitej: należące do kancelarii prezydenta RP (Belweder), kancelarii prezesa Rady Ministrów i Ministerstwa Obrony Narodowej). Taka lokalizacja – oczywista w czasach dominacji Moskwy nad Polską w latach 1944-1989, dziś jest problemem, godzącym w bezpieczeństwo państwa.

Ogromny obiekt w stylu socrealizmu powstał w ekspresowym tempie: w latach 1954–1955. Z ciekawostek: materiały sprowadzano ze Związku Sowieckiego, a przy budowie pracowało 500 Rosjan oddelegowanych z budowy Pałacu Stalina. Ambasadę ma otaczać 4 hektarowy park, z kortem tenisowym i basenem.

I co z tym wszystkim zrobić w dobie agresji Rosji na Ukrainę, pamiętając słowa śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego: „dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę!”

 

WALTER ALTERMAN: O wyraźnej wymowie i trochę o innych kłopotach

Przed laty w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym w Londynie byłem świadkiem rozmowy dwóch Polaków. Jednym był elegancki przedwojenny major, lat około sześćdziesiąt-siedemdziesiąt, który przyszedł z żoną do POSK-u, na kawę. Drugim był pięćdziesięciolatek, skromnie ubrany, który w kawiarni ośrodka sprzątał ze stołów naczynia.

– I co tam u pana? – zaczął major.

– No, sprzątam tutaj – odparł pięćdziesięciolatek. – Jak tatuś żyli, to zawsze jakąś pracę załatwili.

– Tutaj niewiele pan zarobi – powiedział major. – Podciągnął się pan trochę w angielskim?

– Nie idzie mi, panie majorze.

– To ile już lat jest pan w Londynie?

– Tatuś ściągnęli, będzie już… z dwadzieścia lat.

– Dwadzieścia lat… – zmarkotniał major. – Musi się pan nauczyć angielskiego, wtedy godnie pan zarobi.

– Ale jak, panie majorze? Jak oni tutaj inaczej piszą, a inaczej mówią?      

Ta prawdziwa scenka, niech będzie wstępem do dzisiejszych rozważań o naszym języku, bo my również inaczej piszemy, a inaczej mówimy. I nie jest łatwo.

W komunizmie czy w komuniźmie

Modne stało się ostatnio wymawianie „w komunizmie” – dokładnie tak jak się pisze. Poszło chyba od rządu i posłów, poprzez marszałków, prezydentów miast, burmistrzów aż do dziennikarzy. Możliwe zresztą, że kolejność infekcji była odwrotna.

Poprawnościowo wszystko jest dobrze, bo można mówić zarówno „w komunizmie”, jak i „w komuniźmie”, co znaczy że obie formy są poprawne. Jednak przez całe dziesięciolecia lud i władza mówili „w komuniźmie”, „ socjaliźmie” i „faszyźmie”.  Dlaczego zatem teraz, nagle wszyscy przestali zmiękczać „z” i mówią twardo, bez zmiękczania?

Najpierw pomyślałem, że jest to nowa forma walki z komuną i podobnymi jej „ – izmami”. Takie jakby napiętnowanie językowe, odcięcie się od PRL-owskiej tradycji i wyraz niezłomnego sprzeciwu. Potem jednak doszedłem do wniosku, że historycznie biorąc jest trochę inaczej.

Było tak, że gdy te „-izmy” przychodziły do naszego języka, w XIX wieku i później, to w mówieniu obowiązywała forma pisana, czyli „w komunizmie”. Jednak niedługo potem wymawianie  zostało dostosowane do polskich zwyczajów językowych. A jednym z nich jest tzw. palatalizacja, czyli zmiękczanie samogłosek, na skutek ich sąsiedztwa z miękkimi, zmiękczonymi spółgłoskami, lub bezpośrednio z „i”. I tak było przez dziesięciolecia. To dlatego z zasadą palatalizacja wymawiamy: „widzę kilka koni” – z miękkim „n”. A wymowa „kon-i” byłaby śmieszna, tak samo jak np. „w feminizmie” bez zmiękczenia „z”.

Ostatnio jednak doszły do głosu, czyli do mówienia, nowe grupy obywateli, nie do końca świadome zawiłej tradycji naszego języka. A jest to język niełatwy. I ci nowi ludzie, chcą wydać się bardziej wykształconymi niż są,  zaczęli mówić po nowemu, czyli po staremu. Tym samym, zamiast kontynuować to co było normalne i dobre, cofnęli się do początków istnienia w naszym języku rzeczonych „- izmów”. Nie ma wyjścia, trzeba zaczekać, aż następne pokolenie znowu spalatalizuje twarde „z” w tych „- izmach”.

Jedno jest pewne – mówiący „w socjalizmie”, wiedzą że odcięli się od tradycji. Znać to po trudzie, z jakim łamią sobie języki chcąc mówić twardo „z”. I znać, że mimo cierpiemia czują się lepiej. Rzecz w tym, że palatalizacja nastąpiła dlatego, że Polacy chcieli mówić wygodnie.

Ciekawe czy w zaciszu domowych sypialni, ci wymawiający „w komunizmie”, mówią też o „orgazmie” i „organizmie”? To ważne, bo łamanie języka, w imię wymyślonych zasad, może mieć zgubny wpływ na organizm i orgazm.

Getto czy gietto

Czy zwrócili Państwo uwagę, że osoby starsze, którym przyszło przeżyć piekło II wojny światowej   i okupacji, bardzo często mówią „gietto”? Słychać to na dokumentalnych filmach. My, urodzeni już po wojnie mówimy „getto”, ale pokolenie urodzone przed wojną mówiło „gietto”, czyli zmiękczało.  I nie był to żaden gwaryzm czy regionalizm. Bo w tym przypadku – podobnie jak „w komuniźmie” zaszła palatalizacja, czyli zadziałała norma zmiękczania. Później zaczęto mówić getto – może dla podkreślenia, że getta były w czasie wojny tworem niemieckich okupantów?

Pegeer czy pegieer

I jeszcze jeden przykład palatalizacji. Z utworzeniem w Polsce, po 1945 roku – na wzór sowchozów –  Państwowych Gospodarstw Rolnych, zaczęto pisać je skrótem PGR. A wymawiało się ten skrót „pegieer”, „pegieery”. Po kilku latach władza zaczęła mówić „pegeer”, pegeery”. Niemniej, na wsiach chłopi mówili, do końca istnienia tych tworów, „pegieer”. I mieli rację, bo tak nakazywała im zaszczepiona „w genach” poprawna polska wymowa.

Kłopot z inspirowaniem

Coraz częściej słyszy się, jak dziennikarze mówią: „to jest inspirujące, to inspiruje”. Szczyt dziwactwa osiągnął sprawozdawca sportowy, który stwierdził: „Ten tenis jest inspirujący”.

Błąd bierze się z niezrozumienia znaczenia i dopuszczalnych możliwości składniowych słowa „inspiracja” w języku polskim. Słowniki informują, że wyrazy bliskoznaczne inspiracji to: siła sprawcza, motyw, impuls, przyczyna, motor działań, natchnienie, motywacja, podszept. I to się zgadza, bo „inspiracja” zawiera w sobie rdzeń słowotwórczy „spiro” czyli ducha.

Kłopot jest ze związkami słownymi, w skład których wchodzi ta „inspiracja”. Otóż można inspirować kogoś do czegoś. Poprawne będzie: „Zostałem zainspirowany do dalszych poszukiwań”; „To panią z pewnością zainspiruje do zbadania tej sprawy”.

Niestety coraz częściej słyszy się w radio i telewizji: „To jest inspirujące”. I nie pada w tym przypadku – do kogo skierowana jest ta inspiracja i co będzie obszarem inspiracji. Czyli – mamy na nowo odkryte słówko, ładnie i z obca brzmiące, które używane jest jako ozdobnik, znak  sygnalizujący, że mówiący nie jest hetką-pętelką i jest człowiekiem wykształconym. Może i jest, ale przecież nie do końca dobrze wykształconym.

Hetka-pętelka

A hetka-pętelka to ktoś mało znaczący. W ogóle to ładny zwrot. Jeszcze w połowie  XX w. hetką nazywano „lichego, zabiedzonego konia”. Natomiast pętelka to uszko z tasiemki lub sznurka. Julian Krzyżanowski tłumaczy to, odwołując się do żartów Sienkiewiczowskiego pana Zagłoby, który szydził z szamerowanego złotymi i srebrnymi pętlicami umundurowania litewskich chorągwi, które – jego zdaniem – niewarte były aż tak wytwornych mundurów. Pętelka w tym kontekście oznaczała jeźdźca – równie marnego jak dosiadana przez niego hetka, w myśl powiedzenia, że lichy koń wart lichego jeźdźca.

I jeszcze jeden problem z tym „hetką”. Jeszcze przed II wojną światową Polacy,  zamieszkujący wschodnie tereny Rzeczpospolitej – oraz długo po powojennych przesiedleniach do Polski – wymawiali „hetka” inaczej niż mieszkańcy centrum kraju. Otóż Polacy pod wpływem języków ukraińskiego, białoruskiego i czeskiego wymawiali spółgłoskę „h” w takich wyrazach jak: hetka, hetman, harcerz, herbata, historia – twardo i dźwięcznie. Natomiast „ch”, tak jak w wyrazach chłop, choroba, bochen, chrabąszcz – wymawiali bezdźwięcznie. I po tej wymowie można było poznać, że ten rodak pochodzi ze wschodnich terenów. Dziś norma językowa nie przewiduje żadnych różnic w wymowie „h” i „ch” i obi spółgłoski wymawiane są bezdźwięcznie. Trochę szkoda, bo zniknął ładny koloryt z języka.

Odmiana przez przypadki

Ładna pani w telewizji powiedziała, że ktoś pojechał do Chersoni. Skąd ona wzięła taką odmianę, skoro w polskiej tradycji historycznej mamy Chersoń? A zatem powinno być, że ktoś pojechał do Chersonia.

Jest to kolejny przypadek nieznajomości historii i tradycji języka polskiego. Przecież nie mówimy, że na Ukrainie jest miasto Lwiw.  Mówimy i piszemy –  Lwów. I nie ma to nic wspólnego z jakimiś odwetowymi tendencjami z naszej strony. Tak samo jak jest Rzym a nie Roma, Istambuł a nie Instanbul.

Wystarczyłoby, gdyby ktoś z redakcji przeczytał „Trylogię” Sienkiewicza, to by może wiedział. Bo obejrzenie filmu, to nie to samo. Tym bardziej, że aktor mógł akurat o Chersoniu mówić niewyraźnie.

 

WALTER ALTERMANN: Wyobcowanie i odrzucenie czyli o języku urzędów, co miały nam służyć

W ostatnich dniach gazeta codzienna Dziennik Łódzki. w dniu 5 maja 2022 roku, zamieściła tekst, który mnie dobił. Rzecz jest tak głęboko dziwna, że niemal abstrakcyjna. I nie chodzi o gazetę, ale o to jakim językiem informują nas o swych pracach urzędnicy miejscy.

Żeby nie być gołosłownym, przytoczę spory fragment tekstu;

„Zakończyła się rewitalizacja zabytkowej fabryki Wagnera w centrum Łodzi. Powstanie tam Fabryka Aktywności Miejskiej. Co to takiego?

Dawną świetność odzyskała zabytkowa fabryka Henryka Wagnera przy ul. Tuwima 10 w centrum Łodzi, której ozdobą jest stylowy, oryginalny, o znakomitych proporcjach komin. Dzięki remontowi znów pojawiła się tam mająca ponad sto lat ceglana elewacja.

Elewacja odnowiona, wnętrza przebudowane

– Fabryka Wagnera przeszła kompleksową odnowę. Wymieniliśmy stropy i instalacje. Odnowiliśmy elewację i przebudowaliśmy wnętrza. Przestrzenie wspólne, dostępne dla mieszkańców, są wyposażone m.in. w komfortowe meble, ekrany projekcyjne, a nawet aneksy kuchenne. Dodatkowo sala spotkań i sala konferencyjna posiada klimatyzację – wyjaśnia Olga Kassyańska z Zarząd Inwestycji Miejskich w Łodzi.

W odnowionym budynku powstanie Fabryka Aktywności Miejskiej, która ma być zupełnie nowym miejscem na mapie Łodzi. Cóż to takiego?

Przestrzeń dialogu i edukacji o mieście

Będzie to przestrzeń dialogu i edukacji o mieście i jego dziedzictwie. Ważnym uczestnikiem i adresatem naszych działań będą zarówno seniorzy, jak i młodzież, z którą będziemy się spotykać na warsztatach z edukacji samorządowej i obywatelskiej. W ramach interdyscyplinarnego miejskiego programu społecznego, wyznaczymy kierunki polityki młodzieżowej Łodzi. Bieżąca współpraca i organizacja wydarzeń podejmowana będzie także z Młodzieżową Radą Miejską. Fabryka Aktywności Miejskiej, czyli nasze łódzkie laboratorium wspólnego tworzenia miasta, budowane będzie w oparciu o aktywne uczestnictwo mieszkanek i mieszkańców. To łodzianki i łodzianie są absolutnie kluczowym elementem rozwoju Łodzi, dlatego zapraszam wszystkich do współpracy. To tu będzie można przyjść i opowiedzieć nam o swoim pomyśle. Niech to będzie miejsce, które będzie zmieniać Łódź na lepsze – zaznacza Katarzyna Dyzio, dyrektor Fabryki Aktywności Miejskiej.

Zwiedzanie fabryki. Gości oprowadzi… Henryk Wagner

Dawna fabryka maszyn i przyborów tkackich powstała w 1881 roku w miejscu, w którym wcześniej działała fabryka wyrobów bawełnianych ojca Henryka – Jana Wagnera. Odnowioną fabrykę – w ramach drzwi otwartych Fabryki Aktywności Miejskiej – będzie można zwiedzać w dniach 13 – 14 maja. Na gości będą czekały pokazy, wystawy, prezentacje oraz pracownik przebrany za Henryka Wagnera, który oprowadzi po fabryce”.

Od razu powiem, że jestem za odnawianiem zabytkowych kamienic i fabryk. Pod warunkiem jednak, że zostaną one z sensem zagospodarowane, przeznaczone na mieszkania lub instytucje, które naprawdę służą mieszkańcom Łodzi. Tym razem jednak mamy do czynienia z powołaniem do życia – za naprawdę duże pieniądze – nowej placówki, której jedynym sukcesem będzie zatrudnienie sporej grupy miejskich urzędników.

Po co takie coś powstało i co to są „ramy drzwi otwartych”? Czym jest ów „Interdyscyplinarny miejski program społeczny, w ramach którego urzędnicy będą wyznaczali kierunki polityki młodzieżowej Łodzi”? I czy będą wyznaczali tę politykę środkami przymusu bezpośredniego, czy też ograniczą się do perswazji?

Zdaje mi się, że na razie cały wysiłek władz miasta poszedł w kierunku stworzenia kolejnej fikcji administracyjnej. W czasach, gdy młodzież – bez opamiętania zresztą – korzysta z internetu, gdy jak to oni mówią „śmigają po necie”, powstaje solidny budynek, solidne etaty jedynie po to, żeby ktoś tam przyszedł. A jak nikt nie przyjdzie? O to się nie martwię, bo młodzież zostanie tam doprowadzona niejako siłą – przez nauczycieli, w ramach lekcji obywatelskich, czy jak się to teraz nazywa. Pomysł nawiązywania kontaktu z obywatelem – w dobie internetu – poprzez osobiste spotkania z tymże obywatelem, w pięknie i kosztownie urządzonych wnętrzach jest abstrakcyjny. Jeśli pominąć te nowe etaty dla urzędników.

Powyższa sprawa świadczy o tym, że byty urzędnicze całkowicie uniezależniły się od społeczeństwa, któremu miały służyć. Urzędnicy mówią własnym językiem, którym poza nimi nikt nie mówi! Rozmawiają z sobą, do siebie piszą… i tylko czasem, gdy trzeba usprawiedliwić własny etat, robią jakąś akcję. I zawsze te akcje – zwane przez urzędników – działaniami są „od czapy”, jak mawiała młodzież w moich czasach.

Przy czym – co istotne – urzędnicy nie potrafią już komunikować się z obywatelami ich, obywateli normalnym językiem. Urzędnicy żyją dla siebie. To się dawniej nazywało, że są wyalienowani, oderwani od rzeczywistości. Zresztą Łódź zasłynęła już dawno „nowoczesnymi” pomysłami, że wspomnę tylko osławioną reklamę tego miasta, w której niejaki Pacześ – podobno jakiś kultowy stand uper – nawiązując do tego, że Łódź jest biedna mówił w tej reklamie: „Je…ć biedę”.

Ale nie tylko Łódź ma nowoczesnych urzędników. Wrocław walczy z Lodzią o lepsze. Na stronie miejskiego urzędu można poczytać dzieło, które napisał Prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz, Strategia „Wrocław w perspektywie 2020 plus”.

Dzieło jest opasłe i poza prezydentem pracowało nad nim sporo osób. Zacytuję mały fragment:

„1.2 ZAŁOŻENIA O EWOLUCJI UWARUNKOWAŃ ZEWNĘTRZNYCH

  • WARUNKI MIĘDZYNARODOWE BĘDĄ ZBLIŻONE DO ISTNIEJĄCYCH: na pierwszym planie pozostaną kwestie gospodarcze; w polityce UE nie dojdzie do przełomu ani zapaści, zobowiązania będą dotrzymywane, proces globalizacji ani nie przyspieszy, ani nie ulegnie załamaniu. Nie są to założenia do końca realistyczne, stąd potrzeba posiadania autonomicznego potencjału, umożliwiającego przetrwanie okresów ewentualnych perturbacji. ● OPÓŹNIONA O PÓŁ WIEKU KONWERGENCJA BĘDZIE POSTĘPOWAĆ. Szybki rozwój Chin i Indii spowoduje, że świat stanie się bardziej wielobiegunowy, niż to jeszcze niedawno zakładano. Poszerzy się przestrzeń konkurencji. Zmaleje wartość premii wynikającej z samej przynależności do Europy. Dla „średniaków” w hierarchii zamożności, takich jak Polska i Wrocław, głównym problemem stanie się dobre uplasowanie w grze globalnej. To niebanalna kwestia, bo korzyści z globalizacji najłatwiej czerpać przodującym i zapóźnionym.
  • ŚWIAT CORAZ BARDZIEJ BĘDZIE SIĘ UPODABNIAŁ DO GLOBALNEJ WIOSKI. Technologie komputerowe sprzyjać będą rozpraszaniu produkcji, bankowości, usług informacyjnych, zarządzania, rozrywki. Znaczenie miast jako ośrodków koncentracji władzy i dostępu do rzadkich dóbr będzie maleć. Szansa wielkich miast polega dziś na tym, że będą one stanowić centra kompetencji i zworniki układów aglomeracyjnych.
  • ROZWIJAĆ SIĘ BĘDZIE KONTRREWOLUCJA KULTUROWA. Zwiększy się nacisk na stronę etyczną zachowań. Nastąpi powrót do modelu społeczeństwa opartego raczej na wartościach niż na procedurach. W reakcji na fundamentalizm muzułmański, Europa pogodzi się ze swoimi chrześcijańskimi korzeniami. Postulat bezwarunkowej tolerancji będzie łagodzony rozpoznaniem rosnących kosztów społecznych: w obliczu kryzysu wartości wiele wcześniejszych nadziei przekształciło się w ponurą rzeczywistość. Na polskiej scenie coraz większą rolę odgrywać będzie pokolenie Jana Pawła II…”

Zastanawia mnie, czy do dbania o komunikację Wrocławia, mieszkania, transport miejski, zieleń miejską, szkolnictwo trzeba było, by prezydent Dudkiewicz w roku 2020 przewidywał przyszłość, do tego jakże mylnie. Pan Dutkiewicz naprawdę nie ma litości i szykuje się chyba do ważniejszych światowych działań – może w Unii Europejskiej, może w ONZ lub NATO. A z wróżbitami Glancem, Skrzątkiem, Malwiną czy Jackowskim i tak nie wygra, bo to zawodowcy.

Gdybym był mieszkańcem Wrocławia bałbym się wizji szerokiego świata p. Prezydenta Dutkiewicza, tym bardziej, że nie uwzględniając napaści Rosji na Ukrainę poniósł kompletną klęskę jako profeta czyli wieszcz.

I na koniec przeglądu samorządowej twórczości, mamy Kraków, na którego na stronach miejskich  możemy przeczytać:

„Wydział Polityki Społecznej i Zdrowia Urzędu Miasta Krakowa we współpracy z Pełnomocnikiem Prezydenta Miasta Krakowa ds. Polityki Senioralnej oraz Wydziałem Edukacji ogłasza siódmą  edycję konkursu „Działajmy razem” na realizację działań międzypokoleniowych. Celem konkursu jest integracja uczniów i osób starszych oraz wyłonienie i rozpropagowanie najciekawszych projektów dotyczących uczniowskich przedsięwzięć realizowanych we współpracy z osobami powyżej 60 roku życia. W konkursie mogą uczestniczyć uczniowie klas VI-VIII szkół podstawowych, szkół ponadpodstawowych, uczestnicy zajęć w młodzieżowych domach kultury oraz mieszkańcy burs prowadzonych przez Gminę Miejską Kraków. Udział w konkursie daje możliwość otrzymania środków pieniężnych na sfinansowanie nagrodzonego projektu. Minimalna kwota sfinansowania to 2.000,00 zł, a maksymalna 12.000,00 zł”.

Czyli, po ludzki rozumiejąc – stołeczne miasto Kraków chce zrobić coś z faktem, że młodzież nie rozumie i nie komunikuje się ze starszymi pokoleniami. I oczekując na pomysły, co z tym smutnym faktem począć, miasto ogłasza konkurs. Jednakże receptę na społeczny kryzys kontaktów międzypokoleniowych mają wystawić dzieci w wieku od 12 do 14 lat. Naprawdę będzie to burza mózgów.

Władze Krakowa widać nie rozumieją, że to zjawisko ma źródło w rodzinie. Że rodzice – zagonieni za groszem i karierą – nie mają czasu, żeby umożliwić swym dzieciom jak najczęstsze kontakty z dziadkami. Niestety w tej sprawie żadne dziecięce konkursy nic nie pomogą. Przedszkola i szkoły tak, ale nie miejscy urzędnicy.

Ja byłem wzruszony, gdy panie z przedszkola mojego wnuka przygotowały wraz z dziećmi laurki i nauczyły ich wierszyka, który jest taki:

 

                                    „Pędzą wnuki ulicami,

                                    Z ogromnymi laurkami,

                                    Te laurki pełne kwiatków,

                                    Są dla wszystkich

                                    Babć i dziadków.

 

                                    A dziadkowie, wraz z babciami,

                                    Już czekają przed domami,

                                    Przez lornetki patrzą w dal,

                                    Wystrojeni jak na bal”.

 

I w tych paniach przedszkolankach – niezależnie od klasy literackiej wierszyka – jest siła dobrego wychowania, trwałości rodziny. Broń Boże nie w urzędnikach.

WALTER ALTERMANN: W Polsce, czyli nigdzie – obraz współczesności w naszych filmach

W tytule cytuję słynne stwierdzenia Alfreda Jarry’ego, autora groteskowego dramatu „Ubu Król, czyli Polacy” z 1888 roku. „Rzecz dzieje się w Polsce, to znaczy nigdzie” – powiedział Jarry w przemówieniu przed premierą w 1896 roku.

            Uspokajam naszych hurra patriotów, że to zdanie nie jest antypolskie, bo istotnie Polski nie było wtedy na mapach świata. Nadto sztuka jest absurdalna, uznawana za zapowiedź surrealizmu i z Polską nie ma nic wspólnego. W Polsce, czyli nigdzie – jednak ten zwrot jak najbardziej trafnie opisuje współczesne polskie kino.

Przytłaczająca większość współczesnej produkcji filmowej z ostatnich kilku lat osadzona jest w przestrzeni materialnej i mentalnej wszędzie, czyli właśnie nigdzie. Gdyby do tych filmów podłożyć dubbing – powiedzmy – hiszpański czy włoski, z całą pewnością nikt z zagranicznych widzów nie zorientowałby się w jakim kraju rzecz się rozgrywa. Złożyło się na taki stan rzeczy wiele istotnych powodów. Tutaj jednak – z braku miejsca na długie rozprawy – ograniczę się do kilku najważniejszych.

Scenariusze

W każdym filmie najważniejszy jest scenariusz. On jest tym biblijnym „słowem” od którego zaczyna się wszystko. Dobry scenariusz – już w trakcie lektury – musi zainteresować samych twórców. Bez dobrego scenariusza nie może powstać i nie powstanie, żaden dobry film.

Jeżeli film ma mieć – poza artystycznym – także społeczny charakter, to byłoby dobrze, żeby twórcy, przed przystąpieniem do produkcji, powiedzieli sobie wyraźnie – po co dzieło kręcą, o czym ma być i kto ma je oglądać. Czy jedynie dla własnej chwały, czy ku uciesze i rozrywce, czy też ma „wstrząsnąć sumieniami” albo „pobudzić do myślenia nad kondycją mentalną Polaków”. No, cokolwiek. Podejrzewam jednak, że większość twórców tak cieszy się z możliwości kręcenia, że zapomina – po co ma kręcić.

Popatrzymy na wielkie klasyki naszej kinematografii. Od razu uświadamiamy sobie, że punktem wyjścia była wielka literatura – „Chłopi” i „Ziemia obiecana” Reymonta, Trylogia Sienkiewicza, „Pamiętnik znaleziony w Saragossie” Potockiego, „Popioły” Żeromskiego. I scenariusze na podstawie tych powieści opowiadały historie, sprawy, problemy ważne dla Polaków.

To wyobraźnia i klasa autora powodują, czy jakaś powieść, bądź nowela, nadają się do przeróbki na film. Bo jest też wielka literatura, która z pewnością nie jest filmowa.

Polska kinematografia ma też w dorobku dobre filmy, które powstały na podstawie scenariuszy nie będących adaptacją wielkiej literatury.

Za scenariuszami jest też i taki problem, że coraz częściej powstają one przy udziale reżyserów, bądź sami reżyserzy piszą je dla siebie. Wtedy krytyka mówi o „kinie autorskim”. Oczywiście reżyserzy znają najlepiej język kina, ale też jest w Polsce wielu literatów, którzy pisali i piszą dla kina.

Jednym z najwybitniejszych był  Jerzy Stawiński. To on napisał dla kina dzieła wybitne, takie jak: „Człowiek na torze”, „Eroica”, „Zezowate szczęście” – reżyserii Andrzeja Munka czy „Kanał” w reżyserii Andrzeja Wajdy. To Stawiński napisał również scenariusz do „Krzyżaków” Sienkiewicza w reżyserii Aleksandra Forda.

Grzech Żeromskiego

Niestety film polski coraz rzadziej korzysta z talentów wielkich literatów, potrafiących pisać filmowe scenariusze. Dzieje się tak nie tylko z powodu nadmiernych – mym zdaniem – ambicji sporej grupy reżyserów. Powodem jest i to, że zgodnie z polskim prawem autorskim reżyser twórcą nie jest.

Twórcy naszego prawa autorskiego, głównie Stefan Żeromski, popełnili w roku 1918 błąd, który mści się dzisiaj na naszej kinematografii. Otóż prawo autorskie mówi, że prawa do tantiem mają autorzy tekstów i muzyki, choreografowie, ale już nie reżyserzy. Takie prawo obowiązuje w Polsce od  czasu powstania ZAiKS-u i skutkuje właśnie tym, że reżyserzy sami zaczęli pisać, bo już jako autorzy scenariuszy mają prawo do tantiem.

Oczywiście Żeromskiego, Słonimskiego i innych inicjatorów powstania ZAiKS-u należy rozgrzeszyć, bo przecież w roku 1918 zawód reżysera właściwie nie istniał nawet w teatrze, a co dopiero w kinie.

Przykładem dość dowolnego traktowania sfery literackiej w filmie jest fakt, że wielu reżyserów na planie zdjęciowym, czyli w ostatniej chwili, prosi aktorów by mówili „własnymi słowami”. A sztuka to konstrukcja, także dialogu. Naturalność też może być, ale w filmach dokumentalnych.

Konflikt

Żeby film miał „wewnętrzny napęd” akcja musi zawierać istotny konflikt. Najlepszym przykładem jest „Antygona” Sofoklesa, bo zarówno tytułowa bohaterka, jak i jej przeciwnik Kreon stają przed wyborem – szanować prawa ludzkie, polityczne czy boskie. Bez konfliktu, z którym utożsami się widz nie ma dobrego dzieła: powieści, sztuki teatralnej czy filmu.

Popatrzmy na arcydzieło Wajdy, na „Ziemię obiecaną”. Przede wszystkim geniuszem był autor, czyli Reymont. To on zawarł w powieści dylemat: dorabiać się czy pozostać biernym wobec życia. Ale dorabianie się w ówczesnej Łodzi znaczyło również akceptację powszechnej nędzy robotników i zgodę na ich wyzysk, a w finale wezwanie kozaków, żeby rozstrzelali głodową demonstrację robotniczą.

Polska bieda i odrzucenie społeczne

Bardzo modne jest teraz robienie filmów o polskiej biedzie. Niestety filmy te ukazują bohaterów jako ludzi odmóżdżonych. Realizatorzy tak wiele wysiłku poświęcają na ukazanie materialnej biedy, niekiedy wprost odrażającej, że już nie starcza im sił na ukazanie bohaterów jako ludzi myślących i czujących. A zapewniam, że kilku znanych mi tzw. meneli ma bogatsze życie wewnętrzne niż kilku znanych mi scenarzystów i reżyserów razem wziętych. Rzecz w tym, że twórcy takich filmów nie rozumieją prostych ludzi, nie rozumieją biedy i związanych z nią problemów. Oni – ci twórcy – epatują nas ekranową biedą i każą nam razem z ich bohaterami tonąć w brudzie i nędzy. Ani to moralne, ani atrakcyjne.

Może nie znają genialnego zdania Francuzki – siostry Emmanuelli, która poświęciła życie kairskim nędzarzom, żyjącym od pokoleń na wysypiskach śmieci. Ta wielka kobieta powiedziała: „Nie szukam miłosierdzia, tylko sprawiedliwości”.

Ale w naszym kinie nie ma ukazania przyczyn biedy, nie ma też mowy o drogach i szansach na wyjście z nędzy. Mamy jedynie bardziej czy mniej wzruszające obrazki z ludzkiego dna.

A jest przecież do obejrzenia – przez polskich scenarzystów i reżyserów – wielki film „Parasite”, którego scenariusz napisali Joon-ho Bong i Jin Won Han, a reżyserem jest Joon-ho Bong. Ten film z Korei Południowej zdobył 4 Oscary, 45 innych nagród i 37 nominacji. O czym jest dzieło? O współczesnym społeczeństwie, które żyje jak na schodach – najbiedniejsi na samym dole, a na szczycie, na ostatnim schodku najbogatsi. Co ich łączy? Właściwie, poza językiem, nic.

Filmy o bohaterach

A może w dzisiejszej Polsce – po prostu – nie ma żadnych problemów społecznych i zagubieni twórcy muszą sięgać do czasów walki z komuną? Nie mówię, że takie filmy nie są potrzebne, ale mijają już 32 lata od upadku komuny, co znaczy, że dzisiejsi 30-latkowie i 40-latkowie dorośli i żyją w innych czasach, uciekają jednak od opisu czasów, w których żyją.

Liczne są ostatnimi laty filmy – głównie telewizyjne – opisujących heroizm ludzi, którzy w roku 1945 nie złożyli broni i podjęli walkę z nową władzą. Jedne z tych filmów zrobione są dobrze, inne gorzej, ale łączy je swoisty eskapizm, bo opowiadają sprawy zaprzeszłe.

Najlepszym przykładem tego typu produkcji filmowej niech będzie film Władysława Pasikowskiego „Jack Strong” o Ryszardzie Kuklińskim. Rzecz jest wyreżyserowana dobrze, dobrze zagrana, ale – niestety – najsłabszy jest scenariusz. Mamy bowiem do czynienia z konfliktem między głównym bohaterem a resztą jego mundurowych kolegów. Jednak w filmie nie ma wewnętrznego konfliktu bohatera. A to jest gwarancją zaistnienia dramatu. Chyba, że uznać za konflikt to, że bohater obawia się dekonspiracji i aresztowania. Zresztą wątek strachu jest w filmie nader eksploatowany, aż do granic śmieszności. Bo przecież każdy szpieg musi zakładać, że może zostać złapany. Jeżeli nie zakłada, to znaczy, że jest szalony, czyli mało wiarygodny. I w sumie mamy sprawnie opowiedzianą historię o niewiarygodnym bohaterze filmu.

Następcy – wystąp

Gdyby być skrupulatnym i dokładnie liczyć, to rok 2022 jest już 33 rokiem nowych czasów. Zatem, jeżeli PRL istniał lat 44 – od roku 1945 do roku 1989 i  jeżeli dodamy teraz te 33 lata czasów obecnych do roku 1945, to wyjdzie nam, że jesteśmy obecnie – poniekąd i jakby – w roku 1978. I gdybyśmy porównali osiągnięcia polskiej kinematografii z lat 1945-1978 z latami 1989-2022, to niestety tamten „miniony system” dał kinematografii większe szanse na stworzenie wybitnych dzieł kinematografii, niż czasy obecne.

Być może sprawiła to ogromna komercjalizacja kultury? Być może twórcy nasi uznali, że wszystko jest w porządku i pora jedynie zarabiać i bawić się? Być może kino ma być tylko rozrywką? Nie wiem. Obawiam się jednak, że nasza kinematografia utknęła w na piaszczystej drodze. Koła machiny buksują, a pojazd coraz bardzie zakopuje się w piachu.

W każdym razie nie widzę godnych następców Stanisława Barei, Sylwestra Chęcińskiego, Jerzego Hoffmana, Jerzego Kawalerowicza, Kazimierza Kutza, Tadeusza Konwickiego, Jana Rybkowskiego i Andrzeja Wajdy. I gdyby ktoś krzyknął – nawet bardzo głośno: „Następcy wystąp!”, to zapanowałaby długa i martwa cisza.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Polsko-radziecka przyjaźń trwa”, bo Pałac Stalina nadal stoi

Większość Polaków jest przeciwna likwidacji Pałacu Stalina (Pałacu Kultury i Nauki) w Warszawie – dowiedzieliśmy się z ostatniego sondażu Social Changes dla portalu wPolityce.pl. Czyli mimo formalnego rozpadu ZSRR polsko-radziecka przyjaźń trwa. Jak długo jeszcze?

Przeciw wyburzeniu sowieckiego pałacu w centrum polskiej stolicy wypowiedziało się ponad 3/4 badanych – 77 proc. Usunięcie „maczugi Stalina” popiera tylko 10 proc. respondentów. 13 proc. badanych… nie ma zdania.

Mnie chyba najbardziej zadziwił fakt, jak mało przeciwników rozbiórki Pałacu Stalina, czyli de facto zwolenników tego obiektu, jest wśród wyborców Zjednoczonej Prawicy (za rozbiórką 69 proc., przeciw 12 proc.) Przecież tyle razy tłumaczyliśmy, edukowaliśmy i… nic. A przynajmniej niewiele.

Jednocześnie z omawianego badania wynika, że większość Polaków – dokładnie 2/3 – ma świadomość, iż Pałac Kultury i Nauki to „prezent” od sowietów. Pytanie dokładnie brzmiało tak: „Czy wiedziała Pani/wiedział Pan, że Pałac Kultury i Nauki (PKiN) w Warszawie został zbudowany na rozkaz Stalina?”

Jaki z tego wniosek? Jeśli Polacy wiedzą, a mimo to pałac im nie przeszkadza, trzeba wciąż edukować.

No to jeszcze raz…

Tzw. słońce narodów, a tak naprawdę jeden z największych zbrodniarzy w historii świata Józef Stalin proponował Warszawie metro lub osiedle mieszkaniowe, ale tzw. prezydent Polski, a tak naprawdę jeden z największych zbrodniarzy w historii naszej Ojczyzny, a do tego agent NKWD Bolesław Bierut wybrał PKiN. Pod jego budowę wyburzono kilkadziesiąt kamienic, które przetrwały Niemca – Sowieta już nie. Bolszewicy zniszczyli w ten sposób historyczne centrum stolicy, z wieloma pięknymi kamienicami secesyjnymi czy modernistycznymi (po rozbiórce PKiN-u należałoby je przywrócić – wtedy Warszawa odzyskałaby centrum).

22 lipca 1955 r. Józef Cyrankiewicz, premier rządu PRL oraz sowiecki ambasador Ponomarenko oświadczyli, iż: „uważają wybudowany przez Związek Radziecki w stolicy Polski – Warszawie – Pałac Kultury i Nauki za symbol wieczystej, niewzruszonej przyjaźni narodów radzieckiego i polskiego”. Placem Defilad, jak dziś placem Czerwonym w Moskwie, paradowały ruskie czołgi. Huczały ruskie armaty.

Dzień 22 lipca wybrano nieprzypadkowo: to rocznica zniewolenia Polski przez sowietów (wydania komunistycznego Manifestu PKWN; potem święto Polsku Ludowej). A PKiN „jest znakiem upokorzenia narodu polskiego i wyrazem pogardy dla – de facto – okupowanego w latach PRL >prywislianskogo kraja<” – napisali ludzie kultury, nauki i mediów, protestując przeciwko wpisaniu pałacu (2 lutego 2007 r.) do rejestru zabytków (ale wiadomo, iż pałac z tego rejestru można też wypisać – wystarczy chcieć).

Pomysł Stalina realizował Mołotow (ten od IV rozbioru Polski razem z Ribbentropem). PKiN od początku był kiczem: miał połączyć styl krakowskich Sukiennic, kamienic z Kazimierza Dolnego, pałacu w Nieborowie, ratusza w Chełmnie i oczywiście pałaców sowieckich. Wysokość – 230 metrów. Na więcej nie zgodzili się sowieccy „bracia” – PKiN nie mógł być wyższy od Moskiewskiego Uniwersytetu im. Łomonosowa.

7 marca 1953 r. PKIN nadano imię darczyńcy – zmarłego Józefa Stalina. Na placu miał również stanąć jego pomnik. Szczęśliwie z pomysłu zrezygnowano, bo zapewne stałby tam dalej.

„Będzie trwał tak jak miłość do dziecka. (.) Będzie trwał tak jak przyjaźń radziecka” – pisał… Jan Brzechwa. I tak PKiN trwa kolejne dekady. Tak jak nieosądzeni zbrodniarze komunistyczni, którym płacimy ogromne resortowe emerytury. Ale nie wszystkim się podoba. Władysławowi Broniewskiemu skojarzył się z „koszmarnym snem pijanego cukiernika”. A słynne określenie „Pekin” wymyślił Leopold Tyrmand – jako nawiązanie do nazwy pewnej przedwojennej kamienicy, w której funkcjonowała agencja towarzyska.

Czy wiedząc to wszystko, „dar Stalina” ma pozostać symbolem Warszawy? Dla wielu ważniejszym niż Syrenka, czy Zamek Królewski? Chyba, że chcemy, aby nadal tak głęboka była polsko-radziecka przyjaźń?

 

HUBERT BEKRYCHT: Majowej jutrzenki przestroga

Dzięki Bogu dożyliśmy 231. rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja! Dla młodszych: to takie Mission Impossible końca XVIII wieku. Udało się tylko dlatego, że mocno – delikatnie mówiąc – izolowano zdrajców Polski, czyli ówczesną opozycję, od twórców pierwszej w Europie i drugiej na świecie Ustawy Zasadniczej.

Niestety, tamta opozycja na żołdzie ruskim i pruskim po kilkunastu miesiącach osiągnęła swój cel, czyli drugi rozbiór Rzeczpospolitej, Było to w 1793 roku. Dwa lata później zdrajcy z Polski wraz z Rosją, Prusami i Austrią na 123 lata położyli kres naszej państwowości.

Nie ma właściwie nic do dodania, jeśli chodzi o likwidację własnego kraju, do którego w sporym stopniu przyczynili się obywatele tegoż państwa. Nie ma też sensu wymieniać zdrajców z imienia i nazwiska, czy też nazw grup zaprzańców. Nie ma też po ponad dwustu latach wielkich zmian w mechanizmie takich działań.  W naszej części Europy, zdrada – od rozbiorów Polski – to podobny proces. Zawsze mniejszość, którą pominięto, której nikt nie wybierał, brzydko się chwyta brzytwy paktów z wrogiem.

Tak też jest w Polsce. Na szczęście niewielu, ale mamy głupków, mamy agentów obcych wywiadów, mamy zdrajców. Niestety, czasem ich działania są nazywane „patriotycznymi”.

Cały świat patrzy na Ukrainę, na zmagania naszych sąsiadów z ruską hordą najeźdźców. Społeczność międzynarodowa widzi też zaangażowanie Polaków w pomoc Ukraińcom. Na tle tego wsparcia, dzięki Bogu, słabo widać, w najlepszym przypadku głupie posunięcia polityczne opozycji – przeciwników naszego rządu, chociaż można nawet powiedzieć przeciwników Polaków. W dobie wojny, ktoś kto przeszkadza władzom kraju pomagającego Ukrainie, czyli władzom Polski, jest po prostu sojusznikiem Kremla.

Opozycja powołuje się na „prawdziwy patriotyzm” Polaków, bo chce po prostu otumanić wszystkich i po raz kolejny oszukać. Politycznie. Gospodarczo. Ze zwykłej politycznej zemsty. Patriotyzm bowiem to nie walka polityczna w obliczu zagrożenia wojną światową; to nie kpiny z rządzących; to nie donoszenie na własny kraj do organów administracji Unii Europejskiej, której od 18 lat Polska jest członkiem.

Dobrze, że nie ma u nas wojny, jak za naszą wschodnią granicą, bo opozycja chcąc zrobić na złość polskiemu rządowi, mogłaby się przyłączyć do strony przeciwnej. Z drugiej strony jednak, gdyby, czysto teoretycznie, taka sytuacja miałaby miejsce, znając „mądrość” i „skuteczność” naszej opozycji, Putin siedziałby już dawno w celi a prawnicy pisaliby już przeciwko ruskiemu dyktatorowi akt oskarżenia…

Aha, Parlament Europejski właśnie w rocznicę Święto Konstytucji 3 maja, w dniach, kiedy wspieramy Ukrainę w jej walce z rosyjską agresją, zaplanował „debatę” o „praworządności” w Polsce.

W PE zasiadają potomkowie zaborców, którzy zlikwidowali ostatecznie w 1795 roku nasz kraj. Potomkowie Prusaków sprzed dwóch wieków, czyli Niemcy oraz potomkowie Austriaków sprzed ponad 200 lat, czyli… Austriacy a także Rosjanie. Tak, tak, Rosjanie też są w PE. To jawni albo zakamuflowani sojusznicy Putina z Niemiec, Francji, Austrii, Skandynawii i innych krajów, ale nade wszystko to mentalni Rosjanie z polskiej opozycji, która – oby tylko z głupoty – donosi na Polskę.

 

 

 

WALTER ALTERMAN: 1 maja, czyli od prawdy, poprzez surrealizm, do prawdy

Zapewne w okolicach 1 maja znowu, jak zawsze od 1990 roku, gazety będą publikowały zdjęcia z manifestacji 1 majowych w czasach PRL, a telewizje znowu wyemitują fragmenty starych, archiwalnych filmów z tego dnia. Dojdą oczywiście kąśliwe komentarze.

Przyznam, że trochę mnie żenuje, to coroczne podrwiwanie z tego święta, bo nie jest tak, że obchodzenie 1 maja zaczęło się w Polsce z rokiem 1945, a zakończyło w 1990 roku. Manifestacje robotnicze w dniu 1 maja nie zaczęły się w czasach „komuny”, trwają i będą trwały. Dlaczego? Bo ludzie pracy najemnej wszystkie swoje prawa zawsze musieli sobie wywalczyć. Taka jest natura kapitalizmu i istota podziału na pracodawców i pracobiorców. Nie należy też zapominać, że dla wielu współczesnych Polaków pracodawcą jest państwo. Ono też nie jest bez grzechu, wobec ludzi którym daje zatrudnienie.

Historia 1 maja

To święto zrodzone jest z tragedii w Chicago, w roku 1886. Manifestacja chicagowskich robotników, w obronie miejsc pracy, w obronie ludzkiej godności została rozstrzelana przez policję. Takie było narodziny „Międzynarodowego Dnia Solidarności Ludzi Pracy”. Ten dzień został wybrany święto robotnicze przez kongres założycielski II Międzynarodówki, obradujący w Paryżu w 1890 roku.

W Chicago 4 maja 1886 roku doszło do wydarzeń określonych mianem Haymarket Riot, a były one konsekwencją strajków, które wybuchły kilka dni wcześniej. Powodem konfliktu była sytuacja niemieckich imigrantów – robotników z firmy McCormic Harvester – wytwarzającej sprzęt rolniczy. Zresztą do dzisiaj firma istnieje i znana jest m.in. z produkcji traktorów.

W latach 80-tych XIX wieku władzę w firmie przejmuje, po zmarłym ojcu, Cyrus McCormick. Ma ambitne plany – zamierza szybko przebudować fabrykę i wdrożyć – mówiąc dzisiejszym językiem – głęboki plan restrukturyzacji. Najważniejszym punktem planu są szeroko zakrojone zwolnienia. O odprawach nie było mowy, robotnicy mieli stracić pracę z dnia na dzień. Nie mieli zapewnionych też żadnych zasiłków. Praca w fabryce odbywała się na podstawie kontraktu-śmieciówki – pracownik przychodził rano do pracy, za co dostawał dniówkę oscylującą w granicach 1,5 dolara.

Związkowcy nie godzą się na zwolnienia. Po negocjacjach z McCormickiem wydaje się, że obie strony dogadały się. Ale nagle właściciel zmienia swoją decyzję i zwalnia niemal całą załogę. W jej miejsce zatrudnia nowych pracowników oraz ochroniarzy. Sprawa oszukania i wyrzucenia na bruk setek pracowników odbija się szerokim echem w całym USA. Główny protest zaplanowano na 1 maja.

Data nie była przypadkowa. Już półtora roku wcześniej związkowcy z całych Stanów Zjednoczonych zaapelowali do rządu, by wymusił na firmach skrócenie czasu pracy z 12 do 8 godzin dziennie. Zgodnie z hasłem „Eight Hours for Work, Eight Hours for Rest, Eight Hours for What We Will!”, czyli osiem godzin w pracy, osiem na odpoczynek, osiem na to co ma się ochotę.

Propozycja związkowców powstała jesienią 1884 roku, ale postawiono dać władzy czas –   do 1 maja 1886 roku. Liczono, że rząd amerykański wprowadzi prorobotnicze zmiany.

W Niemczech w tym samym czasie – by uspokoić nastroje społeczne – Otto von Bismarck zaczął wdrażać już swoją politykę społeczną dając m.in. ubezpieczenia chorobowe czy od wypadków przy pracy. W Australii od 30 lat obowiązywał ośmiogodzinny dzień pracy. Nawet w Wielkiej Brytanii obowiązywały tzw. ustawy fabryczne, które ograniczały możliwość wykorzystywania do pracy dzieci.

Amerykański rząd nie zrobił jednak nic. I dlatego w sobotę 1 maja 1886 roku, jak co dzień pracownicy mieli zameldować się w fabrykach na pół doby. W związku z tym w całych Stanach odbyły się marsze ruchu „8 godzin”. Największa demonstracja miała miejsce w Chicago i była połączona z żądaniami przywrócenia do pracy osób z fabryki McCormicka. Ulicami około 800-tysięcznego miasta pokojowo przeszła manifestacja licząca nawet 80 tys. osób. Nieśli flagi, śpiewali piosenki wychwalające ośmiogodzinny dzień pracy. Nie zanotowano żadnych ekscesów.

Dla przemysłowców liczba protestujących była szokiem. Nikt nie spodziewał się, że robotnicy będą potrafili zjednoczyć się i zorganizować tak wielką akcję. Pracowników fabryk traktowano wówczas niemal jak niewolników, mówiono o nich pogardliwie, żartowano z ich analfabetyzmu i ich ubrań.

Skala protestów nie spowodowała jednak żadnych ustępstw po stronie fabrykantów. 2 maja robotnicy ponownie w pokojowej manifestacji przemaszerowali ulicami Chicago. Tym razem było ich jednak już tylko 35 tys.

3 maja na wiecu pod wejściem do fabryki McCormicka zjawiło się już jedynie około 2 tysięcy osób. Takiej demonstracji władze się nie bały. Doszło do starć zainicjowanych najprawdopodobniej przez bojówki zatrudnione przez McCormicka. Jego nowi pracownicy-łamistrajki i ochroniarze mieli zaatakować protestujących. Do walki włączyła się także policja.

Według różnych źródeł zginęło od jednego do sześciu protestujących. Mimo to następnego dnia związkowcy postanowili kolejny raz wyjść na ulice Chicago. Liczyli, że ofiary nie wystraszą robotników, a wręcz przeciwnie zachęcą do zwiększenia skali strajku. Manifestanci zebrali się na Placu Haymarket. Przez większość dnia protest miał charakter pokojowy, a udział brało w nim kilka tysięcy osób. Wieczorem nad Chicago nadciągnęła jednak wielka ulewa, wyganiając część manifestantów do domów. Około godziny 22.30, gdy na placu pozostało już tylko kilkaset osób policja ruszyła do ataku.

Chwilę później ktoś rzucił w tłum bombę. Wybuch zabił kilkanaście osób, w tym jednego policjanta. W odpowiedzi policja zaczęła strzelać. Na placu trwała już regularna bitwa uliczna, od kul ginęli zarówno protestujący jak i policjanci. Ostatecznie w starciach zginęło sześciu z nich. Dokładna liczba zabitych protestujących nigdy nie została ustalona.

Zamach, do którego nikt się nie przyznał, został wykorzystany przez fabrykantów i władzę do dalszego tłumienia robotniczych protestów. Następnego dnia ogłoszono nie tylko w Chicago, ale w całym kraju stan wyjątkowy. Kolejne protesty były krwawo tłumione, gazetki związkowe zamykane, a mieszkania osób związanych ze strajkującymi przeszukiwane.

Największe represje dosięgły jednak organizatorów protestów z początku maja. Pod zarzutem zabójstwa policjanta skazano na karę śmierci aż osiem osób, z których część nawet nie była obecna na Haymarket. Czterech z nich: Alberta Parsonsa, Georga Engela, Adolfa Fischera i Augusta Spiesa powieszono 11 listopada 1886 roku. Działacza związkowego Louisa Lingga, który miał zostać ułaskawiony, dzień wcześniej znaleziono martwego w swojej celi. Pozostała trójka wyszła z aresztu po kilku latach.

W 1893 roku ułaskawił ich nowy demokratyczny gubernator Illinois, który cały proces sądowy nazwał jedną wielką farsą i kpiną ze sprawiedliwości. Historycy sądzą, że bomba z Haymarket została rzucona przez agenta, który miał współpracować z lokalnym szeryfem.

O wydarzeniach z Chicago zrobiło się głośno nie tylko za oceanem, ale na całym świecie.

Trzy lata po chicagowskich wydarzeniach II Międzynarodówka, czyli zrzeszenie partii socjalistycznych, postanowiła uczcić pamięć zabitych na placu oraz osób skazanych na śmierć w późniejszym sfingowanym procesie. W ten sposób pierwsze Święto Pracy ustanowiono na 1 maja 1890 roku.

Jak demonstrowano 1 maja po 1890 roku

Po raz pierwszy święto 1 maja obchodzono w 1890 roku – m.in. w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Belgii, Francji. Organizowane w tym dniu demonstracje i strajki przyczyniły się do radykalizacji ruchów robotniczych. Początkowo nielegalne manifestacje 1-majowe zostały później w wielu krajach oficjalnie uznane.

Tego dnia wiece odbyły się w wielu częściach świata. W Wiedniu na ulice wyszło około 100 tys. osób, kilkaset tysięcy protestowało w Paryżu. Liczne marsze odbyły się też w Belgii i Niemczech. W Warszawie w manifestacjach wziąć udział miało 8 tysięcy osób. 1-majowe wiece miały zachęcać lokalne władze do ustanowienia 8-godzinnego dnia pracy. Większość w 1890 roku miało charakter pokojowy. Zwalczanie nowego święta zaczęło się kilka lat później i często miało krwawy przebieg. Tym bardziej, że w związku z rozpoczętym wówczas kryzysem gospodarczym coraz więcej osób miało powody do zamanifestowania swojego niezadowolenia.

W Polsce pod zaborami, głównie na terenach zaboru rosyjskiego, pierwsze pochody i strajki organizował II Proletariat i Związek Robotników Polskich. W 1891 roku w Łodzi i Żyrardowie doszło do starć z wojskiem, a następnie do represji władz carskich. Carat często krwawo tłumił 1-majowe pochody. Tak było na przykład w 1892 roku w Łodzi, gdy zamieszki trwały kilka dni. A maszerujący choć na sztandarach mieli socjalistyczne hasła, to śpiewali także patriotyczne pieśni o wymowie niepodległościowej. Przypomnijmy, że jeszcze w 1900 roku jeden z największych „łódzkich królów bawełny” Izrael Kalmanowicz Poznański zmuszał swoich robotników do 16-godzinnego dnia pracy. Z późniejszych demonstracji największe rozmiary przybrały wystąpienia z lat 1905-7 i 1917-19.

Okres międzywojenny w Polsce

Nieco inny wymiar miały marsze organizowane już w okresie XX-lecia międzywojennego. Stały za nimi głównie Polska Partia Socjalistyczna, ale pod uroczystości „podłączali” się także komuniści. Jeden z tego typu światopoglądowych konfliktów skończył się w 1931 roku strzelaniną wybuchło pomiędzy dwoma obozami. Dochodziło do tego, że w latach 20-tych, 1 maja odbywały się dwie legalne, osobne demonstracje i jedna demonstracja nielegalna – komunistyczna. O ile pochody socjalistów i żydowskich partii robotniczych władze tolerowały, to demonstracje komunistyczne był tłumione siłą.

1 maja był problemem dla władz w całym świecie. To chybna, dlatego, chcąc je niejako „oswoić”. Papież Pius XII w 1955 roku ogłosił 1 maja świętem katolickim – Świętem Józefa Rzemieślnika.  Nadał w ten sposób religijne znaczenie obchodzonemu od 1890 roku świeckiemu Świętu Pracy. W tym dniu Kościół w sposób szczególny pragnie zwrócić uwagę na pracę ludzką, zarówno w aspekcie wartości chrześcijańskich, jak i społecznych, ogólnoludzkich i narodowych.

Upaństwowienie 1 maja, czyli surrealizm

W ZSRR święto 1 maja stało się świętem państwowym. Władze organizowały manifestacje poparcia dla samych siebie. W istocie była to parodia idei walki o prawa pracownicze, wziąwszy pod uwagę, że niemal wyłącznym pracodawcą w Rosji Sowieckiej było państwo. Zmuszani do manifestowania obywatele tego państwa wznosili okrzyki chwalące przywódców partii i rządu, oraz hasła potępiające zachodnich imperialistów. Krótko mówiąc – obchody 1 maja w ZSRR stały się jednym z elementów państwowego terroru. Najwięksi surrealiści XX wieku nie wymyśliliby czegoś takiego, a władza radziecka potrafiła.

1 maja w czasach PRL

W Polsce, podobnie jak w innych państwach „obozu socjalistycznego”, czyli w państwach, które popadły w zależność od Rosji Sowieckiej, 1 Maja również przybrał charakter masowego poparcia dla władz. I trak samo jak w ZSRR sytuacja była surrealna, bo w Polsce, Czechosłowacji, NRD, Rumunii, Bułgarii i na Węgrzech to państwo było największym pracodawcą.

W latach 80. miały już miejsce niezależne od władz pochody i manifestacje, które organizowała w tym dniu solidarnościowa opozycja. Szczególnie duże były w Warszawie i Wrocławiu. Były one rozbijane przez milicję, a w latach 1982-1984 niejednokrotnie przekształcały się w starcia z ZOMO. Uczestnicy demonstracji byli zatrzymywani i stawiani przed Kolegium ds. Wykroczeń lub skazywani na więzienie przez sądy.

1 maja po roku 1990 w Polsce

Po roku 1990 w Polsce wielu ludzi, o nielewicowym światopoglądzie, obrało sobie za cel walkę ze świętem 1 maja jako reliktem i niechcianą pamiątką po PRL.

Ośmielam się jednak zauważyć, że PRL trwał 45 lat, a święto 1 maja ma już lat 132 lata. Dodam także, że walka ludzi pracy o swoje prawa miała i ma nadal głęboki sens – moralny i pragmatyczny. A smutna parodia tego dnia i święta, z jaką mieliśmy do czynienia w PRL-u, nie może unieważniać ani celów, ani znaczenia tego dnia.

Godna płaca, dobre warunki pracy, ośmiogodzinny dzień pracy – to jest ciągle aktualny program dla ludzi pracy najemnej.

Godna praca i płaca

 

Chodzi o godność pracownika, o poszanowanie jego podmiotowości. I nikt mi nie powie, że po 1990 roku nastały czasy idylliczne. Zachodnie koncerny i w ich ślady idące polskie firmy, chcąc zmaksymalizować zysk, narzucają wielu pracownikom normy pracy, zmuszające ich do niszczącego wysiłku. W korporacja pracownik nie jest podmiotem, jest przedmiotem działań, maleńkim trybikiem. Dzisiejszy wyzysk pracownika polega nie tylko na pracy ponad siły fizyczne. Pracownik ma oddać firmie serce, duszę i cały wolny czas. Jest dzisiaj normą, że zatrudniani w korporacjach, w wieku 23-25 lat pracownicy, po dziesięcioletniej pracy są zwalniani, bo zaczynają myśleć o swoim prywatnym życiu, o dzieciach, o współmałżonkach. A na ich miejsce przyjmowane są nowe dwudziestoparoletnie osoby, które przez 10-12 lat zaprzedadzą swoje prywatne życie firmie.

Dobre warunki pracy

Teoretycznie jest to sprawa nie do określenia, bo warunki pracy są w każdym miejscu pracy inne. Jednak w zbyt wielu miejscach pracy mamy do czynienia z ciasnotą, hałasem, brakiem wymaganego oświetlenia. W produkcji nader często spotykamy się ze stanowiskami pracy, na których pracownicy narażeni są na chorobotwórcze działania chemikaliów.

W okresie międzywojenny wspaniale funkcjonowała w Polsce Inspekcja Pracy. Ówczesne przepisy pozwalały urzędnikom na kontrolowanie zakładów pracy o każdej porze dnia. Była to w istocie policja pracy. Niestety w PRL-u znaczenie i rola Państwowej Inspekcji Pracy została przez władze bardzo ograniczona. Nie wyobrażano sobie, żeby państwowy inspektor mógł działać na szkodę państwowego przedsiębiorstwa.

Kilkanaście lat po transformacji ustrojowej, za rządów Leszka Millera z SLD, wprowadzono nowe przepisy, które w drastyczny sposób ograniczyły możliwości funkcjonowania PIP. Przede wszystkim zlikwidowano anonimowe doniesienia o nieprawidłowościach w miejscach pracy. Tym samym pracownik informujący o nieprawidłowościach narażał się na odwet kierownictwa zakładu pracy. Zlikwidowano również możliwość interwencji inspekcji, z własnej inicjatywy. A żeby już zupełnie związać inspektorom ręce, nakazano uprzedzać zakład pracy dwa tygodnie wcześniej, że PIP podejmie działania. Nie jestem wysokiego mniemania o osobach zarządzających zakładami pracy, ale naprawdę nie ma wśród nich tak głupich, żeby przez dwa tygodnie nie doprowadzili miejsc pracy do porządku.

Ośmiogodzinny dzień pracy

Prawnie jest obowiązujący, ale w praktyce? Ale kto dzisiaj pracuje po 8 godzin? Być może w dużych przedsiębiorstwach tak, ale nie we wszystkich. Obecnie w wielu urzędach i instytucjach samorządowych i państwowych znowu zapanował duch „wszystkie siły, cały czas dla naszego przedsiębiorstwa”. W wielu firmach „pozwala się” pracownikom przyjść wcześniej i później wyjść. Narzucone normy są tak duże, że w ciągu 8 godzin niewielu jest w stanie je spełnić.

Wśród średniej kadry zarządzającej panuje moda na chwalenie się, że pracuje się po 10-12 godzin. Zresztą przykład idzie z góry, te nocne posiedzenia Sejmu i Senatu, rząd pracujący nocami – według mnie jest to objaw złej organizacji pracy, ale według posłów i senatorów, to przykład poświęcania się dla Polski.

Póki zmuszani do pracy ponad 8 godzin są młodzi, jakoś to znoszą, ale przecież ich organizmy upomną się w wieku dojrzałym i podeszłym o ten brak odpoczynku.

Platforma Obywatelska za swych ostatnich rządów, wespół z PSL-em, wprowadziła istotne zmiany w kodeksie pracy. Dopuściła bowiem – w interesie pracodawców – takie manipulowanie czasem pracy, że możliwe jest kwartalne rozliczanie czasu pracy. Co skutkuje tym, że w dogodnym dla pracodawcy czasie, pracownik musi odebrać tzw. nadgodziny. W dawnych latach zasad była taka, że za pracę ponad 8 godzin płaciło się 50, 100 i 200 procent stawki godzinowej. Po zmianach Platformy Obywatelskiej – i PSL-u – pracodawcy są zadowoleni, ale pracobiorcy już nie bardzo.

Myślę jednak, że daleko nam jeszcze do spełnienia ideału polskiego pracodawcy, któremu śni się po nocach zadowolony pracownik, które pracuje darmo, albo za tyle ile zechce dać właściciel firmy.

Być może Lech Wałęsa, mówiąc w latach 90-tych, że Polska stanie się drugą Japonią, miał na myśli spełnienie japońskich ideałów społecznych – całkowite podporządkowanie się pracownika firmie, życie jej życiem i bycie szczęśliwym, gdy korporacja osiąga coraz większe zyski.

Dzisiaj 1 maja traci na znaczeniu, dlatego że media społeczne stały się forum wymiany myśli, także społecznych – na co dzień, niekoniecznie od święta. Ale w dalszym ciągu są na świecie ludzie, którzy obchodzą ten dzień, będąc przekonani, że warto i trzeba.

I po to jest ten 1 maja, żeby o tym wiedzieć i przypominać. A także, żeby tak wiele zmieniać, na korzyść pracownika, dla poszanowania godności ludzkiej.

 

Miałem ubaw – napisał o sprzedaży Twittera SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Wolny rynek

Może nie powinienem mieć, ale miałem ubaw. Miałem i to niezły. Kiedy Elon Musk ogłosił kupno Twittera światowe i polskie lewactwo zawyło (czy tam raczej zapiszczało). Marzeniem postępowego lewactwa jest, jak wiemy, nieskrępowana wymiana myśli i wolność słowa, pod jednym, wszakże warunkiem, że mówi się tylko to, co lewactwo chce usłyszeć i na co wyrazi pozwolenie.

Treść nielewacka jest od razu językiem nienawiści, dyskryminacji i transatlantykiem, czy innym trans (ja już się nie mogę w mnogości tych fobii połapać). Niemniej każdego innomyślącego trzeba zniszczyć medialnie, odciąć od pracy, zarobków, przyjaciół, otorbić i wyrzucić z mediów społecznościowych.

Staszewski kontra Musk

Musk, chce jednak inaczej. On uważa, że nieskrępowana debata (oczywiście zgodna z prawem) jest warunkiem rozwoju, trwania cywilizacji. Po to kupił Twittera. Krótko mówiąc lewactwo traci nad nim cenzorską kontrolę. Na wieść o wrogim przejęciu zareagował na przykład Bartosz Staszewski, jeden z najbardziej znanych polskich gejów walczących o prawa gejów potwornie dyskryminowanych w specjalnych strefach, które Bartosz oznacza tabliczkami z napisami. Tenże Bartosz napisał: „Elon Musk chce utopii wolności słowa. Potrzebna jest polityka ograniczających mowę nienawiści, dezinformację i toksyczną komunikację. Wizja Internetu Muska nie uwzględnia realnego świata. Czarny dzień dla Internetu.”

„Wolny rynek zdecydował”

Niestety wstrętni ludzie przypomnieli panu Bartoszowi jego wcześniejsze wpisy, kiedy tt cenzurował słowa prawicowych polityków. Wtedy znany gej nie krył radości pisząc: „Wolny rynek zdecydował” i „Czy Konfederacja nie może się przenieść na Albiclę i przestać płakać?”. Oprócz środowisk LGBTQAC/DCCIA (jeżeli jakąś dyskryminowaną orientację pomyliłem to przepraszam) wyli też politycy obawiający się teraz fake newsów i zmanipulowanych informacji na tt. Jedną z lepszych kontr jakie do tych urojonych zarzutów użyto była odpowiedź: „Fake newsów obawiają się środowiska, które twierdzą, że mężczyzna może urodzić dziecko”. Zgrabne, prawda?

Polityka w sieci

Tymczasem opublikowano dziwny sondaż, z którego wynika, że Marek Magierowski wygrałby wybory prezydenckie, że wyprzedziłby nawet Rafała Trzaskowskiego. To o tyle zastanawiające, że sam Magierowski jest dyplomatą i dziennikarzem, ale nie jest politykiem. To o tyle dziwne, że nie ma zdaje się zaplecza i nie wyraził chęci startu. Inna sprawa, że takie ogłoszenie, to może być go spalenie. Inna sprawa, że jego sukces może wynikać z dość chłodnego wysokiej próby profesjonalizmu, który prezentuje. Tego zdaje się ludożerka oczekuje.

Ku rozwadze innych kandydatów…

Po raz pierwszy na naszych łamach pisze CEZARY KRYSZTOPA: Nowy Musk Twittera

Elon Musk kupił Twittera za 44 miliardy dolarów. PKB, na przykład Białorusi, w 2017 roku to ok. 55 miliardów dolarów, co daje jakieś pojęcie o biznesowej skali tej inwestycji. Nie daje jednak zupełnie pojęcia na temat skali wpływu, jaki ta transakcja może wywołać na świecie, szczególnie w jego zachodniej części.

My w Polsce, słusznie zresztą, jesteśmy zajęci nieco innymi sprawami, mamy za ścianą wojnę i wściekłą Rosję na głowie, ale ci, którzy w ten czy w inny sposób śledzą przynajmniej angielskojęzyczną strefę światowej przestrzeni medialnej, widzą jak ta transakcja wstrząsnęła progresywną lewicą. Histeria, jaką rozpętano, począwszy od „gróźb” opuszczenia Twittera, poprzez „bunt” pracowników (zagrożenie, którym było podstawą do decyzji o zawieszeniu możliwości wprowadzania zmian na Twitterze przez pracowników), a skończywszy na groźbach zamordowania nowego właściciela, przypomina histerię po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta. Nawet wykonane przez internautów memy są podobne i wykorzystują motywy tamtej histerii sprzed kilku lat. Dlaczego tak się dzieje?

Internet to dziś główny kanał przepływu informacji i opinii na świecie. Natomiast z tej „wolności”, którą dawał u zarania swojego istnienia niewiele już zostało. Główne kanały przepływu informacji i opinii zostały zmonopolizowane przez kilka koncernów w ramach głównych platform mediów społecznościowych i głównych wyszukiwarek. Owszem, oligopol został zbudowany przy pomocy narzędzi wolnego rynku i dobrych produktów, ale czy efekt jest przez to mniej totalitarny?

Ten, kto sądzi, że dysponując narzędziami jakie dają nam koncerny, dysponuje narzędziami obiektywnymi, jest nieuleczalnym naiwniakiem. O tym, co wyszuka dla nas wyszukiwarka, czy jakie informacje, czy opinie do nas dotrą, nie decyduje ten, kto ich szuka. W największym stopniu decydują o tym stworzone przez ludzi, bynajmniej nie o konserwatywnych poglądach, algorytmy, które te strumienie kształtują. Z kolei o tym, jakie informacje i opinie do nas absolutnie nie mają prawa dotrzeć, a czasem wręcz na wieki zniknąć z dostępnej przestrzeni informacyjnej, decyduje często również korporacyjny cenzor. Nie ma tu miejsca by wymienić przypadki banowania, celowego ograniczania zasięgów treści konserwatywnych i przymykania oka na agresję, czy wręcz promocję treści progresywnych. Większość z Państwa zresztą te przykłady zna, lub sama tego doświadczyła.

Dość, że mając władzę kształtowania głównych kanałów przepływu informacji i opinii, koncerny będące właścicielami głównym platform mediów społecznościowych i wyszukiwarek, zbudowały sobie coś w rodzaju interfejsów do obsługi społeczeństw i są władne te społeczeństwa kształtować. W ten sposób mogą nawet decydować o tym, kto wygra wybory. Przesadzam? To przypomnijcie sobie jak tuż przed wyborami odcięto główne kanały dostępu do wyborców urzędującemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych. Prezydentowi Stanów Zjednoczonych!

Jak ma się do demokracji fakt, że to, kto zostanie wybrany w „demokratycznych wyborach” nie tyle decyduje się przy urnach wyborczych, co raczej na „konsolach” operatorów kształtujących wyborców strumieniami przepływu informacji i opinii. Czy z takiego „systemu demokratycznego”, a co za tym idzie, z takiego państwa i jego instytucji nie zostaje pusta żałosna wydmuszka? „Wybory” są i na Białorusi, cóż z tego jednak, skoro wiadomo, kto je wygra.

Większość państw niespecjalnie broni swojej supremacji w tym zakresie. Część z oportunizmu, niewiele jest przykładów wymuszenia przez państwo respektowania prawa przez światowe koncerny, które wypracowały doskonałe metody unikania odpowiedzialności. Innej części znowu, w to graj – postrzegają oni zwalczający wolność słowa oligopol Big Tech, jako sojusznika w trzymaniu pod butem „złych konserwatystów”, nie bacząc na to, że sami stają się sługami pozbawionych legitymacji demokratycznej wielkich korporacji. Gdzie na tym spektrum znajduje się Polska? Nie wiem, ale dotychczasowe próby obrony wolności słowa w sieci, albo spełzły na niczym, albo schowane zostały do szuflady.

I stąd to wycie, które rozległo się po zakupie Twittera przez miliardera, który wyjątkowo nie jest postrzegany, jako przedstawiciel najtwardszego progresywnego betonu. Behemot zadrżał z bólu i strachu. Boi się, że w szczelnym systemie, który zbudował może pojawić się wyrwa. Czy słusznie?

To się okaże. Elon Musk musiałby spełnić swoje obietnice i pokładane w nim nadzieje. A z miliarderami, to jednak nigdy nic nie wiadomo.