Szef KRRiT apeluje do minister kultury o zakończenie likwidacji mediów publicznych i zapewnienie im finansowania

Przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Maciej Świrski skierował do minister kultury i dziedzictwa narodowego Hanny Wróblewskiej pismo, w którym zaapelował o podjęcie działań mających na celu zakończenie procesu likwidacji spółek publicznej radiofonii i telewizji, jak również o zapewnienie im stabilnego i wystarczającego systemu finansowania misji publicznej.

Na wstępie szef KRRiT przypominał, że 13 listopada 2024 r. regulator podjął uchwałę w sprawie odmowy upoważnienia przewodniczącego rady do  zawarcia  porozumień z jednostkami  publicznej radiofonii i telewizji w sprawie ustalenia kart powinności na lata 2025-2029. Przypomniał, że w ocenie KRRiT spółki mediów publicznych do realizacji ustawowych zadań misji publicznej wskazały szacunkowe koszty na poziomie niemożliwym obecnie do sfinansowania ze środków publicznych.

„KRRiT zauważyła, że wszelkie założenia co do przychodów nadawców publicznych w kolejnych latach obowiązywania kart powinności pochodzących z dotacji z budżetu państwa, bez wyraźnej podstawy prawnej regulującej takie dotacje, należy uznać za co najmniej przedwczesne i nieuzasadnione. W aktualnie obowiązującym systemie prawnym regulującym finansowanie mediów publicznych brak jest regulacji zapewniających stałe finansowanie ze środków publicznych innych niż środki abonamentowe” – zauważył Maciej Świrski.

Tymczasem z przeprowadzonej analizy kart powinności na lata 2025-2029 wynika, że na pełną realizację zadań misji publicznej w tym okresie, w kształcie określonym w tych kartach, brakuje środków finansowych w wysokości prawie 15 mld zł.

„Ponadto Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji stoi na stanowisku, iż ustalanie kart powinności dla spółek mediów publicznych stoi w sprzeczności z celami procesu likwidacji” – podkreślił szef KRRiT.

„Pragnę zauważyć, że do czasu przywrócenia stanu prawnego spółek mediów publicznych zgodnego z ustawą o radiofonii i telewizji (zwłaszcza w świetle wyroku Trybunału Konstytucyjnego z dnia 18 stycznia 2024 r. w sprawie K 29/23 oraz pozorności postępowań likwidacyjnych jednostek publicznej radiofonii i telewizji) oraz zapewnienia wystarczającego i stabilnego finansowania misji publicznej ze środków publicznych, brak jest podstaw do ustalenia kart powinności jednostek publicznej radiofonii i telewizji na lata 2025-2029 w przedłożonym przez nie kształcie.

W związku z powyższym apeluję do Pani Minister o pilne podjęcie działań mających na celu zakończenie procesu likwidacji spółek publicznej radiofonii i telewizji, jak również o zapewnienie tym spółkom stabilnego i wystarczającego systemu finansowania misji publicznej, który pozwoli na niezakłóconą realizację ustawowych zadań i powinności” – napisał przewodniczący Świrski.

red., źródło: KRRiT

 

CEZARY KRYSZTOPA: No to sobie Hołownia wystartował

Wprawdzie za najbardziej żałosną postać systemu władzy Donalda Tuska uznaję upadły „aŁtorytet” Adama Bodnara, ale tuż za nim plasuje się pozbawiony kręgosłupa Szymon Hołownia. Trzeba im oddać, że dają z siebie wszystko, a konkurencja jest spora.

To jest w ogóle coś nieprawdopodobnego, że ten człowiek, tak plastyczny i pozbawiony właściwości, pochodzi z Podlasia. Choć może tłumaczy to fakt, że pochodzi z Białegostoku, który, z całą sympatią, Białystok to moje ulubione, jakże wyluzowane w porównaniu z wieloma innymi, miasto, nie jest jednak wolny od wszystkich wad dużych miast. Z drugiej strony, wielu spośród tych, którzy mieli do czynienia z jego działalnością charytatywną, go chwali.

Z Hołowni zostało niewiele

Fakt jednak faktem, że po roku funkcjonowania Koalicji 13 grudnia z noszonego na rękach i oglądanego w salach kinowych w ramach „Sejmfliksa” Hołowni, nie zostało nic ponad to, co zostać z niego mogło. Kupka żałosnego, bezkręgowego, czegoś.

A przecież jeszcze całkiem niedawno, wzorem iluś podobnych mu poprzedników, przywódców „ugrupowań protestu”, były gwiazdor TVN miał być „nośnikiem nowej jakości”, „praworządności”, „konstytucji” i wszystkich tych magicznych zaklęć. Tak naprawdę to on dał władzę Donaldowi Tuskowi, który, jak by nie liczyć, przegrał wybory w październiku 2023 z Prawem i Sprawiedliwością. Jeszcze całkiem niedawno swoją umiejętnością łączenia wszelkich możliwych poglądów uwodził całkiem przytomnych ludzi. Jeszcze niedawno celebrytki tarły kolanem o kolano na sam jego widok.

Atak saturacyjny

Co z tym kapitałem zrobił Hołownia? Został szmatą do podłogi Tuska. Podejmowanie bzdurnych uchwał – niby podstaw prawnych? Nie ma sprawy. Bezprawne kwestionowanie mandatów poselskich Kamińskiego i Wąsika? Ależ oczywiście „Najjaśniejszy Mój Panie Kierowniku”. Zdążył się chyba jeszcze z satysfakcją wypowiedzieć na temat odebrania pieniędzy PiS pod pretekstem wyciągniętym z nosa Kalisza, kiedy gruchnęła wieść, że zrządzeniem PKW Polska 2050 prawdopodobnie sama będzie miała kłopoty z pieniędzmi. A wcześniej były jeszcze przemilczane ostrzeżenia w postaci choćby reportażu w jego rodzimej TVN, na jego temat. Widać niewystarczająco się płaszczył, za mało pełzał u tuskowych stóp.

A teraz jeszcze ujawniona przez „zaprzyjaźnione media” sprawa Collegium Humanum, gdzie Szymon Hołownia ma figurować na liście studentów. Według doniesień Piotra Krysiaka i Newsweeka oceny „studentowi”, który miał nie przychodzić na zajęcia miał wpisywać sam rektor. Według doniesień studiować na Collegium Humanum miał też „mózg” Hołowni Michał Kobosko.

Ja nie stwierdzam winy czy też niewinności Szymona Hołowni. W czasach zdziczałej „praworządności” i „demokracji walczącej” są to prawdopodobnie wartości nieosiągalne. Pozwalam sobie jednak zadawać pytanie skąd teraz taki saturacyjny atak na niedawnego ulubieńca tłumów? Niektórzy twierdzą, że to ze względu na jego, jako kandydata w wyborach prezydenckich, krytykę innego kandydata – Rafała Trzaskowskiego, którego Hołownia nazwał „półpolskim”. E, chyba nie.

Hołownia generalnie nie pasuje Tuskowi do nadal realizowanej z uporem godnym lepszej sprawy, błędnej koncepcji „jednej listy”. Tusk nie zniesie żadnej konkurencji w mainstreamie. Jednak gwoździem do politycznej trumny Hołowni wydaje się być jego wypowiedź na temat wyborów prezydenckich – „Będziemy mieli za chwilę wybory prezydenckie. I to ktoś musi stwierdzić ich ważność, żeby prezydent mógł złożyć przysięgę. W pozostałych przypadkach wyborów jest domniemanie ważności wyborów, a Sąd Najwyższy może co najwyżej stwierdzić, że były nieważne, jeśli ma na to dowody. W przypadku wyboru prezydenta orzeczenie Sądu Najwyższego o ważności wyborów jest warunkiem, żeby mógł być wpuszczony na salę i składać przysięgę. Chyba nie muszę państwu mówić, co będzie, jeśli prezydent nie będzie mógł złożyć przysięgi. Kto będzie wtedy wykonywał jego funkcję w zastępstwie prezydenta? Ale to już mówię tak pół żartem, pół serio” – mówił Hołownia kilka dni temu w Sejmie, sugerując wyraźnie, że niezależnie od tego kto wygra wybory on, jako Marszałek Sejmu, w chorym i pozbawionym podstaw prawnych systemie Koalicji 13 grudnia, może pełnić rolę głowy państwa.

Plan Hołowni i plan Freda

Przyznaję, że na początku odruchowo założyłem, że to plan całej Koalicji i przez Tuska autoryzowany. Zadawałem sobie wprawdzie pytanie „czy na pewno Tusk chciałby tak bardzo zbudować Hołownię?”, ale tłumaczyłem sobie, że albo to desperacja, albo jeszcze nie wszystkie elementy układanki widać. No ale chyba jednak nie, ostatnie wydarzenia wokół Hołowni wskazują raczej na to, że nonszalancko i przedwcześnie ogłosił on „plan wydymania Freda”, ale się w swojej naiwności przeliczył i teraz to „Fred wydymał jego”.

W wypowiedzi dla wPolsce24 Szymon Hołownia mówi o „pomówieniach i kłamstwach” – (…) To oznacza, że sprawa jest bardzo poważna. I to oznacza, że dojdzie do bardzo poważnego kryzysu zaufania w naszej koalicji. Bo jeżeli służby za tym stoją, albo służby lub prokuratura miała w tym jakikolwiek udział, bo skądś te informacje musiały wyciec, no to będzie znaczyło, że nie jest to to na co się umawialiśmy (…).

Panie Szymonie, nie to żebym płakał po Waszej żałosnej Koalicji, ale myśleć to trzeba było o takich rzeczach wcześniej, myśleć i działać. Teraz to Pan sobie możesz pogadać.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Albo „demokraci”, albo demokracja

– Kraje Unii Europejskiej z zadowoleniem przyjęły poczyniony w Polsce postęp w kwestii praworządności, natomiast uznały, że sytuacja państwa prawa na Węgrzech znacznie się pogorszyła – miał przekazać Katarzynie Szymańskiej-Borginon unijny dyplomata.

I można się tutaj zżymać. A nawet należy się zżymać, ponieważ to się, pisząc kolokwialnie w pale nie mieści. W Polsce, spośród wszystkich „kamieni milowych” narzuconych Morawieckiemu, w zasadzie nie został zrealizowany żaden dotyczący praworządności. Nie została zmieniona w tym zakresie żadna ustawa, ale brukselscy cmokierzy mlaskają, że „jest postęp”.

A na czym ten „postęp” niby polega? Na bandyckim przejęciu mediów publicznych? Na zagrabieniu prokuratury na podstawie karty rowerowej? Na „podstawach prawnych” w postaci pozbawionych mocy prawnej uchwał sejmowych? Na kwestionowaniu konstytucyjnych uprawnień Prezydenta? Na maltretowaniu księdza i byłych urzędniczek? Przecież taka „wyrozumiała” UE po prostu nie ma sensu. Ani ekonomicznego, ani politycznego, ani aksjomatycznego. No, ale nie po to piszę ten tekst żeby stwierdzać oczywistości.

„Demokraci” zwariowali

Za to chciałbym zwrócić Waszą uwagę na to, że to co się dzieje w Polsce, jest częścią zjawiska dotykającego cały, szeroko pojęty Zachód. Tutaj niestety ma wyjątkowo dramatyczny przebieg, ze względu na charakter eksperymentów, które sądząc m.in. z tekstów Klausa Bachmanna w Berliner Zeitung, przeprowadzają na Polakach – za pośrednictwem swoich lokalnych pomagierów – Niemcy. Natomiast, podobne procesy zachodzą również gdzie indziej. Francuscy sędziowie próbują zakazać kandydowania Marine Le Pen, fikołki jaki wyczyniali sędziowie, politycy i urzędnicy amerykańscy żeby uwalić kandydaturę Trumpa, powinny wejść do historycznych podręczników jako przykład szaleństwa jakie dotknęło „demokratów”.

Tak, bo „demokraci” (celowo piszę to słowo z małej litery, ponieważ nie mam na myśli amerykańskiej Partii Demokratycznej, tylko wszystkich rzekomych „demokratów” na Zachodzie we wszystkich ich odmianach) zwariowali. Ze strachu odjęło im rozum. Dotarło do nich, że przy urnach wyborczych mogą ponieść konsekwencje wszystkich eksperymentów, które w swojej bucie przeprowadzali na swoich wyborcach. I w tej bezrozumnej panice demontują pospiesznie demokrację.

Nie wykluczam, że gdzieś tam u zarania, w jakiejś masie, mieli rzeczywiście dobre intencje chcąc zbudować „lepszą demokrację” nazywając ją „demokracją liberalną”. Gdyby mieli za sobą doświadczenie „demokracji ludowej”, pewnie wiedzieliby, że dodawanie do „demokracji” przymiotników to niebezpieczna zabawa. Ale nie mieli i faktem jest, że to co im wyszło, to żadna demokracja, a raczej z definicji czysta i zazdrosna o swój stan posiadania oligarchia z pewnymi fasadowymi atrybutami demokracji. W dodatku coraz bardziej spanikowana i odwołująca się do metod otwarcie kwestionujących ład prawny, a nawet, jak w Polsce, do nagiej siły.

Ostatni spazm

Ostatnim jej spazmem w Polsce jest odebranie finansowania największej partii opozycyjnej przez zdominowaną przez „uśmiechniętych” polityków koalicji 13 grudnia Państwową Komisję Wyborczą i na podstawie wątłych pretekstów wyciągniętych z nosa Ryszarda Kalisza. Boje się sobie wyobrażać jakie wycie niosłoby się po zachodnich salonach, gdyby na równie wątłej podstawie PiS odebrał finansowanie największej swego czasu partii opozycyjnej – Platformie Obywatelskiej. A teraz, proszę ja Was, cisza. Co najwyżej „kraje Unii Europejskiej z zadowoleniem przyjmą poczyniony w Polsce postęp w kwestii praworządności”. Jeśli ktoś z PiS chciałby w przyszłości odwoływać się jeszcze do „wartości europejskich”, lub liczyć na jej „prawa”, powinien się natychmiast udać do lekarza od oczu, albo od głowy. I musieliby to być naprawdę doświadczeni specjaliści.

Jakby tego było mało, Marszałek Błazen Hołownia podał niby żartem przepis na sytuację, w której koalicja 13 grudnia nie uznaje Sądu Najwyższego (bo neosędziowie, których nie widzi nawet TSUE i Komisja Wenecka) i nie ma komu stwierdzić ważności wyborów prezydenckich. Otóż obecny Marszałek Sejmu (Podlasie przeprasza za Hołownię) umyślił sobie, że w takiej sytuacji to on jako Marszałek będzie p.o. Prezydenta. Wszystkie te paniczne ruchy świadczą o jednym. Nasz lokalny, „demokratyczny”  Werwolf, skoro czuje się zmuszony sięgać po takie metody, boi się przegranej w wyborach. Może i słusznie.

Plebiscyt

Wszystkie te histeryczne działania „demokratów”, ze szczególnym uwzględnieniem odebrania finansowania największej partii opozycyjnej, mają jeden, prawdopodobnie nieprzewidziany przez nich skutek. Otóż, jako forma zamachu stanu, najbliższe wybory pozycjonują jako swego rodzaju plebiscyt za i przeciw demokracji. Demokracji rozumianej jako rządy przedstawicieli demosu, a nie różnych mniej i bardziej tajnych, samozwańczych gremiów. I kandydata „demokratów” bynajmniej nie ustawiają po stronie demokracji. Przeciwnie, jeśli ktoś chce żeby jeszcze kiedykolwiek jakikolwiek jego głos miał w wyborach znaczenie, zdecydowanie powinien głosować przeciwko kandydatowi nadwiślańskiej ekspozytury oligarchii, jaką jest Platforma Obywatelska. Nie jest moją rolą pisać Wam na jakiego kandydata macie głosować, ale jeśli Wam demokracja miła, powinniście z całą pewnością głosować przeciwko kandydatowi oligarchicznych „demokratów”.

Będą kombinować? No pewnie, że będą. Dla utrzymania władzy sprzedaliby własną matkę, a właściwie jeśli Ojczyzna jest naszą Matką, to już są w trakcie transakcji. Natomiast Donald Trump i Marsz Niepodległości pokazali jak zwyciężać mamy. Gdyby przewaga Donalda Trumpa nad Kamalą Harris była minimalna, pewnie bylibyśmy teraz świadkami przedstawienia mającego odebrać mu przy pomocy kruczków prawnych i oszustw, zwycięstwo. A gdyby na Marsz Niepodległości przyszło mniej ludzi, zapewne mielibyśmy do czynienia z prowokacjami i KPRM wie, czym jeszcze.

Sprawa jest więc, cytując klasyka, arcyboleśnie prosta, żeby PKW, Hołownia i „profesorowie prawa” schowali się pod mokrego mopa, demokratyczny (właśnie nie „demokratyczny”, tylko demokratyczny) kandydat musi wygrać zdecydowanie.

HUBERT BEKRYCHT: Kto zyskuje na likwidacji BIEŁSAT TV i zwolnieniu A. Romaszewskiej?

 „15 listopada 2024 r. likwidator TVP oficjalnie zlikwidował Biełsat TV” – napisała na FB Agnieszka Romaszewska, przez kilkanaście lat szefowa stacji i jej głowny twórca. „W nagrodę” za konsekwentne prowadzenie Biełsatu została w marcu 2024 roku wyrzucona dyscyplinarnie z TVP. S.A. w likwidacji. Pod żenująco śmiesznymi zarzutami zwolniono dziennikarkę, która stworzyła niepowtarzalny Zespół ludzi przekazujących Prawdę do krajów postsowieckich, m.in. na Biołoruś i do Rosji.

Romaszewska przekazała na FB, że „zlikwidowano jednostkę organizacyjną TVP pod tą nazwą [Biełsat – red.]. W nowym regulaminie TVP takiej nazwy już nie znajdziecie. Przy tym na Placu Powstańców odbyło się dziwne ni to zebranie ni konferencja prasowa, na której pojawili się tzw. „wszyscy święci” czyli pan Broniatowski – obecny szef TVP World, pan Wroński rzecznik MSZ, jeszcze jedna pani z MSZ,  zdalnie Swietłana Cichanouska a także nowa kierowniczka jednostki (podjednostki?)  którą własnie zlikwidowano (…), czyli Alina Koushyk.” – wyjaśniła Romaszewska a cytat ten podał m.in. portal Biznes Alert – Media.

„Podobno nowa kierowniczka sugerowała, że ‘wszystko będzie po staremu’ a pan Broniatowski przekonywał, że za 140 mln zł TVP stworzy prawdziwe zalążki międzynarodowej polskiej potęgi, bo w nowoutworzonym Ośrodku Madiów dla  Zagranicy (czy jakoś tak), ktorego szefem ma być właśnie pan Broniatowski, będzie nadawanie nie tylko po białorusku i po rosyjsku ale jeszcze po ukraińsku i po angielsku i może trochę po niemiecku” – zwróciła uwagę była szefowa Biełsatu.  „Zdaję sobie sprawe, ze dla  większości z Państwa nie zajmujacych się produkcją TV, to abstrakcyjne sumy, więc dla ułatwienia przypomnę, że budżet raczej skromnej, francuskiej TV dla zagranicy wynosi rocznie, w przeliczeniu na złotówki, około miliarda” – wyliczyła Romaszewska.

Tym samym został zakończony proces demontażu kierownictwa Biełsatu, które niemal bez zmian w składzie,  stworzyło stację, potem ją rozbudowywało i przeprowadziło przez 17 lat najrozmaitszych turbulencji” – przypominała usunięta dyscyplinarnie wieloletnia szefowa stacji. Zwolniona poza mną została moja zastępczyni i szefowa działu programów cyklicznych  Beata Krasicka, szef techniki Bielsatu Mirosław Ciunowicz, który w zasadzie stworzył cały system technologiczny Biełsatu (który też zresztą został rozmontowany),Volha Shved, która odpowiadała za rozwój technologi rozpowszechniania cyfrowego, Waldemar Domański – wieloletni kierownik, potem dyrektor ds. ekonomicznych Biełsatu ( jego już po raz pierwszy zwalniała ekipa Jacka Kurskiego, ale w wyniku moich wysiłków i decyzji prezesa Matyszkowicza powrócił do nas, co prawda już tylko jako specjalista do spraw ekonomicznych, w 22r.), a teraz ma odejść ze stanowiska mój drugi zastępca (a właściwe patrząc z punktu widzenia obowiązków – pierwszy) nadzorujący informację Aleksy Dzikawicki” – podsumowała Romaszewska, co przekazał m.in portal Biznes Alert.

 

oprac. m.in. .: red./ ede/ Biznes Alert – Media/ FB A. Romaszewskiej

    

A miałem pomysł na zupełnie inny komentarz…

W zasadzie większość faktów w tej sprawie jest znana. Więszość, co oczywiste, nie oznacza to, że wiemy wszystko o kulisach likwidacji Biełsatu. Likwidacji dokonanej przez TVP  też w likidacji, którą prawie rok temu nielegalnie, z pominięciem fundamentalnych przepisów prawa, przejął rząd Donaldna Tuska. Na miejsce poprzednich szefów TVP, PR i PAP powołano marionetkowe władze tych spółek. 

I obecnie te władze tzw. mediów publicznych realizują politykę usuwania tego, co było funkcjonalne w polityce poprzednich rządów wobec TVP, co było dobre w zarządzaniu przez leganych nadal prezesów polskich mediów publicznych.

Trzeba konsekwentnie, w każdej sytuacji, stawiać rządowi i nielegalnym władzom mediów publicznych jedno pytanie, na które pewnie jeszcze nikt nie odpowie: Kto zyskał na zniszczeniu mediów publicznych, m.in. Biełsatu, władze kolaicji, która doszła do władzy 13 grudnia, czy Putin?

Hubert Bekrycht

I tak na koniec, jak mawia młodzież, bez trybu.

Okazało się, że dyrektor TVP Info Paweł Moskalewicz zatrudnił w swoim sekretariacie partnerkę, matkę jego dziecka. I tak się na niego wszyscy rzucili, że aż wstyd. Moskalewicza przysłano do przejętej przez rząd TVP 21 grudnia 2023 r. Skąd miał biedny chłop wiedzieć, że „niszczyciele z pisowskiej telewizji” zlikwidowali też etos uczciwej seketarki. No, to przyją swoją. Partnerkę, ale to nie takie proste.

Moskalewicz tłumaczył, że jeego seketarka przeszła z sukcesem procedurę kwalifikacyjną. On wie, bo współdecydował pewnie o rekrutacji, przecież bez dyrektora TVP Info w do kanału informacyjnego publicznej telewizji nie przyjętoby nikogo.

I wreszcie coś, co mnie przekonało o racji Moskalewicza. Dyrektor zapewnił, że przyjęta sekretarka nie jest już jego parnerką. Tylko byłą parnerką.

Przebiegłość nowych menedżerów TVP. S.A. w likiwdacji jest wręcz legendarna i porównywalna tylko z przebiegłością Kamali Harris.

komentarz – HB

 

 

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Reprodukcja patologii

Jeśli wzorcem z Sèvres dla polskich mediów ma być BBC to można wytłumaczyć dlaczego u nas one tak wyglądają, jak wyglądają. Choć tylko częściowo.

W autobiograficznej książce, którą zresztą gorąco polecam, „Outsider”, Frederick Forsyth opisuje jak działała już w latach 60. brytyjska BBC. Lekcja pisarza powinna być obowiązkową odtrutką dla wszystkich tych, którym w trakcie studiów dziennikarskich, praktyk redakcyjnych albo kariery zawodowej, wpojono przekonanie, że to wzór dziennikarskiej rzetelności, tym bardziej, że przez ponad 50 lat od kiedy Forsyth opisywał swoją krótkotrwałą pracę w BBC sprawy poszły zdecydowanie do przodu. W brytyjskiej „publicznej” autor „Dnia Szakala” znalazł się w drugiej połowie lat 60. kiedy w Nigerii, kilka lat po tym jak zyskała niepodległość wybuchło powstanie ludu Ibo wiedzionego przez pułkownika Ojukwu i na krótki czas nad Zatoką Biskajską utworzono państwo Biafra. Forsyth, jako młody i ambitny wówczas dziennikarz postanowił, że w swoich korespondencjach „napisze jak jest”. I wówczas zaczęło się to, czego uczciwie mówiąc, nie powstydziłby się żaden z socjalistycznych demoludów.

Okazało się, że BBC jest po prostu tubą brytyjskiego establishmentu, a swoją misję i cele pojmuje dość swoiście – jako realizację zadań politycznych. Do tego nie zadań brytyjskich, nawet nie elit brytyjskich, a po prostu polityków Partii Pracy, czyli ekipy nieustannie wracającego do władzy Haralda Wilsona. A w jego interesie było nie negować integralności Nigerii. Sztucznego państwa, którego nazwę wymyśliła pani Lugart, żona brytyjskiego awanturnika, który teren podbił, a mapę wyrysowano po prostych liniach wokół obszaru, który opanował. W tej sytuacji, dla osobnej państwowości ludu Iba, który był wyżej rozwinięty niż reszta kraju, i jego wykształconego na Oksfordzie przywódcy, miejsca być nie mogło. Także w mediach. Duże afrykańskie powstanie, wojnę, a w końcu powstanie państwa najpierw bagatelizowano, potem zdecydowano się przemilczeć, co ostatecznie zakończyło pracę niepokornego Forsytha w BBC. Jak celnie on zauważa, w tym czasie media brytyjskie, a także ich rozmaite pochodne, w postaci celebrytów i rozmaitych gadających głów, przeżywały nieustannie inną wojnę. W Wietnamie. Podczas, gdy inna wojna toczona na ogromnym terytorium, jeszcze kilka lat wcześniej będącym fragmentem imperium brytyjskiego, a do dziś dnia członkiem Wspólnoty Brytyjskiej, ich nie zajmowała.

Obserwując choćby rzetelność alternatywną z jaką BBC relacjonuje wydarzenia polityczne w Polsce, a także jak stawała na wysokości zadania propagandowego relacjonując wybory w USA trzeba przyznać, że sprawy tylko się rozwinęły i dziś młody Forsyth po prostu naiwnie by tam nie poszedł (wcześniej był korespondentem Reutersa). Gorąco polecam zresztą rozmowę amerykańskiego komentatora Bena Shapiro, można ją znaleźć na Youtube, który kilka lat temu przerwał wywiad z dziennikarzem Andre Neilem nawrzucawszy mu wcześniej od propagandystów. Było to pół wieku po tym, jak z BBC swoją pracę tam zakończył tam Frederick Forsyth. Jak podsumował sprawę w swoim komunikacie zacny brytyjski nadawca „Ben Shapiro jest postacią kontrowersyjną”.

BBC za to kontrowersyjne nie jest. Jest po prostu tubą propagandową lewicy, niegdyś brytyjskiej, a dziś światowej, udającą niezależność. Ale jeśli ktoś się pociesza, że podobnie jest u nas to niestety racji nie ma. U nas jest dużo gorzej. Jednak całkowite przemilczenie, przynajmniej do momentu w którym piszę ten felieton, przez wszystkie media głównego nurtu, sprawy nie tylko wyczynów ojca i wujów Kingi Gajewskiej, ale też nie zadanie w tej sytuacji oczywistego pytania o pochodzenie majątku wiceministra sprawiedliwości Arkadiusza Myrchy, przekracza to, na co narażeni są Brytyjczycy. Podobnie jak nie mają oni jednak  swojej Doroty Schnepf-Wysockiej. Ale cóż, jak widać znowu się potwierdza, że w krajach postkolonialnych patologie występujące w „ugruntowanych demokracjach”, czyli dawnych imperiach, reprodukują się ze zdwojoną siłą.

 

CMWP SDP w obronie red. Moniki Rutki z Tygodnika Solidarność i portalu Tysol.pl

CMWP SDP stanowczo wspiera red. Monikę Rutkę, dziennikarkę Tygodnika Solidarność i portalu tysol.pl oraz zapowiada monitoring sprawy związanej z zadniem przez nią niewygodnego dla premiera Donalda Tuska podczas jego konferencji prasowej . W reakcji na nie  podsekretarz stanu w Kancelarii Premiera Rady Ministrów powiedziała, iż dziennikarka „złamała zasadę” i zapowiedziała  „kończymy współpracę”, co  oznacza, że dziennikarka może już nie być wpuszczana na konferencje prasowe premiera. Praktyka wykluczania zadających trudne pytania dziennikarzy z udziału w konferencjach prasowych premiera  stała się powszechną  i dotyczy wielu dziennikarzy konserwatywnych mediów, w tym przede wszystkim dziennikarzy TV Republika. CMWP SDP konsekwentnie podkreśla, iż zagraża to realizacji zasady wolności słowa w Polsce. 

7 listopada b.r. na konferencji prasowej red.  Monika Rutke zapytała premiera Donalda Tuska o jego opinię na temat prezydenta – elekta USA, przypominając  posądzenia obecnego premiera o rzekome kontakty Donalda Trumpa z rosyjską agenturą . Dopytany przez dziennikarkę,  premier zaprzeczył swoim wypowiedziom sprzed kilku miesięcy słowami : Nie, tego typu sugestii nigdy nie zgłaszałem, choć wypowiedź ta dostępna była w Internecie, także na jego oficjalnym kanale na platformie YouTube. Na pytania red. Moniki Rutke zareagowała Agnieszka Rucińska, podsekretarz stanu w Kancelarii Premiera Rady Ministrów, która poinformowała dziennikarkę , iż  „złamała zasadę”  i  że „kończymy współpracę”.  Red. Monika Rutke opisała to zdarzenie w specjalnym oświadczeniu.  W reakcji na nie na jednym z ogólnopolskich portali internetowych urzędniczka probowała wycofać się ze swoich słów : Powiedziałam redaktor Rutke jedynie to, że nie będę więcej się z nią umawiała na możliwość zadawania pytań, skoro nie chciała zrozumieć, że nas ograniczał czas, za chwilę mieliśmy wylot samolotu i naprawdę nie był to ani moment, ani miejsce na dokrzykiwanie dodatkowych pytań po tym, jak premier na jej pierwsze pytanie już odpowiedział.  Urzędniczka zignorowała przy tym to, iż  dziennikarka zauważyła iż  Donald Tusk wprowadza opinię publiczną w błąd i w swojej  odpowiedzi zaprzecza swoim wcześniejszym słowom, dlatego podczas konferencji wskazane było upewnienie się przez nią, czy właściwie zrozumiał on zadane pytanie i świadomie udziela odpowiedzi, w której przeczy sam sobie. Zadanie przez nią kolejnego pytania było naturalną, profesjonalną reakcją dziennikarza na zaistniałą sytuację.

CMWP SDP podkreśla, że biorąc pod uwagę wszystkie w/opisane okoliczności, red. Monikę Rutkę  nie powinny spotkać żadne negatywne konsekwencje dotyczące swobody wykonywania przez nią zawodu dziennikarza, w szczególności nie powinien mieć miejsca zakaz wstępu na otwarte dla innych konferencje prasowe premiera, czy urzędujących ministrów. Dlatego CMWP SDP zapowiada, iż prewencyjnie obejmuje tę sprawę monitoringiem, co jest uzasadnione celami realizowanymi przez Centrum oraz potrzebą ochrony istotnych dóbr chronionych prawem, w tym konstytucyjnych praw i wolności. Od czasu powstania rządu Donalda Tuska praktyka wykluczania zadających trudne pytania dziennikarzy z udziału w konferencjach prasowych premiera  stała się powszechną  i dotyczy wielu dziennikarzy konserwatywnych mediów, w tym przede wszystkim dziennikarzy TV Republika. CMWP SDP konsekwentnie podkreśla, iż zagraża to realizacji zasady wolności słowa w Polsce.

dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP

Warszawa, 8 listopada 2024 r.

CEZARY KRYSZTOPA: Dlaczego Polacy nie lubią Niemców?

Znany z jednostronnego przedstawiania sytuacji w Polsce Philipp Fritz opisał w die Welt wyniki kompleksowego badania, z którego wynika, że stosunek Polaków do Niemców od lat się pogarsza. A sytuacja wcale nie zmieniła się po dojściu do władzy proniemieckiego Donalda Tuska.

Czy ktokolwiek z Państwa czuje się zaskoczony? Chyba nie. Tym bardziej, że kto ma oczy ten widzi, że nawet jeśli ktoś miał co do stosunku Niemców do Polaków jakieś złudzenia, to – w wyniku rządów realizującego niemiecką agendę wobec Polski Donalda Tuska – szybko się ich pozbywa.

Fascynujące „przyczyny”

Fascynujące są jednak przyczyny tego stanu rzeczy, a przynajmniej tak jak je widzi wieloletni korespondent w Warszawie i opowiada o nich rodakom na łamach jednego z najbardziej poczytnych niemieckich dzienników własnymi słowami i słowami ekspertów o polską brzmiących nazwiskach. Otóż wg. Fritza „winien jest rząd PiS, który oczerniał Niemców” i „telewizja państwowa zawsze malowała swojego zachodniego sąsiada w ciemnych barwach”. No może jeszcze trochę „historia”.

I te bzdury Niemcy, w tym Niemcy, którzy mają pogłębiać wiedzę Niemców nt. Polaków, tacy jak Fritz, powtarzają sobie od lat, jedocześnie głośno „dziwiąc się wzajemnemu niezrozumieniu”. Nie wiem, czy robią to celowo, czy też autentycznie nie mogą wyjść z jakiegoś rodzaju ograniczeń umysłowych, które nie pozwalają im zrozumieć oczywistości, ale spróbuję pomóc.

Panie Fritz

Zatem, Panie Fritz, tą drogą, bo na „X” Pan mnie zbanował, tak w telegraficznym skrócie:

Zacząć należałoby od tego, że Polacy coraz mniej lubią Niemców, ponieważ mija coraz więcej lat od rzezi, której Niemcy dokonali na Polakach, a najeźdźcy nie kwapią się do adekwatnego zadośćuczynienia. Właściwie nie kwapią się do żadnego, które nie byłoby obraźliwe wobec skali zbrodni niemieckich na obywatelach Polski. Polskie ofiary nie mają nawet pomnika w Berlinie, zrabowane przez Niemców polskie dzieła sztuki nadal leżą w niemieckich piwnicach, a polskiej mniejszości nie został oddany majątek odebrany dekretami Goeringa. Jakby tego było mało, Niemcy kłamią na temat wspólnej historii i przy użyciu niewątpliwie potężnych narzędzi propagandowych, utwierdzają niesprawiedliwe stereotypy na temat Polaków. Pan by kogoś takiego lubił?

Co więcej, Niemcy mieniąc się „sojusznikiem Polski” realizują geopolitykę sprzeczną z interesami Polski i innych państw Europy środkowej. Do Nord Stream już może nie ma po co wracać, ale kto chce widzieć, widzi jak Niemcy dążą do powrotu robienia interesów z Rosją, lub też nigdy nie przestali ich robić, jak choćby w przypadku sprowadzania do rafinerii Schwedt ropy rzekomo kazachskiej, ale cudem jakimś wykazującej cechy ropy rosyjskiej. Niemcy mają oczywiście prawo prowadzić taką geopolitykę jaką uznają za słuszną, ale trudno za „sojusznika” uznawać kogoś, kto prowadzi wobec nas politykę wrogą, jak choćby w przypadku zakulisowego rozbijania jedności państw regionu Trójmorza, korumpowania elit, czy blokowania inwestycji rozwojowych.

Być może najbardziej ostatnio irytuje Polaków traktowanie przez Niemcy Polski jak śmietnika. I to nie tylko śmietnika na szkodliwe niemieckie odpady, ale również na skutki nieudanych niemieckich eksperymentów politycznych, jak w przypadku masowej migracji, czy działających wbrew interesom Polaków rządów implementowanych siłami powolnych Niemcom mediów. Pan wybaczy Pnie Fritz, ale trudno Was w tym wszystkim lubić (przy czym mam na myśli głównie niemieckie elity różnych poziomów, ponieważ ze strony zwykłych Niemców bywało, że spotykałem się z zaskakującym zrozumieniem).

Co mogą Niemcy?

Czy można coś w tej sprawie zrobić? Można. Oddajcie co ukradliście, wypłaćcie reparacje, przestańcie mieszać nam się do naszych spraw, przestańcie kłamać na temat Polski i zabierzcie swoje śmieci. A kiedy nam przejdzie złość, zastanowimy się jak oprzeć wzajemne stosunki na możliwej synergii i poszanowaniu odrębności interesów.

Zjazd Sprawozdawczo-Wyborczy Delegatów SDP w obiektywie ANDRZEJA GOJKE

W Kazimierzu nad Wisłą odbył się Zjazd Sprawozdawczo-Wyborczy Delegatów SDP, który udzielił absolutorium dla ustępującego Zarządu Głównego kierowanego przez prezesa Krzysztofa Skowrońskiego oraz wybrał władze na kolejną kadencję. Nowym prezesem  Stowarzyszenia została Jolanta Hajdasz.

Fot. Andrzej Gojke

Twoja mama zawsze sobie poradzi…  — 18. fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Zdjęcie przedstawiające rękę zabitej kobiety z manicure — czerwony lakier z białym sercem na serdecznym palcu — zostało opublikowane w wielu światowych mediach. Dzięki tej fotografii, która stała się symbolem rosyjskiego okrucieństwa w Buczy, znajomi rozpoznali Irynę Filkinę… — publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to wstrząsająca kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Publikujemy kolejny fragment książki. Wcześniejsze odcinki można przeczytać TUTAJ

Bucza, ulica Jabłońska, godzina 7.30

— Mamo, błagam cię, nie jedź do domu! Rosjanie okupowali Mychajliwkę-Rubeżiwkę… Zabijają ludzi — płakała do słuchawki Ołena.

— Córko, nie martw się! To przecież twoja mama, zawsze sobie poradzi — spokojnie odpowiedziała Iryna Filkina. — Muszę kończyć, bo ciężko pedałować…

Ta rozmowa odbyła się 5 marca i od tego momentu Iryna nie kontaktowała się już z bliskimi…

Prawie miesiąc później, w wyzwolonej Buczy, Algierka Zohra Bensemra, która pracuje głównie w „gorących punktach” na Bliskim Wschodzie, w Afryce i Azji, zrobiła zdjęcie dla agencji Reuters przedstawiające rękę kobiety z manicure — czerwony lakier z białym sercem na serdecznym palcu. W krótkim czasie to zdjęcie zostało opublikowane w wielu światowych mediach. Holenderski dziennik De Volksrant umieścił 4 kwietnia na pierwszej stronie dokument świadczący o terrorze Rosjan, wykonany przez Zohra Bensemra, podkreślając, że w Buczy „setki cywilów zostały rozstrzelane przez rosyjską armię”. To właśnie dzięki temu zdjęciu, które stało się wiralowe w mediach społecznościowych, bliscy i znajomi rozpoznali Irynę Filkinę…

Tego samego dnia, wizażystka z Hostomla, Anastazja Subaczowa, z bólem napisała na Facebooku: „Gdy po raz pierwszy zobaczyłam to zdjęcie w sieci, od razu poczułam, że jest mi bardzo znajome, ale nie mogłam do końca zrozumieć dlaczego. Zaczęłam myśleć o tej kobiecie z manicure, skąd ją znam… Porównałam zdjęcia jej ciała z moim własnym zdjęciem jej manicure i zrozumiałam, że to ta sama osoba… Znalazłam zdjęcia, na których Iryna trzyma paletę i pozuje z tym samym manicure, z tym samym serduszkiem i lakierem. I zrozumiałam, że to ona…”.

Iryna Filkina, mieszkająca we własnym domu pod Kijowem, w wiosce Mychajliwka-Rubeżiwka, pracowała w „Epicentrze”, zlokalizowanym na zachodnich obrzeżach Kijowa, przy ulicy Berkoweckiej, jako operatorka kotłowni. To stanowisko w „erze postępu technicznego” nazywano po prostu palacz. Na początku 2022 roku zapisała się na kurs wizażu. Jak wspomina jej młoda mentorka Anastazja, Iryna „mówiła, że bardzo późno zdała sobie sprawę, że trzeba kochać siebie i bardzo żałowała, że nie zrozumiała tego wcześniej. Ale teraz była nastawiona, by kochać siebie na maksa”. Jako wyraz tej wolności zrobiła sobie na Walentynki wiśniowo-czerwony manicure z serduszkiem na serdecznym palcu.

„Mama próbowała wszystkim powiedzieć, że życie jest krótkie i trzeba zdążyć zrobić wszystko, co chcesz i co ci się podoba — wspominała córka Nadija. — Przez całe życie dążyła do osiągnięcia dobrego statusu społecznego: zbudować dom, znaleźć porządną pracę, kupić samochód. Całe życie pracowała, więc przez ostatnie dwa lata postanowiła żyć dla siebie. Na Nowy Rok zorganizowaliśmy dla niej wycieczkę po Kijowie, po raz pierwszy jeździła na łyżwach, a wiosną planowaliśmy przejażdżkę konną”.

Kobieta, która w kwietniu miała skończyć pięćdziesiąt trzy lata i miała już dwie dorosłe córki, czuła potężny przypływ drugiej młodości: „Na stare lata wreszcie zrozumiałam najważniejsze — trzeba kochać siebie i żyć dla siebie! W końcu będę żyć tak, jak chcę!”.

Iryna założyła konto na Instagramie i zaczęła dzielić się z „wirtualnymi” przyjaciółmi swoimi małymi radościami i wydarzeniami z życia osobistego.
„Powiedziała, że teraz sama zrobi sobie makijaż na koncert Olhi Poliakowej, bo na ostatnich zajęciach kupiłyśmy jej pierwszy zestaw kosmetyków i była z tego powodu niesamowicie szczęśliwa — opowiadała Anastazja Subaczowa. — Na pożegnanie mnie przytuliła i prosiła, żebym dbała o zdrowie, mówiła, jaka jestem cudowna. Była jak uzdrowicielka, czuła mnie i moje bóle. Jak bardzo boli, że nie wyczułam jej bólu”. Ostatnie zajęcia odbyły się 23 lutego…

Następnego dnia o piątej rano do Iryny zadzwoniono z pracy: „Iryno Siergiejewno, trzeba iść do pracy. Nic strasznego się nie stanie… Rosjanie tylko ostrzeliwują bazy, obiekty wojskowe”.

Już w ciągu dnia, jak opowiadała Olga, „mama zadzwoniła i powiedziała, że ich centrum handlowe zostało ostrzelane. Wieczorem rozpoczął się alarm przeciwlotniczy, wybuchy było słychać z każdej strony. Wtedy postanowiłam ewakuować się z przyjaciółką do Polski… A mama została w tym przeklętym ‘Epicentrze’, gdzie utworzono punkt humanitarny. Proponowałam jej, żeby pojechała z nami, ale odmówiła, mimo iż skarżyła się, że musiała pracować na drugą zmianę, bo inni pracownicy nie mogli dojechać do centrum handlowego. Mama bała się, że ją zwolnią. Szefostwo groziło jej, a w jej wieku znalezienie nowej pracy jest prawie niemożliwe.
Kiedy prawie dotarłyśmy do Polski, mama zadzwoniła i powiedziała: ‘Wszyscy stąd wyjechali. Zostałam sama’. Moja mama została porzucona. Wszyscy, którzy schronili się w centrum handlowym, zostali ewakuowani, a moją mamę zostawili. Powiedzieli, że zabrakło miejsc w samochodach”.

Ponad tydzień Iryna Filkina nie opuszczała pracy w „Epicentrze” — karmiła ludzi, którzy znaleźli tam schronienie przed ostrzałem, oraz ukraińskich żołnierzy.

„Nasza mama była w pracy w Kijowie, w ‘Epicentrze’ na ulicy Berkowieckiej — wspominała córka Nadija. — Myślała, że tam będzie bezpiecznie, ale nie, zaczęły się ostrzały. Zdecydowała, że jednak wróci do domu, bo w domu jest piwnica i będzie gdzie się schować… To było 5 marca, wtedy masowo nacierano na Irpień”.

„Transport już nie kursował — dodaje siostra Iryny, Switłana Safonowa. — Poprosiła współpracownika, żeby pożyczył jej rower, i pojechała do domu. Była w kontakcie ze swoimi córkami… Błagały ją, żeby nie jechała”.

„Powiedziałam mamie, żeby uciekała, wtedy formowała się kolumna ewakuacyjna — wspominała młodsza córka Olga. — Na to odpowiedziała: ‘Nie martw się, to przecież twoja mama, zawsze sobie poradzi. Mama cię kocha. Powiedziała, żebyśmy się żegnali, bo ciężko jej już pedałować…”.

„Starałyśmy się ją przekonać, żeby pojechała w stronę dworca i szukała ewakuacji — opowiada starsza córka Nadija. — Po godzinie nie miałyśmy już z nią kontaktu”.

Do tragedii, według relacji ukraińskiego żołnierza Maksyma Krywcowa, doszło między siódmą a ósmą rano. Właśnie wtedy jakaś kobieta na czarnym rowerze minęła centrum handlowe „Żyrafa” i zmierzała ulicą Wokzalną w kierunku Buczy. „W stronę posterunku zbliżała się kobieta na rowerze — wspominał Maksym na Facebooku. — Miała na sobie niebieski fartuch ‘Epicentru’. Jechała szybko. Nie zatrzymała się. Przejechała przez skrzyżowanie dwóch ulic (Wokzalnej i Jabłońskiej — przyp. aut.). Puste i ciche, jak w Wigilię. Została ostrzelana z KPWT (wielkokalibrowy karabin maszynowy — przyp. red.). Wypuścili serię. Rower i kobieta zniknęli w kłębach dymu i pyłu”.

Moment egzekucji Iryny Filkiny uchwycił także ukraiński dron. Na nagraniu (opublikowanym 6 kwietnia przez The New York Times”) widać, jak rowerzystka porusza się ulicą Wokzalną, a potem schodzi z roweru i skręca w ulicę Jabłońską. W tym momencie rosyjski BMD-4, wyposażony w armatę 100 mm 2A70, strzelającą pociskami odłamkowymi, armatę automatyczną 30 mm i karabin maszynowy PKTM kalibru 7,62 mm, oddaje kilka strzałów w stronę rowerzystki. W miejscu trafienia unoszą się kłęby dymu i chmury pyłu…
Prawie miesiąc później, kiedy Bucza została już wyzwolona, nasi żołnierze znaleźli na tym miejscu ciało kobiety w niebieskiej kurtce z napisem „Epicentr” i jasnych spodniach, leżące obok czarnego roweru. Jej noga była zniekształcona poważnym zranieniem, a z rękawa wystawała dłoń z zadbanymi paznokciami, pomalowanymi na wiśniowo-czerwono, z namalowanym serduszkiem na jednym z palców. Obok leżał betonowy słup uszkodzony przez wielkokalibrowy pocisk.

„Na nagraniu widać, że nie tylko ją zastrzelili — zwraca uwagę na szczegóły Nadija — jej noga też była uszkodzona, jakby odpadł jakiś fragment. W tym miejscu przejeżdżały czołgi, więc nie ma pewności, czy miała tylko rany postrzałowe…”.

Tymczasem córki, jeszcze 5 marca, zaniepokojone milczeniem matki, kontynuowały jej poszukiwania. Zadzwoniły do sąsiadów — ci powiedzieli, że Iryny nie ma w domu. Dziewczyny zaczęły rozważać, że może mama ukryła się przed ostrzałem w czyjejś piwnicy, zgubiła telefon albo zabrali go Rosjanie. Zaczęły publikować zapytania w mediach społecznościowych. I dopiero wtedy odpowiedział im wspomniany już Maksym Krywcow… Ale dziewczyny nie chciały wierzyć w to, co opublikował. Miały nadzieję, że stało się coś innego, fatalny zbieg okoliczności… No bo przecież ich mama nie mogła zginąć…

Dopiero 1 kwietnia, w dniu urodzin Iryny Filkiny, młodsza córka Olga otrzymała nagranie, które potwierdzało tożsamość: „Patrzyłam, widziałam, że to ona, moja mama… ale nie mogłam uwierzyć, że to ona. Ciało było zmasakrowane, leżało na dworze prawie miesiąc. Pierwsze, co zrobiłam, to zapytałam człowieka, który dał jej rower, czy to jego pojazd? Bo gdyby powiedział, że to nie jego rower, nadal szukałabym mamy… Dwukrotnie dowiedziałam się o śmierci mamy — pierwszy raz po zdjęciu, a drugi już oficjalnie. Czułam, jakby złamał mi się kręgosłup. Położyłam się i zapłakałam z bezsilności”.

Rodzina mogła pożegnać się z Iryną na jej własnym podwórku w Mychajliwce-Rubeżiwce 11 kwietnia… A po pewnym czasie córka Olga założyła fundację „Mama Ira”, bo tak przyjaciele i znajomi nazywali zmarłą Irynę Filkinę. Fundacja miała pomagać młodym rodakom, którzy ucierpieli z powodu wojny. „Chcę, aby zdjęcie jej ręki stało się symbolem nowych początków — mówi Olga. — Ten symbol mówi okupantom, że nawet jeśli mogą zrobić z nami, co chcą, nie mogą odebrać najważniejszego: miłości. Miłości, której oni nie mają”. I z gniewem dodaje: „Trzeba Europie udowodnić, co się u nas dzieje, bo jedno zdjęcie to za mało, słowa to za mało… potrzebują dowodów na papierze. Na papierze napiszą, że naprawdę cię zabili, i że to ludobójstwo. A kiedyś wydrukują to w podręcznikach do historii… Ale myślę, że gdyby w książkach do historii nie pisano tylko ‘suchych’ faktów z liczbami, ale udało się przekazać choć jeden procent tego, co teraz czują ludzie… nikt już więcej nie chciałby powtarzać tych krzykliwych haseł ‘możemy powtórzyć!’”.

Bucza, ulica Kijewo-Mirocka.

Na ulicy Kijewo-Mirockiej zginął dowódca grupy antydywersyjnej, 48-letni Witalij Karpenko. Został odznaczony medalami „10 lat Sił Zbrojnych Ukrainy”, „Za wsparcie w ochronie granicy państwowej Ukrainy”, „20 lat Niepodległości Ukrainy”, „Za obronę ojczyzny”. Pośmiertnie Witalij otrzymał medal „Obrońca Ojczyzny” oraz tytuł „Honorowego Obywatela Miasta Irpień”.

Bucza, ulica Instytucka.

Z opowieści mieszkańca Hostomela Nazara Petriuka:

5 marca jechałem z bratem ulicą Instytucką w Buczy. Brat prowadził biały samochód oznaczony symbolem Czerwonego Krzyża, a ja siedziałem z tyłu. Mijaliśmy lasek, gdy nagle usłyszałem strzał i pocisk przeleciał między moim lewym uchem a ramieniem. Natychmiast padłem na siedzenie, myśląc, że brat nie żyje. Strzały z daleka trwały nadal. Brat wrzucił wsteczny i zaczął manewrować, aż samochód uderzył w drzewo. Wtedy znów pomyślałem, że brat nie żyje. Na szczęście był tylko ranny w głowę. Jedno z jego oczu było całkowicie zakrwawione, a drugie mocno opuchnięte. Już nic nie widział. Mówiłem mu, dokąd jechać, i udało nam się uciec. Mój brat miał szczęście: kula snajpera trafiła tylko w skórę na głowie, zostawiając 5-centymetrową bliznę.

Bucza, ulica Puszkina.

Wiktor Honczar, który miał 55 lat, urodził się na Kijowszczyźnie. W młodości przeszedł przez wojnę w Afganistanie. Ostatnio pracował w Hostomelu jako główny inżynier w przedsiębiorstwie komunalnym „Błahozeleńbud”. Był pracowitym i życzliwym człowiekiem. Uwielbiał swoje dzieci — Witalija i Switłanę, a szczególnie wnuka Makara…

Jego życie przerwała wojna… „Rankiem 5 marca w Leśnej Buczy było spokojnie, i mój Ołeh (Ołeh Palamarczuk — były deputowany Rady Miejskiej Buczy oraz naczelnik KP „Hostomel KŻEP”) wyszedł z Wiktorem na ulicę, żeby zobaczyć, czy ktoś z sąsiadów nie potrzebuje pomocy — wspominała Tetiana Palamarczuk. — Nie przeszli kilku kroków, gdy zobaczyli na drodze wyrzutnię RPG-18 ‘Mucha’, która natychmiast wybuchła. Ołehowi urwało prawą dłoń. Zadzwoniliśmy po pogotowie, ale dyżurny lekarz odpowiedział: ‘Nie dojedziemy, bo trwają ostrzały’.

Wiktor, nie zastanawiając się długo, uruchomił swój samochód, i razem z nim wsiedliśmy. To, co zobaczyliśmy po drodze do szpitala, wstrząsnęło nami. Wszędzie były rozbite i spalone samochody, leżały ciała cywilów, zwłoki psów i kotów. W okolicy szkoły nr 5 otwarto do nas ogień z broni palnej”.

Potem doszło do tragedii. „Ołeh wyskoczył z samochodu i powiedział żonie: 'Uciekajcie do domu!’ — opowiadał kierownik oddziału traumatologii szpitala Petro Ksienyk. — Ale nie wiedział, że jego żona została ranna, a kierowca (czyli Wiktor Honczar) już nie żył. Ołeh z urwaną ręką dobiegł do nas na oddział. Niestety, konieczna była amputacja na poziomie środkowej części przedramienia. A jego żona, jak się później okazało, całą noc leżała na ulicy obok tego samochodu, bo była ranna w udo. Nikt nie mógł jej dowieźć do nas. Dopiero następnego dnia, nie wiem kto, przetransportował ją do ambulatorium, które działało. Tam udzielono jej pomocy”.

Osiedle Stojanka.

Przed emeryturą Jurij Aleksiejew był oficerem oddziału specjalnego. Kiedy rozpoczęła się pełnoskalowa wojna, ze względu na stan zdrowia nie przyjęto go do armii. W związku z tym mężczyzna wstąpił do obrony terytorialnej Buczy. Wraz z towarzyszami pomagał cywilom w ewakuacji, informował o dyslokacji wojsk rosyjskich i pełnił służbę na punkcie kontrolnym w pobliżu osiedla Stojanka, gdzie miał domek letniskowy i dokąd przywiózł swoją małą córkę. W tym samym czasie jego żona całodobowo ratowała rannych w szpitalu w Buczy.

Jak opowiadali przyjaciele byłego funkcjonariusza, wieczorem 5 marca Jurij również poszedł pomagać rannym ludziom, a potem zniknął…

Jego zmasakrowane ciało odnaleziono dopiero w kwietniu. Okazało się, że Rosjanie wzięli go do niewoli, brutalnie torturowali, a potem rozstrzelali. Dwudziestego szóstego kwietnia bohater został pochowany na jednym z cmentarzy w Buczy, a następnie, 7 marca 2023 roku, jego prochy zostały przeniesione na Aleję Bohaterów, znajdującą się na cmentarzu przy ulicy Deputackiej nr 1.

Jurij Lwowicz został pośmiertnie odznaczony „Orderem Ochotnika”.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Śmieszny i straszny

Jeden Tusk chyba wie po co polazł do neo-TVP, co mam wrażenie nie skończyło się jego wizerunkowym sukcesem. I ja nie wiem, ale trochę się domyślam.

Otóż wydaje mi się, że Donald Tusk idąc do neo-TVP chciał wywołać litość. Nie bardzo mu szło z wizerunkiem  lidera –  za dużo relacji mieszkańców zalanych terenów donoszących o chaosie i braku wsparcia – nie bardzo mu szło z wizerunkiem dobrego cara na tle złych bojarów – albo „lider uczestniczący”, albo „dobry car” – lud nie wpadł w zachwyt nad tym, że „przyjeżdża von der Leyen” – no to postanowił spróbować wziąć nas na litość.

Nieogolony

Nieogolony, w wymiętej koszulce, spocony. Prawie wizerunek umordowanego „kierownika”. Prawie, bo dopiero co lansował się w kurteczce za 7000 PLB i różowiutki „ocieplał sobie wizerunek” „zupką od Gosi”. No, ale trzeba przyznać charakteryzacja pierwsza klasa i może by i kogoś przekonał, w końcu adresatami są tutaj ci, którzy bardzo chcą mu wierzyć, ale pod warunkiem, że nie otwierałby twarzy.

Na swoje nieszczęście został zapytany o swoje słowa z 13 września o tym, że „prognozy nie są przesadnie alarmujące” i odpowiedział: – W piątek 13. nie było jeszcze mowy o powodzi w Polsce. Przygotowaliśmy działania sztabowe i kryzysowe z odpowiednim wyprzedzeniem. Gdybym słuchał się prognoz, które nie były przesadnie alarmujące, to być może uznałbym, że nie mamy się czym przejmować.

No nie jest to prawda. – Dzięki systemowi świadomości powodzi, w ramach systemu Copernicus, zapewniliśmy wczesne ostrzeganie zagrożonym obszarom od 10 września. Wysłaliśmy ponad 100 ostrzeżeń do władz w całym regionie do 13 września – mówił we środę w Parlamencie Europejskim komisarz UE ds. zarządzania kryzysowego Janez Lenarcic podczas debaty na temat fali powodzi w Europie Środkowej. Więcej, komunikat IMGW z 11 września również mówił o powodziach, a Czesi, których dramat dotknął wcześniej ostrzegali od tygodnia.

Bolesne dla obywateli

Dlaczego Tusk to sobie zrobił? Dlaczego idąc do fanatycznie wiernego sobie medium, a jakoś nie bardzo wierzę żeby pytania nie zostały wcześniej uzgodnione, postanowił skłamać w żywe oczy w sposób niesamowicie łatwy do weryfikacji? Mógł tego tematu w ogóle nie dotykać, w nawale kolejnych kłamstw, sztuczek i innych elementów polityki przykrywkowej, za chwilę zapewne mało kto by o tym jego bagatelizowaniu problemu z 13 września pamiętał. Myślę, że to dlatego, że jest żałosną namiastką samego siebie z lat 2007-2014. Namiastką, która nie potrafi przyjąć do wiadomości, że Polacy są już inni niż 10 lat temu, a szczelny, puchowy kordon medialny, którym był otoczony wtedy, nigdy już nie wróci.

Zabawne jest to, że to jest dokładnie ten sam Tusk, który dopiero co straszył nas „Norymbergą”, tym, że będzie łamał prawo, „demokracją walczącą” i siłami zewnętrznymi, które zrobią z nami porządek jeśli coś nam się nie będzie podobało. A straszne i bolesne dla obywateli, są niestety, katastrofalne dla ambitnego państwa w środku Europy, skutki zarządzania przez nieobliczalnego klauna.