CEZARY KRYSZTOPA: Dlaczego Polacy nie lubią Niemców?

Znany z jednostronnego przedstawiania sytuacji w Polsce Philipp Fritz opisał w die Welt wyniki kompleksowego badania, z którego wynika, że stosunek Polaków do Niemców od lat się pogarsza. A sytuacja wcale nie zmieniła się po dojściu do władzy proniemieckiego Donalda Tuska.

Czy ktokolwiek z Państwa czuje się zaskoczony? Chyba nie. Tym bardziej, że kto ma oczy ten widzi, że nawet jeśli ktoś miał co do stosunku Niemców do Polaków jakieś złudzenia, to – w wyniku rządów realizującego niemiecką agendę wobec Polski Donalda Tuska – szybko się ich pozbywa.

Fascynujące „przyczyny”

Fascynujące są jednak przyczyny tego stanu rzeczy, a przynajmniej tak jak je widzi wieloletni korespondent w Warszawie i opowiada o nich rodakom na łamach jednego z najbardziej poczytnych niemieckich dzienników własnymi słowami i słowami ekspertów o polską brzmiących nazwiskach. Otóż wg. Fritza „winien jest rząd PiS, który oczerniał Niemców” i „telewizja państwowa zawsze malowała swojego zachodniego sąsiada w ciemnych barwach”. No może jeszcze trochę „historia”.

I te bzdury Niemcy, w tym Niemcy, którzy mają pogłębiać wiedzę Niemców nt. Polaków, tacy jak Fritz, powtarzają sobie od lat, jedocześnie głośno „dziwiąc się wzajemnemu niezrozumieniu”. Nie wiem, czy robią to celowo, czy też autentycznie nie mogą wyjść z jakiegoś rodzaju ograniczeń umysłowych, które nie pozwalają im zrozumieć oczywistości, ale spróbuję pomóc.

Panie Fritz

Zatem, Panie Fritz, tą drogą, bo na „X” Pan mnie zbanował, tak w telegraficznym skrócie:

Zacząć należałoby od tego, że Polacy coraz mniej lubią Niemców, ponieważ mija coraz więcej lat od rzezi, której Niemcy dokonali na Polakach, a najeźdźcy nie kwapią się do adekwatnego zadośćuczynienia. Właściwie nie kwapią się do żadnego, które nie byłoby obraźliwe wobec skali zbrodni niemieckich na obywatelach Polski. Polskie ofiary nie mają nawet pomnika w Berlinie, zrabowane przez Niemców polskie dzieła sztuki nadal leżą w niemieckich piwnicach, a polskiej mniejszości nie został oddany majątek odebrany dekretami Goeringa. Jakby tego było mało, Niemcy kłamią na temat wspólnej historii i przy użyciu niewątpliwie potężnych narzędzi propagandowych, utwierdzają niesprawiedliwe stereotypy na temat Polaków. Pan by kogoś takiego lubił?

Co więcej, Niemcy mieniąc się „sojusznikiem Polski” realizują geopolitykę sprzeczną z interesami Polski i innych państw Europy środkowej. Do Nord Stream już może nie ma po co wracać, ale kto chce widzieć, widzi jak Niemcy dążą do powrotu robienia interesów z Rosją, lub też nigdy nie przestali ich robić, jak choćby w przypadku sprowadzania do rafinerii Schwedt ropy rzekomo kazachskiej, ale cudem jakimś wykazującej cechy ropy rosyjskiej. Niemcy mają oczywiście prawo prowadzić taką geopolitykę jaką uznają za słuszną, ale trudno za „sojusznika” uznawać kogoś, kto prowadzi wobec nas politykę wrogą, jak choćby w przypadku zakulisowego rozbijania jedności państw regionu Trójmorza, korumpowania elit, czy blokowania inwestycji rozwojowych.

Być może najbardziej ostatnio irytuje Polaków traktowanie przez Niemcy Polski jak śmietnika. I to nie tylko śmietnika na szkodliwe niemieckie odpady, ale również na skutki nieudanych niemieckich eksperymentów politycznych, jak w przypadku masowej migracji, czy działających wbrew interesom Polaków rządów implementowanych siłami powolnych Niemcom mediów. Pan wybaczy Pnie Fritz, ale trudno Was w tym wszystkim lubić (przy czym mam na myśli głównie niemieckie elity różnych poziomów, ponieważ ze strony zwykłych Niemców bywało, że spotykałem się z zaskakującym zrozumieniem).

Co mogą Niemcy?

Czy można coś w tej sprawie zrobić? Można. Oddajcie co ukradliście, wypłaćcie reparacje, przestańcie mieszać nam się do naszych spraw, przestańcie kłamać na temat Polski i zabierzcie swoje śmieci. A kiedy nam przejdzie złość, zastanowimy się jak oprzeć wzajemne stosunki na możliwej synergii i poszanowaniu odrębności interesów.

Zjazd Sprawozdawczo-Wyborczy Delegatów SDP w obiektywie ANDRZEJA GOJKE

W Kazimierzu nad Wisłą odbył się Zjazd Sprawozdawczo-Wyborczy Delegatów SDP, który udzielił absolutorium dla ustępującego Zarządu Głównego kierowanego przez prezesa Krzysztofa Skowrońskiego oraz wybrał władze na kolejną kadencję. Nowym prezesem  Stowarzyszenia została Jolanta Hajdasz.

Fot. Andrzej Gojke

Twoja mama zawsze sobie poradzi…  — 18. fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Zdjęcie przedstawiające rękę zabitej kobiety z manicure — czerwony lakier z białym sercem na serdecznym palcu — zostało opublikowane w wielu światowych mediach. Dzięki tej fotografii, która stała się symbolem rosyjskiego okrucieństwa w Buczy, znajomi rozpoznali Irynę Filkinę… — publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to wstrząsająca kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Publikujemy kolejny fragment książki. Wcześniejsze odcinki można przeczytać TUTAJ

Bucza, ulica Jabłońska, godzina 7.30

— Mamo, błagam cię, nie jedź do domu! Rosjanie okupowali Mychajliwkę-Rubeżiwkę… Zabijają ludzi — płakała do słuchawki Ołena.

— Córko, nie martw się! To przecież twoja mama, zawsze sobie poradzi — spokojnie odpowiedziała Iryna Filkina. — Muszę kończyć, bo ciężko pedałować…

Ta rozmowa odbyła się 5 marca i od tego momentu Iryna nie kontaktowała się już z bliskimi…

Prawie miesiąc później, w wyzwolonej Buczy, Algierka Zohra Bensemra, która pracuje głównie w „gorących punktach” na Bliskim Wschodzie, w Afryce i Azji, zrobiła zdjęcie dla agencji Reuters przedstawiające rękę kobiety z manicure — czerwony lakier z białym sercem na serdecznym palcu. W krótkim czasie to zdjęcie zostało opublikowane w wielu światowych mediach. Holenderski dziennik De Volksrant umieścił 4 kwietnia na pierwszej stronie dokument świadczący o terrorze Rosjan, wykonany przez Zohra Bensemra, podkreślając, że w Buczy „setki cywilów zostały rozstrzelane przez rosyjską armię”. To właśnie dzięki temu zdjęciu, które stało się wiralowe w mediach społecznościowych, bliscy i znajomi rozpoznali Irynę Filkinę…

Tego samego dnia, wizażystka z Hostomla, Anastazja Subaczowa, z bólem napisała na Facebooku: „Gdy po raz pierwszy zobaczyłam to zdjęcie w sieci, od razu poczułam, że jest mi bardzo znajome, ale nie mogłam do końca zrozumieć dlaczego. Zaczęłam myśleć o tej kobiecie z manicure, skąd ją znam… Porównałam zdjęcia jej ciała z moim własnym zdjęciem jej manicure i zrozumiałam, że to ta sama osoba… Znalazłam zdjęcia, na których Iryna trzyma paletę i pozuje z tym samym manicure, z tym samym serduszkiem i lakierem. I zrozumiałam, że to ona…”.

Iryna Filkina, mieszkająca we własnym domu pod Kijowem, w wiosce Mychajliwka-Rubeżiwka, pracowała w „Epicentrze”, zlokalizowanym na zachodnich obrzeżach Kijowa, przy ulicy Berkoweckiej, jako operatorka kotłowni. To stanowisko w „erze postępu technicznego” nazywano po prostu palacz. Na początku 2022 roku zapisała się na kurs wizażu. Jak wspomina jej młoda mentorka Anastazja, Iryna „mówiła, że bardzo późno zdała sobie sprawę, że trzeba kochać siebie i bardzo żałowała, że nie zrozumiała tego wcześniej. Ale teraz była nastawiona, by kochać siebie na maksa”. Jako wyraz tej wolności zrobiła sobie na Walentynki wiśniowo-czerwony manicure z serduszkiem na serdecznym palcu.

„Mama próbowała wszystkim powiedzieć, że życie jest krótkie i trzeba zdążyć zrobić wszystko, co chcesz i co ci się podoba — wspominała córka Nadija. — Przez całe życie dążyła do osiągnięcia dobrego statusu społecznego: zbudować dom, znaleźć porządną pracę, kupić samochód. Całe życie pracowała, więc przez ostatnie dwa lata postanowiła żyć dla siebie. Na Nowy Rok zorganizowaliśmy dla niej wycieczkę po Kijowie, po raz pierwszy jeździła na łyżwach, a wiosną planowaliśmy przejażdżkę konną”.

Kobieta, która w kwietniu miała skończyć pięćdziesiąt trzy lata i miała już dwie dorosłe córki, czuła potężny przypływ drugiej młodości: „Na stare lata wreszcie zrozumiałam najważniejsze — trzeba kochać siebie i żyć dla siebie! W końcu będę żyć tak, jak chcę!”.

Iryna założyła konto na Instagramie i zaczęła dzielić się z „wirtualnymi” przyjaciółmi swoimi małymi radościami i wydarzeniami z życia osobistego.
„Powiedziała, że teraz sama zrobi sobie makijaż na koncert Olhi Poliakowej, bo na ostatnich zajęciach kupiłyśmy jej pierwszy zestaw kosmetyków i była z tego powodu niesamowicie szczęśliwa — opowiadała Anastazja Subaczowa. — Na pożegnanie mnie przytuliła i prosiła, żebym dbała o zdrowie, mówiła, jaka jestem cudowna. Była jak uzdrowicielka, czuła mnie i moje bóle. Jak bardzo boli, że nie wyczułam jej bólu”. Ostatnie zajęcia odbyły się 23 lutego…

Następnego dnia o piątej rano do Iryny zadzwoniono z pracy: „Iryno Siergiejewno, trzeba iść do pracy. Nic strasznego się nie stanie… Rosjanie tylko ostrzeliwują bazy, obiekty wojskowe”.

Już w ciągu dnia, jak opowiadała Olga, „mama zadzwoniła i powiedziała, że ich centrum handlowe zostało ostrzelane. Wieczorem rozpoczął się alarm przeciwlotniczy, wybuchy było słychać z każdej strony. Wtedy postanowiłam ewakuować się z przyjaciółką do Polski… A mama została w tym przeklętym ‘Epicentrze’, gdzie utworzono punkt humanitarny. Proponowałam jej, żeby pojechała z nami, ale odmówiła, mimo iż skarżyła się, że musiała pracować na drugą zmianę, bo inni pracownicy nie mogli dojechać do centrum handlowego. Mama bała się, że ją zwolnią. Szefostwo groziło jej, a w jej wieku znalezienie nowej pracy jest prawie niemożliwe.
Kiedy prawie dotarłyśmy do Polski, mama zadzwoniła i powiedziała: ‘Wszyscy stąd wyjechali. Zostałam sama’. Moja mama została porzucona. Wszyscy, którzy schronili się w centrum handlowym, zostali ewakuowani, a moją mamę zostawili. Powiedzieli, że zabrakło miejsc w samochodach”.

Ponad tydzień Iryna Filkina nie opuszczała pracy w „Epicentrze” — karmiła ludzi, którzy znaleźli tam schronienie przed ostrzałem, oraz ukraińskich żołnierzy.

„Nasza mama była w pracy w Kijowie, w ‘Epicentrze’ na ulicy Berkowieckiej — wspominała córka Nadija. — Myślała, że tam będzie bezpiecznie, ale nie, zaczęły się ostrzały. Zdecydowała, że jednak wróci do domu, bo w domu jest piwnica i będzie gdzie się schować… To było 5 marca, wtedy masowo nacierano na Irpień”.

„Transport już nie kursował — dodaje siostra Iryny, Switłana Safonowa. — Poprosiła współpracownika, żeby pożyczył jej rower, i pojechała do domu. Była w kontakcie ze swoimi córkami… Błagały ją, żeby nie jechała”.

„Powiedziałam mamie, żeby uciekała, wtedy formowała się kolumna ewakuacyjna — wspominała młodsza córka Olga. — Na to odpowiedziała: ‘Nie martw się, to przecież twoja mama, zawsze sobie poradzi. Mama cię kocha. Powiedziała, żebyśmy się żegnali, bo ciężko jej już pedałować…”.

„Starałyśmy się ją przekonać, żeby pojechała w stronę dworca i szukała ewakuacji — opowiada starsza córka Nadija. — Po godzinie nie miałyśmy już z nią kontaktu”.

Do tragedii, według relacji ukraińskiego żołnierza Maksyma Krywcowa, doszło między siódmą a ósmą rano. Właśnie wtedy jakaś kobieta na czarnym rowerze minęła centrum handlowe „Żyrafa” i zmierzała ulicą Wokzalną w kierunku Buczy. „W stronę posterunku zbliżała się kobieta na rowerze — wspominał Maksym na Facebooku. — Miała na sobie niebieski fartuch ‘Epicentru’. Jechała szybko. Nie zatrzymała się. Przejechała przez skrzyżowanie dwóch ulic (Wokzalnej i Jabłońskiej — przyp. aut.). Puste i ciche, jak w Wigilię. Została ostrzelana z KPWT (wielkokalibrowy karabin maszynowy — przyp. red.). Wypuścili serię. Rower i kobieta zniknęli w kłębach dymu i pyłu”.

Moment egzekucji Iryny Filkiny uchwycił także ukraiński dron. Na nagraniu (opublikowanym 6 kwietnia przez The New York Times”) widać, jak rowerzystka porusza się ulicą Wokzalną, a potem schodzi z roweru i skręca w ulicę Jabłońską. W tym momencie rosyjski BMD-4, wyposażony w armatę 100 mm 2A70, strzelającą pociskami odłamkowymi, armatę automatyczną 30 mm i karabin maszynowy PKTM kalibru 7,62 mm, oddaje kilka strzałów w stronę rowerzystki. W miejscu trafienia unoszą się kłęby dymu i chmury pyłu…
Prawie miesiąc później, kiedy Bucza została już wyzwolona, nasi żołnierze znaleźli na tym miejscu ciało kobiety w niebieskiej kurtce z napisem „Epicentr” i jasnych spodniach, leżące obok czarnego roweru. Jej noga była zniekształcona poważnym zranieniem, a z rękawa wystawała dłoń z zadbanymi paznokciami, pomalowanymi na wiśniowo-czerwono, z namalowanym serduszkiem na jednym z palców. Obok leżał betonowy słup uszkodzony przez wielkokalibrowy pocisk.

„Na nagraniu widać, że nie tylko ją zastrzelili — zwraca uwagę na szczegóły Nadija — jej noga też była uszkodzona, jakby odpadł jakiś fragment. W tym miejscu przejeżdżały czołgi, więc nie ma pewności, czy miała tylko rany postrzałowe…”.

Tymczasem córki, jeszcze 5 marca, zaniepokojone milczeniem matki, kontynuowały jej poszukiwania. Zadzwoniły do sąsiadów — ci powiedzieli, że Iryny nie ma w domu. Dziewczyny zaczęły rozważać, że może mama ukryła się przed ostrzałem w czyjejś piwnicy, zgubiła telefon albo zabrali go Rosjanie. Zaczęły publikować zapytania w mediach społecznościowych. I dopiero wtedy odpowiedział im wspomniany już Maksym Krywcow… Ale dziewczyny nie chciały wierzyć w to, co opublikował. Miały nadzieję, że stało się coś innego, fatalny zbieg okoliczności… No bo przecież ich mama nie mogła zginąć…

Dopiero 1 kwietnia, w dniu urodzin Iryny Filkiny, młodsza córka Olga otrzymała nagranie, które potwierdzało tożsamość: „Patrzyłam, widziałam, że to ona, moja mama… ale nie mogłam uwierzyć, że to ona. Ciało było zmasakrowane, leżało na dworze prawie miesiąc. Pierwsze, co zrobiłam, to zapytałam człowieka, który dał jej rower, czy to jego pojazd? Bo gdyby powiedział, że to nie jego rower, nadal szukałabym mamy… Dwukrotnie dowiedziałam się o śmierci mamy — pierwszy raz po zdjęciu, a drugi już oficjalnie. Czułam, jakby złamał mi się kręgosłup. Położyłam się i zapłakałam z bezsilności”.

Rodzina mogła pożegnać się z Iryną na jej własnym podwórku w Mychajliwce-Rubeżiwce 11 kwietnia… A po pewnym czasie córka Olga założyła fundację „Mama Ira”, bo tak przyjaciele i znajomi nazywali zmarłą Irynę Filkinę. Fundacja miała pomagać młodym rodakom, którzy ucierpieli z powodu wojny. „Chcę, aby zdjęcie jej ręki stało się symbolem nowych początków — mówi Olga. — Ten symbol mówi okupantom, że nawet jeśli mogą zrobić z nami, co chcą, nie mogą odebrać najważniejszego: miłości. Miłości, której oni nie mają”. I z gniewem dodaje: „Trzeba Europie udowodnić, co się u nas dzieje, bo jedno zdjęcie to za mało, słowa to za mało… potrzebują dowodów na papierze. Na papierze napiszą, że naprawdę cię zabili, i że to ludobójstwo. A kiedyś wydrukują to w podręcznikach do historii… Ale myślę, że gdyby w książkach do historii nie pisano tylko ‘suchych’ faktów z liczbami, ale udało się przekazać choć jeden procent tego, co teraz czują ludzie… nikt już więcej nie chciałby powtarzać tych krzykliwych haseł ‘możemy powtórzyć!’”.

Bucza, ulica Kijewo-Mirocka.

Na ulicy Kijewo-Mirockiej zginął dowódca grupy antydywersyjnej, 48-letni Witalij Karpenko. Został odznaczony medalami „10 lat Sił Zbrojnych Ukrainy”, „Za wsparcie w ochronie granicy państwowej Ukrainy”, „20 lat Niepodległości Ukrainy”, „Za obronę ojczyzny”. Pośmiertnie Witalij otrzymał medal „Obrońca Ojczyzny” oraz tytuł „Honorowego Obywatela Miasta Irpień”.

Bucza, ulica Instytucka.

Z opowieści mieszkańca Hostomela Nazara Petriuka:

5 marca jechałem z bratem ulicą Instytucką w Buczy. Brat prowadził biały samochód oznaczony symbolem Czerwonego Krzyża, a ja siedziałem z tyłu. Mijaliśmy lasek, gdy nagle usłyszałem strzał i pocisk przeleciał między moim lewym uchem a ramieniem. Natychmiast padłem na siedzenie, myśląc, że brat nie żyje. Strzały z daleka trwały nadal. Brat wrzucił wsteczny i zaczął manewrować, aż samochód uderzył w drzewo. Wtedy znów pomyślałem, że brat nie żyje. Na szczęście był tylko ranny w głowę. Jedno z jego oczu było całkowicie zakrwawione, a drugie mocno opuchnięte. Już nic nie widział. Mówiłem mu, dokąd jechać, i udało nam się uciec. Mój brat miał szczęście: kula snajpera trafiła tylko w skórę na głowie, zostawiając 5-centymetrową bliznę.

Bucza, ulica Puszkina.

Wiktor Honczar, który miał 55 lat, urodził się na Kijowszczyźnie. W młodości przeszedł przez wojnę w Afganistanie. Ostatnio pracował w Hostomelu jako główny inżynier w przedsiębiorstwie komunalnym „Błahozeleńbud”. Był pracowitym i życzliwym człowiekiem. Uwielbiał swoje dzieci — Witalija i Switłanę, a szczególnie wnuka Makara…

Jego życie przerwała wojna… „Rankiem 5 marca w Leśnej Buczy było spokojnie, i mój Ołeh (Ołeh Palamarczuk — były deputowany Rady Miejskiej Buczy oraz naczelnik KP „Hostomel KŻEP”) wyszedł z Wiktorem na ulicę, żeby zobaczyć, czy ktoś z sąsiadów nie potrzebuje pomocy — wspominała Tetiana Palamarczuk. — Nie przeszli kilku kroków, gdy zobaczyli na drodze wyrzutnię RPG-18 ‘Mucha’, która natychmiast wybuchła. Ołehowi urwało prawą dłoń. Zadzwoniliśmy po pogotowie, ale dyżurny lekarz odpowiedział: ‘Nie dojedziemy, bo trwają ostrzały’.

Wiktor, nie zastanawiając się długo, uruchomił swój samochód, i razem z nim wsiedliśmy. To, co zobaczyliśmy po drodze do szpitala, wstrząsnęło nami. Wszędzie były rozbite i spalone samochody, leżały ciała cywilów, zwłoki psów i kotów. W okolicy szkoły nr 5 otwarto do nas ogień z broni palnej”.

Potem doszło do tragedii. „Ołeh wyskoczył z samochodu i powiedział żonie: 'Uciekajcie do domu!’ — opowiadał kierownik oddziału traumatologii szpitala Petro Ksienyk. — Ale nie wiedział, że jego żona została ranna, a kierowca (czyli Wiktor Honczar) już nie żył. Ołeh z urwaną ręką dobiegł do nas na oddział. Niestety, konieczna była amputacja na poziomie środkowej części przedramienia. A jego żona, jak się później okazało, całą noc leżała na ulicy obok tego samochodu, bo była ranna w udo. Nikt nie mógł jej dowieźć do nas. Dopiero następnego dnia, nie wiem kto, przetransportował ją do ambulatorium, które działało. Tam udzielono jej pomocy”.

Osiedle Stojanka.

Przed emeryturą Jurij Aleksiejew był oficerem oddziału specjalnego. Kiedy rozpoczęła się pełnoskalowa wojna, ze względu na stan zdrowia nie przyjęto go do armii. W związku z tym mężczyzna wstąpił do obrony terytorialnej Buczy. Wraz z towarzyszami pomagał cywilom w ewakuacji, informował o dyslokacji wojsk rosyjskich i pełnił służbę na punkcie kontrolnym w pobliżu osiedla Stojanka, gdzie miał domek letniskowy i dokąd przywiózł swoją małą córkę. W tym samym czasie jego żona całodobowo ratowała rannych w szpitalu w Buczy.

Jak opowiadali przyjaciele byłego funkcjonariusza, wieczorem 5 marca Jurij również poszedł pomagać rannym ludziom, a potem zniknął…

Jego zmasakrowane ciało odnaleziono dopiero w kwietniu. Okazało się, że Rosjanie wzięli go do niewoli, brutalnie torturowali, a potem rozstrzelali. Dwudziestego szóstego kwietnia bohater został pochowany na jednym z cmentarzy w Buczy, a następnie, 7 marca 2023 roku, jego prochy zostały przeniesione na Aleję Bohaterów, znajdującą się na cmentarzu przy ulicy Deputackiej nr 1.

Jurij Lwowicz został pośmiertnie odznaczony „Orderem Ochotnika”.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Śmieszny i straszny

Jeden Tusk chyba wie po co polazł do neo-TVP, co mam wrażenie nie skończyło się jego wizerunkowym sukcesem. I ja nie wiem, ale trochę się domyślam.

Otóż wydaje mi się, że Donald Tusk idąc do neo-TVP chciał wywołać litość. Nie bardzo mu szło z wizerunkiem  lidera –  za dużo relacji mieszkańców zalanych terenów donoszących o chaosie i braku wsparcia – nie bardzo mu szło z wizerunkiem dobrego cara na tle złych bojarów – albo „lider uczestniczący”, albo „dobry car” – lud nie wpadł w zachwyt nad tym, że „przyjeżdża von der Leyen” – no to postanowił spróbować wziąć nas na litość.

Nieogolony

Nieogolony, w wymiętej koszulce, spocony. Prawie wizerunek umordowanego „kierownika”. Prawie, bo dopiero co lansował się w kurteczce za 7000 PLB i różowiutki „ocieplał sobie wizerunek” „zupką od Gosi”. No, ale trzeba przyznać charakteryzacja pierwsza klasa i może by i kogoś przekonał, w końcu adresatami są tutaj ci, którzy bardzo chcą mu wierzyć, ale pod warunkiem, że nie otwierałby twarzy.

Na swoje nieszczęście został zapytany o swoje słowa z 13 września o tym, że „prognozy nie są przesadnie alarmujące” i odpowiedział: – W piątek 13. nie było jeszcze mowy o powodzi w Polsce. Przygotowaliśmy działania sztabowe i kryzysowe z odpowiednim wyprzedzeniem. Gdybym słuchał się prognoz, które nie były przesadnie alarmujące, to być może uznałbym, że nie mamy się czym przejmować.

No nie jest to prawda. – Dzięki systemowi świadomości powodzi, w ramach systemu Copernicus, zapewniliśmy wczesne ostrzeganie zagrożonym obszarom od 10 września. Wysłaliśmy ponad 100 ostrzeżeń do władz w całym regionie do 13 września – mówił we środę w Parlamencie Europejskim komisarz UE ds. zarządzania kryzysowego Janez Lenarcic podczas debaty na temat fali powodzi w Europie Środkowej. Więcej, komunikat IMGW z 11 września również mówił o powodziach, a Czesi, których dramat dotknął wcześniej ostrzegali od tygodnia.

Bolesne dla obywateli

Dlaczego Tusk to sobie zrobił? Dlaczego idąc do fanatycznie wiernego sobie medium, a jakoś nie bardzo wierzę żeby pytania nie zostały wcześniej uzgodnione, postanowił skłamać w żywe oczy w sposób niesamowicie łatwy do weryfikacji? Mógł tego tematu w ogóle nie dotykać, w nawale kolejnych kłamstw, sztuczek i innych elementów polityki przykrywkowej, za chwilę zapewne mało kto by o tym jego bagatelizowaniu problemu z 13 września pamiętał. Myślę, że to dlatego, że jest żałosną namiastką samego siebie z lat 2007-2014. Namiastką, która nie potrafi przyjąć do wiadomości, że Polacy są już inni niż 10 lat temu, a szczelny, puchowy kordon medialny, którym był otoczony wtedy, nigdy już nie wróci.

Zabawne jest to, że to jest dokładnie ten sam Tusk, który dopiero co straszył nas „Norymbergą”, tym, że będzie łamał prawo, „demokracją walczącą” i siłami zewnętrznymi, które zrobią z nami porządek jeśli coś nam się nie będzie podobało. A straszne i bolesne dla obywateli, są niestety, katastrofalne dla ambitnego państwa w środku Europy, skutki zarządzania przez nieobliczalnego klauna.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Odsetek idiotów wśród profesorów

Nie ma nic gorszego niż człowiek wykształcony ponad własną inteligencję – ta złota myśl Jerzego Dobrowolskiego chyba nigdy nie była tak aktualna i obawiam się, że nie jest jej ostatnie słowo.

Z jednej strony to oczywiście bardzo dobrze, że ludzie się uczą, Z drugiej, postępująca od lat 90’ zeszłego wieku degradacja poziomu nauczania, a także coraz większa liczbą szkół, które owszem dają poczucie, że człowiek się uczył, ale nie dają pewności, że się nauczył, zbudowała ogromną rzeszę uczonych, ale nie nauczonych. Roszczeniowych, pretensjonalnych i łasych na wszelkie okruchy poczucia wyższości. Potocznie zwanych „młodymi, wykształconymi z dużych ośrodków”. Choć często nie tak już młodymi, ułomnie wykształconymi, a w „dużych ośrodkach” od niedawna lub wcale.

Pogarda

Ta potrzeba budowania poczucia wyższości nad innymi z jednej strony wynika z niepewności pozycji społecznej do której aspirują, a z drugiej sprawia, że jest to najbardziej podatna na manipulację grupa społeczna w Polsce. Ośrodki manipulacji, które są w stanie dostarczać im tego poczucia wyższości, mają nad nimi w zasadzie pełną władzę. Zapewniając ich, że „to oni są solą ziemi”, a nie ci tamci drudzy, wobec których mają prawo odczuwać najgłębszą pogardę, w zasadzie są im w stanie wcisnąć każdy kit. Są specjalnie tresowani w zakresie „zdrowego” egoizmu i „prawa do rozwoju osobistego”, przez co również prawie pozbawieni odruchów wspólnotowych. Trudno żeby dostrzegali jakiś wspólny zbiorowy interes z tymi, którymi gardzą.

Jeśli ktoś sądzi, że są teraz, lub będą rozczarowani władzą, którą nam wybrali, bo ta nie realizuje „stu konkretów”, to obawiam się, że grubo się myli. „Sto konkretów” było dla tych mniej licznych frajerów, którzy mogli się na nie nabrać, jedyną twardą obietnicą dla owego „najtwardszego elektoratu” było osiem gwiazdek, które inaczej wyraża się przecież nie w tym „żeby było lepiej”, bo może być nawet i gorzej, ale „żeby im było lepiej niż reszcie”. Tak żeby ich mocno nadwątlone poczucie wyższości znowu nieco bardziej okrzepło. I to im się, trzeba przyznać, całkiem udało.

Awaria

To co im się zdecydowanie nie udaje, to łączenie faktów. I tak jak przez osiem lat PiS, ze swoimi wszystkim prawdziwymi i urojonymi wadami, był winien wszystkiemu, tak teraz nowa, uśmiechnięta władza nie jest winna niczemu. Galopująca drożyzna, ucieczka inwestorów z Polski, kolejne informacje o zamykanych firmach i zwalnianych pracownikach, rachunki grozy, ostatnio widziałem nagranie jakiejś aktoreczki zszokowanej cenami nad morzem. Myślicie, że to im się jakoś klei? Że dostrzegają jakieś związki przyczynowo-skutkowe?

Sędzia Kamila Borszowska-Moszowska opisała na „X” przypadek Wydziału Frankowego Sądu Okręgowego w Warszawie, wydziału, który zajmuje się sprawą kredytów frankowych. Osobiście uważam (kredyt mam w złotówkach), że banki za kredyty frankowe powinny beknąć i szkoda, że rząd PiS je przed tym uchronił i dobrze, że daje się coś załatwić za pośrednictwem sądów. Nie jest natomiast jakąś wielką tajemnicą, że w jakiejś niemałej części, na kredyty frankowe i ich konsekwencje dała się nabrać grupa społeczna, którą powyżej opisuję.

Otóż w tym oddziale, w ramach rozpierduchy Bodnara, trwa właśnie wymiana przewodniczącego – Wydział Frankowy #SO Warszawa – 45 tysięcy spraw w toku! 35  sędziów w tym 30 tzw. neo. Trwa wymiana Przewodniczącego Wydziału z uwagi ma termin powołania. Kto osądzi te sprawy po reformie Bodnara? – pyta pani sędzia. Pewnie nikt, ostatecznie „nie możemy popaść w pułapkę prawniczego formalizmu” i „nie czas żałować róż kiedy płonie las”. Cóż z tego, ze cały system obsługujący „frankowych” klientów banków ulegnie awarii, skoro trzeba realizować założenia „demokracji walczącej” choćby i łamiąc prawo.

Awaria takiego wydziału może dotknąć całej masy „młodych wykształconych”. Myślicie, że to wywoła jakąś refleksję? Że połączą im się jakieś fakty? Zapomnijcie. Te mózgi były kształtowane latami. I lata muszą minąć zanim wytworzą się potrzebne połączenia. Nic z tych rzeczy. Teraz, inaczej niż za PiS, który był odpowiedzialny za wszystko, to są takie zdarzenia jak zjawiska atmosferyczne, może czasem przykre, ale przecież nie mamy na nie wpływu. A znana sentencja prof. Gerarda Labudy jakoby „odsetek idiotów wśród profesorów był taki sam, jak wśród woźniców”, jest już nieaktualna, ponieważ pośród profesorów ten odsetek jest dziś znacznie wyższy. I niekoniecznie wynika z tego, że bardzo ubyło woźniców.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Odwet za rzeź Ochoty

W nocy z 2 na 3 września 1944 r. oddział Grupy AK „Kampinos” dowodzony przez cichociemnego por. Adolfa Pilcha ps. „Dolina” dokonał wypadu na wieś Truskaw, gdzie stacjonował kolaboracyjny, rosyjski batalion SS-RONA, wycofany z rzezi Ochoty. Polacy zabili nawet 250 Rosjan i ranili 100, przy stratach własnych 10 zabitych i 10 rannych. To pokazuje, że w Powstaniu Warszawskim też odnosiliśmy sukcesy.

Ale szczególnie niesamowite jest to, w jaki sposób podopieczni por. Doliny – partyzanci Zgrupowania Stołpecko-Nalibockiego Armii Krajowej – dotarli do stolicy. By wziąć udział w Powstaniu przebyli blisko 600 kilometrów. 900 ludzi z bronią, końmi i taborami wyruszyło z Kresów II Rzeczpospolitej pod koniec czerwca.

Kiedy po miesiącu dotarli do Warszawy dowództwo AK zastanawiało się, czy mogą wziąć udział w walkach. „Czy nie zdawano sobie sprawy, że uzbrojenie naszego oddziału stanowiło prawie połowę uzbrojenia powstańczej Warszawy i odpowiednio użyte mogło zaważyć na wynikach pierwszych dni walk o miasto?” – napisał por. Pilch w swoich wspomnieniach zatytułowanych „Partyzanci trzech puszcz”.

Ostatecznie jednak żołnierze zostali włączeni do oddziałów w Puszczy Kampinoskiej. Tu walki powstańcze rozpoczęły się już 31 lipca. „W tym dniu – zapisał „Dolina” – 3 kompania dowodzona przez porucznika „Helskiego” (…) zaskoczyła i zniszczyła grupę kilkudziesięciu Niemców kwaterujących we wsi Aleksandrów. Zginął przy tym jeden nasz żołnierz”. Potem strat było więcej. W nocy z 1 na 2 sierpnia zaatakowali lotnisko na Bielanach, ale tym razem Niemcy nie dali się zaskoczyć. W tych pierwszych dniach zginął m.in. 16-letni Boguś Grygorcewicz, ps. „Mały Orlik”. Idąc do partyzantki napisał rodzicom: „Wy mnie zawsze uczyli, że na pierwszym miejscu Bóg, następnie Ojczyzna, a potem rodzina, więc idę walczyć za Ojczyznę!”

Umierał w szpitalu w Laskach na rękach kapelana AK ps. „Radwan III” – ks. Stefana Wyszyńskiego. Tak wspominał to późniejszy Prymas Tysiąclecia: „Był bardzo poszarpany od kul, bo kiedy został ranny przez trzy dni leżał na deszczu i chłodzie pod kulami. Nikt nie mógł się do niego dostać by go stamtąd zabrać. Więc kiedy wreszcie został przyniesiony do szpitala wojennego był już prawie bez sił i trudno go było uratować. Po operacji czuł się bardzo źle, dostał gorączki, tracił przytomność, choć już nie bardzo wiedział co się z nim dzieje, przez cały czas śpiewał (…) pieśni do Matki Bożej. Pod koniec, przed samą śmiercią, już mylił słowa i melodie, bo był półprzytomny, a jednak ciągle śpiewał… Z tym śpiewem umarł. Pochowałem go na cmentarzu pod Izabelinem, na górce w piasku, bez trumny, bo już trumien nie było. Ale za to dostał na swoją mogiłę piękne kwiaty. Do dziś dnia spoczywa tam, pod Warszawą”.

 

JANUSZ WIKOWSKI ponownie prezesem oddziału gdańskiego SDP

Prezesem Oddziału SDP w Gdańsku, wybranym jednogłośnie na nową kadencję, został red. Janusz Wikowski. Zgodnie z nowym Statutem SDP kadencja władz będzie trwała nie trzy a cztery lata. Zebrani wybrali też delegatów na Zjazd SDP.

Relacja Marii Giedz:

Podjęto wiele spraw dotyczących środowiska dziennikarskiego, w tym konieczności obrony niezależności dziennikarskiej oraz prawa do pracy. Z aprobatą odniesiono się do inicjatywy zwołania Kongresu Wolności Słowa.

Zebranie poprzedzono wspólną, krótką modlitwą za zmarłych dziennikarzy, członków gdańskiego SDP, którzy odeszli do Pana, w ciągu ostatnich trzech lat.

Fot. Janusz Wikowski

Dokonano też uroczystego wręczenia nagrody specjalnej red. Jolancie Roman-Stefanowskiej, autorce reportażu „Szukałem Ojca 76 lat”, wyemitowanego w TVP 3 Gdańsk w 2023 r. Materiał ten znalazł się wśród prac nagrodzonych w Konkursie o Nagrody SDP. Przyznano mu „Nagrodę Specjalną”, ufundowaną przez Oddział Gdański.

Warto tu dodać, że gdyby nie upór red. Stefanowskiej i bardzo żmudna kwerenda prowadzona niemal na całym świecie przez autorkę nigdy nie udałoby się odkryć, gdzie został pochowany Jerzy Ebert, powstaniec warszawski, więzień niemieckiego obozu koncentracyjnego Stutthof na Żuławach, który zmarł podczas prowadzonego przez Niemców w 1945 r. Marszu Śmierci. Notabene decyzją Niemców ze Stutthofu wyruszyło 11 tyś. więźniów, przeżyło 4,5 tys. Jerzy Ebert, ojciec Jana Eberta, emerytowanego profesora Politechniki Warszawskiej i również powstańca warszawskiego nie miał tego szczęścia. Na dodatek Niemcy zrobili wszystko, aby nikt nigdy nie dowiedział się, gdzie został pochowany, zarówno on, jak i inni więźniowie. Dzięki red. Jolancie Roman-Stefanowskiej udało się odkryć jedną z białych kart tragicznej historii Pomorza.

Fot. Andrzej Gojke

Przewodniczenie obradom powierzono red. Maciejowi Wośko (były redaktor naczelny Dziennika Bałtyckiego, obecnie redaktor naczelny Gazety Bankowej). W obradach udział wzięli m.in. cenieni w środowisku redaktorzy tworzący na Pomorzu niezależną prasę: Jan Jakubowski, Edmund Szczesiak, Andrzej Liberadzki, Maciej Łopiński oraz Edmund Krasowski.

– W mediach pomorskich pracuje i publikuje wielu dziennikarzy należących do Stowarzyszenia – powiedział Janusz Wikowski, przedstawiając sprawozdanie Zarządu. – Nasi przedstawiciele w radach programowych mediów publicznych (Radia Gdańsk oraz Telewizji Gdańskiej) reprezentują nasze środowisko i przestawiają opinie oraz stanowiska dotyczące także spraw dziennikarskich, prawa do wykonywania zawodu. Zarząd formułował opinie dotyczące niezależności dziennikarzy, wolności mediów oraz wyrażające obawy o przyszłość prasy regionalnej, lokalnej. Kierowane były w różnej formie stanowiska w obronie wolności mediów i prawa, niezależności oraz warunków i możliwości publikacji.

– Warto zaznaczyć nasz udział w aktywnym monitoringu – pomocy Centrum Monitoringu Wolności Prasy – kontynuował Wikowski – w sprawach sądowych dziennikarzy gdańskich (szczególnie w procesach z art. 212 kk). Kilku dziennikarzy z Pomorza otrzymało skuteczną pomoc podczas procesów sądowych.

W dyskusji podkreślano, że środowisko gdańskich dziennikarzy ma duży wkład w podejmowanie przez Zarząd Główny i Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP w działania w obronie interesów i praw dziennikarzy. To nie tylko wyrażane stanowiska, protesty, lecz działania prawne, wspomaganie osób pokrzywdzonych (materialnie i doradczo).

– W obecnej sytuacji mediów w Polsce (w tym także na Pomorzu) warto poprzeć inicjatywę zwołania Kongresu Wolności Słowa i aktywnie włączyć się w udział Stowarzyszenia w tym przedsięwzięciu – stwierdził Janusz Wikowski.

Ustępującym władzom Oddziału Gdańskiego udzielono absolutorium, doceniono ich pracę w kwestii uporządkowania działalności merytorycznej, członkowskiej, jak i finansowej. Komisja Rewizyjna podkreśliła, że Oddział nie posiada osobowości prawnej i nie może bezpośrednio zabiegać o wspomaganie finansowe w formie grantów, dotacji czy darowizn.

W dyskusji nad sprawozdaniem podkreślono, że mimo trudnych warunków finansowych i lokalowych Zarząd organizował wiele spotkań integracyjnych będących spoiwem dla pomorskiego środowiska dziennikarskiego. Podczas spotkań prezentowane były także wydawnictwa (książki, publikacje, wystawy fotograficzne) autorstwa naszych członków. Podejmowano tematy mediów na Pomorzu, problemów zawodowych występujących w naszym środowisku oraz wyrażania opinii i wniosków dotyczących działalności Stowarzyszenia. Stworzono możliwości rozwoju życia stowarzyszeniowego, czego owocem jest zainteresowanie przynależnością do Stowarzyszenia młodych dziennikarzy (także z prasy lokalnej i mediów społecznościowych) a także uaktywnienie działalności wielu członków Oddziału.

Na nową kadencję – zgodnie ze Statutem na okres 2024- 2028 wybrano w prawomocnym, głosowaniu tajnym Zarząd Oddziału Gdańskiego w składzie: prezes – Janusz Wikowski, sekretarz – Robert Kwiatek, skarbnik – Andrzej Gojke, członek Zarządu – Piotr Piotrowski. Powołano Komisję Rewizyjną: przewodnicząca – Maria Giedz oraz członkowie – Piotr Kubiak i Krzysztof Kurkiewicz. Rzecznikiem dyscyplinarnym został Tadeusz Woźniak. Zgodnie z zapisami w znowelizowanym Statucie nie powołano terenowego Sądu Koleżeńskiego oraz Komisji Członkowskiej.

Podczas Zebrania wybrano delegatów Oddziału na Sprawozdawczo-Wyborczy Zjazd Delegatów Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, który odbędzie się w Kazimierzu Dolnym w dniach 11-13 października 2024 r.

Wyborcze zebranie gdańskiego oddziału zakończyło się interesującą dyskusją m.in. na temat sytuacji dziennikarzy pracujących w mediach regionalnych i lokalnych. Poruszono kwestę „sądów kapturowych” (po 13 grudnia 2023 r.) upodlania dziennikarzy, mobbingu, zwalniania ich z pracy tylko za to, że byli zatrudnieni w okresie poprzednich rządów. Mówiono o dramacie zwalnianych dziennikarzy konserwatywnych, ale też o szukaniu pomocy dla szykanowanych, którym zakazuje się prawa wykonywania zawodu. Postulowano, aby Stowarzyszenie jeszcze mocniej broniło dziennikarzy przed bezprawiem, aby Fundacja Solidarności Dziennikarskiej stworzyła możliwości pomocy organizacyjnej i finansowej dziennikarzom pozbawionych prawa do pracy i publikacji.

Zebrani zaaprobowali wniosek o pilne sporządzenie raportu o sytuacji dziennikarzy Pomorza po zmianie władzy w mediach (po 13 grudnia 2023 r.). Sytuacja jest bowiem – jak podkreślano podczas dyskusji – bardzo niepokojąca. Przytoczono przykłady. Wielu dziennikarzy zwolniono lub odsunięto od pracy (w Telewizji Gdańskiej, Radiu Gdańsk, a ostatnio także w prasie regionalnej). Komisaryczne władze mediów w tzw. likwidacji wywodzą się lub są związane z partiami politycznej koalicji rządzącej.

Zwrócono też uwagę na niezgodne z prawem wydawanie prasy (czasopism, portali) przez władze samorządowe. Ta sprawa powinna być podjęta na Zjeździe SDP.

Podczas Walnego Zebrania podjęto wnioski skierowane do władz Stowarzyszenia, w tym do Zjazdu. Oto niektóre z nich:

  1. Z aprobatą odniesiono się do przedsięwzięcia – zwołania Kongresu Wolności Słowa, w którym SDP oraz przedstawiciele OG SDP powinni aktywnie uczestniczyć.
  2. Wnioskowano o jeszcze większą aktywność członków Oddziału w mediach (Forum Dziennikarzy, mediach społecznościowych).
  3. Pozytywnie oceniono planowane działania nowego Zarządu Oddziału w celu urealnienia listy członków (i formalnych działaniach statutowych wygaszających członkostwo na podstawie Statutu).
  4. Zwrócono się do Delegatów o aktywne uczestnictwo w Zjeździe i udział w głosowaniach nad absolutorium dla władz centralnych oraz wyborze nowych władz gwarantujących utrzymanie wysokiego standardu merytorycznego (w tym Centrum Monitoringu Wolności Mediów, Form Dziennikarzy, portalu: www. sdp.pl), dbałości o kondycję finansową (w tym także z działalności gospodarczej: Centrum Prasowe Foksal, Domu Dziennikarza w Kazimierzu Dolnym oraz racjonalnymi decyzjami w sprawach majątkowych – nieruchomość w Wildze i inwestycyjnych). Wyrażono opinię, że – zgodnie z nowelizacją Statutu i racjonalizacją kosztów – będzie można połączyć funkcje w nowym Zarządzie z zadaniami wykonawczymi, m.in. dyrektora CMWP, redaktora portalu i Forum Dziennikarzy
  5. Należy domagać się od ZG większej pomocy finansowej dla oddziałów bez osobowości prawnej.
  6. Zwrócono uwagę, że należy podjąć decyzje dotyczące działalności Fundacji Solidarności Dziennikarskiej, aby zgodnie z intencją Fundatora, czyli SDP realizowała cele statutowe i przynosiła korzyści dziennikarzom (w tym z Pomorza) – merytoryczne i materialne. Wyrażono opinię, że Funkcja Prezesa Fundacji nie powinna być łączona personalnie z funkcją Prezesa Stowarzyszenia.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Zanim zatonie będzie nieprzejezdna

Po moim felietonie o Gdyni sprzed kilku dni, dostałem telefony i maile. Znajomi dziennikarze, a także nieznajomi dotychczas mieszkańcy Gdyni zwracają mi uwagę, że pat urzędniczy w mieście to mniejsze zło niż doprowadzenie miasta do stanu komunikacyjnej zapaści.

Wokół śródmieścia rosną dzielnice, a właściwie już małe miasteczka takie jak Sokółki, Wiczlino, Chwarzno, Zielenisz. Ulica Chwarznieńska, która do nich prowadzi jest totalnie zapchana w dodatku w nieustannej, dziadowsko prowadzonej przebudowie. Gdynia się dusi. Dusi się, bo tzw. ulicę Czerwoną buduje się od trzech lat, a to arteria, która MA odciążyć trasę przez ulicę Śląską i Czerwonych Kosynierów. Komunikacja w Gdyni to problem numer jeden. Trudno pojąć dlaczego tak zaniedbano tę sprawę. Może drogowców wygryźli deweloperzy, bo ci i owszem maja naprawdę wspaniałe sukcesy.

Mało tego, szykuje się już na jesieni budowa rzeczywiście wspaniałego, nowego osiedla mieszkaniowego, u wlotu to miasta od strony Redłowa. Kiedyś stał tam znak „Uśmiechnięta Gdynia”, wielka plansza, która witała wjężdżających do miasta. Rzeczywiście po zapchanym Gdańsku i ograniczonym drogowo Sopocie, Gdynia była bez korków i witała swoimi szerokimi ulicami pojazdy z całej Polski. Miasto się dusi i podobno nie zanosi się na szybką poprawę, ponieważ lobby budowlane najwyraźniej nie rozumie potrzeb mieszkańców.

Nowe wielkie osiedle w rejonie Wzgórza Maksymiliana Kolbe zapowiada się rewelacyjnie. Będzie miało ponoć jeden z najwyższych domów mieszkalnych w kraju – aż 120 metrowy. Za kilka miesięcy być może zacznie się budowa.

Deweloperów trzeba szanować, o ile postępują zgodnie z prawem. Bo to oni mają pieniądze na inwestycje. Oni też dają ludziom pracę i oby zawsze z sukcesem kończyli rozpoczęte budowy. Wszystkim – powodzenia.

   ***

Gdynianie, słychać, że protestujecie przeciwko tradycyjnemu już w mieście triatlonowi, bo zakłóca życie miasta. Ale to tylko przecież jeden dzień w roku, a reklama na całą Polskę. Gdynianie, chyba nie doprowadzicie do takich ewenementów jak obecnie w środku sezonu rozwalenie jezdni, głównej przelotówki w Sopocie. Po wojnie nazywała się ona imenia Stalina. I tak jak wtedy – teraz już 20 października, a potem Al. Niepodległości – jest główną drogą przejazdu przez miasto. Jak to się stało, że miejscowa władza prowadzi remont na tej arterii gdy trwa największe letnie obciążenie?

Szanowni radni, dogadajcie się – zarówno ci młodzi, jak i weterani wyborów gdyńskich. Ci których mieszkańcy nie wybrali niech się nie mszczą na wyborcach, bo będzie to tak jak w porzekadle „na złość mamie odmrożę sobie uszy, albo zrobię w portki”.

Gdynianie, patrzą na Was ci, którzy Gdynię stworzyli i kochali, których pomniki stoją przy 10 lutego i Władysława IV – premier przedwojennego rządu profesor inżynier Eugeniusz Kwiatkowski, a także wspaniały obrońca robotników ksiądz proboszcz Hilary Jastak.

Gdynia to miasto z morza, a nie z głupoty i źle pojmowanej ambicji wybrańców.

 

Tu nie ma żadnego łamania konkordatu. Wywiad Jolanty Hajdasz dla portalu wPolityce.pl

Takie groźby, jakie dziś słyszymy pod adresem Radia Maryja i o. Tadeusza Rydzyka obnażają rzeczywiste intencje rządzących i ich hipokryzję – mówi w rozmowie z red. Robertem Knapem z portalu wPolityce.pl dr Jolanta Hajdasz. Dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP komentuje słowa Romana Giertycha z KO, który domaga się odebrania koncesji Radiu Maryja za łamanie konkordatu. Tu nie ma żadnego łamania konkordatu. To nie on przyznawał koncesję. Jeśli będzie trzeba to Polacy obronią te media – mówi dobitnie wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich – czytamy na portalu wPolityce.pl.

Portal wPolityce.pl: Czytała pani wpisy Romana Giertycha atakujące o. Tadeusza Rydzyka?

 Dr Jolanta Hajdasz: Mam tylko słowa najwyższego oburzenia i potępienia za  naprawdę obrzydliwy atak Romana Giertycha na ojca Tadeusza Rydzyka. Powiem tylko, że  Giertych nikomu łaski nie robił. To nie on przyznawał koncesję Radiu Maryja i Telewizji Trwam i nie on będzie ją odbierał. Radio Maryja otrzymało koncesję zgodnie z prawem, a on niech zacznie je wreszcie poważać i  szanować. Posunął się tak daleko, że trudno racjonalnie dyskutować o tych kalumniach i insynuacjach.

Giertych twierdzi, że w Polsce łamany jest konkordat i jako odpowiedzialnego wskazuje o. Tadeusza Rydzyka. Mówi o odebraniu koncesji Radiu Maryja.

Tu nie ma żadnego łamania konkordatu. Jego zapisy zakazują osobom duchownym pełnienia funkcji państwowych i publicznych. Nie mogą zasiadać w żadnych gremiach partyjnych i politycznych, nie mogą kandydować wyborach. Koniec, kropka. Konkordat i polskie prawo nie odbierają kapłanom biernych praw wyborczych ponieważ są obywatelami naszego kraju. Mogą myśleć tak jak chcą, mogą wyrażać swoje poglądy i głosować według swego uznania. Duchowni mają wg mnie nawet prawo do wyrażania swoich opinii – zwłaszcza w mediach, które sami tworzą. Przecież mamy demokrację i wolność słowa, możemy tworzyć własne media. Nikt nikogo nie zmusza do słuchania i finansowania Radia Maryja czy Telewizji Trwam. Nikt nie musi akceptować prezentowanych tam treści, bo w przestrzeni publicznej mamy prawo do własnego zdania. Ale powtarzam – duchowni katoliccy i katolicy mają do tego prawo.

O. Tadeusz Rydzyk i  powstałe z jego inicjatywy dzieła złamały monopol medialny lat 90-tych III Rzeczpospolitej i wychowały całe zastępy dziennikarzy. Czy Giertych nie widzi tego, że uderza w rzeczy, które już na stałe mają swoje miejsce w historii Polski?

W prawdziwie demokratycznym kraju o. Tadeusz Rydzyk i wszyscy współpracownicy, którzy razem z nim tworzyli Radio Maryja i Telewizję Trwam byłyby osobami, które odbierają nagrody państwowe. Za te media i za wszystkie inicjatywy , które powstały wokół nich. Po 30 latach oddanej służby społeczeństwu w Polsce media te zasługują na szacunek i docenienie za to, co zrobili ich twórcy dla nas wszystkich. Lista tych zasług jest naprawdę bardzo długa. Zacząć należy od tego, co było najistotniejsze, czyli od przełamania monopolu liberalnych mediów w latach 90-tych. W okresie transformacji ustrojowej, kiedy Radio Maryja zaczęło nadawać, wiele młodych osób było zafascynowanych odejściem od ustroju komunistycznego do demokracji, ale mało kto dostrzegał jednak to, że ogromne grupy społeczne nie miały swojej reprezentacji w mediach, były bez szans na przebicie się ze swoim sposobem myślenia i swoimi problemami. To było medialne wykluczenie. O. Tadeusz Rydzyk i Radio Maryja wyciągnęło do nich rękę nie pytając o nic i niczego nie żądając. O. Tadeusz Rydzyk pokazał jak rozwiązywać trudne problemy społeczne nie lekceważąc ludzi. Wiele mediów o charakterze konserwatywnym, prawicowym, opierających się na wartościach chrześcijańskich i katolickich uczyło się dziennikarskiej etyki zawodowej od Radia Maryja i od ojców redemptorystów.

Sądzi pani, że rządzący chcą przestraszyć twórców Radia Maryja, aby nie ośmieliło się ich krytykować?

Ataki, z którymi dziś mamy do czynienia są bezprecedensowym szkalowaniem i nagonką polityczną na środowisko, z którym rządzący nie mogą sobie poradzić. Gdyby nie Radio Maryja i Telewizja Trwam oraz inne konserwatywne media, to rządziłoby się im o wiele łatwiej. Mogliby robić wszystko z przejmowanymi kolejno segmentami gospodarki i kultury. Donald Tusk i jego ministrowie dobrze wiedzą , że muszą uciszyć i zniszczyć autorytet Radia Maryja, aby zrealizować swoje plany. To co napisał poseł Roman Giertych przyjmuję z najwyższym oburzeniem i mam nadzieję, że tego typu gróźb nikt na poważnie nie będzie brał. W przeciwnym razie mielibyśmy do czynienia z całkowitym upadkiem państwa.

Obawiam się, że Roman Giertych nie jest samotną wyspą na tych wodach .

Powiem wprost. Gdyby Radio Maryja głosiło poglądy bliskie Romanowi Giertychowi i rządzącej koalicji, byłoby oceniane bardzo pozytywnie. Mówiłby wtedy, że to medium wiarygodne i rzetelne, bo jest zaangażowane w sprawy obywateli, że jest to medium, które nie lekceważy ważnych i istotnych społecznie problemów.

Ale tak nie jest i nie będzie. Czy oni się tego boją?

Absolutnie tak. Ale chcę podkreślić, że Romanowi Giertychowi coś się pomyliło. Ta ogromna rzesza słuchaczy Radia Maryja, to nie tylko „moherowe berety” według słów Donalda Tuska, którą można zredukować wyłącznie do poziomu kartki wyborczej. Zdecydowanie nie! To są ludzie mający własne poglądy, którzy wiedzą gdzie jest ich miejsce w świecie. To jest dla nich bardzo ważne, że mają swoje media, z których mogą dowiedzieć się o tym co dzieje się na świecie i dokonać interpretacji pewnych wydarzeń. Radio Maryja ma tę wielką zaletę, że jako jedno z niewielu mediów katolickich potrafi odnosić się do bieżących wydarzeń społecznych, politycznych i kulturalnych. Co więcej to radio umożliwia słuchaczom szeroką dyskusję. I to jest jego ogromna wartość. Za to słuchacze cenią to radio i nie życzą sobie, by odbierać mu koncesję pod sztucznie wykreowanym problemem „ingerencji w politykę”. Zawsze pod tym pretekstem atakuje się Kościół, gdy głosi prawdy niewygodne dla polityków.

Roman Giertych był kiedyś wiązany ze środowiskiem Radia Maryja.

Roman Giertych jest idealnym przykładem polityka, który to środowisko traktował interesownie. Chciał robić karierę bazując na autorytecie Radia i jego twórców ale jak widać po jego późniejszych działaniach, nigdy nie utożsamiał się do końca z tym, co głosiło Radio Maryja. Jako szef Ligi Polskich Rodzin szukał tam poparcia i popularności. Dziś atakuje Radio Maryja, bo  dość szybko zdemaskowano jego zamiary i nie udało mu się niczego uzyskać z tego, co wówczas chciał osiągnąć. A on po prostu zdradził swoje środowisko i podeptał ideały, którym rzekomo służył. Gdyby robiłby to wszystko w dobrej wierze, to pozostałby wiernym tym ideałom. On niestety postąpił podle. I postępuje tak nadal.

Jeśli ekipa rządząca wygra wybory prezydenckie i zmieni KRRiT to wówczas odbiorą Radiu Maryja koncesję?

Takie słowa w ustach polityków koalicji rządzącej mnie nie dziwią. Wystarczy kiedy spojrzymy na bezprawie z jakim mamy do czynienia po 13 grudnia 2023 r. zwłaszcza jeśli chodzi o media publiczne. Te groźby niestety są realne i oni mogą to zrobić. Dysponując aparatem państwowym, policją i siłą będą w stanie zrealizować nawet najbardziej kontrowersyjny plan. Ale to im się to nie uda. Nie uda im się odebrać katolikom i konserwatystom w Polsce wolności opisywania otaczającej nas rzeczywistości. Przypomnijmy sobie te setki marszy w całej Polsce w obronie Telewizji Trwam, gdy Platforma Obywatelska odmówiła jej miejsca na multipleksie w tzw. pierwszym procesie koncesyjnym w 2012 roku . Ludzie domagali się od KRRiT – zdominowanej wtedy, co warto pamiętać, przez ludzi z Platformy Obywatelskiej – przyznania miejsca na multipleksie tej telewizji, która przecież istniała i od lat nadawała satelitarnie. A przyznano je nawet stacjom, które nie miały programu i nawet nie podjęły nadawania. Opór społeczny będzie wielki, nie mam wątpliwości.

Nie będziemy stać spokojnie?

Jeśli będzie trzeba to Polacy obronią te media. Takie wpisy i groźby, jakie dziś słyszymy pod adresem Radia Maryja i ojca Tadeusza Rydzyka obnażają jednak rzeczywiste intencje rządzących i ich hipokryzję, bo tak dużo mówią o wolności słowa i demokracji. W ich wydaniu to niestety czyny przeczą słowom, więc konieczny jest nasz opór i nie uleganie kłamstwom i manipulacjom, z jakimi mamy do czynienia przez cały czas funkcjonowania obecnego rządu.

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad jest TUTAJ.

HUBERT BEKRYCHT: Od czego gorsza jest nadgorliwość?

Jeden z portali, które opisują media kierując ostrze krytyki wyłącznie w kierunku konserwatywnych dziennikarzy, zwrócił tym razem uwagę na pracownika neo TVP. Ów dziennikarz miał czelność napisać coś złego o koalicyjnym PSL na, uwaga, uwaga prywatnym profilu w mediach społecznościowych.

Bezprawnie przejęta w grudniu 2023 r. Telewizja Polska, potem w likwidacji, była uprzejma zawiesić reportera Panoramy TVP Bartłomieja Bublewicza a sprawę skierować do Komisji Etyki. Chodziło o niezadowolenie owego dziennikarza wyrażone na profilu społecznościowym. Niezadowolenie opisane bardzo emocjonalnie i – chyba – szczerze.

Sami swoi i tylko swoi

„Nie ma miejsca na PSL w koalicji rządzącej. Na miejscu premiera zaryzykowałbym nawet wcześniejsze wybory” – napisał na X Bublewicz sfrustrowany postępowaniem ludowców podczas debaty w sprawie aborcji. Nie mógł? Zdaniem nielegalnych władz TVP w likwidacji nie mógł. Dlaczego? Bo jego wpis wystawia na szwank koalicyjną jedność? Bo nadal PSL domaga się większej liczny „swoich” ludzi w TVP, jak to jeszcze do 2016 roku bywało…

Reporter chciał się pewnie podlizać PO, ale przeszarżował. Powinien przecież wiedzieć, że arytmetyka jest bezlitosna i bez PSL nie ma żadnej koalicji. I nie ma też bezprawnie wybranych po 19 grudnia 2023 roku władz mediów publicznych. Zawieszono go, ale w przeciwieństwie do innych dziennikarzy w TVP, nikt się chyba za nim nie wstawi. Tak się teraz „robi” media.

Trójpodział władzy: media, nasze media i tylko nasze media

Drugi błąd jaki popełnił Bublewicz to komentarz na platformie X dotyczący bezprawnego zatrzymania b. wiceministra sprawiedliwości Michała Romanowskiego. „Kompromitacja to mało powiedziane. Nieprzygotowana prokuratura, wiarygodność działań na zerowym poziomie. Decyzja sądu pokazuje jak ważny jest i powinien być trójpodział władzy dla całej klasy politycznej” – napisał Bublewicz.

W sumie to reporter Panoramy napisał w tej akurat sprawie z sensem, ale znowu przeszarżował. Zapomniał, że jego nielegalnie wybranie szefowie właśnie dlatego są jego nielegalnymi szefami, że taką krytykę mają dusić w zarodku…

Zawieszony wisi teraz jak relikty komunistycznych i postkomunistycznych czystek w TVP i dziwi się pewnie, że za taką krytykę został potraktowany jak prawicowiec. Nie dziw się chłopie, będzie gorzej.

Sztandar Młodych powraca?

Dziwi coś innego. Zwykle wyrozumiały dla liberalnych mediów portal udający specjalistyczne forum o mediach tym razem „obnażył”, „podkreślił”, „uwypuklił”, że takie zachowanie „niezależnych” reporterów „nie licuje”. Zespół dawnego komunistycznego Sztandaru Młodych byłby dumny z takich interpretacji (SM to w PRL takie przedszkole dla obecnego mainstreamu i nowoczesnych neoreporterów). Zresztą, kilkoro dawnych dziennikarzy Sztandaru Młodych jest jeszcze w obiegu dzisiejszych głównych środków masowego przekazu – na przykład na Mokotowie i Wilanowie.

 

Hubert Bekrycht (FB i X)