Jak media mogą zapobiegać samobójstwom

Bezpłatne szkolenia dla dziennikarzy na temat zasad prawidłowego informowania o zachowaniach samobójczych w mediach organizowane są  w Warszawie, Krakowie i Poznaniu. Dla tych, którzy nie mogą wziąć w nich udział stacjonarnie przygotowano webinar.

Według danych Komendy Głównej Policji każdego roku w Polsce ponad 5 tys. osób odbiera sobie życie, a ponad dwukrotnie większa grupa podejmuje próby samobójcze. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) szacuje, że w populacji naszego kraju prób samobójczych może być nawet 20 razy więcej niż samobójstw. Każde samobójstwo i próba samobójcza wpływa na dwadzieścia osób z najbliższego otoczenia.

Eksperci Biura ds. Zapobiegania Zachowaniom Samobójczym Instytutu Psychiatrii i Neurologii
w Warszawie opierając się na międzynarodowych badaniach i zaleceniach opracowali Rekomendacje dotyczące informowania o zachowaniach samobójczych, które stanowią swoisty drogowskaz, jak tworzyć treści, aby nie były zagrażające czy szkodliwe i nie wywoływały niebezpiecznych następstw w postaci kolejnych prób samobójczych, a przyczyniły się do wywołania efektu Papageno, czyli zmniejszenia liczby zachowań samobójczych.

W ramach bezpłatnych szkoleń dla dziennikarzy, które prowadzone będą przez ekspertów suicydologów, osoby uczestniczące w szkoleniu poznają podstawowe dane i informacje dotyczące zachowań samobójczych, a także zasady prawidłowego informowania o zachowaniach samobójczych w mediach. Poruszone zostaną zarówno tematy dotyczące zagadnień teoretycznych, jak i praktyczne wskazówki dotyczące tworzenia bezpiecznych materiałów  z zakresu tej tematyki.

Termin szkoleń stacjonarnych

2 grudnia – prowadzi  Małgorzata Łuba, Kraków , Hotel Archeion, ul. Św. Filipa 23/3, godz.  9.30-14.30. Zapisy: : https://forms.gle/GsKbBTQgbE6bQcjc8

6 grudnia – prowadzi Lucyna Kicińska, Warszawa, Instytut Psychiatrii i Neurologii, ul. Sobieskiego 9 (sala konferencyjna Kliniki Psychiatrii Sądowej, tzw. „sądówka”), godz. 13 -18. Zapisy: https://forms.gle/6R9Egoe84qhJGkcM7

9 grudnia – prowadzi Adam Czabański, Poznań, , Hotel IOR – Centrum Kongresowe, ul. Władysława Węgorka 20, godz. 9. 30 – 14.30. Zapisy: https://forms.gle/4QwhJn4sL2qCN9v19

Webinar

5 grudnia  – prowadzi Małgorzata Łuba, godz. 13 – 14.30, Zapisy: https://biurozzs.clickmeeting.com/rola-dziennikarza-w-zapobieganiu-zachowaniom-samobojczym-grudzien/register

JAN TESPISKI: Ile jest naprawdę jest dowcipów (20)

To rzecz nieznośna, a nawet i zdrożna,

Że już we własnym domu nic robić nie można.

To mój ukochany cytat. Ta kwestia hrabiego Wacława – przyłapanego przez żonę Elwirę, na miłostkach ze służącą Justysią – pochodzi z „Męża i żony” Aleksandra Fredry. Prawda, że piękny przykład dobrego dowcipu, biorącego się z myślenia pradoksalnego? Komedia to bardzo poważny temat. Naprawdę trudniej jest wyreżyserować komedię, niż dramat. I trudniej jest być aktorem komediowym, niż aktorem od tragedii i dramatu. Przede wszystkim aktor komediowy musi być obdarzony umysłem krytycznym, pozwalającym mu dostrzec i zagrać paradoksy.

Oczywiście widzowie uważają, że jest odwrotnie. Być może dlatego, że mało jest dobrze napisanych współczesnych polskich komedii. Na naszych scenach królują angielskie farsy, dowcipne, to fakt, ale nie są to jeszcze komedie. Dzisiaj tak jest, ale w dawnych wiekach wybitnych komediopisarzy było wielu, i byli niezwykle cenieni, że wspomnę jedynie Moliera. Inna sprawa, że dzisiejszy widz jest przekonany, że komedia to kabaret i zdziwiony jest, że nie ma z czego rechotać.

Pozwolę sobie przytoczyć kilka anegdot, których bohaterem był aktor, obdarzony wielkim talentem komediowym, aktor łódzkich scen Stanisław Marian Kamiński.

Kto zabił?

W dawnych dobrych dla sztuki czasach Teatr Telewizji gromadził przed telewizorami miliony ludzi. Może dlatego, że była to nowość, a może dlatego, że telewizja w ogóle była nowością? W każdym razie poniedziałkowe wieczory z teatrem były świętem w większości polskich domów.

W pierwszych latach Teatr Telewizji realizowany był na żywo, bo nie było jeszcze urządzeń do rejestrowania widowisk. Nie dziwota więc, że w studiach telewizyjnych, w czasie emisji teatru panowało wielkie napięcie. Aktorzy wiedzieli, że niczego się nie wytnie i nie powtórzy, reżyserom i realizatorom latały ręce, a za kamerami czuwali inspicjenci i suflerzy. Oczywiście nie obywało się bez wpadek, ale one – o dziwo – świadczyły o autentyczności, prawdzie grania. Różnica była tak jak pomiędzy meczem na żwywo, a powtórką.

W łódzkim studiu telewizyjnym, w latach sześćdziesiątych, realizowano jakiś kryminał. Przebiegłego inspektora policji, który rozszyfrowuje skomplikowaną zagadkę morderstwa grał Stanisław Marian Kamiński. Niestety, w finałowej scenie, gdy miał przyszpilić swą przenikliwą dedukcją zbrodniarza zupełnie się pogubił. Wyszło to mniej więcej tak:

– Biorąc pod uwagę wszystkie wymienione przeze mnie przesłanki, stwierdzam, że to pan jest…

I tu wskazał palcem na jednego z aktorów. Wskazany aktor zbladł i zachwiał się… Inspicjent, stojący za kamerą złapał się za głowę.

Kamiński zrozumiał, że to nie ten… Ale kto zabił? I co zrobić, z tym, które mordercą nie jest?  I nagle olśniła go myśl! Nie spuszczając wzroku z tego, którego wskazał, mówił dalej…

– Tak, tak bym powiedział, gdybym kierował się się jedynie antypatią do pana… Ale naprawdę, zabójcą jest…

I tu wskazał na innego z aktorów. Ale znowu nie trafił. Znowu omdlał inspicjent, aktorzy zbledli… Ale Kamiński ratował sytuację i mówił…

– Był pan ogromnie podejrzany i wskazałbym na pana, bo miał pan istotne powody, żeby zamordować…

W tym momencie, już aktorzy, sufler, inspicjent… wszyscy, których nie widziuała kamera palcami wskazali, na tego, który naprawdę był mordercą. Finałowa scena, w końcu, przyniosła Kamińskiemu sukces, bo jednak wskazał prawdziwego zabójcę.

Minęło jakieś 10 lat. Stanisław Marian Kamiński pojechał na gościnne występy ze swoim teatrem do rodzinnego miasta, do Konina. Po spektaklu, przy wyjściu z teatru czekała na niego koleżanka szkolna. Wręczyła mu kwiaty, pogratulowała, mówiąc, że sztuka bardzo jej się podobała. A potem przeszła do rzeczy:

– Stasiu kochany, ty mi wreszcie powiedz, kto w tej telewizyjnej sztuce naprawdę zabił?

Za krótkie nogi

Na komediowej scenie „7,15”, na której teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi grał lżejszy repertuar, w jednej z fars występował Stanisław Kamiński. I jak to farsach bywa, akcję napędzały szybkie zmiany dekoracji i „gwałtowne” upływy czasu akcji.

W pewnym momencie Kamiński wychodził ze sceny, ubrany we frak i dosłownie po chwili wracał na scenę w płaszczu, meloniku i z laską. Żeby ten efekt osiągnąć, w kulisie czekał na niego garderobiany, który szybko podawał mu płaszcz i wręczał melonik, i laskę. Niestety garderobiany ciągle sie gdzieś gubił, zawsze był spóźniony. A na scenie panowała wtedy martwa cisza.

Po kolejnej wpadce, już po spektaklu, Kamiński urządził garderobianemu dziką awanturę.

Chwilę później, w garderobie koledzy ujęli się za nieszczęśnikiem.

– Stasiu, niepotrzebnie tak go skrzyczałeś, naprawdę – powiedział pierwszy z kolegów.

– Przecież wiesz, że on ma jedną nogę krótszą – uzupełnił argumenty obronne drugi z aktorów.

– Taaak… – powiedział po dłuższej chwili Kamiński. – A ja mam obie nogi krótsze. I nade mną nikt się nie lituje.

A trzeba nam wiedzieć, że Stanisław Marian Kamiński nie byly mężczyzną nazbyt wysokim.

Ile jest naprawdę dowcipów

Jak to często bywa, w przerwie spektaklu, aktorzy rozmawiali dla zabicia czasu. Jeden z nich streszczał pozostałym jakiś film, na którym się setnie ubawił, cytując kilka udanych – jego zdaniem – dowcipów z tego dzieła.  Na to odezwał się Kamiński, tego dnia chyba nie w sosie:

– Dowcipów, w sumie jest tylko dziesięć, po jednym na każde przykazanie. Reszta to tylko warianty.

Ile kosztuje cegła

Innym razem, w czasie dłuższego wyjazdu autokarem, na gościnny występ, aktorzy rozmawiali o upadającej polskiej gospodarce. A że była to końcówka czasów Gierka, to dyskusja była gorąca i miejscami śmieszna, bo przecież żaden z nich nie był znawcą polityki i gospodarki. W pewnym momencie dyskutanci zapętli się, zabrakło im argumentów i podniety do dalszej dyskusji, więc jeden z zwrócił się do Kamińskiego:

– A ty Stasiu nic nie mówisz? No, kto ma w tym wszystkim rację?

– Dopóki – zaczął Kamiński – nie dowiem się dlaczego zwykła cegła kosztuje w Polsce 2,50 zł, a nie 2 zł lub 3 złote… to ja w dyskusjach ekonomicznych udziału nie biorę. Jak rząd ujawni prawdę o cegle, to pogadamy,

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Patrioty dla kraju twórcy Patriotów

Jak psu kość należą się Polsce amerykańskie Patrioty. Oczywiście jest to amerykańska broń ale z dużym wkładem Polaka. I za chwilę będzie o nim. Najpierw zajmę się sprawą „darowizny” niemieckiej w sprawie której gorąco optują i obrażają wybraną przez suwerena władzę miłośnicy PO i PSL. W dyskusjach opowiadają o niechęci ze strony prawicy przyjmowania Patriotów. Jak się sprawy miały i jak się toczą każdy może wyrobić sobie zdanie i tak powinno być, ale decyzję podjąć powinien minister obrony narodowej, bo od tego jest. Czekamy. I ani posłanki ani posłowie nie będą w tej sprawie decydować, ponieważ są od ustanawiania prawa a nie od rządzenia.

A teraz o udziale Polaka, żołnierza, męczennika łagrów, generała a wreszcie i przede wszystkim inżyniera niesłychanie zdolnego, ponieważ był w zespole, który pracował i dopracował się wyrzutni rakietowej Patriot. To inżynier Zdzisław Starostecki. Każdy łatwo może osobiście sprawdzić to co piszę. Wystarczy uruchomić Internet. PAP tak opisuje bohatera”

” Zdzisław Julian Starostecki urodził się 8 lutego 1919 r. w Łodzi. Walczył w kampanii wrześniowej 1939 r. Wstąpił do konspiracyjnej Służby Zwycięstwu Polsce, która później przeobraziła się w Związek Walki Zbrojnej, a następnie w Armię Krajową. Był więźniem sowieckich łagrów na Kołymie, skąd dostał się do armii generała Władysława Andersa. Przeszedł z nią szlak bojowy do Włoch.

Starostecki był bohaterem bitwy pod Monte Cassino. Został ranny pod Bolonią. Po wojnie wybrał emigrację. Mieszkał w Londynie. W latach 50. pojechał do USA, gdzie po skończeniu studiów inżynierskich pracował dla przemysłu zbrojeniowego i armii amerykańskiej. Był jednym z konstruktorów i twórców systemu obrony przeciwrakietowej Patriot.

W 2009 r. został mianowany na stopień generała brygady przez prezydenta Lecha. Kaczyńskiego. Starosteckiego odznaczono m.in. Orderem Virtuti Militari i Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Trwają starania o pośmiertne odznaczenie generała Orderem Orła Białego.

Zdzisław Starostecki zmarł 31 grudnia 2010 r. w swoim domu na Florydzie w USA” – napisano w PAP na początku 2022 roku.

W 1992 roku gdy byłem stypendystą telewizji Canal 9 w Nowym Jorku rozmawiałem z generałem inżynierem. Omawialiśmy film dokumentalny o jego życiu. Wróciłem do Warszawy i niestety poraz kolejny wyrzucono mnie z telewizji, ponieważ zmienił się prezes, tak zresztą wiele razy w czasie mojej kilkudziesięcioletniej pracy dziennikarskiej. Może teraz znajdzie się prezes TVP, który da młodemu, zdolnemu i chętnemu na film dokumentalny o dokonaniach generała inżyniera Zdzisława Starosteckiego.

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: „Przyjaciele Krymu” są wrogami pokoju

Od dawna wiadomo, że przestępca stara się zaangażować w swoją zbrodnię jak najwięcej wspólników. Wtedy czuje się spokojniej i pewniej. Tak działa Rosja. Po zajęciu Krymu Moskwa stworzyła na arenie międzynarodowej Klub „Przyjaciół Krymu”, kupiła do niego polityków, którzy nawet wbrew oficjalnej linii politycznej swoich krajów, zaczęli wspierać wojnę Rosji na Ukrainie.

Ostatnio „Przyjaciele Krymu”, przy udziale rosyjskiego MSZ, zorganizowali w Moskwie piątą konferencję. Przyjechało tylko 50 obcokrajowców z różnych krajów, ale niewielka liczba „przyjaciół” nikomu nie przeszkadzała, najważniejsze było zadeklarowanie całemu światu, że Rosja wciąż ma swoich „przyjaciół”. Kremlowscy propagandyści nazywają takie konferencje „dyplomacją ludową”, choć z reguły biorą w nich udział niepopularni i nieuznawani posłowie lub mało ważni działacze. „Wiceprzewodniczący Rady Ministrów” Krymu Gieorgij Muradow powiedział, że „kiedy wracają do domu, otrzymują groźby pod swoim adresem i oskarżenia o szpiegostwo”. Na przykład były dyplomata z Grecji, Kostas Isikhos, nie przybył do Moskwy, do którego oficjalne władze jego kraju wysłały ostrzeżenie: „Zdecydowanie zalecamy dobrowolne zwrócenie się do organów ścigania w celu uniknięcia przestępstwa odpowiedzialność za szpiegostwo na rzecz obcego państwa lub publiczne oświadczenie o odmowie współpracy z reżimem Putina”.

Dlatego pozostałych członków klubu „Przyjaciół Krymu” prosi się, aby nie reklamowali swojego udziału, nie rozpowszechniali informacji o nim. Tym samym „przyjaciele Krymu” zamienili się w tajne, podziemne stowarzyszenie, które wbrew całemu światu popiera rosyjską agresję i jej autorów, niedawno uznanych przez Parlament Europejski za „sponsorów terroryzmu”.

Ale „przyjaciele Krymu” wciąż działają i rozpowszechniają kłamliwą rosyjską propagandę. Na przykład  Ján Čarnogurský, w latach 1991 – 92 premier Republiki Słowackiej ramach Czechosłowacji, zaczął wspierać wojnę z Rosją i zaprzeczać możliwości przystąpienia Ukrainy do NATO.

Rosyjski działacz polityczny Ołeksij Puszkow mówił o potrzebie „zerwania z Zachodem i dążenia do nowego porządku światowego”. Powtarzał takie bzdury, jak „próba Zachodu ustanowienia totalnej hegemonii”.

Jego zdaniem „rośnie rola BRICS”. Twierdzi, że „12 kolejnych krajów chce do niego dołączyć, w tym Arabia Saudyjska, Egipt, Turcja…” To zaskakujące – dlaczego jeszcze nie przystąpiły?

Przemówienie przedstawiciela Beninu, niewielkiego państwa w Afryce Zachodniej,  Aniseta Gabriela Kochofy, świadczy o dziwnej logice „przyjaciół Krymu”. Przytoczył słowa swojej matki, która urodziła 11 dzieci i która dowiedziawszy się o locie Jurija Gagarina w kosmos powiedziała: „Czego chcą ci biali ludzie? Co stracili w kosmosie? Na planecie Ziemia jest tak wiele problemów i oni czegoś tam szukają”. Aniset Kochofa w Moskwie powiedział, że teraz jego matka powie: „Przyjaciele, dlaczego szukamy wrogów w XXI wieku, kiedy jest tyle problemów, głodu, pandemii?” I rzeczywiście – dlaczego Władimir Putin szuka wrogów na świecie, a nie rozwiązuje globalnych problemów?

Aniset Kochofa studiował kiedyś w ZSRR i został zwerbowany przez służby specjalne, więc nie może się uwolnić od swojego wypaczonego światopoglądu nawet dzisiaj. To są te osoby, na które liczy Moskwa. Aniset Kochofa powiedziała: „1,5 miliona zagranicznych absolwentów rosyjskich uniwersytetów, do których należę, którzy mówią po rosyjsku, pozostają jej przyjaciółmi, pamiętają i doceniają lata studiów”.

Aktywnie podkreślał potrzebę użycia przez Rosję „miękkiej siły” i mobilizacji absolwentów rosyjskich uniwersytetów na całym świecie do walki o rosyjskie interesy. I był wspierany przez tych samych szpiegów Rosji z Iraku, Libanu, Syrii i innych krajów.

Rosyjski senator z Krymu Serhij Cekow twierdził, że decyzja z 1954 r. o przekazaniu Krymu Ukraińskiej SRR była niezgodna z prawem. Dlaczego? Cekow nie udzielił odpowiedzi, ale nie mógł zaprzeczyć, że ówczesna decyzja o przekazaniu została podjęta w pełnej zgodności z obowiązującym wówczas w ZSRR ustawodawstwem. Co więcej, Cekow zaczął oszukiwać uczestników konferencji, powiedział: „doprowadziło to do tego, że z biegiem lat Krym został zniszczony jako część Ukrainy, a dopiero po zrujnowaniu stał się regionem rozwijającym się”. W rzeczywistości było odwrotnie. Ukraina przyjęła Krym nie z własnej woli, ale na polecenie Moskwy. Co więcej, przyjęła półwysep w dekadę po II wojnie światowej, w ruinie, praktycznie bez gospodarki i przemysłu. Ukraina odbudowała Krym i Sewastopol, wybudowała fabryki, miasta, odrestaurowała kurort, zbudował kanał irygacyjny na Północnym Krymie, który przywrócił do życia głęboko pogrążony w depresji region.

Kolega Cekowa z Rady Federacji Rosyjskiej Wołodymyr Jabarow nadal oszukiwał obecnych, do czego użył starego kłamstwa: „gdyby nie >Krymska Wiosna<, półwysep zostałby zajęty przez NATO”. Rosja zawsze używa tego „argumentu”, kiedy zajmuje jakieś terytorium. Na przykład, gdy ZSRR wprowadził wojska do Afganistanu, moskiewscy propagandyści twierdzili, że „wyprzedzają USA o kilka godzin” dodawali, że amerykańskie wojska „już stały na granicy”.

Na konferencji w Moskwie nie mogło zabraknąć tematu Polski. Bliżej nieznany Andrij Romańczuk, który przedstawił się jako „działacz”, powiedział, że w Polsce „polityka antyrosyjska wychodzi poza skalę”. Skarżył się, że od 24 lutego 2022 r., czyli bezpośrednio po rozpoczęciu przez Rosję wojny na dużą skalę na Ukrainie, „władze miasta Białegostoku oficjalnie zerwały stosunki z organizacją (klubem „Przyjaciół Krymu”), a wszyscy zaangażowani w działalność klubu są poddawani szczeremu nękaniu, nazywani są kolaborantami i zdrajcami”.

Romańczuk dodał, że „osobnym artykułem jest prześladowanie prawosławnych chrześcijan w Polsce, zwanych piątą kolumną”.

Jego zdaniem też „nikogo nie obchodzi bezczeszczenie czy niszczenie pomników żołnierzy sowieckich, a nawet rosyjskich (przed 1917). Jeśli wcześniej można było z tym walczyć w sądzie to teraz jest to niemożliwe” .

 

Kolejny apel STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO: Pokażcie dokument o Annie Walentynowicz w reż. J. Zalewskiego!

W grobie w Gdańsku nie leży ciało Anny Walentynowicz. Tam są zbezczeszczone jakieś ludzkie szczątki. Gdy Januszowi, synowi Pani Anny, pokazywano ciało matki w Moskwie w czasie dopuszczenia rodzin do oglądania zwłok – ciało Walentynowicz nie nosiło śladów poranienia. Rosjanin asystujący nieco uniósł nawet głowę, gdy Pan Janusz zbliżył się do zwłok – podkreślam jeszcze raz: ciało Anny Walentynowicz było nienaruszone. To co znajduje się teraz w grobie w Gdańsku to wynik zwyrodnienia, kolejna zbrodnia, kolejny dowód, że tam na wschodzie z nikim i z niczym się nie liczą.

O tym wszystkim jest film reżysera Jerzego Zalewskiego. To niezwykle ważny dokument. Nie zwykły film dokumentalny, ale właśnie dokument. Zdajcie sobie z tego sprawę wy wszyscy decydenci medialni. Dlaczego nie rozumiecie tak prostej sprawy. Jerzy Zalewski i ja rozesłaliśmy nagranie wielu osobom z kręgu telewizyjnego imperium i nadzoru. Otrzymuję pokrętne odpowiedzi źle świadczące o ludziach, których dotychczas szanowałem. Niby zmieniają się czasy, ustroje, decydenci a jednak i nowi przychodzą na wysokie stołki z jakimś zamuleniem w głowach. Kobieta, która stoi na pomnikach w Polsce i jest w sercach wielu rodaków, legendarna Anna Solidarność, nie może doczekać się sprawiedliwości po śmierci i godnego pochówku.

Po filmowym raporcie Antoniego Macierewicza o smoleńskiej zbrodni, po okrojonym na skutek niezrozumiałych przepychanek, uzupełniającym wiedzę dokumentalnym filmie Ewy Stankiewicz, teraz czeka na zmiłowanie dzieło bodajże najważniejsze. Musi ono być pokazane szerokiej widowni w pierwszym programie TVP. Jeśli nie o godz. 20:00 to nawet o północy, ale z odpowiednim wcześniejszym powiadomieniem telewidzów.

Film Jerzego Zalewskiego nosi tytuł „Skąd pochodzimy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy”. Jest o przebogatym życiu, o tragicznej śmierci i wreszcie o profanacji zwłok Anny Walentynowicz. Dokument jest rzeczywiście długi ale to film dużo ważniejszy niż inne. On ma utkwić w pamięci zacnych ludzi. Pozwoli zrozumieć z kim za Bugiem mamy do czynienia. Teraz gdy tamci mordują i niszczą Ukraińców i Ukrainę nikt nie powinien mieć wątpliwości kim są. Jakie mogą stanowić zagrożenie, jak są niebezpieczni!

Okazuje się, że nie dociera to do decydentów medialno-telewizyjnych, ani do ich nadzorców. Urodził się – teraz za rządów PiS – jakiś nowy typ cenzora. W TVP trwają narady, a KRRiT odwołuje się do zasad i decyzji obowiązujących na Woronicza.

Film Jerzego Zalewskiego nie powinien podlegać zwykłym regulaminom. Kiedyś podobno brutalny prezes z Katowic Maciej Szczepański mówił, że telewizja to fabryka, gdzie trzeba wbić młotkiem tysiące gwoździ. Zdaje się, że poziom umysłowy obecnych medialnych władców zbliża się do szczepańszczyzny. Tyle, że obecnie mamy podobno wolny kraj i wolę, a nie ZSRR za płotem i „wicie-rozumicie” w białym domu przy Nowym Świecie. Apeluję do nowego prezesa TVP:

– Dali Panu ogromną władzę, więc rządź Pan. Nie oglądaj się Pan na nikogo. Ten film jest wyjątkowy. Należą mu się zasady specjalne. To sprawa najwyższej wagi, bo taką sprawą jest konieczność pokazania ruskiej zbrodni.

Anna Walentynowicz czeka patrząc na to wszystko z wielu pomników i tablic poświęconych jej pamięci. To była mądra i bohaterska kobieta. To nie tylko symbol stoczniowego buntu. Gdy była młoda, mieszkała na wsi, była wykorzystywana i bita przez nadzorcę majątkowego. Ta młoda chłopka przetrwała. Była potem wykorzystywana i źle opłacana jako spawaczka i suwnicowa w stoczni. Była niezwykle odważna i mówiła prawdę. Dlatego zawierzyli jej robotnicy.

Ruski knut sponiewierał zwłoki. Różni pisarze, filmowcy i plastycy oddali jej hołd w swoich dziełach artystycznych. A teraz jest cisza. Cisza nad trumną, w której leżą sponiewierane, zbrukane zwłoki bez głowy! Film Jerzego Zalewskie to wszystko jednoznacznie pokazuje.

I jeszcze jedno. Decydenci medialni. Przecież słuchacie prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. W czasie ostatnich spotkań w wielu miastach naszego kraju mówi on jednoznacznie, że Smoleńsk to był zamach, żaden wypadek. Może jeszcze nie dotarło do prezesa co wy wyprawiacie z tym filmem. Więc piszę: proszę natychmiast emitować film a przedtem go odpowiednio zapowiedzieć, nagłośnić. Po programie powinna odbyć się w studio dyskusja z udziałem twórców oraz przedstawicieli rodziny, syna i wnuka. Oczywiście należy zaprosić także tych, którzy nie wierzą w ruską zbrodnię. Może odważą się przyjść.

 

 

WALTER ALTERMANN: Wielkie Oszczędzanie, czyli jedna telewizja

Żyjemy w dobie potężnego kryzysu, tak mówią politycy. Tak mówią też wszystkie media. Ale jakoś tego kryzysu nie widać. No, może poza cenami w sklepach, bo tam widać, jak rosną. Zdaniem mediów mamy też potężne problemy z dostępnością gazu, węgla, ropy naftowej, w sumie z energią. Choć, jak na razie, światło jest, bloki i domy są ogrzewane, samochody i tramwaje jeżdżą…

Myślę jednak, że do zwykłych ludzi prawda o tym kryzysie jakoś nie dociera. Dlaczego? Ano dlatego, że nie widać, żebyśmy brali się za oszczędzanie. A jest ono konieczne. Tak ze względu na braki surowców, jak i ceny. I dopóki władze państwowe nie wykonają przynajmniej kilku spektakularnych ruchów w sprawie oszczędzania, to wszyscy będziemy żyli w błogim przeświadczeniu, że wszystko jest dobrze, że nie musimy oszczędzać w ogóle.

Żywiąc przekonanie o konieczności otrzeźwienia narodu, pozwalam sobie podsunąć władzy jeden duży pomysł, zwany obecnie bardzo modnie „projektem”, który wstrząsnąłby społeczeństwem, ocuciłby nas wszystkich i zmusił do opamiętania, czyli do oszczędzania.

Żeby jednak wziąć się za problem, trzeba uprzednio wyzbyć się starego, klasycznego myślenia. Bo nasze dotychczasowe przywiązanie do starego stylu bycia, musi ulec drastycznej zmianie. Idea wolności w wielości, kapitalistyczne przyzwyczajenie do tego, że wielość form służy rozwojowi – musi ulec zapomnieniu. Ja widzę możliwość wielkich oszczędności właśnie w scalaniu w jedno, tego co dotychczas było naszą pseudo chlubą.

Pora zacząć oszczędzanie

Po co komu na rynku siedemnastu producentów pasty do butów? Wystarczyłaby jedna marka, byle dobra. Ale co tam buty, w końcu w kryzysie można chodzić w butach, które nie muszą błyszczeć. Naprawdę są ważniejsze dziedziny, w których możemy sporo zaoszczędzić.

Co prawda jakaś pani twierdzi, że przy 17 stopniach Celsjusza i tak jest jej gorąco, ale przecież nie chodzi o jedną czy nawet trzy gorące kobiety! Bo one całej Polski nie ogrzeją. Poza tym gorące kobiety bywają najczęściej bardzo wymagające, a tego nam jeszcze trzeba w kryzysie, żeby mitrężyć energię, która jest potrzebna do ważniejszych działań. Naprawdę nie chodzi drobiazgi, nadszedł czas na Wielkie Oszczędzanie!

Zacząłbym od telewizji. Przede wszystkim dlatego, że telewizja jest dobrem powszechnym codziennego użytku. Znacznie bardziej codziennym niż pasta do zębów. Właściwie – telewizja jest naszym wielkim uzależnieniem, dlatego właśnie od jej reformy oszczędnościowej należy zacząć Wielkie Oszczędzanie. Zmiany, jakie proponuję poniżej z całą pewnością zauważą wszyscy, tym samym do wszystkich Polaków dotrze poważna prawda, że jednak, i to już, należy zacząć oszczędzanie.

Stan obecny naszych telewizji

Zauważmy, że w Polsce mamy obecnie trzech dużych nadawców: TVP, Polsat i TVN. I to te stacje dominują w naszych telewizorach. Są też telewizje pomniejsze, są telewizje internetowe, ale to płotki przy wielorybach. Zauważmy też, że te trzy duże stacje właściwie powtarzają konkurencję. W święta narodowe i kościelne wszystkie te trzy stacje emitują te same filmy: „Potop”, „Krzyżaków”, „Ogniem i mieczem”, „Chłopów”, „Ziemię obiecaną”, „Lalkę”, „Karierę Nikodema Dyzmy” i „Samych swoich”. Te wielkie nasze klasyki oczywiście nie są emitowane przez trzy główne stacje w tym samym czasie i nie w te same święta, ale w rozliczeniu rocznym – stacje główne ciągle nadają te filmy właśnie.

Na marginesie… od 1989 roku trochę lat już minęło, a wszystkie nasze telewizji ciągle żerują na produkcji filmowej z PRL-u. Zaprzeczając jednocześnie tezie, że komuna nie była jakoby patriotyczna. Jeżeli wymienione wyżej pozycje filmowe nie są patriotyczne, to co jest patriotyczne? Komuna rządziła przez 44 lata, od czasu wolnych wyborów w 1989 roku minęły 33 lata. Obawiam się, że porównanie dorobku artystycznego, w tym filmowego, lat 1945 – 1989 z latami 1989 – 2022 wypadłoby jednak na korzyść czasów, skądinąd, słusznie minionych.

To co właśnie przedstawiłem dowodzi ukrywanego skrzętnie faktu, że mając trzy telewizje, mamy właściwie jedną. Jeżeli ktoś nie wierzy, to proszę w niedzielę przed południem przełączać z TVP na TVN, a potem na Polsat. I tak kilka razy. Okaże się, że w każdej z trzech telewizji, w tym samym czasie, siedzą przy podobnych stołach identyczni politycy i wygłaszają te same herezje. A są to „mądrości” znane już wcześniej. Gorzej, bo reprezentanci każdej z dużych partii mówią – na przykład w TVN – to samo, co w tym samym prawie czasie, mówią ich koledzy w TVP czy Polsacie.

Czy nie sądzicie Państwo, że jest to ogromna utrata energii? I to zarówno ludzkiej jak też elektrycznej. Przecież wystarczyłaby jedna audycja w jednej stacji! Pozostali uczestnicy dyskusji, z dwóch pozostałych stacji, mogliby w tym czasie tłuc schabowe na niedzielny obiad, pójść na mszę, wyjść z dziećmi na spacer… A w skrajnych przypadkach pokłócić się z druga połową – to w końcu też rozrywka.

A prąd? Ileż to energii elektrycznej marnuje się na taką wielość stacji telewizyjnych.  A energię w Polsce mamy z węgla, a węgiel zatruwa atmosferę, z czego biorą się najgorsze choroby. A marnowanie ciężkiej pracy górników, kolejarzy, którzy wiozą ten węgiel, a trud pracowników elektrociepłowni? A węgiel coraz droższy, więc trzeba oszczędzać.

Weźmy jeszcze taksówki, którymi uczestnicy dyskusji politycznych zjeżdżają do studiów? I nawet jeżeli jeżdżą elektrykami, to prąd – u nas – też rodzi się z węgla. A węgiel? Racja, o węglu już pisałem…

Dlatego mój pomysł wygląda tak:

Jedna Telewizja Państwowa

Powinniśmy dążyć do tego, żeby – z oszczędności – w naszym kraju istniała tylko jedna telewizja. I powinna to być telewizja państwowa. Przyszłość pozostałych stacji widzę tak, że same się zlikwidują. Po wdrożeniu mego projektu. Gdyby się nierozsądnie upierały, zlikwiduje się je ustawą sejmową. I już. Jak jest chęć, to i sposoby się znajdą. To ostatnie zdanie napisałem z rozpędu, bo w tej sprawie mamy przecież bogatą praktykę.

Zatem – jak powinna wyglądać ta jedna telewizja państwowa? Ujmijmy to naukowo, czyli w punktach.

  1. Nie powinna być, w żadnej mierze, kontynuacją obecnej TVP. Obecna TVP ma zbyt jasno określony profil społeczny i polityczny. Poza tym zawsze była w rękach aktualnych władz. Zmieniamy więc nazwę. Podsuwam prostą, która się sama narzuca – Jedna Telewizja Państwowa.
  2. Statut telewizji. Powinna być kierowana przez co najmniej pięciu współdyrektorów, z których każdy ma jeden głos, równie ważny, co pozostali dyrektorzy. W przypadku różnicy zdań decyduje większość.
  3. Dyrektorów powołuje Sejm i Senat, bo sprawa jest najwyższej wagi państwowej. Dyrektorzy są mianowani na czas trwania kadencji parlamentu.
  4. Każdy z dyrektorów reprezentuje jedną z partii sejmowych. Tak jak startowały w wyborach. A to, że potem, różni posłowie występują, przestępują, wstępują do innych partii, lub tworzą nowe -– to już by przy podziale telewizji nie miało znaczenia. Pod uwagę brane byłyby tylko partie wyborcze, a właściwie listy. Nie przewiduję bowiem, żeby w najbliższych dziesięcioleciach było w polskim parlamencie więcej niż pięć partii.
  5. I tu novum. Każda z partii ma taki sam głos w telewizji. Żadnych tam układów z panem D’Hondt’em. Ten pan, który tak króluje u nas w liczeniu głosów i decyduje o miejscach w polskim parlamencie, przypomina mi pewnego kelnera z dawnej restauracji łódzkiego SPATiF-u. Osobnik ten przy rachunku postępował podobnie i na zakończenie biesiady tak podliczał:

– A zatem było tak: dwa razy pół litra, trzy razy schabowy z kapustą, tatar, pieczywo, popitek, trzy kawy… co czyni razem 282 złote. Ale zaokrąglijmy tę sumę. I płacą panowie, jedynie 300 złotych.

  1. Tych pięciu dyrektorów decyduje o wszystkim. O angażowaniu i zarobkach kierowców, sprzątaczek, redaktorów każdej rangi i dziennikarzy. O wszystkim. Żadnych tam pośrednich dyrektorów i kierowników. Oczywiście ciężko im będzie się dogadać, ale batem na nich będzie to, że jeżeli nie przegłosują skutecznie jakiejś sprawy, to parlament natychmiast ich wyrzuca – bez odprawy – i wybiera następnych.
  2. O programie też decydują dyrektorzy. Na przykład, którego dnia ma iść kolejny odcinek „Korony królów”, czy też „Komisarza Aleksa”. O wszystkim.
  3. Programy polityczne będą przydzielane poszczególnym partiom. Po równo, bez uwzględnienia faktu, ile głosów ma jakaś partia w parlamencie. I tak. Niedzielne dyskusje polityczne są obsadzane w ten sposób, że pierwsza niedziela miesiąca przypada partii A, druga partii B, trzecia partii C i tak dalej. Jeżeli miesiąc ma tylko cztery niedziele, to pierwsza następnego miesiąca jest traktowana jako piąta poprzedniego.
  4. Wiadomości, które dzisiaj we wszystkich stacjach nie tyle informują, co komentują, również obsadzane byłyby sposobem niedzielnych dyskusji politycznych. Codziennie inna partia ma swojego prowadzącego komentatora, serwisantów, dziennikarzy ze stolicy i terenu… Nawet realizatorzy musieliby się zmieniać partyjnie. Bo realizator z partii B może w niekorzystnym świetle ukazywać posła z partii D.

Błogosławione korzyści

Po pierwsze – osiągniemy efekt opamiętania się u widzów, do których dotrze wreszcie prawda o potężnym kryzysie.

Po drugie – skończymy wreszcie z ględzeniem i okłamywaniem się, co do niezależności dziennikarskiej, obiektywizmu i rzetelności. Skoro wszystko w Polsce jest już partyjne, to bądźmy dorośli i szczerzy do bólu.

Po trzecie – znajdą się wreszcie pieniądze na działalność państwowej telewizji i żadna partia nie będzie już mówić o marnowaniu publicznego grosza.

Po czwarte – uwolnimy dziennikarzy od udawania, że nikomu nie sprzyjają. Prowadzący program, każdy z dziennikarzy może mówić co mu się żywnie podoba, nawet i kłamać może, jak tam wola. Ale za facetem jest plansza, i pasek płynie na dole, czyli widz ma świadomość, że ten dzień należy do partii „Wolność dla kanarków” – dla przykładu. I właśnie ta partia bierze za niego odpowiedzialność. Poza tym, następnego dnia, kolejna partia – powiedzmy – „Partia Doczesnej Szczęśliwości”, ma prawa tego kłamcę z poprzedniego dnia objechać jak Turczyna. I kłamać po swojemu.

Przesłanie

Wiem, że droga do realizacji mojego pomysłu może być długa i wyboista. Ale wszystkie wielkie idee z początku wydawały się głupie.

A tak serio… Czy wierzę w realizację tego pomysłu?  Nie, nie wierzę. Ale przynajmniej jestem szczery. I napisałem, co powyżej, z wrodzonej złośliwości.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Ani za sandałem ani za tykwą

Nie wiem co się stało w Przewodowie. To stwierdzenie zapewne ściągnie na mnie falę gromów, ponieważ większość już przecież „wie”. Chociaż nie było żadnego śledztwa, a osoby dramatu podają sprzeczne wersje.

Prawda wydaje się tu w ogóle mało komu potrzebna.

„Nareszcie”

Dla jednych o niebo ważniejsze od jakiejkolwiek prawdy jest to, że „winien jest PiS”. Autentycznie. A, bo zareagował za wolno, bo zareagował za szybko, bo „nasza obrona przeciwlotnicza nie obejmuje całości terytorium kraju”. Tak jakby obrona przeciwlotnicza jakiegokolwiek kraju obejmowała całość terytorium. Niektórzy twierdzą, że tak jest w Izraelu, ale po pierwsze nie do końca, a po drugie Izrael ma terytorium wielkości województwa podlaskiego. Pośród „totalnych” influenserów w internecie i to takich obserwowanych przez „totalne” polityczne tuzy, o lepsze walczy również teoria o tym, że to Putin i Łukaszenka wspierają PiS dając mu pretekst do „wprowadzenia stanu wojennego” żeby móc „odwołać wybory”. Naprawdę.

Dla innych z kolei najważniejsze jest że „nareszcie mamy ruskich”. Ci już wzywali do sięgnięcia po artykuł 5. NATO, który wbrew oczekiwaniom, nie jest automatyczny, ale może prowadzić do wspólnej akcji zbrojnej, czyli de facto wojny. A jeśli nie sięgnięcia po artykuł 5. NATO, to przynajmniej po jakąś rezolucję ONZ.

Jeszcze inni za najbardziej istotne uznali, że „nareszcie mamy ukrów”. Nareszcie „możemy pokazać jacy są naprawdę”. Naprawdę? Owszem, uważam, że Zełenski mógł powiedzieć „nie wiemy co się stało, badamy to, ale jeśli okaże się, że to nasza rakieta, przeprosimy i zrobimy wszystko by zadośćuczynić rodzinom ofiar”, z komunikatem o „rosyjskim ataku” nie zwlekał. Ale czy naprawdę ten tragiczny w skutkach, ale raczej wypadek, mógłby świadczyć „o Ukraińcach”, którym właśnie ruscy palą kraj i zabijają dzieci? A, że „chcą nas wciągnąć do wojny” to cóż to za odkrycie? No jasne, że chcą. To jest w ich najgłębszym interesie i gdybyśmy byli na ich miejscu, mam nadzieję, że robilibyśmy to samo. Na szczęście, póki co, nie jesteśmy.

Ani za sandałem ani za tykwą

A mnie by się marzyło żebyśmy nie biegli ani za sandałem, ani za tykwą (patrz „Latający Cyrk Monty Pythona”), tylko żebyśmy pamiętając o ofiarach, zastanowili się nad tym, gdzie w tym wszystkim leży NASZ interes i bezpieczeństwo NASZYCH dzieci. Bo logicznie rzecz biorąc jest to raczej wypadek. Po nerwowej reakcji Rosji widać, że nie chce ryzykować starcia z NATO, Ukraińcy musieliby oszaleć, żeby narazić na szwank stosunki z najbardziej przyjaznym sobie krajem. Ale czy prawdą obiektywną jest jakoś tak oficjalnie-nieoficjalnie przebąkiwana wersja o „rakiecie ukraińskiej”, czy też rację mają ci, którzy spekulują, że jednak mogła to być rakieta rosyjska, a „ukraińską” została dla świętego spokoju? Być może nigdy nie będziemy pewni czy znamy prawdę.

Napiszę brutalnie, choć prawda ma znaczenie ogromne i wszyscy w naturalny sposób dążymy do jej poznania, to tutaj nasz interes jako państwa i bezpieczeństwo naszych dzieci, są wartością jeszcze ważniejszą. Dlatego cieszę się, że rządzący nie dali się sprowokować do „szybkiej reakcji”, ani przez twitterowych mędrków, ani przez orzekające o „rosyjskiej winie” ukraińskie komunikaty. Oby chłodnej głowy wystarczyło im do końca kryzysu. Ja również, jak wiecie, mam różne do nich różne pretensje (patrz mój poprzedni tekst na stronie SDP), ale w tej sytuacji muszę im zaufać, my musimy, bo jakie mamy wyjście? Przeprowadzić referendum?

Mam tylko nadzieję, że Twitter nie jest wiernym odbiciem struktury społecznej Polski, bo jeśli tak (z nielicznymi chlubnymi wyjątkami) to możliwe, że w razie czego zatłuczemy się nawzajem, zanim ruscy poradzą sobie z płotem na granicy.

Paweł Reszka został laureatem Nagrody Radia ZET im. Andrzeja Woyciechowskiego

Paweł Reszka z „Polityki” otrzymał tegoroczną Nagrodę Radia ZET im. Andrzeja Woyciechowskiego. W tym roku po raz pierwszy przyznano też Nagrodę w kategorii Autor Internetowy. Jej laureatką została Katarzyna Gandor prowadząca kanał popularno-naukowy „Kasia Gandor” na YouTubie.

Paweł Reszka nominowany był za cykl reportaży z ogarniętej wojną Ukrainy, w tym tekst pt. „Bucza, śmierć i Margarita. Wstrząsająca historia jednej zbrodni” z 21 kwietnia 2022 r., który ukazał się w tygodniku „Polityka”. To już jego trzecia Nagroda Woyciechowskiego. Oprócz honorowej statuetki otrzymał 50 tys. zł.

Honorowe wyróżnienia przyznano Szymonowi Jadczakowi  i Mateuszowi Ratajczakowi  (Wirtualna Polska), Mateuszowi Lachowskiemu (Polsat News/Newsweek Polska) oraz Michałowi Przedlackiemu (Superwizjer TVN).

Natomiast w kategorii Autor Internetowy wyróżnienia odebrali Maciej Okraszewski, autor podcastu „Dział Zagraniczny” i Jarosław Wolski znany z kanału „Wolski o Wojnie” na YouTubie. Poza konkursem, decyzją redakcji Radia ZET, Nagrodę Specjalną im. Andrzeja Woyciechowskiego otrzymał zespół Faktów TVN.

Celem Nagrody, której patronuje założyciel Radia ZET, jest uhonorowanie dziennikarzy za odwagę w docieraniu do prawdy i odkrywanie tego, co wcześniej było ukryte lub niedopowiedziane. W tym roku przyznano ją po raz osiemnasty.

opr. jka, źródło: Eurozet

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosyjscy okupanci na Krymie chcą „swojego ONZ”

Na Krymie są osoby, które chciałyby przenieść siedzibę Organizacji Narodów Zjednoczonych do Jałty.

14 grudnia 1939 r. w Pałacu Narodów, siedzibie Ligi Narodów w Genewie, podjęto uchwałę o wyłączeniu Związku Radzieckiego z tej międzynarodowej organizacji. Powodem były „działania ZSRR skierowane przeciwko państwu fińskiemu”, czyli wywołanie wojny z Finlandią. Ligę Narodów zastąpiła Organizacja Narodów Zjednoczonych, ale od tamtego czasu stosunek Rosji do organizacji międzynarodowych w ogóle się nie zmienił. Rosja, podobnie jak ówczesny ZSRR, jest agresorem i podobnie jak wtedy chce wykorzystywać ONZ do własnych interesów. I znów pojawia się kwestia wydalenia Rosji z ONZ, a przynajmniej z Rady Bezpieczeństwa, za prowadzenie wojny z Ukrainą, tak jak kiedyś została wydalona za wojnę z Finlandią. Pierwszy krok w tym kierunku został już zrobiony. 7 kwietnia 2022 r. Zgromadzenie Ogólne ONZ wykluczyło Rosję z Rady Praw Człowieka ONZ.

Jednocześnie okazało się, że są wątpliwości, czy Rosja w ogóle może być uważana za członka ONZ, bo… po zniknięciu ZSRR nie zaakceptowano jej w tej organizacji. Jak się okazało, Borys Jelcyn po prostu napisał list do ONZ z prośbą o zastąpienie słowa „ZSRR” słowem „Rosja” w statucie – i w ten sposób kraj ten został uznany za członka ONZ bez przechodzenia procedury akceptacji.

Na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ w sprawie masowych mordów w Buczy stały przedstawiciel Ukrainy przy ONZ Serhij Kyslytsia przypomniał członkom organizacji o wątpliwej podstawie obecności Rosji w tej międzynarodowej organizacji. Poprosił obecnych w sali posiedzeń: „Podnieście rękę, kto w tej sali głosował za członkostwem Rosji w ONZ”. Nastąpiła przerwa, która „zamieniła się w ciszę”. Ani jedna ręka nie została podniesiona. Okazuje się, że zgodnie z oficjalnymi dokumentami stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa (ten status daje prawo do użycia weta) nadal nie jest Rosja, ale… Związek Radziecki. Jednak w 1991 roku, starając się zabezpieczyć rosyjski potencjał nuklearny i militarny, Rada Bezpieczeństwa ONZ postanowiła przymknąć oko na łamanie statutu organizacji i pozwoliła Rosji zasiąść do stołu – co jednak nie zapewniło jej w sposób prawny członkostwa.

Rosja obecnie milczy na temat takich szczegółów swojego „nie-członkostwa” w ONZ. Zamiast tego próbuje podważyć znaczenie ONZ i zdyskredytować tę międzynarodową organizację na wszystkich frontach. Na przykład w Rosji istnieje szeroko rozpowszechniona sieć dyskredytowania ONZ. Zarządza nią tzw. „Stały przedstawiciel Republiki Krymu przy prezydencie Rosji” Georgy Muradov, który rozpowszechnia wśród mieszkańców półwyspu wszelkiego rodzaju fałszywe informacje. Twierdzi na przykład, że ONZ powstała w Pałacu Liwadyjskim podczas konferencji w Jałcie w dniach 4-11 lutego 1945 r., dzięki czemu jego zdaniem Krym nabiera znaczenia międzynarodowego. W rzeczywistości Organizacja Narodów Zjednoczonych (ONZ) została założona 24 października 1945 r. na konferencji w San Francisco na podstawie Karty Narodów Zjednoczonych.

W Rosji już po raz czwarty dla studentów i uczniów szkół wyższych odbyła się tzw. ogólnorosyjska konferencja naukowo-praktyczna „Model ONZ”, w której uczestniczyli przedstawiciele od Irkucka po Petersburg, od Syktywkaru po Symferopol i Sewastopol. W zajęciach na Krymie uczestniczyło ponad trzy tysiące uczniów z 32 szkół i 8 kolegiów.

W celu zdyskredytowania ONZ wśród uczestników konferencji rozsiewano nie tylko kłamstwa o powołaniu ONZ na Krymie, ale i bajki o jej pracy. W ten sposób rosyjscy propagandyści rozpowszechniali wśród rosyjskiej młodzieży ideę, że ONZ jest dziś nie tylko organizacją międzynarodową, ale strukturą podporządkowaną USA i reprezentuje wyłącznie interesy amerykańskie.

Uczestnicy konferencji, studenci, którzy wciąż studiują „prawo międzynarodowe w języku rosyjskim”, nie tylko krytykują pracę ONZ, ale rozpowszechniają fałszywe informacje na temat działalności i decyzji tej międzynarodowej organizacji. Między innymi z tego powodu na Krymie chcą „swojego ONZ” i od kilku lat proponują „przeniesienie siedziby ONZ do Jałty”, choć takiej opcji nie popiera żaden kraj na świecie. Zgodnie z rosyjską logiką, jeśli siedziba ONZ jest w Stanach Zjednoczonych, to podobno organizacja ta sprzyja amerykańskim interesom, a jeśli będzie na Krymie, to Rosja wierzy, że będzie w stanie podporządkować ją swojej woli. Na szczęście tylko nieliczni myślą tak prymitywnie. Z pewnością Rosji nie uda się przenieść siedziby ONZ na Krym, ale wykluczenie jej z Rady Bezpieczeństwa, a może nawet z ONZ w ogóle, jak z Ligi Narodów w 1939 roku, jest możliwe.

 

Właściciel Facebooka zwolni ponad 11 tysięcy pracowników

Firma Meta Platforms, właściciel m.in. Facebooka i Instagrama, poinformowała, że zwolni ponad 11 tysięcy swoich pracowników, czyli 13 proc. zatrudnionych. To pierwsze masowe zwolnienia w 18-letniej historii firmy.

Jak pisze Reuters, wywołany pandemią boom, który pobudził firmy technologiczne i ich wyceny, w tym roku w wyniku szalejącej inflacji i rosnących stóp procentowych, przekształcił się w krach.

„Nie tylko handel online powrócił do poprzednich trendów, ale spowolnienie makroekonomiczne, zwiększona konkurencja i spadek rynku reklamowego spowodowały, że nasze przychody są znacznie niższe, niż się spodziewałem” – stwierdził dyrektor generalny Mark Zuckerberg w komunikacie do pracowników.

„Pomyliłem się i biorę za to odpowiedzialność” – dodał.

Nie podano dokładnie jakie rejony dotkną planowane oszczędności.

W Stanach Zjednoczonych Meta będzie wypłacać zwalnianym pracownikom wynagrodzenie przez 16 tygodni plus dwa dodatkowe tygodnie za każdy rok pracy. Opłaci też ubezpieczenie zdrowotne przez pół roku.

Meta na koniec września zatrudniała 87 314 pracowników.

opr. jka, źródło: reuters.com