CEZARY KRYSZTOPA: Morda mordzie nierówna

Kim trzeba być żeby pod domem brata tragicznie zmarłego Lecha Kaczyńskiego zorganizować w tzw. „halloween” happening, którego uczestnicy przebrali się za…brzozy? Z wykształcenia jestem wprawdzie inżynierem, ale „w słowie” robię już trochę lat i muszę przyznać, że brakuje mi słów żeby opisać to zezwierzęcenie.

Zdawać by się mogło, że mimo ostrego politycznego sporu, istnieją pewne ludzkie granice, których nie przekraczamy. Na przykład granicy szyderstwa z czyjejś śmierci. Ja wiem, że po doświadczeniach „zimnego Lecha” i dziczy „strajku Kobiet” na ulicach ta nadzieja może się wydawać naiwna, ale choć i mnie to wściekało, to przecież chciałbym wierzyć, że choć czasem może nas dotknąć jakieś szaleństwo, to jednak w ostatecznym rozrachunku, wszyscy jesteśmy ludźmi.

Jeszcze gorzej

A tymczasem jest jeszcze gorzej. Otóż „happening” zyskał spory poklask nie tylko zwykłej ludożerki piszącej – „Dobrze mu tak!”, ale również „autorytetów”. „Przypomnienie brzozy w tym miejscu i tego dnia akurat bardzo tu pasuje. Hallowynowy błysk prawdy w oczy” – uznał z błędem Waldemar Kuczyński, były minister w rządzie Mazowieckiego i niestety były dziennikarz „Tygodnika Solidarność” z okresu „karnawału Solidarności”. Mało? „Kaczyński drwi ze śmierci własnego brata i stu innych osób, bredząc o zamachu i zabójstwie, drwiąc tym samym z faktów i z pracy specjalistów, dlatego każda okazja jest dobra, żeby mu przypomnieć, że nie wolno mu tak drwić, happening uliczny jest jak najbardziej na miejscu” – pisze znany jezuita o. Krzysztof Mądel.

Abstrahując od rzeczywistych przyczyn katastrofy, wyobraźcie sobie, że ktoś drwi ze śmierci bliskiej Wam osoby. Może zrobi sobie kwiatek z serc, które doznały zawału, przebierze się za okno, z którego ktoś wyskoczył, albo zacznie żonglować kolorowymi nożami pod domem zadźganego. Czy normalnego człowieka to bawi czy brzydzi?

„Odpada kawałek serca”

Zupełnie gdzie indziej znowuż istnieje empatia posunięta do granic histerii. Oto Jerzy Owsiak, który jakimś przedziwnym zrządzeniem losu przegrał przed obliczem polskiego wymiaru sprawiedliwości proces z twórcą „Plastusiów” Barbara Pielą, na której temat wygadywał jakieś nieprawdopodobne głupoty, uderzył w dramatyczne tony pisząc, że jego „serce powoli umiera. Kolejny kawałek odpada i już nic go nie podniesie”. Spotkało się to może z drwiną z teatralnej egzaltacji? No może trochę. Ale głównie ze zrozumieniem i współczuciem. No bo jak można wygrać proces z Jerzym Owsiakiem!

Trudno nie odnieść wrażenia, że żyjemy w coraz większym stopniu w społeczeństwie kastowym. Rośnie grupa ludzi, wobec której dopuszcza się dowolne obrzydlistwa. Nie tylko dopuszcza, ale wpiera się i racjonalizuje językami „autorytetów”. Grupa ludzi poddawanych od lat dehumanizacji. A z drugiej strony grupa ludzi, która nie tylko podlega odpowiednio ludzkiemu traktowaniu, ale wręcz jakiegoś rodzaju hiperbolizacji w ramach której każda, zasłużona czy nie, przykrość która może ich spotkać, natychmiast staje się przedmiotem społecznego współczucia, a dowolna przewina rozgrzeszenia.

Dać w mordę

Inaczej rzec ujmując, nie chodzi już o to, żeby nie dawać komuś w mordę. Nie chodzi nawet o to za co ktoś komuś może, lub nie może dać w mordę. Istotne jest tylko to kto komu dał w mordę. I w zależności od tego jest to albo „antysemityzmem”, „faszyzmem”, czy „homofobią”, albo jest zupełnie „zrozumiałe”.

I jeśli ktoś by mnie pytał, odpowiedziałbym, że to się nie ma prawa dobrze skończyć.

WALTER ALTERMANN: Granie pod publiczkę i kontrowanie Scholza

W teatrze i polityce jest niedopuszczalne właśnie tzw. granie pod publiczkę. W teatrze jest to popis złego gustu, gdy aktorzy zniżają się do wygłupów, żeby tylko rozśmieszyć widzów, żeby mieć kilka oklasków i śmiechów. W polityce krajowej natomiast skutkiem „gry pod publiczkę” jest rozbudzanie niezdrowych namiętności elektoratu, podsycanie oczekiwań ponad miarę sytuacji ekonomicznej kraju. Mężem stanu jest ten, kto stawia przed narodem sprawy jasno, wytycza mu nowe cele. I nie schlebia. Ci, którzy tylko wyborcom schlebiają to tylko politycy.

Prowadzenie polityki jest w ogóle subtelną grą, która powinna toczyć się w ciszy gabinetów. Chyba, że chodzi o Rosję Putina. Jego to nie dotyczy, bo ten osobnik w nic nie gra, ograniczając się jedynie do brutalnej wojny. Tak zresztą Rosja od wieków rozumiała i rozumie współżycie z innymi narodami. Teraz do wąskiego repertuaru rosyjskiej polityki doszło też przekupstwo szantaż – jak z gazem, na użytek Niemiec i całego zachodu Europy. Mordowanie obywateli Ukrainy i wystawianie na śmierć własnych obywateli, to wszystko, co Rosja umie. To już nie jest gra pod publikę. To jest granda i hucpa, czyli bezczelność mordercy.

Kontra kontrze

Ostatnimi laty nasila się u nas używanie języka filozofów – głównie niemieckich – w debacie publicznej. Jednym z objawów nierozumnego używania pojęć, właśnie rodem z filozofii, jest słówko „kontra”, dodawane, gdzie tylko się da. Słyszałem już, że coś jest kontr-skuteczne. Teraz jednak usłyszałem od dziennikarki, że ktoś tam jest kontr-celebrytą.

Oczywiście dziennikarka mogła powiedzieć, że pan, o którym mówiła, nie jest celebrytą, że nie zachowuje się jak przeciętny celebryta. Ale dziennikarka chciała błysnąć znajomością najnowszych trendów, najbardziej „gorącego” języka i palnęła jak palnęła. Gdyby jeszcze chodziło jej o to, że ktoś zwalcza celebrytów i celebrytyzm, że postawa szpanowania, stroszenia się w przerzedzone piórka i udawanie osoby ważnej społecznie, która ma coś istotnego do powiedzenia światu – jak to u celebrytów jest w normie – zrozumiałbym wywód. Ale co znaczy kontr-celebryta? Tego chyba sama dziennikarka nie wie.

Są też w obiegu takie słówka jak a-skuteczny, zamiast nieskuteczny. Natomiast powszechne już określenie, że coś jest kontr–skuteczne oznacza po prostu, że jakieś działanie przynosi skutki przeciwne do zamierzeń. Ja wiem, że na tłumaczenie wytrychów językowych z angielskiego, niemieckiego trzeba mówiąc po polsku dwóch trzech słów więcej. Ale wyboru nie ma, jeśli chce się być politykiem, lub dziennikarzem polskim. Nie to, że działającym i zarabiającym w Polsce, ale po prostu polskim. To jest właśnie kwestia narodowej dumy.

Niemcy w Radzie Bezpieczeństwa ONZ

Niemcy są gotowe do bycia stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ – oznajmił kanclerz Olaf Scholz. Kilka dni wcześniej powiedział też, że Niemcy są gotowe do bycia siłą przywódczą Unii Europejskiej. Zastanówmy się nad tymi dwoma oświadczeniami.

Pierwszym wnioskiem, płynącym z najprostszej interpretacji słów kanclerza Niemiec, jest to, że Niemcy uznały, iż czas rozliczeń II wojny światowej już minął, że nie ma już co wracać do sprawy rozpoczętej 83 lata temu, a zakończonej 5 lat później.

Pozwolę sobie mieć inne zdanie niż kanclerz Scholz. Uważam, że jego nerwowość, jego oczekiwanie, że świat już zapomniał i mówi Niemcom: „Ach, co było to było, nie ma sprawy, w sumie drobnostka…” To oczekiwanie kanclerza jest niestosowne i typowe dla niemieckiej polityki ostatnich lat. Spróbujmy jednak zrozumieć skąd takie postawy w Niemcach się biorą.

Przede wszystkim nie było jednej II wojny światowej dla wszystkich.

  1. Inna była ta wojna dla Polaków, Białorusinów, Ukraińców i Rosjan.
  2. Jeszcze inna natomiast była II wojna światowa dla Francuzów, Holendrów i Duńczyków. Oni nie zaznali takiego okrucieństwa i bestialstwa jak ta „pierwsza grupa”. Niemcy zaliczyli obywateli tych państw do grupy nordyckiej i niejako na siłę uczynili z nich swoich ludzi, których da się oswoić.

III. Trzecią grupę tworzą ci, którzy przeżyli wojnę jak Słowacy i Czesi. Tam również nie było wielkich zbrodni niemieckich, rujnowania miast, przemysłu i infrastruktury.

  1. Inaczej też niż my, będą wspominać wojnę obywatele Węgier i Rumunii. których rządy kolaborowały z Hitlerem i wysłały swych obywateli na wojnę z Rosją.
  2. Mamy jeszcze w Europie Austrię i Włochy. Austriacy zostali wcieleni do Rzeszy, nie bez entuzjazmu większości obywateli Austrii. Włosi natomiast stworzyli faszyzm i byli, póki mieli siły, wspólnikami Hitlera.
  3. Mamy także w Unii Europejskiej Hiszpanów i Portugalczyków, którzy nie brali udziału w wojnie, ale gospodarczo i politycznie wspierali Niemców.

Są zatem tak różne obrazy jednej wojny i mamy sytuację, w której podświadomie obywatele tych państw będą myśleć, że wojna była taka sama jak u nich. I większość z nich powie, jak na przykład Francuz: „Tamta wojna była straszna, kraj podzielony na dwie strefy, te braki w zaopatrzeniu, ten widok Niemców w mundurach. Dobrze, że działały teatry, że kręcono francuskie filmy. Ale w sumie naprawdę było przykro.”

I zauważmy też, że przez prawie czterdzieści powojennych lat zachodni Niemcy mieli do czynienia jedynie z państwami, które hitlerowcy nie potraktowali tak brutalnie jak nas. Żyli ci powojenni Niemcy coraz bardziej wśród przyjaciół z Unii Europejskiej, która stawiała interesy nad wszystko.

Trzeba tu też wspomnieć, że to USA odstąpiły od denazyfikacji, od ścigania zbrodniarzy hitlerowskich i wsparły powojenną odbudowę Niemiec. I dość szybko się zaprzyjaźniły z Niemcami. Miały w tym interesy gospodarcze i polityczne. Pomoc gospodarcza dla Niemiec nie była bezinteresowna. Polityczna również. USA zobaczyły w Niemcach potencjał gospodarczy i militarny na przypadek wojny w ZSRR.

Czy możemy zatem tak oczywiście dziwić się, że kanclerz Olaf Scholz zgłasza teraz Niemcy na stałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ, że stwierdza również, iż Niemcy są gotowe przewodzić Unii Europejskiej?

No i mamy poważny problem. Czy UE ma być związkiem wolnych państw, czy też ktokolwiek ma jej przewodzić? Kanclerz widzi Unię jako kontynuację Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Nie bardzo mi się to widzi. Tym bardziej, że to właśnie Niemcy chcą być cesarzem.

A my? Co my na to? Trochę późno, ale dobrze, że przypominamy Niemcom czego dokonywali w Polsce. No i najważniejsze. Jakie to zasługi dla bezpieczeństwa Europy i świata mają współczesne Niemcy, żeby teraz przewodzić UE i być członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ? Czyżby miała to być polityka wobec Rosji? Niemiecka zgoda na uzależnienie się od rosyjskiego węgla i gazu? To naprawdę nie są przyzwoite rekomendacje.

Musimy też pamiętać, że ogromna część Polaków, urodzonych po 1945 roku, doznała jednak jej skutków. Odbudowa kraju kosztowała nas ogromne sumy, bo było zniszczonych 60 procent majątku narodowego. Po wojnie płaciliśmy za odbudowę nędznym poziomem życia i powszechnymi brakami.

Tu warto dodać i to, że bez Niemców nie byłoby w Polsce prawdopodobnie, rządów komunistów i dominacji sowieckiej. Być może Polacy do rządzenia wybraliby partie lewicowe, ale demokratyczne. A w systemie moskiewskim nie mieliśmy na to nawet szansy.

I nie chodzi mi o odszkodowania, o reparacje wojenne – naprawdę. Mnie chodzi o zwykłą przyzwoitość. Bo ciągle jeszcze mam w oczach przerażający widok ruin Warszawy, Wrocławia i Gdańska. Dla moich rodziców nie były to również widoki oczywiste, ale oni przeżyli wojnę, więc w dużym stopniu wiedzieli skąd się to wzięło, kto to zrobił, kto był tych makabrycznych widoków sprawcą. Jednak dla mnie, kilkulatka były to przeżycia wstrząsające i dlatego ciągle mam je w oczach.

Może zatem trzeba jeszcze poczekać, aż zamknę oczy ja, aż pomrą wszyscy ci, którzy urodzili się zaraz po wojnie, ale latami odczuwali jej skutki?

 

WALTER ALTERMANN: Balladyna, czyli Wielki Kłopot. Recenzja depresyjna (2 – ost.)

 

 

Juliusz Słowacki, BALLADYNA, TVP, premiera, 22 listopada 2021 r.

Dokończenie.

 

Wierszem a jakby prozą

Niestety, najpoważniejszą słabością, a właściwie już ciężką chorobą, jest w BALLADYNIE  Wojciecha Adamczyka nieumiejętność grania wierszem. Generalnie mówiąc – dzisiaj aktorzy nie potrafią już grać, mówić wiersza. Tak też stało się w omawianym dziele, poza nielicznymi wyjątkami. Jest to skutek dążenia reżyserów i aktorów do bycia naturalnymi.

Naturalność, owszem, zalecana jest w czynnościach fizjologicznych, ale teatr to sztuka, czyli zakładana i błogosławiona sztuczność. Jest jednak w obsadzie aktor, który wiersz mówi doskonale. Jest nim i tu chylę czoła, Krzysztof Gosztyła. Może jego sceniczni koledzy powinni pobierać u niego lekcje? A pan Gosztyła powinien brać za godzinę lekcyjną bardzo dużo. Bo dobra wiedza, fachowość muszą kosztować.

Jeszcze wyższym piętrem trudności jest granie w sztukach pisanych wierszem. Bo już sam wiersz jest sztuczny. I tylko Pan Jourdain Moliera cieszy się, gdy okazuje się, iż mówi prozą. Zdaje mi się, że dla większości polskich aktorów wiersz jest męczarnią, bo nakłada obowiązek znalezienia frazy i rytmu, odczytania wyrazów akcentowych… Jest jeszcze trudniej, bo wiedza, że cezura nie jest jedynie miejscem na złapanie oddechu, że przed cezurą mamy słabą pozycję sylaby, a po cezurze mocną… ta wiedza jest przeważającej grupie aktorów nieznana.

I to jest wielki problem. To jest już nawet kłopot narodowy, bo Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Fredro i Wyspiański jednak pisali wierszem. Jeżeli zatem mówimy o ochronie dziedzictwa narodowego, to są to słowa co najmniej bez pokrycia. Przynajmniej w teatrach naszych.

Są w archiwach Polskiego Radia nagrania kilku pisarzy, którzy czytają swoje wiersze. Na przykład nagrania Władysława Broniewskiego. Może warto by wznowić te nagrania? Wtedy wielu ludzi mocno by się zdziwiło, bo Broniewski swoje wiersze wręcz śpiewał. Bo tak rozumiał i czuł wiersz.

Ogromną winę ponoszą szkoły, które z maniakalnym uporem uczą tego, co poeta miał na myśli. A powinny też lub głównie, uczyć tego, jak autor zakodował swój poemat, balladę, sonet. Poezja i teatr to nie tylko treść, to także, a może przede wszystkim – forma.

Dlatego my, współcześni jesteśmy głusi na poezję i nie rozumiemy jej. Bo nie można rozumieć poezji przez treść, gdy jednocześnie nie rozumie się tego, co jest zaklęte w doskonałą formę, jak u naszych wielkich klasyków oraz Broniewskiego, Tuwim, Lechonia i Grochowiaka.

BALLADYNA Górkiewicza i Kantora

Czy zatem dramaty klasyczne, jak właśnie BALLADYNA są skazane na zapomnienie lub sceniczną klęskę? Na pewno nie. Pod warunkiem, że reżyserzy będą mieli pomysły, wywiedzione z utworu, a nie z otaczającej go własnej współczesności.

Taką doskonałą realizacją BALLADYNY była inscenizacja w krakowskim Teatrze Bagatela, której reżyserem był Mieczysław Górkiewicz, a scenografię stworzył Tadeusz Kantor. Tu trzeba zaznaczyć, że scenografia Kantora była już właściwie całą inscenizacją, stwarzała cały świat spektaklu.

Zaczynało się w półmroku, w którym dwóch grabarzy, a może średniowiecznych oprawców wciągało na scenę, przy pomocy potężnych metalowych haków, niską platformę. Na tej platformie była duża dzieża, w której stała Balladyna i gołymi nogami, w zakasanej spódnicy deptała glinę, może na załatanie ścian rozpadającej się chałupy? Ta dzieża, ta Balladyna w brudnej i znojnej pracy, wszechobecne nędza i brud były pierwszym sygnałem kim jest, z jakiego stanu wywodzi się główna bohaterką. Potem Kirkor, zaczarowany na rozkaz Goplany, dostrzeże w tej chałupie, w tych dziewczynach piękno… No tak, bo był zaczarowany.

Kantor stworzył kostiumy ponadczasowe, wyciągnięte jakby z przeszłości, ale przecież nie będące kopią czegokolwiek. No, tak, ale Kantor był geniuszem teatru.

Spektakl był porażający artystycznie. Przeżywało się go też mocno, bo wszystko było w nim teatrem, w którym grano teatr jako przypowieść. Gdyby zapytano mnie, gdzie działa się BALLADYNA Górkiewicza i Kantora musiałbym powiedzieć: w osobnym świecie, osobnego teatru. Zupełnie tak, jak opisywał to w liście do Krasickiego Słowacki. Zacytujmy fragment: …niechaj tysiące anachronizmów przerazi śpiących w grobie historyków i kronikarzy: a jeżeli to wszystko ma wewnętrzną siłę żywotajeżeli instynkt poetyczny był lepszym od rozsądku, który nieraz tę lub ową rzecz potępił: to Balladyna wbrew rozwadze i historii zostanie królową polską — a piorun, który spadł na jej chwilowe panowanie, błyśnie i roztworzy mgłę dziejów przeszłości…. ja z Polski dawnej tworzę fantastyczną legendę, z ciszy wiekowej wydobywam chóry prorockie.

Premiera spektaklu w Bagateli miła miejsce 26 października 1974 roku.

Goplana na skuterze

W tym samym roku, 8 lutego 1974 roku. miała też premierę słynna BALLADYNA Adama Hanuszkiewicza, Spektakl Hanuszkiewicza był dziwaczny, nawiązywał do popkultury, epatował skuterami, na których jeździli Goplana oraz Skierka i Chochlik. Co to miało wspólnego ze Słowackim? Nic. Ale płocha Warszawa oszalała na punkcie spektaklu. Widzom i recenzentom nie przeszkadzało, że Hanuszkiewicz bawił się setnie, nieodpowiedzialnie i frywolnie. Owszem, były dwie recenzje bardzo krytyczne, ale władza nie pozwoliła na ich druk, bo wtedy jeszcze Hanuszkiewicz był pod ochroną i pisać o nim można było tylko dobrze, albo wcale.

Muszę powiedzieć, że inscenizacja Górkiewicza i Kantora padła ofiarą spektaklu Hanuszkiewicza. Krakowski spektakl nie miał należnego temu dziełu rozgłosu. Ale pozostał w pamięci, tych, którzy go widzieli. Ja widziałem i wspominam jako dzieło wybitne.

Przepraszam za głos krytyczny, że nie wszystko mi się w teatrach podoba, ale tak świat pojmuję, jak pisał ojciec polskiej krytyki teatralnej Stanisław Koźmian. W jego artykule „Teatr Krakowski w jesieni 1869 roku”, czytamy:

„Dla Krakowa teatr pod względem życia umysłowego i społecznego, jak nawet i ekonomicznego, ma niemałe znaczenie: jednym słowem jest jedyną nieco szlachetniejszą i umysłową rozrywką w naszym mieście. Nareszcie niepodobna zaprzeczyć, że teatr krakowski wielkie w ostatnich latach zrobił postępy; a jeżeli nie doszedł do doskonałości, to przynajmniej odznaczał się tą szlachetną dążnością osiągnięcia jej kiedyś. Doprawdy szkoda by było, gdyby to wszystko miało zmarnieć. A jednak pomimo najlepszych chęci dyrekcji, o których nie wątpimy, pomimo pracy zasłużonych i utalentowanych artystów , musiałby on stopniowo upadać, a w końcu upaść, gdyby publiczność i krytyka przestały otaczać go tą życzliwą opieką i rozciągać nad nim tę sympatyczną kontrolę…”

 

 

 

Oświadczenie CMWP SDP w sprawie wpisów na Twitterze byłego ministra spraw zagranicznych na temat dziennikarza

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP protestuje przeciwko kontrowersyjnym wpisom na portalu społecznościowym Twitter, jakie pod adresem dziennikarza Samuela Pereiry zamieścił były minister spraw zagranicznych i europarlamentarzysta KO Radosław Sikorski. Brutalność i prowokacyjny język tych wypowiedzi wykraczają poza standardy debaty publicznej, a są wyjątkowo niestosowne, gdy czynny polityk i dyplomata atakuje w ten sposób przedstawiciela mediów. Szczególnej wymowy tym wypowiedziom nadaje moment, w jakim są one użyte  – jest to reakcja na krytykę prasową polityka zawartą w filmie dokumentalnym „Pan z Chobielina” , w którym m.in. wypowiadał się red. Samuel Pereira, a który w tym czasie wyemitowała telewizja publiczna.  

24 października br. Radosław Sikorski zamieścił na Twitterze ankietę z pytaniem, gdzie można – gdyby istniała banicja – wysłać kilka osób, m.in. Samuela Pereirę, a w komentarzach dodał „do Mozambiku. Była kolonia portugalska” i przytaknął na propozycję „wychłostania szefa portalu TVP Info”. W ocenie CMWP SDP publiczne wypowiedzi byłego ministra spraw zagranicznych i europosła KO Radosława Sikorskiego urągają godności posła i polityka, oraz dobremu imieniu parlamentu, który reprezentuje, a tym samym godzą w polską rację stanu. Atak na dziennikarza wyrażony w w/w wpisach w mediach społecznościowych ma przy tym charakter rasistowski, Radosław Sikorski używa bowiem nazw innych krajów w jednoznacznie negatywnym kontekście, co jest niedopuszczalne w debacie publicznej każdego demokratycznego kraju i jest wyjątkowo bulwersujące, gdy tego typu argumentów używa chroniony immunitetem polityk w stosunku do przedstawiciela mediów. Nie jest to pierwszy przypadek tego typu. W/w polityk  m.in.  zaatakował słownie red. Anitę Gargas pisząc o niej „bura suka” przeciwko czemu protestowało wówczas CMWP SDP (oświadczenie CMWP SDP z 9.02.18) .

Dlatego CMWP SDP przypomina, że zarówno na gruncie prawa krajowego, jak i międzynarodowego wolność słowa i prasy stanowią podstawowe swobody i wartości, do których ochrony obowiązane są zarówno instytucje, jak i osoby pełniące funkcje publiczne. Opisana praktyka atakowania dziennikarzy budzi więc zdecydowany sprzeciw, nie sposób bowiem przyjąć, by opisane wyżej działania europarlamentarzysty miały się przyczynić do wzmocnienia demokracji czy respektowania zasady wolności słowa.

 dr Jolanta Hajdasz

dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP

Warszawa, 26 października 2022

WALTER ALTERMAN: Przykra rozmowa z Polko-Niemką

W jednym z mikro opowiadań Michaiła Zoszczenki jest postać określona jako „były Polak”. Osobnik ten jest niebywale śmieszny, bo żyjąc od dawna w Moskwie ciągle podkreśla, że nie jest już Polakiem. Ale im częściej to powtarza, tym bardziej dla rdzennych Rosjan Polakiem jest. To z kolei zmusza go do jeszcze bardziej aktywnego wchodzenia w skórę Rosjanina.

Nigdy nie sądziłem, że spotkam kogoś, kto w pewien sposób będzie podobny do tego bohatera Zoszczenki. A jednak… Miałem ostatnio nieprzyjemność rozmowy, lub mówiąc ściślej kłótni z kobietą, która – będąc Polką – w stu procentach reprezentuje niemiecki sposób myślenia, niemieckie postrzeganie historii Polski i niemieckie osądy Polaków. Ale po kolei.

Porwana za młodu

Kim jest osoba, której postawa zmusza mnie do pisania o „zajściu”? Dziś ma jakieś 45 lat. Mając jednak lat 20 poznała starszego od siebie o 25 lat Niemca, dla którego rzuciła studia techniczne i za którego wyszła, a potem zamieszkała z nim w Niemczech. Można powiedzieć, że dwadzieścia lat to sporo. Dla sportsmenki byłby to kwiat wieku, ale dla niewykształconej dziewczyny to ledwie dzieciństwo, taki stan nieopierzenia intelektualnego, światopoglądowego również.

Małżonek Pani nie jest byle kim. To intelektualista, człowiek znany i ceniony w niemieckich elitach, pracujący w mediach, kulturze i sztuce. To ważne dla dalszego zrozumienia sprawy. Bo mam podejrzenia, że poglądy, które Pani zaprezentowała mi w czasie burzliwej awantury, są poglądami jej męża, które ona przyswoiła sobie jak własne, jak przez osmozę.

Jakieś dwa lata temu Pani przeprowadziła się z powrotem do Polski. Nie jestem plotkarzem, ale chyba stadło się rozpadło, choć relacje między byłymi małżonkami są poprawne – jak to u kulturalnych ludzi Zachodu bywa.

Pani jest kobietą zdecydowaną w poglądach, a tubylców, wśród których znowu mieszka, traktuje z góry i jest wielce zaskoczona, gdy któryś z Polaków ma inne zdanie niż ona.

Komuna kontra hitleryzm

Do kłótni doszło przypadkiem, okoliczności wstępne są naprawdę nie istotne. Właściwa rozmowa zaczęła się od tego, że Pani zaczęła – prawie krzycząc – twierdzić, że wszystko co Polskę najgorszego w XX wieku spotkało to komunizm. I było to wyraźnie pod moim adresem, jako domniemanego przez nią wielbiciela komuny.

Trochę oniemiałem, ale szybko dotarło do mnie, że poza komuną świat w XX wieku miał do czynienia jeszcze z kilkoma innymi formacjami ideowymi. Więc mówię:

– Oczywiście ma Pani rację, że komuna była okropna, W Polsce szczególnie do końca lat pięćdziesiątych, ale też nie zapominajmy o różnej maści faszyzmach. No i najgorszym z nich – hitleryzmie.

– Ale hitleryzm wybuchł, bo Niemcy po I wojnie światowej naprawdę za dużo straciły – mówi Pani. – No i te okropnie wysokie reparacje wojenne…

– A wie Pani – mówię do niej – co to były Prusy Południowo-Wschodnie?

– Nie, nie wiem. Ale to chyba nieistotne.

– Ale warto wiedzieć – mówię. – Tak Prusacy po III rozbiorze Polski określali urzędowo tereny Warszawy, Łodzi i okolic. Nie sądzi Pani, że to przejaw odwiecznej niemieckiej buty? I jeszcze jedno. Wie Pani, że pod panowaniem Prus po rozbiorach znalazło się aż 60 procent Polaków?

– Ale w 1919 roku minęło już tyle lat od rozbiorów… – mówi z uśmiechem Pani.

– Czyli po 123 latach najpierw Prusacy, a potem wszyscy Niemcy, mieli już prawo przyzwyczaić się do tego, że Gniezno, Poznań, Gdańsk, Warszawa, Łódź, Toruń, Bydgoszcz, i całkiem spory kawałek Górnego Śląska są ich terenami? A potem – jak Polska odebrała co swoje, to Niemcom było smutno?

Pani posiniała, co u ładnej, dojrzałej kobiety zawsze jest przykre.

– Ale dlaczego rozmawiamy o Niemcach i hitleryzmie? Mnie chodziło o komunę – mówi Pani.

– Bo gdyby nie Niemcy, pod wodzą Hitlera, to prawdopodobnie komuny by w Polsce nie było.

Jak zauważyłem Pani gotowa była potępiać jedynie komunę. Rozmowa o Niemcach sprawiała jej przykrość. Nie jest ładnie dręczyć kobiety, ale postanowiłem nie odpuszczać.

– A słyszała Pani o zbrodniach jakich Niemcy dopuszczali się w czasie wojny na Polakach?

– Owszem – mówi Pani – ale to była wojna, a na każdej wojnie różnie bywa… Potem na pewno jakoś Polacy by się z Niemcami dogadali.

– Oczywiście – mówię – ale pod jednym warunkiem.

– Jakim? – pyta Pani zdziwiona.

– Że wskrzesiliby te miliony pomordowanych obywateli Polski, w tym naszych obywateli pochodzenia żydowskiego.

– Pan ciągle o tej wojnie i wojnie, ja myślę o tym, co mogło być po wojnie – mówi Pani. – Na pewno szłoby się dogadać. Niemcy to naprawdę kulturalny naród. I musi pan przyznać, że w Niemczech panuje prawo i porządek, nie to co w Polsce.

– Mówi pani prawo i porządek… Ale jakoś niemieckie prawo zezwoliło, żeby hitlerowski współtwórca ustaw rasowych, niejaki Hans Globke był po wojnie szefem Urzędu Kanclerza Federalnego. Żeby zbrodniarz wojenny Heinz Reinefarth, generał SS, odpowiedzialny za masakrę ludności cywilnej w czasie tłumienia powstania warszawskiego, po wojnie – juz od roku 1951do końca lat sześćdziesiątych był burmistrzem Westerlandu, a także posłem do Landtagu Szlezwika-Holsztynu.

– Ale to była wojna – Pani tłumaczy mi to jak komu dobremu, czyli jak idiocie.

– Nie, proszę Pani – to była już okupacja. Nie sądzi pani, że Niemcy nie rozliczyli się ze swoją historią, nie zrobili rachunku sumienia?

Pani wzdycha jak hrabini nad upartym chłopkiem, ktory domaga się sprawiedliwości, czyli dania mu złotówki za przejechaną gęś. i mówi:

– Widać, że uczyliśmy się z innych książek.

– Oczywiście, jak z tych pisanych po polsku – mówię.

Wnioski

Są trzy.

Po pierwsze, nasi wspólnie znajomi postanowili, że więcej jednocześnie nas zapraszać nas nie będą.

Po drugie, to co myśli Pani, która wybrała Niemca, można by pominąć, bo nierozgarniętych pań i panów jest u nas wystarczająco dużo. Bardziej szokuje mnie to, że swojego politycznego myślenia Pani nauczyła się – bez cienia wątpliwości – od męża. A jest to człowiek niemieckich elit. Strach bierze pomyśleć, że tak jak on myślą obecne niemieckie „znaczące” osoby.

Po trzecie, zastanawiam się czy od 1990 roku wszystkie siły polityczne w Polsce nie za bardzo odpuściły Niemcom, skupiając się jedynie na komunie i wszetecznej Rosji? Trzeba było aż obecnej postawy Niemiec w sprawie wojny na Ukrainie, żeby obudzić się? Oczywiście – jak zawsze my – z ręką w naczyniu nocnym.

 

 

Klub Historyczny SDP zaprasza na spotkanie z Marią Dłużewską

27 października br., czyli w czwartek  o godzinie 17.00 w Stowarzyszeniu  Dziennikarzy  Polskich w Warszawie przy ul. Foksal 3/5 odbędzie  się spotkanie z reżyserką, autorką wielu wybitnych filmów dokumentalnych, Marią Dłużewską. 

Obejrzymy jej najnowszy film o wydarzeniach  w grudniu 1970 roku, pt. „Dzielnieśmy stali, celnie rzucali”.  Scenariusz  napisała Maria Dłużewska i Grzegorz Majchrzak. Twórczyni filmu udało się dotrzeć  do wielu dokumentów, pokazujących masowe strajki w Gdańsku, gdy tysiące ludzi wyszło na ulice, by zaprotestować przeciwko drastycznym podwyżkom cen, żądając usunięcia Gomułki. Milicja, SB  i wojsko  otworzyło ogień do demonstrantów.   Strajki i demonstracje wybuchły następnie w wielu  innych miastach i były pacyfikowane  równie bezwzględnie. Zapłonęła cała Polska. Film opiera się na odnalezionych nagraniach osób,  naradzających się, jak bunt wobec ich władzy zgnieść za wszelką cenę. Nagranie ze sztabu dowodzenia tłumiącego rewoltę, skonfrontowano z zeznaniami  Jerzego Kowalczyka, który wraz z bratem wysadził w akcie protestu aulę WSP w Opolu. Miano w niej odznaczać osoby pacyfikujące krwawo strajki.

Będziemy mogli porozmawiać o krwawych grudniowych wydarzeniach i dowiedzieć się o dokonaniach  Marii Dłużewskiej, która ma niecodzienny życiorys. Była aktorką teatralną,  działaczką opozycji niepodległościowej, należała do „Solidarności”  i „Solidarności Walczącej”. Podczas stanu wojennego organizowała msze za Ojczyznę  i Tygodnie Kultury Chrześcijańskiej, kolportowała podziemne wydawnictwa. Była  dziennikarką m.in. w   Radiu Solidarność i  Tygodniku Solidarność.  A po 1993 zajęła się  tworzeniem filmów dokumentalnych. Do jej wielkich dokonań należy m.in. cykl dokumentów  o katastrofie w Smoleńsku.

Serdecznie zapraszam na spotkanie

Hanna Budzisz – Przewodnicząca Klubu Historycznego SDP

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI pyta: Kto porwał Europę?

Pani ma już swoje lata. Ale jeszcze i urodę. Jest tłumaczką literatury pięknej. Z francuskiego. To i owo czytałem. Gadamy. Na urodzinach mojej redakcyjnej koleżanki w przyzakładowej knajpie. Mieszka od wielu lat w Paryżu. Opisuje barwnie, jaka jest ta Francja anno domini 2022. Z Warszawy wyjechała 20 lat temu. Ale przyjeżdża często. Spotkania z autorami tłumaczonych książek, w wydawnictwach, z czytelnikami.

– Czuje się Pani jeszcze Polką czy już Francuzką? – pytam.

– … jestem Europejką.

Niedawno podobną odpowiedź otrzymałem od bliskiego członka rodziny. Byłem zaskoczony. Tym razem już mniej. Kim są ci nasi „byli” – Polki, Polacy, dziś „Europejczycy”?

Były premier mówi, że Polska to niesforny bachor, którego trzeba wystawić do kąta. Były minister polskiego rządu bredzi o naszych sojusznikach, że winni są napaści Rosji na Ukrainę. „Nasi” europejscy deputowani podnoszą w górę łapę żeby nie wypłacono Polsce należnych jej pieniędzy.

Kiedyś za siermiężnej Ojczyzny wzdychano do Coca-Coli i dżinsów, ortalionowe płaszczyki to był super szyk. Jugosławia to były już super wakacje, a samochód z niemieckiego szrotu – szczytem marzeń i luksusem do brylowania. Dziś Niemcy mają najazd Azjatów i Afrykanów uciekających przed głodem i bezdomnością, Francuzi mają Macrona. Ci dalekowzroczni „zachodni” chcą byśmy teraz dzielili się gazem. Do tego, po niewczasie, przyznają nam pomału rację. Niemiecka przywódczyni Europy strofuje wyborczo Italię, a holenderski grubas ekologiczny pogubił się bez reszty. Europejczycy!

Czy rzeczywiście teraz nam tam żyć się chce? Może by lepiej pojechać i sprawdzić np. na szparagi, albo jako wysoko wykwalifikowany zmywacz na srebrnych zmywakach. W Polsce wielu ludziom pracować się „nie opłaca”. Niech więc spróbują w UE. Szlabany są podniesione.

Czytam, że młody człowiek mówi, że za 5 tysięcy miesięcznie to on nawet z łóżka nie wstaje. Rzeczywiście rozdawnictwo w naszym pięknym kraju stale czyni postępy. Chyba się tego nie docenia. Jest jak jest. I będzie do wyborów. Ale na pewno, gdy obiecanki nie będą już potrzebne, to się skończy.

Po odzyskaniu niepodległości w 1989 roku nasi ekonomiści i wodzowie długo nie dostrzegali likwidacji rodzimego przemysłu i handlu. Banki, wielkie firmy handlowe, flota morska handlowa – to wszystko zostało sprzedane. Nikt tych strat nie policzył. Teraz również nie bardzo przejmujemy się rosnącym zadłużeniem. Posłowie nie likwidują ustawy o rajach podatkowych, bo wiążą nas umowy z Europą. Być może sami w przyszłości, gdy się już dorobią, będą chcieli z tych rajów korzystać. Oczekujemy rzetelnego rachunku – za tę europejską mannę w konfrontacji z korzyściami handlowymi Zachodu.

Jan Pietrzak ciągle może nawoływać „…żeby Polska była Polską…”, bo pod względem zarobków i zamożności nie jest Polską wymarzoną. Każdy może kłapać dziobem co mu ślina na język przyniesie. Ale ile razy można oglądać napiętnowanych – zdrajców sprawy narodowej, sprzedawczyków. Gadanie i pokazywanie ich to za mało. Bezkarność rozzuchwala. Immunitet to przywilej. Ale on nie po to by chronić wrogów Polski.

Na pewno wśród „Europejczyków” za naszą niechronioną płotem granicą także jest wielu kombinujących i kradnących jeśli się tylko da. U nas jednak są tacy wśród „wybrańców”. Pora publikować takie listy.

Dwanaście materiałów dziennikarskich nominowanych do Nagrody Woyciechowskiego

Kapituła 18. edycji Nagrody Radia ZET im. Andrzeja Woyciechowskiego przyznała dwanaście nominacji. O wyróżnienie to ubiegać się będzie 11 dziennikarzy i publicystów, w tym czterech korespondentów wojennych. Po raz pierwszy w historii konkursu jeden autor, Szymon Jadczak z Wirtualnej Polski, otrzymał aż trzy nominacje za różne materiały dziennikarskie.

Oto lista nominowanych:

Karolina Baca-Pogorzelska za cykl korespondencji przedstawiających wojenną codzienność w Ukrainie publikowanych między marcem a sierpniem 2022 r. na Wprost.pl.

Dariusz Faron i Szymon Jadczak za reportaż „Piekło u zakonnic. Bicie, wiązanie, zamykanie w klatce. Horror dzieci w DPS pod Krakowem” opublikowany 13 czerwca 2022 r. w portalu Wp.pl.

Szymon Jadczak za tekst „Czesław Michniewicz, Lech Poznań i ustawione mecze w tle. 27 godzin rozmów z szefem piłkarskiej mafii”, który ukazał się 20 czerwca 2022 r. na stronach portalu Wp.pl

Szymon Jadczak i Mateusz Ratajczak za cykl materiałów śledczych dotyczących kontrowersyjnej działalności wiceministra sportu, Łukasza Mejzy, które ukazywały się w listopadzie i grudniu 2021 r. w portalu Wp.pl.

Michał Kokot za cykl artykułów śledczych poświęconych inwigilacji Pegasusem przez Centralne Biuro Antykorupcyjne, które ukazywały się między lutym a lipcem 2022 r. na łamach „Gazety Wyborczej”.

Tomasz Krzyżak za tekst „Tajemnica mecenasa reprezentującego w sądach ofiary pedofilii” opublikowany 7 kwietnia 2022 r. w magazynie „Plus Minus” dziennika „Rzeczpospolita”.

Mateusz Lachowski za cykl relacji wojennych z Ukrainy, które ukazywały się od marca do sierpnia 2022 r. m.in.: na Twitterze, w telewizjach TVN24 i Polsat News czy tygodniku „Newsweek Polska”.

Michał Przedlacki za cykl filmów dokumentalnych z wojny w Ukrainie, które powstały w ramach „Superwizjera” TVN, w tym reportaż „Ucieczka z Irpienia” wyemitowany 12 marca 2022 r. w telewizji TVN24.

Paweł Reszka za cykl reportaży z ogarniętej wojną Ukrainy, a w szczególności tekst pt. „Bucza, śmierć i Margarita. Wstrząsająca historia jednej zbrodni” z 21 kwietnia 2022 r., który ukazał się w tygodniku „Polityka”.

Joanna Solska za cykl artykułów wyjaśniających meandry polskiej gospodarki, w tym szczególnie za tekst pt. „Psucie krwi. Czy zbudujemy wreszcie fabrykę przerabiającą osocze?”, opublikowany 8 marca 2022 r. w tygodniku „Polityka”.

Andrzej Stankiewicz za cykl podcastów „Stan po burzy/Stan wyjątkowy”, a w szczególności za 151 odc. pt. „Kaczyński kontra buntownicy w PiS. Miliony dla sędziów Ziobry. Nagi prokurator za pośrednictwem złodzieja pisze do Dworczyka” wyemitowany 30 lipca 2022 r. w Onecie.

Tomasz Stawiszyński za artykuł „Dziesięć reguł na czas chaosu”, który ukazał się 28 marca 2022 w „Tygodniku Powszechnym”.

Laureat nagrody zostanie ogłoszony podczas uroczystej gali, która odbędzie się 16 listopada br.  Zwycięzca oprócz honorowej statuetki otrzyma 50 tys. zł. Kapituła przyzna również trzy wyróżnienia honorowe.

Nagroda Radia ZET im. Andrzeja Woyciechowskiego po raz pierwszy została wręczona w 2005 roku. Otrzymują ją autorzy materiałów, które zdaniem Kapituły łamią stereotypy, wykraczają poza schematy i zaglądają za kulisy otaczającej nas rzeczywistości. Jej celem jest uhonorowanie dziennikarzy za odwagę w docieraniu do prawdy i odkrywanie tego, co wcześniej było ukryte lub niedopowiedziane.

W tym roku po raz pierwszy przyznana zostanie też Nagroda Radia ZET im. A. Woyciechowskiego w nowo utworzonej kategorii – Autor Internetowy. Wśród naminowanych znaleźli się: Katarzyna Gandor, Maciej Okraszewski i Jarosław Wolski (pisaliśmy o tym TUTAJ).

opr. jka, źródło: Eurozet

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Nie mówcie tego prof. Maciejowi Góreckiemu

Artykuł 4. p. 1 Konstytucji RP mówI: „Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”. Nie do Komisji Europejskiej, nie do trybunału Lenaertsa zwanego potocznie TSUE, nie do Parlamentu Europejskiego, nie do „światłych elit”, tylko do Narodu. Naród jest najwyższym Suwerenem (słyszycie chrzęst zgrzytających zębów?). Tak, jest Suwerenem.

Kim jest Suweren? Suweren jest podmiotem sprawującym niezależną władzę zwierzchnią. W demokracji ten rodzaj władzy sprawowany jest przez Naród. Czasem bezpośrednio, jak w referendum, czasem pośrednio, za pośrednictwem wyłonionych w wyborach przedstawicieli. Prosta sprawa.

Demokracja liberalna

Inaczej jednak jest w demokracji liberalnej. Nie mówię tutaj o oficjalnych ugrzecznionych definicjach, tylko o praktycznych z nią doświadczeniach i kierunku w jakim zmierza demokracja głównie zachodnia. Otóż w tzw. demokracji liberalnej najważniejsze są mniejszości. „Dla dobra mniejszości” stawia się na głowie świat większości. „Dobro mniejszości” ma być najwyższym celem całego systemu.

Z natury rzeczy mniejszości nie są w stanie narzucić niczego większości. I tu na arenę wkraczają „światłe elity”. To „światłe elity” w imieniu mniejszości i „dla ich dobra” kształtują system, który ma w istocie coraz mniej wspólnego z demokracją. Chełpiąc się nadal „demokratyczną naturą” i występując z pozycji „moralnie wyższościowych”, „światłe elity” budują różnego rodzaju instytucje i inne mechanizmy kontrolne, które mają najpierw „korygować”, a potem wręcz jawnie fałszować wolę narodowego, ale z ich punktu widzenia nieokrzesanego i nieoświeconego Suwerena.

W istocie jednak „światłe elity” nie znają żadnego dobra oprócz własnego. „Mniejszości”, czy to definiowane ekonomicznie, rasowo, czy tym co komu kto w jaki otwór wtyka, są im potrzebne jedynie instrumentalnie. Jedynym celem działania „światłych elit” są w gruncie rzeczy one same. Głęboko przekonane o tym, że nie ma dla nich alternatywy, że są z natury rzeczy predystynowane do rządzenia, co tam rządzenia, pasania bezmyślnego motłochu.

Profesor UW

– Elektorat PiSu jest niezwykle toksyczny kulturowo. Po odsunięciu PiSu od władzy służby powinny infiltrować i wewnętrznie dezintegrować każdą kolejną partię, która będzie bazować na tym elektoracie. Tylko w ten sposób unikniemy pełnoskalowego faszyzmu – stwierdził Maciej Górecki, profesor Uniwersytetu Warszawskiego , instytucji wielce dla budowy „demokracji liberalnej” zasłużonej. I nie chodzi tu w żadnym razie o PiS, tylko o głębokie przekonanie profesora, który  całą pewnością ma się za przedstawiciela „światłych elit”, o tym, że jakaś, niemała przecież część Narodu, ma być dzięki jego inspiracji pozbawiona swojego udziału w demokracji, co ma tę demokrację zbliżyć do ideału „demokracji liberalnej”.

W sumie to, że takie przekonania pośród „światłych elit” istnieją, nie jest chyba zaskoczeniem dla nikogo kto potrafi złożyć dwa do dwóch, albo chociaż pamięta historię z tzw. „szafą płk Lesiaka”. Jednak miarą intelektualnego upadku tej formacji jest to, że ktoś mający się za profesora takie opinie wypowiada głośno i publicznie.

Upadek „światłych elit”

Intelektualny upadek „światłych elit” jest prawdopodobnie efektem braku pluralizmu, czy to wąsko w mediach, czy to szerzej w życiu publicznym. Różnego rodzaju instytucje „demokracji liberalnej” i środowiska „światłych elit” doprowadziły na przestrzeni dziesięcioleci istnienia III RP do zagłuszenia jakiejkolwiek konkurencji. A w efekcie, po jakimś czasie, to umysłowego rozleniwienia i rozumowej atrofii. Drugą przyczyną jest prawdopodobnie głęboka frustracja. Frustracja wynikająca z buntu „ciemnego ludu” , który „światłe elity” w 2015 roku kopnął w zadek tak, że do tej pory nie mogą złapać równowagi. I znów, nie tyle chodzi tu o zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości w wyborach, ale raczej o czerwoną kartkę jaką „światłym elitom” rzutem na taśmę zdołał dać Naród.

I tak się te „elity” miotają od tamtej pory, pomiędzy własnym ograniczeniem umysłowym, przekonaniem o swojej bezalternatywności i wyjątkowości, a frustracją. Głęboką frustracją i obrazą na niewdzięcznego Suwerena. Ten emocjonalny huragan doprowadził je do zerwania ostatnich moralnych oporów i otwartego oddania się na służbę „światłym elitom” wyższego rzędu w Brukseli czy raczej w Berlinie. A właściwie gdziekolwiek, gdzie dadzą im chociaż cień nadziei, że są w stanie pomóc uchwycić znów smycz Suwerena.

Nie mówicie Góreckiemu

Nie oznacza to, że nasze lokalne „elity” nie były wcześniej na służbie. Służbę mają we krwi. Wcześniej służyły Moskwie, potem przeszły płynnie na układ „my wam tu oddamy tę polską masę upadłościową na rynek zbytu i rezerwuar taniej siły roboczej, a wy uznacie w nas swoich miejscowych gubernatorów zarządzających okoliczną trzodą”. Tak było oczywiście od dawna. Wcześniej jednak zachowywano pewne pozory, a po 2015 roku zarzucono resztki savoir vivre i nasze elitki zaczęły się dumnie obnosić z brązowymi nosami, a ich panowie wymieniać się doświadczeniami na temat „malinek” jakie zostawiły im na pośladkach.

I kto wie, być może łaska europejskich „panów” w końcu by tę frustrację i odruchową potrzebę pasania „ciemnego” Narodu, zaspokoiła. Problem jednak w tym, że klamry i ograniczniki jakie nałożyła „demokracja liberalna” na demokrację, pękają już nie tylko w Polsce. I dużo wskazuje na to, że, do tej pory jakże potężne, europejskie „światłe elity” same mogą niedługo zaliczyć kopa w zadek, po którym być może równowagi nie odzyskają już nigdy.

Tylko nie mówcie tego profesorowi Uniwersytetu Warszawskiego Góreckiemu. To byłoby okrutne.

WALTERA ALTERMANNA kilka współczesnych uwag do Dekalogu

Czy niewierzący może być porządnym człowiekiem? Oczywiście. Jednak pod pewnymi warunkami, które znajdujemy u Świętego Mateusza (22: 36-40) – Nauczycielu, które przykazanie jest największe? A On mu powiedział: Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej. To jest największe i pierwsze przykazanie. A drugie podobne temu: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się cały zakon i prorocy.

W istocie, bowiem, tak dla wierzących, jak i dla niewierzących, największym nakazem jest humanizm, który nakazuje szanować tego drugiego.

Pewien mój znajomy twierdzi, że bez kultury judeo-chrześcijańskiej świat by zmarniał, a ludzkość by się wymordowała, co do jednego. To ładne sformułowanie, które nie bierze jednak pod uwagę, że przed chrześcijaństwem, a potem obok chrześcijaństwa, istniały, i istnieją kultury głęboko humanistyczne, takie jak w Azji czy Afryce. Takie zdanie – o prasprawczości kulturowej judeo- chrześcijaństwa – jest zresztą dowodem na zadufanie Europejczyków, którzy do dzisiaj roszczą sobie prawa do panowania nad resztą świata.

Po tych wstępnych uwagach przejdźmy do mojej nieskromności, czyli do kilku uwag, co do dzisiejszej moralności. W oparciu o Dekalog.

  1. Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną.

To przykazanie jest naczelne, bo mieści w sobie również pozostałe przykazania. Nie może, bowiem uważać się za wierzącego ktoś, kto jedynie „w pewnym stopniu” kradnie, lub „w ograniczony sposób” cudzołoży. Tu nie ma procentowego udziału w grzechu. Albo – albo.

Zastanawia mnie, że dzisiejsi ludzie, uważający się za dobrych chrześcijan, mając innych bogów w ogóle o tym nie wiedzą. Przecież bogami, lepiej powiedzieć idolami, dla tak wielu współczesnych są: kariera, pieniądze, władza, poklask tłumu. Dla tych idoli gotowi są zrobić więcej niż dla prawdziwego Boga, którego teoretycznie wyznają.

  1. Nie będziesz brał imienia Pana Boga swego na daremno.

Najbardziej zastanawiające jest dzisiaj mieszanie Boga do polityki. Miłość do Stwórcy narasta, u niektórych, szczególnie w okresach przedwyborczch. Wtedy to większość działaczy partyjnych zaczyna powoływać się na swą wiarę. Gorzej, bo znajdują oni wspólników w księżach czy zakonnikach, którzy potwierdzają, że dany polityk, startujący z listy… numer na liście… jest porządnym chrześcijaninem.

W Polsce każda z większych partii ma swego księdza, a nawet biskupa, żeby nie powiedzieć swój kościół. Jedni są z kościoła pomorskiego, inni z karpackiego, a jeszcze inni z mazowieckiego.

Jeżeli nie jest to złamaniem drugiego przykazania, to, co nim jest? To, że kiedy hukniemy się młotkiem w palec, krzykniemy „O Boże”?

  1. Pamiętaj, abyś dzień święty święcił.

Dzień święty ma być u ludzi religijnych poświęcony Bogu, skupieniu się na sprawach transcendentnych, na sensie żywota, na walce z własnymi słabościami, na szukaniu równowagi ducha. U Żydów sobota jest dniem, w którym nie wolno pracować, podróżować, a nawet gotować.

W Polsce da się natomiast zauważyć, że czym bliżej wyborów, tym częściej politycy nasi są w kościołach. Żeby jeszcze chodziło o modlitwy w celu skłonienia Boga do poparcia tej a nie innej listy wyborczej…, Ale nie. Ogromne rzesze kandydatów na posłów, senatorów i radnych chcą być widziani w kościołach, jako to porządni chrześcijanie. Tak naprawdę, to wierzą oni, że udział w mszach i uroczystościach kościelnych ma im zagwarantować wzrost poparcia przy urnach.

A Kościół w Polsce, w większości, na to przystaje. Nie jest to dobre dla kościoła.

  1. Czcij ojca swego i matkę swoją.

W tym przykazaniu jest a priori założone, że rodzice kochają swe dzieci. Ale dzisiaj niekoniecznie tak jest. Rodzicom często tylko się wydaje, że kochają, ale z objawianiem swej miłości do swych potomków maja ogromny kłopot. Nie maja czasu dla swych pociech, poświęcają im zbyt mało czasu i uwagi. Ciągle widuję matki zagapione w komórki, gdy ich dziecko chce zainteresowania. Ale one zainteresowane są najbardziej, co Zuzia napisała o Krysi do Jadzi.

A potem tak marnie wychowywane dzieci nie znajdą już sił i czasu na opiekę nad starymi rodzicami. Bo oddadzą rodzicom tylko tyle ile same dostały. Nie mówię już o rodzinach patologicznych, w których dziecko jest przeszkodą do zabawy rodziców.

„Wszystko jest w życiu pożyczane. Tak jak ty traktujesz rodziców, tak ciebie potraktują twoje dzieci” – mawiał mój mądry ojciec.

  1. Nie zabijaj.

Jeżeli z czasem świat nie uzna ludobójcy Putina za zbrodniarza, któremu nie podaje się ręki, nie rozmawia i nie robi z nim interesów, to znaczyć to będzie, że wszyscy ci politycy, ci światowej klasy biznesmeni zgrzeszyli przeciw piątemu przykazaniu. A jest to grzech ciężki. I będą z tego rozliczeni. Niestety mam mało nadziei na to, że Putina i jego kompanów spotka surowy osąd świata. Pieniądze z tańszej ropy i gazu mają dzisiaj silniejsze „przebicie” niż piąte przykazanie. O pieniądzach wspomnę jeszcze przy przykazaniu siódmym.

Nie zabijaj mówi przykazanie, ale część światowych przywódców proponuje takie rozwiązanie wojny na Ukrainie, żeby Putin mógł zachować twarz. I opowiadają się za tym, aby część już okupowanych ziem, Putin mógł zatrzymać. Moim zdaniem dawanie zbrodniarzowi prezentów i przechodzenie nad jego uczynkami do porządku dziennego, jest współudziałem w zbrodni, jest wspólnictwem.

A to jest również grzechem. I grzeszą nie tylko niektórzy prezydenci, kanclerze, premierzy, nie tylko Elon Musk, który prowadzi własne pertraktacje z Putinem. Grzeszy też niejaki Cyryl I, Jego Świątobliwość Patriarcha moskiewski i całej Rusi, współpracownik KGB, który błogosławi wojnę Putina.

Zdaje mi się, że w piekle znajdzie się całkiem doborowe towarzystwo.

  1. Nie cudzołóż.

Świętość małżeństwa właściwie nigdy nie istniała. To życzeniowość Kościoła, a nie opis stanu faktycznego. I Tak jest już od średniowiecza. Największym na to dowodem są małżeństwa władców. Pobierali się tylko dla interesów dynastycznych, a jeżeli trafiało się przypadkiem królewskie małżeństwo, które się kochało, to wspominają je kroniki, jako wypadek i kuriozum. Rozwody w królewskich rodach, były czymś oczywistym. Oczywiście każdy rozwód kosztował dużo pieniędzy, które skwapliwie przyjmowano w Watykanie. Jeden z królów Anglii, Henryk VIII, któremu papież zwlekał z unieważnieniem małżeństwa, wściekł się i założył własny kościół. Nasi królowie też nie byli święci, gdy chodzi o rozwody.

Inny problem to potępiane przez Kościół współżycie przedmałżeńskie, które było normą w wczesnym średniowieczu. Ludzie się dobierali charakterami, także w łóżku, pod względem seksualnym. Jeżeli uznawali, że jest im dobrze, byli razem na stałe.

O dziwo Kościół – od zawsze – przywiązywał największą wagę do szóstego przykazania. Pozostałe dziewięć traktując, moim zdaniem, lżej.

  1. Nie kradnij.

Pracodawca, który płaci pracownikom tylko tyle ile musi, – kim jest, jeśli nie złodziejem? Zarządzanie społeczeństwem polega na tym, żeby wywołać powszechny gniew na człowieka, który ukradł komuś samochód, lub ograbił wystawę jubilera. Natomiast prezesi banków, korporacji, którzy doprowadzają celowo swe firmy do upadłości – zagarniając po drodze wielkie pieniądze? Oni są poza potępieniem.

Bo łatwo nam wyobrazić sobie, że nagle tracimy dziesięcioletniego fiata, ale ukradzione miliony, miliardy są dla nas abstrakcją. Złodziejstwo wielkich nie mieści się w naszym doświadczeniu, więc skupiamy się na małych złodziejach. Ale tak to jest od zawsze, bo już Biernat z Lublina pisał: „Wielcy złodzieje, małe wieszą”.

Jest jeszcze gorzej, bo prości ludzie po cichu uważają, że władze zawsze kradły, kradną i kraść będą, więc w sumie nie ma sprawy.

  1. Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu.

Jednym z atrybutów walki politycznej są dzisiaj publiczne plotki, pomówienia i oszczerstwa. Są nawet dziennikarze zawodowo zajmujący się czarnym PR. I o dziwo, tacy osobnicy cieszą się uznaniem swojego środowiska.

Są jeszcze w mediach społecznościowych zawodowcy – często na usługach obcych państw, – którzy wytwarzają tzw. fake newsy. Mamy także Internet, w którym frustraci chcąc zwrócić na siebie uwagę, eskalują potwarze, wulgaryzują język. I plwają na politykę.

Ale nie oni martwią mnie najbardziej, bo ludzi czerpiących radość z ubliżania innym zawsze było wielu. Zastanawiam się nad mediami klasycznymi, których etatowcy, lub zaproszeni goście prześcigają się w opowiadaniu dyrdymałów okraszonych obelżywymi epitetami.

I powiedzmy od razu – obie strony, opozycja i rządzący mają w tym względzie sporo na sumieniu. A grzeszą przeciw ósmemu przykazaniu nie tylko ci, którzy są oszczercami. Grzeszą też ci, którzy tych zawodowych oszczerców zapraszają do studiów radiowych i telewizyjnych.

Jest nawet taka zasada – ten częściej zagości w programach, który lepiej przyłoży, bardziej pomówi i opluskwi. A to jest grzech. I to poważny, bo bardzo grzeszy ten, który wiedzie na manowce, gorszy maluczkiego, czyli widza. Dante tego nie przewidział, ale dla tych „specjalistów” będą specjalne atrakcje w piekle.

Owszem są procesy…, Ale żeby tak jeden z drugim, bez procesu sam się zorientował, że grzeszy, i skruszony przeprosił? Nie słyszałem o takim przypadku.

  1. Nie pożądaj żony bliźniego swego.

Dzisiejsze media pełne są opisów romansów celebrytów, ich rozwodów, powrotów, zdrad. Takie związki stają się też wzorcem dla „pospólstwa”. I redaktorzy tych pisemek, audycji nie mają sobie nic do zarzucenia. A czymże różnią się oni od sutenerów? Albo producentów pornografii?

Stwarzanie medialnej przychylności dla zdrad – także jest ciężkim grzechem.

  1. Ani żadnej rzeczy, która jego jest.

Zawiść rodzi się z niezrozumienia własnej pozycji, lub braku szczęścia. To stary, odwieczny odruch człowieka, że przyczyn własnych niepowodzeń upatruje w spiskach i układach innych ludzi. To bardzo trudny problem. Bo mało kto chce sobie powiedzieć: tak, jestem gorszy.

Niby mówimy, że człowiek jest kowalem własnego losu, ale zwykle odnosimy ten proces do innych. A dla zdrowia osobniczego i społecznego powinniśmy znać własne ograniczenia i płynące z nich konsekwencje. To tak jak ze złotem – jest go za mało w naturze, żeby starczyło dla wszystkich. Ludzie nie chcą i nie potrafią cieszyć się z tego, co mają. Może w dawnych epokach było łatwiej, bo władza – oraz pieniądze – pochodzić miały od Boga? A teraz w demokracji? Jak mamy sobie wytłumaczyć nierówności? Zatem, grzeszymy.

Podsumowanie

Oczywiście oczekiwałbym od wszystkich Kościołów świata potępienia nowych form i okoliczności starych grzechów. Ale… Kościoły są ludzkie, więc maja ludzkie słabości. I idą ścieżką wydeptaną od wieków grzechów upatrując jedynie w osobach, a grzechów społecznych nie ruszają. Szkoda.