SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Paryż zaprasza, żeby opluć

Wyobraź sobie taką sytuację: zapraszasz gości, żeby część z nich publicznie znieważyć i opluć. Przybywają w dobrej wierze nie mając pojęcia, co im gotujesz. Parodiujesz na ich oczach świętą dla nich „Ostatnią Wieczerzę” Leonarda da Vinci, osadzając w miejscu Chrystusa obiektywnie rzecz biorąc grubą lesbijkę, a zamiast apostołów ustawiasz softporno-dziwadła z małomiasteczkowego cyrku.

Podtykasz to gościom pod oczy i każesz oglądać, czy chcą czy nie chcą, chociaż zaprosiłeś ich na coś zupełnie innego. Bałamutnie kłamiesz, że to wcale nie o „Ostatnią Wieczerzę” chodzi, a jeżeli zauważą oczywisty fakt, że lesbijka jest puszysta, to masz ich (!), bo przecież zastawiłeś prymitywną, acz skuteczną pułapkę: nie wolno pod żadnym pozorem twoim znieważanym gościom powiedzieć nic o gabarytach pani, bo wtedy są faszystami, a ich nietolerancja może doprowadzić do komór gazowych. Sprytne, prawda?

Jak ofiary stają się „agresorami”

Opluwani mogą zauważać tylko to, na co oświeceni gospodarze pozwolą, a biorącą świadomy udział w bluźnierstwie ciałopozytywną osobopostacią mogą się ewentualnie zachwycać. Kto powie, że gruba, ten faszysta. Ponieważ znieważeni oczywiście czują się znieważeni, (bo jak do cholery mają się czuć?) wytaczasz przeciw nim dodatkowe działa, że niczego nie rozumieją, bo są prostakami, ignorantami i powtarzasz, że oczywiście faszystami. Ślina, która spadła na ich twarze, była bowiem śliną oświeconej tolerancji, ewidentne szydzenie z ich wiary, wcale nie było szydzeniem z tego, co dla nich najświętsze, tylko wielokontekstowym osadzonym w dziełach antycznych różnorodnym sensem, którego nie rozumieją, bo są głupi.

Tak w skrócie Francuzi potraktowali chrześcijan otwarciem Igrzysk Olimpijskich w Paryżu. Ja rozumiem, że paryska zdegenerowana bohema ma wewnętrzny palący przymus taplania się w brzydocie, eksponowania, jako odkrycie stworzeń typu baba z brodą, prymitywnego naigrywania się z sacrum, bo są to ludzie w trakcie dożywotniego dojrzewania. Natomiast nie rozumiem, kto tym kabaretowym cudakom pozwolił wystawić to obrzydliwe widowisko dla miliardów ludzi, widowisko, które powinno w zamyśle jednoczyć, pokazać szlachetne idee olimpizmu, piękno ludzkich ciał i rywalizacji.

Obsceniczne widoki na Francję

Tymczasem narażono nas między innymi na naturalistyczny widok pani z odciętą głową i szyją prosto od rzeźnika. Bynajmniej nie tylko moim zdaniem trzeba być dewiantem, żeby to wymyślić, dewiantem, żeby pozwolić to zrealizować i dewiantem, żeby się podobało. W przestrzeni publicznej, po tym obrzydliwym francuskim faulu pojawiły się pytania, czemu autorzy widowiska nie pozwolili sobie na żarty z islamu czy judaizmu? Odpowiedź wydaje się prosta: wówczas Paryż mógłby stanąć w płomieniach i kilka głów mogłoby polecieć wcale nie metaforycznie.

Tymczasem chrześcijanie już się przyzwyczaili – można ich bezkarnie obrażać. „Chciałbym, żeby chrześcijanie mieli w sobie tyle siły i determinacji co Żydzi i muzułmanie w obronie swoich wartości. Chciałbym, żeby tchórzliwa hołota przed podpaleniem kościoła, miała ten sam strach w oczach, kiedy pomyślą o konsekwencjach zadarcia z muzułmanami.” – napisał na portalu X łódzki Żyd Jarosław Papis. Też bym chciał. Jeden sponsor wycofał się z powodu obrażania chrześcijan, MKOl wydał jakiś bełkoczący komunikat, że nie chcieli, a ci którzy poczuli się obrażeni niech przyjmą przeprosiny. W sumie lepiej, żeby już chyba nic nie mówili.

Obrońcy komuny

Przy okazji my w Polsce dowiedzieliśmy się, jakie są prawdziwe wartości, których trzeba chronić. Taką wartością jest komunizm. Redaktor Przemysław Babiarz komentując otwarcie Igrzysk pozwoilił sobie na oczywistą interpretację naiwniutkiej piosenki Lenonna “Imagine”. Słysząc ją na ceremonii otwarcia red. Babiarz skomentował: “Świat bez nieba, narodów i religii. To jest wizja pokoju, który ma wszystkich ogarnąć. To jest wizja komunizmu, niestety.” TVP zareagowała prawie natychmiast zawieszając dziennikarza i argumentując owo zawieszenie kuriozalnie, a mianowicie nazywając komentarz Babiarza skandalicznym. Dlaczego argumantacja TVP była kuriozalna? Ponieważ sam Lenonn tak właśnie mówił o swojej piosence: „Imagine”, które mówi: Wyobraź sobie, że nie ma już religii, nie ma już kraju, nie ma już polityki”, jest praktycznie manifestem komunistycznym, mimo że nie jestem szczególnie komunistą i nie należę do żadnego ruchu.”

No cóż… Trudno oprzeć się wrażeniu, że nie chodzi tu o żadną prawdę, ale o po prostu swoistą obronę komunizmu. Przed nami naprawdę burzliwe czasy albo Europa będzie mieć w swoim sercu chrześcijańskie wartości, które pozwoliły kwitnąć, albo nie będzie Europy, jaką znamy.

W obronie red. Przemysława Babiarza – słów kilka red. Stefana Truszczyńskiego

Chamstwo i zwykły brak profesjonalizmu zaprezentował telewizyjny przekaźnik Tuskowej informacji, czyli „19:30”.

Marek Czyż przeczytał komunikat, z którego wynika, że odebrano prawo do komentowania olimpiady najbardziej profesjonalnemu dziennikarzowi sportowemu. Nie tylko zresztą dziennikarzowi, ale i patriocie, bardzo popularnemu dzięki swojej pracy redaktorowi Przemysławowi Babiarzowi. Odebrano prawo i zatrudnienie nie podając przyczyny.

Tak po prostu: won i już. Jeśli dochodzi do tak drastycznej decyzji musi być przynajmniej informacja za co się każe człowieka. Apeluję do wszystkich dziennikarzy o jednoznaczne potępienie takiego działania. Przemysław Babiarz to naprawdę wyjątkowa postać w świecie polskich mediów.

Jestem pewien, że Babiarz będzie się pojawiał na ekranie TVP. Życzyłbym sobie, aby z Woronicza zostali odwołani ci, którzy tak idiotyczne decyzje podejmują.

 

Stefan Truszczyński

                     

O wykwitach wyobraźni dziennikarki w przykrótkiej spódniczce pisze Hubert Bekrycht – Dobroszowanie, czyli GRZANIE NA EKRANIE

Z nazwisk się nie żartuje, zrobię jednak wyjątek, bo widziałem coś, co nie tyle mnie zdziwiło, ile rozśmieszyło warsztatowo. Otóż, słynąca z ekscentrycznych strojów była pracownica Gazety Wyborczej a przedtem i potem gwiazda TVP, teraz nawet wybitna prowadząca politprogramy red. Justyna Dobrosz-Oracz uprawia szczególny typ neodziennikarstwa. Nazwałem to dobroszowanie. Trochę kojarzy się z graniem na ekranie a raczej podgrzewaniem na ekranie – proszę inaczej nie rymować.

Nie chodzi o potrawy, chociaż zawsze dobrze jest zaprosić polityka do programu kulinarnego i dać mu się poparzyć prosząc o wyciągnięcie zapiekanki z mikrofali. Chodzi o program, który czasem wieczorem ubogaca kod kulturowy nowych widzów TVP Info (policzyłem 7 593 widzów – żart oczywisty, jest ich o kilka tysięcy więcej).

Wybory. Gości

Ubogaca bowiem red. Dobrosz-Oracz, tak jak 24 lipca br., nasze podejście do prac komisji śledczej, w której już nie pracuje wybitny historyk, eurodeputowany KO Dariusz Joński, dawniej baron łódzkiego SLD.

Otóż, red. Dobrosz-Oracz w uroczy środowy wieczór zaprosiła rzetelnych dziennikarzy– jak przewodnik po Korei Północnej wydany przez administrację dyktatora Kima Trzeciego juniora – koleżankę z GW i przedstawiciela radia, którego nazwa dziwnie przypomina utopię stanowiącą zaczątek lewactwa. Wspaniała zabawa gwarantowana.

Strach spuszczony z czerwonego paska

Na wielkiej czerwonej planszy prezentowanej podczas rozmowy z można przeczytać:

„D. Joński: Mateuszowi Morawieckiemu i Jarosławowi Kaczyńskiemu grozi 10 lat za wybory kopertowe”

Troje dziennikarzy, prowadząca oraz para reprezentująca właściwie ten sam katalog poglądów co J. Dobrosz-Oracz, stanowią przykład wniebowziętych reprezentantów mediów, które pracują jak myślą owi zgromadzeni w studiu dziennikarze a dziennikarze co myślą, jak media, które powinny wzorcowo popierać rząd 13 grudnia i krytykować PiS.

Grzanie kitu

Gierki takie są znane od dawna, oczywiście także w mediach, które są bardziej konserwatywne niż dzisiejsza TVP. Tyle, że z tezy polityka nie robi się tam twierdzenia wpychanego jak instalacje fotowoltaiczne mieszkańcom domów jednorodzinnych.

Co powiedział Joński? Zawsze, podobnie jak jego koledzy – Szczerba, Budka, Kierwiński, Myrcha i Kwiatkowski – śledczy kopertowy mówi to samo. Zatem, nie jest to ważne. Ważne, że podczas dobroszowania na ekranie rządowej TVP wciska się ludziom, coś, czego nikt z wyjątkiem Jońskiego nie potwierdził, a z polityków opozycji robi się przestępców.

Internet nie płonie

Szczerze pisząc, wolałem już jak zamiast dobroszowania red. Justyna Dobrosz-Oracz wydawała polecenia dziennikarzom w oddziałach TVP, kiedy chciała coś kompromitującego zrobić o opozycji… Nie, nie uwierzycie, też o PiS. Było to w latach 2012 – 2015, wcześniej ponoć też, ale dowody na to rozpływają się w powietrzu jak sprzedawany w sprayu uśmiech Donalda Tuska wzbogacony porannym westchnieniem posłanki Jachiry. Na szczęście historycy dziennikarstwa będą mogli praktycznie od teraz opisywać dorobek zawodowy mistrzyni tańca Balu Dziennikarzy, bo przecież są nagrania programów, notacje, dokumenty.

Na jednym wątku, wypowiedzi wątpliwej rzetelności polityka, robi się teraz programy telewizyjne, które do końca dnia będą cytowane przez inne media przekonujące z kolei, że czołowi politycy PiS idą siedzieć. Oczywiście nic bardziej mylnego, ale w ten sposób, poprzez straszenie dobroszowaniem ekipa rządowa gabinetu 13 grudnia wkłada nam do kieszeni szczoteczkę do zębów. Codziennie.

 

Hubert Bekrycht

(także FB i X)

O furii ulubionego dziennikarza Jaruzelskiego pisze HUBERT BEKRYCHT: Lis na śmietniku?

Rzadko krytykuję personalnie nielubianych przez siebie dziennikarzy, ale właśnie Tomasz Lis przekroczył kolejne granice. I nie chodzi tu tylko o wulgaryzmy wobec Tomasza Sakiewicza, Dawida Willdsteina oraz Jacka i Michała Karnowskich, którzy bronili Szymona Jadczaka, dziennikarza o zupełnie innych niż oni poglądach. Lis, ulubiony publicysta komunistycznego dyktatora, autora stanu wojennego Wojciecha Jaruzelskiego przypuszcza ostatnio atak na wszystkich, którzy mają inne zdanie niż on.  Teraz jednak Lis wypalił furiacko a jego słowa mają cechy nagonki. Prawdziwej. Zresztą, może u Lisa to nie furia tylko norma.

Muszę to zacytować: „K…. k….. łba nie urwie” – tak na portalu X skomentował Lis uwagi dziennikarzy (m.in. Sakiewicza, Wildsteina, i braci Karnowskich) w obronie atakowanego przez hejterów Szymona Jadczaka, który jeszcze niedawno krytykował prawicę.

Na rympał

Tomasz Lis zapomniał, a może nigdy nie widział – tylko udawał – że jest w dziennikarstwie prawdziwym formacja etyczna, co prawda w zaniku, ale jest. Znany z emocji w sprawach telewizyjnej grafiki komputerowej dziennikarz, ostatnio chory i bardzo agresywny, nie bierze jeńców.

Gdyby chodziło o ewidentną krytykę poglądów, spraw dzielących Lisa od konserwatywnych dziennikarzy, napisałbym „trudno demokracja” albo jakoś tak. Niestety, chorobą nie da się wytłumaczyć ewidentnej prowokacji wobec czołowych polskich publicystów pracujących dla prawicowych mediów. Nie chodzi o kierunek polityczny i intelektualny, ale o to, że Tomasz Lis zachęca – moim zdaniem – innych dziennikarzy z poglądami zbliżonymi do b. szefa Newsweeka do podobnych ataków. Oczywiście ataków na „pisowców” i „pisowskich publicystów”.

Nieudana misja polityczna czy kompleksy?

Lis, w opinii większości środowiska medialnego, stara się zrównać „pisowców” z wulgarnym określeniem przytoczonym na początku tego tekstu. Nie będę się zastanawiał, czy to wynika z zielonogórskich kompleksów b. szefa Faktów TVN, czy też ze stanu emocjonalnego człowieka, który zaczął tracić wpływy w kręgach ludzi z rządu Donalda Tuska. A przecież dwie dekady temu Lis miał ambicje polityczne sięgające – w jego przypadku – Pałacu Namiestnikowskiego.

Znam wiele osób z mniejszych miast niż Lis i znakomita większość nie jest znerwicowana z tego powodu (słowa te pisze człowiek urodzony w małym mieście Głownie niedaleko Łodzi), a Lis zachowuje się jak prowincjusz z filmów Feliksa Falka, tylko nie potrafi tak grać jak śp. Jerzy Stuhr w „Wodzireju”. Jeśli Lis idzie na całość i nie hamuje go już nic, to znaczy, że koalicja Tuska ma poważne kłopoty a jej medialni akolici mają wizję lądowania na śmietniku historii dziennikarstwa. I nie tylko.

Hubert Bekrycht

(FB i X)

HUBERT BEKRYCHT: Jakich prawników ma rząd, czyli śmiech słychać z kosmosu

Ludzie polecieli ponad pół wieku temu na Księżyc a nie zauważyli, że świat się zmienił. A właściwie nieustannie się zmienia. Na przykład dziennikarze poszukując prawdy, dobra i piękna tak zmienili rzeczywistość, że niektórzy z nich tropią sami siebie.

Wszystkie media głównego nurtu, szczególnie te prywatne oczarowane koalicją 13 grudnia i udające bezstronność a w istocie tropiące prawicowe „przekręty” media publiczne wpadły we własne sidła. Pokazywały oto w tym tygodniu zatrzymanie, wyjście i zachęty do ponownego zatrzymania b. wiceministra sprawiedliwości Marcina Romanowskiego posła klubu PiS (Suwerenna Polska). Wiadomo jak to „kumpel Ziobry” to trzeba go zamknąć na lata . A potem na resocjalizację do Chobielina, aby drogi tam budował, bo dużo ludzi tam przyjeżdża ze świata Polskę podziwiać.

Komplikacje w narracji

Nieoczekiwanie dla rządu Romanowski wyszedł. Dzięki wiedzy i refleksowi adwokata, ale i dlatego, że władza tak się spieszyła, iż popełniła istotne błędy w mistyfikacji. Zaczęły się zatem sabaty z udziałem tropicieli trylionów złotych, które „wyciekły” z Funduszu Sprawiedliwości pomagającym finansowo m.in. ofiarom przestępstw i beneficjentom programów resocjalizacyjnych.

FS trzeba było promować, zatem powrócono do listy mediów, które w tym pomagały, co z kolei tropił lewicowy portal OKO Press ziejący nienawiścią do PiS i do wszystkiego, co na prawo od Adriana Zandberga.

Tylko pogłos

I tu niespodzianka. Na liście mediów, którym „fundusz Ziobry” hojnie dawał miliony, oprócz wielu konserwatywnych portali, na pierwszych miejscach są Wirtualna Polska i Onet.pl – w sumie te dwie instytucje otrzymały kilkanaście milionów złotych z FS.

Prawie spadłem ze śmiechu z trampoliny do kariery, kiedy słuchałem głosów i czytałem teksty liberalnych dziennikarzy, którzy na szkolnej tarczy prymusów mają insygnia rządu Tuska, że „może ten fundusz był potrzebny”… Piękne. Świadczy to dobitnie nie o tym, że ktoś broni FS, ministra Zbigniewa Ziobry i jego kolegów z SP, ale broni po prostu siebie i swojej wiarygodności.

Kosmos hipokryzji

Wiarygodności… W przypadku wielu z tych dziennikarzy, którzy starają się przykryć fakt, że media głównego nurtu wyciągały ręce i dostawały miliony złotych od „złego ministra” Ziobry, wiarygodność brzmi jak poniższa historyjka o lądowaniu 55 lat temu Amerykanów na Księżycu. Astronauta z USA spotyka sowieckiego kosmonautę, który pyta, czy przedstawiciel Stanów Zjednoczonych ma wódkę. Amerykanin zaprzecza. Zrozpaczony kosmonauta z Kraju Rad krzycząc pyta: „To po co w ogóle lecieliście”?

 

Hubert Bekrycht – felieton m.in. z FB i X

WALTER ALTERMANN: Zaskoczenia, czyli zamiast broni ruch na świeżym powietrzu

Teoria powiada, że czym dłużej człowiek żyje, tym trudniej jest go czymkolwiek zaskoczyć. A mnie  jednak ciągle coś zaskakuje. Najczęściej wprawia mnie w zdumienie zwyczajna ludzka głupota, a ściślej biorąc jej nieskończone pokłady oraz bogactwo spraw, które tak dynamicznie opanowuje.

W naszych stacjach telewizyjnych zaraz po zamachu na Donalda Trumpa objawiło się bardzo wielu  mężczyzn, którzy mieli bardzo wiele do powiedzenia na temat tego zamachu i zamachów w ogóle. Pojawili się wśród nich byli oficerowie naszych służb zajmujących się ochroną Vipów. Byli dziennikarze, których pobudzają wszelkie formy broni, byli działacze rozmaitych stowarzyszeń strzeleckich.

Fachowcy od amatorskiego strzelania

I wszyscy oni mieli bardzo dużo do powiedzenia na temat tego zamachu, choć żaden z nich akurat wtedy na miejscu zamachu, ani w ogóle w USA, nie był.

Wszystkich ich jednak przebił prezes jednego z polskich stowarzyszeń strzeleckich. Nazwy stowarzyszenia i nazwiska prezesa nie zdążyłem zapisać. Ów prezes zaczął od tego, że jego zdaniem zamachu dokonał amator. Następnie prezes dość długo zachwalał strzelectwo jako sport i jako bardzo relaksujące zajęcie. Oczywiście – według prezesa – nie należy zapominać, że obywatele potrafiący celnie strzelać mogą być znaczącym elementem naszej armii, gdyby co do czego. Uważał także, że w Polsce jest za mało broni wśród obywateli, a tylko znaczące jej ilości w prywatnych domach są gwarancją spokoju w czasie zwykłym oraz pokoju (czyli naszego zwycięstwa) w czas wojny.

„Żądamy dłuższych strzelnic”

Zwrócę Państwa uwagę, że takie myśli naszły prezesa związku strzeleckiego w momencie, w którym dowiedział się, że kandydata na prezydenta USA chciał zabić strzelec-amator. Gorzej, bo prezes stwierdził także, że największym problemem naszych strzelców jest za mało strzelnic, szczególnie ty długich. No, takich na 200 metrów, bo z takiej odległości (mniej więcej) strzelał zamachowiec w Butler.

Czyli, prezes sugerował, że – niestety – nie dorastamy jeszcze cywilizacyjnie do USA, gdzie długich strzelnic jest pełno. A tylko trening na strzelnicach długich gwarantuje dobre przygotowanie strzelca.

Dawno nie spotkałem się z takim idiotyzmem, nietaktem i hucpą, żeby ktokolwiek – w momencie tak przerażającej informacji – domagał się lepszego szkolenia strzelców-amatorów. Bo jednak ów zamachowiec nie trafił. Prezes tego nie powiedział, ale tak wyszło. A najgorsze, według niego, jest to, że nie stać nas na wytrenowanie porządnego zamachowca, bo mamy za krótkie strzelnice…

No i jeszcze to żądanie większej liczby broni wśród polskich cywilów w momencie, gdy wszystkie zamachy na świecie z użyciem broni (najwięcej w USA) dokonywane są właśnie z broni „wielbicieli strzelectwa”. Żal panu prezesowi, że jesteśmy tak zapóźnieni. Uważam, że prezesem powinni się zainteresować urzędnicy, którzy wydają pozwolenia na posiadanie broni. Po to, żeby mu takie pozwolenie cofnąć. I skierować do psychiatry.

Czy myśliwi i strzelcy amatorzy pomogą naszej armii?

Wróćmy do stwierdzenia prezesa, że strzelcy amatorzy i myśliwi mogą wzmocnić naszą armię. Ostatni taki przypadek wystąpił w wojnie trzynastu kolonii Ameryki Północnej o zrzucenie zwierzchności brytyjskiej. Dziś nazywa się tę wojnę Rewolucją Amerykańską w latach 1775–1783.

Wtedy Amerykanie powołali pod broń głównie farmerów, którzy świetnie strzelali, by zdobywać mięso i bronić się przed Indianami oraz rabusiami. Wszyscy wówczas używali broni skałkowej, która nie była zbyt celna, więc liczyło się doświadczenie i dobre, wytrenowane oko.

Potem, już na polach bitew, dominowały regularne armie, w których szkolenie sprawnego żołnierza wymagało kilkunastu lat. A dzisiaj na wychowanie i wyszkolenie żołnierza trzeba dwóch, trzech lat w służbie, w jednostkach wojskowych. Nie w lesie, ani na strzelnicy. A tu prezes strzelców-amatorów sugeruje, że jego ludzie mają dużą sprawność bojową. Przecież najczęściej są to podtatusiali osobnicy, którzy dla dodania sobie wigoru (który maleje u mężczyzna z biegiem lat) szpanują przed kolegami strzelaniem do tarczy, lub zwierzyny łownej.

Co do tego wigoru, gdyby się ktoś miał się obrazić… może bywają panowie z dużym temperamentem, ale normalnie jest tak, jak pisał Aleksander Fredro:

Choć i starość bywa żwawa

Wżdy wiek młody ma swe prawa

To tak jakby w wyścigach formuły I startowali panowie pod czterdziestkę, ze znakomitą znajomością jazdy miejskimi samochodami po autostradach do 120 km/godzinę. Byłyby to z pewnością wyścigi widowiskowe, bo zderzeń, uderzeń w bandy i dachowań by nie zabrakło. Oraz ofiar.

Niestety i u nas lobby sprzedawców broni coraz głośniej wmawia nam wszystkim, że ich (wątpliwe) hobby ma znaczenie dla obronności kraju. Teraz jeszcze żaden kolejny rząd nie dał się ogłupić i nie dopuszcza, żeby w co drugim polskim domu (jak w USA) znajdowała się broń palna.

I tak trzymać, jeśli nie chcemy zasłynąć w świecie zamachami – tak co do liczby, jak ważności celów. Naród u nas  pobudliwy i gorączkowy, szybciej działa niż myśli, więc lepiej niech będzie nieuzbrojony. Karabiny niech będą wojsku, a rozpolitykowanym nadmiernie rodakom zostawmy drzewca transparentów. I niech manifestują. Manifestacja uliczna to także ruch, a ruch to zdrowie.

 

Protest dziennikarzy TV BIEŁSAT przeciwko jej likwidacji. B. szefowa kanału: nie zgodzę się by Polska została „demokraturą”

„Nie możemy pozostać obojętni i bierni, gdy bez konsultacji i konstruktywnego dialogu de facto niszczą projekt naszego życia, dzielą nas na trzy części, pozbawiają niezależności i przyszłości” – to fragment listu dziennikarzy TV Biełsat przeciwko likwidacji kanału. Część tekstu list, który wystosowano do władz TVP, zacytował w piątek Presserwis.

List – jak podaje portal – „powstał z inicjatywy białoruskiej części redakcji Biełsatu. Jego sygnatariusze uważają, iż zmiany zapowiedziane przez TVP, które zakładają, że TV Biełsat będzie jednym z pasm (obok pasm w językach rosyjskim i ukraińskim), oznaczają likwidację ich kanału”. Nie przekonują ich zapewnienia TVP, że marka i program Biełsatu zostaną zachowane, a szefem redakcji białoruskiej pozostanie Aleksy Dzikawicki, obecnie dyrektor kanału TV Biełasat” – podkreśla Presserwis.

 „Wiemy i widzimy, że obecnie zachodzą nieodwracalne procesy prowadzące do zniszczenia i likwidacji sztandarowego projektu polskiej soft power na Wschodzie” – napisali dziennikarze redakcji białoruskiej Biełsatu w liście do likwidatora TVP Daniela Gorgosza.

„Powstrzymywaliśmy się od publicznej krytyki podjętych decyzji, mając nadzieję, że uda się nam konstruktywnie i wspólnie z nowym zarządem TVP ulepszać Biełsat. Będąc gotowi do pełnej współpracy, wierzyliśmy i przyjmowaliśmy obietnice, że kanał telewizyjny Biełsat będzie żył, a jego dyrektorem pozostanie Aleksy Dzikawicki. (…) Nie możemy zaakceptować faktu, że nasz dyrektor nie jest zaproszony, a nasi dziennikarze nie są dopuszczani do konferencji prasowej TVP dotyczącej naszych losów. Ponieważ szczerze wierzymy: »nic o nas bez nas«” – zwracają uwagę dziennikarze Biełsatu.

Wg. informacji TVP, 1 marca 2025 roku planowane jest włączenie obcojęzyczych kanałów telewizji publicznych do jednej struktury – Ośrodka Programów dla Zagranicy. Ma to być zlepek organizacyjny zlepek pozostałości po de facto zlikwidowanej dawnej struktury TVP World i Telewizji Biełsat.. Liderem projekt będzie szef TVP World Michał Broniatowski. Był on od 1992 dyrektorem polskiego oddziału agencji Reutera, od 1997 roku dyrektorem przedstawicielstwa agencji Reutera w Rosji i krajach byłego ZSRR. W latach 1994–2005 Broniatowski był dyrektorem i członek Rady Nadzorczej Grupy ITI (wówczas związanej z TVN), w latach 2001–2005 członek Rady Nadzorczej Grupy Onet.

W połowie marca br. Z TV Bielsat dyscyplinarnie zwolniono autorkę i wieleoletnią szefową projektu, działaczkę opozycyjną z czasów PRL prześladowaną przez komunistyczną bezpiekę Agnieszkę Romaszewską-Guzy. Ostatnio pojawiły się informacje o donosie władz TVP na działalność TV Biełsat, co określa się mianem „podejrzenia popełnienia przestępstwa”; chodzi o projekty informatyczne i ich finansowanie.

Romaszewska podkreśla w oświadczeniu, że to zarzuty polityczne nie mające odzwierciedlenia w rzeczywistości. „Stanowczo protestuję przeciwko  rozpowszechnianiu przez władze TVP informacji, które sugerują jakoby w kierowanej przeze mnie Telewizji Biełsat dochodziło do malwersacji i były wystawiane fałszywe faktury na usługi informatyczne. (…)

System informatyczny w jakim funkcjonują wszystkie prowadzone przez Bielsat strony jest wielką dumą stacji. Zwłaszcza dziś, gdy widzimy, jak serwery TVP padają jak wydmuszka pod naporem ataku DDOS (a może raczej dużej liczby wejść, ze strony kibiców piłkarskich), warto zauważyć,że  strony belsat.eu i vottak.tv doświadczają od wielu lat takich ataków praktycznie co tydzień i  udało się zachować  ciągłość ich działania oraz nie utracić  zasobów.

Już wiele lat temu, w związku z tym,  że informatyka nie była najmocniejsza stroną spółki TVP, władze TVP zdecydowały,  o wyprowadzeniu nieustannie atakowanej struktury informatycznej Biełsatu,  na serwery zewnętrzne.  Ponieważ zaś Biełsat nigdy nie otrzymał w TVP środków inwestycyjnych pozwalających na wybudowanie własnego systemu,  odpornej na ataki infrastruktury informatycznej,  byliśmy zmuszeni polegać na usługach zewnętrznych. Mimo to strony belsat.eu, wraz ze swoja mutacją polską belsat.eu/PL oraz Vottak.tv okazały się nadzwyczajnie odporne na próby włamania i ataki.  Zbudowano je w specjalnym, autorskim systemie architektury rozproszonej. (…)

Domagam się zaprzestania szkalowania mnie i moich wspołpracowników i naruszania mojego dobrego imienia, poprzez podawanie zniesławiających informacji sugerujących BEZ JAKIEJKOLWIEK SĄDOWEJ WERYFIKACJI, że dokonywałam malwersacji w TV Biełsat. Domagam się jednocześnie zamieszczenia odpowiednich przeprosin za naruszenie mojego dobrego imienia,  na portalu TVP,  w tym samym  miejscu,  gdzie był komunikat o „złożeniu do prokuratury doniesienia o przestępstwie” – napisała w oświadczeniu Agnieszka Romaszewska.

W czwartek wieczorem była szefowa Biełsatu relacjonowałą na swoim profilu na FB:

„Maszyna pracuje dalej. Prokuratura wszczęła śledztwo po doniesieniu TVP w sprawie rzekomych nadużyć w telewizji Biełsat…  Oczywiście śledztwo narazie toczy się “w sprawie” i nie wiadomo jeszcze czy i komu postawione zostaną jakieś zarzuty, ale po raz kolejny w komunikacie TVP pojawia się moje nazwisko w kontekście wystawiania lewych faktur na milionowe sumy… Cały ten ponury cyrk oznacza, że maczuga pana Bodnara została wzniesiona tym razem nad moją głową” – podkreśliła Romaszewska.

Traktuję to jako dalszy ciąg stosowanego w TVP  przez ostatnie miesiące mojej pracy mobbingu, a także jako prześladowanie polityczne. Dziś jak wiadomo w Polsce usiłuje się sprawom politycznym dorobić osłonkę kryminalną i przy okazji zohydzić niewygodne osoby w opinii publicznej.

Zawsze jasno wyrażałam swoje poglądy, które choć raczej opozycyjne wobec obecnej władzy,   niekoniecznie były całkowicie spójne z linią którejkolwiek partii, Jednocześnie jednak NIE ANGAŻOWAŁAM SIĘ się politycznie. 

Ale co za dużo to niezdrowo. Muszę powiedzieć jasno: czy mi przypną cokolwiek czy nie, wsadzą czy nie, nigdy nie zgodzę się by Polska została „demokraturą”, bo tak zaczynały despotyczne reżimy na Białorusi i w Rosji. I zrobię wszystko co tylko jest w moich siłach, żeby z tym walczyć” – napisała Agnieszka Romaszewska w czwartek 17 lipca na FB.

(Press, red., Biełsat. FB A.Romaszewskiej)

O nagonce na Agnieszkę Romaszewską czytaj TUTAJ.

RADA PROGRAMOWA TVP: „źle realizowana jest misja TVP w obliczu poważnego zagrożenia dla pokoju światowego”

UCHWAŁA NR 4/VIII/2024 RADY PROGRAMOWEJ TVP S.A. W LIKWIDACJI
w sprawie Wydania Specjalnego TVP INFO z dnia 13/14 kwietnia 2024 r. w związku
z atakiem Iranu na Izrael

Na podstawie art. 28a ust. 3 ustawy z dnia 29 grudnia 1992 roku o radiofonii i telewizji Rada
Programowa TVP S.A. w likwidacji na 4 (35) posiedzeniu w dniu 5 lipca 2024 roku przyjęła
uchwałę następującej treści:

Rada Programowa TVP S.A. w likwidacji wyraża poważne zaniepokojenie poziomem
merytorycznym i formalnym prezentacji problematyki międzynarodowej w Telewizji Polskiej,
a w szczególności na antenie TVP INFO. Podstawą do wydania krytycznej oceny programu
poświęconego wydarzeniom na świecie było Wydanie Specjalne z 13/14 kwietnia 2024 r. kiedy
to Iran po raz pierwszy w historii zaatakował bezpośrednio Izrael. Było to wydarzenie bez
precedensu i wszystkie liczące się stacje telewizyjne na świecie i w Polsce uruchomiły
wielogodzinne studia specjalne, tym bardziej, że o mającym nastąpić ataku odwetowym Iranu
było wiadomo od trzech dni, a ostatecznie operację potwierdzono w sobotnie popołudnie 13
kwietnia. Było więc wystarczająco dużo czasu, aby profesjonalnie przygotować program.

Studio Specjalne na antenie TVP INFO rozpoczęło się około godziny 22:15 i trwało do
godz. 00:01 /czyli ca 2 godziny/, kiedy to prowadzący zaprosił telewidzów do oglądania
Poranka TVP INFO o godz. 06:00. Do godziny 24:00 żaden pocisk ani dron nie zdążył dolecieć
do Izraela, bo jak informowali m.in. dziennikarze TVP INFO miało to nastąpić około godz.
01:00. Dłuższe Wydania specjalne prowadziły jedynie dwie polskie stacje telewizyjne, czyli
TVN24 i Telewizja Republika co najmniej do godz. 02:00, pokazując zestrzeliwane drony i
pociski lecące w kierunku Jerozolimy, Tel Awiwu, Betlejem, Hajfy czy Pustyni Negew.
Telewizja publiczna jako największa i najsilniejsza stacja telewizyjna w Polsce ma
dostęp do newsów filmowych z całego świata, jest członkiem Eurowizji /European
Broadcasting Union – EBU/, ma podpisane umowy z telewizyjnymi agencjami Reuters i AP
/Associated Press/, CNN etc. Notabene członkiem EBU jest także Izrael i niektóre kraje
arabskie. A w trakcie dwugodzinnego Wydania Specjalnego w TVP INFO przez około 3/4
programu na ekranie były prawie statyczne panoramy Tel Awiwu i Hajfy. Przy okazji należy
podkreślić, że nazwy izraelskich miast były napisane z błędami ortograficznymi. Telewizja
Polska miała /ma ?/ najliczniejszą sieć własnych korespondentów zagranicznych, którzy
powinni wystąpić przy tego rodzaju wydarzeniach. Pojawił się jedynie korespondent z
Waszyngtonu, który połączył się ze studiem za pośrednictwem Skype’a, a nie skorzystał z
profesjonalnego połączenia unilateralnego, a przecież w Ameryce był wówczas wczesny
wieczór około godz. 18:00.

Nie zaproszono także do udziału w programie wybitnych ekspertów z dziedziny
geopolityki, wojskowości, zagranicznych znawców Bliskiego Wschodu etc. Ograniczono się
jedynie do iranistów z Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Jagiellońskiego, SGH czy
Collegium Civitas. Tymczasem inne polskie stacje telewizyjne miały bezpośrednie relacje i
komentarze dziennikarzy i ekspertów z Izraela, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii.
Po zakończeniu Wydania Specjalnego o godz. 00:01 antena TVP INFO nadawała
następujące programy i powtórki: Dziennik Regionów, powtórkę programu informacyjnego
i19:30, 100 pytań do … Leszka Millera /godzinny program , powtórka z g. 20:00/…
Opisane powyżej Wydanie Specjalne TVP INFO 13/14 kwietnia 2024 roku jest tylko
jednym z przykładów jak źle realizowana jest misja Telewizji Polskiej S.A. w likwidacji jako
nadawcy publicznego i to w obliczu poważnego zagrożenia dla pokoju światowego. W tej
sytuacji nie dziwi bezprecedensowy rekordowy spadek oglądalności kanału informacyjnego
TVP INFO o 75 procent.

Przewodniczący
Rady Programowej TVP S.A. w likwidacji
/-/ Wojciech Skurkiewicz

Na AGNIESZKĘ ROMASZEWSKĄ trwa nagonka – Likwidator TVP likwiduje TV Biełsat i zdrowy rozsądek + OŚWIADCZENIE

„Śledczy” z radia na ostatnią literę alfabetu „odkryli” informację, że likwidator TVP zbiera kolejne haki na zwolnioną dyscyplinarnie w marcu wieloletnią szefową TV Biełsat Agnieszkę Romaszewską. W prokuraturze jest „zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. (…) Wynika z niego, że przez nieprawidłowości, do jakich miałoby dochodzić w Biełsacie, straty Telewizji Polskiej mogły pójść w miliony złotych” – podano. „Jak myślicie? Będą mnie probowali posadzić? Będą coś kombinować, żeby zrobić ze mnie “pisowską kryminalistkę?” – zapytała na FB Romaszewska.

Także na facebooku w sprawie tych absurdalnych zarzutów, które wynikają z niechęci politycznej do legendarnej działaczki NZS, głos zabrał dziennikarz i reportażysta, wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Mariusz Pilis:

„Agnieszka Romaszewska – zdobywczyni Honorowego Lauru SDP, wieloletnia dyrektor, pomysłodawczyni i dobry duch Biełsatu pisze o rzeczach, które jeszcze niedawno budziłyby jedynie uśmiech i bagatelne uwagi. Dzisiaj brzmi ten głos poważnie, choć wciąż nie chce się wierzyć, że odważą się i posuną się do takich rozwiązań” – zwrócił uwagę Pilis. 

„Prute sądowe kasy pancerne, siłowe przejęcia mediów, przejmowanie śledztw, umarzanie swoim, dobijanie mediów to zjawiska, których nie przeżywaliśmy po 1989 roku. Teraz ta neobolszewia podnosi swój łeb. Rękami swoich dzieci i wnuków. Front jest szeroki. Ale nie mam wątpliwości co do ostatecznego wyniku” – napisał wiceprezes SDP na FB. 

I właściwie moża było by to tak zostawić, bo ataki na Romaszewską (na jej Rodziców i jej Męża) były za komuny i obecna władza zdaje sobie z tego sprawę, że kopuje prześladowania komunistycznej bezpieki. Na FB zwolniona dyscyplinarnie Agnieszka Romaszewska napisała:

„(…) MSZ usiłuje z Kijowa 'odwołać’ prawnie urzędującego ambasadora, którym jest mój mąż Jarosław Guzy. No i trwa bezmyślne rozmontowywanie Biełsatu. Mózg staje w poprzek, jak się na to wszystko patrzy. Jak myślicie? Będą mnie probowali posadzić? Będą coś kombinować, żeby zrobić ze mnie 'pisowską kryminalistkę’?Łukaszenkowska propaganda zawsze twierdziła, że kradniemy tam kasę… Czy mają wstarczająco mocnych przyjaciół w Polsce, którzy myślą podobnie?” – pyta Agnieszka Romaszewska

Na „X” Agnieszka Romaszewska dodaje:

„Jak wyglądają „ubeckie metody”? Żeby łatwiej spacyfikować i zastraszyć ludzi w Biełsacie i zemścić się za moją postawę, postanowili ze mnie zrobić złodziejkę. Finalnie pewnie im się nie uda, ale obsmarować g…nie zaszkodzi – podkreśliła twórczyli TV Biełsat”.

Przychodzą do głowy najgorsze skojarzenia, ale nawet nie metody ataku są najbardziej bulwersujące. Dziwi po prostu cisza wielu „wielkich ludzi” ze środowiska dziennikarskiego obecnie zaprzedanego nowym panom, rządowi i fikcyjnym likwidatorom, którzy zlikwidowali już chyba poczucie wstydu i zdrowy rozsądek.

Hubert Bekrycht (informacja z FB)

 

Publikujemy w całości oświadczenie Agnieszki Romaszewskiej

                                                                                                                OŚWIADCZENIE

Stanowczo protestuję przeciwko rozpowszechnianiu przez władze TVP informacji, które sugerują jakoby w kierowanej przeze mnie Telewizji Biełsat dochodziło do malwersacji i były wystawiane fałszywe faktury na usługi informatyczne. Co więcej podawana jest przez TVP i powtarzana w mediach jakaś absurdalna suma 7 mln., której pochodzenia nie jestem w stanie zidentyfikować. Przypuszczam, że może chodzić o zsumowaną, kilkuletnią kwotę kosztu usług informatycznych za projektowanie, tworzenie, zabezpieczanie i obsługę portali internetowych prowadzonych przez Biełsat TV.

Oświadczam, że te umowy i zamówienia, o których piszę wyżej były opłacane przez Biełsat zgodnie z procedurami obowiązującymi w spółce TVP i decyzje przechodziły zazwyczaj także przez inne jednostki spółki. Środki na obsługę informatyczną nie były ukryte w jakiejś „lewej kasie”, a były corocznie ZAKŁADANE w budżecie kanału, następnie zaś wydatki zatwierdzane były przez Biuro Kontrolingu i Restrukturyzacji. Ponieważ środki na te wydatki pochodziły głownie z MSZ ( choć tu sytuacja może się różnić w różnych latach) to były także uwidoczniane w corocznych sprawozdaniach i fakturach przekazywanych przez Biełsat do Ministerstwa i następnie refundowanych przez MSZ.
System informatyczny w jakim funkcjonują wszystkie prowadzone przez Bielsat strony jest wielką dumą stacji. Zwłaszcza dziś, gdy widzimy, jak serwery TVP padają jak wydmuszka pod naporem ataku DDOS (a może raczej dużej liczby wejść, ze strony kibiców piłkarskich), warto zauważyć,że strony belsat.eu i vottak.tv doświadczają od wielu lat takich ataków praktycznie co tydzień i udało się zachować ciągłość ich działania oraz nie utracić zasobów..

Już wiele lat temu, w związku z tym, że informatyka nie była najmocniejsza stroną spółki TVP, władze TVP zdecydowały, o wyprowadzeniu nieustannie atakowanej struktury informatycznej Biełsatu, na serwery zewnętrzne. Ponieważ zaś Biełsat nigdy nie otrzymał w TVP środków inwestycyjnych pozwalających na wybudowanie własnego systemu, odpornej na ataki infrastruktury informatycznej, byliśmy zmuszeni polegać na usługach zewnętrznych. Mimo to strony belsat.eu, wraz ze swoja mutacją polską belsat.eu/PL oraz Vottak.tv okazały się nadzwyczajnie odporne na próby włamania i ataki. Zbudowano je w specjalnym, autorskim systemie architektury rozproszonej. Warto dodać, że redakcje stron internetowych Biełsatu miały też zapewniony conajmniej 12 godzinny,a często i dużej pracujący help desk czego nie można powiedzieć o innych jednostkach TVP. Jakim cudem można uznać, ze nie ma śladu wykonania usług informatycznych, tak jak to stwierdza komunikat TVP, chociaż w większości usługi te miały konkretny cel, widoczny gołym okiem – pozostaje dla mnie niezrozumiałe.
Domagam się zaprzestania szkalowania mnie i moich wspołpracowników i naruszania mojego dobrego imienia, poprzez podawanie zniesławiających informacji sugerujących BEZ JAKIEJKOLWIEK SĄDOWEJ WERYFIKACJI, że dokonywałam malwersacji w TV Biełsat. Domagam się jednocześnie zamieszczenia odpowiednich przeprosin za naruszenie mojego dobrego imienia, na portalu TVP, w tym samym miejscu, gdzie był komunikat o „złożeniu do prokuratury doniesienia o przestępstwie”

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Bez most przez copki

Konferencja prasowa wicepremiera i ministra obrony narodowej Władysława Kosiniaka- Kamysza, 11 06 2024 roku. Najpierw zabrał głos generał Wiesław Kukuła Szef Sztabu Generalnego WP, który m.in. powiedział: „Jeszcze raz to powiem, żeby to wyraźnie przebrzmiało…”

Rzecz w tym, że to co już przebrzmiało jest w języku polskim nieistotne, mało ważne, a generałowi chodziło o wybrzmienie. Niby podobnie, ale różnica jest naprawdę istotna.  Ale nie czepiam się generała, bo bardziej poruszył mnie jego przełożony, czyli pan Kosiniak-Kamysz.

Wicepremier Kosiniak – Kamysz dał kolejny powód do poważnej zadumy, bo powiedział tak: „Zwiększamy produkcję amunicji szczeleckiej”. Gdybyż to jeszcze powiedział: „szceleckiej” mielibyśmy klasyczne, gwarowe mazurzenie. I nie moglibyśmy się czepiać, bo przecież gwary należy szanować, tym bardziej u szefa partii ludowej. A tak mamy jedynie coś na podobieństwo klasycznego ludowego powiedzenia: „Sedł bez most, przez copki”.

Po wystąpieniach ministra i generała dziennikarze zaczęli pytać, jak zawsze o sprawy poboczne, zupełnie nie wiążące się z obronnością. Pytali o sprawy czysto polityczne, parlamentarne i rządowe. Wtedy wicepremier zauważył: „Proszę jednak o pytania z zakresu merytoryki”. Ponieważ jednak  dziennikarze nadal drążyli politykę, to wicepremier pożegnał generała, nie chcąc go mieszać w sprawy walk między partiami.

Otwierając niejako dziennikarską część konferencji Kosiniak-Kamysz zaznaczył: „Tego napastnika, który zaatakował żołnierza złapiemy i doprowadzimy do sprawiedliwości”. I tu mamy już ludową klasykę, bo lud nasz z trudem rozróżnia prawo od sądu, a sąd od sprawiedliwości.

I jeszcze ta merytoryka wicepremiera… To jest nowe słówko slangowe, typowy skrótowiec. Bo  naprawdę lepiej powiedzieć sprawy merytoryczne. Jest dłużej, ale po polsku.

Naprawdę od wicepremiera musimy wymagać więcej. Bo skoro przed laty Donald Tusk nauczył się angielskiego, jak wcześniej obiecał, to chyba Kosiniak-Kamysz mógłby się nauczyć polskiego. Nie jest to język tak trudny, jak mówią niektórzy Polacy.

Premedytacja czy rozmyślność

Trwa Liga Narodów w siatkówce. Nasi sprawozdawcy są na posterunku i dają o sobie znać.

„Z premedytacją zagrała piłkę na trzeci metr” – mówi dziennikarz od siatkówki.

Nie wiedzieć czemu nie powiedział, że nasza zawodniczka zagrała rozmyślnie, specjalnie, celowo. Dziennikarz zna obce słowa i musi ich używać, żeby nikt sobie nie pomyślał, że jest jedynie prostym dziennikarzem. Ale ów dziennikarz nie wie, że premedytacja ma w naszym języku konotacje wyłącznie negatywne.

premedytacją może działać złodziej, oszust i morderca. Premedytacja w takich przypadkach oznacza bezwzględność działań, szkodliwą przebiegłość i duże nasilenie złej woli. A przecież siatkarka nie grała podle. Ona grała tak, żeby do piłki nie doszły przeciwniczki. Bez żadnej podłości.

Kto się pod kogo podszywa

Popularny w województwie łódzkim dziennik „Express Ilustrowany” na pierwszej stronie wydania z 14 czerwca br. ostrzega: „Bezczelni oszuści podszywają się za policjantów”.

Wobec takich zdań opadają ręce i przechodzi ochota do czytania w ogóle. Kolejny raz ktoś nie rozumie co znaczy stały zwrot językowy, jak zbudowana jest niezmienna fraza języka. A zwrot „podszywać się pod kogoś” jest bardzo obrazowy i wziął się stąd, że pod płaszczem, chłopską sukmaną lub pańską delią skrywała się inna osoba. Tak jakby ktoś pod spodem znaczącego okrycia przyszył inne ubranie. I tym sposobem udawał kogoś innego, niż w rzeczywistości jest.

Zatem – oszuści „podszywają się pod policjantów”. Albo „podają się za policjantów”. Nie ma możliwości łączenia tych dwu stałych zwrotów. Nie ma też możliwości wprowadzania w takie powiedzenia jakichkolwiek zmian. Nie ma potrzeby, bo one są stałe, niezmienne, są constans. To tak jak z narodowym herbem – niczego orłu nie wolno domalowywać, łączyć go z innym ptakiem, ani niczego zabierać. Ma być, jaki jest.

W dawnych czasach w każdej redakcji pracowały korektorki. To one nie tylko poprawiały proste błędy gramatyczne, ale też pilnowały stylu i tego, żeby młodzi dziennikarze nie grzebali samorzutnie w języku, bez jego dobrej znajomości. Tak było, i to powinno wrócić. Ja wiem, że etat korektorki kosztuje a wydawnictwo chcą na wszystkim oszczędzać. Ale na rozumie oszczędzać nie wolno. Bo w innym wypadku: „Nadal ktoś będzie się podszywał za dziennikarza”.

Górale i ich fasiągi

Z nastaniem sezonu media zaczęły znowu pisać o torturowaniu koni, ciągnących góralskie fasiągi. Problem jest poważny, ale na początek wyjaśnijmy czym są owe fasiągi.

Otóż fasiąg to gwarowa nazwa wasągu, czyli konnego wozu przeznaczonego do transportu ludzi. Określenie pochodzi od niemieckiego Fassung. Klasyczny wasąg ma nadwozie drabinkowe oparte bezpośrednio na osiach, z wyplatanymi bokami z wikliny lub z desek, korzeni jałowca, sznurka czy słomy. Czasem przykryty jest budą na pałąkach. Wasągi używano w Polsce od XIX wieku do lat 70. XX wieku jako pojazd bagażowy i podróżny.

Komercyjne zastosowanie pojazdu jako środka transportu zbiorowego w górskie okolice rozpoczęło się już w połowie XIX wieku, kiedy to górale zaczęli przewozić nimi „ponów” z Krakowa pod Giewont. Taka podróż zajmowała wówczas dwa, trzy dni. Po otwarciu linii kolejowej do Chabówki w 1884 r., podróż konnym zaprzęgiem skróciła się do jednego dnia, gdyż od tego momentu letnicy zwykle przesiadali się na fasiąg dopiero w Chabówce. Kres podróżom konnymi zaprzęgami pod Tatry przyniosło przedłużenie linii kolejowej z Chabówki do Zakopanego w 1899 r. Od tej pory pojazdy służą głównie do wożenia turystów na miejscowych trasach.

Dzisiaj fasiągi znane są głównie jako pojazdy, którymi wożeni są turyści na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego drogą Balzera ,na odcinku Palenica Białczańska – Włosienica.

Górale i ich konie

Problem wożenia turystów konnymi zaprzęgami do Morskiego Oka jest stary i nadal nie rozwiązany. Konie padają ze zmęczenia, dosłownie konają na drodze a górale traktują je jakby były psującymi się maszynami. Co i rusz kolejne władze rządowe obiecują problem załatwić, ale nie załatwiają, bo są jakieś kolejne wybory i trzeba góralskiego poparcia. A władze lokalne po prostu milczą, bo podhalańscy górale są z sobą mocno skoligaceni, no i te ciągłe wybory samorządowe.

Z góralami, gdy idzie o pieniądze trudno się rozmawia. W reszcie Polski traktowani są jako grupa  „kultowa” i folklorystyczna. Wszyscy ich kochają za tańce, śpiew, muzykę i ludowe stroje. Ale to tylko jedna strona medalu. Z drugiej strony górale to lud przez wieki żyjący w okrutnej nędzy. Jeszcze sto lat temu wręcz przysłowiowa była „nędza podhalańska”. A to jest pamięć pradziadków, dziadków i rodziców. Uciekając od tej nędzy wyjeżdżali masowo za granicę, głównie do USA. Z lęku przed powrotem nędzy są bezwzględni, wręcz okrutni w zarabianiu i gromadzeniu pieniędzy. I dlatego też wozacy do Morskiego Oka nie odpuszczą, bo w sezonie zarabiają prawie 2 000 zł dziennie.

I tak to wygląda bez kolorowania. Czy postawa górali wobec ich zwierząt kiedyś się zmieni? Pewnie tak, ale to potrwa jeszcze przez dziesięciolecia. I to pod warunkiem, że władze im nie odpuszczą.