Kolejny apel językowy WALTERA ALTERMANNA: Chrońmy polonistów

Niedawno rząd poinformował, że niebawem Polacy będą uczyć się angielskiego już od pierwszych klas podstawówki. Piękna myśl, żeby Polak nie stawał na obcej ziemi jako ta głuchoniema sierota.  Z wrodzonej jednak złośliwości zacząłem się zastanawiać co z językiem polskim? Przecież jeżeli nadal będziemy mówili tak marnie w języku ojców i matek naszych – dla feministek: matek i ojców – to i po angielsku nigdy dobrze się nie nauczymy. Człowiek bowiem myśli w jednym języku, najczęściej wyniesionym z domu. Zatem proponowałbym rządowi, żeby pomyślał nad wzmocnieniem pozycji języka polskiego w szkolnictwie.

Słyszałem, że w niektórych szkołach uczą już młodzież jeżdzić samochodami. Piękna idea. A coraz częściej też pojawiają się w szkołach lekcje mechatroniki, księgowości, astrofizyki, programowania komputerów… Wszystko to potrzebne i bardzo ładne, ale ośmielam się stwierdzić, że najbardziej potrzebne jest nam wzmocnienie pozycji języka polskiego.

Bo – mili technokraci – to tylko szkolny „język polski” uczy lub może uczyć, precyzji w myśleniu, kontaktowania się z ludźmi na poziomie utylitarnym i abstrakcyjnym.

Gdy moje dzieci robiły maturę, z przerażeniem odkryłem, że egzamin z języka polskiego sprowadza się – w sumie – do rozwiązywania testów. Niegdyś trzeba było umieć napisać „mikro pracę”, ale jednak trzeba było pisać. Potem jednak nasi liberałowie przyjęli „system boloński” w edukacji i mamy marnie piszące pokolenia. I słabo mówiące. Ten system boloński być może sprawdza się w krajach III świata. Ale uraczenie się nim w kraju o takiej tradycji literackiej? Zgroza. Tu przypomnę, że dawny Kongres Liberalno-Demokratyczny (jeden z poprzedników Platformy Obywatelskiej) proponował nawet państwową, obowiązkową edukację jedynie do piątej klasy szkoły podstawowej. Potem każdy miał radzić sobie sam – w szkołach prywatnych i płatnych. Czyż to nie szczyt bezczelności neoliberalnej? I nieskrywanej pogardy dla „prostaczków”?

Mam w pamięci wspaniały wiersz Andrzeja Waligórskiego „List w sprawie polonistów”. Proponuję dziś przeczytać go i zastanowić się nad tym, co mówi nam autor.

Andrzej Waligórski

List w sprawie polonistów

Polonista to nie zawód, lecz hobby,
Polonistą być – nie życzę nikomu.
Polonista po godzinach nie dorobi,
Choćby zabrał robotę do domu.

Polonista nie wędruje po mieszkaniach,
Nie odzywa się wchodząc ze dworu:
– Bardzo ładnie rozbieram zdania,
Czy jest jakieś stare zdanie do rozbioru?

Choćby szukał, racji i pretekstów
I tak zawsze pozostanie na uboczu –
Mniej się ceni analizę tekstu
Od banalnej analizy moczu…

Cera blada, na portkach łaty,
Rozmaite braki w kondycji,
Oświeceniem nie oświecisz sobie chaty,
Pozytywizm nie poprawi twej pozycji.

Poloniście sterczą chude żebra
Jak sztachety mizernego płotu,
Gdy się jeden raz u Zuzi rozebrał,
To się składał z orzeczenia i z podmiotu.

A jak inny zleciał kiedyś z ławki,
Bo był gapa wyjątkowa i niezguła,
To zostały zeń cztery przydawki,
Dwa zaimki i partykuła…

Polonista, niepoprawny romantyk,
Nie największym się cieszy mirem,
Ale ja mu – laury i akanty,
Ale ja mu – kadzidło i mirrę!

Ale ja go całuję w ramię,
Ale ja go podziwiam i cenię,
A ty przed nim na kolana, chamie,
Cały w złocie i volkswagenie!

Bo jeżeli jesteś i ja jestem,
To dlatego, że stojący na warcie
Polonista znużonym gestem
Kartki książek wertował uparcie

Za kajzera i za Hitlera,
I za cara, i za innych carów paru,
I dlatego właśnie nie umiera
Coś ważnego, co nazywa się Naród.

Więc zamieszczam na końcu listu
Ja, satyryk, błazen i ladaco,
Zdanie proste: – Kocham polonistów!
Rozwinięcie zdania: –
… bo jest za co!

 

Warto znaleźć i poczytać tomiki wierszy Andrzej Waligórskiego. To naprawdę mądra i nadal aktualna literatura.

Notka o autorze: Andrzej Waligórski – polski poeta, satyryk, dziennikarz, długoletni współpracownik Rozgłośni Polskiego Radia we Wrocławiu. Urodził się w roku 1926 w Nowym Targu, zmarł w 1992 roku we Wrocławiu.

Wielkie uznanie zdobył jako twórca tekstów piosenek, wykonywanych – między innymi – przez Tadeusza Chyłę Ballada o cysorzu i Olka Grotowskiego z Małgorzatą Zwierzchowską, a przede wszystkim przez Kabaret Elita. Sam twierdził, że jest jedynie tekściarzem. Był kierownikiem wrocławskiego radiowego magazynu rozrywkowego  Studio 202, w którym wypromował kabaret Elita, potem podjął z tym kabaretem jakże owocną współpracę.

Był też autorem cyklu felietonów radiowych Pocztówki z Karłowic oraz cyklu słuchowisk Rycerze, emitowanych w ogólnopolskim magazynie 60 minut na godzinę. To z tego cyklu słuchowisk,   parodiujących Trylogię Sienkiewicza, pochodzi piosenka Waligórskiego „Hej, szable w dłoń”.

Jego imię otrzymała jedna z ulic w południowej części Wrocławia, łącząca ulicę Sudecką z ulicą Powstańców Śląskich.  Od 1995 członkowie kabaretu Elita („Akademia Humoris Causa”) przyznają nagrodę im. Waligórskiego – „Andrzeje”.

 

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI o wieloletnim szefie Domu Pracy Twórczej śp. ANDRZEJU KOCIUBIE

Trumna jest długa. Bo Andrzej był wysoki. Zsuwają ją do bardzo głębokiego grobu. Pogrzeb opóźniony jest o kilka dni, bo rodzinny grób pogłębiono. Stoimy wokół. Wśród wiekowych nagrobków usytuowanych gęsto na historycznym lubelskim cmentarzu przy ulicy Lipowej. Kilkadziesiąt osób, ksiądz celebrans i ministranci. Poczty sztandarowe. Rodzina i przyjaciele – górnicy z kopalni w Bogdance, związkowcy – Solidarnościowcy współpracujący od sierpnia 1980 z Andrzejem.

               Jest 19 stycznia 2023 roku. Bije dzwon cmentarnej kaplicy, bo mija właśnie południe. Pada śnieg.

Andrzej Kociuba do niedawna były wieloletni dyrektor Domu Pracy Twórczej w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą należącego do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich po kilku miesiącach od ciężkiej operacji guza mózgu zmarł w domu rodzinnym 9 stycznia 2023 roku, w niedzielę, nad ranem. Miał 73 lata.

Wielka kaplica była szczelnie wypełniona. Żona, pani profesor wyższej rolniczej uczelni Wanda Kociuba, dorosłe córki – Ewa i Małgorzata z mężem, brat Maciej – profesor i poeta z żoną, górnicy i Solidarnościowcy salutujący sztandarami, cała załoga Domu Pracy Twórczej z Kazimierza, przedstawiciele lubelskich struktur związku Solidarność – których Andrzej przez wiele lat był reprezentantem, przedstawiciele ZG SDP z Warszawy z prezesem Krzysztofem Skowrońskim, który już nad grobem pożegnał naszego współpracownika, kolegę i przyjaciela przypominając jego 17 letnią bardzo owocną dla naszego Stowarzyszenia pracę.

Ale cofnijmy się na chwilę w głąb tego bogatego życiorysu. Nazwisko Kociuba to staropolska nazwa łopaty do chleba, wyposażenie piekarniczego pieca na lubelszczyźnie. Młyn, gospodarstwo, rodzina – to wszystko spadło na głowę kilkunastoletniego Andrzeja, gdy zmarł ojciec. Miał o kilka lat młodszego brata. Musiał szybko dojrzewać by podołać tym wszystkim obowiązkom. Takie były korzenie. Potem kolejne szkoły i studia prawnicze.

Zaczynał zarobkową pracę od prowadzenia domów wczasowych, potem zaangażował się do wielkiej firmy „Energopol” i zaczął wyjeżdżać na budowy, na kontrakty zagraniczne. Ludzie przedsiębiorczy szybko są dostrzegani i awansowani zawodowo. Wspinał się po szczeblach kariery, ale także został wybrany przez robotników, techników i inżynierów do pełnienia odpowiedzialnych funkcji związkowych. To był czas rodzącej się Solidarności. Wkrótce zaczęto mu powierzać ważne funkcje w strukturach regionu. W stanie wojennym nie zaprzestał działalności związkowej, woził dokumenty, ulotki, gazetki, organizował zebrania i zakładał koła związku.

Jeden z naszych kolegów ze Stowarzyszenia – już w wolnej Polsce – wypatrzył go właśnie jako aktywistę związkowego i zarekomendował na stanowisko dyrektorskie. Był to strzał w dziesiątkę. Andrzej zgromadził wkrótce świetną kilkunastoosobową załogę. Przeprowadził remont Domu Pracy Twórczej – otwartego dla wszystkich żurnalistów w Polsce. Było to ogromne zadanie, nowa kotłownia i instalacje grzewcze, wymiana drzwi, okien, przebudowa łazienek. Zupełna przebudowa kuchni i zaplecza. Poprowadzenie dróg wewnętrznych na wielohektarowym obiekcie, prace ogrodnicze i mała architektura zielonego ogrodu.

Potrafił zdobywać zamówienia stukilkudziesięcio osobowych grup na konferencje, szkolenia i wypoczynek. „Kazimierz” stał się po latach zaniedbania znowu naszą wizytówką. Wspaniale udekorowany, z ogromnym terenem zielonym, górujący nad miastem i Wisłą Dom Pracy Twórczej w Kazimierzu Dolnym. Odbywały się tam zjazdy. Nasze prawie 3 tysięczne Stowarzyszenie (Warszawa i 15 oddziałów wojewódzkich) miało powód do dumy, a dziennikarze i ich rodziny miejsce wytchnienia.

Andrzej był z zamiłowania historykiem. Ściany ozdabiały plansze bohaterskich żołnierzy i pilotów, obrazy pokazujące piękno miasta i okolic, zdjęcia zabytków z rejonu Kazimierza.

Na takich jak on mówią – dobry człowiek. Rzeczywiście patrzył, słuchał i starał się pomagać gdzie tylko mógł. Dowodem, że większość załogi pracuje tu bardzo długo. Nawet po 20 – 30 lat. „Kazimierz” przebrnął przez lata chorobowej pandemii i mamy nadzieję będzie kontynuował dobre tradycje, które wdrożył jego długoletni dyrektor Andrzej Kociuba.

Żegnaj nasz Kolego i Przyjacielu

Czy są powody, dla których świat ma „kochać” Rosjan? – pyta WOŁODYMYR SYDORENKO 

Jak donoszą rosyjskie media, w Moskwie odbyło się posiedzenie Rady Praw Człowieka pod przewodnictwem Władimira Putina, na którym jeden z uczestników spotkania, Kyryło Wyszynski, zaproponował Putinowi wprowadzenie nowelizacji kodeksu karnego która określiłaby negatywny stosunek do Rosjan jako przestępstwo zagrożone postępowaniem karnym i karą. Zapis spotkania został opublikowany na stronie internetowej Kremla.

Autor poprawki pomylił jednak grzeszników ze sprawiedliwymi. Nazywa bowiem wszelkie „negatywne nastawienie do Rosjan” rusofobią, chociaż termin ten oznacza jedynie bezprzyczynowy negatywny stosunek do Rosjan. Światowi analitycy uważają jednak, że obecnie na świecie nie ma bezpodstawnego negatywnego stosunku do Rosjan, czyli typowej rusofobii. Negatywna opinia o Rosjanach zawsze ma swój powód – szerzenie przez Moskwę kłamstw na temat innych krajów, złośliwe ataki na „zbiorowy Zachód” czy prowadzenie na całym świecie informacyjnych i psychologicznych operacji specjalnych. Ale największe potępienie ze wszystkich krajów świata wywołują rosyjskie groźby nuklearne i prowadzenie przez Rosję niesprowokowanej wojny napastniczej w Ukrainie, która spowodowała już takie negatywne procesy, jak niedobory żywności, podwyższona inflacja, nowy wyścig zbrojeń, śmierć setek tysięcy ludzi na frontach itp.

Innymi słowy, dlaczego świat miałby kochać Rosję, która grozi wszystkim krajom nuklearną apokalipsą, zabija cywilów, w tym dzieci, rabuje sąsiedni kraj, próbuje obalić jego prawowity rząd i przywłaszczyć sobie wszystkie jego wartości, rolnictwo, i przemysł?

Rosja chce, aby mogła szerzyć zło, ale mimo to świat nadal ją „kochał”, a rosyjskie zbrodnie nie wywołały „negatywnego nastawienia”.

Ze względu na wrogie działania wobec całego świata i niewłaściwe zachowanie Rosja została już wykluczona z Rady Europy, Trybunału Europejskiego, formacji G20 i G7, mówi się o wykluczeniu Rosji z Rady Bezpieczeństwa ONZ. Okazuje się, że Rosja niczego się nie nauczyła: tak jak ZSRR został wyrzucony z Ligi Narodów za wojnę z Finlandią, tak teraz jest kwestia usunięcia Rosji z głównego korpusu ONZ za wojnę z Ukrainą.

Jednak w Moskwie wszystko to nazywa się „bezsensowną rusofobią”, chociaż powody potępienia, zarówno prawne, jak i moralne, są bardzo silne.

Ponadto na posiedzeniu Rady Praw Człowieka w Moskwie porównano „negatywny stosunek do Rosjan” do Holokaustu, czyli ludobójstwa Żydów. Jednak porównanie to jest żałosne. Antysemityzm, który leżał u ideologicznych źródeł faszyzmu, jest zbrodnią przeciwko Żydom na tle narodowym bez żadnego powodu. Niechęć do Rosjan na świecie tłumaczy się nie tylko zbrodniczym zachowaniem Kremla wobec krajów demokratycznych, ale także ich hałaśliwym, chuligańskim, nietolerancyjnym zachowaniem w światowych kurortach i stolicach świata, poniżaniem kultur innych niż rosyjska, pogardą dla praw innych ludzi i narodów. Rusyfikacja i „rosyjski świat” stały się ideologicznymi źródłami nowej ideologii – raszyzmu, porównywanego z faszyzmem.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Żryjcie mąkę z robaków, czyli społeczeństwo kastowe

Wujek mojej Żony jest człowiekiem ciężkiej pracy. Ma własną firmę. Pracuje fizycznie. Sporo w życiu przeszedł i z całą pewnością jest również człowiekiem godnym szacunku.Jednocześnie jest człowiekiem do cna przeżartym TVN-em. Był nawet na jakimś lokalnym „marszu równości” głęboko przekonany,  że tak trzeba.

Tak to już jest, że ludzie na co dzień niezajmujący się polityką, często padają łupem różnych „strumieni narracji”, ponieważ nie mają czasu wgryzać się w istotę politycznych spraw na co dzień zajęci rodziną, pracą, po prostu czym innym. Jakaś ich część, nie mała przecież, pada łupem strumieni bijących z Wiertniczej i Czerskiej.

Reportaż

Wydaje mi się, że się bardzo z wujkiem lubimy, choć ja staram się unikać dyskusji na temat polityki,  a on uparcie stara się je ze mną prowadzić. Ostatnio opowiadał mi o pewnym reportażu z TVN (ja go nie oglądałem, posługuję się tu tylko wujkową relacją tak jak ją zapamiętałem). Jednym  z bohaterów reportażu miał być starszy pan, który mieszkając w starym, rozpadającym się domu, palił w piecu tym co miał,  a nie tym czym „powinien”. W tym momencie zacząłem rozumieć, że opowieść wujka jest nieco inna niż zwykle. Według jego relacji bowiem, reporter miał się zachowywać wobec starszego pana wręcz agresywnie, wypytując go, czy „nie rozumie, że wydziela CO2”, czy tam dokonuje innych „grzechów ekologicznych”. Na co starszy pan odpowiadał, że ma niewielką emeryturę i choćby wydał całą na opał, to by nie wystarczyła. Na koniec wujek, co mnie już zupełnie zaskoczyło, stwierdził, że ta „ekologia” jest nieludzka.

Należę do tych, którzy przenoszą ślimaki przez ulicę. Nie lubię kiedy ktoś śmieci w lesie. Jeszcze w podstawówce przezywano mnie „doktorem”, ponieważ zapłaciłem koledze 50 złotych żeby nie dręczył żaby. I ja również uważam, że taka „ekologia” jest nieludzka.

Społeczeństwo kastowe

Nie tyle bowiem wynika z chęci „czynienia dobra”, co ze sztucznie implementowanej sekciarskimi obrzędami przeróżnych magów z Davos czy Brukseli, chęci pognębienia człowieka w imię rzekomego „dobra planety”. Zauważyliście jak wielkie koncerny zeszły z celowników aktywistów? Dziś maszerują z nimi ramię w ramię w „marszach równości”. Dziś wrogiem aktywistów struganych przez Klausów Schwabów tego świata są ludzie, tacy jak ten starszy pan z reportażu TVN. To on ma oddać samochód (o ile go ma), to on ma kupić nowy piec, na który go nie stać, palić paliwem na które go nie stać, żreć mąkę z robaków, a najlepiej w ogóle przestać już wydzielać CO2 i nie zawracać głowy swoim istnieniem wyższej kaście. Z tym, że głupiutkie, nakręcane, aktywistyczne kukiełki, jeszcze nie rozumieją, że w kategorii „wyższej kasty” to się może mieści Klaus Schwab, ale nie oni. Oni też mają żreć mąkę z robaków, a w sumie najlepiej jakby również przestali wydzielać CO2, kiedy tylko przestaną być potrzebni.

Do tej pory, przyznaję, często z rozpaczą i pewną rezygnacją patrzyłem na budowę społeczeństwa kastowego, w którym na jednym biegunie są bramini pokroju Klausa Schwaba, a na drugim tacy „niedotykalni” jak starszy pan z reportażu…

… ale skoro dostrzegł to nawet wujek w grubych i szczelnych okularach TVN, to może jest nadzieja?

 

 

WALTER ALTERMANN: Sprzedawca w czołgu bojowym, czyli ignorancja

W TVP usłyszałem, że budowa „Wia Baltica” wchodzi w nową fazę. Otóż „via” wymawia się jak „wija”. A „via” oznacza w łacinie drogę.

Najbardziej znaną jest starożytna „via appia”, a właściwie  Via Appia Antica, czyli Droga Appijska – najstarsza droga rzymska, przebiegająca przez Italię w południowej części Półwyspu Apenińskiego.

Via Baltica

Myślałem, że dziennikarka – zamieniając wija na wia – chce coś spolszczyć, ale nie. Bo już w następnym zdaniu powiedziała o trasie kolejowej „rajli”. Czyli mówi naraz trochę po polsku, trochę po angielsku – a w obu językach marnie. Ja wiem, że Droga Bałtycka jest nazywana Via Baltica, bo to program międzynarodowy, ale jak już musimy, to wymawiajmy dobrze. Łacinę trzeba znać, nawet jeżeli „nie brało się jej w szkole”.

Czołgi bojowe

9 stycznia 2023 portal Defence24 informuje, że Ukraina otrzyma „czołgi bojowe”. Stwierdzenie, że czołgi są bojowe nasuwa podejrzenie, że bywają też czołgi nie bojowe. To zaiste ciekawa konstatacja i przyznam, że pierwszy raz o takich czołgach słyszę. Być może autora tekstu zwiodło zdanie wcześniejsze, że Ukraina otrzymała już „transportery bojowe”. Bo jest faktem, że nie każdy opancerzony samochód wyposażony jest w ciężkie karabiny maszynowe lub działa.

Niemniej – na podstawie przypadku z „czołgami bojowymi” – odnoszę wrażenie, że nie rzetelna informacja przyświeca autorom wielu tekstów o wojnie i broni, lecz zwyczajna chęć szybkiego zarobku. I to bez momentu refleksji, bez zwykłego nawet zastanowienia się nad tym co się napisało, a nawet bez przeczytania własnego tekstu przed wrzuceniem go na stronę internetową.

Dawniej poważne redakcje zatrudniały korektorów, którzy sprawdzali każdy tekst pod względem merytorycznym, składniowym i ortograficznym. Niestety w niewielu już redakcjach są jeszcze korektorzy. Ten potrzebny zawód umarł, bo właściciele portali i gazet nie chcą dzielić się zyskami. Ale prawdziwymi ofiarami takiego rozumienia rzetelności dziennikarskiej jesteśmy my – czytelnicy.

Slang polityczny – realność

Ostatnio młody polityk powiedział w telewizji – nazwiska jegomościa nie zdążyłem zauważyć, bo szybko przemknął przez ekran telewizora – „Gdybyśmy mieli realnie oceniać szansę wspólnej listy opozycji w wyborach do Sejmu, to ta realność jest niska”.

Zafrasowałem się. Owszem, realność jest rzeczownikiem odprzymiotnikowym i była znana wcześniej, ale znaczyła tyle co ziemia z zabudowaniami, kamienice, wille, ale zawsze mające jakiegoś właściciela. Niby komunikat dotarł, bo taka jest podstawowa funkcja komunikacji językowej, ale w jakże marnej formie… Naprawdę słuchać hadko.

Handlarz czy sprzedawca?

Na kanale Discovery jest cykliczny program o handlarzach antyków i staroci. W sumie jest to bardzo interesujące. Zauważyłem jednak, że twórcy programu jak ognia unikają pojęcia „handlarz” i zastępują je bardziej łagodnym określeniem „sprzedawca”. Na prawdę jednak program przedstawia pracę handlarzy, bo kupują i odnawiają antyki, a potem je z zyskiem sprzedają. Mamy więc klasyczne działanie handlarzy. I nic w tym określenie złego, bo ich działalność jest potrzebna, jeśli swoją prace wykonują sumiennie i nie oszukują ani sprzedających ani kupujących.

A jednak twórcy programu wolą mówić o sprzedawcach. I nie zauważają, że sprzedaż jest finałem kupowania, a wcześniej restaurowania zabytków. I zamiast przywrócić słowom ich pierwotny, pozytywny sens i odbudować dobrą markę pojęcia „handlarz” to twórcy wolą bredzić o jakichś „sprzedawcach”. Ja wiem, że za tzw. komuny handlarz równał się w języku ówczesnej propagandy niejako paserowi, tak jak ogrodnik był badylarzem. Ale po trzydziestu, z okładem, latach warto wracać do pierwotnego znaczenia słów stłamszonych i zohydzonych przez żurnalistów minionej epoki.

W sumie mamy chyba powrót do PRL-u. Pamiętają Państwo czym była piekarnia w tamtych latach? Była Domem Chleba. W Łodzi doszło nawet do tego, że siedzibę amatorskiego teatru nazwano – Domem Teatru. Wtedy to zniknęły też szyldy z napisem „Szewc”, a w zamian mieliśmy Kliniki Obuwia. Rzeźnika zastąpiono szyldem – Mięso. Choć poza rzeźnikami mięsa w tych sklepach właściwie nie było. Dojdziemy jeszcze do tego, że znowu będziemy mieli – Artykuły Spożywcze, co było zresztą tłumaczeniem niemieckich – w NRD – Lebensmittel, czyli środki do życia.

Na marginesie handlarzy… Gdyby komuś przyszło do głowy „handlarza” zastąpić „handlowcem”, to wyjaśniam, że handlowiec to – co prawda – też handlarz, ale na dużą skalę, na przykład hurtową lub półhurtową. Handlowiec operuje tonami, setkami ton, a handlarz ma najczęściej mały sklep, małe przedsiębiorstwo – tak do 15 pracowników..

Są w polszczyźnie ładne stare słowa, które warto ocalić, przywracając im pierwotne znaczenia.

Kto czym kiwa?

Sprawozdawca sportowy: „Zawodnik kiwa głową na boki”. Tymczasem u nas można kiwać głową – ruch z góry na dół. Kręcić głową – ruch z lewej ku prawej stronie i odwrotnie. Ale kiwać na boki? Coś się nasz sprawozdawca na śmierć się zakiwał z tym językiem, jak na boisku niejeden polski naśladowca Pelego.

Świnina

W programie Canal+ Kuchnia można ostatnio było usłyszeć: „Używamy świniny z wolnego wybiegu”. Mój ty Boże jedyny, kto to to tłumaczył na polski? Może jakiś Anglik po rocznym kursie polskiego? Mamy w języku polskim wieprzowinę i wołowinę. Nie mamy krowiny. Mamy baraninę i jagnięcinę, ale nie mamy owczyny. To trzeba wiedzieć.

Zaskoczył się

Strona WP, Sportowe Fakty, pan Mariusz Domański tak pisze o turnieju skoków narciarskich: „Karpow dość mocno się zaskoczył tym jak w prasie austriackiej potraktowano polskiego skoczka”.

Duży błąd. Można bowiem jedynie być zaskoczonym, czyli wobec zaskoczenia jesteśmy zawsze bierni. Samemu natomiast zaskoczyć się niepodobna. Chyba, że jesteśmy narciarskim skoczkiem, i skaczemy, lecimy, lecimy…, ale nagle silny poryw wiatru zawiewa nas z powrotem na miejsce startu. jak to – mniej więcej tak właśnie – przedstawił swe zaskoczenie wielki nasz sportowiec, olimpijczyk Stanisław Gąsienica-Sieczka.

 

WATER ALTERMANN: Mocni w gębie i inne dziwactwa przestrzeni

Mocny w gębie – jest ludowym określeniem ludzi mówiących szybko i dużo, choć bez sensu. Ostatnio w tv natknąłem się na dwóch takich mocnych osobników.

Przypadek pierwszy – pan Łukasz Rzepecki, reprezentujący w audycji Prezydenta RP, powiedział dnia 8.01.2023 roku w programie „Woronicza 17”: „Pan prezydent rozmawia w różnych formatach. My, zawsze musimy iść po linii polskiej”.

Zapisałem to kuriozum językowe, potem długo siedziałem nad kartką i starałem się pojąć o co p. Rzepeckiemu chodziło. Kombinowałem tak i siak. I niczego nadal nie rozumiem. Sprawdziłem w Internecie i dowiedziałem się, że p. Rzepecki jest doradcą Prezydenta RP, ale nie napisano tam w jakim zakresie służy doradztwem. Może doradza Głowie Państwa co do poprawności językowej?

Moja ocena gadulstwa p. Rzepeckiego w żadnej mierze nie dotyka Pana Prezydenta, bo Jego kancelaria jest tak liczna, że prawdopodobnie nic o pracy Rzepeckiego w tej kancelarii nie wie.

Przypadek drugi – europarlamentarzysta pan Robert Biedroń, 10.01.2023 w TVN mówi: „Wszyscy musimy grać do jednej bramki. I z tej bramki musimy wycisnąć pieniądze z Brukseli, bo ta bramka jest polska”.

Pan Biedroń mówi tak szybko, że większość słuchaczy nie nadąża za nim i w ogóle nie skupia się na treści. Może p. Biedroniowi chodzi o to, żeby oddziaływać jedynie podprogowo? Żeby ogólny obrazek był przyjemny i sympatyczny, a treści… kto tam dzisiaj słucha uważnie polityków.  Ja niestety mam taką skazę, że słucham z uwagą, ba – jeszcze się zastanawiam o co chodzi.

Zatem zastanówmy się nad wypowiedzią europarlamentarzysty. Owszem, jest taki zwrot, że gramy do jednej bramki. Znaczy to tyle, żeby nie strzelać sobie goli samobójczych. Ale – uwaga, uwaga – we wszystkich grach gole strzela się do bramki przeciwnika! A tu pan Biedroń twierdzi, że ta bramka jest polska! Nową grę jakąś mamy? I może jeszcze wymyśloną przez samego p. Biedronia?

Wniosek jest taki, że z całą pewnością nasz europarlamentarzysta w życiu nie grał na żadnym boisku. I nie ma bladego pojęcia nawet o grze w zbijanego. No i to wyciskanie z bramki pieniędzy!  Pan Biedroń nie wie, że ramy bramek są dzisiaj ze stali lub aluminium, a siatka na ramie rozpięta jest ze sznurka. Owszem, z gąbki można coś wycisnąć, ale z bramki?

A teraz wielkie pytanie, czyli „grande domanda” – czy jest jakaś dziedzina, o której p. Biedroń miałby choć blade pojęcie? Bo słysząc go trak często, nigdy nie wiem o czym on mówi?

Przestrzeń

„Widzimy, że jego przestrzeń fizyczna jest w złym stanie” – mówi sprawozdawca o tenisiście, którego mecz komentuje. A potem dowiadujemy się, że – według sprawozdawcy – zawodnik jest zmęczony.

I tak to po „przestrzeni mentalnej”, „przestrzeni odpowiedzialności” mamy już trzecią przestrzeń. Czekam aż ktoś wreszcie powie o – „przestrzeni miłości”. Byłoby to bardzo wesołe, choć głupie, gdyby nie było smutne, bo głupie.

Gabaryty

Najpierw na śmietnikach, teraz już w mediach zapanowało pojęcie – gabaryty. Na śmietnikach pojawiły się informacje od firm odbierających śmieci: „Gabaryty będą odbierane w każdy pierwszy czwartek miesiąca”. Teraz już w radiostacjach i telewizji mówią, że jakaś ciężarówka przewoziła gabaryty…

Wyjaśnijmy więc, że gabaryt, to: 1. zewnętrzny wymiar przedmiotu, urządzenia lub osoby; 2. w architekturze: najwyższa linia poziomu zasadniczej części budynku lub zespołu budynków; 3. przenośnie: rozmiar, wielkość kogoś lub czegoś.

Krótko mówiąc – gabaryt to wymiar, rozmiar. I nie można w naszym języku mówić, że coś ma gabaryt, lub jest gabarytem samo w sobie. Przy śmieciach – może być „duży gabaryt”, lub „śmieci o dużych gabarytach”. W innych przypadkach trzeba mówić, że coś miało wielkie gabaryty, ponadnormatywne gabaryty, gabaryty przekraczające możliwości transportu drogami publicznymi, bez zgody odpowiedniego zarządcy drogi.

Zatem ciężarówka mogła przewozić ładunek ponadnormatywny – dla tego pojazdu – lub też był to ładunek ponadnormatywny. Natomiast co do śmieci – chodzi o to, żeby dużych rozmiarem śmieci, jak części mebli, foteli czy krzeseł nie wrzucać do pojemników, ale odkładać je w wyznaczonym miejscu. Gdzie poczekają aż je zabierze – w określonym dniu miesiąca – firma oczyszczająca miasta i wsie nasze.

Mogę zrozumieć ludzi odbierających śmieci, ale nie mam litości dla ludzi pracujących w mediach, którzy muszą wiedzieć co piszą i mówią oraz, czy jest to dobrze powiedziane po polsku.

Pisałem już w tym miejscu wiele razy, że język polski często wymaga użycia dwóch, a nawet trzech słów, w porównaniu z angielskim, gdzie używa się jednego słowa. Niemiecki zaś łączy – niekiedy w tasiemce – wiele słów, czyniąc z nich jedno okropnie długie.

Szanujmy się, bo kto z obcych nas uszanuje.

 

 

WOŁODYMR SYDORENKO: Rosyjskie wychowanie batem, czyli „odrodzenie tradycji edukacyjnych”

Jak donosi sewastopolski serwis informacyjny ForPost, uczniowie stawropolskiej szkoły podchorążych (region w pobliżu Kraju Krasnodarskiego, gdzie urodził się Michaił Gorbaczow) są bici za naruszenie dyscypliny. Ponadto w zatwierdzonym regulaminie szkoły podchorążych oficjalnie przewidziano kary cielesne, a wysyłając swoje dziecko do kadetów, rodzice zobowiązani są do podpisania zgody na taką karę. Jak się okazuje, wielu rodziców uważa to za normalne.

Ta sprawa daje jednak dużo do myślenia. Po tym, jak jeden z nauczycieli w jednej ze szkół przesadził i wychłostał uczniów batem, nauczyciel został zwolniony „za przekroczenie uprawnień”, jednak… rodzice zaczęli domagać się przywrócenia zwolnionego nauczyciela na stanowisko. Twierdzili, że „uczynił prawdziwych mężczyzn z ich dzieci”.

Historia biczowania jednego z uczniów i opinia jego ojca stały się powszechnie znane po opublikowaniu zdjęcia niebieskich pleców ukaranego szóstoklasisty na portalach społecznościowych. Kiedy syn wrócił ze z bliznami na plecach, okazało się, że chłopiec został ukarany za „drobne wykroczenie”. „Myślałem, że to tylko groźba uczynienia dzieci bardziej posłusznymi, myślałem, że taka kara może się zdarzyć w skrajnym przypadku” – przyznał jego ojciec Denys Serba.

Mężczyzna twierdzi, że inni rodzice już wcześniej zauważyli ślady biczowania u swoich dzieciach.

W następstwie publikacji na temat kar cielesnych prokuratura przeprowadziła w szkole oględziny i ustaliła okoliczności zdarzenia. Potwierdzono fakt fizycznego ukarania ucznia. Stawropolski Komitet Śledczy wszczął postępowanie karne w sprawie niedopuszczalności stosowania kar cielesnych wobec nieletnich w ogólnej placówce oświatowej. W rezultacie zwolniono dwóch pracowników szkoły. To nauczyciel, który użył bata, oraz jego bezpośredni przełożony wicedyrektor placówki oświatowej. Dyrektor szkoły został ukarany.

Zaraz po tym ktoś zorganizował zbiórkę podpisów za przywróceniem ich do pracy. W obronie zwolnionego nauczyciela stanęli rodzice niektórych uczniów. W apelu skierowanym do dyrektora szkoły odwołany nauczyciel został nazwany „najlepszym przyjacielem i nauczycielem”, a jego sposób wychowania batem był akceptowalny. Obrońcy zwolnionego nauczyciela uznają chłostę za dobrą metodę wychowawczą i proszą o niestosowanie wobec „pedagoga” środków karnych. Ich zdaniem tylko dzięki niemu dzieci wiedzą, czym jest dyscyplina i co to znaczy być mężczyzną. Przedstawiciele organizacji społecznej „Zgromadzenie Rodziców Stawropola” stwierdzili również, że podobne metody nauczania powinny być stosowane we wszystkich szkołach. Nazwali użycie bata „odrodzeniem tradycji edukacyjnych”. Ogólnie rzecz biorąc, rodzice chłopca powinni byli zrozumieć, że znajdują się w wyspecjalizowanej instytucji, w której edukacja jest budowana z naciskiem na dyscyplinę. W rezultacie rodzicom chłopca zalecono przeniesienie dziecka do zwykłej szkoły, jeśli nie zgadzają się regulaminem placówki.

Klasy kadetów i całe szkoły kadetów stały się popularne w Rosji i na Krymie po aneksji półwyspu. W Sewastopolu, Symferopolu, Jałcie, Kerczu i innych miastach Krymu powstały klasy podchorążych, które są pod patronatem Departamentu Śledczego Rosji, Ministerstwa Policji, Straży Granicznej i innych struktur paramilitarnych. Wiedziano o surowych dyscyplinarnych metodach nauczania uczniów (np. o poruszaniu się tylko w szyku, o obowiązkowym umundurowaniu itp.), ale o stosowaniu kar cielesnych, a tym bardziej o wprowadzeniu tej normy do regulaminu szkolnego i zgody rodziców na takie karanie, informacja pojawiła się po raz pierwszy. Okazuje się, że dyktatura w kraju żyje według swoich surowych zasad i nieubłaganie rozprzestrzenia swoje formy rządzenia na inne dziedziny życia, w tym na instytucje edukacyjne. Jak wiadomo z historii Rosji, kary cielesne, podobne do metod inkwizycji, były szeroko stosowane zarówno w sferze cywilnej, jak i w wojsku od XVI do XIX wieku, a później, wraz z rozwojem cywilizacji, zostały zniesione jako niedopuszczalne. W szkołach kary cielesne zlikwidowano na początku XX wieku. Jednak za milczącą zgodą władz tortury są stosowane w Rosji do dziś.

Na Krymie wiadomość o karach cielesnych kadetów została przyjęta inaczej. Na przykład internauta o pseudonimie Elena Elena (Sewastopol) pisze: „Tak się okalecza dusze dzieci… Wyrośnie pokolenie >silnych< ludzi, którzy problemy rozwiążą siłą”. Czytelnik o pseudonimie Serggio (Sewastopol) pyta: „Czy to jest >tradycja wychowawcza<? Powrót do korzeni, że tak powiem? Piernik dla pana, bat dla niewolnika?”.

Jednak wielu czytelników wyraża poparcie dla takich metod edukacji. Na przykład czytelnik o pseudonimie Ailant (Sewastopol) pisze, że „Kto sam bije swoje dziecko, najbardziej ostentacyjnie oburza się na fizyczne karanie dzieci. Wszak zarówno stanie w kącie, jak i >masowanie< uszu mają zapomniany sens przywracania dziecku przytomności. Kara cielesna nie jest tak bolesna jak kara wychowawcza…”

 

Ostrzeżenie WALTERA ALTERMANNA: Uwaga, felieton zawiera treści anarchistyczne!

W poprzednich dwóch felietonach „Życzenia na rok 2023” poruszyłem sprawę funkcjonowania ONZ i Unii Europejskiej. Sądzę, że raczej udowodniłem, iż ONZ i UE są organizacjami pasożytniczymi.

Być może wiek XXI zostanie po wiekach nazwany erą urzędników. Bo zanosi się na to, że właśnie urzędnicy – tu rozumiem także parlamentarzystów polskich – z roku na rok stają się właścicielami świata. Wieki średnie to dominacja właścicieli ziem. Od Wielkiej Rewolucji Francuskiej mamy ciągle jeszcze dominację bankierów i przemysłowców. Ale ich czas powoli się kończy, a właścicielami świata stają się urzędnicy.

Dlatego, dla rozpoznania sytuacji, zajmiemy się polskim parlamentaryzmem, bowiem tak Sejm, jak Senat puchną od wymyślonej przez siebie, dla siebie, odpowiedzialności, puchną też od nadmiaru ludzi, którzy krętymi sposobami – trochę jawnie, trochę skrycie, pracują na ich rzecz. I nie są to prace za darmo.

Polski parlament przyszłości

Moim zdaniem trzeba czym prędzej zlikwidować Senat a liczbę posłów zmniejszyć do stu. Nie wiem, kto i kiedy mógłby to przeprowadzić, bo senatorowie i posłowie trzymają się ław parlamentarnych mocno, jakby byli do nich przyspawani, ale ta reforma przyniosłaby ogromne, niewyobrażalne dla niektórych i błogosławione dla wszystkich skutki. Wymienię je w punktach.

SENAT:

 

  1. Likwidacja Senatu byłaby krokiem miłosiernym, bo od swego zarania, w Polsce po 1989 roku, Senat nigdy nie miał wpływu na cokolwiek. Nigdy jeszcze Senat nie wniósł istotnej poprawki do jakiejkolwiek ustawy, a jak wnosił, to i tak zostawały te poprawki odrzucane przez Sejm.
  2. Ciągle słyszę, że Senat to izba refleksji i zadumy. Od refleksji jest kościół – dla niewierzących filozofowie, a od zadumy cmentarze.
  3. W Rzeczypospolitej przedrozbiorowej w Senacie zasiadali możni panowie i biskupi, i też – poza hamowaniem reform – niczego dobrego nie robili. Jedyną korzyść z istnienia Senatu mieli senatorzy, bo izba ta była istnym targowiskiem interesów – tak świeckich jak kościelnych.
  4. Likwidacja Senatu zmusiłaby posłów do lepszej pracy, bo tak jak jest obecnie, to posłowie ciągle liczą na senatorów, że ci poprawią to co posłowie spaprali.
  5. Trzeba też powiedzieć, że naprawdę nie chodzi tylko – tak przy Senacie jak i Sejmie – jedynie o te 100 osób. Każdy z senatorów ma duży sztab ludzi, którzy są na etatach, umowach o dzieło, umowach zleceniach. Jest jeszcze Kancelaria Senatu i kilka senackich służb, których praca byłaby zbyteczna. Nawet Straż Marszałkowska miałaby mniej roboty. A chodzą jeszcze słuchy, że Senat żąda osobnego, ładnego i wystawnego budynku na swe prace.
  6. Likwidacja Senatu byłaby pierwszym, ale znaczącym, krokiem do realizacji idei „oszczędnego państwa”. Bo jak na razie mamy państwo rozdmuchane, albo – lepiej powiedzieć „samo-rozdmuchujące się”.                                                                                                                                                                         SEJM:

 

  1. Ograniczenie ilości posłów do 100, uwolniłoby zdrowe siły narodu i pozwoliłoby je „rzucić na odcinki realnej pracy”. Bo tak jak jest teraz, to najwięcej czasu i energii posłowie tracą na dyskusje. A to głównie dlatego, że każda z sejmowych partii wypuszcza na bój wielu posłów, a skutkiem tego Sejm mówi, mówi i mówi. Gdyby zaś było ich jedynie 100-u, to i mówców, dyskutantów, interpelantów i tych występujących ad vocem byłoby co najmniej ponad trzy razy mniej.
  2. Teraz tych 460 posłów – podobnie jak w przypadku Senatu – to jedynie wierzchołek góry lodowej. To znaczy publicznie widzimy jedynie 460, a przecież pracuje na ich rzecz wielka armia ludzi. A podróże krajowe i zagraniczne posłów? A ich mieszkania służbowe? Dziwne, że jakoś nikt nigdy nie policzył, ile kosztuje utrzymanie i działalność Sejmu i Senatu. Zdaje mi się, że są to dane bardziej strzeżone niż stan naszej armii i wszystkich tzw. służb siłowych.
  3. Zauważę też, że każdy z posłów ma w terenie swoje lokale poselskie i sztaby ludzi – przyzwoicie opłacanych – którzy jedynie powielają to, co mówi szef danej partii. Naprawdę trudno jest twierdzić, że wszyscy z 460 posłów porządnie pracują. Poza tym kiedyś pewien dziennikarz zapytał Jana Pawła II o to, ilu ludzi pracuje w Watykanie. I wtedy Jan Paweł II powiedział: Połowa.
  4. Po reformie tych 100 posłów naprawdę musiałoby się ostro wziąć do roboty. Razem ze swoimi mniejszymi sztabami.
  5. Męczące są też kampanie wyborcze. Widzowie, słuchacze i czytelnicy muszą przez kilka miesięcy obcować z nieznanymi osobnikami, którzy „robiąc miejsca na listach” publikują swoje twarze i przemyślenia. W tym przypadku, naprawdę, im mniej tym lepiej. Dla naszego, wyborców, zdrowia spadek oferty wyborczej z 460 na 100 to znacząca ulga. A pamiętajmy, że teraz najczęściej na jednej liście wyborczej jest po 20 osób, z czego tylko jedna osoba, a i to nie zawsze, ma szanse na bycie posłem. Czyli – obecnie możemy mieć do czynienia z kilkudziesięcioma tysiącami kandydatów do Sejmu. A przy stuosobowym Sejmie liczba tych chętnych zmaleje do jakichś kilkunastu tysięcy! Jest różnica.
  6. Wszystkie telewizje i radiostacje odzyskałyby mnóstwo czasu antenowego, bo z tej setki posłów nie wszyscy garnęliby się do tych śniadań, podkurków i wieczorów dyskusyjnych. Nie mieliby na to siły i czasu.

O moim współczuciu dla młodych

Tysiące młodych ludzi pochłania dziś i spala – niczym biblijny Baal – polska polityka. Widać to po ich rozbieganych oczach, najwyraźniej tuż przed wyborami, że ci młodzi chcą znowu być radnymi, posłami, senatorami. I to u zarania ich zawodowego życia. Zamiast zdobyć zawód, sprawdzić się w nim i dopiero potem zająć się polityką, oni już, natychmiast chcą być prezesami, dyrektorami, członkami rad nadzorczych… a wszystko za państwowe pieniądze i z partyjnego nadania.

Ja rozumiem, że partie załatwiają im wysokie dochody, ładnie brzmiące tytuły i błyszczenie do kamer tv – ale oni nadal, do końca swych dni, nie będą mieli żadnego zawodu. Owszem, większość z nich skończyła jakieś studia, ale to tylko wykształcenie, a zawód zdobywa się praktyką. Zawód poseł? Przed wojną taki gość nie znalazłby panny do ożenku w żadnym dobrym domu.

Żal mi tych młodych ludzi pędzących na zatracenie się w polityce. Bo przecież są to w większości ludzie zdrowi, sprawni i pełni energii życiowej – tak fizycznej jak umysłowej. A tu budownictwo nasze cierpi na braki kadrowe, remonty dróg, miejskich ulic i tras kolejowych wloką się w nieskończoność, bo nie ma chętnych do takiej zaszczytnej i konkretnej pracy.

Czyż – o wy, młode Panie i młodzi Panowie – nie widzicie, że przyjemniej jest zostawić po sobie potomnym kawałek dobrze zrobionej jezdni i chodników, niż kilka ustaw, które ciągle trzeba poprawiać? Albo jakieś uchwały, których sens ginie w pamięci społecznej już w pół roku po ich podjęciu? I nie szkoda to zdrowia na telewizyjne awantury? Powiadam Wam, praca leczy, ale konkretna, najlepiej fizyczna.

Nareszcie z narodem

Po takich redukcjach parlamentarnych oczywiście powstanie problem zredukowanych parlamentarzystów. Podniesie się krzyk i płacz, słuchać też będzie zgrzytanie zębów – zupełnie jak w Dniu Sądu Ostatecznego.

Ale musimy pozostać na takie odruchy posłów i senatorów – choćby niedoszłych – ślepi i głusi. Jeżeli bowiem teraz przez cały czas, wszyscy oni twierdzą, że działają nie dla własnej korzyści i nie dla materialnych zysków, ale dla dobra nas wszystkich, dla dobra każdego przeciętnego Polaka, to przecież nie będą mieli powodu popadać we frustrację. Po odejściu z parlamentu zaczną pracować, jak ich kochany elektorat.

O współczuciu dla starszych

Jest też, w naszym Sejmie i Senacie spora grupa starszych mocno pań i panów, wobec których również żywię głębokie współczucie. Tych z kolei mi żal, że polityka odciągnęła ich od zawodów, zajęć, w których jako tako już się odnaleźli. Patrząc na nich, widząc jak męczą się i cierpią w poselskich ławach przychodzi mi do głowy, że mogłoby ich wszystkich uratować jedno – głęboka, ostra i wyraźna reforma polskiego parlamentu.

Polskie kampanie wyborcze – nasz Hyde Park

W kampaniach każdy mówi co mu tam ślina na język przyniesie. I mówi to bezkarnie, bo teza, że „wyborcy nas rozliczą” jest zgrabnym, ale puściutkim zwrotem. Tak naprawdę każdy z kandydatów powtarza jedynie – w skrócie – program własnej partii. Bo też żaden z kandydatów nie wierzy, że którykolwiek z widzów czy słuchaczy zrozumie i zapamięta, co on wygadywał. Tak naprawdę, kandydat ma się pokazać, żeby ludzie zapamiętali twarz i nazwisko, a potem odnaleźli go na listach wyborczych. Chodzi zatem tylko o to, żeby – niejako podprogowo – wbić się w pamięć wyborcy.

O ile chodzi o programy, to przez całe minione już ponad 33 lata od czasu upadku komuny, był tylko jeden, jedyny uczciwy kandydat na prezydenta RP, który z serca i rozumu mówił o co mu chodzi. I był w tym niezwykle wiarygodny. Myślę tu o panu Kazimierzu Piotrowiczu, wynalazcy bioenergoterapeutycznych wkładek do butów, które w cudowny sposób miały poprawiać zdrowie. Wystartował on w wyborach prezydenckich w 1995 roku wykorzystując niecnie kampanię wyborczą do reklamowania produkowanych przez siebie wkładek do butów. Owszem, był w tej kampanii bezczelny, ale przecież nie kłamał!

A większość kandydujących do Sejmu i Senatu nie potrafiłaby zrobić nawet tych wkładek. A już je sprzedać? Ho, ho! Podejrzewam, że żaden z kandydatów nie sprzedałby nawet butelki wody na Saharze. Nikogo nie obrażam, ale mam głęboką nieufność w stosunku do ludzi, którzy chcą zawodowo zajmować się polityką, nie mając uprzednio żadnego zawodu. Tu wyjaśnię, że mamy trzy pojęcia: Wykształcenie, stanowisko, zawód.

Nasza klasa polityczna

O naszej klasie politycznej, według mnie, świadczy najlepiej anegdotka, jakiej doświadczyłem 20 lat temu. Rozmawiałem wtedy z moim dawnych znajomym ze studiów, który te dwadzieścia lat temu był już bardzo poważnym samorządowcem, szczebla wojewódzkiego. W pewnym momencie, po wspominaniu przeszłości znajomy Wysoki Urzędnik zaczął narzekać na swoje zarobki, roztkliwiając się sobą – to jest swoimi zarobkami – ponad przyzwoitość. Powiedziałem mu wtedy, żeby nie przesadzał, bo ma przecież bardzo wysoką pensję.

– Pensja tak, niezła… – odparł – ale zarobku żadnego.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Gen. Minkiewicz – to on stworzył Korpus Ochrony Pogranicza

19 stycznia 1880 r. w Suwałkach urodził się Henryk Minkiewicz, działacz PPS, Związku Walki Czynnej i Związku Strzeleckiego, oficer Legionów Polskich. O niepodległość Ojczyzny walczył z Ukraińcami i bolszewikami. W II RP generał Wojska Polskiego, organizator i pierwszy dowódca – w latach 1924–1929 – Korpusu Ochrony Pogranicza.

„Powołani zostaliście do szeregów Korpusu, aby pełnić ciężką i odpowiedzialną służbę ochrony wschodniej granicy Rzeczypospolitej. Czeka Was zadanie trudne, wymagające żołnierskiego poświęcenia, hartu woli i siły charakteru. Oto zbrojne najemne bandy wkraczają w granice Państwa Polskiego, aby palić dobytek spokojnym mieszkańcom, grabić ich mienie, mordować opornych, a następnie ratować się ucieczką, zostawiając za sobą zgliszcza i ruiny” – pisał gen. Henryk Minkiewicz, pierwszy dowódca KOP.

Bez KOP, czyli Korpusu Ochrony Pogranicza, Polskę zalaliby wszelkiej maści przestępcy ze wschodu: szpiedzy, dywersanci, przemytnicy, terroryści, mordercy. KOP został powołany po tym, gdy latem 1924 r. oddział ok. stu bolszewickich bandytów zajął i splądrował przygraniczne miasteczko Stołpce. A nie było to pierwsze wtargnięcie do Polski sowieckiej V kolumny. Przeciwdziałać temu postanowili premier Władysław Grabski i minister spraw wojskowych gen. Władysław Sikorski.

Tak cele Korpusu formułował dalej gen. Minkiewicz: „Na ziemiach umęczonych długoletnią wojną zapanował znowuż gwałt i terror. Cichy, pracujący w pocie czoła mieszkaniec wsi i miast nie jest pewny dnia ani godziny. W tych warunkach cała ludność Województw Kresowych spogląda na żołnierzy KOP, jako na swoich właściwych obrońców. Żołnierze, nie możecie tego zaufania stracić. Musicie stać się naprawdę obrońcami biednej, żyjącej w ciągłej obawie o swoje życie i mienie ludności. Musicie wierną i wytrwałą służbą zapewnić ludności ład i spokój, zagwarantować bezpieczeństwo. Imię wasze, imię żołnierza Korpusu powołanego do ochrony granic musi być z ufnością i szacunkiem wymawiane przez całą ludność, a jednocześnie być postrachem dla bandytów”.

I tak wobec Sowietów KOP prowadził działania wywiadowcze i kontrwywiadowcze. A ludności wschodnich rubieży Rzeczpospolitej – złożonej często z obojętnych lub niechętnych Polsce mniejszości narodowych – niósł edukację, pomoc medyczną i weterynaryjną, organizował prace społeczne, kwesty, pomagał budować szkoły i ochronki.

Najtrudniejszy egzamin KOP zdał we wrześniu 1939 r., kiedy osamotniony stawiał czoło sowieckiemu agresorowi. Tak było np. na linii Słucz – Tynne, co opisał jeden ze świadków: „Porucznik Bołbott i jego żołnierze, w maskach gazowych na twarzach obsługiwali karabiny maszynowe. Zadymienie w bunkrze było mordercze, bo sowieckie czołgi celowały w otwory strzelnicze. Bunkier obłożono materiałami wybuchowymi i wysadzono w powietrze. Prawdopodobnie obrońcy leżą pod gruzami do dziś. Ich nazwisk nie dało się ustalić”.

Tu i w innych miejscach polskiej obrony Sowieci rozstrzeliwali jeńców na miejscu bądź wywozili do łagrów. Wielu zamordowali w Katyniu. Ostatnim całodniowym starciem była bitwa pod Wytycznem 1 października 1939 r.

A Henryk Minkiewicz? Po sowieckiej agresji na Polskę 17 września 1939 r. został aresztowany przez NKWD. W obozie w Kozielsku był najwyższym rangą jeńcem, a także autorytetem i opiekunem dla młodszych stopniem kolegów. Zamordowany prawdopodobnie 9 kwietnia 1940 r. w Katyniu. Dziś spadkobiercami etosu stworzonego przez Henryka Minkiewicza Korpusu Ochrony Pogranicza są funkcjonariusze Straży Granicznej…

CEZARY KRYSZTOPA: Jak się nie obrócić, … tył zawsze z tyłu

Nie jest dobrze, proszę ja Was. Nie jest dobrze. Mówiąc nieco obcesowo, można by rzec, że jak się nie obrócić d… zawsze z tyłu.

Trudno mi się opędzić od myśli, że polski rząd od dłuższego czasu pracował nad uprzężą, którą następnie na siebie założył, a lejce oddał Brukseli. Jeśli ustawa o SN, która ma „utorować drogę do kompromisu z KE” wejdzie w życie, prawdopodobnie czeka nas chaos i rzeź sędziów, którzy zaufali po 2015 roku reformie sądownictwa, a jeśli się nie uda, histeria pt. „PiS zabrał pieniądze”. Długo by pisać, sporo już o temu poświęciłem czasu. Tak czy siak, w to, że będą z tego jakieś pieniądze (przypominam, że zgodziwszy się na KPO, już zaczęliśmy to spłacać) zdają się niespecjalnie wierzyć nawet członkowie partii rządzącej. A i Bruksela nie bez powodu tuż po sejmowym głosowaniu w sprawie ustawy o SN wysyła nieoficjalny sygnał – „a nie nie, teraz ustawa wiatrakowa…”. Wydaje się, że ten rząd nie znajduje się obecnie u szczytu pasma sukcesów.

Opozycja?

Ktoś powie – no dobrze, ale od tego mamy opozycję, żeby przygotowawszy uprzednio odpowiedni program, powoławszy odpowiednich ludzi, dała nadzieję na nowe otwarcie. Niestety, bardzo mi przykro, jeśli z codziennego opozycyjnego bełkotu w mediach można wyekstrahować jakiś program, to jest to program likwidacji państwa (CBA, IPN itd.), prywatyzacji wszystkiego co się rusza, likwidacji 500+, podniesienia wieku emerytalnego, nauczania masturbacji w szkołach i pozakonstytucyjnych rozwiązań siłowych. Czyli program wpędzenia Polaków na powrót w rolę taniej siły roboczej, laboratorium eksperymentów społecznych i rynku zbytu dla innych. Rola przewidziana dla Polski to nawóz dla przyszłego Związku Socjalistycznych Republik Europejskich lub, jak wolą niektórzy – IV Rzeszy. Zakładając nawet, że jest to program atrakcyjny dla kogokolwiek z jaką taką zawartością puszki mózgowej, to co takiego robi opozycja, żeby przekonać do siebie Polaków? Przedstawia jakieś programy? Koncepcje reform? A skąd, opozycji wydaje się, że wystarczy pomoc „starszych kolegów”, szczucie na inaczej myślących, filmiki z Tuskiem na TikToku i kilka grubszych żartów przechodzonego „byłego premiera”, który sprawia wrażenie jakby ktoś go zamroził w 2014 roku, a po rozmrożeniu zapomniał poinformować, że jednak minęło tych kilka lat. Otóż może nie wystarczyć.

Niemcy? UE?

Tu znowuż ktoś może zauważyć – no dobrze, skoro są jacyś „starsi koledzy”, którzy niewątpliwie mają wystarczająco dużo siły by nas krzywdzić, to może jednak powinni sprawować nad nami realną władzę i nie ma co się szarpać? Nie będzie suwerenności, ale będzie jaki taki spokój i jaki taki „dobrobyt”. Rzeczywiście, „starsi koledzy” ciągle mają możliwość sprawiania nam kłopotów, ale znów, zwolenników takiej tezy muszę bardzo zmartwić. Niemcy to oczywiście wciąż potężny kraj, ale dawno nie byli tak słabi i to na różnych płaszczyznach, gospodarczej, wizerunkowej, społecznej, każdej. Można by zaryzykować tezę, że w wyniku własnych błędnych decyzji minęli już szczyt swojej potęgi i raczej staczają się po równi pochyłej. A Unia Europejska? Litości, na Polsce może się jeszcze powyżywać, ale dziesięciolecia rozrodu wsobnego na brukselskich korytarzach, doprowadziły do umysłowej atrofii i braku umiejętności weryfikacji błędnych założeń. Tak jak UE przed wojną pędziła w imię ideologicznego zaślepienia na ścianę gospodarczej katastrofy, tak po wybuchu wojny jeszcze przyspieszyła. Pytanie tylko kiedy katastrofa nastąpi i kogo za sobą pociągnie. A jeszcze nie wiadomo jaki zasięg obejmie i czym się skończy afera korupcyjna.

Rosja?

Komu innemu może się z kolei przyśnić Rosja, „Trzeci Rzym”, „ostatnia reduta konserwatyzmu” (światowy lider mordowania nienarodzonych). Błagam… Trudno powiedzieć, czy to w co wdepnęła Rosja jest efektem obłędu, czy złej oceny sytuacji Władimira Putina. Dość jednak, że człowiek, który był bliski zbudowania eurazjatyckiej osi Moskwa-Berlin, rozciągającej się od Władywostoku po Lizbonę, spuścił swoje „imperium energetyczne” w wyniku tyleż zbrodniczej co durnej inwazji na Ukrainę, w geopolitycznym klopie. Tak, oczywiście, że Rosji pozostaje więcej możliwości niż by chciały hurraoptymistyczne w tym zakresie „wiodące media”. Oczywiście, że Rosja prawdopodobnie zdąży przelać jeszcze wiele krwi. Ale, to, że szybko przejada gromadzone przez lata zasoby, które nie będzie łatwo odbudować, jest faktem. To, że rozpada się jej strefa wpływów, a na Kremlu rozpoczęły się walki buldogów pod dywanem, również jest faktem. Wiele wskazuje na to, że na Kremlu zapadła decyzja o wejściu w co najmniej nową „zimną wojnę” z Zachodem. Zapewne pomoże to za nową „żelazną kurtyną” przez jakiś czas zachować jaką taką spójność wewnętrzną, ale jak zimna wojna i wyścig zbrojeń skończył się dla Związku Radzieckiego? A jak skończy się dla słabszej Rosji w starciu z oczywiście również słabszym, ale jednak posiadającym wielokrotnie większe zasoby i potencjał Zachodem?

Leśniczy

Tę listę można by ciągnąć dalej, ale i bez tego tekst jest znowu za długi. Trudno oprzeć się jednak wrażeniu, że zbliżamy się do jakiegoś przesilenia. Mamy niewątpliwie sytuację kryzysową, rzeczywistość wymusza na fircykach porzucenie postpolityki i zakasanie rękawów. Mimo to zarówno główni, jak i drugoplanowi aktorzy zdają się nie dorastać do swoich ról.

I jak tu nie zadawać sobie pytania, parafrazując znany, choć mało śmieszny dowcip, czy nie pojawi się w końcu jakiś leśniczy, który rozpędzi to po kątach, uznając, że ma wystarczająco dużo siły żeby „zaprowadzić porządek”?