CEZARY KRYSZTOPA: Orkiestra trupojadów

Nie żyje chłopiec. Wbrew medialnej kotłowaninie, niewiele wiadomo na temat jego śmierci. Wiadomo na pewno, że spotkały go rzeczy straszne, które nie powinny go spotkać. Trzeba się za niego modlić. Modlić się za jego rodzinę. I to w zasadzie powinien być koniec tego felietonu.

Niestety, choć naiwnie liczyłem w tym zakresie na jakieś opamiętanie, nie może być, ponieważ chór w orkiestrze trupojadów, który wyje od kilku już dni, wymaga reakcji, zanim doprowadzi do kolejnej tragedii. A jest coś demonicznego w tej próbie przekierowania winy z „pedofila z Platformy” na dziennikarza, który ujawnił sprawę.

Tomasz Duklanowski

Zacznijmy od tego, że Tomasz Duklanowski nie ujawnił danych ofiar pedofila z Platformy (aktywisty LGBT, pełnomocnika zachodniopomorskiego marszałka Olgierda Geblewicza – dziś „moralnie” uniesionego pół metra nad ziemią – i męża zaufania Rafała Trzaskowskiego) oprócz tego, że napisał, że chodzi o „dzieci znanej parlamentarzystki” i podał ich wiek w czasie kiedy spotkało je zło. Z tym, że tego samego dnia portal Tomasza Lisa NaTemat pisał o pedofilu – „jego ofiarami padły dzieci znanej parlamentarzystki”, również Interia pisała o „dzieciach znanej parlamentarzystki”, Gazeta.pl pisała o „rodzeństwie, które było pod opieką Krzysztofa F.”. Następnego dnia rano na antenie TVP Info poseł Platformy Piotr Borys mówił już nawet – „To są dzieci jednej z naszych członkiń, Platformy Obywatelskiej”. To tylko taka krótka kwerenda. Na pewno byli też inni, w tym ci, którzy dziś chcą uchodzić za sędziów w sprawie.

Zresztą publikacje nt. pedofilii w Kościele, bywa że idą dalej, np. Uwaga TVN: „Bytom. Zakonnik molestował ministrantów” ze szczegółami moim zdaniem pozwalającymi ustalić parafię. W materiale wypowiadają się ofiary, to oczywiście wskazuje, że chcą publikacji, ale czy wszystkie? I czy wszystkie są już dorosłe? A w materiale mowa również o próbach samobójczych.

Owszem, można dyskutować czy Tomasz Duklanowski zachował wystarczająca ostrożność by ofiary chronić. Z całą pewnością dobro ofiary powinno być tutaj najwyższym imperatywem. Jeśli jednak uznamy, że Tomasz Duklanowski nie dochował wystarczającej ostrożności, to dlaczego wulgarnej fali hejtu i pohukiwaniu „strażników moralności” nie podlegają inni nieostrożni?

Jedną z odpowiedzi, które przychodzą mi do głowy jest ta, że „głównym grzechem” Tomasza Duklanowskiego dla „wiodących mediów” i najważniejszych polityków opozycji, nie jest to, że „ujawnił dane” ofiary, tylko to, że podał informację na temat afiliacji politycznych pedofila. „Wiodące media” i „oświeceni politycy” uważają najwyraźniej, że jedynymi przypadkami pedofilii, które warto ujawniać, są przypadki, którymi można uderzyć w Kościół. Inne się nie nadają. Jeśli nie da się powiązać pedofilii z Kościołem, to „po co komu taka pedofilia”.

Orkiestra

Inną z odpowiedzi jest myśl, która u mnie samego wywołuje ciarki obrzydzenia. Wydaje mi się bowiem, że oto możemy mieć do czynienia z upiornym startem kampanii wyborczej Platformy Obywatelskiej. Zwróćcie uwagę na tę zadziwiająco zbieżną czasowo orkiestrę, która w ciągu kilku dni uderzyła nieprawdopodobną kakofonią pozornie nieskoordynowanych linii melodycznych.

W głównej linii słychać wycie watahy internetowych trupojadów (od miesięcy zastanawialiśmy się co to za masa dziwnych kont z niewieloma obserwującymi, cyferkami w nazwach, czy udających obcokrajowców, no to już wiemy), które zdaje się, że ruszyły pociągając nogami niczym w „Walking Dead”, gryząc i bełkocząc niezrozumiale, wydaje się, że na sygnał rzucony przez Donalda Tuska. Odrażające słowa o „podludziach”, groźby przemocy, życzenia śmierci. Starannie pomijające kwestię winy pedofila z Platformy. Jedni odrażająco cynicznie, inni głupio i bezmyślnie. Metody pożywania się na śmierci zostały już przecież wcześniej przećwiczone, po śmierci Pawła Adamowicza, po śmierci chorego na depresję Piotra Szczęsnego, po śmierci Izabeli z Pszczyny… Całe to stado goni przodem popychane przez najważniejszych dziennikarzy „wiodących mediów” na co dzień pouczających o „standardach” i konieczności „walki z mową nienawiści” i liderów politycznych dopiero co wzywających „żeby nienawiść nie zatruła naszych serc”.

Jednak to przecież nie jedyna trupia melodia w tym czasie. Mniej więcej wtedy przecież miała miejsce „wystawa” Ochojskiej w Brukseli i „raport Grupy Granica” o „ciałach w lesie” przy granicy z Białorusią. A niedługo później artykuł w niemieckim Tageszeitung rzucający w twarz polskim funkcjonariuszom, że „są mordercami”. Oczywiście ani słowa o tym, że do tragedii, jakie spotykają płacących duże pieniądze za „podróż” nielegalnych imigrantów (nie uchodźców) przyczyniają się właśnie ci, którzy zajmują się udrożnianiem kanału przemytu ludzi przez przemytników i służby Łukaszenki. Jeśli ktoś widzi podobieństwa tego przekazu do przekazu rosyjskiej i białoruskiej propagandy, to być może się nie myli. A obecność niemieckich brzmień, tylko pozornie może tu wprowadzać w błąd.

Mało?

Kolejny akord. Uderzenie w Jana Pawła II z odgłosami dobiegającymi zza granicy. „Ustalenia holenderskiego dziennikarza” (wiadomo, co holenderski to nie polski). Przypadkiem jednocześnie publikującego na łamach Wyborczej i lansującego się w mediach u boku Marka Lisińskiego, oszusta, w przypadku którego sąd uznał, że kłamał kiedy mówił, że był molestowany przez księdza. Oszusta wcześniej promowanego przez Tomasza Sekielskiego, Joannę Scheuring-Wielgus i Agatę Diduszko-Zyglewską, które go nawet Ojcu Świętemu pojechały pokazać i któremu Ojciec Święty ręce całował. Promotorzy nadal dzielnie walczą na odcinku, a „holenderski dziennikarz” do uderzania w Jana Pawła II używa np. donosów współpracującego z UB księdza-uchola.

Mało? No to jeszcze na deser kolejna publikacja należącego do Ringier Axel Springer Onetu, który rękoma Marina Wyrwała i Edyty Żemły znowu uderza w chwalony na Ukrainie karabinek „Grot”. Melodia wielokrotnie wyśmiana już przez ekspertów i internautów, ale co tam, w orkiestrze wszystko się przyda, a może i tej strasznej Polsce w jakimś istotnym segmencie zaszkodzi.

Gdzieś w tle jeszcze falset ambasadora Niemiec, który straszy w jednako należącym do Ringier Axel Springer „Newsweeku”, że „pomysł, iż Polska mogłaby spożytkować swoje pięć minut na politykę prowadzoną przeciwko Niemcom, jest karkołomny”.

Trupojadom

No więc jeżeli coś miałbym wyjącym trupojadom, które podobno nawet na niego czekają, za pośrednictwem tego tekstu przekazać to to, że jeśli chodzi o mnie, to Wasze kłamstwa na temat mojego rzekomego „udziału w aferze” i szczucie nie robią na mnie wrażenia. Więksi od Was się na mnie zasadzali. Być może nawet kiedyś mnie dopadną. Ale nie teraz i nie Wy. Latacie mi pod ogonem. Najwyżej zbanuję kilka tysięcy dziwnych profili i będziecie musieli na farmie zakładać nowe. To, że nie umiecie przeczytać tekstu, którego fragment screena podajecie, to wyraz Waszej ułomności, nie mojej. A w tekście, w którym pisałem, że nie zgadzam się z opinią Tomasza Terlikowskiego nt. sprawy pedofila z Platformy, nie zmieniłbym ani przecinka, nadal się nie zgadzam.

Jeśli tylko mogę coś doradzić, to zastanówcie się jak ma się Wasze hasło #SzczucieZabija, do tej fali szczucia jaką z udziałem największych „autorytetów” urządziliście młodemu człowiekowi, Oskarowi Szafarowiczowi. Ja tweetów dotyczących matki ofiary pedofila takich jak Oskar bym nie napisał (a pisał, warto dodać, przed informacją o śmierci syna), ale on ma 20 lat a ja prawie 50 i jak to się ma do tego, że urządzacie mu dokładnie taki festiwal szczucia, o jaki oskarżacie innych? Myślicie, że tego nie widać? A jeśli doprowadzicie do tragedii? Poczujecie satysfakcję?

I jak sądzicie, dobrze „wystartowaliście z kampanią”, szczególnie biorąc pod uwagę Wasze rzygowiny w kierunku Jana Pawła II, czy też może ZNOWU wywołaliście efekt odwrotny do zamierzonego?

„Prawym”

Żeby nie było zbyt łatwo. Szanowni koledzy „z prawej”, którzy postanowiliście odpowiedzieć pięknym za nadobne, naprawdę uważacie, że zejście do poziomu „trupojadów” to dobry pomysł, czy raczej metoda na powiedzenie „jesteśmy tacy jak oni”? Ja bym jednak wolał żebyśmy byli lepsi, ale w tym celu musielibyśmy np. nie jechać po matce niedługo po śmierci syna, choćby i jako matka miała grzechy. Czy pośród nas jest ktoś bezgrzeszny?

I jeszcze jedno. Jak myślicie, po co ta orkiestra dziwnie pobrzmiewająca melodiami rosyjskimi i niemieckimi gra? No tak, pewnie dla Platformy, która ma „uwolnić od kłopotu”, ale też po to żeby tą naszą polską łódką, szczególnie w tych „ciekawych czasach”, bujać jak najmocniej. A nuż nabierze wody.

Czy w tej sytuacji w naszym polskim interesie jest bujać nią jeszcze bardziej?

 

Dać kopa – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Pani Redaktor Elżbieta Jaworowicz to urodziwa dama, pracowita i skuteczna w działaniu. Co zrobić jeśli taka powszechnie lubiana osoba nagle daje kopa – dosłownie – komuś powszechnie uznawanemu za osobnika wyjątkowo paskudnego.

Dama co tydzień przez kilkadziesiąt minut broni różnych biednych ludzi, którym poplątały się życiorysy lub goni ich pan – wójt – pleban. Jest w tym działaniu odważna, rzetelna przy zbieraniu dokumentacji i profesjonalna (dobra dykcja, aparycja). Ma ładne nogi, miły uśmiech i buzię. Zupełnie się nie zmieniła – tak mi się wydaje – od wizerunku, który mam w pamięci jeszcze z roku 1972, gdy poznałem Ją w czasie pełnienia obowiązków reporterskich. Obsługiwaliśmy dziennikarsko festiwal młodzieży w Berlinie. Ja wysłany byłem przez „Szandar Młodych”, a Elka (wtedy dla mnie to była Elka) chyba przez Polskie Radio.

No i co teraz robić z tym kopem? Przecież kopać nawet psa nie należy.  Ale przecież każdy ma w sobie  delikatne struny i czasem trudno się powstrzymać od spontanicznej reakcji. Czy Pani Redaktor przeprosi obywatela znieważonego – wątpię.  Sam bym też tego nie zrobił. Czy zostanie zamknięta w więzieniu – też wątpię. Chociaż współwięźniowie by się ucieszyli bo mogłaby  im  pośpiewać jako wykształcona śpiewaczka z bardzo ładnym głosem. W sumie mamy ciekawostkę – powiedzmy – „przyrodniczą”. Co ma być, będzie.

Kilka lat temu mój przyjaciel Polak z zagranicy – wzruszył  się programem „Sprawa dla reportera”, w którym był temat o staruszkach powodzianach biedujących bardzo i okrutnie zmarzniętych. Nasz rodak postanowił pomóc. Z redaktorem Piecuchem z „Gazety Wyborczej” pojechaliśmy do powodzian znad Wisły i zawieźliśmy  5000 złotych od darczyńcy. Bardzo im te pieniądze były potrzebne. Ale to oczywiście była zasługa Elżbiety Jaworowicz.

Studyjna drużyna Pani Redaktor jest zróżnicowana i się zmienia. Gdy jeden z Jej współpracowników karygodnie zaniedbał przyjęte obowiązki z hukiem z tego zespołu wyleciał. Mało. Dowiedziała się o tym cała Polska bo Pani Redaktor nie bała się całej prawdy opowiedzieć. Obciążało to Ją trochę, bo niewłaściwie dobrała sobie współpracownika. Myślę, że wielu tzw. redaktorów nie zdobyłoby się na to, by przed wielomilionową publicznością faktycznie przyznać się do błędu.

Są „Sprawy dla reportera” wzruszające i artystyczne. Oto maleńka dziewczynka Amelka uratowana z palącej Ukrainy pięknie śpiewa i mądrze  mówi w studio o swojej mordowanej Ojczyźnie. Jaworowicz cały program poświęca Ukrainie. Ludzie przed telewizorami płaczą. Bo Ona robi to zupełnie inaczej. O zagrożonych i cierpiących mówi do ludzi przeciętnych, zwykłych, rozmawia a nie powtarza tylko teksty, które wszyscy słyszymy.

„Sprawa dla reportera” to już instytucja. Program przetrwał wiele prezesów telewizji. Nikt nie podważa zasług tej placówki broniącej ludzi. Szkoda, że występująca w nim jedna z niewielu chyba pracujących senatorów pani senator Lidia Staroń – aktywna i wiarygodna nie została obdarowana stanowiskiem Rzecznika Praw Obywatelskich.

Kobiety w ataku. Na polach wszelkich. Okazują się bardziej skuteczne niż zniewieściali mężczyźni, którym przydałaby się obowiązkowa służba wojskowa. Salut Pani Elżbieto!

Piszę to 8 marca. I biegnę po kwiaty dla mojej pięknej żony która się od 58 lat ze mną męczy.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Polityka zaszkodzi językowi rosyjskiemu

Prezydent Rosji Władimir Putin podpisał nową ustawę o czystości języka rosyjskiego. Zabrania ona używania obcych słów, z wyjątkiem tych, które nie mają odpowiedników w języku rosyjskim. Powodem wprowadzenia nowych przepisów nie jest jednak rzeczywista troska o język tylko chęć jego upolitycznienia.   

Ustawa przyjęta przez Dumę Państwową ma na celu „ochronę języka rosyjskiego przed nadmiernym używaniem obcych słów”. Dokument doprecyzowuje listę dziedzin działalności człowieka, w których obowiązkowy jest tylko język rosyjski i to bez użycia obcych słów. Obszary te obejmują instytucje edukacyjne, struktury usług publicznych, oficjalną korespondencję organizacji wszystkich form własności z ludnością, rejestrację adresów przy wysyłaniu listów, paczek i telegramów, instrukcje dla konsumentów towarów. W szczególności, zgodnie z prawem, niedopuszczalne jest używanie wyrazów obcych w mediach, reklamie, działalności kin i druku. Inicjatywa wprowadza również dystrybucję słowników normatywnych, gramatyk normatywnych i przewodników normatywnych, które stają się obowiązkowe dla wszystkich nadawców. Rząd zatwierdzi katalogi na podstawie wniosków komisji ds. języka rosyjskiego.

W rzeczywistości ustawa ta odda dla języka rosyjskiego „niedźwiedzią przysługę”, jak powiedzieliby sami Rosjanie, to znaczy tylko mu zaszkodzi. Jest na to wiele dowodów, najważniejszy to taki, że nowe przepisy zatrzymają dalszy rozwój języka rosyjskiego. Filolodzy wiedzą, że każdy język rozwija się między innymi poprzez zapożyczanie nowych słów z innych języków. A także tworząc nowe słowa na podstawie obcych. Nazywa się je neologizmami. Zakaz używania obcych słów oznacza zatrzymanie rozwoju języka.

Z drugiej strony żaden żyjący i rozwijający się język nie jest w stanie pozbyć się obcych słów. Sam język rosyjski składa się dziś w 80 procentach ze słów pochodzenia obcego, a tylko 20 procent stanowią specyficznie rosyjskie. Większość zapożyczonych słów należy do języka tatarskiego, wiele do łaciny, francuskiego, angielskiego, niemieckiego i innych. Co by się stało gdyby 80 procent słownictwa zostało wyrzucone z języka?

Dlaczego pomimo tego Rosja przyjęła taką ustawę? Powodem nie była troska o sam język, ale nadanie mu znaczenia politycznego. Z jednej strony Rosja uważa, że walczy o prawa i czystość języka rosyjskiego na Białorusi, w Mołdawii, a tym bardziej w Ukrainie, którą oskarża o rzekome prześladowanie i zakaz używania tam języka rosyjskiego, chociaż w rzeczywistości tak nie jest. Z drugiej strony to ci Rosjanie, którzy z powodów politycznych walczą o czystość i prawa języka rosyjskiego, sami bardzo słabo nim władają. Co tu ukrywać – język samego Władimira Putina jest daleki od doskonałości, zarówno pod względem słownictwa, jak i ortografii. Ustawa ma więc znaczenie wyłącznie polityczne, a nie filologiczne.

W rzeczywistości przez wiele stuleci nikt w Imperium Rosyjskim nie uważał języka rosyjskiego za wartościowy, uważano go za słabo rozwinięty i niegodny „wyższego” świata. Car Piotr I preferował język niemiecki i holenderski, ponieważ w tych językach nauczył się budować statki. Od XVII do XX wieku cała szlachta od najmłodszych lat uczyła się języka francuskiego, a warstwy wyższe także niemieckiego i angielskiego. Rosyjscy carowie od Aleksandra I do Mikołaja II rozmawiali w domu z żonami i dziećmi po francusku. W Liceum Carskim Siole, głównej instytucji edukacyjnej Rosji w tym czasie, studiowano głównie języki europejskie. Dekabryści pisali swoje traktaty po francusku. Aleksander Puszkin, nazywany twórcą literackiego języka rosyjskiego, pisał nawet listy intymne i miłosne po francusku. Tak więc jeszcze przed XIX wiekiem język rosyjski był szorstki, chłopski, pełen idiomów i przestarzały. Panie z wyższych sfer często nie potrafiły nawet zrozumieć „języka ludu”.

Na archaizm języka rosyjskiego zwrócono uwagę dopiero wtedy, gdy rozpoczął się zaciekły spór między tymi, którzy uważali, że Rosjanie powinni przede wszystkim kochać swój kraj i wyrzekać się wszystkiego, co europejskie a „ludźmi Zachodu”, broniącymi stanowiska, że Rosja powinna się uczyć od Europejczyków i zapożyczać doświadczenia światowe. Wtedy zauważono, że język ma znaczenie polityczne. To świetny znak rozpoznawczy: jeśli mówisz po rosyjsku, jesteś rusofilem, jeśli nie mówisz po rosyjsku, jesteś rusofobem. Ale żeby nie wstydzić się archaiczności języka rosyjskiego, Michaił Łomonosow i Aleksander Puszkin zaczęli rozwijać go zapożyczając nowe słowa, a Władimir Dal podjął się opracowania normatywnego słownika języka rosyjskiego. Stworzył go w taki sposób, że brakujące słowa zapożyczył z innych języków europejskich, dostosowując je do rosyjskiego stylu. Tak więc znany „Słownik Dala”, główny dla Rosjan, składa się w 80 procentach z zapożyczonych słów. I wtedy nikogo to nie dziwiło ani nie martwiło, inaczej niż teraz..

 

O błędach, także językowych pisze WALTER ALTERMANN: Oscylujący wicemarszałek Sejmu

„Nasze środowiska opozycyjne oscylują wokół jednej wspólnej busoli demokratycznej” – powiedział 1 marca 2023 r. w TVN 24 wicemarszałek Sejmu RP Piotr Zgorzelski. To, co rzekł pewnie nie mieści się w głowie wykładowców polityka, tak jak dyplomy nie mieszczą się w szufladzie wicemarszałka.

Pan wicemarszałek jest członkiem Klubu Parlamentarnego Koalicja Polska – PSL, UED, Konserwatyści i ma bardzo bogate – na liczbę zaświadczeń – wykształcenie. Najpierw skończył historię na Uniwersytecie Łódzkim, potem ekonomię w Toruniu na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika – co prawda podyplomowo, ale jednak. Następnie pan wicemarszałek studiował „Integrację europejską” w Szkole Wyższej im. Pawła Włodkowica w Płocku – też podyplomowo, ostatnio zaś studiował na Uniwersytecie Warszawskim, na kierunku „Menedżer publiczny” – również podyplomowo.

Ma on również bogate doświadczenia zawodowe: od 1983 pracował jako nauczyciel w szkołach podstawowych w Ciachcinie i w Leszczynie Szlacheckim. Od 1992 do 1998 był dyrektorem drugiej z tych placówek. Następnie przez cztery lata zajmował stanowisko wicewójta gminy Bielsk. Był wybierany w kolejnych wyborach samorządowych do rady powiatu płockiego. W 2003 został dyrektorem delegatury Urzędu Marszałkowskiego Mazowieckiego w Płocku. W 2010 zastąpił Michała Broszkę na funkcji starosty płockiego.

Nauka a praca

Wielki poeta Fryderyk Schiller napisał: „Czas studiów musi pozostawać w rozsądnej proporcji do czasu pracy”. Ale nie czepiam się, tym bardziej, że Schiller był jednak Niemcem. Zgódźmy się jednak na to, że studia powinny dawać efekty, a z efektami u pana wicemarszałka sytuacja jest mocno wątpliwa.

Rozpisałem się o życiorysie pana wicemarszałka, żeby skonstatować co następuje: mimo tylu lat studiów, na tak różnych kierunkach, jak historia i ekonomia, mimo pracy w szkolnictwie, nigdy nie dowiedział się czym jest busola, jak wygląda i czemu służy! Nie wie również nic o oscylowaniu. Naprawę przykre, że taki uczący się człowiek zmarnował tyle lat pracy i studiów.

Busola i oscylacja

Busola magnetyczna, to urządzenie nawigacyjne służące do wyznaczania kierunku bieguna magnetycznego. Busola, podobnie jak kompas, jest wyposażona w igłę magnetyczną. A znając biegun magnetyczny, który jest – mniej więcej – na północy, łatwo możemy wyznaczyć też pozostałe kierunki świata, zorientować mapę i podjąć marsz w odpowiadającym nam kierunku. Oscylacja zaś to: 1. wahanie się w wyborze między dwiema możliwościami; 2. ruch wahadłowy drgający.

Nie można zatem oscylować wokół busoli, bo wtedy nie widzi się tego, co z busoli można odczytać. A oscylowanie to ruch, od – do. Poza tym – jeżeli pan Zgorzelski waha się w wyborze, to między czym a czym? Między demokracją a zamordyzmem? No i jeszcze ta „jedna wspólna busola” … przecież kompas lub busolę można dzisiaj kupić za psi pieniądz. I każda z partii opozycji mogłaby mieć po jednym kompasie, busoli – a i tak wszystkie igły tych urządzeń wskazywałyby tę sama północ.

Jednak nie w tym rzecz, że pan wicemarszałek nie wie. Nie wszyscy muszą wiedzieć wszystko. Rzecz w tym, że nie wie a mówi! A co gorsza mówi metaforami. I nie wie też, że metafora musi być logiczna, prawdziwa i precyzyjna. Niewiedza o tym, jak na absolwenta kierunku humanistycznego na uniwersytecie jest to zaskakująca. Bo co późniejszy wicemarszałek robił na swoich pierwszych studiach? Marnował czas, a państwo marnowało pieniądze na jego naukę. Być może zbyt wiele czasu poświęcał jako student polityce, ze szkodą dla wiedzy?

Od czasu do czasu pojawia się w Polsce pomysł, że absolwenci – na przykład medycyny – powinni płacić za studia, jeżeli porzucają ojczyznę i wyjeżdżają w szeroki świat w poszukiwaniu lepszego chleba. W takim razie, może również absolwenci innych studiów powinni oddawać pieniądze, które państwo łożyło na ich naukę, jeśli wykazują się fundamentalnymi brakami?

Albo niech zaskarżą państwo, za to, że tak niewiele ich nauczono. W każdym razie sytuacja jest poważna i wymaga decyzji Sejmu.

Oscylowanie partii

Trzeba było – Panie Wicemarszałku – powiedzieć, że nasze opozycyjne partie zawsze idą w jednym kierunku, a jest to kierunek: demokracja. Ja wiem, że to trudne znaleźć wspólny kierunek dla tak różnych partii jak partie Tuska, Czarzastego, Zandberga, Kosiniaka-Kamysza i Hołowni. Ale to nie uprawnia Pana – Panie Wicemarszałku Zgorzelski – do mówienia absurdalnego.

Kochani nasi ludzie publiczni – tacy jak posłowie, senatorowie, urzędnicy wszystkich szczebli – mówcie prosto! Nie budujcie żadnych metafor, porównań, paraboli, hiperboli i innych takich. Mówcie prosto, bo ośmieszacie siebie i nas, a już na pewno tych, którzy was wybrali.

 

 

WALTER ALTERMAN pisze m.in. o byłych politykach: Stefan Niesiołowski i inne nieuleczalne przypadki

Profesor Stefan Niesiołowski ma w genach potrzebę burzenia pomników. Najpierw, jak młody człowiek, zasłynął nieudaną próbą wysadzenia pomnika Lenina w Poroninie. Teraz, po dłuższym – znaczącym – milczeniu zabrał głos i stwierdził: „Wszystkie pomniki Jana Pawła II powinny być dyskretnie usunięte. Nie da się już jego obronić.  Fakty, jakie są i jeszcze będą ujawniane, świadczą, że papież po prostu krył pedofilów. I właściwie powoli trzeba zapominać o tej postaci” – powiedział w wywiadzie dla GW.

Rozumiem, że sprawa jest poważna. Jednakże pozwolę sobie zwrócić uwagę, że Jan Paweł II, czyli Karol Wojtyła, nie żyje od roku 2005, nie może się bronić. A jest przecież w naszej polskiej obyczajowości zasada, że o zmarłych mówimy dobrze, lub wcale.

Inkwizytor ludowy (PSL)

 Wystąpienie Niesiołowskiego w sprawie pomników Jana Pawła II, niewiele odbiega od poprzednich akcji, podejmowanych przez tego polityka znanego przecież z wielkiej bezkompromisowości. Pamiętam, jak gromił komunę, różnej proweniencji lewaków i różnej maści liberałów. Pamiętam też, że jako założyciel i prominentny działacz Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego zachowywał się jak Savonarola, wypatrując wszędzie wrogów kościoła i religii. Później, już jako działacz Porozumienia Prawicy, był równie płomiennym i nieprzejednanym mówcą – zupełnie jak inkwizytorzy. Następnie Niesiołowski, przeszedłszy przez PO do PSL-Koalicja Polska, zachował przecież swój namiętny stosunek do świata.

Myślę, że w sytuacji dużych emocji przedwyborczych, ten ostatni wybryk Niesiołowskiego z całą pewnością ucieszy liderów – jakże chrześcijańskiego PSL-u – z którego to przecież list Pan Stefan był posłem. Niby to normalne, że temperamentu nie da się okiełznać, ale wstyd. Szczególny wstyd, u założyciela i działacza ZChN, partii z założenia i nazwy chrześcijańskiej.

Łóżka do spania

Przysłano mi na komórkę reklamę „łóżek do spania”. Zaniepokoiłem się, bo zdawało mi się, że łóżko zawsze służyło właśnie do spania. W odróżnieniu od tapczanu, kanapy, szezlongu i rekamiery. Na tych pozostałych też można spać, ale niewygodnie.

Doszedłem do wniosku, że jest to podła – wobec zamierzeń naszego rządu – akcja. Produkowanie bowiem łóżek służących jedynie do spania nie wspiera polityki proprokreacyjnej! Większość poczęć ludzkiego przychówku miała bowiem miejsce w łóżkach! Zatem oferowanie łóżek jedynie do spania jest działaniem antypaństwowym! Gorzej, bo ośmiesza cały program 500+.

Może też być i tak, że oferowane „łóżka do spania” są tak żałośnie słabej konstrukcji, że nie wytrzymują nawet najdelikatniejszej próby zbliżeń… dwojga różnej płci Polaków. To określenie o „dwojga różnej Polaków” wziąłem od genialnego Boya – Żeleńskiego, który poświecił „tym sprawom” wiele swych figlarnych utworów. Zresztą bez utworów figlarnych liczba urodzeń też będzie spadała. Może zatem państwo powinno wspierać finansowo świntuszących poetów?

Osoby wrażliwe

Na pasku TVP Info, 4.03.2023, przeczytałem taki komunikat: „Do 8 marca odbiorcy wrażliwi muszą złożyć wnioski o zwrot nadpłaty za ciepło”. Jako obywatel poważnie i głęboko propaństwowy rozpatrzyłem sprawę: czy jestem osobą wrażliwą… Wyszło, że tak. Wzruszam się bowiem w święta państwowe, szczególnie gdy maszerują nasi żołnierze, salutują, , niezależnie z jakiej partii pochodzi aktualny prezydent. Wojsko to wojsko! Wzruszam się przy czytaniu dobrej poezji, na dobrych filmach, wzruszam się, gdy mam do czynienia z ludzką nędzą i nieszczęściem. Zatem jestem bardzo wrażliwy i mógłbym wystąpić o zwrot pieniędzy. Siadłem więc do komputera i już chciałem napisać prośbę o zwrot pieniędzy…

Z błędu wyprowadziły mnie własne dzieci. Wytłumaczyły mi, że mimo mojej ogromnej wrażliwości, nie mam szans na żadne zwroty… Matko Jedyna, a kto to tak wymyślił, kto to tak pisze do ludzi? Zapewne jakiś urzędnik. Ale on chyba nie z Polski? Może wychował się gdzieś za granicą, wrócił do kraju przodków, znalazł gdzieś pracę wysokiej rangi i teraz raczy nas niby-polszczyzną.

Jako „odbiorca wrażliwy” tych nowoczesnych urzędowych treści nawet się wzruszyłem, ale nie było to dobre wzruszenie, bo używałem przy tym wzruszeniu wielu staropolskich słów, których używanie publiczne jest jednak zakazane.

Biden w zajętości

„Obecnie punkt zajętości Bidena to Zamek Królewski w Warszawie” – powiedział dziennikarz telewizyjny w czasie wizyty prezydenta USA w Polsce.

Skąd on – ten dziennikarz – wziął takie zdanko? Zapewne z jakiegoś urzędowego komunikatu służb chroniących prezydenta. Ale… co wolno wojewodzie to nie tobie… Obowiązkiem dziennikarza, który otrzymuje informacje od policji, straży pożarnej, pogotowia ratunkowego, wojska i innych służb jawnie-tajnych jest przetłumaczyć to na polski. Bo służbom wolno wewnętrznie mówić jakim chcą językiem – choć byłoby lepiej, gdyby i służby pisały i mówiły językiem powszechnym, codziennym.

Dziennikarz jednak ma obowiązek przekładać ów techniczny język na zwykły język, przeciętnych Polaków. Niestety coraz częściej słyszymy, że „pacjent jest zaopiekowany”, „miejsce lokalizacji obiektu zostało ustalone” lub „pacjent otrzymał pomoc adekwatną do jego stanu”.

 

 „Na ułaskawienie nie zasługują”. TADEUSZ PŁUŻAŃSKI przypomina postać sądowego mordercy Jana Hryckowiana

3 marca 1948 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie rozpoczął się proces rotmistrza Witolda Pileckiego i jego grupy wywiadowczej. Ten krzywoprzysiężny komunistyczny trybunał wydał trzy wyroki śmierci: na Pileckiego, Marię Szelągowską i Tadeusza Płużańskiego (mojego Ojca).

15 marca 1948 r. skład sądzący wydał opinię „w sprawie ewentualnego ułaskawienia skazanych”: „Z uwagi na popełnione przez Pileckiego i Płużańskiego najcięższych zbrodni zdrady stanu i Narodu, pełną świadomość działania na szkodę Państwa i w interesie obcego imperializmu, któremu całkowicie się zaprzedali, przejawioną przez nich na przestrzeni dłuższego okresu czasu wyjątkową aktywność w pracy szpiegowskiej, wielką szkodę, jaką wyrządzili Państwu w okresie jego odbudowy (…) – skład sądzący uważa, że ci obaj na ułaskawienie nie zasługują”.

Podpisane: ppłk Jan Hryckowian, przewodniczący sądu,

kpt. Józef Badecki, sędzia,

kpt. Stefan Nowacki, ławnik.

Do mojej babci Hryckowian powiedział: „Gdyby to ode mnie zależało, pani syn nigdy by kary śmierci nie dostał”. Wkrótce awansował, został sędzią Najwyższego Sądu Wojskowego. W styczniu 1949 roku na własną prośbę odszedł z sądownictwa wojskowego. Według relacji żony Stanisławy Hryckowian stało się to po tym, jak zemdlał ogłaszając wyrok w sprawie, spreparowanej przez UB. Bez problemu jednak został adwokatem i obrońcą wojskowym.

Oddany władzy ludowej

Wykształcony, kulturalny, pomagający innym, wydał wiele wyroków śmierci na niewinnych ludzi. AK-owiec, odznaczony Krzyżem Walecznych, po 1945 roku poszedł na współpracę z komunistami, sądził swoich dawnych kolegów organizacyjnych. Jan Hryckowian nigdy nie został rozliczony ze swojej zbrodniczej działalności.

Aresztowany przez Niemców w styczniu 1940 roku trafił do więzienia przy ulicy Montelupich w Krakowie. Współwięzień Salamon Samuel w maju 1945 roku napisał w oświadczeniu:

„Ob. Hryckowian osadzony był w więzieniu przez >Gestapo< pod zarzutem zastrzelenia dwóch Niemców i przebywał tam przez okres około 7-8 miesięcy. (..) Ob. Hryckowian jest pełnowartościowym obywatelem, który rozumie ciężkie położenie warstw pracujących, ceni te warstwy, pomimo, że jest oficerem i sędzią i do sfer robotniczych jest ustosunkowany bardzo przychylnie”.

Z czasem „ob. Hryckowian” jeszcze lepiej zrozumiał „sfery robotnicze”. Nie wynikało to z jego fascynacji komunizmem, raczej ze zwykłej służalczości wobec nowego systemu.

W służbowej opinii z 1948 roku czytamy:

„Trafna ocena polityczna w podejściu do rozpoznawanych spraw. (…) Oddany idei władzy ludowej i ustrojowi ludowemu. Stosunek do Związku Radzieckiego i państw demokracji ludowej – pozytywny. Czynny politycznie i klasowo. Posiada ponadprzeciętny zasób wiedzy z zakresu nauk marksistowskich”.

Odznaczany

Jan Hryckowian urodził się 15 października 1907 w Latrobe w stanie Pensylwania. Jego ojciec był górnikiem-sztygarem. Rodzina przeniosła się do Polski, gdy miał 5 lat. Po ukończeniu liceum im. Króla Jana Sobieskiego w Krakowie studiował prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, uzyskując w 1931 roku magisterium.

Dwa lata później, już jako zawodowy wojskowy, Hryckowian rozpoczął pracę w sądownictwie. Do wybuchu wojny orzekał w Wojskowych Sądach Rejonowych w Grodnie i Tarnopolu. W 1938 roku został kapitanem.

Po wyjściu z więzienia przy Montelupich Hryckowian działał w ZWZ-AK, organizował oddziały partyzanckie na Podhalu i w powiecie miechowskim. Od sierpnia 1941 do stycznia 1945 dowodził batalionem, który niszczył niemieckie obiekty telekomunikacyjne w Krakowie. Za udział w akcji na niemiecki transport kolejowy został odznaczony Krzyżem Walecznych, za walkę z okupantem dostał Srebrny Krzyż Zasługi. W PRL doszły do tego inne medale.

W latach 80-tych, po śmierci Hryckowiana Jan Zamoyski napisał do jego żony, że w więzieniu mecenas pomagał mu, podnosił na duchu, „był pierwszym „Człowiekiem” jakiego spotkałem po dwóch latach śledztwa na Mokotowie”.

Wybitne zasługi

Inny dokument podaje, że od sierpnia 1941 do 15 stycznia 1945 roku Jan Hryckowian pracował w zarządzie głównym poczty niemieckiej w Krakowie, skierowany doń przymusowo przez okupacyjny urząd pracy. Po zajęciu Krakowa przez Sowietów miał zatrudnić się jako referent prawny w polskiej służbie pocztowej. Jeżeli rzeczywiście tam trafił, to tylko na krótko. W życiorysie napisał, że na początku 1945 roku zgłosił się „natychmiast i z nieprzymuszonej woli” do RKU w Krakowie. Dostał przydział do korpusu oficerów służby sprawiedliwości Ludowego Wojska Polskiego.

Szybko awansował – w grudniu 1945 został majorem, w czerwcu 1946 podpułkownikiem (w tym czasie pracował już w Najwyższym Sądzie Wojskowym). Orzekał m. in. w procesie pokazowym płk Jana Rzepeckiego i innych wysokich oficerów AK i WiN, podczas którego zapadły kary śmierci i długoletniego więzienia.

W marcu 1947 Hryckowian objął jedno z kluczowych stanowisk w stalinowskim systemie bezprawia – został szefem Wojskowego Sądu Rejonowego Nr 1 w Warszawie. Wtedy dopuścił się największej ilości zbrodni sądowych. Było ich co najmniej kilkanaście. Do jednej z takich spraw należał proces bohaterskiego rotmistrza Witolda Pileckiego.

W służbowej opinii z 1949 r. czytamy: „Wkłada ogromną pracę i wysiłki, by powierzony [mu] sąd stosował właściwą politykę karną w zwalczaniu przestępstw niebezpiecznych w okresie odbudowy Państwa. Często prowadził bardzo ważne procesy polityczne, które wymagały ogromnego wkładu pracy i umiejętności w ich przeprowadzaniu. Przez to położył wybitne zasługi w ugruntowanie demokracji ludowej w Polsce”.

„Bandą jest każdy”

Były AK-owiec, a potem komunistyczny sędzia Jan Hryckowian przewodniczył też procesom odpryskowym od sprawy Witolda Pileckiego. W procesach tych, z reguły mniej nagłaśnianych przez prasę, albo w ogóle utajnionych przed zastraszoną opinią publiczną, wyrok był na ogół jeden – kara śmierci.

Hryckowian najpierw sądził, potem występował w roli obrońcy:

„Na studium tym [wyższe katolickie studium w Poznaniu], gdzie w zręczny sposób łączono naukę religii i zasad wiary ze wstecznymi i wrogimi zasadami społeczno-politycznymi, kształcono młody umysł siostry zakonnej (…) w duchu negowania wszystkiego, co postępowe”. W ten sposób Hryckowian bronił siostry Walerii Niklewskiej ze Zgromadzenia Sióstr Służebniczek w słynnym, wyreżyserowanym przez MBP procesie biskupa Czesława Kaczmarka. Był rok 1953. Trzy lata później prokurator, badający możliwość rehabilitacji skazanych, napisał: „Odnośnie do obrońców w sprawie tej słusznie biskup Kaczmarek powiedział, że oskarżeni bali się bardziej swoich obrońców aniżeli prokuratora i że obrońcy współdziałali z organami B[ezpieczeństwa] P[ublicznego]”.

Hryckowian nie tylko współtworzył, ale również propagował zasady „nowego, ludowego prawa”. W latach 1946-47, współpracując z redakcją kwartalnika „Wojskowy Przegląd Prawniczy” (organ najwyższych struktur wojskowego sądownictwa w Polsce), opracowywał do druku orzeczenia i uchwały Najwyższego Sądu Wojskowego. Oto jeden z przepisów, o którym pisał: „Bandą, w rozumieniu art. 118 par. 3 KKWP [zbrodniczy Kodeks Karny Wojska Polskiego – red.] jest każdy, mający cele przestępcze związek co najmniej dwóch osób, bez względu na skład osobowy”.

Jan Hryckowian zmarł w chwale dobrego warszawskiego adwokata w 1975 roku. Wtedy nikt jeszcze nie mówił o rozliczaniu zbrodni stalinowskich.

 

JAROMIR KWIATKOWSKI: Dziennikarz powinien być sługą prawdy

Najnowszy numer „Forum Dziennikarzy” jest poświęcony fake newsom, czyli zmanipulowanym informacjom (dawniej nazywano je pół- i ćwierć prawdami, czy wręcz kłamstwami), powielanym mniej czy bardziej świadomie przez polityków, dziennikarzy i odbiorców mediów. Obserwuję, że jakby obok rozwija się inne zjawisko: odmowa wiedzy, a więc niedopuszczanie do siebie informacji prawdziwej, której przyjęcie zburzyłoby nasz poukładany świat.

To zjawisko znakomicie widać w mediach społecznościowych, w polityce, ale także – niestety – w mediach bardziej tradycyjnych. Powstały tam bańki informacyjne, które muszą być jednolite. Mamy tendencję do wyrzucania spośród znajomych np. na Facebooku tych, którzy mają inne zdanie. Bo nam zaburzają naszą perspektywę, zasiewają wątpliwości. Coraz częściej czytamy jednorodne gazety (jeżeli „Gazetę Polską”, „Sieci” czy „Do Rzeczy”, to nie „Newsweeka” czy „Politykę” – i odwrotnie), oglądamy jednorodną telewizję (jeżeli TVP to nie TVN – i odwrotnie), wchodzimy na jednorodne portale (jeżeli wPolityce.pl czy niezalezna.pl, to nie Onet czy Wirtualna Polska). Nie konfrontujemy swoich poglądów z innymi, bo po co? A jeżeli nawet, to w dyskusjach emocje najczęściej dominują nad argumentami. Bo emocje sprzedają się dziś lepiej niż argumenty.

Józef Mackiewicz uważał, że „tylko prawda jest ciekawa”. To zdaniem powinno być bliskie każdemu dziennikarzowi. Dziennikarz powinien być sługą prawdy. Tam, gdzie nie ma dążenia do prawdy, następuje śmierć dziennikarstwa. Oczywiście, nigdy nie jesteśmy w stanie określić do końca, na ile udało nam się do tej prawdy zbliżyć. Ale jeżeli mamy poczucie, ze zrobiliśmy wszystko, by tak się stało – to już jest bardzo wiele.

Czasami słyszymy powiedzenie „prawda leży pośrodku”. Nieprawda. Prawda leży tam gdzie leży, a my musimy starać się to miejsce jej „leżenia” odnaleźć. Pamiętam, jak byłem swego czasu zszokowany, gdy w gronie dziennikarzy dyskutowaliśmy na temat prawdy. „Nie ma jednej prawdy obiektywnej, każdy ma swoją prawdę” – usłyszałem. Niewiara w istnienie prawdy obiektywnej to również śmierć dziennikarstwa. Prawda przestała być kategorią, za którą warto „umierać” jak za niepodległość. Nie dziwmy się, że przy takim podejściu dziennikarzy do prawdy jak grzyby po deszczu mnożą się fake newsy.

Czasami nie wierzymy (albo udajemy, że nie wierzymy) w istnienie prawdy obiektywnej z oportunizmu. Chęci pielęgnowania tzw. świętego spokoju.  „Kto prawdę mówi, ten niepokój wszczyna” – mówi Byron do Rafaela w „Rozmowie umarłych” Norwida. Często się tego niepokoju boimy. Boimy się hejtu w internecie, tego, że nas wyszydzą. Często wolimy iść z prądem niż pod prąd. To oznaka karlenia, któremu podlega część środowiska dziennikarzy, poza Warszawą mocno spauperyzowanego, pracującego szybko, bo liczy się „wsad do kotła”, czyli do gazety bądź na portal, a przez to mającego coraz mniej czasu na indywidualny rozwój. Ale czy to nas usprawiedliwia? Czy zwalnia nas od uprawiania dziennikarstwa „jakościowego”?

Często „odmawiamy wiedzy”, bo tak łatwiej i wygodniej. Wiedza daje światło, przybliża nas do prawdy. Lecz po co ją przyjmować? Po co uczyć się, narażać, wysilać?

Czy jednak dziennikarz, który ani razu nie zaryzykował dla poznania prawdy, który nikomu nie nadepnął przy tym na odcisk, może nazywać się dziennikarzem?

Prześledzę to zjawisko na trzech przykładach (jest ich oczywiście o wiele więcej).

Aborcja

„Jako naukowiec wiem, nie sądzę, lecz wiem, że życie człowieka zaczyna się od poczęcia” – powiedział dr Bernard Nathanson. Lecz zanim doszedł do tej pewności, przeszedł długą drogę. Jako dyrektor największej na świecie kliniki dokonującej aborcji (w USA) jest odpowiedzialny – bezpośrednio lub pośrednio – za 75 tys. sztucznych poronień. Później, kiedy wynaleziono USG i zobaczył, że „to coś” w łonie matki jest człowiekiem, przewartościował swoje poglądy i stał się jednym z najbardziej znanych na świecie obrońców życia poczętego. Podobne cytaty, pochodzące ze środowisk naukowych – biologii,  medycyny – można cytować w nieskończoność. Feministki – z powodów ideologicznych – odmawiają przyjęcia do wiadomości tego, co o początkach życia ludzkiego mówi nauka. Wolą wierzyć (bo to jest wiara, a nie wiedza), że dziecko w łonie matki to nie człowiek. Jeżeli ktoś odmawia wiedzy, czyli nie przyjmuje do wiadomości tego co mówi nauka, to kimże jest, jak nie ciemnogrodem?

Czy my, dziennikarze, musimy iść tą drogą? Czy musimy tkwić w tej bańce informacyjnej? Znam dziennikarzy, którzy mają poglądy proaborcyjne. Ale znam także takich, i pewnie jest ich o wiele więcej, którzy – choć wiedzą, jaka jest prawda – milczą. Boją się ostracyzmu środowiskowego, wyszydzenia? Dali sobie wmówić, że to temat zastępczy? Wręcz przeciwnie, to temat z gatunku fundamentalnych. Bo jeżeli politycy zabiorą obywatelom tak podstawowe prawo jak prawo do życia (aborcja, eutanazja), co ich powstrzyma przed odebraniem im innych praw? „Jeśli zgodzimy się, iż matka może zabić nawet własne dziecko, jak możemy mówić innym ludziom, aby nie zabijali jedni drugich?” – pytała retorycznie bł. Matka Teresa z Kalkuty. No właśnie. Koleżanki i koledzy, musimy stać na straży życia! Nie możemy odmawiać przyjęcia wiedzy na temat, co nauka mówi o początkach życia ludzkiego!

Owsiak

W inną bańkę informacyjną wpadli zwolennicy Jerzego Owsiaka i Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Środowisko „fajnych Polaków” nie uznaje żadnej świętości, z Janem Pawłem II włącznie, ale akurat „Juras” jest tam wyjęty spod krytyki. Można machnąć ręką na krzykliwy styl, w jakim prowadzi działalność dobroczynną; można nawet przejść do porządku dziennego nad gigantycznymi kosztami wielogodzinnych transmisji z finałów WOŚP w TVP w przeszłości, co jednak rodzi pytania o ekonomiczną opłacalność tego przedsięwzięcia. Ba! można nawet przymknąć oko na to, iż Owsiak od kilku lat zaprasza na dyskusje podczas Przystanku Woodstock wyłącznie polityków (i duchownych) związanych z obecną opozycją, co czyni mocno wątpliwą jego rzekomą apolityczność. Ale – tak sobie wyobrażam – u każdego przyzwoitego człowieka powinno zapalić się (i u niektórych się zapaliło) czerwone światełko, gdy dwa lata temu Orkiestra zagrała podczas finału m.in. z radykalnie proaborcyjnym Strajkiem Kobiet.

A już na pewno powinna się zapalić czerwona lampka, gdy pojawiły się wątpliwości co do transparentności Owsiakowych finansów. Dziennikarz serwisu kontrowersje.net Piotr Wielgucki, znany jako Matka Kurka, przez kilka lat badał przepływy finansowe w spółkach należących do Owsiaka i jego bliskich. Zadawał pytania. Fundacja WOŚP i Owsiak notorycznie odmawiali udzielenia informacji publicznej, a nawet wykonania zarządzeń i wyroków administracyjnych sądu dotyczących finansowania fundacji oraz zleceń dla firm powiązanych z rodziną Owsiaka. Zarzuty były niebagatelne. Jak choćby ten, że część pieniędzy, które pochodzą m.in. z odsetek, trafia do firm powiązanych z Jerzym Owsiakiem. Czy że na kontach Orkiestry przetrzymywane są miliony złotych, które WOŚP opieszale wydaje na sprzęt medyczny. Albo że rodzinne przedsięwzięcia Owsiaka są umieszczane w takich pozycjach jak: „administracja”, „zatrudnienie” i przede wszystkim „usługi obce”. Faktem jest, że kiedy kilka lat temu analizowałem tabelę, na co idą pieniądze zebrane w ramach WOŚP  w kolejnych latach, zastanowił mnie stały spadek odsetka środków przeznaczonych na zakup sprzętu medycznego w porównaniu z, nazwijmy to, kosztami administracyjnymi.

To jednak nie ma znaczenia dla wyznawców Owsiaka. Oni wiedzą lepiej i odmawiają przyjęcia wiedzy mówiącej, że obraz „Jurasa” nie jest tak kryształowo czysty, jak im się wydaje. Tyle że – czego doświadczyłem przy okazji tegorocznego finału, przed którym opublikowałem spokojny, ale krytyczny (zresztą nie pierwszy) tekst na temat WOŚP – wyznawcy Owsiaka nie potrafią dyskutować merytorycznie. Potrafią jedynie bluzgać na adwersarzy. Po tym tekście dostałem kilka maili z podziękowaniem za odwagę. To tak daleko zabrnęliśmy, że aby pisać o Owsiaku trzeba aż odwagi? Pytanie do dziennikarzy, zwłaszcza regionalnych, bo w mediach ogólnopolskich krytycznie pisali o WOŚP m.in. Łukasz Warzecha i Rafał A. Ziemkiewicz: dlaczego nie drążycie tematu? Dlaczego gorliwie uczestniczycie w Owsiakowym cyrku? Dlaczego nie zadajecie trudnych pytań w kwestii działalności „Jurasa”? Tak boicie się hejtu? Odmowa przyjęcia wiedzy w imię świętego spokoju?

Pandemia

Odmowa wiedzy zwykłych obywateli, ale i dziennikarzy, miała miejsce w przypadku pandemii. Na początku to było nawet zrozumiałe: nie wiedzieliśmy, z czym się to „je”. Ale później… propagandowo przegrzaliśmy sprawę covida, dając sobie narzucić jeden styl narracji, prezentowany przez ekspertów rządowych, a wszelkich mających inne zdanie etykietowaliśmy jako antyszczepionkowców, „foliarzy” itp.  Żeby była jasność. Covid jako choroba istnieje, objawił swoją moc, był groźny, a często śmiertelny. Ale rozpętano wokół niego histerię (kiedyś się dowiemy, z jakich powodów, dziś możemy jedynie snuć domysły), którą tygodnik „Do Rzeczy”, najbardziej konsekwentny spośród mediów konserwatywnego mainstreamu krytyk przyjętej w Polsce strategii walki z covidem, nazwał „globalnym humbugiem XXI wieku”. Jednak z czasem do coraz większej liczby ludzi, na początku przestraszonych, zaczęły przemawiać fakty. Że skuteczność szczepionki na covida nie jest tak wielka jak mówiono i że jej skład budzi poważne wątpliwości. Że państwa, w których stopień wyszczepienia społeczeństwa jest bardzo wysoki, zaczynają stosować drastyczne obostrzenia. Że – nawet według oficjalnych danych resortu zdrowia – zaszczepieni także chorują, a nawet umierają. Na dodatek wraz z agresją Putina na Ukrainę temat covida, dotychczas dominujący, głównie w mediach elektronicznych, w ciągu kilku dni z nich zniknął. Trudno było wtedy nie pomyśleć, że coś tu nie gra. Dlaczego nie dopuszczaliśmy innej narracji niż panów Horbanów czy Simonów? Dlaczego nie prowokowaliśmy dyskusji zwolenników i przeciwników oficjalnej strategii walki z covidem? Dlaczego nie znalazło się więcej Karwelisów i Pospieszalskich punktujących absurdy walki z pandemią? Brak wiedzy? Odmowa wiedzy? Brak odwagi? Czy wypełniliśmy podczas pandemii misję dziennikarską?

Zadaniem dziennikarza jest poszukiwanie prawdy, nawet jeżeli oznacza to nadepnięcie komuś na odcisk. Czy abdykowaliśmy z tej roli, czy to tylko chwilowa zadyszka?

Tak czy owak, mamy o czym myśleć.

O fake newsach, dezinformacji i walce z nimi

czytaj w najnowszym numerze „Forum Dziennikarzy”

Do pobrania TUTAJ.

 

Zawsze są malkontenci, czyli przemyślenia CEZAREGO KRYSZTOPY: Precz z owadobójstwem!

Człowiek żyje w gruncie rzeczy krótko. Nic więc dziwnego, że szczególnie wobec nieskończonej wielości zagadnień, nie zna się na wszystkim i powinien się z tym w dużym stopniu pogodzić. I ja się z tym godzę, co nie znaczy, że nie rodzą mi się w głowie pytania również w dziedzinach, w których nie nadążam za galopującym postępem i konsensusem naukowym.

Zadaję sobie na przykład pytanie – „Co będzie jeśli Unii Europejskiej uda się powstrzymać wzrost gospodarczy w Europie?”. Czy „planeta zostanie uratowana”? Tym bardziej, że Europa pomimo szumnych brukselskich haseł i programów, stanowi coraz mniejszą część światowej gospodarki. I wydaje mi się, że… nic się nie zmieni. Ponieważ żadna z wielkich światowych gospodarek, może oprócz częściowo Stanów Zjednoczonych, nie sprawia wrażenia jakby miała podcinać gałąź na której siedzi. No chyba, że Europa wejdzie w okres nowej epoki kamienia łupanego, a Europejczycy zaczną się z głodu i instynktownej miłości do zwierząt, nawzajem zjadać, czym już z całą pewnością „zainspirują resztę ludzkości”.

                                                                     Zbędny emiter gazów

Inne ciekawe pytanie nasuwa Paweł Jędrzejewski w tekście „Detronizacja Boga to degradacja człowieka” na łamach Tysol.pl – „Czy człowiek ‘pozbywając się’ Boga stanie się „wolnym” i kimś w rodzaju samowystarczalnego ‘boga’?”. I tutaj nie ma pewności, ponieważ trudno nie brać pod uwagę faktu, że skoro wyjątkowość człowieka zawiera się bardziej w religijnej transcendencji niż da się udowodnić naukowo, to być może człowiek „bez Boga” jest rzeczywiście tylko jednym z bardziej inteligentnych zwierząt,  jak pisze Jędrzejewski, „czasowo ożywioną materią”, lub wręcz tylko zbędnym emiterem gazów cieplarnianych?

Z rzeczy nieco bardziej przyziemnych, zastanawia Was czasem, co się stanie ze zwierzętami hodowlanymi, kiedy zlikwidowane zostaną hodowle? Czy ktoś sfinansuje wielkie rezerwaty dla krów, żeby mogły żyć i przedłużać swój gatunek w warunkach szczęścia i wolności? A może rolnicy zaczną je utrzymywać już bez zagrożenia ubojem, gwałceniem i dojeniem? Jest tu pewien problem, niedojona krowa bowiem, strasznie cierpi, może dostać np. zapalenia wymienia, ale może coś się wymyśli? A może będziemy mieli do czynienia z wielką eksterminacją „dla dobra planety”? Jak wyjaśniliby to krowom „obrońcy ich praw”?

Albo gorąca ostatnio kwestia zjadania robaków – „Czy ich przemysłowa produkcja nie będzie szkodliwa dla planety?”. Może powinniśmy zjadać tylko te, które łażą, czy latają tu i tam w sposób zupełnie naturalny? A widzieliście filmy z „produkcji”? Toż to niehumanitarna zgroza. Zapewne kwestią czasu jest pojawienie się radykalnego ruchu obrońców praw robaków pod hasłem „Precz z owadobójstwem!”. I on jednak prędzej czy później stanie przed zarzutem gwałcenia kwiatów przez niektóre owady.

                                                                 Ostateczna harmonia

Takie oto dziwaczne pytania rodzą się czasem w moim nieprzystosowanym do złotych czasów, w których żyję, mózgu. No, ale ja mam już swoje lata, być może to tylko wyblakłe cienie słusznie minionych postśredniowiecznych mroków, które przeminą wreszcie razem z takimi dziwadłami jak ja i mnie podobni, żeby ustąpić eonom powszechnej samorealizacji i harmonii.

O nietypowym konkursie dziennikarskim pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: „Szpalty za kratą”

Trzy-cztery kroki (zależy jak długie nogi), obrót i znowu to samo. I tak sto, dwieście razy, albo i więcej. Cela ma 3 metry na 4, trzy łóżka – jedno stoi samo, drugie piętrowe; stolik, kąt sanitarny z umywalką i sedesem – zasuwane. No i jeszcze jest okratowane okno i drzwi. Z wewnątrz ich nie otworzysz. Jest jeszcze spacer – godzina dziennie po jajowatym okręgu. I dwóch osadzonych. To wszystko. Ktoś wymyślił dobry tytuł konkursu: „Szpalty za kratą”. To raz do roku przeprowadzany przez zakład w Rawiczu konkurs dla więźniów (w tym momencie dziennikarzy) redagujących „za kratą” periodyki, grubsze, cieńsze. W zależności od hojności dyrekcji ZK i zaangażowania osadzonych (tak się ich określa), czyli więźniów. 

Inicjatywa ogólnopolska (jest w kraju ok. 100 zakładów karnych i aresztów, a w nich aktualnie ok. 80 tysięcy skazanych). Od kilkunastu lat trud organizacyjny konsekwentnie i z sukcesem podjęto w Rawiczu (obecny dyr. płk mgr Jarosław Dworecki i prowadzący  przedsięwzięcie oficer służby więziennej Marek Pięta). Brawo!

Gratulacje dlatego, że to ważna inicjatywa. Szansa na pracę intelektualną, zajęcie poza monotonią codziennego więziennego bytu i pożytek dla wszystkich, którzy czytają gazetki. Ważna sprawa. Od kilku lat SDP jesteśmy jednym z jurorów oceniających mniej i bardziej udane dziennikarskie poczynania ludzi zza krat.

W tym roku złoty, srebrny i brązowy medal przypadły: „W kratkę” (AŚ W-wa Grochów), „Piąty południk” (AŚ Lublin), „Kalejdoskop” (ZK Wojkowice).

 

Porównując nadesłane egzemplarze widać, że wysiłek redakcji nie idzie w gwizdek. Periodyki – miesięczniki, 2-miesieczniki, roczniki – są coraz lepsze, coraz bardziej profesjonalne, ciekawe i praktycznie użyteczne. To artykuły historyczne, informacje bieżące – polityczne i gospodarcze, poradniki, ćwiczenia sportowe, porady psychologiczne, życiowe – do kogo się zwracać z problemami w sprawach bytowych, zdrowotnych, dietetycznych, jak pisać podania, jak wypełniać rozmaite formularze. Są krzyżówki, szyfro-krzyżówki, wykreślanki, rozmaite łamigłówki i zgadywanki, pytania konkursowe, informacje o książkach, filmach, telewizji. A także rysunki satyryczne, miejsce na wiersze, na propozycje opowiadań, na refleksje osobiste, wyrażanie tęsknot i nadziei. Dużo zdjęć i rysunków. Zapożyczonych a także własnych.

Projekt skierowany jest też do rodzin skazanych na wykluczenie społeczne. Proponowane są wyjazdowe warsztaty psychoedukacyjne dla rodzin – matek z dziećmi oraz spotkania dla rodzin w zakładzie karnym.

Sporo miejsca więzienne gazetki poświęcają zachętom do różnych form współdziałania – wychowawców, więźniów, pokrzywdzonych. To wszystko w ramach poszerzenia wiedzy ze znajomości prawa. Przydatne to i cywilom. Np. mediacje czyli porozumienie. Aby uniknąć stresu w trakcie spotkania stron, angażuje się mediatora. Mediacje dzielą się na trzy grupy: gospodarcze, karne oraz cywilno-rodzinne. To jest droga do uniknięcia kary, a umożliwiająca zadośćuczynienie i naprawienie winy.

Można to różnie oceniać. Jedno jest wspólne – to twórczość zaangażowana, szczera, wychowawcza.

Odpędzić choćby złe myśli, czekać, trwać, wierzyć, że wszystko co ma być dobre, w końcu przyjedzie.

 

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Lewarek czyli hazardowanie ojczyzną

Śniadanie Rymanowskiego w Polsat News, 5 lutego 2023 r., jeden z gości, poseł Radosław Fogiel mówi: „Lewarujemy Polskę w jej znaczeniu w świecie”. Zamarłem z przerażenia, bo lewarowanie ma dwa znaczenia: 1. w technice – podnoszenie ciężaru za pomocą lewara lub lewarka; 2. w ekonomii – inwestowanie przy użyciu dźwignie finansowej tj. kredytu lub pożyczki

W ekonomii lewarowanie to możliwość zajęcia pozycji w kontrakcie terminowym lub innym instrumencie finansowym o wartości większej od zainwestowanego kapitału. Im większe lewarowanie pozycji, tym większe potencjalne zyski lub straty. Lewarowanie est instrumentem bardzo często wykorzystywanym na giełdzie czy na rynku Forex.

Lewarowanie finansowe na rynku to mechanizm, który używa dźwigni finansowej. Polega na tym, że dany podmiot wpłaca część wartości np. Kontraktu, może to być zaledwie kilkanaście procent. Resztę kapitału pozyskuje się z zewnątrz, od inwestorów. Łatwo tu zauważyć różnicę między lewarowaniem a tradycyjnym inwestowaniem, gdzie jest wymagane posiadanie całej potrzebnej sumy. Dzięki dźwigni finansowej można osiągnąć dużo większe zyski przy małym wkładzie początkowym. Inwestor wpłaca tzw. depozyt (czyli tę niewielką część), a dźwignia działa jak mnożnik – pokazuje, ile pieniędzy można uzyskać od brokera.

Czyżby zatem nasz Sejm grał naszym losem na giełdzie lub u brokerów pozagiełdowych? Nie sądzę, ale ciekawe, że jeszcze dwóch uczestników audycji zaczęło mówić o lewarowaniu. Znaczyłoby to tyle, że trzech, z pięciu panów, doskonale zna reguły rynków finansowych! Na sali sejmowej i w telewizji mówią górnie o Polsce i Polakach, o historii, o naszym losie, a po cichu grają na rynku przy pomocy lewarowania. Zresztą lewarowanie jest w istocie hazardem, bo łatwiej przy pomocy lewarowania stracić, niż zyskać!

W gruncie rzeczy panu Foglowi chodziło o to, że dzięki mądrym działaniom rządu rośnie pozycja Polski w świecie. Nie będę się o tę pozycję spierał, bo interesuje mnie tylko język naszych polityków. Można było oczywiście powiedzieć, że w ostatnich latach znaczenie Polski rośnie, że idzie do góry… No tak, ale to nie byłoby nowocześnie i dynamicznie. A to, że większość widzów tego programu niczego nie rozumie? Trudno, muszą się podlewarować w języku prawie-polskim.

Tak naprawdę, kiedy słyszę o lewarowaniu, to mam przed oczyma taki filmik – lato, upał, na poboczu gminnej drogi pięciu uczestników Śniadania Rymanowskiego, plus prowadzący audycję – mocują się z wymianą koła w ciężarówce star 25. A koła ciężarówki duże, a oni raczej słabi w rękach, więc pot się z ich leje i omdlewają… Bo to nie tak łatwo przy pomocy lewarka unieść autobus, żeby wymienić koło.

W każdym razie tego im życzę, za dręczenie naszej polszczyzny.

Bergson na bramce

Słyszę w różnych stacjach telewizyjnych, że „bramkarz odbił piłkę intuicyjnie”. A jak miał zagrać, panowie sprawozdawcy? Po głębokim namyśle? Po solennym rozważeniu sytuacji? Po zrobieniu rachunku ryzyka? Jeszcze rozumiałem, gdy sprawozdawcy mawiali, że piłkarz „odbił piłkę automatycznie”, ale intuicyjnie?

A co znaczyć ma ów intuicjonizm? Intuicjonizm to prąd epistemologiczny w filozofii współczesnej przyjmujący intuicję za podstawę poznania. Jego głównym twórcą jest Henri Bergson. W jego pojęciu intuicja ma naturę organiczną, równą rzeczom poznawanym, a jej przedmiotem jest rzeczywistość wewnętrzna.

A może sięgnijmy do podstaw i zastanówmy się czym jest intuicja? Intuicja (z łaciny intuitio – wejrzenie) – sądy oraz przekonania pojawiające się bezpośrednio, niebędące świadomym operowaniem przesłankami, rozumowanie bez uświadamiania procesu dochodzenia do rozwiązania problemu. Objawia się w postaci nagłego przebłysku myślowego, w którym dostrzega się myśl, obraz, rozwiązanie problemu lub odpowiedź na nurtujące pytanie.

A więc ani intuicjonizm, ani intuicja nie pasują do prostych czynności bramkarza. Tym bardziej, że chyba niewielu z nich słyszało o Bergsonie, nie mówiąc o czytaniu jego dzieł… Proponowałbym do piłki nożnej, ręcznej i siatkowej nie mieszać żadnego z filozofów, ani też sięgać do „operowania przesłankami”. Po prostu – odbił szybko, błyskawicznie piłkę. Dlaczego? Bo ma do tego talent i jest dobrze wytrenowany.

Nawiązka czy zalążek

Sprawozdawca tenisowego meczu mówi: „I oto mamy nawiązkę tego, co będzie się działo”.

Czym jest nawiązka? Nawiązka to środek karny, który polega na obowiązku zapłacenia określonej kwoty pieniężnej poszkodowanemu. Najczęściej nawiązka jest zasądzana od sprawcy, obok kary zasadniczej. Nawiązka sądowa, jak sama nazwa wskazuje, zasądzana jest przez sąd w ramach wyroku, w którym sąd wskazuje wysokość kwoty nawiązki dla poszkodowanego.

Sprawozdawcy zapewne chodziło o zalążek tego co się dopiero rozwinie w meczu, o początek zapowiadający styl gry. Generalna zasada jest taka, żeby nie używać słów, których znaczenia nie jesteśmy pewni. Czyli – można było stwierdzić – bez nawiązki i zalążka, że mamy zapowiedź tego co będzie się działo.

Nawiasem mówiąc, co do zalążka – jest to żeński organ rozmnażania, występujący u roślin nasiennych, w którym rozwija się komórka jajowa i po jej zapłodnieniu – zarodek. Z zalążka zaś powstaje nasiono. Czyli… jest poważne pole walki naszych feministek, bo niby dlaczego żeński organ roślinny ma męską formę językową? A może się mylę, bo to z kolei może odpowiadać innych grupom postępowców?

Poprzeczka pionowa

TVP – 24 01 2023. „Trener postawił wysoką poprzeczkę” – tak powiedziano na antenie TVP o nowym trenerze naszej reprezentacji narodowej w piłce nożnej – Fernando Santosie.

Błąd ekspertów od piłki polega na tym, że poprzeczkę „upionowili”, gdy od zawsze, i do teraz jest ona pozioma, to znaczy – leży sobie poziomo na dwóch pionowych podpórkach. Należy zatem powiedzieć, że poprzeczka leży wysoko, że jest wysoko umieszczona lub zawieszona. Jest to ten sam błąd językowy, który lud nasz nagminnie popełniał, gdy mawiał „Sedł se przes copki, bez most”.

Jak to jest ze zwyciężaniem

WP – 23 01 2023. „Magda Linette wygrała już cztery spotkania podczas Australian Open. Nasza tenisistka w Melbourne rywalizuje o 2 mln 975 tysięcy dolarów australijskich (9 mln złotych). Aby zgarnąć główną nagrodę, poznanianka musi jeszcze zwyciężyć trzy mecze”.

Zwycięża się w meczu, lub mecze się wygrywa. Nie można zwyciężyć meczu, natomiast można zwyciężyć, pokonać przeciwnika. Zwyciężyć nie jest więc prostym zamiennikiem wygrać.

Szczyt nieudolności propagandy

W latach 70-tych, przez pewien czas na płocie Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Rakietowych i Artylerii w Toruniu, po dwóch stronach bramy, wisiały dwa propagandowe hasła. Z lewej strony – patrząc na bramę – wielki napis głosił: „Naszym celem socjalizm”. Po prawej zaś stronie wisiało hasło: „Pierwszą rakietą w cel”. Wszyscy widzieli, wszystkich to bawiło, tak oficerów, jak i słuchaczy. Ale nikt nie reagował, bo hasła zatwierdził sam dowódca szkoły. Tak było do czasu wizytacji jakiegoś generała, któremu zwrócił na to uwagę podpułkownik z jego świty.

Czasem ta anegdotka przypomina mi się, gdy obserwuję kampanie wyborcze różnych partii. Wszyscy wiedzą, że ściema, ale nie ma żadnego wizytującego generała, i nie ma też żadnego odpowiedzialnego podpułkownika.