TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: AdwoKaci bezpieki

– Jedyną szansą dla Ciebie jest współpraca z władzami. Ja wykonuję tylko instrukcje Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego – oświadczyła Alicja Pintarowa na pytanie mojego ojca, dlaczego przed komunistycznym „sądem” nie broni go, ale oskarża. „Pani mecenas” twierdziła bowiem, że Tadeusz Płużański jest szpiegiem i zdrajcą Polski, ale trochę tłumaczy go młody wiek i zasługi w czasie wojny.

W procesie grupy wywiadowczej rtm Witolda Pileckiego w marcu 1948 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie Pintarowa broniła także Marię Szelągowską. Obrona polegała na kłamliwych twierdzeniach, że jej klientkę usprawiedliwia to, że była kochanką rotmistrza (taką linię obrony wobec podejrzanych politycznie kobiet stosowali też inni komunistyczni adwokaci).

Dodatkowi oskarżyciele

Wywiadowcy rotmistrza Witolda Pileckiego nie przyznawali się do absurdalnych zarzutów szpiegostwa i przygotowywania zamachów na wysokich funkcjonariuszy MBP. „Bronili”: Mieczysław (Mojżesz) Maślanko, Edward Rettinger, Lech Buszkowski, Stanisław Sobczyński, Antonina Grabowska i Alicja Pintarowa. Wszyscy zastosowali zasadę „tak, ale”, np. Pilecki to „szpieg, ale z zasługami, bo w Oświęcimiu stworzył organizację wojskową”. Prosili o łagodny wymiar kary, ale w granicach aktu oskarżenia. (Mojżesz Maślanko też był w KL Auschwitz, o czym później.)

Historyk Wiesław J. Wysocki w książce „Rotmistrz Pilecki” pisze: „Zgodnie z ówczesnymi obyczajami obrońca nie tyle bronił oskarżonego, ile go tłumaczył. Kadził prokuratorowi, a oskarżonego przedstawiał jako bezwolne narzędzie. W ten sposób obrońca stawał się dodatkowym oskarżycielem pomocniczym w procesie”.

Pozory praworządności

W wyniku takiej „obrony” Maria Szelągowska i Tadeusz Płużański 15 marca 1948 r. zostali skazani na karę śmierci, zamienioną potem na dożywocie (to nie jedyna sprawa Pintarowej, w której zapadły wysokie kary, w tym „KS”). Wyroki wydał wcześniej dyrektor departamentu śledczego MBP Józef Goldberg -Różański.
Bo w procesach politycznych stalinizmu wyroki nie zapadały na sali sądowej, ale w zaciszu gabinetów. Komunistom służyli nie tylko sędziowie i prokuratorzy, ale również adwokaci. To, co wyprawiali na sali sądowej, było parodią obrony. Charakterystyczne, że w sprawach szczególnej wagi pojawiały się te same nazwiska, szczególnie Mieczysława (Mojżesza) Maślanki i Edwarda Rettingera.
Właściwie jedynym zadaniem stalinowskiego adwokata (w praktyce adwo-kata), prócz stwarzania – razem z prokuratorem i sędziami – pozorów praworządnego procesu, było nakłonienie oskarżonego, aby przyznał się do nie popełnionej winy. W zamian mógł (ale nie było to pewne) uratować głowę. Przyznać się – o to chodziło komunistom, aby mogli dalej prowadzić wojnę ze „szpiegami”, „faszystami” i „wrogami klasowymi”.

Skazany na karę śmierci Pilecki 25 maja 1948 r. został stracony w więzieniu przy ul. Rakowieckiej 37 w Warszawie.

„Bajoro zbrodni”

Gorzej, jeśli oskarżeni – tak jak wywiadowcy rtm. Pileckiego – nie chcieli się przyznać (jeśli nie ugięli się nawet podczas brutalnego śledztwa na UB, to co dopiero przed sądem). Tak było np. we wrześniu 1947 r., kiedy płk Franciszek Niepokólczycki, szef II Zarządu Głównego WiN, był sądzony przez WSR w Krakowie. Mieczysław Maślanko tak go „bronił” (nie negował zebranych w sprawie „dowodów”, powtarzając kłamliwe słowa oskarżyciela – płk. Stanisława Zarako-Zarakowskiego – o wywrotowej działalności), że bohater Polski Podziemnej został skazany na trzykrotną karę śmierci (wyrok szczęśliwie złagodzono potem na dożywocie, a w końcu na 12 lat).

Mieczysław Maślanko i Edward Rettinger („bronił” m.in. słynnego „Łupaszkę”, mjr. Zygmunta Szendzielarza, dowódcę 5 Wileńskiej Brygady AK, który też dostał „czapę” i 8 lutego 1951 r. został zamordowany na Rakowieckiej – tam gdzie Pilecki) należeli do najbardziej wziętych obrońców w procesach politycznych. Razem z mec. Antonim Landauem prowadzili prywatną kancelarię, zwaną od ich nazwisk „ReMLau”. Maślanko miał opinię, że interesuje się tylko tymi klientami, których rodziny mogą dobrze zapłacić. Jeszcze gorszą opinię – „wyjątkowej świni” – miał Henryk Nowogródzki, który brał krociowe sumy i nawet nie starał się udawać, że „broni” oskarżonych.

Kazimierz Moczarski, więzień bezpieki, autor słynnych „Rozmów z katem” w liście do Sądu Najwyższego skarżył się na Nowogródzkiego: „pierwszy mój obrońca (…) zamiast wykazywać moją niewinność, (…) zmuszony był swoiście mnie współoskarżać”. W sprawie „bronił” też Rettinger: „to było bajoro zbrodni (…), którego miazmaty dziś nam trują jeszcze duszę. To było bajoro zbrodni, gdzie zastygła krew lepi się jeszcze do rąk”. „Bronił” również Maślanko, który tak się zapędził, że porównał grupę Moczarskiego do gestapo i Abwehry, twierdząc, że „wszystkie te instytucje zostały powołane przez klasy posiadające, które chcą zatrzymać koło historii”.

Z wyroku MBP

Stefan Korboński, w 1945 r. Delegat Rządu na Kraj wspominał: „Różański postawił sprawę jasno: obowiązkiem rady obrońców [której przewodniczył Maślanko] jest gromadzenie dowodów przeciw oskarżonym. Sędziowie, chcąc stanąć po właściwej stronie tajnej policji politycznej, dzwonili do Różańskiego z pytaniem, jaki wyrok sugerowałby, będąc na ich miejscu. Różański odpowiadał lakonicznie: »pięć… dziesięć lat… dożywocie… kara śmierci«”.
Mimo, iż Pintarowa świetnie znała ten mechanizm, dziś ma czelność zeznawać w IPN: „Proces ten z punktu widzenia formalnego był bez zarzutu, sędziowie, prokurator zachowywali się w porządku, nie było żadnych ostrych słów, czy wycieczek pod adresem moich klientów”.

Tajna lista

Historyk Jerzy Poksiński w książce „My sędziowie nie od Boga” przytaczał zeznania jednego z najkrwawszych sędziów stalinowskich, płk. Mieczysława Widaja (szef WSR w Warszawie): „Nie dość, że była lista obrońców wojskowych, była jeszcze lista »tajnych« obrońców wojskowych, to jest dopuszczonych do spraw tajnych. Należeli do nich (…) adwokaci: Mieczysław Maślanko, Rozenblitt [Marian Rozenblitt, w sądownictwie polskiej armii w ZSRS, potem kierownik sekretariatu w Najwyższym Sądzie Wojskowym, razem z Maślanką i Rettingerem uczestniczył w jednej z kluczowych spraw stalinizmu – „bronił” generałów WP, oskarżonych o udział w tzw. spisku w wojsku], Benjamin Wajsfeld, Zygmunt Gross, Zieliński – było ich coś zaledwie 6 czy 7. (…) Gdy mi w 1952 r. tę listę przekazał tow. płk Warecki [Aleksander Warecki, kolejny szef WSR w Warszawie], przez pewien czas ją stosowałem, potem dowiedziałem się u płka Karlinera [Oskar Karliner, wiceprezes Najwyższego Sądu Wojskowego], że można ją odświeżyć przez odpowiedni wywiad w Miejskim Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie”.

Wynika stąd jednoznacznie, że lista obrońców musiała zostać zaakceptowana przez najważniejszy resort „ludowej” władzy – Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Jej wysoki funkcjonariusz Józef Światło potwierdzał: „Dla pewności zatwierdzani są tacy adwokaci, przeciwko którym bezpieka posiada kompromitujące materiały”. Starannie wyselekcjonowani, super usłużni adwo-kaci byli de facto kolejnymi mordercami sądowymi polskich niepodległościowców.

Państwo w sprawie Smoleńska jest nieskuteczne  – rozmowa z EWĄ STANKIEWICZ-JØRGENSEN

Polska jest w posiadaniu bardzo wielu dowodów w sprawie katastrofy smoleńskiej i tylko od woli państwa i profesjonalizmu osób, które zajmują się badaniem i śledztwem, zależy jak sprawnie i skutecznie zostanie to przeprowadzone.  Jak dotąd widać, nie ma ani tej woli, ani właściwych liderów – mówi Ewa Stankiewicz-Jørgensen, laureatka Głównej Nagrody Wolności Słowa SDP za film „Stan zagrożenia”.

Pani film czekał rok na premierę, Telewizja Polska sześć razy przekładała datę jego emisji. Dla kogo „Stan Zagrożenia” był zagrożeniem?

Mam przekonanie, że rozliczenie ludzi, którzy w Polsce przyczynili się do śmierci Prezydenta RP i 95 osób reprezentujących państwo polskie ma bezpośredni wpływ na bezpieczeństwo państwa. Do dzisiaj, mimo bardzo wielu dobrych rzeczy, które się dzieją ze względu na interes naszego kraju, akurat w tej sprawie państwo wciąż ma egzamin do zdania. I to bardzo boli. Znacznie bardziej niż wstrzymywanie filmu.

Kiedy postanowiła pani zrobić ten film?

Materiał właściwie zbierałam od samego początku. Zaczęło się to od dokumentowania reakcji ludzi na Smoleńsk, a potem była próba dotarcia do źródeł dostępnych w Polsce.

Czy trudno było dotrzeć do materiałów, na podstawie których powstał „Stan zagrożenia”?

Z jednej strony są to materiały prokuratorskie, na tamtym etapie to było jakieś 150 tysięcy kart śledztwa, ale próbowałam także dotrzeć do bezpośrednich świadków, czy też osób, które mogły mieć jakąś wiedzę w tej sprawie. Część z nich w ogóle nie była przesłuchana przez prokuraturę. Trudno było dotrzeć do osób, które były odpowiedzialne za bezpieczeństwo tej wizyty i potem sabotowanie badania. Zależało mi na kontakcie z 6 technikami obsługi Tupolewa w nocy z 9 na 10 kwietnia, z funkcjonariuszami Biura Ochrony Rządu, którzy dojechali na miejsce tragedii w ciągu 40 minut z Katynia.

Ten materiał jest ogromny, trzeba było dokonać jakieś selekcji, na czym chciała się pani najbardziej skupić?

Chciałam bazować na źródłach. Wiedziałam, że będą próby podważenia treści filmu, dlatego bardzo przywiązywałam wagę do tego, aby za każdym razem podać źródło skąd dana informacja pochodzi. W filmie są elementy śledztwa dziennikarskiego i przełożone na publicystyczny język wyniki badania technicznego, skąd wiemy o eksplozjach na pokładzie. Chciałam pokazać tę tragedię w kontekście zrozumiałym dla międzynarodowego widza. Nie da się zrozumieć zabicia prezydenta Lecha Kaczyńskiego bez historii relacji polsko-rosyjskich, bez przywołania rosnącej ówcześnie agresji Putina i korumpowania świata poprzez rosyjską broń w postaci sprzedaży gazu oraz roli Lecha Kaczyńskiego w powstrzymywaniu tej agresji w Polsce i w świecie.

Jak „Stan zagrożenia” był właśnie odebrany poza Polską? Film otrzymał wiele nagród na zagranicznych festiwalach, mogłoby to wskazywać, że został tam doceniony.

Tu, w Polsce próbowano dyskredytować, że są to jakieś nieistotne festiwale. No nie wiem, czy na przykład nowojorski Big Apple Film Festival , który istnieje 17 lat i gdzie filmy oceniają znamienite osoby, jest jakimś małym, anonimowym festiwalem. Część z tych festiwali była bardzo poważna, natomiast wykorzystano niewielkie festiwale aby zdyskredytować w ogóle odbiór tego filmu w świecie. Miałam za granicą sporo spotkań, wywiadów, odbiło się to też echem w mediach.

Czy na świecie jest jeszcze zainteresowanie tematem Smoleńska, czy sprawa ta nie staje się już powoli zapomniana?

Jest zainteresowanie zwłaszcza teraz, po agresji Rosji na Ukrainę. Sprowadza się to do pojedynczych dziennikarzy, ale są to poważne osoby, cenione w swoich krajach, które podjęły własne badania w tym zakresie.

Co pani sądzi o reakcji widzów w Polsce? Krytycy mówili, że tak naprawdę film powtarza znane od dawna tezy, inni zaś skupili się tylko na sensacyjnych zdjęciach ówczesnej minister zdrowia Ewy Kopacz pozującej z pracownikami moskiewskiego prosektorium.

Jak już mówiłam, badanie śmierci Prezydenta RP oraz osób reprezentujących państwo polskie, którzy zginęli w 2010 roku na terenie Rosji, ale wylecieli samolotem z Polski, ma wpływ na bezpieczeństwo państwa. Z jednej strony w filmie są niepodważalne dowody na to, że to był zamach, z drugiej zaś jest wypunktowanie bezkarności ludzi, którzy byli odpowiedzialni za bezpieczeństwo tej wizyty. Mam wrażenie, że reakcje na film, to była taka zasłona dymna, która miała przykryć najważniejszy problem, czyli bierność wobec zagrożenia państwa. Podaję jeden z „najdrobniejszych” przykładów: co najmniej jeden z techników obsługi tego samolotu w nocy z 9 na 10 kwietnia 2010 roku na wojskowym Okęciu w Warszawie, którego rola w doprowadzeniu do tragedii do dzisiaj nie została wyjaśniona, w dalszym ciągu obsługuje samoloty VIPowskie na lotnisku Okęcie. Osoby odpowiedzialne za to, że serwer rejestrujący wejścia do stref VIPowskich na lotnisku w dniu wylotu był nieczynny, za to że niektóre kamery, bardzo kluczowe, nie działały, za ten szereg tzw. zbiegów okoliczności, które składają się na sabotaż bezpieczeństwa prezydenta i przedstawicieli państwa, do dzisiaj nie zostały pociągnięte do odpowiedzialności, czy odsunięte od stanowisk.

Jak pani myśli, dlaczego? Zjednoczona Prawica rządzi już prawie osiem lat, ma do dyspozycji cały aparat państwa, a wciąż nie udało się w sposób przekonujący dla większości społeczeństwa wyjaśnić tragedię smoleńską, wskazać winnych, postawić zarzuty.

Wyjaśnienie, czy postawienie zarzutów to jest jedna sprawa, ale druga to naprawa systemu bezpieczeństwa państwa, tak by niemożliwe było powtórzenie tej tragedii. Obecne władze zrobiły bardzo dużo dla bezpieczeństwa państwa, dlatego trudno jest je krytykować. Niestety, w sprawie śmierci Prezydenta RP na terenie Rosji i niesuwerennej reakcji polskich władz bezpośrednio po tragedii  – do dziś nie zostały poczynione elementarne działania. Prezydent Lech Kaczyński przekonywał, że zdolność powiedzenia prawdy o tym kto zabił polskich oficerów w sowieckim Katyniu jest miarą suwerenności Polski. Dziś miarą suwerenności jest zdolność powiedzenia prawdy, kto zabił polskich państwowców w Rosji i zdolność wyciągnięcia konsekwencji wobec tych ludzi. Na poziomie oficjalnych dochodzeń to się nie dzieje lub jest markowane.

Z czego to wynika?

Z decyzji i postępowania konkretnych ludzi.

Od premiery pani filmu minęły już prawie dwa lata, w międzyczasie poznaliśmy raport podkomisji Antoniego Macierewicza, w którym przyczyny tragedii są zasadniczo zbieżne z tezami przedstawionymi w filmie. Myśli pani, że ten raport nie spełnił oczekiwań?

Po 13 latach mamy zrobiony ułamek tego, co inne cywilizowane kraje przeprowadzają w ciągu kilkunastu miesięcy. Co się udało? Wielkim wysiłkiem poszczególnych osób w podkomisji państwo polskie zdobyło ogromną wiedzę dowodową. Mamy wystarczająco dużo dowodów na zaistnienie eksplozji materiałów wybuchowych w samolocie. Jednak źle prowadzone badanie może powodować niepotrzebne wątpliwości lub wręcz pułapki wobec prawdziwej tezy. Raport powinien być tak sporządzony, by stanowił trudny do podważenia argument w postępowaniu sądowym (co było całkowicie w zasięgu ręki). Na ogół takie postępowanie trwa kilkanaście miesięcy góra dwa lata. Zwłoka czasowa naraża państwo na niebezpieczeństwo, bo zalecenia należy wdrożyć jak najszybciej. Kwestia badania technicznego to jest zaledwie jedna trzecia zadania podkomisji. Pozostałe dwie trzecie i cel istnienia komisji to jest zbadanie łańcucha decyzyjnego, który doprowadził do tragedii, wskazanie luk w systemie bezpieczeństwa państwa i sformułowanie zaleceń.

Ale raport zawiera kilka stron zaleceń, które mają zapobiec tego typu przypadkom w przyszłości.

Te zalecenia, co trzeba podkreślić – w części właściwe – są na bardzo dużym poziomie ogólności. Takie „ogólnoświatowe”. I dlatego można bardzo łatwo „utopić” je w pozorowanym działaniu. Zresztą na jakiej podstawie miałyby być konkretne?  Z mojej wiedzy wynika, że przesłuchania świadków zostały wstrzymane na etapie przesłuchań osób niższych rangą. Gdyby nie przewlekłość postępowania, gdyby zalecenia zostały sformułowane prawidłowo, być może nie byłoby możliwe dopuszczenie firmy Strabag do budowy strategicznych inwestycji w Polsce w ostatnich latach. Jednym z trzech największych udziałowców Strabagu jest firma Rasperia Trading powiązana z Olegiem Deripaską, a są bardzo mocne przesłanki, że to w jego zakładach w rosyjskiej Samarze podłożono ładunki wybuchowe w Tupolewie przewożącym polską państwową delegację. To tylko jeden z przykładów jak przewlekłość i brak właściwego działania organów państwa przekłada się na kolejne szkody w sferze naszego bezpieczeństwa i może doprowadzić do kolejnej tragedii.

We wrześniu ubiegłego roku, ówczesny wiceszef MSZ Szymon Szynkowski vel Sęk, pytany o kolejne kroki rządu po publikacji raportu podkomisji smoleńskiej powiedział: „Kontakty dyplomatyczne Polski z Rosją są obecnie praktycznie zamrożone. W związku z tym nie ma dziś przestrzeni do tego, by podejmować temat katastrofy smoleńskiej”. Czy Pani zdaniem można coś jeszcze w obecnych warunkach zrobić?

Można bardzo wiele zrobić. Zarówno w Polsce jak i na arenie międzynarodowej. Pokazują to Holendrzy w sprawie katastrofy samolotu MH17. Państwo polskie nie musi być nieskuteczne w tej sprawie, ma bardzo wiele narzędzi, dowodzi tego na przykład poseł Arkadiusz Mularczyk (przewodniczący parlamentarnego zespołu do spraw reparacji wojennych – przyp. red), który po sprawnie przeprowadzonych badaniach skutecznie przebija się w świecie z wynikami raportu. Miał zadanie do wykonania, zrobił plan, zatrudnił właściwych ludzi, poważnie ich traktował, teraz skutecznie lobbuje w świecie w tej sprawie.

Ale po stronie podkomisji jest przynajmniej część technicznego badania. Po stronie prokuratury, co mamy? Jakie skutki? Kto stanął przed sądem? Jedynie Arabski z oskarżenia rodzin ofiar. To jest całkowita kompromitacja, przedawnienia, fikcja. A po stronie służb specjalnych, MSZ,MON?

W przypadku badania tragedii smoleńskiej postawiono na niewłaściwe osoby?

38 milionowe państwo ma takie narzędzia, że może być skuteczne, jeśli tego chce. W tej sprawie jest nieskuteczne i to widać po 13 latach.

Czy pani nadal będzie zajmować się tematem tragedii smoleńskiej? Mam na myśli zapowiadaną drugą cześć filmu.

W tej sprawie nie można się poddać, bo na szali jest bezpieczeństwo państwa. Smoleńsk jest takim papierkiem lakmusowym naszej suwerenności. Jednym z kilku, ale bardzo ważnym. W niektórych dziedzinach widzę, że państwo zdaje egzamin i bardzo się cieszę, iż są takie działania jak np. przekop Mierzei Wiślanej, próba uniezależnienia się energetycznego od Rosji, wspieranie Ukrainy. Jest wiele strategicznych działań, które wzmacniają bezpieczeństwo Polski. Natomiast jeśli chodzi o Smoleńsk w dalszym ciągu nie zrobiono podstawowych działań, co w efekcie naraża państwo polskie na niebezpieczeństwo. Powinno się sprawdzić co doprowadziło do śmierci 31 marca 2022 roku głównego prokuratora zajmującego się Smoleńskiem – Marka Pasionka, niezależnie od tego czy była to śmierć samobójcza czy nie. I też co sprawiło, że 13 stycznia 2021 roku nagle zmarł młody sędzia Hubert Gąsior, który jako jedyny wydał wyrok skazujący w sprawie Smoleńska.

Zbrodnia bez kary, to nowe ofiary. Chodzi tu o bezpieczeństwo pojedynczych obywateli i władz państwa. Nie mówiąc już o gigantycznym cierpieniu rodzin ofiar i ranach, które się nie zabliźnią, dopóki państwo nie zachowa się jak trzeba w tej sprawie. Nie doczekał tego śp. Jan Gosiewski, ojciec wicepremiera poległego w Smoleńsku. Zapytany kiedyś przeze mnie czego oczekuje od państwa w tej sprawie odpowiedział: skuteczności. Tej wciąż nie ma.

Wciąż pozostaje pytanie, dlaczego?

To są mocne słowa, ale na pewnych szczeblach, w pewnych sprawach widać, że jakby te wpływy, które się jeszcze ciągną od czasów wasalizacji Polski wobec Rosji, nie zostały przerwane. I Smoleńsk to pokazuje.

Sądzi pani, że ta tragedia zostanie kiedykolwiek uczciwie wyjaśniona?

Raczej rozliczona, bo jeśli chodzi o wyjaśnienie, to my już bardzo dużo wiemy. Zdaję z tego sprawę, że jest wielka społeczna kłótnia na ten temat, że próbuje się dyskredytować różne ustalenia. A działania organów państwa nie pomagają w zachowaniu powagi w tej sprawie. To musi się wydarzyć na poziomie państwa, bo śledztwo dziennikarskie to jest tylko jedna rzecz. Polska jest w posiadaniu bardzo wielu dowodów i tylko od woli państwa i profesjonalizmu osób, które zajmują się badaniem i śledztwem, zależy jak sprawnie i skutecznie zostanie to przeprowadzone i przełożone na efekt w postaci naprawy bezpieczeństwa i pociągnięcia do odpowiedzialności winnych. Jak dotąd widać, że nie ma ani tej woli, ani właściwych liderów w tej kwestii.

Czego będzie dotyczyć druga część pani filmu o Smoleńsku?

Nie chciałabym teraz tego zdradzać.

Rozmawiał Jacek Karolonek


Ewa Stankiewicz-Jørgensen, reżyserka, scenarzystka, dziennikarka. Absolwentka reżyserii w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej w Łodzi oraz polonistyki na Uniwersytecie Wrocławskim. Jest autorką wielu nagradzanych reportaży telewizyjnych i radiowych oraz filmów fabularnych. „Dotknij mnie”, wyreżyserowany wraz z Anną Jadowską zdobył w 2003 r. nagrodę główną w Konkursie Polskiego Filmu Niezależnego na 28. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. W 2008 r. za film „Trzech kumpli”, zrealizowany wraz z Anną Ferens, otrzymała m.in. Nagrodę Główną Wolności Słowa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. W 2023 roku została laureatką tej samej nagrody za dokument „Stan Zagrożenia” opowiadający o tragedii smoleńskiej. Założycielka i prezes Fundacji „Dobrze że jesteś” oraz prezes Stowarzyszenia Solidarni 2010.

Zapomniana historia bólem i łzą malowana – rozmowa z ALEKSANDRĄ FUDALĄ-BARAŃSKĄ

To nie było tak, że żołnierze-górnicy nie chcieli pracować. Byli młodymi i silnymi chłopakami. Zależało im na pracy, bo chcieli odbudowywać po wojnie Polskę. Tylko nie w taki sposób i nie w takim poniżeniu. Kompletnie byli nieświadomi tego, że zostaną górnikami, zamiast żołnierzami – mówi dr Aleksandra Fudala-Barańska, autorka filmu „Kilof zamiast karabinu”, za który otrzymała Nagrodę SDP im. Janusza Kurtyki przyznawaną za publikację o tematyce historycznej.

„Kilof zamiast karabinu” opowiada historię żołnierzy górników, którzy w latach 1949 – 1959 odbywali służbę wojskową w Batalionach Pracy w kopalniach i kamieniołomach. Jak ten temat do pani trafił i w jaki sposób narodził się pomysł tego dokumentu?

Historia żołnierzy-górników trafiła do mnie zupełnie przypadkowo. W pewnym momencie skontaktował się ze mną Krzysztof Przybylski, który przy współpracy z Instytutem Pamięci Narodowej czynił duże starania ku temu żeby w Bytomiu, na terenie dawnej kopalni, stanął pomnik żołnierzy-górników. Dokładnie w tym samym miejscu, w którym wielu żołnierzy odbywało służbę wojskową. Wszystkim bardzo zależało na tym aby ten temat poruszyć, dlatego na początku zrealizowaliśmy krótki materiał do magazynu historycznego TVP 3 Katowice.  Dopiero po spotkaniu z bohaterami, którzy opowiedzieli swoją historię, doszłam do wniosku, że trzeba na ten temat zrealizować coś większego. Dokumentacja powstawała podczas realizacji mniejszej formy reportażowej, a później na bazie materiałów zrobiliśmy film dokumentalny.

Dlaczego historia żołnierzy-górników przez dekady była zapomniana? Dla odbiorców filmu, a szczególnie dla najmłodszej widowni ta historia była kompletnie nieznana.

Jak się okazuje, starsze pokolenie również nie znało tej historii. Paradoksalnie nie wiem dlaczego ten temat był przemilczany, ale wiem, że ci żołnierze-górnicy wielokrotnie dopominali się o swoje właściwe miejsce w historii.  Widocznie nieskutecznie, bo niezbyt głośno o sobie mówili pomimo, że było ich 200 tysięcy, do tego zrzeszali się w Związkach Represjonowanych Politycznie Żołnierz-Górników. Podkreślę jednak, że to nie do końca taka nieznana historia. W trakcie przygotowywania projektu i zbierania dokumentacji, niemal na każdym kroku zaczęli pojawiać się rozmówcy, którzy znali żołnierzy-górników. Nagle okazało się, że niektórzy nawet mieli takich żywych świadków historii w swoich rodzinach. Przykładowo w trakcie realizacji filmu w zabytkowej Kopalni Guido spotkaliśmy przewodnika, który oprowadzając nas po kopalni nagle przyznał się, że jego ojciec również był takim żołnierzem-górnikiem. Zatem w wielu rodzinach ta sprawa była znana, ale historycy tym tematem jakoś się nie zajmowali i trudno jednoznacznie powiedzieć dlaczego nie zapisali tej białej karty w historii.

Rozumiem, że zupełnie przypadkowo w trakcie realizacji zdjęć dotarła pani do jednego z bohaterów, który wystąpił w filmie w roli pośrednika opowiadając historię swojego ojca?

Tak. W trakcie realizacji zdjęć poznaliśmy syna żołnierza-górnika, który opowiedział nam historię swojego ojca.

Jak udało się pani dotrzeć do pozostałych bohaterów? W filmie pojawiają się prawdziwe nazwiska żołnierzy, którzy opowiadają swoją bolesną historię, ale w pewnym momencie pojawia się też bardzo wzruszająca scena z małżonką jednego z górników, dla której te wspomnienia okazały się szczególnie bolesne…

Większość tych bohaterów zrzeszona jest w Związku Represjonowanych Politycznie Żołnierzy-Górników dlatego, że oni walczą o dotacje za tę służbę i ten związek organizuje dla nich symboliczne pieniądze, zatem namiary na żołnierzy-górników uzyskałam poprzez wspomnianą instytucję. Dopiero później okazało się, że na przykład żołnierz, który w pewnym momencie pojawia się w filmie wraz z żoną, to tak naprawdę rodzina mojego kolegi ze studiów. W trakcie realizacji dokumentu paradoksalnie na każdym kroku pojawiała się gdzieś historia z rodziną górnika w tle.

Jak bardzo skomplikowanym procesem jest reżyserowanie na podstawie opowieści świadków historii? Co pani sprawiło najwięcej trudości podczas produkcji tego filmu?

Jeżeli mamy bohaterów, którzy mają coś do powiedzenia to akurat nie jest zbyt skomplikowane. Problem pojawia się dopiero gdy trzeba wybrać fragmenty materiału, które mogą okazać się istotne. Jest to najbardziej żmudny proces realizacyjny, czyli segregowanie i dokumentowanie. Patrzymy, jakie elementy możemy wykorzystać w  filmie, jak bohaterowie żyją teraz, gdzie wcześniej pracowali, w jakim poruszali się otoczeniu. Równocześnie docieramy do ważnych dokumentów. Powstają setki nagrań, z których poprzez właściwą selekcję montujemy pięćdziesiąt minut filmu. Z tych porozrzucanych klocków układamy konstrukcję i powstaje dokument. Z wielu godzin nagrań trzeba wybrać elementy najbardziej wzruszające, najciekawsze i najbardziej istotne. Trudniej by było gdyby nie udało nam się dotrzeć do bohaterów i materiałów archiwalnych. Dlatego bardzo się cieszę, że finalnie udało się zrealizować dokument jeszcze teraz, kiedy mogliśmy dotrzeć do bohaterów żyjących, bo jest ich coraz mniej…

Zdjęcia do filmu „Kilof zamiast karabinu” realizowane były w różnych miejscach, w tym między innymi na Dolnym Śląsku…

Na Dolnym Śląsku znajdowały się kopalnie rud uranu, a żołnierze-górnicy pracowali nie tylko w kopalniach węgla kamiennego.

Co było najtrudniejsze w rozmowach z bohaterami i czy reżyser podczas tych trudnych i bolesnych zwierzeń mógł pozwolić sobie na chwile wzruszenia?

Oczywiście. Jeżeli reżyser się nie wzrusza to znaczyłoby to, że jest zupełnie bez serca. Z reguły autor filmu przywiązuje się do swoich bohaterów, współczuje im, współodczuwa to, co oni odczuwali i co mogli przeżywać. Choć od realizacji filmu minęło już pół roku, to przez cały czas jestem z nimi w kontakcie. Podczas wspomnianego wcześniej fragmentu filmu, w scenie z żoną żołnierza-górnika, dla której przywoływanie tamtych bolesnych wspomnień okazało się zbyt trudne,  przyznam, że również zdarzyło mi się ukradkiem uronić łzę…

Jaki jest przekaz tego filmu dla widza?

Przekaz jest taki, że niezależnie od tego kim jesteś i co sobą reprezentujesz, jak pojawisz się w nieodpowiednich okolicznościach społeczno-politycznych to może spotkać cię duża i niezasłużona przykrość, tak jak spotkała moich bohaterów i tylko za to, że mieli niewłaściwe pochodzenie i byli niewygodni w jakimś czasie. Taka sama historia może spotkać też ludzi z różnych innych powodów. Wszystko tak naprawdę uzależnione jest od tego w jakim żyją i funkcjonują systemie. Taki właśnie jest mój wniosek z tego filmu, moje prawdziwe przesłanie. Prawda jest taka, że gdyby to się działo w jakimś innym miejscu, to być może nic by tym ludziom się nie stało, bo dzisiaj nikt by ich nie skazał na niewolniczą pracę w kamieniołomach, czy też w kopalni.

Mam wrażenie, że po obejrzeniu tego dokumentu widz ma ochotę na pogłębienie wiedzy na temat żołnierzy-górników, którzy nieświadomie zostali zwerbowani w kopalniane podziemia.

Tak naprawdę było im bardzo przykro, że nie znaleźli się w prawdziwym wojsku. Dlatego jeden z bohaterów kupił sobie po wojnie oficerki, a ten drugi mundur Wojska Polskiego. To nie było tak, że żołnierze-górnicy nie chcieli pracować, bo oni wielokrotnie podkreślali, że zależało im na pracy, bo chcieli odbudowywać po wojnie Polskę. Byli  wtedy młodymi i silnymi chłopakami. Tylko nie w taki sposób i nie w takim poniżeniu. Kompletnie byli nieświadomi tego, że zostaną górnikami, zamiast żołnierzami. Nie zdawali sobie sprawy, że będą zmuszeni do pracy w kopalniach węgla kamiennego, rud uranu czy kamieniołomach. To funkcjonariusze służby bezpieczeństwa zadecydowali gdzie będą przydzieleni do pracy, a to wszystko przez niewłaściwe pochodzenie, posiadanie rodziny za granicami kraju lub z Armii Krajowej. Szli do pracy w podziemia bez żadnego przygotowania i bez możliwości odwołania.

Dlaczego ten temat jest tak ważny nie tylko dla Ślązaków, ale dla wszystkich Polaków?

Dlatego, że ci ludzie byli z całej Polski, nie tylko 200 tysięcy z samego Śląska i Zagłębia, tylko z całego kraju. W filmie „Kilof zamiast karabinu” pojawia się też bohaterowie ze Stargardu Szczecińskiego, Wielunia, Czworaków i wielu innych zakątków naszego kraju. Młodzi ludzie z całej Polski podzielili ten los. Dlatego to jest ważne, bo to są czyiś dziadkowie i ojcowie. To nie jest temat lokalny tylko ogólnopolski, bo jest to kawałek polskiej historii.

Na koniec chciałam pogratulować nagrody im. Janusza Kurtyki. Jak ważne dla pani jest to wyróżnienie?

Nagroda przyznana przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich jest przede wszystkim dostrzeżeniem wagi tematu. Mam jednak wrażenie, że nagroda ważniejsza jest dla bohaterów występujących w moim filmie, bowiem przeżyli oni gehennę i nikt przez tyle lat nic o tych ludziach nie mówił. Premierę filmu „Kilof zamiast karabinu”, która odbyła się w katowickim Kinie Kosmos zorganizowałam przede wszystkim dla tych zapomnianych bohaterów. Zależało mi na tym, aby mogli oni poczuć się uhonorowani i żeby odczuli choć namiastkę docenienia wychodząc choćby na scenę kina i słysząc oklaski publiczności. Cieszę się, że w końcu ktoś ich zauważył, bo za każdy razem, jak tylko mówi się o tym filmie, to przypomina im się ta historia bólem i łzą malowana, która przez tyle lat była zapomniana. Z kolei dla reżysera filmu nagroda im. Janusza Kurtyki  za publikację o tematyce historycznej jest uhonorwaniem wielu miesięcy ciężkiej pracy, zatem jest to bardzo miłe zwłaszcza, że do konkursu w tej kategorii zgłoszono wiele innych filmów.

Rozmawiała Małgorzata Irena Skórska


dr Aleksandra Fudala-Barańska, autorka filmów dokumentalnych i reportaży w TVP3 Katowice, pracownik naukowy Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach (Katedra Dziennikarstwa Ekonomicznego i Nowych Mediów). Laureatka wielu  nagród i wyróżnień za swoją twórczość, m.in. na 37. Międzynarodowym Katolickim Festiwalu Filmów i Multimediów „KSF Niepokalana 2022”, 14. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Niepokorni Niezłomni Wyklęci w Gdyni. Za dokument „Kilof zamiast karabinu” otrzymała Nagrodę SDP im. Janusza Kurtyki przyznawaną za publikacje o tematyce historycznej.  

 

WALTER ALTERMANN: Picie i ojcowie czyli wina ojca idzie w syna

Państwo staje się współodpowiedzialne za rosnące spożycie alkoholu w Polsce. Niskie akcyzy, ogromna ilość sklepów z alkoholami. No i te makabryczne reklamy, nawołujące do picia – mogące w odruchu protestu estetycznego skłonić do… upicia się.

Rola ojca w wychowywaniu dzieci jest w Polsce od wieków pomniejszana. Wszystkie zasługi – począwszy od urody dzieci, po ich intelekt i charaktery – przywłaszczyły sobie matki. Tak jest, jeżeli z dziećmi wszystko jest dobrze, jeżeli jednak pojawiają się kłopoty z pociechami, to matki mówią najczęściej: „To właśnie ma po ojcu”.

Jest faktem, że większość ojców uchyla się od opiekowania się i wychowywania własnego potomstwa. Ale dzieje się tak, przy cichej aprobacie matek. Oficjalnie tego nie powiedzą, ale w sumie są zadowolone, że dziecko jest bardziej ich, niż ojca.

Naprawdę trudno jest spotkać ojca, który dla swych dzieci poświęciłby oglądanie meczu, przeglądanie głupot w internecie, czytanie książek a nawet spotkanie z koleżkami. Jakże się ucieszyłem, gdy niedawno w „Żabce” spotkałem jednak ojca doskonałego.

Ojciec doskonały

W leniwe sobotnie popołudnie stałem w niedużej kolejce w rzeczonej „Żabce”. Przede mną stał jegomość około 50-tki. Gdy doszedł do kasy poprosił o dziesięć piw. Nie podał marki piw, powiedział jedynie:

– 10 piw dla mnie.

Ekspedientka znała widać gust klienta, bo bez pytania o jakie piwo chodzi, zaczęła ustawiać na ladzie jakieś najtańsze „prawie piwo”. Ale też zaczęła z klientem rozmowę, w zażyłym i przyjaznym tonie.

– Wziąłby pan od razu skrzynkę, co będzie pan tak ciągle latał.

– E, to nie dla mnie. Dla syna biorę, koledzy do niego przyszli… – odparł mężczyzna.

– To pan musi chodzić? Niech sam lata po piwo.

– Ale jak? Nieletni jest przecież.

Ekspedientka zamilkła, ale nie wytrzymałem ja. I bez zastanowienia się nad przykrościami, które mogą mnie spotkać ze strony ojca doskonałego, bo on miał z 50 lat, a ja znacznie więcej – rzuciłem w przestrzeń około-ojcową:

– Nie wstydzi się pan?

Mężczyzna nie odpowiedział, wziął piwa i wyszedł.

W tej sprawie są dwa przeciwstawne bieguny. Jego ojcostwo i jego głupota. Jako opiekuńczy tatuś – sprawdził się. Jako idiota – udowodnił, że nic nie wie o rozpijaniu dzieci i młodzieży, i nie widzi swojej zbrodni. Bo nie wie jak to się zwykle kończy. A kończy się najczęściej alkoholizmem.

Przykład idzie z rodziny

Proste doświadczenie życiowe i wyrafinowana nauka są tutaj zgodne. Zachowań uczymy się w rodzinie. I jeżeli w rodzinie pali się i pije, to istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że dzieci też będą paliły i piły. Nie zawsze, ale w większości przypadków właśnie tak jest.

Znałem człowieka, który twierdził, że najważniejsze jest pouczanie pociech, mówienie im co złe, a co dobre. I zanudzał, zamęczał swoje dzieci dłuższymi umoralniającymi pogadankami. Próbowałem mu tłumaczyć, że dzieci swoje zachowania kopiują od rodziców, ale człowiek ów był uparty i dalej marudził.  Po latach okazało się, że dzieci tego moralisty są kopiami ojca. Łącznie z natrętnym marudzeniem o drogowskazach moralnych.

Zdarza się też, że jeżeli rodzina jest dysfunkcyjna, to dzieci szukają wzorców do naśladowania poza rodziną. I znajdują je najczęściej w telewizji.

Telewizja czyli nieograniczone propagowanie picia

Gdzieś tak po 22.00 z telewizorów naszych leją się hektolitry piwa. Bo wódki i wina reklamować nie można. Ostatnio dominuje typ reklamy, że do pełnego zadowolenia z życia trzeba się jednak napić piwa. I mamy dwóch, trzech lub czterech wesołych młodzieńców, którzy szykują się do oglądania w telewizji meczu, i t tym celu – najczęściej w sklepie sieci „Żabka” – kupują piwo.

Bywają też reklamy odwołujące się do ochrony przyrody, sugerujące, że nawet żubry piją. Najbardziej wkurza mnie jednak reklama, w której rozweselony tłumek Niby-Czechów reklamuje jedną z marek piwa, a Polak udający Czecha, niemiłosiernie kalecząc język południowych sąsiadów, zachwala inną markę. Zresztą ten aktor po polsku też mówi marnie. Reklamy piwa odwołują się też do góralszczyzny, a najchętniej do Janosika – że taki silny i męski. Zresztą jest to reklama – dodatkowo – bez sensu, bo Janosik był Słowakiem.

Zauważmy, że piwa nie reklamuje nikt smutny. Wszyscy występujący w tych reklamach są niebiańsko szczęśliwi. Z czego płynie jednoznaczna sugestia, że w celu osiągnięcia szczęśliwości doczesnej trzeba pić. Jeżeli nawet jest to prawdą, to raczej ukrywałbym taki wniosek. Bo wtedy stawiałoby to naszą klasę polityczną w fatalnym świetle.

Uważam, że reklamy piwa powinny zniknąć z tak zwanej „przestrzeni publicznej”. Bo piwo jest alkoholem. I jest to, po prostu, preludium, wstęp, uwertura, zapowiedź prawdziwego alkoholizmu. Zresztą taka jest droga wszystkich alkoholików – wszyscy oni zaczynali od pitego w nadmiarze piwa.

Jeżeli reklamy piwa miałyby jednak zostać, to może należałoby wprowadzić obowiązek, rodem z opakowań papierosów, i wtedy po reklamie właściwej należałoby pokazywać ofiary picia?

Jak to jest z piciem ostatnio

Niestety Polacy piją ostatnio coraz więcej. Wielkość wypijanej w Polsce wódki wróciła do roku 1993. Kosztem wina i piwa  – stwierdzają eksperci, bijąc na alarm.

Dane Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA), wcielonej od 2022 roku do Krajowego Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom, od lat pokazują, że szkodliwa konsumpcja alkoholu dotyczy 18,6 proc. Polaków.

Do częstszego picia alkoholu w okresie lockdownu, w porównaniu z okresem przed pandemią, przyznało się 15 proc. respondentów zbadanych przez SW Research w sierpniu br. Taki sam odsetek wskazał częstsze picie alkoholu obecnie w porównaniu z okresem pandemicznej izolacji. Badacze wskazują, że negatywne zachowania związane z piciem alkoholu utrwaliły się i są obserwowane również obecnie, jak tzw. binge drinking i rosnące spożycie napojów spirytusowych – informuje Polskie Radio

Zmienił się także model picia alkoholu – na bardziej ryzykowny. Porównując czas przed pandemią oraz okresy lockdownu można zauważyć wzrost odsetka respondentów deklarujących, że w czasie izolacji w ogóle nie sięgali po napoje alkoholowe (22 proc. vs. 16 proc. przed lockdownem). Obecnie do niepicia alkoholu przyznaje się 18 proc. respondentów, a więc deklarowana liczba abstynentów zmalała o 4 p.p.

Co dziesiąty badany przyznał, że obecnie z powodu picia alkoholu zaniedbuje swoje obowiązki – to więcej osób niż w pandemii (9,2 proc.) i zdecydowanie więcej niż przed 2020 rokiem (7,6 proc.). Zwiększyło się również zjawisko porannego picia alkoholu po intensywnym piciu poprzedniego dnia – przed pandemią takie sytuacje miały miejsce co najmniej raz w tygodniu w przypadku 6,3 proc. respondentów, obecnie przyznaje się do tego typu zachowań ponad 9 proc. badanych Polaków.

Jak piją w Europie

Spożycie alkoholu na mieszkańca Polski systematycznie rośnie na przestrzeni lat. Do konsumpcji zachęcają relatywnie niskie ceny trunków – w porównaniu z innymi krajami europejskimi. Sprawdziliśmy, jak inne kraje starają się wpłynąć na obniżenie spożycia alkoholu – napisano na portalu Polskiego Radia.

W większości państw europejskich alkohol może kupić osoba po 18. roku życia. W Luksemburgu może to zrobić 16-latek, na Cyprze i Malcie próg wynosi 17 lat, a w Austrii, Belgii, Niemczech, Danii oraz Szwecji wiek zależy od zawartości alkoholu w zakupionym produkcie. Poza ograniczeniami dotyczącymi wieku oraz godzin sprzedaży, stosuje się także regulacje dotyczące kampanii reklamowych oraz zakazu publicznego spożywania alkoholu.

Zakaz sprzedaży alkoholu w sklepach w godzinach nocnych przyczynił się do zmniejszenia o 9 proc. liczby osób młodych, które były hospitalizowane z powodu spożycia alkoholu w Badenii-Wirtembergii w Niemczech. Zakaz został wprowadzony przez lokalne władze w 2010 r. I dotyczył godzin od 22.00 do 05.00. Miał on istotny wpływ na redukcję hospitalizacji spowodowanych nadmiernym spożyciem alkoholu w grupie wiekowej do 24. roku życia.

Podobne ograniczenia obowiązują także w innych krajach UE: na Litwie w tygodniu można kupić alkohol tylko w godzinach 10.00 – 20.00, w Słowenii zakaz sprzedaży obowiązuje w godzinach 21.00 – 07.00, w Finlandii – 21.00 – 09.00, we Włoszech – 22.00 – 06.00, zaś w Hiszpanii od 22.00.

Spożycie alkoholu w Polsce

W latach 1993 – 2000 spożycie utrzymywało się na względnie stałym poziomie 6,5 – 7 l, jednak od początku XXI wieku zaczęło rosnąć. Najbardziej dynamiczny wzrost spożycia zanotowano w latach 2001-2008, w których konsumpcja alkoholu na 1 mieszkańca wzrosła aż o 45 proc. Rekordowo duże spożycie – 9,78 l 100-proc. alkoholu na 1 mieszkańca Polski miało miejsce przed pandemią w 2019 r.

Po nieznacznym spadku w 2020 r. (o 0,16 l), w 2021 r. spożycie ponownie wzrosło. Od lat 90. konsekwentnie wzrasta konsumpcja piwa – z 42,8 l na mieszkańca w 1996 r. do 92,7 l w 2021 r. (rekordowym rokiem był 2018, w którym przeciętny Polak wypił 100,5 l). Spożycie wina wzrasta od 2016 r. i w2021 r. wyniosło 6,7 l (kategoria wina i miody pitne).

Konsumpcja wyrobów spirytusowych powróciła w 2021 r. do poziomu z 1993 r. – na jednego mieszkańca przypadało wtedy 3,8 l. Patrząc ogólnie, od 20 lat spożycie mocnych alkoholi na jednego mieszkańca w Polsce stale wzrasta.

Ceny alkoholu

Alkohol w Polsce w 2021 r. był jednym z najtańszych w całej UE i kosztował o 9 proc. mniej niż wynosi średnia europejska, biorąc pod uwagę parytet siły nabywczej. Oznacza to, że tylko w pięciu państwach wspólnoty alkohol był tańszy niż w Polsce. Najdrożej jest w Finlandii, Irlandii oraz Szwecji – w tych państwach ceny alkoholu nie spadają poniżej poziomu 1,5 średnich cen dla UE.

Polska była 13. krajem w Europie pod względem wysokości akcyzy na alkohol 40-proc. Najwyższe stawki obowiązywały w Finlandii oraz Szwecji – odpowiednio 14,10 EUR oraz 13,80 EUR dla 700 ml napoju o zawartości 40 proc. alkoholu. Stawka w Polsce – 3,91 EUR – była najwyższa w regionie Europy Środkowej, ale mniejsza od akcyzy krajów bałtyckich, skandynawskich czy Wysp Brytyjskich. Najmniejszy podatek od alkoholu był w Bułgarii, w której wyniósł 1,57 EUR. Nieco wyższe stawki były w Rumunii – 2,10 EUR, Chorwacji – 2,22 EUR czy na Węgrzech – 2,59 EUR.

Propozycja

Ja wiem, że państwo nasze czerpie ze sprzedaży alkoholu bardzo duże profity. Ale tym samym, państwo staje się współodpowiedzialne za rosnące spożycie alkoholu w Polsce. Niskie akcyzy, ogromna ilość sklepów z alkoholami a tym samym łatwa ich – alkoholi – dostępność… No i te makabryczne reklamy, nawołujące do picia – mogące w odruchu protestu estetycznego skłonić do upicia się.

Za komuny mówiło się złośliwie, że będą podwyżki dla nauczycieli, bo zdrożał alkohol. To może jednak zlikwidować reklamy piwa i podwyższyć cenę alkoholi? Tym bardziej, że nauczyciele znowu się skarżą na niskie zarobki.

Z alkoholizmem w Polsce trzeba znowu walczyć serio. Bo koszty społeczne już znacznie przewyższają zyski z akcyzy. Naród ma być zadowolony, ale przecież nie z racji bycia po wpływem…

 

Nie odbierzecie nam Jana Pawła II – komentarz JOLANTY HAJDASZ

Ważne jest by dzisiaj odłożyć na bok emocje, otrzeć cisnące się do oczu łzy i na zimno, z naukową dokładnością przyjrzeć się zarzutom, jakie wielkie media i stojący za nimi bogaci i wpływowi właściciele stawiają naszemu Papieżowi Janowi Pawłowi II. Mają one tak wątłe, tak słabe podstawy, że nie można ich nazwać inaczej niż insynuacjami.

Z bólem, przykrością, smutkiem, ze złością i bezsilnym oburzeniem wielu z nas obserwuje bezprecedensowy atak na pamięć o nieżyjącym od blisko dwóch dekad człowieku – naszym świętym Papieżu Janie Pawle II. Atak, z którego kolejną intensywną odsłoną mamy do czynienia w ostatnich dniach. Liczba filmów, komentarzy, liczba różnego rodzaju artykułów, tekstów długich i krótkich jest ogromna, każdy, kto chce to śledzić traci długie godziny na ich poznanie. W zalewie pseudonaukowej i pseudodziennikarskiej twórczości zaczyna umykać sedno sprawy i ma się wrażenie, że informacji jest dużo, że dowodów na nieprawość jest wiele, a lista zarzutów stale rośnie. Ale to tylko efekt zmasowanej nagonki i bezprecedensowego ataku na człowieka, który do życie zdecydowanej większości ludzi mu współczesnych wniósł wiele dobra, serca i mądrości, który przywracał godność i wartości pokoleniom udręczonym zbrodniami II wojny światowej, upokorzonym na wszelkie sposoby ideologią i realiami życia w krajach komunistycznych i totalitarnych, ludziom, którym na wiele sposobów pomagał wstawać z kolan.

Dlatego tak ważne jest by dzisiaj odłożyć na bok emocje, otrzeć cisnące się do oczu łzy i na zimno, z naukową dokładnością przyjrzeć się zarzutom, jakie wielkie media i stojący za nimi bogaci i wpływowi właściciele stawiają naszemu Papieżowi Janowi Pawłowi II. Mają one tak wątłe, tak słabe podstawy, że nie można ich nazwać inaczej niż insynuacjami. Bo gdyby zastosować logikę autorów tych ataków odbywających się pod hasłem „papież Polak krył pedofilię” to trzeba by uznać, że pedofilię wokół siebie kryli wszyscy ówcześni politycy, prezydenci państw i władze, które rządziły w poszczególnych krajach, a jest ona tak powszechnym zjawiskiem, że zapewne statystycznie praktycznie każdy jej doświadczył, a to przecież absurd. Nie dajmy sobie narzucić takiego myślenia.

Tym razem źródłem, które dostarczyło argumentów na zmasowany atak na pamięć Jana Pawła II są dwie publikacje – reportaż wyemitowany w telewizji TVN i książka holenderskiego autora wydana przez Agorę, koncern, który jest właścicielem m.in. „Gazety Wyborczej”.

Kilka zdań o autorze tej książki, bo wg mnie to bardzo ważne informacje, które pomagają odkryć mechanizm tej machiny do niszczenia Papieża, jaka jest teraz zastosowana . Autor tej książki, holenderski dziennikarz to ta sama osoba, która przed laty odkryła i namówiła niejakiego Marka Lisińskiego do założenia fundacji „Nie lękajcie się”. Fundacja ta była pierwszą organizacją mającą wspierać ofiary pedofilii w Kościele, a jej działalność od początku wspierały entuzjastycznie mainstreamowe media. Fundacji udało się zebrać setki tysięcy złotych, a dzięki dziwnym manipulacjom wspomniany szef tej fundacji spotkał się nawet z zapewne nieświadomym oszustwa Papieżem Franciszkiem, co miało go uwiarygodnić w oczach nas wszystkich. Wszyscy widzieli scenę, gdy Papież całuje rzekomą ofiarę w rękę, o czym natychmiast informowali w mediach społecznościowych, a potem tradycyjnych ci, którzy stali za tą wielką mistyfikacją.  Warto więc zauważyć, że w grudniu 2021 roku sąd w Łodzi uznał, że świadectwa molestowania przez księdza przedstawione przez Marka Lisińskiego są absolutnie niewiarygodne, a były prezes fundacji „Nie lękajcie się” kłamał także w sprawach finansowych. Sąd drugiej instancji całkowicie oddalił roszczenia tego byłego działacza na rzecz pokrzywdzonych w Kościele, który żądał od diecezji, parafii i oskarżonego księdza miliona zł. odszkodowania. Miał on nawet zapłacić ponad 11 tysięcy kosztów tego procesu.

Jaka jest dziś wiarygodność dziennikarza, który pomylił się co do wiarygodności osoby tego typu ?   Co już przed laty stało za rzekomą chęcią wykorzystania przez Holendra pogmatwanych losów naiwnego człowieka, który ośmielił się być twarzą ruchu, do którego nigdy nie powinien przystępować?  Gdy te sprawy wyszły na jaw, Holender zarzekał się, że od lat nie zajmuje się już tematem molestowania seksualnego w Kościele. Dziś widzimy, że zmienił zdanie. A może po raz kolejny mamy do czynienia z całkowitą nieprawdą, jak wtedy, gdy holenderski dziennikarz namawiał Lisińskiego do założenia fundacji i gdy ją promował?

Bardzo wymowne jest także to, że holenderski autor książki „Maxima culpa” całkowicie pomija zdanie swojego głównego oskarżonego, czyli po prostu Jana Pawła II.  Z metodologicznego punktu widzenia, gdy chce się stawiać tak śmiałe tezy pod hasłem „wiedział czy nie wiedział” o pedofilach konieczne jest skorzystanie   z powszechnie dostępnych źródeł, czyli dokumentów dzieł i wypowiedzi Karola Wojtyły/Jana Pawła II i opracowań na ten temat. Przecież Papież nie działał w próżni ani odosobnieniu. Pisał, mówił, robił i przekonywał publicznie. Piszą o tym setki osób na całym świecie. Ale jego działania i wypowiedzi przeczyłyby postawionej tezie, więc trzeba je pomijać. Zabiegany, bombardowany emocjonalnymi słowami i obrazami współczesny człowiek nawet się nie zorientuje, kiedy przyswoi myślenie takiego manipulatora, a resztę zrobią media społecznościowe i internet. Na takie nasze reakcje liczą autorzy tej obecnej nagonki na papieża.

Drugim poważnym zarzutem wobec tych obu publikacji o rzekomym tolerowaniu przez Jana Pawła II pedofilii jest absolutnie bezkrytyczne korzystanie z SB-eckich źródeł archiwalnych bez pokazywania kontekstu historycznego, bez próby weryfikacji ich prawdziwości i z całkowitą ignorancją kontrowersyjnych metod pozyskiwania informacji przez służbę bezpieczeństwa, a raczej urząd bezpieczeństwa, bo w większości przypadków sprawy, o których mówią atakujący Jana Pawła II to sprawy z naprawdę odległej przeszłości. Wystarczy wspomnieć oskarżenia pod adresem nieżyjącego od ponad 70 lat kardynała Sapiehy, o którego winie ma przesądzać świadectwo świadka już blisko 100 letniego i dokumenty bezpieki, wymuszane na brutalnie przesłuchiwanych księżach w latach 50-tych. Wiarygodność tych materiałów jest niewielka albo wręcz żadna, a na nich opierają swoje zarzuty osoby atakujące Jana Pawła II.

Dziś jednak fakty przestają mieć znaczenie, a w przestrzeni publicznej już pojawiają się żądania usuwania pomników Jana Pawła II, które  – co ważne – postawił tak skompromitowany polityk, jak Stefan Niesiołowski. Nie lekceważmy tych wszystkich sygnałów i bądźmy gotowi na obronę naszego Papieża Polaka, z którego dumny może być cały nasz naród. Nie damy się nabrać na te wszystkie podłości, w których tak ochoczo uczestniczą niektórzy „dziennikarze”. Nie robią tego z niewiedzy ani naiwności, zbyt długo wielu z nich działa na medialnym rynku, by posądzać ich wypowiedzi o brak namysłu. Ale im więcej będą atakować nasze świętości, tym bardziej aktywnie będziemy się temu przeciwstawiać. Nie damy sobie odebrać mądrości Jana Pawła II. Nie chodzi przecież o nas, tylko o nasze dzieci i wnuki. To im musimy zostawić normalny świat, w którym będą umiały odnaleźć dobro, a zło wskazać nazwać złem. Nas nauczył tego Jan Paweł II.  I tę jego naukę musimy ocalić bez względu na to, jak wściekłe są ataki jego przeciwników.

 

 

Zdrajca, czy… dobry wódz? – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o Edwardzie Śmigłym-Rydzu

11 marca 1886 r. urodził się Edward Śmigły-Rydz. W tym kontekście warto wrócić do  ataków na Naczelnego Wodza w związku z jego decyzją o opuszczeniu kraju we wrześniu 1939 r. Propaganda niemiecka nazywała go tchórzem. Kampanię oszczerstw kontynuowała po wojnie okupująca Polskę przestępcza grupa komunistów, twierdząc, że wyjeżdżając do Rumunii dopuścił się razem z „sanacyjną kliką” zdrady stanu.

Poglądy o zdradzie, tchórzostwie głosiła część antysanacyjnej opozycji, która utworzyła w Paryżu pierwszy emigracyjny rząd Władysława Sikorskiego. Atmosfera linczu wobec przedwrześniowych władz ułatwiła skazanie po wojnie wielu polskich patriotów z dekretu o „faszyzacji kraju i odpowiedzialności za klęskę wrześniową”.

Dowodził dobrze

Ale po kolei. W grudniu 1922 r. Józef Piłsudski napisał o Śmigłym-Rydzu: „…nie zawiódł mnie ani w jednym wypadku… pod względem mocy charakteru i woli stoi najwyżej pośród generałów polskich… jeden z moich kandydatów na Naczelnego Wodza”. Ówczesny, pierwszy Marszałek Polski miał jednak jedno istotne zastrzeżenie wobec przyszłego, drugiego Marszałka Polski: „nie jestem pewien jego zdolności operacyjnych w zakresie prac Naczelnego Wodza i mierzenia sił nie czysto wojskowych, lecz całego państwa, swego i nieprzyjacielskiego”.

W przeciwieństwie do PRL-owskich fałszerstw, odkłamywana w III RP historia jest wobec Śmigłego coraz bardziej łaskawa. Główna teza na jego obronę brzmi: we wrześniu 1939 r. dowodził dobrze. Stosując technikę manewru przedłużył opór polskiej armii. Późniejsza klęska Francji pokazała, że nie mieliśmy się czego wstydzić. Szef francuskiej misji wojskowej w Polsce, gen. Faury, porównując opór Polaków w 1939 r. i Francuzów w 1940 r. wykazywał, że Śmigły-Rydz lepiej prowadził wojnę, niż gen. Maurice Gamelin, francuski Wódz Naczelny. Z kolei gen. Herman Pokorny podkreślał „jak fachową i gruntowną pracę wykonały polskie dowództwa wojskowe z okresu przedwojennego – pracę, która w swej wzorowości może służyć za przykład każdej armii świata”.

Największy błąd

To wszystko nie oznacza, że we wrześniu nie popełniono błędów. Piłsudczyk płk Wacław Lipiński (krytyczny wobec przedwojennej polityki Rydza) w opracowaniu „Wojna polsko-niemiecka” napisał: „uniknięcie tych błędów i zaniedbań nie odmieniłoby stosunku sił gospodarczych i militarnych i nie odwróciłoby katastrofy…”.

Największym błędem było nieogłoszenie od razu stanu wojny z ZSRS. Słynna dyrektywa Śmigłego do wojska z 17 września 1939 r.: „Z bolszewikami nie walczyć, jeżeli nas nie zaatakują”, miała dalekosiężne skutki. Nie wzywała jednoznacznie do oporu przeciwko najeźdźcy a potem ograniczyła działania polskich władz. Gdyby Rzeczpospolita już od 17 września była w stanie wojny ze Związkiem Sowieckim, to po agresji Hitlera na swojego byłego sojusznika 22 czerwca 1941 r., rozmowy polsko-sowieckie musiałyby dotyczyć układu pokojowego. Dopiero potem można byłoby formułować koncepcje współpracy i działań sojuszniczych. Układ pokojowy wtedy zawarty (Hitler maszerował już na Moskwę) musiałby jednoznacznie odrzucić aneksje terytorialne Rosji z 1939 r., a nie – jak w układzie Sikorski-Majski (30 czerwca 1941 r.) – zawierać mgliste sformułowanie: „Rząd ZSRR uznaje, że traktaty sowiecko-niemieckie z 1939 r., dotyczące zmian terytorialnych w Polsce, utraciły swoją moc”. W zaistniałej sytuacji polski rząd nie mógł jednak wymóc na Stalinie, aby potępił zdradziecki najazd i zrezygnował z pretensji do naszych ziem.

Postawa władz RP w 1939 r. ułatwiła również sytuację Rumunii, która stwierdziła, że nie ma podstaw prawnych dla zadziałania sojuszu obronnego zawartego w 1921 r. z rządem polskim przeciw Rosji. Rumuni chcieli pójść jeszcze dalej – pod naciskiem III Rzeszy domagali się (całe szczęście bezskutecznie), aby po przekroczeniu granicy polskie władze zrzekły się swych konstytucyjnych uprawnień, a więc podały do dymisji.

Jerzy Łojek w „Agresji 17 września 1939” pisze, że deklaracja rządu, mówiąca o zaistnieniu stanu wojny z drugim najeźdźcą była konieczna: „Wyjaśniłaby rolę ZSRR wobec Niemiec całej światowej opinii publicznej, a to ogromnie utrudniłoby później rządom Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych szukanie porozumienia ze Związkiem Radzieckim za tzw. wszelką cenę. (..) Być może losy Polski w Drugiej Wojnie Światowej wyglądałyby wtedy inaczej”.

Umarł za życia

18 września 1939 r., około godziny 4, Edward Śmigły-Rydz przekroczył graniczny most z Rumunią na Czeremoszu. Podobno do końca wahał się, rozważał możliwości przedzierania się do walczących. Podczas ostatniej odprawy w Kutach miał powiedzieć do Ignacego Mościckiego: „A więc, Panie Prezydencie, jak umówiliśmy się – ja zostaję z wojskiem”. Już po przejściu granicy chciał wrócić do kraju, ale jego otoczenie – zarówno politycy, jak i wojskowi, nalegali na szybki wyjazd do Francji. Nikt nie przypuszczał, że za chwilę zostaną internowani, że wpadną w „rumuńską pułapkę”.

We wspomnieniach Śmigły-Rydz zapisał:

„Dnia 17 września znalazłem się w sytuacji, w której o jakimkolwiek dowodzeniu nie mogło być mowy. Postanowiłem, mając przy tym zapewnienie rumuńskie, przedostać się do Francji, lub Anglii… Nie było dla mnie rzeczy łatwiejszej, jak znaleźć śmierć w drodze z Kosowa ku granicy. Nie było nic łatwiejszego, jak udać się do któregoś z najbliższych oddziałów czy też samolotem do oblężonej Warszawy lub grupy Kutno, lecz gdy (…) pomyślałem, kto będzie tę wojnę polską nadal prowadził i sprawy polskiej bronił nie tylko wobec nieprzyjaciela, lecz i wobec Sprzymierzonych – postanowiłem nie ulec sentymentom osobistym, łatwym do wykonania i prowadzić walkę nadal …”.

Marszałek Senatu Bogusław Miedziński, który nota bene proponował, aby władze przeszły do Rumunii w ostatniej chwili, ostrzeliwując się przed nieprzyjacielem na Czeremoszu, tak ocenił decyzję Marszałka: „Gdyby umarł, to by żył; wobec tego, że żyje – umarł”.

„Droit de passage”

Czy Naczelny Wódz mógł liczyć na przedostanie się do Francji? „Droit de passage”, czyli prawo tranzytu przez Rumunię, miały tylko cywilne władze II RP. Ale internowanie obcego wojska przez kraj neutralny, jakim była wówczas Rumunia, było zgodne z konwencją haską z 1906 r. Tymczasem zatrzymano nawet, całkowicie bezprawnie, prezydenta i rząd. Faktem jest jednak, że wielu wojskowym udało się wydostać z Rumunii. Generał Władysław Sikorski np. przekroczył granicę na Czeremoszu półtorej godziny po Marszałku, ale nie został internowany. Po kilku spotkaniach z przedstawicielami francuskich władz politycznych i wojskowych, które popierały internowanie polskiego rządu, przyjął propozycję tworzenia polskiej armii i rządu we Francji. Podobnie po stronie Sikorskiego stanęła również ambasada polska w Bukareszcie.

Śmigły pisze dalej: „Na decyzję moją [wyjazdu z kraju] wpłynęło poza tym to, że otrzymałem informację, iż pewna grupa weszła w pertraktacje z niektórymi politycznymi i wojskowymi czynnikami francuskimi, by – wykorzystując nieuniknioną porażkę Polski – dojść za cenę tak właściwego tym czynnikom oportunizmu politycznego do zrzeczenia się praw do całego szeregu zobowiązań – do opanowania władzy i przeprowadzenia porachunków politycznych… ”.

Wiadomo, że Sikorski miał żal do sanacyjnych polityków. Odsunięty od władzy po przewrocie majowym, nie został również zmobilizowany we wrześniu 1939 r. Na kilkakrotne prośby Śmigłego-Rydza o jakikolwiek przydział, Marszałek odpowiadał, że chwilowo nie ma takich możliwości, ale polecił zgłosić się do dyspozycji we Francji.

Brutalna ingerencja

Śmigłego-Rydza przetrzymywano najpierw w Craiowej (daleki, południowo-zachodni zakątek Rumunii), a potem w małej miejscowości na południu Karpat. W listopadzie 1939 r., pod wpływem nacisków urzędującego już premiera Władysława Sikorskiego, musiał zrzec się funkcji Naczelnego Wodza (choć w ówczesnej sytuacji nie było to konieczne). Wprawdzie sytuacja była niezwykła, ale Sikorski zdecydował się tworzyć rząd w momencie, kiedy legalne władze cały czas istniały, co nosiło znamiona zamachu stanu. Nowa ekipa rządowa, w emigracyjnych warunkach, rozpoczynała rozprawę z sanacją (powoływano komisje do wykrycia winnych klęski wrześniowej, składano wnioski o ich rozliczenie, z pozbawieniem obywatelstwa i postawieniem przed sądem włącznie, zamykano sanatorów w obozach na terenie Francji i Anglii, nie interweniowano w sprawie internowanych w Rumunii).

Można oczywiście twierdzić, że zmiana ekipy rządzącej odbyła się zgodnie z normami konstytucyjnymi. Ponieważ internowane władze polskie nie mogły pełnić swoich obowiązków, musiały podać się do dymisji. Na mocy konstytucji prezydent miał prawo wyznaczyć swego następcę. Początkowo mianował jednak nie Władysława Raczkiewicza, ale gen. Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego (wcześniej – od 1 września – obowiązki następcy pełnił Śmigły-Rydz), ale pod wpływem opozycji skupionej wokół Sikorskiego, nie zgodzili się na niego Francuzi. Była to brutalna ingerencja w nasze sprawy wewnętrzne, pogwałcenie prawa międzynarodowego. Z kolei najstarszym rangą generałem służby czynnej, który powinien objąć zwierzchnictwo nad polskim wojskiem na Zachodzie był Kazimierz Sosnkowski, ale Władysław Sikorski nie przekazał mu władzy. Naczelnym Wodzem został on dopiero po tragedii w Gibraltarze.

Ciągłość państwa

 Z Rumunii Śmigły-Rydz uciekł na Węgry, a w październiku 1941 r. przedostał się do okupowanego kraju. Wrócił dlatego, aby dalej walczyć. Ale to już inna historia. W tym tekście najważniejsze jest co innego. Niezależnie od oceny Władysława Sikorskiego i sposobu przejęcia przez niego władzy, gabinet, którym kierował, był w pełni legalnym reprezentantem polskich interesów wobec państw sojuszniczych i całego świata. Umożliwiła to właśnie decyzja władz II RP i Naczelnego Wodza Edwarda Śmigłego-Rydza o opuszczeniu kraju 18 września 1939 r. Rząd londyński przez 50 lat stał jednoznacznie na straży niepodległości Polski, podważając układy jałtańskie, a w końcu w 1990 r. przekazał insygnia władzy prezydentowi Wałęsie. Dzięki „sanacyjnej klice” ciągłość państwa została zachowana.

 

HUBERT BEKRYCHT: Oszczercy Jana Pawła II, spróbujcie tego w Azji!

Chrześcijaństwo w Azji od lat zmaga się z prześladowaniami. Podpalenia kościołów, nękanie wiernych, coraz częściej dotkliwe ich pobicia, czy morderstwa a nawet krwawe pogromy – to, niestety gorzki powszedni chleb Pański w tej części świata. W różnym stopniu wyznawcy Chrystusa są represjonowani w różnych krajach, szczególnie na południu największego na planecie kontynentu. W najliczniejszej demokracji parlamentarnej świata – Indiach, gdzie również dochodzi do prześladowań, ale władze rządowe i lokalne próbują walczyć z represjami, chrześcijanie nie chcą, więc uwierzyć, że bardzo szanowanego tu papieża – pielgrzyma, Jana Pawła II szkaluje się bezpodstawnie w kraju skąd pochodzi Święty. „Tutaj nikt nie będzie usuwał albo niszczył pomników Jopo” – zapewnia wskazując na pomnik papieża z Polski dozorca archikatedry pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusowego w stolicy Indii New Delhi.

 

Pomimo natychmiastowej zgody na rozmowę sprzątający dziedziniec przed archikatedrą przy Ashok Place w Delhi, prosi, aby nie podawać nawet jego imienia (nazwałem go, zatem Dewan). Dozorca nie ma teraz wiele pracy, zimą (od listopada do marca, kiedy temperatury najczęściej nie przekraczają w stolicy 27 stopni, chociaż bywają dużo cieplejsze a nawet gorętsze wyjątki) w dzień powszedni ludzi jest mniej a msze tylko trzy. Więcej wiernych jest oczywiście w niedzielę.

Wówczas odprawianych jest aż siedem mszy, najwięcej, bo aż cztery po angielsku, dwie w hindi i jedna w malajam, czyli w języku drawidyjskim, gdzie jest wiele elementów tamilskiego.

Oszczerstwa wobec tego, który zmienił świat

Dewan przerywa pracę i nie wierzy, że w Polsce, kraju Jana Pawła II – Jopo (John Paul mówione bardzo szybko) – jak niektórzy delhijczycy nazywają naszego papieża – jest tyle osób, którzy kłamią i rzucają oszczerstwa szkalując Świętego.

„Jeśli rzeczywiście tak jest, to są głupi. Spróbuj u nas obrazić pamięć Gandhiego, niezależnie od wyznania, byłoby to jednocześnie szkalowanie kraju” – powiedział Dewan. „Tutaj nikt nie będzie usuwał albo niszczył pomników Jopo! U was te oszczerstwa to uwikłanie w walkę polityczną, kłamstwa i kalanie świętości wybitnego duchownego” – złości się sprzątacz przed katedrą.

„Nie wierzę w te zarzuty, zresztą dawno to wszystko wyjaśniono, teraz pewnie to kolejna fala pomówień po coraz śmielszych prześladowaniach chrześcijan także w Europie. U was pustoszeją teraz kościoły, jeszcze nie ma krwawych pogromów, ale jeśli nie szanuje się autorytetów…” – zastanawia się Dewan a ja, po tych słowach, zastanawiam się czy mój rozmówca jest rzeczywiście sprzątaczem, dozorcą? Może to ksiądz? Kościelny? Pytam o to, ale nie odpowiada. Śmieje się perliście pokazując dentystycznie białe zęby. Nie pozwala zrobić sobie na koniec zdjęcia. „Jemu zrób, bo on jest bohaterem, przyjechał tu i widział naszą biedę. Może to nasz Jopo zmienił świat. I Indie” – dodaje „Powiedz tam u siebie, że my katolicy z Indii nie damy obrażać Ojca Świętego Jana Pawła II” – podkreślił Dewan.

Japo good man

Przed katedrą siedzi kilka kobiet w tradycyjnych strojach. Niestety ich hindish jest tak mało dla mnie wyraźny, że słyszę tylko zapewnienia o tym, iż również „wierzą”. Wskazują jednak wyraźnie na katedrę i na pomnik papieża. Nie rozumieją, o co pytam. Zresztą, chyba i tak nie uwierzyłyby, że ktoś w kraju urodzenia Japo bruździ papieżowi ubogich, jak delhijczycy także nazywają Jana Pawła II. W miarę wyraźnie słyszę tylko: „Jopo good, Jopo holly man (Jopo dobry, święty człowiek)”. Nie mam pewności, czy to chrześcijanki, bo stroje są hinduskie, ale nie ma to dla mnie żadnego znaczenia.

Niedaleko archikatedry jest świątynia sikhijska. Jest jeszcze przed południem jest tam tłoczno. W skupieniu i modlitwie przemierzają teren gurudwary. Mężczyźni w charakterystycznych turbanach, kobiety we wzorzystych rozmaitego typu okryciach. Sporo dzieci.

Strażnik w pomarańczowym turbanie z groźnie wyglądającą włócznią pyta mnie, czy chcę wejść. Odpowiadam, że dopiero przyjechałem i może innym razem, bo przecież „tylu tu waszych wiernych, nie chcę przeszkadzać”. Odpowiedział komplementami o dobrym wychowaniu albo nazwał mnie dobrym człowiekiem – nie zrozumiałem. Strażnik jest miły, więc wpadam na pomysł i pytam, czy wie, kto to św. Jan Paweł II. „To święty człowiek z Europy. Był w Indiach” – odpowiada lekko dotknięty, że posądzam go o niewiedzę i zapewnia mnie, że jest dobrze wykształcony.

 

Kiedy już skończyłem opowieść o tym, jak obrażany jest papież Polak w swym kraju, strażnik wyglądał na zdziwionego, ale widać, że nie chciał o razu odpowiadać. Po kilku sekundach odrzekł, że jego religia to religia tolerancji. „Jeśli jesteś rzeczywiście pobożnym Sikhem nic złego nie zrobisz inaczej się modlącym” – powiedział a ja nie spodziewałem się zresztą innej odpowiedzi, bo wiara w Indiach to dosyć złożona materia.

Po chwili jednak człowiek w pomarańczowym turbanie mówi trochę ciszej. „Bardzo to dziwne, że ktoś nie szanuje swojej religii i tradycji. Chyba taka tradycja szybko zginie (powiedział ‘umrze’) „ – zakończył.

Nie wiem, czy wszystko dobrze zrozumiałem, ale większość z tych dosyć chaotycznie przeprowadzonych rozmów była po prostu bardzo budująca. Nie wiem na pewno, czy wszyscy mówili szczerze, nie znam na tyle Indii, bo jestem tu zaledwie kilka dni. Dowiedziałem się jednak o tym kraju jednego. Większość ludzi uważa tu, że jeśli w coś głęboko wierzysz, nie jesteś w stanie o tym myśleć źle.

W Polsce trwa kampania opozycyjnych oskarżeń sfabrykowanymi esbeckimi papierami wobec człowieka, który już nie może się obronić. Wierzę jednak, że ci, którzy to robią kiedyś przynajmniej zrozumieją istotę swego parszywego zachowania.

Gęstniejący sos pomówień wcześniej, czy później wyparuje. Zostanie jednak tak wykpiwana tolerancja środowisk konserwatywnych i nasza obrona Świętego Człowieka, zwyczajnego człowieka, który cieszy się szacunkiem nawet w dalekiej Azji a w swoim kraju, z którym związki zawsze papież podkreślał, jest szkalowany w imię jakiś kilkudziesięciu mandatów w parlamencie. Bo tyle zdobędzie jesienią opozycja po tej oszczerczej kampanii.

A oszczercy… No cóż, są odważni tylko chowając się za immunitetem i w Internecie. Oszczercy Jana Pawła II, spróbujcie tak się zachować w Azji, na przykład przed delhijską archikatedrą lub kilka kroków dalej przed sikhijską świątynią. I niech Pan Bóg ma was w swojej opiece…

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Orkiestra trupojadów

Nie żyje chłopiec. Wbrew medialnej kotłowaninie, niewiele wiadomo na temat jego śmierci. Wiadomo na pewno, że spotkały go rzeczy straszne, które nie powinny go spotkać. Trzeba się za niego modlić. Modlić się za jego rodzinę. I to w zasadzie powinien być koniec tego felietonu.

Niestety, choć naiwnie liczyłem w tym zakresie na jakieś opamiętanie, nie może być, ponieważ chór w orkiestrze trupojadów, który wyje od kilku już dni, wymaga reakcji, zanim doprowadzi do kolejnej tragedii. A jest coś demonicznego w tej próbie przekierowania winy z „pedofila z Platformy” na dziennikarza, który ujawnił sprawę.

Tomasz Duklanowski

Zacznijmy od tego, że Tomasz Duklanowski nie ujawnił danych ofiar pedofila z Platformy (aktywisty LGBT, pełnomocnika zachodniopomorskiego marszałka Olgierda Geblewicza – dziś „moralnie” uniesionego pół metra nad ziemią – i męża zaufania Rafała Trzaskowskiego) oprócz tego, że napisał, że chodzi o „dzieci znanej parlamentarzystki” i podał ich wiek w czasie kiedy spotkało je zło. Z tym, że tego samego dnia portal Tomasza Lisa NaTemat pisał o pedofilu – „jego ofiarami padły dzieci znanej parlamentarzystki”, również Interia pisała o „dzieciach znanej parlamentarzystki”, Gazeta.pl pisała o „rodzeństwie, które było pod opieką Krzysztofa F.”. Następnego dnia rano na antenie TVP Info poseł Platformy Piotr Borys mówił już nawet – „To są dzieci jednej z naszych członkiń, Platformy Obywatelskiej”. To tylko taka krótka kwerenda. Na pewno byli też inni, w tym ci, którzy dziś chcą uchodzić za sędziów w sprawie.

Zresztą publikacje nt. pedofilii w Kościele, bywa że idą dalej, np. Uwaga TVN: „Bytom. Zakonnik molestował ministrantów” ze szczegółami moim zdaniem pozwalającymi ustalić parafię. W materiale wypowiadają się ofiary, to oczywiście wskazuje, że chcą publikacji, ale czy wszystkie? I czy wszystkie są już dorosłe? A w materiale mowa również o próbach samobójczych.

Owszem, można dyskutować czy Tomasz Duklanowski zachował wystarczająca ostrożność by ofiary chronić. Z całą pewnością dobro ofiary powinno być tutaj najwyższym imperatywem. Jeśli jednak uznamy, że Tomasz Duklanowski nie dochował wystarczającej ostrożności, to dlaczego wulgarnej fali hejtu i pohukiwaniu „strażników moralności” nie podlegają inni nieostrożni?

Jedną z odpowiedzi, które przychodzą mi do głowy jest ta, że „głównym grzechem” Tomasza Duklanowskiego dla „wiodących mediów” i najważniejszych polityków opozycji, nie jest to, że „ujawnił dane” ofiary, tylko to, że podał informację na temat afiliacji politycznych pedofila. „Wiodące media” i „oświeceni politycy” uważają najwyraźniej, że jedynymi przypadkami pedofilii, które warto ujawniać, są przypadki, którymi można uderzyć w Kościół. Inne się nie nadają. Jeśli nie da się powiązać pedofilii z Kościołem, to „po co komu taka pedofilia”.

Orkiestra

Inną z odpowiedzi jest myśl, która u mnie samego wywołuje ciarki obrzydzenia. Wydaje mi się bowiem, że oto możemy mieć do czynienia z upiornym startem kampanii wyborczej Platformy Obywatelskiej. Zwróćcie uwagę na tę zadziwiająco zbieżną czasowo orkiestrę, która w ciągu kilku dni uderzyła nieprawdopodobną kakofonią pozornie nieskoordynowanych linii melodycznych.

W głównej linii słychać wycie watahy internetowych trupojadów (od miesięcy zastanawialiśmy się co to za masa dziwnych kont z niewieloma obserwującymi, cyferkami w nazwach, czy udających obcokrajowców, no to już wiemy), które zdaje się, że ruszyły pociągając nogami niczym w „Walking Dead”, gryząc i bełkocząc niezrozumiale, wydaje się, że na sygnał rzucony przez Donalda Tuska. Odrażające słowa o „podludziach”, groźby przemocy, życzenia śmierci. Starannie pomijające kwestię winy pedofila z Platformy. Jedni odrażająco cynicznie, inni głupio i bezmyślnie. Metody pożywania się na śmierci zostały już przecież wcześniej przećwiczone, po śmierci Pawła Adamowicza, po śmierci chorego na depresję Piotra Szczęsnego, po śmierci Izabeli z Pszczyny… Całe to stado goni przodem popychane przez najważniejszych dziennikarzy „wiodących mediów” na co dzień pouczających o „standardach” i konieczności „walki z mową nienawiści” i liderów politycznych dopiero co wzywających „żeby nienawiść nie zatruła naszych serc”.

Jednak to przecież nie jedyna trupia melodia w tym czasie. Mniej więcej wtedy przecież miała miejsce „wystawa” Ochojskiej w Brukseli i „raport Grupy Granica” o „ciałach w lesie” przy granicy z Białorusią. A niedługo później artykuł w niemieckim Tageszeitung rzucający w twarz polskim funkcjonariuszom, że „są mordercami”. Oczywiście ani słowa o tym, że do tragedii, jakie spotykają płacących duże pieniądze za „podróż” nielegalnych imigrantów (nie uchodźców) przyczyniają się właśnie ci, którzy zajmują się udrożnianiem kanału przemytu ludzi przez przemytników i służby Łukaszenki. Jeśli ktoś widzi podobieństwa tego przekazu do przekazu rosyjskiej i białoruskiej propagandy, to być może się nie myli. A obecność niemieckich brzmień, tylko pozornie może tu wprowadzać w błąd.

Mało?

Kolejny akord. Uderzenie w Jana Pawła II z odgłosami dobiegającymi zza granicy. „Ustalenia holenderskiego dziennikarza” (wiadomo, co holenderski to nie polski). Przypadkiem jednocześnie publikującego na łamach Wyborczej i lansującego się w mediach u boku Marka Lisińskiego, oszusta, w przypadku którego sąd uznał, że kłamał kiedy mówił, że był molestowany przez księdza. Oszusta wcześniej promowanego przez Tomasza Sekielskiego, Joannę Scheuring-Wielgus i Agatę Diduszko-Zyglewską, które go nawet Ojcu Świętemu pojechały pokazać i któremu Ojciec Święty ręce całował. Promotorzy nadal dzielnie walczą na odcinku, a „holenderski dziennikarz” do uderzania w Jana Pawła II używa np. donosów współpracującego z UB księdza-uchola.

Mało? No to jeszcze na deser kolejna publikacja należącego do Ringier Axel Springer Onetu, który rękoma Marina Wyrwała i Edyty Żemły znowu uderza w chwalony na Ukrainie karabinek „Grot”. Melodia wielokrotnie wyśmiana już przez ekspertów i internautów, ale co tam, w orkiestrze wszystko się przyda, a może i tej strasznej Polsce w jakimś istotnym segmencie zaszkodzi.

Gdzieś w tle jeszcze falset ambasadora Niemiec, który straszy w jednako należącym do Ringier Axel Springer „Newsweeku”, że „pomysł, iż Polska mogłaby spożytkować swoje pięć minut na politykę prowadzoną przeciwko Niemcom, jest karkołomny”.

Trupojadom

No więc jeżeli coś miałbym wyjącym trupojadom, które podobno nawet na niego czekają, za pośrednictwem tego tekstu przekazać to to, że jeśli chodzi o mnie, to Wasze kłamstwa na temat mojego rzekomego „udziału w aferze” i szczucie nie robią na mnie wrażenia. Więksi od Was się na mnie zasadzali. Być może nawet kiedyś mnie dopadną. Ale nie teraz i nie Wy. Latacie mi pod ogonem. Najwyżej zbanuję kilka tysięcy dziwnych profili i będziecie musieli na farmie zakładać nowe. To, że nie umiecie przeczytać tekstu, którego fragment screena podajecie, to wyraz Waszej ułomności, nie mojej. A w tekście, w którym pisałem, że nie zgadzam się z opinią Tomasza Terlikowskiego nt. sprawy pedofila z Platformy, nie zmieniłbym ani przecinka, nadal się nie zgadzam.

Jeśli tylko mogę coś doradzić, to zastanówcie się jak ma się Wasze hasło #SzczucieZabija, do tej fali szczucia jaką z udziałem największych „autorytetów” urządziliście młodemu człowiekowi, Oskarowi Szafarowiczowi. Ja tweetów dotyczących matki ofiary pedofila takich jak Oskar bym nie napisał (a pisał, warto dodać, przed informacją o śmierci syna), ale on ma 20 lat a ja prawie 50 i jak to się ma do tego, że urządzacie mu dokładnie taki festiwal szczucia, o jaki oskarżacie innych? Myślicie, że tego nie widać? A jeśli doprowadzicie do tragedii? Poczujecie satysfakcję?

I jak sądzicie, dobrze „wystartowaliście z kampanią”, szczególnie biorąc pod uwagę Wasze rzygowiny w kierunku Jana Pawła II, czy też może ZNOWU wywołaliście efekt odwrotny do zamierzonego?

„Prawym”

Żeby nie było zbyt łatwo. Szanowni koledzy „z prawej”, którzy postanowiliście odpowiedzieć pięknym za nadobne, naprawdę uważacie, że zejście do poziomu „trupojadów” to dobry pomysł, czy raczej metoda na powiedzenie „jesteśmy tacy jak oni”? Ja bym jednak wolał żebyśmy byli lepsi, ale w tym celu musielibyśmy np. nie jechać po matce niedługo po śmierci syna, choćby i jako matka miała grzechy. Czy pośród nas jest ktoś bezgrzeszny?

I jeszcze jedno. Jak myślicie, po co ta orkiestra dziwnie pobrzmiewająca melodiami rosyjskimi i niemieckimi gra? No tak, pewnie dla Platformy, która ma „uwolnić od kłopotu”, ale też po to żeby tą naszą polską łódką, szczególnie w tych „ciekawych czasach”, bujać jak najmocniej. A nuż nabierze wody.

Czy w tej sytuacji w naszym polskim interesie jest bujać nią jeszcze bardziej?

 

Dać kopa – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Pani Redaktor Elżbieta Jaworowicz to urodziwa dama, pracowita i skuteczna w działaniu. Co zrobić jeśli taka powszechnie lubiana osoba nagle daje kopa – dosłownie – komuś powszechnie uznawanemu za osobnika wyjątkowo paskudnego.

Dama co tydzień przez kilkadziesiąt minut broni różnych biednych ludzi, którym poplątały się życiorysy lub goni ich pan – wójt – pleban. Jest w tym działaniu odważna, rzetelna przy zbieraniu dokumentacji i profesjonalna (dobra dykcja, aparycja). Ma ładne nogi, miły uśmiech i buzię. Zupełnie się nie zmieniła – tak mi się wydaje – od wizerunku, który mam w pamięci jeszcze z roku 1972, gdy poznałem Ją w czasie pełnienia obowiązków reporterskich. Obsługiwaliśmy dziennikarsko festiwal młodzieży w Berlinie. Ja wysłany byłem przez „Szandar Młodych”, a Elka (wtedy dla mnie to była Elka) chyba przez Polskie Radio.

No i co teraz robić z tym kopem? Przecież kopać nawet psa nie należy.  Ale przecież każdy ma w sobie  delikatne struny i czasem trudno się powstrzymać od spontanicznej reakcji. Czy Pani Redaktor przeprosi obywatela znieważonego – wątpię.  Sam bym też tego nie zrobił. Czy zostanie zamknięta w więzieniu – też wątpię. Chociaż współwięźniowie by się ucieszyli bo mogłaby  im  pośpiewać jako wykształcona śpiewaczka z bardzo ładnym głosem. W sumie mamy ciekawostkę – powiedzmy – „przyrodniczą”. Co ma być, będzie.

Kilka lat temu mój przyjaciel Polak z zagranicy – wzruszył  się programem „Sprawa dla reportera”, w którym był temat o staruszkach powodzianach biedujących bardzo i okrutnie zmarzniętych. Nasz rodak postanowił pomóc. Z redaktorem Piecuchem z „Gazety Wyborczej” pojechaliśmy do powodzian znad Wisły i zawieźliśmy  5000 złotych od darczyńcy. Bardzo im te pieniądze były potrzebne. Ale to oczywiście była zasługa Elżbiety Jaworowicz.

Studyjna drużyna Pani Redaktor jest zróżnicowana i się zmienia. Gdy jeden z Jej współpracowników karygodnie zaniedbał przyjęte obowiązki z hukiem z tego zespołu wyleciał. Mało. Dowiedziała się o tym cała Polska bo Pani Redaktor nie bała się całej prawdy opowiedzieć. Obciążało to Ją trochę, bo niewłaściwie dobrała sobie współpracownika. Myślę, że wielu tzw. redaktorów nie zdobyłoby się na to, by przed wielomilionową publicznością faktycznie przyznać się do błędu.

Są „Sprawy dla reportera” wzruszające i artystyczne. Oto maleńka dziewczynka Amelka uratowana z palącej Ukrainy pięknie śpiewa i mądrze  mówi w studio o swojej mordowanej Ojczyźnie. Jaworowicz cały program poświęca Ukrainie. Ludzie przed telewizorami płaczą. Bo Ona robi to zupełnie inaczej. O zagrożonych i cierpiących mówi do ludzi przeciętnych, zwykłych, rozmawia a nie powtarza tylko teksty, które wszyscy słyszymy.

„Sprawa dla reportera” to już instytucja. Program przetrwał wiele prezesów telewizji. Nikt nie podważa zasług tej placówki broniącej ludzi. Szkoda, że występująca w nim jedna z niewielu chyba pracujących senatorów pani senator Lidia Staroń – aktywna i wiarygodna nie została obdarowana stanowiskiem Rzecznika Praw Obywatelskich.

Kobiety w ataku. Na polach wszelkich. Okazują się bardziej skuteczne niż zniewieściali mężczyźni, którym przydałaby się obowiązkowa służba wojskowa. Salut Pani Elżbieto!

Piszę to 8 marca. I biegnę po kwiaty dla mojej pięknej żony która się od 58 lat ze mną męczy.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Polityka zaszkodzi językowi rosyjskiemu

Prezydent Rosji Władimir Putin podpisał nową ustawę o czystości języka rosyjskiego. Zabrania ona używania obcych słów, z wyjątkiem tych, które nie mają odpowiedników w języku rosyjskim. Powodem wprowadzenia nowych przepisów nie jest jednak rzeczywista troska o język tylko chęć jego upolitycznienia.   

Ustawa przyjęta przez Dumę Państwową ma na celu „ochronę języka rosyjskiego przed nadmiernym używaniem obcych słów”. Dokument doprecyzowuje listę dziedzin działalności człowieka, w których obowiązkowy jest tylko język rosyjski i to bez użycia obcych słów. Obszary te obejmują instytucje edukacyjne, struktury usług publicznych, oficjalną korespondencję organizacji wszystkich form własności z ludnością, rejestrację adresów przy wysyłaniu listów, paczek i telegramów, instrukcje dla konsumentów towarów. W szczególności, zgodnie z prawem, niedopuszczalne jest używanie wyrazów obcych w mediach, reklamie, działalności kin i druku. Inicjatywa wprowadza również dystrybucję słowników normatywnych, gramatyk normatywnych i przewodników normatywnych, które stają się obowiązkowe dla wszystkich nadawców. Rząd zatwierdzi katalogi na podstawie wniosków komisji ds. języka rosyjskiego.

W rzeczywistości ustawa ta odda dla języka rosyjskiego „niedźwiedzią przysługę”, jak powiedzieliby sami Rosjanie, to znaczy tylko mu zaszkodzi. Jest na to wiele dowodów, najważniejszy to taki, że nowe przepisy zatrzymają dalszy rozwój języka rosyjskiego. Filolodzy wiedzą, że każdy język rozwija się między innymi poprzez zapożyczanie nowych słów z innych języków. A także tworząc nowe słowa na podstawie obcych. Nazywa się je neologizmami. Zakaz używania obcych słów oznacza zatrzymanie rozwoju języka.

Z drugiej strony żaden żyjący i rozwijający się język nie jest w stanie pozbyć się obcych słów. Sam język rosyjski składa się dziś w 80 procentach ze słów pochodzenia obcego, a tylko 20 procent stanowią specyficznie rosyjskie. Większość zapożyczonych słów należy do języka tatarskiego, wiele do łaciny, francuskiego, angielskiego, niemieckiego i innych. Co by się stało gdyby 80 procent słownictwa zostało wyrzucone z języka?

Dlaczego pomimo tego Rosja przyjęła taką ustawę? Powodem nie była troska o sam język, ale nadanie mu znaczenia politycznego. Z jednej strony Rosja uważa, że walczy o prawa i czystość języka rosyjskiego na Białorusi, w Mołdawii, a tym bardziej w Ukrainie, którą oskarża o rzekome prześladowanie i zakaz używania tam języka rosyjskiego, chociaż w rzeczywistości tak nie jest. Z drugiej strony to ci Rosjanie, którzy z powodów politycznych walczą o czystość i prawa języka rosyjskiego, sami bardzo słabo nim władają. Co tu ukrywać – język samego Władimira Putina jest daleki od doskonałości, zarówno pod względem słownictwa, jak i ortografii. Ustawa ma więc znaczenie wyłącznie polityczne, a nie filologiczne.

W rzeczywistości przez wiele stuleci nikt w Imperium Rosyjskim nie uważał języka rosyjskiego za wartościowy, uważano go za słabo rozwinięty i niegodny „wyższego” świata. Car Piotr I preferował język niemiecki i holenderski, ponieważ w tych językach nauczył się budować statki. Od XVII do XX wieku cała szlachta od najmłodszych lat uczyła się języka francuskiego, a warstwy wyższe także niemieckiego i angielskiego. Rosyjscy carowie od Aleksandra I do Mikołaja II rozmawiali w domu z żonami i dziećmi po francusku. W Liceum Carskim Siole, głównej instytucji edukacyjnej Rosji w tym czasie, studiowano głównie języki europejskie. Dekabryści pisali swoje traktaty po francusku. Aleksander Puszkin, nazywany twórcą literackiego języka rosyjskiego, pisał nawet listy intymne i miłosne po francusku. Tak więc jeszcze przed XIX wiekiem język rosyjski był szorstki, chłopski, pełen idiomów i przestarzały. Panie z wyższych sfer często nie potrafiły nawet zrozumieć „języka ludu”.

Na archaizm języka rosyjskiego zwrócono uwagę dopiero wtedy, gdy rozpoczął się zaciekły spór między tymi, którzy uważali, że Rosjanie powinni przede wszystkim kochać swój kraj i wyrzekać się wszystkiego, co europejskie a „ludźmi Zachodu”, broniącymi stanowiska, że Rosja powinna się uczyć od Europejczyków i zapożyczać doświadczenia światowe. Wtedy zauważono, że język ma znaczenie polityczne. To świetny znak rozpoznawczy: jeśli mówisz po rosyjsku, jesteś rusofilem, jeśli nie mówisz po rosyjsku, jesteś rusofobem. Ale żeby nie wstydzić się archaiczności języka rosyjskiego, Michaił Łomonosow i Aleksander Puszkin zaczęli rozwijać go zapożyczając nowe słowa, a Władimir Dal podjął się opracowania normatywnego słownika języka rosyjskiego. Stworzył go w taki sposób, że brakujące słowa zapożyczył z innych języków europejskich, dostosowując je do rosyjskiego stylu. Tak więc znany „Słownik Dala”, główny dla Rosjan, składa się w 80 procentach z zapożyczonych słów. I wtedy nikogo to nie dziwiło ani nie martwiło, inaczej niż teraz..