WOŁODYMYR SYDORENKO: Statystki pokazują jak okupacyjne władze Krymu zwalczają Ukraińców

Okupacyjne władze rosyjskie przeprowadziły kolejny spis ludności na Krymie. Jak donoszą miejscowe media, jego wyniki pokazały, że liczba osób uważających się za Ukraińców na Krymie zmniejszyła się o połowę w ciągu siedmiu lat okupacji od 2014 do 2021 roku. Jak to się mogło stać? Gdzie podziała się połowa Ukraińców? Jak zmieniła się struktura ludności na półwyspie?

Według opublikowanych wyników spisu w 2021 roku Rosjanie stanowili 72,9 proc. ludności półwyspu, podczas gdy w 2014 roku było ich 65,2 proc., a według ukraińskiego spisu przeprowadzonego przed okupacją – 56 proc. I ta druga liczba jest bardziej prawdopodobna. Na drugim miejscu uplasowali się Tatarzy Krymscy, których teraz jest 14,1 proc., a w 2014 roku było 12,6 proc..

Uderzająca jest dynamika liczby Ukraińców na Krymie. Według rosyjskich spisów powszechnych w 2014 roku 16 proc. respondentów określiło się jako Ukraińcy, a w 2021 roku już tylko 8,2 proc. Rosyjskie statystyki za 2014 r. są manipulacją, bo ukraińskie spisy powszechne wykazały, że na Krymie mieszka co najmniej 25 proc. Ukraińców, którzy szczególnie aktywnie zaludniali półwysep po 1954 r., przyjechali budować Kanał Północnokrymski, fabryki, uczyć dzieci, pracować w szpitalach i w placówkach kulturalnych. A teraz jest ich tylko 8,2 proc.? Jeśli więc wyjdziemy z danych z bardziej prawdopodobnego przedokupacyjnego ukraińskiego spisu powszechnego, teraz liczba Ukraińców na Krymie zmniejszyła się nie o dwa, ale o cztery razy!

Krymscy socjologowie, których opinie cytują okupacyjne media, twierdzą, że zmiany te nastąpiły, ponieważ wielu Ukraińców wyjechało z półwyspu na nieokupowane terytorium Ukrainy lub nawet za granicę. Jednak same przepływy migracyjne nie mogą wyjaśnić takich zmian. Zdaniem socjologów, podczas spisu powszechnego z 2021 roku Ukraińcy po prostu bali się nazywać siebie Ukraińcami i wskazywali jakąkolwiek inną narodowość, próbując w ten sposób odwrócić od siebie uwagę służb specjalnych i policji, bo nie jest tajemnicą, że w okupowanym Krymie wszyscy Ukraińcy są rejestrowani w celu zwiększenia kontroli nad ich zachowaniem. Zjawisko to nazywane jest wymuszoną zmianą samoidentyfikacji.

Obecnie, według Instytutu Badań Strategicznych Morza Czarnego, na Krymie mieszka ponad 2 miliony ludzi. W porównaniu z 2014 r. liczba ta znacząco wzrosła z powodu przymusowej migracji Rosjan z odległych regionów tego kraju, z Syberii, Dalekiego Wschodu i regionów północnych. O niekorzystnych warunkach życia na Krymie może świadczyć jednak fakt, że w ostatnich latach obserwuje się tendencję do skracania się tam średniej długości życia. Wynosi ona 65,3 lata dla mężczyzn i 73,9 dla kobiet, czyli mniej niż średnie wskaźniki europejskie.

Drastyczny spadek liczby Ukraińców (o 4 razy!) na Krymie może potwierdzać politykę władz okupacyjnych półwyspu intensywnie zwalczającą tę narodowość. Jeszcze w 2014 roku szef okupacyjnego parlamentu Krymu Wołodymyr Kostiantynow zlecił władzom jak najszybsze pozbycie się wszystkiego co ukraińskie. Na Krymie całą edukację przestawiono na język rosyjski, zlikwidowano ukraińskie gimnazja, zamknięto ukraińskojęzyczne media, zniszczono ukraińskie pomniki. Usunięto nawet oznaczenia drogowe w języku ukraińskim. Życie w takiej sytuacji stało się dla Ukraińców niemożliwe. Dlatego wielu wyjechało.

Wielu zostało zmuszonych do wyjazdu przez ciągłe prześladowania Ukraińców, przeciwko którym wszczęto sprawy karne i uznano ich za terrorystów, sabotażystów i szpiegów. Ukraińcy na Krymie nie mają gdzie porozumieć się w języku ukraińskim. W szkołach zaprzestano nauki języka ukraińskiego, wprowadzono zintensyfikowaną rusyfikację, zwiększono ilość rosyjskiego szkolenia wojskowego.

Zakazanie znacznej części społeczeństwa, liczącego kilkaset tysięcy osób, nauki i używania ich języka jest klasycznym przejawem walki z tym narodem.

Ogólnie rzecz biorąc, historia rosyjskich i sowieckich spisów powszechnych wskazuje, że trudno im ufać, ponieważ są one zawsze politycznie manipulowane. Na przykład dane spisu powszechnego w ZSRR z 1937 r. nie satysfakcjonowały stalinowskiego kierownictwa, gdyż wskazywały, że represje i głód doprowadziły do ​​znacznego ubytku ludności kraju. Dlatego represjonowano nawet niektórych autorów takich statystyk. W 1939 r. przeprowadzono kolejny „poprawny” spis ludności. Pokazał on, że ludność Krymu po raz pierwszy przekroczyła milion osób, choć według spisu z 1937 r. było ich tylko nieco ponad 700 tys.

 

PIOTR TURLIŃSKI opisuje sytwetkę i twórczość tytana literatury: Sławomir Mrożek. Prozaik (3)

Sławomir Mrożek był dramaturgiem, prozaikiem, poetą, felietonistą i rysownikiem. Najpierw zajmiemy się jego twórczością prozatorską, a w następnym felietonie – jego utworami scenicznymi. Urodził się w 1930 roku w Borzęcinie nieopodal Krakowa. Zadebiutował w 1953 roku zbiorem „Opowiadania z Trzmielowej Góry” oraz zbiorem opowiadań „Półpancerze praktyczne”. Mrożek napisał dwie powieści, pierwszą jest „Ucieczka na południe, drugą „Maleńkie lato”. „Ucieczka na południe” ukazała się drukiem w 1961 roku. W tej powieści znajdziemy sublimację i kwintesencję mrożkowskiego poczucia absurdu, biorącego się z głębokiego satyrycznego – w najszlachetniejszym rodzaju – widzenia świata. Powieść zawiera też rysunki Mrożka, będące ozdobą oraz istotnym dopełnieniem tekstu.

            Fabuła „Ucieczki…” to opowieść o trzech chłopcach wędrujących, w towarzystwie małpoluda, bliskiego kuzyna Yeti. Uciekają z północy na południe Polski. Ich celem jest Sumatra, z której pochodzi małpolud. Podróż jest niebezpieczna, bo całą czwórkę ściga impresario Mephisto Kovalsky, który był właścicielem małpoluda i pokazywał go w całym kraju za pieniądze. Małpolud jest piśmienny, oczytany i bardzo inteligentny i ma dosyć życia w klatce. Ta podróż przez Polskę jest podróżą przez kraj dziwactw i szaleństwa. Oto fragment opisujący wiejskie wesele, na które uciekinierzy przypadkiem trafiają:

Ucieczka na południe

Gruby oprzytomniał ujrzawszy, że znajduje się w jakimś pomieszczeniu oświetlonym lampą karbidową, Na środku stał aparat pełen skomplikowanych rurek mosiężnych. Światło pełgało po ścianach i nie widać było dokładnie, gdzie kończy się ten loch. Tym bardziej, że pod ścianami stały rzędem kadzie, beczki i wiadra.

Piwnicę wypełniało świstanie, łoskot i kołatanie. Przed aparaturą siedział na odwróconym wiadrze mały chłopczyk z ogromną, siwą głową. Było bardzo gorąco, pachniało słodkawo.

Gruby czekał przez chwilę, a widząc, że chłopczyk nie zwraca na niego uwagi, powstał, otrzepał się z kurzu i zapytał surowo:

– Co ty tu robisz?

Mały odwrócił ku niemu głowę. Zupełnie jakby białą łysinę ktoś obracał na zapałce.

– Tata tam leżą – powiedział, wskazując przegrodę z beczek. – Przynieść ich?

– Nie, nie! Nie trzeba – przestraszył się Gruby i spuścił z tonu.

– To może przynieść stryja?

– Nie, też nie.

– To może któregoś ciotecznego?

– Nie, ja… właściwie przyszedłem tylko do ciebie – bronił się Gruby, rozglądając się i szukając zawczasu, którędy by tu można było uciec albo ukryć się.

Dopiero teraz domyślił się, że ów okropny bulgot i świst wydawany był przez grupę mężczyzn leżących w głębi ziemianki.

– Może się w co zbawimy? – zapytał i zdobył się na głupi grymas, jaki zawsze ozdabia twarz ludzi, którzy w sposób bezczelny i nieszczery usiłują przypodobać się dziecku. (…) – Opowiem ci bajkę – zdecydował rozpaczliwie Gruby, widząc, że nie ma stąd ucieczki, i przysiadł koło malca. – Był sobie raz…

– Zaczekaj pan, bo mi zacier fermentuje – przerwał mu chłopczyk i oddał się obsłudze urządzenia. (…)

– Kim chcesz zostać, jak dorośniesz? – zapytał Gruby.

– Inżynierem – odparł malec z dumą. – Pójdę do prawdziwej gorzelni, tam to dopiero! Takie kotły, takie maszyny, nowoczesne… Nie to, co u taty… – dodał z rozgoryczeniem. (…)

Wkrótce weszli jacyś ludzie, odświętnie ubrani w garnitury granatowe w paseczek. Z szumem napełniali samogonem kadzie i wynosili je na powierzchnię.

– Zraz przyjdą wynieść tatę na wesele, was też zanieść?

– Nie, dziękuję, sam pójdę – obruszył się Gruby.

W obejściu szykowało się wielkie weselisko. Podwórko pełne furmanek. Uprząż i półkoszki przybrane zielenią i wstążkami z kolorowej bibułki. W kuchni otwartej na oścież bieganina i zamęt. Na gumnie przygrywała kapela. Wszędzie pełno ludzi zaproszonych i tych, którzy tu przyszli z ciekawości, popatrzeć z daleka (…).

Wesele gotowało się piękne i huczne. Młodzi ludzie, swobodnie gawędząc, ostrzyli koziki bądź wyrywali sztachety z płotów, dobierając co grubsze. Było to jednak wesele nie u jakichś zacofańców, znachorów. Na to, że gospodarz był człowiekiem światłym, doceniającym zdobycze nauki, wskazywała apteczka, umieszczona na widocznym miejscu, dobrze zaopatrzona w gazę i środki antyseptyczne, a także nosze.

Gruby stanął w samym środku weseliska. A było ono huczne. Na ławach siedzieli ci, co już odnieśli rany kłute i cięte nóg i nie mogli tańczyć, przepijali wesoło, przyglądali się tańczącym i pohukiwali. Kto był pobity powyżej pasa, a nie miał uszkodzonej opłucnej ani osierdzia, ten wywijał wesoło obertasy. Przyśpiewkom, żartom i pokrzykiwaniom nie było końca. Pana młodego mieli bić dopiero po powrocie z kościoła, bo inaczej biliby bez ślubu, czyli jakby w grzechu.

Dużą dawkę wiedzy o autorze zwiera ostatnia jego pisarska pozycja, którą jest „Baltazar.” Mrożek napisał „Baltazara” jako zaleconą mu przez lekarza terapię, w formie autobiografii. Miało mu to pomóc w odzyskani pamięci, którą w znacznym stopniu utracił w 2002 roku, wskutek wylewu. Uważam, że również ta ostatnia w dorobku Mrożka pozycja jest szczera, do bólu, rak wobec autora, jak i świata. Warto ją przeczytać. Poniżej drobne fragmenty z „Baltazara”. 

 

Baltazar. Autobiografia

Koniec wojny

Do tej pory nie byłem w teatrze. Teatr w Polsce przedwojennej był dla mnie niedostępny, nie tylko z powodu biletów, choć także i dlatego. Do teatru chodziło się tylko powyżej pewnej sfery. Co prawda, także ze snobizmu. Później, podczas wojny, Polakom nie wolno było chodzić do teatru, gdyż taki był nakaz AK. Teraz miała nastąpić ta pierwsza w moim życiu premiera. Teatr imienia Juliusza Słowackiego w Krakowie, podczas wojny nur für Deutsche, przygotował pierwszą powojenną inscenizację Wesela Wyspiańskiego, przeznaczoną między innymi dla młodzieży szkolnej. Widziałem ten spektakl i dostałem z wrażenia gorączki. Odtąd teatr był częścią mojego życia, a także stał się moim zawodem.

Matura

Niespodziewanie do Krakowa zawitał stryj Ludwik z krótką wizytą. Zaprosił mnie do restauracji, do nieistniejącego już „Żywca” ma Floriańskiej. Po raz pierwszy byłem we względnie wykwintnym lokalu. Zauważyłem, że kelnerzy darzą stryja Ludwika szacunkiem, a on przyjmuje to w sposób zupełnie naturalny. Podczas obiadu poinformowałem go krótko o chorobie matki, o mojej maturze i o planach na przyszłość. Słuchał uważnie z nieprzeniknioną twarzą, a pod koniec obiadu zaprosił mnie do siebie, do Kamienia, na całe wakacje. Domyślając się zapewne w jakiej byłem sytuacji, wręczył mi sporą sumę na wydatki. Zamiast oszczędzać, kupiłem sobie pierwszy w życiu zegarek i bilet pierwszej klasy. Nieświadomie ustaliłem moje predyspozycje na całe życie.

Praca w Dzienniku Polskim

Kiedy Stalin umarł, w Polsce zaczęła się orgia hipokryzji. Nie znałem nikogo, kto by żałował, że Stalina nie ma już wśród żyjących. Ostatnie lata jego rządów dopiekły wszystkim. Nawet najzagorzalsi zwolennicy mieli do niego rozmaita zastrzeżenia, wyznane dopiero po jego śmierci. Ale wszystkich łączyło jedno – strach przed przyszłością. Dla swoich wrogów Stalin był okrutnikiem, ale przyszłość bez niego wydawała się niepewna. Dla swoich zwolenników Stalin był dobrotliwym ojcem, a przyszłość bez Stalina… Nie, tego nie umieli sobie nawet wyobrazić. Jedni i drudzy potrzebowali czasu, żeby zaakceptować ewentualnego następcę.

Ci, którzy nienawidzili Stalina, nie mogli się do tego przyznać, ponieważ każdy inny mógł być konfidentem. Stali się więc hipokrytami. Ci, którzy się przed nim korzyli, manifestowali swą rozpacz na wyścigi, jeden głośniej od drugiego. W rezultacie bali się go wszyscy, nawet po jego śmierci. Ale nikt go nie żałował.

Od śmierci Stalina zaczął się w Polsce proces, który można by nazwać „od kapitalizmu do komunizmu i z powrotem”. Kiedy wahałem się w Meksyku, czyby nie wrócić do Polski, uznałem, że komunizm w Polsce już się skończył. Wróciłem, ale dzisiaj nie jestem tego pewien. Trwająca w Polsce demokracja nie jest tym samym, czym jest zasiedziała od wieków demokracja, która jeszcze trwa w państwach zachodnich.

Ma Mrożek w swym wielkim dorobku pozycję, która mnie bawi i zasmuca zarazem. Chodzi o obszerne opowiadanie, którą nazwa się „Moniza Clavier. Romans”.

            Początek opowiadania, napisanej w pierwszej osobie, jest taka: Oto Polak zostaje we Włoszech w czasie wycieczki. Ma na sobie podniszczony garnitur, a w tekturowej walizce kabanosy i jedną białą koszulę na zmianę. Zagubiony w nowym świecie maszeruje plażą na Lido, nad brzegiem morza i nie wie co ma z sobą zrobić. Ale… następuje spotkanie z trójką bogatych ludzi Zachodu, którzy dla przyjemności odbywają konną przejażdżkę. Czy to z kaprysu, czy z ciekawości dla dziwnego człowieka, pani na koniu, wielka aktorka Moniza Clavier, zaprasza bohatera na wystawne – jak się okaże – przyjęcie artystycznej elity w hotelu „Excelsior”.

            I oto mamy w sumie, nie tylko początek, ale też całą treść opowiadania. A jest nią zderzenie uchodźcy ze Wschodu z bogatą cywilizacją Zachodu. Ale nie tylko o materialne różnice chodzi Mrożkowi, bo ukazuje on w „Monizie…” przede wszystkim zderzenie mentalne, kulturowe i filozoficzne dwóch cywilizacji.

Przytoczmy małe fragmenty opowiadania.

Moniza Clavier. Romans

W Wenecji nie miałem żadnych interesów ani zajęć. Przyjechałem tego samego dnia jako skromny turysta o nader ograniczonych środkach.  Choć dotąd błąkałem się bez celu, oszołomiony wszystkim, miałem nadzieję, czasem jakże trudna do utrzymania, że mimo wszystko we mnie, biednym i nieznanym, nieobytym, młodym, z dalekiego i nieważnego kraju, jest coś. Co czeka tylko na okazję, żeby się ujawnić i dorównać temu wielkiemu światu. Nie tylko dorównać, ale i przewyższyć. Walka o własną godność jest najtrudniejszym zadaniem dla każdego podobnego mnie – w podobnej sytuacji. Walczyć można rozmaicie, a jeżeli walczyć się nie da, trzeba pogardzać. Od samego rana walczyłem i pogardzałem Wenecją przy pomocy kabanosa.

Oto jak wyglądała pierwsza rozmowa z Monizą Clavier. Zwróćmy na nią uwagę, bo wiemy – jak wiedział Mrożek – że pierwsza kontakty są w istocie decydujące o sensie całej znajomości.

Kiedy Moniza dowiedziała się, że pochodzę ze Wschodu, przy czym nie określiłem bliżej mojego kraju, jej zainteresowanie stało się bardzo żywe. Zażądała, żebym jej dokładnie opisał krajobraz stepowy, o którym tyle słyszała. Zatoczyłem ręką szeroki krąg, mówiąc:

– At, daleko, daleko…

Na co zaświeciły się jej oczy i wyznała, że dusi się w ciasnych ramach cywilizacji.

To właśnie po wymianie tych jakże odkrywczych zdań, z obu stron, bohater zostaje zaproszony na bal i staje przed wejściem do hotelu…

Na początku wyłoniły się dwie trudności: nie miałem odpowiedniego stroju i nie wiedziałem jak się wydostać z tłumu otaczającego „Excelsior”, przejść przez kordon policjantów w galowych mundurach, w białych rękawiczkach i lakierowanych pasach, z lampasami i szablami, a potem jak wytłumaczyć służbie, że należę do grona zaproszonych gości. Nie otrzymałem zaproszenia na piśmie. Wnet jednak trudność pierwszą, polegającą na braku odpowiedniego stroju, obróciłem na swoja korzyść. Nie należałem do nich, byłem przybyszem z obcych stron, stepowym synem, więc nonszalancja, z jaką miałem się zjawić na przyjęciu w moim starym ubraniu, wymiętym w ciągu trzech dni podróży, podkreślała tylko mój urok, wyrażała moją niezależność wobec form światowych, wolność od zwyczajów, które ich krępowały, a mnie nie dotyczyły.

Zjawia się jednak Moniza, która rozpoznaje go i wyławia z tłumu, i wprowadza na przyjęcie. Bohater spostrzega jednak, że nie jest ośrodkiem zainteresowania. Obcy ludzie – choć oni są u siebie – nie wykazują żadnego zainteresowania dalekim goście. Więc wlewa w siebie coraz więcej alkoholu, żeby zapić i zabić stres. Więc pije, samotnie siedząc na ogrodowej ławce.

Wnet spostrzegłem, że po drugiej stronie palmy formuje się ośrodek towarzyski całego przyjęcia. Nie bez wzruszenia poznawałem twarze znane mi z okładek czasopism filmowych i magazynów ilustrowanych. Przybywało ich coraz więcej, coraz piękniejsze były tam kobiety, coraz głośniej i weselej rozmawiano, śmiech rozbrzmiewały swawolnie. (…)

Ta ich pewność siebie, ta ich niezależność zaczynały mnie drażnić. To ja tutaj siedzę zamyślony, głęboki, kto wie jakie mam problemy, na co wskazuje coraz częstsze sięganie po szklankę, a oni tam się śmieją, płytcy i powierzchowni. I co? I maja być ważniejsi? Więc głębia, myśl, oryginalność, wszystko to się nie liczy w tym skorumpowanym, goniącym za pozorami świecie? Blichtr, blichtr – powtarzałem ze wzgardą. – Blichtr i błyskotki.

Jako syn narodu północnego, surowego, doświadczonego przez historię, z odrębnością swoją, z mądrością swoistą, drogo zapłaconą, niedostępną innym – jak kabanos. (…) Wkroczyłem w środek rozbawionego towarzystwa. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że znajduję się na nogach, krzesło zostało za mną. Wkroczyłem w środek rozbawionego towarzystwa.

– O, tu! – krzyknąłem, szeroko otwierając jamę ustną i wskazując na zęby trzonowe – O, tu, wybili, panie, za wolność wybili!

Nastąpiło zamieszanie. Ucichli, patrzyli na mnie, nie mogąc zrozumieć, o co mi chodzi. A przecież chciałem tylko uprzytomnić im w sposób jasny i przystępny, niejako poglądowy, cierpienia mojego narodu. To, że nie doceniali martyrologii, bardzo nie rozgniewało.

– Popatrz pan – powiedziałem podchodząc do jednego grubego i szerzej otwierając usta. – Tu, aaoo…

Gruby chrząknął i odwrócił wzrok – Przepraszam – powiedział i odszedł.

Rzuciłem się więc do następnego z kolei, tak samo demonstrując.

– Tu. O! Brakuje. Wybili panie, za wolność. Oooo!

Ale i ten odsunął się ode mnie. Zobaczyłem, że towarzystwo się rozprasza. Więc puściłem się za nimi, umykającymi coraz pospieszniej. Oni jednak znikali mi z oczu, ukrywali się w plątaninie ścieżek, za parawanami śródziemnomorskiej roślinności. Miotałem się w sieci świateł i zieleni. Po tym rajskim ogrodzie niosło się długo moje wołanie, ni to skarga, ni to żądanie:

Wybili, panie, za wolność wybili…

 

Mrożek dla dzisiejszego pokolenia 60-cio i 70-cio latków był przewodnikiem na drodze do normalności mentalnej, światopoglądowej, do zrozumienia minionego już teraz systemu.. Jego żart i prowokowany przez niego śmiech na widowni, i uśmiech u czytelnika, miał poznawcze i katartyczne znaczenie. Mrożek przedstawiał możliwości innego widzenia świata, innego myślenia o społeczeństwie i człowieku. To nie jest mało.

I teraz, gdy widzę jak z roku na rok rośnie liczba prawdziwych i rzekomych kombatantów, to myślę właśnie o tym pisarzu. I także o innych literatach, którzy uczyli nas innej prawdy, niż robiła to władza w czasach PRL-u. To Mrożek i inni ludzie myślący, przygotowali nam mózgowy grunt do zmiany ustroju. Smutne, że tak niewielu dzisiejszych polityków o tym zapomina. Nie mówiąc już, że zaskakujący jest brak pomników, które powinny nam przypominać naszych mózgowych i duchowych przewodników. Choćby Sławomira Mrożka.

No, ale cóż – u nas samozwańcza konkurencja na pomnikowe postacie jest bardzo duża…

 

WALTER ALTERMANN: Czy Dyzmowie mogą mieć honor?

Najpiękniejszy napis na polskiej broni białej to Bóg, Honor, Ojczyzna. Ta trójca dla żołnierza dawnych wieków miała być święta. Czy zawsze była? To już inna sprawa, ale tak miało być. I tak być powinno.

Nie jest prawdą, że każda sprawa honorowa kończyła się strzelaniem lub wywijaniem szablami. Najczęściej powoływano sąd honorowy, składający się z osób o nieposzlakowanej opinii. I taki sąd „ważył sprawę”. Osoba pomówiona, obrażona, lub też stająca w obronie czci kobiety, munduru, instytucji odwoływała się właśnie do sądu honorowego.

Sprawa honorowa

Jeżeli ten sąd uznawał, że obraza, złe zachowanie miało miejsce, to obrażający, zniesławiający miał obowiązek przyznać się do winy, wyrazić skruchę i żal oraz przeprosić tego, który czuł się dotknięty lub znieważony.

Dopiero wtedy, gdy sprawca czynu nie chciał przywrócić światu „moralnego porządku”, był wzywany na pojedynek. Jeżeli do pojedynku nie stawał, był kompletnie skończony. Skutkiem tego tracił pracę. Karą było też i to, że nikt z dobrego towarzystwa nigdzie go nie zapraszał i nikt nie podawał mu ręki… No, tak. Ale skąd wziąć dzisiaj dobre, nieposzlakowane towarzystwo?

Tu wyjaśnię, że pewne kategorie osób nie miały tzw. praw honorowych, byli to, m.in.: politycy, nałogowi alkoholicy, hazardziści, artyści i dziennikarze. Mężczyźni z tego kręgu mogli być obrażani, nie mogąc dochodzić przed sądami honorowymi naprawy szkody i przeproszenia. Jeżeli zaś, wyliczeni powyżej, sami obrażali, pomawiali, to można było na to nie zwracać uwagi.

Dyzmowatość nasza

Przekleństwem naszym jest to, że co kilka, co kilkadziesiąt lat pojawiają się w życiu publicznym osobnicy „znikąd”. Tak jak w powieści Dołęgi-Mostowicza znikąd pojawia się Nikodem Dyzma. Ja wiem, że Dyzma to postać fikcyjna, literacka, ale jakże przydatna do moich dalszych rozważań, więc jej użyję.

Szczerze mówiąc kariera Radosława Sikorskiego jest silnym dowodem na marność naszych elit. Tak samo widział przedwojenne elity autor powieści o Dyzmie. Bo jak to jest, że nasze elity kupują takie lisy farbowane, czy koty w worku. Wystarczy, że jegomość jest przystojny i ma niski głos.  Karierę w Polsce może też zapewnić odrobina egzotyczności – tak jak Dyzma miał ponoć pochodzic z Kurlandii, a Sikorski z Oksfordu.

Niewyraźny życiorys – jako mocna strona?

Co łączy powieściowego Dyzmę z Radosławem Sikorskim? Przede wszystkim, to że obaj studiowali w Oksfordzie. Tu muszę podać informację, że Oksford jest miastem nauki. I znajdują się tam liczne szkoły średnie i kilka szkół wyższych, nie licząc sławnego uniwersytetu.

Radosław Sikorski podaje, że ukończył studia w Oksfordzie. Trochę w tym prawdy, ale nie całej. Bowiem Sikorski ledwie zrobił w Oksfordzie licencjat. Więc w naszym polskim odniesieniu, studiów nie kończył, bo wieńczy je tytuł magistra, którego on nie ma. Dyzma też był bardzo męski i zdecydowany – zupełnie jak Sikorski. Dyzmie rozum zastępowała bezczelność i hucpa. No i bardzo gładko kłamał ten papierowy Dyzma.

Sikorski jest też – podobnie jak Dyzma – mistrzem niedomówień. Na przykład – nigdy nie powiedział co robił w Afganistanie, kluczy, robi miny, nie precyzuje. I skutkiem tego nie wiadomo, czy był tam odważnym dziennikarzem, czy też wnikliwym partyzantem.

Sikorski epatował zdjęciem, na który stoi pośród talibów, mając w rękach karabin. Zatem jest to zachowanie niegodne reportera wojennego. Bo albo się walczy serio, albo jest się tylko dziennikarzem. Najgorsze w tym szpanie jest to, że Sikorski dał niejako powód, żeby walczący mogli bezkarnie mordować reporterów wojennych, bo skoro reporterzy występują czasem z bronią w ręku, więc właściwie są przeciwnikiem…

Radosław Sikorski lubi też wzruszać – jak Dyzma wymyśloną chorobą, nabytą w okopach I wojny światowej. Pamiętam, że przed laty, stojąc na tle własnego pałacyku opowiadał, jak razem z ojcem, tymi rękoma, cegła po cegle odbudowywał pałac, który był wtedy ruiną. I Sikorski – mówiąc to – był bardzo cierpiący nad wysiłkiem własnym i ojca. Nawet poczułem wstyd, że sam nie wziąłem się do restaurowania jakiegoś zabytku.

Nie ma się co obrażać, ale to nasza prawica odkryła Radka jako partyzanta afgańskiego i bohaterskiego reportera. Albo odwrotnie.

Sługa dwóch panów

Czy można być sługą dwóch panów? W komedii jak najbardziej, o czym zaświadcza wielki Carlo Goldoni w swojej komedii pod takim tytułem. Ale w tragedii, w dramacie? Raczej nie. Zatem nie dziwi mnie powszechne zdumienie, że były polski minister, obecny polski eurodeputowany dostawał pieniądze od Emiratów Arabskich, bo Sikorski, odkąd się pojawił na scenie politycznej gra komedię, tyle, że część polityków traktuje te komedyjkę serio. Nawiasem mówiąc – cała publiczna działalność Radosława Sikorskiego to farsa, czyli sporo niżej niż komedia.

Na te zarzuty Radosław Sikorski odpowiada, że dochody ujawniał. Co prawda – nie mówi już – że w Parlamencie Europejskim nie trzeba podawać źródła dochodów, wystarczy podać, ile się brało.

Powiedzmy jedno – nie zawsze to co jest prawnie dopuszczalne, jest moralne. Nie zawsze w zgodzie z prawem, znaczy honorowo. I tego nie rozumie Radosław Sikorski. Niestety, nie rozumieją tego również broniący go politycy z PO. Panowie z PO! Sikorski to nie jednoosobowe Okopy Świętej Trójcy i nie trzeba go bronić do końca. Tym bardziej, że broniąc go tak zajadle sami się mocno upaprzecie panowie, bo sprawa przecież czysta nie jest.

Nie uchodzi

Sikorski ostatnio tłumaczył, że owszem podpisywał jakieś dokumenty o likwidacji WSI, ale na wyraźnie życzenie Antoniego Macierewicz. Panie Radku – chciałoby się powiedzieć – a gdzie pan ma honor? Jeżeli pan podpisał, to odpowiedzialność spada na pana. Pan wtedy był członkiem rządu RP. Czyli z napisu na szabli ma pan już skreślone: honor i ojczyznę. Ojczyznę dlatego, że podobno przyjął Pan kiedyś obywatelstwo brytyjskie. Też niby można, nie jest to zakazane, ale czy to honor dla ministra?

Komisja, czym prędzej

Obecnie nikt, żadna z partii i żaden z wielkich ludzi naszej polityki nie chce się przyznać do wyciągnięcia Sikorskiego z niebytu na polityczne salony. A może to żony naszych polityków – podkochując się w kolejnym Dyzmie – mają decydujący głos w sprawie karier?

To może należałoby powołać Komisję Sejmową do spraw zbadania wpływu żon polityków na ich decyzje? Byłoby naprawdę wesoło. Przy okazji poznalibyśmy małżonki naszych władców, ich język, mentalność i poglądy na świat.

Bo takie wpływy żon na mężów na świecie istnieją! Pamiętam, jak dziekanem jednej z wyższych uczelni teatralnych w Polsce – za czasów PRL-u – został aktor, nie mający matury. Ale za to kochała się w nim – naprawdę platonicznie – żona I sekretarza komitetu wojewódzkiego. I na sztuki, w których grał chodziła po kilka razy. I co miał chłop – znaczy ów sekretarz – zrobić z zakochaną żoną? Więc załatwił żoninemu ulubieńcowi dziekaństwo.

Nie wiem, jak było to z Sikorskim, z jego przejściem z prawicy do liberałów. Z hukiem, z nawoływaniem do dożynania watahy, czyli niedawnych przyjaciół… Oj, nie tylko z honorem ma problemy pan Sikorski. Ze zwykłą przyzwoitością również.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Grabowski kontra historia

Znany z antypolskich fobii prof. Jan Grabowski zabrał głos w sprawie kłamstw na Wikipedii. Domaga się jeszcze większego „zlewaczenia” tej zdominowanej już teraz przez postępową lewicę encyklopedii internetowej.

– Artykuły Wikipedii na temat Holokaustu w Polsce minimalizują polski antysemityzm, wyolbrzymiają rolę Polaków w ratowaniu Żydów, insynuują, że większość Żydów popierała komunizm i spiskowała z komunistami, by zdradzić Polaków (Żydokomuna lub judeobolszewizm), obwiniają Żydów za ich własne prześladowania i wyolbrzymiają żydowską kolaborację z nazistami – czytamy słowa Grabowskiego.

Przypomnijmy, że prof. Jan Grabowski ze swojej „radosnej” twórczości jest znany od dawna. W książce „Dalej jest noc”, sygnowanej przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Grabowski, razem z Barbarą Engelking postawił tezę, że w czasie II wojny światowej „dwóch spośród każdych trzech Żydów poszukujących ratunku zginęło – najczęściej za sprawą swoich sąsiadów, chrześcijan”. A to, że tej tezy nie można udowodnić…

Z kolei w 2018 r. chciał zablokować wystawę Instytutu Pamięci Narodowej zorganizowaną razem z Ambasadą Polski w Ottawie i tamtejszą uniwersytecką Slawistyczną Grupą Badawczą. Wystawa nosiła tytuł: „Polacy ratujący Żydów”.
Grabowski, który wykłada na ottawskim uniwersytecie, w liście do władz uczelni uprzejmie doniósł, że Instytut zajmuje się „zniekształcaniem, w sposób radykalny, polskiej narodowej świadomości historycznej”. „Trzeba powiedzieć: dość! Nie można pozostać obojętnym, gdy ludzie, którzy chcą karać więzieniem wyłamujących się z głównego nurtu uczonych, ludzie, którzy dławią wszelkie dyskusje i są pełnomocnikami nacjonalistów, rządzących Polską, próbują uczyć nas historii”.

Nacjonalistami ma być polska władza, a pełnomocnikami nacjonalistów – naukowcy z Instytutu Pamięci Narodowej. Grabowski zaapelował do swoich studentów oraz do Żydów z Ottawy, by „przyszli i wyrazili swój sprzeciw wobec jakichkolwiek prób zniekształcania historii ludobójstwa europejskich Żydów.”

W liście do władz swojej uczelni napisał dalej: „Jednym z najbardziej szkodliwych aspektów »polityki historycznej« promowanej przez IPN na arenie międzynarodowej jest uporczywe dążenie by celebrować polskich „Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”, czyli Polaków ratujących Żydów w czasie okupacji. Ci odważni ludzie są używani przez IPN instrumentalnie, w celu przykrycia o wiele mniej chwalebnych czynów dużej części polskiego społeczeństwa, które na różne sposoby brało udział w niemieckim planie ludobójstwa. Fakt, że tysiące polskich Żydów zostało zamordowanych lub zadenuncjowanych Niemcom przez swoich polskich sąsiadów, jest w całości usunięty z polskiej narracji”.

Na tym ma polegać coś, co nazwano tzw. „nową polską szkołą historii i Holocaustu”. Wspomniana książka „Dalej jest noc” ma być tej szkoły sztandarowym dziełem. Nowa szkoła – zapewne tak. Ale polska? Przecież Polaków przedstawia w złym świetle.

W końcu, „do zaprzestania szkalowania Narodu Polskiego” wezwała Grabowskiego Reduta Dobrego Imienia. W oświadczeniu RDI, podpisanym przez 134 polskich naukowców, czytaliśmy: „Działalność Jana Grabowskiego nie tylko nie przyczynia się do poznania prawdy, ale jest też rozsadnikiem kłamstwa w międzynarodowym życiu publicznym i naukowym, a więc jest sprzeczna z powołaniem naukowca”.

Co na to Grabowski? Nie tylko nie zaprzestał „szkalowania Narodu Polskiego”, ale – na łamach portalu Jewish.pl. – szkalowanie zarzucił Reducie i… pozwał ją. Reprezentujący go prawnicy podważyli „rzekomo szkalujący i nieprzychylny stosunek profesora wobec Polski i Polaków, który wyrażać ma się poprzez publikowanie wyników badań nad Holokaustem i zbrodniami popełnionymi przez Polaków na Żydach podczas II wojny światowej”. Czyli w tezach Grabowskiego nihil novi sub sole.

Jan Grabowski, prócz tego, że szczyci się tytułem profesora Uniwersytetu Ottawskiego, jest zatrudniony w Polskiej Akademii Nauk (Centrum Badań nad Zagładą Żydów). Można go śmiało nazwać kontynuatorem/następcą Jana Tomasza Grossa.

CEZARY KRYSZTOPA: Żal mi Barta Staszewskiego. Naprawdę

Na świecie upowszechnił się mit o tzw. „strefach wolnych od LGBT” w Polsce.I nie w żadnej tam przenośni, tylko na wzór stref „judenfrei” w III Rzeszy i na terenach okupowanych przez Niemców podczas II Wojny Światowej.

Są ludzie, którzy wyobrażają sobie, że w Polsce istnieją „strefy”, do których nie mają wstępu lesbijki, geje, biseksualiści i transseksualiści. Nie jest do końca jasne jak wyobrażają sobie „weryfikację” na granicy „strefy”.

Bart Staszewski

Do implementacji tego fake newsa w międzynarodowej opinii publicznej przyczynił się twórca jednego dzieła, tabliczki z napisem „strefa wolna od LGBT”, Bart Staszewski. Ten podopieczny Fundacji Obamy jeździł ze swoją tabliczką do gmin i miasteczek, które podjęły prorodzinne uchwały różnego rodzaju (ani jedna nie zawiera zapisów o jakichś „strefach”, niektóre sprzeciwiają się ideologii LGBT, żadna nie ma skutków prawnych), przykręcał ją do znaków drogowych z oznaczeniami miejscowości, robił zdjęcia i puszczał w eter. Oczywiście wyglądało to jak oznaczenie autentycznej „strefy”. Staszewski coś tam czasem bąkał o „performansie”, ale w międzynarodowej przestrzeni publicznej funkcjonowały już tylko zdjęcia, płomienne przemówienia Biedronia na ten temat w Parlamencie Europejskim i plotka urastająca szybko do rozmiaru „faktu medialnego”.

Niestety miało to również konsekwencje praktyczne. Mieszkańcy miasteczek określonych jako „strefy wolne od LGBT” spotykali się z hejtem i niechęcią i to przecież nie tylko w Polsce. Mało tego, oskarżane o „homofobię” samorządy traciły konkretne dotacje liczone w milionach. Zaprzedane Gazecie Wyborczej powtarzającej „tezy” Staszewskiego sądy orzekały na korzyść „performera”, minister podobno konserwatywnego rządu Waldemar Buda, pisał do samorządów, że powinny ze swoich prorodzinnych uchwał zrezygnować. A Komisja Europejska, nasza kochana Komisja Europejska wszczęła przeciwko Polsce… tzw. postępowanie naruszeniowe.

KE zamyka postępowanie

No i słuchajcie ta nasza Komisja Europejska sobie teraz to postępowanie po cichutku zamyka. Jednocześnie nie słychać, żeby ktoś przepraszał mieszkańców lżonych samorządów. Nie słychać, żeby ktoś miał im zwrócić ich pieniądze. Nikt nie prowadzi na świecie kampanii wyjaśniającej, że w Polsce nie ma żadnych „judenfrei”, a sądy, gdyby tak komuś przyszło do głowy pozwać Staszewskiego, zapewne wymyśliłyby jakiś rebus, żeby się „aktywiście” krzywda nie stała.

Można się wściec. I nikt się nie ma prawa dziwić. Ja jednak oprócz tego przepełniony jestem jakimś zażenowaniem i litością dla tego nieszczęsnego człowieka, który w jakimś sensie zaprzedał dusze diabłu dla pięciu minut sławy. I dziś, mało komu potrzebny, być może, o ile były w nim jakieś szczere intencje, siedzi w kącie i zadaje sobie pytanie – czy jego akcja zwiększyła poziom sympatii dla środowisk, które chciałby reprezentować, czy raczej mocno obniżyła?

 

WALTER ALTERMANN: Kibice vel kibole, walka młodych, czy problem społeczny?

Żubardź to dzielnica Łodzi, niezbyt bogata, ale też nie nędzna. Są tam głównie czteropiętrowe bloki z czasów Gierka, i trochę dziesięciopiętrowców, które mają ten kuszący urok że dwie boczne ściany są idealnym miejscem do mazania sprayem. I to wykorzystują kibice piłkarskiej drużyny ŁKS, bo to jest zachód miasta. Na wschodzie zaś królują kibice Widzewa. Walka między nimi jest kilkudziesięcioletnia i zażarta. Typowym przykładem ostrej walki na bazgroły jest taki tekst: „Gdzie macie oprawę? K…wy z Widzewa?”

Czym jest oprawa? Ano są to race, wnoszone na stadiony nieleganie i tam odpalane w czasie meczy. Są to również banery z tekstami obrażającymi przeciwnika i policję. Wychodzi na to, że ponieważ Widzew obecnie jest oczko wyżej, bo gra w ekstraklasie, a ŁKS w I lidze, to kibice ŁKS uważając, że mają lepszą „oprawę”, są – we własnym mniemaniu – i tak w sumie lepsi.

Ostatnio jednak coś się zmienia. Na jednym z bloków przez lata bił w oczy wielki napis: „Śmierć Widzewowi”. Teraz jednak ktoś zamalował „Widzewowi”, a nad zamalowanym miejscem napisał „Putinowi”. Nie wyciągałbym jednak wniosków, że kibice są już rozumni i patriotyczni. Oni po prostu muszą komuś życzyć śmierci. Inny napis ma już bardzo polityczny charakter: „Na Żubardziu bez zmian. Śmierć kapitalizmowi!”.

I tak toczy się nasz światek. Państwo rozmawiają górnolotnie, a lud wie swoje i ma swoje zabawy. Ostatnio kibice ŁKS zniszczyli dwa dobre, wysokiej klasy artystycznej murale poświęcone Widzewowi i Włodzimierzowi Smolarkowi, wielkiemu zawodnikowi reprezentacji i Widzewa. Więc przestrzegałbym tych, którzy widzą w kibicach szczerych patriotów, bo psychologowie twierdzą, że kibice – albo kibole – rekrutują się z rodzin z kłopotami. Jest to zatem młodzież głęboko sfrustrowana. Oni czują się społecznie odrzuceni i nie widzą dla siebie perspektyw. Więc „w ramach odwetu” bazgrzą, niszczą i życzą innym śmierci. Chcą tymi zachowaniami rozpaczliwie zwrócić na siebie uwagę. Biedni młodzi ludzie.

W Łodzi nie jest najgorzej, jeśli chodzi o kiboli. Łódź to jednak nie Warszawa czy Kraków, gdzie kibole ganiają się z maczetami, nożami i nunczaku. No, ale Łódź nie jest już drugim miastem w Polsce.

Ostatnio w tramwaju, mimowolnie – bo mówili bardzo głośno –  podsłuchałem rozmowę takich dwóch nastolatków. Pierwszy mówi, bardzo podniecony, niemal radośnie:

– Dali mi kuratora!

– W du..ie. Mam kuratorkę dwa lata i jeszcze u nas nie była.

– A ty u niej?

– Co ty! Ja się ze starymi babami nie zadaję.

Kuratorzy

Kurator młodocianych ma z założenia opiekować się młodymi ludźmi, którzy nie mogą odnaleźć dobrej drogi życia. Ci młodzi najczęściej pochodzą z rodzin dysfunkcyjnych, biednych, pijących, czyli z dużymi kłopotami. Więc młodzi niejako dziedziczą kłopoty rodziców.

Ale państwo – teoretycznie – ma na ratunek właśnie kuratorów. I państwo nasze myśli tak – jeżeli abstrakcyjny byt może myśleć – już tam kuratorzy załatwią ten poważny społeczny kłopot. Niestety, jest to fikcja. W praktyce jest tak, że jeden kurator ma zbyt dużo podopiecznych i naprawdę nie wie co z nimi robić, poza sprawdzaniem, czy delikwent uczęszcza – mniej więcej regularnie – do szkoły.

Nie wiem dlaczego państwo nasze nie idzie drogą, która sprawdza się chociażby na Wyspach Brytyjskich. Tam kurator znajduje dla podopiecznego kursy zawodowe, lokuje go w grupach zainteresowań, takich jak choćby grupy rekonstrukcyjne, zapisuje go nawet do kółek szachowych, prowadza do teatrów. Krótko mówiąc – kurator stara się poszerzyć podopiecznemu horyzonty tego świata, pokazując mu różne możliwości życia społecznego, żeby taki chłopak nie żył w przekonaniu, że całe swe życie musi spędzić tak, jak jego rodzice. No i tam kurator naprawdę przejmuje się swą pracą. I tam nie ma lipy, która u nas jest drzewem narodowym.

Problem z „niedopasowanymi” jest bardzo duży i nic nie wskazuje, żeby się kiedykolwiek sam z siebie rozwiązał. Owszem, przyczyny takiego stanu rzeczy są osobnicze, ale też i ogólne, społeczne. Przypatrzmy się mechanizmom rządzącymi społecznościami, które odkrył Florian Znaniecki, wybitny polski uczony.

Florian Znaniecki

Nasz dziewiętnastowieczny uczony uchodzi za jednego z ojców polskiej socjologii. Większą część swego naukowego życia spędził w USA, gdzie badał też polską emigrację. Doszedł w tym obszarze do bardzo poważnych wniosków, które i nas powinny zainteresować. Znaniecki uważał, że emigranci mają problem do trzeciego pokolenia. Według niego pierwsze pokolenie emigrantów – tych, którzy przenieśli się z Polski do USA – fizycznie żyje w USA, ale mentalnie, duchowo nadal są w Polsce. Słabo uczą się angielskiego, nie przyswajają sobie miejscowej kultury i obyczajów – i tak dożywają ostatnich dni na obczyźnie, która nie stała się ich nową ojczyzną.

Drugie pokolenie emigrantów ma większy kłopot niż ich rodzice. Synowie i córki emigrantów nie wiedzą kim są, kim mają być. W domu bowiem mówiło się po polsku, w domu rodziców wisiały święte obrazy sprowadzone z Polski, w domu panowała tradycja polska, tak co do kościoła jak i świąt kościelnych. Rodziców – tak naprawdę nie interesował Ameryka, oni żyli właśnie na obczyźnie – wyobcowani, obcy miejscowym. Ich dzieci znają już Amerykę, ale znają słabo. Drugie pokolenie nie wyniosło z domów wzorców zachowań typowych dla Amerykanów. Więc jest rozdarte i zagubione. To z drugiego pokolenia emigrantów – nie tylko polskich – rekrutowały się szeregi gangów i bandytów.

Trzecie pokolenie zna już dobrze Amerykę. I ono ma szanse na zadomowienie się, na znalezienie sobie drogi do swojej „amerykańskości”. Pod jednym warunkiem – że ktoś im pomoże. I w USA państwo tę pomoc dla trzeciego pokolenia emigrantów zaoferowało, uruchamiając wiele programów socjalnych, adaptacyjnych, tak w szkołach, jak i poza nimi.

Piszę o tym, bo diagnoza, teza Znanieckiego odnosi się także do Polski, do naszej emigracji wewnętrznej

Nasi rodzimi emigranci

Mało kto sobie zdaje sprawę, że obecnie większość mieszkańców dużych polskich miast stanowią emigranci drugiego, lub trzeciego pokolenia. W 1945 roku Warszawa była bezludna, Kraków liczył raptem 200 tysięcy ludzi, w Łodzi mieszkało około 300 tysięcy osób. Już po 1945 roku zaczęła się wędrówka „ze wsi do miast”. I ta wędrówka trwa do dzisiaj.

Co prawda spora część współczesnych emigrantów, ze wsi i małych miasteczek, do dużych miast to ludzie wykształceni. Ale przecież nie wszyscy. Większość stanowią nadal – tak jak w przeszłości – robotnicy i niższy personel administracyjny. I znowu – tak jak zauważył Znaniecki – ci pierwsi przybysze do miast ciągle mentalnie żyją tak, jak żyli tam skąd przyszli, i z nimi nie ma kłopotów, ale już drugie i trzecie pokolenie ma spore problemy. Czy ktoś im instytucjonalnie pomaga? Nie zauważyłem.

Patologia i chuligaństwo

Oto tekst, który naklejono na wszystkich drzwiach wejściowych bloków pewnego warszawskiego osiedla. Nazwy osiedla nie podaję, albowiem sprawa jest natury bardzo delikatnej i grożącej zdrowiu mieszkańców tegoż osiedla. Niemniej tekst jest interesujący i dlatego go przytaczam, zachowując pisownię oryginału:

Przepraszamy

W imieniu wszystkich uczniów, którzy zawinili w ostatnich incydentach odbywajacych się na osiedlu (tu nazwa osiedla), chcielibyśmy przeprosić wszystkich mieszkańców osiedla za nasze nie mądre zachowanie oraz wprowadzanie niepokoju w Państwa życie. Chcielibyśmy również zadeklarować iż taka sytyacja nie będzie miała nigdy więcej miejsca oraz będziemy uczulać innych uczniów o nie przybywaniu na przerwach pod blokami mieszkańców, aby takie incydenty nie miały więcej miejsca i żeby każdy z nas żył spokojnie własnym życiem. Nie będziemy więcej szerzyć patologii i chuligaństwa na osiedlu (tu nazwa osiedla)!

Z poważaniem

Uczniowie którzy zawinili mieszkańcom.

Rzecz w tym, że ucznowie pobliskiej, dla osiedla, szkoły zawodowej na dużych przerwach gormadzą się na kawałku placu pomiędzy blokami i tam biją się z zapamiętaniem. Po czym wracają na lekcje.

Nie wierzę, żeby którykolwiek z uczniów sam wpadł na pomysł przeproszenia mieszkańców osiedla za zakłócanie ich spokoju. Najprawdopodobniej stało się tak na skutek interwencji policji, informowanej o zajściach. Potem – zapewne – któryś z nauczycieli zmusił uczniów do napisania przeprosin.

Niemniej zatrważający jest język i składnia tekstu, z którego nie wynika, że bójki są złe same w sobie, lecz to, że zakłócają spokój innym. A już zupełnym odlotem intelektualnym jest ostatnie zdanie: „Nie będziemy więcej szerzyć patologii i chuligaństwa na osiedlu (tu nazwa osiedla)! Z czego wynika, że szerzenie patologii i chuligaństwa jest dopuszczalne, ale poza wspomnianym osiedlem.

Ja wiem, że to jest szkoła zawodowa, ale przecież polonistę tam chyba mają?!

Moje dyskretne propozycje

Pora powiedzieć sobie, że nasze państwo nic nie robi w kwestii socjalizacji odrzuconych. Gorzej, bo w powszechnym mniemaniu dzisiejszej inteligencji wszystko jest w porządku.

Nasza dzisiejsza klasa średnia patrzy na tych biednych chłopaków i dziewczyny jak na ludzi gorszych, mających już zawsze żyć na marginesie. I jeszcze – ta nasza klasa średnia – intelektualnie bardzo średnia klasa – wmawia nam wszystkim, że każdy sam sobie jest winien – czyli trudno, takie jest życie.

Czy mamy godzić się na to, że mamy w kraju Polaków pierwszego, drugiego i trzeciego gatunku? Ja jestem przeciw. Bo ci odrzucani to też RODACY.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Dla Rosji sport to także broń hybrydowa

Ukraińscy parlamentarzyści uważają, że ​​dopuszczenie rosyjskich i białoruskich sportowców do międzynarodowych zawodów podczas pełnej agresji na Ukrainę „będzie wsparciem dla tej wojny i próbą uspokojenia agresora”.

Rada Najwyższa Ukrainy podjęła uchwałę, w której zaapelowała do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego (MKOl), międzynarodowych federacji sportowych, a także parlamentów, narodowych komitetów olimpijskich innych krajów, w której stwierdza, że ​​dopuszczanie rosyjskich i białoruskich sportowców do międzynarodowych zawodów pod neutralną flagą, zgodnie z propozycją MKOl zagrozi bezpieczeństwu sportowców.

Szefowie MKOl chcą, aby sportowcy z Rosji i Białorusi występowali pod flagą olimpijską i publicznie nie popierali wojny, którą Rosja prowadzi z Ukrainą. Parlamentarzyści Ukrainy skrytykowali ten pomysł. Twierdzą, że decyzja ta nie uwzględnia „niezwykle okrutnego i barbarzyńskiego charakteru wojny prowadzonej przez Federację Rosyjską przeciwko Ukrainie”.

Deputowani przypomnieli zbrodnie wojenne wojsk rosyjskich i zwrócili uwagę na szkody wyrządzone ukraińskiemu sportowi. Rezolucja stwierdza, że ​​podczas rosyjskiej agresji na Ukrainę zginęło już ponad 220 ukraińskich sportowców, ponad 320 obiektów sportowych zostało trafionych bombami i rakietami, z czego 87 uległo całkowitemu zniszczeniu. W sumie straty Ukrainy w wyniku zniszczenia infrastruktury sportowej według stanu na styczeń 2023 roku przekroczyły 250 mln dolarów.

Rezolucja mówi, że „wraz z początkiem rosyjskiej inwazji na pełną skalę 24 lutego 2022 r. hasło >Sport poza polityką< straciło prawo do istnienia. Rosyjscy i białoruscy sportowcy, w tym mistrzowie olimpijscy i medaliści igrzysk olimpijskich, aprobują wojnę z Ukrainą, dopuszczają się przemocy, mordów i ludobójstwa narodu ukraińskiego, otwarcie uczestniczą w paradach z symbolem Z lub po cichu wspierają tę najokrutniejszą wojnę na pełną skalę ”.

Deputowani do ukraińskiego parlamentu twierdzą, że Rosja i Białoruś mogą wykorzystywać swoich sportowców jako broń ideologiczną. Autorzy apelu obawiają się też konsekwencji przebywania razem z nimi ukraińskich sportowców na tych samych boiskach.

„Szczególnie niebezpieczne pod tym względem są walki na torach szermierczych, matach zapaśniczych, na sektorach strzelectwa z broni palnej oraz zawody łucznicze. Doprowadzi to również do napięć, ewentualnych kłótni i bójek wśród sportowców i organizatorów zawodów w wioskach olimpijskich. Poza tym nie sposób sobie wyobrazić umieszczenia ukraińskich sportowców na piedestałach honorowych obok rosyjskich i białoruskich. Niedopuszczalne jest również sędziowanie zawodów z udziałem ukraińskich sportowców przez przedstawicieli Federacji Rosyjskiej lub Białorusi” – stwierdzili deputowani.

Co więcej, zdecydowana większość rosyjskich sportowców to personel wojskowy, posiadający wysokie stopnie oficerskie, specjalności wojskowe, przydzielony do jakiejś jednostki wojskowej.

Rada Najwyższa Ukrainy uważa, że ​​dopuszczenie rosyjskich i białoruskich sportowców do międzynarodowych zawodów podczas pełnej agresji na Ukrainę „będzie wsparciem dla tej wojny i próbą uspokojenia agresora”.

Parlament Ukrainy zaapelował do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego oraz międzynarodowych i narodowych organizacji sportowych o wprowadzenie zakazu udziału przedstawicieli Rosji i Białorusi w międzynarodowych zawodach, w tym igrzyskach olimpijskich, do czasu zakończenia rosyjskiej agresji na Ukrainę.

Niektórzy rosyjscy sportowcy cieszyli się z decyzji MKOl. Argumentowali, że sportowcy chcą występować w każdym przypadku – muszą kontynuować swoje szybko rozwijające się kariery, dlatego państwo powinno pozwolić im na występy pod neutralną flagą. Ale przedstawiciele władz Rosji stwierdzili, że ich sportowcy „nie mogą być neutralni”.

Stanowisko to poparli „patrioci”. Mówili, że po rozpoczęciu wojny partnerzy na Zachodzie starają się stosować wobec Rosji środki dyskryminujące z powodów narodowych. Twierdzili, że państwo szkoli sportowców, tworzy drużyny narodowe, finansuje, organizuje zawody, dlatego powinni być mu oni wdzięczni i zobowiązani do pokazywania „znaków suwerenności”, takich jak flaga, hymn i barwy. Sportowcy z drużyn narodowych otrzymują pensje właśnie jako reprezentanci swojego kraju, którzy wypowiadają się w jego imieniu. Innymi słowy, sportowcy nie mogą rezygnować ze swoich narodowych barw. Bez tego są po prostu niepotrzebni. Rosyjscy urzędnicy twierdzą też, że wycofanie się Rosji z Komitetu Olimpijskiego będzie oznaczać śmierć całego ruchu olimpijskiego. Są też i krytycy takiego rozumowania, którzy uważają, że wycofanie się Rosji oznaczać będzie tylko jedno – wycofanie się jednego państwa i nic więcej.

Rosyjscy urzędnicy zapominają, że państwo nie korzysta z własnych środków, ale pieniędzy społeczeństwa z podatków, także samych sportowcach. Ale co najważniejsze nie chcą pamiętać, że ruch olimpijski opiera się na zasadach pokoju, odrzuceniu wojny i wrogich stosunków między państwami, dlatego rosyjscy sportowcy są zobowiązani do publicznego potępienia wojny i nie popierania jej.

 

Różne wymiary estetyki analizuje WALTER ALTERMANN: Niechlujstwo nasze powszechne

Pewien bizantyjski historyk pisał o Słowianach, coraz liczniej zaludniających we wczesnym średniowieczu Bałkany, że są oni: „Podstępni, okrutni i brudni”. O ile pierwsze dwa określenia należy traktować jako wyraz walki z nowym politycznym konkurentem, to z tym brudem… należy się nad tym zastanowić.

Myślę, że za dużo w naszym życiu publicznym schlebiania, tym bardziej, że nadciąga nowy wybuch Krakatau w podlizywania się narodowi – nadciągają kolejne wybory. A ja sobie myślę, że nie jest sztuką schlebianie wyborcy. Sztuką jest mówienie mu prawdy, choćby przykrej.

Obowiązkiem artysty, dziennikarza i polityka – właśnie w tej kolejności – jest służyć prawdzie i mówić rodakom, nie to co chcą usłyszeć, nie po to mówić, żeby było im miło i nie „ku pokrzepieniu serc”, ale po to i dlatego, żeby pomóc im wytępić w sobie złe nawyki, okropne postawy i straszne zachowania. Grzeszymy powszechnie niechlujną myślą, byle jaką mową, nieprzemyślanym uczynkiem i zaniedbaniem estetycznym. Więc o tym porozmawiajmy.

Komórki

Normą się stało, że ekspedientki, czyli sprzedawczynie, nagminnie rozmawiają przez komórki w czasie pracy i w miejscu pracy. Wchodzę do sklepu – o niezbyt dużym ruchu klientów – i nikt nie zwraca na mnie uwagi, bo pani sprzedawczyni mówi przez telefon innej pani, jak zrobić mielone kotlety. Stoję, czekam. Po długie chwili sprzedawczyni mówi do telefonu:

– Poczekaj, nie rozłączaj się, bo ktoś przyszedł.

W takiej sytuacji klient czuje się intruzem, który przeszkadza i boi się, że tamta druga spali, nie dosoli, może da za dużo tłuszczu i kotlety będą trujące. A przecież klient, to Pan Klient, przynajmniej tak powinno być. Ja widzę w tym nagminnym i wielce nagannym gadaniu przez telefon sprzedawczyń w miejscu pracy przejaw lekceważenia mnie, „mania mnie w d…użym poważaniu”.

Bywam też w sklepach, w których pracują Ukrainki. One są miłe, uśmiechają się i są bardzo sympatyczne. Ostatnio bywam też z przyjemnością w sklepie prowadzonym przez dwoje Hindusów. I oni też są normalni, czyli mili. A u nas? U nas wracają obyczaje zasłużonych ekspedientek czasów komuny, tej z końcowej epoki pustych półek. Wtedy ekspedientka była królową, to jej się nadskakiwało, do niej się przymilano, bo mogła dać kilo schabu, ale mogła też powiedzieć, że: „Schab właśnie mi wyszedł, a ten kawałek to mam dla siebie”.

Rozumiem, że kobietom za ladą może się nudzić, więc dzwonią. Ale też pamiętam, że w dawnych czasach te panie, dla zabicia czasu, rozwiązywały krzyżówki! Wiem też, że są cywilizowane kraje, w których sprzedawca z wejściem klienta, kłania się i pierwszy mówi „Dzień dobry”. I tak robią tam również panie sprzedawczynie.

Może nasz dumny – nie wiedzieć z czego – naród nie chce się płaszczyć i zginać karku? Jeżeli tak – to mimo tej całej gadaniny o naszym przyrodzonym honorze i dziedzicznej dumie – mamy kompleksy jak z Warszawy do Paryża czy Londynu.

Szacunek

Polacy się wzajemnie nie szanują. U nas nad Wisłą nikt nikogo nie lubi, chyba że żonę i dzieci, a i to nie zawsze. I nikt też nikogo nie szanuje. Toż to już Melchior Wańkowicz zauważył, że w Polsce szewc zazdrości kanonikowi, że został prałatem.

Abstrakcyjna zazdrość i zawiść? Nie tylko abstrakcyjna, bo moim zdaniem lud polski odziedziczył po szlachcie pogardę dla jakichkolwiek autorytetów. Na tym też żerowała w okolicach 1968 roku władza, gdy przeciwstawiała zdegenerowanym inteligentom i zepsutym studentom „zdrowe jądro społeczeństwa”, czyli chłopa i robotnika”. Dzisiaj niektórzy znowu mówią o wykształciuchach, którym się w głowach pomieszało. Oj, niebezpieczna to strategia, bo przypomnę, że koniec końców komunę obaliło to „zdrowe jądro”, gdy zabrakło jedzenia, benzyny i perspektyw

W każdym razie szczucie jednej części narodu na inną, ma u nas wielką i osławioną tradycję. A tak się szacunku do współplemieńca nie buduje.

Jest gorzej, bo Polacy nie lubią nie tylko innych Polaków, ale nie lubią też samych siebie. Zauważają to zagraniczni goście i dziwią się, szczególnie ci z biedniejszych od nas krajów. Z tą biedą to też nie należy przesadzać. Owszem bardzo ciężko żyje się emerytom, ale ja pamiętam klata pięćdziesiąte, gdy naprawdę było ciężko, gdy czekolada dla dziecka była luksusem. Więc nie przesadzajmy.

Włosy

Być może to zalążek buntu społecznego, ale coraz więcej młodych mężczyzn nie myje głowy. Chodzą w jakichś strąkach. I nie mam tu na myśli rastafarian, choć zastanawiam się jak często używają oni szamponu.

Co prawda od wieków oznaką buntu i męskiej siły jest duża broda, ale o brudnych włosach – jako o oznace buntu nie słyszałem. Taki Fidel Castro zapuścił brodę w czasach partyzanckich i przyrzekł, że ją zgoli dopiero po śmierci byłego prezydenta Kuby Fulgencia Batisty, ale słowa nie dotrzymał. Być może Fidel bez brody byłby mniej ważny?

 

Zapuszczenie się w zaniedbywaniu fryzury jest odrażające. I nie ma żadnych usprawiedliwień materialnych dla takiej manii, hodowania brudu na głowie, bo szampon nie jest luksusem. I z całą pewnością brudne włosy są jedynie oznaką, że inkryminowany brudas ma gdzieś normy cywilizowanego świata. Właściwym pytaniem, adresowanym do takiego jegomościa, byłoby takie pytanie:

– Kto panu przeszkadzał w zdobyciu dochodowego zawodu? Nie mówiąc już o wykształceniu.

Faktem jest, że urodzenie się w biednym domu, brak pozytywnych wzorców społecznych w młodości determinuje niejako naszą przyszłość. Ale też mamy wszyscy wolną wolę, więc wytłumaczenie niechlujstwa i braku szacunku dla innych jedynie „genetyką” nie objaśnia nam w całości naszego losu.

Jest też problem „niedogolenia”. Bardzo wielu mężczyzn goli się raz na dwa-trzy dni. I tak straszną rozmytą twarzą, brudem i niechlujstwem. Śmieszy mnie też moda na dwutygodniowy zarost naszych sfer wyższych, ale to już sprawa moda, nie mydła. Bywa, że tacy z zarostem strzyżonym na trzy milimetry staną obok siebie na konferencjach prasowych. Wtedy myślę sobie – sekta czy pozerstwo? Ale to inna sprawa.

Dresy

Jeszcze o czasach powojennych… Naród był biedny, ale czysty. Honorem matek było wysyłać dziecko do szkoły czyste i schludne. A w wielu miejskich domach nie było jeszcze łazienek i bieżącej wody. Biuraliści i robotnicy chodzili w czystych ubraniach. Owszem, często były to ubrania łatane, przerabiane, ale zawsze były czyściutkie. Może powodował to jeszcze przedwojenny etos, który zakładał, że na ulicy, poza domem, w pracy musimy jako tako wyglądać? Że nie wolno budzić u bliźnich odrazy? Że czyste ubranie jest objawem szacunku dla innych? Dzisiaj nie jest to już takie oczywiste.

 

Teraz na ulicach i w sklepach można zobaczyć osobników płci męskiej paradujących w porozciąganych i brudnych dresach. Taki teraz mamy sznyt. Ja wiem, że od wieków moda bierze się z naśladownictwa wojska i sportu. Pamiętam jak bardzo modne były koszulki polo, w kraju, gdzie nikt nie miał pojęcia czym jest gra w polo, nie mówiąc już o tym, że w polo nikt u nas nie grał. A czapki bejsbolówki, w kraju kopanej piłki?

Domyślam się więc, że dresy są również nawiązaniem do sportu. Tyle tylko, że nie ma żadnej dyscypliny sportowej, w której gracze występują w dresach. Dresy są używane przed i po zawodach…

Zatem, paradują młodzi ludzie w niechlujnych dresach, uważając, że są trendy. Żeby jeszcze te dresy były czyste! Ale nie, są upaćkane i brudne, i we mnie budzą odrazę. Bo to tak, jakby ktoś wychodził na ulice w pidżamie, chociaż strój nocny również powinien być schludny. I w tych dresach młodzież ucząca się idzie też do szkoły. Okropność.

Buty

Mawiało się przed laty, że o elegancji stanowią zęby i buty. Zacznijmy jednak od dołu. Ludzie u nas rzadko czyszczą buty, co widać. A przecież pasta do butów nie jest droga. Nie wierzę też, że tak wielu z nas nie może się schylać ze względu na choroby kręgosłupa.

Owszem, szczotka do butów kosztuje jakieś 10 zł, ale można bez niej się obyć i czyścić obuwie kawałkiem szmatki. Najlepiej by było, gdyby ci chodzący w dresach podarli je na kawałki i użyli tych kawałków do polerowania butów. A za te zaoszczędzone 10 zł kupili jakieś spodnie, w jednym z wielu sklepów używanej odzieży. Spora część młodych ludzi chodzi też w trampkach, najchętniej białych. To znaczy przy kupnie białych. I mamy taki zestaw? Dresy w stylu pumpy i zniszczone trampki po przejściach. A może zapanował już moda na dziadostwo, tylko że to do mnie nie dotarło? Jeżeli tak, to przepraszam.

Zęby

Wiele starszych osób straszy publicznie potwornymi brakami w uzębieniu. I zachowują się ci szczerbaci jakby wszystko było w porządku, jakby brak jedynek i dwójek był czymś pełnym uroku i wdzięku.

Co by nie mówić, to jednak państwo raz na pięć lat funduje darmowe szczęki! Ale jakoś tak się porobiło w warstwach biedniejszych, taki duch tam zapanował, żeby się nie przejmować wyglądem własnym. Może ta ich abnegacja jest zemstą na tych, co chodzą w czystych butach i mają wszystkie zęby, choćby w części sztuczne? Najbardziej cierpię, gdy taki szczerbol podchodzi blisko, rozdziawia usta i pyta mnie o godzinę. Wtedy mam zawsze ochotę odpowiedzieć:

– Jest jeszcze na tyle wcześnie, że na pewno zdąży pan do protetyka!

Ale oczywiście mówię tylko, która jest godzina…  Może mam poczucie winy, że jednemu z drugim nie chce się iść do dentysty po protezę, że nie chce się im wyczyścić butów…

Kobiety

Jedno jest tylko zadziwiające w tej mierze, że kobiety – niezależnie od wieku i społecznego statusu – dbają o siebie, dbają o swój wygląd. I to jest miłe. Choć i dziwne zarazem, bo jak to jest, że te matki nasze nie wpoiły swym synom, nie wymogły na swych mężach, że jakoś trzeba się nosić?

 

Społecznie pomagający dziennikarzom STEFAN TRUSZCZYŃSKI podaje listę „Top Polish men in USA”

Mam już taki gest, że postanowiłem – społecznie – pomóc niedorajdom dziennikarzom, którzy nie potrafią pożytecznie dla czytelników, słuchaczy i widzów  wykorzystać darowany czas pobytu w USA. Wielu tam wspaniałych rodaków – żyjących i niestety już nie. Róbcie o nich filmy, reportaże, wywiady:

– Kazimierz hr. Krasicki – sekretarz min. Becka, ostatni konsul w ’39 w NY, edukował i „wyprowadzał na ludzi” wojenne sieroty, pomnik króla Jagiełły w Central Parku  to jego zasługa;

– Henryk de Kwiatkowski – był miliarderem, ponoć drugi na liście najbogatszych Polaków w USA, handlował m.in. samolotami, hodowca koni wyścigowych i pasjonat polo, miał domy w Paryżu, NY, na Bermudach oraz słynną farmę Calunet, z której pochodzili liczni międzynarodowi końscy championi, na początku II wojny światowej schwytany przez Armię Czerwoną w wieku 15 lat został zesłany do obozu na Syberię;

– Bolesław Wierzbiański – twórca, red. naczelny „Nowego Dziennika” z NY, bardzo ważna osobistość wśród Polonii, rodzina zgromadziła liczne ważne dokumenty o Polonii;

– Eva J. Pape – mecenas sztuki i artystów z Polski, nakarmiła wielu, kurator Nocca Museum (NY), bohatersko walczyła z chorobą, na koniec życia przyjechała do Polski ale ci, którzy jej wiele zawdzięczali zapomnieli o tym;

A to kolejni bardzo ciekawi Polacy, choć mniej znani. Pracowali przez wiele lat w Ameryce, podkreślając swoje polskie korzenie, nie zapominajmy o nich:

– inż. Antoni Żelechowski – budowniczy jednej z największych na świecie oczyszczalni ścieków w zatoce bostońskiej;

– prof. Jerzy R. Krzyżanowski – z Uniwersytetu Columbus – Ohio (syn prof. Juliana Krzyżanowskiego), kontynuator tradycji ojca; liczne opracowania nt. wpółczesnej prozy polskiej i jej recepcji w krajach anglosaskich, w ’87 „Czytelnik” wydał jego prace krytyczne „Legenda Somosierry”, pisał o twórczości  Aleksandra Janty, Jerzego Andrzejewskiego, Witkacego;

– dr. Stanisław Burzyński – w 1970r. wyjechał do USA i zyskał rozgłos dzięki swojej metodzie leczenia nowotworów antyneoplastonami – tj. peptydami otrzymywanymi z moczu zdrowych ludzi;

– dr. Benon Przybielski – dr. chemii z dużymi sukcesami naukowymi, jako młody chłopak trafił w casie wojny do partyzantki rosyjskiej, przedostał się na Zachód, usynowiony przez polskiego arystokratę skończył Harvard;

– inż. Zdzisław Julian Starostecki – w 39-tym złapany podczas próby przejścia Karpat dostał się w łapy NKWD, skazany na 10 lat łagru, do października 1941 na Kołymie, potem w Armii gen. Andersa, przebył szlak II Korpusu – walczył pod Monte Cassino, o Anconę. W walkach o Bolonię ciężko ranny – 2 lata w szpitalu w Wlk. Bryt. Od 1952 w Ameryce – skończył politechnikę, 23 lata pracował w przemyśle zbrojeniowym USA, z tego 11 lat nad systemem „Patriot”;

– Jarosław Chołodecki – ekonomista i politolog, studiował na Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu i na University of Chicago, w latach ’80-’81 był wiceprzewodniczącym Związku Śląsko-Dąbrowskiego, w 1984 po wyjściu z internatu mając 32 lata wyemigrował z rodziną do USA, pracował w polonijnych mediach, założył własne radio;

– Włodzimierz Grocholski – emigrant sprzed 50-ciu laty, self made man, producent, menadżer, mieszkał na Florydzie;

– Janusz Hewell – znany radiowiec – „Wolna Europa”, „Głos Ameryki”, popularyzator golfa w Polsce, mieszka na Florydzie;

No i jeszcze człowiek, którego nie wolno pominąć – a czytać to co pisał i posłuchać to co mówił – warto. W 2015 Zbigniew Brzeziński mówił: – Istnieje artykuł 5 i zasada solidarności z zaatakowanym sprzymierzeńcem. Ale w NATO obowiązują też procedury i zasada jednomyślności. Oznacza to, że Sojusz przez jakiś czas mógłby być sparaliżowany. Powinniśmy liczyć na siebie, by być w stanie jak najdłużej bronić się sami. Polska powinna się zbroić, kupować sprzęt, modernizować i zwiększać armię. (Teraz to robimy, ale trochę późno).

Macie Państwo tę listę! Za darmo.

 

ST

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI pisze o zmienianym życiorysie: Domino literat i oprawca – Jaruzelski w skali mikro

Jako 15-latek, w pierwszej wielkiej wywózce mieszkańców Kresów Wschodnich II RP – 10 lutego 1940 r. – trafił wraz z rodziną do Irkuckiej Obłasti. Na nieludzkiej ziemi przyjdzie mu spędzić 6 lat. Ze zsyłki wróci odmieniony. Zbigniew Domino zostanie stalinowskim prokuratorem wojskowym, oskarżycielem i uczestnikiem zbrodni na Żołnierzach Niezłomnych. Zwieńczeniem komunistycznej kariery będzie praca w Głównym Zarządzie Politycznego WP. W latach 80-tych załapie się jeszcze na posadę radcy ambasady PRL w Moskwie. Później nastąpi kolejny zwrot, bo zacierając zbrodniczą przeszłość, Domino będzie brylował na salonach jako wzięty pisarz, autor „Syberiady polskiej”, działacz Związku Literatów Polskich.

Zbigniew Domino umarł w czerwcu 2019 r. Pion śledczy IPN miał wiele lat, aby postawić temu mordercy sądowemu zarzuty – uczynił to dopiero trzy miesiące przez jego śmiercią. Dlaczego tak późno? „Liczę się z zarzutami na temat tego, co robiłem w wojskowym wymiarze sprawiedliwości po 1949 r.” – tak mówił Zbigniew Domino w 2010 r. Jednak na zarzuty wobec stalinowskiego prokuratora czekaliśmy już od 1989 r.

Domino infamisem

Brak zainteresowania ściganiem tego mordercy sądowego nie zmienił się po maju 2017 r., czyli po orzeczeniu Społecznego Trybunału Narodowego. Wtedy uznaliśmy Zbigniewa Domino za infamisa – człowieka niegodziwego, pozbawionego czci, wykluczonego ze społeczeństwa. Symboliczne orzeczenie obywatelskiego gremium nie mogło zastąpić odpowiedzialności karnej przed sądem Rzeczypospolitej.

Śledczy Instytutu Pamięci Narodowej zarzuty Domino postawili dopiero w marcu 2019 r., uznając, że „podżegał do bezprawnego pozbawienia wolności”.

Konferencja w KRS

A dlaczego IPN postawił zarzuty właśnie w marcu 2019 r.? 14 marca br. w siedzibie Krajowej Rady Sądownictwa odbyła się konferencja „Historyczne źródła kryzysu zaufania do sądownictwa w III RP” – pierwszy raz w historii tej instytucji poświęcona wyklętym przez komunistów Żołnierzom Niezłomnym i ich prześladowcom. Razem z prof. Krzysztofem Szwagrzykiem podkreślałem, że nie wystarczy ścigać w dalekiej Szwecji – z zerowymi niemal szansami – sędziego Stefana Michnika, ale bolszewiccy przestępcy (wielu z nich!), żyje wśród nas, w kraju. Wśród nich Zbigniew Domino.

Przypominaliśmy, że mieszka w Kielnarowej pod Rzeszowem, w okazałej willi – jak na pułkownika (L)WP, a dziś wziętego literata przystało (autor m.in. autobiograficznej „Syberiady Polskiej” – pierwowzoru filmu o tym samym tytule). Jako „autorytet” zapraszany na prelekcje, również do szkół (czego stalinowski prokurator uczy dzieci?). Mieszkańcy Rzeszowa widują Domino w galerii handlowej, gdzie chodzi z żoną na kawę i ciastka.

W końcu (wciąż w KRS-ie) zadaliśmy pytanie – dlaczego Domino nie jest ścigany przez pion śledczy IPN. Szef owego pionu – prokurator Andrzej Pozorski, był obecny na sali. Kilka dni później – 19 marca prok. Pozorski na konferencji prasowej ogłosił, że podległa mu Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu postawiła Domino zarzuty. Portal interia.pl skojarzył te dwa fakty: konferencji w KRS i zarzutów.

Jakie zarzuty?

Jakie zbrodnie popełnił Domino? Dla polskich patriotów domagał się kar śmierci, a sędziowie przychylali się do wniosków oskarżyciela. Potem często uczestniczył w egzekucjach w katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Ciała zamordowanych komuniści zakopywali w dołach śmierci na „Łączce” Powązek Wojskowych.

Komunistyczni przełożeni o komuniście Domino napisali: „Do reakcji odnosi się z nienawiścią”, jego wystąpienia „odznaczają się dużą bojowością i podnoszeniem strony politycznej”. Wcześniej z ową „reakcją” walczył w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego – tego zarzuty prokuratury IPN już nie objęły.

Domino oficjalny i ukryty

W oficjalnym życiorysie Zbigniew Domino przedstawiał się jako ofiara stalinizmu. Ze względu na zsyłkę do Irkuckiej Obłasti. Do Polski wrócił w czerwcu 1946 r. W internecie Domino jeszcze do niedawna figurował wyłącznie jako autor książek. Chyba największy sukces odniósł w 2013 r., kiedy do kin weszła oparta na jego scenariuszu superprodukcja Janusza Zaorskiego „Syberiada polska”. Ale Domino był nie tylko ofiarą, której należało współczuć.

Po powrocie do kraju w ramach Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego walczył z „bandami”, czyli polskim podziemiem niepodległościowym. Po przyspieszonych kursach został prokuratorem – zaufanym człowiekiem słynnego kata Polaków Stanisława Zarakowskiego. Dla polskich patriotów domagał się kar śmierci, a sędziowie przychylali się do wniosków oskarżyciela.

Strzał w tył głowy

Jednak chyba najbardziej obciąża Domino udział w komunistycznej prowokacji mającej wyeliminować przedwojenne kadry WP – egzekucjach polskich lotników ze słynnego „spisku w wojsku” oskarżonych o szpiegostwo na rzecz imperialistów. 7 sierpnia 1952 r. o 20.30 w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie nakazał rozstrzelać: płk. Bernarda Adameckiego, płk. Józefa Jungrava, płk. Augusta Menczaka, ppłk. Stanisława Michowskiego, ppłk. Władysława Minakowskiego, ppłk. Szczepana Ścibiora. Staranny podpis Domina widoczny jest na dokumencie egzekucji. To tylko kilku bohaterów, których szczątki po sowieckim strzale w tył głowy oprawcy wrzucili do dołów śmierci w dzisiejszej kwaterze „Ł” na Powązkach Wojskowych. Dziś są identyfikowani.

Literat, autorytet

Gomułkowska „odwilż” nie podcięła kariery Domino. W latach 1956-1969 dalej pracował w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej, zawsze na kierowniczych stanowiskach związanych z „zadaniami specjalnymi”. Od 1969 do 1973 był prokuratorem Wojskowej Prokuratury Garnizonowej w Rzeszowie. „Służbę ojczyźnie” skończył w 1975 r. na stanowisku oficera do zleceń specjalnych Głównego Zarządu Politycznego WP.

Doświadczenie Domino nie mogło jednak zostać zmarnowane. Zanim został wziętym literatem, w latach 1980-1985 i 1989-1990 był radcą ambasady PRL w Moskwie.
Mieszkał w Kielnarowej pod Rzeszowem (gdzie się urodził), w okazałej willi, był zapraszany na prelekcje i odczyty – także do szkół. Szanowany obywatel, literat, autorytet, wychowawca młodzieży. A także stalinowski morderca sądowy.