PIOTRA TURLIŃSKIEGO opis literackiej bezwzględności: Stanisław Grochowiak. Geniusz pomijany (5)

Święty Szymon Słupnik

 

Powołał go Pan

Na słup.

Na słupie miał dom

I grób.

 

A ludzi chłopaka na szafot przywiedli,

Unieśli m głowę w muskularnej pętli.

Powołał go Pan na stryk.

 

Powołał go pan,

By trwał,

By śpiewał mu pieśń

I piał.

 

A ludzie dziewczynę wśród przekleństw gwałcili

I włosy jej ścięli, i ręce spalili.

Powołał ja Pan

Na gnój.

Powołał go Pan

Na słup.

Na słupie miał dom

I grób.

 

A ludzie mych wierszy słuchając powstają

I wilki wychodzą żerującą zgrają…

Powołał mnie Pan

Na bunt.

 

W tym utworzy Grochowiak sugeruje nam, że i jemu przypadł los Szymona Słupnika. Niełatwy, ale wielki, bo rozmyślny, celowy. I takie też było życie Stanisława Grochowiaka.

                                                                                Łatka

Turpiści – nazwał ich Julian Przyboś, w swoim wierszu „Oda do turpistów”. Tę niemiłą etykietę, tę łatkę przypiął Przyboś kilku młodym poetom, z początkiem lat 60-tych, ale tak już jakoś na lata zostało. W gruncie rzeczy „etykiet twórca”, uznany i rządzący wtedy środowiskiem poetów, chciał młodych konkurentów zdyskredytować, bo turpiści, to ludzie lubujący się tym co brzydkie, okropne i wstrętne. A ci młodzi opisywali jedynie nasz dzień powszechny, szukali poezji i wielkich rzeczy w tym co obok, tuż za zakrętem drogi. Oni zastanawiali się i zgłębiali kondycję prostego człowieka. Przyboś natomiast – w najpełniej z możliwych sposobów realizował dogmat „sztuki dla sztuki” i budował swoją świątynię „nowych środków wyrazu”.

Niestety i dzisiaj jeszcze można przeczytać w społecznych encyklopediach, że „W poezji polskiej turpizm pojawił się po 1956 roku i posługiwali się nim: Stanisław Grochowiak, Ernest Bryll, Andrzej Bursa i inni. Programowo przedstawiciele turpizmu włączyli do swoich utworów motywy brzydoty, kalectwa, choroby, śmierci”.

Tak nie było, bo to nowa poezja budował kanony nowej estetyki. Takiej która wyrastała z buntu wobec ustalonych kanonów piękna. Ci „nowi poeci” zwracali się ku peryferiom, dowartościowując to, co pomijane i dyskryminowane. I nie bez przyczyny na szeroką skalę zjawisko to zaistniało po 1956 roku – stanowiło bowiem kontestację socrealistycznych ideałów sztuki i piękna. Obca też im była międzywojenna estetyka „pięknych i nowoczesnych wierszy” Juliana Przybosia.

            Brzydota stała się tu kategorią estetyczną, a także etyczną – wyrażała bowiem akceptację świata w całości, jak również postawę empatii wobec pokrzywdzonych i odrzuconych – to można przeczytać nawet na portalu e-szkoła. Czyli łatka Juliana Przybosia przykleiła się na dobre, do nowych poetów.

Powojenne rozumienie świata

Bezsprzecznie na widzenie świata w przypadku „turpistów” miały ich doświadczenia wojenne. Oni, w odróżnieniu od pokoleń międzywojennych, widzieli i przeżyli upadek cywilizacji, nieopisywalne zbrodnie i ludzką mękę. Na własne też oczy doświadczyli również wszechobecnych, wcale niebohaterskich, śmierci i poniżenia. I chcieli dać temu świadectwo. Widać – nie mogli tego robić językiem, metaforami i cała poetyką dawnego świata, którego upadek zaczął się w 1939 roku.             Poetykę „buntowników” można odnaleźć w poetyce Tadeusza Różewicza, zwłaszcza po 1956 roku, w tomach takich jak: „Poemat otwarty”, „Formy”, „Rozmowa z księciem”, „Głos Anonima”, „Zielona róża” i kolejnych. Różewicz używa brzydoty jako narzędzia podważania optymistycznej wizji świata, demaskuje moralny nihilizm nowoczesnej cywilizacji i zło tkwiące w każdej ludzkiej jednostce.

Innym z potępionych miał być Stanisław Grochowiak. Jego tomy – takie jak „Ballada rycerska”, „Menuet z pogrzebaczem”, „Rozbieranie do snu”, „Kanon” czy „Nie było lata” – to przykłady poezji powstającej z fascynacji rozkładem i śmiercią. Jednocześnie Grochowiak jest w tym nurcie estetą – jego twórczość odwołuje się do tradycji średniowiecza i baroku, zwłaszcza do malarstwa wielkich mistrzów tych epok. Grochowiak w kilkudziesięciu wierszach opisuje zresztą malarskie wizje świata, malarskie filozofie wielkich malarzy przeszłości. Rzeczony turpizm Grochowiaka, jak wskazuje Stanisław Burkot, ma również wymiar etyczny – stanowi narzędzie zgłębiania tajemnicy ludzkiego cierpienia i przemijania.

Należy również wspomnieć w tym kontekście o Erneście Bryllu. „Wigilie wariata”, „Autoportret z bykiem”, „Twarz nie odsłonięta”, „Sztuka stosowana” to przykłady jego wczesnych tomów poetyckich, w których doszła do głosu estetyka turpizmu.

Tymczasem dla tych mocno wkraczających w świat dużej literatury, ówczesne elity literatury – nie przewidywały ważnego miejsca. Być też może, że po prostu tej nowej poezji, ówcześni udekorowani już luminarze sztuki nie rozumieli. Przykre to, ale jakże typowe dla zazdrosnych twórców i leniwych znawców literatury. Poza tym – wielcy artyści – a mówię tu o pokoleniu Przybosia – nie są wolni od zwykłej ludzkiej zawiści.

Najbardziej w twórczości Grochowiaka podziwiam „Sześciokrotne śpiewy poranne” za ich obrazowanie, za rytm i bezwzględność w widzeniu świata. Mówię o bezwzględności, bo tego oczekuję od poetów. Okłamywać się mogę sam.

Sześciokrotne śpiewy poranne (fragmenty)

Skąd oni biorą nienawiść? Z małości?

Więc gdzie się skrwawił baranek ich wstydu?

Powiedzmy szorstko:

Gdzie była ta rzeź,

Gdzie samo sobie skalpowali czoła?

 

„Człowiek uczciwy nawet psa się wstydzi” – 

Tak przeczytałem w staroświeckiej książce

A biła północ,

A że nastał świt, Poznałem z piania niezawodnych hycli.

*

Oto umiemy, oto nauczeni

Jesteśmy wreszcie: kręcić bicze z piasku,

Wbić tysiąc ćwieków w jedno ziarnko maku,

Córkę piekarza wypiastować z sowy.

 

I dokładamy do wszystkiego ręki

Czułej jak ręka hodowcy lub gacha:

Do bicza z piasku,

Do ziarenka maku,

Do drew, co płoną w rodzinnym kominku.

*

A o czym gwarzyć przy rodzinnym stole?

Wuj odpiął skrzydła, że były mu zbędne,

Stryj jeszcze wierzy, a wierzy korzystnie,

Bo wiara stryja przenosi go w góry.

 

Głód? Gdzieś tam dalej, A zresztą w gazetach

O rozmnożeniu cudownym planktonu

Pisali dzisiaj? O śmierci? W peticie.

Petit jest czcionką wyłącznie dla młodych.

(…)

My nie po trupach. My po przemyśleniu

Idziemy w niebo, po szczeblach drabiny:

Są z nas Jakuby nie z Ducha, nie z Ojca,

A z przysposobień Ochotniczej Straży.

 

My nie po trupach. My pozostawiamy

Za sobą tylko ptaki okulałe,

Muchę skrzywdzoną, trawę zadeptaną,

Albo – co chlubne – nowy Dom dla Starców.

*

Bo twarz mieć trzeba, z którą jest do twarzy.

Nogi w obuwiu. W kalendarzy miłość.

Teściów najlepiej w osobnym mieszkaniu.

Ojca w szacunku. Alkohol p o z a t e m.

 

Ci, co się dręczą, sami sobie winni –

Ci, co niewinni, ci się nie udręczą

Choć bądźmy skromni: Na niewinność panien

Patrzeć dziś raczej należy przez palce.

* (…)

Skąd oni biorą swą pychę? Z litości?

Więc gdzie się skrwawił mój baranek wstydu?

Powiedzmy szorstko:

Gdzie dopadł mnie mrok,

Wilgoć na skale, senność na wilgoci?

 

Opowiedz ptaka.

Dobre, opowiadam…

Jest teraz w locie statecznym, dokolnym…

Lecz gdy znienacka

Dopadnie go noc,

On niespokojnie śpi na sercu dzwonu. 

 

                                                                    Grochowiak – moralista

Moralność – zakłada odpowiedzialność jednostki, każdego z osobna, za własne czyny. Nie ma moralności zbiorowej. Choć suma moralności jednostek może się składać na wspólną moralność, lub nawet jej zupełny brak.

Dla mnie Grochowiak był moralistą. Wiem, że „moralista” brzmi jakoś tak drętwo, jak nudziarstwo. Ale jego moralistyka była najlepszej próby rozważaniem o rzeczach pierwszych i ostatecznych. Daj nam Boże więcej moralistów. Podobnie było zresztą z Różewiczem.

W przypadku Grochowiaka mamy do czynienia z twórcą, który moralistyce potrafił nadać oryginalny, interesujący kształt. A przede wszystkim umiał dostrzec zło w sobie i każdym z nas. I nikogo nie ułaskawiał ze względu na „okoliczności łagodzące”. Dla niego żaden system polityczny nie mógł być wymówką. I mówiąc zupełnie bezwzględnie – nie ma dobrej literatury, która nie jest moralizowaniem. Nawet jeżeli przeciwstawia się tradycyjnym wartościom, to też moralizatorska – a rebour.

Grochowiak naraził się środowisku. Być może niepotrzebnie. Bo trochę zabrzmiało to tak, jakby Wielki pastwił się nad Maluczkimi. Ale to właśnie tym pomniejszym poetom i naukowcom od literatury, władze PRL powierzyły redagowanie, stworzyły i dały im „w pacht” miesięcznik „Poezja”. Grochowiak nie wytrzymał, publicznie to powiedział, niedługo przed swoją śmiercią. W telewizji stwierdził, że „Poezja” gromadzi miernoty, że nie publikują w „Poezji” żadnych wartościowych utworów, i nie ma jej łamach wspaniałych poetów, którzy przecież są, żyją.

Dla prawdy historycznej: „Poezja”, była miesięcznikiem, ukazywała się w latach 1965–1990. Jej redaktorami naczelnymi byli, kolejno: Jan Zygmunt Jakubowski (1965–72), Bohdan Drozdowski (1972–87), Marek Wawrzkiewicz (1987–90).

 

                                                                    Poezja i wiersze

Poezja Stanisława Grochowiaka była jak pieśni, ona sama wypływała z ust – jak mawiają aktorzy. Ale też Grochowiak miał rzadko spotykany, nawet u wielkich poetów, muzyczny słuch. Tako sam wielki słuch jaki mieli Lechoń, Tuwim, Broniewski, Gałczyński. Grochowiak nie pisał wierszy programowych, słusznych czy też walczących. Nie traktował poezji jako środka do wypowiedzi filozoficznych. Choć były dzięki temu właśnie pełne najgłębszej filozofii, bo była to filozofia gorącej miłości życia.

Może to właśnie dzięki temu niebywałemu słuchowi na nasz polski język tak doceniane są dramaty. Napisał ich cztery – wykaz dzieł Grochowiaka podaję poniżej – a wszystkie „niosą widzowi” świat poetycki, subtelny i delikatny. Jego bohaterowi mówią prosto, ale z rzadko spotykanym urokiem słowa, składni, frazeologii i metafor.

Jego dramaty ujmowały też filmowców, a „Chłopcy”, w reżyserii Ryszarda Bera – opowieść dziejąca się w domu starców, ciągle jest pokazywana w telewizji, bo jest mądra, a role napisane dla aktorów są wspaniałe.

Często nadużywa się pojęcia „poezja” i każdy wiersz zostaje poezją… A poezja to szczyt sztuki, natomiast wiersze, nawet i dobre, to tylko wytwory rzemiosła literackiego. A Stanisław Grochowiak był poetą.

                                                           Lęki

Dzisiaj już się go nie wydaje, nie rozmawia się o nim. I chyba niewielu czyta jego poezję. A to jest wielka szkoda dla naszej wrażliwości. Na przykład, trzeba znać jego „Pejzaż”, żeby zrozumieć jego świat, albo jak on ten nasz świat widział.

Pejzaż

Więc oto ziemia moja Ojczyzna

Wszystko we mnie co wieczne – z tych oto ogórków,

Z tych bladych kwiatów szarpanych żarłocznie

Przez chude jak szkielety wróble

 

Wszystko co we mnie otwiera ten pejzaż

Koniem sterczącym w niebo kopytami

Różą znienacka ogromna jak krowa

Wiatrakiem zeschłym

 

I wreszcie człowiek – z flaszki pionowej

Ostatnia kroplę chciwie wypija

Płacze

Maryja

Jezus

Maryja

Jezus

Maryja

Jezus

Maryja

                                                                        Alkohol

Stanisław Grochowiak umarł młodo. Mówią, że pił. Alkoholowi zresztą poświęcił dużo miejsca w swej twórczości, w tym wspaniały dramat „Lęki poranne”. A „Lęki…” mówią nie tylko o tej chorobie, mówią też o tym, że wrażliwi ludzie muszą pić, bo społeczeństwo jest okrutne wobec słabych. Napisał to kiedyś inny poeta, że są społeczeństwa, w których nie sposób żyć na trzeźwo.

Bóg Grochowiaka, jego osobisty intymny Bóg, zabrał go bardzo wcześnie, zaledwie w 42 roku życia. Może było i tak, że Bóg zabiera duchy doskonałe wcześniej, pozwalając tym niedoskonałym żyć dłużej, aby się wypiękniły ostatecznie.

W ciągu tych 42 lat swego życia Stanisław Grochowiak dokonał w literaturze bardzo wiele, zostawiając po sobie trwały ślad. Jest autorem kilkunastu tomików poezji, dwóch opowiadań, trzech powieści i czterech dramatów.

 

                                                      Dzieła Stanisława Grochowiaka

 

Poezja: Ballada Rycerska (1956); Menuet z pogrzebaczem (1958), Rozbieranie do snu (1959); Agresty (1963); Kanony (1965; Totentanz in Polen (1969) poemat; Nie było lata (1969); Polowanie na cietrzewie (1972; Bilard (1975); Haiku-Images (1978); Allende (1974) poemat; Wiersze nieznane i rozproszone (1996); Wiersze dla dzieci (2017); Wiersze zebrane (2017)

Opowiadania: Lamentnice (1958); Prozy (1996) – zawierają niepublikowane utwory prozatorskie, dodatkowo powieść Trismus i opowiadania ze zbioru Lamentnice

Powieści: Plebania z magnoliami (1956); Trismus (1958); Karabiny (1965)

Dramaty: Szachy (1961); Partita na instrument drewniany (1962); Król IV (1963); Chłopcy (1964)

Baśnie: Żyjątko Biedajstwo i Ci inni (2009)

Realizacje filmowe: Księżyc, reż. Stanisław Brejdygant; Kaprysy Łazarza, reż. Janusz Zaorski; Chłopcy, reż. Ryszard Ber; Partita na instrument drewniany, reż. Janusz Zaorski; Karabiny, reż. Waldemar Podgórski

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Ukraińcy uważają Polaków za najbliższy im naród

Prawie dwie trzecie (63%) Ukraińców uważa, że ​​historycznie są oni najbliżsi Polakom, 7% – innym narodom, a 17% jest niezdecydowanych. Tak wynika z badań Kijowskiego Międzynarodowego Instytutu Socjologii (KIIS), o których informuje strona internetowa RBC-Ukraina.  

Ankietę KIIS przeprowadził na zlecenie Ministerstwa Kultury i Polityki Informacyjnej Ukrainy wśród 2004 respondentów. Błąd statystyczny próby nie przekracza 2,2%. Jakie jeszcze wnioski płyną z tych badań?

Większość (60%) mieszkańców kraju postrzega 24 sierpnia 1991 roku jako dzień odzyskania przez Ukrainę utraconej niepodległości i państwowości, a jedna trzecia (32%) – że w tym dniu Ukraina po raz pierwszy uzyskała niepodległość. Dwie trzecie (64%) zgadza się ze stwierdzeniem, że Ukraina była kolonią Imperium Rosyjskiego. Ponad dwie trzecie (69%) mieszkańców kraju uważa, że ​​Ukraina jest ideologicznym następcą Ukraińskiej Republiki Ludowej, a 11% uważa, że ​​Ukraina jest ideologicznym następcą Ukraińskiej SRR.

Obecna wojna rosyjsko-ukraińska wywarła znaczący wpływ na postrzeganie własnej przeszłości: ponad dwie trzecie (68%) ankietowanych wskazało, że wojna zmieniła ich stosunek do historii Ukrainy. Najbardziej znaczącymi wydarzeniami historycznymi, które odegrały w przeważającej mierze pozytywną rolę, zdaniem większości, były (w porządku chronologicznym): powstanie Bohdana Chmielnickiego – 83% odpowiedziało, że wydarzenie to miało rolę pozytywną, powstanie Iwana Mazepy – 74%, istnienie Ukraińskiej Republiki Ludowej i konkurencja wyzwoleńcza lat 20. XX wieku – 67%, przejście Krymu do Ukraińskiej SRR – 70 %, rozpad ZSRR – 83 %, pomarańczowa rewolucja – 70%, Rewolucja Godności – 83%.

Według większości negatywną rolę w historii narodu ukraińskiego odegrały (kolejność chronologiczna): przyjęcie okólnika Valueva i dekretu z Ems zakazującego używania języka ukraińskiego, utworzenie ZSRR, kolektywizacja, II wojna światowa, Holokaust, wprowadzenie wojsk radzieckich do Afganistanu, obecna wojna rosyjsko-ukraińska.

Jednocześnie 12% respondentów wskazało, że najbliższymi im osobami są Rosjanie. I to pomimo faktu, że dla przypomnienia, pod koniec 2022 roku bezwzględna większość Ukraińców (98%) uważała rosyjskie władze polityczne za winne popełnienia zbrodni wojennych na Ukrainie, 96% respondentów wskazywało na rosyjski personel wojskowy, a 87 % odpowiedzialnością za to obarczało wszystkich obywateli Rosji.

Według innego badania, Ukraińcy uznali kulturę polską za najciekawszą spośród kultur europejskich, a 72% respondentów uważa, że ​​Polacy są kulturowo najbliżsi Ukraińcom. Świadczą o tym wyniki badania opinii publicznej przeprowadzone przez Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego wraz z ukraińską agencją Info Sapiens. Łukasz Adamski, zastępca dyrektor Centrum, doktor nauk historycznych, powiedział ukraińskiemu portalowi Zaborona:

„Badanie wykazało, że Ukraińcy są absolutnie zainteresowani polską kulturą, ale mówią, że wiedzą o niej za mało. Chociaż nie powiedziałbym tak – na zachodzie i w centrum Ukrainy odsetek osób prawidłowo identyfikujących takie postacie jak Adam Mickiewicz i Henryk Sienkiewicz jest dość wysoki. Oczywiście rozczarowujący jest fakt, że połowa Ukraińców nie potrafi wymienić choćby jednego znanego Polaka. Ale daje nam to możliwość i motywację do jeszcze większej pracy…”

Wielu Ukraińców chciałoby się uczyć polskiego. Co najmniej jedna trzecia obywateli twierdzi, że studiowałaby ten kierunek, gdyby dostępne były bezpłatne kursy. Do Polski przyjeżdżają nie tylko młodzi ludzie, którzy mają kontakty z polskimi obywatelami – to także emeryci i mieszkańcy terenów, którzy jeszcze przed wojną nie mieli szczególnej wiedzy o Polsce..

Łukasz Adamski uważa, że ​​wojna zwiększyła zainteresowanie Ukraińców sąsiadami. Jeszcze przed inwazją na pełną skalę, w latach 2014 – 2022, Polska zajmowała pierwsze miejsce w rankingach sympatii (takie badania społeczne prowadziła zwłaszcza grupa Rating). Procent poparcia wynosił wtedy około 55%. Teraz liczba zwolenników Polski wzrosła do 83 – 86%. A odsetek osób negatywnie nastawionych wynosi mniej niż 0,5%. Oczywiście dzieje się to na fali poparcia Polski dla Ukrainy, a po wojnie te wartości mogą nieco spaść. Ale generalnie z badań wynika, że ​​Ukraińcy chcą bardziej intensywnych relacji: zaprzyjaźnić się z Polakami, poznać kraj, także od strony turystycznej.

W badaniu zadano pytanie: który z terytorialnych sąsiadów wydaje ci się najbliższy kulturowo? Na liście znaleźli się Polacy, Białorusini, Rosjanie, Słowacy, Węgrzy, Rumuni i Mołdawianie. 72% respondentów wskazało Polaków jako naród bliski kulturowo. Białorusini zajmują drugie miejsce z wynikiem 6%, podczas gdy Rosjanie tylko 4%. A odpowiedzi udzielali także mieszkańcy tych regionów, które po części uważały się za część przestrzeni kulturowej Rosji i Białorusi. Teraz stali się zagorzałymi przeciwnikami rosyjskiej kultury.

Spośród wyników badania największe wrażenie na Łukaszu Adamskim zrobiło to, jak zmienia się stosunek Ukraińców do Polaków. „W tradycyjnych ukraińskich podręcznikach historii można przeczytać o tym, jak potężne było państwo ukraińskie – Ruś Kijowska. A potem ziemie ukraińskie znalazły się pod władzą Polski i Litwy, ukraińscy Kozacy walczyli o niepodległość Ukrainy. Polska szlachta stawiała opór, w wyniku czego ukraińscy chłopi i Kozacy znaleźli się w niewoli – rosyjskiej lub polskiej. Następnie rozpoczął się proces przywracania tożsamości ukraińskiej. Ale jeśli teraz zapytamy, jaki stosunek mają Ukraińcy do szlachty, do tradycyjnego wroga Kozaków, otrzymamy więcej odpowiedzi pozytywnych niż negatywnych. Oczywiście jako historyk wiem, że stosunek do Rzeczypospolitej Obojga Narodów zmienił się w ciągu ostatnich 30 lat, w szczególności dzięki pracy historyków ukraińskich. Okazuje się jednak, że część Ukraińców uważa Rzeczpospolitą Obojga Narodów za państwo wspólne z Polakami i pozytywnie ją ocenia. Taka sama postawa widoczna jest w ukraińskiej dyplomacji. We Lwowie Wołodymyr Zełenski podpisał deklarację prezydentów Trójkąta Lubelskiego, która mówi o Wspólnocie Narodów jako o wspólnej ojczyźnie…”

Łukasz Adamski uważa, że ​​Ukraińcy i Polacy mają wspólne tradycje kultury politycznej, które rozwijały się przez kilka stuleci. Ponieważ ludność Ukrainy znajdowała się nie w imperium moskiewskim, ale w Hetmanacie lub Rzeczypospolitej Obojga Narodów, Ukraińcom udało się zawłaszczyć podobne do Polaków elementy kulturowe. Na przykład prawo do oporu, prawo do obalenia rządu, który narusza podstawowe prawa…

Zdaniem Łukasza Adamskiego z historycznego i politycznego punktu widzenia Majdan, czyli pomarańczowa rewolucja, to był rokosz – „bunt”.

Dziennikarz serwisu zapytał Łukasza Adamskiego: „Co będzie po wojnie?”, ten zaś zadeklarował: „Jestem optymistą. Wojna nas zbliży, przyczyni się do pogłębienia współpracy. Generalnie jest to oczywista tendencja, że ​​Polska i Ukraina będą coraz ściślej związane”.

O pladze anonimowości dziennikarskiej pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Irytujące incognito

Gość w dom, Bóg w dom – mówi stare przysłowie. A nieprawda! Popatrzcie w jakiej formie serwują nam przekaz   – z konferencji prasowych – np. telewizje informacyjne. Do słuchania i oglądania. Otóż, na podeście z „sitkami” w ręku stoi dwóch-trzech eleganckich dżentelmenów w drogich garniturach lub dam w wytwornych garsonkach. Przed nimi tłumek, głosy którego słyszymy, ale nie widzimy. Owi i owe zadają pytania. A to przecież też, tak jak polityce goście w naszych domach – telewizorach. Jednak kto zacz nie wiadomo. Tylko po treści wypowiedzi dziennikarzy można domyśleć się czy to lewicowo-liberalny czy prawicowo-konserwatywny głos.

Przyszli licznie na spotkanie, by dostać informacje z pierwszej ręki. Niestety, traktuje się ich anonimowo. To tylko głosy, pytania mądre lub mniej, ostre i wyraźne lub lizusowate, głośno lub cichutko zadawane. Jak to zaprasza się w dom gości, a potem traktuje incognito? Cóż za brak wychowania i szacunku.

Czasem przedstawiają się przy zadawaniu pytania. Ale to za mało – powinniśmy ich nie tylko słyszeć – ale i widzieć. Wystarczy by jedna kamera pokazywała żurnalistów. Są uczestnikami show, niech będą w pełni. Przecież nie powinni wstydzić się swoich pytań. Brać na klatę odpowiedzialność. Z zawodowej paki.

Ci na podeście i ci niżej wspólnie tworzą widowisko. Zaproszeni mają pełne prawo głosu. Byle rzeczowo i krótko. Bez ględzenia. Ci, którzy się wystawiają zbierają punkty wyborcze, ci którzy pytają też podlegają ocenie. Chcemy wiedzieć kto nas reprezentuje.

Wiarygodność dziennikarska to ważna rzecz. Długo się ją zdobywa. I wcale się jej tak łatwo nie traci. Ludzie, jeśli komuś uwierzą i go polubią będą bronić. Dysponenci zdenerwowani „nieprawidłową” odpowiedzią prowadzącego program często zbyt pochopnie odstawiają go od anteny lub przenoszą w mniej ważne miejsce. Nie pada nawet wyjaśnienie, z jakiego to powodu. Telewidz może tylko się domyślać – czasem się złości, czasem traci wiarę we władzę. Dziennikarz ukarany rozważa: co mu się bardziej opłaca – siedzieć cicho, przecierpieć czy postawić się i zbuntować ryzykując wykluczenie z firmy. Pamiętam jak Jacek Żemantowski, idol w pewnym momencie wykluczony z anteny, powiedział mi: “do pierwszej ligi już się nie wraca”. Zawsze są wyczekujący na awans. I nie ma ludzi niezastąpionych.

A jednak długotrwałe pokazywanie człowieka i czynienie go w ten sposób popularnym to przecież inwestycja. To w wypadku głównych telewizji koszt milionów złotych. “Świeżutki”, poza anteną, musi się sporo nauczyć, nawet jeśli jest bardzo zdolny.

Często telewizje marnują takich zdolnych obsadzając niewłaściwie. Wyżej… nerek nie podskoczysz. Świadczy o tym chociażby srogość bijąca z twarzy spikerki robiącej w sporcie lub jej kolegów ubranych jak karawaniarze choć tematem dyskusji radość, bo mówią o sporcie.

Długo zastanawiają się pogodynki jak długą sukienkę założyć. Dużo też słów pada na naradach i planowaniach decydentów. Niestety tzw. mądrość zbiorowa często zamienia się w brak decyzji, opóźnia gdy stanowić trzeba szybko. Programy na żywo są zawsze lepsze i wciągające, montażowe to już widoczna jednak kastracja i ograniczenia cenzuralne. Rzeźbić oczywiście trzeba przy produkcji artystycznej. Gdy przygotowuje się ważny dokument artystyczny lub fabułę. Publicystyka, reportaż bieżący to szybkość przekazu i rzetelność. Tylko prawda jest ciekawa i wyzwoli. Inaczej gość w dom a gospodarze chodu.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jaworzno – nie polski, ale komunistyczny obóz

W kwietniu 1945 r. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego utworzyło Centralne Obozy Pracy, z najbardziej znanym w Jaworznie. Dla Polski zaczynało się sowieckie zniewolenie, o czym nawet w III RP duża część mediów wolała i woli wciąż milczeć. Kłamią wciąż o „wyzwoleniu” – mimo podobieństw do agresji Rosji na Ukrainie.

Komunistyczny (błagam – nie używajmy terminu „polski”) obóz dla młodocianych więźniów politycznych w Jaworznie, tak samo zresztą jak w Świętochłowicach-Zgodzie, powstał na bazie byłego podobozu KL Auschwitz, a komendantem obu, w różnych okresach, był komunistyczny „partyzant” – Szlomo Morel.

Po wojnie, znęcając się nad więźniami, Morel mówił: „Byłem w Auschwitz przez sześć długich lat i przysięgałem sobie, że jeśli stamtąd wyjdę, odpłacę tym samym wam – hitlerowcom”. W rzeczywistości w KL Auschwitz nie był ani jednego dnia.

Większość mediów w Polsce uwierzyła w wersję o Morelu – więźniu Auschwitz. „Gazeta Wyborcza” pisała: „W czasie wojny trafił do Oświęcimia, gdzie zginęli jego najbliżsi”. „Trybuna”, w tekście pod znamiennym tytułem: „Z więźnia – komendant obozu”: „Zachowania Salomona Morela w obozie w Zgodzie nie wolno usprawiedliwiać, ale można zrozumieć. W 1945 r. trudno było oczekiwać od Żyda, który właśnie wyszedł z Auschwitz, gdzie utracił wszystkich bliskich, żeby troszczył się o NSDAP-owców i volksdeutschów. Dziś jest już starym człowiekiem i zasługuje na spokój”. Marzenia postępowej prasy spełniły się – Salomon Morel nigdy nie poniósł kary za swoje zbrodnie.

W 1943 r. Morel przedostał się do ZSRS i przyłączył do sowieckiej partyzantki. Po powrocie do Polski wstąpił do UB. W życiorysie czytamy: „21 lipca 1944 roku zostaliśmy wyzwoleni przez Armię Czerwoną i natychmiast przychodzimy do Lublina i organizujemy MO”.

Komendantem obozu w Jaworznie Morel został w 1949 r. Były więzień wspominał: – Podczas pierwszego apelu powiedział do nas: „Nie przeżyjecie, pójdziecie do Brzezinki”. Po kilkanaście godzin pracowaliśmy w kopalni, racje żywnościowe były minimalne. W ten sposób poddawano nas reedukacji.

W 2005 r. Izrael, gdzie Morel uciekł w 1992 r., odmówił wydania zbrodniarza (zarzut: spowodowanie śmierci 1695 więźniów Świętochłowic, jako zbrodni przeciwko ludzkości), bo… Polska jest krajem antysemickim. Za zbrodnie w Jaworznie – mimo wieloletnich starań byłych więźniów – nigdy nie był ścigany! Ale ofiarami – w przeciwieństwie do Świętochłowic-Zgody, gdzie trafiali też Niemcy i volksdeutsche – byli tylko Polacy.

Salomon Morel zmarł jako dziadek wnuczętom w 2007 r. w Tel Awiwie. Do końca życia dostawał z Polski wysoką emeryturę. O tym większość mediów III RP znów nie pisała, albo pisała półgębkiem, bo musiałyby wspomnieć, z czego ten przywilej wynikał – a wynikał ze zbrodniczej kariery tego krwawego komendanta powojennych, komunistycznych obozów w okupowanej przez sowietów Polsce.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Dlaczego nie lubię Niemców?

Tytułowe pytanie jest oczywiście rodzajem prowokacji. Są tacy Niemcy, których lubię i tacy, których nie lubię. Skoro jednak regularnie jestem demaskowany jako „germanożerca”, który „nie lubi Niemców” to niech z tego tekstu mają coś chociaż demaskatorzy.

 

Niemcy, których lubię

Z postaci historycznych mocno porusza mnie na przykład historia admirała Józefa Unruga, z pochodzenia Niemca, który mając za sobą karierę w Kaiserliche Marine, po odzyskaniu niepodległości przez Polskę zgłosił się do Wojska Polskiego, za własne pieniądze kupił polskiej flocie pierwszy okręt ORP „Pomorzanin”. A w 1939 roku dowodził obroną Wybrzeża, które poddało się jako jeden z ostatnich punktów oporu. Mówił lepiej po niemiecku niż po polsku, jednak, kiedy dostał się do niewoli, w rozmowie z tymi, którzy usiłowali go pozyskać do Kriegsmarine, używał wyłącznie języka polskiego, żądał tłumacza i oznajmiał, że 1 września 1939 roku zapomniał języka niemieckiego.

Z osobistych doświadczeń wielce sobie cenię jednego z naszych współpracowników. Mieszkającego w Polsce Niemca, zdaje się, że bez kropli polskiej krwi, który jednocześnie jest szczerym polskim patriotą i daj nam Boże żebyśmy mieli jak najwięcej takich Polaków. Nikt tak jak on nie nauczył mnie dekodowania metod hipokryzji, manipulacji i złośliwości – szczególnie wobec Polski – mediów naszego zachodniego sąsiada.

Mało tego. Doskonale widzę gospodarczy splot Polski i Niemiec, oraz potencjał naszych wzajemnych stosunków, które po uporządkowaniu spraw, które nas dzielą, mogłyby stanowić mechanizm rozwoju obu narodów w o wiele większym stopniu niż stanowią. Tak się jednak nie stanie, dopóki Niemcy nie zmienią swojego postępowania i nastawienia do Polski. Dopóki nie nauczą się do Polski szacunku i tego, że ich podwórko kończy się na Odrze i tam, najdalej tuz przed płotem, powinni zatrzymywać swój zadarty wysoko nos.

Niemcy, których nie lubię

No ale rzeczywiście, są też Niemcy, których nie lubię. Wymieniać można długo – niemiecka wiceprzewodnicząca PE Katarina Barley – autorka koncepcji „głodzenia Polski”, stuknięty na punkcie Polski, choć na szczęście już politycznie zezłomowany Martin Schulz, niemiecki minister obrony narodowej Boris Pistorius, który miał wytykać Polsce, że czołgi przekazane przez nas Ukrainie są „stare i zepsute”, czy szef SPD Lars Klingbeil, który po tym wszystkim przyjechał do Warszawy, żeby nam zaproponować „nowe niemieckie przywództwo”. Na ochotnika zgłosiło się tu ostatnio dwóch niemieckich europosłów, którzy wg. niemieckich mediów „mieli przekonać” Ursulę von der Leyen do finansowego „głodzenia” Polski – przedstawiciel niemieckich Zielonych Daniel Freund i Moritz Koerner z niemieckiej FDP – Polscy wyborcy muszą zdecydować, czy chcą rządu, który jest na kursie kolizyjnym z UE. To ma swoje konsekwencje. Teraz jeszcze tego nie czuć, to będzie odczuwalne dopiero w nadchodzących miesiącach, a dobitnie dopiero z początkiem 2024, kiedy to może zabraknąć pieniędzy, które powinny płynąć z Brukseli do Warszawy – powiedział nawet Freund w rozmowie z Wirtualną Polską. Zapamiętajcie to dobrze, niemiecki europoseł, który miał stać za „zamrożeniem” pieniędzy dla Polski (pieniędzy, które się Polsce należą i które Polska w ramach nieszczęśnie, przy współudziale Mateusza Morawieckiego, uwspólnotowionego długu – już spłaca), mówi w zasadzie otwarcie, że chodzi mu o to żeby Polacy wybrali inny rząd, bo ten mu się nie podoba. A won pajacu, bo Puszkiem poszczuję!

Pewnie z tego, że jestem uprzedzonym germanożercą wynika to, że nie mogę uwierzyć w to, że jakichś dwóch błaznów z pomniejszych niemieckich partii, jest w stanie przekierować politykę Komisji Europejskiej wobec dużego kraju członkowskiego. Dziwnie oczywistym wydaje mi się, że skoro są przedstawicielami partii wchodzących w skład niemieckiej koalicji rządzącej, to są jedynie kukłami, za których średnio mądrymi paszczękami stoi raczej niemiecki rząd. A może szerzej, niemieckie elity, pamiętać bowiem trzeba, że za czasów rządów Angeli Merkel w różnorakich koalicjach, lepiej nie było.

Rola niemieckich mediów

A nie wolno tu zapominać o roli jaką wobec Polski pełnią niemieckie media i ich filie dla Polaków w Polsce. Codzienna, toporna propaganda, niestety z racji siły niemieckiej perswazji, powtarzana w całej Europie i jeszcze dalej. Manipulacje, kłamstwa, a to o nieistniejących „strefach wolnych od LGBT”, a to o „rasizmie polskiej Straży Granicznej”, o rzekomych „problemach z praworządnością”, bo Polska ośmieliła się naruszyć instytucjonalnie kazirodczy ku.widołek nadzwyczajnej kasty z Gazetą Wyborczą na stole i niemieckimi polskojęzycznymi mediami w laptopie, bo ośmieliła się spróbować wprowadzić do wyboru sędziów demokratyczne mechanizmy, nawiasem mówiąc mniej radykalne niż w Niemczech. No ale oni jako Niemcy, „mają wyższą kulturę prawną”. O „rzezi Puszczy”, „piekle kobiet”, „wiewiórkach, „ciamajdanych” i paru innych drobiazgach nie wspomnę. W niemieckich mediach sytuacja w Polsce zawsze przedstawiana jest jednostronnie, rozmawia się tylko z „zaprzyjaźnioną” stroną sceny politycznej. Nic dziwnego, że później okazuje się, że Niemcy ni w ząb nie rozumieją tego co się w Polsce dzieje. Bo choć są tacy niby mądrzy, to sami wierzą we własną propagandę.

Po wszystkich wyzwiskach jakie padały w niemieckich mediach, które porównywały polskich polityków do „psów”, a w nadawanym w niemieckiej telewizji publicznej „wesołym” kuplecie zestawiały ze sobą słowa „Polska” i „kupa”, dziś jak uchem sięgnąć, przez niemieckie media przetacza się fala zawodzenia – „dlaczego ci Polacy tak nas nie lubią?” – „jak ta polska nienawistna prawica może nas tak atakować?”, „tak wykorzystywać resentymenty w kampanii?”, „podgrzewać antyniemieckie nastroje?”. No jak może?

Jest szansa na zmianę?

Czy to wszystko ma szansę się zmienić? Wydaje mi się, że ma. Ale warunkiem jest pogodzenie się Niemiec z tym, że Polska ma własne ambicje i interesy, które nie muszą być zbieżne z interesami Niemiec, że Polska nie chce żadnego „niemieckiego przywództwa” (po tym jak straciły wiarygodność jako sojusznik w wyniku swojego prorosyjskiego serwilizmu i ambiwalentnej postawy wobec rosyjskiej inwazji na Ukrainę, Niemcy powinny milczeć ze wstydem co najmniej przez dwadzieścia lat), nie życzy sobie żeby Niemcy mieszały się w jej wewnętrzne sprawy i szczuły przeciwko niej instytucje Unii Europejskiej. Potem jeszcze tylko reparacje, zwrot ukradzionych w czasie II Wojny Światowej dóbr kultury i zaniechanie podstawiania nogi każdej polskiej inwestycji, która może spowodować wzrost konkurencyjności Polski. Zresztą, to dla ich dobra. Po co im centralne lotnisko w Berlinie, skoro ma być w Stanisławowie?

A później? Sky is the limit. Tych Niemców, którzy mi podpadli już raczej nie polubię, ale takich do polubienia wciąż są przecież miliony.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Putin ukraińskimi dziećmi chciał załatać dziurę demograficzną w Rosji

Wydanie przez Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze nakazu aresztowania Władimira Putina i rosyjskiej rzeczniczki praw dziecka Marii Lwowej-Bełowej to efekt gigantycznej pracy wykonanej przez ukraińskich i międzynarodowych obrońców praw człowieka.

Świat jest zdziwiony – dlaczego Władimir Putin musiał deportować ukraińskie dzieci do Rosji? Czy nie rozumiał, jakie zło wyrządza nie tylko dzieciom zabieranym z rodzinnych stron, wywożonym daleko od Ukrainy, wydawanym obcym narodom, ale także samej Rosji? Czy nie rozumiał, że to zbrodnia wojenna?

Na to pytanie nie ma odpowiedzi, tak jak nie ma odpowiedzi na pytanie, czy Putin rozumie, jaką zbrodnię popełnia, gdy rosyjskie bomby i rakiety zabijają ukraińskie dzieci. Co oni złego zrobili Rosji? Czy też są „nazistami”? W sumie, według ukraińskiej prokuratury, armia rosyjska zabiła już ponad 500 ukraińskich dzieci, a ponad 1000 zostało rannych. Jeden z przykładów – w listopadzie 2022 r. w miejscowości Wilniańsk koło Zaporoża Rosjanie napadli nocą na jedyny w mieście szpital położniczy. Byli tam położna, lekarz, urodzony trzy dni wcześniej Serhijko i jego matka. Dziecko zabili, matkę i lekarza ciężko ranili. Co to byli za „naziści”, zwłaszcza Serhijko, że armia Putina zabiła go w trzecim dniu jego życia?

Na pytanie, czy Putin rozumie, jakie zbrodnie popełnia, nie ma odpowiedzi, ale można znaleźć odpowiedź na inne: dlaczego to robi?. Według magazynu „The Economist” Rosja jest w stanie „koszmaru demograficznego”. W kraju rozwija się kryzys demograficzny, ponieważ w ciągu ostatnich trzech lat stracił on około 2 milionów ludzi więcej niż zwykle. Publikacja zauważa, że ​​​​szczyt populacji w Rosji odnotowano w 1994 roku i wyniósł 149 milionów ludzi. Na początku 2021 roku było to już 145 mln osób. A w ostatnich latach liczba ta zmniejszyła się jeszcze bardziej: najpierw z powodu pandemii koronawirusa, a potem z powodu wojny rozpętanej przez Putina. Publikacja wskazuje, że jeśli weźmiemy pod uwagę zgony z powodu koronawirusa, Rosjan, którzy zginęli na wojnie oraz tych, którzy uciekli z kraju w strachu przed mobilizacją, okaże się, że w latach 2020 – 23 Rosja straciła od 1,9 do 2,8 mln ludzi. Populacja Rosji nadal maleje. Jest to wyraźny dowód nieudolnego zarządzania Rosją przez jej prezydenta. I jasne jest, że ukraińskie dzieci były potrzebne Putinowi, aby choć częściowo załatać dziurę demograficzną w Rosji, która powstała dzięki jego rządom.

Władimir Putin w wywiadzie dla kanału telewizyjnego „Rosja-1” w programie „Moskwa. Kreml. Putin” oświadczył, że naród rosyjski, jeśli Zachodowi uda się zniszczyć Federację Rosyjską i przejąć kontrolę nad jej ruinami, może nie przetrwać – „będą Moskale, Uralczycy i inni”. Dlatego porwania ukraińskich dzieci i ich deportacje do Rosji nabrały cech polityki państwa.

Na szczęście zwrócił na to uwagę Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze, który wydał nakaz aresztowania Putina, w związku z podejrzeniem o zbrodnie wojenne polegające na bezprawnych deportacjach dzieci z okupowanych terenów Ukrainy. Warto jednak przyjrzeć się gigantycznej pracy wykonanej przez ukraińskich i międzynarodowych obrońców praw człowieka, która doprowadziła do takiej decyzji MTK. Opowiadała o tym w ukraińskiej telewizji Kateryna Rashevska, ekspertka Regionalnego Centrum Praw Człowieka, która podkreśliła, że „Federacja Rosyjska niszczy nie tylko ukraińską teraźniejszość. Próbuje też zniszczyć przyszłość Ukrainy”.

Według różnych danych do Rosji wywieziono od 260 do 700 tysięcy młodych Ukraińców. Zdecydowana większość z nich została przymusowo przesiedlona wraz z rodzicami lub przedstawicielem prawnym. Jest jednak grupa sierot i dzieci pozbawionych opieki rodzicielskiej, które również zostały wywiezione do Rosji. Ukraina nie zgodziła się na to, dlatego też Moskwa naruszyła normy prawa międzynarodowego. Część dzieci została już przymusowo przekazana rodzinom rosyjskim, co nie jest nawet zgodne z ustawodawstwem państwa agresora.

Kateryna Rashevska, jedna z obrończyń praw człowieka, która przygotowała pozew do Hagi, mówiła, że pomysł pozwania Władimira Putina i rosyjskiej rzeczniczki praw dziecka Marii Lwowej-Bełowej, dojrzał i zmaterializował się w ciągu 6 miesięcy .

Złożenie materiałów do MTK poprzedziło 14 wniosków do organów państwowych, aktywna działalność analityczna i dokumentacja istotnych elementów przestępstwa. W celu stworzenia sprzyjającej sytuacji politycznej i zmobilizowania opinii publicznej przeprowadzono cały szereg spotkań i wywiadów, głównie w mediach zagranicznych, m.in. w BBC, Associated Press, „The Times”.

25 października 2022 r. do Międzynarodowego Trybunału Karnego zostało wysłane pismo z Regionalnego Centrum Praw Człowieka we współpracy z Instytutem im. Lemkina ds. Zapobiegania Ludobójstwu.

To był dopiero początek zmagań o powrót dzieci na Ukrainę i pociągnięcie winnych tej zbrodni do odpowiedzialności. Aby zawiadomienie nie zalegało wśród stosów innych, które codziennie napływają do Hagi, potrzebne było coś wyjątkowego. I tym „czymś” był film United24 Media ujawniający plan Putina i Marii Lwowej-Bełowej dotyczący deportacji ukraińskich dzieci (można go obejrzeć TUTAJ).

Później powstało jeszcze kilkanaście publikacji, wśród których prawdopodobnie najbardziej wpływowy okazał się  artykuł w portalu PassBlue (można go przeczytać TUTAJ).

Ważna była również mobilizacja środowiska akademickiego poprzez udział w konferencjach naukowych, spotkaniach i wykładach. To wszystko zakończyło się zainteresowaniem światowej opinii publicznej problemem deportowanych ukraińskich dzieci.

Ostatecznie MTK był przekonany, że nie można dłużej milczeć, że trzeba zareagować. Wydanie nakazu aresztowania głównego przestępcy planety Ziemia w XXI wieku jest wielką porażką Putina i miejmy nadzieję upadkiem jego podstępnych planów porywania ukraińskich dzieci.

 

Błaganie o pokój za wstawiennictwem Jana Pawła II – relacja MARII GIEDZ z Drogi Krzyżowej brzegiem morza

Kłamstwa i oszczerstwa jakie pojawiły się wokół świętego Jana Pawła II wywołały ogromny sprzeciw wśród katolików i nie tylko. W rocznicę śmierci tego Wielkiego Człowieka i Polaka mają odbyć się w wielu miastach marsze protestacyjne. Gdańszczanie postanowili w nieco inny, a i zdecydowanie silniejszy sposób wyrazić swoje stanowisko. Wykorzystując okres Wielkiego Postu oraz trzeciej już edycji pasyjnego nabożeństwa Drogi Krzyżowej, odprawianego podczas ponad 3-kilometrowej wędrówki brzegiem morza, modlili się do Boga, za wstawiennictwem św. Papieża Polaka Jana Pawła II, o pokój na świecie ze szczególnym uwzględnieniem Ukrainy.

Męka Chrystusa, Jego droga cierpienia wiodąca ulicami Jerozolimy na Golgotę była drogą do Zmartwychwstania. Wedle kronikarzy miało to miejsce dwa tysiące lat temu. A potem wielu decydowało się na wędrówkę śladami Chrystusa. W dobie średniowiecza ojcowie Franciszkanie rozpropagowali ją wśród pielgrzymów. Jednak dopiero w połowie XVIII w. papież Benedykt XIV wydał specjalne Brewe i wówczas zaczęły powstawać drogi krzyżowe w różnych krajach, najpierw we Włoszech, przy kościołach parafialnych. We wnętrzach kościołów katolickich zaczęto zaznaczać XIV stacji, od skazania Jezusa na śmierć, po złożenie Jego Ciała do grobu. Powstawały nie tylko drogi krzyżowe, ale wręcz kalwarie wzorowane na tej jerozolimskiej. Owe stacje męki Pańskiej mają bogatą symbolikę, ale też są podstawą rozważań medytacyjnych. Wraz z upływem lat sposób odprawiania owego pasyjnego nabożeństwa zaczął przyjmować różne formy. Może to być tradycyjne nabożeństwo odprawiane w kościołach w każdy piątek Wielkiego Postu, wędrówka ulicami miast połączona ze wspólną modlitwą prowadzoną najczęściej przez duchownego, indywidualne i ekstremalne wędrowanie nocą od stacji do stacji z możliwością czytania albo słuchania rozważań, wykorzystując do tego nośniki cyfrowe (np. telefon komórkowy). W Trójmieście wprowadzono kolejną formę – wędrówkę brzegiem morza, a raczej plażą z ruchomymi stacjami i to nie w piątek, a w sobotnie popołudnie.

Wędrówka po piaszczystej plaży, po uginającym się pod butami piasku, momentami w ulewnym deszczu, za ciężkim drewnianym krzyżem, do niesienia którego niemal wszyscy się zgłaszali, łącznie z dziećmi, nie należy do łatwej. A jednak spora grupa wiernych z kilku gdańskich, nadmorskich parafii zdecydowała się na takie poświęcenie. 25 marca wyruszyli z kościoła p.w. śś. Apostołów Piotra i Pawła w Jelitkowie. Ich celem było dotarcie do kościoła p.w. św. Antoniego Padewskiego w Brzeźnie.

W momencie wyprowadzania z kościoła dużego, drewnianego krzyża z nieba dużymi strugami lała się woda. A jednak nikt nie zdecydował się przeczekać ulewy. Gdyż chrześcijanie, a w szczególności katolicy, wierzą, jak nauczał św. Jan Paweł II, że „człowieka nie można zrozumieć bez Chrystusa”. Wierzą, że ta „Via Dolorosa” jest tajemnicą Bożej Męki, bez której życie człowieka na ziemi nie miałoby sensu.

Stacja I – Pan Jezus na śmierć skazany

Mimo że każdy z nas musi umrzeć, boimy się śmierci, ale wiemy, że musimy ją przyjąć i zaakceptować. Jednak nie godzimy się na zabijanie miłości, poczucia godności, sprawiedliwości. Często zapominamy o nadziei, bo myślimy zwyczajnie po ludzku. A Jan Paweł II mówił: „Gdzie w świadomości osoby ludzkiej umiera Bóg, nieuchronnie następuje śmierć człowieka – obrazu Boga”. Kiedy pojawia się śmierć duchowa pojawia się ból, strach, niepewność. A przecież Jezus, który został niesprawiedliwie skazany na śmierć poprzez swoje zmartwychwstanie dał ludziom nadzieję.

Stacja II – Pan Jezus bierze krzyż na swe ramiona

„Jeżeli Krzyż zostaje przyjęty, przynosi zbawienie i pokój. Bez Boga Krzyż nas przygniata; z Bogiem daje nam odkupienie i zbawienie” – mówił Jan Paweł II. Z rozważań przypisanych do tej stacji wynika, że Jan Paweł II dźwigał krzyż przez całe swoje życie. Ale też należy dopowiedzieć, że dźwiga go i dzisiaj już po śmierci. Może to stwierdzenie jest zbyt symboliczne, chociaż szarganie Jego świętością jest niczym innym, jak pośmiertnym dźwiganiem krzyża. A przecież jeszcze za życia pokazał, że wielkość człowieka mierzy się miarą krzyża. Może dlatego do dźwigania tego drewnianego krzyża po piaszczystej plaży zgłaszali się i dorośli, i młodzież, i dzieci, księża, zakonnice…

Stacja III – Pan Jezus po raz pierwszy upada pod Krzyżem

Ktoś mógłby powiedzieć, że skoro upadł, to niech leży, ale Jezus powstaje i tak samo jest z każdym z nas. Trzeba powstawać, nie poddawać się. I znów otuchy dodaje głos Papieża: „W walce z grzechem nie jesteście sami: tylu takich jak wy walczy i dzięki łasce Bożej zwycięża!” A jak się to ma do wojny na Ukrainie? Z głośnika rozbrzmiewają słowa: „Każdy dzień wojny to walka, to trud, który wydaje się nie do uniesienia, a jednak trwa… Jezu, Ty znasz trud upadku i powstania – daj siłę walczącym o wolność i pokój i podnieś ich, gdy zrezygnowani upadają…”

Stacja IV – Pan Jezus spotyka swoją Matkę

Deszcz powoli ustaje. Zrobiło się chłodno. Morze bez fal. Kilkoro sobotnich spacerowiczów dołącza do wspólnej modlitwy. Młode małżeństwo, a właściwie kilka takich małżeństw trzyma się za ręce. Jedna z dziewczynek przytula się do własnej matki. Dziadek wędruje z wnuczką. A dla Jana Pawła II fundamentem była miłość do Jezusa i Jego Matki. Można powiedzieć, że to abstrakcja, a jednak całkowicie, czyli swoje życie i sprawy Kościoła oddał w ręce Jezusa, a Maryi nieustannie powtarzał: jestem cały Twój – „Totus Tuus”. Mówił też: „Aby ujrzeć Jezusa należy przede wszystkim pozwolić, aby to On na nas patrzył”. Dziwne te słowa, ale chrześcijanie wierzą, że to Jezusa spojrzenie leczy każdą słabość, dodaje sił.

Stacja V- Szymon z Cyreny pomaga nieść Krzyż Jezusowi

Niesienie pomocy potrzebującym to piękna sprawa. Szymon z Cyreny był do tego przymuszony, bo takie były wówczas czasy. Dzisiaj, przynajmniej teoretycznie, nikt nikogo do niczego nie zmusza, bo każdy jest wolnym człowiekiem. Jan Paweł II zastanawiał się, czy ten wolny człowiek „może powiedzieć Bogu: nie. Może powiedzieć Chrystusowi: nie. Czy wolno? I w imię czego »wolno«? Jaki argument rozumu, jaką wartość woli i serca można przedłożyć sobie samemu i bliźnim, i rodakom, i narodowi, Europie i światu, ażeby odrzucić, ażeby powiedzieć »nie« temu czym wszyscy żyliśmy przez ponad tysiąc lat?! Temu, co stworzyło podstawę naszej tożsamości i zawsze ją stanowiło”. W obliczu okrutnej wojny za wschodnią granicą Polacy otworzyli własne domy i serca; bez przymusu zajęli się pomocą. Chcą być blisko cierpiących.

Stacja VI – Weronika ociera twarz Panu Jezusowi

Odważna kobieta, potrafiła działać. Może być przykładem dla wielu młodych ludzi, podpowiadać im, jak działać, jak szukać oblicza Boga w drugim człowieku. A przecież czasem wystarczy prosty gest. Jan Paweł II podczas jednego z kazań powiedział: „Ludzkość ma naglącą potrzebę świadectwa młodych, wolnych i odważnych, którzy ośmielą się pójść pod prąd i głosić z mocą wiarę w Boga, Pana i Zbawcę. Misja ta nie jest łatwa. Staje się wręcz niemożliwa, jeśli liczy się tylko na samych siebie. Lecz to, »co niemożliwe jest u ludzi, możliwe jest u Boga«.”

Stacja VII – Pan Jezus po raz drugi upada pod Krzyżem

Kolejny upadek i kolejne powstanie to walka z samym sobą, pokonywanie własnej słabości. Ale to również szansa na spotkanie z Miłosiernym Ojcem. Jan Paweł II prosił, a Jego słowa brzmią jak testament: „Zaproście Go (Boga) do Waszych serc, do Waszych rodzin. Niech będzie pierwszym Gościem Waszych radości i trosk. Co dnia Go zapraszajcie, co dnia Go zapraszajcie razem z Maryją pod dach Waszego domu.” Wojna jest okrutna, ale to podniesienie się Jezusa z kolejnego upadku dodaje siły i wiary tym, których przygniata ciężar wojny.

Stacja VIII – Pan Jezus pociesza płaczące niewiasty

Płacz kobiet to przejmujący obraz, ale Jezus nie potrzebuje tych łez. Liczy na współpracę, wiarę i świadectwo o Nim. W dyskusji z niewiastami przypomina o ważnej roli matek wychowujących swoje potomstwo. A Święty Polak tak to ujął: „Macierzyństwo może być źródłem wielkiej radości, ale może także stać się źródłem cierpień, a niekiedy wielkich zawodów. Wówczas miłość staje się próbą, czasem heroiczną, która wiele kosztuje macierzyńskie serce kobiety”.

Stacja IX – Pan Jezus po raz trzeci upada pod Krzyżem

Trzy razy upaść, to dużo, a jednak trzeba wstać, nie poddawać się. Jezus podnosząc się po raz trzeci pokazał, że miłość jest silniejsza od grzechu, że to miłość zwycięża. O tej sile miłości, zwycięstwie dobra nad złem mówił Jan Paweł II: „Człowiek nie może żyć bez miłości. Człowiek pozostaje dla siebie istotą niezrozumiałą, jego życie pozbawione jest sensu, jeśli nie objawi mu się Miłość, jeśli nie spotka się z Miłością”.

Przy tej stacji tekst rozważania nawiązuje do odwagi, miłości do ojczyzny, siły do walki, ale i nadziei na zakończenie wojny.

Stacja X – Pan Jezus z szat obnażony

Jezus, mimo że był wyszydzany, obdarty z szat, opuszczony, nie przestał być Bogiem. Do dziś jest Królem. I tu nasuwa się skojarzenie z obecną antypapieską, a przede wszystkim antykościelną „modą”. Jan Paweł II nigdy nie przestanie być Świętym, mimo że w imię fałszywie rozumianej wolności i tolerancji został zmieszany z błotem. Jakże adekwatne są Jego słowa do obecnej sytuacji: „Jesteście synami Bożymi: bądźcie z tego dumni! Nie popadajcie w przeciętność, nie ulegajcie dyktatom zmieniającej się mody, która narzuca styl życia niezgodny z chrześcijańskimi ideałami (…) Chrystus wzywa was do rzeczy wielkich. Nie sprawcie Mu zawodu.”

Stacja XI – Pan Jezus przybity do Krzyża

Wydawało się, że na przybiciu Jezusa do krzyża wszystko się skończy. A tu niespodzianka, jak ta burza, która rozpętała się nad brzegiem morza i nagle ucichła. Po obfitym deszczu wyjrzało słońce i osuszyło zmokniętych oraz ogrzało zziębniętych ludzi. A Jan Paweł II mówił: „Mocna wiara, z której rodzi się nadzieja, cnota tak bardzo dziś potrzebna, uwalnia człowieka od lęku i daje mu siłę duchową do przetrwania wszystkich burz życiowych”. Także prosił: »Nie lękajcie się Chrystusa! Zaufajcie Mu do końca! On jedyny ma słowa życia wiecznego«, Chrystus nigdy nie zawodzi!” I nie zawiódł. Ta kapryśna i nieprzychylna modlącym się pogoda nie wpłynęła na pogorszenie się stanu zdrowia uczestników owego nabożeństwa.

Stacja XII – Pan Jezus na Krzyżu umiera

Droga Krzyżowa jest charakterystycznym nabożeństwem dla Wielkiego Postu, 40-dniowego (liczy się bez niedziel) okresu poprzedzającego Święto Wielkiej Nocy, czyli Zmartwychwstania Pańskiego. Odprawia się ją w piątki. Jan Paweł II w Wielkim Poście odprawiał Drogę Krzyżową codziennie, a przez cały rok w każdy piątek. Siostra Wanda Boniszewska, polska mistyczka i stygmatyczka, której proces beatyfikacyjny właśnie się rozpoczął, to cierpienie Chrystusa przeżywała co tydzień przez prawie całe swoje życie.

Jezus umarł za każdego człowieka. Św. Jan Paweł II adorował Go w ostatniej swojej drodze krzyżowej. Podczas każdej wojny śmierć jest codziennością, ale Jezus właśnie przez to umieranie na krzyżu przygarnia wszystkich, którzy stracili życie na wojnie i chce być pocieszeniem dla tych, którzy opłakują bliskich.

Stacja XIII – Pan Jezus zdjęty z Krzyża i złożony na ręce Swej Matki

To już nie Madonna z Dzieciątkiem, a słynna pieta – Chrystus jako dorosły, ale martwy Człowiek ułożony na kolanach własnej Matki. Niezwykłe zjednoczenie Matki z Synem. Jan Paweł II zapewniał, że każdy może dostąpić takiego zjednoczenia z Jezusem: „Chrystus jest jedynym rozmówcą, któremu możecie zaufać, któremu możecie stawiać pytania najistotniejsze, dotyczące wartości i sensu życia: nie tylko życia w zdrowiu i szczęściu, ale także życia pełnego cierpienia, naznaczonego upośledzeniem fizycznym lub trudną sytuacją rodzinną czy społeczną. (…) Chrystus jest jedynym kompetentnym rozmówcą także wtedy, gdy stawiacie dramatyczne pytania, dlaczego giną niewinni ludzie, gdy słowa nie wystarczają, by wyrazić ból i cierpienie. Pytajcie Go i słuchajcie!” Wanda Boniszewska rozmawiała z Jezusem codziennie, a Jego odpowiedzi zapisywała w swoim dzienniczku. Są prawdziwe!

Stacja XIV – Pan Jezus do grobu złożony

Niektóre, te trwałe drogi krzyżowe, czy raczej kalwarie, kończą się wyobrażeniem Chrystusa Zmartwychwstałego, czego przykładem jest Kalwaria Podlaska w Serpelicach poświęcona umęczonym unitom. Bo rzeczywiście Jezus został złożony do grobu, ale po trzech dniach zmartwychwstał i ukazał się światu. O tym wyjątkowym wydarzeniu Jan Paweł II powiedział:
„Chrystus prawdziwie zmartwychwstał i przynosi wszystkim pokój! (…) Pokój, dar Chrystusa zmartwychwstałego, jest głęboki i pełny, niesie pojednanie człowieka z Bogiem, ze sobą samym i z całym stworzeniem.”

I tu pojawia się pytanie do każdego z nas: czy w to wierzymy? Czy w ciemnościach grobu dostrzegamy światło nadziei? Św. Jan Paweł II to najwierniejszy Sługa Pana i tak mówił: „Wiara i rozum to dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy. (…) „Wierzyć, znaczy widzieć rzeczy, tak jak widzi je Bóg, mieć udział w Bożej wizji świata i człowieka.”

Z mikrofonu płyną ostatnie słowa modlitwy: „Jezu, przyjmij wszystkich oddających życie w obronie wolności, niech ich ofiara będzie zasiewem zwycięstwa i daj pokój na całym świecie.”

***

Tego samego dnia (25 marca 2023 r.), w kaszubskiej wsi Kielno, odległej niecałe 30 km od gdańskiej plaży, odbyła się jeszcze inna modlitwa. Stała się sprzeciwem na wymyślone, szydercze, upokarzające oskarżenia polskiego świętego Jana Pawła II. Była demonstracją kilkuset osób, uczestników rozpoczynającego się właśnie XV Pomorskiego Festiwalu Pieśni Wielkopostnych. Członkowie 18 chórów z całej Polski wraz z „publicznością” zgromadzili się na wspólnej modlitwie pod pomnikiem Jana Pawła II usytuowanym nieopodal wejścia do parafialnego kościoła p.w. św. Wojciecha w Kielnie. Na stojącym obok maszcie podniesiono papieską flagę ufundowaną przez pomorskiego wojewodę. Złożono ogromny wieniec, a także zapalono znicz. Modlitwę poprowadził arcybiskup gdański. A potem, gromkim głosem wydobywającym się z gardeł kilkuset osób zaśpiewano Barkę, najbardziej znaną pieśń z papieskich – Jana Pawła II pielgrzymek po całym świecie. Dźwięki tej pieśni rozchodziły się po okolicznych polach, niosły się przez jezioro, podkreślając, że tu na Kaszubach nikt nie pozwoli, aby poniżano Papieża Polaka – Świętego Jana Pawła II.

 

Horror science fiction przedstawia STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Do koloru, do wyboru

Muszą się zlać! To niech się zleją. Jeszcze przed roztopami i powodziami wiosennymi. Czarzasty, Hołownia i Tusk. Pan Kamysz już do tej grupy chyba nie pasuje. Ten chłopski – nomenklaturowo – pan doktor przypomniał sobie, że 'jak trwoga to jednak do Boga”. I szczęść Boże. Jakie by głupoty PSL nie wygadywał, to jednak chłopi ziemi polskiej, ani lasów do Brukseli nie zabiorą. W raje podatkowe chyba też nie lezą. Chłopi chodzą do kościoła i na pielgrzymki.

Zagubione owce – czyli PO-wce – zastanawiają się teraz: wyjść 2 kwietnia na ulice czy nie wychodzić. Może zrobią sobie pochodzik od Czerskiej do Wiertniczej. Taki malutki. Ciekawe co będą śpiewać. Na pewno nie „Boże coś Polskę”. „Deutchland, Deutchland” chyba też jeszcze nie. Z jakiej paki jest pan Tusk – nigdy nie wiadomo. Kiedyś – okryty spódnicą Merkel miał cieplutko i bezpiecznie. Pozostanie po tym okresie niezła emerytura, a nie jakaś nadwiślańska emeryturka jaka przypada na szaraczka-człowieczka.

Zabawmy się, prognozujmy. PO wygrywa. Na czele rządu – wiadomo. A co dalej. Może tak wicepremierzy Wielgus i Senyszyn, minister obrony – Klich (sprzeda cośmy kupili i nie będzie żądał na armię); sprawy wewnętrzne – Schetyna (bo już był i się „zna” na rzeczy); minister skarbu – Graś (bo dobrze pilnował chałupy Niemca, da dozór i krajowemu szmalowi); zdrowie – Kopacz, niech wróci skąd przyszła (trzeba przyznać, że zbędnych zakupów szczepionkowych nie poczyniła), poza tym lubi Chińczyków – oni zawsze mogą się przydać; oświata – Nitras, bo jest bardzo dobrze wychowany; sprawy zagraniczne księżniczka von Thun und Hohenstein – zaoszczędzimy na hotelach i delegacjach, bo pani przecież mieszka za granicą; świnie, krowy – po pierwsze zredukujemy i razem ze zbożem powierzymy jakiemuś ekologicznemu POlitykowi (jest ich do wyboru, do koloru), zresztą mięsa jeść już nie będziemy, a robaki i owady wybierze po konsultacjach z Trzaskowskim specjalnie oddelegowany do Platformy hrabia Niesiołowski; na sport niech pójdzie Boniek – pomoże wrócić ruskim na stadiony (bo to przecież sport, nie polityka), a jest nadal w dobrej formie fizycznej, energicznie zatem wyda co będzie mógł tak, że się grosz dewaluować nie będzie.

O czymś zapomniałem? O morzu! Ale to przecież sprawa przegrana. Mamy wprawdzie 500-kilometrowy dostęp do Bałtyku, a nawet PiS wykopał przekop na Zalew Wiślany uniezależniając nas od ruskich humorów i dział, ale szczury lądowe, choćby były z Gdańska – wiatru od morza nie czują (przykład – zmarnowane gospodarstwo Hel), Żeromskiego nie czytują (chyba tylko jego najgorszą powieść „Dzieje Grzechu”) i w ogóle po co nam śledzie, lepiej kupować łososie norweskie, karmione zresztą mączką z „polskich” ryb.

Zostało jeszcze trochę łupów. Ale lasy przecież przekażemy Unii, a może i rzeki, kopalnie zasypiemy albo sprzedamy np. Australijczykom (szyb „Stefanów” już w sądzie). Drogi już są. Wystarczy dla elektrycznych. LOT i PKP – jak chciał tego pewien redaktor z Rzeczpospolitej – sprzedamy Niemcom.

I to by było na tyle. Może ktoś ma lepsze propozycje.

 

 

WALTER ALTERMANN: Potrawa z tenisisty, czyli OK Panie Boże

„The Chosen” – to serial produkcji USA, emitowany aktualnie w jednej z naszych stacji telewizyjnych. W wolnym tłumaczeniu powinien nazywać się „Wybrany”, ale – nie wiedzieć czemu – ma angielski tytuł.

 W jednym z odcinków serialu Jezus spotka dwie małe dziewczynki, jedna z nich pokazuje mu swoją lalkę.

– A jak ma na imię? – pyta Jezus.

– Sara – odpowiada dziewczynka.

– Ładna – mówi Jezus.

– O.K., muszę już iść – mówi dziewczynka i odchodzi.

A ja pozostaję w zdumieniu i mam wątpliwości czy przypadkiem twórcy serialu nie przesadzili, w tak modnym ostatnio „przybliżaniu młodzieży” wielkich tematów. Wiemy, że OK jest zwrotem amerykańskim. I takim powinien pozostać. Wplatanie go w Nowy Testament wydaje mi się grubym nietaktem.

Pozostaje jeszcze obawa, że ktoś tam już kombinuje nad „uwspółcześnieniem” Dziesięciorga Przykazań. Byłoby by bluźnierstwem przypuszczać, jak brzmiałyby „współcześnie” przykazanie szóste, siódme i ósme… Więc przestanę.

Aktor słuchowy

Mówią, że Wikipedia jest teraz portalem bardziej wiarygodnym, bo ktoś tam ją kupił… Nie wiem, a nie wiedząc nie wierzę, bo nadal są w nim takie perełki, jak ta o Bohdanie Łazuce, cytuję” Bohdan Cezary Łazuka (ur. 31 października 1938 w Lublinie) – polski aktor teatralny, filmowy i głosowy, piosenkarz, artysta estradowy, prezenter telewizyjny i radiowy, konferansjer.

Co trzeba zrobić, żeby zostać aktorem głosowym? Prawdopodobnie trzeba w dubbingu podkładać głos, pod aktorów i postacie (na przykład) z kreskówek. Ale tego portal nie wyjaśnia. Stwierdza jedynie, że istnieje kategoria „aktor głosowy”. A kim są w takim razie słuchacze radia? Najpewniej są to „odbiorcy słuchowi”.

Nie mają litości… Mordują nas i nasz język z zimną krwią. Lub też „z krwią poniżej przeciętnej ciepłoty ciała, czyli poniżej 36,5 stopnia Celsjusza”.

Czy oni są nas w stanie zrozumieć?

Ryszard Horovitz, wybitny fotografik, mówi w filmie dokumentalnym, że w czasie spotkania z dziećmi, w jednej ze szkół w Nowym Jorku, jakiś 10-latek zapytał go o to, jakie miał zabawki w Auschwitz.

Z kolei Melchior Wańkowicz wspominał o pewnej dziennikarce z USA, która przeprowadzał z nim wywiad. Gdy Wańkowiczowi zdawało się, że wywiad dobiega już końca, dziennikarka powiedziała; „Bardzo panu dziękuję, bo już bardzo wiele dowiedziałam się o wojnie i okupacji Polski. Ale niech mi pan jeszcze powie, żebym miała pełny obraz tamtych czasów – jak Polacy spędzali weekendy podczas tej okupacji.

Nie sądzę, żeby Zachód był w stanie zrozumieć koszmar, który Niemcy zgotowali Europie Wschodniej, a głównie Polakom, Żydom, Ukraińcom i Rosjanom. Informacje o holokauście jakoś do głów ludzi Zachodu dotarły, ale już o naszym losie nie wiedzą nic.

Duża w tym rola Amerykanów, którzy zaraz po zakończeniu II wojny światowej dostrzegli w Niemcach sojuszników, w ewentualnej wojnie z Sowietami. I nie chcą nowych przyjaciół stawiać w złym świetle, woleli nie mówić za wiele o tak niedawnym bestialstwie Niemców. Do tego doszło i to, że Francuzi, Norwegowie, Holendrzy, Duńczycy i parę winnych krajów nie zaznali niczego, co mogłoby – choć w istotnym procencie – przypominać nasz los. No i jeszcze spryt niemieckiej propagandy – powojennej – która odpowiedzialnością za zbrodnie własnego narodu, czyli Niemców, uczyniła jakichś faszystów, hitlerowców i nazistów. I tak się to jakoś rozmyło. Myślę, że też powojenni Niemcy sami uwierzyli we własną propagandę, i są dzisiaj bardzo zdziwieni, że Polska mówi o reparacjach.

Czy uda się nam wrócić do rozrachunku z Niemcami za lata wojny? Myślę, że będzie bardzo ciężko.

Dramaturgia

W czasie meczu tenisa Hubert Hurkacz – Aleksander Szewczenko, sprawozdawca mówi: „Znów zaczyna się dramaturgia…”.  Gdyby powiedział, że zaczyna się dramat – zrozumiałbym. Ale czymże jest, w przypadku tenisa dramaturgia? Nie wiadomo.

 

Według słowników dramaturgia to: 1. twórczość dramatyczna; 2. teoretyczna wiedza o budowie dramatu; 3. napięcie w przebiegu wydarzeń, głównie w utworze literackim. I tak to jest. Gdzieś coś dziennikarz słyszy, coś brzmi ładnie – to mówi. A że bez sensu? Gdyby jeszcze, ale to po meczu, sprawozdawca powiedział, że mecz miał swoją dramaturgię… uszłoby.  A jeszcze można usłyszeć, że: „Mecz miał wspaniały scenariusz”! Przecież scenariusz jest czymś dopiero do zrealizowania. Film może mieć scenariusz, program telewizyjny też, ale już w teatrze nie funkcjonuje pojęcie scenariusza. W teatrze są do wyreżyserowania, zagrania utwory sceniczne – tragedia, dramat, komedia, opera, operetka, farsa, wodewil. Ale scenariusza nie ma!

 

Wracając do sportu – nie można powiedzieć, że w zawodach sportowych istnieje założona wcześniej, napisana dramaturgia. Chyba, że mecze są ustawiane – wtedy tak, ale to jest gruba karalne. I co tu robić z takim językiem? Przecież nikt sprawozdawcom za takie gadanie głowy nie urwie, więc mówią szybko, ale za to byle co. A z tym urywaniem głowy… Niby to tylko figura retoryczna, ale może przydałoby się?

Tenisista z papryką

Mecz tenisa w Indian Wells, grają: Chilijczyk Cristian Garin i Casper Ruud z Norwegii, a sprawozdawca sportowy Tomasz Tomaszewski mówi: „Garin prowadzi, czyli kibice z Chili mogą być zadowoleni”.

Co do faktów sportowych zgoda, ale z tym chili, pan Tomaszewski wiedzie nas na manowce. Otóż – Chile to państwo, a chili to rodzaj papryki, a także potrawy. Jest taka teksańska potrawa chili con carne, czyli mięso w chili. Potrawa naprawdę pochodzi z Meksyku. Ale Amerykanie, po wojnie z Meksykiem, zająwszy Teksas, przywłaszczyli także narodowe dania Meksykanów.  Zatem, potrawka z Chilijczyków? Śmieszne to, czy głupie?

 

W mediach nie powinno być miejsca na szarganie świętości. Felieton JOLANTY HAJDASZ

Ostatni tydzień przyniósł kolejne informacje związane z medialnymi reakcjami na skandaliczny atak telewizji TVN i wydawnictwa Agora na osobę i dziedzictwo Jana Pawła II.  Chcę dzisiaj zwrócić uwagę na jeden z wielu skutków tej sprawy, tym razem dotyczący wolności słowa.

W tym wypadku punktem wyjścia jest prowokacyjna i obrazoburcza okładka tygodnika założonego przez byłego rzecznika prasowego z czasów stanu wojennego i rządów wojskowej ekipy Wojciecha Jaruzelskiego. Na okładce tej gazety opublikowano wizerunek papieża Jana Pawła II, krucyfiksu i ukrzyżowanej na nim plastikowej lalki, co w obecnej sytuacji celowo podgrzewa emocje i nastroje społeczne upokarzając katolików poprzez wyszydzanie ich największych świętości. Zapewne także dlatego Poczta Polska podjęła decyzję o wycofaniu tej konkretnej gazety ze swoich placówek, choć w oficjalnym komunikacie poinformowała jedynie o kalkulacjach i ryzyku biznesowym. W ten sam sposób zachował się PKN Orlen, który poinformował także, iż to konkretne wydanie tej gazety nie będzie sprzedawane na ich stacjach benzynowych.

W obronie gazety wypowiedzieli się jednak różni medioznawcy i redaktorzy naczelni krytykując nie gazetę, która drwi z Krzyża świętego i z Jana Pawła II, ale tych, którzy nie chcą takiej gazety sprzedawać. I jak zawsze w takim wypadku przywołuje się zasadę wolności słowa, która jest fundamentem demokracji i której poszanowanie gwarantuje konstytucja. To nie firma dystrybucyjna będzie decydować o tym, co ma być publikowane w gazecie, nie ma ona prawa odmówić sprzedaży – twierdzą krytycy decyzji Orlenu i Poczty. Tygodnik NIE rozważa skierowanie do sądu spraw przeciwko obu tym firmom, które odmówiły sprzedaży tego skandalicznego wydania prowokacyjnej gazety, jego wydawca spółka Urma złożyła do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów zawiadomienie „o podejrzeniu stosowania praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów” przez Orlen i Pocztę Polską.

W przeszłości wypowiadałam się wielokrotnie w podobny sposób, dlatego teraz chciałabym wyjaśnić, dlaczego w mojej ocenie obecnie mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją. Innymi słowy, dlaczego teraz rację ma i Orlen, i Poczta Polska, które wycofały się ze sprzedaży czegoś, co jednoznacznie uderza w najważniejsze dla katolików wartości. Wolność słowa nie jest wartością jedyną i nadrzędną, zawsze musi wiązać się z odpowiedzialnością, która może być ograniczona prawami i wartościami innej osoby czy osób. I właśnie o tym obie te firmy nam przypomniały. Ale szukając uzasadnienia ich aktualnych decyzji najprościej byłoby przywołać casus „Gazety Polskiej z 2019 roku, gdy postanowiła ona dołączyć naklejkę „strefa wolna od LGBT” do swojego wydania, a firma Empik odmówiła sprzedaży tego numeru. Wielokrotnie redaktor naczelny GP wyjaśniał wtedy, że tygodnikowi chodziło o sprzeciw wobec ideologii LGBT, a CMWP SDP broniło „Gazety Polskiej” z pełnym przekonaniem Wówczas to sąd prawomocnie jednak stwierdził, że „Gazeta Polska” nie miała racji i Empik miał prawo z dnia na dzień zawiesić jej dystrybucję. Skoro więc miał takie prawo Empik, nawet błędnie interpretując intencje tygodnika, to tak samo dystrybutor tygodnika NIE mógł zawiesić jego sprzedaż, tym bardziej, że zaatakowany to realnie żyjący w przeszłości powszechnie szanowany człowiek i najwyższe religijne wartości dla milionów osób. Ale w obecnej sytuacji byłoby to zbyt daleko idące uproszczenie.

W mojej ocenie decyzja o wycofaniu ze sprzedaży tego tygodnika absolutnie była uzasadniona wyjątkowo prowokacyjnym działaniem tej gazety. Swoją treścią i przekazem naruszyła ona dobra osobiste katolików w postaci ich godności i prawa do niedyskryminacji oraz w prowokacyjny i obrazoburczy sposób wzmagając przy tym poczucie zagrożenia katolików poprzez wykorzystanie emocji towarzyszących odbiorowi tego typu publikacji. Potęgowała ona przez to napięcia i konflikt społeczny, także ten, z jakim mamy do czynienia po emisji reportażu „Franciszkańska 3” w telewizji TVN 24 i publikacji książki wydawnictwa Agora p.t. „Maxima culpa. Jan Paweł II wiedział”.  Działania takie są sprzeczne z etyką dziennikarską i elementarnym poszanowaniem wartości i autorytetów innych osób, bo mogą przyczyniać się do   wywoływania nienawiści lub dyskryminacji. Już na tej podstawie decyzja o zaniechaniu dystrybucji mediów zawierających takie treści jest w tym wypadku absolutnie usprawiedliwiona.

Najwyższy czas zadać jednak przy tym publicznie pytanie, czy gazeta założona przez jednego z najwyższych aparatczyków komunistycznych, jakim był Jerzy Urban w ogóle może być uważana za prasę i czy naprawdę można kogoś o takim życiorysie i dokonaniach nazywać dziennikarzem, czyli osobą, której praca musi i powinna być skierowana na dążenie do poszukiwania i przedstawiania prawdy o otaczającym nas świecie. Jerzy Urban aż do swojej śmierci korzystał w wyjątkowo cyniczny sposób z wolności słowa, jaką inni wywalczyli przeciwstawiając się złu i przemocy takich osób jak on z tzw. poprzedniego systemu. Jest rzeczą wyjątkowo smutną i przygnębiającą, że nigdy tacy ludzie jak on nie ponieśli żadnych konsekwencji swoich ogromnych win z czasów komunistycznych, że mogli bogacić się i działać w przestrzeni publicznej bez ograniczeń. Jerzy Urban przez całe lata po 1989 roku prowokował, atakował, wyśmiewał i szydził z katolików, wychował bez przeszkód całe zastępy swoich naśladowców, tych którzy nie widzą nic niestosownego i złego w publicznym poniżaniu, pomawianiu i wyśmiewaniu innych wiedząc, że nic im się nie stanie, bo przecież mamy „wolność słowa”. Dziś obrońcy takiej wolności krytykują i chcą karać tych, którzy ten postawiony na głowie świat antywartości ośmielają się nazywać po imieniu, przywracając słowom i czynom właściwy sens i logikę. To przecież absurd i zaprzeczenie tego, czym ma być wolność słowa – szlachetna idea, uosabiająca dobre i pozytywne wartości wynikające z naturalnego dążenia człowieka do prawdy.

Założony przez komunistycznego propagandystę tygodnik NIE przez całe lata swojego istnienia był i jest wyjątkowo bulwersujący ze względu na skrajnie wulgarny, rynsztokowy język i publikowane treści. Przez te lata sprzeniewierzył się wielokrotnie zasadom zawodowej etyki dziennikarzy.  Dla tej gazety, tak jak dla Jerzego Urbana znakiem rozpoznawczym stał się cynizm i prowokacje oraz chorobliwa, a z perspektywy czasu widać, że wręcz demoniczna niechęć do Kościoła katolickiego oraz osób konsekrowanych, księży i sióstr zakonnych, a także katolików świeckich. Wielokrotnie bezpodstawnie i w wyjątkowo prowokacyjny sposób na łamach tego pisma był atakowany święty Jan Paweł II. Obecnie tygodnik NIE kontynuuje tę bulwersującą tradycję budowania swojej marki i pozycji ekonomicznej m.in. na bezpodstawnym szarganiu i atakowaniu autorytetu świętego Papieża, co jest wyjątkowo bulwersującym sposobem korzystania z wolności słowa gwarantowanej przez państwo polskie. W mojej ocenie w polskim systemie medialnym na takie działania nie powinno być miejsca. To dobrze, że i Orlen, i Poczta Polska przypomniała nam o tym jednoznacznie.