Łukaszenka walczy z „Łupaszką – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o dewastacji kolejnego polskiego miejsca pamięci na Białorusi

„Nieznani sprawcy” właśnie ukradli na Białorusi – we wsi Worziany w obwodzie grodzieńskim tablicę informującą o walce i miejscu spoczynku żołnierzy 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej, dowodzonej przez majora Zygmunta Szendzielarza ps. „Łupaszka”.

31 stycznia 1944 r. w Worzianach Polacy stoczyli zwycięską bitwę z jednostkami niemieckiego Wehrmachtu i żandarmerii wojskowej. W starciu zginęło jednak 19 partyzantów „Łupaszki”, kilku było rannych, w tym sam komendant Szendzielarz i Lidia Lwow „Lala”. To poległym poświęcono zdewastowaną dziś kwaterę wojenną.

Major Józef Rusak wspominał bitwę pod Worzianami. – Niemcy jakoś się dowiedzieli, że tam stoimy i przyjechali do wsi. Myśmy tych Niemców odpędzili, a oni się wycofali na cmentarz – tam były groby, drzewa, mieli się za czym chować. Gdy Niemcy zostali rozbici, wycofaliśmy się z wioski, ale śledzili nas Rosjanie i z nimi też walczyliśmy, we wsi Radziusze. Pod Worzianami zginęło 63 Niemców.

„Nieznani sprawcy” zaczęli działać na Białorusi 1 lipca br., kiedy nierozpoznani łukaszenkowcy rozebrali polskie groby w Jodkowiczach (powiat berestowski). Potem był 4 lipca i barbarzyństwo w Mikuliszkach (powiat oszmiański). 8 lipca Wołkowysk i 9 lipca Kaczichachy (powiat karelicki). 22 lipca dewastacja cmentarza w Stryjówce pod Grodnem. 25 sierpnia za cel wzięto cmentarz Armii Krajowej w Surkontach (powiat werenowski). W końcu w Piaskowcach zniszczenia tablicy poświęconej Polakom, poległym w walce z wojskami NKWD.

W ostatnich dniach października zniszczono obelisk na zbiorowej mogile żołnierzy Wojska Polskiego poległych we wrześniu 1920 r. podczas Bitwy Niemeńskiej z bolszewikami pod Feliksowem koło Lidy. To kolejny cmentarz zbezczeszczony przez współczesnych bolszewików kołchozowego dyktatora Łukaszenki.

Wróćmy do Mikuliszek. Miejsce cmentarza wybrano nieprzypadkowo, bo partyzanci wileńskiej AK znajdowali tu spoczynek obok powstańców z 1863 r. „Było szaro lub ciemno, gdy już gotowi do wymarszu, na cmentarzu w Mikulaszach żegnaliśmy poległych kolegów. Była salwa honorowa i śpiewaliśmy »Śpij kolego w ciemnym grobie«. Całodzienne przeżycia, zmęczenie i żal spowodowały, że w czasie śpiewania łzy lały mi się po twarzy. Spojrzałem na najbliższych – twarze ich też były mokre. Jakże inaczej brzmiała w tych okolicznościach ta trochę oklepana wojskowa piosenka” – jeden z polskich pochówków wspominał Tadeusz Żuk „Kot”.

W Surkontach z kolei zginął wybitny polski żołnierz mjr Maciej Kalenkiewicz ps. „Kotwicz”. Był polskim inżynierem, podpułkownikiem Wojska Polskiego, żołnierzem Oddziału Wydzielonego Wojska Polskiego mjr Henryka Dobrzańskiego, „Hubala”, pomysłodawcą wykorzystywania w celach dywersyjnych świetnie wyszkolonych skoczków spadochronowych – cichociemnych (sam był jednym z nich), oficerem AK, dowódcą partyzanckim w Okręgu Nowogródek Armii Krajowej.

21 sierpnia 1944 r., pod Surkontami, oddział AK Macieja Kalenkiewicza stoczył bitwę z batalionem NKWD. Było to pierwsze starcie Wojska Polskiego z sowietami od czasu ich agresji na Rzeczpospolitą we wrześniu 1939 r.

Sowieci otoczyli wieś, ale niespodziewanie zostali ostrzelani przez Polaków w trakcie pokonywania podmokłych terenów otaczających Surkonty. Ostrzał zmusił ich do ucieczki, przegrupowania sił i oczekiwania na nadejście posiłków. Major „Kotwicz” pozostał we wsi z ciężko rannymi towarzyszami broni. Pozostali akowcy wycofali się na bezpieczne pozycje.

Po kilku godzinach sowieci ponowili atak, tym razem wsparty nalotem bombowym. Szybko zdobyli wieś, którą następnie spalili i zabili pozostałych przy życiu Polaków. Prócz mjr Macieja Kalenkiewicza po polskiej stronie poległo 36 żołnierzy i kilkunastu cywilów. Po stronie sowieckiej zginęło prawdopodobnie kilkadziesiąt osób.

 

Uparty WALTER ALTERMANN tropi błędy: Dalsze języka dręczenie

Dyskusja w jednej z naszych telewizji. Naraz poseł mówi: „Analizowaliśmy o sprawie zboża ukraińskiego…”. To jedna z częstych, okropnych pomyłek składniowych. Te pomyłki zawsze występują w momencie, gdy człowiek z gruntu prosty próbuje mówić językiem o kilka stopni wyższym od niego. Dlaczego ktoś, kto zaszedł tak wysoko, że już jest posłem, chce by uważano go za jeszcze wyżej postawionego?

 

A Wincenty Witos, był chłopem i mówił językiem prostym, językiem swej warstwy społecznej. I to było w porządku. I mówił poprawnie, bo się nie sadził na pana.  Wyjaśnijmy jednak jak to jest z tą „analizą”. Otóż analizować można coś: problem, zjawisko, dane statystyczne, wyniki prac. Natomiast dyskutować można o czymś: o problemie zbożach, o zjawiskach, o danych statystycznych, o wynikach prac.

Kolejne błędne użycie „o”

5 kwietnia 20223 roku, Prezes Polskiego Stronnictwa Ludowego Kosiniak – Kamysz, formalnie kolejny ze spadkobierców Wincentego Witosa, mówi w swoim wystąpieniu przed kamerami: „Wzywamy wszystkie siły polityczne polskiej wsi o współpracę”. A powinien powiedzieć „… wzywamy do współpracy”. „O współpracę…” natomiast można apelować lub prosić.

Z życiorysu prezesa wynika, że jest absolwentem Liceum w Krakowie, potem skończył studia na Wydziale Lekarskim UJ. Następnie był asystentem w Katedrze Chorób Wewnętrznych i Medycyny Wsi CM UJ. W roku 2010 na macierzystej uczelni uzyskał stopień doktora nauk medycznych.

Wybaczając panu prezesowi ten przykry wypadek, cieszyć jednak może, że obecnie nie praktykuje on już leczenia. Bo wyobraźmy sobie, że mówi do pacjenta: „Wzywam pana o branie przepisanych lekarstw”. Jakby trafił na poważnego krakowskiego inteligenta, mógłby doprowadzić do znacznego pogorszenia stanu zdrowia chorego.

Genesis

„Sami wygenerowaliśmy problem” – mówi w dyskusji, o zalewającym Polskę ukraińskim zbożu, inny poseł. Powinien powiedzieć, stworzyliśmy problem. Ale według posła lepiej powiedzieć – po pańsku – „wygenerowaliśmy”.

Generowanie pochodzi od genezy i oznacza właśnie stworzenie czegoś. Genezą nazywamy przyczyny, które wywołały powstanie czegoś lub doprowadziły do rozwoju czegoś. Określamy tym słowem również sposób powstawania i rozwoju czegoś. Geneza to tyle co źródło, powód, początek. Genesis zaś to jedna z ksiąg biblijnego Pięcioksięgu, co się tłumaczy jako Księga Rodzaju czy Stworzenia.

WP Tech odkrył istnienie podwójnej alternatywy

WT Tech o brytyjskim czołgu Challenger: „Trudno się dziwić – obie alternatywy oznaczały, że globalny prekursor broni pancernej po ponad wieku jej ciągłego rozwoju miałby zrezygnować z produkcji własnych czołgów. Decyzje dotyczące dalszego rozwoju serii człołgów Chelenger oddaliły widmo czołgowego rozbrojenia Wielkiej Brytanii”.

Skąd oni wzięli te „obie alternatywy”? Przecież alternatywa jest jedna i oznacza wybór jednej z dwu z możliwych – przeciwstawnych sobie – dróg postępowania. Ja wiem, że coraz częściej „alternatywa” oznacza w ogóle wybór, ale bardzo przykro patrzeć, jak na skutek zaniechania nauki łaciny w liceach, zanika jedno z podstawowych źródeł naszej kultury – język antycznych Rzymian i ich kultura.

Problemy z Austrią i Austriakami

I nie mam tu na myśli pokrętnych meandrów jakimi płynie współczesna polityka Austrii. Chodzi o to, że do wielu z nas nie dociera, że nazwę państwa niegdysiejszego naszego zaborcy inaczej się pisze i inaczej się wymawia.

Piszemy „Austria”, ale wymawiamy [„Austrja”]. Piszemy „Austriak”, ale wymawiamy [„Austryjak]”. Tak jest i żadnej taryfy ulgowej tu być nie może. Skąd się wzięła taka wymowa? Z historii, bo tak dawniej mówiono o Austrji i Austryjakach – i tak jest do dzisiaj.

Piszę o tym, bo sprawozdawcy skoków narciarskich cały czas mówili: „Oto na belce siada Austriak”. Przykre, ale prawdziwe.

Czym dysponuje zawodnik?

Sprawozdawca meczu piłki nożnej mówi: „Kowalski nie dysponuje dużym wzrostem”. Już o tym pisałem, ale warto przypomnieć, że dysponować można majątkiem, ale gdy chodzi o wzrost piłkarza, gdy nie jest za duży, należałoby powiedzieć: „Kowalski nie jest za wysoki”. Bo już stwierdzenie, że jest mały, bądź niski, byłoby nieeleganckie, a nawet obraźliwe.

Można powiedzieć do faceta, który ma ponad dwa metry wzrostu: „O, jaki pan wysoki”, ale nie wypada powiedzieć do gościa, mierzącego poniżej 165 centymetrów: „O, jaki pan malutki”. Trzeba mieć takt. Dawniej to się nazywała kindersztuba, a dzisiaj może nawet nazywać się takie dobre wychowanie – alternatywą. Niech tam, byle byłoby stosowane – to dobre wychowanie.

Jak wyposażony jest piłkarz?

W czasie transmisji meczu polskiej ekstraklasy sprawozdawca, chcąc pochwalić walory jednego z zawodników mówi: „To piłkarz z dużym wyposażeniem ofensywnym”. Konkretnie nie wiem o co chodziło dziennikarzowi, ale było grubo przed 23.00 i na pornografię czasu jeszcze nie było.

 

 

WALTER ALTERMANN: Gazeta, czy listy od czytelników?

Wiem z doświadczenia, że są czytelnicy, dla których pisanie do mediów jest najgłębszym sensem istnienia. Wierzą oni bowiem, że mają do przekazania niezwykle ważne treści, że poruszają wielkie sprawy, mające wpływ na dzieje świata, a ich niebagatelne opinie muszą, koniecznie muszą być zamieszczone.

Najczęściej redakcje wyrzucają takie listy czytelników do kosza, lub kasują je w internecie. Jeżeli jednak decydują się już na zamieszczenie głosu czytelnika, to biorą na siebie odpowiedzialność za ich treść. Nawet, jeżeli jedynym celem redakcji było sprowokowanie czytelników do dyskusji. 31 marca 2023 roku Wyborcza.pl zamieściła list poruszonego czytelnika, który przytaczam w całości:

Wstyd, że na mizernych resztkach zaginionej niedawno cywilizacji obecni mieszkańcy chcą mieć parking. Jak ocalić historię miasta? Czytelnik o planach zabudowy na terenie warszawskiego getta.

Przed świętem Paschy zdjęto trochę trawy z wierzchu naszej zbiorowej niepamięci przypadkiem i niechcący odkryto fundamenty żydowskiej ulicy. Zwiedzałem jako dziecko ruiny Pergamonu, Olimpii i Delf, ćwicząc wyobraźnię, by spośród kamieni i zwalonych kolumn wyłowić zapomniane życie sprzed tysięcy lat.

Jednak ulica Gęsia istniała jeszcze za życia mego ojca, teraz tam uwija się archeolog. Wykopki obnażyły ulotność naszych wspomnień, zdziwienie udające szlachetną nostalgię.

Wstyd, że na tych mizernych resztkach zaginionej niedawno cywilizacji obecni mieszkańcy chcą mieć parking dla aut. Szczątki starych domostw, nic niewarte trupy historii i pośmiertny triumf Hitlera, niedający się przepędzić demon wspólnych dziejów.

Przemysław Wiszniewski

 Mówienie o zaginionej cywilizacji – w odwołaniu do ruin piwnic na Gęsiej 33 – jest przesadzone i nader egzaltowane, a już przypominanie niesławnego dzieła Hitlera w sprawie parkingu na resztkach ulicy Gęsiej jest nieprzyzwoite, bo sugeruje, jakieś podobieństwo działań obecnych władz miasta Warszawy do zagłady Żydów.

Zdaje mi się, że w Warszawie, Łodzi i Krakowie pamięć Żydów została i nadal jest czczona w sposób poważny i dostateczny. Nie będę wyliczał muzeów, obchodów, nazw ulic, pomników, tablic pamiątkowych, żydowskich cmentarzy, które są objawem szacunku dla dawnych mieszkańców tych miast. Zresztą w całym naszym kraju czci się dawną obecność i życie Żydów w Polsce.

Autor nie uniknął też śmieszności, bo Gęsia 33 czy łódzkie Bałuty, w swym dawnym architektonicznym kształcie, nie były świadectwami wielkich dzieł sztuki architektonicznej, jak przywoływane Pergamon, Olimp i Delfy. Piszę o śmieszności, bo w tak ważnej sprawie, jak dawna obecność Żydów w Polsce nie może być w najmniejszym stopniu ośmieszana.

Czy Żydzi stworzyli w dawnej Polsce osobną cywilizację, na miarę antycznych Greków i Rzymian? Też wątpię. Owszem, tworzyli swoją, niekiedy odrębną kulturę, ale nie cywilizację. Wnieśli jednak wielki wkład w cywilizację świata, Europy i Polski, to fakt bezsprzeczny i doceniany.

I nie na tym zasadzała się wielkość tamtych Żydów, że budowali piękne i wiekopomne gmachy, ale na tym, że wciągnęli cały świat w obręb kultury Księgi, filozofii, słowa i myśli. A te wartości są w Polsce należycie czczone. Także w każdym polskim kościele, bo każdy chrześcijanin wie czym jest Stary, a czym Nowy Testament, w jakim narodzie przyszedł na świat Chrystus, jakiej narodowości byli Jego apostołowie.

Być może dla autora listu to za mało i chciałby widzieć kolejny pomnik w formie odrestaurowanej kamienicy przy ulicy Gęsiej. Jeżeli tak, to myślę, że p. Wiszniewski nie ma racji, bo oprócz niezbyt imponujących pamiątek materialnych przeszłości w dzisiejszej Warszawie żyją następne pokolenia, którym – o dziwo – potrzebne są także parkingi. I na koniec – w każdej sprawie należy zachować umiar i opanować emocje. I nie przesadzać.

Trzeba też zauważyć, że odkryte fragmenty kamienicy na Gęsiej 33 nie są w żadnym calu wspaniałym zabytkiem architektury. To jedna z wielu przeciętnych budowli warszawskich. A już mieszanie do tego Pergamonu i innych antycznych wspaniałości jest bardzo grubym nieporozumieniem. Naprawdę, ruiny tych piwnic w niczym nie przypominają Wzgórza Świątynnego w Jerozolimie. Niestety, cały list czytelnika tchnie przesadą, graniczącą z histerią i szaloną egzaltacją.

Takie histeryczne myśli i stanowiska, powiedzmy to wprost – jakie zawiera ów list – z pewnością nie służą dialogowi i porozumieniu między dwoma narodami. Niczego nie można robić na duś, na siłę i z tupetem. A poważnemu tematowi relacji polsko – żydowskich potrzebne są: wzajemne poszanowanie, rozwaga i delikatność, a tych w liście czytelnika Wyborczej.pl nie znalazłem. Dialog zakłada wysłuchanie obu stron, zrozumienie wzajemne i nie trwanie w uprzedzeniach. A życie bieżące, współcześni warszawiacy też mają swoje prawa.

Może jednak trzeba przyznać rację panu Andrzejowi Mizerze, rzecznikowi wojewódzkiego konserwatora zabytków, który mówił niedawno w mediach, że w pracach archeologicznych na Muranowie bierze udział przedstawiciel Muzeum Getta Warszawskiego. Pytany o to, czy konserwator może zobowiązać inwestora do zachowania i wyeksponowania odkopanych fundamentów, odpowiedział: „Jeżeli tylko mają odpowiednią wartość”.

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Źródłem „rusofobii” jest sama Rosja

Sama Rosja doprowadziła do tego, że wiele osób traktuje ją z pogardą, jako kraj, który oszukuje własnych obywateli, a prowadząc imperialistyczną politykę chce oszukać cały świat.

Rosja zarzuca światu „rusofobię”, czyli to, że nie lubi Rosji bez wyraźnego powodu i boi się wszystkiego, co rosyjskie. Czy tak jest? Rosyjscy propagandyści nazywają politykę USA, NATO, krajów Unii Europejskiej i różnych organizacji międzynarodowych, takich jak Międzynarodowy Trybunał Karny czy Europejski Trybunał Praw Człowieka, jako źródło „rusofobii”. Czy tak jest? I ogólnie, czym jest „rusofobia” jako zjawisko?

Można powiedzieć, że „rusofobia” to jedno z największych oszustw XXI wieku, którego źródłem jest sama Rosja, a takie zjawisko istnieje tylko w wyobraźni rosyjskich propagandzistów. Dlaczego?

Rosyjscy politycy, a także nowa koncepcja polityki zagranicznej Rosji, podpisana niedawno przez prezydenta Władimira Putina, głoszą, że zarówno w 2014, jak i w 2022 roku to nie „Rosja zaatakowała Ukrainę”, ale „polityka USA sprowokowała Rosję do obrony” i zmusiła do odpowiedzi. Nowy dokument przedstawia świat jako dwubiegunowy, w którym piękna, pokojowa i szlachetna Rosja przeciwstawia się wszelkiemu złu na całym świecie, a uosobieniem tego zła są USA, Polska i praktycznie cała Europa.

W rzeczywistości rosyjscy politycy nie stworzyli niczego nowego. Po prostu odwrócili dobrze znaną koncepcję George’a Busha „osi zła”, wzdłuż której Rosja prowadzi konserwatywne siły światowe w opozycji do demokracji i sił postępu. Rosyjski uczony Andrij Sacharow, w swoim słynnym dziele „Refleksje o postępie, pokojowym współistnieniu i wolności intelektualnej”, również pisał o tym, że Rosja jako mocarstwo światowe spowalnia światowy ruch ku postępowi. Ale jak zawsze Rosja obwinia innych za zbrodnie, które sama popełnia. W ciągu dwudziestu lat po Bushu, jak zauważa ukraińska gazeta „Dzerkało Tyżnia”, oś zła stała się jeszcze „większa, śmielsza i bardziej zła”. A wiodącą rolę w niej odgrywa obecnie nuklearna Rosja, która myśli, że sprzeciwia się całemu światu.

Aby zdemaskować rosyjskie kłamstwa, wystarczy odpowiedzieć na pytanie: kto jest agresorem? Rosja jako pierwsza grozi innym krajom – toczy wojnę z sąsiednią Ukrainą, zaprzeczając nawet istnieniu narodu ukraińskiego, jego suwerenności i prawu do samostanowienia, grozi całej Europie bronią nuklearną, chce rozmieścić taktyczną broń nuklearną na Białorusi, straszy Finlandię, która niedawno została członkiem NATO. To Rosja bez powodu aresztuje zagranicznych korespondentów, takich jak Amerykanin Evan Hershkovich, fałszuje sprawy przeciwko Tatarom krymskim, sieje tony kłamliwej propagandy przeciwko Polsce, Niemcom, całej Unii Europejskiej, łamie prawo międzynarodowe, nie liczy się z zasadami członkostwa w organizacjach międzynarodowych, co de facto blokuje ich pracę.

Oczywiście takie zachowanie Rosji budzi sprzeciw i krytykę w normalnych krajach demokratycznych. A wtedy Rosja krzyczy: „rusofobia, nikt nas nie lubi”.

I tu pojawia się ważne pytanie: za co wszyscy powinniśmy lubić Rosję? Za pokojową politykę, której ten kraj nie ma? Za przyjazne i partnerskie podejście do sąsiadów, którego nie ma? Za groźby dla całego świata? Za łamanie prawa międzynarodowego i praw człowieka?

Jak możemy lubić Rosję, skoro nie ma ku temu powodów, a wręcz przeciwnie, trzeba domagać się zmian i respektowania przez ten kraj fundamentalnych norm współżycia międzynarodowego. I świat tak robi, a Rosja krzyczy:  „to jest rusofobia!”.

W ostatnich latach, mimo całego zła jakie wyrządził, Władimir Putin zrobił też kilka rzeczy, które przyniosły korzyści światu.

Po pierwsze, sam obalił twierdzenie własnej propagandy, że NATO jest rzekomo agresywnym blokiem militarnym. Rozpoczynając straszliwą pod względem liczby zbrodni, niesprowokowaną wojnę w Ukrainie, Putin pokazał, że to Rosja jest agresorem, a NATO blokiem, który broni pokoju i suwerenności państw. Sprzeciwiał się rozszerzaniu NATO na wschód i zbliżaniu granic NATO do granic Rosji, a swoim postępowaniem doprowadził do czegoś zupełnie odwrotnego – sojusz przyjmuje nowych członków i  jego granica z Rosją zwiększa się.

Po drugie, odmawiając Ukrainie prawa do suwerennego państwa, Władimir Putin zainspirował wiele badań historycznych, które wykazały, że Ukraina, Polska, Mołdawia, Gruzja i wiele krajów azjatyckich, takich jak Kazachstan, są historycznie zarówno starszymi, jak i bardziej cywilizowanymi krajami od Moskwy oraz mają pełne prawo do suwerenności bez udziału Rosji.

Po trzecie, rozpoczynając wojnę na Ukrainie, Władimir Putin pomógł wielu ludziom na świecie zrozumieć przewagę demokratycznego systemu rządów nad autokracją i dyktaturą, jaką jest Rosja. Sprowokowawszy miliony uchodźców z Ukrainy i Gruzji szukających schronienia przed jego wojną w krajach europejskich, a także setki tysięcy uchodźców z samej Rosji uciekających przed mobilizacją, zmusił ich do zobaczenia na własne oczy zalet życia w krajach europejskich i zalet demokracji. To zrodziło miliony zwolenników demokracji, Unii Europejskiej, przekonanych o zaletach NATO oraz europejskich i światowych organizacji międzynarodowych. Jednocześnie milionom ludzi otworzyły się oczy i zobaczyli zacofanie i niecywilizację Rosji. Sama Rosja doprowadziła do tego, że wiele osób traktuje ją z pogardą, jako kraj, który oszukuje własnych obywateli i prowadząc imperialistyczną politykę chce oszukać cały świat. I niech rosyjscy politycy krzyczą – „rusofobia”, a ludzie na świecie i tak już rozumieją, że rusofobiczna jest sama Rosja, która zaprzecza wszelkim wartościom i sama winna jest swoich kłopotów, zacofania i letargu…

Have a look radzi STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Popatrzcie za siebie, nie na telewizję

Telewizja jest dla młodych. Przyjemnie jest popatrzeć. Ale słuchać – nie zawsze. Młodzi bowiem – byle się przypodobać władzy i awansować – klepią czasem co im dysponenckie wiatry przyniosą. Teraz wieją z zachodu. A tu Unia Unią, Ameryka Ameryką, a my żyjemy nad Bugiem, Wisłą i Odrą. W dodatku pasożytnicze wykwity wyskakują co i rusz. Można nawet oczywiście wyłączyć głośnik, a nawet wtyczkę z prądem wyciągnąć z gniazdka. Lepiej jednak zaprotestować. I to na piśmie. Won paskudo. Nasze obowiązki i troska to Polska. Dlatego maszerujemy i młodsi i nawet mocno starsi Marszałkowską – od Dmowskiego po katedrę św. Jana. Tym razem za św. Jana Pawła II. Ale nie tylko. Od katedry po pomnik Mickiewicza się zagęściło. Ludzie stali. Msza trwała.

Jeden taki, co by wystawał z tłumu, bo długi, ale głupi beznadziejnie i prowokacyjny – napisał, że w Warszawie w marszu wzięło… 500 osób i jeszcze deszcz im spadł na głowę. Miało to dowodzić, że „nawet niebo się odwróciło” od tych zacnych ludzi. Gdzie są granice głupoty? Chyba takowych nie ma. Pisane są idiotyzmy i papier się… nie drze. Kłamstwo i nonsens – a ekran nie eksploduje. Ludzie wdychają spalinowe smrody, a dym uszami im nie leci. Jak to jest? Skąd taka odporność organizmu? Ale czy pod czaszką rzeczywiście nic się nie warzy, nie gotuje? Tak, że któregoś dnia dojdzie do samoczynnej eksplozji. Ktoś się drze i przeklina. Inny weźmie w rękę kij bejsbolowy i leje na odlew.

Spoko, spoko – mówią inni. Ale jak można spokojnie egzystować wśród kłamców i złodziei. Rozkradli kraj, wypchnęli ludzi w świat za chlebem. Ludzi wykształconych, wartościowych – zważywszy choćby na koszt wykształcenia. Wielu z tych co spartoliło przepoczwarzenie się kraju ugryzło kawał tortu i trzyma. Wielu dzielnych, sadzanych potem na długie miesiące na Białołęce i Strzebielinku nie ma dziś na lekarstwa i żyje w biedzie. Gdy ich koledzy (Maciej Goliszewski, Leszek Stall) zabiegało kilka lat temu o podwyższenie emerytur dla internowanych. Usłyszeli wówczas: „wy opozycjoniński macie wygórowane roszczenia”.

Łaskawość decydentów rośnie wraz z ubytkiem zasłużonych żyjących. Będzie ich mniej, będą mniej kosztowali rosnące w dobrobyt państwo. A przecież wiadomo od kogo dobro się zaczęło. „Tu się wszystko zaczęło” mówi nasz Ojciec Święty o swoim życiu. Ale życie suwerenne, wolne państwo też się w konkretnym momencie i miejscu zaczęło. Niestety nie ma co tam oglądać. Bo zostały zgliszcza – po stoczniach, po wielkiej polskiej flocie. Marynarze kiwają się na fali nadal. Ale nie pod polskimi banderami.  Szkoły morskie kształcą, ale też dla obcych. Flota wojenna dopiero się odbudowuje. Port wojenny na Helu gnije od ponad 70 lat. Ludzie, mamy ponad 500 km wybrzeża. Kraje morskie czerpią z morza wielkie korzyści. My nie potrafimy!

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Znacznie wizyty Zełenskiego widać w niemieckich mediach

Die Welt: „Ukraińcy pamiętają, kto im pierwszy pomógł, dlatego Zełenski honoruje teraz Warszawę, a nie Berlin (…) Wizyta Zełenskiego w Warszawie pokazała, że w odbudowie Ukrainy może dojść do konkurencji między państwami europejskimi”, Der Spiegel: „Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski od rozpoczęcia rosyjskiej wojny napastniczej w lutym ubiegłego roku rzadko wyjeżdżał za granicę. Dla Polski Zełenski robi teraz jeden z nielicznych wyjątków”, Frankfurter Allgemeine Zeitung: „Polska i Ukraina są sobie bliskie nie tylko z powodu wspólnego wroga”.

Żeby w pełni zrozumieć znaczenie wizyty Wołodymyra Zełenskiego w Polsce, najlepiej zapoznać się z doniesieniami niemieckich mediów w tym zakresie. Nie to żebym przeceniał obiektywizm niemieckich dziennikarzy, ostatnia afera z finansowaniem kilkuset z nich przez rząd w Berlinie, nie pozostawia w tym zakresie nadmiernej swobody, ale przebijający się spomiędzy szpalt ton zazdrości, żeby nie napisać – zawiści – jest, wydaje mi się, najlepszym dowodem na to, że wizyta jest znaczącym wydarzeniem. Dokładnie w tym miejscu i czasie.

Odgłosy

Dobiegające zza Odry odgłosy pewnego zdenerwowania nie mają zapewne związku z jakimiś szczególnymi wyrzutami sumienia „moralnego mocarstwa”. To są odgłosy stresu wynikającego z obawy, że tym razem Niemcy mogą na całej sytuacji nie zarobić, a ściślej rzecz biorąc zarobić mniej niż by chciały na potencjalnej odbudowie kraju zniszczonego rosyjską brutalną inwazją. Czy to są obawy realne? Czy Polska potrafi wykazać się nie tylko porywami serca, ale i zrozumieniem własnego interesu? Mnie nie pytajcie, ja nie wiem, ale obecność „emisariuszy” PGNiG w Kijowie, którzy rozmawiają już o przeprowadzaniu odwiertów w czasie kiedy wicekanclerz Niemiec Robert Habeck przyjeżdża z ofertą „dekarbonizacji”, nastraja w tym zakresie pewnym optymizmem.

Dobry dzień

I nie ma się czemu dziwić. Też byście byli w stresie, gdyby się okazało, ze Wasza wielka akcja propagandowa „Niemcy największym dobrodziejem Ukrainy” może nie przynieść satysfakcjonującej stopy zwrotu. Gdybyście mieli poczucie, że „wasz wielki partner” Rosja jest coraz bardziej nieprzystępny, ale za to „wasz partner strategiczny Ukraina” jakby wymyka się z rąk. Jak będzie jutro nie wiem, ale stres jest.

Z kolei dla nas to był dobry dzień. I tylko szkoda, że Wołodymyr Zełenski nie wspomniał znów publicznie ani słowem o Wołyniu. Może następnym razem.

 

P.S. Rysunek jest oczywiście trochę na wyrost, ale oby był proroczy

 

Efekt dobosza, czy świąteczne wzmożenie? HUBERT BEKRYCHT: Wielkanocni dziennikarze

Jeszcze kilka dni temu atakowali papieża św. Jana Pawła II, zaledwie przed trzema tygodniami wygadywali głupoty o Kościele katolickim, wcześniej przyklaskiwali „opiłowaniu” wiernych i lżyli ludzi przed świątyniami w imię „prawa” do zabijania nienarodzonych… Teraz są otwarci na wszystkie poglądy, bo przecież Wielkanoc zbliża się dużymi krokami a ich polityczni, liberalni idole spuścili nieco na święta z tonu. Dziennikarze wielkanocni – typ tchórzliwego zająca, który uciekając wciąż załatwia się na wycieraczkach milionów polskich domów.

Przed świętami kościelnymi, nawet w bardzo antyreligijnych i antyklerykalnych periodykach i programach, naczelni unikają bezpośredniego zwarcia. Są media codziennie atakujące wiarę, które na okładce w grudniu umieszczają żłóbek a wiosną, na Wielkanoc, ukrzyżowanego Chrystusa, choć te symbole są im potrzebne, jak „wielkanocnemu zającowi, czy królikowi dzwonek”. To fakty.

„Święte” pomyłki i pomyleni

Kiedyś jedna z dziennikarek, deklarująca się jako agnostyczka, przed Wielkanocą pomyliła publicznie Wielką Środę ze Środą Popielcową. Teraz też niektórzy medialni żołónierze opozycji przekonują, że mimo ataków na świętości, są „tolerancyjni wobec wszystkich religii”. Najlepiej tych, które w praktyce nie występują w Polsce. Po co to robią owi dziennikarze wielkanocni? W tym roku na pewno ze strachu, aby nie podpaść elektoratowi swoich politycznych mocodawców z PO i dawnego SLD (podzielonego dla niepoznaki na lewicowy plankton), bo to właśnie liberałowie mają największy stres przed kampanią wyborczą do parlamentu. Mieli ruszyć ławą, wspólną listą, aby pokonać konserwę z PiS. A tu niespodzianka świadcząca o tym, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu z komunizmem razem wziętych.

Fabryki fałszu wykonują plan

Oto fabryka fake newsów rozsiana po kilku medialnych prywatnych koncernach zaczęła produkować fałszywki o Janie Pawle II. Fałszywki podobne do tych komunistycznych z archiwów bezpieki. Przypadek? Nie. I tak cały misterny plan bezpośredniego ataku na polskiego świętego skończył się jeszcze zanim się na dobre zaczął.

Efekt idiotycznych zarzutów słychać i widać. Nawet niektórzy opozycyjni parlamentarzyści przyznają, że przegrali wybory. Jeszcze co prawda słychać topiących się w ogniu wstydu ołowianych doboszy, którzy bębnią na nutę „zapisywania papieża do PiS”, ale to już końcówka tego niesławnego, fałszowanego zresztą potwornie, utworu.

Uwaga, roboty polityczne!

Czy prawica zdoła się pozbierać, aby wygrać jesienne wybory i kontynuować reformy? Nie wiem. Wiele wskazuje na to, że tak. Trzeba jednak wyzbyć się pychy, że „nie ma z kim przegrać”. Demony pewności siebie czekają tylko na odpowiednią okazję. A i święci w niebie nie zawsze będą pomagać, kiedy ich znudzi powtarzalność popełnianych błędów.

Zatem, Alleluja i do… świątyń.

A potem do rodzin.

I dopiero na końcu do stołów.

 

 Wszystkiego najlepszego w ten wielkanocny czas, Nadziei, która odmienia wszystko, pokoju i spokoju oraz zrozumienia, że Chrystus nie po to zmartwychwstał, abyśmy jeszcze raz próbowali grać w kości o jego szaty…

Współpracownicy portalu sdp.pl

 

WALTER ALTERMANN: Biden irlandzko-katolicki i aktorzy dosłowni

W czasie niedawnej wizyty prezydenta USA w Polsce, w jednej z naszych telewizji usłyszałem: „Joe Biden pochodzi z rodziny irlandzko-katolickiej”.Cóż za niezgrabność. Można pochodzić z rodziny angielsko-irlandzkiej, wtedy część przodków byłaby Anglikami a część Irlandczykami. Można pochodzić z rodziny polsko-czeskiej, gdy matka była Polką a ojciec Czechem, lub odwrotnie. Ale – na litość – nie można pochodzić z rodziny irlandzko-katolickiej! Trzeba było powiedzieć, że Biden pochodzi z rodziny irlandzkich katolików. A tak… nastąpiło pomieszanie dwóch podmiotów: religii i narodowości.

 Zresztą – dla kogo to takie ważne czy rodzina prezydenta była katolicka czy protestancka? Jakie to ma znaczenie dla Bidena? Gdyby jeszcze był on znanym pisarzem, można by się było dopatrywać podwalin jego osobowości w religii, którą odziedziczył po przodkach, w której sam wyrósł, i której nakazami się kieruje. Ale w przypadku polityka? Politycy nieczęsto mają cokolwiek wspólnego z religią. Chyba, że na wynos, wtedy to tak.

Aktor transpłciowy

Teatr Nowy w Łodzi jest coraz bliżej premiery nowego spektaklu, o czym też coraz częściej informuje w miejscowej prasie. Ostatnio pojawiła się taka notatka, w darmowej a magistrackiej gazecie ŁÓDŹ.PL:

Teatr Nowy. Dobrze ułożony młodzieniec. Poruszający temat transpłciowości spektakl, inspirowany losami łodzianina Eugeniusza Steinbarta, będzie można obejrzeć premierowo w sobotę 25 marca. Reżyserem „Dobrze ułożonego młodzieńca” jest Wiktor Rubin, a na scenie obok Edmunda Krempińskiego, transpłciowego artysty i performera, wystąpią…(…)”

Nie podaję kto wystąpi obok pana Krempińskiego, bo nie zamierzam powielać tekstu z ulotki Teatru Nowego i za friko robić reklamę. Naprawdę nie mam cokolwiek przeciwko tematowi spektaklu. Martwi mnie natomiast bardzo, że – według pomysłu dyrekcji i reżysera – w spektaklu o transpłciowości powinien zagrać aktor transpłciowy. Gdyby to jeszcze pan Krempiński był w ogóle aktorem, ale – według reklamy – jest ogólnie artystą i ogólnie performerem.

Zdaje mi się, że Teatr Nowy na siłę „idzie na sensację”, i daje przyszłym widzom atrakcję, niekoniecznie wysokiej próby artystycznej… raczej szykuje się widowisko mocno podejrzane obyczajowo. Może dyrekcja liczy na to, że łodzianie tłumnie rzucą się do kas, aby zobaczyć, jak wygląda człowiek transpłciowy? Innego uzasadnienia obsadzenia „naturszczyka” w spektaklu teatralnym nie widzę.

Jeżeli w dzisiejszym teatrze są możliwe takie dziwactwa dosłowności, to podpowiadam teatrom, żeby się nie ograniczały. I kiedy zamierzą wstawić „Makbeta” Szekspira, to powinny wypożyczyć z więzienia jakiegoś seryjnego mordercą. A gdyby zamierzano wystawić „Casanovę” Jerzego Żurka, to może trzeba będzie szukać jakiegoś uwodziciela, zaprawionego w bojach łóżkowych, mającego na koncie kilkaset kobiet. I koniecznie trzeba by o tym pisać po gazetach, podając nazwiska tych kochanek, łącznie z adresami i telefonami tych wszystkich pań – jak dosłowność, to dosłowność panowie artyści!

I jeszcze jedno! W teatrach, od początku ich istnienia – grało się! Nie wcielało się, nie utożsamiało się z rolą, nie było się sobą, ale grało! I zawsze do konkretnych ról szukało się aktorów potrafiących je zagrać. Natomiast „bycie” naturalnym jest konieczne, ale nie w sztuce. Może w sporcie…? Choć też nie, bo sportowcy to ludzie wytrenowani.

Jelec, rękojeść czy głownia

Oglądam program Discovery o broni białej. I naraz obrazowi ukazującemu nagą (bez jelca i rękojeści) głownię miecza towarzyszy komentarz lektora z off-u: „Tak oto wygląda jelec w tym mieczu”. Niby drobiazg, ale to kolejna niedoróbka i niechlujstwo Discovery.

Jelec to element broni białej w formie „poprzeczki”, umiejscowionej między rękojeścią a głownią. Funkcją jelca jest ochrona dłoni przed ciosami przeciwnika podczas walki, jednocześnie zabezpiecza on dłoń przed ześlizgnięciem się z rękojeści na głownię. Jelec przybiera różne formy w zależności od rodzaju broni w której jest stosowany.

Nie oczekuję wiedzy encyklopedycznej od lektorów, ale od polskiego producenta owszem.

 

 

„Faszysta” z Berezy –TADEUSZ PŁUŻAŃSKI przypomina postać Kostka-Biernackiego

10 kwietnia 1953 r. Sąd Wojewódzki w Warszawie skazał Wacława Kostka-Biernackiego, podczas tajnej rozprawy, na karę śmierci „za tłumienie ruchu rewolucyjnego, faszyzowanie kraju, szkalowanie i zohydzanie Związku Radzieckiego”. Biernacki do winy się nie przyznał: „akt oskarżenia jest wielką nieprawdą”, a stawiane zarzuty to „fantazja autora aktu oskarżenia”, „w protokołach oficera śledczego są włożone mi w usta nonsensy, bo wtedy cierpiałem na bezsenność i podpisując byłem na wpół świadomy”. To przecież oznacza, że ubeccy oprawcy znęcali się nad piłsudczykiem.

Z uzasadnienia komunistycznego wyroku: „Od września 1931 roku do 31 sierpnia 1939 roku w związku z wykonywaniem urzędu wojewody nowogródzkiego i poleskiego, realizując politykę sanacyjnego rządu faszystowskiego dławienia rewolucyjnego ruchu mas pracujących miast i wsi oraz wynaradawiania ludności ukraińskiej i białoruskiej, działał na szkodę Narodu Polskiego”.

Propaganda bolszewicka uczyniła z Kostka-Biernackiego krwawego komendanta twierdzy brzeskiej, a przede wszystkim oprawcę obozu w Berezie Kartuskiej. Te mity funkcjonują nadal, podobnie jak Bereza „wzorowana na hitlerowskich obozach koncentracyjnych”. To niestety wynik trwającego do dziś homo sovieticus. Komunistom udało się wielu wmówić, że ich więzienia były tylko igraszką wobec obozów „faszystowskich”: niemieckich i przedwojennych polskich – prowadzonych przez piłsudczykowski totalitaryzm. Pamiętajmy jednak słowa rtm Witolda Pileckiego, że to niemiecki obóz Auschwitz był igraszką wobec komunistycznej katowni przy ul. Rakowieckiej. W tym więzieniu na warszawskim Mokotowie Pilecki być może spotkał Kostka-Biernackiego, który był tu męczony aż przez dziewięć lat.

Konstanty, w skrócie Kostek

Piłsudskiego poznał w 1905 r. Towarzysz „Ziuk” osobiście przyjął Biernackiego w szeregi PPS. „O ile ujęty byłem bardzo osobą Komendanta, o tyle mocno ochłodziły mnie jego słowa: >>Wy pewnie myślicie, że teraz idzie się ze strzelbą do lasu, ale tak nie jest. Teraz idzie się na ulicę<< (…) Jestem pewien, że gdyby nie dziwny osobisty wpływ, jaki >>towarzysz Ziuk<< wywierał na otoczenie, nie zgodziłbym się na pracę tak różną od ówczesnych pojęć moich o walce zbrojnej o niepodległość. Po parogodzinnej rozmowie >>towarzysz Ziuk<< wybrał dla mnie pseudonim partyjny – Konstanty, w skrócie Kostek. I od tej chwili jestem >>Kostkiem<<” – wspominał Biernacki w 1932 r.

Za działalność w PPS kilka razy trafił za kraty. W 1907 r. osadzony na zamku w Lublinie zorganizował ucieczkę 20 więźniów. Przekopem, który dwa miesiące drążyli, przedostali się do lochów, stamtąd kanałami pod Starym Miastem na wolność.

W Warszawie brał udział w głośnej likwidacji zdrajców, którzy wydali carskiej Ochranie czołowych pepeesowców. Uciekł do Afryki. A ponieważ PPS chciała mieć kadrę wojskową, Biernacki prawie przez rok służył w 1 pułku Legii Cudzoziemskiej niedaleko Oranu.

„A gówno dla ojczyzny wozić, to nie łaska”

W sierpniu 1914 r. Piłsudski mianował Kostka szefem żandarmerii polowej I Brygady Legionów, która wydawała wyroki na podejrzanych o zdradę, szpiegostwo lub prowokację. „Kiedyś opowiadał mi, jak Komendant polecił mu zlikwidować jakiegoś szpiega, który dostał się w ręce pierwszej brygady – wspominał Michał Browiński, poseł na Sejm II RP. – Kostek poprosił go o zwolnienie z tego polecenia, gdyż nie odpowiadało to jego powołaniu żołnierskiemu. Piłsudski odpowiedział: >>A gówno dla ojczyzny wozić, to nie łaska?<<”.

Biernacki dowodził żandarmerią ledwie trzy miesiące, a zdążyło przylgnąć do niego miano Kostka-Wieszatiela. Tak nazywali go koledzy legionowi, parafrazując przydomek wileńskiego gubernatora carskiego Murawiewa. Przez następne dwa lata wojny pozostawał w sztabie Legionów, tuż przy Komendancie.

W lipcu 1917 r. Kostek został internowany w obozie dla oficerów legionowych, którzy wymówili posłuszeństwo Austrii, w Beniaminowie nad Narwią. Wydawał gazetkę satyryczną „Sprzymierzeniec”. Pisał i wystawiał popularną wśród oficerów „Szopkę beniaminowską”, prześmiewając życie obozowe i CK Austrię.

Po Rumunii Rakowiecka

W pierwszym dniu wojny 1939 r. Kostek objął stanowisko komisarza cywilnego w randze ministra przy Naczelnym Wodzu. 18 września razem z rządem przekroczył granicę pod Kutami. W Rumunii przetrzymywany w kilku ośrodkach internowania. Michał Browiński, osadzony w obozie w Caracal, pisał o towarzyszu niedoli: „Znawca i miłośnik średniowiecza, znawca starego języka polskiego. Czytał nam fragmenty niewykończonej jeszcze powieści o Bolesławie Śmiałym, zupełnie interesujące”.

Od końca 1943 r. Kostek był w Rumunii na wolnej stopie, miał szwajcarski paszport dyplomatyczny. Próbował dostać się do polskiego wojska na Zachodzie, ale w Londynie nie chciały go antypiłsudczykowskie władze. Podobny los spotkał też wielu innych sanatorów.

W kwietniu 1943 r. poległ w Warszawie podczas likwidacji volksdeutscha na ulicy Stalowej jedyny syn Kostka – Lesław Ryszard Biernacki, ps. „Romanowski”. Należał do oddziału dywersyjnego prawicowej Konfederacji Narodu.

W marcu 1945 r. w niewyjaśnionych okolicznościach Kostek-Biernacki został aresztowany w Rumunii. 11 listopada 1945 r. zaczął figurować w dokumentach aresztu śledczego przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

 „Klasyczny reprezentant faszystowskiego reżimu”

Reżimowy „Express Wieczorny” z 22 lipca 1946 r. wołał na czołówce: „Kat Brześcia za kratami Mokotowa”. 21 września 1946 r. ukazała się informacja: „Kostek za dwa tygodnie stanie przed sądem”. Z pisma skierowanego do wiceministra sprawiedliwości Leona Chajna: „Kostek-Biernacki postawiony będzie pod pręgierzem nie tylko jako indywidualna jednostka, ale (…) będzie sądzony system rządzenia, którego był wyrazicielem, jako klasyczny reprezentant faszystowskiego reżimu”.

Oskarżenie Kostka miało wykazać, że przez całe życie, niemal od kołyski, był elementem wrogim i szkodliwym. I tak, tępi śledczy, nadzorowani przez Władysława Dymanta, wicedyrektora Departamentu Specjalnego Prokuratury Generalnej (ten sam, który zarządził sądzenie gen. Augusta Emila Fieldorfa przy drzwiach zamkniętych) – wymienili: „agenturalną” działalność w PPS – na usługach wywiadu austriackiego, okrucieństwo piłsudczykowskiego żandarma, przynależność do „elitarnej kliki legionowej”, komendanturę Brześcia, no i przede wszystkim Berezę Kartuską.

Podkreślmy: podległość Berezy Biernackiemu była jedynie tytularna – to miejsce odosobnienia znajdowało się na terenie administrowanego przez niego województwa poleskiego. Nie on był inicjatorem umieszczenia tu przeciwników politycznych, nie on napisał regulamin obozu. Pomysłodawcą Berezy był ówczesny premier Leon Kozłowski. Piłsudski poparł inicjatywę. Wedle zapisu Wacława Jędrzejewicza, Marszałek miał powiedzieć: „Ja nic nie mam przeciw tej waszej czerezwyczajce, ja się na tę waszą czerezwyczajkę na rok zgodziłem”.

Zamknięci w Berezie – głównie komuniści, Ukraińcy i przedstawiciele innych mniejszości narodowych, twierdzili, że wizyty Kostka powodowały zaostrzenie rygoru obozowego. Inspekcje wojewody to akurat prawda, ale w rzeczywistości w ich trakcie ograniczał się do sprawdzania, czy przestrzegany jest regulamin, czy panuje porządek w celach, kuchniach i sanitariatach. Kilka razy faktycznie opiniował wnioski o skierowanie do obozu, ale decydować nie mógł, gdyż Bereza Kartuska podlegała bezpośrednio ministrowi spraw wewnętrznych.

Wracając do komunistów – Berezy „nie lubili”, bo wielu z nich siedziało tam jako wrogowie wolnej, niepodległej II Rzeczpospolitej. A kiedy po wojnie przejęli nielegalnie władzę i dodatkowo uwięzili Kostka – na nim chcieli skupić całą swoją nienawiść do piłsudczyków i winę za Berezę. Do pokazowego procesu, w którym „demokratyczna” władza chciała pokazać zbrodniczość przedwojennej sanacji, jednak nie doszło. Akt oskarżenia upadł właśnie ze względu na Berezę – komunie nie udało się znaleźć wystarczających dowodów i świadków rzekomych przestępstw Kostka.

Na nowy proces musiał czekać następnych siedem lat. Jako „faszyście” zapewniono mu nie byle jakie towarzystwo – siedział w jednej celi z Erichem Kochem, komisarzem Rzeszy dla Ukrainy, skazanym w Polsce na karę śmierci za zbrodnie wojenne.

– Psychicznie trzymał się dobrze – wspominał Kazimierz Augustowski. – Był towarzyski, czasami nawet dowcipkował. Opowiadał nam o Legionach, Algierii, swoim przywiązaniu do Marszałka. Kiedyś Różański miał obchód, jako starszy celi krzyknąłem: „Panie pułkowniku, pan major Różański przyszedł”. Kostek, udając, że nie słyszy, nie ruszył się z miejsca.

„Warunkowo zwolniony”

W sierpniu 1953 r. Sąd Najwyższy „łaskawie” zamienił Kostkowi zasądzoną karę śmierci na 10 lat więzienia, z zaliczeniem aresztu śledczego. Biernacki był już wówczas bardzo chory, miał miażdżycę, chorobę wieńcową, rozedmę płuc, padaczkę. Komisja lekarska w styczniu 1955 r. stwierdziła: „Ogólny stan zdrowia ulega stałemu pogorszeniu, nie rokuje zupełnie poprawy oraz zagraża życiu”.

„Mój mąż od dawna nie może poruszać się o własnych siłach. Na ostatnim widzeniu odniosłam wrażenie, że mąż jest umierający i że przy swoich 71 latach nie przetrzyma tych kilku miesięcy, które mu zostały do odcierpienia” – pisała Anna Biernacka do Rady Państwa w lipcu 1955 r. Sama żyła w nędzy, wielokrotnie była wyrzucana z pracy. Zmarła w Warszawie w grudniu 1972 r.
W końcu „ludowa” władza ulitowała się nad „faszystą”. W listopadzie 1955 r. Wacław Kostek-Biernacki został „warunkowo zwolniony” z więzienia. Z Rakowieckiej do małego pokoiku na ul. Mokotowskiej, gdzie mieszkała jego żona, przewieziono go karetką pogotowia. Potem „erka” przyjeżdżała do „apartamentów” Biernackich często nawet dwa razy dziennie.

Komuniści doskonale wiedzieli, co robią – że mogą wypuścić wroga, przedstawiciela znienawidzonego reżimu piłsudczykowskiego, bo jest już całkowicie nieszkodliwy. Wacław Kostek-Biernacki zmarł 25 maja 1957 r. Został pochowany na starym cmentarzu w Grójcu, w grobie rodzinnym.

„I obok naturalnego wstrętu do śmierci, uczuwam jasną radość, że odchodzę i że nigdy już nie będzie mnie dręczyć nieznośny widok cierpień żyjących istot” – napisał Wacław Kostek-Biernacki w jednej ze swoich powieści „Diabeł zwycięzca”.

 

 

Czy „apolityczne” sądy pozamykają nas w psychiatrykach? Pyta STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Zakusy

Niewątpliwy primaaprilisowy radiowy żart w jedynce, że rowerzyści będą musieli wyposażyć swoje dwukołowce w tablice rejestracyjne – przywołał mi wspomnienie felietonu sprzed laty. W „Expresie wieczornym” redaktor Zbigniew Mitzner (1910-1968) ośmieszył kierownika warszawskiej komunikacji. Z ratusza oznajmiono, że tory tramwajowe m.in. na Marszałkowskiej ogrodzone będą płotami. Bo giną piesi. Prześmiewczo rozwinął wizję i zasugerował, aby kopać doły z drapieżnymi zwierzętami. Też w trosce o obywateli. Ha, ha się rozległo i pomysłowy urzędnik spłonął żywcem.

Teraz idzie w kierunku ubezwłasnowolnienia. Zajmuję się od trzech tygodni reportersko ob. Krzysztofem Chrzanowskim ze wsi Trynosy, którego w powiecie Ostrów Mazowiecka chcą ubezwłasnowolnić zamykając w szpitalu psychiatrycznym „na badania” trwające aż dwa-trzy tygodnie (ale może i siedem!). 40-latek ma spory majątek, którego dorobił się ciężką fizyczną pracą. Dysponuje kilkoma opiniami lekarzy psychiatrów (z gabinetów prywatnych), którzy stwierdzili na piśmie, że nie rozpoznają objawów chorób psychicznych, upośledzenia umysłowego ani zaburzeń świadomości. Ale ci lekarze nie mają dla sądu w powiecie Ostrów Mazowiecka pieczątki z adnotacją „biegły sądowy”. Sąd wierzy jedynie pani doktor z Choroszczy, która jest zastępcą dyrektora szpitala psychiatrycznego i dwóm paniom, które przez 1-2 godziny badały p. Chrzanowskiego. Obie nie są lekarzami psychiatrii – jedna psychologiem, a druga biegłym sądowym w zakresie psychiatrii przy sądzie okręgowym w Białymstoku. Drogo – jak wynika z rachunków – te badania kosztowały, ale wniosek brzmi: „wydaniu ostatecznej opinii odnośnie stanu jego (chodzi o p. Krzysztofa Chrzanowskiego) zdrowia psychicznego i poczytalności tempore criminis niezbędne jest poddanie go obserwacji sądowo-psychiatrycznej w warunkach oddziału psychiatrycznego.”

Tak więc – zamknąć na tygodnie. Zresztą p. Chrzanowski oświadczył (w obecności mojej i innych dziennikarzy), że do szpitala psychiatrycznego gotów jest zgłosić się dobrowolnie. Byle nie do Choroszczy, bo tam już był i po prostu boi się tam poddać testom (nota bene negatywne opinie o tej placówce łatwo znaleźć w Internecie). Pan Krzysztof jest na dodatek w trakcie procesu rozwodowego. Ma wspólnotę majątkową z żoną. Jeśli zostanie ubezwłasnowolniony – wszystko straci.

Tendencje ku ubezwłasnowolnieniu obywateli są zawsze obecne. Wkrótce zacznie się o tym dyskusja społeczna, bo przygotowywana jest ustawa. Na ile i kogo można będzie badać w zakładach psychiatrycznych – to bardzo ważne ustalenia legislacyjne. Niedawno wyrwaliśmy się spod władzy autorytarnej. To jak będzie w Polsce zależy teraz od nas samych. Jesteśmy suwerenni. Choć suwerenność obgryzana jest różnymi metodami. Niestety również przez własnych zdrajców i zaprzańców głosujących w Brukseli przeciw Polsce. Przysyłają nam stamtąd „obserwatorów” – ślepych i głuchych. Mają bliżej do Paryża, gdzie policja tłucze ludzi, a prezydent uparł się jak osioł.

Ostatnio na trybunie pojawił się młodzian, który szuka pretekstu by zabrać należne nam pieniądze. PO przyklaskuje: im gorzej, tym lepiej. Przypomina się pani komisarz, która zamknęła nam stocznie. Goszczono ją szarmancko, a ona już przed przyjazdem do Polski wiedziała co zrobi. Jej wyroku nie kwestionowali „nasi-nie nasi” sędziowie. Może by wielu z nich nawet przyklasnęło. Przecież trzeba być przeciw PiS. Gdzie się tylko da. Kandydat na premiera płynnie szwargocze spod Gdańskiego Żurawia. Robi się coraz goręcej i na dworze i w polityce. Ale nie dajmy się zwariować. Bo zamkną nas w psychiatryku.