Polska siajowa – WALTER ALTERMANN o budowaniu i nie tylko

To nie architekci, urbaniści a nawet deweloperzy są winni nowemu, paskudnemu światu jaki powstaje w Polskich miastach. Przecież ktoś szalbierzom budowlanym zezwala na szarogęsienie się, ktoś im pozwala budować paskudztwa, gdzie sobie tylko zażyczą. Ktoś im pozwala na betonowanie każdego skrawka wolnej miejskiej przestrzeni.

Na początek – wyjaśnijmy tytuł tego felietonu. Mamy dwa słowa – Polska i siajowy. Polska – chciałoby się powiedzieć, za klasykiem – jaka jest każdy widzi. Ale tak nie jest, bo ja ją widzę jako twór coraz bardziej siajowy – gdy chodzi o współczesną architekturę i  urbanistykę. A co oznacza „siajowy, siajowa”? Wyjaśnimy poniżej

W XIX wieku fabryki wytwarzające materiały bawełniane i wełniane powstawały w Łodzi prawie z miesiąca na miesiąc. Aż rynek się nasycił łódzkimi tekstyliami i zaczęły się kłopoty. Doszło też do tego, że ceny surowej bawełny zaczęły rosnąć i tym samym ceny łódzkich tkanin poszły mocno w górę, na tyle wysoko, że robotniczej biedoty i biednych chłopów nie było stać na te materiały. A chodzić w czymś jednak trzeba było.

Tandetny geniusz Szai Rosenblatta

I tym momencie pojawia się łebski kapitalista, niejaki Szaia Rosenblatt. W 1858 założył niewielką manufakturę tkacką, w 1873 uruchomił przędzalnię mechaniczną, a w 1885 tkalnię mechaniczną. W 1892 roku przedsiębiorstwo zostało przekształcone w Spółkę Akcyjną Wyrobów Bawełnianych Szai Rosenblatta i dysponowało dużym terenem przemysłowym o powierzchni 7,6 hektara.

Tkaniny produkowane przez tę spółkę były tanie, bo były niebywale marnej jakości, co stało się źródłem łódzkiego gwarowego określenia: „siajowy” tzn. niskiej jakości, tandetny, kiepski. Jeszcze w latach 60-tych starzy łodzianie na marny produkt mówili właśnie tak – siajowy.

Materiały Rosenblatta dosłownie rozchodziły się w rękach, nie wytrzymywały długo – spódnice rozpadały się po kilku praniach, koszule przecierały się po dwóch tygodniach. Dlaczego Rosenblatt sprzedawał tanio swoje tekstylia? Bo produkował je bardzo tanio. Tkał swoje towary z surowca odpadowego, z tego co zamiatali i wyrzucali na śmieci inni fabrykanci. W końcu dorobił się własnego nazwiska, a właściwie imienia, i zapisał się w historii. Ale chwały mu taka ludzka pamięć raczej nie przyniosła.

Dziedzictwo Szaji Rosenblatta

Współcześni polscy architekci i urbaniści są spadkobiercami wielkiej idei Szaji. I żwawo kroczą szlakiem wydeptanym przez niego. Masowo produkują siajowe krajobrazy, w których dominują prostopadłosiany z lanego betonu. Produkują, czyli projektują i budują obiekty tanie i tandetne, czyli siajowe. A kiedy już takich tworów – potworków uzbiera się w jakimś mieście spora grupa, mamy siajową urbanistykę.

Nie podoba mi się to co widzę, chodząc i jeżdżąc po Polsce. W całym kraju powstaje coraz więcej i więcej paskudnych budynków. Zupełnie takich, jakby architekta przy tym nie było. Podejrzewam, że jakiś inżynier – oczywiście z uprawnieniami – kopiuje istniejące już budowle, troszkę zmienia rysunki i kieruje te niby-projekty do wykonania. A kopiuje te najtańsze w budowie. Bo wtedy zysk dewelopera jest większy. Zupełnie jak z interesami Rosenblatta.

Mieszkanie to nie tylko dach nad głową

Człowiek powinien mieszkać w miarę wygodnie. I powinien mieć poczucie bezpieczeństwa – że będzie mieszkał długo i w spokoju. Dla deweloperów mieszkanie to interes, czyli zysk. Dla nas to warunki do wychowywania dzieci, do pracy i spokoju na starość.

Deweloperzy chcą maksymalizować zysk, czyli zarabiać jak najwięcej i jak najszybciej. Bo pieniądz spać nie może. My zaś, chcemy mieszkać tanio. Naprawdę, to są dwa różne interesy.

Deweloperzy chcą swoje mieszkania sprzedawać. My zaś, możemy mieszkać w mieszkaniach wynajmowanych. Jeżeli tylko będziemy mieli gwarancję, że czynsz nie pochłonie 70 procent naszych dochodów.

Dlatego najważniejszym wyzwaniem cywilizacyjnym – w Polsce obecnie – jest budowa mieszkań pod wynajem. Szczególnie dla młodych małżeństw. Dlatego z niepokojem patrzę, że obie największe partie chcą obciążyć państwo wysokimi dopłatami do kredytów mieszkaniowych. Czyli chcą budować mieszkania własnościowe. A wielu, naprawdę wielu ludzi nie będzie na nie stać. No i skarzemy młode małżeństwa na tułaczkę, na płacenie gigantycznych sum za wynajem.

W Polsce potrzebne jest budowanie mieszkań pod wynajem. I powinny robić to gminy. Oczywiście przy pomocy państwa. Chyba, że zarówno PiS, jak i PO chcą wzmocnić finansowo „sektor  budowlany” – mówiąc po staremu, lub deweloperów – mówiąc językiem dzisiejszym. Bo nikt nie zagwarantuje, że skoro państwo będzie dopłacało do mieszkań, to deweloperzy natychmiast nie podniosą ich ceny. To logiczne i nikt im tego nie zabroni. A żadna władza nie wprowadzi cen regulowanych na mieszkania, bo mamy kapitalizm, czyli ostoję wolności.

Miasta dawne

Wróćmy jednak do architektów i urbanistów, czyli ich braku. W dawnych wiekach zabudowa miast charakteryzowała się ogromną ciasnotą. Dlaczego? Bo im mniejsze obszarowo było miasto, tym mury je okalające mogły być – na długość – krótsze. I tym łatwiej było je bronić. Oczywiście i dzisiaj są miasta o niebywałej ciasnocie i bardzo wysokich budynkach. Taki jest na przykład Szanghaj.  Ale tam naprawdę nie ma już gdzie budować.

Dlaczego jednak trwa w Polsce wstawianie nowych, jak najwyższych budynków w centrach miast? Wszystkie skwery, małe parki są obecnie zabudowywane. Czyżby nasi architekci naprawdę wzorowali się na Sznghaju? Nie, po prostu i w tej sprawie również kłania się Szaja Rosenblatt. Rzecz w tym, że rynek mieszkaniowy należy dziś do deweloperów, a marzenia o rynku nabywcy należy włożyć między bajki, bo państwo nasze robi wszystko, by bankom i deweloperom żyło się jeszcze lepiej. Kosztem potencjalnych nabywców mieszkań. A ponieważ w koszt postawienia budynku należy włączyć także media – wodę, ścieki, ogrzewanie, gaz i prąd – to taniej jest budować tam, gdzie one już są pod ręką.

Człowiek miejski musi mieć nie tylko mieszkanie, musi także móc wyprowadzić psa, pójść samemu na krótki spacer w pobliżu swego mieszkania, popatrzeć przy okazji na drzewa i krzewy. Przestrzeń także kształtuje naszą świadomość i psychikę. I dlatego powinniśmy mieszkać w okolicy ładnej. Ale te – jakże podstawowe i niewyszukane – możliwości zabierają mu właśnie deweloperzy.

Bezczelność

Polskie prawo budowlane stanowi, że mieszkanie nie może mieć mniej niż 25 metrów kwadratowych. A jeden z największych polskich deweloperów buduje w Warszawie domy z klitkami mającymi po 10 metrów kwadratowych. I kiedy władze Warszawy odmówiły przyjęcia budynku, to ówże pan chce te swoje cele więzienne zarejestrować jako pomieszczenia hotelowe.

To jest szaizm do kwadratu, bo wiadomo, że hotelami one nigdy nie będą. Choć… Szaia Rosenblatt działał w granicach prawa, niczego nie obchodził, nie mataczył, nie mówił, że jego tkaniny są papierem lub tekturą… Poważniejszy był jednak, choć i tak oszust.

W dzikiej puszczy, nad Notecią powstał upiorny zamek. Śledztwo dowiodło, że było fałszowanie dokumentów, łapówki i spisek przeciw prawu. A jednak teraz daje się słyszeć głosy, że burzenie tego paskudztwa byłoby przesadą. I idzie ku temu, że budowniczy zapłaci jakiś mandacik, ale zamek będzie miał.

Prawo budowlane jasno określa jaka musi odległość między budynkami. Im wyższy budynek, tym w większej od niego odległości mogą powstać następne. To jest zresztą matematycznie wyliczone. Bo chodzi o to, żeby do budynków docierało światło dnia codziennego. I co z takim rygorystycznym prawem? Ano nic. Władze miast nagminnie zgadzają się na omijanie prawa. Bo jedyne prawo, jakie ich interesuje, to prawo wyborcze – w sensie i znaczeniu –  czy dalej będą rządzić.

O guście władców polskich miast

Bądźmy jednak sprawiedliwi – to nie architekci, urbaniści a nawet deweloperzy są winni nowemu, paskudnemu światu jaki powstaje w Polskich miastach. Przecież ktoś szalbierzom budowlanym zezwala na szarogęsienie się, ktoś im pozwala budować paskudztwa, gdzie sobie tylko zażyczą. Ktoś im pozwala na betonowanie każdego skrawka wolnej miejskiej przestrzeni.

A są to władze miast, czyli prezydenci i rady gmin. Ja wiem, że jakiekolwiek budowanie – choćby bez sensu – upaja władze miast już od czasów antycznych Greków i Rzymian. Bo władza, która buduje daje pokaz swej mocy.

Jednak Grecy i Rzymianie nie budowali takich paskudztw, na jakie zgadzają się obecne władze. Po latach naprawdę nie będzie na czym oka zawiesić. Będziemy się wstydzić – pośmiertnie – przed praprawnukami.

Kim są ludzie, którzy zasiadają w radach gmin? Skąd biorą się prezydenci miast? Widzieli kiedyś jakieś zagraniczne, porządnie zaprojektowane osiedla i miasta? Bywają w jakichś muzeach – poza oficjalnymi okazjami? Mają w domu jakieś albumy z dawnym i współczesnym malarstwem, architekturą? Chyba niczego nie widzieli i nie mają nawet cienia dobrego gustu. Bo w większości są to absolwenci zarządzania.

Oczywiście są naczelni architekci miast, są planiści, którzy mogą mieć głos decydujący, mogą też zgłaszać swoje veto… tak, ale oni są mianowani przez prezydentów i burmistrzów. Podskoczą? Oj, nie bardzo podskakują.

Silne państwo

Silne państwo to takie, które nie daje się kiwać oszustom, także budowlanym. Prawo w silnym państwie jednakowo traktuje dużych i małych złodziei. Silne państwo musi brać pod uwagę także interesy najsłabszych obywateli. Silne państwo, które okazuje swą moc jedynie słabym jest jedynie państwem okrutnym i bezmyślnym.

Marzę o takim silnym państwie, które powie szalbierzom budowlanym – nie, basta, stop!

 

STEFAN TRUSZYŃSKI: Nasze gwiazdy

Redaktorzy telewizyjni to najcenniejsze znajomości. Tele gwiazdy zważniały niebotycznie. Oblężenie twierdz telewizyjnych trwa.

Pytam żony: – Jak tam twój wymoczek?

Obraziła się. A wymoczek grasuje po małym ekranie. Nie jest mały, ale bardzo chudy. Pasuje do TVP. Bo ta też politycznie chudzina. Pluralizmu brak. Gdyby był nikt by innych stacji nie oglądał – słuchał.

Tak to już jest. Wszyscy zazdroszczą wszystkim. Wszystkiego. Koleżanki się całują. Ale naprawdę się cieszą, gdy widzą, że konkurentka brzydnie, starzeje się. Botoks to w końcu kuracja okresowa. Potem jest gorzej niż było. Żyje się jednak tu i teraz. Nie wspomnieniami. Ani tym co przyniesie jutro.

Zawsze są gwiazdy i aspirujące gwiazdeczki. Np. w TVP szczególne miejsce zajmują trzy: Gargas, Jaworowicz i Popek. Pierwsza z nich obsypywana nagrodami, bo atakuje złodziei i partaczy, jeździ na niebezpieczny Wschód i powala (niektórych) urodą.

Druga – pochyla się nad ludzką biedą i wraz ze swoją studyjną drużyną udziela porad , obiecuje pomoc w beznadziejnych sprawach. Czasem da kopa. Ludzie ją lubią.

Trzecia – to wywiadowczyni. Już od rana na posterunku. Warszawianka, ale przyjmują ją w krakowskich sukiennicach i na kazimierzowskim rynku.

Opatrzyły się mocno eksploatowane polityczne spikerki. Popiersia z brązu biorą na klatę cały propagandowy trud. Po piętach depczą młode, też dyspozycyjne. Może nawet bardziej ale rozpoznawalność i popularność przychodzi powoli. Trzeba się nawysilać „wyosobować” z tłumu. Gorliwość nie zastąpi wiedzy i inteligencji.

W Polskim Radiu już na przełomie ’89 jedna pani, bardzo bystra, zaczynała audycję mówiąc, że właśnie z dzieckiem wychodzi z kościoła lub doń zmierza. Startowała wprawdzie z kandydatami Jaruzelskiego do gmachu na Wiejskiej, ale się nie udało. Nic to. Zdolni zawsze się przebiją.

Walczyć trzeba. Ale być napaloną szkodzi. Prezesi celibatu kultywować nie muszą i za daleko… zaszła jedna z sekretarek jednego z wodzów TVP. Przeskrobał chłopina, ale skrobać dalej już nie pozwolił. I chwała mu za to. W nagrodę podobno jest teraz bogaty.

Sport to zdrowie, ale jedna z naszych wspaniałych (szczególnie zimą na nartach) popadła w depresję i straciła kondycję właśnie przez wpływowego i usportowionego redaktora. Jak sobie pościelisz tak się wyśpisz. Jedni do mety biegną dłużej, inni szybciej.

Marzeniem prowincjuszki jest Woronicza. Duet Szczepański-Patyk miał nawet drużynę hostess. Jedną wyratowała „matka Polka” Miroszowa zatrudniając do konkretnej roboty organizacyjnej w redakcji. Inne wróciły do domu, może krowy doić. Bo wtedy krasule jeszcze były.

Dość często puszczają w telewizji Dyzmę z Wilhelmim. I chociaż to bajeczka wiele dziewczątek i wielu chłopców daje się nabrać. Słuchają potem z rozrzewnieniem Marino-Mariniego „Nie płacz kiedy odjadę”, który oczywiście nigdy nie wraca. Nic to i tak zaludnia się u nas ze Wschodu. Przyjeżdżają bardzo muzykalni.

Było zimno ale idzie ku wiośnie. I ku wyborom. Politycy coraz bardziej przebierają nogami. Synekura albo trzeba będzie wrócić na szychtę. O ile kopalń nie zabraknie. Redaktorzy telewizyjni to najcenniejsze znajomości. Tele gwiazdy zważniały niebotycznie. Oblężenie twierdz telewizyjnych trwa.

Na Warszawę! Na kasę! To skoki marzenie. Ale tylko dla nielicznych. Kurskiego gdzieś daleko wywiało. Nowy prezes porządkuje powoli. Bardzo powoli. To specjalista od kultury, filozofii i historii, więc siłą rzeczy działa pomalutku. Mówi po cichutku. Tak jak nasi delikatni profesorowie eurodeputowani.

Na Woronicza zamykają się w kabinie dźwiękoszczelnej, sprawdzonej uprzednio kontrwywiadowczo, i kolaudują. Co puszczają potem to oglądamy. Natomiast bardzo ważnego filmu dokumentalnego Jerzego Zalewskiego o życiu, śmierci i pohańbieniu zwłok Anny Walentynowicz puścić – od wielu miesięcy – nie chcą! A to niezwykle ważny, szczególnie teraz, film o zbrodni Putina. Dlaczego nie chcą? Skoro nawet pan prezes naczelny kraju – mówi jednoznacznie: to była nie katastrofa lecz zbrodnia! Najwyraźniej Telewizja Polska jest niezależna od Pana prezesa Kaczyńskiego. Co ty na to TVN?

Skoku na kasę dokonują notable i nowi właściciele Polski tuż przed odejściem na emeryturę. Przekrętu korupcyjnego dokonuje się, mimo że na pewno pójdzie za nim dochodzenie. Kara nie odstrasza. Przecież i tak koleś odchodzi ze stanowiska. „Co mi zrobisz, nawet gdy mnie nakryjesz?”. Nic. Niewydolny aparat sprawiedliwości długo będzie trzymał oskarżonego w areszcie wydobywczym. Ale i tak się opłaca odpękać karę, a potem korzystać z ambergoldu przekrętu. Powszechnie znane są przykłady. I co? Nico! Trochę przejdzie przez podatkowe raje, resztówkę zabezpieczą obdarowani przedtem krewni i znajomi. Pecunia non olet.

Wścibscy dziennikarze wywąchali, że Jacek Kurski dał swojemu przyjacielowi ponad milion złotych za prace organizacyjne. Też bym chciał!

Śmierdzi oczywiście nepotyzm i złodziejstwo. Ale więzienia i tak już przepełnione (ponad 80 tysięcy osadzonych). I kosztowna to dla państwa „reedukacja”. Władza wprawdzie ostrzega i apeluje do sumień. To groch o ścianę. Pogardę dla biednych frajerów mają złodzieje. Grypsujący na ogół nie wracają na uczciwą drogę. I tak już jest!

Z wiadomości dobrych miła jest, że – jak już napisałem – przychodzi wiosna. Może i rzeki wyleją i może zmyją trochę brudu. Gdyby jeszcze zabrały zdrajców i zaprzańców. Ale ich ponoć aż ok 25 proc., ćwiartka obywateli. Skąd się biorą? Cholera wie!

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Czy Rosja powinna nazywać się Moskowia?

Nazwa Rosja została skradziona, nasz północno-wschodni sąsiad powinien nazywać się Moskowia – uważają Ukraińcy, którzy wystąpili do prezydenta Wołodymyra Zełenskiego z petycją w tej sprawie.

Wszystko zaczęło się od tego, że na stronie internetowej prezydenta Ukrainy pojawiła się petycja Walerii Szabołostowej z propozycją zmiany nazwy Rosji na Moskowia. W apelu tym stwierdzono, że kraj otrzymał nazwę „Rosja” w wyniku fałszowania historii. Petycję poparło ponad 25 tysięcy osób, co oznaczało, że musiał ją rozpatrzyć prezydent. Ponadto, z podobnymi żądaniami – zmiany nazwy Federacji Rosyjskiej na Moskowię zwrócili się do prezydenta Wołodymyra Zełenskiego deputowani sejmiku lwowskiego i rówieńskiego.

Równieńska Rada Obwodowa uważa, że ​​konieczne jest przywrócenie historycznej sprawiedliwości na wszystkich szczeblach (państwowym, dyplomatycznym, urzędowo-biznesowym) i zamiast nazwy „Federacja Rosyjska” lub „Rosja” należy używać historycznej nazwy sąsiedniego państwa – „Moskowia” i nazywać Rosjan „Moskalami”.

Deputowani Rówieńskiej Rady Obwodowej piszą: „Jesteśmy przekonani, że przywrócenie historycznej sprawiedliwości, przywrócenie jej prawdziwego imienia północnemu sąsiadowi, będzie miało znaczący wpływ na procesy społeczno-polityczne na Ukrainie, na sam rozwój państwa ukraińskiego”.  A deputowani Rady Lwowskiej zauważają, że Rosjanie ukradli nazwę „Ruś” dawnemu państwu Rusi Kijowskiej. „W ciągu ostatnich kilkuset lat nasz północno-wschodni sąsiad, który nieustannie wkracza na nasze terytorium, nielegalnie używa skradzionej państwowej i geograficznej nazwy >Rosja<, którą przyjął dekretem cesarza Piotra I dopiero w 1721 r.” – podkreślają autorzy apelu i dodają, że zmiana nazwy Księstwa Moskiewskiego „stanowiła poważne wyzwanie dla tożsamości narodu ukraińskiego i jest uzasadnieniem dla okupacji części terytorium współczesnej Ukrainy”.

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski odpowiedział na petycję w sprawie zmiany nazwy Rosji na Moskowię. Zlecił premierowi Denysowi Szmyhalowi wypracowanie stanowiska w tej kwestii z udziałem instytucji naukowych. „Pytanie postawione w petycji wymaga zatem starannej analizy, zarówno pod względem kontekstu historycznego i kulturowego, jak i w świetle możliwych międzynarodowych konsekwencji prawnych” – czytamy w odpowiedzi na petycję. Prezydent zauważył również, że nazwy obiektów geograficznych używane na Ukrainie, w tym w innych krajach świata, podlegają rozliczaniu i rejestracji przez specjalnie upoważniony organ władzy wykonawczej do nazw geograficznych.

Rzeczniczka rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rosji Maria Zacharowa wyraziła oburzenie pomysłem autorów petycji. W komentarzu na Telegramie stwierdziła, że ​​w ten sposób ukraińscy politycy próbują stworzyć państwo całkowicie przeciwne Rosji.

Istnieją jednak pewne fakty, które wskazują, że nazwa „Moskowia” może mieć zwolenników także w Federacji Rosyjskiej.  W grudniu 2021 r., w Rosji odbyło się spotkanie online z członkami Rady ds. Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego i Praw Człowieka. Reżyser filmowy Ołeksandr Sokurow stwierdził na nim, że Rosja prowadzi politykę zagraniczną, która drogo kosztuje budżet „tak biednego kraju”. Rosja „zabezpiecza” Białoruś, Osetię Południową, Abchazję, Krym oraz „konieczną pomoc” Syrii i subsydiowanym regionom. Reżyser mówił też o „rosnącej niechęci do Rosjan na Kaukazie”. Tam cała władza jest skoncentrowana w rękach „tubylców”. Dlatego Sokurow sugeruje „puścić wszystkich, którzy nie chcą z nami mieszkać”.

Władimir Putin ostro mu odpowiedział i zarzucił mu, że nie kocha Rosji. „Czy naród rosyjski, którego interesy właśnie wymieniłeś, jest zainteresowany rozpadem Federacji Rosyjskiej? Czy będzie to zatem Rosja, która powstała jako kraj wieloetniczny i wieloreligijny? Chcesz nas zamienić w Księstwo Moskiewskie? Cóż, właśnie tego chce NATO” – podsumował Putin.

Jednak, jak widzimy, pomysł zmiany nazwy Rosji zyskuje coraz większą popularność i to nie tylko w Ukrainie. Więc być może prędzej czy później czas na jego wdrożenie nadejdzie.

 

WALTER ALTERMANN: Wielka Partyjna Spowiedź

Kampania wyborcza przybiera na sile i prędkości. Jeżeli porównywać zajadłe wyścigi partii naszych do zwycięstwa, to przypominają mi one jedynie amerykańskie wyścigi gruchotów, w których wolno, a nawet należy uderzać współzawodników z boków, przodu i tyłu. Publiczność amerykańska świetnie się na takich widowiskach wraków samochodowych bawi, ale nam nie jest do śmiechu. Bo nam – jak pisał biskup Ignacy Krasicki: „…Nam chodzi o życie.”

Potężne sztaby fachowców od prowadzenia kampanii wyborczych, od autoreklam partyjnych, zwarte szeregi wynajętych dziennikarzy – jawnych i skrytych – wyspecjalizowane w wyszukiwaniu błędów, wpadek, zaprzeszłych win konkurentów, dzielnie uderzają w tych, których  nie lubią… Do tych regularnych oddziałów propagandzistów dochodzą jeszcze amatorzy, którzy na wszystkich możliwych forach internetowych, z dobrego serca dla swoich partii – tak im się przynajmniej zdaje – niszczą przeciwnika.

Wszyscy walczą ze wszystkimi, na wszystkie sposoby. Daje to w sumie smutny obraz wojny domowej, w której co najmniej pięć partii walczy między sobą. Niby to, zawiązują te partie między sobą jakieś porozumienia, niby chcą się wspierać…, ale gdzie tam. Silniejsze partie podkradają hasła i pomysły programowe słabszym swoim niby-koalicjantom. I jeszcze śmieją się im w twarz. Dochodzi też do arcykomicznych deklaracji, wypowiedzi, napomknień, dawania do zrozumienia, że nie jesteśmy tak okrutni, jak nas piszą… Bo duże partie też liczą, że ukradną coś dużej konkurencji.

Popełnialiśmy też błędy…

Ostatnio jeden z liderów partyjnych powiedział: „Popełnialiśmy też błędy…”. Niestety była to tylko sprytna zagrywka. Bo ów lider nie powiedział jakie to były błędy. Tak ogólnie napomknął tylko, że były. Ale na czym te błędy polegały, w jakim obszarze życia społecznego, co im się nie udało, w czym zwiedli, czego nie przemyśleli? Tego nie powiedział, tylko wymamrotał po cichu, pod nosem: „były”. Gorzej, bo powiedział jednocześnie, w tym krótkim zdaniu, magiczne, czarodziejskie wręcz słówko „też”.

A z tym „też” sprawa jest bardziej zagmatwana niż się nam na pierwszy rzut oka i ucha wydaje. Bo „też” może oznaczać, że poza wielkimi sukcesami mamy „też” na sumieniu błędy. Ale może również znaczyć to „też”, że podobnie jak nasi przeciwnicy, którzy poza błędami nie popełniali niczego.

A ja czekam na jawny rachunek sumienia naszych wszystkich partii, na publiczne przyznanie się do win, czyli grzechów. Bo to by było iście po chrześcijańsku, moralnie i godnie.

Tak dalej być nie może. Polska wymaga pilnej reformy prawa wyborczego i dlatego postuluję, wzywam do głębokich zmian. I zaklinam, żeby mój pomysł rozpatrzeć pilnie i skutecznie. Postuluję bowiem wprowadzenie prawa, które zmuszałoby wszystkie partie do publicznego, wyraźnego i jednoznacznego przedstawiania rachunku sumienia, z wszystkich win własnych tych partii. Oczekuję wprowadzenia przez Sejm obowiązku publicznej spowiedzi politycznej.

Spowiedź to ból uzdrawiający

Każda spowiedź, jeżeli uczciwa, ma ogromne znaczenie terapeutyczne, uzdrawiające. Pod warunkiem, że spowiadający się jest szczery, żałuje za grzechy, naprawi szkody moralne i materialne, przeprosi i przyrzeknie poprawę.

Będzie ciężko, bo wszyscy liderzy naszych partii – od gminnych po warszawskich – z mozołem budują swój wizerunek na poniżaniu konkurencji. A przy spowiedzi tak się nie da. Tu trzeba mówić o sobie, o swojej partii i o własnych grzechach…

Chodzi o to, żeby nie było tak, jak w tej przypadku jednej wiernej, która przyklęknąwszy przed konfesjonałem szepcze księdzu do ucha:

– Co prawda ja, proszę księdza, biłam męża, nie byłam mu wierna, ale żeby ksiądz wiedział, jak się prowadzi ta Stanisława Malinowska, spod siedemnastki na Zielonej, to już zupełna dziwka”.

Będzie niezwykle ciężko, ale kraj wymaga prawdy!

Twarde zasady spowiedzi

Te spowiedzi powinny się odbyć w jakiejś telewizji, w okolicach godziny 20-tej, przez pełną  godzinę. I jest mi zupełnie obojętnie w której telewizji.

Wyznanie grzechów własnych partii powinni dokonać sami liderzy partii. Żadnych tam zastępców, żadnych ekip towarzyszących, żadnych telefonów do przyjaciela.

Ten strzelisty akt wyznania win musi być dokonany na żywo, bez montażu, bez wcinania jakichś obrazków, tabel – jak to nam mimo naszych błędów rośnie. Nic z tych rzeczy – czyste i żywe słowo lidera. Tyle. I aż tyle.

I nie może być żadnego tam zadawania pytań przez dziennikarzy czy jakichś tam niby przypadkowych widzów. Na sucho, kamera i lider, przez godzinę, niech mówi…

Przez podobieństwo

I nie może być, tak, jak w anegdocie, w której jeden bonza partyjny spowiada się i mówi księdzu:

– Chciałbym, proszę wielebnego, wyspowiadać się tylko co do przykazania pierwszego, drugiego, trzeciego i czwartego…

– Synu – mówi ksiądz – wszystkie one są ważne…

– Możliwe, ale one w rażący sposób naruszają ustawę o ochronie danych osobowych.

Uwaga co do pana Hołowni

Jest faktem, że pan Hołownia mógłby mieć, przy tej spowiedzi, duże fory, bo jego partia w niczym jeszcze nie zgrzeszyła, czyli niczego jeszcze nie spieprzyła. Ale i na niego jest haczyk. Przecież jego ludzie nie wzięli się znikąd. Mają bogaty dorobek partyjny, w rozmaitych partiach, bo poschodzili się do niego z różnych stron politycznych kraju, są już znani z jakiegoś dorobku. A jak jest dorobek, to są też i grzechy. To oczywiste.

I nie po góralsku

Oczywiście w czasie takiego teatrum publicznego liderzy musieliby – żeby być wiarygodni – zejść z koturnów, zdjąć maski troskliwych przewodników stada, obrońców zasad, pustelników, wegetarian i przyjaciół zwierzyny domowej i łownej. To byłoby dla opinii publicznej uzdrawiające. Dla liderów byłoby to kłopotem… Ale co mnie obchodzą kłopoty Wielkich Ludzi? Jeżeli ktoś chce nam przewodzić, to musi być bardziej ludzki niż Matka Teresa.

Ale żeby nie było tak smutno, po tym co napisałem powyżej… Jeszcze jeden stary żart, góralski tym razem.

Przychodzi do spowiedzi góral i mówi:

– Zdradzałek mojom ślubnom, prosze ja ksindza.

– A ile razy? – pyta ksiądz.

– No, ja tu przysed sie spowiadać, nie kwolić.

Naprawdę może być ciężko z tą szczerością i otwartością naszych polityków. Ale chciałbym ich zobaczyć – choćby jeden raz w życiu – jak zwykłych ludzi. Bo jeszcze żyją, a już stoją sztywni na cokołach, a czym dłużej stoją tym są coraz sztywniejsi…

 

CEZARY KRYSZTOPA: Stu dwudziestu pięciu Piłatów

– Ja jestem wierząca i dla mnie papież Jan Paweł II jest wielkim autorytetem, a także osobą świętą – mówiła ostatnio w Radio Plus Małgorzata Kidawa-Błońska. Jednak kiedy przyszło do głosowania sejmowej uchwały w obronie Papieża-Polaka, wyciągnęła kartę do głosowania.

Nie jestem ani historykiem ani osobą, co może niektórych zaskoczy, wszechwiedzącą. Nie wiem czy w przyszłości nie pojawią się jakieś informacje, które postawią św. Jana Pawła II w jakimś szczególnie niekorzystnym świetle. Póki co jednak, tak się nie stało, a warto brać pod uwagę, że po pierwsze, gdyby komuniści mieli coś konkretnego na Karola Wojtyłę, z pewnością by tego przeciwko niemu użyli, a że woleli do niego strzelać, to raczej świadczyło o ich desperacji. Po drugie, proweniencja „najgłośniejszych badaczy” powyższego, nie daje podstaw do zaufania ich intencjom.

Jego holenderskość Ekke Overbeek

Wprawdzie „holenderskość” Ekke Overbeeka ma robić na nas wrażenie, ale na mnie nie robi i jak wynika z sondaży, chyba nie robi prawie na nikim oprócz wąskiego, nadzianego kompleksami jak dobra kasza skwarkami, kręgu akolitów „świątyni” na Czerskiej i nieco szerszego kręgu wokół totemu  na Wiertniczej. Reszta drapie się po głowie zastanawiając się jak można przedstawiać jako „autorytet” człowieka, który pisywał wcześniej o „rusofobicznej Polsce”, czy uczestniczył w intensywnej promocji oszusta Marka Lisińskiego, który, jak orzekł sąd, kłamał w sprawie rzekomego „molestowania przez księdza”. Z kolei eksperci, zajmujący się tymi samymi przypadkami, co głośni ostatnio „demaskatorzy”, drapią się po głowie, jak można być tak wypranym z warsztatu żeby brać za dobrą monetę zeznania współpracowników, czy przesłuchiwanych przez komunistyczne służby.

Co działo się w ich głowach?

No chyba, że celem nie jest docieranie do jakiejkolwiek prawdy, tylko świadoma destrukcja struktury społecznej w Polsce, która, czy komuś się to podoba czy nie, przerośnięta jest katolicyzmem. Tylko, że to również chyba się nie udało. Granat, który wyglądał jakby miał z hukiem rozpocząć kampanię wyborczą Platformy Obywatelskiej, wybuchł operatorom w rękach i chyba wywołał skutek odwrotny od zamierzonego (przynajmniej w krótkim okresie czasu). Platforma Obywatelska, której medialne ramię w postaci TVN, dokonało jednego z dwóch głównych uderzeń, stoi obecnie w nienaturalnej pozycji, trzyma ręce z tyłu, zadziera głowę, gwiżdże i udaje, że to jej nie dotyczy.

W tym wszystkim, zastanawiam się, co działo się w głowach i sercach tych wszystkich posłów Platformy Obywatelskiej z solidarnościową kartą w PRL, byłych członków NZS, czy wręcz bardzo bliskich środowiskom Kościoła, a nawet współpracujących z katolickimi mediami, kiedy podczas głosowania w Sejmie uchwały w obronie Jana Pawła II wyciągali karty do głosowania? Gdyby byli pełni wiary w tezy TVN i Overbeeka, zagłosowaliby przecież przeciw. Co działo się z ich sumieniami?

Zamiast puenty wymienię nazwisko jednej sprawiedliwej w nadziei, że nie jest to z mojej strony pocałunek śmierci: Joanna Fabisiak.

Depresja? Co to właściwie jest – rozmowa z CEZARYM GALKIEM

Chciałem pokazać, że aby zrozumieć dziecko chore na depresję trzeba wejść do jego świata. Chciałem opowiedzieć co się tam dzieje, jak to funkcjonuje, czym właściwe jest ta choroba, jak człowiek czuje się w takiej sytuacji i z czym musi sobie radzić – mówi Cezary Galek autor reportażu radiowego „Świat w mojej głowie”, laureat Nagrody SDP im. Stefana Żeromskiego, przyznawanej za publikacje o tematyce społecznej.

Depresja dotyka coraz więcej osób poniżej 18 roku życia, ostatnio sporo się o tym mówi i pisze, ale reportaży na ten temat powstaje niewiele. Dlaczego?

To jest temat trudny i mało atrakcyjny. Mogłoby się wydawać – cóż można powiedzieć o depresji, że ludzie na nią cierpią, zgoda, ale co z tego, jak to przedstawić? Aby się dowiedzieć co to właściwie jest, odczuć to, trzeba, na przykład korzystając z narzędzi jakie daje reportaż radiowy, wejść trochę w duszę człowieka, dać mu możliwość, aby opisał swój świat. Trzeba wejść do tego jego „balonu” i zobaczyć to od środka. Wtedy słuchacze mogą poznać świat, o którym najczęściej niewiele wiemy.

Trudno było dotrzeć do bohatera, który wpuściłby Pana do świata swojej choroby?

Aby to zrobić musiałem przede wszystkim przekonać do swoich intencji rodziców Nadii, bo tak ma na imię dziewczyna, która jest główną bohaterką mojego reportażu. Musiałem wejść do jej świata przez rodziców, bo to oni są kluczem do tematu. Proszę sobie wyobrazić, jest standardowa rodzina, dwie córki – starsza, młodsza – wszystko wygląda normalnie. W wieku szkolnym jedna z nich zaczyna zachowywać się dziwnie, przybiera to różne formy – smutek, rozdrażnienie, czy też huśtawka nastrojów, do tego mocno zaburzone relacje rówieśnicze. Zaczynają się problemy w nauce. Takich symptomów powoli zaczyna się zbierać coraz więcej, ale rodzice nie mają pojęcia, że to może być choroba. Oni zajęci są codziennym życiem, zarabianiem pieniędzy, dbaniem o dom i córki i dopiero gdy dochodzi do pierwszej próby samobójczej, poważnie zadają pytanie: co to właściwie jest?

Pana reportaż pokazuje właśnie tę długą drogę od pojawienia się pierwszych objawów choroby do uzyskania specjalistycznej pomocy. Mama mówi: „Nadia była szczęśliwym, wesołym dzieckiem”, w szkole też nikt nie zauważał niczego niepokojącego, nawet pierwsza terapeutka stwierdziła: „To nic takiego, przejdzie ci z wiekiem”. Dlaczego tak się dzieje?

Nie jestem lekarzem, jednak na podstawie wypowiedzi fachowców i swoich ustaleń powiem, że depresja to bardzo podstępna choroba. Daje cały szereg objawów, które mogą być spowodowane również czymś innym. Tak naprawdę rozpoznać ją może ten kto ma z tym do czynienia na co dzień, mam na myśli lekarzy czy terapeutów. Przez długi czas choroba może być utajona, rodzicom może się wydawać, że dziecko ma zły humor, gorsze dni, jest jakieś nieudolne, źle się czuje. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że depresja jest wciąż chorobą społecznie wstydliwą. Potwierdzają to rodzice bohaterki mojego reportażu, kiedy opowiadają jak traktowali ten problem ich najbliżsi, tutaj nie było wsparcia. Boimy się, iż w momencie kiedy przyznamy się, że w naszej rodzinie występuje taka choroba, to pozycja rodziny, czy pozycja dziecka w szkole, wśród rówieśników spadnie.

Tymczasem chore na depresję dziecko samotnie zmaga się, jak to określiła Nadia, z „nicością, która zżera od środka” i niestety nierzadko tym wydarzeniem „otwierającym oczy” rodzicom jest dopiero próba samobójcza.

Tak było w przypadku Nadii. Ona chyba tak naprawdę, nie chciała zrobić sobie krzywdy czy odebrać życia, to był swoisty krzyk rozpaczy.

Nadia powiedziała: „chciałam zobaczyć komu na mnie jeszcze zależy”…

Czuła brak właściwej reakcji ze strony rodziców, chociaż oni bardzo się o nią martwili, ale nie wiedzieli co to jest, tak więc ich działania szły trochę w próżnię, nie dotykały tego co było istotą problemu Nadii.

Ojciec Nadii przyznaje: „ja i moje żona błądziliśmy, nie znaliśmy tego”. Wiele osób wciąż mało wie o tej chorobie.

Problem w tym, że nadal w odczuciu społecznym depresji nie traktuje się jak poważnej choroby. A jest ona na prawdę poważna i bywa niestety także śmiertelna.

Znalezienie właściwej pomocy dla młodzieży, która ma problemy psychiczne, też nie jest chyba w Polsce takie proste?

To nie tak, że nie ma takiej pomocy. Nauczyciel w szkole, który zobaczy, że z dzieckiem coś się dzieje, np. nie ma przyjaciół, ma problemy z koncentracją, powinien zacząć działać, choćby skontaktować się ze szkolnym psychologiem. Ten zaś może skierować do poradni psychologicznej, przecież takie istnieją. Tam mogą skierować dziecko na dalsze leczenie. To wszystko jest, inne sprawa dlaczego to nie zawsze działa. Ale mój reportaż nie jest już o tym, trzeba będzie zrobić następny. Ja chciałem pokazać, że aby zrozumieć dziecko chore na depresję trzeba wejść do tego „balonu”, o którym wspomniałem na początku. Chciałem opowiedzieć co tam się dzieje, jak to funkcjonuje, czym właściwe jest ta choroba, jak człowiek czuje się w takiej sytuacji, z czym musi sobie radzić.

Jak panu udaje się skłonić bohaterów, aby mówili o sprawach, które są dla nich bardzo trudne, osobiste?

Jest kilka elementów, które muszą zagrać. Po pierwsze, trzeba mieć w sobie  ciekawość drugiego człowieka, która jest zaproszeniem do dalszej rozmowy. Po drugie jeżeli komuś proponuje się taką wycieczkę w głąb jego duszy, to trzeba być wiarygodnym, odpowiedzieć na pytanie dlaczego chcemy to robić i przekonać, że nam na tym bardzo zależy. Ale najważniejsza jest motywacja osoby, z którą chcemy rozmawiać. Myślę, że każdy człowiek ma w sobie coś takiego jak potrzeba dzielenia się z innymi, swoim emocjami, czy refleksją, która płynie z takiej czy innej decyzji, takiej czy innej sytuacji, wydarzenia. I w tym reportażu to zadziałało. Ta rodzina czuła potrzebę podzielenia się swoimi doświadczeniami. Może była to dla nich jakaś forma zadośćuczynienia za te lata, w których jakoś nie do końca potrafili zrozumieć co się dzieje z ich dzieckiem. Pięknie się otworzyli i mieli szczere intencje, aby ktoś poznał ich historię, zrozumiał i może przez to miał lżej, gdy znajdzie się w podobnej sytuacji.

Z wykształcenia jest pan między innymi muzykiem, czy to pomaga przy tworzeniu reportaży radiowych, gdzie materią przecież też jest dźwięk?

Tak, kończyłem Akademię Muzyczną w Poznaniu, później dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim, ale mam również rodzinne korzenie radiowe. Mój ojciec był realizatorem dźwięku, pamiętam z dzieciństwa jak przychodziłem do radia, gdzie wszystko było jeszcze takie magiczne. Białe kitle inżynierów, mrugające światełka kontrolne bardzo zagadkowych dla mnie wtedy urządzeń technicznych. To zostało w sercu i wpływało na moją wyobraźnię. W pewnym momencie musiałem wybrać i częściowo zdradziłem muzykę dla radia, nawet wbrew mojemu tacie, który mi to odradzał. Ówczesne trudne ekonomicznie czasy zachęcały młodych ludzi raczej do „robienia” biznesu. Okazało się jednak, że muzyka odcisnęła swoje piętno. W moich reportażach jest przeze mnie komponowana i wykonywana i to nie jest muzyka zwyczajna, jak to jest nieraz, kiedy się korzysta z gotowych kompozycji. Ta muzyka wiąże się ze słowem, frazą, jest inspirowana tematem reportażu i staje się jego częścią. Wykształcenie muzyczne bardzo pomaga również w samodzielnej realizacji audycji. Jestem więc dla pracodawcy ekonomiczny, bo tak naprawdę wykonuję pracę trzech osób. To oczywiście żart.

Jest pan bardzo doświadczonym reportażystą, szefem redakcji reportażu, laureatem wielu prestiżowych krajowych i międzynarodowych nagród. Jak widzi Pan przyszłość reportażu radiowego? Radia słuchamy często w biegu, w samochodzie, w pracy, przy domowej krzątaninie, czy to dobre warunki do odbioru reportaży?

To jest trudne pytanie. Czasy się zmieniają i właściwe wszystko się zmienia, również radio. Kiedyś, jak „startowała” telewizja, to mówiono, że radio zniknie. Potem przyszła era internetu, który przejął wiele branż, choćby muzyczną. Mało kto już korzysta z tzw. kompaktów, czy mp3, muzykę najczęściej słucha się z sieci. W internecie pojawia się dużo różnej twórczości związanej z dźwiękiem, ale myślę, że reportaż radiowy ma swoją niepowtarzalną wartość i będzie funkcjonował dalej, choć trzeba przyznać, że jest to twórczość niszowa. To na pewno nie jest główna rzecz, której ludzie szukają w radiu. Jest to nisza, ale bardzo prestiżowa, w Europie są bardzo poważne konkursy dla reportażystów radiowych. Jest to trochę taka twórczość z górnej radiowej półki, dla wymagających i wrażliwych. Ale z drugiej strony reportaż jest o i dla ludzi, czyli tak naprawdę dla każdego.

Podcasty są coraz bardziej popularne, może to jest szansa na dotarcie z reportażem radiowym do szerszego grona słuchaczy?

Oczywiście, że tak. Przecież młody człowiek, który ma powiedźmy 25 lat, często nie jest już przywiązany do jakiegoś radia, ale w internecie może na taki reportaż trafić i się tym zainteresować. Mam nadzieję, że reportaż nie umrze śmiercią naturalną ulegając konkurencji, wielości mediów, wielości bodźców, które się w tych mediach pojawiają. Wierzę, że ma swoją siłę i to pozwoli, aby jeszcze przez długi czas twórcy radiowi mogli tłumaczyć świat trochę inaczej niż czynią to pozostałe media. Cała nadzieja w młodych koleżankach i kolegach radiowcach, którzy mają z czego korzystać i na pewno nie zabraknie im wrażliwości i zapału.

Rozmawiał Jacek Karolonek


Cezary Galek, reportażysta radiowy związany z Radiem Zachód w Zielonej Górze, obecnie szef redakcji reportażu w tej rozgłośni. Laureat wielu prestiżowych nagród dziennikarskich, m.in. międzynarodowych Premios Ondas i Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarzy, ogólnopolskich: Nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Nagrody Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Grand Press, Nagrody im. Melchiora Wańkowicza, Nagrody Marszałka Senatu RP. Był nominowany do nagród dziennikarskich Prix Europa oraz Parlamentu Europejskiego. Reportaże Cezarego Galka reprezentowały też polską radiofonię na prestiżowych EBU International Feature Conference w Sinai, Londynie i Cork, podczas, których prezentuje się najbardziej wartościowe europejskie produkcje radiowe w danym roku. W tym roku za reportaż „Świat w mojej głowie” otrzymał Nagrodę SDP im. Stefana Żeromskiego, przyznawaną za prace o tematyce społecznej.

 

 

 

 

 

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: AdwoKaci bezpieki

– Jedyną szansą dla Ciebie jest współpraca z władzami. Ja wykonuję tylko instrukcje Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego – oświadczyła Alicja Pintarowa na pytanie mojego ojca, dlaczego przed komunistycznym „sądem” nie broni go, ale oskarża. „Pani mecenas” twierdziła bowiem, że Tadeusz Płużański jest szpiegiem i zdrajcą Polski, ale trochę tłumaczy go młody wiek i zasługi w czasie wojny.

W procesie grupy wywiadowczej rtm Witolda Pileckiego w marcu 1948 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie Pintarowa broniła także Marię Szelągowską. Obrona polegała na kłamliwych twierdzeniach, że jej klientkę usprawiedliwia to, że była kochanką rotmistrza (taką linię obrony wobec podejrzanych politycznie kobiet stosowali też inni komunistyczni adwokaci).

Dodatkowi oskarżyciele

Wywiadowcy rotmistrza Witolda Pileckiego nie przyznawali się do absurdalnych zarzutów szpiegostwa i przygotowywania zamachów na wysokich funkcjonariuszy MBP. „Bronili”: Mieczysław (Mojżesz) Maślanko, Edward Rettinger, Lech Buszkowski, Stanisław Sobczyński, Antonina Grabowska i Alicja Pintarowa. Wszyscy zastosowali zasadę „tak, ale”, np. Pilecki to „szpieg, ale z zasługami, bo w Oświęcimiu stworzył organizację wojskową”. Prosili o łagodny wymiar kary, ale w granicach aktu oskarżenia. (Mojżesz Maślanko też był w KL Auschwitz, o czym później.)

Historyk Wiesław J. Wysocki w książce „Rotmistrz Pilecki” pisze: „Zgodnie z ówczesnymi obyczajami obrońca nie tyle bronił oskarżonego, ile go tłumaczył. Kadził prokuratorowi, a oskarżonego przedstawiał jako bezwolne narzędzie. W ten sposób obrońca stawał się dodatkowym oskarżycielem pomocniczym w procesie”.

Pozory praworządności

W wyniku takiej „obrony” Maria Szelągowska i Tadeusz Płużański 15 marca 1948 r. zostali skazani na karę śmierci, zamienioną potem na dożywocie (to nie jedyna sprawa Pintarowej, w której zapadły wysokie kary, w tym „KS”). Wyroki wydał wcześniej dyrektor departamentu śledczego MBP Józef Goldberg -Różański.
Bo w procesach politycznych stalinizmu wyroki nie zapadały na sali sądowej, ale w zaciszu gabinetów. Komunistom służyli nie tylko sędziowie i prokuratorzy, ale również adwokaci. To, co wyprawiali na sali sądowej, było parodią obrony. Charakterystyczne, że w sprawach szczególnej wagi pojawiały się te same nazwiska, szczególnie Mieczysława (Mojżesza) Maślanki i Edwarda Rettingera.
Właściwie jedynym zadaniem stalinowskiego adwokata (w praktyce adwo-kata), prócz stwarzania – razem z prokuratorem i sędziami – pozorów praworządnego procesu, było nakłonienie oskarżonego, aby przyznał się do nie popełnionej winy. W zamian mógł (ale nie było to pewne) uratować głowę. Przyznać się – o to chodziło komunistom, aby mogli dalej prowadzić wojnę ze „szpiegami”, „faszystami” i „wrogami klasowymi”.

Skazany na karę śmierci Pilecki 25 maja 1948 r. został stracony w więzieniu przy ul. Rakowieckiej 37 w Warszawie.

„Bajoro zbrodni”

Gorzej, jeśli oskarżeni – tak jak wywiadowcy rtm. Pileckiego – nie chcieli się przyznać (jeśli nie ugięli się nawet podczas brutalnego śledztwa na UB, to co dopiero przed sądem). Tak było np. we wrześniu 1947 r., kiedy płk Franciszek Niepokólczycki, szef II Zarządu Głównego WiN, był sądzony przez WSR w Krakowie. Mieczysław Maślanko tak go „bronił” (nie negował zebranych w sprawie „dowodów”, powtarzając kłamliwe słowa oskarżyciela – płk. Stanisława Zarako-Zarakowskiego – o wywrotowej działalności), że bohater Polski Podziemnej został skazany na trzykrotną karę śmierci (wyrok szczęśliwie złagodzono potem na dożywocie, a w końcu na 12 lat).

Mieczysław Maślanko i Edward Rettinger („bronił” m.in. słynnego „Łupaszkę”, mjr. Zygmunta Szendzielarza, dowódcę 5 Wileńskiej Brygady AK, który też dostał „czapę” i 8 lutego 1951 r. został zamordowany na Rakowieckiej – tam gdzie Pilecki) należeli do najbardziej wziętych obrońców w procesach politycznych. Razem z mec. Antonim Landauem prowadzili prywatną kancelarię, zwaną od ich nazwisk „ReMLau”. Maślanko miał opinię, że interesuje się tylko tymi klientami, których rodziny mogą dobrze zapłacić. Jeszcze gorszą opinię – „wyjątkowej świni” – miał Henryk Nowogródzki, który brał krociowe sumy i nawet nie starał się udawać, że „broni” oskarżonych.

Kazimierz Moczarski, więzień bezpieki, autor słynnych „Rozmów z katem” w liście do Sądu Najwyższego skarżył się na Nowogródzkiego: „pierwszy mój obrońca (…) zamiast wykazywać moją niewinność, (…) zmuszony był swoiście mnie współoskarżać”. W sprawie „bronił” też Rettinger: „to było bajoro zbrodni (…), którego miazmaty dziś nam trują jeszcze duszę. To było bajoro zbrodni, gdzie zastygła krew lepi się jeszcze do rąk”. „Bronił” również Maślanko, który tak się zapędził, że porównał grupę Moczarskiego do gestapo i Abwehry, twierdząc, że „wszystkie te instytucje zostały powołane przez klasy posiadające, które chcą zatrzymać koło historii”.

Z wyroku MBP

Stefan Korboński, w 1945 r. Delegat Rządu na Kraj wspominał: „Różański postawił sprawę jasno: obowiązkiem rady obrońców [której przewodniczył Maślanko] jest gromadzenie dowodów przeciw oskarżonym. Sędziowie, chcąc stanąć po właściwej stronie tajnej policji politycznej, dzwonili do Różańskiego z pytaniem, jaki wyrok sugerowałby, będąc na ich miejscu. Różański odpowiadał lakonicznie: »pięć… dziesięć lat… dożywocie… kara śmierci«”.
Mimo, iż Pintarowa świetnie znała ten mechanizm, dziś ma czelność zeznawać w IPN: „Proces ten z punktu widzenia formalnego był bez zarzutu, sędziowie, prokurator zachowywali się w porządku, nie było żadnych ostrych słów, czy wycieczek pod adresem moich klientów”.

Tajna lista

Historyk Jerzy Poksiński w książce „My sędziowie nie od Boga” przytaczał zeznania jednego z najkrwawszych sędziów stalinowskich, płk. Mieczysława Widaja (szef WSR w Warszawie): „Nie dość, że była lista obrońców wojskowych, była jeszcze lista »tajnych« obrońców wojskowych, to jest dopuszczonych do spraw tajnych. Należeli do nich (…) adwokaci: Mieczysław Maślanko, Rozenblitt [Marian Rozenblitt, w sądownictwie polskiej armii w ZSRS, potem kierownik sekretariatu w Najwyższym Sądzie Wojskowym, razem z Maślanką i Rettingerem uczestniczył w jednej z kluczowych spraw stalinizmu – „bronił” generałów WP, oskarżonych o udział w tzw. spisku w wojsku], Benjamin Wajsfeld, Zygmunt Gross, Zieliński – było ich coś zaledwie 6 czy 7. (…) Gdy mi w 1952 r. tę listę przekazał tow. płk Warecki [Aleksander Warecki, kolejny szef WSR w Warszawie], przez pewien czas ją stosowałem, potem dowiedziałem się u płka Karlinera [Oskar Karliner, wiceprezes Najwyższego Sądu Wojskowego], że można ją odświeżyć przez odpowiedni wywiad w Miejskim Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie”.

Wynika stąd jednoznacznie, że lista obrońców musiała zostać zaakceptowana przez najważniejszy resort „ludowej” władzy – Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Jej wysoki funkcjonariusz Józef Światło potwierdzał: „Dla pewności zatwierdzani są tacy adwokaci, przeciwko którym bezpieka posiada kompromitujące materiały”. Starannie wyselekcjonowani, super usłużni adwo-kaci byli de facto kolejnymi mordercami sądowymi polskich niepodległościowców.

Państwo w sprawie Smoleńska jest nieskuteczne  – rozmowa z EWĄ STANKIEWICZ-JØRGENSEN

Polska jest w posiadaniu bardzo wielu dowodów w sprawie katastrofy smoleńskiej i tylko od woli państwa i profesjonalizmu osób, które zajmują się badaniem i śledztwem, zależy jak sprawnie i skutecznie zostanie to przeprowadzone.  Jak dotąd widać, nie ma ani tej woli, ani właściwych liderów – mówi Ewa Stankiewicz-Jørgensen, laureatka Głównej Nagrody Wolności Słowa SDP za film „Stan zagrożenia”.

Pani film czekał rok na premierę, Telewizja Polska sześć razy przekładała datę jego emisji. Dla kogo „Stan Zagrożenia” był zagrożeniem?

Mam przekonanie, że rozliczenie ludzi, którzy w Polsce przyczynili się do śmierci Prezydenta RP i 95 osób reprezentujących państwo polskie ma bezpośredni wpływ na bezpieczeństwo państwa. Do dzisiaj, mimo bardzo wielu dobrych rzeczy, które się dzieją ze względu na interes naszego kraju, akurat w tej sprawie państwo wciąż ma egzamin do zdania. I to bardzo boli. Znacznie bardziej niż wstrzymywanie filmu.

Kiedy postanowiła pani zrobić ten film?

Materiał właściwie zbierałam od samego początku. Zaczęło się to od dokumentowania reakcji ludzi na Smoleńsk, a potem była próba dotarcia do źródeł dostępnych w Polsce.

Czy trudno było dotrzeć do materiałów, na podstawie których powstał „Stan zagrożenia”?

Z jednej strony są to materiały prokuratorskie, na tamtym etapie to było jakieś 150 tysięcy kart śledztwa, ale próbowałam także dotrzeć do bezpośrednich świadków, czy też osób, które mogły mieć jakąś wiedzę w tej sprawie. Część z nich w ogóle nie była przesłuchana przez prokuraturę. Trudno było dotrzeć do osób, które były odpowiedzialne za bezpieczeństwo tej wizyty i potem sabotowanie badania. Zależało mi na kontakcie z 6 technikami obsługi Tupolewa w nocy z 9 na 10 kwietnia, z funkcjonariuszami Biura Ochrony Rządu, którzy dojechali na miejsce tragedii w ciągu 40 minut z Katynia.

Ten materiał jest ogromny, trzeba było dokonać jakieś selekcji, na czym chciała się pani najbardziej skupić?

Chciałam bazować na źródłach. Wiedziałam, że będą próby podważenia treści filmu, dlatego bardzo przywiązywałam wagę do tego, aby za każdym razem podać źródło skąd dana informacja pochodzi. W filmie są elementy śledztwa dziennikarskiego i przełożone na publicystyczny język wyniki badania technicznego, skąd wiemy o eksplozjach na pokładzie. Chciałam pokazać tę tragedię w kontekście zrozumiałym dla międzynarodowego widza. Nie da się zrozumieć zabicia prezydenta Lecha Kaczyńskiego bez historii relacji polsko-rosyjskich, bez przywołania rosnącej ówcześnie agresji Putina i korumpowania świata poprzez rosyjską broń w postaci sprzedaży gazu oraz roli Lecha Kaczyńskiego w powstrzymywaniu tej agresji w Polsce i w świecie.

Jak „Stan zagrożenia” był właśnie odebrany poza Polską? Film otrzymał wiele nagród na zagranicznych festiwalach, mogłoby to wskazywać, że został tam doceniony.

Tu, w Polsce próbowano dyskredytować, że są to jakieś nieistotne festiwale. No nie wiem, czy na przykład nowojorski Big Apple Film Festival , który istnieje 17 lat i gdzie filmy oceniają znamienite osoby, jest jakimś małym, anonimowym festiwalem. Część z tych festiwali była bardzo poważna, natomiast wykorzystano niewielkie festiwale aby zdyskredytować w ogóle odbiór tego filmu w świecie. Miałam za granicą sporo spotkań, wywiadów, odbiło się to też echem w mediach.

Czy na świecie jest jeszcze zainteresowanie tematem Smoleńska, czy sprawa ta nie staje się już powoli zapomniana?

Jest zainteresowanie zwłaszcza teraz, po agresji Rosji na Ukrainę. Sprowadza się to do pojedynczych dziennikarzy, ale są to poważne osoby, cenione w swoich krajach, które podjęły własne badania w tym zakresie.

Co pani sądzi o reakcji widzów w Polsce? Krytycy mówili, że tak naprawdę film powtarza znane od dawna tezy, inni zaś skupili się tylko na sensacyjnych zdjęciach ówczesnej minister zdrowia Ewy Kopacz pozującej z pracownikami moskiewskiego prosektorium.

Jak już mówiłam, badanie śmierci Prezydenta RP oraz osób reprezentujących państwo polskie, którzy zginęli w 2010 roku na terenie Rosji, ale wylecieli samolotem z Polski, ma wpływ na bezpieczeństwo państwa. Z jednej strony w filmie są niepodważalne dowody na to, że to był zamach, z drugiej zaś jest wypunktowanie bezkarności ludzi, którzy byli odpowiedzialni za bezpieczeństwo tej wizyty. Mam wrażenie, że reakcje na film, to była taka zasłona dymna, która miała przykryć najważniejszy problem, czyli bierność wobec zagrożenia państwa. Podaję jeden z „najdrobniejszych” przykładów: co najmniej jeden z techników obsługi tego samolotu w nocy z 9 na 10 kwietnia 2010 roku na wojskowym Okęciu w Warszawie, którego rola w doprowadzeniu do tragedii do dzisiaj nie została wyjaśniona, w dalszym ciągu obsługuje samoloty VIPowskie na lotnisku Okęcie. Osoby odpowiedzialne za to, że serwer rejestrujący wejścia do stref VIPowskich na lotnisku w dniu wylotu był nieczynny, za to że niektóre kamery, bardzo kluczowe, nie działały, za ten szereg tzw. zbiegów okoliczności, które składają się na sabotaż bezpieczeństwa prezydenta i przedstawicieli państwa, do dzisiaj nie zostały pociągnięte do odpowiedzialności, czy odsunięte od stanowisk.

Jak pani myśli, dlaczego? Zjednoczona Prawica rządzi już prawie osiem lat, ma do dyspozycji cały aparat państwa, a wciąż nie udało się w sposób przekonujący dla większości społeczeństwa wyjaśnić tragedię smoleńską, wskazać winnych, postawić zarzuty.

Wyjaśnienie, czy postawienie zarzutów to jest jedna sprawa, ale druga to naprawa systemu bezpieczeństwa państwa, tak by niemożliwe było powtórzenie tej tragedii. Obecne władze zrobiły bardzo dużo dla bezpieczeństwa państwa, dlatego trudno jest je krytykować. Niestety, w sprawie śmierci Prezydenta RP na terenie Rosji i niesuwerennej reakcji polskich władz bezpośrednio po tragedii  – do dziś nie zostały poczynione elementarne działania. Prezydent Lech Kaczyński przekonywał, że zdolność powiedzenia prawdy o tym kto zabił polskich oficerów w sowieckim Katyniu jest miarą suwerenności Polski. Dziś miarą suwerenności jest zdolność powiedzenia prawdy, kto zabił polskich państwowców w Rosji i zdolność wyciągnięcia konsekwencji wobec tych ludzi. Na poziomie oficjalnych dochodzeń to się nie dzieje lub jest markowane.

Z czego to wynika?

Z decyzji i postępowania konkretnych ludzi.

Od premiery pani filmu minęły już prawie dwa lata, w międzyczasie poznaliśmy raport podkomisji Antoniego Macierewicza, w którym przyczyny tragedii są zasadniczo zbieżne z tezami przedstawionymi w filmie. Myśli pani, że ten raport nie spełnił oczekiwań?

Po 13 latach mamy zrobiony ułamek tego, co inne cywilizowane kraje przeprowadzają w ciągu kilkunastu miesięcy. Co się udało? Wielkim wysiłkiem poszczególnych osób w podkomisji państwo polskie zdobyło ogromną wiedzę dowodową. Mamy wystarczająco dużo dowodów na zaistnienie eksplozji materiałów wybuchowych w samolocie. Jednak źle prowadzone badanie może powodować niepotrzebne wątpliwości lub wręcz pułapki wobec prawdziwej tezy. Raport powinien być tak sporządzony, by stanowił trudny do podważenia argument w postępowaniu sądowym (co było całkowicie w zasięgu ręki). Na ogół takie postępowanie trwa kilkanaście miesięcy góra dwa lata. Zwłoka czasowa naraża państwo na niebezpieczeństwo, bo zalecenia należy wdrożyć jak najszybciej. Kwestia badania technicznego to jest zaledwie jedna trzecia zadania podkomisji. Pozostałe dwie trzecie i cel istnienia komisji to jest zbadanie łańcucha decyzyjnego, który doprowadził do tragedii, wskazanie luk w systemie bezpieczeństwa państwa i sformułowanie zaleceń.

Ale raport zawiera kilka stron zaleceń, które mają zapobiec tego typu przypadkom w przyszłości.

Te zalecenia, co trzeba podkreślić – w części właściwe – są na bardzo dużym poziomie ogólności. Takie „ogólnoświatowe”. I dlatego można bardzo łatwo „utopić” je w pozorowanym działaniu. Zresztą na jakiej podstawie miałyby być konkretne?  Z mojej wiedzy wynika, że przesłuchania świadków zostały wstrzymane na etapie przesłuchań osób niższych rangą. Gdyby nie przewlekłość postępowania, gdyby zalecenia zostały sformułowane prawidłowo, być może nie byłoby możliwe dopuszczenie firmy Strabag do budowy strategicznych inwestycji w Polsce w ostatnich latach. Jednym z trzech największych udziałowców Strabagu jest firma Rasperia Trading powiązana z Olegiem Deripaską, a są bardzo mocne przesłanki, że to w jego zakładach w rosyjskiej Samarze podłożono ładunki wybuchowe w Tupolewie przewożącym polską państwową delegację. To tylko jeden z przykładów jak przewlekłość i brak właściwego działania organów państwa przekłada się na kolejne szkody w sferze naszego bezpieczeństwa i może doprowadzić do kolejnej tragedii.

We wrześniu ubiegłego roku, ówczesny wiceszef MSZ Szymon Szynkowski vel Sęk, pytany o kolejne kroki rządu po publikacji raportu podkomisji smoleńskiej powiedział: „Kontakty dyplomatyczne Polski z Rosją są obecnie praktycznie zamrożone. W związku z tym nie ma dziś przestrzeni do tego, by podejmować temat katastrofy smoleńskiej”. Czy Pani zdaniem można coś jeszcze w obecnych warunkach zrobić?

Można bardzo wiele zrobić. Zarówno w Polsce jak i na arenie międzynarodowej. Pokazują to Holendrzy w sprawie katastrofy samolotu MH17. Państwo polskie nie musi być nieskuteczne w tej sprawie, ma bardzo wiele narzędzi, dowodzi tego na przykład poseł Arkadiusz Mularczyk (przewodniczący parlamentarnego zespołu do spraw reparacji wojennych – przyp. red), który po sprawnie przeprowadzonych badaniach skutecznie przebija się w świecie z wynikami raportu. Miał zadanie do wykonania, zrobił plan, zatrudnił właściwych ludzi, poważnie ich traktował, teraz skutecznie lobbuje w świecie w tej sprawie.

Ale po stronie podkomisji jest przynajmniej część technicznego badania. Po stronie prokuratury, co mamy? Jakie skutki? Kto stanął przed sądem? Jedynie Arabski z oskarżenia rodzin ofiar. To jest całkowita kompromitacja, przedawnienia, fikcja. A po stronie służb specjalnych, MSZ,MON?

W przypadku badania tragedii smoleńskiej postawiono na niewłaściwe osoby?

38 milionowe państwo ma takie narzędzia, że może być skuteczne, jeśli tego chce. W tej sprawie jest nieskuteczne i to widać po 13 latach.

Czy pani nadal będzie zajmować się tematem tragedii smoleńskiej? Mam na myśli zapowiadaną drugą cześć filmu.

W tej sprawie nie można się poddać, bo na szali jest bezpieczeństwo państwa. Smoleńsk jest takim papierkiem lakmusowym naszej suwerenności. Jednym z kilku, ale bardzo ważnym. W niektórych dziedzinach widzę, że państwo zdaje egzamin i bardzo się cieszę, iż są takie działania jak np. przekop Mierzei Wiślanej, próba uniezależnienia się energetycznego od Rosji, wspieranie Ukrainy. Jest wiele strategicznych działań, które wzmacniają bezpieczeństwo Polski. Natomiast jeśli chodzi o Smoleńsk w dalszym ciągu nie zrobiono podstawowych działań, co w efekcie naraża państwo polskie na niebezpieczeństwo. Powinno się sprawdzić co doprowadziło do śmierci 31 marca 2022 roku głównego prokuratora zajmującego się Smoleńskiem – Marka Pasionka, niezależnie od tego czy była to śmierć samobójcza czy nie. I też co sprawiło, że 13 stycznia 2021 roku nagle zmarł młody sędzia Hubert Gąsior, który jako jedyny wydał wyrok skazujący w sprawie Smoleńska.

Zbrodnia bez kary, to nowe ofiary. Chodzi tu o bezpieczeństwo pojedynczych obywateli i władz państwa. Nie mówiąc już o gigantycznym cierpieniu rodzin ofiar i ranach, które się nie zabliźnią, dopóki państwo nie zachowa się jak trzeba w tej sprawie. Nie doczekał tego śp. Jan Gosiewski, ojciec wicepremiera poległego w Smoleńsku. Zapytany kiedyś przeze mnie czego oczekuje od państwa w tej sprawie odpowiedział: skuteczności. Tej wciąż nie ma.

Wciąż pozostaje pytanie, dlaczego?

To są mocne słowa, ale na pewnych szczeblach, w pewnych sprawach widać, że jakby te wpływy, które się jeszcze ciągną od czasów wasalizacji Polski wobec Rosji, nie zostały przerwane. I Smoleńsk to pokazuje.

Sądzi pani, że ta tragedia zostanie kiedykolwiek uczciwie wyjaśniona?

Raczej rozliczona, bo jeśli chodzi o wyjaśnienie, to my już bardzo dużo wiemy. Zdaję z tego sprawę, że jest wielka społeczna kłótnia na ten temat, że próbuje się dyskredytować różne ustalenia. A działania organów państwa nie pomagają w zachowaniu powagi w tej sprawie. To musi się wydarzyć na poziomie państwa, bo śledztwo dziennikarskie to jest tylko jedna rzecz. Polska jest w posiadaniu bardzo wielu dowodów i tylko od woli państwa i profesjonalizmu osób, które zajmują się badaniem i śledztwem, zależy jak sprawnie i skutecznie zostanie to przeprowadzone i przełożone na efekt w postaci naprawy bezpieczeństwa i pociągnięcia do odpowiedzialności winnych. Jak dotąd widać, że nie ma ani tej woli, ani właściwych liderów w tej kwestii.

Czego będzie dotyczyć druga część pani filmu o Smoleńsku?

Nie chciałabym teraz tego zdradzać.

Rozmawiał Jacek Karolonek


Ewa Stankiewicz-Jørgensen, reżyserka, scenarzystka, dziennikarka. Absolwentka reżyserii w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej w Łodzi oraz polonistyki na Uniwersytecie Wrocławskim. Jest autorką wielu nagradzanych reportaży telewizyjnych i radiowych oraz filmów fabularnych. „Dotknij mnie”, wyreżyserowany wraz z Anną Jadowską zdobył w 2003 r. nagrodę główną w Konkursie Polskiego Filmu Niezależnego na 28. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. W 2008 r. za film „Trzech kumpli”, zrealizowany wraz z Anną Ferens, otrzymała m.in. Nagrodę Główną Wolności Słowa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. W 2023 roku została laureatką tej samej nagrody za dokument „Stan Zagrożenia” opowiadający o tragedii smoleńskiej. Założycielka i prezes Fundacji „Dobrze że jesteś” oraz prezes Stowarzyszenia Solidarni 2010.

Zapomniana historia bólem i łzą malowana – rozmowa z ALEKSANDRĄ FUDALĄ-BARAŃSKĄ

To nie było tak, że żołnierze-górnicy nie chcieli pracować. Byli młodymi i silnymi chłopakami. Zależało im na pracy, bo chcieli odbudowywać po wojnie Polskę. Tylko nie w taki sposób i nie w takim poniżeniu. Kompletnie byli nieświadomi tego, że zostaną górnikami, zamiast żołnierzami – mówi dr Aleksandra Fudala-Barańska, autorka filmu „Kilof zamiast karabinu”, za który otrzymała Nagrodę SDP im. Janusza Kurtyki przyznawaną za publikację o tematyce historycznej.

„Kilof zamiast karabinu” opowiada historię żołnierzy górników, którzy w latach 1949 – 1959 odbywali służbę wojskową w Batalionach Pracy w kopalniach i kamieniołomach. Jak ten temat do pani trafił i w jaki sposób narodził się pomysł tego dokumentu?

Historia żołnierzy-górników trafiła do mnie zupełnie przypadkowo. W pewnym momencie skontaktował się ze mną Krzysztof Przybylski, który przy współpracy z Instytutem Pamięci Narodowej czynił duże starania ku temu żeby w Bytomiu, na terenie dawnej kopalni, stanął pomnik żołnierzy-górników. Dokładnie w tym samym miejscu, w którym wielu żołnierzy odbywało służbę wojskową. Wszystkim bardzo zależało na tym aby ten temat poruszyć, dlatego na początku zrealizowaliśmy krótki materiał do magazynu historycznego TVP 3 Katowice.  Dopiero po spotkaniu z bohaterami, którzy opowiedzieli swoją historię, doszłam do wniosku, że trzeba na ten temat zrealizować coś większego. Dokumentacja powstawała podczas realizacji mniejszej formy reportażowej, a później na bazie materiałów zrobiliśmy film dokumentalny.

Dlaczego historia żołnierzy-górników przez dekady była zapomniana? Dla odbiorców filmu, a szczególnie dla najmłodszej widowni ta historia była kompletnie nieznana.

Jak się okazuje, starsze pokolenie również nie znało tej historii. Paradoksalnie nie wiem dlaczego ten temat był przemilczany, ale wiem, że ci żołnierze-górnicy wielokrotnie dopominali się o swoje właściwe miejsce w historii.  Widocznie nieskutecznie, bo niezbyt głośno o sobie mówili pomimo, że było ich 200 tysięcy, do tego zrzeszali się w Związkach Represjonowanych Politycznie Żołnierz-Górników. Podkreślę jednak, że to nie do końca taka nieznana historia. W trakcie przygotowywania projektu i zbierania dokumentacji, niemal na każdym kroku zaczęli pojawiać się rozmówcy, którzy znali żołnierzy-górników. Nagle okazało się, że niektórzy nawet mieli takich żywych świadków historii w swoich rodzinach. Przykładowo w trakcie realizacji filmu w zabytkowej Kopalni Guido spotkaliśmy przewodnika, który oprowadzając nas po kopalni nagle przyznał się, że jego ojciec również był takim żołnierzem-górnikiem. Zatem w wielu rodzinach ta sprawa była znana, ale historycy tym tematem jakoś się nie zajmowali i trudno jednoznacznie powiedzieć dlaczego nie zapisali tej białej karty w historii.

Rozumiem, że zupełnie przypadkowo w trakcie realizacji zdjęć dotarła pani do jednego z bohaterów, który wystąpił w filmie w roli pośrednika opowiadając historię swojego ojca?

Tak. W trakcie realizacji zdjęć poznaliśmy syna żołnierza-górnika, który opowiedział nam historię swojego ojca.

Jak udało się pani dotrzeć do pozostałych bohaterów? W filmie pojawiają się prawdziwe nazwiska żołnierzy, którzy opowiadają swoją bolesną historię, ale w pewnym momencie pojawia się też bardzo wzruszająca scena z małżonką jednego z górników, dla której te wspomnienia okazały się szczególnie bolesne…

Większość tych bohaterów zrzeszona jest w Związku Represjonowanych Politycznie Żołnierzy-Górników dlatego, że oni walczą o dotacje za tę służbę i ten związek organizuje dla nich symboliczne pieniądze, zatem namiary na żołnierzy-górników uzyskałam poprzez wspomnianą instytucję. Dopiero później okazało się, że na przykład żołnierz, który w pewnym momencie pojawia się w filmie wraz z żoną, to tak naprawdę rodzina mojego kolegi ze studiów. W trakcie realizacji dokumentu paradoksalnie na każdym kroku pojawiała się gdzieś historia z rodziną górnika w tle.

Jak bardzo skomplikowanym procesem jest reżyserowanie na podstawie opowieści świadków historii? Co pani sprawiło najwięcej trudości podczas produkcji tego filmu?

Jeżeli mamy bohaterów, którzy mają coś do powiedzenia to akurat nie jest zbyt skomplikowane. Problem pojawia się dopiero gdy trzeba wybrać fragmenty materiału, które mogą okazać się istotne. Jest to najbardziej żmudny proces realizacyjny, czyli segregowanie i dokumentowanie. Patrzymy, jakie elementy możemy wykorzystać w  filmie, jak bohaterowie żyją teraz, gdzie wcześniej pracowali, w jakim poruszali się otoczeniu. Równocześnie docieramy do ważnych dokumentów. Powstają setki nagrań, z których poprzez właściwą selekcję montujemy pięćdziesiąt minut filmu. Z tych porozrzucanych klocków układamy konstrukcję i powstaje dokument. Z wielu godzin nagrań trzeba wybrać elementy najbardziej wzruszające, najciekawsze i najbardziej istotne. Trudniej by było gdyby nie udało nam się dotrzeć do bohaterów i materiałów archiwalnych. Dlatego bardzo się cieszę, że finalnie udało się zrealizować dokument jeszcze teraz, kiedy mogliśmy dotrzeć do bohaterów żyjących, bo jest ich coraz mniej…

Zdjęcia do filmu „Kilof zamiast karabinu” realizowane były w różnych miejscach, w tym między innymi na Dolnym Śląsku…

Na Dolnym Śląsku znajdowały się kopalnie rud uranu, a żołnierze-górnicy pracowali nie tylko w kopalniach węgla kamiennego.

Co było najtrudniejsze w rozmowach z bohaterami i czy reżyser podczas tych trudnych i bolesnych zwierzeń mógł pozwolić sobie na chwile wzruszenia?

Oczywiście. Jeżeli reżyser się nie wzrusza to znaczyłoby to, że jest zupełnie bez serca. Z reguły autor filmu przywiązuje się do swoich bohaterów, współczuje im, współodczuwa to, co oni odczuwali i co mogli przeżywać. Choć od realizacji filmu minęło już pół roku, to przez cały czas jestem z nimi w kontakcie. Podczas wspomnianego wcześniej fragmentu filmu, w scenie z żoną żołnierza-górnika, dla której przywoływanie tamtych bolesnych wspomnień okazało się zbyt trudne,  przyznam, że również zdarzyło mi się ukradkiem uronić łzę…

Jaki jest przekaz tego filmu dla widza?

Przekaz jest taki, że niezależnie od tego kim jesteś i co sobą reprezentujesz, jak pojawisz się w nieodpowiednich okolicznościach społeczno-politycznych to może spotkać cię duża i niezasłużona przykrość, tak jak spotkała moich bohaterów i tylko za to, że mieli niewłaściwe pochodzenie i byli niewygodni w jakimś czasie. Taka sama historia może spotkać też ludzi z różnych innych powodów. Wszystko tak naprawdę uzależnione jest od tego w jakim żyją i funkcjonują systemie. Taki właśnie jest mój wniosek z tego filmu, moje prawdziwe przesłanie. Prawda jest taka, że gdyby to się działo w jakimś innym miejscu, to być może nic by tym ludziom się nie stało, bo dzisiaj nikt by ich nie skazał na niewolniczą pracę w kamieniołomach, czy też w kopalni.

Mam wrażenie, że po obejrzeniu tego dokumentu widz ma ochotę na pogłębienie wiedzy na temat żołnierzy-górników, którzy nieświadomie zostali zwerbowani w kopalniane podziemia.

Tak naprawdę było im bardzo przykro, że nie znaleźli się w prawdziwym wojsku. Dlatego jeden z bohaterów kupił sobie po wojnie oficerki, a ten drugi mundur Wojska Polskiego. To nie było tak, że żołnierze-górnicy nie chcieli pracować, bo oni wielokrotnie podkreślali, że zależało im na pracy, bo chcieli odbudowywać po wojnie Polskę. Byli  wtedy młodymi i silnymi chłopakami. Tylko nie w taki sposób i nie w takim poniżeniu. Kompletnie byli nieświadomi tego, że zostaną górnikami, zamiast żołnierzami. Nie zdawali sobie sprawy, że będą zmuszeni do pracy w kopalniach węgla kamiennego, rud uranu czy kamieniołomach. To funkcjonariusze służby bezpieczeństwa zadecydowali gdzie będą przydzieleni do pracy, a to wszystko przez niewłaściwe pochodzenie, posiadanie rodziny za granicami kraju lub z Armii Krajowej. Szli do pracy w podziemia bez żadnego przygotowania i bez możliwości odwołania.

Dlaczego ten temat jest tak ważny nie tylko dla Ślązaków, ale dla wszystkich Polaków?

Dlatego, że ci ludzie byli z całej Polski, nie tylko 200 tysięcy z samego Śląska i Zagłębia, tylko z całego kraju. W filmie „Kilof zamiast karabinu” pojawia się też bohaterowie ze Stargardu Szczecińskiego, Wielunia, Czworaków i wielu innych zakątków naszego kraju. Młodzi ludzie z całej Polski podzielili ten los. Dlatego to jest ważne, bo to są czyiś dziadkowie i ojcowie. To nie jest temat lokalny tylko ogólnopolski, bo jest to kawałek polskiej historii.

Na koniec chciałam pogratulować nagrody im. Janusza Kurtyki. Jak ważne dla pani jest to wyróżnienie?

Nagroda przyznana przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich jest przede wszystkim dostrzeżeniem wagi tematu. Mam jednak wrażenie, że nagroda ważniejsza jest dla bohaterów występujących w moim filmie, bowiem przeżyli oni gehennę i nikt przez tyle lat nic o tych ludziach nie mówił. Premierę filmu „Kilof zamiast karabinu”, która odbyła się w katowickim Kinie Kosmos zorganizowałam przede wszystkim dla tych zapomnianych bohaterów. Zależało mi na tym, aby mogli oni poczuć się uhonorowani i żeby odczuli choć namiastkę docenienia wychodząc choćby na scenę kina i słysząc oklaski publiczności. Cieszę się, że w końcu ktoś ich zauważył, bo za każdy razem, jak tylko mówi się o tym filmie, to przypomina im się ta historia bólem i łzą malowana, która przez tyle lat była zapomniana. Z kolei dla reżysera filmu nagroda im. Janusza Kurtyki  za publikację o tematyce historycznej jest uhonorwaniem wielu miesięcy ciężkiej pracy, zatem jest to bardzo miłe zwłaszcza, że do konkursu w tej kategorii zgłoszono wiele innych filmów.

Rozmawiała Małgorzata Irena Skórska


dr Aleksandra Fudala-Barańska, autorka filmów dokumentalnych i reportaży w TVP3 Katowice, pracownik naukowy Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach (Katedra Dziennikarstwa Ekonomicznego i Nowych Mediów). Laureatka wielu  nagród i wyróżnień za swoją twórczość, m.in. na 37. Międzynarodowym Katolickim Festiwalu Filmów i Multimediów „KSF Niepokalana 2022”, 14. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Niepokorni Niezłomni Wyklęci w Gdyni. Za dokument „Kilof zamiast karabinu” otrzymała Nagrodę SDP im. Janusza Kurtyki przyznawaną za publikacje o tematyce historycznej.  

 

WALTER ALTERMANN: Picie i ojcowie czyli wina ojca idzie w syna

Państwo staje się współodpowiedzialne za rosnące spożycie alkoholu w Polsce. Niskie akcyzy, ogromna ilość sklepów z alkoholami. No i te makabryczne reklamy, nawołujące do picia – mogące w odruchu protestu estetycznego skłonić do… upicia się.

Rola ojca w wychowywaniu dzieci jest w Polsce od wieków pomniejszana. Wszystkie zasługi – począwszy od urody dzieci, po ich intelekt i charaktery – przywłaszczyły sobie matki. Tak jest, jeżeli z dziećmi wszystko jest dobrze, jeżeli jednak pojawiają się kłopoty z pociechami, to matki mówią najczęściej: „To właśnie ma po ojcu”.

Jest faktem, że większość ojców uchyla się od opiekowania się i wychowywania własnego potomstwa. Ale dzieje się tak, przy cichej aprobacie matek. Oficjalnie tego nie powiedzą, ale w sumie są zadowolone, że dziecko jest bardziej ich, niż ojca.

Naprawdę trudno jest spotkać ojca, który dla swych dzieci poświęciłby oglądanie meczu, przeglądanie głupot w internecie, czytanie książek a nawet spotkanie z koleżkami. Jakże się ucieszyłem, gdy niedawno w „Żabce” spotkałem jednak ojca doskonałego.

Ojciec doskonały

W leniwe sobotnie popołudnie stałem w niedużej kolejce w rzeczonej „Żabce”. Przede mną stał jegomość około 50-tki. Gdy doszedł do kasy poprosił o dziesięć piw. Nie podał marki piw, powiedział jedynie:

– 10 piw dla mnie.

Ekspedientka znała widać gust klienta, bo bez pytania o jakie piwo chodzi, zaczęła ustawiać na ladzie jakieś najtańsze „prawie piwo”. Ale też zaczęła z klientem rozmowę, w zażyłym i przyjaznym tonie.

– Wziąłby pan od razu skrzynkę, co będzie pan tak ciągle latał.

– E, to nie dla mnie. Dla syna biorę, koledzy do niego przyszli… – odparł mężczyzna.

– To pan musi chodzić? Niech sam lata po piwo.

– Ale jak? Nieletni jest przecież.

Ekspedientka zamilkła, ale nie wytrzymałem ja. I bez zastanowienia się nad przykrościami, które mogą mnie spotkać ze strony ojca doskonałego, bo on miał z 50 lat, a ja znacznie więcej – rzuciłem w przestrzeń około-ojcową:

– Nie wstydzi się pan?

Mężczyzna nie odpowiedział, wziął piwa i wyszedł.

W tej sprawie są dwa przeciwstawne bieguny. Jego ojcostwo i jego głupota. Jako opiekuńczy tatuś – sprawdził się. Jako idiota – udowodnił, że nic nie wie o rozpijaniu dzieci i młodzieży, i nie widzi swojej zbrodni. Bo nie wie jak to się zwykle kończy. A kończy się najczęściej alkoholizmem.

Przykład idzie z rodziny

Proste doświadczenie życiowe i wyrafinowana nauka są tutaj zgodne. Zachowań uczymy się w rodzinie. I jeżeli w rodzinie pali się i pije, to istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że dzieci też będą paliły i piły. Nie zawsze, ale w większości przypadków właśnie tak jest.

Znałem człowieka, który twierdził, że najważniejsze jest pouczanie pociech, mówienie im co złe, a co dobre. I zanudzał, zamęczał swoje dzieci dłuższymi umoralniającymi pogadankami. Próbowałem mu tłumaczyć, że dzieci swoje zachowania kopiują od rodziców, ale człowiek ów był uparty i dalej marudził.  Po latach okazało się, że dzieci tego moralisty są kopiami ojca. Łącznie z natrętnym marudzeniem o drogowskazach moralnych.

Zdarza się też, że jeżeli rodzina jest dysfunkcyjna, to dzieci szukają wzorców do naśladowania poza rodziną. I znajdują je najczęściej w telewizji.

Telewizja czyli nieograniczone propagowanie picia

Gdzieś tak po 22.00 z telewizorów naszych leją się hektolitry piwa. Bo wódki i wina reklamować nie można. Ostatnio dominuje typ reklamy, że do pełnego zadowolenia z życia trzeba się jednak napić piwa. I mamy dwóch, trzech lub czterech wesołych młodzieńców, którzy szykują się do oglądania w telewizji meczu, i t tym celu – najczęściej w sklepie sieci „Żabka” – kupują piwo.

Bywają też reklamy odwołujące się do ochrony przyrody, sugerujące, że nawet żubry piją. Najbardziej wkurza mnie jednak reklama, w której rozweselony tłumek Niby-Czechów reklamuje jedną z marek piwa, a Polak udający Czecha, niemiłosiernie kalecząc język południowych sąsiadów, zachwala inną markę. Zresztą ten aktor po polsku też mówi marnie. Reklamy piwa odwołują się też do góralszczyzny, a najchętniej do Janosika – że taki silny i męski. Zresztą jest to reklama – dodatkowo – bez sensu, bo Janosik był Słowakiem.

Zauważmy, że piwa nie reklamuje nikt smutny. Wszyscy występujący w tych reklamach są niebiańsko szczęśliwi. Z czego płynie jednoznaczna sugestia, że w celu osiągnięcia szczęśliwości doczesnej trzeba pić. Jeżeli nawet jest to prawdą, to raczej ukrywałbym taki wniosek. Bo wtedy stawiałoby to naszą klasę polityczną w fatalnym świetle.

Uważam, że reklamy piwa powinny zniknąć z tak zwanej „przestrzeni publicznej”. Bo piwo jest alkoholem. I jest to, po prostu, preludium, wstęp, uwertura, zapowiedź prawdziwego alkoholizmu. Zresztą taka jest droga wszystkich alkoholików – wszyscy oni zaczynali od pitego w nadmiarze piwa.

Jeżeli reklamy piwa miałyby jednak zostać, to może należałoby wprowadzić obowiązek, rodem z opakowań papierosów, i wtedy po reklamie właściwej należałoby pokazywać ofiary picia?

Jak to jest z piciem ostatnio

Niestety Polacy piją ostatnio coraz więcej. Wielkość wypijanej w Polsce wódki wróciła do roku 1993. Kosztem wina i piwa  – stwierdzają eksperci, bijąc na alarm.

Dane Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA), wcielonej od 2022 roku do Krajowego Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom, od lat pokazują, że szkodliwa konsumpcja alkoholu dotyczy 18,6 proc. Polaków.

Do częstszego picia alkoholu w okresie lockdownu, w porównaniu z okresem przed pandemią, przyznało się 15 proc. respondentów zbadanych przez SW Research w sierpniu br. Taki sam odsetek wskazał częstsze picie alkoholu obecnie w porównaniu z okresem pandemicznej izolacji. Badacze wskazują, że negatywne zachowania związane z piciem alkoholu utrwaliły się i są obserwowane również obecnie, jak tzw. binge drinking i rosnące spożycie napojów spirytusowych – informuje Polskie Radio

Zmienił się także model picia alkoholu – na bardziej ryzykowny. Porównując czas przed pandemią oraz okresy lockdownu można zauważyć wzrost odsetka respondentów deklarujących, że w czasie izolacji w ogóle nie sięgali po napoje alkoholowe (22 proc. vs. 16 proc. przed lockdownem). Obecnie do niepicia alkoholu przyznaje się 18 proc. respondentów, a więc deklarowana liczba abstynentów zmalała o 4 p.p.

Co dziesiąty badany przyznał, że obecnie z powodu picia alkoholu zaniedbuje swoje obowiązki – to więcej osób niż w pandemii (9,2 proc.) i zdecydowanie więcej niż przed 2020 rokiem (7,6 proc.). Zwiększyło się również zjawisko porannego picia alkoholu po intensywnym piciu poprzedniego dnia – przed pandemią takie sytuacje miały miejsce co najmniej raz w tygodniu w przypadku 6,3 proc. respondentów, obecnie przyznaje się do tego typu zachowań ponad 9 proc. badanych Polaków.

Jak piją w Europie

Spożycie alkoholu na mieszkańca Polski systematycznie rośnie na przestrzeni lat. Do konsumpcji zachęcają relatywnie niskie ceny trunków – w porównaniu z innymi krajami europejskimi. Sprawdziliśmy, jak inne kraje starają się wpłynąć na obniżenie spożycia alkoholu – napisano na portalu Polskiego Radia.

W większości państw europejskich alkohol może kupić osoba po 18. roku życia. W Luksemburgu może to zrobić 16-latek, na Cyprze i Malcie próg wynosi 17 lat, a w Austrii, Belgii, Niemczech, Danii oraz Szwecji wiek zależy od zawartości alkoholu w zakupionym produkcie. Poza ograniczeniami dotyczącymi wieku oraz godzin sprzedaży, stosuje się także regulacje dotyczące kampanii reklamowych oraz zakazu publicznego spożywania alkoholu.

Zakaz sprzedaży alkoholu w sklepach w godzinach nocnych przyczynił się do zmniejszenia o 9 proc. liczby osób młodych, które były hospitalizowane z powodu spożycia alkoholu w Badenii-Wirtembergii w Niemczech. Zakaz został wprowadzony przez lokalne władze w 2010 r. I dotyczył godzin od 22.00 do 05.00. Miał on istotny wpływ na redukcję hospitalizacji spowodowanych nadmiernym spożyciem alkoholu w grupie wiekowej do 24. roku życia.

Podobne ograniczenia obowiązują także w innych krajach UE: na Litwie w tygodniu można kupić alkohol tylko w godzinach 10.00 – 20.00, w Słowenii zakaz sprzedaży obowiązuje w godzinach 21.00 – 07.00, w Finlandii – 21.00 – 09.00, we Włoszech – 22.00 – 06.00, zaś w Hiszpanii od 22.00.

Spożycie alkoholu w Polsce

W latach 1993 – 2000 spożycie utrzymywało się na względnie stałym poziomie 6,5 – 7 l, jednak od początku XXI wieku zaczęło rosnąć. Najbardziej dynamiczny wzrost spożycia zanotowano w latach 2001-2008, w których konsumpcja alkoholu na 1 mieszkańca wzrosła aż o 45 proc. Rekordowo duże spożycie – 9,78 l 100-proc. alkoholu na 1 mieszkańca Polski miało miejsce przed pandemią w 2019 r.

Po nieznacznym spadku w 2020 r. (o 0,16 l), w 2021 r. spożycie ponownie wzrosło. Od lat 90. konsekwentnie wzrasta konsumpcja piwa – z 42,8 l na mieszkańca w 1996 r. do 92,7 l w 2021 r. (rekordowym rokiem był 2018, w którym przeciętny Polak wypił 100,5 l). Spożycie wina wzrasta od 2016 r. i w2021 r. wyniosło 6,7 l (kategoria wina i miody pitne).

Konsumpcja wyrobów spirytusowych powróciła w 2021 r. do poziomu z 1993 r. – na jednego mieszkańca przypadało wtedy 3,8 l. Patrząc ogólnie, od 20 lat spożycie mocnych alkoholi na jednego mieszkańca w Polsce stale wzrasta.

Ceny alkoholu

Alkohol w Polsce w 2021 r. był jednym z najtańszych w całej UE i kosztował o 9 proc. mniej niż wynosi średnia europejska, biorąc pod uwagę parytet siły nabywczej. Oznacza to, że tylko w pięciu państwach wspólnoty alkohol był tańszy niż w Polsce. Najdrożej jest w Finlandii, Irlandii oraz Szwecji – w tych państwach ceny alkoholu nie spadają poniżej poziomu 1,5 średnich cen dla UE.

Polska była 13. krajem w Europie pod względem wysokości akcyzy na alkohol 40-proc. Najwyższe stawki obowiązywały w Finlandii oraz Szwecji – odpowiednio 14,10 EUR oraz 13,80 EUR dla 700 ml napoju o zawartości 40 proc. alkoholu. Stawka w Polsce – 3,91 EUR – była najwyższa w regionie Europy Środkowej, ale mniejsza od akcyzy krajów bałtyckich, skandynawskich czy Wysp Brytyjskich. Najmniejszy podatek od alkoholu był w Bułgarii, w której wyniósł 1,57 EUR. Nieco wyższe stawki były w Rumunii – 2,10 EUR, Chorwacji – 2,22 EUR czy na Węgrzech – 2,59 EUR.

Propozycja

Ja wiem, że państwo nasze czerpie ze sprzedaży alkoholu bardzo duże profity. Ale tym samym, państwo staje się współodpowiedzialne za rosnące spożycie alkoholu w Polsce. Niskie akcyzy, ogromna ilość sklepów z alkoholami a tym samym łatwa ich – alkoholi – dostępność… No i te makabryczne reklamy, nawołujące do picia – mogące w odruchu protestu estetycznego skłonić do upicia się.

Za komuny mówiło się złośliwie, że będą podwyżki dla nauczycieli, bo zdrożał alkohol. To może jednak zlikwidować reklamy piwa i podwyższyć cenę alkoholi? Tym bardziej, że nauczyciele znowu się skarżą na niskie zarobki.

Z alkoholizmem w Polsce trzeba znowu walczyć serio. Bo koszty społeczne już znacznie przewyższają zyski z akcyzy. Naród ma być zadowolony, ale przecież nie z racji bycia po wpływem…