Z kolejnymi tematami tabu rozprawia się SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Zbawienne słowo „nie”

Czy możliwe jest dede? Albo co gorsze dedede? Ten tekst zapewne wywoła oburzenie, bo sprawy płci są za poważne, żeby traktować je lekko. Ludzie, którzy zmieniają płeć według wewnętrznego slangu przechodzą tranzycję, ludzie którzy zmieniają zmienioną płeć przechodzą detranzycję. Ile razy tak można? Nie wiadomo, wiadomo, że system zawodzi, a na system nacierają agresywni aktywiści LGBT.

Krzywda, czasem nie do naprawienia. Sprawa jest delikatna, wkracza w najintymniejsze obszary. Młody człowiek, dzieciak, uznaje, że jest raczej kobietą niż mężczyzną, którym się urodził. Tak chyba czuje, tak mu się wydaje, pewności nie ma. Przez Internet jako 14-latek nawiązuje kontakt z kobietą (chyba), która przysyła mu blokery, lekarstwa hamujące naturalne wytwarzanie testosteronu czyli dojrzewanie płciowe. Oczywiście to zabronione, ale co tam. Kobieta (chyba, choć ma bardzo niski głos i nikt jej nigdy nie widział) zaczyna wmawiać dzieciakowi, że tak naprawdę to on jest kobietą uwięzioną w ciele mężczyzny, i że płeć można zmienić (modne sformułowanie brzmi „uzgodnić”), dzieciak zaczyna w to wierzyć.

Po latach chłopak przyzna, że był i jest po prostu gejem, że podobają mu się inni faceci, i że cały proces prawny i farmakologiczny zmiany płci na żeńską, który przeszedł był nie dość, że niepotrzebny, to mocno szkodliwy. Czemu szkodliwy? Z wielu powodów, jeden z nich to skutki uboczne przyjmowania lekarstw, w tym niebezpiecznych hormonów żeńskich, które miały z niego zrobić i robiły w pewnym sensie kobietę. Chłopak w wieku 20 lat miał kości 80-latka. Rosły mu piersi (które potem musiał operacyjnie usunąć), miał poważne problemy z nastrojem, z wątrobą, uderzeniami gorąca, nocnymi potami, to w skrócie.

Zanim jednak do tego doszło powiedział o wszystkim mamie. Kiedy miał 15 lat to właśnie mama poszła z nim do poradni psychologicznej. Po serii testów diagnostycznych orzeczono, że Łukasz, bo tak naprawdę tak ma na imię nasz bohater, nie jest transseksualny i nie ma podstaw do zmiany płci. Więc co? Więc chłopak znalazł psychologa, który orzekł coś zupełnie przeciwnego, że jego płeć trzeba zmienić, przy czym ten specjalista żadnych testów nie robił, bo nie miał czasu. Nie żartuję. Jako biegły stwierdził na piśmie, że konieczna, niezwykle niezbędna jest zmiana płci. Z tym zaświadczeniem chłopak udał się do sądu. W zaświadczeniu napisano o szeregu testów, wywiadów i spotkań, tyle, że była to nieprawda. Lipne, ale ważne zaświadczenie dostał od psychiatry i seksuologa po kilku minutach rozmowy. Te zaświadczenia wydawane są taśmowo, żeby nie powiedzieć przemysłowo, na ich podstawie zmienia się całe życie. „Psychologowie wydają zaświadczenia o transseksualizmie na jednej wizycie online” – to słowa naszego bohatera, Łukasza z obszernego wywiadu jakiego udzielił „Gazecie Wyborczej”. Zmienił w końcu sądownie płeć, ale dwukrotnie odwołał operację usunięcia jąder. Na szczęście. Wcale nie czuł się dobrze jako kobieta. Po kilku latach w rozmowie z innym psychologiem uświadomił sobie, że zmiana płci była kompletną pomyłką. Próbował sprawę odwrócić, a swoimi doświadczeniami publicznie się podzielić ku przestrodze.

Tu dochodzimy do istoty sprawy. Dzielenie się przez Łukasza swoimi przeżyciami, doświadczeniami, wątpliwościami zostało przyjęte przez aktywistów LGBT za zdradę, a nawet transfobię, czyli nienawiść do transwestytów. Nie dość, że spadła na niego fala krytyki, nie dość, że zaczęto go publicznie ośmieszać nazywając „Ukaszkiem”, to zaczął też tracić zlecenia, bo ośmielił się wystąpić z otwartą przyłbicą. Krótko mówiąc „zniszczmy go” w imię tolerancji. Tymczasem sam Łukasz twierdzi, że ludzie borykający się z problemami dotyczącymi płciowości nie dość, że zasługują na troskę i szacunek, to przede wszystkim zasługują na prawdę, która może być jedynie owocem rzetelnej, pogłębionej diagnozy specjalistów, troski najbliższych i dojrzałej decyzji. Bez nich, bez podstawowej odpowiedzialności psychologów, psychiatrów, seksuologów, ale także sędziów zamiast pomagać można na całe życie zaszkodzić. Tragicznie zaszkodzić. Czasem najlepszą pomocą jest powiedzenie finalnie jednego prostego słowa: „Nie”. Po prostu nie.

Jak Pilecki uciekł z piekła Auschwitz – przypomina TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

Dokładnie 80 lat temu, w nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 r. Witold Pilecki uciekł z KL Auschwitz, do którego dobrowolnie trafił w 1940 r., aby zdobywać informacje o niemieckiej machinie zbrodni i docelowo – wyzwolić obóz.

To Witold Pilecki – a nie jak się czasem przyjmuje Jan Karski – jako pierwszy poinformował świat o niemieckim ludobójstwie. To on został po „wyzwoleniu” oskarżony przez komunistów o szpiegostwo, zamordowany i wyrzucony na śmietnik (kwatera „Ł” warszawskich Powązek Wojskowych).

Chyba najbardziej heroiczny rozdział życia Pileckiego – ten związany z Auschwitz – zaczął się na początku 1940 r. Wtedy (i jeszcze przez następne wojenne miesiące) polska konspiracja nie zdawała sobie sprawy, co to za miejsce, że to nie jeden z wielu obozów pracy, ale wielki kombinat zagłady, fabryka śmierci. Wyprzedzając trochę fakty podkreślić należy, że kiedy w październiku 1940 r. generał Stefan „Grot” Rowecki, przez zwolnionego więźnia, otrzymał pierwszy raport Witolda o sytuacji w obozie i wysłał go do Londynu, zarówno w Anglii jak i Ameryce informacje te zdawały się być grubo przesadzone.

Wracając do chronologii. Kiedy w pierwszych miesiącach 1940 r. organizację współzałożoną przez Pileckiego – Tajną Armię Polską – dotknęły aresztowania i część członków przewieziono do KL Auschwitz, na jednej z narad ustalono, że ktoś z kierownictwa organizacji dostanie się do obozu „w celu wysondowania możliwości uwolnienia niektórych więźniów, zdobycia materiałów dotyczących złego traktowania więźniów politycznych przez Niemców, zorganizowania podziemnej organizacji wewnątrz obozu. Do wykonania zadania zgłosił się ochotniczo por. Witold Pilecki” – pisze Kazimierz Malinowski w pracy „Tajna Armia Polska”.

Pilecki wspominał: „Mjr Jan Włodarkiewicz, pseudonim >Jan< [komendant TAP, późniejszy pierwszy komendant „Wachlarza”], gdy spotkał mnie z początkiem sierpnia 1940 r. powiedział: >No, spotkał ciebie zaszczyt, a twoje nazwisko wymieniłem u ‘Grota’, jako jedynego oficera, który tego dokona<”.

Witolda Pileckiego wybrano nieprzypadkowo. Miał wcześniej piękną kartę w służbie Ojczyźnie. Członek POW, obrońca Wilna przed Sowietami w 1920 r., ułan II Rzeczypospolitej, żołnierz września 1939 r. Teraz czekała go kolejna próba.

Witold Pilecki trafił do KL Auschwitz w nocy z 21 na 22 września 1940 r., w drugim transporcie warszawskim. Tak to zapamiętał: „Transport wtacza się na bocznicę kolejową w Oświęcimiu. Była noc. Wagony zostają otwarte. W świetle reflektorów za pomocą bicia pałkami opróżnia się wagony. Wokół stoją Niemcy w czarnych mundurach. Krzyki Niemców, jęki bitych i szczutych psami więźniów, strzelanina – wydawało mi się, że znalazłem się w samym piekle” – pisał po wojnie rotmistrz. Dopiero po ubeckich przesłuchaniach na Rakowieckiej zmienił zdanie: „Oświęcim przy tym to była igraszka”.

W Auschwitz Witold Pilecki (jako Tomasz Serafiński) stał się numerem 4859. Od pierwszych dni organizował bojową siatkę konspiracyjną, pod nazwą Związku Organizacji Wojskowej (ZOW). Wysyłał raporty do generała „Grota” Roweckiego, informując, że Auschwitz nie jest zwykłym miejscem odosobnienia, ale wielkim obozem zagłady. Możni tego świata nie chcieli uwierzyć…

Docelowym zadaniem ZOW było wyzwolenie obozu. Miało to nastąpić własnymi siłami (w końcu 1942 r. pion wojskowy organizacji liczył co najmniej kilkuset zaprzysiężonych konspiratorów, wyposażonych w broń wykradzioną ze zbrojowni SS) i dzięki pomocy z zewnątrz.

Po ponad 2,5 roku Pilecki był zagrożony dekonspiracją, ale przede wszystkim chciał osobiście poinformować Warszawę o konieczności wyzwolenia Auschwitz. Nie ratował własnej skóry, ale wciąż chciał ratować innych. Plan ucieczki z obozu opracował z dwoma więźniami: Janem Redzejem i Edwardem Ciesielskim. Po sfałszowaniu wielu dokumentów cała trójka otrzymała zgodę gestapo na pracę w obozowej piekarni poza terenem obozu – na nocnej zmianie.

Bramę z napisem „Arbeit macht frei” przekroczyli o godz. 18.30. Około godz. 2 w nocy, przy nieuwadze strażników, otworzyli żelazne drzwi podrobionym wcześniej kluczem, sforsowali je, a pilnujących ich SS-manów zabarykadowali od zewnątrz.

Wyruszyli wzdłuż Soły aż do ujścia do Wisły. Znalezioną przy brzegu łódką przedostali się na drugi brzeg. Noc spędzili zakopani w liściach. Rankiem ruszyli w kierunku Alwerni. Tu miejscowy ksiądz nakarmił ich i pomógł przekroczyć granicę Rzeszy i Generalnej Guberni. Szli przez Tyniec i okolice Wieliczki. 1 maja 1943 r. w Puszczy Niepołomickiej natknęli się na uzbrojonych Niemców. Pilecki został postrzelony w ramię, ale tak jak dwaj pozostali uciekinierzy zdołał ujść pogoni. Przedostali się do Bochni, a następnie do Nowego Wiśnicza. Tu Pilecki skontaktował się z oficerami AK, którym przedstawił swój plan ataku na KL Auschwitz. Zorganizowana przez niego obozowa konspiracja zbrojna miała otrzymać pomoc Armii Krajowej z zewnątrz. Dowództwo w Warszawie uznało jednak plan za zbyt ryzykowny.

Mimo to bohaterski rotmistrz wygrał walkę z niemieckim złem. Świetnie zorganizowanemu systemowi pomocy wielu więźniów, wcześniej towarzyszy niedoli Pileckiego, zawdzięczało zdrowie, a nawet życie. Powiedzmy wprost: to Pilecki chciał wyzwolić obóz, a Armia Czerwona tylko do niego, bez walki, wkroczyła. A dziś na świecie jako o wyzwolicielach Auschwitz mówi się o Sowietach, a nie o Pileckim.

Córka rotmistrza, Zofia Pilecka-Optułowicz, przed laty tak to skomentowała: „Słowo Auschwitz jest na ustach całego świata. Jednak nazwisko taty pada rzadko. Jest mi bardzo przykro z tego powodu.”

 

O postępującej degradacji twórców pisze STEFAN TUSZCZYŃSKI: Bez szacunku

Wczytuję się usilnie. Jednak potrzebne jest szkło powiększające. W końcu odczytuję: „FOT.NATHALANE/AFP/EASTNEWS”. Ukryte by się nie rzucało w oczy, że to obcy producent. A ten obcy godzi się na takie malutkie literki? To my już sami (tubylcy) nawet okładki gazety nie potrafimy zrobić? Okładki dotyczącej korupcji.

Rzecz tyczy „Gazety Wyborczej” z dnia 22-23 IV 2023. Właściwie kupiłem ją już 21-szego, czyli w piątek. Kupiłem jednocześnie nawet dwie GW – piątkową (ok!) i sobotnio-niedzielną. Tak, już w piątek! I to nie jest ok. To tak jakby zamiast jaja świeżego Agora sprzedała mi zbuka. Fuj! Redaktorzy w piątek smacznie sobie już chrapali i nie bacząc co się dzieje starocie wciskali.

Pamiętam Wyborczą z 1989 roku, gdy redagowano ją w przejętym baraczku przedszkola przy Czerskiej. Rozmawiałem wtedy z Panią redaktor Heleną Łuczywo. Kobietą ładną i energiczną. Teraz biznesem zarządza (a może nie zarządza) pulchniutki facet. I godzi się najwyraźniej na taki rytm pracy. Toż to zaprzeczenie dziennikarstwa, upadek obyczajów, czy też zwykła bieda i zgoda na oszczędności kolportażowe. Taniej będzie rozprowadzać pismo również na poniedziałek-wtorek właśnie już w piątki.

A wracając do tych mało czytelnych literek. To niestety robią i inni. Np. „Rzeczpospolita” imię i nazwisko wywiadowanego też drukują tak mikroskopijną czcionką, że bez lupy trudno odczytać. Wstydzi się autorów zapraszanych na łamy, a może oni się wstydzą gazety?

Panie Chrabota – Fikus, Łukasiewicz, Lisicki tego nie robili! Pamiętam Pana, gdy zaczynał Pan pracę w Warszawie po ucieczce z Królewskiego Miasta Krakowa. Tak się Pan dobrze zapowiadał. Nekrologi kosztują u Pana horrendalne sumy. Do sklepu, gdzie ciągle jeszcze kupuję codziennie gazety przychodzą 2-3 egzemplarze. I chyba nie można zwalać klęski wyłącznie na Internet. Dlaczego właściciel to toleruje? Jakby to nie jego był biznes.

Dziennikarze piszący przędą cienko. W wielu redakcjach płaci się za teksty grosze. Albo nawet w ogóle nie płaci się wierszówki. Toż to niewolnictwo, wyzysk bezkarny: chcecie w ogóle drukować – piszcie za darmo.

Znam redaktora – pisarza, który w oczach chudnie. Cień człowieka. Wkrótce zapewne zrobi miejsce młodszym. A i ci nie zarobią na podjęte kredyty, wczasy nad Red Sea, albo nawet na rower.

Ktoś powinien zająć się uposażeniem tych czarnoroboczych. Owszem politycznie usłużni mają się dobrze. Ale chyba powinno być zagwarantowane jakieś minimum dla dziennikarzy, reporterów, reportażystów. Dla tych, którzy ładują ten cały koks i drżą przed utratą etatu, chorobowego, a co za tym idzie emerytury w przyszłości. Litości ani troski nie ma. Ludzie od kultury brylują na ekranach. Wprawdzie małych, ale natrętnych. Jazdy limuzynami dłuższymi prawie niż autobusy – to ich ulubione zajęcie. Śmigają przez nasz piękny kraj bardzo często za szybko rozbijając samochody, bo przecież one nie ich.

Każdy lubi pląsy. Ale większość płaci za nie samemu. Tancerze, którzy z racji wieku nie kręcą piruetów niestety nie mają czym płacić. Nawet trudno zgadnąć za co żyją. Bo w ogóle emerytur nie mają. Przecież to zbrodnia. Eleganckie bractwo urzędnicze lubi na pewno balet. I mamy tu się czym pochwalić. Ale dlaczego ci, którzy na morderczy trening i zawodową pracę oddali najlepsze lata teraz zostali porzuceni, wygnani z raju jak Adam i Ewa. Przecież to okropne. Niestety nawet ci, którzy zajmują się zawodowo tańcem klasycznym – tzw. krytycy – też się sprawą emerytur dla tancerzy nie zajmują. Owszem mamy na ulicy Moliera w Warszawie piękny pomnik tancerki. Dzięki legendarnej mistrzyni i choreografki Bożenie Kociołkowskiej. Za kilka dni – 28 kwietnia o godzinie 12 – z okazji Międzynarodowego Dnia Tańca – tancerze tam się spotkają. Zapraszają. Można będzie złożyć wiązankę kwiatów. Przynajmniej tyle.

Śmiej się pajacu – ktoś to napisał. Ale raczej płakać należy nad marnością decydentów, którzy i tak na szczęście szybko rozpływają się w pamięci. To nie są artyści, to tylko chwilowo zarządzający pieniędzmi, które wypracowuje społeczeństwo. Ci, nieopatrznie wybrani, nawet gdy ładnie mówią – to tylko mówią. Tancerze, śpiewacy, aktorzy, pisarze, graficy i malarze, a nawet niektórzy dziennikarze to kwiat, ozdoba. Bez nich życie byłoby nie do zniesienia – nudne, paskudne.

Więcej szacunku (i pieniędzy też) dla twórców.

 

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosja tonie w oceanie donosów

W samej Rosji uznaje się już, że liczba donosów jest tak wielka, że ​​organy państwowe nie są w stanie sobie z nimi poradzić. Rekordzistka napisała 922 skargi na obywateli, którzy jej zdaniem nie są patriotami.

Niedawno moskiewski sąd ukarał emerytkę Olgę Sleginę grzywną w wysokości 40 tys. rubli z artykułu o „dyskredytowaniu” armii rosyjskiej – donosi „Memoriał”. Jak się okazało, 70-letnia Slegina omawiała sytuację na Ukrainie przy stole podczas obiadu w sanatorium, w którym wypoczywała. Zapytała sąsiada przy stole, a także kelnerkę, czy są za Rosją, czy za Ukrainą. W trakcie rozmowy kobieta stwierdziła, że ​​prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski to „przystojny młodzieniec z poczuciem humoru”.

Kilka dni później Slegina została poinformowana, iż ​​napisano przeciwko niej trzy donosy, w których zarzucono jej, że „chwali Zełenskiego”. Policja sporządziła protokół dotyczący tej sprawy i zabrała kobietę na komisariat. Podczas przesłuchania sprawdzono jej telefon, zapytano o związki z Ukrainą i poproszono o podpisanie protokołu. Slegina nie mogła przeczytać dokumentu ze względu na problemy ze wzrokiem, ale mimo to podpisała się tam, gdzie wskazała policja. Później okazało się, że jej słowa w protokole zostały zmienione, Slegina rzekomo krzyczała w jadalni „Chwała Ukrainie”.

Posiedzenie sądu trwało nie dłużej niż pięć minut – podał „Memoriał”. Sędzia odrzucił wniosek o przełożenie rozprawy ze względu na stan zdrowia siedemdziesięciolatki.

To jest odosobniony przypadek. Sympatyzujący z Ukrainą mieszkańcy Rosji i  terenów przez nią okupowanych są prześladowani za pomocą donosów. Znanym przykładem jest prorosyjski bloger Ołeksandr Talipow z Krymu publikujący na swoim kanale na Telegramie dane osobowe mieszkańców półwyspu, którzy wspierają Ukrainę. Na swoim koncie ma już setki internetowych donosów. W wyniku skarg Talipowa wiele osób poniosło odpowiedzialność administracyjną i karną za „dyskredytowanie” armii rosyjskiej.

Inna sprawa. W sieci księgarni w Sewastopolu pojawił się przetłumaczony na język rosyjski, znany w Europie i wydawany we Francji, komiks, który w formie rysunkowej przedstawia biografię Stalina.  Autor książki, Vincen Delma, zatytułował go „Stalin. Droga od seminarzysty do przywódcy narodu”. Konsultantem historycznym podczas powstawania książki był francuski historyk Nicolas Vert, który nazywa siebie znawcą stalinowskich represji i Gułagu. W latach 80. pracował w Rosji na stanowisku dyplomatycznym. Książka ukazała się po raz pierwszy we Francji w 2019 roku, a w 2021 została przetłumaczona na język rosyjski i wydana w Rosji przez wydawnictwo „Exmo”.

W Sewastopolu rozpętała się burza. Książkę nazwano „pracą pseudonaukową, która wypacza historię Rosji i zasługi Stalina”. Tekst opublikowany przez sewastopolskich dziennikarzy zaprzecza, jakoby Stalin prowadził politykę niszczenia „drobnej burżuazji” i nakazywał zesłanie na Syberię odnoszących sukcesy chłopów zwanych „kułakami”. W materiale zaprzeczono też faktom, że Stalin, zgodnie z polityką kolektywizacji, kazał odbierać jej przeciwnikom wszelką żywność. Autorzy donosu nazywają książkę nie tylko antystalinowską, ale antyrosyjską, chociaż nie ma w niej absolutnie rusofobii.

W samej Rosji uznaje się obecnie, że liczba donosów jest tak wielka, że ​​organy państwowe nie są już w stanie sobie z nimi poradzić. Dlatego deputowany do Dumy Państwowej Jewhen Markow wysłał list do Prokuratora Generalnego, w którym stwierdza, że ​​„nawałnica bezpodstawnych skarg paraliżuje pracę organów państwowych, administracji prezydenta.” Sugeruje, aby autorów donosów, zwłaszcza niepotwierdzonych, karać grzywnami.

Tak więc, według statystyk państwowych, Bank Centralny otrzymał w 2022 roku 368 tys. skarg — o 18% więcej niż w 2021 roku. Do Roskomnadzoru (organ odpowiedzialny za kontrolowanie mediów – przyp. red.) wpłynęło prawie 145 tys. skarg – o 25,5% więcej niż w analogicznym okresie 2021 roku. Ministerstwo Obrony Rosji otrzymało 624 tys. skarg. Do administracji prezydenta Rosji wpłynęło ponad milion skarg, czyli sześciokrotnie więcej niż przed rozpoczęciem specjalnej operacji wojskowej. Większość z nich nie została potwierdzona.

Donosy stają się coraz ciekawsze. Były inspektor Państwowej Inspekcji Ruchu, który w pracy miał żółte auto z niebieskim migającym światłem, na pamiątkę służby postanowił pomalować ogrodzenie w te kolory. Ale sąsiad, widząc niebiesko-żółte ogrodzenie, napisał na niego donos, w którym zauważył, że to kolory ukraińskiej flagi i że mężczyzna w ten sposób popiera kijowski „reżim”.  Nie zraził się tym, że jego skarga została uznana za nieuzasadnioną, złożył kolejnych 30 domagając się postawienia sąsiadowi zarzutów karnych.

Nawet deputowani uważają za swój obowiązek pisanie donosów. Na przykład Witalij Borodin, który jest odpowiedzialny za kulturę, w ciągu kilku tygodni zdołał założyć donosy na znanych artystów – Siemiona Slepakowa, Dianę Arbeninę, Walerego Meladze, Danyło Kozłowskiego, Liję Akedżakow, Ałłę Pugaczową i innych.

Rekordzistką liczby donosów została Rosjanka, której nazwiska media nie wymieniają. Napisała 922 donosy na obywateli, którzy jej zdaniem nie są patriotami Rosji. Zauważono, że kobieta spędza 20 godzin dziennie na poszukiwaniu „wrogów Rosji” w sieciach społecznościowych. Swoją działalność tłumaczyła tym, że „nie chce płacić reparacji, jeśli Rosja przegra wojnę”, dlatego pisze donosy w trybie „dwa w dwa dni”. Jak zwracają uwagę rosyjscy politycy, nie da się jej powstrzymać, bo rzekomo „korzysta z konstytucyjnego prawa do odwołania się do organów państwowych”.

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Wspomnienia – ludzie telewizji

Umierają ludzie – lepsi, gorsi. Ale jeśli życie przepracowali gdzieś u kogoś, albo – lepiej – dla kogoś, to taki pracodawca, właściciel, reprezentant właściciela powinien przyzwoicie się zachować. Może to być krótki nekrolog, lepiej – wspomnienie o człowieku a najlepiej jakieś pieniądze dla rodziny.

W wieku 91 lat zmarł znakomity, wieloletni dźwiękowiec TVP Włodzimierz Wojtyś. Pamiętali filmowcy zamieścili nekrolog. A przecież to dla telewizji z Woronicza i z Placu Powstańców Warszawy w piątek, świątek i niedzielę, w słotę i deszcz przez co najmniej pół wieku zasuwał Wojtyś – kiedyś z ciężkim pudłem Nagry i Kudelskiego. Jeździłem z nim na zdjęcia. Nigdy nie był zmęczony, humorzasty, nigdy roboty nie spieprzył. Fachowiec. I to uśmiechnięty. Powszechnie lubiany. I jeszcze do tego świetnie grał w tenisa.

Zmarł także ostatnio redaktor Adam Bronikowski. Wielu widzów TV go lubiło i ceniło. Nadawał wprawdzie w innych czasach. Pisano mu, lub uważnie czytano to co miał powiedzieć na wizji. Ale dotyczyło to – w telewizji państwowej – wszystkich. A innej nie było. Oczywiście jak każdy wówczas pracował w medium partyjnym, bo takie ono było, dobrowolnie. Ale wiadomo było jak zakończył się październik ’56, marzec ’68, grudzień ’70. A w sierpień ’80 wierzyli nieliczni.

Bronikowski był i pracował, myślę, że najlepiej jak się dało, władzy słuchać musiał ale się do niej nie łasił . Oto – robotnik mediów. Te najważniejsze, wszędzie i zawsze krótko trzymane są za pysk. prywatne mogą sobie pozwolić na więcej. Ale nie zawsze z tego korzystają.

Redaktor był zdolny, pracowity i – że tak powiem skuteczny rodzinnie. Dochował się syna, Marcina Bronikowskiego, wielkiego artysty, śpiewaka, barytona, który teraz święci tryumfy na scenach operowych całego świata.

 

 

WALTER ALTERMANN: Polska sztuczna inteligencja – nasz sukces

Od dawna podejrzewałem, ale już mam pewność. Nie czekając na prace Zachodu, po cichu opracowaliśmy i wdrożyliśmy do użytku sztuczną inteligencję. Na razie działa w naszych programach telewizyjnych, ale niebawem jej skutków doświadczymy wszędzie. 

Oto oglądam sobie na Discovery audycję historyczną, a właściwie najpierw czytam informację o programie. I tak ją stacje reklamuje i informuje o niej: „Zgłębiając przeszłość. Serial dokumentalny USA. Człowiek urodzony w 1887 roku przewidział wielka depresję i II wojnę światową…”

Już mamy to cudo

Ponieważ o wielkiej depresji jeszcze nie słyszałem, obejrzałem ową audycję. I okazało się, że chodziło o wielki kryzys, który zaczął się w 1929 roku, a trwał do 1933 roku. Zacząłem się zastanawiać kto to napisał… I wyszło mi że musiała ten tekst stworzyć właśnie nasza polska, rodzima sztuczna inteligencja. Potem – w wyniku głębszego jeszcze zastanawiania się – doszedłem do wniosku, że jest to iście epokowy wynalazek – prosty, ale skuteczny. Jak działa to cudo techniki? Normalnie, wystarczy wziąć niedouka, dać mu angielski tekst i niech tłumaczy. Ponieważ osobnik zna słabo angielski to tłumaczy jak automat, albo wprost z Wikipedii.

Dlaczego uważam, że niedouk jest konieczny do działania polskiej sztucznej inteligencji? Z dwu powodów – dobrze wykształcony człowiek chciałby zarabiać więcej i zastanawiałby się o co chodzi. A niedouk jest szybki, godzi się na marną płacę, nic nie wie i skutkiem tego nad niczym się nie zastanawia.

Rozstrzyganie

W TVP, dnia 11.04.2023 roku, w programie „Tajemnice początków Polski”, a więc audycji historycznej, pewien prawdziwy naukowiec, bo miał przed nazwiskiem prof. dr hab. powiedział: „Na tych zgromadzeniach rozstrzygano o sprawach wspólnoty plemiennej”.

Niby komunikat dotarł, ale kulawo. Zauważmy, że rozstrzyganie nie jest tożsame składniowo z podejmowaniem decyzji. Poprawnie byłoby powiedzieć, że na wiecach plemiennych podejmowano decyzje istotne dla wspólnoty.

Niestety z biegiem dziesięcioleci utożsamiliśmy sobie dyskusjęrozstrzyganiem.

Co podkreśla profesor

17 kwietnia w TVP Info wystąpił kolejny raz prof. dr hab. Henryk Domański. Nie mnie osądzać jego poglądy, ale jego lapsus – jak na profesora – był zaskakujący. Otóż powiedział tak: „Warto o tym podkreślać…”

Podkreślać można coś, ale nie można podkreślać o. Piszę o tych nieszczęsny problemach składniowych profesorów, bo jest to niepokojące – skoro tak mówią profesorowie, to jak mówią studenci? Strach się bać czasów, kiedy ci magistrowie – od tych profesorów – wejdą w nasze społeczne życie.

Może się czepiam, ale już tak mam, że nie bardzo wierzą specjalistom, nie wierzę w ich diagnozy i opinie, gdy formułują je tak marnie.

Inspirowanie pana posła

Ostatnio pewien poseł – nazwisko pominę, żeby ani nie podwyższać, ani nie obniżać jego szans w nadchodzących wyborach – zajmuje się amatorsko malarstwem. Bardzo to chwalebne i relaksujące hobby, nic tylko przyklasnąć. Niestety ostatnio w jednej z telewizji poseł zaczął mówić o swoim malarstwie. I tu zaczęły się schody. Poseł powiedział bowiem tak: „Nie inspiruję się w moim malarstwie żadnymi używkami i dlatego mam kreskę prostą, równą i zdecydowaną, a wiem, że wielu malarzy inspirowało się alkoholem i jeszcze gorszymi środkami. I dlatego ich obrazy są takie dziwne”.

Wyjaśnijmy więc, że pojęcie inspiracji ma swoje źródło w łacinie i oznacza natchnienie, zapał twórczy. Inspiracja zawiera rdzeń wywodzący się od łacińskiego spiritus, oznaczającego ducha, tchnienie, a także powiew i wiatr. Inspiratio oznaczać może także natchnienie i oświecenie. A czasownik inspiro, inspirare znaczy m. in.: dąć, dmuchać, rozdmuchać, tchnąć, natchnąć. Przypomnijmy, że w opisie stworzenia człowieka z Księgi Rodzaju Wulgata posługuje się czasownikiem inspiro dla oddania ożywienia człowieka i stworzenia jego duszy.

Tak więc wyjaśnijmy, że owszem wielu twórców było „pod wpływem” alkoholu i narkotyków– jak Witkacy – ale też nie byli „inspirowani” alkoholem lub narkotykami. Inspirować mogą antyczne muzy, żona, kochanka, miłość a nawet filozofia. A zatem – to, że poseł przed malowaniem nie pije jest cenne, bo przy dużej pasji łatwo byłoby mu popaść w uzależnienie.

Zwycięstwo nie jedno ma imię

„Muszą zwyciężyć ten mecz” – mówi sprawozdawca sportowy meczu w Canal+. I mamy kolejny kłopot ze sprawozdawcami sportowymi. Błąd jest częsty, ale nie może być pobłażania dla „recydywy”. Zatem wyjaśnijmy.

Zwyciężyć można w meczu, ale sam mecz można wygrać, przegrać lub zremisować. Tym samym sprawozdawca powinien powiedzieć: „Muszą wygrać ten mecz” lub „Muszą zwyciężyć w tym meczu”.

Niestety ludziom mylą się dwa czasowniki, podobne, ale różne: zwyciężać i wygrywać. Zwyciężać można przeciwnika, ale można też z nim wygrać. Natomiast mecz, nie posiadając cech człowieczych, wymaga innej składni. Mecz można wygrać, można w meczu zwyciężyć.

Powtarzamy – co?

Sprawozdawca meczu piłkarskiego mówi: „Powtarzamy o jego szczęściu…”. Chodziło o to, że jakiś zawodnik znowu miał szczęście i piłka nie wpadła do bramki.

Błąd sprawozdawcy polegał na tym, że zapomniał powiedzieć; co powtarza. A przecież można potarzać czynności, działania, błędy, zdania – nie tylko opinie czy spostrzeżenia. Ale tak to już jest, że chcą nadążyć za akcja sprawozdawcy sportowi skracają, co się da.

 

49 metod śledczych Chimczaka. TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o kacie więźniów Mokotowa

21 kwietnia 1956 r. Sąd Najwyższy uchylił wyrok śmierci wydany cztery lata wcześniej na Kazimierza Moczarskiego, szefa Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK, uczestnika Powstania Warszawskiego. Trzy dni później Moczarski został zwolniony z więzienia we Wronkach. Podczas śledztwa, które toczyło się w katowni UB przy ul. Rakowieckiej 37 w Warszawie, Moczarski był torturowany. 49 metod śledczych stosował na nim Eugeniusz Chimczak.

Kazimierz Moczarski te wszystkie okrucieństwa ujawnił w słynnej książce „Rozmowy z katem” – zapisie jego rozmów z Juergenem Stroopem, katem getta warszawskiego. Oprawca Moczarskiego był też znanym katem wielu innych więźniów Mokotowa, komunistycznym sadystą, bestią. Chimczak był głównym śledczym rtm Witolda Pileckiego i jego wywiadowców. Rotmistrz przed śmiercią 25 maja 1948 r. wypowiedział słynne słowa: „Mnie tu wykończyli. Oświęcim przy tym to była igraszka”. To przede wszystkim „zasługa” Chimczaka.

Eugeniusz Chimczak, urodzony w 1921 r., ukończył Centralną Szkołę Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi. Najpierw był śledczym UB w Tomaszowie Lubelskim, potem pułkownikiem w warszawskiej centrali, w bezpiece „służył” aż do… 1984 r. Do końca życia mieszkał niedaleko miejsca pracy – ul. Madalińskiego sąsiaduje z Rakowiecką.

„Nie widziałem, nie słyszałem”

Przesłuchiwany w III RP przez prokuratora, Eugeniusz Chimczak zeznawał: „O tym, w co był zamieszany Pilecki mogłem się zorientować z wyjaśnień, jakie mi złożył. (…) Moich zwierzchników interesowały wyjątkowo „sprawy szpiegowskie” a sprawa Pileckiego do takich została zaliczona”.

Pytany o stosowanie przymusu fizycznego i psychicznego w śledztwie pozwalał sobie nawet na dowcipy: „nie widziałem żadnych obrażeń na ciele przesłuchiwanych i o nich nie słyszałem. (…) Owszem, zostałem przez Tadeusza Płużańskiego oskarżony o znęcanie się nad nim w czasie przesłuchań, ale to nieprawda”.

Niestety, Eugeniusz Chimczak torturował w czasie przesłuchań mojego Ojca.

„Zmęczenie”

Chimczak mówił również, że nie miał żadnego wpływu na czas i charakter przesłuchań, bo wypełniał jedynie polecenia przełożonych. Przy okazji ujawniał jednak mechanizmy śledztwa: „Zawsze sporządzałem protokół przesłuchania, nawet, gdy podejrzany nie chciał wyjaśniać”. O co chodzi? Śledczy w protokole pisał, co chciał, nawet, gdy przesłuchiwany nie dał się złamać biciem.

Chimczak żalił się, że pracę miał ciężką, że przesłuchiwał od rana (8-9) do godzin popołudniowych (15-16), potem miał trzy-cztery godziny przerwy (aresztowani nie mieli takiego luksusu) i znowu, do 24.

8 sierpnia 1947 r. Chimczak wystąpił z wnioskiem o przedłużenie tymczasowego aresztowania wobec Pileckiego. Po co? Tu odpowiedź też jest prosta: aby mieć więcej czasu na bicie. Wniosek podpisał mjr (potem ppłk) Mieczysław Dytry z Naczelnej Prokuratury Wojskowej (przedwojenny prawnik na służbie komunistów).

Podczas procesu Pilecki stwierdził: „protokoły podpisywałem przeważnie nie czytając ich, bo byłem wówczas bardzo zmęczony”. Stwierdził tak, gdyż sala sądowa też była wypełniona „śledziami”, ale nie trzeba chyba wyjaśniać, co to „zmęczenie” oznaczało i z czego wynikało. Podobnie wypowiadał się przed sądem mój Ojciec.

Zły stan zdrowia

A tak Tato wspominał Chimczaka: „Metody miał szczególne. Kiedy bicie nie skutkowało, krzyczał: „My wiemy, że masz twardą d…, ale w celi obok jest twoja żona, z której wszystko wybijemy”.

Ponownie Ojciec spotkał Chimczaka w latach 70. na warszawskim Nowym Świecie: „Mogłem mu tylko napluć w twarz, ale tego nie zrobiłem. Nawet na to nie zasłużył”.

A tak Ojciec tłumaczył, dlaczego nie poszedł na proces „swojego” śledczego, kiedy ten był sądzony w połowie lat 90. ubiegłego wieku razem z Adamem Humerem: „Teraz miałbym go znowu oglądać? Podczas procesu ofiary musiały się tłumaczyć, przekonywać, że były bite”. Odczytano zeznania Ojca złożone w śledztwie.

Wspomniany proces zakończył się dla Chimczaka (w 1996 r.) wyrokiem siedmiu i pół roku więzienia, ale za kratki „ze względu na stan zdrowia” – podobnie jak większość sądzonych wówczas ubeków – nie trafił.

Cmentarz Północny w Warszawie

Eugeniusz Chimczak zmarł w październiku 2012 r. Chory – oczywiście na sprawiedliwość – pozostawał jak łatwo policzyć 16 lat. Gdy dowiedziałem się o terminie pogrzebu, pojechałem na Cmentarz Północny w Warszawie, żeby pożegnać go w imieniu swoim, a przede wszystkim Ojca. Żeby zobaczyć też, w jaki sposób ten komunistyczny zbrodniarz będzie chowany. Czy podobnie, jak zbrodniarze niemieccy, którzy na ogół nie odchodzili w chwale, bo tamten system – brunatny totalitaryzm – został jednak w jakiejś mierze potępiony i rozliczony. Czy na pogrzeb przyjdą koledzy Chimczaka z bezpieczeństwa.

Ale rodzina, najwyraźniej ze strachu, że ktoś „zakłóci uroczystość”, w ostatniej chwili przełożyła pochówek o pół godziny. Zrezygnowała też z oprawy muzycznej i laudacji. Chimczakowie przemknęli boczną bramą od razu do grobu, bez zamówionej wcześniej uroczystości w domu pogrzebowym. W spokoju pochowali kochanego męża, ojca i dziadka.

„Syn bandyty”

Wobec zmiany godziny uroczystości, spotkałem ich, gdy już wychodzili z cmentarza. Zdecydowałem się podejść. W grupce – jak się potem okazało – była żona, córka i jeszcze kilka osób. Spytałem, czy wiedzą, co pan Eugeniusz robił po wojnie? Jak się z tym czują? Starsza pani przyjrzała się mi i bez cienia emocji odpowiedziała: „Nie interesuje mnie, kim pan jest, ale skoro pan zadaje takie pytanie, musi być pan synem jakiegoś bandyty, a my z takimi bandytami robiliśmy po wojnie porządek”.

Czyli rodzina świetnie wiedziała, co Chimczak robił po wojnie, ale nie robiło to na nich żadnego wrażenia. Nie mieli żadnego dyskomfortu, nie mówiąc o poczuciu winy czy skruchy. Zresztą nigdy w rozmowach ze mną żaden stalinowiec, czy jego rodzina, nie przeprosili za zbrodnie. Nie przeprosili przede wszystkim rodzin ofiar. Czuli się całkowicie bezkarni i wręcz przekonani, że działali w lepszej sprawie. Uważali siebie za bohaterów.

Potem sprawdziłem, dlaczego Stanisława Chimczak powiedziała: „robiliśmy porządek”, w liczbie mnogiej. Ona też pracowała w bezpiece.

CEZARY KRYSZTOPA: O tym jest cicho. A powinno być głośno

Znowu „młodzież miała być stracona”. I znowu nie jest. Mówi się, że „młodość ma swoje prawa”, że „musi się wyszumieć”. Pewnie, niech szumi, byle szkody nie były nieodwracalne. Innym prawem młodości jest prawo do buntu. Naturalnego procesu budowania własnej tożsamości poprzez kwestionowanie zastanych autorytetów. Pod warunkiem, że naturalnego, bo mam wrażenie, że kiedy my się buntowaliśmy, to ze wszystkimi głupotami naszego buntu, byliśmy jednak w tym autentyczni i dość samodzielni. Teraz kolorowe automaty z gotowym „buntem” stoją na każdym rogu. Można sobie z nich wybrać „bunty” poprawne politycznie i zatwierdzone przez wszechmogącą, często obrzydliwie bogatą „radę starszych”, ładnie opakowane i pozwalające żyć przekonaniem o byciu „buntownikiem”, będąc jednocześnie bateryjką we wszechogarniającym Matriksie.

Kiedyś powtarzanym do wyświechtania truizmem było „bądź sobą”. Wydawało się, że to zawołanie, z całą swoją jałowością, będzie już z nami do chwili pochłonięcia Ziemi przez umierające Słońce. A jednak dzisiaj największą ambicją młodych ludzi zdaje się być „bądź kimkolwiek, byle nie sobą, wykastruj się, przemaluj, udawaj kogoś innego”. Szybko poszło. Nic dziwnego, że oglądając tłumy bezmyślnych „julek” podczas Strajku Kobiet i przewijające się przez sieć obrazy chłopaków „zdradzających tajniki makijażu”, można popaść w depresje, zadać sobie pytanie „kto tym dzieciakom to zrobił?”, lub nawet dojść do wniosku, że mamy całe stracone pokolenie.

To nieprawda

Tyle, że to nieprawda. A przynajmniej tak twierdzi niemiecka Konrad Adenauer Stiftung (Fundacja Konrada Adenauera), która przeprowadziła w tym zakresie ciekawe badania. A trudno ją uznać za „element pisowskiej, prawackiej, czy polackiej propagandy”.

We wnioskach z przeprowadzonego badania napisano, że młodzi Polacy (18-30 lat) nie definiują swojej tożsamości politycznej na osi lewica-prawica. Zupełnie mnie to nie dziwi, a wręcz wydaje się zupełnie naturalne. Nawet łatwość „przeskakiwania” z elektoratu Razem do elektoratu Konfederacji, o której mówią eksperci, mnie nie dziwi, to oczywiste, że w wieku, w którym decydujemy o kształcie naszych światopoglądów, te są jeszcze amorficzne i często wewnętrznie sprzeczne. Inne dane natomiast powodują opad szczęki.

Otóż według danych niemieckiej fundacji 59,8% młodych Polaków nie zgadza się z postulatem liberalizacji prawa aborcyjnego. Pośród młodych Polek ten odsetek jest jeszcze wyższy i wynosi 63,3%! Prawie dwie trzecie młodych Polek rozumie, że aborcja nie jest „prawem człowieka” tylko zabijaniem człowieka. Jesteście w szoku? Bo ja tak? Dziesiątki lat propagandy jak krew w piach.

Słuchajcie dalej – 82,6 % młodych Polaków, według niemieckiej fundacji, wyraża sprzeciw wobec propozycji przystąpienia Polski do strefy euro. Miażdżąca większość. Ręka do góry kto się tego spodziewał. Mało? To jeszcze dorzucę, że 85,9 % młodych Polaków pozytywnie ocenia postulat zwiększenia wydatków na obronność. 64 % popiera program 500+.

Proszę ja Was, jeśli te badania nie są elementem jakiegoś tajnego spisku, to mamy bardzo rozsądne młode pokolenie.

Żeby nie było za słodko

Żeby nie było za słodko, warto dodać, że to samo młode pokolenie w 59,7 % popiera finansowanie z budżetu państwa in vitro i antykoncepcji, a w 79,3 % zgadza się ze stwierdzeniem, że rząd powinien podjąć zdecydowane kroki w walce z kryzysem klimatycznym (tak jakby już dotychczasowe nie były gospodarczym samobójstwem). Ale jakoś tak mi się zdaje, że są to kwestie, w których młodzi Polacy nie otrzymują atrakcyjnej kontroferty. Np. trudno im się dziwić, że nie rozumieją, że in vitro to nie jest „leczenie bezpłodności”, bo nikt po tym „leczeniu” nie staje się płodny, ale zawiera element dehumanizacyjny i wiąże się z „wyrzucaniem do śmieci” ludzkich zarodków. Ta kwestia nie jest tak eksploatowana w debacie publicznej jak np. kwestia aborcji, gdzie młodzi ludzie, trochę „poza systemem”, ale otrzymują szeroką kontrpropozycję ideową. Trudno im się też dziwić, że słuchają zawodzenia klimatycznego mzimu, skoro w zasadzie brakuje światopoglądowej alternatywy.

Gratulacje

Tak czy siak, muszę Wam powiedzieć, że po zapoznaniu się z tymi danymi jestem w szoku. Mnie również wydawało się, że „julkizm” jest zaraźliwy i nieuleczalny. Jeśli jednak te informacje są prawdziwe, prawdopodobnie jak wielu, uległem złudzeniu wywołanemu przez krzykliwą, ale chyba mniejszość. W tej sytuacji ważne, żeby środowiska konserwatywne nie wpadły w samozadowolenie, bo to jest zapewne przyczyna porażki środowisk progresywnych, tylko doszły do wniosku, że mozolna praca u podstaw ma sens. Trzeba starać się zrozumieć język młodych ludzi i trzeba usiłować mówić do nich językiem przez nich zrozumiałem o ważnych sprawach. Pracy jest na lata, na dziesiątki lat.

I taka ciekawostka na koniec. Konrad Adenauer Stiftung finansuje Campus Polska Rafała Trzaskowskiego i Platformy Obywatelskiej. Campus Polska, który, jeśli dobrze rozumiem ideę, ma kształtować postawy światopoglądowe młodych ludzi. No i jeżeli tak ukształtował, to ja chciałbym z tego miejsca serdecznie pogratulować.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosyjska propaganda wieszczy koniec Unii Europejskiej

Jednym z tematów, który chętnie „nakręcają” rosyjscy propagandyści jest rychły rozpad Unii Europejskiej.

Jakieś czas temu serwis bukmacherski OddsChecker podzielił się przewidywaniami, który kraj jako pierwszy w niedalekiej przyszłości pójdzie w ślady Wielkiej Brytanii i oficjalnie opuści Unię Europejską. Według tych danych, których autentyczności trudno oczywiście potwierdzić, największe szanse na wyjście z UE mają Włochy, a następnie Grecja. Na trzecim miejscu bukmacherzy postawili na… Polskę. Jak zauważają krymskie media, „szanse Warszawy na wyjście z Unii Europejskiej ocenia się na siedem do jednego, czyli około 14 proc. Bruksela wielokrotnie krytykowała Warszawę za tłumienie wolności słowa i praw mniejszości seksualnych, a rola regionalnego lidera w kryzysie ukraińskim sprawiła, że ​​polskie władze stały się bardziej agresywne w stosunkach z urzędnikami UE”.

Co kryje się za tym faktem? Rosja nieustannie przeprowadza w Europie swoje operacje dezinformacyjne. Jest kilka tematów, które nieustannie „nakręca”, choć powszechnie wiadomo, że mają one niewiele wspólnego z prawdą. Jeden z nich to określanie NATO jako bloku agresywnego, ale bezsilnego, który tak naprawdę nie jest w stanie nikogo obronić. Drugim tematem jest upadek Unii Europejskiej. Rosyjscy propagandyści wyszukują lub sami inicjują najdrobniejsze przejawy eurosceptycyzmu i nadmuchują je do wielkiej skali. Wykorzystują do tego różne publikacje, refleksje, czy analizy w mediach, które są następnie przekazywane jako dominujące stanowisko polityczne.

Rosja pokazuje eurosceptycyzm jako większościowy nurt polityczny w krajach Unii Europejskiej. Uważa, że nad wyjściem z Unii Europejskiej, poza trzema wymienionymi wcześniej krajami, zastanawiają się Francja, Austria, Czechy, Słowenia, Chorwacja i inne.

Rosyjscy propagandyści piszą: „Eurosceptycyzm szybko zyskuje popularność w polityce europejskiej. Brexit może okazać się puszką Pandory dla Unii Europejskiej, ponieważ coraz więcej partii politycznych poważnie rozważa możliwość opuszczenia UE”. Jest to jawne oszustwo. Być może rosyjskim propagandystom udało się za pomocą pieniędzy lub innych świadczeń zainicjować takie myślenie w jednej lub dwóch marginalnych i mało wpływowych partiach, ale to wcale nie oznacza, że taki jest główny nurt polityczny Europy.

Oczywiście istnieją różne problemy i trudności we współpracy krajów europejskich, ale nie mają one charakteru katastroficznego, jak piszą o tym Rosjanie. Głosili oni na przykład następującą tezę: „Wiara wielu państw europejskich w konieczność Unii Europejskiej została ostatnio zachwiana w wyniku serii kryzysów gospodarczych, utraty kontroli legislacyjnej i problemów z imigracją. Z wielu europejskich stolic coraz częściej dochodzą głosy, że Bruksela nadużywa swoich uprawnień, a niektórzy oskarżają nawet UE o korupcję”.

Tak, istnieją takie problemy, ale nic nie wskazuje, aby miałyby one doprowadzić do rozpadu Unii Europejskiej. Poza tym to drobiazgi, w porównaniu z problemami, sprzecznościami i katastrofalnymi perspektywami, które są w Rosji. Ten kraj ma największą na świecie korupcję, masę różnych kryzysów gospodarczych, masę problemów demograficznych, a ich skala jest wielokrotnie większa niż europejskich trudności. Lepiej byłoby więc, aby Rosja patrzyła na siebie, a nie zerkała zza europejski płot.

Unia Europejska jest oczywiście dużą i złożoną strukturą, która ma zarówno zalety, jak i wady. Ale tych pierwszych jest z pewnością więcej, dlatego wciąż są kraje, które starają się o dołączenie do wspólnoty.

 

Pielgrzymi na motocyklach – relacja TERESY KACZOROWSKIEJ z jubileuszowego zlotu na Jasnej Górze

Radośnie, widowiskowo, w słońcu i z modlitwą rozpoczęli motocykliści swój nowy sezon. Do Częstochowy w pierwszy powielkanocny weekend, 15-16 kwietnia 2023 r., zjechało ok. 40 tys. motocyklistów, nie tylko z Polski. Był to jubileuszowy XX Motocyklowy Zlot Gwiaździsty im. ks. Zdzisława Peszkowskiego.

Organizatorem Zlotów na Jasnej Górze jest Stowarzyszenie Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński. Pierwszy Zlot odbył się w 2004 r., z inicjatywy komandora śp. Wiktora Węgrzyna. Chciał on podziękować patronce Polski za uratowanie życia w groźnym wypadku motocyklowym.

– Złożył wtedy Matce Boskiej Częstochowskiej wotum wdzięczności, w towarzystwie 60 motocyklistów. Potem Zloty rozwinęły się błyskawicznie. Dziś na jubileuszowy XX Zlot przybyło ponad 40 tys. motocyklistów, osiągnęliśmy więc wynik lepszy niż przed pandemią – opowiada na Jasnej Górze wiceprezes Stowarzyszenia Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński Mirosław Wenglorz, motocyklista z Cieszyna.

Inicjatorem Wiktor Węgrzyn

Wiktor Węgrzyn to pomysłodawca Międzynarodowych Motocyklowych Rajdach Katyńskich, które trwają od 2001 r. W latach 70. wyemigrował on z Warszawy do Stanów Zjednoczonych i po obaleniu komunizmu zapragnął w ciekawy sposób przypomnieć zbrodnię katyńską, do dziś bez sądu i kary. W młodości był pasjonatem jazdy motocyklem, pomyślał więc, że pielgrzymi na stalowych rumach mogą to zrobić widowiskowo. Kupił więc motocykl (hondę shadow 750) i razem z Jackiem Kawczyńskim, przyjacielem z Chicago, który też kupił identyczną hondę, rozkręcili motocyklowe patriotyczne eskapady. Do tego stopnia, że kilka lat później, Wiktor Węgrzyn nabył mieszkanie na Krzywym Kole w Warszawie, założył Stowarzyszenie Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński i razem z kapelanem Rodzin Katyńskich ks. Zdzisławem Peszkowskim, przy pomocy polskich motocyklistów, zaczęli z Warszawy organizować pokojowe wyprawy na Wschód.

Na pierwszy start spod Grobu Nieznanego Żołnierza w Warszawie zgłosiło się w sierpniu 2001 r. ponad 40 motocyklistów. Jako pionierzy odwiedzili wówczas świeżo oddane w 2000 r., polskie cmentarze wojenne w Katyniu i Miednoje. Byli pierwszą grupą pielgrzymów na motocyklach, która przejechała kresowe terytoria dawnej Rzeczypospolitej. Kolejne Rajdy tym szlakiem, kierowane przez Wiktora Węgrzyna, prowadziły nieco innymi trasami, ale zawsze szlakiem polskiego oręża, naszych zwycięstw i klęsk. Polscy rycerze na stalowych rumakach zawsze spotykali się z Polakami na Wschodzie, z dyplomatami, oddawali hołd ofiarom zbrodni komunistycznych, zesłańcom powstań narodowych, pochylali głowy nad grobami najwybitniejszych przedstawicieli narodu polskiego, odwiedzając miejsca nierozerwalnie związane z historią naszej Ojczyny. Składali wieńce, stawiali pomniki – np. w 2015 r. aż pięć: trzy pomniki Jana Pawła II oraz św. Faustyny i św. Rafała Kalinowskiego: trzy w Tobolsku na Syberii oraz dwa na Litwie.

Co roku motocykliści znad Wisły pomagali też podnosić się z ruin świątyniom polskim na Wschodzie. Wszędzie zapalali ognie pamięci, nie tylko na grobach Polaków, ale i innych narodów z byłego terenu ZSRS. Zawsze i wszędzie byli entuzjastycznie przyjmowani, szczególnie przez żyjących na wschodnich rubieżach Polaków, którzy co roku na nich oczekują. Pielgrzymi na motocyklach przywożą im dary, książki, umacniają duchowo, krzepią ich serca. „Przywozicie nam kawałek Ojczyzny, patriotyzm, co daje nam potem siłę na cały rok” – mówili motocyklistom wzruszeni rodacy z dawnych Kresach polskich – jako reporterka byłam dwukrotnie na tych niezwykłych Rajdach-Pielgrzymkach: w 2004 i w 2015 r., co zaowocowało dwiema albumowo-reporterskimi książkami: „Zapalają ognie pamięci” (Warszawa 2005) oraz „Od Warszawy do Tobolska” (Warszawa 2015).

Bogaty program XX Zlotu Gwiaździstego

Większość motocyklistów przyjechała do Częstochowy na XX Zlot Gwiaździsty w sobotę, 15 kwietnia 2023 r. Najpierw oddali hołd Żołnierzom Niezłomnym przed pomnikiem kpt. Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca” w Częstochowie. Inaugurację na Jasnej Górze rozpoczęli po południu odśpiewaniem „Roty”. Potem uczestniczyli w dwóch spotkaniach: z twórcą słynnej firmy Opitimus Romanem Kluską (opowiadał o swoich doświadczeniach w biznesie) i dr. Teresą Kaczorowską (wygłosiła prelekcję o Obławie Augustowskiej). Patriotyczne pieśni motocyklistów, z ich hymnem, śpiewała „wnuczka katyńska” Maria Lamers z Krakowa. Ideą Zlotów Motocyklowych na Jasnej Górze jest przesłanie ks. Peszkowskiego: „Kocham Polskę i ty ja kochaj”. Pierwszy dzień Zlotu motocykliści zakończyli szerokim udziałem w Apelu Jasnogórskim w kaplicy NMP.

W niedzielę, 16 kwietnia 2023 r., na jasnogórskich Błoniach odbyła się msza święta, celebrowana na Szczycie pod przewodnictwem biskupa seniora diecezji drohiczyńskiej Tadeusza Pikusa. Na rozpoczęciu tegorocznego sezonu motocyklowego biskup Pikus wyraził słowa uznania dla motocyklistów za ich troskę o historię i popularyzację prawdy historycznej, za postawę patriotyczną, za pielęgnowanie polskich tradycji, za wierność Ojczyźnie.

– Niechaj wasze drogi prowadzą zawsze do domu rodzinnego, ale też do domu ojczystego, do Polski, którą tak kochacie! – mówił biskup Pikus w swojej homilii, który po mszy św. dokonał poświęcenia pojazdów.

Tradycyjnie Zlot miał charakter patriotyczny i charytatywny: Motocykliści oddawali krew, mogli nabyć książki Teresy Kaczorowskiej (autorki tekstu), płyty Marii Lamers, a także koszulki i pamiątkowe znaczki rajdowe, z których dochód przeznaczony jest na pomoc Polakom z Kresów. Liczni motocykliści przywieźli też ze sobą zabawki dla dzieci, które trafią tam z darami. Ale nader wszystko radowali się swoją obecnością, wspólnymi spotkaniami, końcem pandemii i zimy.

– Nareszcie wsiądziemy na motocykle, ruszymy na rajdy, wycieczki i parady, poczujemy znowu ten wiatr we włosach – mówili, podkreślając, że jednoczy ich Chrystus, Matka Boża i miłość do Polski.

W Zlocie uczestniczyła m.in. Anna Paniszewa dyrektorka represjonowanej polskiej szkoły harcerskiej w Brześciu na Białorusi, więziona w 2021 r., która od dwóch lat jest w Polsce.

– Dziękuję Matce Bożej Częstochowskiej za wolność i proszę o Jej wstawiennictwo za naszego więzionego Andrzeja Poczobuta, który dzisiaj kończy 50 lat – mówiła Paniszewa.

Rajdy trwają

Mimo iż twórca Rajdów i Zlotów, komandor Wiktor Węgrzyn, zmarł 17 stycznia 2017 r. (w wieku 78 lat; spoczywa w świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie) Rajdy Katyńskie trwają – w dniach 12-27 sierpnia 2023 r., trasą Warszawa-Olavinlinna, odbędzie się już XXIII Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński im. Komandora Wiktora Węgrzyna.

– Niestety, w tym roku ze względu na wojnę nie pojedziemy na cmentarze katyńskie w Rosji i Ukrainie. Wybieramy się, i to w kilku naszych rajdach, na północ i południe Europy. Ale i tam szukamy polskości. Niech Bóg ma Was w swojej opiece! Szerokości! – życzył kolegom na nowy sezon Bronisław Biel, prezes Stowarzyszenie Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński.

Fot. Mariusz Jaszczurowski, Marcin Szpądrowski