CEZARY KRYSZTOPA: Dlaczego nie lubię Niemców?

Tytułowe pytanie jest oczywiście rodzajem prowokacji. Są tacy Niemcy, których lubię i tacy, których nie lubię. Skoro jednak regularnie jestem demaskowany jako „germanożerca”, który „nie lubi Niemców” to niech z tego tekstu mają coś chociaż demaskatorzy.

 

Niemcy, których lubię

Z postaci historycznych mocno porusza mnie na przykład historia admirała Józefa Unruga, z pochodzenia Niemca, który mając za sobą karierę w Kaiserliche Marine, po odzyskaniu niepodległości przez Polskę zgłosił się do Wojska Polskiego, za własne pieniądze kupił polskiej flocie pierwszy okręt ORP „Pomorzanin”. A w 1939 roku dowodził obroną Wybrzeża, które poddało się jako jeden z ostatnich punktów oporu. Mówił lepiej po niemiecku niż po polsku, jednak, kiedy dostał się do niewoli, w rozmowie z tymi, którzy usiłowali go pozyskać do Kriegsmarine, używał wyłącznie języka polskiego, żądał tłumacza i oznajmiał, że 1 września 1939 roku zapomniał języka niemieckiego.

Z osobistych doświadczeń wielce sobie cenię jednego z naszych współpracowników. Mieszkającego w Polsce Niemca, zdaje się, że bez kropli polskiej krwi, który jednocześnie jest szczerym polskim patriotą i daj nam Boże żebyśmy mieli jak najwięcej takich Polaków. Nikt tak jak on nie nauczył mnie dekodowania metod hipokryzji, manipulacji i złośliwości – szczególnie wobec Polski – mediów naszego zachodniego sąsiada.

Mało tego. Doskonale widzę gospodarczy splot Polski i Niemiec, oraz potencjał naszych wzajemnych stosunków, które po uporządkowaniu spraw, które nas dzielą, mogłyby stanowić mechanizm rozwoju obu narodów w o wiele większym stopniu niż stanowią. Tak się jednak nie stanie, dopóki Niemcy nie zmienią swojego postępowania i nastawienia do Polski. Dopóki nie nauczą się do Polski szacunku i tego, że ich podwórko kończy się na Odrze i tam, najdalej tuz przed płotem, powinni zatrzymywać swój zadarty wysoko nos.

Niemcy, których nie lubię

No ale rzeczywiście, są też Niemcy, których nie lubię. Wymieniać można długo – niemiecka wiceprzewodnicząca PE Katarina Barley – autorka koncepcji „głodzenia Polski”, stuknięty na punkcie Polski, choć na szczęście już politycznie zezłomowany Martin Schulz, niemiecki minister obrony narodowej Boris Pistorius, który miał wytykać Polsce, że czołgi przekazane przez nas Ukrainie są „stare i zepsute”, czy szef SPD Lars Klingbeil, który po tym wszystkim przyjechał do Warszawy, żeby nam zaproponować „nowe niemieckie przywództwo”. Na ochotnika zgłosiło się tu ostatnio dwóch niemieckich europosłów, którzy wg. niemieckich mediów „mieli przekonać” Ursulę von der Leyen do finansowego „głodzenia” Polski – przedstawiciel niemieckich Zielonych Daniel Freund i Moritz Koerner z niemieckiej FDP – Polscy wyborcy muszą zdecydować, czy chcą rządu, który jest na kursie kolizyjnym z UE. To ma swoje konsekwencje. Teraz jeszcze tego nie czuć, to będzie odczuwalne dopiero w nadchodzących miesiącach, a dobitnie dopiero z początkiem 2024, kiedy to może zabraknąć pieniędzy, które powinny płynąć z Brukseli do Warszawy – powiedział nawet Freund w rozmowie z Wirtualną Polską. Zapamiętajcie to dobrze, niemiecki europoseł, który miał stać za „zamrożeniem” pieniędzy dla Polski (pieniędzy, które się Polsce należą i które Polska w ramach nieszczęśnie, przy współudziale Mateusza Morawieckiego, uwspólnotowionego długu – już spłaca), mówi w zasadzie otwarcie, że chodzi mu o to żeby Polacy wybrali inny rząd, bo ten mu się nie podoba. A won pajacu, bo Puszkiem poszczuję!

Pewnie z tego, że jestem uprzedzonym germanożercą wynika to, że nie mogę uwierzyć w to, że jakichś dwóch błaznów z pomniejszych niemieckich partii, jest w stanie przekierować politykę Komisji Europejskiej wobec dużego kraju członkowskiego. Dziwnie oczywistym wydaje mi się, że skoro są przedstawicielami partii wchodzących w skład niemieckiej koalicji rządzącej, to są jedynie kukłami, za których średnio mądrymi paszczękami stoi raczej niemiecki rząd. A może szerzej, niemieckie elity, pamiętać bowiem trzeba, że za czasów rządów Angeli Merkel w różnorakich koalicjach, lepiej nie było.

Rola niemieckich mediów

A nie wolno tu zapominać o roli jaką wobec Polski pełnią niemieckie media i ich filie dla Polaków w Polsce. Codzienna, toporna propaganda, niestety z racji siły niemieckiej perswazji, powtarzana w całej Europie i jeszcze dalej. Manipulacje, kłamstwa, a to o nieistniejących „strefach wolnych od LGBT”, a to o „rasizmie polskiej Straży Granicznej”, o rzekomych „problemach z praworządnością”, bo Polska ośmieliła się naruszyć instytucjonalnie kazirodczy ku.widołek nadzwyczajnej kasty z Gazetą Wyborczą na stole i niemieckimi polskojęzycznymi mediami w laptopie, bo ośmieliła się spróbować wprowadzić do wyboru sędziów demokratyczne mechanizmy, nawiasem mówiąc mniej radykalne niż w Niemczech. No ale oni jako Niemcy, „mają wyższą kulturę prawną”. O „rzezi Puszczy”, „piekle kobiet”, „wiewiórkach, „ciamajdanych” i paru innych drobiazgach nie wspomnę. W niemieckich mediach sytuacja w Polsce zawsze przedstawiana jest jednostronnie, rozmawia się tylko z „zaprzyjaźnioną” stroną sceny politycznej. Nic dziwnego, że później okazuje się, że Niemcy ni w ząb nie rozumieją tego co się w Polsce dzieje. Bo choć są tacy niby mądrzy, to sami wierzą we własną propagandę.

Po wszystkich wyzwiskach jakie padały w niemieckich mediach, które porównywały polskich polityków do „psów”, a w nadawanym w niemieckiej telewizji publicznej „wesołym” kuplecie zestawiały ze sobą słowa „Polska” i „kupa”, dziś jak uchem sięgnąć, przez niemieckie media przetacza się fala zawodzenia – „dlaczego ci Polacy tak nas nie lubią?” – „jak ta polska nienawistna prawica może nas tak atakować?”, „tak wykorzystywać resentymenty w kampanii?”, „podgrzewać antyniemieckie nastroje?”. No jak może?

Jest szansa na zmianę?

Czy to wszystko ma szansę się zmienić? Wydaje mi się, że ma. Ale warunkiem jest pogodzenie się Niemiec z tym, że Polska ma własne ambicje i interesy, które nie muszą być zbieżne z interesami Niemiec, że Polska nie chce żadnego „niemieckiego przywództwa” (po tym jak straciły wiarygodność jako sojusznik w wyniku swojego prorosyjskiego serwilizmu i ambiwalentnej postawy wobec rosyjskiej inwazji na Ukrainę, Niemcy powinny milczeć ze wstydem co najmniej przez dwadzieścia lat), nie życzy sobie żeby Niemcy mieszały się w jej wewnętrzne sprawy i szczuły przeciwko niej instytucje Unii Europejskiej. Potem jeszcze tylko reparacje, zwrot ukradzionych w czasie II Wojny Światowej dóbr kultury i zaniechanie podstawiania nogi każdej polskiej inwestycji, która może spowodować wzrost konkurencyjności Polski. Zresztą, to dla ich dobra. Po co im centralne lotnisko w Berlinie, skoro ma być w Stanisławowie?

A później? Sky is the limit. Tych Niemców, którzy mi podpadli już raczej nie polubię, ale takich do polubienia wciąż są przecież miliony.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Putin ukraińskimi dziećmi chciał załatać dziurę demograficzną w Rosji

Wydanie przez Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze nakazu aresztowania Władimira Putina i rosyjskiej rzeczniczki praw dziecka Marii Lwowej-Bełowej to efekt gigantycznej pracy wykonanej przez ukraińskich i międzynarodowych obrońców praw człowieka.

Świat jest zdziwiony – dlaczego Władimir Putin musiał deportować ukraińskie dzieci do Rosji? Czy nie rozumiał, jakie zło wyrządza nie tylko dzieciom zabieranym z rodzinnych stron, wywożonym daleko od Ukrainy, wydawanym obcym narodom, ale także samej Rosji? Czy nie rozumiał, że to zbrodnia wojenna?

Na to pytanie nie ma odpowiedzi, tak jak nie ma odpowiedzi na pytanie, czy Putin rozumie, jaką zbrodnię popełnia, gdy rosyjskie bomby i rakiety zabijają ukraińskie dzieci. Co oni złego zrobili Rosji? Czy też są „nazistami”? W sumie, według ukraińskiej prokuratury, armia rosyjska zabiła już ponad 500 ukraińskich dzieci, a ponad 1000 zostało rannych. Jeden z przykładów – w listopadzie 2022 r. w miejscowości Wilniańsk koło Zaporoża Rosjanie napadli nocą na jedyny w mieście szpital położniczy. Byli tam położna, lekarz, urodzony trzy dni wcześniej Serhijko i jego matka. Dziecko zabili, matkę i lekarza ciężko ranili. Co to byli za „naziści”, zwłaszcza Serhijko, że armia Putina zabiła go w trzecim dniu jego życia?

Na pytanie, czy Putin rozumie, jakie zbrodnie popełnia, nie ma odpowiedzi, ale można znaleźć odpowiedź na inne: dlaczego to robi?. Według magazynu „The Economist” Rosja jest w stanie „koszmaru demograficznego”. W kraju rozwija się kryzys demograficzny, ponieważ w ciągu ostatnich trzech lat stracił on około 2 milionów ludzi więcej niż zwykle. Publikacja zauważa, że ​​​​szczyt populacji w Rosji odnotowano w 1994 roku i wyniósł 149 milionów ludzi. Na początku 2021 roku było to już 145 mln osób. A w ostatnich latach liczba ta zmniejszyła się jeszcze bardziej: najpierw z powodu pandemii koronawirusa, a potem z powodu wojny rozpętanej przez Putina. Publikacja wskazuje, że jeśli weźmiemy pod uwagę zgony z powodu koronawirusa, Rosjan, którzy zginęli na wojnie oraz tych, którzy uciekli z kraju w strachu przed mobilizacją, okaże się, że w latach 2020 – 23 Rosja straciła od 1,9 do 2,8 mln ludzi. Populacja Rosji nadal maleje. Jest to wyraźny dowód nieudolnego zarządzania Rosją przez jej prezydenta. I jasne jest, że ukraińskie dzieci były potrzebne Putinowi, aby choć częściowo załatać dziurę demograficzną w Rosji, która powstała dzięki jego rządom.

Władimir Putin w wywiadzie dla kanału telewizyjnego „Rosja-1” w programie „Moskwa. Kreml. Putin” oświadczył, że naród rosyjski, jeśli Zachodowi uda się zniszczyć Federację Rosyjską i przejąć kontrolę nad jej ruinami, może nie przetrwać – „będą Moskale, Uralczycy i inni”. Dlatego porwania ukraińskich dzieci i ich deportacje do Rosji nabrały cech polityki państwa.

Na szczęście zwrócił na to uwagę Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze, który wydał nakaz aresztowania Putina, w związku z podejrzeniem o zbrodnie wojenne polegające na bezprawnych deportacjach dzieci z okupowanych terenów Ukrainy. Warto jednak przyjrzeć się gigantycznej pracy wykonanej przez ukraińskich i międzynarodowych obrońców praw człowieka, która doprowadziła do takiej decyzji MTK. Opowiadała o tym w ukraińskiej telewizji Kateryna Rashevska, ekspertka Regionalnego Centrum Praw Człowieka, która podkreśliła, że „Federacja Rosyjska niszczy nie tylko ukraińską teraźniejszość. Próbuje też zniszczyć przyszłość Ukrainy”.

Według różnych danych do Rosji wywieziono od 260 do 700 tysięcy młodych Ukraińców. Zdecydowana większość z nich została przymusowo przesiedlona wraz z rodzicami lub przedstawicielem prawnym. Jest jednak grupa sierot i dzieci pozbawionych opieki rodzicielskiej, które również zostały wywiezione do Rosji. Ukraina nie zgodziła się na to, dlatego też Moskwa naruszyła normy prawa międzynarodowego. Część dzieci została już przymusowo przekazana rodzinom rosyjskim, co nie jest nawet zgodne z ustawodawstwem państwa agresora.

Kateryna Rashevska, jedna z obrończyń praw człowieka, która przygotowała pozew do Hagi, mówiła, że pomysł pozwania Władimira Putina i rosyjskiej rzeczniczki praw dziecka Marii Lwowej-Bełowej, dojrzał i zmaterializował się w ciągu 6 miesięcy .

Złożenie materiałów do MTK poprzedziło 14 wniosków do organów państwowych, aktywna działalność analityczna i dokumentacja istotnych elementów przestępstwa. W celu stworzenia sprzyjającej sytuacji politycznej i zmobilizowania opinii publicznej przeprowadzono cały szereg spotkań i wywiadów, głównie w mediach zagranicznych, m.in. w BBC, Associated Press, „The Times”.

25 października 2022 r. do Międzynarodowego Trybunału Karnego zostało wysłane pismo z Regionalnego Centrum Praw Człowieka we współpracy z Instytutem im. Lemkina ds. Zapobiegania Ludobójstwu.

To był dopiero początek zmagań o powrót dzieci na Ukrainę i pociągnięcie winnych tej zbrodni do odpowiedzialności. Aby zawiadomienie nie zalegało wśród stosów innych, które codziennie napływają do Hagi, potrzebne było coś wyjątkowego. I tym „czymś” był film United24 Media ujawniający plan Putina i Marii Lwowej-Bełowej dotyczący deportacji ukraińskich dzieci (można go obejrzeć TUTAJ).

Później powstało jeszcze kilkanaście publikacji, wśród których prawdopodobnie najbardziej wpływowy okazał się  artykuł w portalu PassBlue (można go przeczytać TUTAJ).

Ważna była również mobilizacja środowiska akademickiego poprzez udział w konferencjach naukowych, spotkaniach i wykładach. To wszystko zakończyło się zainteresowaniem światowej opinii publicznej problemem deportowanych ukraińskich dzieci.

Ostatecznie MTK był przekonany, że nie można dłużej milczeć, że trzeba zareagować. Wydanie nakazu aresztowania głównego przestępcy planety Ziemia w XXI wieku jest wielką porażką Putina i miejmy nadzieję upadkiem jego podstępnych planów porywania ukraińskich dzieci.

 

Błaganie o pokój za wstawiennictwem Jana Pawła II – relacja MARII GIEDZ z Drogi Krzyżowej brzegiem morza

Kłamstwa i oszczerstwa jakie pojawiły się wokół świętego Jana Pawła II wywołały ogromny sprzeciw wśród katolików i nie tylko. W rocznicę śmierci tego Wielkiego Człowieka i Polaka mają odbyć się w wielu miastach marsze protestacyjne. Gdańszczanie postanowili w nieco inny, a i zdecydowanie silniejszy sposób wyrazić swoje stanowisko. Wykorzystując okres Wielkiego Postu oraz trzeciej już edycji pasyjnego nabożeństwa Drogi Krzyżowej, odprawianego podczas ponad 3-kilometrowej wędrówki brzegiem morza, modlili się do Boga, za wstawiennictwem św. Papieża Polaka Jana Pawła II, o pokój na świecie ze szczególnym uwzględnieniem Ukrainy.

Męka Chrystusa, Jego droga cierpienia wiodąca ulicami Jerozolimy na Golgotę była drogą do Zmartwychwstania. Wedle kronikarzy miało to miejsce dwa tysiące lat temu. A potem wielu decydowało się na wędrówkę śladami Chrystusa. W dobie średniowiecza ojcowie Franciszkanie rozpropagowali ją wśród pielgrzymów. Jednak dopiero w połowie XVIII w. papież Benedykt XIV wydał specjalne Brewe i wówczas zaczęły powstawać drogi krzyżowe w różnych krajach, najpierw we Włoszech, przy kościołach parafialnych. We wnętrzach kościołów katolickich zaczęto zaznaczać XIV stacji, od skazania Jezusa na śmierć, po złożenie Jego Ciała do grobu. Powstawały nie tylko drogi krzyżowe, ale wręcz kalwarie wzorowane na tej jerozolimskiej. Owe stacje męki Pańskiej mają bogatą symbolikę, ale też są podstawą rozważań medytacyjnych. Wraz z upływem lat sposób odprawiania owego pasyjnego nabożeństwa zaczął przyjmować różne formy. Może to być tradycyjne nabożeństwo odprawiane w kościołach w każdy piątek Wielkiego Postu, wędrówka ulicami miast połączona ze wspólną modlitwą prowadzoną najczęściej przez duchownego, indywidualne i ekstremalne wędrowanie nocą od stacji do stacji z możliwością czytania albo słuchania rozważań, wykorzystując do tego nośniki cyfrowe (np. telefon komórkowy). W Trójmieście wprowadzono kolejną formę – wędrówkę brzegiem morza, a raczej plażą z ruchomymi stacjami i to nie w piątek, a w sobotnie popołudnie.

Wędrówka po piaszczystej plaży, po uginającym się pod butami piasku, momentami w ulewnym deszczu, za ciężkim drewnianym krzyżem, do niesienia którego niemal wszyscy się zgłaszali, łącznie z dziećmi, nie należy do łatwej. A jednak spora grupa wiernych z kilku gdańskich, nadmorskich parafii zdecydowała się na takie poświęcenie. 25 marca wyruszyli z kościoła p.w. śś. Apostołów Piotra i Pawła w Jelitkowie. Ich celem było dotarcie do kościoła p.w. św. Antoniego Padewskiego w Brzeźnie.

W momencie wyprowadzania z kościoła dużego, drewnianego krzyża z nieba dużymi strugami lała się woda. A jednak nikt nie zdecydował się przeczekać ulewy. Gdyż chrześcijanie, a w szczególności katolicy, wierzą, jak nauczał św. Jan Paweł II, że „człowieka nie można zrozumieć bez Chrystusa”. Wierzą, że ta „Via Dolorosa” jest tajemnicą Bożej Męki, bez której życie człowieka na ziemi nie miałoby sensu.

Stacja I – Pan Jezus na śmierć skazany

Mimo że każdy z nas musi umrzeć, boimy się śmierci, ale wiemy, że musimy ją przyjąć i zaakceptować. Jednak nie godzimy się na zabijanie miłości, poczucia godności, sprawiedliwości. Często zapominamy o nadziei, bo myślimy zwyczajnie po ludzku. A Jan Paweł II mówił: „Gdzie w świadomości osoby ludzkiej umiera Bóg, nieuchronnie następuje śmierć człowieka – obrazu Boga”. Kiedy pojawia się śmierć duchowa pojawia się ból, strach, niepewność. A przecież Jezus, który został niesprawiedliwie skazany na śmierć poprzez swoje zmartwychwstanie dał ludziom nadzieję.

Stacja II – Pan Jezus bierze krzyż na swe ramiona

„Jeżeli Krzyż zostaje przyjęty, przynosi zbawienie i pokój. Bez Boga Krzyż nas przygniata; z Bogiem daje nam odkupienie i zbawienie” – mówił Jan Paweł II. Z rozważań przypisanych do tej stacji wynika, że Jan Paweł II dźwigał krzyż przez całe swoje życie. Ale też należy dopowiedzieć, że dźwiga go i dzisiaj już po śmierci. Może to stwierdzenie jest zbyt symboliczne, chociaż szarganie Jego świętością jest niczym innym, jak pośmiertnym dźwiganiem krzyża. A przecież jeszcze za życia pokazał, że wielkość człowieka mierzy się miarą krzyża. Może dlatego do dźwigania tego drewnianego krzyża po piaszczystej plaży zgłaszali się i dorośli, i młodzież, i dzieci, księża, zakonnice…

Stacja III – Pan Jezus po raz pierwszy upada pod Krzyżem

Ktoś mógłby powiedzieć, że skoro upadł, to niech leży, ale Jezus powstaje i tak samo jest z każdym z nas. Trzeba powstawać, nie poddawać się. I znów otuchy dodaje głos Papieża: „W walce z grzechem nie jesteście sami: tylu takich jak wy walczy i dzięki łasce Bożej zwycięża!” A jak się to ma do wojny na Ukrainie? Z głośnika rozbrzmiewają słowa: „Każdy dzień wojny to walka, to trud, który wydaje się nie do uniesienia, a jednak trwa… Jezu, Ty znasz trud upadku i powstania – daj siłę walczącym o wolność i pokój i podnieś ich, gdy zrezygnowani upadają…”

Stacja IV – Pan Jezus spotyka swoją Matkę

Deszcz powoli ustaje. Zrobiło się chłodno. Morze bez fal. Kilkoro sobotnich spacerowiczów dołącza do wspólnej modlitwy. Młode małżeństwo, a właściwie kilka takich małżeństw trzyma się za ręce. Jedna z dziewczynek przytula się do własnej matki. Dziadek wędruje z wnuczką. A dla Jana Pawła II fundamentem była miłość do Jezusa i Jego Matki. Można powiedzieć, że to abstrakcja, a jednak całkowicie, czyli swoje życie i sprawy Kościoła oddał w ręce Jezusa, a Maryi nieustannie powtarzał: jestem cały Twój – „Totus Tuus”. Mówił też: „Aby ujrzeć Jezusa należy przede wszystkim pozwolić, aby to On na nas patrzył”. Dziwne te słowa, ale chrześcijanie wierzą, że to Jezusa spojrzenie leczy każdą słabość, dodaje sił.

Stacja V- Szymon z Cyreny pomaga nieść Krzyż Jezusowi

Niesienie pomocy potrzebującym to piękna sprawa. Szymon z Cyreny był do tego przymuszony, bo takie były wówczas czasy. Dzisiaj, przynajmniej teoretycznie, nikt nikogo do niczego nie zmusza, bo każdy jest wolnym człowiekiem. Jan Paweł II zastanawiał się, czy ten wolny człowiek „może powiedzieć Bogu: nie. Może powiedzieć Chrystusowi: nie. Czy wolno? I w imię czego »wolno«? Jaki argument rozumu, jaką wartość woli i serca można przedłożyć sobie samemu i bliźnim, i rodakom, i narodowi, Europie i światu, ażeby odrzucić, ażeby powiedzieć »nie« temu czym wszyscy żyliśmy przez ponad tysiąc lat?! Temu, co stworzyło podstawę naszej tożsamości i zawsze ją stanowiło”. W obliczu okrutnej wojny za wschodnią granicą Polacy otworzyli własne domy i serca; bez przymusu zajęli się pomocą. Chcą być blisko cierpiących.

Stacja VI – Weronika ociera twarz Panu Jezusowi

Odważna kobieta, potrafiła działać. Może być przykładem dla wielu młodych ludzi, podpowiadać im, jak działać, jak szukać oblicza Boga w drugim człowieku. A przecież czasem wystarczy prosty gest. Jan Paweł II podczas jednego z kazań powiedział: „Ludzkość ma naglącą potrzebę świadectwa młodych, wolnych i odważnych, którzy ośmielą się pójść pod prąd i głosić z mocą wiarę w Boga, Pana i Zbawcę. Misja ta nie jest łatwa. Staje się wręcz niemożliwa, jeśli liczy się tylko na samych siebie. Lecz to, »co niemożliwe jest u ludzi, możliwe jest u Boga«.”

Stacja VII – Pan Jezus po raz drugi upada pod Krzyżem

Kolejny upadek i kolejne powstanie to walka z samym sobą, pokonywanie własnej słabości. Ale to również szansa na spotkanie z Miłosiernym Ojcem. Jan Paweł II prosił, a Jego słowa brzmią jak testament: „Zaproście Go (Boga) do Waszych serc, do Waszych rodzin. Niech będzie pierwszym Gościem Waszych radości i trosk. Co dnia Go zapraszajcie, co dnia Go zapraszajcie razem z Maryją pod dach Waszego domu.” Wojna jest okrutna, ale to podniesienie się Jezusa z kolejnego upadku dodaje siły i wiary tym, których przygniata ciężar wojny.

Stacja VIII – Pan Jezus pociesza płaczące niewiasty

Płacz kobiet to przejmujący obraz, ale Jezus nie potrzebuje tych łez. Liczy na współpracę, wiarę i świadectwo o Nim. W dyskusji z niewiastami przypomina o ważnej roli matek wychowujących swoje potomstwo. A Święty Polak tak to ujął: „Macierzyństwo może być źródłem wielkiej radości, ale może także stać się źródłem cierpień, a niekiedy wielkich zawodów. Wówczas miłość staje się próbą, czasem heroiczną, która wiele kosztuje macierzyńskie serce kobiety”.

Stacja IX – Pan Jezus po raz trzeci upada pod Krzyżem

Trzy razy upaść, to dużo, a jednak trzeba wstać, nie poddawać się. Jezus podnosząc się po raz trzeci pokazał, że miłość jest silniejsza od grzechu, że to miłość zwycięża. O tej sile miłości, zwycięstwie dobra nad złem mówił Jan Paweł II: „Człowiek nie może żyć bez miłości. Człowiek pozostaje dla siebie istotą niezrozumiałą, jego życie pozbawione jest sensu, jeśli nie objawi mu się Miłość, jeśli nie spotka się z Miłością”.

Przy tej stacji tekst rozważania nawiązuje do odwagi, miłości do ojczyzny, siły do walki, ale i nadziei na zakończenie wojny.

Stacja X – Pan Jezus z szat obnażony

Jezus, mimo że był wyszydzany, obdarty z szat, opuszczony, nie przestał być Bogiem. Do dziś jest Królem. I tu nasuwa się skojarzenie z obecną antypapieską, a przede wszystkim antykościelną „modą”. Jan Paweł II nigdy nie przestanie być Świętym, mimo że w imię fałszywie rozumianej wolności i tolerancji został zmieszany z błotem. Jakże adekwatne są Jego słowa do obecnej sytuacji: „Jesteście synami Bożymi: bądźcie z tego dumni! Nie popadajcie w przeciętność, nie ulegajcie dyktatom zmieniającej się mody, która narzuca styl życia niezgodny z chrześcijańskimi ideałami (…) Chrystus wzywa was do rzeczy wielkich. Nie sprawcie Mu zawodu.”

Stacja XI – Pan Jezus przybity do Krzyża

Wydawało się, że na przybiciu Jezusa do krzyża wszystko się skończy. A tu niespodzianka, jak ta burza, która rozpętała się nad brzegiem morza i nagle ucichła. Po obfitym deszczu wyjrzało słońce i osuszyło zmokniętych oraz ogrzało zziębniętych ludzi. A Jan Paweł II mówił: „Mocna wiara, z której rodzi się nadzieja, cnota tak bardzo dziś potrzebna, uwalnia człowieka od lęku i daje mu siłę duchową do przetrwania wszystkich burz życiowych”. Także prosił: »Nie lękajcie się Chrystusa! Zaufajcie Mu do końca! On jedyny ma słowa życia wiecznego«, Chrystus nigdy nie zawodzi!” I nie zawiódł. Ta kapryśna i nieprzychylna modlącym się pogoda nie wpłynęła na pogorszenie się stanu zdrowia uczestników owego nabożeństwa.

Stacja XII – Pan Jezus na Krzyżu umiera

Droga Krzyżowa jest charakterystycznym nabożeństwem dla Wielkiego Postu, 40-dniowego (liczy się bez niedziel) okresu poprzedzającego Święto Wielkiej Nocy, czyli Zmartwychwstania Pańskiego. Odprawia się ją w piątki. Jan Paweł II w Wielkim Poście odprawiał Drogę Krzyżową codziennie, a przez cały rok w każdy piątek. Siostra Wanda Boniszewska, polska mistyczka i stygmatyczka, której proces beatyfikacyjny właśnie się rozpoczął, to cierpienie Chrystusa przeżywała co tydzień przez prawie całe swoje życie.

Jezus umarł za każdego człowieka. Św. Jan Paweł II adorował Go w ostatniej swojej drodze krzyżowej. Podczas każdej wojny śmierć jest codziennością, ale Jezus właśnie przez to umieranie na krzyżu przygarnia wszystkich, którzy stracili życie na wojnie i chce być pocieszeniem dla tych, którzy opłakują bliskich.

Stacja XIII – Pan Jezus zdjęty z Krzyża i złożony na ręce Swej Matki

To już nie Madonna z Dzieciątkiem, a słynna pieta – Chrystus jako dorosły, ale martwy Człowiek ułożony na kolanach własnej Matki. Niezwykłe zjednoczenie Matki z Synem. Jan Paweł II zapewniał, że każdy może dostąpić takiego zjednoczenia z Jezusem: „Chrystus jest jedynym rozmówcą, któremu możecie zaufać, któremu możecie stawiać pytania najistotniejsze, dotyczące wartości i sensu życia: nie tylko życia w zdrowiu i szczęściu, ale także życia pełnego cierpienia, naznaczonego upośledzeniem fizycznym lub trudną sytuacją rodzinną czy społeczną. (…) Chrystus jest jedynym kompetentnym rozmówcą także wtedy, gdy stawiacie dramatyczne pytania, dlaczego giną niewinni ludzie, gdy słowa nie wystarczają, by wyrazić ból i cierpienie. Pytajcie Go i słuchajcie!” Wanda Boniszewska rozmawiała z Jezusem codziennie, a Jego odpowiedzi zapisywała w swoim dzienniczku. Są prawdziwe!

Stacja XIV – Pan Jezus do grobu złożony

Niektóre, te trwałe drogi krzyżowe, czy raczej kalwarie, kończą się wyobrażeniem Chrystusa Zmartwychwstałego, czego przykładem jest Kalwaria Podlaska w Serpelicach poświęcona umęczonym unitom. Bo rzeczywiście Jezus został złożony do grobu, ale po trzech dniach zmartwychwstał i ukazał się światu. O tym wyjątkowym wydarzeniu Jan Paweł II powiedział:
„Chrystus prawdziwie zmartwychwstał i przynosi wszystkim pokój! (…) Pokój, dar Chrystusa zmartwychwstałego, jest głęboki i pełny, niesie pojednanie człowieka z Bogiem, ze sobą samym i z całym stworzeniem.”

I tu pojawia się pytanie do każdego z nas: czy w to wierzymy? Czy w ciemnościach grobu dostrzegamy światło nadziei? Św. Jan Paweł II to najwierniejszy Sługa Pana i tak mówił: „Wiara i rozum to dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy. (…) „Wierzyć, znaczy widzieć rzeczy, tak jak widzi je Bóg, mieć udział w Bożej wizji świata i człowieka.”

Z mikrofonu płyną ostatnie słowa modlitwy: „Jezu, przyjmij wszystkich oddających życie w obronie wolności, niech ich ofiara będzie zasiewem zwycięstwa i daj pokój na całym świecie.”

***

Tego samego dnia (25 marca 2023 r.), w kaszubskiej wsi Kielno, odległej niecałe 30 km od gdańskiej plaży, odbyła się jeszcze inna modlitwa. Stała się sprzeciwem na wymyślone, szydercze, upokarzające oskarżenia polskiego świętego Jana Pawła II. Była demonstracją kilkuset osób, uczestników rozpoczynającego się właśnie XV Pomorskiego Festiwalu Pieśni Wielkopostnych. Członkowie 18 chórów z całej Polski wraz z „publicznością” zgromadzili się na wspólnej modlitwie pod pomnikiem Jana Pawła II usytuowanym nieopodal wejścia do parafialnego kościoła p.w. św. Wojciecha w Kielnie. Na stojącym obok maszcie podniesiono papieską flagę ufundowaną przez pomorskiego wojewodę. Złożono ogromny wieniec, a także zapalono znicz. Modlitwę poprowadził arcybiskup gdański. A potem, gromkim głosem wydobywającym się z gardeł kilkuset osób zaśpiewano Barkę, najbardziej znaną pieśń z papieskich – Jana Pawła II pielgrzymek po całym świecie. Dźwięki tej pieśni rozchodziły się po okolicznych polach, niosły się przez jezioro, podkreślając, że tu na Kaszubach nikt nie pozwoli, aby poniżano Papieża Polaka – Świętego Jana Pawła II.

 

Horror science fiction przedstawia STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Do koloru, do wyboru

Muszą się zlać! To niech się zleją. Jeszcze przed roztopami i powodziami wiosennymi. Czarzasty, Hołownia i Tusk. Pan Kamysz już do tej grupy chyba nie pasuje. Ten chłopski – nomenklaturowo – pan doktor przypomniał sobie, że 'jak trwoga to jednak do Boga”. I szczęść Boże. Jakie by głupoty PSL nie wygadywał, to jednak chłopi ziemi polskiej, ani lasów do Brukseli nie zabiorą. W raje podatkowe chyba też nie lezą. Chłopi chodzą do kościoła i na pielgrzymki.

Zagubione owce – czyli PO-wce – zastanawiają się teraz: wyjść 2 kwietnia na ulice czy nie wychodzić. Może zrobią sobie pochodzik od Czerskiej do Wiertniczej. Taki malutki. Ciekawe co będą śpiewać. Na pewno nie „Boże coś Polskę”. „Deutchland, Deutchland” chyba też jeszcze nie. Z jakiej paki jest pan Tusk – nigdy nie wiadomo. Kiedyś – okryty spódnicą Merkel miał cieplutko i bezpiecznie. Pozostanie po tym okresie niezła emerytura, a nie jakaś nadwiślańska emeryturka jaka przypada na szaraczka-człowieczka.

Zabawmy się, prognozujmy. PO wygrywa. Na czele rządu – wiadomo. A co dalej. Może tak wicepremierzy Wielgus i Senyszyn, minister obrony – Klich (sprzeda cośmy kupili i nie będzie żądał na armię); sprawy wewnętrzne – Schetyna (bo już był i się „zna” na rzeczy); minister skarbu – Graś (bo dobrze pilnował chałupy Niemca, da dozór i krajowemu szmalowi); zdrowie – Kopacz, niech wróci skąd przyszła (trzeba przyznać, że zbędnych zakupów szczepionkowych nie poczyniła), poza tym lubi Chińczyków – oni zawsze mogą się przydać; oświata – Nitras, bo jest bardzo dobrze wychowany; sprawy zagraniczne księżniczka von Thun und Hohenstein – zaoszczędzimy na hotelach i delegacjach, bo pani przecież mieszka za granicą; świnie, krowy – po pierwsze zredukujemy i razem ze zbożem powierzymy jakiemuś ekologicznemu POlitykowi (jest ich do wyboru, do koloru), zresztą mięsa jeść już nie będziemy, a robaki i owady wybierze po konsultacjach z Trzaskowskim specjalnie oddelegowany do Platformy hrabia Niesiołowski; na sport niech pójdzie Boniek – pomoże wrócić ruskim na stadiony (bo to przecież sport, nie polityka), a jest nadal w dobrej formie fizycznej, energicznie zatem wyda co będzie mógł tak, że się grosz dewaluować nie będzie.

O czymś zapomniałem? O morzu! Ale to przecież sprawa przegrana. Mamy wprawdzie 500-kilometrowy dostęp do Bałtyku, a nawet PiS wykopał przekop na Zalew Wiślany uniezależniając nas od ruskich humorów i dział, ale szczury lądowe, choćby były z Gdańska – wiatru od morza nie czują (przykład – zmarnowane gospodarstwo Hel), Żeromskiego nie czytują (chyba tylko jego najgorszą powieść „Dzieje Grzechu”) i w ogóle po co nam śledzie, lepiej kupować łososie norweskie, karmione zresztą mączką z „polskich” ryb.

Zostało jeszcze trochę łupów. Ale lasy przecież przekażemy Unii, a może i rzeki, kopalnie zasypiemy albo sprzedamy np. Australijczykom (szyb „Stefanów” już w sądzie). Drogi już są. Wystarczy dla elektrycznych. LOT i PKP – jak chciał tego pewien redaktor z Rzeczpospolitej – sprzedamy Niemcom.

I to by było na tyle. Może ktoś ma lepsze propozycje.

 

 

WALTER ALTERMANN: Potrawa z tenisisty, czyli OK Panie Boże

„The Chosen” – to serial produkcji USA, emitowany aktualnie w jednej z naszych stacji telewizyjnych. W wolnym tłumaczeniu powinien nazywać się „Wybrany”, ale – nie wiedzieć czemu – ma angielski tytuł.

 W jednym z odcinków serialu Jezus spotka dwie małe dziewczynki, jedna z nich pokazuje mu swoją lalkę.

– A jak ma na imię? – pyta Jezus.

– Sara – odpowiada dziewczynka.

– Ładna – mówi Jezus.

– O.K., muszę już iść – mówi dziewczynka i odchodzi.

A ja pozostaję w zdumieniu i mam wątpliwości czy przypadkiem twórcy serialu nie przesadzili, w tak modnym ostatnio „przybliżaniu młodzieży” wielkich tematów. Wiemy, że OK jest zwrotem amerykańskim. I takim powinien pozostać. Wplatanie go w Nowy Testament wydaje mi się grubym nietaktem.

Pozostaje jeszcze obawa, że ktoś tam już kombinuje nad „uwspółcześnieniem” Dziesięciorga Przykazań. Byłoby by bluźnierstwem przypuszczać, jak brzmiałyby „współcześnie” przykazanie szóste, siódme i ósme… Więc przestanę.

Aktor słuchowy

Mówią, że Wikipedia jest teraz portalem bardziej wiarygodnym, bo ktoś tam ją kupił… Nie wiem, a nie wiedząc nie wierzę, bo nadal są w nim takie perełki, jak ta o Bohdanie Łazuce, cytuję” Bohdan Cezary Łazuka (ur. 31 października 1938 w Lublinie) – polski aktor teatralny, filmowy i głosowy, piosenkarz, artysta estradowy, prezenter telewizyjny i radiowy, konferansjer.

Co trzeba zrobić, żeby zostać aktorem głosowym? Prawdopodobnie trzeba w dubbingu podkładać głos, pod aktorów i postacie (na przykład) z kreskówek. Ale tego portal nie wyjaśnia. Stwierdza jedynie, że istnieje kategoria „aktor głosowy”. A kim są w takim razie słuchacze radia? Najpewniej są to „odbiorcy słuchowi”.

Nie mają litości… Mordują nas i nasz język z zimną krwią. Lub też „z krwią poniżej przeciętnej ciepłoty ciała, czyli poniżej 36,5 stopnia Celsjusza”.

Czy oni są nas w stanie zrozumieć?

Ryszard Horovitz, wybitny fotografik, mówi w filmie dokumentalnym, że w czasie spotkania z dziećmi, w jednej ze szkół w Nowym Jorku, jakiś 10-latek zapytał go o to, jakie miał zabawki w Auschwitz.

Z kolei Melchior Wańkowicz wspominał o pewnej dziennikarce z USA, która przeprowadzał z nim wywiad. Gdy Wańkowiczowi zdawało się, że wywiad dobiega już końca, dziennikarka powiedziała; „Bardzo panu dziękuję, bo już bardzo wiele dowiedziałam się o wojnie i okupacji Polski. Ale niech mi pan jeszcze powie, żebym miała pełny obraz tamtych czasów – jak Polacy spędzali weekendy podczas tej okupacji.

Nie sądzę, żeby Zachód był w stanie zrozumieć koszmar, który Niemcy zgotowali Europie Wschodniej, a głównie Polakom, Żydom, Ukraińcom i Rosjanom. Informacje o holokauście jakoś do głów ludzi Zachodu dotarły, ale już o naszym losie nie wiedzą nic.

Duża w tym rola Amerykanów, którzy zaraz po zakończeniu II wojny światowej dostrzegli w Niemcach sojuszników, w ewentualnej wojnie z Sowietami. I nie chcą nowych przyjaciół stawiać w złym świetle, woleli nie mówić za wiele o tak niedawnym bestialstwie Niemców. Do tego doszło i to, że Francuzi, Norwegowie, Holendrzy, Duńczycy i parę winnych krajów nie zaznali niczego, co mogłoby – choć w istotnym procencie – przypominać nasz los. No i jeszcze spryt niemieckiej propagandy – powojennej – która odpowiedzialnością za zbrodnie własnego narodu, czyli Niemców, uczyniła jakichś faszystów, hitlerowców i nazistów. I tak się to jakoś rozmyło. Myślę, że też powojenni Niemcy sami uwierzyli we własną propagandę, i są dzisiaj bardzo zdziwieni, że Polska mówi o reparacjach.

Czy uda się nam wrócić do rozrachunku z Niemcami za lata wojny? Myślę, że będzie bardzo ciężko.

Dramaturgia

W czasie meczu tenisa Hubert Hurkacz – Aleksander Szewczenko, sprawozdawca mówi: „Znów zaczyna się dramaturgia…”.  Gdyby powiedział, że zaczyna się dramat – zrozumiałbym. Ale czymże jest, w przypadku tenisa dramaturgia? Nie wiadomo.

 

Według słowników dramaturgia to: 1. twórczość dramatyczna; 2. teoretyczna wiedza o budowie dramatu; 3. napięcie w przebiegu wydarzeń, głównie w utworze literackim. I tak to jest. Gdzieś coś dziennikarz słyszy, coś brzmi ładnie – to mówi. A że bez sensu? Gdyby jeszcze, ale to po meczu, sprawozdawca powiedział, że mecz miał swoją dramaturgię… uszłoby.  A jeszcze można usłyszeć, że: „Mecz miał wspaniały scenariusz”! Przecież scenariusz jest czymś dopiero do zrealizowania. Film może mieć scenariusz, program telewizyjny też, ale już w teatrze nie funkcjonuje pojęcie scenariusza. W teatrze są do wyreżyserowania, zagrania utwory sceniczne – tragedia, dramat, komedia, opera, operetka, farsa, wodewil. Ale scenariusza nie ma!

 

Wracając do sportu – nie można powiedzieć, że w zawodach sportowych istnieje założona wcześniej, napisana dramaturgia. Chyba, że mecze są ustawiane – wtedy tak, ale to jest gruba karalne. I co tu robić z takim językiem? Przecież nikt sprawozdawcom za takie gadanie głowy nie urwie, więc mówią szybko, ale za to byle co. A z tym urywaniem głowy… Niby to tylko figura retoryczna, ale może przydałoby się?

Tenisista z papryką

Mecz tenisa w Indian Wells, grają: Chilijczyk Cristian Garin i Casper Ruud z Norwegii, a sprawozdawca sportowy Tomasz Tomaszewski mówi: „Garin prowadzi, czyli kibice z Chili mogą być zadowoleni”.

Co do faktów sportowych zgoda, ale z tym chili, pan Tomaszewski wiedzie nas na manowce. Otóż – Chile to państwo, a chili to rodzaj papryki, a także potrawy. Jest taka teksańska potrawa chili con carne, czyli mięso w chili. Potrawa naprawdę pochodzi z Meksyku. Ale Amerykanie, po wojnie z Meksykiem, zająwszy Teksas, przywłaszczyli także narodowe dania Meksykanów.  Zatem, potrawka z Chilijczyków? Śmieszne to, czy głupie?

 

W mediach nie powinno być miejsca na szarganie świętości. Felieton JOLANTY HAJDASZ

Ostatni tydzień przyniósł kolejne informacje związane z medialnymi reakcjami na skandaliczny atak telewizji TVN i wydawnictwa Agora na osobę i dziedzictwo Jana Pawła II.  Chcę dzisiaj zwrócić uwagę na jeden z wielu skutków tej sprawy, tym razem dotyczący wolności słowa.

W tym wypadku punktem wyjścia jest prowokacyjna i obrazoburcza okładka tygodnika założonego przez byłego rzecznika prasowego z czasów stanu wojennego i rządów wojskowej ekipy Wojciecha Jaruzelskiego. Na okładce tej gazety opublikowano wizerunek papieża Jana Pawła II, krucyfiksu i ukrzyżowanej na nim plastikowej lalki, co w obecnej sytuacji celowo podgrzewa emocje i nastroje społeczne upokarzając katolików poprzez wyszydzanie ich największych świętości. Zapewne także dlatego Poczta Polska podjęła decyzję o wycofaniu tej konkretnej gazety ze swoich placówek, choć w oficjalnym komunikacie poinformowała jedynie o kalkulacjach i ryzyku biznesowym. W ten sam sposób zachował się PKN Orlen, który poinformował także, iż to konkretne wydanie tej gazety nie będzie sprzedawane na ich stacjach benzynowych.

W obronie gazety wypowiedzieli się jednak różni medioznawcy i redaktorzy naczelni krytykując nie gazetę, która drwi z Krzyża świętego i z Jana Pawła II, ale tych, którzy nie chcą takiej gazety sprzedawać. I jak zawsze w takim wypadku przywołuje się zasadę wolności słowa, która jest fundamentem demokracji i której poszanowanie gwarantuje konstytucja. To nie firma dystrybucyjna będzie decydować o tym, co ma być publikowane w gazecie, nie ma ona prawa odmówić sprzedaży – twierdzą krytycy decyzji Orlenu i Poczty. Tygodnik NIE rozważa skierowanie do sądu spraw przeciwko obu tym firmom, które odmówiły sprzedaży tego skandalicznego wydania prowokacyjnej gazety, jego wydawca spółka Urma złożyła do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów zawiadomienie „o podejrzeniu stosowania praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów” przez Orlen i Pocztę Polską.

W przeszłości wypowiadałam się wielokrotnie w podobny sposób, dlatego teraz chciałabym wyjaśnić, dlaczego w mojej ocenie obecnie mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją. Innymi słowy, dlaczego teraz rację ma i Orlen, i Poczta Polska, które wycofały się ze sprzedaży czegoś, co jednoznacznie uderza w najważniejsze dla katolików wartości. Wolność słowa nie jest wartością jedyną i nadrzędną, zawsze musi wiązać się z odpowiedzialnością, która może być ograniczona prawami i wartościami innej osoby czy osób. I właśnie o tym obie te firmy nam przypomniały. Ale szukając uzasadnienia ich aktualnych decyzji najprościej byłoby przywołać casus „Gazety Polskiej z 2019 roku, gdy postanowiła ona dołączyć naklejkę „strefa wolna od LGBT” do swojego wydania, a firma Empik odmówiła sprzedaży tego numeru. Wielokrotnie redaktor naczelny GP wyjaśniał wtedy, że tygodnikowi chodziło o sprzeciw wobec ideologii LGBT, a CMWP SDP broniło „Gazety Polskiej” z pełnym przekonaniem Wówczas to sąd prawomocnie jednak stwierdził, że „Gazeta Polska” nie miała racji i Empik miał prawo z dnia na dzień zawiesić jej dystrybucję. Skoro więc miał takie prawo Empik, nawet błędnie interpretując intencje tygodnika, to tak samo dystrybutor tygodnika NIE mógł zawiesić jego sprzedaż, tym bardziej, że zaatakowany to realnie żyjący w przeszłości powszechnie szanowany człowiek i najwyższe religijne wartości dla milionów osób. Ale w obecnej sytuacji byłoby to zbyt daleko idące uproszczenie.

W mojej ocenie decyzja o wycofaniu ze sprzedaży tego tygodnika absolutnie była uzasadniona wyjątkowo prowokacyjnym działaniem tej gazety. Swoją treścią i przekazem naruszyła ona dobra osobiste katolików w postaci ich godności i prawa do niedyskryminacji oraz w prowokacyjny i obrazoburczy sposób wzmagając przy tym poczucie zagrożenia katolików poprzez wykorzystanie emocji towarzyszących odbiorowi tego typu publikacji. Potęgowała ona przez to napięcia i konflikt społeczny, także ten, z jakim mamy do czynienia po emisji reportażu „Franciszkańska 3” w telewizji TVN 24 i publikacji książki wydawnictwa Agora p.t. „Maxima culpa. Jan Paweł II wiedział”.  Działania takie są sprzeczne z etyką dziennikarską i elementarnym poszanowaniem wartości i autorytetów innych osób, bo mogą przyczyniać się do   wywoływania nienawiści lub dyskryminacji. Już na tej podstawie decyzja o zaniechaniu dystrybucji mediów zawierających takie treści jest w tym wypadku absolutnie usprawiedliwiona.

Najwyższy czas zadać jednak przy tym publicznie pytanie, czy gazeta założona przez jednego z najwyższych aparatczyków komunistycznych, jakim był Jerzy Urban w ogóle może być uważana za prasę i czy naprawdę można kogoś o takim życiorysie i dokonaniach nazywać dziennikarzem, czyli osobą, której praca musi i powinna być skierowana na dążenie do poszukiwania i przedstawiania prawdy o otaczającym nas świecie. Jerzy Urban aż do swojej śmierci korzystał w wyjątkowo cyniczny sposób z wolności słowa, jaką inni wywalczyli przeciwstawiając się złu i przemocy takich osób jak on z tzw. poprzedniego systemu. Jest rzeczą wyjątkowo smutną i przygnębiającą, że nigdy tacy ludzie jak on nie ponieśli żadnych konsekwencji swoich ogromnych win z czasów komunistycznych, że mogli bogacić się i działać w przestrzeni publicznej bez ograniczeń. Jerzy Urban przez całe lata po 1989 roku prowokował, atakował, wyśmiewał i szydził z katolików, wychował bez przeszkód całe zastępy swoich naśladowców, tych którzy nie widzą nic niestosownego i złego w publicznym poniżaniu, pomawianiu i wyśmiewaniu innych wiedząc, że nic im się nie stanie, bo przecież mamy „wolność słowa”. Dziś obrońcy takiej wolności krytykują i chcą karać tych, którzy ten postawiony na głowie świat antywartości ośmielają się nazywać po imieniu, przywracając słowom i czynom właściwy sens i logikę. To przecież absurd i zaprzeczenie tego, czym ma być wolność słowa – szlachetna idea, uosabiająca dobre i pozytywne wartości wynikające z naturalnego dążenia człowieka do prawdy.

Założony przez komunistycznego propagandystę tygodnik NIE przez całe lata swojego istnienia był i jest wyjątkowo bulwersujący ze względu na skrajnie wulgarny, rynsztokowy język i publikowane treści. Przez te lata sprzeniewierzył się wielokrotnie zasadom zawodowej etyki dziennikarzy.  Dla tej gazety, tak jak dla Jerzego Urbana znakiem rozpoznawczym stał się cynizm i prowokacje oraz chorobliwa, a z perspektywy czasu widać, że wręcz demoniczna niechęć do Kościoła katolickiego oraz osób konsekrowanych, księży i sióstr zakonnych, a także katolików świeckich. Wielokrotnie bezpodstawnie i w wyjątkowo prowokacyjny sposób na łamach tego pisma był atakowany święty Jan Paweł II. Obecnie tygodnik NIE kontynuuje tę bulwersującą tradycję budowania swojej marki i pozycji ekonomicznej m.in. na bezpodstawnym szarganiu i atakowaniu autorytetu świętego Papieża, co jest wyjątkowo bulwersującym sposobem korzystania z wolności słowa gwarantowanej przez państwo polskie. W mojej ocenie w polskim systemie medialnym na takie działania nie powinno być miejsca. To dobrze, że i Orlen, i Poczta Polska przypomniała nam o tym jednoznacznie.

CEZARY KRYSZTOPA: Dyrektywa wywłaszczeniowa, czyli „Masz dom? To nie będziesz miał”

„Mieszkanie prawem nie towarem” – mówią nam oświeceni. Z drugiej jednak strony, mieszkanie ma być na życzenie oświeconej Unii Europejskiej tak drogie, żeby stać było na nie jedynie najbogatszych.

W sensie publicznym jesteśmy zajęci wieloma sprawami. Wojna, inflacja, czy nieszczególnie zabawny polityczny kabaret. Z naturalnych powodów, nie bez pewnego stresu, raczej patrzymy na wschód. A tymczasem to co się dzieje na zachodzie, wpływ na nasze życie ma nie mniejszy, a w pewnych aspektach wręcz większy.

Bełkot

Tak jest w przypadku przepisów, które przyjął ostatnio Parlament Europejski, a które to przepisy mają do 2030 roku, czyli w zasadzie już za chwilę, „znacznie zmniejszyć emisje gazów cieplarnianych i zużycie energii przez sektor budownictwa”. Otóż nowe budynki mieszkalne mają być „zeroemisyjne” do 2028 roku. Zeroemisyjne, czyli np. nie mogą niczego spalać, a jeśli chcą mieć jakieś ogrzewanie to pochodzące z energii słonecznej i pomp ciepła. Gdyby ktoś nie wiedział, to pompy ciepła potrzebują energii elektrycznej a potentatem w produkcji „zielonych źródeł energii” jest oczywiście, co za niespodzianka, nasz zachodni sąsiad.

Z już stojącymi budynkami mieszkalnymi też nie będzie łatwo, do 2030 roku mają mieć minimum klasę energetyczną „E”, a do 2033 – „D”. Co to konkretnie znaczy nie pytajcie, od lat „nie siedzę w budownictwie”, a ten bełkot po to jest bełkotliwy, żeby to dla Was czy dla mnie nie było jasne. Dość, że media specjalistyczne piszą, że „konieczna będzie poprawa charakterystyki energetycznej poprzez izolację lub ulepszenie systemu grzewczego”. Kiedy kazano ludziom wymieniać piece np. na gazowe, mieli rozumieć tyle, że „likwidujemy kopciuchy”. Teraz kiedy ludzie wyłożyli niekiedy ogromne dla nich pieniądze np. na piece gazowe, usłyszą nowe zaklęcie propagandowe na określenie ich znów zbyt mało postępowych domów – „wampiry energetyczne”. W tłumaczeniu na ludzki: koszty, koszty, koszty.

Dyrektywa wywłaszczeniowa

Kiedy politycy Konfederacji ośmielili się nazwać nowe unijne fanaberie „dyrektywą wywłaszczeniową”, oburzył się niby fact-checkingowy dzyndzelek TVN – Konkret24, który triumfalnie ogłosił, że to „fałsz”, ponieważ w przepisach nie ma niczego o wywłaszczaniu. Tymczasem właśnie do wywłaszczenia Polaków nowe przepisy mogą doprowadzić. Docelowo wszystkie budynki mają być „zeroemisyjne”. Ile dziś jest takich budynków w Polsce? Niewiele. Doprowadzenie ich do stanu „zeroemisyjności” będzie bardzo kosztowne. Ilu polskich właścicieli będzie na to stać? Zrekompensują im to „fundusze europejskie”, których nie ma i nie będzie, czy podatki współobywateli? Czy też raczej zrealizowana zostanie idea „mieszkanie prawem nie towarem” tyle, że z dopisaną małym druczkiem adnotacją – „prawem do wynajmowania od korporacji, a nie prawem do posiadania frajerze”?

To co mnie w tym wszystkim dodatkowo niepokoi to to, że nie mogę znaleźć stanowiska rządu w tej sprawie. Proces legislacyjny jeszcze się nie zakończył, na szczęście to co wymarzą sobie świry z Parlamentu Europejskiego, ciągle jeszcze przechodzi przez składająca się z szefów rządów narodowych Radę Europejską, ale u licha, na co możemy tutaj ze strony naszego rządu liczyć? Szczególnie biorąc pod uwagę to, że nowe przepisy są konsekwencją zaakceptowanego przez rząd Morawieckiego obłąkanego planu „Fit for 55” i to co premier mówił ostatnio, że „gdybyśmy chcieli zrezygnować z polityki klimatycznej UE, byłoby to jednoznaczne z wyjściem z Unii Europejskiej”.

Tak więc, ludzie, trzymajcie się za kieszenie, bo lepsze cwaniaki „chcą Waszego dobra”.

Wspólny bohater przeciw Rosji – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI wspomina Wincentego Konstantego Kalinowskiego

22 marca 1864 r. w Wilnie władze carskie powiesiły Wincentego Konstantego Kalinowskiego, podczas powstania styczniowego komisarza Rządu Narodowego na Litwę. W 2019 r. został uroczyście pochowany na Rossie wraz z gen. Zygmuntem Sierakowskim i 18 innymi odnalezionymi bohaterami. Podczas obecnej inwazji Rosji na Ukrainę białoruscy ochotnicy walczący po stronie Ukrainy utworzyli batalion imienia Konstantego Kalinowskiego.

Przypominam sobie uroczystości sprzed czterech lat, w których wzięli udział przedstawiciele władz Polski, Litwy, Białorusi, Ukrainy i Łotwy. I choć strona białoruska oddelegowała jedynie wicepremiera, to na ulicach Wilna najwięcej było flag Białorusi: nie reżimu Łukaszenki, ale historycznych: biało-czerwono-białych, i flag Wielkiego Księstwa Litewskiego z symbolem Pogoni.

Wincenty Konstanty Kalinowski, Zygmunt Sierakowski – dowódca powstańczych oddziałów na Żmudzi – oraz ich osiemnastu towarzyszy broni zostało straconych między 3 czerwca 1863 r. a 22 marca 1864 r. na Rynku Łukiskim w Wilnie i pogrzebanych w nieznanym miejscu. Władze carskie bały się, że groby powstańców mogą stać się miejscem pamięci dla tych, którzy marzyli o wskrzeszeniu Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Szczątki bohaterów archeolodzy odnaleźli w 2017 r. na wileńskiej Górze Zamkowej. Dziś to miejsce czasem nazywa się wileńską „Łączką”. Dlaczego? Celem Moskali – podobnie jak później bolszewików – było wymazanie powstańców z pamięci. Wszystkich pogrzebano w tajemnicy przed rodziną i bliskimi, bez trumien i ze związanymi rękoma. Ciężarna żona Sierakowskiego musiała oglądać egzekucję męża, którego zaprowadzono na szafot mimo ciężkich ran odniesionych w bitwie.

W kancelarii gubernatora Michaiła Murawjowa „Wieszatiela” odnaleziono list nieznanej z nazwiska wilnianki, która obserwowała kaźń: „Oni sądzili, że bardzo nas przestrasza kara śmierci, a tu zupełnie inaczej się dzieje. Żądania ich nie otrzymały swojego skutku, bo miejsce obawy zastąpiła chęć zemsty i znacznie większa nienawiść”.

Uroczystości odbywające się w 2019 r. w trzech językach: polskim, litewskim i białoruskim, bardzo nie spodobały się Rosji, która do dziś uważa Powstanie Styczniowe za akt terrorystyczny, bunt w „Kraju Północno-Zachodnim Imperium Rosyjskiego”, a Kalinowski jest przedstawiany jako „koordynator polskich szlacheckich formacji bandyckich na terytorium Białorusi Zachodniej”. Propaganda Kremla podkreśla, że został słusznie skazany na śmierć jako „winny organizowania zaplanowanych mordów na rosyjskich (białoruskich) chłopach oraz prawosławnym duchowieństwie”.

Moskwa nie toleruje również tego, że Konstanty Kalinowski jest uważany za bohatera nie tylko w Polsce i na Litwie, ale wśród wolnych Białorusinów. Bohaterem walczącym przeciwko wspólnemu wrogowi: Rosji.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Jak Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy działa w wojennych warunkach

Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy (NUJU) mobilizuje ukraińskich i zagranicznych dziennikarzy do relacjonowania wydarzeń na froncie i za jego kulisami, a także stara się chronić ich życie i pracę.

Wojna Rosji z Ukrainą radykalnie zmieniła życie i pracę dziennikarzy na Ukrainie. Wielu z nich trafiło na front, ale nie porzucili swojego zawodu i często zostawali korespondentami z miejsca walk. Dziennikarze pism ukraińskich na terenach okupowanych w większości wyjeżdżali na wolne terytoria ukraińskie, przenosili swoje publikacje w nowe miejsca, włączali się do pracy w lokalnych mediach w rejonach ewakuacji lub pomagali w Dziennikarskich Centrach Solidarności utworzonych przez Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy wraz z UNESCO. Powstały one m.in. we Lwowie, Iwano-Frankowsku, Czerniowce, Dnieprze i Kijowie. W takich ośrodkach ukraińscy i zagraniczni dziennikarze mogą otrzymać środki ochrony osobistej do pracy w niebezpiecznych miejscach – kamizelki kuloodporne, hełmy, apteczki taktyczne. A także pomoc techniczną – kamery wideo, aparaty fotograficzne, laptopy, inny profesjonalny sprzęt. Centra świadczą też doraźną pomoc materialną, czy pomagają w opuszczeniu strefy działań wojennych lub terytoriów okupowanych. Zapewniają również pomoc prawną i psychologiczną. Działa na przykład całodobowa infolinia udzielająca wsparcia psychologicznego dziennikarzom i członkom ich rodzin.

Obecnie Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy w dużej mierze przekształcił się w organizację praw człowieka, która mobilizuje dziennikarzy do relacjonowania wydarzeń na froncie i za kulisami, a także chroni życie i pracę ukraińskich i zagranicznych dziennikarzy.

W Kijowie odbyło się zainicjowane przez NUJU spotkanie okrągłego stołu z udziałem przedstawicieli Prokuratury Generalnej, Policji Państwowej i Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, na którym dyskutowano na temat postępów śledztwa w sprawie zbrodni wojennych popełnianych przez Rosjan przeciwko ukraińskim i zagranicznym dziennikarzom.

Zastępca Komendanta Głównego Policji Ukrainy Maksym Tsutskiridze poinformował, że w czasie wojny Rosji z Ukrainą na pełną skalę wszczęto 66,7 tys. postępowań karnych, w tym 54 postępowań dotyczące naruszeń praw dziennikarzy. Odnotowano 29 przypadków śmierci dziennikarzy podczas wykonywania obowiązków służbowych,17 rannych oraz 12 przypadków pozbawienia wolności pracowników mediów na czasowo niekontrolowanym terytorium państwa. Wszystkie te fakty są badane. Zastępca szefa ukraińskiej policji podkreślił wagę i znaczenie śledztw w sprawie przestępstw przeciwko przedstawicielom środków masowego przekazu, którzy w trudnym dla kraju czasie relacjonują nieludzkie zachowania przedstawicieli władz okupacyjnych Federacji Rosyjskiej.

Maksym Tsutskiridze skupił się na konkretnych przypadkach. Na przykład na sprawie uprowadzenia w obwodzie chersońskim i pozbawienia wolności dziennikarza gazety „Novy Den” Olega Baturina. Dziennikarz został uwolniony przez ukraińskie wojsko, bierze udział w śledztwie i dostarcza dowodów w sprawie zbrodni wojennych przedstawicieli władz okupacyjnych w Chersoniu, którzy przyczynili się do pozbawienia go wolności.

Śledztwa prowadzone są też w sprawie sześciu dziennikarzy, którzy stracili życie w wyniku ataku rakietowego na wieżę telewizyjną w Kijowie, śmierć szefa służby prasowej połączonej brygady szturmowej Sił Zbrojnych Ukrainy Jurija Lelawskiego oraz zastrzelenia przez rosyjskie wojsko dziennikarza Serhija Puszczenko służącego w obronie terytorialnej.

Maksym Tsutskiridze mówił o pracy policji na terenach okupowanych: „Tam znajdujemy najwięcej okropności. Są to masowe pochówki, obozy tortur i miejsca tymczasowego przetrzymywania naszych obywateli, w tym dziennikarzy”.

Policja zarejestrowała 25 sal tortur i więzień w obwodzie charkowskim, 16 w obwodzie chersońskim, 3 w obwodzie kijowskim i 6 na innych terenach okupowanych. Według Maksyma Tsutskiridze największe masowe pochówki znaleziono w Iziumie w obwodzie charkowskim, gdzie zginęło 941 osób oraz w rejonie kijowskim, gdzie znaleziono ciała 1374 osób. Oczekuje się, że po wyzwoleniu Mariupola, Melitopola i Berdiańska wyjaśnione zostaną kolejne zbrodnie. Wiceszef ukraińskiej policji podkreślił, że trwają prace nad dokumentacją rosyjskich zbrodni wojennych, a zebrane dowody pomogą postawić winnych przed sądami ukraińskimi i międzynarodowymi.

Serhij Tomilenko, szef Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy, na posiedzeniu Komitetu Wykonawczego Europejskiej Federacji Dziennikarzy (EFJ) wypowiedział się na temat działań jego organizacji w sprawie wzmocnienia bezpieczeństwa pracowników mediów podczas wojny w Ukrainie. W spotkaniu wzięli udział przedstawiciele stowarzyszeń i organizacji dziennikarskich z Włoch, Francji, Belgii, Hiszpanii, Danii, Polski, Wielkiej Brytanii i innych krajów europejskich. Tomilenko powiedział, że „dzięki pomocy i współpracy z innymi organizacjami Narodowy Związek Dziennikarzy Ukrainy może dziś wspierać tysiące ukraińskich dziennikarzy pracujących w warunkach wojny. Jesteśmy wdzięczni europejskim dziennikarzom za ich solidarność, apelujemy o inicjatywy na rzecz ukraińskich mediów”.

W ciągu ostatnich sześciu miesięcy NUJU, z pomocą światowych mediów, zdołał wesprzeć finansowo ponad 20 gazet ukazujących się blisko linii frontu i znaleźć regularne finansowanie dla 12 gazet regionalnych na terenach okupowanych o łącznym miesięcznym nakładzie około 100 000 egzemplarzy. Ale to niestety nie wystarczy. Tomilenko zaznaczył, że wciąż nierozwiązana pozostaje kwestia odrodzenia lokalnych gazet na terenach okupowanych i frontowych, które zostały zmuszone do zaprzestania działalności po rosyjskim ataku na pełną skalę.

Serhij Tomilenko wezwał Europejską Federację Dziennikarzy do zainicjowania kampanii solidarnościowej wspierającej publikacje ukazujące się na terenach bliskich linii frontu i na okupowanych terytoriach Ukrainy, gdzie przy braku internetu, a często i elektryczności, prasa drukowana pozostaje alternatywnym źródłem informacji.

Szef NUJU zasugerował również, aby Europejska Federacja Dziennikarzy zorganizowała w Brukseli specjalną wystawę fotograficzną „Sparks of War”, którą przygotowało NUJU pod kuratelą jednego z najlepszych fotoreporterów Ukrainy, Efrema Łukackiego. Ekspozycja ta posłuży zwróceniu uwagi Europejczyków na problemy i potrzeby ukraińskich dziennikarzy, którzy odważnie bronią frontu informacyjnego walki z okupantem.

Koledzy z kierownictwa EFJ – zarówno prezydent Maya Sever, jak i sekretarz generalny Ricardo Gutierrez oraz członkowie Komitetu Wykonawczego – a także przedstawiciele zagranicznych związków dziennikarzy wyrazili poparcie dla ukraińskich dziennikarzy i gotowość do dyskusji na temat praktycznego wdrożenia nowych form solidarności z kolegami z Ukrainy.

 

Duma, tradycja i św. Jan Paweł II – relacja MARII GIEDZ z Dnia Jedności Kaszubów

To była ogromna manifestacja jedności Kaszubów, których tożsamość oparta jest na wierze w Boga i wielkim szacunku oraz miłości do świętego Jana Pawła II.

W dniu św. Józefa, patrona rodzin, na terenie gminnej wsi Gniewino w powiecie wejherowskim obyło się, jak co roku (od 2004 r. w różnych miejscowościach), wielkie święto Kaszubów, czyli Dzień Jedności Kaszubów. Obchodzi się je na pamiątkę pisemnej wzmianki o Kaszubach zawartej w bulli papieża Grzegorza IX z dnia 19 marca 1238 r., w której to papież nazwał księcia szczecińskiego Bogusława I „księciem Kaszub” (dux Cassubie). Notabene ów książę, który zmarł w 1187 r., a więc przed wydaniem owej bulli, podarował ok. 1181 r. dobra pod Stargardem zakonowi Joannitów. Papieska bulla jest potwierdzeniem tej darowizny. A co do Kaszubów to przed wiekami zamieszkiwali tereny dzisiejszego Pomorza Zachodniego i nawet byli książętami, czego dowodem są m.in. napisy na ich trumnach, również w archikatedrze oliwskiej. Zresztą, wbrew powszechnie promowanej wiedzy dzisiejsze Niemcy wschodnie to ziemie słowiańskie. Plemiona germańskie dotarły tam znacznie później. Badania archeologiczne, o czym się nie mówi, udowadniają, że takie miasta, jak Lubeka, a nawet przedmieścia obecnego Berlina zostały założone przez ludność słowiańską, ale to inna historia.

Teoretycznie owe święto było uroczystością świecką, gdyż Kaszubi z różnych stron Pomorza przyjechali, aby się spotkać, wspólnie pograć na akordeonach – akordeonistów było 161, pośpiewać, zaprezentować się w swoich strojach, pokazać, ale i sprzedać własne wyroby, jak haftowane serwetki, gliniane garnki, regionalne stroje, tabakę i tabakiery, najróżniejsze potrawy, własne wydawnictwa i wiele innych…

A jednak, nie to jest istotą owych spotkań. Istotą jest to co ma się w sercu, kaszubskość, dumę z przynależności do jednej, wielkiej rodziny Kaszubów i to niezależnie od tego czy mieszka się nad morzem, nad jeziorami, w lasach… Większość kaszubskich uroczystości rozpoczyna się mszą świętą i to koncelebrowaną przez kilku duchownych, zazwyczaj sprawowaną w języku kaszubskim. Chociaż część modlitw odmawia się po polsku, bo Kaszubi to Polacy, jak mówił Antoni Abraham, żyjący w latach 1868-1923, pisarz i działacz społeczny nazywany „królem Kaszubów”. To on tłumaczył Kaszubom, że mają trwać przy polskości, bo tylko wówczas będą Kaszubami. A tak przy okazji Rok 2023 został ogłoszony Rokiem Antoniego Abrahama, gdyż 23 czerwca przypadnie setna rocznica jego śmierci.

W przypadku mszy św. w kościele gniewińskim koncelebrze przewodniczył ks. dr Marian Miotk, proboszcz miejscowej parafii. W wygłoszonym kazaniu po kaszubsku, a jest to język, który bardzo przypomina staropolski z czasów Mikołaja Reja czy Jana Kochanowskiego, duchowny mówił o jedności, o byciu razem, o wspólnej, tworzonej przez Kaszubów rodzinie, której patronem jest właśnie św. Józef. Wspomniał też o kaszubskiej pielgrzymce do Ziemi Świętej w 2000 r., która stała się jednym z czynników zlepiających tę grupę. Podkreślał, że elementem jednoczącym jest język, kultura, tradycja, ale fundamentem tego wszystkiego jest wiara w Boga. Tę jedność należy budować na autentycznej wierze, na Chrystusie, który jest Prawdą. „Europa – mówił duchowny – odchodzi od swoich chrześcijańskich korzeni, a to prowadzi do zagłady”. Przyrównał brak wiary i wynikające z tego podziały w społeczeństwach do sytuacji Żydów w Jerozolimie, opisanej we fragmencie Ewangelii św. Jana czytanym w kościołach w niedzielę 19 marca, a mówiącym o uzdrowieniu niewidomego od urodzenia. „Brak wiary tworzy podziały. Jeśli człowiek rozmija się z prawdą, lekceważy ją, to konsekwencje takiej decyzji mogą być tragiczne. Odrzucenie Boga źle się kończy. Fałsz jest zły”. Dodał też, że Kaszubi winni budować życie na spuściźnie nauki Jana Pawła II.

Postać św. Jana Pawła II przewijała się w wypowiedziach kilku mówców, którzy nawiązywali do wypowiedzi Papieża z 1987 r., kiedy to podczas mszy św. odprawianej na Skwerze Kościuszki w Gdyni Jan Paweł II zwrócił się do Kaszubów takimi słowami: „Drodzy bracia i siostry Kaszubi strzeżcie tych wartości i tego dziedzictwa, które stanowi o waszej tożsamości”. Natomiast w Sopocie w 1999 r., gdy z Półwyspu Helskiego do Sopotu przypłynęła ogromna pielgrzymka kaszubskich łodzi i kutrów rybackich Papież powiedział: „Pozdrawiam lud kaszubski, odwiecznych gospodarczy tej pomorskiej ziemi. Pragnę zachęcić was byście nadal strzegli swojej tożsamości poprzez podtrzymywanie więzów rodzinnych pogłębianie znajomości swojego języka i przekazywanie swojej bogatej tradycji młodemu pokoleniu”.

Kaszubi, którzy od zawsze trwali przy wierze katolickiej, ale i przy polskości, poniżani przez pruskich zaborców, masowo mordowani przez Niemców w czasie II wojny światowej, a w czasach PRL-u spychani na margines, nazywani Niemcami, ludźmi z czarnym podniebieniem, obywatelami drugiej kategorii, odpychani od wyższych stanowisk, właśnie dzięki polskiemu Papieżowi odkryli, że ich kaszubskość to siła.

Dzień Jedności Kaszubów był więc manifestacją dumy i przywiązania do tradycji. Nie obyło się oczywiście bez dużego transparentu z czarnym napisem na żółtym tle, a więc w barwach kaszubskich „Wiedno Jan Paweł II”, co oznacza: zawsze, stale Jan Paweł II. Niektórzy byli przygotowani i demonstracyjnie machali obrazkami z podobizną Papieża Polaka.

Atrakcji tego dnia było wiele: występy folklorystycznych zespołów, dyskusje literackie, teatrzyk dla dzieci z opowieściami o stolemach, o królewiance i zapadniętym (zapadłym) zamku. Podsumowaniem stała się projekcja niezwykłego filmu „Jutro będzie padać”, zrealizowanego przez Fundację Aby Chciało Się Chcieć według scenariusza i reżyserii Sebastiana Hermano Karaśkiewicza. Film w formie sfabularyzowanej opowiada historię z lat 30. – 40. XX w. na przykładzie rodziny kaszubskich gburów (gbur to zamożny gospodarz) i ich niemiecko-polskich sąsiadów. Są tam przedstawione skomplikowane dzieje Pomorza, niezrozumiałe przez mieszkańców innych części Polski, trudne wybory, o których nie można powiedzieć, że były dobre, albo złe. Podejmowano je, aby trwać, aby zachować swoją tożsamość, ale to one wywarły piętno na kolejnych pokoleniach.

Znakomita gra Katarzyny Kiedrowskiej-Zagozdon, na co dzień nauczycielki języków: kaszubskiego, polskiego i niemieckiego oraz przewodnika po Kaszubach, odtwórczyni głównej roli, matki dwóch synów, jakże różnych, a zakochanych w jednej kobiecie Polko-Niemce, wprowadza w niezwykłą atmosferę tamtych czasów, tej wielokulturowości, wielojęzyczności trudnej do zrozumienia. „Witro będzie regnen” – taki winien być prawdziwy tytuł filmu, który pomaga w znalezieniu odpowiedzi na pytanie: kim są Kaszubi i dlaczego „trzymają z Bogiem”.