O architektonicznych zbrodniach w Warszawie pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: List goryczy

Panie i Panowie, cóż to widzicie, gdy na Krakowskim Przedmieściu jesteście? Toż to Bristol. Król warszawskich zabytków. Podnieście wzrok ku górze. I co zobaczycie – kurnik ze srebrnej blachy, szpecący hotel Paderewskiego. Owszem, pięknie wyremontowany, odnowiony wspaniale już za czasów nowej Polski, ale spaprany na koniec zbrodniczą zgodą na dobudowanie szkaradnego piętra.

Zniweczeno myśli architekta, który – jako że w grobie – nie może upomnieć się o swoje autorskie prawa. Drepczą ludziska po Krakowskim Przedmieściu. Obok stanął Prus i usiadł Prymas Wyszyński. Nic to. Kurnik świecący blachą góruje. Drażni oko. Konserwatorzy z bożej łaski, gdzie byliście, gdy fundowano tego architektonicznego pryszcza. Wstyd!

A teraz o podobnej chorobie. Wandalowej modzie na pryszcze dachowe na szacownych, pięknych, starych kamienicach. Na ulicy Górnośląskiej naprzeciw profesorskich willi wiekowy, ocalały z pożogi wielki dom upstrzono na dachu dobudowanymi, strychowymi pomieszczeniami. To samo dzieje się w wielu miejscach na starych kamienicach. Kto na to pozwala? Za co biorą pieniądze warszawscy konserwatorzy? Kto was uczył? Samorządzić trzeba umieć. Dbać, a nie niszczyć. Przecież łatwo jest stwierdzić kto wydał zgodę. Są podpisy. Dlaczego ci „odpowiedzialni” to zrobili i robią nadal?

Paskuda wdziera się w życie bezszelestnie. Jest bezczelna i nie ma oporów i wstydu. Dłubiąc na zabytkowych dachach zostawia ślad, które wszyscy widzą. To czego nie zniszczyła bomba teutońska niszczone jest przez bezguście i pazerność. Ślepi! Włóżcie okulary. Wandale zniszczyli Rzym. Nasi wandale niszczą bezkarnie Warszawę.

 

Fragmenty listu otwartego  Stefana Truszczyńskiego do ludzi decydujących o zabytkach stolicy

Językowe potwory ciągle tropi WALTER ALTERMANN: Negat, egzaltacja i prywatny ojciec

Pańskie opinie opierają się na negacie – powiedział polityk, do swego rozmówcy z innej, konkurencyjnej partii.  Działo się to 28 kwietnia 2023 roku. Zapewne chciał powiedzieć, że jego przeciwnik neguje rzeczywistość, ignoruje fakty – pozytywne dla partii mówiącego. Przykre jest wysłuchiwać takich dziwactw.

Podejrzewam, że i ten polityk w domu nie mówi takich dziwactw. Skoro jednak jest już w telewizji, to musi mówić – tak sobie założył – językiem poważnym. A wyszło jak wyszło. Śmiesznie i strasznie – jak mawiają Rosjanie.

Egzaltacja

Jedną z przyczyn błędów językowych jest egzaltacja mówiących. Wtedy rozum cichnie, a do głosu dochodzi niekontrolowana liryka, uniesienia i inne podniosłe uczucia, które z kolei jeszcze bardziej osłabiają rozum. Taka to zasada. Szczególnie, gdy osoby nie mające warsztatu, by mówić o sztuce, usiłują jednak coś powiedzieć. A dodatkowo w uniesieniu, bo wierzą, że duch jest ważniejszy od materii.

Przykładem takiej egzaltacji był występ dziennikarza telewizyjnego, który rozpływał się, w rozmowie z członkiem zespołu Vox, nad ich nową piosenką „Razem”. Padały wielkie słowa, głos dziennikarza wibrował w wysokich rejestrach, aż w końcu w uniesieniu wypalił: Ta piosenka jest dla mnie takim posileniem.

Czym jest w języku polskim posilnie? Nie wiadomo. Słowniki nie odnotowują czegoś takiego. Zatem, prawdopodobnie, dziennikarz chciał powiedzieć, że ta piosenka jest dla niego posiłkiem duchowym… W sumie też byłoby bez sensu, ale przynajmniej po polsku.

Obóz wojskowy i cała reszta

Co za szczęście u Igi, u całego obozu – wykrzyknęła radośnie pani, która była sprawozdawcą meczu tenisowego Świątek z Sabalenką.

Zabierając się do tego błędu zacznijmy od tego, czym jest obóz. Otóż obóz oznaczał najpierw miejsce, w którym stacjonowali na stałe, lub czasowo żołnierze danej armii. Rzymski obóz mógł być solidnie chroniony przez umocnienia ziemne, palisady, a nawet mury z kamienia lub cegły. Obecnie mamy też obozy harcerskie. Mamy także obozy sportowe – oznaczające zgrupowania treningowe sportowców. A do tragicznej historii przeszły również niemieckie obozy koncentracyjne oraz obozy zagłady.

Z czasem obóz zaczął też oznaczać sportowców, harcerzy i żołnierzy, przebywających na terenie obozu, a nawet zawodników i kadrę danej drużyny sportowej. I w tym znaczeniu pani sprawozdawca użyła słowa obóz. I nie to jest jej błędem.

Błędem prowadzącej tę transmisję meczu tenisowego jest niewłaściwa składnia. Bo poprawnie należało powiedzieć, że szczęście zapanowało w całym obozie, a nie u obozu. Dlaczego? Bo obóz w dalszym ciągu zachował swoje pierwotne znaczenie terytorium, a więc trzeba mówić w obozie. Nawet jeżeli dotyczy to zgromadzonych w obozie zawodników, trenerów i innych potrzebnych zawodnikowi ludzi.

A tak w ogólniej – powiedzenie, że u Igi zapanowało szczęście jest w języku polskim nieprawidłowe, bo jest to zwrot rosyjski, a u nas rusycyzm. Rosjanin powie: u niewo żiena, ale Polak musi powiedzieć: on ma żonę. Dlatego pani sprawozdawca powinna powiedzieć: Iga jest bardzo szczęśliwa i szczęśliwi są wszyscy w jej obozie.

Prywatny ojciec

W Internecie można było ostatnio przeczytać, że jakiś pan – powiedzmy Nowak – który jest posądzany o niecne uczynki – jest prywatnie ojcem pewnego polityka – powiedzmy Nowaka.

I mamy szkopuł językowy a nawet czysty idiotyzm. Bowiem – nie można być ojcem nieprywatnie, ojcostwo jest z natury rzeczy sprawą prywatną, dla zasady.

Owszem zdarzają się metafory, które głoszą, że ktoś jest czegoś ojcem duchowym. Bywają też metaforyczni ojcowie idei, ojcowie narodu, ojcowie nauki a nawet ojcowie marek samochodów. Niemniej o prywatnym ojcostwie nie słyszałem. Dotychczas.

Autor

Putin to autor masowych morderstw na Ukrainie – piszą na pasku w telewizji informacyjnej 18 kwietnia 2023 roku. Piszą słusznie, ale to nie wystarcza. Bo do pełnej prawdy trzeba to jeszcze wyartykułować poprawnie.

Autorem może być twórca powieści, malarz, rzeźbiarz czy reżyser filmu, tak jest w języku polskim. Natomiast nazywanie autorem Putina jest zapewne tragicznym tłumaczeniem jakiejś informacji w języku angielskim. Gdyby stacja telewizyjna nie miała w nazwie „Polska”, można by machnąć ręką. Kim zatem jest Putin, jeśli nie jest autorem? Jest sprawcą tych morderstw. Tym, który kieruje bezpośrednimi mordercami. Wreszcie, sam Putin może być – jak wódz najeźdźców – mordercą.

Agregaci

Pan premier Mateusz Morawiecki mówiąc o finansach naszego państwa – 24 kwietnia br. – na spotkaniu w Ząbkach: Są instytucje międzynarodowe , które agregują takie dane.

Sprawdziłem o co chodzi z tym agregowaniem. Gdy chodzi o ekonomię, to agregowanie da się tłumaczyć następująco: dodawanie, dołączanie, łączenie, zbieranie, zestawianie.

Agregacja oznacza proces łączenia części w większą całość – na przykład prądnicę łączy się z silnikiem spalinowym. Ten termin jest stosowany też w biologii, inżynierii procesowej, technice maszyn, informatyce, logistyce i medycynie, statystyce, polityce, wojskowości. Czyli jest to pojęcie, którym głównie posługują się naukowcy. I dobrze. Jeżeli w czymkolwiek im to ułatwia pracę, niech używają tej agregacji. Na zdrowie.

Jednakże w Ząbkach pan Premier przemawiał do okolicznego ludu. Co tamtejsi mieszkańcy zrozumieli z tej agregacji? Oj, chyba niewiele. Zwróćmy też uwagę, że wiedza ekonomiczna na poziomie uniwersyteckim nie jest u nas obowiązkowa. Przecież wiemy, że pan Premier jest dobrze wykształconym historykiem i ekonomistą. Ale większość narodu prosta jest, siermiężna i oczekiwałaby mówienia do niej językiem, który mogłaby zrozumieć.

Chyba, że jest to zabieg marketingowy – mający na celu pokazanie narodowi, że premier jest bardzo dobrym premierem, skoro mówi niezrozumiale.

Co do mnie – znam agregaty prądotwórcze, uprawowe i pianowe – do gaszenia pożarów. Jest jeszcze taki potoczny zwrot, gdy mówimy, ale to agregat, o kimś niesamowitym, który zaskakuje nas swym zachowaniem. Mnie ta wiedza wystarcza.

 

Trele STEFANA TRUSZYŃSKIEGO: Poezja ornitologiczna

Wiosenny wierszyk

 

Kawka mała wraz z gawronem

Przelecieli nieboskłonem
Podśpiewywał im skowronek
A modraszka dziób w ogonek
Trzciniak dymał za dymówką
Szpak muchołówkę osnuł pajęczyną
– coś jakby pierzyną
I ta szara ptaszyna
Od rudzika się odcina
Bo ten broni swego pola
Obcy mu nie strzeli gola
Takoż kwiczoł jest zazdrosny
Nawet gdy ptak głodny nie jest obcy
Broni miejsc obfitych w żarcie
Zawsze czujny na tej warcie
Zięba na to gardło drze
Pliszka ogon w te i w te
Grubodzioby znów zostali
Bo se Polskę spodobali
Nie chcą latać gdzieś daleko
Chcą mróz przetrwać tu nad rzeką
Potrzeszcz cały harem ma
Z ziemi zbiera co się da
Czasem mylą go z trznadlem
Bo co nagle to po diable
Rade temu potrzeszczanki
Gdy doznają zaniedbania
Czemu winna poligam(n)ia
Dzwońce na to radę mają
Bo w nich duże serca grają
Stefan Truszczyński

PIOTRA TURLIŃSKIEGO analizy literackie: Karol Zbyszewski prześmiewca historii (6)

„Niemcewicz od przodu i tyłu” – taki jest tytuł dzieła, które dzisiaj chcę Państwu polecić. Autorem jest Karol Zbyszewski. Od razu też postawmy pytanie, czy o historii naszego narodu – można pisać złośliwie i prześmiewczo? Według mnie można – jak najbardziej. A nawet trzeba.

Jeżeli bowiem będziemy lękać się ujawniania naszych wad, przywar, słabości i okropnych śmieszności, to znaczyłoby, że nie jesteśmy tak wielcy i wspaniali, jak o sobie mówimy w czasie uroczystości narodowych. Bo cóż to za cnota, która boi się krytyki? – że przytoczę frazę biskupa Ignacego Krasickiego.

O autorze

Dzisiaj mam przyjemność polecić Państwu dzieło, które powstało przed wojną, ale dopiero po 1990 roku zostało wydane ponownie, po raz pierwszy w latach powojennych. A chodzi o pozycję „Niemcewicz od przodu i tyłu” Karola Zbyszewskiego. Kim był Zbyszewski? Był znanym i cenionym dziennikarzem, słynął w przedwojennej Polsce z ciętego, dosadne, a chwilami nawet okrutnego języka.

Przedmowę do „Niemcewicza…” napisał sam Stanisław Mackiewicz. A był to wielki dziennikarz – jego osobę też musimy przypomnieć. Stanisław Mackiewicz, pseudonim „Cat” (Cat-Mackiewicz; był polskim prawnikiem, wydawcą i pisarzem. Politycznie był monarchistą i konserwatystą. W latach 1922–1939 był redaktorem dziennika „Słowo” wychodzącego w Wilnie. W 1939 opuścił kraj i przez Litwę udał się do Francji. W latach 1954–1955 był premierem rządu Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie. Powrócił do Polski w 1956 roku. Zatem, Cat-Mackiewicz tak pisał o Zbyszewskim:

Starszym pannom, a zwłaszcza starszym paniom, które dokoła takiego pisma prowincjonalnego jak „Słowo” mają zawsze dużo do powiedzenia, felietoniki Karola z początku nie podobały się zupełnie. Karol miał styl krótki i obrazowy, ale nie pisał nigdy o kimś, że szedł, tylko zawsze „gramolił się”, zamiast mówić, stale „gdakać”, nigdy nie nazywał dziewczyny lub sportsmenki inaczej jak „klucha”, rzadziej używany był wyraz „klempa”. O kobietach najchętniej pisał przez „kuchty”. Mamy zaprzyjaźnionego ministra w gabinecie. Karol pisze: „tylko taki matoł jak minister…”, tu zostaje wymieniona nazwa resortu. Sam p. marszałek Miedziński w złotych czasach Bloku Bezpartyjnego interweniował u mnie w sprawie jakiegoś felietoniku Karola.

Zalety, talent, nie cofnę się przed wyrazem: wielkość pióra Karola polega na jego niesłychanej jędrności i wyrazistości.

W czasach niesłychanie pompatycznej, mdławej wzniosłości, w powodzi tych nieudolnie skrojonych frazesów, hiperfrazesów, ultrafrazesów, którymi przeładowana jest Polska od góry do dołu, od toastów pp. wójtów do exposé pp. ministrów, lapidarność Karola, chociażby brutalna, chociażby obelżywa, staje się tym czym zimna woda dla spoconego w duchocie ciała. 

Powie ktoś, że Zbyszewski może nie kochał ojczyzny. Nic bardziej mylnego, bo swoim całym życiem – tak na wojnie, jak potem na obczyźnie w Londynie – dowiódł dobrego patriotyzmu. Walczył, działał na emigracji – był odważny. A że naszą historię rozumiał jako przestrogę dla współczesnych, że śmieszyło go nasze narodowe pajacowanie? Że zwalczał nasze pozerstwo, mające najczęściej ukryć ciemne interesy? To tylko zasługa odważnego serca i przenikliwego rozumu.

Niemcewicz – tytułowy bohater

Najpierw Niemcewicz miał być bohaterem pracy doktorskiej Zbyszewskiego. Ale uniwersytet poznański odrzucił dysertację. Oczywiście ze względu na język i złośliwą postawę autora wobec Niemcewicza. W tamtych latach trzeba było pisać o narodowych bohaterach na klęczkach. Zresztą – myślę, że i dzisiaj środowisko naukowe woli gładkie i mdłe rozprawy, niż pisane z pasją publicysty.

Po odrzuceniu jego pracy doktorskiej Zbyszewski postanawia wydać ją jako poważną pracę publicystyczną właśnie. I odnosi sukces – oczywiście w kręgach ludzi wolnych duchowo, którzy wiolą pomniki burzyć, niż je stawiać.

A teraz przypomnijmy – za encyklopediami – kim był Julian Ursyn Niemcewicz. Życiorys miał bogaty, pełen zwrotów i obrotów – zgodnie z historią Polski, której był nie tylko obserwatorem, ale też aktywnie ja kształtował. Urodził się na Polesiu, w rodzinie średniozamożnej szlachty 16 lutego 1758 roku. Zmarł w Paryżu 21 maja 1841 roku. Był poetą, powieściopisarzem dramaturgiem, historykiem, pamiętnikarzem, publicystą, tłumaczem. Był znaczącym w kraju masonem. Był członkiem Komisji Edukacji narodowej. Od czerwca 1794 był adiutantem i sekretarzem Tadeusza Kościuszki podczas insurekcji kościuszkowskiej. Ranny, został wzięty do niewoli po bitwie pod Maciejowicami (10 października 1794) i osadzony na dwa lata w twierdzy pietropawłowskiej.

W grudniu 1796 uwolniony z więzienia, razem z Kościuszką udał się przez Finlandię, Szwecję, Anglię do Stanów Zjednoczonych. Podróżował po wschodnich stanach, spotkał się z Waszyngtonem i Jeffersonem. 2 lipca 1800 poślubił Amerykankę, Susan Livingston Kean, córkę Petera van Brugh Livingstona, pierwszego skarbnika stanu Nowy Jork. W roku 1798 został wybrany członkiem Amerykańskiego Towarzystwa Filozoficznego, a w 1806 jako pierwszy Polak otrzymał obywatelstwo amerykańskie. Na wiadomość o śmierci ojca, w latach 1802–1804 odwiedził Polskę, a w 1807 wrócił na stałe do kraju. Został wtedy sekretarzem Senatu, wizytatorem szkół (jako członek Dyrekcji Edukacyjnej) i pierwszym prezesem Dyrekcji Rządowej Teatru Narodowego. Od 1802 był członkiem Towarzystwa Przyjaciół Nauk, a od stycznia 1827 jego prezesem.

Od 1822 osiadł w swych dobrach w podwarszawskim Ursynowie (które chciał pierwotnie nazwać Ameryką), wprowadził tam nowoczesne metody ogrodnictwa i oddał się tam twórczości literackiej. Urząd sekretarza Senatu pełnił również w Królestwie Kongresowym.

Był przeciwnikiem konspiracji niepodległościowej i zwolennikiem legalizmu. Po wybuchu powstania listopadowego w 1830 wyjechał w misji dyplomatycznej do Londynu. 5 grudnia 1830 roku Rząd Tymczasowy Królestwa Polskiego powołał pod jego przewodnictwem kilkunastoosobowy Komitet do Przejrzenia Papierów Policji Tajnej. Jako senator podpisał akt detronizacji cara Mikołaja I. Był członkiem sejmu powstańczego na emigracji. Od września 1833 pozostawał w Paryżu, będąc związanym ze stronnictwem księcia Adama Jerzego Czartoryskiego.  Był prezesem Wydziału Historycznego Towarzystwa Literackiego w Paryżu. Pozostawił liczne pamiętniki z każdego okresu życia.

Julian Ursyn Niemcewicz postrzegał Wielkie Księstwo Litewskie, z którego pochodził, jako nierozerwalną część państwa polskiego. Taki punkt widzenia przekazywał w swojej twórczości, wpływając na kształtowanie się w kolejnych pokoleniach Polaków romantycznej wizji „Kresów”, będących częścią Polski. Historyk Jan Stanisław Bystroń pisał o nim, że: „traktował Polskę jako całość, w granicach przedrozbiorowych, (…) z niczego nie rezygnował, jeździł na Ukrainę, na Litwę, na Pomorze, na Ruś Czerwoną jako na ziemie polskie i budził w szerokich sferach czytelników przekonanie, że granice Królestwa Kongresowego nie są granicami Polski. Nieznośny staruszek (…) całe życie pozostawał obywatelem całej niepodzielnej i niepodległej Polski.

Dlaczego właśnie Niemcewicz?

Dlaczego Niemcewicz został bohaterem książki Zbyszewskiego? Z kilku powodów. Po pierwsze, Niemcewicz zostawił po sobie sporo wspomnień i pamiętników. Po drugie był Niemcewicz świadkiem i niejako współtwórcą najtragiczniejszej części historii Polski, bo był nią przecież czas rozbiorów. Po trzecie wreszcie, życie Niemcewicza jest znaczące i emblematyczne dla światłych ludzi tamtej epoki. Niemcewicz to nie prosty żołnierz – jak Jan Chryzostom Pasek, który zostawił po sobie wspomnienia z innej epoki, ale pisane jednak z pozycji człeka prostego.

Czego szukał Zbyszewski w życiu Niemcewicza? Ano właśnie szukał tamtej epoki, chciał zrozumieć tamte pokolenia, które doprowadziły do upadku potężnego państwa w środku Europy.

Dom rodzinny Niemcewicza

Zbyszewski, solidnie jak na biografa przystaje zaczyna od dzieciństwa i rodziny Niemcewicza. Tam znajduje istne pokłady mentalności ówczesnej szlachty. I sugeruje, że dom rodzinny musiał mieć wpływ na bohatera biografii. Nawet, jeżeli Niemcewicz później próbował wyrwać się z kręgu rodzinnego myślenia i tradycji. Tak opisuje ojca Juliana Ursyna:

Główną troską pana Marcelego było utrzymywać dobre stosunki z Panem Bogiem. Do Wistycz drałował siedem mil piechotą, by się tamtejszej Matce Boskiej przypodobać. Pacierze klepał cały dzień. Nawet grając w mariasza szeptał litanię. Wszyscy domownicy musieli śpiewać godzinki pod jego dyrekcją. W adwent zrywali się państwo Niemcewicze o świcie, po ciemku ładowali z dziećmi w sanie i pędzili do kościoła w Brześciu, tam siadali w ławce z nogami w specjalnym futrzanym worku, Julianek zaś, siedząc, zasypiał, musiał klęczeć godzinami w pobok ławki na zimnej, kamiennej posadzce.

– Mamusiu, czy w piekle są roraty? – pytał z płaczem.

W Klennikach było więcej księży niż w przeciętnej katedrze. Przed opatem Rogalińskim dzieci musiały padać plackiem i całować go w nogę. Święty to był człowiek. Jeszcze świątobliwszym był ksiądz Obłoczyński – asceta, co się nawet na odpustach u bernardynów nie upijał. Ciocia Bisia całowała ślady jego stóp w ogrodzie. Kazania miał tak płomienne, że spędzano na nie wszystkich Żydów z Brześcia, w nadziei, że ich nawróci. Choć gadał po sześć godzin i wymachiwał trupią czaszką – Żydy zostawały przy swoim.

Nad nawróceniem Żydziąt pracował niestrudzenie i pan Marceli. Nie kupił smaru ani nitki w Brześciu, na palnąwszy przy okazji parchom wykładu teologicznego. Ale skutek był marny.

Lepiej poszło panu podczaszemu z nawróceniem swych poddanych – chłopów unitów. Granatowe żupany, pasy, gorseciki, czepki, chustki, parę kijów – nie oparły się kmiotki tylu dowodom wyższości jednej religii nad drugą i przechodziły gromadnie na katolicyzm.

W służbie u Czartoryskich

Książę Adam Czartoryski, bawiący właśnie w Brześciu, zwrócił uwagę na młodego, inteligentnego chłopaka i zaproponował rodzicom, żeby oddali Juliana na jego dwór. Tak właśnie Julian Niemcewicz wszedł w krąg najznamienitszych rodów i spraw wagi państwowej.

Władza Czartoryskich był równa ich majątkowi, a byli panami ogromnych dóbr ziemskich, wsi, miast, miasteczek i licznych „zakładów przemysłowych”. W polityce również byli jednymi z najważniejszych. Dysponowali też Czartoryscy własnym wojskiem oraz dowodzili sporą częścią armii rządowej. Tak to przedstawia Zbyszewski:

Książę Adam był komendantem wojska litewskiego, Niemcewicza – który ukończył korpus w stopniu gefrajtera, czyli wodza aż czterech kadetów – mianował swym adiutantem. Funkcja ta nie przysparzała wiele roboty, w Różance był tylko mały oddział gwardii litewskiej, sprowadzonej przez księcia dla wypróbowania nowych metod musztry. Rano, gdy była ładna pogoda, książę zasiadał na ganku i ćwiczył żołnierzy, ale że nie znał ani starej, ani nowej komendy, gwardziści nie wiedzieli, która prawa, która lewa noga, więc wkrótce wszystko zaplątywało się tak, iż jedynym ratunkiem było pójść na śniadanie.

Nie lubiący długo przebywać w jednym miejscu książę wyruszył na objazd armii litewskiej, która liczył prawie 5000 ludzi.

            Zwróćmy na tę liczbę wojska baczną uwagę. Ówczesna Litwa, biorąc pod uwagę jej obszar,  była nadal potężnym księstwem, ale do zwiększania liczebności wojska nikt się kwapił. A stan tego 5-tysięcznego wojska był opłakany. Zbyszewski, raczy nas takim opisem:

Pułki po 100 lub 50 żołnierzy stacjonowały latami w małych miasteczkach; na rynku, pośród tłumu Żydziąt oraz kobiet i dzieci śledzących z zainteresowaniem jak mąż lub tata się spisują – czynił książę z powagą przegląd dwóch króciutkich szeregów. Żołnierze nie znali postawy na baczność, stali jak dziady pod kościołem, opierając się na strzelbie z zeszłego stulecia, na szabli lub po prostu na grubym kiju. Oficerów było zwykle więcej niż szeregowych, szlachta kupowała za paręset dukatów rangę porucznika czy pułkownika, z okazji rewii zjeżdżali się wszyscy, bo solidna pijatyka była zapewniona.

Wojsk, choć tak nieliczne, wzbudzało wielki lęk u spokojnych obywateli. Gdy zalegano mu z żołdem, rzucało się na okolicę, rabując niczym Tatarzy. Gdy porucznik potrzebował pieniędzy, a był zajazd w sąsiedztwie – wypożyczał za skromną opłatą cały pułk; sejmiki były żniwem dla żołnierzy, za talara rąbano, kogo wskazano.

Dzielni konfederaci barscy

Taka armia nie mogła stawić nikomu czoła. Czy największe polskie i litewskie rody nie wiedziały o tym? Najpewniej nie wiedziały, a poza tym możni ówczesnej Rzeczypospolitej zajęci byli własnym sprawami – pomnażaniem majątków, zabawami, umizgiwaniem się do Rosjan, którzy od dawna czuli się w naszym kraju jak u siebie. A nawet jeszcze lepiej, bo w Rosji nie było zbyt wielu chętnych do przekupywania carskich żołnierzy i urzędników. A u nas owszem.

Pokutują w nas mity, osłabiające realne widzenie rzeczywistości. Jednym z nich jest sprawa konfederacji barskiej – że zryw, że szlachetnie, że dla ojczyzny ratowania… Rzeczywistość jednak była inna. Tak ją opisuje, za współczesnymi kronikarzami, Zbyszewski:

Najdłużej zabawił książę w Słonimiu u hetmana Ogińskiego. Mały, chuderlawy hetman nazywał Rousseau – kolegą, bo tylko oni dwaj na świecie układali słowa i muzykę do oper, smarował palcem okropne pastelowe bohomazy. Wymyślał harfę z pedałami, budował kanały, pisał sztuki, wytykał bulwary, reżyserował przedstawienia, grał na cytrze – wszystkim się interesował z wyjątkiem wojska.

Podczas konfederacji barskiej wyruszył w pole na czele trzytysięcznej armii. Pod Stołowiczami wypoczywał po pracowitej nocy u boku grubej panny d’Assert, komponując operę, gdy kapitan Suworow napadł na niestrzeżony całkiem obóz; 700 Moskali rozgromiło doszczętnie 5000 konfederatów, nieprzytomnego ze strachu hetmana przeprowadzili słudzy w nocnej koszuli przez granicę. Odtąd Ogiński zniechęcił się do wojska:

– Nie mam szczęścia Czarneckiego! – mówił.

Czy należy pamiętać o przykrych momentach?

Oczywiście każdy naród ma chwile wzniosłe i mało szczytne. Tak jest, po prostu. Martwi mnie jednak, że o momentach naszej słabości i głupoty nie chcemy rozmawiać. Jako naród wolimy przypominać sobie samym jedynie oblicze chwalebne.

Można i tak, ale skutki mogą być znowu opłakane. Poza tym – nasze walki pod Napoleonem, dwa XIX-wieczne krwawe powstania były skutkiem głupoty ojców naszych. Dziś słychać jednak coraz więcej głosów, że rozbiory były jedynie skutkiem przemożnej siły trzech – jakże niedemokratycznych – sąsiadów, my zaś zawsze byliśmy cudowni.

Dlatego warto znać własną historię, a ta ukazana przez Karola Zbyszewskiego jest świetna w czytaniu. Choć hurrapatrioci mogą narzekać. A niech tam sobie narzekają. Rozum musi w nas wreszcie zacząć zwyciężać. Trudna to jest walka, ale konieczna. Jeżeli nie chcemy powtarzać błędów przodków.

I najważniejsze – książka Zbyszewskiego jest pełna dowcipu i dobrego humoru. A że ma śmiech ma własności terapeutyczne… tym bardziej należy przeczytać Zbyszewskiego.

 

 

 

WALTER ALTERMAN: Hieny, sępy oraz inne ścierwojady

Przed każdymi wyborami da się słyszeć, że jesteśmy narodem wspaniałym, dumnym i szlachetnym. Z delikatnym zaznaczeniem, że głównie dotyczy to wyborców, na których liczy dana partia. Ciągle jednak natykam się na informacje, których przekaz jest odmienny. Z moich obserwacji wynika, że staliśmy się bowiem społeczeństwem atakowanym przez liczne grono ścierwojadów, żerujących na naszym umyśle, zdrowiu psychicznym i fizycznym. Jesteśmy atakowani – jak w wojnie domowej – ofertami, które są wręcz zabójcze.

Kto atakuje Polaków? Polacy! A robią to z najniższej, z przyziemnej chęci zysku. Napastnicy nie liczą się ani ze zdrowym rozsądkiem, ani ze skutkami swych działań. Dla nich liczy się dla nich pieniądz, pieniądz i jeszcze raz szmal. Poniżej zamieszczam kilka przykładów działań naszych rodzimych hien i sępów.

                                          Uwolnieni uzdrowiciele naszych dusz

Tak się złożyło, że w ostatnich dniach jeździłem trochę po kraju. Zawędrowałem nawet do jednego z domów kultury w mieście wojewódzkim. Adresu nie podaję, bo to nie jest felieton interwencyjny. Chodzi mi o zjawiska, a nie o napiętnowanie jakichś konkretnych przypadków, bowiem zjawisko jest szerokie.

Zatem na drzwiach wejściowych do tego domu kultury wisiał plakacik, a na nim przeczytałem, pisownia oryginału: Przepis na szczęście. Szczęście nie zna wieku, a wiele dużo zależy od Ciebie i Twoich wyborów! Będziemy poruszać ważne tematy dotyczące naszego życia wewnętrznego i tego co zrobić, aby zachować dobry nastrój, osiągnąć spełnienie i szczęście. Zawsze jest dobry czas aby zadbać o potrzeby emocjonalne, żyć w zgodzie ze sobą i swoimi wartościami. Koszt 25 zł/os/ 2 godz. warsztat

Czy powierzyłbym swoje „potrzeby emocjonalne” osobnikom, którzy nie potrafią pisać po polsku, stawiać przecinków i kropek? Ja na pewno nie, ale są przecież ludzie, którzy się skuszą…

Grzebanie w ludzkiej psychice, emocjach, próby zmian nastawienia do świata i samego to sprawy poważne, bo kiedy znajdziemy się w rękach ignoranta, odważnego amatora psychiatrii – skutki mogą być tragiczne. A ludzie z problemami psychicznymi, emocjonalnymi, bardzo często wstydzą się pójść do psychologa i psychiatry, ale chętnie wezmą udział w takich „warsztatach”.

Dlatego jak grzyby po deszczu pojawia się coraz więcej fundacji, stowarzyszeń, pracowni, grup i jeden Bóg wie, jak się tam jeszcze nazywają współcześni szalbierze. Ci oszuści bez najmniejszego przygotowania fachowego i bez żadnych uprawnień zawodowych, wmawiają nam głupoty, przy których wszystkie antykościoły, nowe ruchy religijne, wielbiciele bosego ganiania po rosie lub też bosego biegania po niewygasłym ognisku w stroju „Prasłowianina” – czyli w lnianej koszuli do kostek – to tylko łagodni idioci. Natomiast ci, którzy chcą – za jedyne 35 zł – pomóc nam znaleźć szczęście – to już są groźni bandyci. Bo mogą doprowadzić wielu łatwowiernych ludzi do okrutnych tragedii.

                                                  Podstawy prawne szaleństwa

Na jakiej podstawie ci oszuści działają? Wystarczy pójść do sądu, zapłacić kilkadziesiąt złotych i zarejestrować swoją grupę. Potem droga do łatwej kasy stoi już otworem – jak nowy odcinek nieotwartej jeszcze autostrady. I nikt ich nigdy nie sprawdza, nikt nie interesuje się tym, co robią.

Swoją drogą to dziwne, bo skoro ściga się u nas producentów bimbru i handlarzy lewym alkoholem z przemytu, to dlaczego o wiele groźniejszych „dealerów szczęścia” zostawia się w spokoju? Przecież przeciętny Polak po spożyciu nawet marnej wódy, następnego dnia ma jedynie kaca, ale trzeciego dnia jest już normalny.

                                                Wolność gospodarcza bez ograniczeń

Takie i podobne sytuacje są skutkiem tego, że dwadzieścia kilka lata temu uwolniono zawody, w czasach komuny koncesjonowane. Teraz – na przykład – reżyserować może każdy. I nie jest to duży kłopot. Jeżeli bowiem – na przykład – ktoś obejrzy kolejne produkcje ekranowe Patryka Vegi czy też Wojciecha Smarzowskiego, to straty duchowe i estetyczne bezsprzecznie poniesie, ale jest też spora szansa, że na następne „dzieła” tych twórców nabrać się już nie da.

Coś mi się zdaje, że nasz parlament, uwalniając niektóre zawody i zajęcia od koncesjonowania, miał na celu jedynie zwiększenie wpływów fiskalnych. Oczywiście mówiło się wtedy dużo o wolności w ogóle, o prawach do realizowania się zawodowego… ale tyle się u nas mówi od rzeczy i nie na temat, że stało się to już normą.

                                                               Byle nie był karany

Jest jeszcze jedna dziedzina życia społecznego, w której sprawy stanęły na głowie. Ta metafora nie jest tu całkiem bez sensu, bo chodzi o gimnastykę rekreacyjną i inne podobne jej fitnessy.

Po zmianie prawa, w ostatnich już kilku latach, każdy może być trenerem i prowadzić zajęcia fizyczne. I oczywiście nie jako wolontariusz czy jakiś marny społecznik – to są zajęcia za pieniądze. Każdy też może prowadzić teraz nawet rehabilitację chorych, choćby po poważnych wypadkach, z urazami kośćca. I to są duże pieniądze.

Mało kto zdaje sobie sprawę, że rynek usług fitness to poważna gałąź gospodarki. Dotyczy to także producentów sprzętu sportowego i handlujących nim.

Kiedyś zajęcia z gimnastyki, aerobiku i innych takich fikołków prowadzili najczęściej byli sportowcy, którzy musieli mieć ukończone odpowiednie kursy trenerskie. Dziś krzywdę fizyczną może nam zrobić każdy. Bo dzisiejsi instruktorzy i trenerzy są to amatorami – takimi samymi, jak ci od uzdrawiania naszego ducha. Warunek jest jeden – osobnik trenujący nas sportowo, fizycznie i rekreacyjnie – musi być niekarany. Mój Boże, kto to wymyślił? Dlaczego akurat ma istnieć taki próg do szczęścia finansowego?

                                Wolność gospodarcza i wolność dla szalbierzy

Wolność to piękny i pożądany stan ducha, umysłu i ciała. Kiedyś na nasze prawo do wolność nastawała tzw. komuna. Dzisiaj w obszar naszej wolności wkraczają różnej maści szalbierze, nieudacznicy i pospolici złodzieje. A wszyscy oni twierdzą, że chcą nam pomóc! Takie coś nazywało się kiedyś – bezczelna hucpa w ponurej okolicy.

 

 

Podwójne standardy, hipokryzja, manipulacja – felieton JOLANTY HAJDASZ

Chcę zwrócić uwagę na pozornie mało istotne wydarzenia z ostatnich dni dotyczące jednej telewizji i jednego tygodnika, by pokazać, jakimi metodami posługuje się współczesny świat mediów chcąc manipulować opinią publiczną, a w ślad za tym oczywiście chcąc manipulować naszym myśleniem i światopoglądem.  Temat jest oczywiście obszerny, nie da się go zamknąć w krótkim felietonie, ale czasem mały przykład mówi więcej niż potężny wielostronicowy podręcznik. Fakty, o których chcę powiedzieć pokazuję po prostu podwójne standardy, jakie obowiązują w mediach przedstawiających się jako pozornie obiektywne, czy pozornie niezależne.

Kilka dni temu David Zaslav, szef amerykańskiego koncernu Warner Bros. Discovery, firmy będącej właścicielem telewizji TVN odwiedził siedzibę stacji w Warszawie i jak można się było spodziewać wychwalał „uczciwość dziennikarską” podległej mu stacji telewizyjnej nadającej w Polsce. Jesteśmy dumni z poziomu informacji przedstawianych w TVN. Walczymy o uczciwość dziennikarską i dbamy o to, aby widzom w Polsce przedstawiać wszystkie fakty i opinie z każdej strony – mówił do swoich dziennikarzy przedstawiciel globalnego medialnego giganta. Prezes wypowiadał się także w telewizyjnym wywiadzie, przed przyjazdem do Polski kontaktował się z przedstawicielami Białego Domu, a ostatnio spotkał się z Prezydentem Andrzejem Dudą, co ma nam wszystkim pewnie pokazać prestiż kierowanej przez niego stacji.

W jego wypowiedziach nie znalazło się jednak nawet malutkie słowo „przepraszam” za skandalicznie manipulatorski, bo nieprawdziwy film atakujący Jana Pawła II, wyemitowany przez jego telewizję TVN kilka tygodni wcześniej. Medialny boss nie odniósł się w żaden sposób to tego, że sugestywny i zrealizowany z wielkim rozmachem technologicznym pseudo dokumentalny reportaż oparty jest m.in. na preparowanych przez Służbę Bezpieczeństwa fałszywych materiałach i że jego autorzy popełnili szereg błędów merytorycznych i warsztatowych. Co z tego, skoro mamy wolność słowa i każdy może opublikować dowolne kłamstwo praktycznie bez konsekwencji, szczególnie gdy jest tak wielkim międzynarodowym gigantem medialnym? Brak tego słowa „przepraszam” za błędy popełnione przez dziennikarzy i redaktorów TVN  w stosunku do Jana Pawła II i pamięci o nim nakazuje co najmniej dystans i wielką rezerwę w odniesieniu do głoszonych przez prezesa Warner Bros Discovery szczytnych haseł o tym jak podległa mu telewizja walczy o uczciwość dziennikarską i dba o to, aby widzom w Polsce przedstawiać wszystkie fakty i opinie z każdej strony.

W materiale o Papieżu Polaku nie znalazły się przecież żadne fakty przeczące postawionej z góry krzywdzącej go tezie, nie przedstawiono ich także później, wiec nadal obowiązuje w tamtym środowisku ta fałszywa narracja, jaką przedstawiono w filmie „Franciszkańska 3”. Jeśli szef koncernu wychwala taki standard informowania o otaczającym nas świecie, jeśli nie potrafi przyznać się nawet do błędów udowodnionych publicznie przez fachowców, w tym wypadku chociażby historyków, to nie miejmy złudzeń, że z prawdą taki przekaz ma niewiele wspólnego. Nie mam wątpliwości, że na tak daleko posuniętą manipulację nie byłoby miejsca w jego kraju, w Stanach Zjednoczonych i natychmiast znalazłby się sposób na ukaranie manipulatorów, którzy nawet nie potrafią publicznie przyznać się do popełnionych błędów.  Wniosek jest prosty – podwójne standardy, inaczej u siebie, inaczej w takim peryferyjnym dla niego kraju jak nasz.

I kolejna sprawa – skandaliczny list redakcji tygodnika NIE do zachodnich redakcji o notorycznym łamaniu wolności słowa w Polsce. W liście do redakcji zachodnioeuropejskich gazet m.in. w Niemczech, Holandii, we Włoszech, Hiszpanii czy Francji redakcja założona przez komunistycznego propagandzistę Jerzego Urbana pisze, że – cytuję – polskie państwo rządzone przez prawicowe i ultraprawicowe partie łamie zasadę wolności słowa i nie respektuje praw człowieka. Gazeta w swoim liście pisze o rzekomym szoku, w jakim znalazła się polska opinia publiczna po filmach i artykułach, które – uwaga znowu cytat – rzekomo wykazały, że Karol Wojtyła już jako arcybiskup krakowski przyczynił się do tuszowania przypadków pedofilii w Kościele katolickim.

Oczywiście gazeta nie dodaje, że były to publikacje wbrew faktom, wbrew opracowaniom historyków i że sama pisząc w ten sposób okłamuje adresatów swojego listu. Nas w Polsce raczej to nie dziwi, bo przecież tak właśnie działał ich założyciel oczerniając działaczy podziemnej „Solidarności” i Kościoła na swoich konferencjach prasowych dla zagranicznych korespondentów akredytowanych w Polsce w czasie stanu wojennego, ale dzisiaj na Zachodzie przecież nikt o tym nie wie ani tego nikomu nie przypomni.

W Polsce nikt żadnej gazety, nawet tak skrajnie wulgarnej i kłamliwej jak NIE, nie zamyka, ani w praktyce niczym nie każe, nawet mimo obrazoburczych treści. W przypadku NIE, gdy zareagował dystrybutor, a więc Poczta Polska i PKN Orlen usuwając ze swoich punktów sprzedaży ten numer tygodnika, który skrajnie szyderczo wykorzystał po raz kolejny wizerunek Jana Pawła II i Krzyża świętego, to przecież kolporterzy prasy zostali pozwani do sądu i śmiem twierdzić, że to oni będą ukarani wbrew logice, faktom i zasadom odpowiedzialności za słowo, która powinna obowiązywać wszystkie media. Ale w naszej obecnej zachodniej kulturze wszystko można odwrócić. Obrazoburczy tygodnik, który powinien być ukarany za swoje kłamstwa i brak szacunku dla cudzych świętości powołuje się dzisiaj na ideały wolności prasy i wolności słowa, „zapominając” poinformować zagranicznych adresatów swojego listu chociażby o tym iż wszystkie te pseudoinformacje dotyczące Jana Pawła II oparte są na kłamstwach i manipulacjach materiałami wytworzonymi w czasach komunistycznych przez służby bezpieczeństwa, a ich wiarygodność jest dzisiaj dosłownie żadna.

Niestety trzeba więc powiedzieć wprost, że kraje zachodnie znalazły się w pułapce fantazji i utopii na temat rozpowszechniania swoich wartości na całym świecie. Do kanonu tych wartości należy oczywiście także wolność słowa. Okazuje się ona próżnym sloganem, bo jest szyderczo i cynicznie wykorzystywana przez wpływowe środowiska polityczne i medialne także w naszym kraju. Najsmutniejsze w tym jest to, że przez taką postawę hipokryzji i podwójnych standardów Zachód nie jest w stanie realnie przeciwstawiać się prawdziwym zagrożeniom współczesnego świata. Wrogowie prawdy o otaczającym nas świecie wiedza o tym dobrze, medialne kłamstwa żyją i żyć będą swoim życiem. Dodajmy jednak – dopóki nie będziemy takich metod demaskować.

„O radości iskro bogów…” – CEZARY KRYSZTOPA o kosztach członkostwa w Unii Europejskiej

Pamiętacie histerię po publikacji raportu profesorów Krysiaka i Grosse? Niesamowity wylew emocjonalnych torsji po pracy naukowej, która matematycznie wykazała, że biorąc pod uwagę nie tylko środki, które Polska otrzymała z UE, ale też przepływy finansowe i bilans handlowy, nasz kraj od 2004 do 2020 roku stracił na członkostwie w UE 535 miliardów złotych.

Bo fundusze UE to nie „datki od dobrego brukselskiego wujka”, ale opłata za zezwolenie na gospodarczą kolonizację Polski, traktowanie jej jak rynku zbytu, rezerwuaru taniej siły roboczej i transfery zysków. Polski przemysł mogący stanowić konkurencję dla zachodnioeuropejskiego został zlikwidowany, polski handel zdominowany przez zagraniczne sieci, miliardy wytransferowane, to i po co Europa zachodnia miałaby nam coś jeszcze rekompensować? Dopóki widziała w nas posłuszną utrzymankę, kupowała nam czasem prezenty, ale teraz, kiedy zostaliśmy z jej dzieckiem w postaci wojny na Ukrainie, nie widzi już interesu.

Pozytywy

I żeby nie było, że nie dostrzegam pozytywów. Dostrzegam. Wolności przepływu pieniędzy, towarów i usług, oraz ludzi, to niewątpliwa wartość, choć jakoś tak dziwnie różnie działają w różne strony. Dostrzegam również aspekt członkostwa związany z bezpieczeństwem. Oczywiście, że UE przed niczym konkretnym nas nie obroni, nie ma czym i chwała Panu, bo być może teraz „praworządności” na polskich ulicach broniłyby europejskie czołgi na energię słoneczną. Niewątpliwie jednak członkostwo w UE jest, lub raczej było, dla Rosji sygnałem, że należymy do niemieckiej strefy wpływów.

Jednak Polska nie dotrzymała warunków umowy kolonizacyjnej. Polacy uznali, ze chcą zawalczyć o własną podmiotowość, więc kolonizatorzy stawiają ją pod pręgierzem  i głodzą. Naiwni sądzili, że może wybuch wojny na Ukrainie będzie okazją do resetu wzajemnych stosunków, ale stał się tylko motywacją do jeszcze intensywniejszego głodzenia pod zmyślonym pretekstem „problemów z praworządnością”. Centrali zawalił się plan wspólnego imperium z Rosją, więc na gwałt potrzebuje gotówki. Być może dzięki wstrzymaniu należnych Polsce funduszy europejskich, nawet w zakresie bezpośrednich rozliczeń z Brukselą, staniemy się płatnikiem netto jeszcze szybciej niż to miało nastąpić. Tym bardziej, że grzecznie wszystko pospisujemy.

Bilion

Co więcej, okazało się, że potrzebny wcześniej do budowy „hubu energii z Rosji” koncept likwidacji konkurencyjnych źródeł energii, niektórzy wzięli na poważnie, energicznie go rozwijają i przekuwają na kolejne pozbawione demokratycznej legitymacji dyrektywy, dzięki którym stracimy samochody i możliwe, że domy. W skali państwa, według ministra Waldemara Budy, wprowadzenie założeń Fit for 55 może nas kosztować około biliona złotych, z czego ok 1/5 UE ma na zrekompensować, ale jeśli ma nam rekompensować tak jak „zrekomensowała” w ramach KPO, to może lepiej o tym nie mówmy.

I w tej sytuacji minister Buda, ten sam który pisał do samorządów żeby wycofywały się z prorodzinnych uchwał, w wywiadzie dla Radio Zet mówi – Jestem przekonany, że w 2024 roku tak zdemolujemy Parlament Europejski, jeśli chodzi o całkowicie inne podejście, że odwrócimy część tych reform…

Pozwolę sobie zostawić Państwa z tą zaskakującą puentą.

 

Z kolejnymi tematami tabu rozprawia się SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Zbawienne słowo „nie”

Czy możliwe jest dede? Albo co gorsze dedede? Ten tekst zapewne wywoła oburzenie, bo sprawy płci są za poważne, żeby traktować je lekko. Ludzie, którzy zmieniają płeć według wewnętrznego slangu przechodzą tranzycję, ludzie którzy zmieniają zmienioną płeć przechodzą detranzycję. Ile razy tak można? Nie wiadomo, wiadomo, że system zawodzi, a na system nacierają agresywni aktywiści LGBT.

Krzywda, czasem nie do naprawienia. Sprawa jest delikatna, wkracza w najintymniejsze obszary. Młody człowiek, dzieciak, uznaje, że jest raczej kobietą niż mężczyzną, którym się urodził. Tak chyba czuje, tak mu się wydaje, pewności nie ma. Przez Internet jako 14-latek nawiązuje kontakt z kobietą (chyba), która przysyła mu blokery, lekarstwa hamujące naturalne wytwarzanie testosteronu czyli dojrzewanie płciowe. Oczywiście to zabronione, ale co tam. Kobieta (chyba, choć ma bardzo niski głos i nikt jej nigdy nie widział) zaczyna wmawiać dzieciakowi, że tak naprawdę to on jest kobietą uwięzioną w ciele mężczyzny, i że płeć można zmienić (modne sformułowanie brzmi „uzgodnić”), dzieciak zaczyna w to wierzyć.

Po latach chłopak przyzna, że był i jest po prostu gejem, że podobają mu się inni faceci, i że cały proces prawny i farmakologiczny zmiany płci na żeńską, który przeszedł był nie dość, że niepotrzebny, to mocno szkodliwy. Czemu szkodliwy? Z wielu powodów, jeden z nich to skutki uboczne przyjmowania lekarstw, w tym niebezpiecznych hormonów żeńskich, które miały z niego zrobić i robiły w pewnym sensie kobietę. Chłopak w wieku 20 lat miał kości 80-latka. Rosły mu piersi (które potem musiał operacyjnie usunąć), miał poważne problemy z nastrojem, z wątrobą, uderzeniami gorąca, nocnymi potami, to w skrócie.

Zanim jednak do tego doszło powiedział o wszystkim mamie. Kiedy miał 15 lat to właśnie mama poszła z nim do poradni psychologicznej. Po serii testów diagnostycznych orzeczono, że Łukasz, bo tak naprawdę tak ma na imię nasz bohater, nie jest transseksualny i nie ma podstaw do zmiany płci. Więc co? Więc chłopak znalazł psychologa, który orzekł coś zupełnie przeciwnego, że jego płeć trzeba zmienić, przy czym ten specjalista żadnych testów nie robił, bo nie miał czasu. Nie żartuję. Jako biegły stwierdził na piśmie, że konieczna, niezwykle niezbędna jest zmiana płci. Z tym zaświadczeniem chłopak udał się do sądu. W zaświadczeniu napisano o szeregu testów, wywiadów i spotkań, tyle, że była to nieprawda. Lipne, ale ważne zaświadczenie dostał od psychiatry i seksuologa po kilku minutach rozmowy. Te zaświadczenia wydawane są taśmowo, żeby nie powiedzieć przemysłowo, na ich podstawie zmienia się całe życie. „Psychologowie wydają zaświadczenia o transseksualizmie na jednej wizycie online” – to słowa naszego bohatera, Łukasza z obszernego wywiadu jakiego udzielił „Gazecie Wyborczej”. Zmienił w końcu sądownie płeć, ale dwukrotnie odwołał operację usunięcia jąder. Na szczęście. Wcale nie czuł się dobrze jako kobieta. Po kilku latach w rozmowie z innym psychologiem uświadomił sobie, że zmiana płci była kompletną pomyłką. Próbował sprawę odwrócić, a swoimi doświadczeniami publicznie się podzielić ku przestrodze.

Tu dochodzimy do istoty sprawy. Dzielenie się przez Łukasza swoimi przeżyciami, doświadczeniami, wątpliwościami zostało przyjęte przez aktywistów LGBT za zdradę, a nawet transfobię, czyli nienawiść do transwestytów. Nie dość, że spadła na niego fala krytyki, nie dość, że zaczęto go publicznie ośmieszać nazywając „Ukaszkiem”, to zaczął też tracić zlecenia, bo ośmielił się wystąpić z otwartą przyłbicą. Krótko mówiąc „zniszczmy go” w imię tolerancji. Tymczasem sam Łukasz twierdzi, że ludzie borykający się z problemami dotyczącymi płciowości nie dość, że zasługują na troskę i szacunek, to przede wszystkim zasługują na prawdę, która może być jedynie owocem rzetelnej, pogłębionej diagnozy specjalistów, troski najbliższych i dojrzałej decyzji. Bez nich, bez podstawowej odpowiedzialności psychologów, psychiatrów, seksuologów, ale także sędziów zamiast pomagać można na całe życie zaszkodzić. Tragicznie zaszkodzić. Czasem najlepszą pomocą jest powiedzenie finalnie jednego prostego słowa: „Nie”. Po prostu nie.

Jak Pilecki uciekł z piekła Auschwitz – przypomina TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

Dokładnie 80 lat temu, w nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 r. Witold Pilecki uciekł z KL Auschwitz, do którego dobrowolnie trafił w 1940 r., aby zdobywać informacje o niemieckiej machinie zbrodni i docelowo – wyzwolić obóz.

To Witold Pilecki – a nie jak się czasem przyjmuje Jan Karski – jako pierwszy poinformował świat o niemieckim ludobójstwie. To on został po „wyzwoleniu” oskarżony przez komunistów o szpiegostwo, zamordowany i wyrzucony na śmietnik (kwatera „Ł” warszawskich Powązek Wojskowych).

Chyba najbardziej heroiczny rozdział życia Pileckiego – ten związany z Auschwitz – zaczął się na początku 1940 r. Wtedy (i jeszcze przez następne wojenne miesiące) polska konspiracja nie zdawała sobie sprawy, co to za miejsce, że to nie jeden z wielu obozów pracy, ale wielki kombinat zagłady, fabryka śmierci. Wyprzedzając trochę fakty podkreślić należy, że kiedy w październiku 1940 r. generał Stefan „Grot” Rowecki, przez zwolnionego więźnia, otrzymał pierwszy raport Witolda o sytuacji w obozie i wysłał go do Londynu, zarówno w Anglii jak i Ameryce informacje te zdawały się być grubo przesadzone.

Wracając do chronologii. Kiedy w pierwszych miesiącach 1940 r. organizację współzałożoną przez Pileckiego – Tajną Armię Polską – dotknęły aresztowania i część członków przewieziono do KL Auschwitz, na jednej z narad ustalono, że ktoś z kierownictwa organizacji dostanie się do obozu „w celu wysondowania możliwości uwolnienia niektórych więźniów, zdobycia materiałów dotyczących złego traktowania więźniów politycznych przez Niemców, zorganizowania podziemnej organizacji wewnątrz obozu. Do wykonania zadania zgłosił się ochotniczo por. Witold Pilecki” – pisze Kazimierz Malinowski w pracy „Tajna Armia Polska”.

Pilecki wspominał: „Mjr Jan Włodarkiewicz, pseudonim >Jan< [komendant TAP, późniejszy pierwszy komendant „Wachlarza”], gdy spotkał mnie z początkiem sierpnia 1940 r. powiedział: >No, spotkał ciebie zaszczyt, a twoje nazwisko wymieniłem u ‘Grota’, jako jedynego oficera, który tego dokona<”.

Witolda Pileckiego wybrano nieprzypadkowo. Miał wcześniej piękną kartę w służbie Ojczyźnie. Członek POW, obrońca Wilna przed Sowietami w 1920 r., ułan II Rzeczypospolitej, żołnierz września 1939 r. Teraz czekała go kolejna próba.

Witold Pilecki trafił do KL Auschwitz w nocy z 21 na 22 września 1940 r., w drugim transporcie warszawskim. Tak to zapamiętał: „Transport wtacza się na bocznicę kolejową w Oświęcimiu. Była noc. Wagony zostają otwarte. W świetle reflektorów za pomocą bicia pałkami opróżnia się wagony. Wokół stoją Niemcy w czarnych mundurach. Krzyki Niemców, jęki bitych i szczutych psami więźniów, strzelanina – wydawało mi się, że znalazłem się w samym piekle” – pisał po wojnie rotmistrz. Dopiero po ubeckich przesłuchaniach na Rakowieckiej zmienił zdanie: „Oświęcim przy tym to była igraszka”.

W Auschwitz Witold Pilecki (jako Tomasz Serafiński) stał się numerem 4859. Od pierwszych dni organizował bojową siatkę konspiracyjną, pod nazwą Związku Organizacji Wojskowej (ZOW). Wysyłał raporty do generała „Grota” Roweckiego, informując, że Auschwitz nie jest zwykłym miejscem odosobnienia, ale wielkim obozem zagłady. Możni tego świata nie chcieli uwierzyć…

Docelowym zadaniem ZOW było wyzwolenie obozu. Miało to nastąpić własnymi siłami (w końcu 1942 r. pion wojskowy organizacji liczył co najmniej kilkuset zaprzysiężonych konspiratorów, wyposażonych w broń wykradzioną ze zbrojowni SS) i dzięki pomocy z zewnątrz.

Po ponad 2,5 roku Pilecki był zagrożony dekonspiracją, ale przede wszystkim chciał osobiście poinformować Warszawę o konieczności wyzwolenia Auschwitz. Nie ratował własnej skóry, ale wciąż chciał ratować innych. Plan ucieczki z obozu opracował z dwoma więźniami: Janem Redzejem i Edwardem Ciesielskim. Po sfałszowaniu wielu dokumentów cała trójka otrzymała zgodę gestapo na pracę w obozowej piekarni poza terenem obozu – na nocnej zmianie.

Bramę z napisem „Arbeit macht frei” przekroczyli o godz. 18.30. Około godz. 2 w nocy, przy nieuwadze strażników, otworzyli żelazne drzwi podrobionym wcześniej kluczem, sforsowali je, a pilnujących ich SS-manów zabarykadowali od zewnątrz.

Wyruszyli wzdłuż Soły aż do ujścia do Wisły. Znalezioną przy brzegu łódką przedostali się na drugi brzeg. Noc spędzili zakopani w liściach. Rankiem ruszyli w kierunku Alwerni. Tu miejscowy ksiądz nakarmił ich i pomógł przekroczyć granicę Rzeszy i Generalnej Guberni. Szli przez Tyniec i okolice Wieliczki. 1 maja 1943 r. w Puszczy Niepołomickiej natknęli się na uzbrojonych Niemców. Pilecki został postrzelony w ramię, ale tak jak dwaj pozostali uciekinierzy zdołał ujść pogoni. Przedostali się do Bochni, a następnie do Nowego Wiśnicza. Tu Pilecki skontaktował się z oficerami AK, którym przedstawił swój plan ataku na KL Auschwitz. Zorganizowana przez niego obozowa konspiracja zbrojna miała otrzymać pomoc Armii Krajowej z zewnątrz. Dowództwo w Warszawie uznało jednak plan za zbyt ryzykowny.

Mimo to bohaterski rotmistrz wygrał walkę z niemieckim złem. Świetnie zorganizowanemu systemowi pomocy wielu więźniów, wcześniej towarzyszy niedoli Pileckiego, zawdzięczało zdrowie, a nawet życie. Powiedzmy wprost: to Pilecki chciał wyzwolić obóz, a Armia Czerwona tylko do niego, bez walki, wkroczyła. A dziś na świecie jako o wyzwolicielach Auschwitz mówi się o Sowietach, a nie o Pileckim.

Córka rotmistrza, Zofia Pilecka-Optułowicz, przed laty tak to skomentowała: „Słowo Auschwitz jest na ustach całego świata. Jednak nazwisko taty pada rzadko. Jest mi bardzo przykro z tego powodu.”

 

O postępującej degradacji twórców pisze STEFAN TUSZCZYŃSKI: Bez szacunku

Wczytuję się usilnie. Jednak potrzebne jest szkło powiększające. W końcu odczytuję: „FOT.NATHALANE/AFP/EASTNEWS”. Ukryte by się nie rzucało w oczy, że to obcy producent. A ten obcy godzi się na takie malutkie literki? To my już sami (tubylcy) nawet okładki gazety nie potrafimy zrobić? Okładki dotyczącej korupcji.

Rzecz tyczy „Gazety Wyborczej” z dnia 22-23 IV 2023. Właściwie kupiłem ją już 21-szego, czyli w piątek. Kupiłem jednocześnie nawet dwie GW – piątkową (ok!) i sobotnio-niedzielną. Tak, już w piątek! I to nie jest ok. To tak jakby zamiast jaja świeżego Agora sprzedała mi zbuka. Fuj! Redaktorzy w piątek smacznie sobie już chrapali i nie bacząc co się dzieje starocie wciskali.

Pamiętam Wyborczą z 1989 roku, gdy redagowano ją w przejętym baraczku przedszkola przy Czerskiej. Rozmawiałem wtedy z Panią redaktor Heleną Łuczywo. Kobietą ładną i energiczną. Teraz biznesem zarządza (a może nie zarządza) pulchniutki facet. I godzi się najwyraźniej na taki rytm pracy. Toż to zaprzeczenie dziennikarstwa, upadek obyczajów, czy też zwykła bieda i zgoda na oszczędności kolportażowe. Taniej będzie rozprowadzać pismo również na poniedziałek-wtorek właśnie już w piątki.

A wracając do tych mało czytelnych literek. To niestety robią i inni. Np. „Rzeczpospolita” imię i nazwisko wywiadowanego też drukują tak mikroskopijną czcionką, że bez lupy trudno odczytać. Wstydzi się autorów zapraszanych na łamy, a może oni się wstydzą gazety?

Panie Chrabota – Fikus, Łukasiewicz, Lisicki tego nie robili! Pamiętam Pana, gdy zaczynał Pan pracę w Warszawie po ucieczce z Królewskiego Miasta Krakowa. Tak się Pan dobrze zapowiadał. Nekrologi kosztują u Pana horrendalne sumy. Do sklepu, gdzie ciągle jeszcze kupuję codziennie gazety przychodzą 2-3 egzemplarze. I chyba nie można zwalać klęski wyłącznie na Internet. Dlaczego właściciel to toleruje? Jakby to nie jego był biznes.

Dziennikarze piszący przędą cienko. W wielu redakcjach płaci się za teksty grosze. Albo nawet w ogóle nie płaci się wierszówki. Toż to niewolnictwo, wyzysk bezkarny: chcecie w ogóle drukować – piszcie za darmo.

Znam redaktora – pisarza, który w oczach chudnie. Cień człowieka. Wkrótce zapewne zrobi miejsce młodszym. A i ci nie zarobią na podjęte kredyty, wczasy nad Red Sea, albo nawet na rower.

Ktoś powinien zająć się uposażeniem tych czarnoroboczych. Owszem politycznie usłużni mają się dobrze. Ale chyba powinno być zagwarantowane jakieś minimum dla dziennikarzy, reporterów, reportażystów. Dla tych, którzy ładują ten cały koks i drżą przed utratą etatu, chorobowego, a co za tym idzie emerytury w przyszłości. Litości ani troski nie ma. Ludzie od kultury brylują na ekranach. Wprawdzie małych, ale natrętnych. Jazdy limuzynami dłuższymi prawie niż autobusy – to ich ulubione zajęcie. Śmigają przez nasz piękny kraj bardzo często za szybko rozbijając samochody, bo przecież one nie ich.

Każdy lubi pląsy. Ale większość płaci za nie samemu. Tancerze, którzy z racji wieku nie kręcą piruetów niestety nie mają czym płacić. Nawet trudno zgadnąć za co żyją. Bo w ogóle emerytur nie mają. Przecież to zbrodnia. Eleganckie bractwo urzędnicze lubi na pewno balet. I mamy tu się czym pochwalić. Ale dlaczego ci, którzy na morderczy trening i zawodową pracę oddali najlepsze lata teraz zostali porzuceni, wygnani z raju jak Adam i Ewa. Przecież to okropne. Niestety nawet ci, którzy zajmują się zawodowo tańcem klasycznym – tzw. krytycy – też się sprawą emerytur dla tancerzy nie zajmują. Owszem mamy na ulicy Moliera w Warszawie piękny pomnik tancerki. Dzięki legendarnej mistrzyni i choreografki Bożenie Kociołkowskiej. Za kilka dni – 28 kwietnia o godzinie 12 – z okazji Międzynarodowego Dnia Tańca – tancerze tam się spotkają. Zapraszają. Można będzie złożyć wiązankę kwiatów. Przynajmniej tyle.

Śmiej się pajacu – ktoś to napisał. Ale raczej płakać należy nad marnością decydentów, którzy i tak na szczęście szybko rozpływają się w pamięci. To nie są artyści, to tylko chwilowo zarządzający pieniędzmi, które wypracowuje społeczeństwo. Ci, nieopatrznie wybrani, nawet gdy ładnie mówią – to tylko mówią. Tancerze, śpiewacy, aktorzy, pisarze, graficy i malarze, a nawet niektórzy dziennikarze to kwiat, ozdoba. Bez nich życie byłoby nie do zniesienia – nudne, paskudne.

Więcej szacunku (i pieniędzy też) dla twórców.