Have a look radzi STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Popatrzcie za siebie, nie na telewizję

Telewizja jest dla młodych. Przyjemnie jest popatrzeć. Ale słuchać – nie zawsze. Młodzi bowiem – byle się przypodobać władzy i awansować – klepią czasem co im dysponenckie wiatry przyniosą. Teraz wieją z zachodu. A tu Unia Unią, Ameryka Ameryką, a my żyjemy nad Bugiem, Wisłą i Odrą. W dodatku pasożytnicze wykwity wyskakują co i rusz. Można nawet oczywiście wyłączyć głośnik, a nawet wtyczkę z prądem wyciągnąć z gniazdka. Lepiej jednak zaprotestować. I to na piśmie. Won paskudo. Nasze obowiązki i troska to Polska. Dlatego maszerujemy i młodsi i nawet mocno starsi Marszałkowską – od Dmowskiego po katedrę św. Jana. Tym razem za św. Jana Pawła II. Ale nie tylko. Od katedry po pomnik Mickiewicza się zagęściło. Ludzie stali. Msza trwała.

Jeden taki, co by wystawał z tłumu, bo długi, ale głupi beznadziejnie i prowokacyjny – napisał, że w Warszawie w marszu wzięło… 500 osób i jeszcze deszcz im spadł na głowę. Miało to dowodzić, że „nawet niebo się odwróciło” od tych zacnych ludzi. Gdzie są granice głupoty? Chyba takowych nie ma. Pisane są idiotyzmy i papier się… nie drze. Kłamstwo i nonsens – a ekran nie eksploduje. Ludzie wdychają spalinowe smrody, a dym uszami im nie leci. Jak to jest? Skąd taka odporność organizmu? Ale czy pod czaszką rzeczywiście nic się nie warzy, nie gotuje? Tak, że któregoś dnia dojdzie do samoczynnej eksplozji. Ktoś się drze i przeklina. Inny weźmie w rękę kij bejsbolowy i leje na odlew.

Spoko, spoko – mówią inni. Ale jak można spokojnie egzystować wśród kłamców i złodziei. Rozkradli kraj, wypchnęli ludzi w świat za chlebem. Ludzi wykształconych, wartościowych – zważywszy choćby na koszt wykształcenia. Wielu z tych co spartoliło przepoczwarzenie się kraju ugryzło kawał tortu i trzyma. Wielu dzielnych, sadzanych potem na długie miesiące na Białołęce i Strzebielinku nie ma dziś na lekarstwa i żyje w biedzie. Gdy ich koledzy (Maciej Goliszewski, Leszek Stall) zabiegało kilka lat temu o podwyższenie emerytur dla internowanych. Usłyszeli wówczas: „wy opozycjoniński macie wygórowane roszczenia”.

Łaskawość decydentów rośnie wraz z ubytkiem zasłużonych żyjących. Będzie ich mniej, będą mniej kosztowali rosnące w dobrobyt państwo. A przecież wiadomo od kogo dobro się zaczęło. „Tu się wszystko zaczęło” mówi nasz Ojciec Święty o swoim życiu. Ale życie suwerenne, wolne państwo też się w konkretnym momencie i miejscu zaczęło. Niestety nie ma co tam oglądać. Bo zostały zgliszcza – po stoczniach, po wielkiej polskiej flocie. Marynarze kiwają się na fali nadal. Ale nie pod polskimi banderami.  Szkoły morskie kształcą, ale też dla obcych. Flota wojenna dopiero się odbudowuje. Port wojenny na Helu gnije od ponad 70 lat. Ludzie, mamy ponad 500 km wybrzeża. Kraje morskie czerpią z morza wielkie korzyści. My nie potrafimy!

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Znacznie wizyty Zełenskiego widać w niemieckich mediach

Die Welt: „Ukraińcy pamiętają, kto im pierwszy pomógł, dlatego Zełenski honoruje teraz Warszawę, a nie Berlin (…) Wizyta Zełenskiego w Warszawie pokazała, że w odbudowie Ukrainy może dojść do konkurencji między państwami europejskimi”, Der Spiegel: „Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski od rozpoczęcia rosyjskiej wojny napastniczej w lutym ubiegłego roku rzadko wyjeżdżał za granicę. Dla Polski Zełenski robi teraz jeden z nielicznych wyjątków”, Frankfurter Allgemeine Zeitung: „Polska i Ukraina są sobie bliskie nie tylko z powodu wspólnego wroga”.

Żeby w pełni zrozumieć znaczenie wizyty Wołodymyra Zełenskiego w Polsce, najlepiej zapoznać się z doniesieniami niemieckich mediów w tym zakresie. Nie to żebym przeceniał obiektywizm niemieckich dziennikarzy, ostatnia afera z finansowaniem kilkuset z nich przez rząd w Berlinie, nie pozostawia w tym zakresie nadmiernej swobody, ale przebijający się spomiędzy szpalt ton zazdrości, żeby nie napisać – zawiści – jest, wydaje mi się, najlepszym dowodem na to, że wizyta jest znaczącym wydarzeniem. Dokładnie w tym miejscu i czasie.

Odgłosy

Dobiegające zza Odry odgłosy pewnego zdenerwowania nie mają zapewne związku z jakimiś szczególnymi wyrzutami sumienia „moralnego mocarstwa”. To są odgłosy stresu wynikającego z obawy, że tym razem Niemcy mogą na całej sytuacji nie zarobić, a ściślej rzecz biorąc zarobić mniej niż by chciały na potencjalnej odbudowie kraju zniszczonego rosyjską brutalną inwazją. Czy to są obawy realne? Czy Polska potrafi wykazać się nie tylko porywami serca, ale i zrozumieniem własnego interesu? Mnie nie pytajcie, ja nie wiem, ale obecność „emisariuszy” PGNiG w Kijowie, którzy rozmawiają już o przeprowadzaniu odwiertów w czasie kiedy wicekanclerz Niemiec Robert Habeck przyjeżdża z ofertą „dekarbonizacji”, nastraja w tym zakresie pewnym optymizmem.

Dobry dzień

I nie ma się czemu dziwić. Też byście byli w stresie, gdyby się okazało, ze Wasza wielka akcja propagandowa „Niemcy największym dobrodziejem Ukrainy” może nie przynieść satysfakcjonującej stopy zwrotu. Gdybyście mieli poczucie, że „wasz wielki partner” Rosja jest coraz bardziej nieprzystępny, ale za to „wasz partner strategiczny Ukraina” jakby wymyka się z rąk. Jak będzie jutro nie wiem, ale stres jest.

Z kolei dla nas to był dobry dzień. I tylko szkoda, że Wołodymyr Zełenski nie wspomniał znów publicznie ani słowem o Wołyniu. Może następnym razem.

 

P.S. Rysunek jest oczywiście trochę na wyrost, ale oby był proroczy

 

Efekt dobosza, czy świąteczne wzmożenie? HUBERT BEKRYCHT: Wielkanocni dziennikarze

Jeszcze kilka dni temu atakowali papieża św. Jana Pawła II, zaledwie przed trzema tygodniami wygadywali głupoty o Kościele katolickim, wcześniej przyklaskiwali „opiłowaniu” wiernych i lżyli ludzi przed świątyniami w imię „prawa” do zabijania nienarodzonych… Teraz są otwarci na wszystkie poglądy, bo przecież Wielkanoc zbliża się dużymi krokami a ich polityczni, liberalni idole spuścili nieco na święta z tonu. Dziennikarze wielkanocni – typ tchórzliwego zająca, który uciekając wciąż załatwia się na wycieraczkach milionów polskich domów.

Przed świętami kościelnymi, nawet w bardzo antyreligijnych i antyklerykalnych periodykach i programach, naczelni unikają bezpośredniego zwarcia. Są media codziennie atakujące wiarę, które na okładce w grudniu umieszczają żłóbek a wiosną, na Wielkanoc, ukrzyżowanego Chrystusa, choć te symbole są im potrzebne, jak „wielkanocnemu zającowi, czy królikowi dzwonek”. To fakty.

„Święte” pomyłki i pomyleni

Kiedyś jedna z dziennikarek, deklarująca się jako agnostyczka, przed Wielkanocą pomyliła publicznie Wielką Środę ze Środą Popielcową. Teraz też niektórzy medialni żołónierze opozycji przekonują, że mimo ataków na świętości, są „tolerancyjni wobec wszystkich religii”. Najlepiej tych, które w praktyce nie występują w Polsce. Po co to robią owi dziennikarze wielkanocni? W tym roku na pewno ze strachu, aby nie podpaść elektoratowi swoich politycznych mocodawców z PO i dawnego SLD (podzielonego dla niepoznaki na lewicowy plankton), bo to właśnie liberałowie mają największy stres przed kampanią wyborczą do parlamentu. Mieli ruszyć ławą, wspólną listą, aby pokonać konserwę z PiS. A tu niespodzianka świadcząca o tym, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu z komunizmem razem wziętych.

Fabryki fałszu wykonują plan

Oto fabryka fake newsów rozsiana po kilku medialnych prywatnych koncernach zaczęła produkować fałszywki o Janie Pawle II. Fałszywki podobne do tych komunistycznych z archiwów bezpieki. Przypadek? Nie. I tak cały misterny plan bezpośredniego ataku na polskiego świętego skończył się jeszcze zanim się na dobre zaczął.

Efekt idiotycznych zarzutów słychać i widać. Nawet niektórzy opozycyjni parlamentarzyści przyznają, że przegrali wybory. Jeszcze co prawda słychać topiących się w ogniu wstydu ołowianych doboszy, którzy bębnią na nutę „zapisywania papieża do PiS”, ale to już końcówka tego niesławnego, fałszowanego zresztą potwornie, utworu.

Uwaga, roboty polityczne!

Czy prawica zdoła się pozbierać, aby wygrać jesienne wybory i kontynuować reformy? Nie wiem. Wiele wskazuje na to, że tak. Trzeba jednak wyzbyć się pychy, że „nie ma z kim przegrać”. Demony pewności siebie czekają tylko na odpowiednią okazję. A i święci w niebie nie zawsze będą pomagać, kiedy ich znudzi powtarzalność popełnianych błędów.

Zatem, Alleluja i do… świątyń.

A potem do rodzin.

I dopiero na końcu do stołów.

 

 Wszystkiego najlepszego w ten wielkanocny czas, Nadziei, która odmienia wszystko, pokoju i spokoju oraz zrozumienia, że Chrystus nie po to zmartwychwstał, abyśmy jeszcze raz próbowali grać w kości o jego szaty…

Współpracownicy portalu sdp.pl

 

WALTER ALTERMANN: Biden irlandzko-katolicki i aktorzy dosłowni

W czasie niedawnej wizyty prezydenta USA w Polsce, w jednej z naszych telewizji usłyszałem: „Joe Biden pochodzi z rodziny irlandzko-katolickiej”.Cóż za niezgrabność. Można pochodzić z rodziny angielsko-irlandzkiej, wtedy część przodków byłaby Anglikami a część Irlandczykami. Można pochodzić z rodziny polsko-czeskiej, gdy matka była Polką a ojciec Czechem, lub odwrotnie. Ale – na litość – nie można pochodzić z rodziny irlandzko-katolickiej! Trzeba było powiedzieć, że Biden pochodzi z rodziny irlandzkich katolików. A tak… nastąpiło pomieszanie dwóch podmiotów: religii i narodowości.

 Zresztą – dla kogo to takie ważne czy rodzina prezydenta była katolicka czy protestancka? Jakie to ma znaczenie dla Bidena? Gdyby jeszcze był on znanym pisarzem, można by się było dopatrywać podwalin jego osobowości w religii, którą odziedziczył po przodkach, w której sam wyrósł, i której nakazami się kieruje. Ale w przypadku polityka? Politycy nieczęsto mają cokolwiek wspólnego z religią. Chyba, że na wynos, wtedy to tak.

Aktor transpłciowy

Teatr Nowy w Łodzi jest coraz bliżej premiery nowego spektaklu, o czym też coraz częściej informuje w miejscowej prasie. Ostatnio pojawiła się taka notatka, w darmowej a magistrackiej gazecie ŁÓDŹ.PL:

Teatr Nowy. Dobrze ułożony młodzieniec. Poruszający temat transpłciowości spektakl, inspirowany losami łodzianina Eugeniusza Steinbarta, będzie można obejrzeć premierowo w sobotę 25 marca. Reżyserem „Dobrze ułożonego młodzieńca” jest Wiktor Rubin, a na scenie obok Edmunda Krempińskiego, transpłciowego artysty i performera, wystąpią…(…)”

Nie podaję kto wystąpi obok pana Krempińskiego, bo nie zamierzam powielać tekstu z ulotki Teatru Nowego i za friko robić reklamę. Naprawdę nie mam cokolwiek przeciwko tematowi spektaklu. Martwi mnie natomiast bardzo, że – według pomysłu dyrekcji i reżysera – w spektaklu o transpłciowości powinien zagrać aktor transpłciowy. Gdyby to jeszcze pan Krempiński był w ogóle aktorem, ale – według reklamy – jest ogólnie artystą i ogólnie performerem.

Zdaje mi się, że Teatr Nowy na siłę „idzie na sensację”, i daje przyszłym widzom atrakcję, niekoniecznie wysokiej próby artystycznej… raczej szykuje się widowisko mocno podejrzane obyczajowo. Może dyrekcja liczy na to, że łodzianie tłumnie rzucą się do kas, aby zobaczyć, jak wygląda człowiek transpłciowy? Innego uzasadnienia obsadzenia „naturszczyka” w spektaklu teatralnym nie widzę.

Jeżeli w dzisiejszym teatrze są możliwe takie dziwactwa dosłowności, to podpowiadam teatrom, żeby się nie ograniczały. I kiedy zamierzą wstawić „Makbeta” Szekspira, to powinny wypożyczyć z więzienia jakiegoś seryjnego mordercą. A gdyby zamierzano wystawić „Casanovę” Jerzego Żurka, to może trzeba będzie szukać jakiegoś uwodziciela, zaprawionego w bojach łóżkowych, mającego na koncie kilkaset kobiet. I koniecznie trzeba by o tym pisać po gazetach, podając nazwiska tych kochanek, łącznie z adresami i telefonami tych wszystkich pań – jak dosłowność, to dosłowność panowie artyści!

I jeszcze jedno! W teatrach, od początku ich istnienia – grało się! Nie wcielało się, nie utożsamiało się z rolą, nie było się sobą, ale grało! I zawsze do konkretnych ról szukało się aktorów potrafiących je zagrać. Natomiast „bycie” naturalnym jest konieczne, ale nie w sztuce. Może w sporcie…? Choć też nie, bo sportowcy to ludzie wytrenowani.

Jelec, rękojeść czy głownia

Oglądam program Discovery o broni białej. I naraz obrazowi ukazującemu nagą (bez jelca i rękojeści) głownię miecza towarzyszy komentarz lektora z off-u: „Tak oto wygląda jelec w tym mieczu”. Niby drobiazg, ale to kolejna niedoróbka i niechlujstwo Discovery.

Jelec to element broni białej w formie „poprzeczki”, umiejscowionej między rękojeścią a głownią. Funkcją jelca jest ochrona dłoni przed ciosami przeciwnika podczas walki, jednocześnie zabezpiecza on dłoń przed ześlizgnięciem się z rękojeści na głownię. Jelec przybiera różne formy w zależności od rodzaju broni w której jest stosowany.

Nie oczekuję wiedzy encyklopedycznej od lektorów, ale od polskiego producenta owszem.

 

 

„Faszysta” z Berezy –TADEUSZ PŁUŻAŃSKI przypomina postać Kostka-Biernackiego

10 kwietnia 1953 r. Sąd Wojewódzki w Warszawie skazał Wacława Kostka-Biernackiego, podczas tajnej rozprawy, na karę śmierci „za tłumienie ruchu rewolucyjnego, faszyzowanie kraju, szkalowanie i zohydzanie Związku Radzieckiego”. Biernacki do winy się nie przyznał: „akt oskarżenia jest wielką nieprawdą”, a stawiane zarzuty to „fantazja autora aktu oskarżenia”, „w protokołach oficera śledczego są włożone mi w usta nonsensy, bo wtedy cierpiałem na bezsenność i podpisując byłem na wpół świadomy”. To przecież oznacza, że ubeccy oprawcy znęcali się nad piłsudczykiem.

Z uzasadnienia komunistycznego wyroku: „Od września 1931 roku do 31 sierpnia 1939 roku w związku z wykonywaniem urzędu wojewody nowogródzkiego i poleskiego, realizując politykę sanacyjnego rządu faszystowskiego dławienia rewolucyjnego ruchu mas pracujących miast i wsi oraz wynaradawiania ludności ukraińskiej i białoruskiej, działał na szkodę Narodu Polskiego”.

Propaganda bolszewicka uczyniła z Kostka-Biernackiego krwawego komendanta twierdzy brzeskiej, a przede wszystkim oprawcę obozu w Berezie Kartuskiej. Te mity funkcjonują nadal, podobnie jak Bereza „wzorowana na hitlerowskich obozach koncentracyjnych”. To niestety wynik trwającego do dziś homo sovieticus. Komunistom udało się wielu wmówić, że ich więzienia były tylko igraszką wobec obozów „faszystowskich”: niemieckich i przedwojennych polskich – prowadzonych przez piłsudczykowski totalitaryzm. Pamiętajmy jednak słowa rtm Witolda Pileckiego, że to niemiecki obóz Auschwitz był igraszką wobec komunistycznej katowni przy ul. Rakowieckiej. W tym więzieniu na warszawskim Mokotowie Pilecki być może spotkał Kostka-Biernackiego, który był tu męczony aż przez dziewięć lat.

Konstanty, w skrócie Kostek

Piłsudskiego poznał w 1905 r. Towarzysz „Ziuk” osobiście przyjął Biernackiego w szeregi PPS. „O ile ujęty byłem bardzo osobą Komendanta, o tyle mocno ochłodziły mnie jego słowa: >>Wy pewnie myślicie, że teraz idzie się ze strzelbą do lasu, ale tak nie jest. Teraz idzie się na ulicę<< (…) Jestem pewien, że gdyby nie dziwny osobisty wpływ, jaki >>towarzysz Ziuk<< wywierał na otoczenie, nie zgodziłbym się na pracę tak różną od ówczesnych pojęć moich o walce zbrojnej o niepodległość. Po parogodzinnej rozmowie >>towarzysz Ziuk<< wybrał dla mnie pseudonim partyjny – Konstanty, w skrócie Kostek. I od tej chwili jestem >>Kostkiem<<” – wspominał Biernacki w 1932 r.

Za działalność w PPS kilka razy trafił za kraty. W 1907 r. osadzony na zamku w Lublinie zorganizował ucieczkę 20 więźniów. Przekopem, który dwa miesiące drążyli, przedostali się do lochów, stamtąd kanałami pod Starym Miastem na wolność.

W Warszawie brał udział w głośnej likwidacji zdrajców, którzy wydali carskiej Ochranie czołowych pepeesowców. Uciekł do Afryki. A ponieważ PPS chciała mieć kadrę wojskową, Biernacki prawie przez rok służył w 1 pułku Legii Cudzoziemskiej niedaleko Oranu.

„A gówno dla ojczyzny wozić, to nie łaska”

W sierpniu 1914 r. Piłsudski mianował Kostka szefem żandarmerii polowej I Brygady Legionów, która wydawała wyroki na podejrzanych o zdradę, szpiegostwo lub prowokację. „Kiedyś opowiadał mi, jak Komendant polecił mu zlikwidować jakiegoś szpiega, który dostał się w ręce pierwszej brygady – wspominał Michał Browiński, poseł na Sejm II RP. – Kostek poprosił go o zwolnienie z tego polecenia, gdyż nie odpowiadało to jego powołaniu żołnierskiemu. Piłsudski odpowiedział: >>A gówno dla ojczyzny wozić, to nie łaska?<<”.

Biernacki dowodził żandarmerią ledwie trzy miesiące, a zdążyło przylgnąć do niego miano Kostka-Wieszatiela. Tak nazywali go koledzy legionowi, parafrazując przydomek wileńskiego gubernatora carskiego Murawiewa. Przez następne dwa lata wojny pozostawał w sztabie Legionów, tuż przy Komendancie.

W lipcu 1917 r. Kostek został internowany w obozie dla oficerów legionowych, którzy wymówili posłuszeństwo Austrii, w Beniaminowie nad Narwią. Wydawał gazetkę satyryczną „Sprzymierzeniec”. Pisał i wystawiał popularną wśród oficerów „Szopkę beniaminowską”, prześmiewając życie obozowe i CK Austrię.

Po Rumunii Rakowiecka

W pierwszym dniu wojny 1939 r. Kostek objął stanowisko komisarza cywilnego w randze ministra przy Naczelnym Wodzu. 18 września razem z rządem przekroczył granicę pod Kutami. W Rumunii przetrzymywany w kilku ośrodkach internowania. Michał Browiński, osadzony w obozie w Caracal, pisał o towarzyszu niedoli: „Znawca i miłośnik średniowiecza, znawca starego języka polskiego. Czytał nam fragmenty niewykończonej jeszcze powieści o Bolesławie Śmiałym, zupełnie interesujące”.

Od końca 1943 r. Kostek był w Rumunii na wolnej stopie, miał szwajcarski paszport dyplomatyczny. Próbował dostać się do polskiego wojska na Zachodzie, ale w Londynie nie chciały go antypiłsudczykowskie władze. Podobny los spotkał też wielu innych sanatorów.

W kwietniu 1943 r. poległ w Warszawie podczas likwidacji volksdeutscha na ulicy Stalowej jedyny syn Kostka – Lesław Ryszard Biernacki, ps. „Romanowski”. Należał do oddziału dywersyjnego prawicowej Konfederacji Narodu.

W marcu 1945 r. w niewyjaśnionych okolicznościach Kostek-Biernacki został aresztowany w Rumunii. 11 listopada 1945 r. zaczął figurować w dokumentach aresztu śledczego przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

 „Klasyczny reprezentant faszystowskiego reżimu”

Reżimowy „Express Wieczorny” z 22 lipca 1946 r. wołał na czołówce: „Kat Brześcia za kratami Mokotowa”. 21 września 1946 r. ukazała się informacja: „Kostek za dwa tygodnie stanie przed sądem”. Z pisma skierowanego do wiceministra sprawiedliwości Leona Chajna: „Kostek-Biernacki postawiony będzie pod pręgierzem nie tylko jako indywidualna jednostka, ale (…) będzie sądzony system rządzenia, którego był wyrazicielem, jako klasyczny reprezentant faszystowskiego reżimu”.

Oskarżenie Kostka miało wykazać, że przez całe życie, niemal od kołyski, był elementem wrogim i szkodliwym. I tak, tępi śledczy, nadzorowani przez Władysława Dymanta, wicedyrektora Departamentu Specjalnego Prokuratury Generalnej (ten sam, który zarządził sądzenie gen. Augusta Emila Fieldorfa przy drzwiach zamkniętych) – wymienili: „agenturalną” działalność w PPS – na usługach wywiadu austriackiego, okrucieństwo piłsudczykowskiego żandarma, przynależność do „elitarnej kliki legionowej”, komendanturę Brześcia, no i przede wszystkim Berezę Kartuską.

Podkreślmy: podległość Berezy Biernackiemu była jedynie tytularna – to miejsce odosobnienia znajdowało się na terenie administrowanego przez niego województwa poleskiego. Nie on był inicjatorem umieszczenia tu przeciwników politycznych, nie on napisał regulamin obozu. Pomysłodawcą Berezy był ówczesny premier Leon Kozłowski. Piłsudski poparł inicjatywę. Wedle zapisu Wacława Jędrzejewicza, Marszałek miał powiedzieć: „Ja nic nie mam przeciw tej waszej czerezwyczajce, ja się na tę waszą czerezwyczajkę na rok zgodziłem”.

Zamknięci w Berezie – głównie komuniści, Ukraińcy i przedstawiciele innych mniejszości narodowych, twierdzili, że wizyty Kostka powodowały zaostrzenie rygoru obozowego. Inspekcje wojewody to akurat prawda, ale w rzeczywistości w ich trakcie ograniczał się do sprawdzania, czy przestrzegany jest regulamin, czy panuje porządek w celach, kuchniach i sanitariatach. Kilka razy faktycznie opiniował wnioski o skierowanie do obozu, ale decydować nie mógł, gdyż Bereza Kartuska podlegała bezpośrednio ministrowi spraw wewnętrznych.

Wracając do komunistów – Berezy „nie lubili”, bo wielu z nich siedziało tam jako wrogowie wolnej, niepodległej II Rzeczpospolitej. A kiedy po wojnie przejęli nielegalnie władzę i dodatkowo uwięzili Kostka – na nim chcieli skupić całą swoją nienawiść do piłsudczyków i winę za Berezę. Do pokazowego procesu, w którym „demokratyczna” władza chciała pokazać zbrodniczość przedwojennej sanacji, jednak nie doszło. Akt oskarżenia upadł właśnie ze względu na Berezę – komunie nie udało się znaleźć wystarczających dowodów i świadków rzekomych przestępstw Kostka.

Na nowy proces musiał czekać następnych siedem lat. Jako „faszyście” zapewniono mu nie byle jakie towarzystwo – siedział w jednej celi z Erichem Kochem, komisarzem Rzeszy dla Ukrainy, skazanym w Polsce na karę śmierci za zbrodnie wojenne.

– Psychicznie trzymał się dobrze – wspominał Kazimierz Augustowski. – Był towarzyski, czasami nawet dowcipkował. Opowiadał nam o Legionach, Algierii, swoim przywiązaniu do Marszałka. Kiedyś Różański miał obchód, jako starszy celi krzyknąłem: „Panie pułkowniku, pan major Różański przyszedł”. Kostek, udając, że nie słyszy, nie ruszył się z miejsca.

„Warunkowo zwolniony”

W sierpniu 1953 r. Sąd Najwyższy „łaskawie” zamienił Kostkowi zasądzoną karę śmierci na 10 lat więzienia, z zaliczeniem aresztu śledczego. Biernacki był już wówczas bardzo chory, miał miażdżycę, chorobę wieńcową, rozedmę płuc, padaczkę. Komisja lekarska w styczniu 1955 r. stwierdziła: „Ogólny stan zdrowia ulega stałemu pogorszeniu, nie rokuje zupełnie poprawy oraz zagraża życiu”.

„Mój mąż od dawna nie może poruszać się o własnych siłach. Na ostatnim widzeniu odniosłam wrażenie, że mąż jest umierający i że przy swoich 71 latach nie przetrzyma tych kilku miesięcy, które mu zostały do odcierpienia” – pisała Anna Biernacka do Rady Państwa w lipcu 1955 r. Sama żyła w nędzy, wielokrotnie była wyrzucana z pracy. Zmarła w Warszawie w grudniu 1972 r.
W końcu „ludowa” władza ulitowała się nad „faszystą”. W listopadzie 1955 r. Wacław Kostek-Biernacki został „warunkowo zwolniony” z więzienia. Z Rakowieckiej do małego pokoiku na ul. Mokotowskiej, gdzie mieszkała jego żona, przewieziono go karetką pogotowia. Potem „erka” przyjeżdżała do „apartamentów” Biernackich często nawet dwa razy dziennie.

Komuniści doskonale wiedzieli, co robią – że mogą wypuścić wroga, przedstawiciela znienawidzonego reżimu piłsudczykowskiego, bo jest już całkowicie nieszkodliwy. Wacław Kostek-Biernacki zmarł 25 maja 1957 r. Został pochowany na starym cmentarzu w Grójcu, w grobie rodzinnym.

„I obok naturalnego wstrętu do śmierci, uczuwam jasną radość, że odchodzę i że nigdy już nie będzie mnie dręczyć nieznośny widok cierpień żyjących istot” – napisał Wacław Kostek-Biernacki w jednej ze swoich powieści „Diabeł zwycięzca”.

 

 

Czy „apolityczne” sądy pozamykają nas w psychiatrykach? Pyta STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Zakusy

Niewątpliwy primaaprilisowy radiowy żart w jedynce, że rowerzyści będą musieli wyposażyć swoje dwukołowce w tablice rejestracyjne – przywołał mi wspomnienie felietonu sprzed laty. W „Expresie wieczornym” redaktor Zbigniew Mitzner (1910-1968) ośmieszył kierownika warszawskiej komunikacji. Z ratusza oznajmiono, że tory tramwajowe m.in. na Marszałkowskiej ogrodzone będą płotami. Bo giną piesi. Prześmiewczo rozwinął wizję i zasugerował, aby kopać doły z drapieżnymi zwierzętami. Też w trosce o obywateli. Ha, ha się rozległo i pomysłowy urzędnik spłonął żywcem.

Teraz idzie w kierunku ubezwłasnowolnienia. Zajmuję się od trzech tygodni reportersko ob. Krzysztofem Chrzanowskim ze wsi Trynosy, którego w powiecie Ostrów Mazowiecka chcą ubezwłasnowolnić zamykając w szpitalu psychiatrycznym „na badania” trwające aż dwa-trzy tygodnie (ale może i siedem!). 40-latek ma spory majątek, którego dorobił się ciężką fizyczną pracą. Dysponuje kilkoma opiniami lekarzy psychiatrów (z gabinetów prywatnych), którzy stwierdzili na piśmie, że nie rozpoznają objawów chorób psychicznych, upośledzenia umysłowego ani zaburzeń świadomości. Ale ci lekarze nie mają dla sądu w powiecie Ostrów Mazowiecka pieczątki z adnotacją „biegły sądowy”. Sąd wierzy jedynie pani doktor z Choroszczy, która jest zastępcą dyrektora szpitala psychiatrycznego i dwóm paniom, które przez 1-2 godziny badały p. Chrzanowskiego. Obie nie są lekarzami psychiatrii – jedna psychologiem, a druga biegłym sądowym w zakresie psychiatrii przy sądzie okręgowym w Białymstoku. Drogo – jak wynika z rachunków – te badania kosztowały, ale wniosek brzmi: „wydaniu ostatecznej opinii odnośnie stanu jego (chodzi o p. Krzysztofa Chrzanowskiego) zdrowia psychicznego i poczytalności tempore criminis niezbędne jest poddanie go obserwacji sądowo-psychiatrycznej w warunkach oddziału psychiatrycznego.”

Tak więc – zamknąć na tygodnie. Zresztą p. Chrzanowski oświadczył (w obecności mojej i innych dziennikarzy), że do szpitala psychiatrycznego gotów jest zgłosić się dobrowolnie. Byle nie do Choroszczy, bo tam już był i po prostu boi się tam poddać testom (nota bene negatywne opinie o tej placówce łatwo znaleźć w Internecie). Pan Krzysztof jest na dodatek w trakcie procesu rozwodowego. Ma wspólnotę majątkową z żoną. Jeśli zostanie ubezwłasnowolniony – wszystko straci.

Tendencje ku ubezwłasnowolnieniu obywateli są zawsze obecne. Wkrótce zacznie się o tym dyskusja społeczna, bo przygotowywana jest ustawa. Na ile i kogo można będzie badać w zakładach psychiatrycznych – to bardzo ważne ustalenia legislacyjne. Niedawno wyrwaliśmy się spod władzy autorytarnej. To jak będzie w Polsce zależy teraz od nas samych. Jesteśmy suwerenni. Choć suwerenność obgryzana jest różnymi metodami. Niestety również przez własnych zdrajców i zaprzańców głosujących w Brukseli przeciw Polsce. Przysyłają nam stamtąd „obserwatorów” – ślepych i głuchych. Mają bliżej do Paryża, gdzie policja tłucze ludzi, a prezydent uparł się jak osioł.

Ostatnio na trybunie pojawił się młodzian, który szuka pretekstu by zabrać należne nam pieniądze. PO przyklaskuje: im gorzej, tym lepiej. Przypomina się pani komisarz, która zamknęła nam stocznie. Goszczono ją szarmancko, a ona już przed przyjazdem do Polski wiedziała co zrobi. Jej wyroku nie kwestionowali „nasi-nie nasi” sędziowie. Może by wielu z nich nawet przyklasnęło. Przecież trzeba być przeciw PiS. Gdzie się tylko da. Kandydat na premiera płynnie szwargocze spod Gdańskiego Żurawia. Robi się coraz goręcej i na dworze i w polityce. Ale nie dajmy się zwariować. Bo zamkną nas w psychiatryku.

 

 

PIOTRA TURLIŃSKIEGO opis literackiej bezwzględności: Stanisław Grochowiak. Geniusz pomijany (5)

Święty Szymon Słupnik

 

Powołał go Pan

Na słup.

Na słupie miał dom

I grób.

 

A ludzi chłopaka na szafot przywiedli,

Unieśli m głowę w muskularnej pętli.

Powołał go Pan na stryk.

 

Powołał go pan,

By trwał,

By śpiewał mu pieśń

I piał.

 

A ludzie dziewczynę wśród przekleństw gwałcili

I włosy jej ścięli, i ręce spalili.

Powołał ja Pan

Na gnój.

Powołał go Pan

Na słup.

Na słupie miał dom

I grób.

 

A ludzie mych wierszy słuchając powstają

I wilki wychodzą żerującą zgrają…

Powołał mnie Pan

Na bunt.

 

W tym utworzy Grochowiak sugeruje nam, że i jemu przypadł los Szymona Słupnika. Niełatwy, ale wielki, bo rozmyślny, celowy. I takie też było życie Stanisława Grochowiaka.

                                                                                Łatka

Turpiści – nazwał ich Julian Przyboś, w swoim wierszu „Oda do turpistów”. Tę niemiłą etykietę, tę łatkę przypiął Przyboś kilku młodym poetom, z początkiem lat 60-tych, ale tak już jakoś na lata zostało. W gruncie rzeczy „etykiet twórca”, uznany i rządzący wtedy środowiskiem poetów, chciał młodych konkurentów zdyskredytować, bo turpiści, to ludzie lubujący się tym co brzydkie, okropne i wstrętne. A ci młodzi opisywali jedynie nasz dzień powszechny, szukali poezji i wielkich rzeczy w tym co obok, tuż za zakrętem drogi. Oni zastanawiali się i zgłębiali kondycję prostego człowieka. Przyboś natomiast – w najpełniej z możliwych sposobów realizował dogmat „sztuki dla sztuki” i budował swoją świątynię „nowych środków wyrazu”.

Niestety i dzisiaj jeszcze można przeczytać w społecznych encyklopediach, że „W poezji polskiej turpizm pojawił się po 1956 roku i posługiwali się nim: Stanisław Grochowiak, Ernest Bryll, Andrzej Bursa i inni. Programowo przedstawiciele turpizmu włączyli do swoich utworów motywy brzydoty, kalectwa, choroby, śmierci”.

Tak nie było, bo to nowa poezja budował kanony nowej estetyki. Takiej która wyrastała z buntu wobec ustalonych kanonów piękna. Ci „nowi poeci” zwracali się ku peryferiom, dowartościowując to, co pomijane i dyskryminowane. I nie bez przyczyny na szeroką skalę zjawisko to zaistniało po 1956 roku – stanowiło bowiem kontestację socrealistycznych ideałów sztuki i piękna. Obca też im była międzywojenna estetyka „pięknych i nowoczesnych wierszy” Juliana Przybosia.

            Brzydota stała się tu kategorią estetyczną, a także etyczną – wyrażała bowiem akceptację świata w całości, jak również postawę empatii wobec pokrzywdzonych i odrzuconych – to można przeczytać nawet na portalu e-szkoła. Czyli łatka Juliana Przybosia przykleiła się na dobre, do nowych poetów.

Powojenne rozumienie świata

Bezsprzecznie na widzenie świata w przypadku „turpistów” miały ich doświadczenia wojenne. Oni, w odróżnieniu od pokoleń międzywojennych, widzieli i przeżyli upadek cywilizacji, nieopisywalne zbrodnie i ludzką mękę. Na własne też oczy doświadczyli również wszechobecnych, wcale niebohaterskich, śmierci i poniżenia. I chcieli dać temu świadectwo. Widać – nie mogli tego robić językiem, metaforami i cała poetyką dawnego świata, którego upadek zaczął się w 1939 roku.             Poetykę „buntowników” można odnaleźć w poetyce Tadeusza Różewicza, zwłaszcza po 1956 roku, w tomach takich jak: „Poemat otwarty”, „Formy”, „Rozmowa z księciem”, „Głos Anonima”, „Zielona róża” i kolejnych. Różewicz używa brzydoty jako narzędzia podważania optymistycznej wizji świata, demaskuje moralny nihilizm nowoczesnej cywilizacji i zło tkwiące w każdej ludzkiej jednostce.

Innym z potępionych miał być Stanisław Grochowiak. Jego tomy – takie jak „Ballada rycerska”, „Menuet z pogrzebaczem”, „Rozbieranie do snu”, „Kanon” czy „Nie było lata” – to przykłady poezji powstającej z fascynacji rozkładem i śmiercią. Jednocześnie Grochowiak jest w tym nurcie estetą – jego twórczość odwołuje się do tradycji średniowiecza i baroku, zwłaszcza do malarstwa wielkich mistrzów tych epok. Grochowiak w kilkudziesięciu wierszach opisuje zresztą malarskie wizje świata, malarskie filozofie wielkich malarzy przeszłości. Rzeczony turpizm Grochowiaka, jak wskazuje Stanisław Burkot, ma również wymiar etyczny – stanowi narzędzie zgłębiania tajemnicy ludzkiego cierpienia i przemijania.

Należy również wspomnieć w tym kontekście o Erneście Bryllu. „Wigilie wariata”, „Autoportret z bykiem”, „Twarz nie odsłonięta”, „Sztuka stosowana” to przykłady jego wczesnych tomów poetyckich, w których doszła do głosu estetyka turpizmu.

Tymczasem dla tych mocno wkraczających w świat dużej literatury, ówczesne elity literatury – nie przewidywały ważnego miejsca. Być też może, że po prostu tej nowej poezji, ówcześni udekorowani już luminarze sztuki nie rozumieli. Przykre to, ale jakże typowe dla zazdrosnych twórców i leniwych znawców literatury. Poza tym – wielcy artyści – a mówię tu o pokoleniu Przybosia – nie są wolni od zwykłej ludzkiej zawiści.

Najbardziej w twórczości Grochowiaka podziwiam „Sześciokrotne śpiewy poranne” za ich obrazowanie, za rytm i bezwzględność w widzeniu świata. Mówię o bezwzględności, bo tego oczekuję od poetów. Okłamywać się mogę sam.

Sześciokrotne śpiewy poranne (fragmenty)

Skąd oni biorą nienawiść? Z małości?

Więc gdzie się skrwawił baranek ich wstydu?

Powiedzmy szorstko:

Gdzie była ta rzeź,

Gdzie samo sobie skalpowali czoła?

 

„Człowiek uczciwy nawet psa się wstydzi” – 

Tak przeczytałem w staroświeckiej książce

A biła północ,

A że nastał świt, Poznałem z piania niezawodnych hycli.

*

Oto umiemy, oto nauczeni

Jesteśmy wreszcie: kręcić bicze z piasku,

Wbić tysiąc ćwieków w jedno ziarnko maku,

Córkę piekarza wypiastować z sowy.

 

I dokładamy do wszystkiego ręki

Czułej jak ręka hodowcy lub gacha:

Do bicza z piasku,

Do ziarenka maku,

Do drew, co płoną w rodzinnym kominku.

*

A o czym gwarzyć przy rodzinnym stole?

Wuj odpiął skrzydła, że były mu zbędne,

Stryj jeszcze wierzy, a wierzy korzystnie,

Bo wiara stryja przenosi go w góry.

 

Głód? Gdzieś tam dalej, A zresztą w gazetach

O rozmnożeniu cudownym planktonu

Pisali dzisiaj? O śmierci? W peticie.

Petit jest czcionką wyłącznie dla młodych.

(…)

My nie po trupach. My po przemyśleniu

Idziemy w niebo, po szczeblach drabiny:

Są z nas Jakuby nie z Ducha, nie z Ojca,

A z przysposobień Ochotniczej Straży.

 

My nie po trupach. My pozostawiamy

Za sobą tylko ptaki okulałe,

Muchę skrzywdzoną, trawę zadeptaną,

Albo – co chlubne – nowy Dom dla Starców.

*

Bo twarz mieć trzeba, z którą jest do twarzy.

Nogi w obuwiu. W kalendarzy miłość.

Teściów najlepiej w osobnym mieszkaniu.

Ojca w szacunku. Alkohol p o z a t e m.

 

Ci, co się dręczą, sami sobie winni –

Ci, co niewinni, ci się nie udręczą

Choć bądźmy skromni: Na niewinność panien

Patrzeć dziś raczej należy przez palce.

* (…)

Skąd oni biorą swą pychę? Z litości?

Więc gdzie się skrwawił mój baranek wstydu?

Powiedzmy szorstko:

Gdzie dopadł mnie mrok,

Wilgoć na skale, senność na wilgoci?

 

Opowiedz ptaka.

Dobre, opowiadam…

Jest teraz w locie statecznym, dokolnym…

Lecz gdy znienacka

Dopadnie go noc,

On niespokojnie śpi na sercu dzwonu. 

 

                                                                    Grochowiak – moralista

Moralność – zakłada odpowiedzialność jednostki, każdego z osobna, za własne czyny. Nie ma moralności zbiorowej. Choć suma moralności jednostek może się składać na wspólną moralność, lub nawet jej zupełny brak.

Dla mnie Grochowiak był moralistą. Wiem, że „moralista” brzmi jakoś tak drętwo, jak nudziarstwo. Ale jego moralistyka była najlepszej próby rozważaniem o rzeczach pierwszych i ostatecznych. Daj nam Boże więcej moralistów. Podobnie było zresztą z Różewiczem.

W przypadku Grochowiaka mamy do czynienia z twórcą, który moralistyce potrafił nadać oryginalny, interesujący kształt. A przede wszystkim umiał dostrzec zło w sobie i każdym z nas. I nikogo nie ułaskawiał ze względu na „okoliczności łagodzące”. Dla niego żaden system polityczny nie mógł być wymówką. I mówiąc zupełnie bezwzględnie – nie ma dobrej literatury, która nie jest moralizowaniem. Nawet jeżeli przeciwstawia się tradycyjnym wartościom, to też moralizatorska – a rebour.

Grochowiak naraził się środowisku. Być może niepotrzebnie. Bo trochę zabrzmiało to tak, jakby Wielki pastwił się nad Maluczkimi. Ale to właśnie tym pomniejszym poetom i naukowcom od literatury, władze PRL powierzyły redagowanie, stworzyły i dały im „w pacht” miesięcznik „Poezja”. Grochowiak nie wytrzymał, publicznie to powiedział, niedługo przed swoją śmiercią. W telewizji stwierdził, że „Poezja” gromadzi miernoty, że nie publikują w „Poezji” żadnych wartościowych utworów, i nie ma jej łamach wspaniałych poetów, którzy przecież są, żyją.

Dla prawdy historycznej: „Poezja”, była miesięcznikiem, ukazywała się w latach 1965–1990. Jej redaktorami naczelnymi byli, kolejno: Jan Zygmunt Jakubowski (1965–72), Bohdan Drozdowski (1972–87), Marek Wawrzkiewicz (1987–90).

 

                                                                    Poezja i wiersze

Poezja Stanisława Grochowiaka była jak pieśni, ona sama wypływała z ust – jak mawiają aktorzy. Ale też Grochowiak miał rzadko spotykany, nawet u wielkich poetów, muzyczny słuch. Tako sam wielki słuch jaki mieli Lechoń, Tuwim, Broniewski, Gałczyński. Grochowiak nie pisał wierszy programowych, słusznych czy też walczących. Nie traktował poezji jako środka do wypowiedzi filozoficznych. Choć były dzięki temu właśnie pełne najgłębszej filozofii, bo była to filozofia gorącej miłości życia.

Może to właśnie dzięki temu niebywałemu słuchowi na nasz polski język tak doceniane są dramaty. Napisał ich cztery – wykaz dzieł Grochowiaka podaję poniżej – a wszystkie „niosą widzowi” świat poetycki, subtelny i delikatny. Jego bohaterowi mówią prosto, ale z rzadko spotykanym urokiem słowa, składni, frazeologii i metafor.

Jego dramaty ujmowały też filmowców, a „Chłopcy”, w reżyserii Ryszarda Bera – opowieść dziejąca się w domu starców, ciągle jest pokazywana w telewizji, bo jest mądra, a role napisane dla aktorów są wspaniałe.

Często nadużywa się pojęcia „poezja” i każdy wiersz zostaje poezją… A poezja to szczyt sztuki, natomiast wiersze, nawet i dobre, to tylko wytwory rzemiosła literackiego. A Stanisław Grochowiak był poetą.

                                                           Lęki

Dzisiaj już się go nie wydaje, nie rozmawia się o nim. I chyba niewielu czyta jego poezję. A to jest wielka szkoda dla naszej wrażliwości. Na przykład, trzeba znać jego „Pejzaż”, żeby zrozumieć jego świat, albo jak on ten nasz świat widział.

Pejzaż

Więc oto ziemia moja Ojczyzna

Wszystko we mnie co wieczne – z tych oto ogórków,

Z tych bladych kwiatów szarpanych żarłocznie

Przez chude jak szkielety wróble

 

Wszystko co we mnie otwiera ten pejzaż

Koniem sterczącym w niebo kopytami

Różą znienacka ogromna jak krowa

Wiatrakiem zeschłym

 

I wreszcie człowiek – z flaszki pionowej

Ostatnia kroplę chciwie wypija

Płacze

Maryja

Jezus

Maryja

Jezus

Maryja

Jezus

Maryja

                                                                        Alkohol

Stanisław Grochowiak umarł młodo. Mówią, że pił. Alkoholowi zresztą poświęcił dużo miejsca w swej twórczości, w tym wspaniały dramat „Lęki poranne”. A „Lęki…” mówią nie tylko o tej chorobie, mówią też o tym, że wrażliwi ludzie muszą pić, bo społeczeństwo jest okrutne wobec słabych. Napisał to kiedyś inny poeta, że są społeczeństwa, w których nie sposób żyć na trzeźwo.

Bóg Grochowiaka, jego osobisty intymny Bóg, zabrał go bardzo wcześnie, zaledwie w 42 roku życia. Może było i tak, że Bóg zabiera duchy doskonałe wcześniej, pozwalając tym niedoskonałym żyć dłużej, aby się wypiękniły ostatecznie.

W ciągu tych 42 lat swego życia Stanisław Grochowiak dokonał w literaturze bardzo wiele, zostawiając po sobie trwały ślad. Jest autorem kilkunastu tomików poezji, dwóch opowiadań, trzech powieści i czterech dramatów.

 

                                                      Dzieła Stanisława Grochowiaka

 

Poezja: Ballada Rycerska (1956); Menuet z pogrzebaczem (1958), Rozbieranie do snu (1959); Agresty (1963); Kanony (1965; Totentanz in Polen (1969) poemat; Nie było lata (1969); Polowanie na cietrzewie (1972; Bilard (1975); Haiku-Images (1978); Allende (1974) poemat; Wiersze nieznane i rozproszone (1996); Wiersze dla dzieci (2017); Wiersze zebrane (2017)

Opowiadania: Lamentnice (1958); Prozy (1996) – zawierają niepublikowane utwory prozatorskie, dodatkowo powieść Trismus i opowiadania ze zbioru Lamentnice

Powieści: Plebania z magnoliami (1956); Trismus (1958); Karabiny (1965)

Dramaty: Szachy (1961); Partita na instrument drewniany (1962); Król IV (1963); Chłopcy (1964)

Baśnie: Żyjątko Biedajstwo i Ci inni (2009)

Realizacje filmowe: Księżyc, reż. Stanisław Brejdygant; Kaprysy Łazarza, reż. Janusz Zaorski; Chłopcy, reż. Ryszard Ber; Partita na instrument drewniany, reż. Janusz Zaorski; Karabiny, reż. Waldemar Podgórski

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Ukraińcy uważają Polaków za najbliższy im naród

Prawie dwie trzecie (63%) Ukraińców uważa, że ​​historycznie są oni najbliżsi Polakom, 7% – innym narodom, a 17% jest niezdecydowanych. Tak wynika z badań Kijowskiego Międzynarodowego Instytutu Socjologii (KIIS), o których informuje strona internetowa RBC-Ukraina.  

Ankietę KIIS przeprowadził na zlecenie Ministerstwa Kultury i Polityki Informacyjnej Ukrainy wśród 2004 respondentów. Błąd statystyczny próby nie przekracza 2,2%. Jakie jeszcze wnioski płyną z tych badań?

Większość (60%) mieszkańców kraju postrzega 24 sierpnia 1991 roku jako dzień odzyskania przez Ukrainę utraconej niepodległości i państwowości, a jedna trzecia (32%) – że w tym dniu Ukraina po raz pierwszy uzyskała niepodległość. Dwie trzecie (64%) zgadza się ze stwierdzeniem, że Ukraina była kolonią Imperium Rosyjskiego. Ponad dwie trzecie (69%) mieszkańców kraju uważa, że ​​Ukraina jest ideologicznym następcą Ukraińskiej Republiki Ludowej, a 11% uważa, że ​​Ukraina jest ideologicznym następcą Ukraińskiej SRR.

Obecna wojna rosyjsko-ukraińska wywarła znaczący wpływ na postrzeganie własnej przeszłości: ponad dwie trzecie (68%) ankietowanych wskazało, że wojna zmieniła ich stosunek do historii Ukrainy. Najbardziej znaczącymi wydarzeniami historycznymi, które odegrały w przeważającej mierze pozytywną rolę, zdaniem większości, były (w porządku chronologicznym): powstanie Bohdana Chmielnickiego – 83% odpowiedziało, że wydarzenie to miało rolę pozytywną, powstanie Iwana Mazepy – 74%, istnienie Ukraińskiej Republiki Ludowej i konkurencja wyzwoleńcza lat 20. XX wieku – 67%, przejście Krymu do Ukraińskiej SRR – 70 %, rozpad ZSRR – 83 %, pomarańczowa rewolucja – 70%, Rewolucja Godności – 83%.

Według większości negatywną rolę w historii narodu ukraińskiego odegrały (kolejność chronologiczna): przyjęcie okólnika Valueva i dekretu z Ems zakazującego używania języka ukraińskiego, utworzenie ZSRR, kolektywizacja, II wojna światowa, Holokaust, wprowadzenie wojsk radzieckich do Afganistanu, obecna wojna rosyjsko-ukraińska.

Jednocześnie 12% respondentów wskazało, że najbliższymi im osobami są Rosjanie. I to pomimo faktu, że dla przypomnienia, pod koniec 2022 roku bezwzględna większość Ukraińców (98%) uważała rosyjskie władze polityczne za winne popełnienia zbrodni wojennych na Ukrainie, 96% respondentów wskazywało na rosyjski personel wojskowy, a 87 % odpowiedzialnością za to obarczało wszystkich obywateli Rosji.

Według innego badania, Ukraińcy uznali kulturę polską za najciekawszą spośród kultur europejskich, a 72% respondentów uważa, że ​​Polacy są kulturowo najbliżsi Ukraińcom. Świadczą o tym wyniki badania opinii publicznej przeprowadzone przez Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego wraz z ukraińską agencją Info Sapiens. Łukasz Adamski, zastępca dyrektor Centrum, doktor nauk historycznych, powiedział ukraińskiemu portalowi Zaborona:

„Badanie wykazało, że Ukraińcy są absolutnie zainteresowani polską kulturą, ale mówią, że wiedzą o niej za mało. Chociaż nie powiedziałbym tak – na zachodzie i w centrum Ukrainy odsetek osób prawidłowo identyfikujących takie postacie jak Adam Mickiewicz i Henryk Sienkiewicz jest dość wysoki. Oczywiście rozczarowujący jest fakt, że połowa Ukraińców nie potrafi wymienić choćby jednego znanego Polaka. Ale daje nam to możliwość i motywację do jeszcze większej pracy…”

Wielu Ukraińców chciałoby się uczyć polskiego. Co najmniej jedna trzecia obywateli twierdzi, że studiowałaby ten kierunek, gdyby dostępne były bezpłatne kursy. Do Polski przyjeżdżają nie tylko młodzi ludzie, którzy mają kontakty z polskimi obywatelami – to także emeryci i mieszkańcy terenów, którzy jeszcze przed wojną nie mieli szczególnej wiedzy o Polsce..

Łukasz Adamski uważa, że ​​wojna zwiększyła zainteresowanie Ukraińców sąsiadami. Jeszcze przed inwazją na pełną skalę, w latach 2014 – 2022, Polska zajmowała pierwsze miejsce w rankingach sympatii (takie badania społeczne prowadziła zwłaszcza grupa Rating). Procent poparcia wynosił wtedy około 55%. Teraz liczba zwolenników Polski wzrosła do 83 – 86%. A odsetek osób negatywnie nastawionych wynosi mniej niż 0,5%. Oczywiście dzieje się to na fali poparcia Polski dla Ukrainy, a po wojnie te wartości mogą nieco spaść. Ale generalnie z badań wynika, że ​​Ukraińcy chcą bardziej intensywnych relacji: zaprzyjaźnić się z Polakami, poznać kraj, także od strony turystycznej.

W badaniu zadano pytanie: który z terytorialnych sąsiadów wydaje ci się najbliższy kulturowo? Na liście znaleźli się Polacy, Białorusini, Rosjanie, Słowacy, Węgrzy, Rumuni i Mołdawianie. 72% respondentów wskazało Polaków jako naród bliski kulturowo. Białorusini zajmują drugie miejsce z wynikiem 6%, podczas gdy Rosjanie tylko 4%. A odpowiedzi udzielali także mieszkańcy tych regionów, które po części uważały się za część przestrzeni kulturowej Rosji i Białorusi. Teraz stali się zagorzałymi przeciwnikami rosyjskiej kultury.

Spośród wyników badania największe wrażenie na Łukaszu Adamskim zrobiło to, jak zmienia się stosunek Ukraińców do Polaków. „W tradycyjnych ukraińskich podręcznikach historii można przeczytać o tym, jak potężne było państwo ukraińskie – Ruś Kijowska. A potem ziemie ukraińskie znalazły się pod władzą Polski i Litwy, ukraińscy Kozacy walczyli o niepodległość Ukrainy. Polska szlachta stawiała opór, w wyniku czego ukraińscy chłopi i Kozacy znaleźli się w niewoli – rosyjskiej lub polskiej. Następnie rozpoczął się proces przywracania tożsamości ukraińskiej. Ale jeśli teraz zapytamy, jaki stosunek mają Ukraińcy do szlachty, do tradycyjnego wroga Kozaków, otrzymamy więcej odpowiedzi pozytywnych niż negatywnych. Oczywiście jako historyk wiem, że stosunek do Rzeczypospolitej Obojga Narodów zmienił się w ciągu ostatnich 30 lat, w szczególności dzięki pracy historyków ukraińskich. Okazuje się jednak, że część Ukraińców uważa Rzeczpospolitą Obojga Narodów za państwo wspólne z Polakami i pozytywnie ją ocenia. Taka sama postawa widoczna jest w ukraińskiej dyplomacji. We Lwowie Wołodymyr Zełenski podpisał deklarację prezydentów Trójkąta Lubelskiego, która mówi o Wspólnocie Narodów jako o wspólnej ojczyźnie…”

Łukasz Adamski uważa, że ​​Ukraińcy i Polacy mają wspólne tradycje kultury politycznej, które rozwijały się przez kilka stuleci. Ponieważ ludność Ukrainy znajdowała się nie w imperium moskiewskim, ale w Hetmanacie lub Rzeczypospolitej Obojga Narodów, Ukraińcom udało się zawłaszczyć podobne do Polaków elementy kulturowe. Na przykład prawo do oporu, prawo do obalenia rządu, który narusza podstawowe prawa…

Zdaniem Łukasza Adamskiego z historycznego i politycznego punktu widzenia Majdan, czyli pomarańczowa rewolucja, to był rokosz – „bunt”.

Dziennikarz serwisu zapytał Łukasza Adamskiego: „Co będzie po wojnie?”, ten zaś zadeklarował: „Jestem optymistą. Wojna nas zbliży, przyczyni się do pogłębienia współpracy. Generalnie jest to oczywista tendencja, że ​​Polska i Ukraina będą coraz ściślej związane”.

O pladze anonimowości dziennikarskiej pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Irytujące incognito

Gość w dom, Bóg w dom – mówi stare przysłowie. A nieprawda! Popatrzcie w jakiej formie serwują nam przekaz   – z konferencji prasowych – np. telewizje informacyjne. Do słuchania i oglądania. Otóż, na podeście z „sitkami” w ręku stoi dwóch-trzech eleganckich dżentelmenów w drogich garniturach lub dam w wytwornych garsonkach. Przed nimi tłumek, głosy którego słyszymy, ale nie widzimy. Owi i owe zadają pytania. A to przecież też, tak jak polityce goście w naszych domach – telewizorach. Jednak kto zacz nie wiadomo. Tylko po treści wypowiedzi dziennikarzy można domyśleć się czy to lewicowo-liberalny czy prawicowo-konserwatywny głos.

Przyszli licznie na spotkanie, by dostać informacje z pierwszej ręki. Niestety, traktuje się ich anonimowo. To tylko głosy, pytania mądre lub mniej, ostre i wyraźne lub lizusowate, głośno lub cichutko zadawane. Jak to zaprasza się w dom gości, a potem traktuje incognito? Cóż za brak wychowania i szacunku.

Czasem przedstawiają się przy zadawaniu pytania. Ale to za mało – powinniśmy ich nie tylko słyszeć – ale i widzieć. Wystarczy by jedna kamera pokazywała żurnalistów. Są uczestnikami show, niech będą w pełni. Przecież nie powinni wstydzić się swoich pytań. Brać na klatę odpowiedzialność. Z zawodowej paki.

Ci na podeście i ci niżej wspólnie tworzą widowisko. Zaproszeni mają pełne prawo głosu. Byle rzeczowo i krótko. Bez ględzenia. Ci, którzy się wystawiają zbierają punkty wyborcze, ci którzy pytają też podlegają ocenie. Chcemy wiedzieć kto nas reprezentuje.

Wiarygodność dziennikarska to ważna rzecz. Długo się ją zdobywa. I wcale się jej tak łatwo nie traci. Ludzie, jeśli komuś uwierzą i go polubią będą bronić. Dysponenci zdenerwowani „nieprawidłową” odpowiedzią prowadzącego program często zbyt pochopnie odstawiają go od anteny lub przenoszą w mniej ważne miejsce. Nie pada nawet wyjaśnienie, z jakiego to powodu. Telewidz może tylko się domyślać – czasem się złości, czasem traci wiarę we władzę. Dziennikarz ukarany rozważa: co mu się bardziej opłaca – siedzieć cicho, przecierpieć czy postawić się i zbuntować ryzykując wykluczenie z firmy. Pamiętam jak Jacek Żemantowski, idol w pewnym momencie wykluczony z anteny, powiedział mi: “do pierwszej ligi już się nie wraca”. Zawsze są wyczekujący na awans. I nie ma ludzi niezastąpionych.

A jednak długotrwałe pokazywanie człowieka i czynienie go w ten sposób popularnym to przecież inwestycja. To w wypadku głównych telewizji koszt milionów złotych. “Świeżutki”, poza anteną, musi się sporo nauczyć, nawet jeśli jest bardzo zdolny.

Często telewizje marnują takich zdolnych obsadzając niewłaściwie. Wyżej… nerek nie podskoczysz. Świadczy o tym chociażby srogość bijąca z twarzy spikerki robiącej w sporcie lub jej kolegów ubranych jak karawaniarze choć tematem dyskusji radość, bo mówią o sporcie.

Długo zastanawiają się pogodynki jak długą sukienkę założyć. Dużo też słów pada na naradach i planowaniach decydentów. Niestety tzw. mądrość zbiorowa często zamienia się w brak decyzji, opóźnia gdy stanowić trzeba szybko. Programy na żywo są zawsze lepsze i wciągające, montażowe to już widoczna jednak kastracja i ograniczenia cenzuralne. Rzeźbić oczywiście trzeba przy produkcji artystycznej. Gdy przygotowuje się ważny dokument artystyczny lub fabułę. Publicystyka, reportaż bieżący to szybkość przekazu i rzetelność. Tylko prawda jest ciekawa i wyzwoli. Inaczej gość w dom a gospodarze chodu.

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jaworzno – nie polski, ale komunistyczny obóz

W kwietniu 1945 r. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego utworzyło Centralne Obozy Pracy, z najbardziej znanym w Jaworznie. Dla Polski zaczynało się sowieckie zniewolenie, o czym nawet w III RP duża część mediów wolała i woli wciąż milczeć. Kłamią wciąż o „wyzwoleniu” – mimo podobieństw do agresji Rosji na Ukrainie.

Komunistyczny (błagam – nie używajmy terminu „polski”) obóz dla młodocianych więźniów politycznych w Jaworznie, tak samo zresztą jak w Świętochłowicach-Zgodzie, powstał na bazie byłego podobozu KL Auschwitz, a komendantem obu, w różnych okresach, był komunistyczny „partyzant” – Szlomo Morel.

Po wojnie, znęcając się nad więźniami, Morel mówił: „Byłem w Auschwitz przez sześć długich lat i przysięgałem sobie, że jeśli stamtąd wyjdę, odpłacę tym samym wam – hitlerowcom”. W rzeczywistości w KL Auschwitz nie był ani jednego dnia.

Większość mediów w Polsce uwierzyła w wersję o Morelu – więźniu Auschwitz. „Gazeta Wyborcza” pisała: „W czasie wojny trafił do Oświęcimia, gdzie zginęli jego najbliżsi”. „Trybuna”, w tekście pod znamiennym tytułem: „Z więźnia – komendant obozu”: „Zachowania Salomona Morela w obozie w Zgodzie nie wolno usprawiedliwiać, ale można zrozumieć. W 1945 r. trudno było oczekiwać od Żyda, który właśnie wyszedł z Auschwitz, gdzie utracił wszystkich bliskich, żeby troszczył się o NSDAP-owców i volksdeutschów. Dziś jest już starym człowiekiem i zasługuje na spokój”. Marzenia postępowej prasy spełniły się – Salomon Morel nigdy nie poniósł kary za swoje zbrodnie.

W 1943 r. Morel przedostał się do ZSRS i przyłączył do sowieckiej partyzantki. Po powrocie do Polski wstąpił do UB. W życiorysie czytamy: „21 lipca 1944 roku zostaliśmy wyzwoleni przez Armię Czerwoną i natychmiast przychodzimy do Lublina i organizujemy MO”.

Komendantem obozu w Jaworznie Morel został w 1949 r. Były więzień wspominał: – Podczas pierwszego apelu powiedział do nas: „Nie przeżyjecie, pójdziecie do Brzezinki”. Po kilkanaście godzin pracowaliśmy w kopalni, racje żywnościowe były minimalne. W ten sposób poddawano nas reedukacji.

W 2005 r. Izrael, gdzie Morel uciekł w 1992 r., odmówił wydania zbrodniarza (zarzut: spowodowanie śmierci 1695 więźniów Świętochłowic, jako zbrodni przeciwko ludzkości), bo… Polska jest krajem antysemickim. Za zbrodnie w Jaworznie – mimo wieloletnich starań byłych więźniów – nigdy nie był ścigany! Ale ofiarami – w przeciwieństwie do Świętochłowic-Zgody, gdzie trafiali też Niemcy i volksdeutsche – byli tylko Polacy.

Salomon Morel zmarł jako dziadek wnuczętom w 2007 r. w Tel Awiwie. Do końca życia dostawał z Polski wysoką emeryturę. O tym większość mediów III RP znów nie pisała, albo pisała półgębkiem, bo musiałyby wspomnieć, z czego ten przywilej wynikał – a wynikał ze zbrodniczej kariery tego krwawego komendanta powojennych, komunistycznych obozów w okupowanej przez sowietów Polsce.