HUBERT BEKRYCHT: (Nie) zależność w czasie wojny (2)

Będzie krótko. To niektórzy już może przyjmą z niedowierzaniem, zatem – być może – zaskoczenie numer dwa: będzie krótko, ale i na temat, bo tematu nie wybierałem. Temat wybrał mnie.

Otóż, jestem delegatem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich podczas odbywającego się w Hadze kongresu Europejskiej Federacji Dziennikarzy (Annual Meeting European Federation of Journalists – EFJ). Po południu miała być dyskusja o niezależności dziennikarskiej w obliczu coraz większej liczby konfliktów zbrojnych na świecie, a szczególnie w obliczu agresji rosyjskiej na Ukrainę. Dyskusja była, ale nie o tym.

Holnderska depresja i rosyjska ruletka

Panel prowadziła Holenderka, przewodnicząca tamtejszego stowarzyszenia dziennikarskiego (NVJ) Renske Heddma. Oprócz niej w debacie uczestniczyła szefowa działu zagranicznego niderlandzkiego koncernu medialnego NOS Esther Bootsma, wieloletnia korespondentka telewizji Al Jazeera Step Vaessen oraz dwóch Rosjan. Jeden musiał uciekać na Zachód, bo Putin przeszło rok temu, właśnie za niezależne dziennikarstwo postanowił go ukarać przynajmniej wieloletnim więzieniem a mówiło się też o gotowości Kremla do wyeliminowania – nazwałem go tak dla bezpieczeństwa – opisywanego Rosjanina numer 1. Ów zaraz po debacie zniknął, jak to się mówi, po angielsku.

A teraz Rosjanin numer 2. Wjeżdża do Moskwy, kiedy chce. Wraca. Narzeka na „represje” Putina w postaci trzymiesięcznej wizy, ale przyjeżdża do Rosji i z niej po prostu wyjeżdża na Zachód w stanie nietkniętym. A przecież, jak napisano w tytule debaty, jest niezależnym rosyjskim dziennikarzem. Kiedy kończy się dyskusja zostaje jeszcze długo. Pytam go, bo mnie to męczyło, czy ja coś pokręciłem, że on przyjeżdża i wyjeżdża do Moskwy ze swobodą gwiazd rocka, popu lub sportu, które jeszcze niedawno korzystały z zaproszeń Kremla? „Kolego, nie boisz się, że Cię Putin nie wypuści, bo źle o nim piszesz?”. A on mi z uśmiechem na ustach odpowiada:, „Ale ja nie piszę o Putinie, nie piszę polityce tylko o ekonomii”. Przyznam, że mnie zatkało. Zapytałem, czy żartuje? Odpowiedział, że nie i mnie odetkało.

Al Jazeera wzorem niezalezności dziennikarskiej, czyli paranoja

Przypominam, wszystko dzieje się teraz w holenderskiej Hadze na kongresie dziennikarskim EFJ podczas debaty o niezależności mediów. Rosjanin, prawdopodobnie z zagranicznym paszportem swobodnie poruszający się teraz po swoim kraju a do tego korespondentka arabskiej telewizji Al Jazeera mówią o niezależności. Reporterka zresztą zapewniała, że dobrze się tam czuje, bo zadaje tylko swoje pytania, że jej stacja jest niezależną korporacją medialną, że w ogóle jest tam super. Zaniemówiłem. Telewizja wielokrotnie podejrzewana o sprzyjanie terrorystom i niedopuszczalne z nimi kontakty, faworyzująca Palestyńczyków w sporze z Izraelem, jest „niezależna”? „Chyba od rozumu swoich odbiorców” – przypomniały mi się słowa mojego przyjaciela. Ale nie, groteska trwa. Jeden z reprezentantów Towarzystwa Dziennikarskiego zabiera głos. Bredzi coś o wyważaniu racji podczas wojny, niedosłyszałem, czy na Bliskim Wschodzie, czy na Ukrainie. A potem mówi, że relacja z jesieni 2021 roku autorstwa Step Vaessen z granicy polsko-białoruskiej, w której dziennikarka stronniczo – moim zdaniem – przedstawiała domniemane wypychanie przez polskich żołnierzy uchodźców m.in. z państw arabskich, którzy jakoby uciekali przed wojną w swoich krajach, z powrotem na Białoruś.

W relacji była wzmianka o „setkach ofiar” takiego postępowania polskich służb mundurowych. Nie doprecyzowano, jakie to ofiary, bo na pewno nie śmiertelne. W tamtym tygodniu nie było przypadków śmierci obcokrajowców, którzy nielegalnie przedostali się przez granicę Polski i UE szmuglowani przez przemytników ludzi. No i na tym „niezależnym dziennikarstwie” arabskiej stacji jest wyraźna rysa. Nie ma w relacji oficjalnego stanowiska Straży Granicznej, są tylko świadkowie „zbrodni” jej funkcjonariuszy i Wojska Polskiego, ale bez podania źródła i dowodów informacji, że istotnie ktoś poniósł śmierć.

Podczas dyskusji mówię niderlandzkiej dziennikarce telewizji Al Jazeera, że nie usłyszałem nigdy jak pyta kogoś z elit politycznych Bliskiego Wschodu o podejrzenia korupcyjne i związki z terrorystami. Nie odpowiedziała na te moje wątpliwości. Co do rzetelności relacji z granicy podkreśliłem, ze korespondentka – delikatnie mówiąc – mija się z prawdą. Zaprzeczyła. Tłumaczyła, że było wiele jej relacji i chyba nie mówimy o tej samej. Po spotkaniu w prywatnej rozmowie też trzyma się tej wersji. Opadły mi ręce…

Wątpliwości, prawda i rzetelność zamiast obiektywizmu

Reasumując na kongresie największej europejskiej korporacji dziennikarskiej do debaty o niezależności mediów podczas wojny zaproszono, między innymi, dwie osoby.

Osoba numer 1: Rosyjski dziennikarz, który podczas inwazji Moskwy na Ukrainę swobodnie porusza się po kraju Putina, wjeżdża i wyjeżdża, kiedy mu się podoba i do tego na w zachodnich mediach nie pisze o polityce, ale o ekonomii…

Osoba numer 2: Holenderka, korespondentka Al Jazeery, która jeszcze przed inwazją relacjonując kryzys uchodźczy, do którego doprowadził kumpel Putina mówi w relacji dla arabskiego koncernu medialnego, że polskie służby wpychają z powrotem na Białoruś „wycieńczonych” uchodźców. Uwaga moja: głównie młodych mężczyzn z Bliskiego Wschodu. Korespondentka nie potrafi do dziś wytłumaczyć, czy były jakieś „ofiary”, czy mówiła o innych „ofiarach” sprzed innej niż polska i UE granicy.

Szlag mnie trafił, bo gadają, gadają, a gdzie w tym wszystkim napadnięty kraj – Ukraina? Siedzi obok mnie. Konkretnie siedzi obok mnie zdenerwowany mój kolega szef IMTUU, Niezależnego Związku Mediów na Ukrainie Serhiy Shturkhetskyy (to oficjalna pisownia jego nazwiska w alfabecie łacińskim). Zgłosił się do głosu wcześniej, ale coś go prowadząca nie dostrzega. Krzyknąłem „Posłuchajcie głosu wolnej Ukrainy”! Mężczyzna z obsługi technicznej podchodzi z mikrofonem do ukraińskiego dziennikarza. Serhij najpierw dziękuje za wsparcie dla jego walczącego z rosyjskimi barbarzyńcami kraju, potem już z przekąsem wspomina, ze chętnie znalazłby się w gronie panelistów, ale nikt go nie zapraszał…

Gra orkiestra, szwagra biją – jak mówią w moich stronach, w Łodzi i okolicach.

No dobra, okłamałem Was, nie było krótko. Ale na pewno na temat. Bo są zgromadzenia, które zupełnie nie trzymają się wyznaczonych tematów i są tematy, które jak ten – powtórzę – mnie wybrały. A mojego kłamstwa o tym, że będzie krótko nie wstydzę się. Niech inni wstydzą się kłamstw o domniemanej niezależności i obiektywizmie podczas relacji z konfliktów, inwazji i wojen.

I z przykrością pisze, że nie ma obiektywizmu dziennikarskiego. Nie tylko podczas wojny. Są tylko, jak w życiu i w każdym zawodzie, rzetelność i uczciwość przekazu.

HUBERT BEKRYCHT: W Hadze o równowadze, czyli dlaczego tytułów się nie rymuje (1)

Nie należy nadużywać pretensjonalnych nagłówków, leadów, forszpanów, krzyczącej czcionki, kiedy nie jest to coś naprawdę ważnego lub bulwersującego. Zastosowałem tę formułę i tylko Odbiorcy mogą ocenić, czy słusznie, bo to, co piszę jest próbą relacji z pierwszych godzin rozpoczętego w czwartek dziennikarskiego kongresu, czyli dorocznego spotkania Europejskiej Federacji Dziennikarskiej w Hadze (Annual Meeting European Federacion of Journalists).

Jestem delegatem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich na to spotkanie, obok mnie siedzi szef IMTUU, Niezależnego Związku Mediów na Ukrainie Serhiy Shturkhetskyy (to oficjalna pisownia jego nazwiska w alfabecie łacińskim). Tak jakoś wyszło, że od kilku dni jesteśmy w kontakcie a od 48 godzin, tu w Holandii, w kontekście dziennikarzy i dziennikarstwa, rozmawiamy o sprawach dalekich od Królestwa Niderlandów. O inwazji rosyjskiej a Ukrainę, o znaczeniu dziennikarstwa podczas tego ciężkiego nie tylko dla kraju Serhiya czasu. Ciężkiego przede wszystkim dla Ukraińców, dla Europy, świata i EFJ.

Porządek a rzeczywistość. Obrad…

Gdyby przejrzeć porządek dzienny kongresu są tam też sprawy bezpieczeństwa na świecie, głównie bezpieczeństwa dziennikarzy. Na początku kongresu uczciliśmy pamięć Koleżanek I Kolegów, którzy polegli, albo zostali zamordowani w pracy, między innymi na Ukrainie.

Wobec planu na ubiegłoroczne spotkanie coraz mniej jest też punktów dotyczących wojny i pomocy Ukrainie. Mniej jest też w planach dyskusji o sprawie najważniejszej, tej, która, poza wojną, sprowadziła nas do Hagi. Chodzi o finanse EFJ, które zdominowane są przez naszą „matkę” IFJ Międzynarodowe Stowarzyszenie Dziennikarzy (International Federation of Journalists).

Polityczna poprawność ponad wojną?

Dużo natomiast, od pierwszych godzin spotkania, poświęca się – nie chciałbym pisać tego określenia, ale napiszę – politycznej poprawności, która nie jest, do cholery w dominującym od konfliktów świecie, sprawą najważniejszą.

Zatem już od rana „rozgorzała” debata i sprawozdania. Politycznie poprawna. Wkurzyłem się, bo, kiedy giną dziennikarze, kiedy są zamykani w więzieniach, co rozpatruje się w pierwszej godzinie kongresu. Otóż, paru sympatycznych kolegów mówi m.in. o molestowaniu dziennikarek w sieci. Zgadzam się, to sprawa ważna, ale czy warta stygmatu patriarchatu i nietolerancji w środowisku dziennikarskim. Przecież to nie jest prawda, wszędzie zdarzają się przekroczenia norm obyczajowych, nawet prawa, ale na Boga, czy ten, nie waham się tego tak nazwać zawodowy feminizm, nie może poczekać do czasu załatwienie najistotniejszych kwestii – bezpieczeństwa członków EFJ na Ukrainie i pomocy dla tego kraju, walce z naruszaniem niezależności mediów i finansom federacji. Zobaczymy.

 

Aha, zapomniałbym,

w towarzystwie bez zmian

Tak jak w ub. roku w Izmirze przy podziale głosów  5 mandatów przyznano „delegacji” z Polski (taki twór jest w statucie, choć w EFJ są zupełnie różne trzy podmioty, w tym SDP). I tu ciekawostka, wg. statutu głosy (mandaty) należą się stowarzyszeniom skupiającym powyżej 600 osób.

Podczas przekazania głosów przedstawiciel Towarzystwa Dziennikarskiego (oficjalnie 110 członków) dosłownie wpłynął w okolice mównicy i chciał odebrać głosy, zapewne w imieniu całej polskiej sceny dziennikarskiej. Administracja EFJ wytłumaczyła mu, że – tylko z powodu tzw. obyczaju kongresowego tak małym organizacjom, jak TD, należy się najwyżej jeden głos. Nie można bowiem zignorować największej polskiej organizacji w EFJ, czyli SDP liczącego ponad 2800! Ostatecznie dostaliśmy 4 mandaty.

Między mną a delegatem TD doszło do ostrej wymiany zdań. Ów człowiek obraził się na SDP, kiedy nie chcieliśmy go wybrać prezesem stowarzyszenia i współzakładał TD i dotąd opowiada  niestworzone rzeczy o naszym gronie, tak jak w Izmirze, gdzie forsował projekt zmanipulowanej uchwały, która, w skrócie, sprowadzała się do tezy, że w Polsce i na Węgrzech szaleje cenzura… A kongres w 2022 r. odbywał się w Turcji.

Zwróciłem mu uwagę, aby nie kompromitował Polski podczas kongresu. Powiedziałem, że w mojej ocenie TD jest silnie upolitycznione, bo związane z PO ( mocne, delikatnie pisząc, powiązania z EPP, frakcją PE, w której jest właśnie PO i PSL). Poradził mi tonem znanym mi z pogróżek pod moim adresem, abym „tak się nie zachowywał”. Wobec tego dodałem jeszcze tylko, że drugi z reprezentantów TD był członkiem partii komunistycznej, a obecnie zasiada w kadłubowej radzie z etyką w nazwie… Teraz TD przygotowało – m.in. pełne komplementów pod adresem znanej z nienawiści do Polski komisarz europejskiej Very Jurowej z EPP – stanowisko w sprawie zagrożeń wolności mediów. To już sytuacja nie tyle śmieszna, co smutna…

 

Łatwe filmy, których nie ma – STEFAN TRUSZCZYŃSKI podsuwa pomysły dziennikarzom

Łatwe filmy, których nie ma, to filmy dokumentalne o naszych wybitnych sportowcach. Jest ogromna ilość materiału zdjęciowego, byłoby to niezwykle entuzjastyczne oglądanie i pożytek patriotyczny. Oczywiście filmy muszą być dobre, jak to się teraz mówi – profesjonalne (np. o Ryszardzie Szurkowskim – Zbigniewa Rytela). A nie ma! Why! Do stu tysięcy beczek kartaczy!

Zanikła umiejętność robienia filmowego dokumentu? Na pewno nie jest doceniony. Aeropagi krytyków, zatwierdzaczy, kolaudantów! Zamykają się szczelnie w tajnych gabinetach i radzą. Wyobrażam sobie, że siedzą tam wyfraczeni podobnie jak uczestnicy pomeczowych dyskusji w TV. Rzecz o sporcie – czymś z założenia pogodnym i luzackim. A tu widzę karawaniarzy w smokingach klepiących na ogół komunały, które mogłaby wygłosić babcia pogardliwie zwana mocherówką. Bo piłkę nożną oglądamy często, a wiedza techniczna o niej nie jest zbyt skomplikowana. To samo robią, w czasie meczów wbici w garnitury, trenerzy i działacze. Powinni jeszcze przypinać sobie medale, a na pewno tych blaszek mają dużo.

Nie chodzi tylko o medalistów i mistrzów –  choć o nich przede wszystkim. Ale tych nieszczęśników sportu, którzy zeszli z aren połamani (dosłownie lub psychicznie) i klepią biedę, jak wzgardzona i zapomniana Agata Wróbel. Ta dzielna kobieta, medalistka, której (i nam) grano hymn narodowy, uprawiająca morderczą dziedzinę sportu, dla „zasłużonych” – wyfraczonych była, skończyła karierę i już nie dawała im właśnie profitów.

Powinien powstać mądry film o zakopiańczyku Wojciechu Fortunie, o wysokich lotach tego odważnego chłopaka, ale i o upadkach młodego człowieka pozostawionego samotnie wśród pijackich pochlebców. Te 111 metrów i cudowne sprawozdanie Bohdana Tomaszewskiego wysłuchałem bladym świtem w hoteliku w Chojnicach w czasie reporterskiej rajzy. Byliśmy wtedy w trójkę – Basia Pietkiewicz i Michał Jaranowski. I była wielka radość o poranku. A potem usłyszeliśmy, po kilku latach, że mistrz bije żonę. Szok. Ale jako, że tylko prawda jest ciekawa – filmy o Wielkich powinny pokazywać także ich upadki.

Czy Wanda Rutkiewicz, Andrzej Zawada doczekają się pełnokrwistych filmów dokumentalnych – takich, jakimi Oni byli. A Kukuczka z całą prawdą o jego śmierci. Właściwie całe pokolenie, w każdym razie ogromna część najwspanialszych wspinaczy polskich zginęła w górach. Kto mógłby sprostać filmowemu wyzwaniu. Powstała średnio-dobra, okrojona fabuła o Marusarzu, dlaczego nie ma filmu o kpt. Baranowskim, o mistrzu fechtunku i architekcie Zabłockim, o Chychle, Kuleju, Pietrzykowskim.

Pamiętam wielu szefów od sportu i po prostu świetnych dziennikarzy sportowych – Macieja Biegę, Tomasza Hopfera, Bohdana Tomaszewskiego, Jacka Żemantowskiego. Już ich nie ma. A dlaczego nie wyrośli nowi? Czy ktoś zazdrośnie blokował kariery? Oczywiście pojawiają się odważne, ciekawe teksty sportowe. Ale media elektroniczne to bryndza. Owszem, transmisje. Tego mamy pod dostatkiem. Ale „dysk olimpijski” już nie wiruje. To za trudne dla smsiarzy i mejlowców. W teleturniejach telewizyjnych zawodnicy rzeczywiście imponują wiedzą. Tyle, że nie o literaturze.

Klepacze klepią prześcigając się w tempie narracji i przerywaniu gościom wypowiedzi. Gdzie tak gonicie? Niech będzie spoko, ale szeroko i głębiej. Czy trzeba kochać sport, żeby go dobrze dziennikarsko eksploatować? Myślę, że wystarczy lubić. Natomiast zupełnie niezbędne są umiejętności. Osobnik utalentowany po prostu ma w sobie magnez, który przyciąga. Pracuś może być doceniony, ale pokochany nie będzie.

Dlatego trzeba szukać talentów, ale nie przez układy polityczne i nepotyzm. Szukać muszą mądrzy i doświadczeni. A jest w czym wybierać. W małych redakcjach te połowy się udają. Dlaczego nieskuteczne jest to w redakcjach największych?

 

CEZARY KRYSZTOPA: Europa powinna się odjednoczyć

Olafa Scholza znowu poniosło. Tym razem podczas wystąpienia w Parlamencie Europejskim w ramach debat o „Przyszłości Europy” zaproponował de facto, jak to celnie ujął jeden z internautów, budowę Europy Federalnej Niemiec.

Bo do tego de facto sprowadziłoby się zniesienie prawa weta w Radzie UE. Mniejsze kraje zostałyby w praktyce pozbawione prawa głosu, a oficjalny już dyrektoriat przejęłyby Niemcy i Francja. To co jest pocieszające, to to, że wystąpienie Scholza nie spotkało się z aplauzem. Choć bardzo się starał, grzmiąc na temat podniesienia skuteczności „walki o praworządność”, wpisać w parlamentarny mainstream, to bronili go w zasadzie tylko europosłowie z Niemiec i nawet nie wszyscy, bo tylko z frakcji socjalistów – jesteśmy krajem widmo, śmieją się z nas – mówił do Scholza jeden z niemieckich europosłów.

Europę toczy rak

Nie zmienia to faktu, że za ostateczne zmiażdżenie państw narodowych (no nie Niemiec przecież) wzięły się grubsze cwaniaki. W tzw. „Grupie Przyjaciół”, która ma wspierać likwidację zasady jednomyślności w Radzie UE, oprócz Niemiec i Francji są niestety również takie państwa jak Włochy i Finlandia, gdzie ostatnio wybory wygrała centroprawicowa koalicja. I choć trudno nie odnieść tu wrażenia atmosfery balu na Titanicu, to jednak z całą pewnością zdążą nas nie raz jeszcze skrzywdzić. A nawet, biorąc pod uwagę wszystkie baty, które sami włożyliśmy im do rąk, począwszy od „mechanizmu warunkowości”, a skończywszy na KPO i „kamieniach milowych”, może i zatłuc.

A jednak Unię Europejską toczy rak. Największy i jednocześnie jedyny w swoim rodzaju, jawny plan wepchnięcia w ubóstwo obywateli przez rządzących – Fit for 55, jest tutaj tylko jednym z aspektów. Likwidacja demokracji, za pośrednictwem przenoszenia prerogatyw z posiadających demokratyczną legitymację państw narodowych na nieposiadające demokratycznej legitymacji instytucje brukselskiej oligarchii, jawne zaprzęganie struktur UE do realizacji interesów niemieckich, czy strukturalna korupcja na różnych poziomach, nie budują zaufania. Wszystko to sprawia, że Europa jest coraz mniej istotnym punktem na mapach gospodarczych i geopolitycznych. To nie ma prawa działać.

Co robić?

I być może prędzej czy później, w sposób mniej czy bardziej spektakularny, odwali kitę. I być może trochę Was tu zaskoczę, ale byłoby żal. Ponieważ pewien stopień integracji europejskiej ma swoje zalety. Niby tylu to powtarza, ale kto przedstawia jakąkolwiek alternatywę wobec budowy Europy Federalnej Niemiec? Samo marudzenie, a tym bardziej owijanie się w kraju biało-czerwonymi flagami, żeby grzecznie podpisywać cyrografy w Brukseli, nie wystarczy. Ja tutaj oczywiście, choćby ze względu na ograniczoną przestrzeń, którą i tak dzięki dobremu sercu redakcji portalu SDP, regularnie przekraczam, nie przedstawię kompleksowej alternatywy. Zresztą, kompleksową alternatywą powinni się zająć eksperci.

Myślę jednak, że wolno mi się pokusić o opinię, że żeby zjednoczona Europa mogła w dostatku i spokoju przetrwać, musi być mniej zjednoczona. Bezwzględnie musi wykonać kilka kroków do tyłu. Musi wrócić do koncepcji przestrzeni gospodarczej, komplementarnej wobec potencjałów suwerennych państw narodowych i zrezygnować z ambicji bycia nowym więzieniem narodów.

Z osiągnięć integracji zachowałbym wolności przepływu ludzi, towarów, usług i kapitału. To w zupełności wystarczy żeby państwa narodowe mogły czerpać zyski ze współpracy gospodarczej. Instytucje, które zostały dotknięte gangreną Europy Federalnej Niemiec, takie jak Komisja Europejska, Parlament Europejski i Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, są do likwidacji. W ich miejsce trzeba by powołać nowe instytucje, sekretariaty koordynujące wspólne polityki i ew. trybunał rozstrzygający spory. To wszystko. Reszta tego zbędnego Bizancjum, do wora.

Tylko taki powrót do korzeni, również tych korzeni, które widzieli Ojcowie Założyciele zjednoczonej Europy, jest szansą na jej przetrwanie. W innym wypadku ten Miś sobie zgnije na świeżym powietrzu i będziemy mogli co najwyżej za jakiś czas podpisać protokół zniszczenia.

Na koniec pytanie: Czy ktoś to usłyszy? Nie.

Przemyk i inni – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o ofiarach „nieznanych sprawców”

Maj to miesiąc Grzegorza Przemyka. 17 maja 1964 r. urodził się w Warszawie. 12 maja 1983 r. po zdaniu matury został zatrzymany na Placu Zamkowym, oraz pobity na komisariacie MO przy ul. Jezuickiej 1/3. 14 maja, trzy dni przed swoimi 19 urodzinami, zmarł. 27 maja 2008 r. na cztery lata więzienia za „niebudzące wątpliwości” śmiertelne pobicie Przemyka został skazany jeden z milicjantów – Ireneusz Kościuk, którego wina ostatecznie się przedawniła. Tak jak decydentów zbrodni.

W maju 2008 r. wyrok na Kościuka skomentował Leopold Przemyk, ojciec Grzegorza: „Skazano miecz, ale nie rękę”.

Przemyk miał na myśli Władysława Ciastonia i Zenona Płatka. Zenon Płatek – generał brygady MO – zmarł w 2009 r. przez nikogo nie skazany. Władysław Ciastoń – szef Służby Bezpieczeństwa, generał dywizji MO – w 2021 r. W wyniku działalności jego służb wielu ludzi zostało aresztowanych, złamanych, zamordowanych bądź zmuszonych do samobójstwa. Znakiem rozpoznawczym SB czasów rządów Ciastonia i nadzoru nad nim Kiszczaka była działalność tzw. nieznanych sprawców. Mają na koncie nie tylko śmierć Grzegorza Przemyka, ale wielu innych, również młodych Polaków.

Już w 1982 r. „nieznani sprawcy” Ciastonia dokonali morderstwa na warszawskim licealiście, który zeznał przed sądem o metodach stosowanych wobec niego w śledztwie prowadzonym przez SB. Wkrótce po zeznaniach 18-letni Emil Barchański – bo o nim mowa – został znaleziony w Wiśle.

Później była cała seria podobnie „przypadkowych” śmierci działaczy opozycji: Jacek Jerz (KPN Radom), Ryszard Kowalski (szef Solidarności w Hucie Katowice), Bogusław Podborączyński (Solidarność Nysa), o. Honoriusz Kowalski (duszpasterz akademicki z Poznania), Tadeusz Frąś (Solidarność Małopolska), Zbigniew Tokarczyk (KPN Stalowa Wola), Lesław Martin (Solidarność Wrocław) czy Zbigniew Szkarłat (Solidarność Nowy Sącz).

W większości przypadków były to tajemnicze pobicia ze skutkiem śmiertelnym bądź utopienia, choć w niektórych przypadkach do rzek wrzucano już nieprzytomne bądź nieżyjące osoby.

Jednym z najgłośniejszych morderstw było to dokonane w lutym 1984 r. na Piotrze Bartoszcze (bracie późniejszego kandydata na prezydenta), znanym w tamtym czasie działaczu Solidarności rolniczej. Bartoszcze znaleziono utopionego, ale jego ciało nosiło ślady tortur.

W wyniku nacisków podwładnych Ciastonia wielu działaczy opozycji popełniło samobójstwo (Jerzy Zieleński z Tygodnika Mazowsze bądź Kazimierz Majewski z jeleniogórskiej Solidarności, po nakłonieniu go do współpracy z SB). Bywało jednak, że w samobójstwach SB bezpośrednio pomagała. Jerzy Samsonowicz z gdańskiej Solidarności został znaleziony powieszony na ogrodzeniu stadionu RKS Stoczniowiec. Zbigniew Simoniuk z białostockiej Solidarności oficjalnie powiesił się w celi, zaś Zbigniew Wołoszyn, naukowiec Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej zajmujący się skutkami awarii elektrowni w Czernobylu oficjalnie „wyskoczył z 10 piętra budynku”.

Ekipę Jaruzelskiego i Kiszczaka zaczynała jednak irytować, ich zdaniem nieporadność SB w traktowaniu opozycji, a także liczne wpadki i zostawianie śladów, nie tylko w przypadku najgłośniejszej zbrodni, na ks. Jerzym Popiełuszce.
Ciastonia odwołano więc z funkcji szefa SB (1986), a wkrótce także z funkcji wiceministra MSW (1987) i „zesłano” na funkcję chargé d’affaires, a później ambasadora PRL w Tiranie, którym był także po 1989 r.

Tym samym nigdy nie udało się go skazać. Unikał procesów w swojej sprawie, a kiedy miał zeznawać w sprawie odpowiedzialności innych, zawsze bronił czerwonych kumpli, czy to Kiszczaka, czy milicjantów bądź ZOMO-wców.

 

Samosie – STEFAN TRUSZCZYŃSKI o walce Polski powiatowej z rządową

U nas jest usankcjonowana prawnie dwuwładza: rządowa i samorządowa. To zły pomysł. To nie jest dobre rozwiązanie dla Polski. Głupi lokalni puszą się i działają przeciw centralnym. Paranoja.

Od chcieć do móc – nie zawsze jest blisko. Np. chciałbym a boję się – zdarza się często.

U nas władza samorządowa bardzo się nadęła. Dochodzi do tego „będąc i rządząc u siebie” zapomina, że jest jeszcze rząd i prezydent.

Nie bo nie! – mówi dobrze odżywiony elblążanin. Port mój i basta. Zarządzam referendum. Chodzi o kontynuację przekopowej inwestycji na Zalewie Wiślanym. O drugi etap, czyli od wód Zalewu rzeką do portu, który nim pełną gębą dopiero będzie właśnie gdy zakończona zostanie część elbląska, a potem wykopany zostanie odpowiednio głęboki tor wodny na samym Zalewie. Na część portowo-elbląską potrzeba 100 mln i te pieniądze wtyka samorządowcom warszawska władza. A oni nie chcą tych pieniędzy, bo uważają, że przestaną być dysponentami portu.

Był taki król, z trochę krzywą gębą, który podzielił Polskę między synów. Teraz oglądamy inne gęby, pękate raczej i zawzięte. Ich dysponenci partyjni z centrali walczyli przeciw uniezależnieniu od ruskich. Mówili: „Rosjanie muszą przepuszczać nasze statki na Bałtyk przez ich ujście zalewowe, bo tak nakazuje międzynarodowe prawo żeglugi.” PiSowi udało się przedrzeć przez wydmy zalewowe. Jest wolna droga. Uniezależniliśmy się. „Gazeta Wyborcza” wysyła głuchego na fakty reportera, a ten pyta zalewowych ludzi jak się zmieniło ich życie po wykopaniu drogi przez mierzeje. Facet jest nie tylko głuchy na logiczne racje, ale i ślepy. Nie chce dostrzec wielkości i jakości tego dokonania. Udaje, że nie wie: toż to dopiero jedna trzecia inwestycji, która zadziała, gdy będzie ukończona.

Na złość mamie odmrożę sobie uszy – to w miarę elegancko. Można dosadnie – na złość… zrobię w gacie. Bardzo proszę samorządowa władzo. Działaj wbrew własnemu państwu, a i wbrew własnym interesom.

Bo u nas jest usankcjonowana prawnie dwuwładza: rządowa i samorządowa. To zły pomysł. To nie jest dobre rozwiązanie dla Polski. Głupi lokalni puszą się i działają przeciw centralnym. Paranoja.

Przykład elbląski niestety nie jest jedyny. W historycznym powiecie ciechanowskim, w jego centrum działał przez wiele lat znakomicie prowadzony przez Panią dyrektor Teresę Kaczorowską powiatowy dom kultury. Ale – na szczęście bywsza już starościna Pani Joanna Potocka-Rak nie lubiąca zespołów muzycznych z repertuarem o żołnierzach wyklętych, nie lubiąca red. Płużańskiego, który wiedzę o nich upowszechnia, zabroniła koncertu o takiej treści i spotkania z redaktorem. Mało. Potem jeszcze zwolniła z dnia na dzień Panią dr Kaczorowską, która ten zapyziały, zadłużony obiekt kultury podniosła z ruin. Nic to, że ówczesny wojewoda Konstanty Radziwiłł protestował i anulował decyzję Potockiej. Nic to, wszystkie sądy (administracyjne i powszechne – odbyło się 6 rozpraw) poparły dyrektorkę – sprawa trwała dwa lata. A w międzyczasie powiatowe centrum kultury zaczęło już – przy zmieniającym się teraz kierownictwie – psuć po staremu. W końcu miejscowi radni się zdenerwowali i Potocką-Rak wywalili. Dojrzał problem niewłaściwej decyzji kadrowej także marszałek województwa. Może krzywdy i straty zostaną naprawione. Może. Ale czy zmieni się chore myślenie – by rządzić samorządowo uparcie i głupio, wbrew władzy centralnej, bo ta z innej partii pochodzi. Podobnie dzieje się w Gdańsku, Poznaniu, a szczególnie w mniejszych jednostkach administracyjnych. Panaceum, do pewnego stopnia mogliby być dziennikarze. Gdyby dziennikarzami byli. Ale oni też są podzieleni. Gdy Obajtek wyrwał z niemieckich rąk Polska Press podziały się nasiliły. W pomorskim obok „Dziennika Bałtyckiego” powstała druga gazeta – za pieniądze miejscowego marszałka. Niestety podziały i wędrówki żurnalistów nie poprawiły jakości prasy. Nie dość, że czytelników zabiera internet to jeszcze obajtkowemu koncernowi nie udaje się pozyskać właściwych ludzi. Stąd beznadziejnie niskie nakłady i służalczość polityczna.

Współczuć można dziennikarzom lokalnej prasy. Gdzie pójdą jeśli narażą się dysponentom. W Warszawie, Krakowie, Wrocławiu jeszcze – choć z trudem – może coś sobie znajdą. Ale gdy narażą się prowincjonalnym bonzom, oligarchom i wszelkiej maści urzędnikom – to najlepiej zmienić zawód, bo długo tłuc głową w mur się nie da.

Samorządzić się to wielka odpowiedzialność. „Samosie” tym się nie przejmują. A niby dlaczego „wybrańcy” mieliby. Oto ich kolega prowadzi samochód z 2,5 promilami alkoholu we krwi. Łapią, ośmieszony zostaje publicznie, ale nadal jest płockim starostą i siedzi sobie na staroskim fotel zamiast w miejscowym pierdlu.

Żal mi dziennikarzy lokalnych. Ale wielu z nich to po prostu tchórze. Uprawiają piękny zawód, ale i taki w którym z założenia się obrywa. Nie można walczyć ze złodziejstwem, korupcją i głupotą siedząc wyłącznie przy laptopie. Trzeba pójść do ludzi – powiedzą prawdę.

Dom się pali, a strażak idzie w ogień. Policjant goni bandytę, choć wie, że tamten ma pistolet i umie strzelać. Do zawodu reportera nie każdy się nadaje. Trzeba mieć pasję dziennikarską i cieszyć z dobrze wykonanej roboty. Ludzie doskonale rozróżniają dziennikarzy – jednych lubią z innych się śmieją. To zawód nie tylko dla odważnych, ale i upartych.

Polska celebrycko-urzędnicza to tylko rąbek postawu (czerwonego – za Sienkiewiczem powtarzając) 312 tysięcznego sukna, po którym biegają ludzie czasem bezładnie. Polska nie jest elbląska, ciechanowska czy płocka. Jest jedna. Rzeczpospolita, która wybrała sobie władzę i powinna tej władzy słuchać. Do wyborów oczywiście. Pycha i buta krasnoludów, którzy psują nasz wspólny dom powinna być wskazana, piętnowana m.in. przez dziennikarzy. Gdy będą to robić ujmie się za nimi w trudnych chwilach mądry obywatel. I tak to powinno się kręcić.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosyjskie miasta boją się świętować 9 maja

Rosja zawsze była dumna z Dnia Zwycięstwa, który był okazją do gloryfikacji władz i hucznie obchodzony 9 maja licznymi defiladami, paradami i wiecami. W tym roku jednak wiele miast zrezygnowało z takiego świętowania.    

Według rosyjskich mediów, parady 9 maja 2023 roku zostały już odwołane w co najmniej 21 miastach Rosji. I to nie tylko w tych, które są blisko Krymu i teoretycznie mogłyby zostać trafione rakietami lub dronami z Ukrainy. Kaługa, Ryazan, Orel, Saratów, Lipieck, Jelec, a nawet Tiumeń odmówiły organizacji parad „ze względów bezpieczeństwa”. Odwołanie parad w Pskowie i Wielkim Łuku uzasadniono troską o żołnierzy rosyjskich walczących z Ukrainą. Według szefa regionu Michajła Wiedernikowa oni „zupełnie inaczej postrzegają odgłosy fajerwerków”.

Rosyjskie regiony graniczące z Ukrainą – kurski, bilhorodski i briański – jako pierwsze odwołały parady, ponieważ, jak mówią, regularnie są pod ostrzałem. Władze regionu twierdzą, że ataki przeprowadzane są od strony ukraińskiej. Kijów nie komentuje tych doniesień.

Odwołanie parad zwycięstwa w obwodzie kurskim i biełgorodskim zostało wyjaśnione w następujący sposób – „biorąc pod uwagę trudną obecną sytuację i nie prowokując wroga dużą liczbą sprzętu i personelu wojskowego” – powiedział gubernator obwodu biełgorodzkiego.

Odwołanie defilady 9 maja zapowiedział też mianowany przez Kreml szef Krymu Serhij Aksjonow. Tłumaczył tę decyzję względami bezpieczeństwa. Później także rosyjski szef Sewastopola Mychajło Razwożajew zapowiedział odwołanie parady wojskowej w tym mieście.

Ponadto rosyjska administracja Sewastopola zaapelowała do mieszkańców miasta, aby 9 maja nie odpalali pocisków i rakiet z folią, ponieważ mogłoby to skomplikować pracę obrony przeciwlotniczej.

W Briańsku, Krasnodarze i Soczi władze nie wyjaśniły odwołania parad – po prostu przekazały mieszkańcom informację, że w 2023 roku ich nie będzie.

W Saratowie w Rosji, zamiast parady 9 maja odbędą się koncerty pod oknami weteranów, zapowiedział gubernator regionu Roman Busargin. „Miła niespodzianka pomoże zachować ich zdrowie i sprawi, że będą szczęśliwi w tym szczególnym dniu” – stwierdził.

Świątecznych fajerwerków nie będzie w całym tym regionie. Busargin powiedział, że zaoszczędzone w ten sposób pieniądze lepiej wydać na wsparcie rosyjskich żołnierzy walczących na Ukrainie.

Poinformowano również, że w całej Rosji nie będzie tradycyjnych przemarszów „Nieśmiertelnego Pułku”. Zgodnie ze zwyczajem jest to procesja, w której każdy może stanąć w szeregu i przejść z portretem krewnego, który zginął na wojnie. Rosyjskie władze zawsze były bardzo dumne z tego wydarzenia. Ale w tym roku zostało ono odwołane. I to nie tylko ze względów bezpieczeństwa. Obawiano się, że w wielu regionach uczestnicy takiego pochodu nie będą nieść portretów bliskich poległych w czasie II wojny światowej, tylko fotografie tych, którzy zginęli ostatnio na Ukrainie i stanie się to demonstracją pokazującą ogromne straty armii rosyjskiej w tej wojnie. Przypomnijmy, że według Sztabu Generalnego Ukrainy armia rosyjska straciła na Ukrainie ponad 180 tys. żołnierzy. A rosyjskie władze nie chcą pokazywać swojemu społeczeństwu takich strat…

 

O różnych stronach członkostwa Polski w UE pisze CEZARY KRYSZTOPA: Euroekstaza

W rocznicę przystąpienia Polski do Unii Europejskiej przeprowadziłem na Twitterze sondę, która wywołała furię, choć przecież zawierała wyłącznie pytania. Otóż zapytałem Twitterowiczów, czy po 19 latach członkostwa UE jest dla nich „spełnieniem marzeń” czy „gorzkim rozczarowaniem”?

Co to się nie działo, wysyłano mnie do Moskwy, wyzywano od debili, głupków i tak dalej. Samo zadanie pytania, z jedną tylko opcją UE niemiłą, spowodowało reakcję jakbym uraził czyjeś uczucia religijne.

Opcja

Nie będę udawał, że sonda nie miała aspektu prowokacyjnego, miała. Dość mam z jednej strony wysyłania mnie do Moskwy, bo ośmieliłem się zadać pytanie na temat dziewictwa „przenajświętszej panienki Brukseli”, a z drugiej uciszania mnie, „bo Polacy w 92% popierają przynależność do UE”. Przynależność organizacji międzynarodowej, jaką jest Unia Europejska nie jest aksjomatem ani doktryną wiary, tylko opcją, która trzeba rozważać wciąż na nowo, licząc w czasie rzeczywistym, na ile nam się opłaca. I biorąc pod uwagę to, że w ostatnich latach robi ona wiele, żeby nam się nie opłacało.

Co jednak w tym wszystkim najciekawsze, to wyniki mojej sondy. To oczywiście nie jest żaden sondaż, wyłącznie przeprowadzona w mojej „bańce” twitterowa sonda, w której wzięło udział prawie 2000 osób. I w tej mojej sondzie, 89,6% głosujących uznało, że UE jest dla nich gorzkim rozczarowaniem, a tylko 10,4%, że spełnieniem marzeń. Ze wszystkimi wadami twitterowej sondy, to jednak zaskakujący wynik, w porównaniu z wynikami oficjalnych sondaży, według których „Polacy w 92% popierają przynależność do UE”. Nieprawdaż?

Eurorealizm

Słyszeliśmy w ostatnich latach często, że musimy się na wszystko zgadzać, bo „Polacy w 92% popierają przynależność do UE”. Jeśli to prawda i w dodatku blokuje podejmowanie realnych działań przez rządzących, to może coś trzeba z tym zrobić? Jeśli rzeczywiście 92% Polaków wykazuje się bezmyślnym euroentuzjazmem, pomimo obłędu jaki ogarnął Brukselę i pomimo wojny jaką wypowiedziała Warszawie, powinno się go urealnić, tak żeby pozwolił w znacznie większym stopniu ważyć za i przeciw, występować na arenie europejskiej asertywnie, tak jak kiedyś robiła to Hiszpania zanim wywalczyła sobie właściwą pozycję?

Tak jak to zrobili profesorowie Krysiak i Grosse, którzy wyliczyli na ile opłacało nam się przystąpienie do UE i wyszło im, że razem z przepływami finansowymi jesteśmy za lata 2004-2020 – 535 mld złotych do tyłu. Tak jak Bronisław Wildstein, który nie boi się na antenie TV stawiać pytań o przynależność do UE.

Może czas zacząć to robić zamiast jednego dnia płakać w poduszkę, że „UE zła”, a drugiego klepać formułki o tym jak „nam dobrze w europejskiej rodzinie”?

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Kat Trójmiasta” na Powązkach

3 maja 1933 r. w Warszawie urodził się Stanisław Kociołek, „kat Trójmiasta”. Po śmierci w 2015 r. został pochowany na Powązkach Wojskowych w Warszawie, w kolumbarium tuż przy Alei Zasłużonych. Taka osoba nigdy nie powinna spocząć na tym szczególnym polskim cmentarzu – nekropolii chwały polskiego oręża.

Przypomnijmy, kim jest Stanisław Kociołek i dlaczego stołeczne Powązki Wojskowe nie są dla niego odpowiednim miejscem. To osoba odpowiedzialna za masakrę robotników na Wybrzeżu w 1970 r., wysoki funkcjonariusz komunistyczny, który zatwierdził strzelanie do ludzi. Dla historyków to nie ulega wątpliwości. Niestety, dla wymiaru sprawiedliwości pozostał niewinny, ale to już kwestia kondycji wymiaru sprawiedliwości – prokuratorów i sędziów.
Nawet w kulturze masowej Kociołek traktowany jest jednoznacznie. Tekst piosenki „Ballada o Janku Wiśniewskim” (18-etnim Zbyszku Godlewskim zastrzelonym 17 grudnia 1970 r. w Gdyni) autorstwa Krzysztofa Dowgiałło mówi o nim jako o „krwawym Kociołku”, „kacie Trójmiasta”. W gruncie rzeczy, gdyby rodzina czy jego czerwoni towarzysze mieli taki pomysł, to mogliby sądownie zakazać wykonywania tej piosenki uznając, że ten człowiek jest niewinny i jej śpiewanie jest skandalem. Doprowadzam sprawę do absurdu, ale w świetle prawa byłoby to zapewne możliwe, ponieważ prawomocnie Kociołek nie został skazany. Przeciwnie, prawomocnie został uznany za niewinnego, co też było hańbą wymiaru sprawiedliwości III RP.

Kociołek piastował wysokie funkcje partyjne. Był I sekretarzem warszawskiego PZPR-u, I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku. W końcu wicepremierem, później ambasadorem w różnych krajach – mniej lub bardziej egzotycznych. Najważniejszą chyba funkcję ambasadorską pełnił w Związku Sowieckim

Dlaczego Kociołek zatwierdził strzelanie do robotników w grudniu 1970 r.? Chyba najkrócej określić to można tak: reprezentował w PZPR „frakcję betonową”, która dążyła do krwawej rozprawy z „Solidarnością”.

Byliśmy, jako Fundacja „Łączka”, na pogrzebie Kociołka 7 października 2015 r. Przeszliśmy od domu pogrzebowego do kolumbarium w cichym marszu, trzymając zdjęcia ofiar grudnia 1970 r. Aż do rozpoczęcia pogrzebu mieliśmy jednak nadzieję, że „kat Trójmiasta” nie spocznie na Powązkach Wojskowych, tylko na cmentarzu komunalnym. Że nasze i innych apele przyniosą rezultat. Jednak zaledwie miesiąc wcześniej na tym samym cmentarzu protestowaliśmy przeciwko pochówkowi Jana Ptasińskiego – wiceministra bezpieczeństwa publicznego jeszcze w czasach stalinowskich. W obu przypadkach – wobec bezradności decydentów – pokazaliśmy, że pamiętamy o zbrodniach komunizmu i konkretnych osobach za to odpowiedzialnych. Co nam pozostało, skoro Kociołek, Ptasiński i wielu innych komunistycznych oprawców do dziś spoczywa na Powązkach

Rosjanie nie będą mieli czym jeździć – WOŁODYMYR SYDERONKO o tym, że sankcje działają powoli, ale skutecznie

Moskiewska gazeta „Izwiestia” napisała, że ​​​​sprzedaż nowych zagranicznych samochodów segmentu masowego w Rosji praktycznie się skończyła. Dealerzy ostrzegają, że w sprzedaży dostępnych jest zaledwie kilkadziesiąt sztuk aut. Rosjanie będą więc mieli wybór między samochodami chińskimi a krajowymi.

W Rosji brakuje już ponad miliona samochodów, a import równoległy (tak Rosja nazywa przemyt towarów na terytoria objęte sankcjami) nie nadąża za popytem. Dealerzy samochodowi twierdzą, że obecnie dostępnych jest tylko około 300 aut w całym kraju. Tymczasem, w przedwojennym roku 2021 jednego dnia w Rosji sprzedawano co najmniej 200 samochodów segmentu masowego.

„Niektóre marki, takie jak renault, w ogóle nie są już dostępne” – zauważa stowarzyszenie „Rosyjscy Dealerzy Samochodów”. Całkowicie wyprzedane zostały ople i hyundaie . Zostało już tylko kilka sztuk skody rapid, volkswagena polo, citroen c4 i kia rio. Ponadto import kanałami przemytniczymi popularnych i niedrogich aut stał się nieopłacalny. Skomplikowana logistyka znacznie zwiększa ich ostateczny koszt.

W związku z niedoborem samochodów ich ceny zaczęły gwałtownie rosnąć, co zmniejsza szanse na zakup nawet przez osoby średniozamożne. Ceny aut wzrosły nawet dwukrotnie. Za podstawowy model kia rio żąda się obecnie 1,5 miliona rubli, podczas gdy w 2021 roku jego cena mieściła się w granicach 900 000. Hyundai solaris wyceniany jest na 2,5 miliona rubli, popularne volkswageny i skody na 1,7-1,8 miliona rubli, chociaż wcześniej ich ceny nie przekraczała miliona rubli.

Eksperci rynkowi twierdzą, że wszystko zmierza do tego, że w niedalekiej przyszłości rosyjski konsument będzie miał wybór między samochodami chińskimi lub krajowymi. Omawiając problem w internecie, Rosjanie zwracają uwagę, że w Chinach wyprodukowano już ponad 5 mln samochodów niskiej jakości, które nie będą mogły być dopuszczone na lokalny rynek, bo ich klasa jest niższa niż Euro7. Tak więc, przy braku samochodów w Rosji, to właśnie te auta niskiej jakości zaleją rosyjskie drogi. I to już niedługo, mówią specjaliści.

Wprowadzenie sankcji wobec Rosji utrudnia obecnie nie tylko import zagranicznych samochodów do Rosji, ale wręcz spowolniło produkcję własnych. Dziennikarze internetowej publikacji Autonews dokładnie przestudiowali moskiewski rynek samochodowy. Rezultat? Brakuje samochodów łada, a ich ceny są horrendalne, znacząco odbiegające od tych opublikowanych na stronie producenta.

Do tej pory najtańszym samochodem była łada granta. Według ceny Tolyatti Automobile Plant model z manualną skrzynią biegów, klimatyzacją i dwiema poduszkami powietrznymi kosztuje 678 000 rubli. Problem polega jednak na tym, że w moskiewskich salonach samochodowych nie można kupić tego modelu w najprostszej konfiguracji. Dealerzy oferują wersję classic, a cena takiego auta wzrasta do prawie miliona rubli. Łada granta w wersji comfort jest sprzedawana w moskiewskich salonach za 850 – 900 tysięcy rubli. Ładę niva travel można kupić od dealerów za 1,09 miliona rubli.

Z drugiej strony, jak się okazało, kraje G7, czyli USA, Wielka Brytania, Kanada, Japonia, Niemcy, Francja i Włochy, na ostatnim szczycie dyskutowały nad wprowadzeniem całkowitego zakazu eksportu jakichkolwiek towarów europejskich do Rosja. Ostateczna decyzja jeszcze nie zapadła, ale stanowi to duże zagrożenie dla kraju agresora.

Planowana jest zmiana zasad dotyczących sankcji wobec Rosji. Na razie obowiązują takie, że ​​można eksportować wszystko oprócz tego, co jest zabronione. Obecnie dyskutuje się o diametralnej zmianie tej reguły: eksportować będzie można tylko to, co zostanie dozwolone. Ma to na celu uproszczenie procedury monitorowania przestrzegania sankcji – tłumaczą ekonomiści.

Faktem jest, że w ciągu roku Rosja stworzyła całą infrastrukturę do obchodzenia sankcji. Podaje się informacje, że ograniczenia zostały wprowadzone, ale w rzeczywistości są one obchodzone i wiele sankcjonowanych produktów trafia do Rosji okrężną drogą, w rzeczywistości kontrabandą.

Ekonomiści zauważają, że wprowadzenie całkowitego zakazu eksportu towarów do Rosji jeszcze bardziej uderzy w kraj agresora. Ponadto będzie wywierać presję na kraje na razie zaprzyjaźnione z Rosją, takie jak Chiny i Indie. Dla tych państw ważne są relacje z Zachodem, dlatego pod groźbą wprowadzenia wobec nich wtórnych sankcji mogą one również odmówić dostaw niektórych towarów do Rosji.

Jednak decyzja o całkowitym zakazie eksportu do Rosji nie została jeszcze podjęta i Moskwa liczy, że może do niej nie dojść. Chociaż prawdopodobieństwo przyjęcia tego jest dość wysokie ze względu na fakt, że Rosja pomimo sankcji kontynuuje, a nawet rozszerza agresywną wojnę z Ukrainą. Europa może przyjąć pełne sankcje nawet wbrew własnym interesom, ponieważ wojna Rosji szkodzi całemu światu i prowadzi do znacznych strat w prawie wszystkich krajach.