W pobliżu Wieży Eiffla w Paryżu znaleziono pięć trumien. Owinięto je we francuskie flagi, a w pobliżu umieszczono plakat z napisem „Francuscy żołnierze, którzy zginęli na Ukrainie”. Jak podała gazeta „Le Parisien”, policja zatrzymała w tej sprawie trzy osoby.
„1 czerwca o godzinie 9:00 trzy osoby umieściły w pobliżu Wieży Eiffla pięć trumien o standardowych wymiarach, przykrytych francuskimi flagami i plakat upamiętniający ‘francuskich żołnierzy poległych na Ukrainie’” – podała gazeta, powołując się na źródło w policji
Dzięki szybkiej reakcji organów ścigania 38-letni kierowca furgonetki przewożącej trumny został zatrzymany. Zatrzymano także dwóch mężczyzn w wieku 25 i 17 lat, którzy prawdopodobnie planowali wsiąść do autobusu do Berlina. Jak wynika z publikacji, trzej zatrzymani okazali się obywatelami Bułgarii, Ukrainy i Niemiec. Badania wykazały, że wszystkie pięć trumien było wypchanych workami gipsowymi. Zatrzymani przebywają w areszcie, wszczęto śledztwo w sprawie popełnienia umyślnego przestępstwa – poinformowała paryska prokuratura. Jak napisały francuskie środki masowego przekazu, prowadzone jest śledztwo „w celu ustalenia, czy akcja ta została zorganizowana z zagranicy”. Jak podano, francuski wywiad ma podstawy sądzić, że za akcją może stać Rosja.
Natomiast w sobotę, 8 czerwca rano w Paryżu zatrzymano trzech obywateli Mołdawii, którzy namalowali graffiti z wizerunkiem trumien i napisem „francuscy żołnierze na Ukrainie”. Poinformował o tym „Le Figaro”, powołując się na prokuraturę.
Graffiti odkryto w piątek w siódmej dzielnicy Paryża, gdzie znajduje się Wieża Eiffla. Jak zauważa gazeta, nie wiadomo jeszcze, ile takich rysunków powstało. U podejrzanych znaleziono farbę, rękawiczki i szablony. Wcześniej informowano, że mieszkaniec Donbasu posiadający obywatelstwo Rosji i Ukrainy został aresztowany we Francji pod zarzutem przygotowania ataku terrorystycznego. Według doniesień mediów, mężczyzna jest podejrzany o zamiar produkcji i użycia materiałów wybuchowych przeciwko sprzętowi wojskowemu wysyłanemu przez Francję na Ukrainę.
Tymczasem, jak zauważyły również ostatnio światowe media, Rosja jest sprawcą śmierci i zniszczenia w wojnie na Ukrainie. I tak „The New York Times” opublikował artykuł „Co Ukraina straciła”, w którym doniesiono, że „Na rozległym terytorium rozdartym 1300-kilometrową linią frontu i poza jej granicami, na Ukrainie zostało w różnych miejscach doszczętnie zniszczone prawie 210 000 budynków”. Nawet jeśli wojna zakończy się jutro, w wielu miejscach jej skutki będą nieodwracalne. Korzystając ze szczegółowej analizy wieloletnich danych satelitarnych, eksperci gazety sporządzili mapę każdego zniszczonego miasta, każdej ulicy i każdego budynku. Skala jest trudna do zrozumienia. Na Ukrainie zniszczono więcej budynków, niż gdyby wszystkie budynki na Manhattanie zostały zrównane z ziemią cztery razy. Części Ukrainy, oddalone od siebie o setki kilometrów, wyglądają jak Drezno czy Londyn po drugiej wojnie światowej, czy Gaza po sześciu miesiącach bombardowań.
Rosja zniszczyła także na Ukrainie 106 szpitali (w tym 18 w Mariupolu), 109 kościołów (34 w Mariupolu), 708 szkół (237 w Mariupolu). NYT pisze: „Te szacunki nie obejmują Krymu i obszarów Ukrainy, gdzie dokładne dane nie są dostępne. Prawdziwa skala zniszczeń jest prawdopodobnie jeszcze większa i nadal rośnie”.
Czy są jeszcze w mediach ludzie, którzy mówią – przepraszam, myliłem się? Nie ze względu na to, że mogą wylecieć z obiegu, że stracą pracę, że zasięg spadnie, że odejdą reklamodawcy, a dlatego, że tak trzeba?
Nad sprawą zacząłem się zastanawiać po tym, kiedy łzy nad zabitym żołnierzem zaczęli lać rozmaici ludzie, z panią Kurdej-Szatan na czele i niejakim Czabanem, autorem tekstów o katordze, którą polscy faszyści urządzają profesorom i wzorcom z Sevres wieloletniego macierzyństwa za płotu granicznego. Nie zostało to przyjęte dobrze i zostać nie mogło. Prawda jest taka, że pani Kurdejowa będąc aktorką nieznaną z niczego poza znaną reklamą, i do niczego innego się nie nadającą, na swoim szczuciu na Straż Graniczną nie straciła, a zyskała. Nagle stała się bohaterką przybudówek Platformy Obywatelskiej w rodzaju Campusu Trzaskowskiego i letniego festiwalu młodzieży w Chorzowie… o sorry, festiwalu Owsiaka parodystycznie nazwanego niegdyś Woodstock. Wypłakiwała tam się nad swoim nieszczęśliwym losem, bo ona taka wrażliwa i zaangażowana, a taka nienawiść na nią spada ze strony dzikiego społeczeństwa. W końcu w nagrodę dostąpiła „powrotu do TVP”, czyli zaczęła być w niej lansowana, na co wcześniej absolutnie nie miała najmniejszych szans. Teraz postanowiła wyrazić swoje kondolencje, bo wiadomo, jednak trochę osób jej to pamięta. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie uderzało jednak w oczy w całym komplecie to, o czym napisałem powyżej. Babka szczuła na żołnierzy i strażników, zrobiła na tym karierę, teraz próbuje udawać jakąś przyzwoitość, ale ludzie widzą, że to udawana przyzwoitość, która siłą rzeczy, jest nieprzyzwoitością, a pewnie niektórzy nazywają to nawet dosadniej. No więc znowu, fala hejtu, płacz i zaraz znowu będzie pocieszanie kolejnym lansem. Tak się tu żyje.
Jeszcze oczywiście brakuje należytych podsumowań. Solidnych analiz tego, kto naprawdę jest ofiarą. Jeszcze z tydzień, zanim gazeta ta, co zawsze, opublikuje solidny, weekendowy, poruszający reportaż o cierpieniach, których doznają w tym trudnym czasie znani i zaangażowani Basia, Agnieszka, Maciek i inni. Agnieszka aż się boi już nie tylko o życie wtedy, kiedy przyjeżdża do Polski, czego zresztą unika, żeby się tym tutejszym syfem nie zarazić, ale zaczyna się bać Polaków, którzy wyjeżdżają. Może to i jedyny minus Unii Europejskiej. Nie wszyscy powinni mieć paszporty. Dzicz zamiast się cywilizować, roznosi zarazę.
Są owszem, choć rzadsze, niewzruszone postaci, w rodzaju niejakiego Boczka, faceta z jednym, ale dużym osiągnięciem, bo to on zmyślił ciężarną kobietę zrzucaną na drut kolczastych przez, jak ich z ruska nazywa to towarzystwo, „pograniczników”. Ten ani żalu, ani skruchy, drwi wręcz, że tym z drugiej strony płotu polskie władze nie wysyłają kondolencji.
Większość jednak choć na chwilę się zawahała. Co to będzie? W którą stronę to pójdzie? Jak ludzie zareagują? Czy się wojsko nie wkurzy? Już tak bywało nieraz. Po Smoleńsku. Albo wtedy, kiedy Polacy nie łyknęli historii o Janie Pawle II, jako promotorze pedofilii. W paru innych pomniejszych momentach były takie zawahania.
A gdyby ktoś zawahał się bez tego? Kiedyś to ludziom się zdarzało. Nadal się im zdarza, ale nie dziennikarzom. Niektórzy może boją się piekła, inni chcą się lepiej poczuć, a niektórzy po prostu uważają, że tak trzeba. Kiedy nie mają racji, się pomylą, zaszaleją czyimś kosztem pod wpływem emocji, to po prostu przepraszają. Nie tak, jak poeci i intelektualiści po śmierci Stalina. Jakby Ważyk nie pisał swoich rozliczeniowych poematów to byłby skończony, byłby bierutowskim komisarzem co chodził z pistoletem pod pachą i był bardziej srogi od innych. Choć trzeba przyznać, że poczuł wiatr zmian przed innymi.
Ale tu chodzi o to, żeby tak po prostu stwierdzić – źle zrobiłem. Nie po to, żeby w następnym zdaniu dodać, „a właściwie to dobrze, ale mnie źle zrozumiano”, nie dla fuchy w TVP, a dlatego, że tak trzeba. Chłopaki z podwórka w moim dawnym domu, jak popili i hałasowali w nocy to rano szli skacowani do sąsiadki z małym dzieckiem i ją przepraszali. Nic za to nie dostawali, nic im nie groziło. Ale po prostu było im głupio. Czuli, że źle zrobili. Do tej roboty by się nie nadawali. Byli zbyt honorowi, uczciwi i nie byli kanaliami.
Nie patrzę na człowieka tylko jako na jego życiorys, na to, co robi, ale głębiej. Mnie bardziej interesuje, co on ma do spełnienia tu, na ziemi, jaka jest jego misja. I póki tego nie odkryję, nie mogę zacząć filmu – mówi reżyser Wanda Różycka-Zborowska, uhonorowana nagrodą Laur Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich 2024.
Czy reżyser dokumentów jest po trosze publicystą?
Niezupełnie się z tym zgadzam. Dlatego zaskoczyła mnie nagroda, którą otrzymałam od Wielkopolskiego SDP, bo w zasadzie dziennikarze się mną nie zajmowali. A tu nagle takie miłe zaskoczenie. Zastanawiam się, co takiego zauważono. Czy zatem reżyser rzeczywiście ma coś z publicysty? Myślę, że na pewno musi się orientować w rzeczywistości, musi stać mocno na ziemi, ale to jest trochę inna specyfika niż praca dziennikarza. Wy łapiecie fakty, dokumentujecie je. Ale i tu i tu istotna jest prawda.
To jest spójne…
A zatem jeżeli widzicie we mnie ten rys, że robię filmy, w których próbuję szukać prawdy, opowiadać o moich bohaterach prawdziwie, to tak. W tym znaczeniu to pokrewne profesje. Ale moje widzenie dotyczy bardziej strony duchowej, to znaczy nie patrzę na człowieka tylko jako na jego życiorys, na to, co robi, ale głębiej. Mnie bardziej interesuje, co on ma do spełnienia tu, na ziemi, jaka jest jego misja. I póki tego nie odkryję, nie mogę zacząć filmu. I to jest podstawa. Dlatego, że wtedy prawda jest głębsza. I cokolwiek inni powiedzą o moim filmie, to już mnie nie interesuje. Bo ja wiem, że tam jest prawda. I niektórzy odkryją ją od razu, a niektórzy muszą na to poczekać.
Pani filmy są zawsze ważnym głosem. Dlatego wydają mi się bliskie publicystyce.
To prawda. Rzeczywiście, nie jest mi obojętne to, co się dzieje wokół. I nieobojętny jest mi człowiek. To wszystko, czym żyję, co mnie otacza, w jakimś sensie we mnie się gotuje i przeobraża, i stąd wychodzą pomysły.
Od zawsze „robi” Pani w metafizyce?
Wydaje mi się, że tak, że już jako dziecko miałam takie rozmazane granice, nie wiedziałam, co jest rzeczywiste, a co nierzeczywiste. Wydawało mi się na przykład, że umiem latać. Skąd takie rzeczy przychodziły mi do głowy? I zachwycała mnie przede wszystkim przyroda, byłam w niej cała zanurzona. Czytaliśmy z rodzeństwem mnóstwo książek, a potem odtwarzaliśmy ich treść w zabawach. W jakimś sensie to była moja reżyseria. Mój brat wspomina: ty nas reżyserowałaś, myśmy się ustawiali według wskazówek w konkretny sposób, w konkretnych sytuacjach.
A metafizyka filmowa? Dlaczego taki kierunek?
Bo to jest nasza dusza, wszystko jest zakryte w nas. I my pomału w to wchodzimy i odkrywamy.
Fascynuje Panią człowiek?
Tak, człowiek, duch i Bóg. Bóg to jest moja wielka fascynacja. Bez spojrzenia oczyma Boga nie możemy poznać w pełni człowieka. To samo mówił Jan Paweł II, że bez Chrystusa nie poznacie człowieka. I to mi się wydaje podstawą, punktem wyjścia.
Ale to się odkrywa etapami, bo na przykład w pierwszym okresie filmowym bardziej interesowała mnie krzywda ludzka, ból, niesprawiedliwość. Na samym początku, kiedy studiowałam już reżyserię filmową, powiedziałam, że nigdy nie zrobię filmu przeciwko sobie.
Mocna deklaracja…
Tu chodzi o moją odpowiedzialność za drugiego człowieka, za to, co powiem, za słowo.
Ale inni widzieli w tym coś więcej. Ostatnio pokazywałam film Kamień. To jest jeden z pierwszych moich obrazów po szkole filmowej, opowieść o Piotrze Szyryńskim, mieszkańcu Suwalszczyzny – historia jego życia, wierności. Właściwie miał to być film o jego matce, która żyła w ogromnej harmonii z przyrodą. Kiedy szła, to wilki chodziły za nią – tak o niej mówiono, a mnie to bardzo interesowało. Oboje chcieli postawić pomnik ojcu, którego hitlerowcy zamordowali i nie mogli tego zrobić, bo to był akowiec.
Ale zastanowiło mnie, że ludzie po obejrzeniu tego filmu mówili, że jest on na wskroś duchowy. A to przecież miał być film o walce z krzywdą, z kłamstwem.
I to dało Pani do myślenia?
Ja też to później zauważyłam, to było w moim filmie. A potem moje podejście ewoluowało. Zrozumiałam w pewnym momencie – wydaje mi się, że po Czarnych baronach – że tamta krzywda była apogeum tych ludzi, z którymi przeprowadzałam wywiady. To była bardzo duża grupa bohaterów, ponad trzydzieści osób, wspólna historia żołnierzy-górników, którzy zostali siłą wcieleni do pracy przymusowej. I ten film zatrzymano, mimo że ci żołnierz-górnicy pisali i do telewizji i do władz, zebrali nawet ponad 50 tys. podpisów, co nam chyba nawet bardziej zaszkodziło niż pomogło.
Ja wtedy zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy to jest jednak prawda do końca. Bo z jednej strony myśmy ze scenarzystą, Kazimierzem Boskiem, pokazali prawdę losu tych ludzi, tej krzywdy ofiar komunizmu, ale czy to oddaje całość?
Rzeczywiście, po tym filmie myślałam nawet o zrezygnowaniu z zawodu. I długo się nad sobą zastanawiałam. Ale wtedy nastąpił ten etap, że skierowałam się w stronę kina duchowego. Moja córka mówiła: mamo, Ty się takimi tematami religijnymi zajmujesz, talent swój marnujesz.
Uważała, że kino konfesyjne Panią ogranicza, szufladkuje?
Tak, że to ograniczenie. A ja mówię – nie, właśnie mówienie o sprawach dobra jest trudniejsze niż zła. Wygrzebywanie z człowieka tego, co jest zakryte.
Ale skazała się Pani przez to na mniejszy krąg odbiorców.
Ja wiem, ale wtedy to jest wybór drogi. Ja taką drogę wybrałam. I nie mam do nikogo o to pretensji. Jestem wdzięczna za wszystko, bo to jest mój wybór i ja za niego odpowiadam. Choć to ciężka droga, bo związana z tym, że nie będę ani pokazywana, ani nagradzana, ani gratyfikowana finansowo. I tak się stało.
Pierwsze i główne skojarzenie z Pani twórczością to chyba Duśka, film o doktor Wandzie Półtawskiej. Przynajmniej dla mnie.
Jestem zaszczycona, że ktoś to łączy. Jeden z przyjaciół Wandy powiedział kiedyś, że ona jest Kosmosem. A ja się postrzegałam przy niej jak małe ziarenko piasku. Ale nie czułam się przez to upokorzona, gorsza, wręcz odwrotnie. Toczyłam bój, żeby wykrzesać z niej prawdę, bo ona na początku nic nie chciała mówić, mimo że się zgodziła na film. A ja jako ten mały piaseczek mogłam uczyć się przy tym filmie pokory. To był dla mnie ogromny test. Ale dzięki temu otworzyły się drzwi i mogłam zobaczyć Wandę w prawdzie. I ona mogła mówić. Bo gdybym walczyła, sprzeciwiała się, udowadniała, że jako reżyser mam tu coś do powiedzenia, że zrobię, jak chcę, nie udałoby się. Zamiast tego przyjęłam postawę, że na wszystko się zgadzam, a wszystko się działo.
Co na to sama Półtawska?
Ona o tym nie wiedziała. Jeżeli zastrzegała, że nic nie powie o Janie Pawle II, ja odpowiadałam: dobrze. Jeśli mówiła: nie zejdę do podziemi Bazyliki Świętego Piotra, nie uklęknę przed płytą nagrobną Jana Pawła II dlatego, że znałam go jako żywego i chcę go zachować jako żywego; ja: dobrze. Ale potem się okazało, że ona załatwiła dokumenty, żebyśmy mogli zejść do podziemi jako filmowcy. Tyle tylko, że na tym papierku zapisano – o czym Wanda nie wiedziała – że musi wejść z nami. I była tym zaszokowana, zarzekała się, że nie wejdzie, że została oszukana. A ja na to: nie, my nic nie wiedzieliśmy. I kiedy w końcu zeszła do podziemi, powiedziałam tylko do operatora: kręć. A ona uklękła przed grobem.
Pani po prostu za nią „tylko” chodziła.
Tak, chodziłam za Wandą dlatego, że nie było innej możliwości. Ona mi na wstępie powiedziała, jak wygląda jej harmonogram dnia. Duśka w ciągu jednej doby robiła tyle rzeczy, ile inni ludzie nie są w stanie wykonać w czasie miesiąca. Tak miała wypełniony program.
Przy Duśce wycofywałam się, znikałam. Bo gdybym zaczęła „być”, pokazywać, jaka jestem formalnie utalentowana, co potrafię, to nie mogłabym jej poznać. I w związku z tym powiedziałam: będę za panią chodzić. Zatem te sceny w ogóle nie były inscenizowane.
I teraz kiedy robiłam Błogosławioną, obraz o życiu i duchowości bł. Natalii Tułasiewicz, działałam tok samo.
Fot. N. Tułasiewicz-Wala
Metoda „na Duśkę”?
O, właśnie – metoda „na Duśkę”. I mimo że Błogosławiona to film kreacyjny, fabularyzowany, to jest on wynikiem wspaniałej współpracy. Bo to wszystko się tworzyło jak gdyby w wyniku przyjmowania.
Główną bohaterkę gra zresztą krewna Natalii Tułasiewicz.
Zosia w ogóle nie chciała grać. I w końcu zrobiła to dla swojej ciotki, przekonana ostatecznie, że to jest ważne, że trzeba zagrać. A świetnie się sprawdziła. Bo ona się poddała, tak jak ja postawiłam się w sytuacji, że niczego jej nie narzucam. Powiedziałam: masz być, Zosiu, tylko być… A ona się we mnie zasłuchała. I to jest taka piękna pokora.
Zauważyłam, że jak człowiek jest pokorny, to wtedy widzimy jego nieprawdopodobny potencjał, o którego istnieniu on sam nawet nie wie. I w wyniku tego dzieją się niesamowite rzeczy. Natomiast kiedy my zapełniamy wszystko sobą, coś narzucamy, niewiele możemy zobaczyć.
Fot. N. Tułasiewicz-Wala
Podobno najważniejszy dla Pani był jednak obraz Pójdź za Mną. Testament Jana Pawła II?
Tak i kiedy go oglądam, mam wrażenie, że nie ja zrobiłam ten film. Mój kolega powiedział o nim: wiesz, Wanda, ja go oglądałem 77 razy. Warunek jest jeden: nie możemy zakładać, że my już wszystko wiemy o Janie Pawle II i wtedy ten film nas przyciąga.
Mnie Jan Paweł II fascynował od samego początku. Właściwie moja droga twórcza po części była naznaczona przez jego nauczanie. Poznałam je wcześnie, jeszcze jako studentka, i się zachwyciłam. Naprawdę zachwyciłam. A później jego List do artystów był dla mnie już takim dopełnieniem.
A w nim zdanie: Uczyń z życia arcydzieło…
To w zasadzie program, zdefiniowanie tego, jaką rolę ma artysta. Bo sam Jan Paweł II nim był. Ja wtedy nad tym dużo rozmyślałam: jakie jest moje miejsce, moja odpowiedzialność? I dziś powiedziałabym nawet, że jestem bardziej artystą niż reżyserem. Bo reżyser wypełnia zawód, a mnie nawet nie bardzo pozwalają wykonywać go do końca, bo co składam, to odrzucają. I to jest trudne doświadczenie.
A artysta odpowiada przed Bogiem za to, co robi. I druga rzecz: musi istnieć harmonia między tym, jak żyję, a jak tworzę. Jeżeli jej nie ma, to ten film czy to dzieło, czy ta praca nie zostaje w drugim człowieku. A w harmonii nasze dzieła się nie starzeją. Dlatego, że to jest wzięte ze świata nadprzyrodzonego. To nie jest nasze, my możemy być jedynie inspirowani albo złem, albo dobrem. I co wybieramy?
Faktycznie, bardzo to Wojtyłowe…
Miałam takie uczucie, pracując nad Testamentem. To jest film zrobiony tylko z materiałów archiwalnych. Oglądałam je ponad rok, analizując każdy kadr, i z tych wycinków, z tych ponad stu kaset wybierałam fragmenty. To była modlitwa i trud. Oglądałam twarz Jana Pawła II, dostrzegałam, jak on jest skupiony, kiedy jest sam i kiedy jest w tłumie. Zawsze taki sam. Nieustannie w rozmowie z Panem Bogiem. I ja to widziałam.
Co ciekawe, kiedy w Miami pokazałam Duśkę, wszyscy mówili, że to jest film o … Janie Pawle II. A przecież Wanda mówiła, że ona nic nie powie o nim.
A wyszło na Pani…
Te dwa filmy robiłam jednocześnie, to jest też ciekawe. Jeździłam na zdjęcia z Duśką i oglądałam materiały do Testamentu. I zrozumiałam wtedy, co on chciał nam przekazać, każde słowo, każdą myśl. Wszystko się ułożyło.
Na dodatek uparłam się przy tytule Pójdź za mną. Producent filmu Przemysław Häuser przekonywał, że powinniśmy zostać tylko przy Testamencie Jana Pawła II.
Papież jeszcze wówczas żył i to miało zaskoczyć wszystkich. Mieliśmy być pierwsi. Nie udało się, bo Jan Paweł II odszedł w kwietniu, a my nie mieliśmy jeszcze filmu skończonego.
Do zakończenia potrzebny był mi fragment z pogrzebu. Pamięta pan ,co powiedział kardynał Ratzinger w pogrzebowej homilii?
?…
Powiedział: Kluczem do zrozumienia Jana Pawła II są słowa Jezusa do Piotra: „Pójdź za mną”… Pójdź za mną. I dlatego to nie był mój film. Tak, jakbym czuła, że powinien powstać, a ja byłam prowadzona. I dlatego ciągle do niego wracam, lubię go po prostu, bo on nie jest mój.
Pani się bardzo utożsamia z tymi wszystkimi postaciami – Półtawską, Tułasiewicz, Wandą Błeńską, Janem Pawłem II. Stwierdzam fakt.
Ja kocham swoich bohaterów. I nigdy ich nie zostawiam. Jestem z nimi do końca i nawet po śmierci mam z nimi taką łączność duchową.
Klucz, którym spina Pani swoje filmy?
Żeby wszystko, co robię, było na chwałę Bożą. Nie na moją.
Rozmawiał Stanisław Muszyński
O nagrodachLaur Wielkopolskiego Oddziału SDP 2024 można przeczytać TUTAJ.
Żołnierze zatrzymani za oddanie strzałów ostrzegawczych w kierunku nacierających, agresywnych migrantów, inni żołnierze ranni, ranny funkcjonariusz Straży Granicznej, specjalny zespół do ścigania żołnierzy w neoprokuraturze Bodnara. W końcu śmierć żołnierza. Donald Tusk bardzo chciałby obarczyć winą kogokolwiek, ale to on jest okiem tego pustoszącego Polskę cyklonu.
To co się dzieje na granicy polsko-białoruskiej od 2021 roku jest oczywiście szalenie ważne, rosyjska agresja na Ukrainę jest najlepszym powodem do tego, żeby rosyjskie w istocie prowokacje traktować ze śmiertelną powagą. Ale przecież kwestia obrony granicy polsko-białoruskiej przed operacją hybrydową białoruskich, a prawdopodobnie raczej rosyjskich służb, nie jest jedyną żywotną i strategicznie kluczową dla państwa polskiego kwestią, która wali się na naszych oczach. I to w momencie kiedy Polska stanęła przed równie ważnymi szansami, takimi jak ucieczka kapitału z Chin, jak i zagrożeniami, jak wzrost agresji naszego wiecznie problematycznego rosyjskiego sąsiada.
Likwidacja przewag konkurencyjnych
Największe emocje społeczne wywołuje katastrofa wielkich projektów strategicznych takich jak Centralny Port Komunikacyjny, rozbudowa polskich portów, Izera, użeglowienie Odry i niepewność w zakresie budowy polskiej energetyki jądrowej. A przecież na tym nie koniec. Napad łysych pał pod rozkazami ppłk Sienkiewicza na media publiczne, to nie tylko ich de facto zaoranie, to również sygnał dla potencjalnych inwestorów, że Polska to bantustan, w którym nie istnieje coś takiego jak bezpieczeństwo środowiska prawnego. Coś takiego może się przydarzyć każdej, choćby największej firmie. W tym zakresie sytuacji nie poprawiają pozaprawne działania Koalicji 13 grudnia w zakresie przejęcia prokuratury, uderzenia w konstytucyjne prezydenckie prerogatywy w zakresie ułaskawienia, mianowania ambasadorów, usiłowania zarzadzania państwem przy pomocy sejmowych uchwał, czy aresztowania przeciwników politycznych. Zgoda na tzw. „pakt migracyjny” przyspieszy destrukcję tkanki społecznej w Polsce, a ekspresowa realizacja założeń Zielonego Ładu dorżnie polską gospodarkę i sprowadzi Polaków na powrót do poziomu „zbieraczy szparagów”. Wskaźniki gospodarcze już odpowiadają spadkami, a firmy z Polski uciekają.
W każdym z tych punktów Tusk usiłuje się jakoś bronić. W mydleniu oczu jest dobry, na wszelki wypadek zwykle wypowiada się na różne tematy, w różny, często zupełnie sprzeczny ze sobą sposób, dzięki czemu może się odwołać do odpowiedniej „wersji” w zależności od fazy zmiennej sytuacji. O likwidacji strategicznych inwestycji mówi tak żeby podtrzymać jakąś nadzieję w mimo wszystko aspirującej części własnego elektoratu, agresji na media publiczne i prokuraturę winni mają być (niezależni) Sienkiewicz i Bodnar, zgodę na „pakt migracyjny” ma maskować napompowana daleko poza granice rzeczywistości „afera wizowa”, otwarte łamanie praworządności ma być spowodowane „koniecznością jej przywrócenia”, a przyspieszenie w zakresie Zielonego Ładu ma wynikać ze „zgody Morawieckiego”. Nawet teraz, w sprawie obrońców polskiej granicy, Tusk wypowiada się jakby stał na zewnętrz, a odpowiednie działania jako dobry car wobec niesfornych bojarów, ma podjąć po zapoznaniu się ze sprawą.
W Każdej z tych strategii obrony tkwi jakieś ziarno prawny, dlatego są częściowo skuteczne, ale Tusk w istocie nie stoi z boku, Tusk znajduje się w samym oku pustoszącego Polskę cyklonu i znajdował się tam na długo przed 1 grudnia 2023 roku. Owszem, potrafił wypowiadać się ostrożnie na temat sytuacji na granicy, ale jednocześnie wypowiadał się również w sposób absolutnie skandaliczny. A przede wszystkim stanowi zwornik całego systemu środowisk, które obrońców polskiej granicy w obrzydliwy sposób atakowały, nigdy się od nich nie dystansował, tak jak teraz jest szefem i Kosiniaka-Kamysza i Bodnara. To on ich stworzył jako ministrów i nie sądzę żeby kwestię zatrzymania polskich żołnierzy ukrywali przed nim dwa miesiące. Nie, Donald Tusk wspierając się na nim sam, wspierając go i budując, bierze odpowiedzialność za cały ten zaprzański, zbudowany na michnikowsko-tvnowskiej, a w istocie postkomunistycznej mentalności – system.
„Tak dobrze mein Herr?”
Gdyby szukać jakiejś logiki w działaniach prowadzących do takich skutków, to wydaje się, że Donald Tusk, o ile nie oszalał, sprawia wrażenie jakby realizował zadanie polegające na zniszczeniu przewag konkurencyjnych Polaki wobec borykających się z coraz większymi kłopotami gospodarczymi, społecznymi i politycznymi, Niemiec. Zadanie polegające na przytroczeniu na powrót Polski do niemieckiego, coraz bardziej rozklekotanego powozu.
A kiedy myślę o metaforze, która mogłaby tę sytuację opisać, to przychodzi mi do głowy metafora alfonsa, któremu uciekła przetrzymywana i zmuszana do prostytucji dziewczyna. Założyła sobie firmę, stanęła na nogi i się usamodzielniła. Niestety znowu trafiła w ręce służącego „chłopcom z miasta” nikczemnego sutenera, który teraz na nią wrzeszczy – Myślałaś, że możesz coś zrobić sama? Nie zasługujesz na to, nie potrafisz, jesteś za głupia! Zdejmuj tę garsonkę, nakładaj czerwoną, krótką kieckę, szpile z cekinami i do roboty – tak dobrze mein Herr? – To twoje pieniądze? Wezmę je „na przechowanie”. O, kupiłaś mieszkanie, no kto by się spodziewał, ale to dobrze, będziesz miała gdzie przyjmować klientów. Myślałaś szmato, że poradzisz sobie beze mnie? Stul pysk i wracaj na miejsce!
Polska ma ogromny potencjał, potrafi być wielka, ale ma też w sobie jakiś gen naiwności, który powoduje, że ciągle wpada w łapy stręczycieli. Przypadek Tuska nie byłby przecież pierwszym takim przypadkiem w historii, choć aktywności tego akurat, na swoje nieszczęście, mamy okazję doświadczać na własnej skórze w czasie rzeczywistym.
4 czerwca 1960 r. w Londynie zmarł gen. Józef Haller, dowódca II Brygady Legionów Polskich i Armii Polskiej we Francji. W wojnie polsko-bolszewickiej członek Rady Obrony Państwa oraz Generalny Inspektor Armii Ochotniczej.
Jako jeden z niewielu najwyższych rangą polskich oficerów walczył kolejno z Rosjanami, Austriakami, Niemcami, Ukraińcami i Bolszewikami. Stał się wzorem żołnierza, obywatela, społecznika i wychowawcy młodzieży. Generał Józef Haller dawał przykład osobistego męstwa, wiary i poświęcenia. Ten Honorowy Obywatel Warszawy zasłużył na upamiętnienie w stolicy.
Podstawy polskiego harcerstwa czy Polskiego Czerwonego Krzyża, które współtworzył, dały asumpt do powstania prężnie działających do dziś organizacji społecznych. To doskonały wzorzec dla młodego pokolenia Polaków, którego patriotyczny i wychowawczy rozwój stanowił zawsze dla generała istotny fragment działalności.
Ceniony w stolicy Polski, ceniony w całym kraju, niezwykle serdecznie przyjmowany przez amerykańską Polonię, dodawał otuchy żołnierzom i cywilom, inspirował duchownych i świeckich, leciwych weteranów zrywów powstańczych jak i akademicką młodzież. Zwalczał totalitaryzm nazistowski i komunistyczny. Swoją postawą przyczynił się do obrony Warszawy przed zajęciem jej przez barbarzyńskie oddziały bolszewickie w 1920 r. Po wygranej bitwie warszawskiej w Mińsku Mazowieckim przed obrazem Matki Bożej Anielskiej dziękował Bogu za otrzymane łaski i zwycięstwo.
Pomnik generała Józefa Hallera powstaje w stolicy staraniem niepodległościowych środowisk społecznych. Pomysł lokalizacji monumentu został lata temu wpisany w Plan Rewitalizacji Placu Hallera w miejscu postawionej tam tablicy pamiątkowej. Zgodnie z obowiązującą w Warszawie procedurą wniosek w sprawie wzniesienia pomnika musiał trafić do Biura Stołecznego Konserwatora Zabytków. Jak można się było spodziewać, z niechęcią wobec inicjatywy wystąpili „prascy aktywiści” – ale na szczęście nieliczni. Pomnik autorstwa artysty rzeźbiarza Stanisława Szwechowicza ma mieć całkowitą wysokość 3,90 m, w tym stojąca postać generała 2,50 m, a cokół 1,40 m. Tak swoje dzieło opisuje artysta: „Projekt pomnika przedstawia postać gen. Hallera w pozie stojącej, prawa ręka oparta na szabli. Postać ukazana w swobodnej pozie – lekko rozchylony płaszcz wojskowy z charakterystycznym futrzanym kołnierzem, pod płaszczem mundur z atrybutami odpowiednimi dla epoki. Koncepcja ukazuje wybitnego dowódcę, jakim był gen. Haller, w ujęciu pełnym siły i energii. Stąd prócz elementu wojskowego – szabli, jest gest lewej ręki i dłoni, wskazującej jakby na umiejscowione na cokole osobiste przesłanie gen. Hallera: «Dla Ciebie Polsko i dla Twojej Chwały». Ten gest lewej dłoni jest przeznaczony dla obecnych i przyszłych pokoleń, wskazując na obowiązek wielkiego oddania dla spraw Ojczyzny. Na jednej ze ścian cokołu znajdzie się tablica z czarnego granitu z tekstem «W hołdzie Polonii, która na wezwanie stawała zawsze, by bronić Ojczyzny. Dziś, tak jak kiedyś, bliska więź z Macierzą potrzebna jest Polsce, Europie i Światu. Chwała polskim Sokołom rozsianym po świecie broniącym wszędzie Ojczystego Gniazda»”.
Bój o uznanie osobnego języka śląskiego nie jest tylko, moim zdaniem, fragmentem dążenia do uznania osobnej narodowości śląskiej. Celem jest oddzielenie Śląska od Polski, co jest w żywotnym interesie Niemiec i jest równie żywotnie sprzeczne z polską racją stanu. Ciekawy jest jednak sposób przeprowadzania tej operacji. Kiedyś tego rodzaju działania przeprowadzano z pomocą naukowców, kongresów, referendów. Dziś załatwiają to media, „znani i lubiani” oraz influencerzy.
Oczywiście awantura o odesłanie przez prezydenta planowanej ustawy o języku śląskim ma też kilka bardziej bieżących celów. Wszystko co nie jest poświęcone nadchodzącej potwornej drożyźnie jest w interesie władzy i jej obecnych oraz przyszłych beneficjentów i tu trzeba przyznać masa medialna spisuje się na piątkę. Przeciwny „językowi śląskiemu” jest prezydent, a za jest choćby pisarz Twardoch, który od lat dobrze wie, gdzie frukta leżą. Za są także media, które są efektem rynku konstruowanego od 35 lat przez własnościowe i regulatywne efekty przyjaźni polsko-niemieckiej. Te same media, które wciskały w czasie pandemii, że przez Polskę przewija się fala nienawiści do Śląska i Ślązaków, bo w kopalniach dużo zachorowań.
Ciekawa nie jest jednak sama definicja, a definiujący. W ogóle niby żyjemy w czasach coraz bardziej zprofejsonalizowanych, ale zdarzają się zaskakujące wyjątki i jest ich całkiem sporo. Weźmy taką tabletkę wczesnoporonną. Chyba o tym, czy powinna być na receptę czy nie i czy mogą ją brać starsze dzieci, bo za takie postrzegam piętnastolatki, powinni decydować jacyś naukowcy, chemicy, lekarze, pedagodzy i tym podobni? Decydowali posłowie i media. Podobnie z tym Śląskiem. Twardoch, Kuczok, jakiś facet z europarlamentu, który buduje karierę na pluciu na Polskę mocniejszym niż jakikolwiek inny europoseł na swój własny kraj, zastąpili ekspertów. A także zastąpili wielusetletnie procesy, które na Śląsku po prostu nie zaszły. Wspólnotę wyobrażoną jaką jest naród, jedni definiowali tak, inni siak. Jedni uważali, że stworzyło ją oświecenie, inni że romantyzm. Właśnie zmarły wybitny egiptolog Barry J. Kemp wykazał dość logicznie, że starożytni Egipcjanie pięć tysięcy lat temu spełniali jej wymogi. Tyle, że w przypadku Śląska cała gama tych różnych czynników nie zachodzi, a śląski to po prostu gwara, co dość przystępnie wytłumaczył profesor Miodek. Niestety, gdyby znany językoznawca i gramatyk mówił o tym, jakim zagrożeniem jest Kaczyński byłby słuchany i cytowany z przejęciem i nabożnością. Ale na języku to on się ewidentnie nie zna. Jest wsteczny, nie to co zetesempowcy, pionierzy i czerwoni harcerze odłączania Śląska od Polski. On mówi, że to dialekt, że nie różni się od dialektu wielkopolskiego czy małopolskiego. Że to archaiczna polszczyzna, a więc tym bardziej dowodzi ona polskości Śląska. Oni mówią, że tak nie jest, a za argument mają modę, siłę, Szymona Hołownię ze swoim jak zawsze kaznodziejskim słowem o tolerancji oraz wizytą w kopalni i Donalda Tuska z jego gniewnym słowem, bo jego elektorat tak lubi, jak on się gniewa. Jest wtedy taki mocny prawie jak Jaruzelski.
Dodajmy, że niedługo będziemy przekonywani w ten sposób nie tylko, żeśmy byli dla Żydów gorsi niż Niemcy, żeśmy kupowali Śląsk, a lotnisko w Berlinie nam wystarczy zamiast naszego. Niedługo podobne argumenty będą uzasadniać podwyżki cen gazu, rujnujące termoizolacje i inne światłe zmiany, które wpędzą z powrotem w nędzę sporą część Polski. Pytanie, czy jak się ją podkarmi odpowiednią propagandą w ogóle ona to zauważy?
Rowu nie zasypiemy. Zbudujmy przynajmniej kładkę. Czy narodowa rozmowa się rozwija? Chyba tak, acz powoli i ze zgrzytami. Jednak innego wyjścia nie ma. Inaczej się pozabijamy.
„19:30” uśmiecha się nowymi ładnymi buziami. Kilka rozmów jej reprezentantek nieco dobrze rokowało. Przybył więc do „ich” studia weteran Ryszard Czarnecki. Pracowity i odważny chłop. Wydawało się po kilku poprzednich wywiadach, że pani Dorota Wysocka-Schnepf zrozumiała na czym polega uczciwy wywiad z przeciwnikiem politycznym. Otóż pytać trzeba rzeczowo o najważniejsze sprawy, ale bez emocji. Można drążyć lecz nie powinno się wiercić dziury w brzuchu pacjentowi poddającemu się operacji dobrowolnie. To trudne jeśli przystępuje się do dzieła z zaciśniętymi zębami i z góry założoną tezą: to zły człowiek, trzeba go nie tylko pytać, ale i pokonać. Robienie wywiadu wcale nie jest łatwe.
Każdy ma jakieś grzechy na sumieniu. Są sprawy nie do końca wyjaśnione. Ale jeśli pytany odpowiada, przedstawia swoją wersję wydarzeń raz i drugi to powtarzanie tych samych, tak samo, zarzutów staje się nachalnym błędem. Nie posuwa sprawy naprzód, nic nie wyjaśnia. Czy europoseł, delegat z Polski, Ryszard Czarnecki oszukiwał przy rozliczaniu delegacji służbowych? Z rozmowy wynikało, że ostatecznie z księgowością, a więc i prawem wszystko zostało wyjaśnione, dyskusyjna kwota zwrócona. Wina przestała więc być winą. Jeśli był to tylko błąd to i kara winna być proporcjonalna.
Facet przychodzi do raczej nieprzyjaznej telewizji, zgadza się na rozmowę na żywo. Odpowiada na pytania. Na wszystkie. Gdy się uporczywie powtarzają te same zarzuty mówi pojednawczo, że wierzy, iż to nie jest polityczny atak dziennikarki, ale zalecenie jej dysponentów. I trudno tego nie podejrzewać. Szkoda, że Wysocka-Schnepf uległa.
Ale próbujmy dalej. Telewizja jest świetnym miejscem do konfrontacji. Jednak to społeczeństwo, widzowie są od rozstrzygania. Cały ten cyrk jest po to by ludzi przekonać. Nie wmówić, nie robić wody z mózgu, ale siłą argumentu pozyskać. Oczywiście wiele zależy od dziennikarza.
Szymon Hołownia, niedawno jeszcze dziennikarz, też nawołuje. Ale to dzieje się tylko werbalnie. Jego koalicjanci w tym samym czasie głoszą piramidalne absurdy. Kto to wymyślił, kto doradza? Kto promuje tak usilnie Tomasza Piątka? Dziennikarz powinien pytać dociekliwie, ale tylko pytać i wtedy nie ma miejsca na chamską, prymitywną propagandę. Dziennikarz powinien o tym pamiętać we własnym interesie. Dysponenci się zmieniają. A ludzie mają jednak dobrą pamięć. Inaczej będzie jak w filmie Bergmana „Ona tańczyła jedno lato”.
Nie pracujemy dla polityków. Pamiętajmy o tym. W telewizji widać to wyraźnie. Młodzież chce się dostać do studia, do radia, telewizji. Chce bardzo dorwać się do mikrofonu, stanąć przed kamerą. Ale łatwiej to osiągnąć – niż utrzymać.
Mówi się: etyka, uczciwość, prawda. I tak jest. To są prawdziwe wartości. Kłamstwo, koniunkturalne tchórzostwo zawsze wyjdzie na jaw. Nie przykryje tego ani uroda ani spryt. Owszem, trudne, ale tylko takie postępowanie to prawdziwa wygrana w zawodzie żurnalisty. Prawdą i odwagą zło zwyciężaj!
Nie ma chyba w ostatnim czasie lepszej ilustracji tego czym w istocie jest III RP i jej patologiczny kręgosłup w postaci systemu oligarchicznej niesprawiedliwości, niż sprawa Tomasza Lisa. A mam wrażenie, że rewanżystowska rekonkwista III RP po 13 grudnia zeszłego roku, może tę sytuację tylko pogłębić.
Przykładów, z których można wyciągnąć podobne wnioski jest oczywiście znacznie więcej. Nietykalnym III RP wolno potrącać staruszki na pasach, zabijać ludzi i wyrażać się o nieżyjących z pogardą, kraść i otwarcie łamać konstytucję. Środowiskowa zmowa na poziomie systemu niesprawiedliwości, zadba o to żeby Nietykalnemu włos z głowy nie spadł. A przynajmniej zbyt wiele włosów. Jednocześnie nienależący do kasty Nietykalnych przeciętny Polak może być w tym systemie zgnojony, okradziony i zniszczony. Może być nawet człowiekiem zamożnym i wysoko postawionym, jeśli nie należy od odpowiedniego kręgu, można mu zrobić wszystko. Pan Roman Kluska mógłby zapewne o tym sporo opowiedzieć.
Przypadek Tomasza Lisa
Jednak przypadek Tomasza Lisa, choć może nawet nie najbardziej drastyczny, jest ikoniczny ze względu na jego nazwisko i centralną rolę jaką pełnił i chyba ciągle desperacko usiłuje pełnić w polskiej przestrzeni publicznej, zapisany przez Jaruzelskiego do „arystokracji dziennikarstwa” Tomasz Lis.
Plotki o tym jak się zachowywał wobec podwładnych Tomasz Lis słyszałem i wcześniej, wielu słyszało, ale nikt nie miał dowodów. Podobno ci, którzy mogliby na ten temat coś powiedzieć nie tylko się go bali, ale również uważali, że i tak „jest pod ochroną” więc ich ewentualne ryzyko nic nie da, a tylko narazi ich na zemstę. Potem, w wyniku medialnej burzy, tu trzeba oddać że dzięki dziennikarzom Wirtualnej Polski, nagle wszyscy się dowiedzieli kim w istocie jest rzekomy, rozdający cenzurki moralności, dziennikarski „katon”. A jeszcze później, dzięki pani prokurator, która mam wrażenie, że weszła tu raczej w rolę adwokata Lisa, przyjęta została kwalifikacja jego czynów o kontekście seksualnym, która, co za pech, uległa niedawno przedawnieniu. Nic też nie wyniknie z oskarżenia o mobbing, które to poniżające pracowników zachowania pani prokurator tłumaczy specyficznym stylem zarządzania dziennikarskiego „arystokraty”. Jakby tego było mało sam Lis, pomimo ujawnionych fragmentów zeznań opisujących jak to miał jedną z podwładnych przyciskać do ściany i całować, a innej wkładać palce w dziury w spodniach, przedstawił to (co za pech) przedawnienie, jako swoje zwycięstwo. I wiecie co? Chyba miał rację, ponieważ, być może nie w sensie praworządności w tradycyjnym rozumieniu, ale faktycznie, udało mu się ze sprawy wyłgać. Trudno nie odnieść wrażenia, że rację mieli ci, którzy nie chcieli zeznawać w jego sprawie uznając, że jest pod ochroną. Nie chcę nawet myśleć co teraz może się dziać w głowach kobiet, które mimo to odważyły się zeznawać.
Nietykalni
Przy okazji warto tu się przyjrzeć dwóm zjawiskom. Po pierwsze, nie wiem czy to w wyniku złych decyzji, czy też braku determinacji, trudno uznać reformę systemu niesprawiedliwości, którą usiłowała przeprowadzić Zjednoczona Prawica za udaną, jeśli kilka miesięcy po utracie przez nią władzy, możliwe są takie cuda. A po drugie warto zadać sobie pytanie, gdzie się w całej tej sprawie podziały dyżurne panie feministki, te dla których mężczyzna to z definicji przemocowiec, a przed seksem powinien składać podanie. Przejrzałem sobie profile w mediach społecznościowych, tych najgłośniejszych , najbardziej agresywnych i nie znalazłem na temat sprawy Tomasza Lisa ani słowa. Może coś przegapiłem, wtedy poproszę o korektę, ale póki co nie znalazłem. Trudno nie dopuścić do siebie myśli, że tacy jak Tomasz Lis mogą być objęci ochroną również daleko poza systemem niesprawiedliwości.
Najbardziej żałosna w całym tym zamieszaniu, wydaje mi się pozycja zwolenników Nietykalnych, którzy sami ochroną objęci nie są. Wystarczy im świadomość, że ich Władcy mają lepiej, bo przecież na to zasługują. A, że tam żonę im jakiś oblech w pracy sponiewera, to przecież tylko taki specyficzny sposób zarządzania.
Elegancja językowa, uroda języka są niezwykle ważne. To już jest oczywiście stopień najwyższy w posługiwaniu się językiem,. Nie jest to dostępne każdemu z urodzenia, ale można to „nabyć”. Czyli nauczyć się i stosować. Elegancki język jest smakiem naszych kontaktów, oczywiście pod warunkiem, że nie przesadzimy. To jest tak jak z soleniem potraw, nie można przesadzać, bo jedzenie będzie nie do jedzenia, a język będzie nas kompromitował.
W pewnym filmie dokumentalnym, opowiadającym o wielkiej polskiej aktorce, pada zdanie o jej relacjach uczuciowych, w tym o problemach w jej małżeństwie. Otóż aktorka owa słynęła z bujnego temperamentu i licznych romansów. Jak przedstawiono ten problem w filmie? Otóż dowiadujemy się, że aktorka: „Miała poważne problemy z dochowywaniem wierności”.
Można elegancko i prawdziwie? Pięknie powiedziane. A ludziom prostym i wulgarnym przychodziłyby na język określenia dosadne, a nawet wulgarne.
Przesadna elegancja
W związku ze sprawą zamachu na słowackiego premiera Roberta Fico właściwie wszystkie polskie stacje telewizyjne żyły tym wypadkiem przez cały tydzień. Pojawiły się też informacje o zamachowcu, którym okazał się niejaki 71-letni Juraj Cintula.
I naraz w Polsacie usłyszałem, że: „Zamachowcem był pan Juraj Cintula”. I to jest właśnie zbytek elegancji oraz zupełna nieznajomość podstawowych zasad języka polskiego. W tym zdarzeniu panem był Robert Fico, a zamachowiec nie zasługuje na miano pana.
Pan to musi coś znaczyć, pan to jest człowiek godny. A etymologia podpowiada nam jeszcze, że panem z założenia był szlachcic lub człowiek wykształcony, poważny i szlachetny. Chłopu nigdy nie panowano. Do chłopa zwracano się po imieniu, bo chłopi jeszcze w XVIII wieku nazwisk nie mieli. W wielkiej komitywie do chłopa zwracano się per: „Mój dobry Walenty”. Podobnie było z mieszczanami i Żydami. Oni też nie zasługiwali na bycie panami.
Na szczęście obecnie wszyscyśmy już panami. Takie są śmieszne, uboczne skutki socjalizmu, który miał wszystkich wyrównać w dół, ale to też mu nie wyszło – temu socjalizmowi. I wyrównaliśmy do panów.
Jest jednak grupa ludzi, do których nie należ zwracać się per pan. A są to złodzieje, gwałciciele, defraudanci, zdrajcy, szpiedzy i mordercy. Dlatego nie można owego Cintala nazywać panem, bo po oddaniu strzałów do premiera spadł najniżej jak można.
Składnia, głupcze
Niestety, bardzo wielu z nas nie umie poradzić sobie z podstawowymi związkami syntaktycznymi w języku polskim. A bez właściwej składni słowa układają się w bełkot. Piszę o tym, bo „urzekła” mnie wypowiedź urzędniczki, która poinformowała w Polsacie: „Sprawa dotyczy tych osób, którzy będą chcieli głosować poza miejscem zamieszkania”.
Powinno być „Sprawa dotyczy tych osób, które będą chciały głosować poza miejscem zamieszkania”. Niby nic, a przykro.
Mamy w języku polskim, między innymi, trzy podstawowe związki: zgody, rządu i przynależności. Warto, by osoby publiczne nauczyły się tych zasad.
Trzeba poznać i używać polską syntaktykę czyli składnię. Pojecie pochodzi z greki (σύνταξις sýntaxis i oznacza „porządek, szyk”. Jest to dział językoznawstwa, który zajmuje się budową wypowiedzi. Syntaktyka (w ujęciu tradycyjnym) bada takie zjawiska jak funkcje wyrazów w zdaniu (funkcja podmiotu, orzeczenia, dopełnienia itd.), zależności między wyrazami w zdaniu (np. związek zgody, związek rządu, związek przynależności), czy szyk wyrazów w wypowiedzi. Skoro obcokrajowcy są w stanie to zrozumieć, to i my damy radę. I nie jest tak, że rodzimy się z doskonałą znajomością rodzimego języka, że wysysamy wszystkie jego formy z mlekiem matki. Tacy cudowni to nie jesteśmy.
Tkactwo dwuosłonowe i inne banialuki
W TVN, 4 maja 2024 roku można było usłyszeć zapowiedź reportażu o tkactwie dwuosłonowym. Nie jestem ekspertem od tkactwa, ale coś tam wiem, a ponieważ o tkactwie dwuosłonowym jeszcze nie słyszałem, to obejrzałem ów reportaż. I okazało się, że sprawa dotyczyła rzadkiej już dziś techniki tkania gobelinów, które nazywa się dwuosnowowym. Ta powszechna niegdyś technika jest dziś praktykowana jedynie na Podlasiu. Materiał był bez zarzutu, wyjaśniał co miał wyjaśnić i pokazał interesujących ludzi.
Natomiast zapowiedź była skandaliczna, bo świadczyła o tym, że piszący zapowiedź, bądź też czytający ją (a może obaj) niczego nie rozumiejąc odważyli się tą niewiedzą podzielić z całą Polską. Niechlujstwo i partactwo.
Co jest u niego
TVN 24, 13 IV 2024 roku. W informacji o wyborach pada takie stwierdzenie, dotyczące dwu kandydatów w Krakowie: „Trzeba przyznać, że kultura polityczna jest u nich na wysokim poziomie”.
I mamy klasyczny rusycyzm. Bo to Rosjanie mówią „U niewo”. Po polsku należałoby powiedzieć, że: „Mają wysoką kulturę…”, bądź też: „Cechuje ich wysoka kultura…”. W dobie szukania wszędzie obcych agentów, zwróciłbym baczną uwagę na autora tej wypowiedzi.
Uważność czy uwaga
Jedna ze stacji telewizyjnych poinformowała, że sprawie „Należy się przypatrywać z dużą uważnością”. Dlaczego tak? Przecież powinno być „Z uwagą”. A może mówiącemu chodziło o ostrożność”? I tak mu się jakoś niechcący połączyła uwaga z ostrożnością. W sumie śmieszne.
Rotmistrz Witold Pilecki przed śmiercią 25 maja 1948 r. wypowiedział słynne słowa: „Mnie tu wykończyli. Oświęcim przy tym to była igraszka”. To przede wszystkim „zasługa” brutalnych śledczych z katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej w Warszawie – bestii w ludzkiej skórze. W nagrodę dostawali stanowiska, wysokie emerytury.
W związku z 76. rocznicą zamordowania naszego bohatera przypomnę jedną z głównych bestii – Eugeniusza Chimczaka. Rocznik 1921 r., ukończył Centralną Szkołę Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi. Najpierw był śledczym UB w Tomaszowie Lubelskim, potem pułkownikiem w warszawskiej centrali, w bezpiece „służył” aż do… 1984 r. Do końca życia mieszkał niedaleko miejsca pracy – ul. Madalińskiego sąsiaduje z Rakowiecką.
„Sprawy szpiegowskie”
Przesłuchiwany w III RP przez prokuratora, Eugeniusz Chimczak zeznawał: „O tym, w co był zamieszany Pilecki mogłem się zorientować z wyjaśnień, jakie mi złożył. (…) Moich zwierzchników interesowały wyjątkowo ‘sprawy szpiegowskie’ a sprawa Pileckiego do takich została zaliczona”.
Chimczak mówił również, że nie miał żadnego wpływu na czas i charakter przesłuchań, bo wypełniał jedynie polecenia przełożonych. Przy okazji ujawniał jednak mechanizmy śledztwa: „Zawsze sporządzałem protokół przesłuchania, nawet, gdy podejrzany nie chciał wyjaśniać”. O co chodzi? Śledczy w protokole pisał, co chciał, nawet, gdy przesłuchiwany nie dał się złamać torturami.
Chimczak żalił się, że pracę miał ciężką, że przesłuchiwał od rana (8-9) do godzin popołudniowych (15-16), potem miał trzy-cztery godziny przerwy (aresztowani nie mieli takiego luksusu) i znowu, do 24.
8 sierpnia 1947 r. Chimczak wystąpił z wnioskiem o przedłużenie tymczasowego aresztowania wobec Pileckiego. Po co? Tu odpowiedź też jest prosta: aby mieć więcej czasu na znęcanie się. Wniosek podpisał mjr (potem ppłk) Mieczysław Dytry z Naczelnej Prokuratury Wojskowej (przedwojenny prawnik na służbie komunistów).
Podczas procesu Pilecki stwierdził: „protokoły podpisywałem przeważnie nie czytając ich, bo byłem wówczas bardzo zmęczony”. Stwierdził tak, gdyż sala sądowa też była wypełniona „śledziami”, ale nie trzeba chyba wyjaśniać, co to „zmęczenie” oznaczało i z czego wynikało. Podobnie wypowiadał się przed sądem mój Ojciec.
„Wszystko wybijemy…”
Chimczak pytany o stosowanie przymusu fizycznego i psychicznego w śledztwie pozwalał sobie nawet na dowcipy: „nie widziałem żadnych obrażeń na ciele przesłuchiwanych i o nich nie słyszałem. (…) Owszem, zostałem przez Tadeusza Płużańskiego oskarżony o znęcanie się nad nim w czasie przesłuchań, ale to nieprawda”.
Eugeniusz Chimczak torturował w trakcie przesłuchań mojego Ojca. Ale też, a może przede wszystkim, żonę Taty – Stanisławę Płużańską (oboje zostali aresztowani przez UB w pierwszych dniach maja 1947 r., kilka dni po ślubie).
Ojciec tak wspominał „swojego” oprawcę: „Metody miał szczególne. Kiedy bicie nie skutkowało, krzyczał: „My wiemy, że masz twardą d…, ale w celi obok jest twoja żona, z której wszystko wybijemy”.
W lipcu 1955 r. Tadeusz Płużański, w piśmie z więzienia we Wronkach (gdzie odbywał karę dożywotniego więzienia, po wcześniejszym skazaniu na śmierć) do Rady Państwa PRL, ujawnił szczegóły śledztwa: „Bito mnie. Czekało mnie coś gorszego. Ówczesny kierownik Wydziału Śledczego MBP płk J. Różański oświadczył mi, że oficerowie śledczy nie będą się ze mną ‘szarpali’, gdy mogą wybić z kogo innego to, co im jest potrzebne. Nie była to czcza pogróżka. W stosunku do żony mojej zastosowano system maltretowania, zalewania potokiem rynsztokowych wymysłów, deptania jej godności kobiecej. Szantażowano ją, że jeżeli nie podpisze wszystkiego, co podsuwają jej do podpisu, ja zostanę rozstrzelany. Była w ciąży. Spowodowano poronienie, które pociągnęło za sobą krwotoki (poronienie przeżyła w karcerze i nie udzielono jej żadnej pomocy lekarskiej). Doprowadzono ją do stanu krańcowego wyczerpania fizycznego i nerwowego, w którym traciła świadomość, bredziła, krzyczała, przerażona jakimiś zjawami”.
I właśnie to nienarodzone dziecko Stanisławy i Tadeusza Płużańskich, pracownik dzisiejszego Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL Jarosław Wróblewski nazwał najmłodszą ofiarą Rakowieckiej.
Za kratki nie trafił
Ponownie Ojciec spotkał Chimczaka w latach 70. na warszawskim Nowym Świecie: „Mogłem mu tylko napluć w twarz, ale tego nie zrobiłem. Nawet na to nie zasłużył”.
A tak Ojciec tłumaczył, dlaczego nie poszedł na proces „swojego” śledczego, kiedy ten był sądzony w połowie lat 90. ubiegłego wieku razem z Adamem Humerem: „Teraz miałbym go znowu oglądać? Podczas procesu ofiary musiały się tłumaczyć, przekonywać, że były bite”. Odczytano zeznania Ojca złożone w śledztwie.
Wspomniany proces zakończył się dla Chimczaka (w 1996 r.) wyrokiem siedmiu i pół roku więzienia, ale za kratki „ze względu na stan zdrowia” – podobnie jak większość sądzonych wówczas ubeków – nie trafił.