Piszę ten felieton we wtorek 18 czerwca, czyli po meczu Polska – Holandia. Mecz przegraliśmy 2:1, ale na pewno na Euro 2024 zagramy jeszcze dwa. A potem jak Bóg da. Jak zawsze.
Lubie piłkę nożną, nie będąc jednak zaciekłym kibicem nożnej – tak klubowej, jak reprezentacyjnej. Piłka nożna jest ze swej natury bardzo widowiskowa, na stadionach gromadzi tysiące ludzi, co daje bardzo interesującą atmosferę i szanse na ekscytujące przeżycia.
Nasze klubowe rozgrywki od ponad pół wieku nie są fascynujące, ale też ich poziom plasuje nasze ligę w końcówce Europy. Podobnie zresztą jest z naszą reprezentacją. Po wspaniałych sukcesach z czasów trenerów Górskiego i Piechniczka nie mieliśmy żadnych istotnych osiągnięć. Naszą reprezentację cechowała przykra przeciętność, brak ambicji władz PZPN, trenerów i oczywiście piłkarzy.
Zadziwiające jest w tym wszystkim to, że kibice bez przerwy i niezmiennie kochają reprezentację i przeżywają jej kolejne klęski. Trochę jest to miłość masochistyczna. Zresztą my Polacy lubimy sobie pocierpieć, bo czyni to nas wyjątkowymi. Tak uważamy i będziemy tej zasady bronić do kolejnej klęski.
Polski Związek Piłki Nożnej
Działacze, a po prawdzie suto opłacani pracownicy PZPN, przez lata przechodzą poprzedników i samych siebie, że zaskoczyć kolejną aberracją. Pamiętam, jak chyba za czasów prezesa Grzegorza Laty, PZPN zaskoczył Polaków próbą wprowadzenia nowego logotypu reprezentacji. Było to coś, co przypominało połączenie herbowego orła, piłki i kilku kresek totalnej abstrakcji. Gdy wybuchła afera, PZPN tłumaczył się, że właściwie to on jest organizacją prywatną, że owszem reprezentują oni Polskę, ale nie tak do końca.
Pamiętam również jakieś szalone zawirowania w sprawach dysponowania społecznymi pieniędzmi przez działaczy. Spowodowało to ingerencję władz rządowych, które wymusiły zmiany personalne we władzach PZPN. Wtedy to okazało się, że PZPN jest od lat opanowany przez „leśnych dziadków”, czyli startych, sprawdzonych działaczy, którzy bardziej dbali własne przychody niż o dobro polskiej piłki nożnej. Prawica widziała w tym nawet kontynuację starego układu z PRL-u. Prawda jednak była bardzo prościutka – PZPN został opanowany przez facetów dobrze się znających i umiejących dzielić się władzą, czyli pieniędzmi. Normalna szajka.
Trenerzy
Od lat panowało też we władzach PZPN przekonanie, że reprezentacja gra słabo, bo mamy marnych trenerów. Dalsze ciąg logiczny był taki – skoro zachód Europy gra od nas lepiej, to trzeba wziąć z zachodu trenerów. I ruszył zagraniczny zaciąg, za wielkie, niewyobrażalne dla polskich trenerów pieniądze. I co? Ano nic.
Pierwszym zagranicznym zbawcą naszej reprezentacji miał być Holender Leo Benhakker. Prasa witała go jak zbawcę, jak poprzednio witano w Polsce generała Józefa Hallera, gdy w 1919 roku na czele Błękitnej Armii przybył z Francji.
Holender nic nie osiągną, tyle, że nam naubliżał i ponarzekał. Generalnie – był zdziwiony bałaganem w zarządzaniu polska reprezentacją. Po Holendrze zatrudniono polskich trenerów: Stefana Majewskiego, Franciszka Smudę, Waldemara Fornalika, Adama Nawałkę i Jerzego Brzęczka. Niewiele osiągnęli, ot standard, żeby jakoś się przeczołgać do kolejnych mistrzostw świata i Europy. I żeby po rozegraniu trzech wstępnych meczy wrócić. Niektórym z tych trenerów to się udało, innym nie.
Jedynie Jerzy Brzęczek miał szansę osiągnąć coś więcej. Ale gdy kierowana przez niego reprezentacja zakwalifikowała się do kolejnych mistrzostw, zwolniono go, a na jego miejsce zatrudniono Portugalczyka Paulo Sousę. Odejście Brzęczka tłumaczono fakte, że w kadrze był konflikt, co się tłumaczy tak, że kliku piłkarzy nie lubiło go. W normalny kraju wyrzuca się z kadry rozrabiaczy, facetów o przerośniętym ego, a trener zostaje.
Sousa też niczego nie osiągnął, choć szumu wokół siebie robił dużo, zasłynął tym, że po prostu z Polski uciekł, bo w Brazylii obiecano mu w piłce klubowej większe pieniądze. Czy ktoś z PZPN odpowiedział za zaangażowanie takiego pajaca? A skądże.Potem byli trenerami: Czesław Michniewicz i Portugalczyka Fernando Santosa.
Michał Probierz
Obecnie trenerem reprezentacji jest Michał Probierz, trener doświadczony, z klubowymi sukcesami. Jako jeden z niewielu polskich trenerów lubi i wymaga od zawodników, żeby grali do przodu. To nie żart, bo większość trenerów z zagranicy (naszych też) próbowała z naszą reprezentacja zrobić coś magicznego, coś czego nie robi nikt na świecie.
Nasi mieli grać obronnie czym przebiegle mieli usypiać czujność przeciwników, po czym nagle, bez uprzedzenia, mieli robić dwa, trzy rajdy do przodu i strzelać bramki. Jedyny problem był w tym, że zanim przeciwnicy dali się nam uśpić, to już strzelali na dwie, trzy bramki. Przez sen.
Mecz z Holandią, świetnym zespołem, udowodnił, że możemy grać jak inni. Walczyć, szybko biegać i strzelać. Przegraliśmy, ale Probierz udowodnił, że nasi piłkarze nie są gorsi. Probierz miał też trochę „szczęścia”, że kilku „wielkich” złapało kontuzje i musiał ich zastąpić młodymi, szybkimi.
Ręce precz od pana Michał
Być może znowu nie wyjdziemy z grupy, może tak być. I wtedy znowu nastąpi coś, co następuje u nas zawsze. PZPN nie przedłuży kontraktu z Probierzem i zacznie szukać nowego zbawcy. Dlatego uprzedzam i mówię już teraz. Zostawcie pana Michała w spokoju. Dajcie mu czas. Dajcie też czas młodym szybkim.
Starszych piłkarzy należy uhonorować, odznaczyć, urządzić im mecze pożegnalne i „z żywymi naprzód iść”.
Elon Musk gwałtownie ogłosił i jak ogłosił, tak zrobił. Na portalu X, który kiedyś zwano Twitterem nie można już zobaczyć listy lajków pod postami. Widać ile osób dało serduszko, ale nie wiadomo kto. Zmiana jak zmiana, ciekawszy jest jednak efekt, który wywołała.
Jakże wszyscy lubią się na nie ścigać! Jednego serca tak mało, dwóch, a nawet tysiąca. A anonimowe trochę podejrzane. Mógł ktoś kupić. Ale przede wszystkim niefunkcjonalne, o czym wkrótce. Efektem jest dwudniowa dyskusja, debata, narzekania. Jak teraz dziennikarze i politycy mogą policzyć sojuszników, podlizać się albo nie?
I like?
A ileż to donosów na jednego lub drugiego noszono, nawet do prezesa, i do premierów, tego i tamtego, że tamten a tamten coś polubił? Nie dość tego, lajki były przyczyną najbardziej kuriozalnego uchylenia immunitetu przez Parlament Europejski czterem posłom PiS za to, że polubili materiał wyborczy własnej partii. O ciężkim tym przestępstwie powiadomił znakomite ciało zbiorowe pan Rafał Gaweł, który jest szefem ośrodka do spraw walki z rasizmem, faszyzmem, nazizmem i wszystkimi innymi -izmami, z którymi walcząc można nieźle zarobić. To ten sam pan Gaweł, który w nazistowskiej, faszystowskiej i rasistowskiej Polsce był skazany i ścigany listem gończym za złodziejstwo i oszustwa, jak przystało zresztą na szefa tak szacownego ośrodka.
You like?
Dzięki lajkom na portalu Elona Muska wszyscy skorzystali. Parlament Europejski dokonał kolejnego kroku na drodze ku nowej lepszej Europie, gdzie wszyscy mają takie same poglądy. Z kolei mniejszość wykazująca się jakimkolwiek krytycyzmem i intelektem mogła przekonać się, czym staje się Unia Europejska, a także jak pięknie stosowanie jej zasad zaczyna przypominać realną, dawną implementację konstytucji Związku Radzieckiego na terenie byłego Sojuza. Wszystko to dzięki panu Muskowi.
Ale ta drobna przecież lekcja pobudza do refleksji nieco głębszej. Zniknęły tylko lajki. A co by było, gdyby X zniknął, nie zmienił nazwy, nie zanonimizował polubień tylko zniknął? A co by było gdyby zniknął Youtube, Gmail albo Instagram. Abstrahując od faktu, że spełniłby się mokry sen ekipy Donalda Tuska i wiernych jej redaktorów o całkowitym odcięciu ludzi o innych poglądach niż oni. Odcięciu już nawet nie informacyjnym, a komunikacyjnym, bo przecież tryby prywatne, komunikatory to dziś podstawa wymiany informacji. Ale co by było ogólnie? Jakby wyglądała polska polityka bez Instagrama, który miał przemożna znaczenie dla ostatniego wyniku wyborczego i wszystkich narzucanych przez matkę Unię histerii społecznych w rodzaju walki o klimat?
We like?
Kojarzycie zapomniane ofiary wojny na Wschodzie, rosyjskie instagramerki, które rozpaczały publicznie w 2022 roku po inwazji Moskwy na Ukrainę? Rozpaczyły nie nad tym, że ich chłopcy jadą mordować ludzi i okupować sąsiedni kraj. Nie nad tym, że ci chłopcy mogą zginąć, i że zginą zabite przez nich ukraińskie kobiety i dzieci. Nie nad przyszłością Rosji, a nad tym, że Instagram je odciął. Straciły sens życia. Być może był to zresztą ostatni, jedyny element, który łączył je z ich zachodnimi koleżankami. Z polskimi koleżankami, którym życie, realne aspiracje, marzenia, cele, wspólnotę, zastępują kolorowe zdjęcia w telefonie. Całkiem jak politykom i dziennikarzom, którym krótkie informacje zastąpiły normalną debatę i rozmowę. I nam, ludziom szukającym informacji, którym jeden serwis video, Youtube, zastąpił medialny pluralizm, który dziś polega na wyborze między panem Czyżem, a panią Olejnik.
To co się dzieje na polsko-białoruskiej granicy od 2021 roku z całą pewnością jest jednym z największych kryzysów z jakimi Polska miała do czynienia od lat i niestety ma ogromy potencjał eskalacji. Stan alarmowy powinna jednak wywoływać również sytuacja na granicy z Niemcami. A ciągle jeszcze nie wywołuje.
Co prawda, ta sama władza, która jeszcze przed chwilą siarczyście pluła na polski mundur wraz z tabunem przygłupich celebrytów, cynicznych polityków, kłamliwych dziennikarzy i usłużnych samorządowców, nagle zapragnęła uchodzić za „obrońców granicy”, ale biorąc pod uwagę liczbę śmierci polskich żołnierzy i dramatyczną sytuację reszty, można chyba stwierdzić, że prawdziwi obrońcy granicy nie mogą liczyć na państwo, którego są funkcjonariuszami. A to, z naszego punktu widzenia, bardzo niedobry sygnał dla naszych wrogów i potencjalnych agresorów. Uśmiechnięta władza w Warszawie mówi im – polski żołnierz nie ma broni, a jeśli ma broń, to nie ma do niej amunicji, a jeśli nawet ma broń i amunicję, to będzie się bał ich użyć – czy mogli liczyć na lepsze zaproszenie do eskalacji? Obawiam się, że od wschodu nie zaznamy spokoju jeszcze długo.
Niemiecka operacja hybrydowa
Jednak, tak jak fakt prowadzenia operacji hybrydowej przeciwko Polsce przez białoruskie czy raczej rosyjskie służby, nie stanowi już tajemnicy nawet dla wielu spośród tych, którzy dopiero co gnoili polskich mundurowych kłamliwą narracją o „mordercach na granicy”, tak fakt stosowania podobnych środków wobec Polski przez Niemcy (ze świadomością różnic, ale przecież też wieloaspektowości procederu), przy bierności „uśmiechniętej władzy” w Warszawie, już nam umyka. A tymczasem, jak zbadała i opublikowała na łamach Tysol.pl Aleksandra Fedorska, trwa, a właściwie szybko narasta, cicha „relokacja” niemieckich nielegalnych imigrantów do Polski. Sama niemiecka policja federalna podaje, że tylko od 1 stycznia do 30 kwietnia tego roku do Polski wydalono 3578 imigrantów, a z różnicy danych niemieckich i polskich wynika, że co najmniej 37 z nich rozpłynęło się już w Polsce „we mgle”, co oczywiście natychmiast przywodzi na myśl „inżyniera” skaczącego po samochodach na warszawskim Gocławiu.
Zdrada interesów Polaków w zakresie ich bezpieczeństwa jest tu oczywista. Jednak jest też inny dramatyczny aspekt całej sytuacji. Otóż imigranci, którzy znaleźli się w Polsce w wyniku niemieckich pushbacków, często znajdują się w bardzo kiepskim stanie, głodni, bez butów. Kiedy trafiają do noclegowni, myślą, że są w więzieniu. Mało tego, według ich relacji, są bardzo źle traktowani przez niemiecką straż graniczną, twierdzą również, ze ta dokonuje selekcji na podstawie koloru skóry.
Oczywiście nigdy nie powinni się tu znaleźć, a jeśli się w ogóle znaleźli w Europie to przecież na niemieckie zaproszenie „herzlich willkommen”, a nie na polskie. Szokującym paradoksem jest jednak, że jeśli mają rację, to Niemcy traktują ich tak, jak niemieckie media od kilku lat, cytując lokalnych pożytecznych idiotów, kłamliwie opisywały metody polskich mundurowych. Metaforyczny nóż się w kieszeni otwiera.
Gdzie oni są?
Ale mało tego, skoro takie rzeczy dzieją się na polsko-niemieckiej granicy, to gdzie są ci wszyscy „broniący praw człowieka” celebryci? Dlaczego Barbara Kurdej-Szatan nie klnie pod adresem niemieckich morderców? Dlaczego Maja Ostaszewska nie szuka bucików niemieckich ofiar? Dlaczego Agnieszka Holland nie zapowiada filmu na temat tego co tam się dzieje? Dlaczego polskie i zagraniczne media nie wyją na temat „masowych grobów”? Dlaczego żaden Franek Sterczewski nie biega z niebieską torbą? Żaden Szczerba i Joński z pizzą? Żaden Frasyniuk nie wyzywa w TVN? Dlaczego żaden burmistrz przygranicznego miasteczka nie stawia pomników?
Muszę przyznać, że czuję się nieco skołowany. Znacie może odpowiedź?
W języku polskim jest 7 przypadków: mianownik, dopełniacz, celownik, biernik, narzędnik, miejscownik oraz wołacz. Żeby nie było zbyt łatwo, to mamy również cztery deklinacje: męską, żeńską, nijaką i mieszaną.
Z ciekawostek mamy i to, że w języku polskim występują także rzeczowniki, o bardzo nietypowej odmianie jak na przykład te rodzaju męskiego z końcówką „-anin” (wegetarianin). W liczbie mnogiej posiadają skrócony temat (tracą cząstkę „-in”) i w dopełniaczu odmiana rzeczowników tego typu będzie miała postać „wegetarian” lub „wegetarianów”
A teraz przystąpmyż do odnotowanych ostatnio przeze mnie wpadek językowych.
Nie ma biletów, są bilety
Robert Biedroń w „Kawie na ławę”, w TVN, 26 maja 2024 roku: „Źle by się stało, gdyby powstała jakaś nowa komisja śledcza, bo ludzie już nie chcą kupować bilety na takie spektakle.”
Mądrze powiedziane, ale niestety z dużym błędem językowym. Poprawnie powinno być: „…nie chcą kupować biletów”, a gdyby kupowali chętnie, to poprawnie będzie tak: „…chcą kupować bilety”.
Niestety, nawet ludzie z czołówek partyjnych ciągle mylą mianownik z dopełniaczem. Warto zapamiętać, panie europośle, żeby w Brukseli wstydu ojczyźnie nie robić.
Powszechny czy pospolity?
W interesującym programie o dawnych fortecach i fortyfikacjach, Polsat Play, 28 05 2024, ekspert mówi o twierdzy w Kłodzku, i naraz stwierdza, że twierdze były również więzieniami. Co zresztą znajduje potwierdzenie w języku polskim dawnych wieków, gdy pisano, że jakiś zbrodniarz, czy też przeciwnik polityczny „trafiał do twierdzy”. Twierdze bowiem, jako obiekty pilnie i dobrze strzeżone, gwarantowały władzom, że więzień nie ucieknie.
Na razie wszystko się zgadza. Ale w pewnym momencie ekspert stwierdza: „W twierdzach siedzieli, jak w więzieniach powszechni bandyci.”
I w tym stwierdzeniu ekspert od fortów racji nie ma. Mamy bowiem w języku polski dwa bardzo podobne do siebie pojęcia, ale z gruntu jednak różne: powszechny i pospolity. Zbrodniarz, bandyta może być pospolity, ale na pewno nie powszechny.
W prawie istnieją oba pojęcia, ale jednak każde z nich oznacza różne przestępstwa. I mamy: takie przestępstwa pospolite, jak:
Przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu (Rozdział XIX Kodeksu karnego)
spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu (art. 156 § 1-3 k.k.),
spowodowanie średniego uszczerbku na zdrowiu (art. 157 § 1-3 k.k.),
bójka i pobicie (art. 158 k.k.),
udział w bójce lub pobiciu z użyciem niebezpiecznego narzędzia (art. 159 k.k.),
narażenia człowieka na niebezpieczeństwo (art. 160 k.k.),
nieudzielenia pomocy (at. 162 k.k.).
2. Przestępstwa przeciwko bezpieczeństwu powszechnemu (Rozdział XX Kodeksu karnego)
sprowadzenie zdarzenia powszechnie niebezpiecznego (art. 163 k.k.),
sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa zdarzenia powszechnie niebezpiecznego (art. 164 k.k.).
Sięgnijmy jeszcze do słownika PWN i przypatrzmy się znaczeniu obu pojęć.
Pospolity znaczy: 1. często się zdarzający, spotykany lub powszechnie znany. 2. taki, jakich wiele. 3. mający odcień trywialności. 4. dawniej wchodzący w skład ogółu lub służący ogółowi.
Powszechny natomiast to: 1. dotyczący wszystkich rzeczy, osób, spraw itp.; 2. częsty, ogólnie znany i stosowany.
Tak więc Rzeczpospolita nie jest Powszechną. A teatry mające w nazwie Powszechny niekoniecznie są pospolite, choć tu akurat bywają przykre dla wyrobionego widza wyjątki.
Półtora, półtorej
Ceniona i wielka tenisistka (obecnie już nie grająca) mówi w telewizji i Idze Świątek: „Ona jest tak silna, że zamęcza przeciwniczki i już po półtorej seta one nie mają siły”.
Piękna opowieść, ale niestety z dużym błędem. Prawidłowo bowiem tenisistka powinna powiedzieć „półtora seta”, bo set jest rodzaju męskiego. Gdyby natomiast Iga Świątek wypijała szklankę i pół szklanki mleka dziennie, to trzeba by powiedzieć: „wypija półtorej szklanki”.
Półtora jest liczebnikiem ułamkowym oznaczającym jeden i pół.
Liczebnik półtora nie odmienia się przez przypadki, choć sam narzuca rząd dopełniaczowy rzeczownikowi, z którym się łączy – każdy rzeczownik występujący bezpośrednio po formach półtora lub półtorej musi pojawić się w dopełniaczu. W zdaniach półtora „przejmuje na siebie obowiązek składniowy” i „bierze odpowiedzialność” za łączenie się z innymi wyrazami. Dlatego też, jeśli przed liczebnikiem półtora występują przyimki, nie wpływają one w żaden sposób na formę rzeczownika połączonego z półtora . Poprawnie mówimy i piszemy zatem: za półtora miesiąca, od półtora roku, po półtorej godziny (nie: po półtorej godzinie), przed półtorej godziny (nie: przed półtorej godziną), po półtora tygodnia (nie: po półtora tygodniu), przed półtora tygodnia (nie: przed półtora tygodniem) i przed półtora miesiąca (nie: przed półtora miesiącem). Ale – uwaga! – jest jeden jedyny wyjątek: połączenie: przed półtora rokiem (nie – jak nakazywałaby reguła – przed półtora roku).
Półtorej kilometra, półtorej kilograma, półtorej roku – to są błędy nazbyt częste, niemal pospolite. Niby wszyscy i tak wiedzą o co chodzi, ale błąd jest błędem.
Kogo, co może desygnować trener
W czasie meczu piłki nożnej, na zakończenie rozgrywek Ekstraklasy, pomiędzy Radomiakiem a Widzewem, komentator mówi: „Te zmiany, które desygnował trener, przyniosły wymiar istotny”. I w jednym zdaniu mamy dwa potworki językowe.
Po pierwsze – desygnowanie (od łac. designare – wyznaczać), to wyznaczanie kogoś do pełnienia określonej roli, powoływanie do sprawowania pewnej funkcji, mianowanie na stanowisko. Desygnować można kogoś ważnego na bardzo ważne stanowisko, ale trener Widzewa wprowadził, jedynie na boisko nowych zawodników, więc gdzie tu jakaś desygnacja? Dlaczego więc sprawozdawca sportowy nie mówi o zmianach, ale o desygnacji? Bo uznaje, że tak jest poważniej. I myli się oczywiście, bo jest jedynie śmieszniej.
Druga rzecz – wymiar istotny. Kompletna ruina językowa. Bo chodzi tylko o to, że nowi zawodnicy na boisku mieli więcej sił, grali lepiej… Ale co ma do tego „wymiar istotny”? A może sprawozdawca był poprzednio sprawozdawcą parlamentarnym?
Maria Konopnicka napisała w 1908 roku piękny wiersz, nawiązujący do walki Polaków z germanizacją. Jednym z impulsów do powstania tego utworu był strajk dzieci polskich we Wrześni w 1901 roku. Muzykę napisał Feliks Nowowiejski – i tak powstał utwór, będący jednym z naszych najważniejszych hymnów narodowych. Nowoweiejski polski kompozytor pochodził z zaboru pruskiego, z Warmii.
Pierwotnie pieśń miała być przeznaczona dla krakowskich „Sokołów”. Po raz pierwszy wykonano ją publicznie, przez kilkuset chórzystów z terenów objętych zaborami, 15 lipca 1910 w czasie uroczystości odsłonięcia Pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie 500. rocznicę zwycięstwa wojsk dowodzonych przez Władysława Jagiełłę. Połączonymi chórami z całej Polski dyrygował kompozytor. Podczas pierwszej prezentacji pieśń nosiła tytuł Grunwald, później została wydana w druku jako Hasło, a następnie przyjęła się jej obecna nazwa Rota.
Prawdopodobnie bezpośrednim bodźcem do napisania wiersza był protestacyjny wiec kobiet w Poznaniu, 10 maja 1908 r., zorganizowany w odpowiedzi na pruską ustawę o wywłaszczeniu oraz sprzeciw wobec tzw. paragrafu kagańcowego w ustawie o zebraniach i stowarzyszeniach. Konopnicka ten poparła wiec, wysyłając z Jedlicz datowany na 10 maja list o treści: „Wiec Wielkopolanek pozdrawiamy. Wiecuje z Wami Polska cała, ufając, że umiłowaną dzielnicę Piastową uczynicie bohaterską redutą narodowego ducha”. 21 czerwca 1908 r. redakcja „Głosu Wielkopolanek” pisała: „Podziękę tę (za współpracę z pismem red.) w pierwszej linii składamy dzisiaj Zacnej Jubilatce Marii Konopnickiej za ostatni utwór pt. „Rota” łaskawie nam nadesłany. Niestety, ze względów karnej ustawy prasowej nie możemy dzisiaj umieścić go tak, jak wyszedł spod gorącego pióra Wielkiej Poetki”.
Rota zaraz po odzyskaniu niepodległości była poważną konkurentką Mazurka Dąbrowskiego do miana hymnu narodowego. Była tak popularna, że w okresie międzywojennym Polskie Stronnictwo Ludowe przyjęło ją jako swój hymn partyjny. Ponownie i oficjalnie uznano Rotę za pieśń PSL-u w roku 1990.
Co tak urzekło ludowców w tym tekście? Najpierw przeczytajmy tekst raz jeszcze.
Tekst Roty Marii Konopnickiej
Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród.
Nie damy pogrześć mowy,
Polski my naród, polski lud,
Królewski szczep piastowy.
Nie damy, by nas gnębił wróg.
Tak nam dopomóż Bóg!
Tak nam dopomóż Bóg!
Do krwi ostatniej kropli z żył
Bronić będziemy ducha,
Aż się rozpadnie w proch i pył
Krzyżacka zawierucha.
Twierdzą nam będzie każdy próg.
Tak nam dopomóż Bóg!
Tak nam dopomóż Bóg!
Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz,
Ni dzieci nam germanił,
Orężny wstanie hufiec nasz,
Duch będzie nam hetmanił.
Pójdziem, gdy zabrzmi złoty róg.
Tak nam dopomóż Bóg!
Tak nam dopomóż Bóg.
Nie damy miana Polski zgnieść,
Nie pójdziem żywo w trumnę,
W Ojczyzny imię i w jej cześć
Podnosim czoła dumne.
Odzyska ziemię dziadów wnuk.
Tak nam dopomóż Bóg!
Tak nam dopomóż Bóg
Nie damy pogrześć mowy
Mnie najbardziej urzeka wers, mówiący, że „Nie damy pogrześć mowy”. I tu się z Konopnicką zgadzam zupełnie. Czy wiersz jest dobry, biorąc pod uwagę jego wartość artystyczną? Nie wiem i nie muszę się wypowiadać. Bo nie w kategoriach doskonałości poetyckiej trzeba mierzyć Rotę. Podobnie jak dogłębna analiza Mazurka Dąbrowskiego, mogłaby zedrzeć z utworu piękno najwyższe, narodowe.
Podoba mi się również, że ludowcy wzięli Rotę za swój hymn. Jakby wprost czerpiąc z Wesela Wyspiańskiego – „Chłop potęgą jest i basta”. Choć i w tym przypadku, gdyby uważnie czytać Wesele, to okazałoby się Wyspiański nie do końca widział w chłopstwie siłę i zbawców ojczyzny.
Efektory Kosianiaka-Kamysza
Rozpisałem się o Rocie, bo mnie jasny szlag trafił, gdy wysłuchałem dnia 28 maja 2024 roku wystąpienia prezesa PSL-u, Władysława Kosiniaka-Kamysza. Kolejny raz prezes mówił tak, jakby miał zamiar odwrotny do Konopnickiej, jakby chciał „Pogrześć naszą mowę”.
Nie wiem dlaczego, ale wicepremier Kosiniak-Kamysz kocha wrzucać do swych przemówień obce słówka i niepolskie pojęcia. I to dlatego jego wystąpienia przechodzą ludzkie pojęcie.
Ostatnio mówił o obronności, czyli niejako zawodowo, bo jest też Ministrem Obrony Narodowej. I nagle, bez uprzedzenia mówi: „To jest nasz gejm czendżer (game changer)…”
Sięgam do słownika i okazuje się, że ów gejmczendżer to coś, co gwałtownie zmienia okoliczności sytuacji i wpływa na radykalną zmianę dotychczasowego postępowania w jakimś zakresie. Czyli coś co jest istotną, rewolucyjna zmianą. Ergo: Kosiniakowi-Kamyszowi chodziło o to, że nowe rodzaje uzbrojenia, które Polska kupuje, wniosą nową jakość do naszej armii, dadzą nowe, rewolucyjne wprost możliwości obronne.
Żeby na tym poprzestał, ale bogać tam sołtysie… Następnie zaczął mówić, że polska armia będzie miała nie tylko nowoczesne systemy ostrzegania, dozoru przestrzeni powietrznej i lądowej, ale że będziemy mieli również „nowoczesne efektory”. Czym są te efektory? Z kontekstu wypowiedzi ministra, że efektory to broń, która strzela i wybucha, począwszy od karabinów, a skończywszy na rakietach dalekiego zasięgu.
Dlaczego Konopnicka w grobie się przewraca
I tak to obecny prezes PSL-u za nic ma słowa hymnu swej partii. Gorzej, bo mówi tak, jakby świadomie kpił z wezwania Konopnickiej, żeby nie dać „pogrześć mowy”. Niestety Kosiniak – Kamysz grzebie polszczyznę, w każdej swej wypowiedzi.
Oczywiście wiem, że Kosiniak – Kamysz uważa PSL za partię nowoczesną. Wiem również, że z wykształcenia jest lekarzem. I wiem, że nie ma zaliczonego nawet szkolenia wojskowego dla studentów. Ale kto by nie był ministrem obrony, musi umieć mówić po polsku, bez efektorów i gejmczendżerów.
Zresztą nie tylko Konopnicka się w grobie przewraca, bo również trzeba by zmienić słynny wiersz Juliana Tuwima. I zamiast „Rżnij karabinem w bruk ulicy…” trzeba będzie napisać „Rżnij efektorem w bruk ulicy…”.
Język, panie wicepremierze, język, a nie efektory są pierwszą linia obrony polskości. I bez żadnego tam gejmczendżer.
15 czerwca 1952 r. w Londynie odeszła chyba najwybitniejsza polska kobieta-szpieg Krystyna Skarbek. Okoliczności jej śmierci do dziś budzą wątpliwości. Miała zostać pchnięta nożem w londyńskim hotelu przez Dennisa Muldowneya, irlandzkiego stewarda, którego oświadczyny wcześniej odrzuciła. Mordercę dziwnie szybko skazano i powieszono. Podejrzewa się, że działał na zlecenie sowieckiego NKWD, brytyjskiego wywiadu lub władz komunistycznej Polski.
Praca przed wojną w warszawskim przedstawicielstwie Fiata, gdzie miała kontakt ze spalinami, spowodowała plamy na płucach. To uratowało jej życie. Gestapo, które aresztowało Krystynę w styczniu 1941 r., wypuściło ją, obawiając się gruźlicy.
Z kolei lecząc się w Zakopanem, Skarbek nawiązała kontakty z ówczesną elitą Rzeczypospolitej, ale też przemytnikami alkoholu i papierosów. Znajomość ludzi, kryjówek i szlaków pomogła jej w czasie wojny pełnić misję tatrzańskiej kurierki-wywiadowcy.
Wiele wskazuje na to, że na niej wzorował się brytyjski pisarz Ian Fleming, były oficer służb specjalnych, tworząc postać Vesper Lynd – bohaterki swojej pierwszej powieści o Jamesie Bondzie – Casino Royale.
Urodziła się 1 maja 1908 r. w Warszawie jako córka ziemianina Jerzego Skarbka herbu Abdank i Stefanii, pochodzącej z łódzkiej zamożnej rodziny żydowskich bankierów Goldfederów.
Już od młodych lat jeździła konno, na nartach i wspinała się w górach, opanowała francuski, angielski i łacinę. Niezwykła uroda – którą wychwalał np. podróżnik i pisarz Arkady Fiedler – pozwoliła jej uczestniczyć w konkursie Miss Polonia w 1930 r.
Po wybuchu wojny znalazła się w Anglii, gdzie wstąpiła do tajnej agencji brytyjskiej SOE, powołanej przez Winstona Churchilla do dywersji na tyłach niemieckiej armii. Według nowego życiorysu była angielską dziennikarką Christine Granville, urodzoną w 1915 r., pracującą jako korespondentka na Węgrzech. Z Budapesztu trzykrotnie konspiracyjnym szlakiem przez Tatry przebijała się do okupowanej Polski. Razem z Andrzejem Kowerskim, ps. Andrew Kennedy, organizowała ucieczki Polaków, internowanych w węgierskich obozach do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Dzięki zebranym przez nich informacjom o ruchach wojsk Churchill wiedział, kiedy Niemcy zaatakują ZSRS. Brytyjski premier nazywał Polkę „piękną, inteligentną, piekielnie odważną, najlepszą moją agentką”. Współpracowała z głęboko zakonspirowaną polską organizacją wywiadowczą „Muszkieterowie”.
Gorzej było w życiu prywatnym. Krystynie nie udało się przekonać matki do ucieczki z Polski – Stefania Skarbek została zamordowana przez Niemców na Pawiaku w styczniu 1942 r.
Niezwykłe misje wywiadowcze pełniła w Wielkiej Brytanii, na Bliskim Wschodzie i we Francji. Podczas Powstania Warszawskiego jej wielokrotne wnioski o przerzut do kraju zostały odrzucone. W kwietniu 1945 r. zdemobilizowana w Kairze dostała odprawę zaledwie 100 funtów (roczna płaca wynosiła wtedy ok. 3000 funtów). Pracowała jako pokojówka w hotelu, telefonistka, sprzedawczyni w londyńskim domu towarowym Harrods, stewardesa na statkach pasażerskich. Aż do 15 czerwca 1952 r.
Chcemy żeby te chłopaki, które teraz się formują, przy okazji KnC, wyrośli na porządnych facetów, takich z krwi i kości, którzy będą potrafili odpowiedzialnie przejść przez życie – mówi Michał Bondyra, redaktor naczelny miesięcznika KnC. Pismo to zostało w tym roku uhonorowane nagrodą Laur Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Rozszyfrujmy ten tajemniczy skrót KnC…
„Króluj nam, Chryste!” to tradycyjne zawołanie ministranckie. Skrót powstał po to, żeby tę tradycję przedstawić w nowoczesny sposób, ale też zaintrygować. Mam wrażenie, że przez 20 lat istnienia KnC staramy się wciąż przekazywać tradycyjne wartości właśnie w taki nowoczesny sposób.
To „na dzień dobry” mamy już credo pisma.
Można chyba tak to streścić.
Ma być nowocześnie, bo odbiorca jest specyficzny?
To są młode chłopaki, nastolatki. My celujemy nie w małe dzieci, a bardziej w koniec szkoły podstawowej i liceum. I często pojawia się zarzut: dlaczego?
Podbijam pytanie…
Wybraliśmy taki przedział wiekowy, ponieważ to jest czas, kiedy chłopaki dojrzewają i odchodzą z ministrantury, a chodzi nam o to, żeby ich przytrzymać przy wartościach. Zawsze, kiedy przekonuję księży, dlaczego warto zamawiać KnC, mówię im, że największą wartością jest to, że z tych ministrantów wyrosną nawet jeśli nie księża, to ojcowie, którzy będą mieli konkretny kręgosłup moralny i którzy zaprowadzą potem swoje rodziny do kościoła.
Czyli nie formujesz pod kapłaństwo?
To też, tylko że ten odsetek kapłanów w całym społeczeństwie jest dużo mniejszy niż ojców w rodzinach. Z drugiej strony są badania, które pokazują, że 90 proc. kapłanów wywodzi się właśnie z ministrantury.
Zwykły chłopak czy święty młodzian na chmurce, unoszący się trzy metry nad ziemią?
Od początku – i to się nie zmienia – przyświeca mi myśl, żeby pokazać ministranta jako gościa, który oprócz tego, że wierzy, jest normalnym chłopakiem – gra w piłę, imprezuje. Tylko ma wartości. Chodzi raz w tygodniu w sobotę na zbiórkę i dwa razy służy do Mszy św. – i tylko te wartości wyróżniają go spośród rówieśników.
Jak duży jest to „rynek”?
Tego „rynku” w zasadzie nikt nie bada. Kiedy zaczynaliśmy, liczbę ministrantów szacowano między 200 a 300 tys. osób. W tej chwili myślę, że jest to bliżej 100-150 tys.
Mocny spadek, czyli odbicie sytuacji Kościoła w Polsce.
Sekularyzacja, zeświecczenie, brak powołań, pandemia…
Cofnijmy się o te 20 lat, do początków.Jak to możliwe, że wcześniej nie istniało pismo poświęcone stricte ministrantom?
W Polsce nie istniało. W Europie były bodajże dwa takie tytuły – konkretnie we Włoszech i w Austrii. Nie wiem nawet, czy jeszcze funkcjonują na rynku.
Taki pozytywny ferment zasiał chyba ks. Jakub Dębiec, który był w Watykanie, miał kontakty wiedeńskie i znał ministranckie magazyny. Obok mnie to zresztą chyba jedyny człowiek, który jest od początku w KnC.
Sam pomysł stworzenia pisma pochodzi natomiast od ks. Waldemara Hanasa, ówczesnego redaktora naczelnego Przewodnika Katolickiego i biskupa pomocniczego poznańskiego Grzegorza Balcerka – pierwszego po przerwie delegata KEP ds. Ministrantów.
A jak Ty się w tym znalazłeś?
To jest ciekawa historia. Dowiedziałem się, że gdzieś odbywa się coś
w rodzaju castingu na redaktora, który ma prowadzić nowe pismo. Na spotkaniu z ks. Hanasem usłyszałem, że w zanadrzu są dwa, trzy teksty, kilka mejli plus telefon i z tego trzeba zrobić pismo dla ministrantów.
To się chyba nazywa „okrągłe zero”.
Tak, tak naprawdę nie było niczego, zupełnie jak w Białymstoku (śmiech). I co zabawniejsze, pamiętam, że pierwsza redakcja KnC była w tym samym pokoju, co Mały Przewodnik Katolicki i pół na pół dzieliliśmy komputer na konkretne godziny „od – do” z redakcją mPK.
Na dodatek Ty byłeś ekonomistą w zasadzie, nie dziennikarzem.
I to ekonomistą gospodarki żywnościowej, ale pisanie nigdy nie sprawiało mi problemów.
A może ten ekonomista był właśnie potrzebny na początek?
Śmieję się niekiedy, że ta kwestia ekonomiczna była od początku ważna. I do dzisiaj z tego korzystam, bo ekonomia mocno wiąże się z matematyką i liczeniem.
Bo żeby ogarnąć takie pismo samemu, trzeba trzymać się twardo harmonogramów i ściśle ustawiać wiele spraw.
To było takie mozolne zdobywanie rynku?
Można powiedzieć – praca organiczna. Zorganizowana „obdzwonka” po księżach: słuchajcie, chcemy zrobić nowe pismo, będzie zerowy numer, może na początek weźmiecie za darmo. I tak dalej. Setki telefonów i wyjazdów, rozmów, często twardych… I tak to się rozkręcało.
Błogosławieństwo Prymasa Polski kard. Józefa Glempa.
Musiałeś przebijać się przez kurialne bramy?
Trochę tak. Nadal zresztą tak jest, że jeżdżę po Polsce do duszpasterzy diecezjalnych i do biskupów, pokazuję KnC, przekonuję, że warto. Ale też przez takie wyjazdy, robiąc przy okazji reportaże ze wspólnot ministranckich, docieram niejako do tych „dołów”.
Od początku miałeś pomysł, jak pismo ma wyglądać?
Ja się KnC uczyłem tak naprawdę z powstawaniem tego pisma. Nie będę udawał, że wszystko od początku wiedziałem. Aczkolwiek wizja była też już na starcie nakreślona przez ks. Waldemara Hanasa – i wydyskutowana w szerszym gronie – że zrobimy dwa główne bloki tematyczne: W komży i Bez komży – a więc o tym, co się dzieje w Kościele i o tym, co poza nim. Bardzo sensowny pomysł, zresztą do dzisiaj się tego podziału trzymamy.
Bez Komży, czyli?…
Sport, muzyka, chrześcijańscy raperzy, samochody, pasje, hobby, to, czym żyje każdy młody chłopak.
KnC to jest brand? Znany w całej Polsce?
Na pewno duszpasterze znają pismo.
Docieracie do wszystkich zakątków kraju?
Tak, choć z różnym skutkiem. Czasami jest 20-30 sztuk, a czasami po kilkaset do tysiąca egzemplarzy w diecezji. Był moment, że tworzyliśmy także specjalne dodatki diecezjalne. Taki sztandarowy dodatek to KnC Płock, który do dziś dobrze funkcjonuje na poziomie tysiąca egzemplarzy.
Jaki jest obecnynakład KnC?
Nakład średnioroczny to 5200 egzemplarzy, ale są miesiące, gdy dochodzi do 7 tys. sztuk.
Cały czas musisz zabiegać o rynek, podtrzymywać kontakty?
Tak, to jest cały czas konieczne, choć teraz już częściej telefonicznie. Kiedy pytają mnie o fenomen KnC, to odpowiadam, że są nim właśnie relacje. Bo jeśli zbudujesz relacje z duszpasterzami, którym zależy, i będziesz je podtrzymywał, to oni będą przekonani, że to pismo ma sens i warto je promować u siebie.
Macie konkurencję?
Oficjalnie nie, choć trochę w te buty wchodzi Mały Gość Niedzielny, który ma kąciki dla ministrantów.
Szata graficzna – od początku miało być nowocześnie, młodzieżowo?
Przede wszystkim chcieliśmy, żeby na pierwszy rzut oka było widać, że to nie jest pismo dla „boomerów”. Szata graficzna od początku była bardzo ważna, choć z czasem bardzo się zmieniała. Najpierw posiłkowaliśmy się fachowcami, którzy już byli w składzie Przewodnika Katolickiego, a z upływem lat zyskiwałem coraz większy wpływ na jej kształt. I do dzisiaj tak jest, że to ja mam jakiś koncept okładki i się ścieramy, ale ostatecznie staje zwykle na moim (śmiech).
Pomysły na zbiórki ministranckie to też Ty?
Nie, nieprzerwanie od lat robi je wspomniany już wcześniej ks. Jakub Dębiec. Blok ministrancki W komży wspomaga też cykl Formuj się, którego autorem jest ks. Kamil Falkowski, który – uwaga! – był ministrantem i sam czytał KnC. A teraz jest księdzem i pisze do nas.
Czyli taki janczar…
(śmiech) Tak, to taki nasz wychowanek.
W tej części KnC znajdują się także teksty związane z ceremoniarzami czy w ogóle z liturgią, słowniki liturgiczne i minilekcjonarz, czyli dodatek na każdy dzień miesiąca, z czytaniami mszalnymi i psalmami. Dziś rzecz jasna wszystko jest zdigitalizaowane, ale jeśli ministrant zapomni, może sobie przed samą mszą przeczytać i się dokształcić. Wielu wciąż z tego korzysta.
A skoro już mowa o rzeczywistości cyfrowej, to w Zbiórce i w Formacji łączymy przestrzenie papierowe ze światem wirtualnym. Dołączamy do pisma QR kody, pod którymi znaleźć można konspekty na gotową zbiórkę ministrancką, łącznie z wyliczeniem czasu, ile to zajmie i w jaki sposób ją przeprowadzić. I dostaję od księży głosy, że to rzeczywiście im pomaga w formacji.
A odzew chłopaków?
Chłopaki zaczynają zwykle czytanie KnC od trzech tekstów, czyli od komiksu, humoru i sportu (śmiech).
Czyli tak, jak się dawniej czytało, normalka. Sam zaczynałem od komiksów.
Jeśli chodzi o komiks, to też ciekawa historia. Przygotowuje go dla nas unikatowo ks. Piotr Kaczmarek, kiedyś duszpasterz służby liturgicznej, dziś rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Łowiczu. Robiłem z nim kiedyś materiał na temat jego komiksowej pasji i od słowa do słowa zaprosiłem go do współpracy.
Spotkanie z Janem Pawłem II w Rzymie w 2005 roku.
Przez te dwadzieścia lat poznałeś sporo wartościowych, fajnych chłopaków?
To prawda. Chłopaków, ale i dorosłych facetów, którzy kiedyś otarli się w jakiś sposób o ministranturę. Podobnie jak znanych ludzi, którzy także byli ministrantami.
A ministrantki?
Ministrantki u nas się nie pojawiają.
Właściwie, dlaczego nie?
Z prostego powodu – o ministrantkach w diecezji decyduje biskup miejsca. A ponadto z pragmatycznego przekonania, że dziewczyny i chłopaki w tym samym wieku inaczej się rozwijają. Te pierwsze są dojrzalsze, przez co wypierają trochę chłopaków z funkcji, są bardziej odważne. No i w Kościele, póki co, kapłanami są mężczyźni, a tak jak wcześniej rozmawialiśmy, 90 proc. księży wywodzi się ze służby liturgicznej.
Ci znani na łamach KnC?
Kamil Stoch na przykład. Rozmawialiśmy tydzień przed jego pierwszym zwycięstwem w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.
Był ministrantem?
Nie, ale jest lektorem i czyta lekcje. Nawet podczas zimowych Igrzysk Olimpijskich przed własnymi skokami brał wraz z innymi skoczkami udział we Mszy św. i czytał liturgię.
Kluczem dla mnie jest to, że to są ludzie wierzący, podzielający wartości KnC i którzy gdzieś mieli styczność z ministranturą.
Chcą się wypowiadać na łamach KnC?
Nie jest to takie oczywiste, ale są tacy, jak na przykład Tomasz Zubliewicz, Piotr Cyrwus, Sławomir Szmal czy Krzysztof Hołowczyc, którzy nie mają z tym problemu. Dla nich to też jest jakaś forma odwagi – mówią o wartościach i „dają twarz” w takim niszowym piśmie.
Stykasz się z młodymi chłopakami, a po latach ciekawe jest chyba „sprawdzam”.
To są niekiedy ciekawe historie. Tu od razu dodajmy, że w części KnC określanej Bez Komży jest rubryka Moje pasje, w której pojawiają się księża albo ministranci, którzy mają fajne, nietuzinkowe zainteresowania. I w niej ukazał się kiedyś materiał o 13-letnim chłopaku, który zaczynał mocno eksperymentować w kuchni i marzył o tym, żeby zostać topowym kucharzem. Po latach spotkaliśmy się i on był już wtedy szefem kuchni w Galerii Tumskiej. Ten chłopak to Mariusz Starosta, dziś także szef Wojowników Maryi.
Albo piłkarz Jakub Piotrowski, który dziś strzela bramki w reprezentacji Polski, a w turnieju o puchar KnC zdobył brązowy medal jako ministrant.
Skoro o piłce nożnej mowa…
To ważny element integracyjny. A właściwie dwa: piłka i pielgrzymki.
Mistrzostwa Polski Liturgicznej Służby Ołtarza w Piłce Nożnej Halowej o Puchar KnC to była oddolna inicjatywa lektorów z Elbląga z ks. Pawłem Guminiakiem na czele, który jest zresztą jedynym prezesem-księdzem klubu piłkarskiego, którego drużyna gra na szczeblu centralnym. Na pierwszy turniej w 2006 roku przyjechało 48 drużyn.
Dzisiaj mamy dziewiętnastą edycję – mistrzów przyjedzie 140-tu, czyli ponad 1,5 tys. ministrantów i lektorów, w trzech kategoriach wiekowych: ministrant, lektor młodszy i lektor starszy. I to są tylko mistrzowie swoich diecezji, a w każdej diecezji od setki do nawet 1,5 tys. chłopaków gra eliminacje, żeby dostać się do turnieju finałowego Po Pucharze Tymbarku to jest chyba drugi największy taki dziki turniej w kraju. To nasze dziecko.
Wspomniałeś też o pielgrzymkach.
Co dwa lata jako jeden z głównych partnerów działamy na rzecz ogólnopolskich Pielgrzymek Ministrantów i Lektorów. Pielgrzymowaliśmy m.in. do Częstochowy, Lichenia, Krzeszowa, Niepokalanowa, Gniezna, Gietrzwałdu czy na Święty Krzyż. W sumie wzięło w nich udział kilkadziesiąt tysięcy ministrantów z kilkudziesięciu polskich diecezji. W tym roku spotykamy się 15 czerwca w podlubelskiej Wąwolnicy.
Misja pozostaje niezmienna?
Chcemy dalej formować chłopaków. Każdemu, kto jest w tym środowisku, zależy, żeby Kościół był żywy. A żywy Kościół jest wtedy, kiedy facet nie tylko zaprowadzi rodzinę do kościoła, ale żyje na co dzień wartościami, Dekalogiem. Są zresztą takie badania amerykańskie, które pokazują, że jeśli głowa rodziny wierzy, to i rodzina jest wierząca. I to jest ważne. No i to, żeby te chłopaki, które teraz się formują, przy okazji KnC wyrośli na porządnych facetów, takich z krwi i kości, którzy będą potrafili odpowiedzialnie przejść przez życie.
A sam miesięcznik? Rynek prasy jest, jaki jest.
Rynek prasy się kurczy. To jest codzienna walka z jednej strony o to, żeby utrzymać się na rynku, a z drugiej – żeby poprzez nowe pomysły łączyć tradycję z nowoczesnością i zdobywać nowe obszary. Nawet teraz rozmawiamy z diecezjami, w których być może pojawi się dodatek do KnC.
Cały czas podkreślam, że dobre wartości trzeba świetnie opakowywać. Nie może być tandety, nie może być „kościółkowo”, czyli amatorsko, bez jakości. Pismo musi być atrakcyjne i mieć najwyższą jakość.
I to „opakowanie” zostało docenione w postaci tegorocznej nagrody specjalnej Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Jest to dla mnie duża radość i zaszczyt. W tym roku będziemy obchodzić z żoną 20-lecie ślubu i mogę powiedzieć, że pierwszym moim dzieckiem było KnC, a dopiero później nasi synowie.
Dziękuję za to wyróżnienie w imieniu całego zespołu, który współtworzył pismo przez te dwie dekady. Przede wszystkim odbieram to jako docenienie całego dzieła, tego, że przez tyle lat mimo przeciwności losu udało się wytrwać na rynku. Bez wielkich dofinansowań, utrzymując się samemu, czasami łokciowo, walcząc codziennie o dobrą sprawę. Głęboko wierzę, że prawdziwe dzieło formacyjne przetrwa i obroni się zawsze niezależnie od zawirowań ekonomiczno-politycznych.
Rozmawiał Stanisław Muszyński
O nagrodachLaur Wielkopolskiego Oddziału SDP 2024 można przeczytać TUTAJ.
Nie wolno zabierać cudzego czasu poprzez ględzenie, zajmowanie się sobą, przez publikację treści niedopracowanych. Bo wówczas trud zrozumienia, co chciałem powiedzieć, przerzucam na odbiorcę. Kradnę jego czas i uwagę. Publikacja powinna działać jak schody ruchome. Czytelnik staje na pierwszym stopniu i dalej tekst niesie go sam – mówi redaktor Wiesław Kot, uhonorowany tegorocznym Laurem Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Fot. archiwum W. Kot
„Miliiiiiii państwo” – zwrot, którym rozpoczynał Pan zwykle swój radiowy Kotonotatnik, brzmi niemal tak, jak filmowe „Good morning Wietnam”. Pański znak rozpoznawczy?
Z tym zestawieniem to nazbyt Pan łaskawy… Ale zasada – ten sam sygnał na początek – taka sama. I się sprawdza! Po prelekcji w którymś wielkopolskim domu kultury podchodzi starsza pani: „Pan nam od lat daje sygnał do śniadania. Jak tylko słyszymy Mili Państwo!, mąż zaraz idzie do ogrodu po warzywa, ja do spiżarni, tak że jak pan kończy mówić, to my akurat spotykamy się w kuchni”. Pokochałem tę panią miłością natychmiastową i bezwarunkową.
Nietypowa fanka, jak zresztą wszystko u Wiesława Kota… Spróbujmy to jednak trochę uporządkować. Pisarz, dziennikarz, felietonista, redaktor, wykładowca akademicki, krytyk filmowy. Co jest najważniejsze?
Najważniejsze – mieć coś do powiedzenia. Z tym miałem i nieustannie mam ogromne problemy.
Teraz Pan naprawdę przesadza.
Miałem przedwczoraj, wczoraj, dziś i jutro rano, kiedy siądę do laptopa, też będę je miał. Tyram i rzadko miewam zadowalające rezultaty. A zważywszy, że wszystko, co mówię przed kamerą czy mikrofonem, wcześniej piszę, to w rezultacie jest jak zwykle: poranek, kawa, pusty ekran laptopa i ja.
Ale jednak są gatunki, w których czuje się Pan gorzej, lepiej, najlepiej?
Broń mnie, Panie Boże, żebym w jakimkolwiek czuł się bodaj dobrze. Ten etap: już umiem, już potrafię, już wiem, to zawodowa śmierć. Od tego momentu kończy się rozmowa z (ewentualnym) odbiorcą, a zaczyna się produkcja tekstów.
Pan o śmierci, a ja chciałbym cofnąć się do początków. Kiedy i od czego zaczęła się Pańska przygoda z dziennikarstwem?
Zaczęło się od iluminacji. Na poznańskiej polonistyce w 1985 roku zaczynałem od prowadzenia ćwiczeń z przedmiotu Poetyka. Objaśniałem, co to jamb, trochej, synekdocha i sonet włoski. I wtedy miałem widzenie: zobaczyłem siebie w wieku 65 lat, czyli takiego, jakim jestem dziś. Zgorzkniałego, w wytartym garniturku, który w oczekiwaniu na emeryturę dalej objaśnia, co to jamb i trochej. Dziennikarstwo to tylko konsekwencja tamtego olśnienia.
I zamienił Pan wytarty garniturek i zakurzoną salę wykładową na redakcję „Wprost” – topowego w owym czasie tygodnika na naszym rynku prasy.
Topowy to on wówczas bynajmniej nie był. „Gazeta dorożkarska” w buraczkowo-fioletowej szacie – bo raz się wydrukowało tak, a raz odwrotnie. Naczelny, Marek Król, skończył przygodę z Komitetem Centralnym PZPR szybciej, niż się spodziewał i z bajecznych perspektyw zostało mu tylko to pisemko. W lot zrozumiał, że albo ruszy z nim ostro do przodu, albo – zielona trawka. Problem w tym, że nikt nie wiedział, co znaczy „do przodu”. A już na pewno nie wiedzieli tego rutyniarze z ówczesnych mediów. Akurat w tym czasie kompletowano obsługę do warszawskiego hotelu Marriott. Podstawowym warunkiem przyjęcia do pracy było to, że kandydat nie pracował wcześniej w żadnym polskim hotelu. Na tej zasadzie znalazłem się w redakcji.
Dziś wydaje się to nie do pomyślenia, ale były czasy, kiedy dziennikarz zajmujący się kulturą – a nie polityczny taran – mógł zostać zastępcą redaktora naczelnego jednego z najważniejszych tygodników opinii w Polsce…
Racja – dziś nie do pomyślenia. W ówczesnej Polsce kulturą żyliśmy bez porównania intensywniej niż dziś. Bo czym mieliśmy żyć? Podróżami, kulinariami, inwestycjami, motoryzacją? Kiedy zaczynałem pracę na Uniwersytecie, obliczałem, że na pierwszy samochód – przechodzonego małego fiata – stać mnie będzie w okolicach czterdziestki. A dzisiaj podróżujemy, inwestujemy, a wieczorem zasypiamy przy serialu Netfliksa. Jak wszędzie na świecie. Tylko nie u mnie. Bardzo się pilnuję, by każdego dnia czytać co najmniej dwie godziny.
Na czym polega unikatowy narracyjny „styl Kota”? O, ładnie się to ułożyło – rodem jak z dalekowschodnich sztuk walk.
Żywię ugruntowane przekonanie, że czas jest bezcenną własnością każdego z nas. Cudzej własności nie wolno podkradać. W moim przypadku – nie wolno zabierać cudzego czasu poprzez ględzenie, zajmowanie się sobą, przez publikację treści niedopracowanych. Bo wówczas trud zrozumienia, co chciałem powiedzieć, przerzucam na odbiorcę. Kradnę jego czas i uwagę. Publikacja powinna działać jak schody ruchome. Czytelnik staje na pierwszym stopniu i dalej tekst niesie go sam.
Sarkazm – jeden z głównych atrybutów w Pańskim arsenale. Niezwykle silna broń. Ale trzeba się z nią umiejętnie obchodzić.
Gorzką ironię uważam za konieczną w sytuacji, w której mógłbym popaść w banał lub w referat. Można powiedzieć, że Pałac Kultury to monstrualne brzydactwo, ale ja wolę formułę: mały, ale za to gustowny. O muzyce typu heavy metal można napisać, że łomot, a ja powiedziałbym, że to muzyka wprawdzie cicha, ale za to głęboka.
Ale Wiesław Kot bywa też poważny. Kiedy?
Nigdy nie bywam poważny, ale też nigdy nie żartuję.
Fot. archiwum W. Kot
Tak, tak, nawet kiedy Wiesław Kot tworzy coś tak poważnie brzmiącego, jak leksykon Sto najważniejszych scen filmu polskiego, to na okładce musi dyndać miś.
Jedyne, co mi się podoba w tej książce, to okładka. Powód? Dziś napisałbym to wszystko zupełnie inaczej.
Pytanie, które powinno paść wcześniej: jak powstawał „styl Kota”? Trzymam się uparcie tego określenia.
Komplemenciarz z Pana. Nie dopracowałem się własnego stylu. Nie stać mnie, jestem na to zbyt nieudolny. Mój sposób pisania nazywał się „Notatnik akademicki”, gruby zeszyt formatu A4, Zakłady Papiernicze w Strzegomiu. W latach 80. dostępny w każdym sklepie papierniczym. Skończyłem wprawdzie polonistykę, ale nie umiałem pisać po polsku. Nie znałem wagi słów, nie chwytałem niuansów. Z tym że co rano uparcie zaczerniałem stronice tego „Notatnika”. Pisałem i skreślałem, skreślałem i pisałem. Jak z zapisanej stronicy uzyskałem pół zdania, które uznałem za znośne, to już dzień nie był stracony. Coraz częściej myślę, że znów powinienem kupić sobie podobny notatnik.
O, to może zdradzi Pan przepis na dobry tekst?
Rzadko zdarza się nam napisać dobry tekst. Ale każdy następny powinien być lepszy od poprzedniego.
Mam wrażenie, że gdyby podstawić „Wiesław Kot” pod tytuł Marceli Szpak dziwi się światu – to wszystko się będzie zgadzać. Inspirują Pana małe, codzienne rzeczy, to, co spotykane za rogiem, w wycinkach starych gazet?
Lubię oglądać las poprzez liść, a morze w jednej kropli. Specjalistów od skali makro mamy tak wielu, że i tak bym się nie przebił… Jestem zresztą uzależniony od starych gazet, szpargałów, zatartych napisów, nieczynnych stacji kolejowych, parkingów na zapleczach galerii handlowych, pustych pokoi hotelowych. Był taki amerykański malarz – Edward Hopper. Ale co ja się będę wymądrzał…
Sztampowo zapytam o plany zawodowe na przyszłość, z nadzieją, że uratuje Pan to pytanie swoją odpowiedzią.
Umrzeć przy klawiaturze.
Nie tak szybko.Musi Pan jeszcze odebrać wyróżnienie – tegoroczny Laur Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. To poważna sprawa, żarty się skończyły…
Nie mam z tym nic wspólnego. To łaskawość Państwa, a nie moje „dokonania” stoją za tym wyróżnieniem. Gdy pomyślę, ilu kolegom ten laur należy się bardziej niż mnie, robię się czerwony jak piwonia z zażenowania i zawstydzenia. Kłaniam się więc i znikam.
Rozmawiał Stanisław Muszyński
O nagrodachLaur Wielkopolskiego Oddziału SDP 2024 można przeczytać TUTAJ.
W pobliżu Wieży Eiffla w Paryżu znaleziono pięć trumien. Owinięto je we francuskie flagi, a w pobliżu umieszczono plakat z napisem „Francuscy żołnierze, którzy zginęli na Ukrainie”. Jak podała gazeta „Le Parisien”, policja zatrzymała w tej sprawie trzy osoby.
„1 czerwca o godzinie 9:00 trzy osoby umieściły w pobliżu Wieży Eiffla pięć trumien o standardowych wymiarach, przykrytych francuskimi flagami i plakat upamiętniający ‘francuskich żołnierzy poległych na Ukrainie’” – podała gazeta, powołując się na źródło w policji
Dzięki szybkiej reakcji organów ścigania 38-letni kierowca furgonetki przewożącej trumny został zatrzymany. Zatrzymano także dwóch mężczyzn w wieku 25 i 17 lat, którzy prawdopodobnie planowali wsiąść do autobusu do Berlina. Jak wynika z publikacji, trzej zatrzymani okazali się obywatelami Bułgarii, Ukrainy i Niemiec. Badania wykazały, że wszystkie pięć trumien było wypchanych workami gipsowymi. Zatrzymani przebywają w areszcie, wszczęto śledztwo w sprawie popełnienia umyślnego przestępstwa – poinformowała paryska prokuratura. Jak napisały francuskie środki masowego przekazu, prowadzone jest śledztwo „w celu ustalenia, czy akcja ta została zorganizowana z zagranicy”. Jak podano, francuski wywiad ma podstawy sądzić, że za akcją może stać Rosja.
Natomiast w sobotę, 8 czerwca rano w Paryżu zatrzymano trzech obywateli Mołdawii, którzy namalowali graffiti z wizerunkiem trumien i napisem „francuscy żołnierze na Ukrainie”. Poinformował o tym „Le Figaro”, powołując się na prokuraturę.
Graffiti odkryto w piątek w siódmej dzielnicy Paryża, gdzie znajduje się Wieża Eiffla. Jak zauważa gazeta, nie wiadomo jeszcze, ile takich rysunków powstało. U podejrzanych znaleziono farbę, rękawiczki i szablony. Wcześniej informowano, że mieszkaniec Donbasu posiadający obywatelstwo Rosji i Ukrainy został aresztowany we Francji pod zarzutem przygotowania ataku terrorystycznego. Według doniesień mediów, mężczyzna jest podejrzany o zamiar produkcji i użycia materiałów wybuchowych przeciwko sprzętowi wojskowemu wysyłanemu przez Francję na Ukrainę.
Tymczasem, jak zauważyły również ostatnio światowe media, Rosja jest sprawcą śmierci i zniszczenia w wojnie na Ukrainie. I tak „The New York Times” opublikował artykuł „Co Ukraina straciła”, w którym doniesiono, że „Na rozległym terytorium rozdartym 1300-kilometrową linią frontu i poza jej granicami, na Ukrainie zostało w różnych miejscach doszczętnie zniszczone prawie 210 000 budynków”. Nawet jeśli wojna zakończy się jutro, w wielu miejscach jej skutki będą nieodwracalne. Korzystając ze szczegółowej analizy wieloletnich danych satelitarnych, eksperci gazety sporządzili mapę każdego zniszczonego miasta, każdej ulicy i każdego budynku. Skala jest trudna do zrozumienia. Na Ukrainie zniszczono więcej budynków, niż gdyby wszystkie budynki na Manhattanie zostały zrównane z ziemią cztery razy. Części Ukrainy, oddalone od siebie o setki kilometrów, wyglądają jak Drezno czy Londyn po drugiej wojnie światowej, czy Gaza po sześciu miesiącach bombardowań.
Rosja zniszczyła także na Ukrainie 106 szpitali (w tym 18 w Mariupolu), 109 kościołów (34 w Mariupolu), 708 szkół (237 w Mariupolu). NYT pisze: „Te szacunki nie obejmują Krymu i obszarów Ukrainy, gdzie dokładne dane nie są dostępne. Prawdziwa skala zniszczeń jest prawdopodobnie jeszcze większa i nadal rośnie”.
Czy są jeszcze w mediach ludzie, którzy mówią – przepraszam, myliłem się? Nie ze względu na to, że mogą wylecieć z obiegu, że stracą pracę, że zasięg spadnie, że odejdą reklamodawcy, a dlatego, że tak trzeba?
Nad sprawą zacząłem się zastanawiać po tym, kiedy łzy nad zabitym żołnierzem zaczęli lać rozmaici ludzie, z panią Kurdej-Szatan na czele i niejakim Czabanem, autorem tekstów o katordze, którą polscy faszyści urządzają profesorom i wzorcom z Sevres wieloletniego macierzyństwa za płotu granicznego. Nie zostało to przyjęte dobrze i zostać nie mogło. Prawda jest taka, że pani Kurdejowa będąc aktorką nieznaną z niczego poza znaną reklamą, i do niczego innego się nie nadającą, na swoim szczuciu na Straż Graniczną nie straciła, a zyskała. Nagle stała się bohaterką przybudówek Platformy Obywatelskiej w rodzaju Campusu Trzaskowskiego i letniego festiwalu młodzieży w Chorzowie… o sorry, festiwalu Owsiaka parodystycznie nazwanego niegdyś Woodstock. Wypłakiwała tam się nad swoim nieszczęśliwym losem, bo ona taka wrażliwa i zaangażowana, a taka nienawiść na nią spada ze strony dzikiego społeczeństwa. W końcu w nagrodę dostąpiła „powrotu do TVP”, czyli zaczęła być w niej lansowana, na co wcześniej absolutnie nie miała najmniejszych szans. Teraz postanowiła wyrazić swoje kondolencje, bo wiadomo, jednak trochę osób jej to pamięta. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie uderzało jednak w oczy w całym komplecie to, o czym napisałem powyżej. Babka szczuła na żołnierzy i strażników, zrobiła na tym karierę, teraz próbuje udawać jakąś przyzwoitość, ale ludzie widzą, że to udawana przyzwoitość, która siłą rzeczy, jest nieprzyzwoitością, a pewnie niektórzy nazywają to nawet dosadniej. No więc znowu, fala hejtu, płacz i zaraz znowu będzie pocieszanie kolejnym lansem. Tak się tu żyje.
Jeszcze oczywiście brakuje należytych podsumowań. Solidnych analiz tego, kto naprawdę jest ofiarą. Jeszcze z tydzień, zanim gazeta ta, co zawsze, opublikuje solidny, weekendowy, poruszający reportaż o cierpieniach, których doznają w tym trudnym czasie znani i zaangażowani Basia, Agnieszka, Maciek i inni. Agnieszka aż się boi już nie tylko o życie wtedy, kiedy przyjeżdża do Polski, czego zresztą unika, żeby się tym tutejszym syfem nie zarazić, ale zaczyna się bać Polaków, którzy wyjeżdżają. Może to i jedyny minus Unii Europejskiej. Nie wszyscy powinni mieć paszporty. Dzicz zamiast się cywilizować, roznosi zarazę.
Są owszem, choć rzadsze, niewzruszone postaci, w rodzaju niejakiego Boczka, faceta z jednym, ale dużym osiągnięciem, bo to on zmyślił ciężarną kobietę zrzucaną na drut kolczastych przez, jak ich z ruska nazywa to towarzystwo, „pograniczników”. Ten ani żalu, ani skruchy, drwi wręcz, że tym z drugiej strony płotu polskie władze nie wysyłają kondolencji.
Większość jednak choć na chwilę się zawahała. Co to będzie? W którą stronę to pójdzie? Jak ludzie zareagują? Czy się wojsko nie wkurzy? Już tak bywało nieraz. Po Smoleńsku. Albo wtedy, kiedy Polacy nie łyknęli historii o Janie Pawle II, jako promotorze pedofilii. W paru innych pomniejszych momentach były takie zawahania.
A gdyby ktoś zawahał się bez tego? Kiedyś to ludziom się zdarzało. Nadal się im zdarza, ale nie dziennikarzom. Niektórzy może boją się piekła, inni chcą się lepiej poczuć, a niektórzy po prostu uważają, że tak trzeba. Kiedy nie mają racji, się pomylą, zaszaleją czyimś kosztem pod wpływem emocji, to po prostu przepraszają. Nie tak, jak poeci i intelektualiści po śmierci Stalina. Jakby Ważyk nie pisał swoich rozliczeniowych poematów to byłby skończony, byłby bierutowskim komisarzem co chodził z pistoletem pod pachą i był bardziej srogi od innych. Choć trzeba przyznać, że poczuł wiatr zmian przed innymi.
Ale tu chodzi o to, żeby tak po prostu stwierdzić – źle zrobiłem. Nie po to, żeby w następnym zdaniu dodać, „a właściwie to dobrze, ale mnie źle zrozumiano”, nie dla fuchy w TVP, a dlatego, że tak trzeba. Chłopaki z podwórka w moim dawnym domu, jak popili i hałasowali w nocy to rano szli skacowani do sąsiadki z małym dzieckiem i ją przepraszali. Nic za to nie dostawali, nic im nie groziło. Ale po prostu było im głupio. Czuli, że źle zrobili. Do tej roboty by się nie nadawali. Byli zbyt honorowi, uczciwi i nie byli kanaliami.