„List”, chyba, z zachodniej Europy tłumaczy SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI „Czemu Ty nie chcesz umrzeć, Ukraino?”

List, najprawdopodobniej z Europy Zachodniej zatytułowano: „Czemu Ty nie chcesz umrzeć, Ukraino?”

Sławomir Jastrzębowski przetłumaczył ten list. Nie na polski, ukraiński, czy angielski, a na język ludzki. Czy europejski? Oceńcie Państwo sami. Jastrzębowski próbuje zrozumieć argumentację zachodniej części Starego Kontynentu wobec Ukrainy. Kraju walczącego z brutalną inwazją współczesnych barbarzyńców z Rosji i ich herszta Putina. Wszyscy Czytelnicy, szczególnie Ci o dużej wrażliwości i słabych nerwach poszeni są o wytrwanie do końca listu:

„Ukraino, Ukraino. Nie tak miało być. Czemu Ty nie chcesz umrzeć? Przecież umówiliśmy się, że odwrócimy głowy na 48 godzin, żeby Cię wziął do lasu, zastrzelił, zmiażdżył czaszkę gąsienicą czołgu, a część Ciebie, która przetrwałaby, trzymałby pod kacapskim butem. A Ty co? Wszystko zepsułaś, Ukraino. Po co Ci ta wolność? Do czego?

Czy myślisz, że Putinowi miło patrzeć, jak musi niszczyć Twoje miasta? Czy myślisz, że on chcę zabijać Twoje dzieci, Ukraino? Ty, go do tego zmusiłaś. Jemu jest coraz ciężej. Nam zresztą też. A przecież wszystko było ustalone. Żylibyśmy z Rosjanami dobrze, a nawet jeszcze lepiej. W jedną stronę płynęłoby więcej ropy i gazu, a w drugą więcej euro i nie byłoby nikogo, kto nie byłby zadowolony. Ciebie nie liczę, Ukraino. Ciebie miało nie być. To upraszczałoby sytuację.

Trochę by w ONZ ponarzekali, ale tam też już dużo naszych. Zresztą mamy naszych wszędzie. Nam wolna Ukraina do niczego nie jest potrzebna. Prawdę powiedziawszy wolna Litwa, Łotwa czy Estonia też nie. Bo do czego? Polska? Po kolei. Przyjdzie czas i na Polskę, świat przeżyje bez Polski. Tyle lat Polski nie było i był porządek. Interesy będą bez Ciebie Ukraino i bez Polski łatwiejsze. Bo te Polaki trochę jak Wy, Ukraińcy. Życie oddawać za wolność? Buntować się? Warto? Myśleliśmy, że się teraz za łby weźmiecie, Ty z tymi Polakami, że przeszłość zaczniecie sobie wypominać, ale nie.

Dziwne z Was narody. Miskę byście dostali i dach nad głową. Czego jeszcze chcecie? Wiemy, wiemy, wolności. Co Wy z tą wolnością? Na co Wam to? Zobaczcie na swoje zniszczone miasta. Na swoich bliskich, którzy zginęli przez Ciebie Ukraino, bo przez kogo? Warto? Czy Ty nie rozumiesz Ukraino, że my mamy kontrakty i interesy? A przez Ciebie musimy wycofywać z Rosji firmy? Ty wiesz jakie to są straty? Że co? Że Putin bandyta i morderca? Może i tak. No i? Przecież on od lat bandyta i morderca, cały świat wie i jakoś się przyzwyczailiśmy. Głównie swoich mordował i za mordę trzymał. Wiernym kundlom dawał jachty i odrzutowce.

My też karmimy swoje wierne kundle. Szczekają dla nas. Po ukraińsku i po polsku. Różnie. Szczekają z zacietrzewieniem i moralną wyższością, za moralną wyższość im dopłacamy. Z Putinem można było handlować. Nam tak za bardzo nie przeszkadza, że on Ciebie morduje Ukraino, potrafimy odwracać głowy. Tylko, że to za długo trwa i nasza opinia publiczna zaczyna się z tym źle czuć. Te obrazki Waszych zabitych dzieci…

Po co to pokazujecie? Wiesz Ukraino, jacy są ludzie. Mają te serca i uczucia. To komplikuje. Im dłużej Ty nie chcesz umrzeć Ukraino, tym bardziej komplikuje. Musimy udawać sankcje, a ukrywać przepływy pieniędzy coraz trudniej, bo coraz większa presja. Plan był dobry i perspektywiczny. Putin robi u siebie co chce, to jego sprawa. Jakoś byśmy zaakceptowali, gdyby do siebie dołączył Ciebie Ukraino i Polskę.

Wydalibyśmy kilka not oburzenia, ale przecież nikt nie będzie umierał za Kijów czy Warszawę. Po co? My chcemy mieć w domach gaz i wyjeżdżać na wakacje. Nikt się nie spodziewał, że Ty Ukraino będziesz tak walczyć. Putin obiecywał, że góra dwa dni. Dziwne. Jego błąd. Ma teraz wielki problem przez Ciebie, wszyscy mamy. Trudno powiedzieć co będzie. Czemu? Czemu Ty nie chcesz umrzeć, Ukraino?”

 

Ponoć oryginał tego listu jest już w jednym z europejskich archiwów…

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Dekomunizujemy!

Prezydent Trzaskowski przeprowadził w 2017 r. rekomunizację warszawskich ulic, mimo protestów kombatantów, wielu środowisk niepodległościowych i patriotycznych. Dziś, śladem apelu prezesa IPN, czas na usunięcie (symboliczne) zbrodniarzy oraz zdrajców i powrót bohaterów jako patronów ulic w Warszawie i całej Polsce.

„Uważamy, że komunizm w Polsce w latach 1939-1989 był systemem zbrodniczym i dalsze honorowanie również w przestrzeni publicznej zbrodniarzy, funkcjonariuszy i działaczy tego okresu nie ma jakiegokolwiek usprawiedliwienia i jest z gruntu szkodliwe dla społeczeństwa naszego kraju” – brzmiało oświadczenie Stowarzyszenie Rodzin Żołnierzy Wyklętych. – „Przypominamy, że propagowanie symboli i idei komunistycznych tak jak niemiecko-nazistowskich jest w Polsce zabronione i karane. Zakaz ten dotyczy również gloryfikacji osób będących funkcjonariuszami tych systemów. Podobnie jak nie wyobrażamy sobie nazywania ulic nazwiskami żołnierzy SS czy funkcjonariuszy NSDAP, tak też nie godzimy się na nazywanie ich mianem sowieckich aparatczyków”.

Sędzia Bogusław Nizieński, żołnierz Armii Krajowej i jej największego kontynuatora w czasie okupacji sowieckiej po 1945 r. – Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość w 2017 r. mówił: „Dziś my, weterani walk o niepodległość naszej Ojczyzny i represjonowani za wierność Polsce przez niemieckich, sowieckich i rodzimych zbrodniarzy komunistycznych, zwrócimy się z gorącym apelem do pana Rafała Trzaskowskiego, prezydenta Warszawy, do pani Ewy Malinowskiej-Grupińskiej, przewodniczącej Rady Miasta i wszystkich radny o nieprzywracanie nazw ulic i obiektów, które w jakikolwiek sposób upamiętniają osoby, organizacje, miejsca i wydarzenia propagujące zbrodniczy system totalitarny, jakim był komunizm”.

Argumenty historyczne i finansowe

Już wtedy, w 2017. rekomunizację chciał powstrzymać Instytut Pamięci Narodowej: „aby w poczuciu obywatelskiej odpowiedzialności, niezależnie od bieżących sporów politycznych, nowe władze samorządowe Miasta Stołecznego Warszawy odstąpiły od procedury przywracania już zmienionych nazw symbolizujących lub propagujących komunizm. Nazwy te były wyrazem hołdu dla ludzi i organizacji, które działały na rzecz zniewolenia Polski, przeciw jej niepodległości i przeciw wolności jej obywateli. Ich przywrócenie będzie działaniem nieprzystającym do szacunku dla ojczystej historii – szczególnie bolesnym w roku obchodów stulecia odrodzenia Państwa Polskiego”.

IPN dodawał ważny argument finansowy: „Wciąż jest możliwość przyjęcia najprostszych procedur, które uchronią stolicę przed wydawaniem środków publicznych na przywracanie nazw symbolizujących komunistyczne zniewolenie Polski a w wielu wypadkach symbolizujących także zbrodnie i nieprawości okresu stalinizmu”.

Prezydent Trzaskowski na te wszystkie apele i argumenty był odporny. I rekomunizację przeprowadził.

Dlaczego rekomunizacja? Bo wcześniej przeprowadzono w Warszawie (i w Polsce) dekomunizację ulic. Na mocy decyzji wojewodów zamiast totalitarnych patronów pojawili się nowi: polscy. Potem – po odwołaniu władz miast zdominowanych przez PO i niekorzystnych decyzjach sądów – ten proces został odwrócony i mieszkańcy musieli za to zapłacić. Zapłacić za powrót komunistycznych patronów.

Najpierw Gdańsk

Zanim wrócimy do Warszawy, przyjrzyjmy się rekomunizacji Gdańska, wówczas pod rządami Pawła Adamowicza (podobnie jak Rafał Trzaskowski skutecznie odwołał się od dekomunizacyjnych decyzji wojewody). Trzech komunistycznych patronów udało się zlikwidować: Dąbrowszczaków (ochotnicy XIII Brygady Międzynarodowej im. Jarosława Dąbrowskiego, którzy podczas wojny domowej 1936-1939 chcieli budować w Hiszpanii „totalitarne stalinowskie państwo” i służyli „zbrodniczej ideologii komunistycznej” – według określeń IPN), Leona Kruczkowskiego (pisarz, ale także członek komunistycznej Polskiej Partii Robotniczej, potem Komitetu Centralnego PZPR, wiceszef stalinowskiego Ministerstwa Kultury i Sztuki) i Mariana Buczka (przedwojenny komunista, członek Komunistycznej Partii Polski).

Dzięki temu swoje ulice zyskali: prof. Lech Kaczyński, były prezydent Rzeczpospolitej i Warszawy. Ignacy Matuszewski, minister skarbu w II Rzeczpospolitej, dyplomata, pułkownik Wojska Polskiego, oficer wywiadu (najbardziej zasłynął tym, że razem z Henrykiem Floyar-Rajchmanem we wrześniu 1939 r. ewakuował na Zachód i przekazał rządowi RP 75 ton złota Banku Polskiego). I Jan Styp-Rekowski, organizator i działacz Związku Polaków w Niemczech, aresztowany przez Niemców w 1939 r., zmarł w 1942 r. w obozie Sachsenhausen.

Wreszcie czas na decyzje skandaliczne. Swoje ulice zachowali:

Stanisław Sołdek, inżynier okrętowiec, przodownik komunistycznej pracy, poseł PZPR,

Wincenty Pstrowski, także przodownik pracy, górnik, rębacz dołowy, członek PPR,

Franciszek Zubrzycki, ps. „Mały Franek”, partyzant komunistycznej Armii Ludowej, przedwojenny komunista,

Józef Wasowski (właśc. Józef Wassercug), dziennikarz, przedwojenny członek warszawskiej loży „Kopernik”, powojenny poseł do komunistycznej Krajowej Rady Narodowej, pierwszy przewodniczący Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Tzw. prezydent Polski, a naprawdę sowiecki agent Bierut, przyznał Wasowskiemu Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski „w uznaniu wybitnych zasług położonych dla Demokracji Polskiej w dziedzinie publicystyki oraz pracy nad odbudową powojennego dziennikarstwa”. Dziennikarz Józef Wasowski to ojciec dziennikarza Jerzego Wasowskiego (Kabaret Starszych Panów), dziadek dziennikarza Grzegorza Wasowskiego (m.in. T-raperzy znad Wisły).

W końcu wymieńmy tych, którzy na ulice w Gdańsku wówczas nie zasłużyli:

Kazimierz Szołoch. Robotnik Stoczni Gdańskiej im. Lenina, współorganizator strajku w 1970 r. i 1980 r., działacz Wolnych Związków Zawodowych, Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, NSZZ „Solidarność”. Rozpracowywany przez bezpiekę, wielokrotnie szykanowany i zwalniany z pracy.

Henryk Lenarciak. Z Kazimierzem Szołochem łączyła go praca w Stoczni Gdańskiej, strajki 1970 r. i 1980 r., a także to, że uważał Lecha Wałęsę za TW bezpieki. Dzięki Lenarcikowi powstał w Gdańsku, przed brama stoczni, Pomnik Poległych Stoczniowców.

Anna Walentynowicz. Ikona, legenda Solidarności, Anna Solidarność.

Feliks Selmanowicz, ps. „Zagończyk”, żołnierz wileńskich brygad Armii Krajowej dwóch okupacji – niemieckiej i sowieckiej, zamordowany 28 sierpnia 1946 r. w gdańskim więzieniu przy ul. Kurkowej, razem z Danutą Siedzikówną, ps. „Inka”.

Żołnierze Wyklęci, działacze Solidarności. Polskie pokolenia, którym zawdzięczamy niepodległość. A ich przegraną w walce o z komuną „zawdzięczamy” Pawłowi Adamowiczowi.

Teraz Warszawa

Na początek ci, którzy szczęśliwie ulicę stracili:

Oskar Lange, ekonomista, ale też członek Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i Rady Państwa PRL, poseł na Sejm PRL, sowiecki agent.

W jego miejsce patronem ulicy został Tomasz Arciszewski, członek Polskiej Partii Socjalistycznej, jeden z przywódców Organizacji Bojowej PPS. Jeden z Ojców Polskiej Niepodległości, odzyskanej 11 listopada 1918 r., premier rządu Rzeczpospolitej w latach 1944-47.

Franciszek Bartoszek, członek sowieckich organizacji: Polskiej Partii Robotniczej i Gwardii Ludowej.

W jego miejsce patronem ulicy został Stanisław Pyjas, zamordowany przez komunistów 7 maja 1977 r. w Krakowie student Uniwersytetu Jagiellońskiego, opozycjonista.

Sylwester Bartosik, członek sowieckich organizacji: Komunistycznej Partii Polski, Polskiej Partii Robotniczej.

W jego miejsce patronem ulicy został Grzegorz Przemyk, maturzysta, śmiertelnie pobity przez milicjantów w Warszawie, zmarły 14 maja 1983 r.

Franciszek Zubrzycki „Mały Franek”, partyzant sowieckiej Gwardii Ludowej, przedwojenny komunista.

W jego miejsce patronem ulicy została Danuta Siedzikówna „Inka”, sanitariuszka V Wileńskiej Brygady Armii Krajowej mjr Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Zamordowana 28 sierpnia 1946 r. w więzieniu przy ul. Kurkowej w Gdańsku.

Wincenty Pstrowski, komunistyczny przodownik pracy, górnik, rębacz dołowy, członek PPR.

W jego miejsce patronem ulicy zostali Bohaterowie z Kopalni Wujek w Katowicach, spacyfikowanej przez juntę wojskową Jaruzelskiego w pierwszych dniach stanu wojennego. W wyniku zbrodni plutonu specjalnego ZOMO zginęło 9 górników.

Ul. 17 stycznia – na pamiątkę 17 stycznia 1945 r., czyli wkroczenia wojsk sowieckich do Warszawy.

W to miejsce patronem ulicy został Komitet Obrony Robotników, opozycyjna organizacja w PRL.

Kogo przywrócili, kogo usunęli

Teraz przypomnę, jacy patroni (komunistyczni) wrócili na stołeczne ulice, a z jakimi bohaterami (polskimi) musieliśmy się pożegnać. Poniżej większość z nich.

Wrócił Józef Lewartowski, członek sowieckich organizacji: Komunistycznej Partii Polski, Polskiej Partii Robotniczej, Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików). Kiedy w 1920 r. Armia Czerwona zaatakowała Polskę, został członkiem Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski z zadaniem organizowania władzy sowieckiej w powiecie bielskim. Kiedy w 1939 r. Armia Czerwona zaatakowała Polskę, rozpoczął współpracę z sowieckim okupantem na Kresach II RP.

Miejsca musiał ustąpić Lewartowskiemu Marek Edelman, lekarz, jeden z przywódców powstania w getcie warszawskim (ŻOB).

Wrócił Leon Kruczkowski (pisałem o nim wyżej).

Miejsca musiał ustąpić Kruczkowskiemu Zbigniew Herbert – niezłomny książę poetów.

Wróciła Aleja Armii Ludowej, podległej sowietom organizacji przestępczej, która pod płaszczykiem walki z Niemcami szczególnie zwalczała Polskie Państwo Podziemne i Armię Krajową.

Miejsca Armii Ludowej musiał ustąpić prof. Lech Kaczyński, były prezydent Rzeczpospolitej i Warszawy.

Wróciła Jadwiga i Witold Kokoszkowie, członkowie sowieckich organizacji: Polskiej Partii Robotniczej i Gwardii Ludowej (poprzedniczki AL).

Miejsca Kokoszkom musiał ustąpić Zbigniew Stypułkowski, polityk II Rzeczpospolitej, poseł na Sejm, adwokat, bezprawnie sądzony i skazany w moskiewskim procesie 16 przywódców Polskiego Państwa Podziemnego.

Wrócił Henryk Sternhel, uczestnik wojny domowej w Hiszpanii (1936-1939) po stronie bolszewików, członek sowieckich organizacji: Polskiej Partii Robotniczej i Gwardii Ludowej.

Miejsca Sternhelowi musiał ustąpić Marian Bernaciak „Orlik” – podporucznik Wojska Polskiego, żołnierz Armii Krajowej i Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość na Lubelszczyźnie. Zamordowany przez komunistów 24 czerwca 1946 r. we wsi Piotrówek.

Wrócił Wincenty Rzymowski, dziennikarz, w czasie II wojny światowej podjął współpracę z sowietami, członek sowieckiego Związku Patriotów Polskich, współtwórca tzw. Manifestu tzw. Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Stalinowski minister kultury i sztuki, oraz minister spraw zagranicznych, przywódca przybudówki PZPR: Stronnictwa Demokratycznego.

Miejsca Rzymowskiemu musiał ustąpić Przemysław Gintrowski, kompozytor, bard.

Wrócił Zygmunt Modzelewski, ekonomista. W 1945 r. ambasador RP w ZSRS, stalinowski wiceminister, a później minister spraw zagranicznych, członek Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i Rady Państwa PRL, poseł do komunistycznej Krajowej Rady Narodowej i na Sejm PRL.

Miejsca Modzelewskiemu musiał ustąpić Jacek Kaczmarski, poeta, prozaik, kompozytora, bard.

Wróciła ul. Dąbrowszczaków (pisałem o nich wyżej).

Miejsca Dąbrowszczakom musiał ustąpić Borys Sawinkow, rosyjski pisarz i polityk, odpowiedzialny za zamachy na carskich urzędników.

Wrócił Związek Walki Młodych, komunistyczna organizacja młodzieżowa, przybudówka sowieckiej PPR.

Miejsca ZWM musiał ustąpić Andrzej Romocki „Morro”, żołnierz Szarych Szeregów, kapitan Armii Krajowej, w Powstaniu Warszawskim dowódca 2. kompanii Rudy batalionu Zośka. Zginął 15 września 1944 r. dowodząc walką o utrzymanie przyczółka czerniakowskiego.

Wrócił Józef Balcerzak, elektryk, członek sowieckiej Komunistycznej Partii Polski.

Miejsca Józefowi Balcerzakowi musiał ustąpić Stanisław Kasznica „Wąsowski”, prawnik, polityk obozu narodowego, podporucznik Wojska Polskiego, podpułkownik i ostatni komendant główny Narodowych Sił Zbrojnych, zamordowany przez komunistów 12 maja 1948 r. w katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, jego zwłoki zakopano na „Łączce” Powązek Wojskowych.

Wrócił Stanisław Tołwiński, komunistyczny prezydent m.st. Warszawy w latach 1945-1950, poseł do komunistycznej Krajowej Rady Narodowej i na Sejm PRL, członek PPR/PZPR.

Miejsca Tołwińskiemu musiał ustąpić Maciej Kalenkiewicz „Kotwicz”, podpułkownik Wojska Polskiego, cichociemny, dowódca Okręgu Nowogródek AK, który zginął w walce z NKWD pod Surkontami 21 sierpnia 1944 r.

Wrócił Wacław Witold Szadkowski, członek sowieckich organizacji: Komunistycznej Partii Polski, Polskiej Partii Robotniczej (później PZPR), Armii Ludowej.

Miejsca Szadkowskiemu musiał ustąpić mjr Hieronim Dekutowski „Zapora”, cichociemny, żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, dowódca oddziałów partyzanckich Armii Krajowej, Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj i Zrzeszenia WiN. Zamordowany przez komunistów 7 marca 1949 r. w katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, jego zwłoki zakopano na „Łączce” Powązek Wojskowych.

Wrócił Stanisław Wroński, historyk, w czasie II wojny światowej członek sowieckiej brygady partyzanckiej, członek PPR/PZPR, W PRL minister kultury i sztuki, poseł na Sejm, członek Rady Państwa. Przewodniczący Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, prezes Zarządu Głównego Związku Bojowników o Wolność i Demokrację.

Miejsca Wrońskiemu musiała ustąpić Anna Walentynowicz…

 

HUBERT BEKRYCHT: Rosyjsko-niemiecko-francuski front albo oś Moskwa – Berlin – Paryż

Jak ja nie chciałem tego napisać. Nie mam jednak wyboru, bo nie pogodziłem się z próbą wywołania III wojny światowej przez Kreml. Putin od trzech tygodni prowadzi inwazję na niepodległą Ukrainę, a jego żołdacy, którzy – strzelając do cywili, zabijając dzieci i niszcząc mieszkalne osiedla – ów szatański plan realizują, mają możnych pomocników. Kto to? Po pierwsze trzęsące się ze strachu francuskie elity polityczne prezydenta Macrona. Po drugie, grono niemieckich sierotek po „żelaznej” kanclerz Merkel.

Zacznijmy od końca – Niemcy. Grupa ta, którą nazwałem sierotami po aktywistce komunistycznej młodzieżówki z b. NRD, doczekała się, po kilku miesiącach pośladkowego porodu, politycznego, chromego brata – lewicująco-lewacko-zielonego (tak zielonego!) kanclerza Scholz. Dziecko pobawiło się troszkę sojuszami, ale zrozumiało, co to wojna, którą po raz ostatni widziało na oczy pokolenie jego dziadków, przedtem ją wywołując, bądź będąc obojętnym.

Scholz zadrżał, kiedy groteskowy car podpisywał uznanie „ludowych republik” na wschodzie Ukrainy. Scholz zadrżał, kiedy w pierwszych dniach wojny Putin nie odbierał od niego telefonów. Scholz zadrżał, kiedy Niemcy w większości opowiedzieli się za pomocą militarną dla Ukrainy.

Scholz nie zadrżał, kiedy Rosja pogroziła atomowym paluszkiem. Nie zadrżał, bo albo jest głupi albo coś wie. Coś, czego nie wiedzą polityczne elit Berlina. Nadal Niemcy są najsłabszym ogniwem w koalicji antyputinowskiej, bo to właśnie Niemcy stworzyły Putina i jego otoczenie. To Niemcy nie mają zamiaru tracić na wojnie, bo przecież miały zarobić.

Scholz nie spodziewał się spójnego porozumienia w sprawie sankcji wobec Kremla. Nie przewidzieli też notable berlińskiego rządu, że większość państw NATO i UE będzie chciała obalenia Putina. Bowiem satrapa moskiewski jest teraz słaby, nie tylko politycznie. Czy Niemcy będą torpedowały dalszą militarną pomoc Ukrainie? I nie chodzi tu tylko o dostawy broni…

Drugim nieudanym politykiem Europy jest prezydent Francji Macron, który zachowuje się podczas inwazji na Ukrainę, jak wolontariusz swojej partii podczas kampanii wyborczej.

Nie ma sensu omawiać wszystkich cech, które przybliżają europejskiego Macrona do azjatyckiego Putina, ale jedna z nich jest wspólna także z Scholzem i kremlowskim dyktatorem – tchórzostwo. Strach przed tym, co będzie dalej, kiedy z rosyjsko-niemiecko-francuskiego frontu zrobi się zwyczajna oś Moskwa – Berlin – Paryż.

To nie przypadek, że w gronie premierów Polski, Czech i Słowenii: Morawieckiego, Kaczyńskiego, Fiali i Jansy – podczas wizyty w Kijowie i rozmów z prezydentem Żeleńskim – nie ma „przywódców Europy” Scholza i Macrona.

Oś Moskwa – Berlin – Paryż działa i jak to oś, przenosi pęd (do kasy) i drgania (wojna) na wóz (Rosję). Oj, niedługo ta oś się… urwie.

***

Aha, bardzo uważnie przyglądam się polskim publicystom, którzy owej rosyjsko-niemiecko-francuskiej osi kibicują a potem mówią, że nie wiedzą, co to kibicowanie. Zatem, oświadczam, że po wpisie na twitterze, ponoć kiedyś „prawicowego”, Pana Warzechy Łukasza na temat przedstawicieli polskiej delegacji składającej wizytę w Kijowie 15 marca 2022 r., nigdy – kiedy będę redaktorem naczelnym portalu sdp pl. – ów „publicysta” Warzecha Łukasz nic w mediach SDP nie napisze. Tak, to taka moja prywatna, uzasadniona dziejowo dziennikarska, wojenna i prewencyjna cenzura wobec osi złej publicystyki. I już jestem z tego dumny.

WALTER ALTERMAN: Starcie Zachodu z Dalekim Wschodem (3). Polska – wolność przede wszystkim

Rosja, Polska, Ukraina – starcie Zachodu z Dalekim Wschodem (3); Polska – wolność przede wszystkim

Paweł Jasienica w „Polsce Piastów” postawił tezę, że okres rozbicia dzielnicowego (od 1138 r. do 1320) był dla Polaków zbawienny. Nieistnienie centralnej władzy wymusiło na społeczeństwie szlacheckim w Polsce istotne rozumienie wspólnego interesu – twierdził Jasienica. Dało to podstawy do szanowania i cenienia wolności indywidualnej.

Złota wolność – rodowód

Z jednaj bowiem strony trzeba było dbać o własne sprawy (w ramach księstw), nie zapominając o fakcie, że w sąsiednich księstwach żyją ludzie mający ten sam język, pochodzenie i hołdujący wspólnym wartościom. Z drugiej strony – każda silna władza centralna jest opresyjna wobec poddanych – wymaga powinności na rzecz państwa i podatków.

To w okresie rozbicia dzielnicowego – zdaniem Jasienicy – ukształtował się charakter narodowy Polaków, to wtedy nasz naród „zakodowany” został raz na zawsze. Skoro bowiem nie było królów, którzy wszędzie w Europie byli właścicielami ziem i ludzi, byli prawodawcami i sędziami oraz naczelnymi dowódcami, zatem skoro królów w Polsce nie było, to władzę trzeba było wziąć we własne ręce. Władzę i odpowiedzialność.

Władza książąt dzielnicowych był słaba i dlatego książęta musieli „dogadywać się” ze szlachtą. W ten sposób szlachta stała się faktycznym władcą swego państwa. I wtedy to właśnie szlachecka relikwią stała się wolność. Nie oceniamy tu następnych wieków, na razie szukamy źródeł złotej wolności szlachty.

Dodajmy jeszcze jedno: Polska była fenomenem w Europie pod względem liczby szlachty, czyli  osób mających bierne i czynne prawo wyborcze. W większości europejskich państw szlachta stanowiła około 2 procent ogółu ludności. Natomiast w Polsce od 8 do 10 procent. To był bardzo dużo i ten stan rzeczy kształtował też siłę polityczną szlachty. Dla przykładu, uważa się, że rewolucja Cromwella uczyniła z Anglii demokrację, bo bierne i czynne prawo wyborcze uzyskało 2,5 procent ludności.

Jeszcze za czasów Piastów prymat władzy książęcej i królewskiej był oczywisty. Piastowie mieli naturalne prawa do ziem i ludzi. I zachowywali się jak na ówczesnych władców przystało. Liczyli się z ówczesnym rycerstwem, które potem przekształciło się w szlachtę, ale to książęta i królowie dokonywali nadań ziemi, to oni płacili za wyprawy wojenne. Ale też wszelkie nieposłuszeństwo karali „na gardle”. Piastowie zachowywali się jak właściciele przedsiębiorstwa, którego nazwa to Polska, Mazowsze, Małopolska, Wielkopolska itd. Byli jak najbardziej typowymi średniowiecznymi władcami.

Ze zgonem Kazimierza Wielkiego wygasła jednak prymarna linia Piastów. I to wtedy na scenę polityczną wchodzi szlachta. Oczywiście przewodzili jej możnowładcy, których Polska już się dorobiła. Zasady elekcyjności królów bardzo się szlachcie podobały. Bo w czasie interregnum i w czasie elekcji miała bardzo dużo do powiedzenia – tak w sprawach kraju, jak i swoim własnym interesie.

W historii mówi się o Piastach i Jagiellonach, tak jakby byli oni równorzędnymi królewskim rodami. Tak nie było. Piastowie byli królami „z natury”, a każdy z Jagiellonów był wybierany.

Lęk szlachty przed władzą dynastyczną

Po wygaśnięciu rodu Jagiellonów zaczęły się już prawdziwe problemy Polski, a problemem głównym była złota wolność szlachecka. Każdy kolejny wybierany władca Polski musiał szlachtę przekupić, dając jej nowe przywileje. A ponieważ królów wybierano często, to szlachta obrastała w prawa i opacznie rozumiane „wolności”.

Szlachta „nie zauważyła”, że to co było dobre w okresie rozbicia dzielnicowego, teraz gdy państwo rozrastało się, nieco uwierało, bo potrzebna była silna władza centralna, władza królów.

Za dużo wolności

Z czasem obce dwory chciały mieć wpływ na to kto zostanie królem Polski. Pojawili się w interregnum posłowie obcych państw, którzy namawiali do wyboru właśnie ich kandydata. Niestety nie ograniczali się oni jedynie do działań oratorskich i dochodziło do przekupywania elektorów. Rzecz jasna najwięcej brali magnaci, bo przy ich klamce wisiało mnóstwo braci kontuszowej, wokół magnatów tworzyły się „partie”. Te partie, niestety, nie zawieszały swej aktywności po wyborach. Skorumpowani magnaci mieli już na stałe, na swój polityczny użytek, skorumpowanych przez siebie pomniejszych szlachciców.

W czasach, gdy w państwach Zachodniej Europy, coraz większą siłę ekonomiczną przedstawiały miasta, w Polsce szlachta ograniczała coraz bardziej ich znaczenie. Dlaczego? Bo dobrze wiedziano, że wraz z siłą ekonomiczna miast będzie wzrastało ich znaczenie polityczne. A polityka w Polsce miała być zastrzeżona jedynie dla stanu szlacheckiego.

Mówiąc o dominującej roli szlachty i jej wolności, wyjaśnijmy też, że w dawnej Polsce nie wszyscy chłopi byli poddanymi. Przede wszystkim chłopi osiadli na Prawie Magdeburskim cieszyli się znaczną wolnością od danin i innych opłat na rzecz szlachty. Poza tym spora część chłopstwa była wolna lub korzystała z dużej wolności, np. w dobrach królewskich czy biskupich. W latach 20-tych XX wieku przeprowadzono badania antropologiczne w wybranych miejscach Polski. Wtedy okazało się, że np. chłopi z łowickich dóbr biskupich byli średnio wyżsi od pozostałych chłopów w Polsce o 12 cm. To ogromna różnica, świadcząca, że łowiczanie nie cierpieli głodu, że odżywiali się po prostu lepiej.

Formalnie i prawnie nie istniało w Polsce rozróżnienie na szlachtę wyższą i niższą, różnice leżały jedynie w zamożności. Rozróżnienie formalne istniało jeszcze w stanie rycerskim, kiedy to przewidywano odmienne kary dla rycerstwa wyższego i niższego, lecz ustrój demokracji szlacheckiej zrównał nominalnie w prawach wszystkich szlachetnie urodzonych. Z czasem jednak pojawiło się głębsze zróżnicowanie ekonomiczne, pojawiły się rody arystokratyczne, szlachta średnia i szlachta szaraczkowa, o różnym statusie społecznym, czasem różniąca się od chłopstwa jedynie kultywowaniem rodowej tradycji i odrębnym statusem prawnym.

Od XVII wieku stan szlachecki w Polsce staje się coraz bardziej zamknięty w sobie, dąży do podkreślenia swej wyjątkowości, także poprzez mitologizowanie swego pochodzenia wywodząc swe pochodzenie od Sarmatów. Szlachta coraz bardziej dba o legitymowanie się dokumentami rodowymi. Osoby legitymujące się świeżym szlachectwem, nie miały wielkich szans na wejście do starych rodzin, a małżeństwa zawierane między osobami szlachetnie urodzonymi z osobami o bardziej pospolitym pochodzeniu (również mieszczańskim) były postrzegane jako mezalians.

Podkreślmy i to, że w Królestwie nigdy nie było książąt, hrabiów, wicehrabiów i całej reszty oznaczonej tytułami magnaterii. Polska szlachta miała zagwarantowane statutami, że nikt nie będzie się tytułem wynosił nad nikogo. Nie wolno też było przyjmować żadnych tytułów z rąk obcych dworów.  Natomiast byli oni na Litwie i Rusi. Dlatego też, szczególnie po Unii Lubelskiej, pojawiły się w Rzeczypospolite tytuły.

Zabawną historią jest to, że już w XIX wieku nasz wielki komediopisarz Aleksander Fredro „zaczął się pisać” jak Aleksander hrabia Fredro. Tytuł uzyskał na austriackim dworze, co bardzo śmieszyło (ale po cichu) prawdziwych wyższych herbowych. Jeżeli komuś bardzo zależało mógł też zostać hrabią papieskim, wystarczyło przekazać Watykanowi odpowiednio dużą sumę. Ale każdy „hrabia papieski” był już powodem do jawnych już drwin.

Do końca XVIII wieku szlachta w Polsce cieszyła się licznymi przywilejami: wyłącznego prawa własności ziemskiej, wolności od uwięzienia przed wydaniem wyroku sądowego, prawo to nie przysługiwało nieposesjonatom, wolności od podatków z ziem folwarcznych, wolności od ceł przywozowych za towary nabyte za granicą na własny użytek, prawa do nabywania po niskiej cenie soli, wyłączności do korzystania z praw publicznych, wyłączności na dostęp do godności świeckich i publicznych.

Zaznaczmy, że szlachectwo nie dawało pełni praw, dopiero w powiązaniu z ziemiaństwem, czyli posiadaniem ziemi stanowiło obywatelstwo i stwarzało możliwości korzystania ze wszystkich wolności szlacheckich.

Zauważmy, że nie w każdej „ziemi” szlachty było tyle samo. W Rzeczypospolitej w XVII w ziemi łomżyńskiej szlachta stanowiła 47% mieszkańców, w ziemi wiskiej 45%, natomiast natomiast województwo bracławskie zamieszkiwał zaledwie 1% szlachty, krakowskiej 1,7%, ziemię wieluńską 2,45%, województwo sieradzkie 4,66%, województwo pomorskie 6,7%, w Wielkopolsce szlachta stanowiła 4,8% ogółu społeczeństwa.

Rokosz Zebrzydowskiego i wojny w imię wolności szlacheckiej

Lęk szlachty przed wzmacnianiem władzy królewskiej był stały i silny. Za przykład niech nam posłuży bunt szlachty przeciwko Zygmuntowi III Wazie w latach 1606–1607. Królowi zarzucano faworyzowanie jezuitów oraz cudzoziemców i przypisywano zamiar wprowadzenia władzy absolutnej. Z pewnością wiadomo, że dążył on do ustanowienia dziedziczności tronu, pozbawienia szlachty większości przywilejów i pozostawienia izbie poselskiej jedynie głosu doradczego, a nie stanowiącego.

Spór zaostrzyło ultrakatolickie nastawienie władcy, niechętnie widziane przez różnowierców oraz jego konflikt z wpływowym Janem Zamoyskim.

Bunt w latach 1606–1607 nazywamy rokoszem Zebrzydowskiego, lub rokoszem sandomierskim, w którym katolicy, jak i protestanci, magnateria, jak i szlachta walczyli o zabranie monarsze prawa rozdawnictwa zwolnionych urzędów i zmuszenia go do wygnania jezuitów i cudzoziemców.

Przywódcami buntu byli: marszałek wielki koronny Mikołaj Zebrzydowski, Jan Szczęsny Herburt, Stanisław Diabeł Stadnicki i podczaszy litewski Janusz Radziwiłł. Chcieli oni zdetronizować Zygmunta III Wazę, wprowadzić obieralność urzędników ziemskich na sejmikach oraz zmusić posłów do ścisłego przestrzegania instrukcji sejmikowych. O ten ostatni postulat buntowników walka toczyła się do samego końca Rzeczypospolitej. Chodziło w istocie o to, żeby poseł był jedynie biernym wykonawcą woli sejmików ziemskich.

Rokosz zakończył się zwycięstwem króla w bitwie pod Guzowem w 1607 roku, lecz wzmocnienie władzy królewskiej zostało udaremnione. Aby się przed nim ustrzec, sprecyzowano dawniejszy przepis o prawie do wypowiedzenia królowi posłuszeństwa, nakazano też senatorom rezydentom zdawać sprawę sejmowi z urzędowania przy boku monarchy. Król zgodnie z wolą magnatów (niechętnych wzmocnieniu jego władzy) odstąpił od wymierzenia kar buntownikom.

Rokoszanie ulegli, ale ich wspólna idea, idea złotej wolności, wyszła bez szwanku, tryumfująca, nawet uświęcona nowymi ustawami.

Prawo do występowania poddanych przeciwko władcy gwarantował artykuł konfederacji warszawskiej z 1573 roku, wysnuty z przywileju mielnickiego z 1501 roku, gdzie zapewniano senatorom prawo do uznania króla, który przekroczył swoje uprawnienia, za tyrana.

Egoizm wolności

Egoizm szlachty (jak każdy egoizm polityczny), zrazu wolno, małymi krokami, potem coraz szybciej i szybciej zaczął działać przeciw niej. Aż – pomijając już poszczególne przypadki – doprowadził do rozbiorów.

Krótkowzroczne rozumienie własnego interesu szlachty przejawiało się i w tym, że nie chciała dać wolności ukraińskim kozakom. Ze względów ekonomicznych byli temu przeciwni panowie ukraińscy, bo bali się utraty dochodów od niewolnego chłopstwa. Ze względów emocjonalnych i fundamentalistycznych sprzeciwiała się też szlachta Korony i Litwy. Danie jakiejkolwiek wolności Kozakom było dla szlachty niedopuszczalne, bo choć czasami biedniejsza, to nie chciała równać się z chłopstwem.

Spadek, nie do końca dobry

W tym miejscu mówimy tylko o podstawowych cechach narodu – obywatelskości i wolności. Te pozostały najważniejsze także pod rozbiorami.

Od połowy XIX wieku trwało wchodzenie reszty społeczeństwa (mieszczaństwa i chłopstwa) „w buty szlachty”. Były pozytywy takiego dziedzictwa, ale była też kontynuacja negatywnych cech szlacheckiego myślenia. Tak więc etos wolności i obywatelskości „trafił pod strzechy” i przyczynił się walnie do odrodzenia państwa. Ale przy okazji znalazły swych kontynuatorów w nowych warstwach: brak głębszej refleksji nad istotą państwa, przedkładanie własnego interesu nad dobro ogółu, organiczna wręcz skłonność do popisywania się przed innymi majątkiem i pozycją społeczną.

Gdybyż to szlachta nasza potrafiła się samoograniczyć w korzystaniu z własnej wolności, może inaczej potoczyły się nasze dzieje. Pewności nie ma, ale że nikt nie próbował to też prawda.

 

 

 

WOŁODYMIR SIDORENKO: Rzeczpospolita Dziecięca w Kazimierzu. SDP ratuje dzieci z Mariupola przed Rosjanami

W rodzinnym mieście dzieci mieszkających teraz w Domu Dziennikarza SDP trwa wojna, którą historycy nazwali już największą wojną w Europie od czasów II wojny światowej. Rosyjscy barbarzyńcy kierowali rakiety w budynki mieszkalne i w szpitale położnicze. Dziennikarze piszą, że Putin zamienia Mariupol w nowe Aleppo.

https://www.radiosvoboda.org/a/novyny-pryazovya-blokada-mariupolya-putin-zhdaniv/31745141.html

Niemal na całym świecie ratowane są ukraińskie dzieci, które doznały zagrażających życiu obrażeń. Poważne są też te psychiczne. Podwójną traumę przeżywają podopieczni domu dziecka w Mariupolu, które znalazły schronienie w domu SDP w Kazimierzu nad Wisłą.

Oglądanie zdjęć ruin miasta po bombardowaniu jest trudne i bolesne.

https://www.bbc.com/ukrainian/features-60710525

W Domu Dziennikarza w Kazimierzu Dolnym jest teraz prawdziwa „dziecięca republika”. Najmłodszych przyjęło tutaj Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Pobyt w Kazimierzu został zorganizowany w porozumieniu z Domami Miłości i Rodzin dla Sierot, Kościołem Nowego Testamentu w Lublinie oraz Lubelskim Komitetem Pomocy Społecznej na Ukrainie „Homo Faber”. Ponad 60 dzieci w różnym wieku z sierocińca w Mariupolu przywiozła do Kazimierza amerykańska organizacja Loving Homes and Families for Orphans.

Te dzieci nie wiedzą w co Rosjanie zamienili ich rodzinne miasto, po prostu nie mówi się im się tego, nie pokazuje się im zdjęć ze zbombardowanego miasta. Opiekunowie starają się uchronić dzieciaki przed trudnymi tematami związanymi z wojną. Dzieci są wesołe, interesują się wszystkim, wiele z nich uczy się pożytecznych rzeczy, niektóre dużo czytają. Kazimierz Dolny to małe miasto artystów i niezliczonych galerii sztuki. Ten kurort stał się dla dzieci z Mariupola azylem.

Dyrektor Domu Dziennikarza w Kazimierzu Dariusz Popławski opisuje pobyt najmłodszych gości z Matiupola.

– Opiekunowie i animatorzy dbają o dzieci. Jesteśmy w kontakcie z naszym ośrodkiem zdrowia, pod którego stałą kontrolą są nasi mali goście – podkreśla.

– Niedawna kontrola z Puław w nie wykazała uchybień, w jakości zakwaterowania i wyżywienia. Dzieci z opiekunami mieszkają w przestronnych, dobrze wyposażonych pokojach dwu lub trzyosobowych z łazienką – powiedział Popławski.

– Mamy tu miedzy innymi przestronny pokój artystyczny, kino, pokój gier z grami planszowymi, bilardem, piłkarzykami. Dzieci spędzają wolny czas na siłowni lub, przy sprzyjającej pogodzie, na świeżym powietrzu  – zaznacza dyrektor. Dodaje, że nie ma powodu, aby korzystać z pomocy amerykańskich wolontariuszy w opiece nad dziećmi.

Dwa, a czasem trzy razy w tygodniu w Domu Kreatywności jest lekarz, który udziela konsultacji i w razie potrzeby może przepisać skierowania do innych specjalistów. Medyk pracuje społecznie.

Dzieci z Mariupola przebywających w Kazimierzu odwiedzili greccy dziennikarze z Aten, przygotowujący materiały o inwazji i pomagający ukraińskim dziennikarzom. Delegacja w składzie: Maria Antoniadu, prezes Związku Dziennikarzy Dzienników Ateńskich (JUADN), George Gavalas, drugi wiceprezes, Machi Nicolaro, sekretarz ds. specjalnych i George Votskaris, członek zarządu, przywiozła dzieciom prezenty. Przygotowali też relację o nich dla greckiej telewizji.

Zainteresowanie greckich dziennikarzy dziećmi-uchodźcami z Mariupola tłumaczyli tym, że miasto to zostało założone przez greckich chrześcijan, którzy za panowania rosyjskiej carycy Katarzyny II zostali przymusowo wydaleni z Bachczysaraju przez feldmarszałka Suworowa wraz z ormiańskimi chrześcijanami. Na Krymie mieszkali głównie w osadzie Maryam-dere, więc kiedy przenieśli się do regionu azowskiego, założone przez nich miasto nazywało się Maryampol, a z czasem nazwa ta została przekształcona w Mariupol. Grecy, w pewnym stopniu, uważają obecną populację Mariupola za spadkobierców swoich przodków.

W dniu wizyty ateńskich dziennikarzy w Domu Dziennikarza w Kazimierzu odbyła się niecodzienna degustacja. Organizatorzy dowiedzieli się, że dzieci z sierocińca nigdy nie były w popularnym barze fast food. Zorganizowali więc ucztę – kupili wszystkim zestawy słodyczy, duże burgery i napoje. Kiedy dzieci przyszły na obiad, ucieszyły się, widząc na stołach duże czerwone paczki, a pod koniec obiadu były już tylko puste pudła.

– Z tymi dziećmi nie jest łatwo  – mówią wychowawcy.  – Faktem jest, że wiele z nich doznaje urazów nerwowych z powodu utraty rodziców, tragedii wojny, a czasami ich zachowania nie można po prostu wytłumaczyć – opisywali. Dorośli życzliwie i czule odnajdują drogę do zbolałych dusz – podkreślali opiekunowie.

Dzieci jedzą trzy razy dziennie. To wysokiej jakości i urozmaicone jedzenie, dostosowane do dziecięcych potrzeb. Posiłki przygotowuje się kuchni Domu Dziennikarza, gdzie „dowodzi” szefowa Pani Renata.

Państwo polskie, a także Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich finansują pobyt ukraińskich dzieci. Wiadomo, że Polska przyjęła już blisko 1,8 mln uchodźców z Ukrainy (stan na godz. 9 w poniedziałek, 14 marca 2022 r), a to ogromny koszt i nadzwyczajne obciążenie całej infrastruktury Polski.

Wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP Jolanta Hajdasz, która zajmuje się organizację pobytu uchodźców w Domu Dziennikarza nie ma odpoczynku nawet przez minutę. Dzwoni do dziesiątków urzędników, kontaktuje się z organizacjami międzynarodowymi.

– Obecnie te dzieci i inni uchodźcy otrzymują wszystko, czego potrzebują. Możliwości SDP nie są jednak nieskończone. Nikt nie wie, kiedy Putin zostanie zmuszony do zakończenia wojny. Dlatego już teraz musimy patrzeć w przyszłość i znaleźć dodatkowe środki nie tylko na pomoc uchodźcom przez miesiąc lub dwa, ale także po to, aby móc ich utrzymać – tłumaczyła Hajdasz.

Oprócz dzieci z Mariupola kazimierski ośrodek SDP gości ponad 40 uchodźców z różnych regionów Ukrainy, którym również zapewniono zakwaterowanie i wyżywienie.

Nadia Liwińska wraz z młodszym bratem i matką została ewakuowana do Polski natychmiast po bombardowaniu ich miasta – Łucka.

– Jest tu kilka rodzin z Łucka. Zostaliśmy bardzo dobrze przyjęci, nawet nie spodziewaliśmy się tak ciepłego powitania. Wszystko jest bardzo dobrze. Wielkie podziękowania dla Polaków za wszelką pomoc Ukraińcom. Rozumiemy, jakie to trudne, ale wiemy, że wszędzie jest tak jak tutaj. Mieszkamy w przytulnych pokojach, jemy zdrowo i smacznie – podsumowała Liwińska.

Uchodźca Dmytro Rahimov również pochodzi z Łucka.

– Można powiedzieć, że tutaj poczuliśmy się bezpiecznie – uratowano nas przed rosyjskimi pociskami i bombami. Troszczą się o nas, martwią. Jesteśmy bardzo wdzięczni narodowi i państwu polskiemu, a także Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich za udzielenie nam schronienia  – powiedział. Dymytro.

Społeczeństwo polskie, mimo wszystkich problemów, z otwartymi ramionami przyjęło uchodźców z Ukrainy. Polacy rozumieją, że, podczas gdy ci ludzie uciekają przed rosyjskimi bombami, ukraińscy żołnierze na swoim terytorium walczą z rosyjską inwazją, bo inaczej wojna mogłaby objąć całą Europę. Moskiewcy propagandyści starają się oczernić Polaków. W Internecie krążą szalone kremlowskie dezinformacje, że te dzieci z Mariupola mają rzekomo trudności i nie są pod dobrą opieką. Co więcej, ostatnio rozeszła się fałszywa pogłoska, że ​ mogą być wywiezione do Stanów Zjednoczonych.

Matthew Shea,  rzecznik Loving Homes and Families for Orphans i pastor jednego z kościołów ewangelickich tak skomentował moskiewskie fałszywki: –  Tak fantastyczne kłamstwo mogło powstać  tylko w chorej głowie. Ani my, ani nasi partnerzy nie mamy zamiarów wywiezienia dzieci do USA. Ponadto nie jest to możliwe ani prawnie ani organizacyjnie – podkreślił Shea.

– Pracujemy tutaj, aby ratować bezbronne dzieci przed wojną. Oczywiste jest, że agresorowi się to nie podoba. Nie trzeba zabierać dzieci do Stanów Zjednoczonych, mają w domu SDP w Kazimierzu wszystko, czego potrzebują  – zapewnił.

„Czas mroku” ponownie obejrzał WALTER ALTERMANN: przydałby się Zachodowi ktoś podobny do Churchilla

Po raz pierwszy widziałem ten film kilka lat temu i byłem poruszony jego artyzmem. Teraz jednak zrobił na jeszcze większe wrażenie, bo trudno nie odnosić „Czasu mroku” do obecnych trudnych dni i inwazji rosyjskiej na Ukrainę.

Rzecz rozgrywa się w maju i czerwcu 1940 roku. Niemcy najechały Francję, Belgię, Holandię i Luksemburg. Na francuskiej ziemi trwa walka, w której bierze udział 300 tysięcy brytyjskich żołnierzy. Wojna spycha armię Zjednoczonego Królestwa coraz bardziej ku morzu, w okolicach Dunkierki.

Nie batalistyka jednak stanowi tutaj główny wątek. Tematem tego wielkiego filmu jest duch i siła woli jednego człowieka. Jest nim Winston Churchill, który 10 maja 1940 roku został premierem. Stają przed nim pytania: walczyć czy negocjować, poddać się czy rozpętać kolejną Wielką Wojnę? I jak w każdym dobrym filmie, tak jak w życiu, bohater jest sam. Jego koledzy z rządu są słabi i myślą jedynie o dalszym utrzymaniu się u władzy. Oni są politykami jedynie na czas błogiego pokoju.

Churchill mówi do członków swego rządu: Być może, niektórzy z was uratują własne majątki, ale nad Pałacem Buckingham i nad zamkiem w Windsorze, zawiśnie hitlerowska flaga, będzie szalało Gestapo i wszyscy staniemy się niewolnikami tego, tego… człowieka.

Jedną z postaci drugiego planu jest były premier Chamberlain, osławiony radością z jaką na stopniach samolotu machał aktem podpisanym w Monachium, a który był zgodą Wielkiej Brytanii na oddanie Hitlerowi Czechosłowacji. Chamberlain to chory, słaby człowiek. Widzimy też innych polityków, którzy po ludzku boją się. Film rozgrywa się właściwie w elicie władzy. Oglądamy bardzo wielu polityków, ale widzimy tylko jednego, pełnego charakteru człowieka – Churchill’a.

Historycznie rzecz biorąc, to tylko on, od czasu objęcia władzy przez hitlerowców, mówił im „nie”. Gardził Hitlerem i jego partią. Inni politycy z elity albo nie rozumieli czym jest niemiecki hitleryzm, albo nie chcieli tego zrozumieć.

Film kończy wspaniała scena przemówienia Churchilla w Parlamencie, którym zdobywa owacje i uznanie wszystkich. Wtedy jeden z jego przeciwników (z partii Churchilla) pyta sąsiada:

– Co się właściwie stało?

– Zmobilizował język angielski i posłał go do walki.

 Dzisiaj przydałby się Zachodniej Europie ktoś, choć w połowie tylko, podobny do Winstona Churchilla. Ale nie widzę kogoś takiego. Wśród elit Unii Europejskiej, spośród premierów i prezydentów Zachodu widzę jedynie zadowolonych mieszczan, zdatnych może szefować czasom pokoju, ale na czas obecny są za mali, są nazbyt gnuśni i wygodni.

Czas mroku, film z roku 2017; Reżyseria: Joe Wright; Scenariusz: Anthony McCarten;   Produkcja: USA/Wielka Brytania; premiera 1 września 2017 roku.

Film powstał na podstawie powieści „Czas mroku. Jak Churchill zawrócił świat znad krawędzi” Anthony’ego Mc Carten’a, który jest także scenarzystą filmu. W roli Winstona Churchilla wystąpił Gary Oldman.

 

 

 

 

 

Putin to współczesny Hitler. Rozmowa z MYKOLĄ SEMENĄ, ukraińskim dziennikarzem i publicystą

Mykola Semena – rocznik 1950. Ukraiński dziennikarz – publicysta, był korespondentem Radia Swoboda, autor kilku książek, w tym: „Mustafa Dżemilew: Człowiek, który przezwyciężył stalinizm” (ukr. «Мустафа Джемілєв: людина, яка перемогла сталін)”, a także serii artykułów analitycznych dla czołowych ukraińskich gazet („Den”, „Dzerkało Tyżnia”) i czasopism („Suchasnist”, „Ukrainsky Zhurnal”). Był dzirnnikarzem na Krymie, zainicjował powstanie pierwszej ukraińskojęzycznej gazety na półwyspie „Krymska Svitlytsia” (1993 r.), był zastępcą redaktora naczelnego.

Po rosyjskiej agresji na Krym w 2014 r. Mykola Semena był represjonowany przez putinowską,  „administrację” półwyspu. W kwietniu 2016 r. został aresztowany przez „władze” rosyjskie na Krymie i oskarżony o działanie „wbrew integralności terytorialnej Federacji Rosyjskiej”.  We wrześniu 2017 r. Semenę uznanno za winnego „separatyzmu” i skazano na karę dwóch i pół roku w zawieszeniu. Pozbawiono go prawa do „działalności publicznej” – zabroniono mu wykonywania zawodu dziennikarza oraz opuszczania Federacji Rosyjskiej, za którą Putin uważa bezprawnie anektowany Krym.

Wyrok na Semenę został skrytykowany jako „umotywowany politycznie” przez szereg zachodnich rządów i przez wiele organizacji pozarządowych. Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie podała,  że ​​„sprawa Semeny przypomina nam wszystkim arbitralną praktykę wyciszania głosów krytycznych na Krymie”.Unia Europejska nazwała wyrok na Semenę „wyraźnym naruszeniem wolności wypowiedzi i wolności mediów” i zażądała jego natychmiastowego uwolnienia. Sam Mykola Semena wyrok na siebie wydany przez Rosję nazwał „wyrokiem przeciwko dziennikarstwu ”.

Odznaczony tytułem honorowym „Zasłużony Dziennikarz Ukrainy” (2009), dyplomem Rady Najwyższej Ukrainy „Za działalność społeczną” (2010) oraz medalem „25 lat niepodległości Ukrainy” (2016).

Redakcja sdp.pl publikuje fragmenty zarejestrowanej na początku marca 2022 r. rozmowy telefonicznej Huberta Bekrychta z Mykolą Semeną – ukraińskim dziennikarzem, publicystą, b. korespondentem Radia Swoboda skazanym przez rosyjskie „władze” na Krymie na 2 lata więzienia:

Hubert Bekrycht, red. nacz portalu SDP – sdp.pl: Mykola, pierwsze dni rosyjskiej inwazji na Ukrainę, Waszego bohaterskiego oporu, pierwszych zwycięstw militarnych Waszego Wojska i Obywateli przyniosły także, niestety, wiele zbrodni wojennych, których na ludności cywilnej kraju dokonują bandyci w rosyjskich mundyrach i dywersanci.

MYKOLA SEMENA: Sytuacja militarna na Ukrainie jest – jak to mówią ludzie – dynamiczna i złożona, ale to jest prawdziwa wojna – agresja, inwazja Rosji na niepodległą Ukrainę! I to oczywiście rosyjskie kłamstwa, rosyjska dezyinformacja, że to jest jakaś „specjalna wojskowa, graniczna, operacja” Kremla. Uderzenia Moskwy na nasz kraj nie są wymierzone w obiekty wojskowe tylko w ludność cywilną, w nasze miasta, wsie, infrastrukturę. Rosyskie bomby padają na kolumny uchodźców – głównie kobiet i dzieci, którzy usiłują wydostać się spod ostrzału moskiewskich wojsk.

Widzimy obrazy bombardowanych miejsc, które jeszcze niedawno były normalnymi europejskimi miastami. Wprost trudno w to uwierzyć…

Na przykład Charków jest bardzo zniszczony po barbarzyńskich atakach Rosji. Miesjca zabytkowe, kurorty turystyczne, osiedla mieszkaniowe, szpitale, szkoły, domy dziecka, przedszkola. Tak, to niewyobrażalne. Rosyjkie bestialstwo podczas ataków ludzie prównują to ze zniszczeniami, których Niemcy dokonali podczas II wojny światowej.

 To są po prostu zbrodnie wojenne.

Tak, to zbrodnie. Rosyjskie zbrodnie wojenne! Służby prokuratorskie dokumentują te okropieństwa wojny (Polska przystąpiła do zbierania świadectw i dowodów zbrodni rosyjskich na Ukrainie – sdp. pl). Masakry ludności cywilnej, zbrodnie na dzieciach, strzelanie do cywilów to przecież zbrodnie przeciwko ludzkości. My dziennikarze też zapisujemy te wszystkie zbrodnie na wszystkich dostępnych nośnikach. Jesteśmy zmęczeni, ale walczymy także na swoim froncie, froncie prawdy o tej wojnie. Jesteśmy też bardzo wdzięczni za pomoc Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Wiem, że otworzyliście swój Dom Pracy Twórczej w Kazimierzu nad Wisłą dla uchodźców, dla dzieci, ale także dla ukrińskich dziennikarzy i ich rodzin. Bardzo dziękujmy za tę gościnę w trudnym dla nas czasie… Organizacje ukraińskich dziennikarzy koordynują swoje działania z SDP.

Jako ukraińscy reporterzy, publicyści, pracownicy mediów my też próbujemy pomagać ludności cywilnej, właczamy się w akcje pomocowe. Staramy się również pomagać korespondentom zagranicznym. Wówczas jesteśmy już nie tylko dziennikarzami, ale także ich przewodnikami, tłumaczami. Nasze ministerstwo obrony wprowadziło uproszczoną procedurę akredytacyjną na korespondentów relaconujących działania wojenne. Chodzi po prostu o przekazywanie prawdy.

No właśnie, ukraińskie władze i Wy dziennikarze, którzy pracujecie na tej wojnie, zwracacie uwagę na kłamstwa i dezinformacje Moskwy, które przyczyniają się także do zbrodni i ogromnych zniszczeń kraju. 

Mamy w ogóle do czynienia z równoległą wojną informacyjną. Czasem polega to na tym, że Rosja próbuje zniszczyć ukraińskie media i prowadzić swoją kremlowską, kłamliwą propagandę. Na szczęście nie udają się rosyjskie ataki na przykład na wieże telewizyjne i nadajniki, jak próby niszczenia takiej instalacji w Kijowie i innych miastach. Rosjanie kłamią i będą kłamać, ale to nie zahamuje naszego oporu. Świat przestaje wierzyć Putinowi.

Niestety za późno…

Za późno, ale wierzę, że uda się wspólnie  pokonać putinowską Rosję. Nie tylko zresztą militarnie, ale także dzięki naszej, amerykańskiej, europejskiej i oczywiście polskiej dyplomacji.  Ukraina przeciwstawia się teraz cynicznemu wrogowi. Niebezpiecznemu człowiekowi, który ze swoją ekipą po prostu podżega do wojny z moim krajem. Putin to taki współczesny Hitler. Inaczej nie da się tego określić. Walczymy z nim, z jego wojskowymi bandytami  – jak mówią ludzie – udającymi tylko żołnierzy, żołnierzy ubranych w rosyjskie mundury.

Teraz oczywiście przydałoby się wsparcie naszych sojuszników, najbardziej zamknięcie nieba nad Ukrainą dla moskiewskich samolotów, ale wiemy, że pomoc militarna NATO dla Ukrainy to problem złożony.

WALTER ALTERMANN: Hub ekstraordynaryjny, czyli dobry przykład

Tu w Przemyślu mamy hub emigracyjny – mówi urzędnik. Kilka dni później inny urzędnik ogłasza, że w Przemyślu mamy ekstraordynaryjną sytuację. Jeden mówi w obcym języku, a drugi po staropolsku.

Najpierw zajmiemy się hubem. Po angielsku, według internetowych słowników, znaczy on tyle co po polsku centrum.

Hub, centrum czy ośrodek?

Zajrzyjmy do Słownika Języka Polskiego, Witolda Doroszewskiego. Ten akceptuje centrum, ale sugeruje, że lepiej będzie używać inne określenia i podaje przykłady: Centrum miasta, lepiej śródmieście. Centra (lepiej ośrodki) gospodarki leśnej. Coś jest w centrum czyjejś uwagi, lepiej: Coś skupia czyjąś uwagę.

Zatem, byłoby lepiej, gdyby premier rządu mówił lepiej (według Doroszewskiego). A bez żartów. Na każdym kolejnym rządzie spoczywa nie tylko odpowiedzialność za losy narodu (na szczęście nie do końca tak jest), ale także za to (w dużej mierze) jak ten naród mówi. Bo ludzie słuchają i powtarzają. Jako że przykład idzie z góry. Dlatego tak ważne jest, aby ludzie rządowi mówili bardziej po polsku.

Ośrodek jest polski, a centrum i hub są słowami obcymi. Co prawda centrum jest już przyswojone, ale jednak nie nasze. Owszem, trudno będzie namówić, lub zmusić międzynarodowe korporacje, by nie nazywały hubami swoich centrów produkcji czy badań technicznych, ale dyskretne zwrócenie uwagi przez odnośnego ministra może spotkać się z ich przychylnością. Dopóki nie spróbujemy, nie zobaczymy jak zareagują. Ja bym spróbował.

Ordynat, ordynator, ordynacja i sytuacje ekstraordynaryjne

 Z sytuacją ekstraordynaryjną sprawa jest trudniejsza. Owszem w języku polskim można tak powiedzieć, ale określenie to jest już od prawie dwu wieków przestarzałe. Dzisiaj należałoby powiedzieć, że sytuacja jest nadzwyczajna. Rozumiemy jeszcze, co znaczy subiekt (sprzedawca w sklepie); waść (rzeczownik utworzony ze skrócenia wyrażenia waszmość, a wcześniej wasza miłość lub wasza możność; jejmość (1. jakaś kobieta,2. dawniej, tytuł grzecznościowy, używany w odniesieniu do kobiet pochodzenia szlacheckiego, ale przecież nikt tak nie mówi. Te słowa należą do minionej epoki naszego języka.

Dlaczego zatem urzędnik nie mówi o sytuacji nadzwyczajnej lecz sięga wstecz? Może chciał zwrócić naszą uwagę na historyczną powagę sytuacji? Tylko kto to zrozumiał…

Co prawda do dzisiaj funkcjonują jeszcze ordynacja, ordynariusz, ordynator, ordynariat (w kościołach i wojsku), ale to z szacunku dla wielowiekowej tradycji – kościoła i szpitalnictwa.

Przyznam, że ja kojarzę tę „staropolszczyznę” jedynie z twórczością Heleny Mniszkówny i jej „Ordynatem Michorowskim”, powieści będącej kontynuacją „Trędowatej”. I czuję wtedy zapach kulek na mole, w starej szafie z pelisami.

Tajna lokalizacja

Problem jest w tym, że bardzo wielu młodych ludzi chce mówić lepiej, ważniej, poważniej – niż mówi prywatnie. Dlatego, kiedy stają przed kamerą i mikrofonem dobywają z głębi siebie przedziwne zasoby językowe. Płyną z nich wtedy słowa obce, sztuczne i zupełnie inne od tych jakimi posługują się w domu.

W telewizji widzimy jak ukraińska matka z dwójką dzieci, wysiada z pociągu Lwów-Przemyśl, jak wita się z mężem i ojcem dzieci. Podchodzi do nich młoda dziennikarka. Rozmawia z kobietą, która dziękuje Polsce za serdeczne przyjęcie. Potem Ukraińcy ruszają do wyjścia z peronu, a dziennikarka mówi: Teraz rodzina udaje się do lokalizacji, gdzie ich tato pracuje. Być może dziennikarka nie chciała ujawniać nazwy miasta lub wsi, do których zmierzają wojenni uciekinierzy, być może uznała, że lepiej będzie, gdy to miejsce pozostanie tajne, ale niemniej zwrot „do lokalizacji” jest głęboką abstrakcją. W języku polskim może być użyta lokalizacja, jako oznaczone miejsce w języku administracji, wojska lub policji, ale miejsce lokalizacji oznacza tyle co miejsce miejsca. Przykro słuchać.

Bardzo szybkie reagowanie

Poziom znajomości spraw militarnych jest taki, że dziennikarz mówi: Rozlokowano już w Polsce siły bardzo szybkiego reagowania. Mówi tak, bo nie wie, że są to: oddziały szybkiego reagowania. I nie ma żadnych sił błyskawicznego reagowania, bardzo niezwykłego reagowania i nie ma też, mówiąc po modnemu, sił mega lub giga szybkiego reagowania.

W Internecie kilku amatorów wojen i wojska głosi, że Polska powinna kupić sobie samoloty cysterny, żeby można było tankować myśliwce i bombowce w powietrzu, bo takie podobno krążą ostatnio po naszym niebie, ale amerykańskie. I nie przyjdzie im na myśl, że samolot cysterna potrzebny jest wtedy, gdy samoloty bojowe wybierają się gdzieś dalej, na przykład do Chin lub na Bliski Wschód. Nic to, dobrze jest przyłożyć własnej armii, nawet wtedy, gdy oskarżenie nie ma  najmniejszego sensu.

Na Litwie, na Ukrainie

Historycznie przyjęło się w naszym języku mówić „w” lub „na”, gdy chcemy określić do jakiego państwa się wybieramy, lub w jakimś państwie coś się dzieje. I tak mamy na Ukrainie, na Litwie, na Słowacji. Ale też  mamy: w Niemczech, we Francji, we Włoszech, w Rosji. Te różnice prawdopodobnie wzięły się stąd, że mówiąc o terytoriach wchodzących w skład Rzeczpospolitej Obojga Narodów, lub o uznawanych za historycznie polskie mówiono „na”. Tak jak mówiliśmy i mówimy na Śląsku, na Mazowszu. Resztę kierunków określano „w”.

Od kilku lat trwa walka naszych purystów politycznych o to, żeby nie mówić na Ukrainie lecz w Ukrainie. Bo, zdaniem ortodoksów ubliża to Ukraińcom i Litwinom. I każą nam mówić w Ukrainie , w Litwie. I część dziennikarzy mówi już po nowemu. Jest to oczywisty bezsens, bo Litwa nie była przez nas nigdy podbita i w skład Rzeczpospolitej weszła dobrowolnie. A Ukraina stanowiła wielką i silną część Rzeczpospolitej.

Nie dajmy się zwariować i mówmy jak było w historii naszego języka. Zresztą argument o przykrości jaką robimy sąsiadom, mówiąc na jest dęty. Bo przecież nie mówimy na Wielkopolsce lecz w Wielkopolsce. I mówimy również na Węgrzech, które nigdy w najmniejsze części do Polski nie należały.

Dramat jednego aktora

Onet Kultura informuje (10 03 2022), że aktor John Malkovich  wystąpi na teatralnej scenie we Wrocławiu. Zagra w spektaklu „The Infernal Comedy: spowiedź seryjnego mordercy.” Ma to być połączenie opery oraz dramatu jednego aktora.”

Tu drgnąłem, bo w Polsce utarło się nazywać teatrem jednego aktora monodramy. Ale o dramacie jednego aktora usłyszałem raz pierwszy. Rzecz w tym, że „dramat” ma w historii sztuki podwójne znaczenie. Po pierwsze – dramat to każdy rodzaj tekstu i spektaklu teatralnego; pod drugie – rodzaj tekstu i teatru, które nacechowane są powagą, gdzie przedstawione są problemy moralne, trudne, ostateczne.

Oczywiście w starożytności helleńskiej dramatem były komedia i tragedia. Ten gatunek, który dzisiaj nazywamy dramatem narodził się w XVIII wieku, wraz z dojściem do głosu nowej warstwy społecznej – burżuazji. Ta grupa nie chciała już oglądać na scenie spraw bogów, królów i cesarzy. Oni chcieli w postaciach scenicznych widzieć siebie samych. Chcieli znaleźć w teatrze potwierdzenie, że teraz to oni decydują o najważniejszych sprawach tego świata. Oczekiwali, że znajdą w teatrze zdarzenia wielkie, tragiczne, potwierdzające, że współczesność należy do nich.

Z kolei teatr jednego aktora jest zjawiskiem sztuki teatralnej, w której występuje jeden, jedyny aktor. Piszę o tym, z pozoru marginalnym tekście, bo widzę, że coraz więcej ludzi piszących o sztuce bardzo niewiele o niej wie.

Reasumując: dramat jednego aktora, z poziomu intelektualnego redakcji Onet Kultura, miałby chyba miejsce tylko wtedy, gdyby aktor na scenie, w trakcie spektaklu zachrypł i zupełnie zaniemówił. Czego zresztą nikomu nie życzę.

 

HUBERT BEKRYCHT: Kolaboracja mentalna, czyli, jak opozycja wspiera Putina

Miałem nie pisać o polityce, kiedy Rosjani bombardują Ukrainę zabijając cywilów, gwałcąc, niszcząc miasta i wsie, zastraszając ludzi, rabując. Miałem nie pisać o polityce, kiedy do Europy, głównie do Polski, zmierza fala prawdziwych wojennych uchodźców uciekających z ogarniętego kataklizmem kraju. Miałem nie pisać o polityce, kiedy widzimy wszędzie małe i duże akty solidarności z Ukrainą, kiedy pomoc nie jest czczym hasłem. Miałem nie pisać o polityce, bo dziennikarstwo, przynajmnie tak powinno być, nie tylko na tym polega. Miałem nie pisać o polityce… Niestety, nie da się milczeć, kiedy część polityków, szczególnie z opozycji, po prostu przekracza granice przyzwoitości. I to wówczas, kiedy – co niechaj zabrzmi patetycznie – wróg u bram.

Nigdy nie ukrywałem, że jestem konserwatystą, w naszych warunkach – zwolennikiem prawicy – chociaż, podkreślam, nie wszystko, co robi rząd Zjednoczonej Prawicy i PiS mi się podoba. Nawet jednak gdybym nie był zwolennikiem prawicy, teraz, kiedy trwa rosyjska inwazja na Ukrainę, popierałbym działania tego rządu wobec zagrożenia, które wywołał Putin –  wobec wojny, która jest kopią II wojny światowej, a prezydent Rosji klonem Hitlera.

Nie ma sensu rozważać możliwych scenariuszy na scenie publicznej, kiedy trwa wojna o podłożu cywilizacyjnym. My – cywilizacja europejska kontra oni – Rosja i jej sojusznicy. Nie ma sensu, bo to przecież i tak nie przyniesie żadnych politycznych następstw. A przecież owe następstwa są celem polityki. A teraz ich nie będzie, bo przecież opozycja nie ma szans na przedterminowe wybory. Dlaczego? To oczywiste – jest wojna i trzeba przygotować się do obrony Polski i innych krajów UE i NATO, bo Putin może nie czekać na to aż  Ukraina, uchowaj Boże, się wykrwawi.

W tej sytuacji polska opozycja parlamentarna, znowu, po kilku dniach względnej ciszy, przeistacza się w luźne grono antyrządowych działaczy chcących – podejrzewam, że z powodu zwyczajnej ludzkiej frustracji, bo przecież nie małostkowości – zwrócić na siebie uwagę.

Przecież nie chodzi chyba opozycji, aby wywołać w Polsce awanturę polityczną w obliczu wojny, która toczy za naszą wschodnią granicą. Przecież opozycji nie może chodzić o destabilizację polskiego rządu w obliczy największego po II wojnie światowej kryzysu uchodźczego w Europie. Przecież nie chodzi opozycji o to, aby podczas wizyty w Polsce wiceprezydent USA i innych światowych przywódców wywołać wrażenie, że jesteśmy niestabilni politycznie i nie możemy prowadzić działań pomocowych, a nade wszystko obronnych wobec NATO i UE.

Opozycji nie chodzi przecież o to, co napisałem powyżej. Opozycja jest przecież przepełniona polską racją stanu. Opozycji chodzi po prostu o przejęcie steru administracji państwowej.

Szanowni Państwo z opozycji, to nie najlepszy moment na to, abyście teraz przejmowali władzę w Polsce.

Wybory będą na jesieni 2023 roku, jeśli jeszcze będzie Polska. A to czy będzie zależy także od opozycji i tego, aby nie zachowywała się tak jak sojusznik Rosji i Putina. Teraz można czasem mieć wrażenie, że opozycja w Polsce wspiera reżim w Moskwie. Ufam, jeszcze, że nie celowo. Tyle, że znajomi mówią, że jestem naiwny…

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Bloody Rain… Europe, unless You Close the Sky, Bloody Rain shall Fall on You

After many statements  (March 9 – 12,  2022) regarding the of lack NATO involvement in military aid to Ukraine during the Russian invasion of this country, we would like to remind you of the column by Stefan Truszczyński of March 9, 2022 (eglish version).

W związku z wieloma wypowiedziami (do 9 do 12 marca 2022 r.) dotyczących braku zaangażowania NATO w pomoc militarną Ukrainie podczas rosyjskiej inwazji na ten kraj, przypominamy felieton Stefana Truszczyńskiego z 9 marca 2022 r. Najpierw tłumaczenie felietonu na angielski.

*** 

The NATO command and the President of the United States refuse to close the skies over Ukraine. How many more Russian bombs must fall, how many more deadly Russian rockets will be allowed to kill and destroy with impunity? The Ukrainians gave up their nuclear weapons in exchanged for security assurances. How naïve! They signed agreements with the states who had no honor and were unwilling to keep promises. World leaders signed documents which turned out to be just scraps of paper. Where should Ukraine seek justice now? Whom should they remind that law must be obeyed and agreements honored?

Ordinary people welcome Ukrainian refugees at railways stations, invite them to their homes, try to comfort them. The brave ones enlist and join the fight. Ukrainians are praised and admired. But without closing the skies, Ukraine will be methodically destroyed. We are addressing the effect and not the cause. Being afraid of the bandit makes him believe in his impunity. It does not matter what could be done to him in the future, the only thing that matters is to stop him now. Every Russian war crime increases Putin’s sense of impunity.

The Americans have the records of the fatal flight of Polish government’s Tupolev. Their intelligence with spy satellites must have been interested in a plane carrying Polish elites so they know what happened. Putin does not forgive and he did not forgive Kaczynski for his support to Georgia in 2008. Putin waited patiently for his revenge until all the most important Polish figures boarded one plane and took off to Russia.

Now Putin is killing with impunity again. Supposedly 70% of Russians supported Putin. Even 50% it is a lot. The Russians are more willing to fight over IKEA furniture before the stores withdraw from Russia that to save Ukrainian lives in Mariupol, Zhytomyr or Kharkov. Many explain that the Russians have been manipulated and have become indifferent because they are bored by the dragging “Donetsk-Luhansk” war. It does not justify them. The Russians admire their bare-chested leader posing on a horse, in a fighter jet, in a winter cap with red star, hammer and sickle. What war? It is only a special operation against fascists!

“Europe – wake up!”, shouts a former minister of defense who recently cozied up to the Russians. The former Prime Minister, who used to hug Putin is silent now. The Russians may have been fooled by their propaganda, but why were some Polish equally stupid?

Now we are waiting for a bloody rain. Party leaders rush to speak on TV at every opportunity. They show their indignation, they try hard to say something original but not too risky. The honor of journalists is defended by the few who went to Ukraine. Only two Polish generals – Skrzypczak and Polko – say something sensible. Tragic TV footage is made more attractive by quick editing. Wrong! The evidence of atrocities should not be edited or accompanied by expert commentary. Images of crimes should be shown with solemn music only.

Murdering nations is nothing new. It has always been justified by lies, distorting facts, and opinions expressed by idiots and bribed experts. Such lobbyists are allowed to speak rubbish but they used to study journalism in order to seeks and speak the truth. How come they later serve political parties and don’t care about their public disgrace.

Poor Russians admire their oligarchs: Abramowich, Fridman, Usmanov. But oligarchs’ children will never be drafted. Boys from ordinary, poor Russian homes are sent to fight on the front line and later their corpses are abandoned in the fields. The gang of murders don’t care about their mourning mothers. Great Russian Nation. God-chosen Russia.

Putin wants to hold a military parade in the ruins of Kiev and send Ukrainian opposition to labor camps. In the past Russia had an alliance with Nazi Germany and later Stalin got furious when Hitler defeated him with ease. Stalin blamed and executed his own marshals and generals. Now Russia wants an alliance with China. The history repeats itself. Billion Chinese don’t need Putin, they need empty Siberia. More than Nazi Germany “needed living space” in 1939, China needs and will get eastern Russian provinces. Thereby Russia will be punished for all her crimes, lies and stupidity. And Russia will not defeat Ukraine.

The Russian murderer-in-chief and his moronic accomplices will be very surprised. Forget their names and let’s remember some Ukrainian names instead: Valerii Zaluzhnyi  – the Commander-in-Chief of the Armed Forces of Ukraine, generals Viktor Muzhenko and Mykhailo Zabrodskyi – chiefs of the general staff, and general Oleksandr Syrskyi – the Kiev defense commander.

Russian bandits will not defeat Ukraine. It’s a matter of time before everyone understands it. To save Ukrainian blood, they should be given proper military assistance. German offer of few old helmets and worthless former DDR weapons was not proper assistance. It was similar to people – fortunately not many – who give refugees worn and dirty clothes. Later the Germans improved, but they still impede the EU efforts to help Ukraine. German militaristic attitude is a thing of the past. Maybe it’s better. One enemy is enough.

Unless the sky over Ukraine is closed – no matter how –  people will continue to be killed and their property destroyed.

Many decent people unite in an effort to help. It’s beautiful, it gives hope. But the leaders – who should be responsible for us – still don’t know what to do. They travel a lot, they talk even more. They count Russian bombs and rockets. They publish reports on Russian losses. But they don’t seem to appreciate the Ukrainian David fighting against the Russian Goliath. Russian murderers have a leader. Soft, lazy and affluent Europe does not. Europe gives Ukraine some surplus arms and waits. Europe counts destroyed Russian tanks and planes but refuses to give any to Ukraine.

On the eve of 24 February 2022, the talking heads repeatedly said that Putin’s attack was impossible. Next day they changed the tune and suddenly remembered Kaczynski’s prediction – the very prediction they had not wanted to heed.

Let God send a red rain on those selfish, cowardly and naïve idiots. Maybe they will wake up before the eastern hordes attack. Hordes under a red star and hammer and sickle.

Our defender is called NATO.

NATO, what are we waiting for?

***

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Krwawy deszcz… Europo, jeśli nie zamkniesz nieba, spadnie na cię krwawy deszcz

Dowództwo NATO i prezydent Stanów Zjednoczonych nie chcą zamknąć nieba nad Ukrainą. Ile jeszcze ma spaść bomb, ile siejących śmierć ruskich rakiet bezkarnie będzie zabijać i niszczyć.  Ukraińcy oddali atomową broń za gwarancję obrony. Naiwni.  Pertraktowali z ludźmi bez honoru, z przywódcami świata za nic mającymi przyrzeczenia. Ktoś przecież podpisał te dziś nieznaczące świstki papieru. Do kogo się zwrócić po sprawiedliwość, komu krzyczeć o przestrzeganiu prawa i umów.

 Zwykli ludzie wychodzą na dworce, przygarniają do swoich domów, pocieszają. Rwą się do walki odważni. Ukraińcy są chwaleni, podziwiani. Ale cała pomoc bez zamknięcia przestrzeni powietrznej nad niszczonym z góry krajem to walka ze skutkami a nie z przyczyną. Strach przed bandytą to utwierdzanie go w bezkarności. Nieważne co mu się zrobi później. Ważne jak zatrzymać go dziś.  To poczucie bezkarności wzbiera u Putina wraz z każdą kolejną zbrodnią.

Przecież Amerykanie mają zapis całego śmiertelnego lotu Tupolewa.  Niemożliwe by go nie śledzili od startu na Okęciu. Niemożliwe by ich służby i satelity nie interesowały się lotem z udziałem elity władzy dużego kraju.  Putin nie wybacza. Na zemstę za Gruzję czekał cierpliwie. Wszyscy najważniejsi w jednym samolocie! Nie darował Kaczyńskiemu.

Teraz też zabijają bezkarnie.  Putin podobno miał 70-procentowe poparcie. Jeśli nawet zmniejszyło się ono do 50 procent to i tak, jego ludzie będą najpierw  walczyć o kanapy z uciekającej z Rosji Ikei a niż o życie Ukraińców z Mariupola, Żytomierza, Charkowa. Usprawiedliwia się ruskie społeczeństwo, że otumanione. Zobojętniałe przez „nudną” już wojnę doniecko-ługańską. A przecież oni podziwiają tors wodza na koniu, w hełmofonie, w kokpicie odrzutowca, w baraniej czapie z czerwoną gwiazdą z sierpem i młotem. Jaka wojna? To operacja wojskowa przeciw faszystom.

„Europo – pobudka!” – krzyczy teraz były  minister obrony, który jeszcze niedawno do ruskich się łasił. Wziął na przeczekanie były premier, który ze zbrodniarzem się ściskał. Ta, która przekopała smoleńskie lotnisko zamilkła wreszcie. To że ruskich ogłupiono – nie dziwota. Ale jak ta pandemia zaraziła naszych?

Teraz czekamy na krwawy deszcz. Wodzowie partyjni różnych maści czekają w blokach startowych na wezwanie i biegają do telewizji. Od rana do wieczora manifestują oburzenie. Kombinują jak koń pod górę, by powiedzieć  coś oryginalnego a jednocześnie się nie wychylić.  Honoru dziennikarstwa bronią tylko ci, którzy pojechali na Ukrainę*.

Słuchać się da tylko dwóch generałów – Skrzypczaka i Polko.  Tragiczne zdjęcia „uatrakcyjnia się” migającymi, montażowymi zbitkami. Niech tych dowodów zbrodni nikt nie skraca, słowa niech zastąpi poważny muzyczny podkład.

Mordowanie narodów to rzecz nie nowa. Ale stosowano kamuflaż. Kłamstwa, półprawdy wygłaszali przekupni i zidiociali. Mówi się o nich lobbyści, akredytuje, a przedtem kształci na dziennikarskich wydziałach razem z tymi, którzy winni mówić prawdę., a przynajmniej dokładać wszelkich starań by jej dociec. Skąd się bierze to oddawanie się w pacht partii, skąd publiczna kompromitacja bez żenady.

Biedny ruski naród podziwia Abramowicza, Fridmana, Usmanowa. Ich dzieci nie pójdą na front. Tam wysłani zostaną siłą chłopcy z szarych domów. A potem ich trupy porzucone zostaną na polach. Zgraja morderców nie przejmuje się szlochem matek. Wielki naród. Bogoojczyźniana Rosja.

Chcą zadefiladować w zrujnowanym Kijowie, opornych wywieźć do łagrów.  Już raz dogadali się z Hitlerem, a teraz z Chińczykami. Stalin oszalał potem, gdy Niemcy jak w masło wchodzili w jego kraj. Z wściekłości obwiniał i zabijał swoich generałów i marszałków. Teraz będzie tak samo.

Miliardowym Chińczykom potrzebny jest nie Putin a pusta Syberia, bardziej niż „przestrzeń do życia” Niemcom w 1939 r. i będą ją mieli. To będzie dla Rosji kara za zbrodnie, kłamstwa i głupotę. Putin i te tępe mordy wokół niego przeliczą się. Ukraińców nie pokonają. Nie będę powtarzał nazwisk zbrodniarzy.

Zapamiętajmy lepiej, że głównodowodzący ukraińskim wojskiem to generał Walerij Załużny, szefowie sztabu to generałowie Wiktor Mużenko i Mychaiło Zabrodyski, a dowodzący obroną Kijowa to generał Aleksandr Syrskyi.

Bandyci z Rosji Ukraińców nie pokonają. To jest tylko kwestia czasu. I upływu krwi. Niektórzy darczyńcy do punktów pomocy znoszą stare ubrania. Wstyd!  Na szczęście robią to nieliczni. Podobnie popisali się Niemcy ofiarując najpierw stare hełmy a potem niewiele warte uzbrojenie z NRD. Obśmiani poprawili się ponoć. Ale nadal brużdżą, opóźniają decyzję Wspólnoty. Niegdyś wojenny naród, to już mit i przeszłość. Może i dobrze. Jeden wróg nam wystarczy.

Jeśli nie zostanie zamknięta przestrzeń powietrzna nad Ukrainą, obojętnie jakim sposobem – ale po prostu fizycznie – trwać będzie zabijanie ludzi i niszczenie ich mienia.

Łączących się ze wszystkimi proletariuszy wymyślili czerwoni. Zapełnili  Łubiankę i łagry. Teraz przyzwoici ludzie łączą się z ludźmi w potrzebie. To piękne. Napawające nadzieją. Ale ci, którzy za nas wszystkich są odpowiedzialni, nadal nie do końca wiedzą co robić. Dużo jeżdżą, jeszcze więcej gadają. Liczą bomby i rakiety. Donoszą o stratach wroga. Ale Dawid został naprzeciwko Goliata  z procą. Ruscy bandyci maja przywódcę. Sflaczała, zniewieściała bogactwem Europa zdegenerowana przez niszczących wartości elita – współczuje, wysyła to czego ma w nadmiarze i czeka. Liczy rozwalone przez Ukraińców czołgi, strącone samoloty. Ale swoich nie daje.

Jeszcze w środę przed czarnym czwartkiem, 24 lutego 2022 roku, „białe kołnierzyki” tokowały: to niemożliwe, by Putin zaatakował. A potem zaczęli ci sami klepać jak mantrę przepowiednię Lecha Kaczyńskiego. Przedtem byli na nią głusi.

Panie Boże, spuść na tych niesolidarnych, tchórzliwych naiwniaków czerwony deszcz. Może się ockną zanim hordy ze wschodu na nich ruszą. Sierp i młot i czerwona gwiazda u nich w herbie.

Nasz obrońca nazywa się NATO.

NATO, na co czekamy?