WALTER ALTERMANN: Rosja, Polska, Ukraina albo starcie Zachodu z Dalekim Wschodem (2); Rosja – Mongolskie dziedzictwo

Po 250 latach niewoli, Rusi Moskiewskiej udało się odzyskać wolność. Jednak Mongołowie pozostawili w mentalności Rosjan niezatarte do dzisiaj ślady. Przypatrzmy się im:

 

  1. Boskie pochodzenie władzy.

Spójrzmy na ceremoniał dworski dzisiejszej Rosji. Widzimy jak Putin wchodzi do „sali tronowej” na Kremlu. Przepraszam, jak kroczy, jak zaszczyca sobą przestrzeń. Cały ceremoniał dworski Kremla nie przypomina niczego znanego w Europie. Bo nie pochodzi z Europy. To jest kopia ceremoniału chińskiego Zamkniętego Miasta jeszcze z początków XX wieku. One są właściwie identyczne, bowiem oba stworzyli Mongołowie.

Putin nie mówi, on przemawia. Mówi tak, jakby był medium, jakby przez niego Bóg kontaktował się z ziemianami. Minę ma nieobecną, ale natchnioną. Jego publiczne spotkania z dziennikarzami nie są dialogiem. To jest akt łaski, bowiem udziela on wtedy dziennikarzom łaskawych wskazówek, napomnień, łaskawych sprostowań. Mówią, że jest kolejnym carem. Nic bardziej błędnego. On jest kolejnym Wielkim Chanem.

Władcą, który najpełniej kontynuował dziedzictwo Mongołów i który również odcisnął swe piętno na Rosji był Iwan Groźny (1530-1584). Historycy pomawiają go o szaleństwo, jednak z punktu widzenia państwa miał ogromne sukcesy, poszerzył znacznie granice – przyłączając do Rosji Chanat Kazański i Astrachański, upokorzył inflancką gałąź zakonu krzyżackiego, podjął walkę z Wielkim Księstwem Litewski, zdobył Połock. Znaczeni gorej szło mu z Polską, bo przegrywał kolejne bitwy. Iwan Groźny skutecznie zreformował struktury swego państwa: przeprowadził reformę systemu prawnego i administracji.

A jednak czas jego panowania nazywany jest w Rosji „Wielką Smutą”. Dlaczego? Reformom Iwana Groźnego sprzeciwiali się bojarowie, zawiązywali spiski i knuli przeciw carowi. Wtedy stała się rzecz niebywała w Europie. Iwan Groźny powołał „opryczninę”, swoją gwardię przyboczną. Ci ludzie z niższych warstw społecznych, przemierzali bezkresny kraj mordując bojarów, pozbawiali ich majątków i wymuszali osiedlenie się bojarów w nowych miejscach – wyznaczonych przez cara.

Oprycznicy nosili się na czarno, a u siodeł mieli przytroczone psie głowy. Nieśli z sobą pożogę, morderstwa i strach. Iwan Groźny wiedział, że nie może rządzić sam. A skoro nie mógł liczyć na bojarów, powołał nową grupę społeczną – właśnie opryczników. I sowicie ich opłacał, bo skonfiskowane ziemie bojarów, w znacznej części, przypadały oprycznikom.

  1. Ludzie carów

Również państwo Stalina oparło się na „nowych ludziach”. I dlatego Stalin powołał do życia nowe policje państwowe, jawne i tajne, okrutne i bezwzględne. Przy czym Stalin poszedł dalej niż Groźny – nie pozwalał uwierzyć ludziom ze służb, że są wieczni na swych stanowiskach, i że coś im się należy. Dlatego Związkiem Radzieckim bez przerwy wstrząsały procesy i egzekucje, ludzi, którzy jeszcze wczoraj stawali do fotografii obok Stalina. I co najważniejsze, bali się wszyscy, bo skoro do obozów trafiały nawet żony członków Komitetu Centralnego, to chłop w Wiaźmie, skromny kancelista w Moskwie mieli powody bać się.

Władimir Putin zastał państwo w stanie tragicznym. Właściwie nie funkcjonowało nic, robotnikom miesiącami nie wypłacano pensji, bywał w przedsiębiorstwach, w których pracownikom płacono w naturze – jeśli była to fabryka opon, to oponami, w fabrykach obuwia – butami.

Jednakże pojawiła się w Rosji, nieliczna, ale bardzo obrotna grupa „nowych Rosjan” jak ich nazywano. Ci ludzie  krok za krokiem przejmowali państwowy majątek, bo przecież wszystko w Związku Radzieckim było państwowe. „Nowi Rosjanie” wywodzili się, w przeważającej części, ze służb, z centralnych urzędów państwowych, z ministerstw, ze zjednoczeń przemysłu i handlu.

Z przyjściem Putina lud miał nadzieję, że położy on kres tej gigantycznej grabieży. Ale nie, Putin ich wspierał, nagradzał. Bo stali się oni jego zaufanymi ludźmi. Do tego wielkiego biznesu wprowadził tez nowych, swoich ludzi, których obdarzał niewyobrażalnie wielkimi kontraktami, własnością przedsiębiorstw i całych gałęzi przemysłu. W ten sposób Putin swoich budował klasę swoich bojarów. Wiernych, bo bez niego byliby nikim. Więcej, tylko Putin jest gwarantem ich spokoju. Przecież ci ludzie od początku prowadzili kryminalne interesy i w normalnym państwie sądy odebrałaby im majątki. Dlatego oligarchowie stoją wiernie przy Putinie.

Jak to jest, że zaledwie w dwadzieścia lat powstała w Rosji klasa właścicieli państwa, która uwłaszczyła się (właściwie to Putin ją uwłaszczył) na majątku imperium? Na Zachodzie media o nich milczą, lub też zachwycają się bogactwem nuworyszy. Zachodnie media milczą o łajdactwie nowych bojarów, bo ich państwa robią z nimi cudowne interesy.

Amerykański sen o bogactwie przy śnie o bogactwie rosyjskim to jest krótka drzemka w pociągu przy całodobowym wylegiwaniu się w pałacowym łożu.

Ci nowobogaccy Rosjanie mają tylko jeden obowiązek – stać wiernie przy Putinie. Jedynym, który poczuł się zbyt pewnie i zaczął wspierać opozycję jest Chodorkowski. I dlatego spędził kilka lat w łagrze. Jego proces i wyrok był poważnym ostrzeżeniem dla reszty bojarów Putina.

  1. Państwo jako wartość sama w sobie

Państwo dla Rosjanina jest najważniejsze. Musi być rozległe. Ludzie mogą żyć w nim ubogo, tak jakby karmić ich miała jedynie wielkość państwa. Z tej wielkości czerpią dumę dla siebie i pogardę (w najlepszym razie politowanie) dla innych ludzi, z małych państw. Państwo dla Rosjanina jest wszystkim. I to budzi przestrach. Bo kimże są ludzie Rosji poza tym?

  1. Supremacja władzy nad obywatelem

Władza u Mongołów i w dzisiejszej Rosji jest emanacją boskiej, tak jakby władca pochodził od samego Boga. Władza nie podlega żadnej krytyce. Car zawsze był dobry, to jedynie urzędnicy psuli carskie rozkazy. Car był nieomylny. To lud nie rozumiał intencji władcy, a tępi marszałkowie, ministrowie działali bezrozumnie. Władca miał nadprzyrodzone zdolności przewidywania przyszłości. Władca jest co prawda śmiertelny, ale nie umiera całkowicie. Jego duch pozostaje z podwładnymi. Nie przez przypadek w Rosji Radzieckiej balsamowano przywódców. Zupełnie tak, jakby kontynuowano pochówki antycznych władców Chin. Tam wielkość kurhanów i obfitość kamieni szlachetnych, srebra i broni składanych do kurhanu miała świadczyć o wielkości zmarłego.

  1. Uprzedmiotowienie obywatela

Skutkiem prymatu państwa i jego władcy pozycja obywatela była i jest żadna. Właściwie nie istniała. Owszem lud liczył się jako siła robocza, jako żołnierz – ale zawsze w masie. Indywidualizm Mongołom, Chińczykom i Rosjanom jest nieznany. I zawsze traktowali go, i traktują, jako odstępstwo od normy umysłowej, lub działalność agenturalną.

W carskiej Rosji przez wieki nie istniał parlament. Dumę powołano dopiero w roku 1906 i trwała do rewolucji 1917 roku. W sumie miała cztery kadencje i wszystkie były przerywane. Car je rozwiązywał, bo deputowani zbyt często mieli własne (inne niż carskie) zdanie. O rosyjskim parlamencie w czasach Związku Radziecko lepiej nie mówić wcale. A teraz również jest zgromadzeniem z założenia wspierającym władzę. Żadnych konfliktów, żadnego własnego zdania.

Na Rusi i w Rosji, tak jak w państwie Mongołów, właściwie pogardzano ludem. Był potrzebny, ale traktowano go jak niewolników. W czasie II wojny światowej rosyjscy dowódcy przeprowadzali taktyczne „rozpoznanie bojem”. Pod tym terminem kryła się okrutna praktyka wysyłania swoich żołnierzy na ukrytego, okopanego przeciwnika, aby dowiedzieć się jak rozlokowane są jego pozycje. W armii USA na rozpoznanie walką wysyłano co najwyżej pluton (około 30 żołnierzy), w armii ZSRR do rozpoznania pozycji wroga wysyłano nawet pułki – liczące około 2.000 – 3.000 żołnierzy. Problem był w tym, że straty „rozpoznania” sięgały do 80 procent. I wysyłający żołnierzy dowódcy z liczyli się i akceptowali tak duże straty. Ale, jak mawiali sami Rosjanie: „Ludzi u nas dużo”. Obawiam się, że tę taktykę stosują również w wojnie z Ukrainą.

  1. Niepewność czyli strach.

Obywatel Rosji (jak i Mongołów) miał czuć się malutki, nieważny i miał się bać. To były przesłanki utrzymania w tych państwach spokoju. Miał być niepewny jutra, miał bać się o jedzenie, o przyszłość i teraźniejszość. Jego los miał być zawsze zależny od władzy.

Czy są w dzisiejszej Rosji ludzie myślący kategoriami europejskimi? Oczywiści, że są, ale w masie niewolników kochających swe państwo, ich głos jest słaby, bo jest ich niewielu. Ludziom tym należy się jednak wielki szacunek. Dają świadectwo człowieczeństwa.

  1. Tradycyjna łaska państwa

Lubię rosyjskie anegdoty ze starej Rosji, dlatego podzielę się dwoma.

  • Gdzieś niedaleko od Moskwy skazano kupca za złodziejstwo. Poza karą finansową orzeczono również tradycyjną w Rosji karę – wypalono mu na czole literę „W”, co oznaczało „wor”, czyli złodziej. Po roku okazało się, że skazany jest niewinny i dlatego wypalono mu na czole drugą literę „N”, co miało oznaczać „niet wor”.
  • W momencie gdy wprowadzano w Europie uprawę kartofli, były one nowością. Z początku traktowano je jako rośliny ozdobne, dopiero w XVII wieku zaczęto kartofle uprawiać jako warzywa. Państwa były zainteresowane nowym rodzajem pożywienia, ale chłopstwo stawało okoniem. We Francji więc rząd rozprowadził kartofle po kilku prowincjach. Bulwy solidnie okopano, żeby nie przemarzły, a do pilnowania kupców skierowano po kilkunastu żołnierzy. Ich dowódcom powiedziano jednak, że żołnierze nie muszą „tak bardzo” pilnować kartofli. Żołnierze spędzali więc wesoło czas w karczmach a chłopi rozkradli kartofle i zasadzili je u siebie. Rozkradli, bo uważali, że skoro roślin pilnuje wojsko, to muszą być cenne. W Prusach Fryderyka II rozprowadzono kartofle i wydano urzędowy edykt, że maja być posadzone. Natomiast w Rosji Piotra I rozdano chłopom kartofle z przykazaniem, żeby je z wiosną posadzili. Nikt im jednak nie powiedział, że kartofle trzeba na zimę kopcować, więc na wiosnę chłopi nie sadzili przemarzniętych i zgniłych kartofli. Wtedy władza uznała to za bunt. Rozstrzelano więc co piątego chłopa. Skutek był taki, że we wszystkich ze wspomnianych państw kartofle się przyjęły.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Polski już nigdy nie będzie”

Pomagając w dzisiejszej walce Ukraińców z Rosją Putina, przypomnijmy walkę Polaków z Rosją Stalina we wrześniu 1939 r. W ogniu bolszewickiej zarazy znalazły się Kresy II RP, które nie były gotowe na odparcie sowietów. Walczyły, bo jedyną alternatywą była niewola. Potem przyszły cztery masowe wywózki Polaków na Wschód.

Kresy Wschodnie II Rzeczpospolitej walczyły z regularnymi jednostkami Armii Czerwonej, ale też z bandami przestępców, które na sygnał komitetów rewolucyjnych i na podstawie list proskrypcyjnych mordowały bezbronną ludność polską.

Do historii przeszła bohaterska obrona Grodna. Rozpoczął ją „strzelec Sławomir Werakso, rzucając pod nadjeżdżający czołg wiązkę granatów” – wspominał harcerz Jan Siemiński. A Grażyna Lipińska, komendantka Pogotowia Społecznego w Grodnie, napisała: „Czołg staje tuż przede mną. Na łbie czołgu rozkrzyżowane dziecko, chłopczyk. Krew z jego ran płynie strużkami po żelazie. Zaczynamy z Danką uwalniać rozkrzyżowane, skrępowane gałganami ramiona chłopca. (…) A z czołgu wyskakuje czarny tankista. W dłoni trzyma brauning, za nim drugi – grozi nam… Dla mnie on nie istnieje, widzę tylko oczy dziecka, pełne strachu i męki. I widzę, jak uwolnione z więzów ramionka wyciągają się do nas z bezgraniczną ufnością. Wysoka Danka jednym ruchem unosi dziecko z czołgu i składa na nosze”.

13-letni chłopczyk Tadeusz Jasiński skonał w szpitalu wojskowym. Ale w objęciach matki i na skrawku wolnej Polski. Podzielił los ponad 1000 – na ogół ochotniczych obrońców miasta zamordowanych z pogwałceniem wszelkich zasad. W tym na Psiej Górze ok. 300 uczniów grodzieńskich szkół, których czerwoni barbarzyńcy przez trzy dni nie pozwolili pochować.

Dwudniowa obrona Grodna zakończyła zbrojną aneksję Kresów. Generał Władysław Sikorski, w grudniu 1941 r. w rozmowie z ocalałymi obrońcami Grodna stwierdził: „Jesteście nowymi orlętami. Postaram się, żeby wasze miasto otrzymało Virtuti Militari i tytuł Zawsze Wiernego”. Niestety, historia potoczyła się inaczej. Pozostała płyta z napisem „Grodno”, umieszczona na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie.
Jeszcze przed atakiem Armii Czerwonej na II RP oprawcy ze skomunizowanych dywersyjnych band żydowskich i białoruskich zajmowali miasteczka i wsie, rozbrajali oddziały WP, policji, straży obywatelskiej, ogłaszając władzę „robotniczą-chłopską”. Nie tylko przekazywali pierwszym jednostkom sowieckim informacje wywiadowcze, ale sami chwytali za broń, dokonując aktów dywersji. Aresztowali, grabili, gwałcili i mordowali.

Mordercami w miastach i miasteczkach był głównie skomunizowany proletariat żydowski, na wsi – białoruska biedota. Bestialskich zbrodni po 17 września 1939 r. dokonywali na podstawie list proskrypcyjnych. Zabijali na miejscu, bądź torturowali, denuncjowali i przekazywali sowieckim agresorom, czego efektem m.in. cztery wielkie wywózki Polaków na Wschód.

10 lutego 1940 r. – to druga data – po sowieckiej agresji 17 września 1939 r., która głęboko zapadła w pamięci mieszkańców Kresów. O świcie rozpoczęła się pierwsza masowa wywózka Polaków do syberyjskich łagrów, oficjalnie nazywana “przesiedleniem”. Objęła ponad 220 tys. ludzi – urzędników państwowych (m.in. sędziów, prokuratorów, policjantów), działaczy samorządowych, leśników, a także właścicieli ziemskich i osadników wojskowych z rodzinami. Wywiezieni trafili do północnych regionów ZSRS, w okolice Archangielska oraz do Irkucka, Kraju Krasnojarskiego i Komi.

Przeprowadzoną 10 lutego 1940 r. akcję eksterminacyjną, której celem było wyniszczenie Polaków, przygotowano dużo wcześniej w sposób bardzo szczegółowy. Uchwałę o wysiedleniu z “zachodnich obwodów Ukraińskiej i Białoruskiej SRS” “osadników” (czyli polskich mieszkańców tych ziem II RP) Rada Komisarzy Ludowych ZSRS podjęła już 5 grudnia 1939 r. Dwa tygodnie później (22 grudnia) podobną decyzją objęto również pracowników służby leśnej.
Czym Polacy “zawinili”? Otóż Sowieci uznali, iż wiernie służyli oni rządowi “burżuazyjnej Polski” i zostali przygotowani (przez II Oddział Sztabu Głównego WP) na wypadek konfliktu z ZSRS do działania w charakterze “dywersantów”, “szpiegów” i “terrorystów” (dzisiejszy władca Rosji nazywa tak Czeczenów, Gruzinów, w końcu Ukraińców). “Grzechem” Polaków była również (jeśli nie przede wszystkim) “aktywna walka z władzą sowiecką w 1920 r.”, “wykorzystywanie pracy najemnej”, “wrogie wypowiedzi pod adresem ZSRS”, “rozprawianie się z prostymi chłopami, którzy rąbali pański las”, “przejście na katolicką wiarę”. W ten sposób – jak napisał wybitny znawca tematu, prof. Albin Głowacki w książce “Sowieci wobec Polaków na ziemiach wschodnich II Rzeczypospolitej 1939 – 1941” – “władze bezpieczeństwa ZSRS otrzymały »prawną« podstawę do rozpoczęcia przygotowań do wywózki. Odpowiednie wskazówki w tej sprawie przekazał 19 i 25 XII 1939 r. Berii również Stalin”. Decyzja zapadła zatem na najwyższym szczeblu sowieckiego państwa.

Według danych NKWD, podczas pierwszej wywózki wysiedlono w sumie prawie 140 tys. osadników i leśników wraz z rodzinami, których umieszczono w 115 specposiołkach, rozrzuconych w 21 krajach i obwodach ZSRS. Większość pracowała w przedsiębiorstwach Ludowego Komisariatu Przemysłu Leśnego – 17.077 rodzin (85.779 osób, czyli 61,5% ogółu zesłańców), COL-esu – Ludowego Komisariatu Komunikacji – 4573 rodziny (23.026 osób, 16,5%) i Ludowego Komisariatu Hutnictwa Metali Kolorowych – 3951 rodzin (19.455 osób, 13,9%). Pozostałych 1867 rodzin (11.336 osób, 8,1%) przekazano do Ludowych Komisariatów: Przemysłu Miejscowego, Hutnictwa Żelaza i Stali, Budownictwa, Uzbrojenia, Materiałów Budowlanych oraz do leśnych obozów NKWD.
Pod tymi suchymi, acz znamiennymi liczbami, kryją się tragiczne losy łagierników. Pracowali często po pas w śniegu lub w zatęchłych szybach kopalnianych, w potwornych warunkach sanitarnych, higienicznych i klimatycznych (zimą wielkie mrozy, latem upały z wszechobecnymi meszkami i komarami), bez choćby minimalnych zabezpieczeń i opieki zdrowotnej. Umierali albo tracili zdrowie z wycieńczenia, zimna i głodu. Polacy byli przy tym traktowani jak ludzie niższej kategorii – pozbawieni wszelkich praw “wrogowie ludu” i “burżuje”. NKWD-ziści na każdym kroku powtarzali: “Polski już nigdy nie będzie”.

Wkrótce przyszły następne masowe wywózki. Zaledwie dwa miesiące później, 13 kwietnia 1940 r., deportowano kolejnych Polaków (ok. 61 tys. osób) – przede wszystkim rodziny osób poprzednio “przesiedlonych”, w większości kobiety i dzieci. Transporty kierowano tym razem nie na północ, jak podczas pierwszej wywózki, tylko na południe azjatyckiej części ZSRR, do Kazachstanu.
Następnie – 29 czerwca 1940 r. Sowieci wywieźli ok. 78 tys. Polaków – nie tylko mieszkańców Kresów, ale także tych, którzy dotarli tam, uciekając przed Niemcami. Czwarta wywózka – w nocy z 21 na 22 maja 1941 r. objęła ponad 12 tys. osób z terenów “Zachodniej Ukrainy”. Kolejne deportacje powstrzymali Niemcy, uderzając na Związek Sowiecki.
Ocenia się, że podczas czterech wielkich deportacji, które trwały do czerwca 1941 r., na nieludzką ziemię Sowieci zesłali łącznie od 1,5 do 2 milionów Polaków. Sowieckie deportacje były jedną z największych zbrodni dokonanych na Polakach w latach 1939 – 1945. Szkoda tylko, że do dziś (zarówno w Polsce, a tym bardziej na Zachodzie) niewiele mówi się o zbrodniach Sowietów, w przeciwieństwie do zbrodni “nazistów”.

82 lata od tych tragicznych wydarzeń Rosja – prawny i moralny spadkobierca ZSRS – udaje (przy cichej aprobacie możnych tego świata), że tematu nie ma i ani myśli o wypłacie tysiącom represjonowanych należnych im odszkodowań. Przeciwnie – Putin i jego ekipa próbują dziś odbudować Związek Sowiecki.

 

KOMENTARZ HUBERTA BEKRYCHTA: Redaktorze Stankiewicz, też wyjdź – wstydu sobie oszczędź

Andrzej Stankiewicz nie jest już od dawna dziennikarzem, który „udaje obiektywnego”. Nie wiem, czy robi to specjalnie, czy nie umie udawać. To dobrze i źle. Dobrze, że nie ukrywa, źle, bo poszedł w bardzo złym kierunku. W sumie zamiast wyznawać jakiś polityczne poprawny „obiektywizm” dziennikarz ma być rzetelny! Tyle i tylko tyle. Nie ma prawa jednak wyrzucać nikogo ze studia za poglądy. A to zrobił A. Stankiewicz w Radiu Zet.

Dziennikarz ma być wyrazisty. Powiedzmy, że Stankiewicz jest, chociaż uważam, że ta jego statyczne zachowanie i nerwowe wyczekiwanie na jakąkolwiek wpadkę polityków koalicji rządowej przypomina postawę pelikana. Niby dostojnie wygląda, to jednak, kiedy osiągnie cel i coś złapie, jego wyraz dzioba zdradza po prostu zachłanność.

Ale to w świecie ptaków jest normalne. W dziennikarstwie nie można hiptnotyzować, a potem rzucać się na polityka, jak zimorodek na rybę. Gdzie tam jednak Stankiewiczowi do winnego zimorodka. Redaktór ów jest w roli zimorodka niezdarny, bardziej przypomina pijaną surykatkę.

I tak też było w niedzielę 6 marca 2022 r. w programie 7. Dzień Tygodnia w Radiu Zet, podczas którego z-ca red. nacz. Onetu Andrzej Stankiewicz wyrzucił z programu posła Solidarnej Polski (ZP) Janusza Kowalskiego.

Parlalmentarzysta napisał o tym na TT: „Zostałem wyproszony ze studia po sprostowaniu oczywistego kłamstwa red. Andrzeja Stankiewicza, że Tusk sądził się z Gazpromem. Pozew przeciwko Gazpromowi o ceny gazu został złożony w lutym 2016 r. przez PGNiG (,kiedy rządziła już ZP – red. sdp.pl) ” – podkreślił poseł Kowalski.

I chociaż to komentarz, oddam głos Stankiewiczowi, a właściwie, bo to nie on przecież pisze, komuś z Radia Zet, który na twitterowym profilu 7. Dnia Tygodnia napisał: „Stankiewicz: Niestety @JKowalski_posel nie jest w stanie porozmawiać o sytuacji na Ukrainie, bo wszędzie widzi Tuska, a nie Putina…” oraz: „Poseł Kowalski zapomniał ze studia notatek. Z takimi tezami przychodzi do programu @JKowalski_posel, żeby rozmawiać o ataku Putina na Ukrainę, ponad milionie uchodźców i zagrożeniach dla Polski”.

I na TT 7.Dnia Tygodnia Radia Zet pokazano te notatki…

I to jest skandal nawet bardziej gorszący od wyrzucenia z programu posła. To już po prostu działanie na szkodę państwa polskiego, rządu i… I właściciwie patetycznymi wyrażeniami mógłby tutaj zanudzać Państwa, jak Stankiewicz w swoich onetowych upławach. Ale nie chcę nudzić.

Zatem, Redaktorze Stankiewicz – kończ człowieku, wstydu sobie oszczędź! Nie obrażasz przecież ani posła ani Słuchaczy, Widzów, czy Internautów, obrażasz siebie. A przecież siebie kochasz – skończ gadać te głupoty. Kłócąc się na antenie z politykami nie przypominasz zimorodka atakującego z jakimś planem! Oszczędzę już Ci porównania z pijaną surykatką, ale Ty po prostu atakujesz, jak ten politk, którego bronisz (D.Tusk). Brzydko bronisz.

Hubert Bekrycht (6 marca 2022 r, godz.11.49)

Polska dziennikarka Monika Andruszewska uratowała ok. 20 rodzin w Irpieniu

O tym, czego dokonała polska korespondentka wojenna Monika Andruszewska  poinformował  ekspert ds. tematyki wschodniej politolog z Uniwersytetu Warszawskiego Nedim Useinow. „Dzielna Polka, moja przyjaciółka Monika Andruszewska, świetna dziennikarka i reporterka wojenna, ale przede wszystkim Człowiek” – napisał.

„Według świadectwa ukraińskich żołnierzy na zdj. (chyba ochotników) uratowała ok. 20 rodzin pod zbombardowanym przez Rosjan mostem w Irpieniu k. Kijowa” – poinformował Useinow. „Kiedy zagraniczni dziennikarze kręcili materiał dla swoich stacji, ona odstawiła kamerę i rzuciła się na pomoc ludziom. Brawo! Po prostu chapeau bas” – podkreślił.

https://www.facebook.com/nedimuseinov/posts/7129155203824624

Informacje na ten temat na antenie Radia Wnet przekazywał w poniedziałek korespondent tej stacji na Ukrainie Paweł Bobołowicz.

 KOMENTARZ Huberta Bekrychta:

Czasem zastanawiam się, co ja zrobiłbym w takiej sytuacji, w jakiej znalazła się Monika Andruszewska? Nie wiem, czy takie rozważania mają sens, kiedy w takim położeniu nie byłem, ale wiem co radziłbym innym dziennikarzom.

  1. Dbaj o siebie, bo martwy nie pomożesz nikomu;
  2. Kiedy możesz pomóc, pomagaj – materiał „sam się zrobi”, masz jeszcze czas na dziennikarskie nagrody;
  3. Kiedy widzisz zło, reaguj, ale pamiętaj o punkcie 1.

Redaktor Monika już dawno to zrozumiała. Dziennikarz jest bezstronny w czasie pokoju. Podczas wojny wszystko się zmienia. Reporter, jak napisał, Useinow, to przede wszystkim Człowiek. W sytuacjach ostatecznych, zero-jedynkowych musi zachowywać się tak, jak każdy, komu bliskie są najważniejsze wartości. Tu, nie ma dyskusji.

Jak „pójdę” dalej. Gdybym kiedyś znalazł się na takiej wojnie, jak ta brutalna rosyjska inwazja na niepodległą Ukrainę, a moje informacje, nie daj Boże, na niewiele by się zdały, postąpiłbym tak:

Nie przyglądałbym się biernie, jak giną ludzie, nasi sąsiedzi – strzelałbym do najeźdźców, bo teraz Ukraina, a potem Polska…

 

MIECZYSŁAW KUŹMICKI wspomina Odessę: Kto wieczorem płacze, ten śmiać się będzie rankiem

 

Ukraińskie przysłowie: „Kto wieczorem płacze, ten śmiać się będzie rankiem” przyszło mi na myśl. Wiadomo dlaczego. Wiosną 2001 roku podróżowaliśmy samochodem przez Lwów na południe, w kierunku Mołdawii. Wtedy zobaczyłem obrazki dziwne, dla mnie egzotyczne. Stojące wzdłuż dróg samochody osobowe i ludzi uprawiających działki, niewielkie poletka. Najczęściej kopali ziemię szpadlami, przerzucali łopatami, ale też widziałem scenę, kiedy kilka osób, wśród nich kobiety, ciągnęło pług prowadzony przez oracza. Wtedy uwierzyłem, że niepodległa Ukraina wytrzyma, że zbuduje swoją niezależność, że determinacja i pracowitość ludzi stanie się podwalinami silnego, zamożnego państwa.

Mam świadomość, że ci pracujący ludzie robili to wyłącznie dla siebie, po prostu starali się brać sprawy w swoje ręce. Ich wysiłek może przekładał się na promil narodowego bogactwa, a może i nie. Ale nie chcieli czekać, nie liczyli na nikogo, tylko na siebie. Wtedy chyba poczułem wielką do nich sympatię, może nawet coś więcej. A potem tak się moje życie potoczyło, że przez trzynaście kolejnych lat jeździłem do Odessy na święto miasta. Bo jest miastem partnerskim Łodzi, a ja pracując w Muzeum Kinematografii organizowałem część tzw. atrakcji artystycznych, jakie nasze miasto dawało w prezencie. To zawsze były pokazy wybranych polskich filmów. Nowych, ale i archiwalnych a także dokumentów, animacji i krótkich fabuł. Z reguły nieznanych tamtejszej widowni. Filmom towarzyszyły też wystawy, często plakatów filmowych, choć nie tylko. Zwykle staraliśmy się pokazać coś ważnego dla nas, często z odwołaniami do najnowszej historii, oczywiście każdego roku odrębnego.

Początkowo jeździliśmy samochodem, bo tak łatwiej było przewieźć filmy i wystawy. Filmy wtedy jeszcze pokazywane były z taśmy 35 mm, a to znaczy, że jeden tytuł mieścił się w skrzyni ważącej ok. 20-25 kg. A ponieważ najczęściej pokazywaliśmy 5-6 tytułów plus często kilka krótkich metraży oraz jakąś wystawę – plakatów, fotografii, dokumentów – zbierało się tego sporo. Odpowiednie auto z kierowcą oraz kierowniczką wyprawy dawał Urząd Miasta Łodzi, muzeum przygotowywało filmy, a jak trzeba to i tłumaczenia oraz wystawy.

Najczęściej ja konstruowałem program pokazów i potem każdego wieczoru przedstawiałem je publiczności. Poznałem w ten sposób kilka odeskich kin (niektóre już nie istnieją!) i odeską wytwórnię filmową. Mówiono, że żaden reżyser rosyjski filmowy nie mógł uważać się za profesjonalistę, jeśli nie miał przynajmniej 3 dni zdjęciowych w Odessie. Nie muszę dodawać, jaki mogłem czuć się popularny i ilu znajomych miałem w Odessie. Nie było problemu, żeby dostać bilety do opery albo na koncert – wystarczyło wspomnieć, że jest się z miasta partnerskiego.

A spotkania na ulicach, swobodne rozmowy przy piwie albo czymś bardziej męskim, jak określali to przygodni często znajomi: „Piwo eto dla dietiej, nam nużen spirt masłogriejnyj!” – o ile dobrze cytuję. I poczucie przynależności do jednej rodziny – ludzi wolnych, mogących decydować o swoim losie.

Wtedy poznałem miasto tak, że mógłbym oprowadzać po nim wycieczki. Co zresztą zdarzyło mi się kilka razy, kiedy przyjeżdżali nowi członkowie polskiej delegacji. Zobaczyłem też, jak bardzo wszyscy mieszkańcy miasta, nazywający siebie często „odesitami”, cenią swoją odrębność. Odrębność swojego młodego, założonego dopiero w 1794 roku miasta, od wszystkiego na świecie, z Rosją na czele. Bo mimo, iż w Odessie mówi się po rosyjsku, to w żadnym razie nie dostrzegłem tam prorosyjskich postaw. O czym przekonali się też ci, którzy w 2014 roku chcieli w mieście sprowokować antyukraińskie wystąpienia. To w Odessie usłyszałem, że słowo „kacap” znaczy u nich to samo, co u nas. A także i to, że określenie „odesit” oznaczało dawnej kogoś tak przebiegłego w interesach, że mógł sprzedać śledziowe główki po rublu za sztukę, chociaż za kilogram całych śledzi na rynku płaciło się pięćdziesiąt kopiejek!

Wspominam Odessę, jaką poznałem. Krzyżujące się pod kątem prostym ulice, liczne tablice pamiątkowe poświęcone także postaciom fikcyjnym, choć jest też na budynku, w którym mieszkał Adam Mickiewicz. Krótko mieszkał – dokładnie dziewięć miesięcy – będąc zesłany do Rosji, szukał tu pracy w renomowanym podówczas liceum założonym przez mera miasta Armanda Richelieu. Stąd, z Odessy, podróżował lądem do Akermanu i morzem na Krym. W 210 rocznicę od założenia miasta odsłonięto pomnik naszego wieszcza, a wśród gości wydarzenia był ówczesny minister kultury Waldemar Dąbrowski oraz Grażyna Szapołowska i Olgierd Łukaszewicz. Oboje czytali wtedy wiersze Mickiewicza. Autorem odlanej w brązie rzeźby przedstawiającej młodego poetę w dynamicznej pozie, jakby w marszu, jest ukraiński artysta Aleksandr Kniazyk.

Uczestniczyłem również w odsłonięciu tablicy i nadaniu imienia ulicy Lecha Kaczyńskiego – taki jest tam bowiem zwyczaj, że nowe tablice i pomniki odsłaniane są najczęściej w czasie święta miasta. Pomników w Odessie jest zresztą mnóstwo. Dwa ma Aleksander Puszkin, mają marynarze z pancernika Potiomkin, ale też lotnik – marzyciel Siergiej Utoczkin, gwiazda niemego kina Wiera Chołodna, aktor Leonid Utiosow (znany z filmu „Świat się śmieje”), zaś Ostap Bender, bohater powieści „12 krzeseł” Ilfa i Pietrowa, ma plac swojego imienia, a na nim pomnik krzesła. Jednego z tych słynnych dwunastu.

O Odessie można w nieskończoność mówić, pisać, wspominać. A to przecież tylko jedno z ukraińskich miast; każde z pozostałych ma odrębną historię, legendę, mitologię.  Mielibyśmy przestać o nich pamiętać?

Szcze ne wmerła Ukraina!

 

 

HUBERT BEKRYCHT: Nie chodzi już tylko o Ukrainę i o nas, ale o katastrofę, która może zniszczyć Europę

Jeśli statek może utonąć, jakkolwiek smutno to brzmi, najpierw ratuje się kobiety i dzieci oraz osoby w podeszłym wieku. „Podczas wojny na Ukrainie Polska zachowuje się jak humanitarne supermocarstwo” – pisze wicenaczelny Spectatora Freddy Gray. „Część brytyjskich mediów jednak woli po prostu pisać o rasizmie, bo razem z ukraińskimi kobietami i dziećmi ze Wschodu do Polski próbują się przedostać głównie młodzi mężczyźni z Afryki i Bliskiego Wschodu, którzy jesienią zostali oszukani przez Moskwę oraz Mińsk i użyci do destabilizacji polsko-białoruskiej granicy” – podkreśla brytyjski dziennikarz.

Powoli, ale skutecznie opinia publiczna na świecie dowiaduje się, że kraje Europy środkowo-wschodniej nie są dzikimi państwami przyjętym do UE i NATO tylko dlatego, ża Zachód miał wyrzuty sumienia, bo po II wojnie światowej zostawił nas w sowieckich łapach.

Czy musiało dojść do kolejnej wojny, aby w Waszyngtonie, Paryżu, Londynie na to wpadli? Chciałbym odpowiedzieć, że nie. Chciałbym, ale nie mogę. Atrykuł Graya nie jest dla mnie żądną satysfakcją, ale stanowi symptom – moim zdaniem – nieodwracalnych zmian w mentalności Zachodu po bandyckiej inwacji Kremla na Ukrainę.

„Jeśli Putin naprawdę zamierza wypędzić najbiedniejszych migrantów świata na Ukrainę i sprawić, że Zachód będzie coraz bardziej szalał z powodu polityki tożsamości, to wydaje się, że plan już działa” – zwraca uwagę Gray.

„Polska zachowuje się jak humanitarne supermocarstwo” Freddy Gray – The Spectator

Dziennikarz zarzuca też brytyjskiej prasie, że wykorzystuje wojnę i kryzys do podsycania nastrojów antypolskich, o co zresztą chodzi rosyjskiemu dyktatorowi. Putin próbuje dzielić państwa UE i NATO destabilizując dezinformacją.

Nie możemy naiwnie przypuszczać, że wszystko kręci się wokół Polski. A niektórzy u nas tak mają. I nie tylko u nas, ale to żadna pociecha. Na Boga, ludzie, przecież tragedia jest tam, na Ukrainie,  nie u nas, czy na Zachodzie. Jeszcze. Otrząśnijcie się z tego amoku! Nawet zachodnie media, powoli zacynają to rozumieć. Teraz nie chodzi już tylko o Ukrainę, o nas, o państwa naszej części Europy, ale o katastrofę, która może zmieść z powierchni ziemi Stary Kontynent i znaczną część świata! Warto się zastanowić Koleżanko i  Kolego Redaktorzy, co piszecie i jak to robicie. I choć Spectator nie jest z mojej bajki, uczmy się wszyscy od Graya!

Hubert Bekrycht

O rosyjsko-białoruskiej inwazji na Ukrainie, bezinteresownej pomocy Polaków dla walczącego z Moskwą kraju i kryzysie uchodźczym na ukraińsko-polskiej granicy napisał zastępca redaktora naczelnego The Spectator Freddy Gray – link w felietonie.

(Skróty i tłumaczenia – od autora)

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Worthy of NATO!

After many statements  (March 4,  2022) by world politicians regarding the lack of NATO involvement in military aid to Ukraine during the Russian invasion of this country, we would like to remind you of the column by Stefan Truszczyński of February 27, 2022 (eglish version).

W związku z wieloma wypowiedziami światowych polityków (z 4 marca 2022 r.) dotyczących braku zaangażowania NATO w pomoc militarną Ukrainie podczas rosyjskiej inwazji na ten kraj, przypominamy felieton Stefana Truszczyńskiego z 27 lutego 2022 r. Najpierw tłumaczenie felietonu na angielski.

  ***

Who is worthy of being a NATO member? Poland is just proving to be. Citizens rush to help, authorities speak out clearly. Nobody had believed the bandit would go so far. Although the attack could have been expected, till the very last moment, till 5 o’clock on Thursday morning, we had all been deluding ourselves into thinking that it would not happen.

But the criminal attack did happen, and it took the crimes committed to make people realize how dangerous and naïve their faith in the law, agreements and international organizations was. There is still faith in our defensive alliance, belief that NATO is very powerful… Well, it will be powerful only when it responds. Deterrence alone is not enough.

There are 600.000 members of the International Federation of Journalists, which is several times more than the headcount of the Polish armed forces. Let’s use this potential, let’s cooperate.

The conscience of many naïve idiots and plain morons is being awakened now, however, way too slow. These days, everybody has access to instant means of communication and everyone can hear and see what is happening in a split second. Yet, lengthy and hollow discussions continue, including regarding the most vital question: how to defend an invaded country and its people who are being murdered as we speak. How long will Ukrainian soldiers, so heroic and effective in combat, have to prove that they are worthy of being a member of an organization which prides itself of being the defender of the civilized world?

The proof of the soldier is in the fight. Lazy and affluent Europe may remain such only if it has true defenders. We have seen before – for example in Srebrenica – what soldiers from European wealthy states are worth when Serbian murderers massacred the Muslim population.

There is nothing to consider or contemplate! What are we waiting for? Ukraine is a European democratic state and now it is wrecked with agonizing pain… and waiting. Supplying arms
is not enough. Hordes released by the bloodthirsty madman can be stopped only with brute force. 50 thousand Russian troops attacked Ukraine. 100 thousand more are waiting for the order to invade. It slowly dawns on those hapless, unaware young Russian soldiers that they will die. Those boys do not understand what they are fighting for. Their officers have been brainwashed. Their generals have been intimidated. Individuals who do not deserve to be called journalists were bribed.

What is NATO waiting for? Why are we hiding in trenches? NATO will understand their mistake only when it gets hit by a Russian missile. First nuclear threats have already been made. Everybody has seen exploding fuel storage tanks, targeted pipelines, bombed cities.
What is NATO waiting for? The grandfathers of today’s decision-makers did exactly the same: they met and deliberated as the invaders’ tanks wreaked havoc in Poland.

And now billionaires count how much they might lose by not exporting luxury goods to Russia and ordinary people enjoy themselves in cafés or at concerts while terrified Ukrainian children cry in the arms of their helpless mothers.

Women and children, the sick and the weak may stay behind – the rest must go and fight or otherwise soon will cry bitter tears of regret not knowing who to blame. Today the fate of Ukraine is being decided, and most probably the fate of my country and you country, too.
Criminally attacked Ukraine should be protected by NATO, period.

The infamous German offer to provide some old helmets will be remembered as a cynical joke. We could do so much better. NATO is perfectly able to start protecting Ukrainian skies
in a matter of minutes. A fighter jet is a fighter jet only when it fights! Sitting idly in a hangar, it is merely a very expensive toy, a pile of scrap. People trained to defend should defend or else they are only imposters.

The so-called principles of democracy have put civilians in power and given them the final say. History shows, however, that they are the firsts to hide in shelters or run away from the danger. We can see how they rule in the times of peace but we could never see what they are worth when it comes to fight and defend. Only the strongest will win and prevail: the strongest in actions, not words.

***

Godni NATO! Felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO 

Kto jest godny być członkiem NATO? Polska właśnie się sprawdza. Godni są ludzie, którzy spieszą z pomocą. Władza mówi coraz bardziej konkretnie. Nikt nie przypuszczał, że bandyta tak daleko się posunie. Niby można było spodziewać się ataku, ale jednak do ostatniej chwili – do tej piątej rano w czwartek – myśleliśmy, że jednak nie!

Ale zbrodnicza napaść stała się faktem. Tak dopiero zbrodnia uświadamia jak groźne jest wierzenie w skuteczność prawa, umowy, międzynarodowe organizacje. Trwa jeszcze wiara w sojusz obronny. NATO jest potężne. Właściwie dopiero będzie takie gdy zacznie naprawdę działać. Odstraszanie nie wystarcza.

600 tysięcy członków liczy Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy. To kilka razy więcej niż mamy w Polsce wojska. Współdziałajmy.

Budzą się sumienia różnych naiwniaków i głupków. Ale zbyt wolno. Są jednak teraz tak fantastyczne drogi, łącza przekazu, że w ułamku sekundy wszyscy wszystko mogą usłyszeć, zobaczyć. Ale trwają jałowe dyskusje. Również ta najważniejsza, jak bronić napadniętego państwa i mordowanych tam ludzi? Jak długo bohaterscy i skuteczni w walce żołnierze ukraińscy będą musieli udowadniać, że są godni być członkiem organizacji broniącej cywilizowanego świata?

Wartość żołnierzy sprawdza się w boju. Syta Europa taka pozostanie, gdy będzie miała prawdziwych obrońców. Już doświadczyliśmy – na przykład w Srebrenicy – co warci są żołnierze z luksusowego kraju. Zbrodniarze serbscy wybili ludność muzułmańską.

Nad czym tu się zastanawiać? Na co czekać? Ukraina to kraj europejski, demokratyczny. Teraz zwija się z bólu i ciągle czeka. Dostarczenie jej broni to za mało. Hordy uruchomione przez szaleńca mogą być zatrzymane tylko siłą. Rzucono 50 tysięcy. Jeszcze 100 tysięcy czeka na rozkaz. Dociera do nich, do tych nieświadomych młodych żołnierzy, że też będą ginąć. Ci chłopcy nie rozumieją za co walczą. Otumaniono ich. Ogłupiono oficerów. Zastraszono generałów. Pozyskano, przekupiono ludzi, którzy nie zasługują na miano dziennikarzy.

Na co to NATO? Tkwi w okopach. Zrozumie błąd gdy sojusz zostanie trafiony rakietą. Już słychać atomowe groźby. Przecież wszyscy widzą jak wybuchają zbiorniki paliwa, rurociągi, jak rujnowane są miasta. Na co czeka NATO? Dziadowie obecnych decydentów też zbierali się, radzili, nawet gdy żelazne zagony czołgowe ryły już Polskę. Teraz miliarderzy liczą ile stracą na eksporcie luksusowych towarów.

Bardzo blisko od siedzących w kawiarniach i bawiących się na koncertach płaczą przerażone dzieci tulone przez bezradne matki.

Niech kobiety z dziećmi, ludzie chorzy i słabi zostaną. Pozostali muszą iść walczyć. Po to, by potem przez lata nie zawodzić żałobnym płaczem z pretensjami nie wiadomo do kogo. Dziś decyduje się los Ukrainy, ale także mojego i twojego kraju. Napadnięty zbrodniczo kraj powinien być pod obroną NATO.

Oferta starych niemieckich hełmów przejdzie do historii jako cyniczny żart. Wystarczy niewiele minut by zacząć chronić ukraińskie niebo. Samolot wojskowy jest nim, gdy walczy, gdy broni. W hangarze jest tylko drogą zabawką. Kupą żelastwa. Bronić ludzi powinni przysposobieni do tej pracy. Uzurpatorzy tego nie potrafią.

Tak zwane zasady demokracji stawiają cywilów na czele. Oni mają decydować. Jak uczy historia to jednak ci pierwsi włażą do schronów lub uciekają z miejsca zagrożenia. Uczą się. Jak rządzą – widzimy. Jak bronią – możemy już nie zobaczyć. Wygrają i przetrwają najsilniejsi. Ale nie w gadaniu

WALTER ALTERMAN: Rosja, Polska, Ukraina – starcie Zachodu z Dalekim Wschodem (1) Rosja, czyli pośmiertne zwycięstwo Mongołów

Przedstawiamy część pierwszą cyklu, będącego rysem mentalności trzech narodów. Dlaczego może to być istotne? Bo Rosja najechała Ukrainę, a Polska jest – niestety – najbliższym sąsiadem Rosji.

Paweł Jasienica, będący bardziej historiozofem niż historykiem, w swojej „Polsce Piastów” postawił trudną z pozoru do przyjęcia tezę, że każdy naród koduje się raz na zawsze. I ma to najczęściej miejsce u początków dziejów danego narodu. O ile chodzi o Polskę, ta uważał on, że okres rozbicia dzielnicowego był dla Polaków czasem przyjęcia podstawowych odruchów mentalnych i politycznych. Więcej, bo Jasienica uważał, że był to dla Polaków czas zbawienny. Jak wiemy ten rozdział naszych dziejów trwał od 1138 roku do koronacji Władysława Łokietka w roku 1320. Zwykło się uważać, że tamten czas, gdy Polska nie miała jednolitej władzy centralnej a kraj był rozbity na małe księstwa, był nieszczęściem. Jednak Paweł Jasienica uważał, że było wręcz odwrotnie.

W pierwszym odcinku zaczniemy jednak od Rosji.

Część I.

Rosja czyli pośmiertne zwycięstwo Mongołów

Wołodymyr Zełenski powiedział w szóstym dniu wojny: Rosjanie jesteście dziwni. Jesteście niewolnikami.

Chciał Rosjan obrazić czy też powiedział szczerą prawdę? Uważam, że powiedział prawdę. Zdaje mi się bowiem, że historia ukształtowała Rosjan na idealnych wręcz niewolników. Gdyby jednak ktoś miał wątpliwości, przypatrzmy się podstawowym cechom mentalnym Rosjan i ich źródłom.

Wielu zachodnich analityków i zwykłych obserwatorów wojennej sytuacji na Ukrainie podejmuje się coraz częściej analizy osobowości Putina i mentalności dzisiejszej „klasy panującej” w Rosji. Jedni sięgają do źródeł, czyli KGB-owskiej przeszłości Putina, która miała ukształtować jego osobowość, bo Putin podobno nikomu nie wierzy i jest ogarnięty manią podejrzliwości wobec całego swego otoczenia. Inni wskazują na postępującą chorobę psychiczną osamotnionego przywódcy. Są i tacy, którzy twierdzą, że Putin wierzy w możliwość restauracji imperiów carów, czyli, że jednak oszalał.

Wszystko to być może, wszystko jest po części prawdą. Jednak moim zdaniem dzisiejsza Rosja jest – w sferze mentalnej – spadkobierczynią imperium średniowiecznych Mongołów.

Rosja – normańskie początki

Wędrówka ludów sprawiła, że na miejscach dzisiejszego ich bytowania pojawili się Słowianie. Na początku nie tworzyli jakichś silniejszych organizmów państwowych. Skupiali się w niewielkich grupach rodowych i plemiennych. Zachodnia Europa była, na szczęście dla Słowian, zajęta walką między sobą i pozostawiała terytoria zajęte przez Słowian we względnym spokoju.

Tereny zajęte przez dzisiejszą Rosję, Białoruś i Ukrainę nazywaną Rusią. Początek ich państwowości dali Wikingowie, którzy przez dwa stulecia okrutnie łupili Rusów. Porywali też ich ludzi, których potem sprzedawali w niewolę w Konstantynopolu. Po pewnym czasie plemiona słowiańskie z tych terenów, postanowiły wykorzystać Wikingów (Waregów) do stworzenia przez nich silniejszej organizacji państwowej i tak się stało. Mówiąc inaczej – Rusowie oddali Waregom władzę, a ci stworzyli podstawy organizacyjne ich państwa. Wśród Waregów najsilniejsi i najlepiej zorganizowane było plemię Rusów-Rusinów. W latach 30. IX wieku miało istnieć już pierwsze państwo Rusów. W IX wieku Kijów znany jako Könugard stał się centrum normańskiego handlu na Rusi. Był jednocześnie głównym składem daniny, ściąganej przez Normanów z plemion ruskich. Stąd Normanowie spławiali towary i niewolników szlakiem greckim w dół Dniepru do Morza Czarnego.

Trzeba tu jednak zauważyć, że większość ludów zamieszkujących obszary późniejszej Rusi znajdowała się w strefie wpływów Kaganatu Chazarskiego i płaciło Chazarom (był to lud pochodzenia tureckiego) daninę po srebrnej monecie i po wiewiórce od dymu.

Informacje te podaje Nestor Kronikarz (ur. ok.1050, zm. ok.1114) mnich Monasteru Pieczerskiego.  Był on redaktorem jednego z najstarszych ruskich latopisów „Powieść minionych lat” (ok. 1113 r.), w którym Nestor opisał historię Rusi od IX do XII wieku.

Za założyciela pierwszego państwa uważa się Ruryka, który około 862 roku zjednoczył część Rusi, Słowenów Ilmeńskich, Krywiczan, Połoczan (ludy słowiańskie) oraz Muromę i Weś (ludy fińskie), dając tym samym początek pierwszemu znanemu państwu ruskiemu –Rusi Nowogrodzkiej. Stolicą swego państwa uczynił Nowogród Wielki.

Za najsilniejszego i najlepszego władcę Rusi uważa się księcia Jarosława Mądrego (1019-1054). Jego wojska w wyprawach docierały na Mazowsze, Litwę i ziemie Estów (Estonię). Za jego panowania rozwijały się miasta, kwitła kultura chrześcijańska, głównie piśmiennictwo w języku starocerkiewnym, wybudowany został sobór Sofijski w Kijowie. Jarosław podzielił w testamencie państwo między swych synów przy zachowaniu senioratu. Za panowania tego władcy sprowadzono ostatnią drużynę wareską ze Skandynawii, po czym odrębność Waregów i podległych im Słowian szybko zanikła, i obie grupy stanowiły już jeden lud.

Mongołowie, czyli Tatarzy

Jednak to nie Wikingowie czyli Waregowie, nie Chazarowie odcisnęli swe trwałe piętno na mentalności dzisiejszych Rosjan. Ludem, który zdefiniował i narzucił Rosjanom rozumienie i reagowanie na świat, zdefiniował ich pojęcie władzy i relacji wzajemnych w społeczeństwie byli Mongołowie, zwani na Rusi Tatarami.

W XIII wieku wschodnia i środkowa Europa zostały zalana przez zdyscyplinowane i nowocześnie, jak na tamte czasy, walczące, nieprzebrane masy Mongołów. Powstrzymała je przed pójściem na Zachód śmierć władcy. Mongołowie wrócili, by wybrać nowego Chana. Zachodniej i Środkowej Europie już nie zagrażali nigdy.

Przed najazdem i podbojem mongolskim Ruś była rozbita na księstwa dzielnicowe i nie stanowiła jednolitego i silnego państwa. Być może dlatego Ruś Kijowska dostała się pod kontrolę Złotej Ordy. Ważne, że Kijów w 1363 roku poddał się zwierzchnictwu Litwy. Moskwa zaś pozostała w rękach Tatarów. Tu warto zaznaczyć, że Rusini kijowscy mieli kulturową przewagę nad ciągle pogańskimi Litwinami. Rusini już od 400 lat byli ochrzczeni, mieli pismo i wiedzę oraz doświadczenie administracyjne. Jeszcze w czasach Jagiellonów buchalteria w Wielkim Księstwie była prowadzona w języku ruskim.

Niewola Moskwy datuje się na lata 1223 – 1380. A jest to czas, kiedy Europa przeobraża się, powoli kończy się „ciemne średniowiecze” i nadchodzą czasy nowego stylu sprawowania władzy. Do głosu dochodzi mieszczaństwo a chłopi uzyskują coraz więcej wolności indywidualnej.

Tatarzy pozostawili na podbitych ziemiach ruskich stare struktury polityczne. Ale wykorzystywali je dla umocnienia swego panowania. Podsycali waśnie i konflikty między książętami ruskimi, a nawet je prowokowali. W 1243 Batu-chan, udzielając zezwolenia Jarosławowi na używanie tytułu wielkiego księcia i pozwalając na sprawowanie przezeń władzy w księstwie kijowskim i rostowsko-suzdalskim, wprowadził obyczaj każdorazowego uzyskiwania odpowiedniego przywileju przez władców Rusi, tzw. jarłyku.

Ci, którzy chcieli otrzymać jarłyk, musieli stanąć przed obliczem chana. I nie wiedzieli, czy czeka ich wspaniałe przyjęcie, poniżająca procedura hołdownicza, czy też śmierć. Te ostatnie przypadki zdarzały się często. W 1245 zabito księcia czernihowskiego Michała, w rok później wielkiego księcia Jarosława II, a jego syn Aleksander uniknął śmierci, nie stawiając się na wezwanie tatarskie.

Wkrótce praktyka chanów przybrała formy zorganizowane. Pojawili się na Rusi poborcy podatkowi i urzędnicy przeprowadzający spis ludności. W miastach osadzono namiestników tatarskich (baskaków), którzy mieli czuwać nad przestrzeganiem terminów składania daniny. Duchowieństwo zwolniono od wszelkich danin i powinności. Dodatkowy ciężar stanowiły zdarzające się niespodziewane branki, uprowadzanie ludności i zmuszanie jej do służby wojskowej. Na Rusinów spadały również świadczenia na rzecz tatarskiej służby łączności: dostarczanie podwód, kwater i wyżywienia dla posłańców. W sytuacji gdy podatki bądź inne trybuty nie były dostarczane, Tatarzy organizowali karne ekspedycje, w czasie których dopuszczali się „wielkich okrucieństw”.

Dopiero w roku 1380, po bitwie na Kulikowym Polu, rozpoczął się proces uniezależniania się Moskwy od zwierzchnictwa Złotej Ordy i budowy państwa rosyjskiego w oparciu o rosnącą potęgę i autorytet Wielkiego Księstwa Moskiewskiego. Zwycięzca, książę Dymitr otrzymał przydomek „Doński” i jest do dzisiaj rosyjskim bohaterem narodowym.

Pamiętajmy jednak, że Ruś Moskiewska była w Mongolskiej niewoli 250 lat, bo Dymitr Doński jedynie zapoczątkował długotrwały proces wybijania się Rusi na wolność.

KOMENTARZ MARIUSZA PILISA: Sekretarzowi generalnemu EFJ życzę by otrzeźwiał

Koleżanki i Koledzy,

 Zarząd Główny SDP wyszedł z inicjatywą nałożenia sankcji na wszystkie rosyjskie stowarzyszenia dziennikarskie działające w ramach Europejskiego Federacji Dziennikarskiej EFJ i Międzynarodowej Federacji Dziennikarskiej IFJ. Zaapelowaliśmy o to bezpośrednio do sekretarza generalnego EFJ Ricardo Gutierrezowi. Chodzi o konkretnych ludzi i konkretne rosyjskie organizacje, które działają w europejskich strukturach dziennikarskich czy na ich obrzeżach. Ku naszemu zaskoczeniu sekretarz generalny EFJ w swojej odpowiedzi zaproponował abyśmy wyrazili się jaśniej, ponieważ nie rozumie, o co nam chodzi.

 Jedną z rosyjskich organizacji dziennikarskich, wobec której proponujemy sankcje, nazwał dobrą, pożyteczną, działającą przeciwko wojnie i wspierającą Ukrainę. Naszą inicjatywę nazwał „głupią”. Skierowaliśmy do sekretarza generalnego EFJ oficjalną odpowiedź, w której „rozjaśniamy”, jak rozumiemy obecną sytuację, jak rozumiemy potrzebę naszego zachowania się w tej ciężkiej dla Ukrainy sytuacji jako członkowie europejskiej federacji dziennikarskiej, jak rozumiemy wojnę, śmierć niewinnych ludzi i zbrodnie popełniane przez wojska rosyjskie.

Trudno w tej chwili znaleźć odpowiednie słowa na określeni tej zaskakującej dla nas dyskusji i wymiany korespondencji. Mam wrażenie, że spotykamy się z próbami relatywizowania rzeczywistości, działania w myśl zasady: są równi i równiejsi.

Przykładów tego, jak wysocy działacze europejskich i światowych organizacji rozumieją swoją rolę w ostatnich dniach mamy aż nadto. Za wszystkimi stoją jakieś interesy. Mimo to udaje się przymusić ludzi, którzy decydują dzisiaj o sankcjach nakładanych na wszelki przejawy rosyjskiej aktywności w świecie do właściwego rozumienia tego, jak powinniśmy się zachować w tych historycznych chwilach.

 Sekretarzowi generalnemu EFJ życzę by otrzeźwiał i w sposób poważny zmierzył się z tym, co jak się wydaje na razie go przerasta. Prawdziwych liderów poznajemy w trudnych chwilach. Komicy stają się bohaterami, ci których uważaliśmy za liderów stają się komikami. Skrajne wydarzenia jakim jest niewątpliwie wojna weryfikują postawy ludzkie, przewracają ustalone porządki, porządkują świat na nowo. Może to najwyższy czas dla nas, dla SDP, aby aktywnie włączyć się w procesy wyboru reprezentujących nas władz EFJ.

Na razie mamy jednak inny cel. Doprowadzimy do tego, że sankcje zostaną wprowadzone, że pełna izolacja rosyjskich organizacji dziennikarskich i Rosjan działających w europejskich i światowych strukturach zostanie wprowadzona. Nie chcemy dzisiaj podziału na „dobrych” i „złych” Rosjan. Chcemy izolacji dla wszystkich. Bo tego wymaga chwila.

Kolegom i Koleżankom Rosjanom, dziennikarzom, którzy dzielnie stawiają czoła reżimowi Putina i aktywnie protestują przeciwko jego barbarzyństwu i zbrodniom chciałbym przekazać:

„Nie ma w naszej inicjatywie niczego osobistego. Nie ma ślepej furii czy gniewu czy nawet emocji. My musimy się tak zachować. Zachować się jak trzeba. Kiedy skończy się wojna, izolacja się zakończy”.

Wiem, że to zrozumieją, bo wielu z nich znam osobiście.

HUBERT BEKRYCHT: FIFA? Co? A иди на х@й! Warto bojkotować Rosję

Nie sądziłem nigdy, że nie będzie mi zależało na meczach polskiej reprezentacji narodowej. Nie, nie zależy mi na meczach, które mielibyśmy grać z pupilami mordercy, który napadł na Ukraińców, aby polepszyć sobie notowania we własnej mafii. Nie, nie zależy mi na futbolowych mistrzostwach świata, które zostały kupione od FIFA za miliardy petrodolarów i rubli. Nie, nie zależy mi, aby udawać, że Katar to Mekka piłki nożnej, a Rosja to jej kolebka.

Zależy mi na reprezentacji Polski w piłce nożnej, zależy mi na piłkarzach, którzy w naszej drużynie grają z orzełkiem na piersi po to, aby usłyszeć hymn przed meczem i starać się ten mecz wygrać. Zależy mi na reprezentacji, która razem, na szczęście, z prezesem PZPN,  powidziała NIE MORDERCY Putinowi! Jestem z Panów dumny!

Właściwie napisałem już wszystko, ale, z powodu rosyjskiej agresji na Ukrainę, może nie wszyscy wiedzą, co zrobili działacze FIFA w czwartym dniu wojny. W czwartym dniu najazdu jednego z członków federacji Rosji, niedawnego organizatorora Mistrzostw Świata (2018 r.) i współorganizatora Mistrzostw Europy (2020/2021 r.) w piłce nożnej.

Otóż, międzynarodowa mafia piłkarska – FIFA – dała znowu popis bezprecedensowego tchórzostwa i powód do kolejnych podejrzeń o korupcję w związku z faworyzowaniem Rosji, która napadła na niepodległe państwo a wojska dyktatora Putina mordują ludnośc cywilną.

Owa organizacja, jak chwalą się jej członkowie, pozarządowa, ma gdzieś wojnę na Ukrainie i cierpienie niewinnych ludzi. FIFA ma też gdzieś, że znowu się skompromitowała „nakładając” w niedzielę wieczorem na Rosję jakieś symboliczne „kary”, ale nie wykluczając Moskwy z barażowej walki o miejsce na tegorocznych MŚ w Katarze. Skandal? Korupcja? Spisek? Tak. Najgorsze jest jednak to, że FIFA nie przyjęła do wiadomości, że piłkarskie związki narodowe Czech, Polski i Szwecji zbojkotowały baraże w zaproponowanym przez FIFA kształcie i oświadczyły, że z powodu rosyjskiego ludobójstwa na Ukrainie z Rosją grać nie będą!

FIFA to jednak stan umysłu jej działaczy, a właściwie tego, co z nich zostało. Owi przyjaciele Putina, a szczególnie ten Włoch, który jest prezesem tej piłkarskiej mafii, zaproponowali, że – w zależności od wyników poszczególnych spotkań – Czechy, Polska, i Szwecja mogą grać z prowadzącą wojnę zaborczą Rosją na neutralnym terenie. Proponuję Kijów, albo Donieck. 

Byłoby to może zabawne jeszcze przed krwawą wojną na Ukrainie. Wojną, która wyleczyła mnie z bezwzględnej miłości do piłki nożnej, chociaż futbol zamierzam nadal kochać. Tyle, że rozważnie.

Fédération Internationale de Football Association, czyli FIFA po francusku dobrze brzmi i dobrze wygląda, ale nie zmienia to faktu, że zapach dużych  pieniędzy pnad dwustu federacji miesza się z fetorem moralnej zgnilizny. Działacze FIFA to też nie są tanie dranie. To bardzo drogie dranie, a szczególnie ten wspomniany już Włoch – prezes federacji, który udaje księcia a jest kumplem bandyty Władimira Władimirowicza. Ów syn Italii (wybaczcie wszyscy Włosi) jest po prostu skorumpowanym figurantem międzynarodowych koncernów, które utrzymują jego folwark.

Siostrą FIFA jest UEFA, czyli europejski związek federacji narodowych. Wiceprezesem UEFA jest były prezes PZPN a w przeszłości znakomity piłkarz Zbigniew Boniek. Czy to możliwe, że zdobywca III miejsca na hiszpańskim turnieju o mistrzostwo globu sprzed 40 lat nie wiedział, że FIFA szykuje taką ruską niespodziankę Polsce? Możliwe, bo Boniek zaczepiany przez dziennikarzy napisał o tym w niedzielę wieczorem na TT:

„Uważam, ze jest to decyzja skandaliczna i dowiedziałem się o tym tak jak pan (wpis skierowany do Szymona Jadczaka) dwie godziny temu. Nie podpisałbym się pod tym za żadne skarby… proszę mnie nie wciągać w jakieś fifowskie ruchy z którymi nie mam nic wspólnego” – napisał Zbigniew Boniek na TT.

Czyli, wiceprezes europejskiej federacji futbolowej nie wiedział, co robi centrala, czyli będąca „nad” UEFA światowa federacja piłkarska FIFA?

Miłujący futbol Czesi, Szwedzi i Polacy powinni, w imieniu Ukraińców, krzyknąć: FIFA, иди на х@й!