TUSK JAK ANDROPOW? Czyli, o przeszukaniu u ROMASZEWSKIEJ. Przeszukaniu, którego jeszcze nie było

Likwidacja TV Biełsat i represje byłej szefowej stacji Agnieszki Romaszewskiej nabierają prędkości. Ktoś w rządzie Tuska włączył najwyższy bieg, przy okazji włączył Gazetę Wyborczą. Otóż, aby „nie szkodzić” Krelmowi prawdą nadawaną w programach kanału Biełsat likwiduje się tę telewizję. Ale informacja podana przez GW, że przeszukano mieszkanie Romaszewskiej, podczasy gdy takiego przeszukania nie było… to już szczyt propagandy rządu Donalda Tuska i szykan wobec opozycjonistki, której w PRL nie złamała komuna. Teraz jej też nie złamią. Trzymaj się Agnieszko!

W środę znowuzagrano kolejny akt kiepskiej sztuki autoratwa polskich służb specjalnych. To wyższy poziom nieustannego zastraszania dziennikarzy TV Biełsat, i tych, którzy jeszcze tam pracują i tych już wyrzuconych. Represje, także zastraszanie, skierowano oczywiście w stronę pomysłodawcy i wieloletniej szefowej Biełsatu Agnieszki Romaszewskiej. Z tym, że akurat ją – co pisałem na początku – nie jest tak łatwo zastraszyć. Służb Tuska nie spósób prównać do komunistycznej bezpieki, z którą Romaszewska, jako walcząca z PRL w podziemu opozycjonistka wraz, musiała się zmagać. Ojciec i matka byłej szefowej Biełsatu też poznali metody pracy SB. Czy są one inne niż obecne służby specjalnych demokratycznie wybranych rok temu władz?

GW podała w środę 20 listopada: „Agenci Centralnego Biura Antykorupcyjnego weszli (…) rano do budynku TVP przy Placu Powstańców w Warszawie. Chodzi o śledztwo w sprawie zleceń na usługi informatyczne dla TV Biełsat’ – alarmowała GW. W tej samej GW uakazła się też informacja, że służby Tuska przeszukują mieszkanie Romaszewskiej – taką informację powołując się na gazetę Adama Michnika padała Polska Agencja Prasowa.

Czy ktoś to sprawdził? Nie. Bo wiele mediów ogłosiło, że trwa przeszukanie w mieszkaniu Romaszewskiej a była szefowa Biełsatu na swoim profilu na X zaprzeczyła, że rewizja jest w jej domu.

Romaszewska zresztą wielokrotnie zaprzeczała. Tak zastrzeżeniom prokuratury wobec niej jak i podejrzeniom o malwersacji w jej byłej już firmie. Na próżno. Bez żadnych dowodów, już wydano wyrok. Media przylne kolicjii rządowej mnożą tzw. pytania i publicystyczne bzdury manipulując okropnie, sugerując, że w TV Biełasat były jakieś nieprawidłowości. Te atakujące Romszewską media to… mistrzowie rzucania błotem…

Zresztą Romaszewska odpowiedziała dosyć szybko. Podsumowała te pomówienia na FB: „Co to k… mać ma być? Próba zniesławienia, zastraszenia???” – podkreśliła bardzo adekwatnie do sytuacji b. szefowa Biełsatu.

Romaszewska – Brejza 10:0

Odezwali się też politycy PO, nie wiem, czy w tym przypadku określenie mianem polityka tego pana jest zgodne z etyką dziennikarską, ale podaję dalej, że polityk PO te z się odezwał. Tak oto Krzystof Brejza nie sprawdziwszy niczego napisał na X: „CBA w TVP i w mieszkaniu byłej dyrektorki TV Biełsat. Nieoficjalnie wiadomo, że pod szczytnymi hasłami nadawania przekazu dla białoruskiej opozycji, kryła się machina do gigantycznych wyłudzeń, co szczególnie bulwersuje i wymaga wyjaśnienia. Coraz gęściej wokół propagandzistów, którzy nie dość, że ogłupiali naród, to jeszcze mieli lepkie łapki” – napisał Brejza myśląc, ze jest taki sprytny i może się przysłużyć propagandzie rządu TUska.

Natychmiast Brejzie odpowiedziała, też na platformie X, że – delikalnie to ujmując polityk pisze wyssane z palca kłamstwa i pomówienia. Czy ja wiem, czy tak „wyssane z palca”? I Romaszewska tak odpowiedziała Brejzie wczesnym środowym popołudniem. „Już 144 osoby podały dalej Pański wpis zawierający zniesławiające mnie treści. Rozumiem że oczekuje Pan na pozew i ma Pan zamiar dołożyć się do mojej emerytury?”. Brejza nie odpowiedział. Chyba. Bo kogo interesuje oświadczenie człowieka powielającego kłamstwo

Andoropow wiecznie żywy

Oczywiście policja, prokuratura i służby pracują nad udowodnieniem czegoś, czego nie są w stanie udowonić, bo nikt nie uwierzy w „Przekręty Romaszewskiej”, ale cóż rząd każe służby muszą. Jak pisze rządowaPolska Agencja Prasowa:

„W lipcu do warszawskiej prokuratury okręgowej trafiło zawiadomienie likwidatora TVP „o podejrzeniu popełnienia przestępstwa wyrządzenia szkody w obrocie gospodarczym, oszustwa oraz fałszerstwa faktur przez byłą dyrektor TVP i inne osoby pełniące funkcje kierownicze oraz współpracujące z TVP” – doniosła PAP.

Zastanawiałem się nad pointą tego felietonu, ale zakończenie podsunął mi, a właściwie napisał Krzysztof Panek na FB przypomninając na FB wyjątkową sowiecką szuję I sekretarza Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego Jurija Andropowa, całe lata szefa KGB.

Otóż Pan Kszysztof napisał na FB tak:

„Wygląda na to, że Krzysztof Brejza ma podobne problemy, jak Andropow ze strefami czasowymi, bo mieszkania Afnieszki Romaszewskiej nikt nie przeszukuje 😂

Szef KGB Andropow żalił się najbliższym:
– Kiedy zostanę gensekiem, zmienię te idiotyczne strefy czasowe. Ileż to kłopotów!
Dzwonię do Pekinu z gratulacjami z okazji wyboru Deng Xiaopinga, a tam mówią:
„To było wczoraj!”.
Dzwonię do Watykanu z kondolencjami po zamachu na papieża, a tam pytają:
„Jaki zamach?!”” – przypomniał Krzysztof Panek stary, ale bardzo pasujący do sytuacji dowcip sowiecki.
Zresztą metody też jakieś takie podobne…
Hubert Bekrycht

WALTER ALTERMANN: Małżeństwa międzygatunkowe i inne aberracje postępu

Ostatnio w Internecie oraz w kilu stacjach radiowych i telewizyjnych a także w prasie, pojawił się nowy temat – małżeństw międzygatunkowych. O co chodzi? O zalegalizowanie, usankcjonowanie i potwierdzenie ustawowe, że ludzie mający psa czy kota mogą taki fakt legalizować jako, małżeństwa (?), związki czy rodziny… Międzygatunkowe.

W naturze jest tak, że za konkretnym przedmiotem, pojęciem, sytuacją pojawia się nazwa. Nigdy odwrotnie, bo słowo musi mieć desygnat, a skoro go na razie nie ma, to jest niepotrzebne. Jednakże z początkiem obecnego wieku mamy całkiem nową rzeczywistość.

Tego jeszcze nie było

Oto wojownicy globalnego ruchu, który nazywam „Nowe za każdą cenę”, tworzą nowe byty językowe, a potem nerwowo szukają dla nich desygnatów, czyli czegoś, co takie słowo może oznaczać. Tak było z całą rewolucją LGBT+ oraz małżeństwami homoseksualnymi. Metoda ruchu nowoczesnych jest taka, że istniejące od zawsze związki homoseksualne postanawiają nazwać małżeństwami, dając takim tworom nowe słowo i znaczenie. I jednocześnie niszcząc stare znaczenie i stare funkcje klasycznego małżeństwa. Szczególnym przypadkiem, dotychczas w świecie niespotykanym, jest właśnie nowa idea Małżeństw Międzygatunkowych.

A media, szukające jakiś atrakcji, podchwytują taką „innowacyjność” i zaczyna się dyskusja, co jest na rękę, na mózg i serce nowoczesnym, bo przecież się o nich mówi. I o to im, w gruncie rzeczy, chodzi.

Głos blogerki

Trafiłem na tekst blogerki Olgi Kublik, która pisze: „Rodzina międzygatunkowa jest zagadnieniem drażniącym wiele osób. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że Internet nie jest optymalnym miejscem do weryfikowania nastrojów społecznych, jako iż w sieci można zostać zwyzywanym za dosłownie wszystko, jednakowoż lepszego źródła póki co nie mam. Dzisiejszą publikacją dorzucam cegiełkę do dyskusji o rodzinie międzygatunkowej, a także o zjawisku posiadania psa zamiast dziecka i używaniu określeń takich jak psi rodzice, psie dziecko czy też skrótowo psiecko. Uważam, że moja perspektywa jest ciekawa, ponieważ po pierwsze łączy mnie z Rubi wyjątkowa więź – a przynajmniej ja żywię do niej wyjątkowe uczucia – po drugie zaś  nie chcę mieć dzieci [ta fraza odsyła do Wikipedii, hasła „nie chcę mieć dzieci – red.] co może skłaniać do myślenia, iż określam się psią mamą i Rubinę traktuję jako moje psiecko.

Zgodnie z nazwą rodzina międzygatunkowa jest rodziną złożoną ze zwierząt różnych gatunków. Podczas gdy tradycyjnie pojmowana rodzina składa się z przedstawicieli homo sapiens, międzygatunkowa rodzina może obejmować ludzi oraz psy, koty lub zwierzęta innych gatunków. Najczęściej omawianym przykładem są ludzie (para traktowana jako psi rodzice) plus pies (uznawany za psie dziecko).

Rodzina to jednostka stworzona przez ludzi dla ludzi, w stosunku do zwierząt innych gatunków zaś używa się określeń stado, grupa, wataha, rój i podobnych. Rodzina bowiem to znacznie więcej niż wspólna krew – uwzględnia chociażby więzi emocjonalne, zależności genetyczne czy powiązania cywilnoprawne.

Posiadanie psiecka rozumianego jako pies zamiast dziecka przez osoby deklarujące niechęć do płodzenia własnego potomstwa to zjawisko oceniane negatywnie. Większości ludzi trudno przełknąć nawet wizję par bezdzietnych z wyboru (bo co to za chodzenie na łatwiznę i samolubność?!), a co dopiero koncepcję psiego dziecka, czyli psa zamiast dziecka”.

Na końcu p. Kublik oświadcza, że jest przeciwko pojęciu psiecko, ale cały temat uważa za interesujący. Jej artykuł to przykład typowej dla blogerów postawy: piszę cokolwiek, bez opowiadania się po którejś ze stron, bo żyję z tego, że piszę właśnie cokolwiek. Jednakże takie pisanie nie jest obojętne dla życia społecznego, bo nawet takim pisaniem blogerka wysyła sygnał, że temat jest.

A moim zdaniem żadnego tematu „małżeństw międzygatunkowych” nie ma, jest tylko zwykła aberracyjna hucpa.

Ważna rola psów i kotów domowych

Ludzie oswoili wiele zwierząt: psy, koty, konie, owce, krowy a nawet osły. I nie robili tego bezinteresownie, bo oswojone zwierzęta pracowały i pracują dla nas. Koty tępią gryzonie, psy odpędzają lisy i wilki… itd. W miastach koty i psy są zmieniły swe role. Ludziom dają towarzystwo.

Ileż to razy widziałem starsze panie, które długimi monologami strofowały swe pieski. Były to tyrady tak długie i przykre, że człowiek by tego nie wytrzymał. Mam znajomego, który ma niesfornego kundla, a gdy owa psina przerażająco szczeka i ogryza gościom nogawki, mój znajomy klęka przed psem i mówi do niego czułymi słówkami, że tak się nie postępuje, że nie powinien się ten pies tak nieładnie zachowywać… Co na to ów psi łajdak? Nic! Nic nie mówi, nawet się nie łasi i nie przeprasza. Normalne rozwydrzone bydlę. Ale tak być powinno i tak jest dobrze. Bo zwierzęta domowe są ludziom potrzebne.

Czym jest małżeństwo?

Zdaje mi się, że sprawa małżeństw międzygatunkowych jest kolejnym polem konfliktu, wojny, która ma doprowadzić do osłabienia funkcji i znaczenia małżeństwa.

Walka normalsów z nowocześniakami została już wygrana przez tych drugich. Albowiem małżeństwa par homoseksualnych w Europie stały się już normą. I z całą pewnością osłabiły znaczenie klasycznego małżeństwa.

Jestem daleki od powoływania się, w obronie klasyczności, na Boga i religię. Jednakże zwykła logika (a Bóg z pewnością jest logiczny) nakazuje mi stanąć w obronie klasycznych małżeństw. Dlaczego? Bo są instytucją społeczną, mającą zapewnić następstwo pokoleń i wychowanie tych pokoleń w duchu ludzi uspołecznionych, na wzór i podobieństwo swych rodziców. Choć z tym są od zawsze kłopoty, bo rodzice bywają bardzo różni i bardzo dziwni.

Zastanawia mnie też dlaczego pary homoseksualne tak bardzo pragną być małżeństwami? Czyżby, po uznaniu ich związków za małżeństwa, ci małżonkowie z automatu urzędniczego stają się szczęśliwsi, czy mają większe pole do społecznego działania?

Owszem w historii osoby homoseksualne były nieludzko prześladowane, zamykane w więzieniach,  a nawet mordowane. Jednak te złe czasy już minęły. Zatem pytam sam siebie – dlaczego tak bardzo chcą być małżeństwami, dlaczego nie przystają na nazwę „związki”?  Przecież prawdziwymi małżeństwami nigdy nie będą i nigdy nie założą prawdziwej rodziny. A rodzina jest domniemanym i faktycznym celem małżeństwa.

Nowy świat (w budowie)

Zdaje mi się, że na świecie w ostatnich 50-ciu latach objawił się coraz potężniejszy ruch anarchizmu obyczajowego. W XIX wieku anarchiści chcieli obalać państwa, dzisiejsi chcą zniszczyć klasyczne rodziny, klasyczne wychowanie dzieci i klasyczne religie. Im widzi się społeczeństwo świata bezwyznaniowego i bezrodzinnego. Czyli społeczeństwo wolnych, niczym z sobą niezwiązanych ludzkich atomów. Kto by się z takiego świata cieszył najbardziej? Najpewniej pracodawcy przyszłości, bo mieliby do czynienia z ludźmi gotowymi na wszystko, bo nie mającymi żadnych zobowiązań.

A co z następstwem pokoleń? Być może będą się pojawiały na świecie doskonałe, zmodyfikowane genetycznie osobniki. Łagodne i pracowite, bez wad i odporne na choroby – idealni niewolnicy z próbówek. Chińczycy już chyba nad czymś takim pracują.

Nieciekawa to perspektywa. I groźna, bo nowi hunwejbini – może jeszcze nieświadomi swej prawdziwej roli, ale bardzo  bojowi – już atakują wszystko co stare i klasyczne.

Na wzór Mao

W latach 1966-68 w Chinach objawiła się Czerwona Gwardia, zwana też hunwejbinami. Była to komunistyczna organizacja młodzieżowa działająca podczas rewolucji kulturalnej Mao i właśnie pozostawała pod rozkazami przewodniczącego partii. Złożona była ta gwardia z ludzi bardzo młodych. Hunwejbini popiełniali liczne okrucieństwa, torturowali, poniżałali, a niekiedy zabijali osoby uznawane za „wrogów ludu”, do których zaliczano przede wszystkim chińską inteligencję.

Hunwejbini niszczyli też pamiątki z cesarskich czasów, palili rękopisy i obrazy, młotami rozbijali w pył klasyczne rzeźby. A wszystko to imię nowych czasów i nowego człowieka.

Nasi współcześni europejscy hunwejbini wierzą, jak ci chińscy, że światu potrzebni są nowi ludzie – otwarci na wszystko, tolerancyjni i pogodzeni ze wszystkim. Naczelnym ich hasłem jest ekologia, czyli likwidacja produkcji energii z atomu, węgla i ropy naftowej. Potem idą pomniejsze hasła – wolne związki małżeńskie, nawet człowieka z chomikiem i świnką morską oraz wolność od wszystkich religii (każdej z osobna).

Na razie wszyscy dorośli w Europie robią dobrą minę do złej gry i udają, że nic złego się nie dzieje. Ale terror młodych nowocześniaków jest coraz bardziej odczuwalny. Żądali czystej energii już, od jutra – i Niemcy pozamykali swoje elektrownie atomowe. Żądali małżeństw homoseksualnych i dostali je. Teraz żądają małżeństw międzygatunkowych, bo to pojęcie ośmiesza samą ideę małżeństwa… i politycy im to dadzą.

Jedno jest tylko naszą nadzieją, że dzisiejszych hunwejbinów spotka ten sam los co chińskich. A ci chińscy zostali w końcu rozbici w pył, ich przywódcy trafili do więzień, a szeregowi aktywiści na wieś, aby uczyli się „od chłopów”. Naszych widziałbym reedukowanych na Podlasiu. Lud tam cierpliwy, ale bez przesady, głuchy na europejskie nowinki i swoje wie.

Walter Altermann

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jak Bauman unicestwiał Polskę

Brytyjskie miasto Leeds. Spokojna, pełna zieleni dzielnica, z dala od centrum. Dwupiętrowy domek jednorodzinny z zadbanym ogródkiem. Na balkonie widać talerz z polską telewizją satelitarną. Tu, przez ponad 40 lat, mieszkał Zygmunt Bauman, choć urodził się w Poznaniu. Do 1990 r. był kierownikiem katedry socjologii tamtejszego uniwersytetu w Leeds. Wspólne seminaria prowadził z prof. Aleksandrą Jasińską-Kanią, córką agenta NKWD Bolesława Bieruta. Towarzysze mieszkali nawet razem, bo byli parą.

Zygmunt Bauman – major Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, za likwidację Żołnierzy Wyklętych odznaczony Krzyżem Walecznych, agent zbrodniczej Informacji Wojskowej. Urodził się 19 listopada 1925 r. w Poznaniu, zmarł 9 stycznia 2017 r. w Leeds (Wlk. Brytania).

„Grupa ogolonych na łyso Polaków wtargnęła na wykład prof. Zygmunta Baumana w Manchesterze i przerwała go wulgarnymi przyśpiewkami [precz z komuną]. Po krótkim czasie opuścili budynek. Nie zostali zatrzymani” – oburzała się w 2014 r. „Gazeta Wyborcza” podkreślając z satysfakcją, że podczas wcześniejszego wykładu we Wrocławiu (na zaproszenie prezydenta miasta Rafała Dutkiewicza), za protest przeciwko obecności Baumana na tamtejszym uniwersytecie, kilku młodych ludzi skazano na kary do 30 dni aresztu, a dwunastu dostało grzywny od tysiąca do 6 tysięcy złotych.

Czyli, zamiast ścigać prawdziwych przestępców, w tym zbrodniarzy komunistycznych, aresztuje się i skazuje ludzi, którzy o takich zbrodniarzach przypominają. Ludzi, dla których skandowanie i wywieszanie transparentów: „precz z komuną” jest aktem desperacji. Bo major Bauman zamiast o swojej przeszłości lubił dyskutować o swoich ponowoczesnych (postalinowskich) koncepcjach. Tymczasem skazany, oczywiście po udowodnieniu mu winy, powinien zostać właśnie on.

Przypomnę, że inicjatorem zaproszenia b.majora KBW do Wrocławia w 2011 r. był prominentny polityk Platformy Obywatelskiej, minister kultury Bogdan Zdrojewski, który gościł Baumana na Europejskim Kongresie Kultury. Zdrojewski zresztą najwyraźniej upodobał sobie stalinowca – rok wcześniej przyznał mu Złoty Medal Zasłużony Kulturze Gloria Artis. A ponieważ Bauman został też zaproszony na debatę naukową do Poznania i Gdańska, tam również protestowali przeciwko jego występom młodzi Polacy.

Za co Krzyż Walecznych?

W kontekście gościnnych występów prof. Zygmunta Baumana na polskich uniwersytetach słyszałem opinie, że nie ma się za bardzo czym przejmować, bo naukowców zaczadzonych komunizmem było wielu. Ale nie tylko o „heglowskie ukąszenie” tu chodzi. Baumana wyróżniało coś gorszego – udział w stalinowskim aparacie represji. Takich, oddelegowanych ze zbrodniczych jednostek na front nauki, było już mniej.

O powojennych losach Baumana wiemy niewiele. Powstała jego biografia. Dlatego jest zapraszany przez nie zawsze nieświadomych niczego ministrów i prezydentów, obsypywany honorami i medalami. To prawda częściowa, bo historycy wiedzą na jego temat – od lat – wystarczająco dużo. I swoją wiedzę publikują  i to wcale nie w niszowych periodykach.

Problem polega na czymś innym – na zainfekowaniu polskich umysłów przez sowieckie „elity” – te przybyłe do nas po wojnie na obcych czołgach, które miały potem wystarczająco dużo czasu, aby wychować swoich następców.

„Najsłynniejszy żyjący polski socjolog. Wnikliwy filozof. Najlepszy analityk świata ponowoczesnego: świata Internetu, rozpadających się więzi międzyludzkich, niepewności. Świata, w którym wszystko płynie”- czytamy we wstępie do jednego z wywiadów z Baumanem w „Gazecie Wyborczej”.

I tu „zapomniano” o sprawie podstawowej – że owa sława socjologii, bohater salonów – sam aktywnie przyczynił się do rozpadu dawnego świata i jego tradycyjnych wartości oraz więzi.

Unicestwiał przynajmniej dwutorowo – jako oficer polityczny „ludowego” Wojska Polskiego, funkcjonariusz zbrodniczego Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i agent innej sowieckiej jednostki –  jeszcze bardziej krwawej – Informacji Wojskowej. A od 1953 r. robił to samo – tylko po podlaniu naukowym sosem – jako socjolog.

Obie te „aktywności” Baumana były ze sobą ściśle związane. W dokumencie z 1950 r., kiedy dostał awans w KBW czytamy: „Jako szef Wydziału Polityczno-Wychowawczego (…) bierze udział w walce z bandami [polskim podziemiem niepodległościowym]. Przez 20 dni dowodził grupą, która wyróżniła się schwytaniem wielkiej ilości bandytów. Odznaczony Krzyżem Walecznych”. I dalej: „Mjr Bauman ma przed sobą poważną perspektywę naukową”. Czyli nie tylko „uświadamiał” żołnierzy w duchu zbrodniczego stalinizmu, ale osobiście zwalczał „bandy” (można spytać, co było gorsze: hodowanie morderców, czy własny udział?).

I to jest właśnie powód, dla którego mjr Zygmunt Bauman powinien być ścigany. Wymiar sprawiedliwości III RP nie sprawdził jednak, za co naprawdę dostał Krzyż Walecznych. Czy “tylko” za to, że jako dowódca wydawał rozkazy walki z “bandami”, czy może sam do “bandytów” strzelał? Zresztą każdy z tych przypadków jest przez polskie prawo kwalifikowany jako zbrodnia komunistyczna, która nie ulega przedawnieniu.

Usprawiedliwianie stalinizmu

Podkreślić trzeba, że naukowa kariera Baumana rozpoczęła się, zanim ruszył w teren ścigać żołnierzy Armii Krajowej. Studia podjął zaraz po ucieczce z Polski we wrześniu 1939 r. (zamiast walczyć z okupantami) – na sowieckich uniwersytetach, choć dla obywatela polskiego – pozbawionego wiadomych powiązań nie było to możliwe. Potem, będąc jeszcze w KBW, uczył się w partyjnej Akademii Nauk Społecznych i Politycznych, a następnie na Uniwersytecie Warszawskim (promotorem jego pracy magisterskiej był słynny marksistowski ideolog prof. Adam Schaff). Jako asystent innego stalinowca – Juliana Hochfelda zrobił błyskawiczną karierę naukową – w 1956 r. obronił pracę doktorską, a cztery lata później zrobił habilitację. W latach 60. wykładał także w Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy Komitecie Centralnym PZPR – kuźni sowieckich „elit”.

I major/profesor Bauman robił to samo do końca – indoktrynował w duchu ponowoczesnym (postalinowskim). Dziennikarka Aida Edemariam z brytyjskiego „Guardiana” tak opisała poglądy Baumana (28 kwietnia 2007).: „utrzymuje, że nowoczesność stworzyła idealne warunki, aby działać nieetycznie”, gdzie „posłuszeństwo przełożonym było wartością najwyższą”, a ‘wielopoziomowość’ częściowo uniemożliwiła zwykłym ludziom zrozumienie konsekwencji własnych uczynków”.

No właśnie, w czasach „nowoczesnych” (stalinowskich) Bauman nie zdawał sobie sprawy, co się dokoła dzieje? Był posłuszny przełożonym, wykonywał rozkazy. Czy taka osoba może być winna? Ale na wszelki wypadek lepiej uciec od nowoczesności (stalinowskiej przeszłości) w ponowoczesność, gdzie wszystko jest płynne, relatywne.

Według Baumana – za „Guardianem” – w czasach nowoczesności „wzięcie osobistej odpowiedzialności i postępowanie moralne stało się większą próbą charakteru niż kiedykolwiek przedtem w historii”.

Nie ulega wątpliwości, że Bauman tej próbie nie sprostał. Tego oczywiście nie przyznawał twierdząc, że komunizm był najlepszym wyborem dla Polski, bo w II RP i w jego rodzinie była bieda: „Partia komunistyczna obiecywała rozwiązania najlepsze”. Ale nie powiedział już np., że partia komunistyczna, jako antypolska, była zdelegalizowana.

Koncepcja płynnej ponowoczesności ma swoje praktyczne cele: służy ochronie, relatywizacji i usprawiedliwianiu własnego życiorysu (w duchu „dałem się uwieść”), aby nie musieć się zeń w żaden inny sposób rozliczać, aby nikogo nie przepraszać – ani Żołnierzy Wyklętych ani tych, których umysły zniewalał. Znosi jednostkową winę. Owa ponowoczesność służy też rozmywaniu odpowiedzialności innych stalinowców, usprawiedliwianiu całej formacji. A usprawiedliwiają się też – wzorem propagandy z lat 50. – zagrożeniem ze strony „faszystów”. Przecież podczas „zakłóconego” wykładu profesora na Uniwersytecie Wrocławskim problemem nie był Bauman, ale grupka kibiców.

Nikomu nie zaszkodził?

Teraz powiedzmy sobie jasno: kariera – od politruka do naukowca – nie byłaby możliwa, gdyby Bauman i jego koledzy najpierw nie pozbyli się fizycznie prawdziwych polskich elit, a później nie wyrzucili niedobitków z uczelni. Najpierw ścigali watahy po lasach, a potem dorzynali je na uniwersytetach. Tak zamordowano „Łupaszkę”, „Zaporę”, Pileckiego i dorżnięto Kotarbińskiego, Tatarkiewicza, Ossowskich. Dzisiaj potomkowie tych niedobitków upominają się o prawdę. Dla nich bohaterem jest Pilecki i Kukliński, a nie Jaruzelski, czy Bauman. W Polsce ten podział jest czytelny. Natomiast na świecie komunistyczna przeszłość Baumana jest nieznana.

Ze wspomnianego wywiadu dla „Guardiana” (jedynego obszernie odnoszącego się do przeszłości profesora) zachodni czytelnik nie dowie się, czym był KBW. Prócz tego, że zwalczał „terroryzm wewnątrz kraju”. Ani słowa o tym, kim byli owi „terroryści”. A przede wszystkim o tym, że Korpus był zbrojnym ramieniem sowieckiego okupanta, utworzonym na wzór NKWD, przeznaczonym do pacyfikacji polskich niepodległościowców. Oczywiście nie ma też nic o Baumanowym Krzyżu Walecznych i powodach jego przyznania. Ani o wcześniejszej (w czasie wojny) służbie w sowieckiej milicji w Moskwie, która bezpośrednio podlegała NKWD i do której nikt z ulicy (podobnie jak wcześniej na stalinowski uniwersytet) nie mógł trafić.

Dziennikarka „Guardiana” tak „rozbrajała” życiorys Baumana: „zaciągnął się do (…) Dywizji Polskiej Armii na Uchodźstwie – nie wstąpił do Armii Czerwonej, jak niektórzy utrzymują – z którą wrócił do Polski”. Tyle tylko, że owa Dywizja Piechoty Ludowego Wojska Polskiego podlegała Armii Czerwonej. Takich „nieścisłości” jest w wywiadzie więcej. Bauman mówił dalej: „przez trzy lata (tylko!) byłem tajnym agentem, gdy miałem 19 lat, i za to ponoszę pełną odpowiedzialność”. Ale cóż znaczy ta „pełna odpowiedzialność” – znów przeciętny brytyjski zjadacz chleba się nie dowie. Czy to odpowiedzialność moralna, a może karna – że chciałby stanąć przed obliczem niezawisłego (i postkomunistycznie pobłażliwego) sądu w oczekiwaniu na sprawiedliwą karę? Wolne żarty. Bauman po prostu ponowocześnie lawirował.

A co kryje się pod użytym pojęciem „polska służba bezpieczeństwa”? Tego też nie przeczytaliśmy. Nie przeczytaliśmy, że Baumana „uwiodła” Informacja Wojskowa – stworzona przez Sowietów i im bezpośrednio podległa, która okrucieństwem przebijała nawet słynną cywilną bezpiekę. A co robili agenci IW? Donosili na kolegów z takim skutkiem, że ściągali na nich represje. Bauman oczywiście miał swoje ponowoczesne wytłumaczenie: „Każdy porządny obywatel powinien uczestniczyć w kontrwywiadzie. To jest jedyna rzecz, która utajniłem, bo przecież podpisałem zobowiązanie, że zatrzymam to w tajemnicy…” Bauman oczywiście nie powiedział (a dziennikarka nie zapytała), że czym innym jest kontrwywiad własnego, suwerennego państwa, a czym innym państwa okupacyjnego, ścigającego własnych obywateli za patriotyzm. Ale przy okazji profesor – chyba tracąc na chwilę rewolucyjną czujność –  przyznał, że pozostał wierny tamtej Polsce – kolonii Stalina. Tylko, że takich niuansów człowiek Zachodu znów nie zrozumiał. Tym razem dziennikarka zapytała: „Czy kontrwywiad znaczyło donoszenie na ludzi, którzy walczyli przeciwko komunistom?” Odpowiedź: „Tego ode mnie oczekiwano, ale nie pamiętam żebym cokolwiek takiego robił. Nie miałem nic do roboty – siedziałem w biurze i pisałem – to nie była dziedzina, w której mogłem zebrać cokolwiek ciekawego”. Ale dziennikarka drążyła: „Czy zrobił Pan coś, co mogło komuś zaszkodzić?” Bauman: „Nie potrafię na to odpowiedzieć. Nie wydaje mi się, żeby tak było”.

„Czuję się bardziej ofiarą”

Przypomnijmy zatem profesorowi opinię oficera prowadzącego TW Semjona (czyli Baumana): był ,,dobrze wyszkolony. Materiały jego są cenne i dają analizę pracy aparatu polityczno-wychowawczego”. Nie trzeba być zresztą specjalistą od stalinizmu, aby wiedzieć, że każdy donos w każdych czasach przynosił szkodę. Nie ulega jednak wątpliwości, że w dyktaturach dużo większą.

W „Guardianie” cytat ten nie pada (bo niby skąd brytyjska dziennikarka ma o tym wiedzieć?), za to profesor twórczo rozwija swoją koncepcję ponowoczesności: „Wtedy wydawało mi się to właściwe. Niektóre wybory w każdym życiorysie mogą być uznane jako błędne, tyle tylko, że nie muszą być oczywistymi błędami w czasie, gdy się ich dokonuje. Miałem wtedy 19 lat i nie wiedziałem wówczas tyle, ile wiem dziś mając 82.”

Czyli, błędy, bo nawet nie grzechy, młodości. Jakże przypomina to słowa Adama Michnika o jego bracie Stefanie (stalinowskim sędzim wojskowym, również tajnym współpracowniku Informacji Wojskowej): „Kiedy zapadały najgorsze wyroki, Stefan był dwudziestoparoletnim człowiekiem, który niewiele rozumiał z tego, co się działo. Naturalnie to go nie usprawiedliwia, ale nie uzasadnia też aż takiego eksponowania jego roli w stalinowskich zbrodniach sądowych”. Czy to nie ponowoczesność?

O agenta Semjona dziennikarka nie zapytała już Baumana (a gdyby jej rozmówca powiedział: byłem nazistą, pracowałem w SS, współpracowałem z Gestapo, ale miałem 19 lat, też by odpuściła?). Zadowoliła się stwierdzeniem: „Naprawdę nie chce o tym mówić, ponieważ Pani popycha mnie w kierunku zrobienia czegoś, czego nie chce zrobić, próbuje nadać znaczenie czemuś, co jest bez znaczenia.” I tu mamy smutną puentę: przeszłość była dla Baumana bez znaczenia. Niestety dla organów ścigania III RP także. Tak jak przeszłość Stefana Michnika, który kiedyś był łaskaw stwierdzić: „Przeszłość jest moją prywatną sprawą”.

 W końcu Bauman został rewizjonistą, za co – jak twierdził – słono zapłacił: „współpracowałem przez 2-3 lata, a przez 15 lat bezpieka mnie prześladowała. (…) szpiegowano mnie, donoszono na mnie, mój telefon był na podsłuchu, itd. Wyrzucili mnie z KBW, i w końcu, jak Pani wie, wyrzucili mnie też z uniwersytetu i zakazano publikacji mych prac. (…) Czuję się bardziej ofiarą” – kwitował Bauman.

A przecież przez te wszystkie lata, kiedy był „prześladowany”, wykładał dalej – na UW i WSNS. Kształcił kolejnych „homo sovieticus”, najpierw bardziej stalinowskich, potem bardziej rewizjonistycznych. Bo okupacyjna władza wciąż potrzebowała nowych „elit”, które zastępowały te prawdziwe, przedwojenne.

Wykuwać ponowoczesne kadry

Bauman przyznawał, że od marksizmu odchodził długo (o tym, że system mordował, dowiedział się dopiero po referacie Chruszczowa, czyli w KBW nic nie robił, nic nie widział, nic nie słyszał?). Na dobre odszedł dopiero wtedy, gdy sam system go odrzucił. Ale czy na pewno? Przecież ponowoczesność ze swoim relatywizmem i zerwaniem z tradycyjną konstrukcją świata jest w marksizmie głęboko osadzona. Paradoksalnie – właśnie po 1968 r., kiedy opuścił Polskę, wypłynął na szerokie wody i stał się „najlepszym analitykiem” stworzonej przez siebie, utopijnej i szkodliwej koncepcji, która pozwoliła mu również naukowo uciec od jego dawnych win.

Oczywiście Bauman nie był jedynym, który dał się „uwieść”, a potem kazał swoje „uwiedzenie” zrewidować. „Uwiedziony” został Leszek Kołakowski, Bronisław Baczko, Włodzimierz Brus i młodsi: Seweryn Blumsztajn, Waldemar Kuczyński, Stefan Meller, Adam Michnik, Aleksander Smolar, czy Henryk Szlajfer. Starsi zostali „autorytetami” światowymi, młodsi na ogół tworzyli okrągłostołowy „salon” tu, na miejscu. Czy możemy się dziwić, że zawsze bronili swojego mistrza?

Z przedstawicielką takiej postalinowskiej „elity”, prof. Aleksandrą Jasińska-Kanią, Bauman mieszkał – jak już pisałem –  pod jednym dachem w Leeds. Wcześniej był promotorem jej pracy doktorskiej „Karol Marks a problemy alienacji we współczesnej socjologii amerykańskiej”. Ale naukowo udzielał się nie tylko na Zachodzie. W Teremiskach na Podlasiu był rektorem Uniwersytetu Powszechnego im. Jana Józefa Lipskiego. Młode, ponowoczesne kadry dalej płynnie wykuwał.

Nie zostali profesorami…

Zygmunt Bauman nie mówił, że mógł odejść z wojska i nie wstępować do zbrodniczego KBW, że dokonał wyboru. Często zresztą słychać do dziś, że bez tego młodzieńczego, właściwie niewinnego ukąszenia, nie zostałby „wnikliwym filozofem, najlepszym analitykiem świata ponowoczesnego”. Tylko co mają powiedzieć rodziny tych młodych ludzi, którzy ginęli z rąk NKWD, KBW, IW, UB? Tych patriotów bardzo nam ich we współczesnej Polsce brakowało i brakuje.

Bauman nie tylko dostawał nagrody, ale sam je przyznawał. Nagroda imienia jego zmarłej żony – pisarki Janiny Bauman (tysiąc funtów) trafia co roku do autora najciekawszej pracy z zakresu etyki i moralności. A ja bym wolał – w tej samej kategorii – nagrodę im. Rotmistrza Pileckiego. Byłoby bardziej etycznie i moralnie.

Czy medialna śmieszność polityków to już głopota? Pyta HUBERT BEKRYCHT: Poseł PO-leciał: „premiera można pytać o wszystko”

Czy politycy są mało rozgarnięci? Niektórzy może tak, ale nie wierzyłem, że na szczeblu ogólnopolskim w samej miłującej demokrację PO jest poseł, który przyleciał z kosmosu. I po jednym z programów telewizyjnych poleciał tam znowu.

Otóż poseł Maciej Tomczykiewicz z PO – powiedział w Polsacie, że teraz jest normalnie i można premierowi Tuskowi zadać każde pytanie. Nie, nie na imieninach Grzegorza, ale na konferencji prasowej. Sławomir Jastrzębowski z TV Republika, gdzie 18 listopada przypomniano sprawę, przekonuje, że wszystko z posłem jest OK, tylko niedawno Tomaczykiewicza odhibernowano – tłumaczył publicysta.

Ludzie stamtąd i rząd

Sukcesem – jak dodał Jastrzębowski – zakończyła się opracja odmrażania posła. Chociaż… W Polsacie posłeł PO plótł głupoty o tym, że na konferencjach prasowych Tuska każdy może zadać dowolne pytanie, ale to zapewnie efekt hibernacji. Skąd wiem? W programie „Przyjaciele Republiki” Jastrzębowski nie znęcał się nad parlamentarzystą. Przypomniano występ Polsacie i to, że od miesięcy dziennikarze TV Republika nie są przez służby KPRM wpuszczani na spotkania przedstawicieli rządu z reporterami. Tomczykiewicz – jak mówił, chyba nie udając – nic nie słyszał o Agnieszce Rutce z Tygodnika Solidarnośc i Tysola pl, która po pytała premiera o to, jak  – w obliczu wcześniejszych swoich wypowiedzi o tym, że Trump jest rosyjskim agentem – Tusk sobie wyrobraża teraz relacje z USA? Tusk zapewnił, że nic takiego nie mówił. Ale zdania nawet małe dzieci słyszały, a poseł partii rządzącej nie słyszał. Słusznie zatem redaktor Jastrzębowski mniema, że Tomczykiewicz został wyjęty z komory hibernacyjnej w dużym pośpiechu.

Szybkie odmrażanie szkodzi

To pewne. Otóż Hibernatus Tomaczykiwicz nie ma pojęcia, iż Tusk posądził o rosyjską agenturalności 45.  a wkrótce 47. prezydenta USA, zdradę Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Nie wiem, czy premier się dobrze czuje, ale pogoń Tuska w tym kierunku narracji, czyli zaprzeczanie faktom, jest dla niego bardzo niebezpieczne. Dla Polski też.

A premier RP twierdzi, że nie mówił nic złego o Trumpie i co mu, Bracia Amerykanie, zrobicie? Nie mówił, chociaż w Internecie codziennie ogląda to i słucha kilka milionów ludzi na całym świecie. Kto bogatemu i pewnemu siebie Donaldowi Tuskowi zabroni kpić z podatników? Z tego lekceważenia ludzi przez koalicję PO, TD i NL, ich wyborcy zdadzą sobie sprawe wkrótce.

Tomczykiewicz zaś nie zrozumiał i chyba nadal nie rozumie, że redaktor Rutce po konferencji groziła urzędniczka z KPRM, która chce zakończyć współpracę z dziennikarką TS i Tysola.

Sprawdzajcie, bo jesteście sprawdzani

I właściwie możnabyłoby tu skończyć ten felieton. Gdyby „podbić” jego słowa kluczowe, czynniki wpływające na jego powodzenie w sieci skoczyłyby jak Roman Giertych na demostracji KOD. Tyle tylko, że nie warto, bo za nasze pieniądze rządowe służby prasowe – których liczebność przekroczyła stan biura prasowego Urzędu Miasta Łodzi – albo przykryją sprawę albo przekażą że Tusk mówi prawdę o swoich dobrych intencjach wobec Trumpa albo, że Tomaczykiewicz był na lekach lub, co  – jak piszą obserwatorzy polityczni – najbardziej prawdopodobne, zwrócą się do władz Polsatu o usnięcie ze strony stacji programu z wypowiedziami posła PO.

Ja w to nie wierzę. To znaczy nie wierzę, że Polsat to zrobi, ale sprawdzę… I zachowam kopię. Takie to czasy, że bez dużej pojemności mobilnego dysku trwardego praca dziennikarza nie ma sensu.

HUBERT BEKRYCHT: Kto zyskuje na likwidacji BIEŁSAT TV i zwolnieniu A. Romaszewskiej?

 „15 listopada 2024 r. likwidator TVP oficjalnie zlikwidował Biełsat TV” – napisała na FB Agnieszka Romaszewska, przez kilkanaście lat szefowa stacji i jej głowny twórca. „W nagrodę” za konsekwentne prowadzenie Biełsatu została w marcu 2024 roku wyrzucona dyscyplinarnie z TVP. S.A. w likwidacji. Pod żenująco śmiesznymi zarzutami zwolniono dziennikarkę, która stworzyła niepowtarzalny Zespół ludzi przekazujących Prawdę do krajów postsowieckich, m.in. na Biołoruś i do Rosji.

Romaszewska przekazała na FB, że „zlikwidowano jednostkę organizacyjną TVP pod tą nazwą [Biełsat – red.]. W nowym regulaminie TVP takiej nazwy już nie znajdziecie. Przy tym na Placu Powstańców odbyło się dziwne ni to zebranie ni konferencja prasowa, na której pojawili się tzw. „wszyscy święci” czyli pan Broniatowski – obecny szef TVP World, pan Wroński rzecznik MSZ, jeszcze jedna pani z MSZ,  zdalnie Swietłana Cichanouska a także nowa kierowniczka jednostki (podjednostki?)  którą własnie zlikwidowano (…), czyli Alina Koushyk.” – wyjaśniła Romaszewska a cytat ten podał m.in. portal Biznes Alert – Media.

„Podobno nowa kierowniczka sugerowała, że ‘wszystko będzie po staremu’ a pan Broniatowski przekonywał, że za 140 mln zł TVP stworzy prawdziwe zalążki międzynarodowej polskiej potęgi, bo w nowoutworzonym Ośrodku Madiów dla  Zagranicy (czy jakoś tak), ktorego szefem ma być właśnie pan Broniatowski, będzie nadawanie nie tylko po białorusku i po rosyjsku ale jeszcze po ukraińsku i po angielsku i może trochę po niemiecku” – zwróciła uwagę była szefowa Biełsatu.  „Zdaję sobie sprawe, ze dla  większości z Państwa nie zajmujacych się produkcją TV, to abstrakcyjne sumy, więc dla ułatwienia przypomnę, że budżet raczej skromnej, francuskiej TV dla zagranicy wynosi rocznie, w przeliczeniu na złotówki, około miliarda” – wyliczyła Romaszewska.

Tym samym został zakończony proces demontażu kierownictwa Biełsatu, które niemal bez zmian w składzie,  stworzyło stację, potem ją rozbudowywało i przeprowadziło przez 17 lat najrozmaitszych turbulencji” – przypominała usunięta dyscyplinarnie wieloletnia szefowa stacji. Zwolniona poza mną została moja zastępczyni i szefowa działu programów cyklicznych  Beata Krasicka, szef techniki Bielsatu Mirosław Ciunowicz, który w zasadzie stworzył cały system technologiczny Biełsatu (który też zresztą został rozmontowany),Volha Shved, która odpowiadała za rozwój technologi rozpowszechniania cyfrowego, Waldemar Domański – wieloletni kierownik, potem dyrektor ds. ekonomicznych Biełsatu ( jego już po raz pierwszy zwalniała ekipa Jacka Kurskiego, ale w wyniku moich wysiłków i decyzji prezesa Matyszkowicza powrócił do nas, co prawda już tylko jako specjalista do spraw ekonomicznych, w 22r.), a teraz ma odejść ze stanowiska mój drugi zastępca (a właściwe patrząc z punktu widzenia obowiązków – pierwszy) nadzorujący informację Aleksy Dzikawicki” – podsumowała Romaszewska, co przekazał m.in portal Biznes Alert.

 

oprac. m.in. .: red./ ede/ Biznes Alert – Media/ FB A. Romaszewskiej

    

A miałem pomysł na zupełnie inny komentarz…

W zasadzie większość faktów w tej sprawie jest znana. Więszość, co oczywiste, nie oznacza to, że wiemy wszystko o kulisach likwidacji Biełsatu. Likwidacji dokonanej przez TVP  też w likidacji, którą prawie rok temu nielegalnie, z pominięciem fundamentalnych przepisów prawa, przejął rząd Donaldna Tuska. Na miejsce poprzednich szefów TVP, PR i PAP powołano marionetkowe władze tych spółek. 

I obecnie te władze tzw. mediów publicznych realizują politykę usuwania tego, co było funkcjonalne w polityce poprzednich rządów wobec TVP, co było dobre w zarządzaniu przez leganych nadal prezesów polskich mediów publicznych.

Trzeba konsekwentnie, w każdej sytuacji, stawiać rządowi i nielegalnym władzom mediów publicznych jedno pytanie, na które pewnie jeszcze nikt nie odpowie: Kto zyskał na zniszczeniu mediów publicznych, m.in. Biełsatu, władze kolaicji, która doszła do władzy 13 grudnia, czy Putin?

Hubert Bekrycht

I tak na koniec, jak mawia młodzież, bez trybu.

Okazało się, że dyrektor TVP Info Paweł Moskalewicz zatrudnił w swoim sekretariacie partnerkę, matkę jego dziecka. I tak się na niego wszyscy rzucili, że aż wstyd. Moskalewicza przysłano do przejętej przez rząd TVP 21 grudnia 2023 r. Skąd miał biedny chłop wiedzieć, że „niszczyciele z pisowskiej telewizji” zlikwidowali też etos uczciwej seketarki. No, to przyją swoją. Partnerkę, ale to nie takie proste.

Moskalewicz tłumaczył, że jeego seketarka przeszła z sukcesem procedurę kwalifikacyjną. On wie, bo współdecydował pewnie o rekrutacji, przecież bez dyrektora TVP Info w do kanału informacyjnego publicznej telewizji nie przyjętoby nikogo.

I wreszcie coś, co mnie przekonało o racji Moskalewicza. Dyrektor zapewnił, że przyjęta sekretarka nie jest już jego parnerką. Tylko byłą parnerką.

Przebiegłość nowych menedżerów TVP. S.A. w likiwdacji jest wręcz legendarna i porównywalna tylko z przebiegłością Kamali Harris.

komentarz – HB

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Sufrażystki jako memento

Powiedzmy od razu i wprost – nie wszystkie nowości w sferze społecznej są godne potępienia. Bywają i takie nowe pomysły społeczne, które przynoszą bardzo dobre skutki. Ale człowiecza natura każe nam się buntować przeciw wszystkiemu co nieznane. Może z ostrożności i przykrych doświadczeń?

Nie jestem konserwatystą, więc mnie nie wszystkie przejawy, zapowiadające nowe porządki, denerwują. Żeby zrozumieć w czym rzecz, przyjrzyjmy się problemowi z przełomu XIX i XX wieku, który wtedy rozpalał – głównie mężczyzn – do białości.

Sufrażystki

Sufrażyzm pochodzi od łacińskiego suffragium – głos wyborczy. Ruch sufrażystek pojawił się w Europie pod koniec XIX wieku, na początku w Wielkiej Brytanii i USA. Najsilniejszy był tuż przed rozpoczęciem I wojny światowej. Hasłem głównym zbuntowanych kobiet była walka o równe prawa wyborcze. Sufrażystkami nazywano w szczególności członkinie założonej w roku 1903 w Wielkiej Brytanii organizacji Women’s Social and Political Union.

Większość sufrażystek odwoływała się do metod nieposłuszeństwa obywatelskiego. Organizowały więc protesty, pisały petycje, dążyły do przemian świadomościowych. Wyodrębniło się również skrzydło radykalne, zwane sufrażetkami, które stosowało ostre formy protestu i przemoc. Uciekały się one do takich działań jak przykuwanie się łańcuchami do ogrodzeń, przerywanie wystąpień przeciwników politycznych czy akty przemocy, m.in. podpalenia skrzynek pocztowych i pustych budynków lub wybijanie szyb w oknach wystawowych. Ruch sufrażystek miał także swoje intelektualne oblicze, w Anglii bardzo mocno wspierał go sam John Stuart Mill.

Jedną z bohaterek ruchu była Emily Davison, która zmarła w wyniku obrażeń głowy doznanych po wpadnięciu pod konia, należącego do króla Jerzego V, podczas gonitwy Derby w roku 1913. Po tym wydarzeniu wiele aktywistek ruchu zostało aresztowanych i następnie uwięzionych, a gdy w ramach protestu podjęły strajk głodowy, poddano je przymusowemu odżywianiu.

W obronie tego, jak jest

Tu warto zauważyć, że tak naprawdę przeciwnikami sufrażystek byli mężczyźni rządzący ówczesną Europą i USA, przekonani, że jest dobrze, jak jest. Ówcześnie każda kobieta kończąca studia była traktowana jak wynaturzenie, dziwactwo i rozwydrzenie obyczajowe. Niektórych konserwatystów kobiety z dyplomami uniwersyteckimi rozpalały wręcz do białego. I nie była to gorączka pożądań. Na dowód wystarczy przeczytać życiorys Marii Skłodowskiej-Curie.

Wynikiem tej akcji sufrażystek było wprowadzenie w Wielkiej Brytanii prawa, które zezwalało na czasowe zwolnienie więźnia ze względu na stan zdrowia – policja mogła jednak w każdej chwili doprowadzić go do więzienia dla odbycia reszty wyroku, gdy tylko uznała, że stan zdrowia czasowo zwolnionego więźnia uległ poprawie. Celem takiego prawa było przeciwdziałanie akcjom strajków głodowych prowadzonych przez sufrażystki, co zdobywało im sympatię społeczną.

Sufrażystki ponadklasowe 

Z początku ruch tzw. kobiet wyzwolonych był bardzo zróżnicowany – tak pod względem środowisk, z których wywodziły się sufrażystki, jak i poglądów, które głosiły. Niemniej z czasem górę w nim wzięły tendencje lewicowe. Choćby z tego powodu, że państwa wyraźnie dzieliły sufrażystki na panie i robotnice.

W październiku 1909 roku Lady Constance Lytton, arystokratka i sufrażystka, została aresztowana i wysłana do więzienia w Newcastle. Kiedy policja odkryła, że jest córką Lorda Lyttona, byłego wicekróla Indii, po dwóch dniach nakazano jej zwolnienie.

W więzieniu Lytton prowadziła strajk głodowy w proteście przeciwko aresztowaniu i dalszemu odmawianiu kobietom prawa do głosowania. Jednak jej zdrowie bardzo się już wówczas pogorszyło, a władze obawiały się, że śmierć uczyni z niej męczennicę sufrażystek. Między innymi z tego względu postanowiono ją zwolnić. Lytton głosiła jednak, że tak naprawdę zawdzięcza wolność przynależności klasowej i statusowi społecznemu – że to dlatego potraktowano ją inaczej, a policjanci odnosili się do niej z większą uprzejmością i delikatnością niż do innych bojowniczek z ruchu.

Na kolejnej manifestacji pod więzieniem Lady Lutton pojawiła się przebrana za służącą. Została aresztowana i ponownie rozpoczęła strajk głodowy. Tym razem jednak nie tylko nie została zwolniona, ale ośmiokrotnie poddano ją karmieniu na siłę.

Zdj. Lady Constance Lytton w 1910 r. Fot. ze strony Suffragette Stories

Karmienie na siłę było powszechną, brutalną formą tortur stosowanych przeciwko emancypantkom. Polegało na wlewaniu unieruchomionym kobietom jedzenia do gardła lub przez rurkę wprowadzoną do nosa. Istnieją dowody na to, że kobiety były także karmione doodbytniczo. Fatalny stan zdrowia Lytton był oczywisty w chwili jej aresztowania, ale ponieważ była w przebraniu służącej zakładano, że kobieta pochodzi z niższej klasy i nikogo to szczególnie nie przejęło.

Zamiarem Lytton było wyciągnięcie na światło dzienne postępowania policji wobec robotnic. Chciała pokazać, że o ile zamożnym emancypantkom oszczędzano brutalnego traktowania, policjanci nie mieli oporów przed torturowaniem biedniejszych działaczek. Jedna z nich Anne Kenney, pisała o Lytton, że jej „pasja i poświęcenie dla kobiet z klasy robotniczej były wyjątkowe”. Z takich aktów solidarności wyłania się obraz ruchu emancypacyjnego jako ponadklasowego aktywizmu, w którym członkinie elity stały ramię w ramię z kobietami z klasy robotniczej i wspólnie walczyły przeciwko zinstytucjonalizowanej mizoginii.

Jak I wojna światowa zmieniła sytuację kobiet

W sukurs walczącym kobietom przyszła, o dziwo, I wojna światowa, która spowodowała, że zaczęło brakować rąk do pracy w fabrykach. I przy maszynach musiały stanąć kobiety. Zmieniło to społeczny punkt widzenia na możliwości kobiet.

W Wielkiej Brytanii ruch na rzecz przyznania kobietom prawa do głosowania przybierał stopniowo na sile w ciągu całej wojny i w roku 1918 brytyjski parlament przyznał prawo głosu kobietom w wieku od 30 lat, które prowadziły gospodarstwo domowe, żonom mężczyzn, którzy prowadzili gospodarstwo, właścicielkom dóbr, które przynosiły roczny dochód w wysokości co najmniej 5 funtów, absolwentkom brytyjskich wyższych uczelni. W Stanach Zjednoczonych prawo głosu zagwarantowała kobietom 19 poprawka do Konstytucji wprowadzona w roku 1920. W Wielkiej Brytanii prawa kobiet do głosu zostały zrównane z prawami mężczyzn w roku 1928.

Należy przy tym pamiętać, że status polityczny kobiet w Wielkiej Brytanii już przed 1918 rokiem stopniowo się podnosił. W latach 70. i 80. XIX wieku zostały dopuszczone do studiów na głównych uniwersytetach w kraju. W tym samym czasie zagwarantowano im również prawo do gospodarowania własnymi zarobkami po zawarciu małżeństwa i do posiadania konta bankowego.

Sufrażystki w Polsce

Sytuacja polskich sufrażystek była specyficzna, ponieważ Polacy nie mieli swojego państwa. Brytyjskie czy amerykańskie sufrażystki wywierały presję na rząd, domagając się równych praw. Polskie działaczki były rozproszone w trzech zaborach, a w każdym z nich panowało inne ustawodawstwo, mniejsza lub większa swoboda polityczna i różne strategie walki, ale też współpracy z zaborcą.

Dostęp do edukacji – był na szczycie listy postulatów wysuwanych przez polskie emancypantki. Wykształcenie dawało kobietom zawód, niezależność finansową, szansę na rozwijanie talentów i pasji. Natomiast możliwość głosowania i kandydowania w wyborach dawało realny wpływ na prawo i politykę, a dzięki temu współtworzenie państwa.

W końcu, w Polsce stało się tak, że prawa wyborcze uzyskały kobiety 28 listopada 1918 roku, gdy Józef Piłsudski podpisał Dekret Naczelnika Państwa o ordynacji wyborczej. Wielki wpływ na jego decyzję miały kobiety z politycznego otoczenia Naczelnika, te które brały udział w działalności konspiracyjnej PPS, Organizacji Bojowej, Polskiej Organizacji Wojskowej i Legionach.

Wnioski i przestrogi 

Jeżeli przypominam dziś historię sufrażystek, to jako naukę i przestrogę dla nas współczesnych. Społeczeństwa są z natury konserwatywne, nie licząc małych grupek „rewolucjonistów z urodzenia”. Ów przemożny konserwatyzm prowadzi jednak do odrzucania a priori, jeszcze przed dogłębnym zrozumieniem nowych idei, każdej nowej myśli. Bo tak jest spokojniej i bezpiecznej.

Zdj. Taj Mahal – tutaj niewiele kobiet słyszało o sufrażystkach, chociaż, o ile mają pieniądze lub rodzina zapłaci mogą się uczyć Mają też prawa wyborcze. Czy kobiety w Indiachi, w jakiejś części są emancypantkami? Wyzwolenie kobiet w Indiach w rozumieniu Zachodu? Nierealne? Można powiedzieć tylko, że ciężko to idzie… Fot. HB – Agra, 9 marca 2023 r.

Jednakże rozwój społeczny, tak jak techniczny, następuje właśnie dzięki rewolucjonistom i nowatorom. Pierwsza kolej przyjmowana była jako wynalazek szatana. Podobnie jak światło elektryczne, nie wspominając już o pierwszych balonach czy aeroplanach. Wszystko to wydawało się ludzkim masom przeciwne naturze i miało prowadzić do końca ludzkiego gatunku. Przeciwnicy zmian zawsze też powoływali się na Boga.

Dziś również ostro gotuje się w społecznym kotle, pojawiają się nowe pomysły na urządzenie świętych jeszcze instytucji. I jakbym słyszał z przeszłości potężne chóry konserwatystów, którzy wtedy w kształceniu kobiet, w ich prawach wyborczych widzieli jedynie upadek moralności, rozwydrzenie i rozpasanie seksualne.

Dlatego zalecałbym więcej spokoju, panowie. I więcej rozwagi. Trzeba nauczyć się rozdzielać ziarno od plew, bo w każdym nowym ruchu są dobre i złe pomysly.

 

 

 

Odpowiedź prezes EFJ Mai Sever na oświadczenie prezes SDP Jolanty Hajdasz po stanowisku EFJ ws. wyborów w USA

W związku z oświadczeniem  prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Poslskich i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP Jolanty Hajdasz z 7 listopada br. i komentarzem sekretarza generalnego SDP Hubert Bekrychta, gdzie znalazły się słowa krytyki i deklaracja odmiennej opinii wobec stanowiska Europejskiej Federacji Dziennikarzy (EFJ) w sprawie – wyrażonej w notatce prasowej Federacji – powinności środowiska dziennikarskiego po wyborze Donalda Trampa na prezydenta USA, zamieszczamy odpowiedź prezes EFJ Mai Sever.

Oto oświadczenie szefowej EFJ Mai Sever:

EFJ ponawia apel o lepszą ochronę dziennikarzy w Europie. Europejska Federacja Dziennikarzy (EFJ) przyjęła do wiadomości krytykę wyrażoną przez kilku przedstawicieli SDP, a w szczególności jej nową przewodniczącą, Jolantę Hajdasz, po opublikowaniu naszego komunikatu prasowego z 7 listopada wzywającego Europę do zapewnienia lepszej ochrony dziennikarzom.

Jako organizacja reprezentująca 73 stowarzyszenia i związki dziennikarzy w 44 krajach europejskich, w tym w Polsce, EFJ musi działać w kontekście wielu opinii. Uważamy, żeta debata idei jest zdrowa, o ile nie przeradza się w obelgi. Federacja taka jak nasza musi dopuszczać wewnętrzną debatę i traktować ją jako wartość dodaną. Jednak Federacja, aby być skuteczną, absolutnie nie może ograniczyć swojej roli do stania się najniższym wspólnym mianownikiem wszystkich swoich afiliantów.

Nikt nie może zaprzeczyć wrogiemu kontekstowi, z jakim zmaga się dziennikarstwo w Europie. Wszystkie badania naukowe (w tym raporty Media Pluralism Monitor) i wszystkie instrumenty monitorujące naruszenia wolności prasy (w tym MFRR i Platformy Rady Europy) odnotowują pogorszenie sytuacji.

Podobnie jak wiele innych organizacji dziennikarzy (w tym dziennikarzy amerykańskich –  National Writers Union lub związki zawodowe dziennikarzy w Danii i Szwecji), EFJ uważa, że sojusz nowo wybranego prezydenta USA i szefa portalu społecznościowego X, który nieustannie prowadzi kampanię na rzecz „śmierci mediów”, stwarza sytuację zwiększonego zagrożenia dla prasy.

Stoimy na stanowisku, że Donald J. Trump i Elon Musk, poprzez swoje ataki na dziennikarzy, stanowią poważne zagrożenie dla wolnego dziennikarstwa, co może mieć daleko idące konsekwencje dla wolności prasy i demokracji w Europie.

Nie chodzi nam o zajęcie stanowiska politycznego, ale o obronę podstawowych wartości, które dotyczą wszystkich dziennikarzy. Niedopuszczalne jest, aby przywódcy polityczni, niezależnie od ich partii politycznej lub kraju, stosowali retorykę, która zastrasza lub kryminalizuje dziennikarzy. To nie jest polityczny sprzeciw, ale fundamentalna kwestia, która leży w zakresie naszej odpowiedzialności za ochronę wolności prasy i bezpieczeństwa naszych kolegów. W tym kontekście apelujemy do instytucji europejskich o ochronę zawodu. To stanowisko jest całkowicie pozbawione zabarwienia politycznego: EFJ nie wyraża tutaj żadnego stanowiska politycznego; wzywa do obrony zawodu przed wszelkimi atakami, bez względu na to, skąd one pochodzą.

Nasz komunikat prasowy z 7 listopada jest jasny:

Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, w Europie i wszędzie na świecie, zawód musi stanowczo stanąć w obronie silnej prasy, która może swobodnie relacjonować fakty i pociągać władzę do odpowiedzialności w sposób gwarantujący dziennikarzom bezpieczeństwo i ochronę zawodową.

Europejska Federacja Dziennikarzy i jej filie dołączają do wszystkich zaangażowanych w obronę dziennikarstwa jako kamienia węgielnego demokracji.Jesteśmy przekonani, że SDP w pełni podziela ten cel z EFJ i wszystkimi jej filiami.

Jak wiadomo, EFJ nie omieszkała potępić ostatnich naruszeń wolności prasy w Polsce i będzie to nadal czynić. Uważamy, że ważniejsze jest uzgodnienie tego, co istotne, niż zagubienie się w sporach.

 

Maja Sever, prezes EFJ

 

Poniżej przypominamy oświadczenie prezes SDP Jolanty Hajdasz z 7 listopada w odpowiedzi o stanowisko EFJ z tego samego dnia z relacji prasowej Federacji. To stanowisko EFJ, jej szefowa przytacza w ostatniej części opublikowanego powyżej oświadczenia Mai Sever.

Oto oświadczenie szefowej SDP Jolanty Hajdasz  z 7 listopada ze wstępem na portalu SDP:

Międzynarodowa organizacja Europejska Federacja Dziennikarzy (European Federation of Jounalists) EFJ wydała komunikat, w którym ostro skrytykowała wybranego 47. prezydenta USA Donalda Trumpa i właściciela platformy społecznościowej „X” Elona Muska. Jolanta Hajdasz prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, które jest członkiem EFJ, powiedziała, że reakcja władz tej federacji jest trudna do zaakceptowania.

 

EFJ w 46 krajach Starego Kontynentu zrzesza 74 organizacje dziennikarskie i związki zawodowe. Ostatnio, po zjeździe w Prisztinie w maju 2024 r. niektóre organizacji, w tym Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, zgłaszały zastrzeżenia co do kierunku działań EFJ, który – zdaniem niektórych delegatów – sprzęgnięty jest z ogólnymi zasadami poprawności politycznej w UE i kierunkami rozwoju Europy narzucanymi przez liberalne władze Komisji Europejskiej. Wcześniej po kongresach w Izmirze w 2022 r. i w Hadze w 2023 r. podobne zastrzeżenia również zgłaszali przedstawiciele SDP.

 

W wydanym 7 listopada i przesłanym do SDP po południu tego dnia oświadczeniu EFJ napisano m.in.:

„Antyprasowa retoryka Trumpa skłoniła już wielu jego wielbicieli na całym świecie i w Europie do odwetu na mediach. Z Donaldem J. Trumpem z powrotem w Białym Domu poczują się jeszcze bardziej upoważnieni do nękania prasy. Zwycięstwo pana Trumpa nie tylko rzuca wyzwanie amerykańskiemu dziennikarstwu, ale także dziennikarstwu europejskiemu — powiedział sekretarz generalny EFJ Ricardo Gutiérrez” – poinformowano w komunikacie.

Dla prezes SDP Jolanty Hajdasz zachowanie władz EFJ wobec wyborów w USA jest bardzo dziwne.

Reakcja EFJ na demokratyczny wybór prezydenta USA jest dla mnie zdumiewająca i trudna do zaakceptowania – podkreśliła w rozmowie z portalem sdp.pl Hajdasz

W dokumencie sygnowanym przez władze EFJ znalazły się przykłady, na czym – zdaniem przedstawicieli organizacji ma polegać zagrożenie stwarzane przez Trumpa dla europejskich mediów:

„Donald J. Trump wezwał do uwięzienia i zgwałcenia dziennikarzy za nieujawnianie swoich źródeł. Tydzień temu, na jednym ze swoich wieców, fantazjował o masowej strzelaninie dziennikarzy. A tuż po wyborach, Elon Musk, właściciel portalu społecznościowego X, który był aktywny w amerykańskiej polityce jako głośny i finansowy zwolennik Donalda J. Trumpa, powiedział, że tradycyjne media są martwe, twierdząc, że „większość tradycyjnych mediów bezlitośnie kłamała opinię publiczną””.

Jolanta Hajdasz uważa, że EFJ przesadnie odczytuje intencje prezydenta Trumpa i Elona Muska.

Organizacja przestrzega przed rzekomym zagrożeniem, jakim  dla wolności mediów ma być Donald Trump, na dowód tego cytuje wyrwane z kontekstu jego wypowiedzi oraz opisuje wydarzenia nadinterpretując je i  nadając im nieistniejący kontekst  np. pisząc że „D. Trump chciał strzelać do dziennikarzy mediów masowych” albo wzywał „do masowego uwięzienia dziennikarzy (ang. „he fantasized about a mass shooting of journalists”, „Donald J. Trump has called for journalists to be imprisoned and raped for not revealing their sources”) – wskazała prezes SDP.

„EFJ publikuje swoje oświadczenie „w imieniu wszystkich dziennikarzy „, choć przecież osoby wypowiadające się w naszym imieniu zdają sobie sprawę z tego, iż w każdym kraju są także inni dziennikarze, którzy nie mają tak krytycznych ocen prezydenta Donalda Trumpa i jego współpracowników np. Elona Muska na temat mainstreamowego dziennikarstwa” – dodała.   „Szkoda, że przy okazji tegorocznych wyborów EFJ nie dostrzega manipulacji i błędów, jakie coraz częściej popełniają media tradycyjne, które nie kryją swoich sympatii politycznych i nie potrafią, a raczej nie chcą rzetelnie przedstawiać programów wyborczych osób, które mają inne poglądy niż ich własne” – zwróciła uwagę.

 

Prezes SDP zwróciła się bezpośrednio do władz EFJ:

„Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich apeluje do koleżanek i kolegów z EFJ o powstrzymanie się od emocjonalnych ocen i bezpodstawnej krytyki nowo wybranego prezydenta USA, szczególnie jeśli robi to w imieniu wszystkich dziennikarzy należących do EFJ.   Gdy odłoży się na bok emocje, łatwiej jest pogodzić się z tym, że demokracja wymaga akceptacji decyzji wyborców także wtedy, gdy wybory wygrywają ci, których nie popieracie i nie rozumiecie” – zaakcentowała Jolanta Hajdasz.

 

Prezes SDP JOLANTA HAJDASZ: Reakcja EFJ na wybór prezydenta USA jest dla mnie trudna do zaakceptowania

 

Komentarz w sprawie oświadczenia EFJ opublikował także 7 listopada sekretarz generalny SDP Hubert Bekrycht:

 

Tytuł: EFJ umiera – walczy z USA zamiast bronić dziennikarzy np. w Polsce

Komentarz sekretarza generalnego SDP Huberta Bekrychta na ataki władz Europejskiej Federacji Dziennikarzy (EFJ) wymierzone w Donalda Trumpa i Elona Muska

EFJ tuż po ponownym wyborze Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych przypuściła na niego bezprzykładny atak. Wydano nie poparte konkretnymi przykładami, naszpikowane zdaniami wyjętymi z kontekstu oświadczenie EFJ. To deklaracja czysto polityczna, ale nie dyplomatyczną, bowiem władze Federacji okładają Donalda Trumpa i właściciela platformy X Elona Muska prymitywną pałką medialną. W rezolucji EFJ znalazły się sformułowania poniżej jakiejkolwiek formy oficjalnego komunikatu – obraźliwe wyrażenia, manipulacje i kłamstwa. Jak dzieci z piaskownicy obrażają się i tupią nogami włodarze EFJ – dają wyraz frustracji, że Trump i Musk nie mogą być poddani prawodawstwu UE, bo wtedy zbiliby ich grabkami albo szpadelkiem, a najlepiej – tak zrozumiałem deklarację EFJ – aby Europa i media europejskie bojkotowały USA i ich technologie medialne, czyli kiedy prezydentem będzie Trump platforma X powinna być w Europie zakazana. Jak w państwach totalitarnych.

Przedstawiciele EFJ wydali wojnę administracji najpotężniejszego kraju na świecie niezbyt dobrze chyba rozumiejąc co napisali w oświadczeniu. W XIX wieku, ba nawet pod koniec XX wieku takie dokumenty prowadziły do prawdziwych wojen. Takich z realnymi strzałami, czołgami, flotą wojenną, lotnictwem, żołnierzami wyposażonymi w ostrą amunicję i – przede wszystkim – do wojen z realną śmiercią i ludzkim nieszczęściem. Nieodpowiedzialność czy złe tłumaczenie a może jedno i drugie?

Pisali to Chorwatka i Belg, którzy jako podróżujące po Europie władze EFJ wydawałoby się, że dużo lepiej muszą posługiwać się angielszczyzną niż ja, a piszący te słowa ma już swoje lat i wiele z gramatyki angielskiej zapomniał. Nie zapominałem jednak słów. Czasem się mieszają, ale od czego są słowniki. Nie zapomniałem też uniwersalnego języka przekazu – niezależnie od tego czy jest to język polski, angielski, chiński, czy szwedzki, włoski, hebrajski, arabski a nawet język liczącego 7 osób plemienia afrykańskiego, którego nazwy nikt nie pamięta. Przekaz nie może zawierać waty słownej, przekaz powinien być konkretny, przekaz dziennikarski EFJ zaś musi być konkretny do kwadratu a nie wypowiadający powszechnie znane politycznie poprawne bzdury, w które nie wierzą nawet wielbiciele EFJ – politycy Unii Europejskiej. Tym bardziej, że przedstawiciele centrali EFJ są miłośnikami liberalnych polityków Unii Europejskiej, bo EFJ protestuje zawsze chętnie tam, gdzie zagrożone są media, które atakują demokratycznie wybrane, ale konserwatywne władze krajów w UE, zresztą poza UE, jak dowodzi przykład USA, też…

 

Śródtytuł: Nie w moim imieniu!

 

O tym przekazie zapomnieli jednak obrażający Trumpa i jego miliony wyborców przedstawiciele EFJ przywołujący fakty, które kompromitują także mnie, bo jako członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich – organizacji zrzeszonej w EFJ – nie zgadzam się z takim tandetnym wykorzystywaniem polityki przez przedstawicieli stowarzyszeń i zawodowych związków dziennikarskich w Europie. Miejmy inne poglądy, na przykład ci ludzie we władzach EFJ niech mają poglądy bliższe liberalno-lewicowej Komisji Europejskiej, ale pozwólcie nam, którzy doświadczyliśmy już w tej części Europy komunizmu mieć bardziej konserwatywne opinie na tematy społeczne i polityczne. Na tym polega demokracja.

„Wybór Trumpa powinien skłonić Europę do lepszej ochrony dziennikarzy” – to tytuł rezolucji, oświadczenia, stanowiska, informacji, czyli nie wiadomo czego, dokumentu sygnowanego przez władze EFJ. A co z Polską i SDP? Czy nie zasłużyliśmy na odpowiedź EFJ na nasze protesty przeciwko bezprawnemu niszczeniu mediów publicznych przez obecny polski rząd? Jakie macie, Koleżanki i Koledzy, prawo krytykować media w USA, skoro ignorujecie bezprawie medialne, które zgotowała w Polsce obecna administracja państwowa? Czy dlatego ignorujecie zdanie SDP, bo ten polski rząd jest liberalny a jego obecni członkowie, z premierem włącznie, atakowali bezceremonialnie jeszcze niedawno Trumpa? Kiedy władze EFJ zamierzają odpowiedzieć na protesty w sprawie manipulacji z ostatniego kongresu w Prisztinie w maju 2024 roku, kiedy to dosłownie zastąpiono projekt uchwały SDP innym projektem z kłamstwami i oszczerstwami a naszą poprawkę do innego dokumentu Komitet Sterujący EFJ i sekretarz generalny EFJ Ricardo Gutiérrez potraktowali jak cenzorzy. Wykreślono istotną datę dotyczącą bezprawnego zwalniania i szykanowania w Polsce setek dziennikarzy po bezprawnym, siłowym przejęciu mediów publicznych i represjach wobec innych mediów po 19 grudnia 2023 r. Co powiecie zwalnianym dyscyplinarnie przez rząd z mediów ludziom, ktorych nazwiska Wam nic nie mówią, bo to dziennikarze konserwatywni, np. Romaszewska, Przełomiec, Adamczyk, Tulicki, Gursztyn, Pereira i ja oraz wielu, wielu innych? Abyśmy sobie poszli do Trumpa, Muska, czy do diabła?

Tym bardziej, że straszycie nie mając pojęcia, że są ludzie o innych podglądach, na przykłąd konserwatywnych,  a może tych poglądów po prostu nie akceptujecie?

 

„Żaden dziennikarz nie powinien być obojętny na wybór Donalda J. Trumpa na 47. prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jego związek z dziennikarstwem i podejście do sprawowania władzy będą miały globalne konsekwencje. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, w Europie i wszędzie na świecie, zawód musi stanowczo stanąć w obronie silnej prasy, która może swobodnie relacjonować fakty i bezpiecznie pociągać władzę do odpowiedzialności”.

Na ironię zakrawa fakt, że domagając się prawdy, ostatnie zdanie tego akapitu oświadczenia  EFJ jest bezczelnym kłamstwem:

„Europejska Federacja Dziennikarzy (EFJ) i jej filie dołączają do wszystkich tych, którzy są zobowiązani do obrony dziennikarstwa jako kamienia węgielnego demokracji”

Które file? Pytam szefową EFJ Maję Sever – bo m.in. jej myśli są przytaczane w oświadczeniu. Czy jesteśmy filią, czy istotną częścią EFJ? SDP to największa polska organizacja dziennikarska licząca ponad 3 tysiące członków SDP. My, włądze SDP, nie podpisaliśmy się pod tym oświadczeniem EFJ. Jak mogliście tak szybko zebrać opinie setek ludzi w ponad 40 krajach Starego Kontynentu? Przecież duża część z nas pracowała relacjonując wybory w USA, nie zdążyliśmy się dobrze wyspać a władze EFJ już mają stanowisko druzgocące Trumpa. Chyba, że napisaliście to stanowisko przed wyborami, a to już byłoby fałszerstwo. Zresztą, najpierw są konsultacje! Pamiętacie Statut EFJ?

Organizacja – jak określa siebie EFJ – walcząca z cenzurą sama ocenzurowała i zdlekceważyłą opinię chociażby SDP. A może jeszcze innych organizacji zrzeszonych w Federacji. Cenzura EFJ polega w tym przypadku na tym, że nie ma jeszcze naszego zdania w sprawie, w której wydaliście oświadczenie powołując się na „filie”.

Przestaliście być dziennikarzami? Bo piszecie bzdury i niesprawdzone informacje nie powołując się zresztą na źródła. Kolejna część oświadczenia:

„Donald J. Trump wezwał do uwięzienia i zgwałcenia dziennikarzy za nieujawnianie swoich źródeł. Tydzień temu, na jednym ze swoich wieców, fantazjował o masowej strzelaninie dziennikarzy. A tuż po wyborach, Elon Musk, właściciel portalu społecznościowego X, który był aktywny w amerykańskiej polityce jako głośny i finansowy zwolennik Donalda J. Trumpa, powiedział, że tradycyjne media są martwe, twierdząc, że „większość tradycyjnych mediów bezlitośnie kłamała opinię publiczną”.

Gdyby, któreś z Was napisało coś takiego jako zwykły dziennikarz, o ile redakcja pozwoliłaby na powielanie takich bzdur, adwokaci Trumpa i Muska zmiażdżyliby Was, bo nic w tych słowach nie polega na prawdzie, w najlepszym razie to nacechowana politykierstwem manipulacja i dezinformacja, o której tyle piszecie i – jak mówicie – demaskujecie każdy jej przejaw.

Kolejne bzdury, jakie piszecie kompromitują nas tylko na świecie. Europa nie jest zaściankiem, nie jest też pępkiem świata. Najwyższy czas się obudzić. Oto kolejne zdania oświadczenia EFJ:

 

Napisaliście między innymi: „Antyprasowa retoryka Trumpa skłoniła już wielu jego wielbicieli na całym świecie i w Europie do odwetu na mediach. Z Donaldem J. Trumpem z powrotem w Białym Domu poczują się jeszcze bardziej upoważnieni do nękania prasy. Zwycięstwo pana Trumpa nie tylko rzuca wyzwanie amerykańskiemu dziennikarstwu, ale także dziennikarstwu europejskiemu” — powiedział sekretarz generalny EFJ Ricardo Gutiérrez.

Na Boga Ricarrdo, Ty nie masz w sobie genu samokrytycyzmu? W całej Europie, w trakcie kolejnej kadencji liberalno-lewicowej Komisji Europejskiej, za przyczyną idiotycznych przepisów monopolowych padają w krajach UE redakcje, tysiące dziennikarzy przez ostatnie kilkanaście lat poszło na bruk a Ty, zamiast walczyć o europejskie, w tym polskie, media z Ursulą van den Leyen, podżegasz do konfliktu z medialnym kapitałem USA. Oni mogą zainwestować w umierającej gospodarczo Europie. Europa nie podbije ekonomicznie ani Stanów Zjednoczonych ani żadnego istotnego finansowo kraju.

Dla Was w EFJ istotna jest tylko spiskowa teoria o przejęciu mediów przez Trumpa i Muska, bo piszecie w stanowisku:

„Najbardziej niepokojącym elementem (…) jest zmowa między prezydentem największej potęgi świata a najbogatszym człowiekiem na świecie, Elonem Muskiem, który ma przerażającą zdolność kontrolowania opinii publicznej za pośrednictwem sieci społecznościowych”.

Naprawdę Koleżanki i Koledzy z władz EFJ nie boicie się śmieszności? Walą się systemy medialne w Unii Europejskiej, której rządowi sprzyjacie, bo mają Wasze poglądy, a Wy tego nie zauważacie.?

Proszę Was wyśpijcie się po tej amerykańskiej kampanii i napiszcie inne oświadczenie, bo tego ani ja nie zaakceptuję ani – jak mi się wydaje – władze SDP nie poprą.

 

Hubert Bekrycht  – dziennikarz, sekretarz generalny SDP

Moje poglądy na powyższy temat nie są w żaden sposób związane z oficjalnym stanowiskiem władz SDP

EFJ umiera – walczy z USA zamiast bronić dziennikarzy np. w Polsce

 

Zamiast zakończenia:

 

Niestety, EFJ powtórzyło – w opublikowanym 14 listopada przez portal SDP oświadczeniu prezes Mai Sever – główne tezy swojego stanowiska z 7 listopada – w skrócie, władze Federacji uważają, że wybór Trumpa i rola Muska w kampanii stanowią zagrożenie dla europejskiego dziennikarstwa.

My we władzach SDP nadal nie zgadzamy się z takim przekazem EFJ. Po prostu SDP widzi zagrożenie dla europejskiego dziennikarstwa zupełnie gdzie indziej niż w USA – ono, naszym zdaniem, czai się np. w działaniach opresyjnych działaniach polskiego rządu wobec mediów publicznych i represjach wobec mediów konserwatywnych po 13 grudnia 2023 r.

Mamy inne poglądy na wybór Trumpa i rolę Muska, który jest właścicielem platformy X. Trudno. Ważne, że władze EFJ i SDP ze sobą rozmawiają. I w SDP mamy nadzieję, że proponowane przez obie strony częstsze kontakty zapobiegną dalszym różnicom zdań w tak fundamentalnych kwestiach jak wolność słowa. W SDP i EFJ dbamy o nią, bo szanując tę najwyższą dziennikarską wartość rozmawiamy o trudnych dla naszego środowiska problemach.

 

red. sdp.pl

 

 

 

 

MARIA GIEDZ: „Laski” w Rwandzie – niezwykła szkoła dla niezwykłych dzieci

Siostra Pia i Siostra Jadwiga, franciszkanki rodem z Polski, a dokładnie z podwarszawskich Lasek, to dwie przeciwności. Tworzą wspaniały duet wspomagany przez miejscowe zakonnice. Dzieciaki je uwielbiają i chodzą „jak w zegarku” bardzo ciężko pracując, chociaż są ociemniałe. Prowadzona przez owe siostry szkoła, w których uczy się 190 dzieci jest najlepszą szkołą w Rwandzie. Wygrywa konkursy ortograficzne, literackie, ale i matematyczne. Tutejsi uczniowie to olimpijczycy, „biją na głowę” wszystkie rwandyjskie dzieci, a nawet wygrywają mecze piłki nożnej i ręcznej, czemu z wielkim zapałem kibicuje S. Jadwiga. Nie wspomnę już o szkolnym chórze. Taką muzykę można usłyszeć w najlepszych filharmoniach świata, a wykonują ją niewidzące dzieci ze szkoły w Kibeho.

Zapewne owe zakonnice nie są zadowolone z moich pochwał, bo to przecież ich codzienna praca i powołanie, a że trafiły na podatny grunt, to miały szczęście. Kiedy odwiedziłam ich klasztor i szkołę doznałam szoku. Kompleks budynków posadowiono na zachodnim zboczu sporego wzniesienia zwanego Uwimfizi skąd rozciąga się piękny widok na dolinę i zbocze kolejnego wzgórza, kilkaset metrów za kościołem parafialnym, tym samym, w którym w ramach wojny domowej w 1994 r. spalono 25 tys. osób, mieszkańców Kibeho. Mimo, że kościół został pięknie odbudowany i mógłby służyć mieszkającym w okolicy wiernym, jest zamknięty od lipca 2024 r. – taką decyzję wydały władze państwowe. Ponoć dlatego, że nie ma przy nim parkingu i toalety. Owa decyzja dotyczy ponad pięciu tysięcy kościołów (chodzi o budynki) różnych wyznań, w tym 1500 katolickich rozmieszczonych w całej Rwandzie.

Wróćmy jednak do szkoły. Zobaczyłam w niej roześmiane, szczęśliwe twarze dzieci, chociaż takie trochę nieme, bo z „martwymi” oczami. Bałam się tego spotkania i niepotrzebnie. Dzieci rzeczywiście nie patrzą w oczy do czego nie jestem przyzwyczajona, ale ich chęć przekazania mi swojej wiedzy – a dobrze przygotowały się do spotkania – była niesamowita. Otoczone miłością ukazywały wszystkie swoje najlepsze cechy.

Dzieci śpiewające powitalną piosenkę po polsku. Fot. Maria Giedz

Witamy w naszej szkole

Dwójka młodych ludzi, chłopak o imieniu Jean Paul, przewodniczący samorządu szkolnego oraz dziewczyna Pamela, przewodnicząca grupy dziewcząt czekali na mnie przy wejściu do budynku. Zaprowadzili do klasy, w której siedzieli już inni uczniowie. Wszyscy byli podekscytowani gościem z Polski. Sylwia na tę okazję włożyła piękną niebieską sukienkę. Nikt nie krzyczał, nie było wygłupów. Traktowali spotkanie poważnie chociaż mieli zaledwie po kilkanaście lat. Dopiero, kiedy im zadałam pytanie zaczęli mówić i to po kolei, spokojnie. Takiej szkoły jeszcze nie widziałam. Odnosiłam wrażenie, że jestem w szkole wyjątkowo elitarnej, gdzie ogromny nacisk kładzie się nie tylko na przekazywanie wiedzy, ale na dobre wychowanie, szacunek dla innych, myślenie z wyobraźnią. A przy tym panuje radosna atmosfera. Tego w polskich szkołach, zwłaszcza tych miejskich, już nie ma.

Pamela, przewodnicząca samorządu dziewcząt opowiada o kółku dziennikarskim. Fot Maria Giedz

Pamela wstała i lekko się uśmiechając, spokojnym głosem mówiła o różnych codziennych zajęciach. Opowiadała o szkole z przejęciem, miłością. Odnosiłam wrażenie, że opowiada o swojej ukochanej rodzinie, której życie przynosi zarówno radości, jak i smutki. Jej oczy były zwrócone gdzieś w bok, ale jej twarz wyrażała emocje. Kiedy opowiadała o sprzątaniu, praniu, odrabianiu lekcji, a nawet o pracy (śpiewaniu) w chórze czyniła to w sposób naturalny, bo to takie czynności dnia codziennego. Jednak, gdy zaczęła mówić o kółku dziennikarskim jej tembr głosu się zmienił. Chyba w przyszłości chciałaby zostać dziennikarzem. Opowiadała jakie winny być informacje, co interesuje społeczność szkolną, a więc: wiadomości ze świata, sport, newsy, rozrywka, plotki, własne podwórko. Dowiedziałam się, że zarówno ona, jak i jej koledzy z kółka dziennikarskiego szukają różnych wiadomości m.in. w komputerze, a potem przekazują innym. Starają się, aby były prawdziwe, a nie zmyślone, fikcyjne, naciągane…

Jej koleżanka Sylwia, ubrana w piękną niebieską sukienkę, a także kolega Jean de Dieu wspominali o egzaminach na zakończenie szóstej klasy. Takie egzaminy muszą zdać wszyscy uczniowie w Rwandzie o ile chcą kontynuować naukę w szkole średniej (odpowiednik naszego gimnazjum). Oboje podkreślali jak ważny jest to egzamin, że jego poziom jest niezwykle wysoki i ile wyrzeczeń musi ponieść uczeń, aby go zdać. Nie zabrakło też pochwalenia się, że to właśnie ich szkoła jest najlepsza w całym okręgu. A tak przy okazji dowiedziałam się, że Sylwia wzięła udział w konkursie literackim, który odbył się w Kigali, stolicy Rwandy. Startujące w konkursie dzieci z 300 szkół w Rwandzie przygotowały nieduże formy literackie w dwóch językach, w kinyarwanda i po angielsku. Sylwia w tym konkursie zajęła pierwsze miejsce.

Sylwia na spotkanie z gościem z Polski włożyła piękną niebieską sukienke. Fot Maria Giedz,

Inny uczeń, zafascynowany nowinkami technicznymi, opowiadał o specjalnym urządzeniu Orbit Reader 20 dzięki któremu można czytać książki za pomocą karty SD, robić proste notatki, połączyć się Bluetooth’em czy USB z różnymi urządzeniami, aby serfować w internecie, pisać i wysyłać maile… Był bardzo przejęty, z zapałem wystukiwał na owym urządzeniu różne znaki, pozwalające tworzyć zdania i całe teksty. Jednak nie dodał, że owo urządzenie kosztuje prawie 700 dolarów i że dba o nie wyjątkowo, ani że to dzięki tej pomocy wygrał skomplikowany konkurs z przedmiotów ścisłych. A w konkursie tym uczestniczyło 120 rwandyjskich szkół.

Tak można by opowiadać jeszcze długo. Spośród tych opowiadających wyróżniała się spokojna, zrównoważona Benoit, która jest albinoską, czyli ma biały kolor skóry, notabene bardzo delikatnej i wrażliwej na słońce. Zupełnie się tym nie przejmuje. Fascynuje ją biologia i chemia, a więc rośliny, zwierzęta, a także procesy chemiczne zachodzących w żywych organizmach. Jej marzeniem jest zostać nauczycielką. Życzę jej tego z całego serca.

Wszystkie te informacje o egzaminach, konkursach, olimpiadach, rozgrywkach sportowych poruszane są na kółku dziennikarskim a następnie opracowane w formie lokalnych wiadomości przekazywanych głosowo.

Jeden z uczniów prezentuje urządzenie do czytania Orbit Reader 20. Fot. Maria Giedz

Na szkolnym podwórku

Było sobotnie popołudnie. Teoretycznie czas wolny. Część dzieciaków czekała w kolejce do fryzjera. Włosy Afrykańczyków są skomplikowane, gęste, pokręcone. Dla higieny najlepiej obcinać je na krótko, więc jeden z wykładowców na jakiś czas zamienia się w fryzjera. Co ciekawe żadne dziecko nie miało komórki i to nie dlatego, że nie widzi czy jest biedne. Telefony w Rwandzie są bardzo popularne, ale służą do rozmowy i wysyłania SMS-ów. W szkołach dzieci nie używają telefonów. A jeśli jest to szkoła z internatem, jak chociażby ta, to telefon jest dostępny jedynie w sobotę, aby dziecko mogło zadzwonić do rodziców. Oczywiście zdarzają się sytuacje wyjątkowe.

Śpiewające dzieci, a w tle suszące się na krzakach mundurki. Fot. Maria Giedz

Dzieci towarzyszą mi nieodłącznie i te mniejsze i te starsze. Nie podchodzą zbyt blisko, jak te spotkane przypadkowo na ulicy, które potrafią przybiec, przytulić się, poprosić o pogłaskanie. Tutejsze czekają na akceptację, na mój ruch, ale czują obecność drugiego, innego człowieka. Chcą usłyszeć mój głos, nawet jeśli nie rozumieją co do nich mówię, chociaż wszystkie posługują się biegłą angielszczyzną, znacznie lepszą niż moja, i jest to ich drugi, a czasem i trzeci język. Narodowym językiem Rwandy jest kinyarwanda, a czasem tych osób, które przeniosły się z Konga, czy innego ościennego kraju – suahili.

Zaczęło się od służby niewidomym

Pomysł założenia „Lasek” w Rwandzie w 2006 r. i to w Kibeho, jedynym uznanym przez Kościół sanktuarium maryjnym w Afryce, wyszedł od franciszkanki z podwarszawskich Lasek, Siostry Rafaeli Nałęcz, która zmarła w Kigali w 2016 r. Była to pierwsza szkoła dla dzieci niewidomych i niedowidzących w Rwandzie. Obecnie są już trzy. Przy jej powstaniu pomagało polskie MSZ. Dzieci uczą się w niej przez 12 lat. Najpierw przez 6 lat w szkole podstawowej, potem przez 3 lata w niższej szkole średniej (odpowiednik gimnazjum) i przez kolejne 3 lata w wyższej szkole średniej. Do tej szkoły uczęszczają dzieci od 6 roku życia do 24. Zdarza się też, że niektórzy uczniowie zaczynają edukację w wieku szesnastu lat, bowiem w Rwandzie dzieci niepełnosprawne mają utrudniony dostęp do szkoły, zwłaszcza jeśli mieszkają gdzieś w górach daleko od drogi. Poza tym większość szkół jest płatna, również ta prowadzona przez siostry franciszkanki, ale akurat w tej szkole czesne jest niskie, mimo że jest to szkoła z internatem. Ponadto istnieją też ofiarodawcy (darczyńcy) z Polski, z USA…, dzięki którym najbiedniejsze dzieci mogą uczyć się za darmo. Większość lekcji prowadzona jest w języku angielskim. Do wojny w latach 90. ubiegłego stulecia językiem nauczania, oprócz kinyarwanda, był francuski – to pozostałość po kolonii belgijskiej. Po wojnie, nowe władze wprowadziły do szkół język angielski. Francuski pozostał jedynie w kręgach kościelnych. Posługują się nim wszyscy duchowni katoliccy i większość zakonnic.

Ociemniali uczniowie pracujący przy komputerze. Fot. Maria Giedz
Zajęcia w klasie komputerowej. S. Pia przygląda się jak S. Jadwiga pracuje z uczniem. Fot. Maria Giedz

Szkoła dla dzieci ociemniałych w Kibeho znana jest nie tylko w Rwandzie, ale i niemal w całej Afryce. Uznawana jest za najlepszą. Na przykład w tym roku uczeń o imieniu Jean de Dieu, zdając egzamin kończący gimnazjum, notabene posługujący się alfabetem Braille’a, zajął piąte miejsce spośród 130 tysięcy uczniów z całego kraju.

U nas w Polsce nie uświadamiamy sobie, ile pracy, wyrzeczeń, poświęceń muszą włożyć rwandyjscy uczniowie, aby zdobyć wykształcenie. Dzieci z wiejskich gminnych szkół, do których mogą codziennie dojść, mają lżej, ale też poziom nauczania jest zdecydowanie niższy, a i nie obejmuje osób niepełnosprawnych.

Życie „jak w zegarku”

Nauczycielami są zarówno zakonnice, jak i osoby świeckie. Wśród nich są też absolwenci tej właśnie szkoły – sześciu nauczycieli ma problemy ze wzrokiem. Są osobami niewidzącymi i niedowidzącymi.

Siostra Jadwiga opowiada o zawartości biblioteki. Wśród książek jest też literatura polska. Fot. Maria Giedz

Każdy dzień zaczyna się pobudką o 5:30. Pomiędzy godziną 6 a 7 jest nauka własna, czyli można się przygotować do zajęć, dokonać ostatnich poprawek na pracach domowych. Dopiero potem jest śniadanie. Lekcje rozpoczynają się o godz. 8 i trwają do godz. 17 z godzinną przerwą na obiad (w niektórych szkołach zajęcia w niektóre dni trwają do 20). Wieczorem, po kolacji jest jeszcze odrabianie lekcji, czytanie książek… Szkoła posiada własną bibliotekę. Większość książek siostry drukują na miejscu, gdyż są wydawane w zapisie Braille’a. Mimo, że papier do zapisu Braille’m jest bardzo drogi, to wewnętrzy druk takiej książki jest tańszy od książki kupionej i sprowadzonej z zagranicy. Dzieci korzystają również z audiobooków, ale posługują się także komputerami. Mają w nich zamontowane programy, które zamieniają tekst pisany na tekst czytany na głos.

Towarzyski mecz piłki ręcznej chłopców niewidzących i słabowidzących, którzy wkładają opaski na oczy, aby nie oszukiwać niewidzących kolegów. Fot. Maria Giedz

Czasu na „nic nierobienie” nie ma. Dzieci i młodzież zajęte są całą dobę. W to oczywiście wpisane są zajęcia ruchowe, np. gry w piłkę. W tej szkole popularny jest goalball, czyli drużynowa gra w piłkę ręczną dla osób niewidomych i niedowidzących, stworzona przez Niemca Seppa Reindle’a i Austriaka Hansa Lorenzena w 1946 roku., którą od 1976 r. uznaje się za dyscyplinę olimpijską.

W soboty zajęcia kończą się o godz. 14 i dopiero wówczas dzieci mają czas wolny, który przeznaczają na sprzątanie, rozwijanie swoich zainteresowań, najróżniejszych pasji…. Ale to nie znaczy, że mogą włóczyć się po ulicach, pojechać do domu. Czasem odwiedzają ich rodzice. Jednak oni wyjeżdżają do domów 2, 3 razy do roku, głównie na wakacje. Może to staromodne, ale tak wyglądają wszystkie szkoły z internatem w Rwandzie. W Polsce uznano by, że to „wojskowe koszary”, a nawet nazwano by je „dobrowolnym więzieniem”, bo brakuje wolności. Rwandyjska młodzież do znaczenia słowa wolność podchodzi zupełnie inaczej. Wolność nie oznacza czynienia tego co się chce, czyli głupich, złośliwych, bezsensownych zachowań. Szkoda na to czasu. Każdy uczeń, nawet ten najmniej zdolny chce w życiu coś osiągnąć i nie liczy na spadek po rodzicach, bo trudno o taki spadek jeśli się ma sporo rodzeństwa, a do podziału jest kilkunastometrowe poletko.

Sobota, a dokładnie każda ostatnia sobota miesiąca, to „muganda”, czyli czyn społeczny, a w bezpośrednim tłumaczeniu oznacza wspólnotę albo wspólne działanie. Obowiązuje wszystkich Rwandyjczyków pomiędzy godz. 8 a 12. Tego dnia jedna osoba z każdej rodziny musi się zgłosić w określonym miejscu do prac społecznych. Uczniowie mają też swoje wspólne zadania, np. wywieszenie prania, czyli porozkładanie ubrań na krzakach, bo tak szybciej wyschną.

Życie z pasją

Pozostała jeszcze niedziela. W niektórych rwandyjskich szkołach, jak np. szkołach prowadzonych przez Adwentystów Dnia Siódmego, niedziela jest również dniem nauki (oficjalnie dla adwentystów dniem świętym jest sobota, ale tego dnia dla dzieci katolickich czy muzułmańskich też są zajęcia).

U sióstr franciszkanek wygląda to trochę inaczej. Pobudka jest jak w każdy dzień o godz. 5:30. Tego dnia trzeba się ładnie ubrać, przede wszystkim włożyć mundurek. W każdej rwandyjskiej szkole, a nawet w przedszkolu, uczniowie chodzą w mundurkach. Nie ma więc strojenia się, wkładania modnych, markowych ciuchów i udowadniania, że jestem lepsza, bo pochodzę z zamożniejszej rodziny, nie ma też pogardzania biedniejszymi. Wszystkie mundurki są takie same: czarne spódniczki lub spodnie, szare sweterki, białe bluzki albo koszule, białe skarpetki, czarne buty. Mogą być też czerwone spódniczki w kratę. Różnice wynikają jedynie z przynależności do klasy, grupy nauczania. W każdej szkole mundurki wyglądają troszkę inaczej.

Chwilę po godzinie szóstej dzieci opuszczają szkołę i wyruszają na Mszę Św. do kościoła, która rozpoczyna się o siódmej rano w sanktuarium maryjnym. Idą pieszo około pół godziny. Mimo że znają drogę, niemal maszerują w dość zwartym szyku, razem, parami, często trzymając się za ręce. Tak łatwiej się im poruszać, ale też pięknie wyglądają. Takiego widoku w Polsce się nie zobaczy. Zgrana, zaprzyjaźniona ze sobą grupa młodych ludzi i mimo, że są jeszcze dziećmi, traktująca życie na poważnie. Nie używają białych lasek. Tylko by przeszkadzały. Zresztą siostry tak wychowują swoich podopiecznych, że dzieciaki poruszają się dość swobodnie. Ci, którzy choć trochę widzą prowadzą tych całkowicie niewidzących. Kiedy tak maszerują do kościoła trochę przypominają małe wojsko. Świetna organizacja, wyczucie miejsca, czasu.

Śpiewające niewidzące i niedowidzące dzieci podczas porannej Mszy Św. w niedzielę, odprawianej w Sanktuarium Maryjnym w Kibeho. Fot. Maria Giedz

Kiedy już dotrą do kościoła sanktuaryjnego siadają na wyznaczonym dla nich miejscu. Ich zadaniem, w każdej niedzielnej, porannej Mszy Św. jest oprawa liturgii, głównie muzyczna. To dzieci od sióstr franciszkanek grają, śpiewają. Również czytania liturgiczne są w ich wykonaniu, bowiem swobodnie posługują się Braillem, a nawet posługują do mszy, czyli są ministrantami. Jeśli ktoś nie wie, że są to dzieci niewidzące, to może się nie domyślić.  Zazwyczaj większość czynności wykonują w dwie osoby. Dziecko niedowidzące pomaga niewidzącemu. Tak jest łatwiej. A dzieciaki są niesamowite. Ich śpiew znany jest w całej Rwandzie.

Kiedy wybierałam się do Kibeho kilka osób wspomniało mi o mszach z udziałem dzieci, które śpiewają. Wyobrażałam sobie śpiewające przedszkolaki lub polskie msze dla dzieci, które zazwyczaj omijam o ile nie idę do kościoła z dzieckiem. A tu taka niespodzianka! Najpiękniejsza i najbardziej oblegana msza, oczywiście poza odpustowymi czy sprawowanymi z okazji ważnych świąt, albo innych uroczystości. Generalnie Rwandyjczycy są ludźmi uzdolnionymi muzycznie. Jeśli spotka się kilka osób i to nawet po raz pierwszy, potrafią śpiewać na głosy. Dzieci od franciszkanek nie są nowicjuszami. W szkole mają specjalne zajęcia z chóru i nie jest to tylko nudna lekcja muzyki czy wychowanie muzyczne. One śpiewają z pasją.

Marzy mi się, aby jeszcze tam wrócić.

 

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Reprodukcja patologii

Jeśli wzorcem z Sèvres dla polskich mediów ma być BBC to można wytłumaczyć dlaczego u nas one tak wyglądają, jak wyglądają. Choć tylko częściowo.

W autobiograficznej książce, którą zresztą gorąco polecam, „Outsider”, Frederick Forsyth opisuje jak działała już w latach 60. brytyjska BBC. Lekcja pisarza powinna być obowiązkową odtrutką dla wszystkich tych, którym w trakcie studiów dziennikarskich, praktyk redakcyjnych albo kariery zawodowej, wpojono przekonanie, że to wzór dziennikarskiej rzetelności, tym bardziej, że przez ponad 50 lat od kiedy Forsyth opisywał swoją krótkotrwałą pracę w BBC sprawy poszły zdecydowanie do przodu. W brytyjskiej „publicznej” autor „Dnia Szakala” znalazł się w drugiej połowie lat 60. kiedy w Nigerii, kilka lat po tym jak zyskała niepodległość wybuchło powstanie ludu Ibo wiedzionego przez pułkownika Ojukwu i na krótki czas nad Zatoką Biskajską utworzono państwo Biafra. Forsyth, jako młody i ambitny wówczas dziennikarz postanowił, że w swoich korespondencjach „napisze jak jest”. I wówczas zaczęło się to, czego uczciwie mówiąc, nie powstydziłby się żaden z socjalistycznych demoludów.

Okazało się, że BBC jest po prostu tubą brytyjskiego establishmentu, a swoją misję i cele pojmuje dość swoiście – jako realizację zadań politycznych. Do tego nie zadań brytyjskich, nawet nie elit brytyjskich, a po prostu polityków Partii Pracy, czyli ekipy nieustannie wracającego do władzy Haralda Wilsona. A w jego interesie było nie negować integralności Nigerii. Sztucznego państwa, którego nazwę wymyśliła pani Lugart, żona brytyjskiego awanturnika, który teren podbił, a mapę wyrysowano po prostych liniach wokół obszaru, który opanował. W tej sytuacji, dla osobnej państwowości ludu Iba, który był wyżej rozwinięty niż reszta kraju, i jego wykształconego na Oksfordzie przywódcy, miejsca być nie mogło. Także w mediach. Duże afrykańskie powstanie, wojnę, a w końcu powstanie państwa najpierw bagatelizowano, potem zdecydowano się przemilczeć, co ostatecznie zakończyło pracę niepokornego Forsytha w BBC. Jak celnie on zauważa, w tym czasie media brytyjskie, a także ich rozmaite pochodne, w postaci celebrytów i rozmaitych gadających głów, przeżywały nieustannie inną wojnę. W Wietnamie. Podczas, gdy inna wojna toczona na ogromnym terytorium, jeszcze kilka lat wcześniej będącym fragmentem imperium brytyjskiego, a do dziś dnia członkiem Wspólnoty Brytyjskiej, ich nie zajmowała.

Obserwując choćby rzetelność alternatywną z jaką BBC relacjonuje wydarzenia polityczne w Polsce, a także jak stawała na wysokości zadania propagandowego relacjonując wybory w USA trzeba przyznać, że sprawy tylko się rozwinęły i dziś młody Forsyth po prostu naiwnie by tam nie poszedł (wcześniej był korespondentem Reutersa). Gorąco polecam zresztą rozmowę amerykańskiego komentatora Bena Shapiro, można ją znaleźć na Youtube, który kilka lat temu przerwał wywiad z dziennikarzem Andre Neilem nawrzucawszy mu wcześniej od propagandystów. Było to pół wieku po tym, jak z BBC swoją pracę tam zakończył tam Frederick Forsyth. Jak podsumował sprawę w swoim komunikacie zacny brytyjski nadawca „Ben Shapiro jest postacią kontrowersyjną”.

BBC za to kontrowersyjne nie jest. Jest po prostu tubą propagandową lewicy, niegdyś brytyjskiej, a dziś światowej, udającą niezależność. Ale jeśli ktoś się pociesza, że podobnie jest u nas to niestety racji nie ma. U nas jest dużo gorzej. Jednak całkowite przemilczenie, przynajmniej do momentu w którym piszę ten felieton, przez wszystkie media głównego nurtu, sprawy nie tylko wyczynów ojca i wujów Kingi Gajewskiej, ale też nie zadanie w tej sytuacji oczywistego pytania o pochodzenie majątku wiceministra sprawiedliwości Arkadiusza Myrchy, przekracza to, na co narażeni są Brytyjczycy. Podobnie jak nie mają oni jednak  swojej Doroty Schnepf-Wysockiej. Ale cóż, jak widać znowu się potwierdza, że w krajach postkolonialnych patologie występujące w „ugruntowanych demokracjach”, czyli dawnych imperiach, reprodukują się ze zdwojoną siłą.

 

Muszę zabrać ciało męża – 20. fragment książki SERHIJA KULIDY „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”

Szli w nieznane, obok domu, w którym mieli szczęśliwie mieszkać i gdzie wciąż leżało ciało Witi… — publikujemy kolejny fragment książki Serhija Kulidy „Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji”.

„Bucza. Wiosenny strzał. Krótka kronika okupacji” to książka pisarza i dziennikarza Serhija Kulidy (napisana przy współpracy z Ihorem Bartkivem), poświęcona wydarzeniom na przedmieściach stolicy Ukrainy w pierwszych dniach rosyjskiej agresji. Jest to wstrząsająca kronika wydarzeń (dzień po dniu), których świadkami są mieszkańcy Buczy, a także – pamiętnik autora, który trzy tygodnie spędził w piwnicy swojego domu chroniąc się przed ostrzałem. Publikujemy kolejny fragment książki. Wcześniejsze odcinki można przeczytać TUTAJ.

Bucza, ulica Jabłońska nr 213.

Pierwszego dnia wojny 42-letni Ihor Didkiwski przyszedł do sztabu formacji społecznej „Buczańska Warta” i poprosił o wydanie mu broni, mimo że był osobą cywilną. Pochodził z Malina, w obwodzie żytomierskim. Później mieszkał w Irpieniu, a następnie przeniósł się do Buczy. Od najmłodszych lat Ihor uprawiał sport, a w ostatnich latach uczęszczał do klubu sportowego „Aurus”, gdzie doskonalił swoje umiejętności w sztukach walki.

„Ihor był wrażliwym i odważnym człowiekiem – wspominał przewodniczący ‘Buczańskiej Warty’ Bohdan Jaworski. – Zawsze przychodził z pomocą, nigdy nie pozostawał obojętny na cudze nieszczęście… Uśmiech na twarzy i pozytywne nastawienie – taki pozostał w pamięci wszystkich, którzy go spotkali”.

W 2004 roku Didkiwski był aktywnym uczestnikiem Rewolucji Godności, a dziesięć lat później został wolontariuszem, dostarczając pomoc do strefy ATO. Na początku marca, kiedy Rosjanie w pełni kontrolowali rejon Szkłozawodski, Ihor postanowił samodzielnie wysadzić czołg okupantów na ulicy Jabłońskiej. Bohdan Jaworski nie mógł go powstrzymać, ale ostrzegł: „Ihorze, proszę cię – bądź maksymalnie ostrożny!” Ihor tylko się uśmiechnął… Co wydarzyło się potem, nie wiadomo dokładnie, ale 5 marca kontakt z żołnierzem obrony terytorialnej zaginął. Po wyzwoleniu miasta ciało Ihora znaleziono w masowym grobie na terenie kościoła św. Andrzeja Pierwszego Powołanego. Według wyników ekshumacji zginął od rany postrzałowej…

Ihora Didkiwskiego pochowano 13 kwietnia 2022 roku w Malinie. Pośmiertnie został uhonorowany tytułami „Honorowego Obywatela” Buczy, Irpienia, gminy Malin, a także odznaczony medalami „Za obronę ojczyzny” oraz „Za poświęcenie i miłość do Ukrainy”.

Godz. 11 — 12. Bucza, ulica Jabłońska nr 221.

Trzeciego kwietnia 2022 roku poruszające zdjęcie, zrobione przez fotoreportera AFP Serhija Supynskiego, pojawiło się na łamach wielu światowych mediów. Przedstawiało zabitego 68-letniego rowerzystę Władimira Browczenkę, a obok niego smutnego rudego psa, który strzegł wiecznego spoczynku swojego pana…

Do tej tragedii doszło 5 marca obok budynku nr 221 na Jabłońskiej. Wiktor Szatyło, który potajemnie fotografował zabitych na tej „ulicy śmierci”, opowiadał, że o 12.04 „już leżał jeden zabity rowerzysta…”.

Tego dnia Władimir odprowadzał swoją żonę Swietłanę i córkę na ewakuację. Sam planował jechać do Worzelu, gdzie pracował jako ochroniarz w jednym z sanatoriów, aby zastąpić kolegę.

Swietłana wspominała, że odradzała mu: „Nie jedź! Na ulicy stoją kacapskie czołgi”. Ale on nie posłuchał: „Pojadę…”.

Po odprowadzeniu rodziny Władimir wsiadł na rower… Ale ledwo wyjechał na Jabłońską, a już został postrzelony… Zrozpaczona żona opowiadała: „Później na zdjęciach zobaczyłam, że trafiło go w serce, bo w kurtce w tym miejscu było widać wyrwaną kulą watolinę…”.

Godz. 12.04 — 12.46. Bucza, ulica Jabłońska nr 221.

24 lutego, jak opowiadała Natalia Kowalenko dziennikarce portalu „Perejasław. City” Oldze Kolomijec, „zaczęło grzmieć od strony Hostomla. Wyjrzeliśmy przez okno — ludzie chodzą, transport publiczny jeździ, nie ma paniki. Mąż, Mychajło, powiedział córce, żeby na wszelki wypadek spakowała plecak. Ale nie posłuchaliśmy, nie przygotowywaliśmy się — nic nie wskazywało na to, że w Buczy mogą wybuchnąć walki. Wtedy tylko pomyślałam: w Hostomlu coś wybucha, to dobrze, że nie u nas. Tak minął dzień”.

Jednak już następnej nocy rodzina Kowalenków — 61-letni Mychajło, jego 47-letnia żona Natalia, 27-letnia córka Iryna, ich szkocki terier Mia i kotka — nocowali w piwnicy szkoły nr 3 przy ulicy Wokzalnej 46a. Spali na drewnianych paletach, rozkładając materace i przykrywając się wełnianymi kocami. Wtedy w mieście nadal było światło, gaz, woda i internet. Natalia mogła nawet wyskoczyć do domu, żeby przygotować jedzenie.

Tymczasem z każdym dniem „lokatorów” piwnicy przybywało, ponieważ ostrzały miasta stawały się coraz bardziej intensywne. Szczególnie głośno było 27 lutego, kiedy Siły Zbrojne Ukrainy zniszczyły kolumnę rosyjską na Wokzalnej. Jednak już 3 – 4 marca „kacapy” zaczęli okupować Buczę. Wtedy głowa rodziny postanowiła, że trzeba natychmiast ewakuować się z zajętego przez wroga miasta. Po krótkiej kłótni zdecydowali, że uciekną rankiem 5 marca, zdobywając wcześniej trochę paliwa do ich lanosa. Obrali też trasę ucieczki: ulicą Jabłońską do dworca kolejowego w Irpieniu, a stamtąd pociągiem do Kijowa.

„Nocowaliśmy w piwnicy, a rano pobiegłam do mieszkania, żeby przygotować jedzenie — szczegółowo opowiadała Natalia Kowalenko o tragicznych wydarzeniach tamtego dnia. — Zaraz za mną przybiegł mąż i kazał szybko się zbierać — mówił, że się ewakuujemy. Wzięliśmy samochód, podjechaliśmy do szkoły, aby zabrać córkę, psa i kota. Zabraliśmy też ciepłe koce, bo nie wiedzieliśmy, gdzie i w jakich warunkach przyjdzie nam nocować…
Udało się odjechać od szkoły kilka setek metrów, kiedy nasz samochód został ostrzelany: drzwi i maska były podziurawione. Mąż się zatrzymał i wyszedł z podniesionymi rękami. Przestali strzelać w auto, ale zaczęli strzelać Mychajłowi pod nogi. Z miejsca pasażera najpierw zobaczyłam dym unoszący się nad asfaltem. Potem podniosłam głowę i zobaczyłam, że Mychajło został trafiony w pierś. Spojrzałam mu w oczy, a one zrobiły się jak szkło… Pamiętam, że przemknęła mi myśl: To już koniec”.

Samochód, stojący na wzniesieniu, zaczął powoli się cofać. Z dwóch stron znów zaczęli strzelać — tym razem w przednią szybę. Odwróciłam się do córki — żyła. Nie wiedziałam, czy sama przeżyję, ale kazałam Irynie biec do szkoły i nie oglądać się za siebie. Krzyknęłam: „Zabierz dokumenty i biegnij!”.

Chwilę później sama zaczęłam powoli wychodzić z samochodu, żeby odwrócić uwagę na siebie… Ruszyłam za córką, ale zaczęli strzelać mi w nogi. Iryna powiedziała później, że widziała, jak się wzdrygnęłam, ale wtedy, w szoku, nic nie czułam. Nie zrozumiałam, że kula trafiła mnie w nogę. Biegliśmy najszybciej, jak tylko mogłyśmy, w stronę szkoły. Nagle Iryna odwróciła się i zaczęła krzyczeć „Tato!”. Zatrzymałam się, nawet pomyślałam, żeby wrócić. Przecież Mychajło tam został… Ale otrzeźwiałam: drugiej szansy na ucieczkę nie będzie. Krzyczałam tylko do córki: „Ira, uciekaj! Biegnij do szkoły! Taty już nie ma!..”.

Bardzo, bardzo chciałam wrócić po Mychajłę… Ale wtedy pomyślałam: a co z Iryną? Pobiegłam za nią, biegłam tak długo, jak mogłam. Czułam, że noga mnie piecze — nie patrzyłam na nią, dopóki nie dotarłam do szkoły. Wtedy spojrzałam w dół — zobaczyłam gołą kość i kawałek mięsa, który zwisał… Zrobiło mi się słabo…

Ludzie z piwnicy wyszli nam naprzeciw, pomogli zejść, znaleźli jakieś tabletki antyseptyczne i antybiotyki, opatrzyli ranę. Ktoś próbował wezwać karetkę, ale usłyszeliśmy, że ‘do waszej dzielnicy nie przyjedziemy’, bo jest zbyt niebezpiecznie. Poradzili, abyśmy same jakoś dotarły do szpitala”.

Warto zaznaczyć, że zabójstwo Mychajła Kowalenki miało miejsce między 12.04 a 12.46. Około godziny 13 lokalny mieszkaniec, Wiktor Szatyło, zrobił zdjęcie, na którym w pobliżu jego podwórza płonął rozstrzelany nieco wcześniej minibus Żanny Kamieniewej, a obok leżało ciało mężczyzny — Mychajła Kowalenki…

Dziesiątego marca Natalia i Iryna zdołały opuścić Buczę i dotrzeć do wsi Studenyky, w rejonie Perejasławia, gdzie mieszka siostra Natalii. Później matka i córka wyjechały do Bułgarii. „Nieprędko wrócę do Buczy, jeśli w ogóle. Teraz po prostu uciekam, szczerze mówiąc — płakała Natalia. — „Proszę tylko Boga, aby ocalił jak najwięcej miast, do których nie dotrą ci oprawcy”…

Ciało Mychajła Kowalenki zostało skremowane, a jego prochy, jak informowały media społecznościowe, przewieziono do Białej Cerkwi…

Godz. 12:45. Wieś Mychajliwka-Rubieżiwka (gmina Irpień), ulica Wiosenna nr 32.

Rodzina Kowalów — 48-letni inżynier Wiktor, jego żona Olena, 43-letnia prawniczka specjalizująca się w sprawach ochrony zdrowia, oraz ich 24-letni syn Ołeksij — przez długi czas mieszkali w Buczy, w pięciopiętrowym budynku na ulicy Sklosawodskiej nr 9.

Jednak była jedna trudna sprawa, która uniemożliwiała Olenie Kowal normalne funkcjonowanie w miejskich warunkach. Kobieta miała problemy z kręgosłupem, co utrudniało jej chodzenie po schodach. Wtedy podjęto decyzję o budowie własnego domu. Kupili działkę, która znajdowała się niedaleko — na obrzeżach sąsiedniej wsi Mychajliwka-Rubieżiwka (gmina Irpień), zbudowali dwupiętrowy dom, w którym wszystko zostało dostosowane do potrzeb żony, i już w 2019 roku urządzili przeprowadzkę na ulicę Wiosenną nr 32. Tutaj też, w przestronnym domu, mieli zamieszkać rodzice Oleny.

Wszystkie plany pokrzyżowała wojna…

Kiedy 27 lutego ukraińska artyleria zdziesiątkowała rosyjskich żołnierzy na ulicy Wokzałnej, Kowalowie postanowili wrócić do swojego starego mieszkania. Przynajmniej, myśleli, w pobliżu jest przychodnia (na Sklosawodskiej, nr 7), więc „w razie czego” będą mogli skorzystać z pomocy lekarzy. Tym bardziej, że żona siostrzeńca Wiktora, Oksana, była w siódmym miesiącu ciąży.

Gdy członkowie rodziny wychodzili z podwórka, podszedł do nich sąsiad Dmytro Muchin z rodziną, która składała się z pięciu osób. Mężczyzna błagał o schronienie, ponieważ sami nie mieli piwnicy i bardzo bali się zginąć podczas chaotycznych bombardowań.

Wiktor się zgodził i poszedł przygotować miejsca dla Muchinów, a Olena, Ołeksij i Oksana szybko wyruszyli na Sklosawodską.

Wtedy żona nie myślała, że widzi swojego męża po raz ostatni…

3 marca wjechała ogromna rosyjska kolumna sprzętu wojskowego.

„Widzieliśmy, jak jechali naszą ulicą, strzelając bezładnie w okna — wspominała Olena Kowal. — Po prostu strzelali”.

Już następnego dnia okupanci trafili w wieżę ciśnień i stację gazową — nie było ogrzewania, gazu i wody. Pani Olena opowiadała, że „nie było wody, światła, telefony praktycznie też nie działały”. Musiała wyłączać telefon komórkowy, żeby oszczędzać baterię. Tylko czasami z nadzieją włączała go, aby sprawdzić, czy jest SMS lub telefon od męża. Ale wiadomości od Wiktora nie było…

Kobieta kilka razy zbierała się, aby wrócić do domu, aby dowiedzieć się o losie męża, ale przeszkadzały jej dwie okoliczności — snajperzy, którzy dla zabawy mogli strzelać do cywilów, oraz intensywne bombardowania: „Czuliśmy się jak zakładnicy”.

Olena tylko ostrożnie obserwowała z okna mieszkania, jak przez trafienia pocisków płonęły najbliższe bloki — na ulicy Jabłonowskiej nr 17 oraz na Sklosawodskiej nr 4 i nr 6. „Nie było wody, więc nikt nie gasił — opowiadała kobieta. — Budynki po prostu płonęły, aż nie spaliły się całkowicie”…

8 marca o godz. 15.09 Olena otrzymała tragiczną, lakoniczną wiadomość, którą wysłał Dmytro Muchin: „Lena, Witię zabili. Leży w kotłowni.”

Wtedy Olena postanowiła pójść do swojego domu i — co by się nie działo! — zabrać ciało swojego męża. Opierając się na kuli, wyszła na Sklosawodską, potem skręciła w Jabłonowską i dotarła do przedszkola „Szkiet” (Jabłonowska, 2 d); stamtąd do ich domu było zaledwie kilka minut drogi.

Nagle z dachu przedszkola usłyszała głośne wezwanie: — Stój! Jeśli się ruszysz, będę strzelać!..

— Muszę zabrać ciało męża — podniosła głowę na Rosjanina Olena.  — A jeśli chcesz zastrzelić inwalidę — strzelaj…

I poszła dalej…

„Wtedy zobaczyłam nasz dom — wspominała kobieta. — Jedna ściana była trafiona pociskiem i spaliła się. Wszystkie okna były wybite, niektóre ramy okienne były wyrwane. Rosjanie trafili też do domu Muchinów. Mieli balkon i piękne francuskie okna od podłogi do sufitu. Balkon był zniszczony, okien nie było. Firanki powiewały na wietrze.”

Gdy Olena już zamierzała wkroczyć na podwórze, dogoniło ją dwóch Rosjan w wieku 18 – 20 lat i kategorycznie, grożąc bronią, zabronili wchodzić do domu.

Następnego ranka Olena razem z siostrą Halyną znów próbowały zabrać ciało Wiktora, ale na Jabłonowskiej drogę kobietom zablokował czołg.

Rosyjski żołnierz, który wyszedł z opancerzonego wozu, nakazał natychmiast wracać. A jeśli nie…

Wkrótce Olena, Halyna, ich rodzice i syn mieli szczęście ewakuować się. Szli w nieznane obok domu, w którym mieli szczęśliwie mieszkać i gdzie wciąż leżało ciało Witi…

Później Dmytro Muchin opowiedział dziennikarce Julii Horbunowej o okolicznościach śmierci Wiktora Kowala. „To wydarzyło się 5 marca około godziny 13. Było cicho, więc wyszliśmy z kryjówki, (weszliśmy do domu) i znaleźliśmy się na pierwszym piętrze, w pokoju. A potem (pociski) trafiły w dom, dwa bezpośrednie trafienia, jedno po drugim. Wszyscy upadliśmy na podłogę. Po dwóch, trzech minutach usłyszeliśmy, jak na zewnątrz tłuką się szyby, a potem usłyszeliśmy głośne kroki. Ktoś krzyczał: „Sprawdźcie drugie piętro!” Witia się poruszył, podniósł, rozległ się huk automatu, a on upadł, krzycząc z bólu. Krzyczał: „Proszę, nie strzelajcie! Jestem ranny, tu są cywile, tu są dzieci, nie strzelajcie”.

„(Żołnierze) zaczęli walić w drzwi. Otworzyliśmy, a oni weszli. Było ich 4 lub 5, nawet teraz nie pamiętam. Ich ubrania były bardzo brudne, niektórzy mieli na hełmach wstążki georgijskie. Nakazano nam wychodzić po jednym. Wyszliśmy na podwórze. Powiedzieliśmy, że jest ranny, prosząc o pomoc. Odmówili. Powiedzieli, że nie mają ani bandaży, ani lekarstw. Staliśmy około 30-40 minut, podczas gdy przeszukiwali dom. Potem wyszli na ulicę, nakazali nam wejść i zostać tam, potem odeszli. Weszliśmy do środka. Staraliśmy się pomóc Wici. On jeszcze żył, leżał tam, gdzie go zostawiliśmy.

Rozcięliśmy jego sweter i zobaczyliśmy, że na piersi była powierzchowna rana, nie było rany wlotowej, i na chwilę pomyślałem, że nie jest tak źle. Ale gdy go obróciliśmy, zobaczyliśmy trzy otwory po kulach wokół lewej łopatki. Jego rękaw był całkowicie mokry, a krew rozlała się na podłodze pod nim. Staraliśmy się zatamować krwawienie prześcieradłem. Miał trudności z oddychaniem. Po 20 minutach Wiktor zmarł.

Położyliśmy go na materacu i przeciągnęliśmy do kotłowni, która była najzimniejszym pomieszczeniem w domu…