TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Walczyli o honor do końca

11 listopada 1953 r. w Dudach Puszczańskich w powiecie ostrołęckim w walce z kilkuset funkcjonariuszami UB, KBW i MO zginęło trzech członków Narodowego Zjednoczenia Wojskowego – Aleksander Góralczyk „Topór”, Stanisław Grajek „Mazur” i Władysław Sadłowski „Twardy”.

Komendant Okręgu XVI Narodowego Zjednoczenia Wojskowego chor. Witold Borucki „Babinicz” tak pisał 13 kwietnia 1949 r. (cztery miesiące przed śmiercią): „Niewielu z nas powzięło dalsze kroki podtrzymujące honor Organizacji i honor Tych, którzy na śmierć i życie chcieli walczyć z wrogiem. W roku 1947 i 1948 podnieśliśmy ponownie echo walk naszych. Ze swej strony proszę o pamięć macierzystą dla Tych, co w imieniu sił naszych za granicą [rząd emigracyjny], walczyli tu, nie szczędząc życia”.

Według danych na dzień 1 stycznia 1953 r. trzon grupy stanowili: Marian Borys „Czarny”, Aleksander Góralczyk „Topór”, Władysław Sadłowski „Twardy” i Stanisław Grajek „Mazur”. Czwórka ta ukrywała się wspólnie. Natomiast Romuald Korwek „Orzech”, Czesław Kuliś „Chrom”, Stefan Kownacki „Gołąb”, Sczepan Sawicki „Wicher” i Stefan Greloch „Jastrząb” ukrywali się indywidualnie i utrzymywali stały kontakt z „Czarnym”. Od lutego 1953 r. partyzanci działali w dwóch patrolach, z których pierwszy operował na terenie gmin Czerwone, Mały Płock, Lachowo i w południowych gminach woj. olsztyńskiego, drugi na terenie gmin Turośl i Wiartel. Od lat polscy żołnierze byli ścigani przez komunistyczne organa represji.

11 listopada 1953 r. funkcjonariusze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (odpowiednik sowieckiego NKWD) otoczyli zabudowania Franciszka i Franciszki Dąbrowskich, w których ukrywali się partyzanci niepodległościowego podziemia. W wyniku akcji komuniści zabili trzech żołnierzy NZW. Byli to: Aleksander Góralczyk „Topór”, Stanisław Grajek „Mazur” i Władysław Sadłowski „Twardy”. Aresztowano czterech współpracowników oddziału, a gospodarstwo rodziny Dąbrowskich zostało całkowicie zniszczone. Do dziś szczątków „Topora”, „Mazura” i „Twardego” nie udało się odnaleźć.

 

ŁOWCY SKÓR: serial, który powstał za późno…

Nie chcę mnożyć pochwał dla realizatorów serialu „Łowcy skór” pokazanego na platformie Max, bo mam napisać, o co w filmie chodzi a nie mądrzyć się na temat walorów dokumentu. Mogę jednak z czystym sumieniem napisać, że każdemu polecam obejrzenie tego wstrząsającego dokumentu.

Afera tzw. łowców skór zaczęła się pod koniec lat 90. ub. w. w łódzkim pogotowiu ratunkowym. Personel karetek brał łapówki od firm pogrzebowych za wskazanie miejsca, w którym doszło do zgonu, aby przedsiębiorstwa funeralne mogły przekonać rodzinę do wyboru akurat tego zakładu. Oczywiście chodziło o gigantyczne zyski z pochówku zmarłego.

Z czasem załogi karetek były coraz bardziej bezczelne dyktowały ceny, wręcz wymuszały informacje o „skórach” jak nazywano zmarłych, którym pogotowie nie zdążyło pomóc. No właśnie nie zdążyło? Czy nie chciano zdążyć, bo pieniądze były tylko za wiadomość zwłokach? Okazywało się stopniowo, że karetki mogłyby być opóźniane, aby nie móc udzielić pomocy… Wstrząsające. Wstrząsające to miało być dopiero następne odkrycie.

O tzw. łowcach skór ok. 25 lat temu mówiło się w łódzkich redakcjach dosyć sporo. Nie było jednak aż tak wiele wzmianek na ten temat. Przed przełomowym artykułem Tomasza Patory i Marcina Stelmasiaka z Gazety Wyborczej oraz współpracującego z nimi Przemysława Witkowskiego z Polskiego Radia Łódź sprawą zajmowali się także dziennikarze m.in. lokalnej prasy i TVP Łódź.

Na nowy, wstrząsający trop autentycznej afery w łódzkim pogotowiu, po miesiącach pracy przy wątku pogrzebowym wpadli jednak Patora i Stelmasiak. I to oni postarali się, aby jak najszybciej afera wyszła na jaw. Za wszelką cenę chcieli, aby ich artykuł ukazał się na początku 2002, nawet jeśli nie wszystkie szczegóły były dobrze rozpoznane. Dlaczego, zapyta ktoś, dziennikarze nie chcieli czekać? Przecież nie tylko szybkość w tym fachu się liczy, ale poznanie wszystkich szczegółów. Ale tutaj Stelmasiak i Patora z GW działali bardzo świadomie i być może uratowali życie setkom osób.

Otóż, okazało się i dziennikarze GW oraz PRŁ zdobyli niepodważalne informacje o tym, że kilka zespołów pogotowia ratunkowego w Łodzi… morduje pacjentów przy pomocy środka zwiotczającego mięśnie. Pacjent dusił się w męczarniach, a zabójcy z pogotowia nadal inkasowali pieniądze od firm pogrzebowych. I tak wybuchła największa – nie polityczna – afera w Polsce po 1989 roku.

Pamiętam Łódź z tamtych czasów, pracowałem wówczas m.in. w TVP Łódź a podczas procesu „łowców” w Polskim Radiu Łódź. Przyjaźniłem się z Tomkiem Patorą z GW – jednym z autorów artykułu i z Katarzyną Pastuszko z Dziennika Łódzkiego a potem z Angory, która relacjonowała proces; znałem też Marcina Stelmasiaka z GW i Przemka Witkowskiego.

Dopiero lata później uświadomiłem sobie, co przeżyli autorzy „Łowców skór” – Tomek, Marcin i współpracujący z nimi Przemek. Także lata po procesie dotarło do mnie, co musiała czuć podczas rozpraw Kasia. Oni się na moich oczach zmieniali. Większość nas, dziennikarzy, nie zauważyła, że ta sprawa zmieniła ich na zawsze. Teraz to wyraźnie widzę i szanuję ich bardzo, choć nasze drogi, nie tylko dziennikarskie, nieco się rozeszły. Autorzy artykułu „Łowcy skór” z GW opublikowanego w GW 23 stycznia 2003 roku okazali się nie tylko dziennikarskimi „pistoletami” ale przede wszystkim ludźmi. Wrażliwymi ludźmi, którzy wymykają się dzisiejszej mocno niezasłużonej, negatywnej ocenie pracy dziennikarza.

Mimo, że ciągle się kłócimy o tzw. dziennikarstwo śledcze – bo ja uważam, że to semantyka i czegoś takiego nie ma, a występuje tylko tzw. mozolne dziennikarstwo – to w tym jednym przypadku uważam, że Autorzy „Łowców skór” byli prawdziwymi śledczymi. Zapobiegli setkom zgonów. Przecież zwyrodnialcy z pogotowia mogli robić to jeszcze latami…

Dziennikarze ujawniający aferę zapłacili za to straszną cenę, bo w pierwszych tygodniach, kiedy szok ustąpił, nikt nie chciał im wierzyć – tylko prokuratorzy pracowali cierpliwie. Mało tego, środowisko medyczne zaczęło zbierać pieniądze na procesy przeciwko przedstawicielom mediów. Ostatecznie jednak jeden z sanitariusz pochwalił się pod celą, że był „łowcą skór” i wstrzykiwał pacjentom zabójcze substancje.

Sąd udowodnił zabójstwa 5 osób, skazał lekarza i sanitariusza. Obecnie są już na wolności. Setki rodzin pozostały z pytaniem, czy ich krewni i przyjaciele też padli ofiarą bandytów z pogotowia? Wielu milczących pracowników karetek i dyspozytorzy pozostali „solidarni” z kolegami łapówkarzami a potem mordercami. Nikt więcej nie poniósł kary.

Powszechnie wydawało się, że zakończony w 2007 roku proces to tylko pierwszy akt wymierzania sprawiedliwości diabelskim zespołom kartek. Nic bardziej mylnego. Sprawa powszechnie komentowana na całym świecie po prostu ucichła… A przecież powszechnie mówi się o tym, że bandyci z pogotowia mogli zabić nawet tysiąc osób.

I tu dochodzimy do tytułowego pytania. Dlaczego bardzo dobry, wielowarstwowy i dobrze zrealizowany serial powstał dopiero, w 2024 roku? Ja się domyślam, ale zobaczymy.

Nie lubię seriali dokumentalnych, które są fabularyzowane, ale ten pozostanie dla mnie na długo chyba wyjątkiem. I przyczynkiem do zrewidowania mej niechęci…

Dobrze zrealizowany, nie bywa, nawet przez jedną minutę czterech odcinków, nużący, nie jest „zbyt” drastyczny, sensacyjny. Film na swój rytm, podkreślany przez prostą i straszną w wymowie animację.

Nieraz brakuje tu konsekwencji i następstwa wątków, ale taki temat wymyka się z klasycznych schematów. Zresztą ani w dziennikarstwie, ani w sztuce filmowej schematy nie istnieją zbyt długo. Mało, moim zdaniem – ale to dlatego, że może zbyt dobrze pamiętam te relacje – poświęcono czasu nagonce niektórych dziennikarzy relacjonujących sprawę na… dziennikarzy autorów artykułu. Tak, tak, mniej więcej po kilku tygodniach od ujawnieniu szokującej prawdy, zaczęli wychodzić z aresztu pracownicy pogotowia a jeden z profesorów medycyny obrażał autorów artykułu w GW i zbierał pieniądze na adwokatów „mających wsadzić pismaków do ciupy”. Wówczas niektórzy medialni zadaniowy stanęli po stronie służby zdrowia. Po prostu jeden z obwinionych pracowników pogotowia przeistoczył się w rzecznika „niesłusznie podejrzewanych” o powodowanie śmierci setek pacjentów. Miał chyba dobre układy z mediami ogólnopolskimi i niektórzy, pożal się Boże, dziennikarze zaczęli wykonywać polecenia swoich szefów, którzy chcieli mieć lekarzy po swojej stronie. Wielu z polskich medyków, nie tylko z Łodzi, ale z całej Polski, nie wiedzieć czemu poczuła się wtedy „opluskwiona”. No cóż, dlaczego lekarze i sanitariusze z m.in. Warszawy, Wrocławia, Bydgoszczy, Gdańska, Krakowa czuli się źle z powodu afery w łódzkim pogotowiu? Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć, chociaż chcę wierzyć, że chodziło o naiwnie pojętą solidarność zawodową, bo przecież nie o „pogromy” pracowników służby zdrowia.

Ludzie, którzy wystąpili w 2024 roku tym serialu „Łowcy skór” – dziennikarze, prokuratorzy, policjanci, przedsiębiorcy pogrzebowi, lekarze – nie są, za co chwała realizatorom, „dopełnieniem” wielu materiałów archiwalnych. Bohaterowie serialu są autentyczni, tak jak tragedia, która wydarzyła się w Łodzi. Nie używają wielu słów, są skupieni na relacjonowaniu swoich zawodowych obowiązków. Nie ma tu zadęcia, patosu. I choć widzimy mi.in. płaczącą dziennikarkę relacjonującą sprawę „łowców” i skruszonego łapówkarza – przedsiębiorcę pogrzebowego – nie doszukujemy się tutaj przesady, bo ta historia poruszy każdego. I świadka tych wydarzeń po ponad ćwierć wieku i widza, który obejrzał film dzisiaj.

hub

 

„Łowcy skór”;

serial – 4 odc;

Reżyseria: Aleksandra Potoczek, Rafał Skalski;

Scenariusz oraz scenariusz fabularyzacji: Aleksandra Potoczek, Tomasz Patora, Tomasz Karpiński, Rafał Skalski;

Produkcja: TVN Warner Bros. Discovery – 2024 ;

Dystrybucja: Max

Czy media mogą dobrze funkcjonować bez niepodległości? HUBERT BEKRYCHT: Dziennikarstwo niesuwerenne

Dawno, dawno temu – to banał, ale może trzeba o tym przypominać – gazety były redagowane także na obszarach, które nie miały niepodległości lub tej suwerenności, jako państwa, nie odzyskały. Więcej, z postępem techniki media były najlepszym, poza wojną, narzędziem na rzecz odzyskania bytu państwowego. Przykłady można mnożyć, ale wystarczy podać jeden – Polska. Nie będzie to jednak felieton o prasie sprzed 1918 roku…

Niestety, zamiast zagłębiać się w arcyciekawe meandry polskich gazet codziennych i periodyków z okresu odzyskiwania niepodległości Polski, trzeba dzisiaj się zastanowić, czy polskie media działają tak jak powinny funkcjonować w krajach suwerennych? Otóż, moim zdaniem, większość niestety nie działa w ten sposób. Zdecydowanie ponad 75 proc. portali, gazet, rozgłośni i telewizji to działające w Polsce hybrydy udające wolność słowa, tuszujące swoją wewnętrzną cenzurę i manipulujące odbiorcami. Manipulacja w tym przypadku to bardzo eleganckie określenie kłamstwa – kreowane na potrzeby propagandy politycznej poprawności.

Jest tak źle, że może być tylko lepiej?

Nie trzeba chyba przypominać, że większość mediów na świecie – także te w sercu Unii Europejskiej, w Polsce – promują idee liberalne, lewicowe i lewackie, jeśli to w ogóle są idee. Co gorsza, nie ma u nas od końca ubiegłego roku dotychczasowego pluralizmu medialnego. To znaczy, że w głównym nurcie mediów nie można już znaleźć takich rozwiązań jak w latach 2016 – 2023, gdzie konserwatywne były media publiczne i w mniejszym stopniu prywatne, bo rząd któremu podlegają media państwowe był konserwatywny. A dużych prywatnych mediach, sprzyjających opozycyjnym wobec rządu liberałom, lewicowcom i lewakom, dominowały poglądy zupełnie inne, często określane jako właśnie politycznie poprawne.

Bałagan? Nie. Należało tylko wprowadzić zupełnie nowe prawnie nowoczesne regulacje medialne, aby uprościć i uczynić przejrzystym wybór szefów mediów publicznych na styku Rady Mediów Narodowych i Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Te instytucje często były wobec siebie dziwne zależne, ale też zupełnie oddzielne. Polityka…

Błędy konserwatywne

Zjednoczona Prawica miała na reformę medialną dwie kadencje. Dzisiaj nie czas na nieustanne okładanie medialną pałką polityków konserwatywnych, choć to oni popełnili w tej materii sporo błędów. Tylko, że trzeba o tych błędach pamiętać, aby nie powtarzać ich w przyszłości a nie ciągle rozdrapywać rany. Przede wszystkim należy wbić do głów polityków nie tylko prawicy, że media publiczne, jeśli mają przetrwać, nie mogą być instrumentalnie wykorzystywane przez partie rządzące. I tu pojawia się pewna sprzeczność. Bowiem rzecz jednak w tym, że media publiczne są państwowe, rządowe, de facto zarządzane przez nominatów Rady Ministrów.

Trudno rozwiązać ten problem, ale naprawdę da się. Wiem coś o tym, bo pracowałem w telewizji publicznej w tamtym czasie. Przyznać jednak należy, że zmiany w mediach publicznych w latach 2016 – 2023 były najkorzystniejsze dla odbiorców od 1989 r. Poprawiono przekaz społeczny i wzmocniono stronę techniczną. Przyjęto do pracy wiele nowych osób, które nie chciały powielać „wzorców” swoich nowych koleżanek i kolegów zatrudnionych jeszcze w PRL. Pojawiło się wiele nowych programów, których już nie ma, ale wkrótce będą się o nie upominać odbiorcy. Także ci, którzy byli niechętni mediom publicznym za rządów konserwatystów. Co zatem się stało, że dzisiejsze tzw. środki masowego przekazu są narażona na całkowitą utratę niepodległości i zwijanie się jako instytucje państwowe?

Medialny zamach stanu 19/20 grudnia 2023 r.

Często słyszę uwagi, że nazywanie wydarzeń rozpoczętych przez rząd Donalda Tuska 19 grudnia 2023 roku medialnym zamachem stanu jest nadużyciem. Wielu dziennikarzy straciło pracę za taką, barwną, nacechowaną publicystyką, interpretację bezprawnego przejęcia przez rząd utworzony 13 grudnia mediów publicznych. Dlaczego? Bo to był medialny zamach stanu i rząd chce to zakrzyczeć bredniami o „zbrodniach PiS”. Bo ten proces zamachu stanu w mediach nadal pełza w postaci fikcyjnej likwidacji TVP, PR i PAP i powołania, także nielegalnie, marionetkowych członków władz tych instytucji.

Czymże jest siłowe przejęcie mediów jak nie zamachem stanu? To jasne, że zwycięska ekipa parlamentarna może decydować o mediach państwowych – publicznych, ale zmiana ich zarządów to nie zmiana koszuli, kurtki lub samochodu. Pozostańmy przy porównaniu motoryzacyjnym – pojazd elektryczny, czyli zawodny, modny w UE liberalny i lewacki napęd mediów publicznych powinien być wprowadzony zgodnie z prawem i obyczajem. A przecież było to bezprawie przypominające w grudniu ub. roku napad na bank. Napad zbirów, którzy chcieli jak najszybciej się wzbogacić. Polityka to nie praca przy układaniu kwietnych dywanów, ale – na Boga – to też nie wbijanie noża w plecy. Nie było odpowiedniego prawa, trzeba było je uchwalić. Rząd 13 grudnia pod wodzą premiera Tuska miał i ma (nie wiadomo jak długo jeszcze) większość parlamentarną i nie umiał tego zrobić? Nie umiał, czyli to nie jest dobra polityczna koalicja.

I ostatnie argumenty na bandytyzm, nie tylko polityczny, obecnie rządzącej ekipy. Medialny zamach stanu to fakt, bowiem jego cechą zawsze jest wyłączanie nadajników, tak aby dezinformować społeczeństwo, wprowadzać je w błąd albo świadomie podburzać do rozruchów. Najlepiej w Święta Bożego Narodzenia. To nie scenariusz puczu politycznego i medialnego w krajach afrykańskich, południowoamerykańskich, czy azjatyckich. To był scenariusz medialnego zamachu w Polsce.

Uderzono nie tylko w media publiczne zwalniając i zastraszając setki dziennikarzy. Złamano też wszelkie zasady stosując nielegalne metody wobec innych środków przekazu. Represje rządu Tuska dotyczą od prawie roku konserwatywnych mediów. Władze urządziły nagonkę m.in. na: TV Republika, media Gazety Polskiej, Tygodnik Solidarność, Tysol pl., telewizję wPolsce24 i inne media Fratrii oraz Do Rzeczy i Orle Pióro, TV Trwam, czy Radio Maryja lub Radio Wnet – przepraszam, że nie wymieniam wszystkich, ale byłaby to bardzo długa lista.

Utrata niepodległości medialnej

Pomijając żenujący fakt, że prawie prezydent wszystkiego i Warszawy, czyli Rafał Trzaskowski i rząd jego partii PO, szykanują organizatorów i uczestników Marszu Niepodległością, to coraz więcej mediów działających w Polsce traci suwerenność. Dlaczego zestawiam te fakty obok siebie? Bo najpierw odbiera się ludziom wolność zgromadzeń, wolność sława a potem wmawia się im, że mogą z tych wolności korzystać, ale tylko w mediach, które popiera rząd, czyli według prawa, jak je rozumie formacja premiera Tuska.

Nie chcę stygmatyzować Polaków wybierających na przykład TVN, TVP zamiast TV Republika i telewizji wPolsce 24 czy TV Trwam. Nie ma sensu. Należy tylko, o czym ten rząd nie chce pamiętać, dać wszystkim równy dostęp do wszystkich mediów, nie prześladować tych, których dziennikarze mają inne niż rząd poglądy społeczne. I błagam, nie zawracajcie mi proszę uwagi, że dziennikarstwo to „bezwzględny obiektywizm”. Tysiąc raz powtarzałem i powtórzę tysiąc pierwszy raz: nie ma obiektywizmu dziennikarskiego, jest tylko rzetelność. Nie tylko medialna. Poza tym, należy wystrzegać się jak ognia komentarza w programach stricte informacyjnych. No chyba, że serwis podzielono na część z wiadomościami i panel publicystyczny. Poza tym, jeśli się nie łamie prawa, można promować linię redakcji. Jakie regulacje zabezpieczą takie rozwiązania, które na początku lat 90. Były, w większości mediów, obowiązujące bez zapisów prawa? Nie wiem, ale od tego są politycy wszystkich partii. W końcu za to im płacimy. A te zasady dotyczą wszystkich wydawców i tych liberalnych z domieszką lewacką i tych konserwatywnych.

Niepodległość medialna, tak jak ją tutaj nazwałem, to w gruncie rzeczy bardzo prosta droga do demokracji. Niestety demokracja jest w agonii, takoż i niepodległość w mediach całego świata. Bo jest różnica, czy medium nadaje na koniec programu Odę do radości czy Mazurka Dąbrowskiego.

 

Mordowali w Święto Niepodległości – TERESA KACZOROWSKA o pomorskim Katyniu

O zbrodni w Lasach Piaśnickich dowiedziałam się dopiero kilka lat temu. Jest ona mało znana w dyskursie narodowym, mimo iż Niemcy już na początku II wojny światowej zamordowali tam 12-14 tysięcy polskiej i kaszubskiej inteligencji oraz ofiar akcji „eutanazji” T4.  Jednym z najbardziej tragicznych dni było święto Niepodległości Polski, 11 Listopada 1939 roku…

Miejsce zbrodni w pobliżu Wejherowa jak żywo przypomina lasy w Katyniu, Miednoje czy Charkowie. Doły śmierci, gdzie grzebano ofiary, są  tak samo rozrzucone w lesie, pośród smukłych, wonnych sosen i tak samo porażają okrucieństwem człowieka, jego barbarzyństwem. Tyle że unicestwienia inteligencji polskiej podczas zbrodni katyńskiej dokonali nasi sąsiedzi ze wschodu – Sowieci, zaś na Pomorzu sąsiedzi z zachodu – Niemcy. Obydwaj okupanci z obydwu stron kraju mordowali Polaków niemal w tym samym czasie – wiosną 1940 roku. Patrząc na ogrom zbrodni trudno wydobyć z siebie głos, stąd w piaśnickim lesie panuje głęboka cisza. Choć… niektórzy zbierają tam grzyby.

Autorka przy Pomnik ofiar w Piaśnicy,

Początek okupacji

Oddziały Wehrmachtu wkroczyły do Wejherowa i Pucka 9 września, a do Gdyni 14 września  1939 r. Od pierwszych dni wojny na Kaszubach i Pomorzu Gdańskim hitlerowcy wprowadzili niebywały terror. Już podczas kampanii wrześniowej zamordowali setki mieszkańców Wybrzeża, aresztowali masowo działaczy polonijnych oraz pracowników polskich instytucji państwowych, przeprowadzali indywidualne i zbiorowe egzekucje. Walki obronne na polskim Wybrzeżu zakończyły się 2 października 1939 r., wraz z kapitulacją obrońców Półwyspu Helskiego.

Na świeżo zajętych terenach jednostki Wehrmachtu, SS i policji niemieckiej przeprowadziły jeszcze większe obławy i  masowe aresztowania. Dotyczyło to wszystkich zdolnych do służby wojskowej Polaków i Żydów w wieku od 17 do 45 lat, przedstawicieli polskiej inteligencji i duchowieństwa oraz Polaków uznanych za „wrogo nastawionych do Niemców”. Zatrzymywano ich na podstawie przygotowanych przed wojną list. Tysiące osadzono w aresztach, poddawano torturom, wielu wywieziono na roboty przymusowe. Masowe aresztowania dotknęły również powiat morski, zwłaszcza Puck i Wejherowo.

Intelligenzaktion czyli „Sprzątanie polskiej inteligencji”

Nasilony po zakończeniu kampanii wrześniowej niemiecki terror wymierzony był przede wszystkim w przedstawicieli polskiej inteligencji, czy też – w szerszym ujęciu – w Polaków o rozbudowanej świadomości narodowej. To tę grupę Hitler obarczał winą za politykę polonizacyjną na ziemiach zachodnich w przedwojennej Rzeczypospolitej i uważał za najpoważniejszą przeszkodę do szybkiego zniemczenia Pomorza. Zaliczano do niej przede wszystkim księży katolickich, nauczycieli, lekarzy, dentystów, weterynarzy, oficerów w stanie spoczynku, urzędników, kupców, posiadaczy ziemskich, prawników, pisarzy, dziennikarzy, pracowników służb mundurowych, absolwentów szkół wyższych i średnich, jak również członków organizacji i stowarzyszeń krzewiących polskość. Do końca listopada 1939 r. z powiatu morskiego: Gdyni, Pucka, Wejherowa i pozostałych miejscowości aresztowano kilka tysięcy, trzymano ich w przepełnionych więzieniach, poddawano ciężkim przesłuchaniom, wielu zamordowano.

Aresztowani gdynianie, wrzesień 1939 r. Reprodukcja ze zbiorów Muzeum Miasta Gdyni

Działania władz okupacyjnych aktywnie wspierała mniejszość niemiecka zamieszkująca przedwojenne terytorium Polski. Wielu z nich wstąpiło w szeregi tzw. Selbstschutzu paramilitarnej formacji o charakterze policyjnym utworzonej przez Niemców na okupowanych ziemiach polskich. Członkowie Selbstschutzu byli dla Polaków szczególnie niebezpieczni ze względu na doskonałą znajomość lokalnych stosunków i uwarunkowań społecznych. Volksdeutsche Selbstschutzu korzystali z okazji do uregulowania zadawnionych sąsiedzkich sporów i porachunków, często zagarniali mienie należące do aresztowanych i mordowanych Polaków. Do rozprawy z Polakami podjudzał miejscowych Niemców gdański gaulejter NSDP, Albert Foster, który w przemówieniu w hotelu Prusińskiego w Wejherowie wzywał do mordów słowami: „musimy tych zawszonych Polaków wytępić począwszy od kołyski […] w ręce wasze oddaję los Polaków, możecie z nimi robić, co chcecie!” Zgromadzony na ulicy tłum odpowiedział okrzykami: „Niech zginą psy polskie!” „Śmierć Polakom!”.

Oddział Selbstschutzu działający na Pomorzu w 1939 r. Fot. IPN Gdańsk

Historycy oceniają, że w ramach tzw. akcji „Inteligencja” (Intelligenzaktion), prowadzonej na okupowanych terenach Pomorza między wrześniem 1939 a kwietniem 1940 r., Niemcy zamordowali nawet do 60 tys. przedstawicieli polskiej elity społecznej i politycznej, pacjentów szpitali psychiatrycznych, Żydów oraz osób przywiezionych z głębi Rzeszy. Największym i najbardziej znanym miejscem kaźni ludności Pomorza stały się Lasy Piaśnickie w pobliżu Wejherowa.

Ludobójstwo w Lasach Piaśnickich

Lasy Piaśnickie, to część Puszczy Darżbulskiej, na zachód od szosy wiodącej z Wejherowa do Krokowej, w pobliżu kaszubskich wsi Wielka Piaśnica i Mała Piaśnica. Prawdopodobnie pod koniec września 1939 r. okupanci niemieccy podjęli decyzję, aby leśny obszar o powierzchni ok. 250 ha, położony w odległości ok. 10 kilometrów od Wejherowa, wykorzystać jako miejsce masowych egzekucji.

Akcję ludobójstwa w Lasach Piaśnickich, aby „sprzątnąć polską inteligencję”, rozpoczęto pod koniec października 1939 r. Dla więźniów z Pomorza Gdańskiego i Kaszub ostatnim etapem przed rozstrzelaniem w Piaśnicy było zazwyczaj więzienie w Wejherowie, do którego dowożono ich z lokalnych więzień i obozów. Czasem skazańców przywożono na miejsce kaźni wprost z więzienia w Pucku lub z obozów dla internowanych w Gdyni i Gdańsku. Z kolei transporty z Rzeszy docierały do Wejherowa koleją, „wagonami specjalnymi”. Feliks Kreft – telegrafista na stacji kolejowej w Wejherowie – zeznał po wojnie, że między końcem października 1939 r. a kwietniem 1940 r. do Wejherowa przybywało tygodniowo osiem takich wagonów. Na miejsce kaźni dowożono skazańców, nierzadko ze związanymi rękoma, autobusami lub krytymi samochodami ciężarowymi, którym towarzyszyły motocykle i samochody osobowe przewożące eskortę oraz członków plutonu egzekucyjnego.

Masowe doły śmierci przygotowywali w lesie przed egzekucją specjalnie zatrudnieni niemieccy rolnicy z pobliskich wsi, zaś w okresie od 1 do 13 listopada 1939 r. – 40-osobowa grupa Polaków, więźniów obozu  w gdańskim Nowym Porcie. Grupę tę ochrzczono w obozie mianem „Komanda Wniebowstąpienia” (niem. Himmelfahrtskommando). Odizolowano ją od pozostałych więźniów i 14 listopada 1939 r. rozstrzelano w Piaśnicy. Z kolei  pluton egzekucyjny (40–60 osób), odpowiedzialny za transport i likwidację ofiar, stanowili esesmani z Gdańska lub ze specjalnego oddziału Wachsturmbann „Eimann” oraz członkowie lokalnego Selbstschutzu.

Oddział SS w Wejherowie. Fot. pracownia fotograficzna Foto Hans Waldemar Engler Neustadt Westpreussen. Archiwum IPN

Prawdopodobnie ofiary zmuszano, aby przed śmiercią rozebrały się do bielizny. Następnie w grupach po 5–6 osób prowadzono je nad krawędzie zbiorowych mogił, gdzie mordowano strzałem w tył głowy, w pozycji stojącej lub klęczącej. Rannych dobijał dowódca plutonu egzekucyjnego. Pozostałe ofiary zazwyczaj oczekiwały na swoją kolej w odległości ok. 200 metrów. Egzekucje odbywały się w dzień, jak i w nocy (w świetle reflektorów samochodowych). W ciągu jednego dnia członkowie Wachsturmbann „Eimann”, zazwyczaj pod wpływem alkoholu, rozstrzeliwali ok. 150 dowiezionych ludzi. Niektórych rannych dobijano ciosami kolb karabinowych, zdarzały się także przypadki grzebania rannych żywcem. Przed egzekucjami – co potwierdzają zeznania świadków oraz wyniki oględzin odnalezionych zwłok – Niemcy torturowali skazańców. Niektóre relacje mówią o bestialskim zabijaniu małych dzieci poprzez rozbijanie ich główek o pnie drzew, w których odnajdywano później dziecięce zęby i włosy. Po zakończeniu egzekucji opróżnione samochody odwoziły do Wejherowa ubrania zamordowanych i przekazywały je nazistowskiej opiece społecznej.

Jednym z najbardziej tragicznych dni w lasach piaśnickich był 11 listopada 1939 r. – w dniu polskiego Święta Niepodległości strzałem w tył głowy zamordowano nad dołami Piaśnicy 314 osób. W gronie ofiar znalazło się m.in. 120 mieszkańców Gdyni, 34 duchownych z terenów powiatu morskiego (w tym siostra Alicja Jadwiga Kotowska, przełożona Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstanek w Wejherowie oraz dziewięciu jezuitów z Gdyni), grupa cywilnych obrońców Gdyni, grupka dzieci żydowskich; rozstrzelano tego dnia też licznych kupców, rzemieślników, nauczycieli, lekarzy, sędziów i urzędników z terenów powiatu morskiego. Egzekucja trwała od wczesnych godzin porannych do godziny 11:00. Mężczyzn i kobiety prowadzono nad doły śmierci piątkami. Niektórzy z grzebanych w dołach jeszcze żyli…

Grób s. Jadwigi Kotowskiej. Fot. Teresa Kaczorowska
W Piąsnicy zamordowano dziewięciu jezuitów z Gdyni. Dziś ich postaci stoją w ołtarzu leśnej kaplicy w Piaśnicy. Fot. Teresa Kaczorowska

Niemcy starali się zachować w tajemnicy zbrodnie dokonywane w Piaśnicy. Rodziny zamordowanych informowano, że ich bliscy wyjechali do Generalnego Gubernatorstwa, bądź ich los nie jest znany. Teren lasów wokół Piaśnicy otoczony był zawsze licznymi posterunkami policji, aby zapobiec ewentualnym ucieczkom skazańców i strzec miejsca zbrodni przed niepowołanymi świadkami. Przy wejściach do lasu ustawiono tablice z ostrzeżeniem: „kto pójdzie dalej zostanie bez ostrzeżenia rozstrzelany”. Na czas egzekucji zwalniano do domów wszystkich polskich robotników leśnych. Mimo to ludność polska, która obserwowała liczne transporty więźniów i słyszała dochodzące z lasu odgłosy strzałów, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co dzieje się w Piaśnicy. Egzekucje polskich więźniów politycznych zakończyły się w pierwszej dekadzie grudnia 1939 r. Akcja eksterminacyjna prowadzona była jednak w Lasach Piaśnickich aż do wiosny 1940 r. (mordowano wtedy osoby przywiezione z terenów III Rzeszy).

Zacieranie śladów zbrodni

 Wiosną 1940 r. – wkrótce po zakończeniu akcji eksterminacyjnej w Piaśnicy – Niemcy przystąpili do maskowania miejsca zbrodni, sadząc krzewy i drzewa na miejscu masowych dołów śmierci. A w drugiej połowie 1944 r., w związku ze zbliżaniem się Armii Czerwonej, zaczęli w Piaśnicy niszczyć wszelkie ślady zbrodni. W tym celu wyznaczono grupę 36 więźniów KL Stutthof, których zmuszano do rozkopywania grobów oraz wydobywania ciał ofiar, które następnie palono na leśnych paleniskach. Przez kilka tygodni swąd palonych ciał stale dochodził do pobliskich wsi. Niemcy ponownie zakazali wówczas okolicznej ludności wstępu do lasu. Po siedmiu tygodniach, kiedy „praca” była już zakończona, esesmani zamordowali wszystkich członków komanda i spalili ich ciała. Później oprawcy zatrudniali do maskowania śladów niemieckich rolników z okolicznych wiosek.

Ze względu na akcję zacierania śladów zbrodni, jak również z powodu zniszczenia lub wywiezienia dokumentacji, wciąż nie jest znana dokładna liczba ofiar zbrodni piaśnickiej. Historycy szacują, że w Lasach Piaśnickich Niemcy zamordowali od 12 – 14 tys. mężczyzn, kobiet i dzieci: przedstawicieli polskiej elity politycznej i intelektualnej, rodziny polskie, czeskie i niemieckie przywiezione z głębi III Rzeszy oraz pacjenci niemieckich szpitali psychiatrycznych, których mordowano w ramach akcji T4 rozpoczętej pod koniec 1939 r. zarówno na terenie III Rzeszy, jak i na okupowanych ziemiach polskich.

Grób pomnik poświęcony dzieciomz amordowanymw Piaśnicy. Fot. Teresa Kaczorowska

Ekshumacje i śledztwo w Polsce Ludowej

Jeszcze podczas okupacji, mimo niemieckiego terroru, mieszkańcy okolicznych wsi podejmowali próby uczczenia pamięci zamordowanych. Niemiecka policja nie raz donosiła, że nieznane osoby stawiały w lesie piaśnickim wieńce i palące się świece.

Po wojnie, 4 sierpnia 1945 r., Polski Związek Zachodni i zarząd miejski w Wejherowie zorganizowały pierwszą pielgrzymkę do Piaśnicy. Wzięło w niej udział około 30 tys. osób. Kolejne wielotysięczne manifestacje w Lesie Piaśnickim odbyły się 22 września 1946 r. oraz 31 sierpnia 1947 r., kiedy to nastąpiło poświęcenie miejsc egzekucji.

Po zakończeniu działań wojennych, z inicjatywy Polskiego Związku Zachodniego, w Piaśnicy były prowadzone ekshumacje (7–22 października 1946 ). Spośród 35 zbiorowych mogił, o których istnieniu wspominali świadkowie, udało się odnaleźć pozostałości trzydziestu. Dokładnie przebadano tylko 26 grobów. Przebadane mogiły miały rozmiary od 5,4 do 12,8 metra długości, od 2,6 do 5 metrów szerokości i od 2,5 do 3,9 metra głębokości. Odnaleziono także ślady po dwóch paleniskach. Jedynie w dwóch mogiłach udało się jednak odnaleźć zachowane w całości zwłoki 305 ofiar, w tym pięciu kobiet. W pozostałych odnaleziono wyłącznie szczątki ludzkie, resztki ubrań oraz różne drobne przedmioty. Po ekshumacji niektóre zidentyfikowane zwłoki rodziny zabrały i pochowały na parafialnych cmentarzach.

W Polsce Ludowej prace badawcze oraz starania o upamiętnienie zbrodni w Piaśnicy napotykały na liczne przeszkody ze strony władz. Wynikało to z faktu, iż ofiary Piaśnicy (inteligencja, duchowieństwo, pacjenci niemieckich szpitali psychiatrycznych) nie mieściły się w oficjalnym kanonie ówczesnej polityki historycznej. Prowadzono co prawda śledztwo w sprawie zbrodni, przesłuchano kilkuset świadków, przeprowadzono kilka kwerend archiwalnych oraz wytypowano podejrzanych, ale śledztwo zostało po kilku latach umorzone. W 2011 r. Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN w Gdańsku podjęła decyzję o wznowieniu śledztwa „w sprawie masowych zabójstw obywateli polskich dokonanych jesienią 1939 r. w Piaśnicy koło Wejherowa”, które trwa do dziś. Piaśnica oraz dokonana tam zbrodnia pozostają jednak nadal mało znane ogółowi Polaków.

Odpowiedzialność sprawców

Niektórzy sprawcy zbrodni w Piaśnicy zginęli w trakcie wojny lub zmarli wkrótce po jej zakończeniu. Większość uniknęła kary, jak np. Gustaw Bamberger – okupacyjny wiceburmistrz Wejherowa, uczestnik „selekcji” w tamtejszym więzieniu  – piastował po wojnie funkcję wiceburmistrza Hanoweru.

Niektórych jednak skazano. Alberta Forstera, gauleitera NSDAP i namiestnika Rzeszy w Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie, skazano w 1948 r. na karę śmierci (wyrok wykonano 28 lutego 1952 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie). Także esesmana Richarda Hilderandta – dowódcę SS i Policji  w Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie w latach 1939–1943 skazano na karę śmierci w Bydgoszczy (wyrok wykonano 10 marca 1951 r.). Również esesman z Gdańska, uczestnik brutalnych przesłuchań i „selekcji” na egzekucje do Piaśnicy, przeprowadzanych jesienią 1939 r. w wejherowskim więzieniu Herbert Teuffel został przez sąd okręgowy w Gdyni skazany na karę śmierci (wyrok wykonano w 1948 r.).

Albert Forster. Fot. ze zbiorów Archiwum Diecezyjnego w Pelplinie

W latach 1962–1968 w Hanowerze toczył się proces Kurta Eimanna, oskarżonego o udział w eksterminacji psychicznie chorych w ramach akcji T4. Były dowódca Wachsturmbann „Eimann” przyznał się do zamordowania w Piaśnicy 1200 pacjentów niemieckich szpitali psychiatrycznych. Został uznany za winnego udziału w zbiorowym morderstwie na 1200 osobach oraz za winnego pojedynczych mordów na 10 osobach. Otrzymał wyrok czterech lat pozbawienia wolności, z czego odsiedział jednak zaledwie dwa. Sądzony w tym samym procesie zastępca Wyższego Dowódcy SS i Policji w Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie SS-Oberführer Georg Ebrecht został skazany na karę trzech lat pozbawienia wolności, lecz zaliczono mu w poczet kary internowanie po 1945 i uznano karę za odbytą.

Pamięć

We wrześniu 1955 r., z inicjatywy lokalnej społeczności oraz Polskiego Związku Zachodniego, na miejscu zbrodni postawiono Pomnik Ofiar Piaśnicy projektu Aleksandra Wieckiego. Po 1989 r. umieszczono tam urny z ziemią zebraną w Dachau i Katyniu i w pobliżu pomnika zainstalowano tablice z dokładną lokalizacją 26 zbiorowych mogił, które otoczono opieką. Z czasem w obrębie miejsca pamięci zaczęto także wznosić rzeźby lub pomniki, które upamiętniały indywidualne ofiary lub grupy ofiar (np. zamordowane dzieci, leśników, nauczycieli, kupców itp.).

Obecnie tym niezwykłym miejscem pamięci opiekują się organizacje społeczne: w tym utworzony w 1989 r. Społeczny Komitet Opieki nad Mogiłami Piaśnicy oraz Stowarzyszenie Rodzina Piaśnicka, powstałe w 1996 r. przy parafii Chrystusa Króla w Wejherowie. W opiekę nad grobami Piaśnicy zaangażowany jest też Urząd Gminy Wejherowo oraz inne pomorskie instytucje i placówki edukacyjne, m.in. Szkoła Podstawowa nr 8 w Wejherowie im. Martyrologii Piaśnicy.

Lasy Piaśnickie, nazywane „Kaszubską Golgotą”, stały się symbolem martyrologii mieszkańców Pomorza i Kaszub w czasie II wojny światowej. Odbywają się w nich co roku uroczystości upamiętniające ofiary zbrodni, połączone z patriotyczną manifestacją. W Wejherowie i okolicy powstają liczne trwałe znaki pamięci poświęcone ofiarom zbrodni: tablice, epitafia, kaplice, pomniki, rzeźby.

W gronie beatyfikowanych 13 czerwca 1999 r. przez papieża Jana Pawła II  znalazła się zamordowana w Piaśnicy siostra Alicja Kotowska. W Lesie Piaśnickim, 3 października 2010 r., odsłonięto nową kaplicę–mauzoleum, pełniącą jednocześnie funkcję pomnika. Na słupach podobnych do pni ułożonych w stos zostały wytłoczone nazwiska zidentyfikowanych ofiar zbrodni piaśnickiej.

W grudniu 2015 r. powołano do życia Muzeum Piaśnickie w Wejherowie, jako oddział Muzeum Stutthof w Sztutowie. Jego siedziba mieści się w dawnej wilii dra Franciszka Panka, w której w czasie okupacji była placówka Gestapo oraz sztab powiatowego Selbstchutzu.

Muzeum Piaśnickie w Wejherowie. Fot. Teresa Kaczorowska

Ponadto, 6 października 2023 r., dworcowi kolejowemu w Wejherowie nadano nazwę „Męczenników Piaśnickich”. Na budynku dworca odsłonięto również pamiątkową tablicę. Od 2018 r., we wrześniu, organizowany jest w Wejherowie „Motocyklowy Rajd Piaśnicki”.  Zbrodnia w Piaśnicy ma też swoje odbicie w licznych dziełach kultury. Odniesienia do zbrodni w Piaśnicy są dziś obecne w utworach literackich, filmach, komiksach, utworach muzycznych.

Warto dodać, że Piaśnica – największe po obozie koncentracyjnym Stutthof  miejsce kaźni ludności polskiej na Pomorzu w okresie II wojny światowe, nazywane „pomorskim Katyniem” lub „Kaszubską Golgotą” – była też dla niemieckich nazistów jednym z największych poligonów doświadczalnych w przeprowadzaniu masowych zbrodni.

Listopad to czas szczególnej refleksji i modlitwy za zmarłych. Cieszy fakt, że Polacy wciąż pamiętają o ofiarach zbrodni w Piaśnicy i oddają im hołd – rozsiane w sosnowym lesie groby są dziś zadbane, z licznymi kwiatami i światłami pamięci.

 

 

Odszedł orędownik prawdy o Obławie Augustowskiej – TERESA KACZOROWSKA wspomina ks. Stanisława Wysockiego

W czwartek, 7 listopada 2024 r., pod ciężkiej chorobie, odszedł do Domu Ojca, w wieku 86 lat, ks. prałat Stanisław Wysocki z Suwałk (ur. 1 marca 1938 r.). Największy społeczny orędownik prawdy o największej powojennej komunistycznej zbrodni w Polsce, jaką była w lipcu 1945 r. Obława Augustowska. Stracił w niej ojca i dwie starsze siostry, działaczy polskiego ruchu oporu.

Poznałam ks. prałata Stanisława Wysockiego ponad 10 lat temu, kiedy zaczynałam pracę badawczo-reporterską nad tematem Obława Augustowska. I współpracowałam z Nim – jako prezesem Związku Pamięci Ofiar Obławy Augustowskiej 1945 Roku – do końca Jego dni. Owocem są cztery moje książki, a także piąta wydana w j. angielskim („The Augustów Roundup of July 1945”, McFarland, USA 2023). I była to współpraca niezwykle kreatywna, twórcza, inspirująca do podejmowania nowych wyzwań, aby ocalić odchodzącą w zapomnienie największą powojenną zbrodnię komunistyczną, jaką jest Obława Augustowska. I dążyć do jej wyjaśnienia.

Z całą pewnością mogę powiedzieć, że gdyby nie ks. pralat Stanisław Wysoki nie zgłębiałabym tak mocno tego tematu, nie powstałyby moje książki, nie odbyłabym wielu spotkań autorskich i  nie wygłosiłabym tylu prelekcji o Obławie Augustowskiej. Bo to Jego oddanie tej Sprawie, bezkompromisowość, Jego dusza społecznikowska, polska, aby wyjaśnić tę zbrodnię, oddać hołd Ofiarom Obławy Augustowskiej, w tym zamordowanym w tej zbrodni Jego ojcu i dwóm siostrom, powoli wciągały  mnie w ten temat, któremu poświęciłam ostatnie ponad dziesięć lat.

Cieszę, że ks. Stanisław doczekał się swojej monografii mego autorstwa pt. „Obława Augustowska w oczach świadka” (Warszawa 2024). Książka ta rodziła się w bólach, przez kilka lat, ale została wydana w czerwcu tego roku. Pokazałam w niej ks. prałata Stanisława Wysockiego jako niezłomnego Polaka, świadka historii, budowniczego piękna kilku kościołów i sześciu ważnych pomników (w tym czterech w hołdzie ofiarom Obławy Augustowskiej), charyzmatycznego duszpasterza Kościoła Młodych i pierwszego kapelana NSZZ „Solidarności” w Łomży, a później oddanego proboszcza kilku parafii w płn. Polsce, kapelana akowców i sybiraków, a przede wszystkim jako największego społecznego orędownika wyjaśnienia Obławy Augustowskiej. Cieszę się, że ks. prałat Wysocki zdążył moją książkę poznać i mi podziękować.

Bo ks. Wysocki umiał zawsze  i za wszystko dziękować! Potrafił być wdzięczny, zachęcać do działania, doceniać za pracę na rzecz prawdziwych wartości, jakimi były dla Niego „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Był to człowiek niezwykłej szlachetności i skromności, a zarazem ogromnej odwagi, pracowitości i konsekwencji działania. Jestem wdzięczna Bogu, że mogłam Go poznać i współpracować na rzecz Obławy Augustowskiej.

Pożegnałam Go jeszcze w Dzień Wszystkich Świętych, 1 listopada 2024 r., w mieszkaniu jego siostrzenicy lekarki Basi, na jednym z osiedli w Suwałkach, gdzie dożywał swoich ostatnich dni pomiędzy przerwami w szpitalach. Trudno już Mu było wydobyć głos, ale poznał mnie i powiedział cicho: „Pani Tereniuś, ja jestem już namaszczony…”. I pocałował mnie w rękę…

A ja podziękowałam Jemu za obecność w moim życiu, za modlitwy za mnie, za umacnianie mnie w życiowych trudnościach, za troskę w każdym dniu o Polskę!

Spoczywaj w pokoju drogi Księże Prałacie i oręduj dalej w naszej Sprawie! Szczęść Boże!

Ks. prałat Stanisław Wysocki z Teresą Kaczorowską.

O zakłamaniu m.in. ekologów i polityków pisze WALTER ALTERMANN: Aberracje postępu

Średniowieczna myśl metafizyczna mówi o tym, że mniej więcej co 9 – 12 lat dochodzi do gwałtownego wzburzenia umysłów młodych ludzi. Ma to mieć związek z cyklem słonecznym, którego największa aktywność dziwnie jakoś pobudza umysły młodych i wiedzie ich do wojen, i wszelkiej maści rewolucji. Nie pisałbym o tym, gdyby nie to, że słońce jest właśnie w cyklu największej aktywności. A młodzi znowu się burzą.

Pewnie jest to jakaś przepowiednia wyciągnięta z mrocznej Kabały, ale przecież coś w tym jest. Jakoś się potwierdza, jeżeli przyjrzymy się wiekowi XX, w Europie i Polsce. Tu wyjaśnijmy, że doktryna słoneczna zakłada, że rewolucje i wojny są niejako zwieszeniem czasu. I czas liczy się niejako od nowa. Zatem – rok 1905 przyniósł Europie potężne rewolucje, a I wojna światowa wybuchła w roku 1914. Potem mamy Wielki Kryzys od roku 1929, a w końcu II wojnę światową, która zaczęła się w 1939. Od 1945 do 1956 gdy mija lat 11 i mamy zaburzenia w Polsce, i na Węgrzech. Po około 12 latach mamy rewolucje młodych w USA, Francji, Niemczech, Włoszech, w Czechach i w Polsce – mówimy o latach 1967 – 1968. Następny rok „aktywnego słońca” to rok1980. Potem mamy okres 1990-92. Dalej już, nie licząc niczego na siłę, musimy stwierdzić, że coś w tym jest. Obecnie umysły młodych ludzi znowu się burzą słonecznie.

Liczmany i fetysze zamiast prawdziwych celów

Zostawiając metafizykę, astrologię i numerologię, trzeba powiedzieć, że stan pobudzenia młodych od jakichś 10 lat jest ogromy. W poprzednim felietonie pisałem o zagubieniu się młodych ludzi, nadmiernie wykształconych, we współczesnym świecie. Co rodzi powszechną nerwicę, której efektem jest powszechna frustracja.

Znerwicowani frustraci szukają nowych bogów, bo na znalezienie prawdziwego Boga trzeba wysiłku ducha, choć zawsze tak było, ale dzisiaj nikomu nie chce się szukać własnych dróg. Wszystko ma być dla młodych gotowe i podane elegancko na tacy. Może to wina rodziców, którzy biegną przed młodymi z przenośnymi odkurzaczami wysysając z ich życiowych dróg pyłki i kamyczki, żeby młody się nie ubrudził i nie zmęczył.

Gwoli prawdy wszyscy są zagubieni w tak szybko zmieniającym się świecie – starzy i młodzi. Jednak starzy spokojnie i cierpliwie czekają końca, wierząc, że jakoś to będzie. Natomiast przed młodymi jest jeszcze wiele do przejścia w nieznanym i wrogim świecie, więc się burzą.

A ponieważ bez ogólnego sensu żyć trudno więc młodzi znajdują sobie zastępczych bogów, czyli bożki pomniejsze i liczmany, które przecież nic nie znaczą. Obecna rewolucja młodych ma kilka sztandarów, ma rozgrzewające do białości cele: ekologiczny, seksualny i obyczajowy. Na początek zajmiemy się celem głównym, czyli ekologią.

Ekologia i realia

Walka o ochłodzenie klimatu jest celem głównym obecnej rewolucji młodych. Nie mówię, że klimat nam się nie ociepla. To jest niezaprzeczalny fakt. Jednak sposoby realizacji tego celu, czyli ochłodzenia, budzą przerażenie. Młodzi ekowojownicy nie biorą bowiem pod uwagę dwóch istotnych elementów. Po pierwsze – nie wszyscyśmy równi w winie. Po drugie – ekolodzy nie rozumieją, że ludzie chcą jednak żyć.

Nie interesuje ich kto tak naprawdę przegrzewa nam planetę. Nie liczą składowych, nie interesuje ich jakie działania i czyje, mają istotnych wpływ na ocieplenie. Oni liczą tak, jakby liczyli średnią dochodów Rockefellerów i moją. Dodają fortuny miliarderów do mojej skromnej emerytury, dzielą przez dwa i wychodzi im, że Rockefellerowie dużo mniej zarabiają, natomiast ja jednak mam za dużo. Po czym obarczają winą za ocieplenie i miliarderów i biedaków, po równo.

Czego nie mam

A przecież ja nie mam floty prywatnych odrzutowców, nie jeżdżę limuzynami, nie mam  wielohektarowego domu, którego ogrzewanie kosztuje więcej niż ogrzewanie kilkudziesięciu czteropiętrowych bloków z epoki Gierka. Dodajmy też ogromne prywatne baseny bogatych, z ogrzewaną wodą – tych też nie mam. A te tysiące motorowych jachtów milionerów, te tony  benzyny, które rozpędzają owe statki w podróże bez sensu i donikąd?

Nie odpowiadam także za wojny, w których samoloty bojowe spalają hektolitry benzyny, detonują miliony pocisków, które spalają tlen i wprowadzają do atmosfery miliardy kilowatów energii. Nie dam sobie wmówić odpowiedzialności również za wszystkie rakiety, które najpierw spalają tony paliwa, a po dotarciu do celu wybuchają – niszcząc także atmosferę.

Dlaczego ekolodzy nie dzielą świata na tych, którzy indywidualnie są bardziej odpowiedzialni, ale czepiają się biednych, przeciętnych ludzi? Prawdopodobnie dlatego, że chcą tych biednych przestraszyć, a nie straszą bogatych, bo ci mają to gdzieś. Bo zanim gruby schudnie, to chudy umrze.

Skrajna determinacja ekologów

W walce o klimat, jak w każdej walce trzeba zachować zdrowy rozsądek. Odnoszę jednak wrażenie, że ekolodzy najchętniej pozbyli się jakichś 70 procent ludzkości, żeby tylko powietrze było chłodniejsze i bardziej czyste.

Ekologia stała się nową wiarą. I jak każda wschodząca wiara jest bezwzględna i dogmatyczna. I dąży do swych celów po trupach, dosłownie, tak samo jak wszystkie średniowieczne kościoły. Te nowe wiary są dla wielu młodych błogosławionym szaleństwem, bo nie liczą się z tym co jest, nie chcą iść drogą ewolucji, a jedynie drogą rewolucyjną.

Niemcy, których władze w znacznym stopniu są opanowane przez Zielonych, już zaczęły odczuwać ekonomiczne skutki „walki o klimat. Niemiecki przemysł już odczuwa skutki zielonej polityki, skutkiem której zielona energia jest kilkukrotnie droższa od tradycyjnej. Ekonomiści z Niemiec przewidują wręcz katastrofę ekonomiczną, a co za tym pójdzie tragedie ludzi, którzy stracą pracę. Ekolodzy nie zdają sobie sprawy, nie chcą wiedzieć, że zapobiegając katastrofie ekologicznej gotują Europie katastrofę ekonomiczną.

Myślę sobie, że ekolodzy coraz bardziej przypominają hunwejbinów Mao. I mamy nowy liberalny kapitalistyczny komunizm w maoistowskim wydaniu. Ci hunwejbini pochodzą w przeważającej większości z bogatych krajów Europy więc nie zauważają też, że w Europie są również biedniejsze kraje i narody, które nie mogą zmieniać się klimatycznie w tym samym tempie co Francja czy Niemcy. Takie są realia, ale co tam realia, gdy krew się burzy w imię nowego bóstwa.

Ekolodzy nie widzą także, że Chiny i USA nie realizują polityki nowej energii i tym samym podbijają Europę swoimi tanimi produktami. Ostatnimi dniami prezydent elekt Donald Trump podkreśla, że żadna ekologia go nie interesuje. Może w przyszłości…  – mówi. Na razie – zapowiada – trzeba będzie zadbać o amerykański przemysł. I w tym ma rację.

Zakłamanie ekologów

Ekolodzy są zakłamani do cna. Walczą o czystą energię w Europie, zgadzając się jednak na potężniejący z każdym rokiem import chińskich artykułów przemysłowych. Choć wiedzą, że Chiny  nie przejmują się ekologią.

Kilka lat temu doszło do pouczającego zdarzenia, gdy w Kanale Sueskim utknął ogromny kontenerowiec i stał tak na mieliźnie całe trzy tygodnie. Na skutek tego papier toaletowy w Europie natychmiast zdrożał o 30 procent. Okazało się bowiem, że zablokowany statek wiózł ogromną liczbę rolek papieru toaletowego. Wyprodukowanego w Chinach. I wyszło szydło z worka, że Europa ekologiczna nie chce produkować tego artykułu pierwszej potrzeby, bo do jego produkcji trzeba sporo energii cieplnej, a dodatkowo w powietrze wyrzucane są tony pyłów. Bo na zimno w ogóle żadnego papieru produkować się nie da.

Cel jasny, ale straszny

Zatem okazało się, że ekologom nie przeszkadza, gdy świat ogrzewają i zanieczyszczają Chińczycy, ale bardzo im przeszkadza jakakolwiek produkcja w Europie. A przecież świat mamy ten sam i jeden. I już 30 lat temu w Himalajach odnaleziono pyły powęglowe z Zagłębia Ruhry.

Według ekologów Europa ma dać dobry przykład, wtedy zawstydzeni Chińczycy i Amerykanie, przeproszą cały świat i pójdą śladem Europy. Po takim rozumieniu świata, jego ekonomicznych praw wyraźnie widać, że europejscy ekolodzy są nie tyle naiwni, co po prostu i zwyczajnie głupi.

Ekolodzy są niezwykle bitni i nie idą na żadne kompromisy. Odnoszę wrażenie, że są gotowi walczyć o ochłodzenie klimatu do ostatniego człowieka na Ziemi.

 

WALTER ALTERMANN: Postęp i inne zagrożenia

Coraz częściej słyszę o konieczności postępu, głównie w sferze mentalnej i obyczajowej. W świecie techniki postęp jest oczywiście rzeczą naturalną i oczekiwaną. Niekiedy nawet ułatwia nam życie. Choć nie we wszystkich dziedzinach i nie na każdym polu. Ot, weźmy wojny. W takim średniowieczu, i oczywiście w antyku, wojny były, bo wojny były zawsze. W końcu jesteśmy wszyscy potomkami Kaina.

Jednak stare wojny miały, że się tak wyrażę, pierwiastek ludzki, chory pierwiastek, ale jednak ludzki. Trzeba było bowiem dopaść przeciwnika na wyciągnięcie włóczni, lub miecza, żeby go zaszlachtować. Narażając się przy tym, że przeciwnik może być szybszy i bardziej sprawny.

Z biegiem wieków wojny stały się coraz bardziej „odhumanizowane”. Dzisiaj operator drona, siedzący spokojnie i bez zagrożenia w eleganckim, klimatyzowanym pomieszczeniu wysyła na śmierć dziesiątki i setki ludzi. To też jest postęp, ale czy dobry? Chyba nie, skoro niesie śmierć.

Postępowe atomówki

To postęp technologiczny pozwolił również na zbudowanie bomby atomowej. Skutkiem czego dzisiejsza Rosja, państwo biednych ludzi, ale mocno uzbrojone w atomówki, szachuje cały świat i jest właściwie bezkarne w straszeniu, atakowaniu sąsiadów i wymuszaniu korzyści dla siebie. Czy dzisiejsza Rosja ma coś innego do zaproponowania światu niż surowce energetyczne i broń? Chyba nie. Jednak trzeba się z nią liczyć i ustępować, bo ma pociski atomowe.

Dlatego z dużym dystansem, a nawet niewiarą, podchodzę do wszelkich haseł i żądań zwolenników postępu technicznego. Bo weźmy samochody, które w PRL-u były oznaką pozycji społecznej i prestiżu. Nawet właściciel dychawicznego Fiata 126  uważał, że jest lepszy od wszystkich „bezsamochodowców”. A dzisiaj okazuje się, że samochody zatruwają powietrze. Fakt, że jest ich coraz więcej, więc i smrodu mamy więcej niż jeszcze 40 lat temu.

Na ten problem postępowcy odpowiadają programem aut elektrycznych. Nie zastanawiając się jednak, skąd świat będzie brał surowce do wykonywania baterii. I skąd będziemy brali prąd do naładowania tych baterii. I ile przy tym zatrują środowiska.

Ponieważ żyję już wiele lat, stwierdzam, że właściwie wszystkie zmiany jakich doświadczałem były zmianami na gorsze, zatem bardzo ostrożnie podchodzę do wszelkich nowości. Bo już kilka razy zbawienie ludzkości okazywało się dla niej potworną katuszą.

Postęp obyczajowy

Trzeba się zgodzić z postępowcami, że świat mentalny także się zmienia. Jednak nasz świat wartości i obyczajów nie zmienia się sam z siebie, bo te zmiany wytwarzamy sami. Świat (tak rozumiany) nie jest przecież pogodą. A zmienia się głównie pod naporem i wskutek agresji tych, którym w zastanym świecie jest za ciasno i wszystko ich uwiera.

Niestety nie wszyscy potrafią zaakceptować świat zastany, taki, w jakim się urodzili. I stają się postępowcami.  Można nawet powiedzieć, że świat zmieniają jedynie niezadowoleni i wściekli. I Bogu dzięki, gdy chodzi o medycynę i leki, ale co do reszty mam wątpliwości.

Skąd biorą się postępowcy

Myślę, że postępowcy rekrutują się z grupy osób głęboko znerwicowanych. Nerwica to nie są żarty, bo dotyka ona sporej części naszej populacji. A jest także skutkiem tego, że coraz więcej osób nie rozumie zmieniającego się świata, lub też rozumie go opacznie. Prawdopodobnie nasz świat zmienia się zbyt szybko.

Gdy czytam, że niebawem wszelkie urzędy i instytucje państwowe nie będą już z obywatelem korespondowały listownie, na papierze, ale przy pomocy maili, to jednak dostrzegam problem. Po pierwsze spora część Polaków nie umie obsługiwać komputerów, a nie ma żadnej ustawy, żeby ich do tego zmusić lub ograniczać ich prawa. Po drugie urzędy są dla obywatela, a nie obywatel dla urzędów. I zadaje mi się, że powracają w formie elektronicznej czasy realnego socjalizmu.

Fałszywa demokracja internetowa

Mamy też w świecie za dużo informacji. Także tych internetowych. Codziennie jesteśmy zalewani gigabajtami przekazów, które nas w sumie otępiają. Internet w ogóle jest groźny, bo przeciętny człowiek nie jest w stanie przecedzić zalewu informacji, nie jest w stanie oddzielić ziarna od plew.

Internet jest również fałszywą demokracją. Bo co z tego wynika, że każdy może dziś przedstawić światu swoje zdanie? Nic nie wynika. Czyli jest nerwica, bo ja piszę, a świat nic z tymi moimi wielkimi i odkrywczymi myślami nie robi. Czyli staję się znerwicowanym frustratem.

Skutkiem tak gwałtownych zmian ludzie dzisiaj nie mają swojego miejsca. Szukają, studiują, nadal szukają, ale niewielu znajduje satysfakcjonujące ich zajęcia – czyli zostają frustratami, znerwicowanymi frustratami.

Za dużo wykształconych?

Może też mamy w Europie za dużo ludzi wykształconych? Każdy student widzi siebie w przyszłości jako człowieka opromienionego sławą, bogatego i szczęśliwego. A kiedy przyjdzie mu wykonywać pracę mechaniczną, choć w biurze, popada we frustrację. I w nerwicę.

Dawniej, jeszcze w XX wieku, świat był prosty i zrozumiały. Owszem ludzie też studiowali, ale nie takimi masami. W latach 30-tych studiowało w Polsce, każdego roku, około 20.000 ludzi. Dzisiaj w samej Łodzi studiuje rocznie około 80.000 osób. Może przed wojną studiowało za mało Polaków, dzisiaj chyba trochę przydużo.

Gdybyśmy mieli przed wojną taką masę ludzi wykształconych, jak dzisiaj, to nigdy nie zbudowalibyśmy Gdyni i Centralnego Okręgu Przemysłowego. Bo inżynierów było przy tych budowach niewielu. Ale za to mieliśmy wielu majstrów, techników. No i bardzo wielu robotników.

Nie zachęcam, żeby wracać do XIX wieku, gdy syn chłopa był chłopem a syn szewca zostawał szewcem. Ale warto znać trzy przysłowia: Wedla stawu grobla; Pilnuj szewcze kopyta; Za pan brat świnia z sołtysem.

Teraz przed wszystkimi otwierają się złudne „szerokie perspektywy”. A ich niezrealizowanie rodzi dywizje i armie znerwicowanych frustratów. A najgorsze jest to, że to oni prą i „nacierają na kierunku postęp i nowoczesność obyczajowa”. Wtedy są groźni. I takie są uboczne, ale groźne skutki demokracji.

Konkretnie o nowych, aberracyjnych pomysłach znerwicowanych postępowców napiszę w następnym felietonie.

 

O antydziennikarstwie Europejskiej Federacji Dziennikarzy – WIKTOR ŚWIETLIK: Wspólne wartości?

Europejska Federacja Dziennikarzy (EFJ) uznała, że moment jest wyjątkowy. Na tyle wyjątkowy, by wydać ważne oświadczenie. Oto światowe media, szczególnie te zachodnie, w których jak wiemy kwitł pluralizm, wszystkie opcje były reprezentowane, a standardy weryfikacji informacji odnotowywały jakościowy postęp grometryczny, są zagrożone przez Trumpa.

Ostatnio na oświadczenie EFJ zwróciłem uwagę w lutym tego roku, bo bezpośrednio dotyczyło Polski. A konkretnie tego, by zapewnić w naszym kraju sprawiedliwy proces i należyte warunki w areszcie zagranicznemu dziennikarzowi tam przetrzymywanemu. Chodzi oczywiście o zacnego Pablo Gonzalesa Rubcowa, króla warszawskich lewicowych salonów, przyjaciela niektórych dziennikarek i dziennikarzy, którzy chętnie z nim rozprawiali o problemach demokracji w naszym kraju, a niektóre i ponoć niektórzy zadzierzgnęli nawet tę przyjaźń na całego. Teraz szczęśliwie pan Pablo już w komfortowych warunkach i bezpiecznie odpoczywa w Soczi lub na podmoskiewskiej daczy, chyba, że po zmianie twarzy i narodowości już powrócił i znowu “doładowuje telefony” jakiemuś stadu zakompleksionych idiotów w zamian za informacje.

Jeszcze poprzednio odnotowałem wypowiedź sekretarza generalnego EFJ  Ricardo Gutiérreza w sprawie siłowego, bezprawnego przejęcia mediów publicznych przez bambrów nasłanych w grudniu zeszłego roku przez nowe, demokratyczne władze. Dobrze, że EFJ w ogóle zajął w tej sprawie stanowisko, naprawdę szczerze to doceniam. Niestety, w oświaczeniu doszło do próby pogodzenia dwóch spraw – zaprotestowania przeciwko ewidentnemu najazdowi na telewizję w stylu Ameryki Południowej lub Azji Środkowej z obowiązującą narracją, że to rządząca prawica łamie wszelkie standardy w Polsce. Efekt był taki, że nie bardzo wiadomo było o co w tym wszystkim chodzi.

Teraz wiadomo. „Antyprasowa retoryka Trumpa skłoniła już wielu jego wielbicieli na całym świecie i w Europie do odwetu na mediach. Z Donaldem J. Trumpem z powrotem w Białym Domu poczują się jeszcze bardziej upoważnieni do nękania prasy. Zwycięstwo pana Trumpa nie tylko rzuca wyzwanie amerykańskiemu dziennikarstwu, ale także dziennikarstwu europejskiemu.

 No więc przypomnijmy, to “antyprasowa retoryka” nakazała blokować Trumpowi część przekazu portali społecznościowych przed poprzednimi wyborami prezydenckimi. To antyprasowa retoryka nakazuje próbować rozstrzygać te wybory w postaci masowej histerii i określania jednego z kandydatów mianem Hitlera. To antyprasowa retoryka nakazuje atakować reklamodawców każdego, kto się wyłamie z jednolitego chóru wujów, prawda “Gazeto Wyborcza”? To antyprasowa retoryka nakazuje największym tytułom prowadzić otwartą agitację wyborczą, a największą zbrodnią przeciwko wolności słowa było zabronienie tego w “Washington Post” przez Jeffa Bezosa.

Czy jeszcze czegoś nie rozumiecie? “Wojna to pokój, wolność to niewola, ignorancja to siła!” A wolne i niezależne jest tylko to, co mówi to samo co inni i nigdy się nie wyłamuje. O przepraszam, jak to ślicznie nazwali cenzorzy naszych czasów? Podziela wspólne wartości.

 

Komentarz Huberta Bekrychta na temat EFJ – poniżej:

EFJ umiera – walczy z USA zamiast bronić dziennikarzy np. w Polsce – Bekrycht, Hajdasz, Świetlik

Poniżej opinia prezes SDP Jolanty Hajdasz na temat ostatniego oświadczenia EFJ:

Prezes SDP JOLANTA HAJDASZ: Reakcja EFJ na wybór prezydenta USA jest dla mnie trudna do zaakceptowania

Donald Tusk przyłapany na kłamstwie przez dziennikarkę Tygodnika Solidarność i Tysol pl.

Skandal podczas konferencji prasowej premiera Donalda Tuska. Agnieszka Rutke z TS i Tysol.pl zadała premierowi Tuskowi niewygodne pytanie. Nie spodobało się to służbom prasowym rządu. No i się zaczęło…

Oddajmy głos redakcji dziennikarki, której udało się zadać Donaldowi Tuskowi pytanie o to jak wyobraża sobie współpracę z administracją wybranego na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, skoro całkiem niedawno premier polskiego rządu sugerował, że 47. prezydent USA jest… rosyjskim agentem.

„Na dzisiejszej[7 listopada – red. sdp.pl] konferencji prasowej Monika Rutke, dziennikarka „Tygodnika Solidarność” i Tysol.pl, zapytała Donalda Tuska o jego opinię na temat prezydenta elekta USA, przypomniała zwłaszcza zarzuty obecnego premiera o rzekome kontakty Donalda Trumpa z rosyjską agenturą” – napisano w czwartek po południu na Tysol.pl

Redakcja szczegółowo opisuje incydent:

„Zapytany o to, jak chce prowadzić politykę zagraniczną ze Stanami Zjednoczonymi pod wodzą Donalda Trumpa, biorąc pod uwagę jego wcześniejsze sugestie rzekomej „rosyjskiej agenturalności” Trumpa oraz wypowiedzi ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, czy „kierownika ambasady w USA” Bogdana Klicha, Tusk… zaczął mówić o wypowiedzi… Mariusza Błaszczaka. Dopytany przez Monikę Rutkę zaprzeczył swoim wypowiedziom sprzed kilku miesięcy. – Nie, tego typu sugestii nigdy nie zgłaszałem” – podał Tysol. pl

Portal opublikował też fragment oświadczenia dziennikarki z opisem rozmowy Rutke z ważną urzędniczką premiera. „Jednocześnie jednak miało miejsce spięcie pomiędzy naszą dziennikarką a podsekretarz stanu w KPRM Agnieszką Rucińską” – pisze redakcja przytaczając słowa swojej reporterki:

„W tym momencie pani Agnieszka Rucińska poinformowała mnie, że „złamałam zasadę” (nie mam pojęcia jaką, ale prawdopodobnie tym, że doprecyzowałam pytanie), i oznajmiła, że „kończymy współpracę” – tak dokładnie brzmiały słowa Agnieszki Rucińskiej W mediach społecznościowych napisałam, interpretując te słowa, że dotyczyły one niezapraszania mnie na konferencje PDT. W rzeczywistości były to słowa o „końcu współpracy” – czymkolwiek ona jest. Być może ta interpretacja była zbyt pochopna, jednak mam w pamięci sytuację, gdy dziennikarze TV Republika nie byli wpuszczani na konferencje Bartłomieja Sienkiewicza czy na konferencję sztabu kryzysowego Donalda Tuska w związku z powodzią”– napisała Rutka w oświadczeniu.

A taką wersję wydarzeń podała Agnieszka Rucińska w Onecie:

„Nic takiego nie miało miejsca. (…) Powiedziałam redaktor Rutke jedynie to, że nie będę więcej się z nią umawiała na możliwość zadawania pytań, skoro nie chciała zrozumieć, że nas ograniczał czas, za chwilę mieliśmy wylot samolotu i naprawdę nie był to ani moment, ani miejsce na dokrzykiwanie dodatkowych pytań po tym, jak premier na jej pierwsze pytanie już odpowiedział” – zapewniła Agnieszka Rucińska w rozmowie z Onetem.

Redaktor naczelny „Tygodnika Solidarność” Michał Ossowski i redaktor naczelny portalu Tysol.pl Cezary Krysztopa  wydali wspólne oświadczenie z żądaniem dymisji Agnieszki Rucińskiej.

W całości publikujemy je  TUTAJ

 

KOMENTARZ

Nie wiem, czy jest coś bardziej poruszającego niż nieporadne kłamstwo polityka w ważnej sprawie?

Nie wiem, czy dziennikarskie porównanie tego, co mówił premier Tusk o tym, że służby specjalne USA potwierdziły, to, iż prezydent Trump jest rosyjskim agentem, spowodują u szefa Rady Ministrów jakiekolwiek przemyślenia?

Nie wiem, czy inni dziennikarze dopuszczani do konferencji prasowych rządu wyciągną wnioski z pytań dziennikarki TS i Tysola i zaczną zadawać podobne, szczególnie te demaskujące mistyfikację nazywaną rządem koalicji PO, TD i NL?

Nie wiem, ile razy trzeba zadać trudne pytanie premierowi, aby zrozumiał?

Nie wiem, co trzeba zrobić, żeby po zrozumieniu trudnego pytania, premier odpowidział inaczej niż krytykując PiS?

Przypuszczam jednak, że premier Tusk nie przeprosi ani swoich wyborców ani prezydenta Trumpa ani Moniki Rutke. W tej sytuacji wszyscy możemy zadawać pytania premierowi Tuskowi i ministrom. Pocztą elektoniczną. Aż do końca urzędowania tego rządu. Co to da, nic, ale z takimi pytaniami na skrzynce mailowej nie da się na tym komputerze grać w kulki ani w kółko i krzyżyk. Liczę oczywiście na sumienie ministrów i premiera…

Hubert Bekrycht

 

 

Prezes SDP JOLANTA HAJDASZ: Reakcja EFJ na wybór prezydenta USA jest dla mnie trudna do zaakceptowania

Międzynarodowa organizacja Europejska Federacja Dziennikarzy (European Federation of Jounalists) EFJ wydała komunikat, w którym ostro skrytykowała wybranego 47. prezydenta USA Donalda Trumpa i właściciela platformy społecznościowej „X” Elona Muska. Jolanta Hajdasz prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, które jest członkiem EFJ, powiedziała, że reakcja władz tej federacji jest trudna do zaakceptowania.

EFJ w 46 krajach Starego Kontynentu zrzesza 74 organizacje dziennikarskie i związki zawodowe. Ostatnio, po zjeździe w Prisztinie w maju 2024 r. niektóre organizacji, w tym Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, zgłaszały zastrzeżenia co do kierunku działań EFJ, który – zdaniem niektórych delegatów – sprzęgnięty jest z ogólnymi zasadami poprawności politycznej w UE i kierunkami rozwoju Europy narzucanymi przez liberalne władze Komisji Europejskiej. Wcześniej po kongresach w Izmirze w 2022 r. i w Hadze w 2023 r. podobne zastrzeżenia również zgłaszali przedstawiciele SDP.

W wydanym 7 listopada i przesłanym do SDP po południu tego dnia oświadczeniu EFJ napisano m.in.:

„Antyprasowa retoryka Trumpa skłoniła już wielu jego wielbicieli na całym świecie i w Europie do odwetu na mediach. Z Donaldem J. Trumpem z powrotem w Białym Domu poczują się jeszcze bardziej upoważnieni do nękania prasy. Zwycięstwo pana Trumpa nie tylko rzuca wyzwanie amerykańskiemu dziennikarstwu, ale także dziennikarstwu europejskiemu — powiedział sekretarz generalny EFJ Ricardo Gutiérrez” – poinformowano w komunikacie.

Dla prezes SDP Jolanty Hajdasz zachowanie władz EFJ wobec wyborów w USA jest bardzo dziwne.

Reakcja EFJ na demokratyczny wybór prezydenta USA jest dla mnie zdumiewająca i trudna do zaakceptowania – podkreśliła w rozmowie z portalem sdp.pl Hajdasz

W dokumencie sygnowanym przez władze EFJ znalazły się przykłady, na czym – zdaniem przedstawicieli organizacji ma polegać zagrożenie stwarzane przez Trumpa dla europejskich mediów:

„Donald J. Trump wezwał do uwięzienia i zgwałcenia dziennikarzy za nieujawnianie swoich źródeł. Tydzień temu, na jednym ze swoich wieców, fantazjował o masowej strzelaninie dziennikarzy. A tuż po wyborach, Elon Musk, właściciel portalu społecznościowego X, który był aktywny w amerykańskiej polityce jako głośny i finansowy zwolennik Donalda J. Trumpa, powiedział, że tradycyjne media są martwe, twierdząc, że „większość tradycyjnych mediów bezlitośnie kłamała opinię publiczną””.

Jolanta Hajdasz uważa, że EFJ przesadnie odczytuje intencje prezydenta Trumpa i Elona Muska.

Organizacja przestrzega przed rzekomym zagrożeniem, jakim  dla wolności mediów ma być Donald Trump, na dowód tego cytuje wyrwane z kontekstu jego wypowiedzi oraz opisuje wydarzenia nadinterpretując je i  nadając im nieistniejący kontekst  np. pisząc że „D. Trump chciał strzelać do dziennikarzy mediów masowych” albo wzywał „do masowego uwięzienia dziennikarzy (ang. „he fantasized about a mass shooting of journalists”, „Donald J. Trump has called for journalists to be imprisoned and raped for not revealing their sources”) – wskazała prezes SDP.

„EFJ publikuje swoje oświadczenie „w imieniu wszystkich dziennikarzy „, choć przecież osoby wypowiadające się w naszym imieniu zdają sobie sprawę z tego, iż w każdym kraju są także inni dziennikarze, którzy nie mają tak krytycznych ocen prezydenta Donalda Trumpa i jego współpracowników np. Elona Muska na temat mainstreamowego dziennikarstwa” – dodała.   „Szkoda, że przy okazji tegorocznych wyborów EFJ nie dostrzega manipulacji i błędów, jakie coraz częściej popełniają media tradycyjne, które nie kryją swoich sympatii politycznych i nie potrafią, a raczej nie chcą rzetelnie przedstawiać programów wyborczych osób, które mają inne poglądy niż ich własne” – zwróciła uwagę.

Prezes SDP zwróciła się bezpośrednio do władz EFJ:

„Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich apeluje do koleżanek i kolegów z EFJ o powstrzymanie się od emocjonalnych ocen i bezpodstawnej krytyki nowo wybranego prezydenta USA, szczególnie jeśli robi to w imieniu wszystkich dziennikarzy należących do EFJ.   Gdy odłoży się na bok emocje, łatwiej jest pogodzić się z tym, że demokracja wymaga akceptacji decyzji wyborców także wtedy, gdy wybory wygrywają ci, których nie popieracie i nie rozumiecie” – zaakcentowała Jolanta Hajdasz.

 

Komentarz w sprawie oświadczenia EFJ opublikował sekretarz generalny SDP Hubert Bekrycht – poniżej:

EFJ umiera – walczy z USA zamiast bronić dziennikarzy np. w Polsce – Bekrycht, Hajdasz, Świetlik

Poniżej felieton Wiktora Świetlika na temat działalności EFJ:

O antydziennikarstwie Europejskiej Federacji Dziennikarzy – WIKTOR ŚWIETLIK: Wspólne wartości?