WIKTOR ŚWIETLIK: Polskie media dowiodły, że Orban miał rację

W sprawie Marcina Romanowskiego znacznie więcej oczywistych dowodów na słuszność węgierskiej decyzji o przyznaniu azylu polskiemu politykowi dostarczono już po jej podjęciu. Szczególnie liczni dziennikarze udowodnili, że, po pierwsze, w obrzydliwy sposób chodzą na pasku władzy, a po drugie, wtórują jej w nawoływaniu do łamania prawa. To, że przy okazji są ignorantami, a często też niedokształconymi kretynami, nie jest argumentem łagodzącym.

Zostawmy na chwilę na boku zawiłości Funduszu Sprawiedliwości, ustawiania (a nie losowania) sędziów, którzy mieli decydować o losie Romanowskiego, a także jego immunitetów. Spójrzmy na to, co działo się po węgierskiej decyzji. Ostatecznie mamy do czynienia z wiceministrem oskarżonym o urzędnicze nieprawidłowości. Tymczasem w Polsce usłyszeliśmy, w ramach zmasowanej narracji, że Romanowski ukradł pieniądze dla siebie, że wyprowadzał je na Węgry, a nawet że ratuje go… Putin. Wszystko to pisali nie tylko politycy, ale też ludzie mediów, których obowiązkiem do niedawna było jednak przekazywanie faktów, a nie zmyśleń.

Nie dość tego – pojawiły się dwie narracje, rozprowadzane wprawdzie przez polityków Platformy, ale bardzo szybko podchwycone przez dziennikarzy. Pierwsza brzmiała tak: trzeba wsadzić adwokata Romanowskiego, bo go broni. A skoro Romanowski jest „pisowskim przestępcą”, który uciekł na Węgry, gdzie „Putin realizuje swoje zobowiązania wobec PiS” – bo tak mniej więcej brzmi ten idiotyzm – to facet, który go broni, jest jego wspólnikiem.

Dość charakterystyczne, że podobne postulaty pojawiały się w przypadku księdza Olszewskiego i Michała Kuczmierowskiego. Mecenasa Krzysztofa Wąsowskiego atakowano argumentami, że nie reprezentuje on obozu władzy. Co więcej, przy pomocy działań prokuratorskich (robiąc go świadkiem w sprawach) próbowano go wyłączyć ze spraw. Czyli idealnym modelem jest taki, jaki dziś realizuje się, zdaje się, w przypadku Pawła Szopy. Oskarżony dostaje zbliżonego do władzy adwokata, który przekonuje go, że za obniżenie lub uniknięcie kary, a także zaprzestanie nękania jego bliskich, ma do wszystkiego się przyznać i obciążyć inne osoby.

Dość charakterystyczne, że takiego modelu w Polsce nie było nawet w PRL – był on natomiast obecny w ZSRR, gdzie faktycznie oskarżeni byli doprowadzani do stanu, w którym wyznawali miłość Stalinowi tuż przed tym, jak oni i ich rodziny dostawali kulkę w łeb.

Ale jest jeszcze jeden ciekawy element tej narracji: kolejny żelazny wątek, by podobnie jak Romanowskiego potraktować… wszystkich PiS-owców, którym zostaną postawione zarzuty. Czyli wystarczy, że ktoś podpadł Bodnarowi, Giertychowi, Tuskowi albo innej pani Wrzosek, bez względu na różnice między nimi. Wtedy z automatu, na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej, wszyscy PiS-owcy, którym postawiono zarzuty, mają być aresztowani, by nie uciekli na Węgry. Tam – dopiszmy sobie logiczny ciąg – w ręce weźmie ich „należyty adwokat”, a nie taki Wąsowski czy Lewandowski, i szybko przyznają się do wszystkiego.

Nie ma sensu przypominać ludziom postulującym takie działania żelaznych dla polskiego prawa zasad odpowiedzialności indywidualnej i domniemania niewinności. Nie ma sensu, bo wychowany na TVN umysł tak głęboko nie sięga. Stąd nerwy w tamtej sprawie.

 

Hubert Bekrycht: MEDIALNA ZDRADA STANU W POLSCE wymaga osądzenia przez Międzynarodowy Trybunał

Kiedy prawie rok temu pisałem o siłowym, bezprawnym przejęciu mediów publicznych i ustanowieniu, na wzrór bolszewicki, nowych marionetkowych władz medialnych spółek skarbu państwa, nie sądziłem, że rząd Tuska posunie się tak daleko… Przyznaję to z bólem. Nie sądziłem, bo naiwność czyni ludzkie życie nieco lżejszym. 

Niestety szybko musiałem zweryfikować prawie 55-letnie doświadczenie życiowe i stawić czoła 32-letniemu doświadczeniu dziennikarskiemu. Nie miałem jednak żadnych wątpliwości, że to co widzę, słyszę i to, co opisują koleżnaki i koledzy praktycznie uwięzieni przez reżim Tuska w siedzibach mediów publicznnych zasługuje na solidny rzetelny przekaz.

Rok temu

Oto, co 20 grudnia ok. 12.50 napisałem na portalu sdp.pl:

„Do czarnych dat polskiej historii przejdzie na pewno 20 grudnia 2023 r., czyli wyłączenie nadajników TVP Info i nielegalna próba „odwołania” władz TVP, PR i PAP bez podawania nazwisk nowych tzw. członków zarządów tych mediów. Zresztą, najprawdopodobniej tych ludzi, – jeśli w ogóle tacy są – nikt nie powołał, bo może to zrobić zgodniej z prawem tylko Rada Mediów Narodowych a to gremium tego nie zrobiło.

Nigdy nie zapomnimy o rządzącym od 13 grudnia br. gabinecie Tuska, nie zapomnimy ich bandyckiego przejęcia władzy w mediach, zresztą nie tylko w mediach.

Jaruzelski śmieje się z piekła do swoich naśladowców. Serdecznie. (…) To jawne pogwałcenie zasad demokracji. Ja uznaję, że ktoś nas napadł, bo wyłączono sygnał programu TVP Info, programu informacyjnego, a dzięki temu można nadawać komunikaty w czasie wojny. Jako dziennikarz PAP nie uznaję też tzw. odwołania moich przełożonych, bo może to zrobić tylko RMN. A nie zrobiła

Dla zaspokojenia głupiej żądzy zemsty wyborców a nade wszystko akolitów medialnych rządu Donalda Tuska, powtórzono to, czego dokonali komuniści i sowieccy agenci w Polsce 13 grudnia 1981 roku. (…)”.

I między innymi za te cztery akapity kilka miesięcy później dyscyplinarnie zwolniono mnie z pracy w Polskiej Agencji Prasowej, gdzie ponad 4 lata z mojego 32-letniego dziennikarskiego życia spędziłem jako zwykły korespondent. Z  Łodzi.

Głupia zemsta

Oczywiście takich tekstów było przedtem i potem, co nie miara, ale akurat to, co stało się 20 grudnia ub. r. nie mogło nikogo z dziennikarzy nie zbulwersować, nie zdenerwować, nie wkurzyć, nie wk…ić. Chodzi o prawdziwych dziennikarzy a nie klakierów tej dziwnej lewackiej kamaryli, która rok temu przejęła nielegalnie media publiczne.

Nie darowano mi też, że jestem sekretarzem generalnym SDP. Marionetkowe władze PAP, którym wytoczyłem proces za bezprawne dyscyplinarne wyrzucenie z pracy, nie nadają się nawet do prowadzenia kiosku z gazetami, a co dopiero do kierowania sporą agencją informacyjną w środku Europy, toteż na wyrok czekam ze spokojem. Chociaż, jak mówiła seniorka Pawlakowa z „Samych swoich”: „Sąd sądem…”. No, poczekam.

Świadczyć o medialnym zamachu stanu

Taka jest też jest historia wielu innych zwolnionych z miediów publicznych – w dużym skrócie i przybliżeniu, zachowując odpowiednie proporcje, bo nie porównuję się ze zdolniejszymi i bardziej znanymi koleżankami i kolegami także ukąszonymi przez medialną żmiję po 20 grudnia 2023 r.

I niech Was nie zwiodą tzw. symetryści. Obecność w siedzibach polityków PiS i SP była, podczas tzw. kontroli poselskich, konieczna. Bez tego, skoro ochorniarze zatrudniani przez grupę „Wejście” rzucali się na parlamentarzystów, co byłoby z dziennikarzami broniącymi swoich miejsc pracy? Wówczas, kiedy targały wszystkimi emocje?

Teraz może tacy dziennikarze wychodziliby za dobre sprawowanie, aby czekać na kolejny proces, bo przecież rządowi namiestnicy we władzach TVP, PR i PAP, mogliby zarzucić im „zbrojne ataki na siły porządkowe”. I nie ważne byłoby, że „atakujący to nikczemnej postury dziennikarka/dziennikarz” ważne, że „zaatakowali”. Tak mogłoby być, gdyby nie politycy PiS. Nie wierzycie? Zapytajcie koleżanek i kolegów obserwujących konflikty zbrojne zaczynające się zazwyczaj w mediach… I to nie tylko na Wschodzie.

Wszyscy zwolnieni lub przeznaczeni do zwolnienia po rządowym napadzie na media publiczne –  czy to prezesi: Matyszkowicz, Adamczyk, Surmacz, Kamińska, czy to czołowi dziennikarze mediów publicznych, m.in.: Romaszewska-Guzy, Tulicki, Gargas, Pereira, Brodzik, Rachoń, Popek, Borecki, Ziemiec i wielu, wielu innych – mają w sobie wiele determinacji, aby robić swoje, ale nade wszystko chcą świadczyć o kradzieży mediów, „w majestacie prawa”. No właśnie – ani majestacie ani prawa.

Jak walczyć z medialną mafią?

Do tego przez cały rok 2024 rządowi siepacze Tuska rzucali czym popadnie w media konserwatywne. Tego też nie zapomnimy… Całe szczęście, że TV Republika, wPolsce24, Tygodnik Solidarność, Tysol.pl, Niezależna.pl, Gazeta Polska, Telewizja Trwam, Radio Maryja, Radio Wnet i sdp.pl oraz wiele innych niezależnych mediów, ma się dobrze. Albo nieźle. Albo tak sobie. Ale są. Trwa walka.

Czy jest to turniej rycerski? Nie, nie i potrzykroć nie. Łachudry zasługują na takie samo postępowanie wobec nich. Wiem, wiem, nie powinniśmy itd… Tylko, że oni – np. media spod znaku żółto-niebieskiej gorączki krwotocznej toczącej Polskę medialną od ponad 27 lat – takich wyrzutów sumienia nie mają. To samo dotyczy neo TVP… Z Polsatem mam problem, bo oni są jak jeden z nieżyjących już polityków. Nie wiadomo, czy schodzą, czy wchodzą po schodach.

Likwidacja prawa, zapowiedź nieuznania wyborów w 2025 roku, likwidacja wszystkiego co dobre w gospodarce, aby sprzedać nasze rynki Berlinowi, Paryżowi a może, czort wie, nawet Moskwie, to nie są zarzuty na nieistniejących już kolegiach ds. wykroczeń za „uprowadzenie” krowy sąsiada albo „celowe doprowadzenie do upicia się sąsiadki alkoholem nielegalnej producji”.

Zniszczenia i Międzynarodowy Trybunał

Ekipa, która zniszczyła media publiczne i wyłączyła podczas wojny sygnał telewizyjny, nie zasługuje na miano rządu. To są po prostu dekonstruktorzy narodu polskiego, państwa i społeczeństwa, więzi między obywatelami oraz, tak napiszę to, bandyci medialni.

Nie ma sensu zresztą tłumaczyć ile nas Polaków, w tym prawdziwych dziennikarzy i pracowników mediów, kosztowałą ta medialna zdrada narodowa. Zamach stanu w najczystszym wydaniu nie może być sądzony przez polski sąd. A Boga w tej sprawie też, na razie, zostawmy.

Domagam się Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości dla Tusków, Kierwińskich, Sienkiewiczów, Kosiniaków-Kamyszów i innych tego typu „polityków”, który niszcząc media publiczne, a także próbując uniemożliwić pracę mediom konserwatywnym, wystawili w grudniu 2023 roku Polskę na cel Rosjanom operującym za naszą wschodnią granicą. Wyłączenie sygnału telewizyjnego TVP Info i 16 oddziałom regionalnym TVP na kilkanaście dni potwierdza winę tej liberalno-lewackiej ekipy.

Całe szczęście, że także ruscy żołnierze, zaczynają pić już przed świętami Bożego Narodzenia i kończą w połowie stycznia…Rok temu też tak było. Ale drugi raz tyle szczęścia mieć nie będziemy.

 

Hubert Bekrycht *

red. nacz. portalu SDP – sdp.pl

sekretarz generalny SDP

*poglądy wyrażone przeze mnie w tym felietonie nie stanowią odzwierciedlenia stanowiska władz SDP

 

Poniżej felieton z 20 grudnia 2023 r., kiedy, po bezprawnym przejęciu przez rząd mediów publicznych, wyłączono sygnały TVP Info i 16 oddziałów terenowych TVP:

Hubert Bekrycht: ZAMACH STANU NA ŻYWO, CZYLI STAN WOJENNY NIE TYLKO W MEDIACH

 

WALTER ALTERMANN: Zabójstwo prezydenta Gabriela Narutowicza

16 grudnia 1922 roku w gmachu Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie zamordowany został strzałami z pistoletu pierwszy Prezydent Odrodzonej Polski – profesor Gabriel Narutowicz. Mordercą był artysta malarz Eligiusz Niewiadomski.

W każdym polskim większym mieście mamy dziś ulice imienia zamordowanego prezydenta, ale czy zdajemy sobie sprawę z tego, co naprawdę stało się 122 lata temu? Czy wyciągnęliśmy, jako naród, właściwie wnioski na przyszłość? Obawiam się, że, niestety, nie.

Profesor Gabriel Narutowicz

Gabriel Narutowicz urodził się 17 marca lub 29 marca 1865 roku w Telszach na Żmudzi. Pochodził z rodziny ziemiańskiej. Ojciec, Jan Narutowicz – jako postępowy ziemianin – jeszcze przed ogłoszeniem manifestu powstańczego Rządu Narodowego, zniósł w swoich dobrach pańszczyznę. Za udział w powstaniu styczniowym został skazany na rok więzienia. Ojciec Jan wcześnie osierocił Gabriela, bo zmarł w rok po jego urodzeniu. Matką Gabriela Narutowicza była Wiktoria ze Szczepkowskich, trzecia żona Jana Narutowicza. To ona przejęła ciężar wychowania synów po śmierci męża. Jako kobieta wykształcona i zafascynowana filozofią oświecenia wywarła duży wpływ na poglądy młodego Gabriela. W 1873 r. postanowiła przenieść się do Lipawy, aby uchronić swych synów przed nauką w szkole rosyjskiej.

Osiągnięcia zawodowe Gabriela Narutowicza

Po ukończeniu gimnazjum w Lipawie Narutowicz podjął studia na Wydziale Matematyczno-Fizycznym Uniwersytetu w Petersburgu. Jednak nie ukończył ich z powodu choroby. Dużą część życia spędził w Szwajcarii, gdzie w latach 1886–1891 studiował na Politechnice w Zurychu.

W czasie studiów pomagał Polakom, ściganym przez carat; związany był też z emigracyjną partią „Proletariat”. Uniemożliwiło mu to powrót do kraju, gdyż władze rosyjskie wydały nakaz jego aresztowania. Przyjął obywatelstwo szwajcarskie (1895), a po ukończeniu studiów pierwszą posadę otrzymał w biurze budowy kolei żelaznej w Saint Gallen.

Był inżynierem i konstruktorem. W 1895 r. objął stanowisko szefa sekcji regulacji Renu. Jego prace były nagradzane na Wystawie Międzynarodowej w Paryżu (1896), zyskał też sławę jako pionier elektryfikacji Szwajcarii. Kierował budową wielu hydroelektrowni w całej Europie. Jego największym dziełem była elektrownia na rzece Aare w Mühlebergu pod Bernem.

W 1907 r. został profesorem w katedrze budownictwa wodnego na Politechnice w Zurychu. W latach 1913–1919 był tam dziekanem. Zatrudniony w biurze inżynierskim Narutowicza był inż. Kazimierz Ślączka, jego późniejszy doradca ds. przemysłu naftowego. Narutowicz był również członkiem szwajcarskiej Komisji Gospodarki Wodnej. W 1915 r. został przewodniczącym międzynarodowej komisji regulacji Renu.

Powrót do Polski

W czasie I wony światowej Narutowicz był aktywny w pracach Szwajcarskiego Komitetu Generalnego Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce. Należał też do stowarzyszenia La Pologne et la Guerere w Lozannie. Politycznie stopniowo zbliżał się do koncepcji realizowanych przez Józefa Piłsudskiego. We wrześniu 1919 roku, na zaproszenie polskiego rządu, przybył do kraju, gdzie aktywnie zaangażował się w odbudowę odrodzonego po rozbiorach państwa.

23 czerwca 1920 objął tekę ministra robót publicznych w rządzie Władysława Grabskiego i kierował tym ministerstwem do 26 czerwca 1922 roku, pełniąc tę funkcję także w pierwszym rządzie Wincentego Witosa, a także w pierwszym i drugim rządzie Antoniego Ponikowskiego. Jako minister robót publicznych wykorzystywał swoje bogate doświadczenia z pracy w Szwajcarii, m.in. badał bieg Wisły na odcinku od Warszawy do Modlina i podejmował prace w sprawie jej regulacji oraz nadzorował prace budowy hydroelektrowni w Porąbce na Sole.

28 czerwca 1922 r. został ministrem spraw zagranicznych w rządzie Artura Śliwińskiego i tę funkcję pełnił również w późniejszym rządzie Ignacego Nowaka. W dniach 14–16 września brał udział w oficjalnej wizycie naczelnika państwa w siedzibie królewskiej Sinaia w Rumunii. W październiku, jako minister spraw zagranicznych, reprezentował Polskę na konferencji w Tallinie. Walnie przyczynił się do wzmocnienia sojuszu z Rumunią, zawartego 3 marca 1921 roku.

Dlaczego wrócił

Rozpisałem się o osiągnięciach zawodowych i politycznych Gabriela Narutowicza, chciałem bowiem uwypuklić jego talenty, ogromną pracowitość oraz zawodową pozycję w Europie. Naprawdę niewielu z Polaków w tamtych czasach doszło do tak wysokich zawodowych pozycji.

Narutowicz mógł spokojnie kontynuować swoje prace naukowe w Szwajcarii, realizować swoje wynalazki i nowatorskie rozwiązania techniczne w całej Europie. I żyć przy tym niezwykle dostatnio. Dlaczego więc wrócił?

Prawdopodobnie dlatego, że był Polakiem i czuł się potrzebny odradzającej się ojczyźnie. Nie był zawodowym politykiem, nie zależało mu na popularności, nie liczył na zaszczyty, ani na pieniądze. Bo to wszystko już miał.

Krótko mówiąc, w niczym nie przypominał większości naszych współczesnych polityków, bo ci są ciągle na dorobku – tak mentalnym, jak materialnym.

Wybory

Wysunięcie kandydatury Narutowicza na prezydenta było dla niego dużym zaskoczeniem. Wahał się, wątpił czy podoła. Kandydowanie odradzał mu Józef Piłsudski. Początkowo Narutowicz zamierzał odmówić, jednak ostatecznie przyjął propozycję złożoną mu przez działaczy PSL Wyzwolenie.

Pierwsza tura głosowania nie przyniosła rozstrzygnięcia. W kolejnej turze odpadł socjalistyczny kandydat Ignacy Daszyński, ale następne głosowania również nie przyniosły rozwiązania. Jako kolejni odpadali: kandydat połączonych klubów mniejszości narodowych: Jean Baudoin de Courtenay (znakomity językoznawca) i wreszcie Stanisław Wojciechowski (obstawiany jako pewny konkurent endeckiego kandydata). W ostatniej turze, która musiała przynieść rozstrzygnięcie, głosowano zatem nad dwiema kandydaturami: Maurycego hr. Zamoyskiego i Gabriela Narutowicza.

Kandydatura Maurycego hr. Zamoyskiego była trudna do poparcia przez posłów „Piasta”, politycznie zbliżonych do endecji, gdyż był on największym posiadaczem ziemskim, a oba stronnictwa chłopskie („Piast” i „Wyzwolenie”) były zwolennikami radykalnej reformy rolnej.

Tu trzeba zauważyć, że wieś polska łaknęła ziemi, a większość chłopstwa (głównie w dawnej Galicji) głodowała na niespełna morgowych spłachetkach ziemi. Zapowiadana przez kolejne rządy reforma rolna, która miał owym chłopom dać trochę więcej ziemi, w niczym nie przypominała reformy rolnej po roku 1945. Owszem miano odbierać cześć ziemi wielkim gospodarstwom (głównie Ordynacji Zamoyskich), ale za wykupem. Część wartości ziemi miało pokrywać państwo, a część chłopi, ci obdarowani ziemią.

O wyborze Gabriela Narutowicza przesądziły głosy lewicy, mniejszości narodowych oraz PSL „Piast”, które wbrew oczekiwaniom w ostatniej turze głosowania poparło Narutowicza, zamiast Zamoyskiego. W ostatniej turze głosowania posłowie endeccy usiłowali sprowokować awanturę, aby zerwać posiedzenie; występowali także z groźbami pod adresem posłów mniejszości narodowych, zwłaszcza Żydów. W wyniku rozstrzygającego głosowania Gabriel Narutowicz otrzymał 289 głosów, a hr. Zamoyski – 227 (29 głosów było nieważnych). Tym samym Narutowicz został pierwszym prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej.

Reakcje po wyborze prezydenta

Natychmiast po wyborze Narutowicza warszawska młodzież związana z Narodową Demokracją zorganizowała demonstrację, w której pod hasłami „Precz z Narutowiczem”, „Precz z wybrańcem Żydów” i nawoływała do oprotestowania wyborów.

Napastliwą kampanię prasową przeciwko prezydentowi rozpętały endeckie gazety: „Gazeta Warszawska” oraz „Gazeta Poranna 2 Grosze”, zarzucając mu przynależność do masonerii, ateizm, a głównie zdobycie urzędu dzięki głosom mniejszości narodowych, co miało rzekomo ubliżać „prawdziwym Polakom”.

Demonstrantów poparł sympatyzujący z endecją generał Józef Haller, którego prawica podczas manifestacji witała okrzykami „Niech żyje Haller, prezydent Polski”. Wznoszono również okrzyki na cześć Benito Mussoliniego, przywódcy zamachu stanu we Włoszech.

Ówczesna prawica i konserwatyści nie przyjęli do wiadomości, że przegrali. I ta cecha naszej sceny politycznej jest stała i trwała. Bo także dzisiaj przegrane partie nie mogą pogodzić się z porażką i szukają winnych w mediach, w spisku szeroko rozumianego świata, w głupocie wyborców, bądź ogłupieniu ich przez obce media, w dezinformacji medialnej. Wszyscy są winni – tylko nie sami przegrani. Genetycznie nie jesteśmy skorzy do „stawania w prawdzie”.

W grudniu 1922 roku dochodziły jeszcze argumenty, że Narutowicz został wybrany „głosami obcych”. Za obcych zaś prawica uważała wszystkie mniejszości narodowe oraz „antypolską z natury” lewicę. I nijak nie docierało do niej (prawicy), że Żydzi, Niemcy, Czesi, Ukraińcy i Białorusini żyjący wówczas Polsce, mają takie same prawa obywatelskie jak Polacy z rodowodem i patentem na polskość. Poruszano także fakt, że Narutowicz mówił z silnym akcentem niemieckim, bo przecież większą część swego dorosłego życia spędził w Szwajcarii.

Tu dotykamy ciekawego zresztą problemu, czy Polakiem jest każdy obywatel zamieszkujący terytorium RP, czy też jedynie obywatel narodowości rdzennie polskiej?

Powiedzieć, że po wyborze Narutowicza przez cały kraj przeszła ogromna fala wściekłej nienawiści, to powiedzieć za mało. Niestety, daliśmy (jako naród) słabe świadectwo demokracji. Może nie cały naród, ale przecież spora jego część.

Zaprzysiężenie

Zaprzysiężenie Gabriela Narutowicza odbyło się 11 grudnia 1922. W dniu zaprzysiężenia demonstranci wyruszyli w rejon ulicy Wiejskiej, z zamiarem niedopuszczenia do Sejmu tych posłów, którzy opowiedzieli się za Narutowiczem. Na placu Trzech Krzyży doszło do starć pomiędzy przeciwnikami i zwolennikami Narutowicza (robotników z PPS z nacjonalistyczną młodzieżą), w wyniku których rannych zostało kilkanaście osób.

Wbrew protokołowi premier Julian Nowak odmówił towarzyszenia Narutowiczowi w jego powozie w drodze na zaprzysiężenie prezydenta elekta do Sejmu, zastąpił go szef protokołu Stefan Przezdziecki. Wzdłuż trasy przejazdu powozu Narutowicza w asyście dwóch plutonów kawalerii z Łazienek do Sejmu zgromadzili się przeciwnicy jego wyboru, rzucający w prezydenta elekta śnieżkami i gałęziami. „Witali” go wrogimi okrzykami, gwizdami i przekleństwami. Powozowi udało się przedostać przez barykadę wzniesioną z ławek parkowych na rogu Al. Ujazdowskich i ul. Pięknej. W tym czasie jeden z demonstrantów usiłował zadać Narutowiczowi cios kijem z żelazną gałką. Policja nie interweniowała.

W Zgromadzeniu Narodowym, które odebrało od niego przysięgę, wzięli udział tylko jego zwolennicy. Co było już nie tylko afrontem, ale jasnym znakiem powrotu do naszej staropolskiej anarchii. Wg. kilku źródeł historycznych i/lub filmu „Zamach stanu – Śmierć Prezydenta” (1977) w reżyserii Jerzego Kawalerowicza podczas zaprzysiężenia Narutowicza pojawił się jeden z posłów prawicy lub związany z prawicą.

Następne dni

W pierwszych dniach po zaprzysiężeniu Prezydent Gabriel Narutowicz spotkał się z przedstawicielami chadecji i kardynałem Aleksandrem Kakowskim. Liczył się z niemożliwością powołania w Sejmie rządu większościowego, dlatego podjął próby stworzenia rządu pozaparlamentarnego. Jego ukłonem w stronę prawicy było też zaproponowanie teki ministra spraw zagranicznych swojemu kontrkandydatowi Maurycemu Zamoyskiemu.

14 grudnia przybył uroczyście do Belwederu, gdzie odbył się akt przekazania mu władzy przez Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego. Naczelnik wygłosił wtedy następujące oświadczenie (pisownia oryginalna):

„Naczelnik Państwa przywitał Prezydenta Rzeczypospolitej, zaznaczając, że przyjmuje go w szarej kurtce legionowej, w której przed czterema laty wszedł do Belwederu i w której pragnie go opuścić. Następnie Naczelnik Państwa oświadczył, że oprócz protokołu urzędowego, wymaganego przez ustawę, żądać będzie sporządzenia protokołu dodatkowego, zawierającego stwierdzenie jego kasy osobistej, stanu kasy i rachunkowości funduszów dyspozycyjnych i inwentarz ruchomości, stanowiących własność skarbu państwa.”

Po podpisaniu protokołu o przejęciu władzy i odebraniu przez prezydenta defilady oddziałów wojskowych na dziedzińcu belwederskim, Józef Piłsudski zaprosił go na śniadanie, podczas którego wygłosił toast (zamieszczony w Monitorze Polskim z 15 grudnia 1922 r.)

„Panie Prezydencie Rzeczypospolitej! Czuję się niezwykle szczęśliwym, że pierwszy w Polsce mam wysoki zaszczyt podejmowania w moim jeszcze domu i w otoczeniu mojej rodziny pierwszego obywatela Rzeczypospolitej Polskiej. Panie Prezydencie, jako jedyny oficer polski służby czynnej, który dotąd nigdy przed nikim nie stawał na baczność, staję oto na baczność przed Polską, którą Ty reprezentujesz, wznosząc toast: Pierwszy Prezydent Rzeczypospolitej niech żyje!.”

Zabójstwo

Narutowicz, mimo ustania protestów 12 grudnia 1922 roku, wciąż otrzymywał listy z pogróżkami. Eskalacja agresji wymierzonej przeciwko prezydentowi sięgnęła zenitu 16 grudnia, kiedy podczas wizyty w gmachu Zachęty Narutowicz został zastrzelony przez powiązanego z endecją malarza Eligiusza Niewiadomskiego.

Śmierć pierwszego prezydenta II Rzeczypospolitej wywołała wzburzenie, a „Kurier Polski” pisał, iż „płomień do pochodni (Niewiadomskiego) wyszedł z tej atmosfery nienawiści i gwałtu, którą wytworzyły złe duchy Polski w dniach ostatnich.”

Uroczystość pogrzebowa Narutowicza odbyła się 19 grudnia 1922 roku. Niewiadomskiemu wytoczono proces o zamach na godność prezydenta Polski, zakończony wydaniem nań wyroku śmierci. Wyrok wykonany został 31 stycznia 1923 roku.

Urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Gabriel Narutowicz pełnił przez pięć dni.

O tym należy pamiętać

Opowiadanie o tym, że Prezydenta Gabriela Narutowicza zabił jakiś szaleniec jest bałamuctwem. Niewiadomski był oficerem wywiadu w czasie wojny polsko-rosyjskiej, był aktywny politycznie i swych poglądów się nie wyrzekł. Na procesie twierdził, że zrobił to dla dobra świętej Polski.

Oczywiście Eligiusz Niewiadomski był człowiekiem szalonym, skłonnym do przesady w swych ocenach politycznych, o czym zaświadczają współcześni. Ale właśnie z takimi ludźmi, z odruchami szaleńców muszą się liczyć politycy. Także dzisiaj.

Dzisiejsze media pełne są niezrównoważonych wypowiedzi posłów i senatorów. Ja wiem, że dla polityków świat jest grą a nawet teatrum. Ale muszą oni wiedzieć, że są też w dzisiejszej Polsce osobnicy prości, a za to pamiętliwi i mściwi. I do takiego elektoratu nie wolno nikomu apelować, nie wolno tych ludzi podburzać. Bo z podburzania słabych umysłów łatwo może się zrodzić szaleństwo czynów.

Co z tym pojednaniem

Dzisiaj wiekszość kandydatów na urząd Prezydenta RP głosi, że ich celem jest pojednanie podzielonego narodu. Zgadzam się z tą koniecznością. Tyle tylko, że żaden z kandydatów, ani nikt z ich sztabów nie zająknął się słowem, jak zamierza do pojednania narodowego doprowadzić. Gorzej, bo po deklaracjach o zgodzie, wszyscy kandydaci dalej kopią w najlepsze swych przeciwników. Może chodzi im o zgodę wymuszoną siłą, niemal wyduszoną z leżących na ziemi, z ledwie co zipiących już przeciwników?

Moja matka mawiała, że przeprasza lepiej wychowany. Przeprasza, wyznając swe winy. A tu, jak dotąd nikt do żadnych win własnych nie przyznał się i nie ma zamiaru. Szlacheckie przywary są w nas żywe, nawet wśród potomków pańszczyźnianych chłopów, a to: zapalczywość, samowola, pogarda dla sądów, skłonność do przesady, brak powściągliwości i rozwagi politycznej.

Jesteśmy jak ów krawiec, któremy klient przyniósł marny materiał na garnitur – „Słabo to widzę”. Ja to nasze narodowe pojednanie też słabo widzę.

 Walter Altermann

***  *** ***

 

Polemika

Rzadko pozwalam sobie na polemikę z Autorami na naszych wirtualnych łamach, a już najrzadziej na komentarz wobec naszego zbiorowego sumienia, zacnego  Waltera Alteremna. Mam nadzieję, że tym razem, wybaczy mi inne zdanie.

Sprawa morderstwa politycznynego prof. Gabriela Narutowicza, wybranego na stanowisko prezydenta pod koniec 1922 roku i jego zabójstwa przez nacjonalistycznego fanatyka nie jest wcale prosta. Do dziś historia miesza się tutaj z polityką. I obecnie i wówczas, w te tragiczne dni grudniowe, polityka – bezwzględna, brudna i nastawiona na „zysk” społeczny w postaci późniejszych głosów „przemówiła” ostro. I skończyła się morderstwem, zamachem stanu, zabiciem pierwszego polskiego prezydenta.

Fakt sprawczości bezpośredniej, czyli ręka nacjonalistycznego zabójcy Niewiadomskiego, nie ulega wątpliwościom ani prawnym ani historycznym ani politycznym przesłankom, którymi kierował się szaleniec. Czy jednak do morderstwa Narutowicza zachęcała prawica? Tak jak to wtedy, sto lat temu i dziś często mówią liberałowie i lewicowcy. 

Nie, to nie jest prawda. Ani lewica ani centrum ani prawica, zarówno w 1922 roku, jak i teraz nie były i nie są jednorodne. Szybkie zwroty i dynamika polityczna samego aktu wyboru pierwszego prezydenta RP świadczą o tym, że ani w centrum ani na lewicy (prawdziwej lewicy) nie było jednomyślności wobec kandydatury Narutowicza. A w końcu był to wówczas obóz zwycięski. 

Rzecz w tym, że centrum i lewica były sto lat temu, tak ja zresztą dziś, tak przestraszone protestami prawicy i nacjonalistów,  że po prostu nie odpowiedziały z odpowiednią siłą – polityczną – na gwałtowne manifestacje wrogie prezydntowi. Źle to świadczyło o sile obozu, który doprowadził do władzy wybitnego Polka, patrioty profesora Gabriela Narutowicza, pierwszego Prezydenta RP.

Źle też świadczy porównywanie przez centrum i lewicę mordu politycznego sprzed stu lat do obecnej sytuacji w Polsce. Po 1989 roku najbardziej podobnym, tragicznym wydarzeniem tego rodzaju był zamach dawnego członka PO  łódzkie biuro Prawa i Sprawiedliwości i śmierć działacza PiS Marka Rosiaka (ranny został też inny pracownik biura).

Proszę porównać echa zbrodni sprzed 100 lat z tą z 2010 roku. Roku tragicznej katasrofy w Smoleńsku, gdzie zginął Prezydent RP Lech Kaczyński, Jego  żona Maria, ostatni Prezydent RP na uchodźctwie Ryszar Kaczorowski – bezpośredni następca Gabriela Narutowicza oraz 93 inne osoby reprezentujące elitę państwa polskiego.

Katastrofa w Smoleńsku coraz śmielej i coraz częściaj nazywana jest zamachem, bo kontekst polityczny i międzynarodowy, nie tylko teoretyczna wola sprawcza Rosji, jest od 14 lat tematem debat publicznych. I tak jak inspiracji a nawet sprawstwa zamachu na Prezydenta RP Gabriela Narutowicza nie udowodniono prawicy, tak zamachu na samolot z Prezydentntem RP Lechem Kaczyńskim – z uwagi na brak zdecydowanych, a być może skrywanych dotąd dowodów – nie udowodniono przedstawicielom polskic liberałów czy lewicowców. Bo z Rosją i jej roli w katastrofie – zamachu może być już wkrótce różnie.

Hubert Bekrycht

Szef KRRiT o przejęciu rok temu mediów publicznych: To była operacja specjalna, nie wiadomo jakich służb

W przededniu rocznicy bezprawnego, siłowego przejęcia mediów publicznych przez koalicję 13 grudnia, w siedzibie Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji odbyła się w czwartek specjalna konferencja poświęcona medialnemu zamachowi stanu z nocy 19 na 20 grudnia 2023 roku – podał portal Biznes Alert i Media Alert.

Zastępca przewodniczącego KRRiT Agnieszka Glapiak zwróciła uwagę, że jeden z tytułów panelu jest bardzo adekwatny do tłumaczenia nowej, nielegalnej ekipy rządzącej obecnie w TVP, czyli „czystej wody”. Tytuł panelu to „Czysta woda i brudne metody”.

Do TVP wracają ludzie komunistycznej bezpieki

Przewodniczący KRRiT Maciej Świrski przypomniał, że przed nielegalnym przejęciem mediów publicznych przez rząd wysłał do nich list napisał list z zaleceniem wzmocnienia ochrony. „ To była operacja specjalna, nie wiadomo jakich służb” – podkreślił szef Krajowej Rady dodając, że obecna narracja nielegalnych mediów publicznych przypomina metody sowieckie.

„Ludzie służb wrócili do TVP” – wtórowała mu publicystka Dorota Kania. Przypomniała, że do telewizji publicznej wrócił m.in.Sławomir Zieliński zarejestrowany jako tajny współpracownik komunistycznej bezpieki – napisano na BA i MA.

Mechanizm jak cep i wyłączenie nadajników

Obecny prezes TVP Michał Adamczyk opisał atmosferę pierwszych godzin brutalnego przejęcia telewizji publicznej. „Chcieliśmy po prostu bronić naszej, legalnej TVP” – mówił Adamczyk zaznaczając, że w strategicznych budynkach TVP zaroiło się od służb. Zwrócił uwagę na wyłączenie sygnału TVP Info i nadajników oddziałów lokalnych, co spowodowało odcięcie odbiorców od rzetelnej informacji w sytuacji zagrożenia ze Wschodu, bo trwa przecież inwazja rosyjska na Ukrainę.

„Rząd Tuska zastosował prosty jak cep mechanizm. Prosty, ale niestety bardzo skuteczny” – mówiła Elżbieta Więcławska-Sauk, członek KRRiT w latach 2016 – 2022.

Bezprawie

Prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Jolanta Hajdasz nawiązała do innej konferencji, która 19 grudnia odbędzie się w warszawskim Domu Dziennikarza przy ulicy Foksal 3/5. „Ta konferencja nosi nazwę <<Zbrodnia bez kary>>. Otóż, trzeba rozliczyć ludzi, którzy przejmowali nielegalnie media rok temu. Nie możemy popełnić błędu, kiedy nie rozliczyliśmy w 1989 roku tych, którzy teraz likwidują media publiczne i szykanują media konserwatywne” – mówiła, cytowana przez BA i MA, Hajdasz.

„Pamiętajmy o skutkach bezprawia sprzed roku. Zwalnianie z pracy dziennikarzy, brutalne, nieporównywalne ze zamianą jakichkolwiek ekip rządzących. Pamiętajmy  o upokarzaniu i zastraszaniu dziennikarzy” – podkreśliła

Hajdasz zaakcentowała szczególnie niepokojące zjawisko. „Pamiętajmy o cenzurze w obecnych mediów publicznych, o cenzurze informacji, o tym, że z sieci zniknęło archiwum” – mówiła prezes SDP.

red sdp.pl/ Biznes Alert/Media Alert

PREZENTACJA KRRIT WYŚWIETLANA PODCZAS DEBATY TUTAJ

 

 

Jakże trafnie dziś pyta CEZARY KRYSZTOPA: Dlaczego oni jeszcze nie siedzą?

– Dlaczego oni wszyscy jeszcze nie siedzą?! – to dramatyczne pytanie niemieckiego blogera z Gazety Wyborczej Bartosza Wielińskiego, jest zarazem zabawne i całkiem poważne. No bo jeśli wziąć pod uwagę intencje red. Bartosza, to rzeczywiście, mają swoje sądy, bezprawnie przejęli prokuraturę, mają rząd, a co za tym idzie aparat przymusu, który zdjął z siebie więzy pułapki prawniczego formalizmu i generalnie jakiekolwiek przywiązanie do praworządności… i nic.

No prawie nic. Udręczyli księdza i dwie byłe urzędniczki, trochę w areszcie potrzymali Kamińskiego i Wąsika, no i kiedy pod przymusem i z wielkim hałasem doprowadzili przed oblicze nielegalnej komisji ds. Pegasusa byłego szefa ABW Piotra Pogonowskiego, ten zrobił im z głupich tyłków jesień średniowiecza.

To nie tak miało być. Ulicami miała płynąć pisowska krew i miały toczyć się głowy pisowców. Według wskazań niemieckiego „ideologischer Führer” tuskowskiej rewolucji, Klausa Bachmanna, Polska miała uginać się pod presją „policyjnych metod”. Pomniejsi pisowcy mieli zostać poddani powszechnemu ostracyzmowi i wystawiani publicznie ku przestrodze wytresowanego już wstydem i poczuciem niższości społeczeństwa. Bo przecież nie narodu. Miały być więzienia pełne pisowców, nawet im miejsce robią wypuszczając z więzień swój najwierniejszy elektorat – bandytów. I co? Ktoś powie – no nie ma za co ich wsadzać – ale czy to tuskowym pałkarzom przeszkadza? Jedyną więc logiczną odpowiedzią wydaje się być – bardzo chcieliby zbudować dyktaturę, ale nie potrafią. Są osłami, którym TVN dorobił wizerunki lwów.

Brukselscy Mogołowie

No chyba, że, wbrew intencjom red. Bartosza, pytanie rozszerzymy, w wyniku czego nabierze powagi. Bo takie pytanie jest całkiem zasadne jeśli chodzi o brukselsko-berlińską oligarchię. Te fałszywe mordy pełne „praworządności”. Dlaczego jeszcze nie siedzą? Ano dlatego, że zbudowali sobie wielce „demokratyczny” system, w którym jako „wielcy brukselscy Mogołowie” nie podlegają żadnej kontroli. Przekonał się o tym nawet Parlament Europejski, który usiłował przepytać Ursulę von der Leyen na okoliczność tajemniczej umowy z Pfizerem na bimbaliony szczepionek. Skutkiem było tylko to, że dowiedział się, nawet nie od von der Leyen, ta wysłała jakąś asystentkę, żeby wyjaśnić, że w zasadzie nie ma trybu, w jakim szefowa KE miałaby odpowiadać przed kimkolwiek.

Wymieniać można długo, Joanna d’Arc „praworządności”, specjalizująca się z „mrożeniu pieniędzy dla Polski”,  Vera Jourova, spędziła w czeskim areszcie miesiąc. Śledztwo umorzono. Eva Kaili, grecka europoseł, członek antypolskiej komisji ds. Pegasusa w Parlamencie Europejskim, głosująca za antypolskimi rezolucjami, uderzała w polski Trybunał Konstytucyjny, pamiętacie Katargate? Walizki pieniędzy? Ciążą na niej poważne zarzuty korupcyjne, ale spokojnie bryluje sobie na brukselskich korytarzach. A to i tak małe miki wobec ich największej winy w postaci doprowadzenia do ruiny projektu Unii Europejskiej w imię, w najlepszym razie – oderwanych od rzeczywistości ideologii, a w najgorszym – jak niektórzy twierdzą, na zlecenie lobbystów, przed którymi brukselskie podwoje nigdy się nie zamykają.

No dobrze, jednego Reyndersa, również asa walki o „praworządność” w Polsce i patrona licznych czeladników nad Wisłą, zawinęli niedługo po zakończeniu roboty w Komisji Europejskiej i po ostatnim dniu immunitetu. Ciążą na nim zarzuty prania brudnych pieniędzy.  A czy zaraz nie wróci na salony?

Rozbiegane oczy Tuska

Jeśli jednak nie wróci, to ten jeden przypadek może stanowić iskierkę nadziei na to, że i naszego, pomniejszego przedstawiciela brukselskiej nomenklatury dosięgnie sprawiedliwość. Donaldowi Tuskowi, zesłanego z brukselskiego Parnasu za głupotę i nieudolność do Warszawy, w ciągu roku udało się rozmontować dobrze prosperujące państwo.

A jednocześnie długo, pomimo ewidentnego łamania prawa przez przedstawicieli jego kamaryli, udawało mu się niczego osobiście nie podpisywać. Pierwszym przypadkiem kiedy mu się nie udało, była sprawa tzw. kontrasygnaty, którą „wycofał”, choć nie miał takiego prawa, a drugą, jak twierdzą mądrzejsi ode mnie, sprawa rzekomego „objęcia TVN i Polsatu ochroną strategiczną”, co, jeśli faktycznie będzie miało miejsce odbędzie się bez podstawy prawnej, ze złamaniem ustaw i konstytucji.

I Donald o tym wie. Dlatego jego oczy, tak pełne buty 13 grudnia zeszłego roku, są dziś jakby mocno rozbiegane.

Prezes SDP po deklaracji premiera o obronie Polsatu i TVN: To wątpliwe z punktu widzenia wolności gospodarczej i wolności słowa

W środę premier Donald Tusk zadeklarował, że przy pomocy rozporządzenia, będzie bronił przed sprzedażą i przejęciem dwóch dużych telewizji komercyjnych Polsat i TVN. „Jeżeli prawdą jest co mówił premier Donald Tusk, wówczas nie będzie można bez zgody rządu sprzedać ani przejąć tych stacji, to jest to decyzja bardzo zaskakująca i kontrowersyjna” – powiedziała portalowi sdp.pl prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP dr Jolanta Hajdasz.

„To wyraźna ingerencja w sferę mediów i to w sferę mediów komercyjnych, które podlegają mechanizmom wolnego rynku i na pewno powinny działać w sposób niezależny od polityków” – oświadczyła szefowa SDP. „Jeszcze kilka lat temu organizowano w Polsce manifestacje w obronie TVN, aby nikt z zewnątrz tej firmy – myślę o instytucjach państwowych – nie ingerował w jej ustrój gospodarczy” – przypomniała. Wówczas wskazywano na niezgodność struktury właścicielskiej TVN z traktatami obowiązującymi w Unii Europejskiej. Pan premier sam sobie przeczy tą decyzją, przeczy temu, co głosił na temat wolności słowa jeszcze kilka miesięcy temu” – zazanaczyła Hajdasz

„Dla mnie sprawa jest dosyć oczywista. W sytuacji, w której pojawiły się realne informacje o tym, że TVN może kupić ktoś nie związany z obozem politycznym Donalda Tuska, to natychmiast premier chcę tę transakcję zablokować, nie wahając się przed użyciem wszelkich dostępnych instrumentów, jakimi byłyby ochrona Polsatu i TVN ze 'względów bezpieczeństwa’ wprowadzona rozporządzeniem”- powiedziała szefowa SDP.

„Jest to na pewno wątpliwe z punktu widzenia zarówno wolności gospodarczej, jak i zasady  wolności słowa i niezależności mediów” – skomentowała.

not. red – sdp.pl

KOMENTARZ MARIUSZA PILISA do decyzji EFJ o niepublikowaniu treści na X Elona Muska

Komentarz wiceprezesa SDP Mariusza Pilisa do decyzji o niepublikowaniu przez EFJ swoich treści na Platformie mediów społecznościowych  Elona Muska X od 20 stycznia 2025 r., czyli od daty objęcia urzędu prezydenta USA przez Donalda Trumpa.

Podstawowa kwestia, która w opublikowanym stanowisku EFJ narzuca się niejako automatycznie to ocena platformy X, którą rzekomo jej obecny właściciel „przekształcił w maszynę dezinformacji i propagandy”. Stanowisko EFJ ma podeprzeć przykład kilku europejskich mediów i organizacji dziennikarskich, które wycofują się z platformy X.

Rodzą się w związku z tym pytania: czy kiedykolwiek w przeszłości, kiedy platforma X nosiła jeszcze dumną nazwę Twitter a umieszczane tam treści podlegały lewicowej cenzurze, EFJ protestowało przeciw tym haniebnym zachowaniom i składało deklaracje opuszczenia tej platformy? Czy czyniły tak inne media, które dumnie wymienia w swojej deklaracji EFJ?

Jakie to „zagrożenia dla demokracji i wolności słowa” stanowi jedyna niepodlegająca cenzurze platforma medialna jaką jest obecnie X? Przecież Elon Musk stając się właścicielem Twittera taką lewicową, wręcz lewacką cenzurę z platformy X zdjął. Czy to przeszkadza EFJ? Symptomatyczne, że deklaracja centrali organizacji dziennikarskich w Europie, następuje po przegranych przez środowiska liberalne i lewackie amerykańskich wyborów prezydenckich. Czyli, jednak polityka. Nie wolność.

Według słów Mai Sever, szefowej EFJ – „Portal społecznościowy X stał się preferowanym nośnikiem teorii spiskowych, rasizmu, skrajnie prawicowych poglądów i mizoginistycznej retoryki. X to platforma, która nie służy już interesowi publicznemu, ale konkretnym ideologicznym i finansowym interesom jej właściciela i jego politycznych sojuszników”.

O jakim „interesie publicznym” pisze Maja Sever? Przecież brak cenzury w komunikacji społecznościowej to zjawisko, które należy wspierać a nie z nim walczyć, argumentując to jeszcze troską o demokrację.

Czy powszechnym zjawiskiem w demokratycznym społeczeństwie, tym bardziej w stanowisku prezentowanym przez EFJ w tej sprawie, ma być bojkot medium, którego nie kontrolujemy? Nie uprawiamy tam ideologicznej cenzury? Nie możemy zablokować treści?

Wielkie musi być rozczarowanie w środowisku EFJ wygraną Donalda Trumpa w amerykańskich wyborach, skoro organizacja pozwala sobie arbitralnie na podjęcie tak kontrowersyjnego stanowiska. Za tym ideologicznym gestem pójdą następne. Na przykład rejestracja na platformie BlueSky, gdzie dominują osoby o liberalnych i lewicowych poglądach rozczarowane zwycięstwem konserwatysty Donalda Trumpa wspieranego przez właściciela X Elona Muska? W zasadzie to już się dzieje. EFJ postanowiła właśnie przenieść się na tę platformę. Chciałoby się skomentować: Z deszczu pod rynnę.

Bo jeśli chodzi o brak „toksyczności” na BlueSky to warto przywołać przykład użytkownika „End Wokeness”. Kilka tygodni temu założył on konto na nowej platformie. Zostało zablokowane po zaledwie 30 sekundach. Dlatego, że napisał tam, iż… istnieją tylko dwie płci.

Symptomatyczna jest tu sytuacja z polskiego podwórka, gdzie praktycznie wszystkie lewicowe środowiska medialne zapowiedziały podobną akcję jak EFJ.

Sekretarz generalny EFJ Ricardo Gutiérrez tak komentuje inicjatywę EFJ:

„Ewolucja redakcyjna X … jest po prostu sprzeczna z naszymi humanistycznymi wartościami, naszym zaangażowaniem w wolność prasy i pluralizm mediów oraz naszą walką z wszelkimi formami nienawiści i dyskryminacji. Decyzja o zawieszeniu naszego konta @EFJEUROPE wydawała nam się oczywista i zachęcamy naszych partnerów i wszystkie organizacje broniące wolności słowa do migracji na inne platformy” – podkreślił Gutiérrez.

Widzę w podjętej przez EFJ inicjatywie skrajnie zideologizowaną, polityczną postawę. Tym bardziej niebezpieczną, że zmienia podstawowe w demokracji znaczenia i pojęcia. Ucieczka z nieobjętego cenzurą obszaru mediów społecznościowych w kierunku „innych platform”, gdzie cenzuruje się powszechnie wypowiedzi, eliminując wolność słowa uważana jest za wybór wolności i odejście od „toksyczności i dezinformacji”.

EFJ to federacja złożona z wielu podmiotów, wielu środowisk i indywidualności. Nikt nie zadał sobie trudu aby skonsultować z organizacjami narodowymi powyższe stanowisko. Nikt nie zapytał nas w SDP, co o tym myślimy. Tak ma wyglądać owa wolność i demokracja w obronie których zastosowano arbitralne, niekonsultowane decyzje, które pchają EFJ do wizerunkowej katastrofy? Przecież tak poważna deklaracja polityczna, jaką jest decyzja o wyjściu z platformy X, powinna być przedmiotem szerokiej debaty środowiska. Najlepszym do tego miejscem są coroczne zjazdy delegatów wszystkich europejskich organizacji krajowych. Ale zamiast tego pcha się wszystkich arbitralnie w kierunku lewackiej ściany, mimo, że nie wszyscy się z tym zgadzają.

I na koniec taka refleksja:

Drogie Koleżanki i Koledzy z centrali EFJ, platforma X to medium. Platforma Bluesky to także medium. Dlaczego nie chcecie aby nasze treści docierały do wszystkich użytkowników sieci społecznościowych? Tych z lewa i tych z prawa? Tych na górze i tych na dole? Warto nakładać sobie kaganiec poprawności politycznej i ideologiczną smycz tam, gdzie może dominować wolność i różnorodność? EFJ powinna mieć swoje konta profilowe na wszystkich platformach społecznościowych. Stosowanie kneblującej autocenzury o wyraźnie lewackim kolorze nasuwa skojarzenia orwellowskie. Że są równi i równiejsi. To bardzo niebezpieczna zabawa, która ujawnia jakimi ścieżkami wypychana jest z EFJ logika a zastępuje ją ideologia. Z pewnością trzeba będzie to omówić na najbliższym zjeździe EFJ, w maju 2025, w Budapeszcie.

 

Mariusz Pilis

wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (SDP)

 

Poniżej link do artykułu ze strony EFJ zapowiadającego niepublikowanie na X od 20 stycznia 2025 r. treści firmowanych przez federację

X-odus: @EFJEUROPE account will be frozen from 20 January 2025

 

 

 

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Monika Olejnik i ruscy terroryści

Obejrzałem TVN, a tam wiecznie żywa Monika Olejnik z członkami nieszczęsnej komisji pegasusowej, państwem Zembaczyńskim i Sroką. Jednym z głównych tematów były związki kandydata Nawrockiego z zatrzymanym niejakim Olgierdem L. Całość rozmowy powinna zaprowadzić tę trójkę prosto przed sąd, gdzie należałoby zapłacić solidne kwoty za serię pomówień i zniesławień.

Schemat wygląda zawsze tak samo. Pani prowadząca stwierdza, że Karol Nawrocki ma straszne powiązania z jeszcze straszniejszymi gangsterami, czego dowodem ma być zupełnie przypadkowe przymknięcie jednego z nich przez prokuraturę. Potem pani Sroka, jako była policjantka z Trójmiasta, relacjonuje, że związki kandydata z półświatkiem były „powszechnie znane”. Muszę przyznać Witoldowi Zembaczyńskiemu, że lepiej od koleżanki zdaje sobie sprawę z konsekwencji prawnych swoich słów, bo zabezpiecza się, zwracając uwagę, że to, o czym mówi, opiera się na jakimś dokumencie, który wytworzyła, a może po części spreparowała pisowska konkurencja Nawrockiego. Ale prowadząca nie traci animuszu. Sprawa przenosi się w obszar powiązań kandydata z międzynarodowym terroryzmem i rosyjską agenturą.

Najważniejsza manipulacja dziennikarzy prowadzących program, o ile Monikę Olejnik można wciąż nazywać dziennikarką, polega na ustawieniu pewnych tematów a priori. Polega na uznaniu ryzykownych tez, hipotez czy wręcz pomówień za punkt wyjścia, a potem budowaniu na ich bazie piętrowego zniesławienia. Tego rodzaju manipulacji narracyjnej, albo świadomego popełniania błędu, po łacinie zwanego petitio principii, nie trzeba uczyć się na kursach ani od rodziców esbeków. Uczciwie mówiąc, byle kretyn to potrafi zrobić, a większość z nas czasami w ten sposób manipuluje. Jest to dość powszechne w programach telewizyjnych, a „wzorcowe” BBC i CNN osiągnęły w tym mistrzostwo. Nie rozmawiano na przykład przed rokiem o tym, czy faktycznie w Polsce łamane są praworządność albo prawa mniejszości, ale o tym, jak temu zaradzić, przy założeniu, że problem jest oczywisty i jednoznaczny. Prawdziwy problem pojawia się wtedy, kiedy w programie brakuje nawet jednej osoby, która by tę narzuconą tezę podważyła.

A da się inaczej. Potem przełączyłem na rozmowę Katarzyny Hejke w „Republice” na ten sam temat z kilkorgiem polityków. Hejke także w pytaniach stawia tezy – zresztą wiadomo, że ma wyraziste poglądy. Jednak w jej programie pojawia się odniesienie do różnych możliwości i wątpliwości. Jest dyskusja o samym Nawrockim i jego znajomych, o tym, czy niejakiego Olgierda L. na pewno przypadkowo zatrzymano tuż przed wyborami, oraz o brutalności kampanii wyborczej. Wśród gości znalazł się zarówno przedstawiciel Platformy, jak i ktoś z Razem. Toczy się rzeczywista dyskusja.

Natomiast jeśli prowadząca program, który – czy tego chcemy, czy nie – jest dość wpływowy, wychodzi od faktycznego pomówienia wobec kandydata prezydenckiego, a potem dwóch rozmówców o takich samych poglądach bije pianę, to mamy do czynienia z upadkiem. Szczęśliwie w przypadku Moniki Olejnik nie ma już jak upaść niżej, więc BHP dziennikarskie zostało zachowane.

 

CEZARY KRYSZTOPA: Barnier upadł, Scholz upada, a i Tusk jakiś niewyraźny

Upadł rząd Michela Barniera we Francji. Rząd Olafa Scholza ledwo trzyma się kupy. A i Donald Tusk coś jakiś niewyraźny.

Rząd Michela Barniera upadł. Być może to ostatni rząd, który był w stanie urodzić Emmanuel Macron. W rozbitym francuskim parlamencie nie bardzo widać partię, czy koalicję, która mogłaby jakiemukolwiek rządowi zapewnić stabilną większość. Macron wprawdzie odmawia ustąpienia ze stanowiska, ale nie wiadomo jak w takim stanie długo wytrzyma.

Barnier (Macron?)

Niektórzy mówią, że to „wina” Marine Le Pen, która miała go po cichu wspierać, a ostatecznie tego wsparcia odmówiła. Czy można się jednak dziwić liderce francuskiego Zjednoczenia Narodowego, któremu tyle razy odmawiano udziału we władzy, tyle razy odsuwano od wpływu na Francję przy pomocy dziwacznych machinacji, łamiąc przy tym wyroki francuskiego demosu?

Nie wiem czy obserwujemy dziś tylko upadek francuskiego magika Emmanuela Macrona, czy w ogóle upadek obecnego francuskiego modelu „demokracji liberalnej”. Jak by się to jednak nie skończyło, to ta rzekoma „demokracja” liberalna, w coraz większym stopniu pozbawiona znamion demokracji, sama jest sobie winna. Tak długo kuglowała i kiwała, że w końcu zaplątała się we własne sznurówki i wyrżnęła głupim ryjem o glebę.

Olaf Scholz

Zadziwiająco podobnie wygląda sytuacja rządu Olafa Scholza w Niemczech. Mniejszościowy rząd po rozstaniu z liberalną FDP jeszcze jakoś siłą inercji jedzie, ale spodziewane są rychłe, przedterminowe wybory, które SPD zapewne przerżnie z kretesem.

Znów, można oczywiście winą za upadek niemieckiego rządu obarczyć wierzgającego szefa FDP Christiana Lindnera. Wieść jednak gminna niesie, że był zmuszany przez Scholza do cudów nad budżetem, a pozostawanie w niepopularnym rządzie groziło zanikiem FDP.

Sytuacja w Niemczech wydaje się na nieco innym etapie niż we Francji. Bardziej prawdopodobne jest, że upadnie rząd, ale nie upadnie system polityczny. Istnieje jednak alternatywa w postaci CDU-CSU, która przy dobrych dla siebie wiatrach, będzie gotowa przejąć berlińskie stery. Jednak niemieckie „elity” i niemiecką „demokrację liberalną” toczą te same robaki, co francuskie i lata guseł odprawianych nad wyrokami demokracji, mogą sprawić, że co się odwlecze, to nie uciecze.

Donald Tusk

W tym czasie w Polsce rządzi niemiecki gubernator na Polskę Donald Tusk. Dopiero co wydawało się, że złapał wiatr w żagle i wykorzystując pozytywną dla siebie koniunkturę, czyli swego rodzaju bidenowski leasing Europy na rzecz Niemiec, odnajdzie się w roli tego, który złamie i na powrót przytroczy Polskę do niemieckiego powozu. Jednak wiele w tej kwestii zmienił wynik wyborów w Stanach Zjednoczonych. Nie wiem co będzie z Francją, ale wiele wskazuje na to, że rząd w Niemczech zmieni się również po to, by stosunki niemiecko – amerykańskie pozostały na w miarę rozsądnym poziomie. W tym układzie Tusk może się okazać nie tyle atutem, co obciążeniem dla Niemiec. Już widać, że szuka sobie nowego pana pośród tych, którzy w Brukseli popiskują, że „Europa poradzi sobie bez USA i Trumpa”.

Kiepski to jednak patron, mający oparcie jedynie w części brukselskiej biurokracji. I o ile Niemcy nie odważą się na wariant „Amerykanom mówimy, że Tusk jest be, ale po cichu go podtrzymujemy”, to jego przyszłość maluje się raczej w dość ponurych barwach.

A to jest, proszę Państwa, jeszcze jedna szansa dla Polski. Nie taka znów wielka i niepozbawiona wad. Ale jest.

Prezes SDP JOLANTA HAJDASZ o likwidacji BIEŁSATU: (…) historia i państwo polskie rozliczą likwidatorów z TVP

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich poprzez specjalne oświadczenie Centrum Monitoringu Wolności Prasy  stanowczo zaprotestowało przeciwko likwidacji niezależnej Telewizji Biełsat. Apelujemy także do wszystkich odpowiedzialnych osób i instytucji o podjęcie działań w celu utrzymania funkcjonowania tej stacji na odpowiednim do jej rangi poziomie. W ciągu 18 lat swojego istnienia telewizja Biełsat stała się ważnym narzędziem realizacji zasady wolności słowa, niezależności dziennikarskiej i pluralizmu mediów w państwach Europy Wschodniej, przede wszystkim na Białorusi i w Rosji.  Niszczenie tego dzieła jest skandalicznym naruszeniem tych  fundamentalnych  dla współczesnych państw zasad i lekceważeniem praw człowieka. Pozwolę sobie rozszerzyć dziennikarskim komentarzem to nasze stanowisko. Skandal i hańba  to najłagodniejsze słowa, jakich można użyć widząc działania likwidatorów w stosunku do tej stacji i do ludzi w niej pracujących.

Komentarz ws. likwidacji TV BIEŁSAT – prezes SDP JOLANTA HAJDASZ: Mam nadzieję, że historia i państwo polskie rozliczą likwidatorów z TVP

3 grudnia posłowie Prawa i Sprawiedliwości wraz z twórczynią telewizji Biełsat red. Agnieszką Romaszewską-Guzy na specjalnej konferencji prasowej w Sejmie w zaapelowali do premiera Donalda Tuska i ministra spraw zagranicznych, Radosława Sikorskiego nie likwidowanie jedynej niezależnej białoruskiej telewizji, czyli Biełsatu. Do faktycznej likwidacji stacji doprowadziły obecne władze telewizji publicznej, tzw. neo TVP, czy jak kto woli „TVP w likwidacji” bo taka jest dzisiaj oficjalna nazwa tego, co pozostało po przejętych siłowo przez rządzącą koalicję mediach publicznych już prawie  12 miesięcy temu.

Warto zauważyć, że telewizja  Biełsat łączyła różne środowiska, dzięki niej  Polska mogła oddziaływać na Wschód, bo przekazywała po białorusku i po rosyjsku informacje niezależne od wschodnich rządów. Zniszczenie Biełsatu jak w soczewce pokazuje nam bezsens i krótkowzroczność działań obecnie rządzącej ekipy Donalda Tuska i jego reprezentantów w mediach publicznych. Najgorsze jest to, że ta destrukcja dotyka wielu ludzi zza naszej wschodniej granicy.

Poznajmy choć jeden przykład – czyli losy jednej młodej dziennikarki tej stacji, która dzisiaj  odsiaduje karę 8 lat więzienia, a właściwie kolonii karnej. Ta dziennikarka to – cztery lata temu – 27-letnia Kaciaryna Andrejewa. W listopadzie 2020 roku została aresztowana razem z drugą dziennikarką, 23-letnią wtedy Darią Czulcową.  Kaciaryna i Daria prowadziły transmisję z protestu w Mińsku, gdy tysiące Białorusinów wyszły na ulice swoich miast, by zaprotestować przeciwko zamordowaniu opozycjonisty Ramana Bandarenki. W trakcie manifestacji doszło do starć z milicją. Zatrzymanych zostało około tysiąca Białorusinów. Dziewczęta prowadziły transmisję live dla Biełsatu z tego protestu . Za to zostały aresztowane, obie zostały skazane Daria na dwa lata więzienia, a Kaciaryna początkowo też na dwa lata, ale potem postawiono jej dodatkowy zarzut „zdrady stanu” i sąd skazał dziennikarkę aż na osiem lat więzienia. Wiele więcej o samym procesie nie wiadomo, ponieważ śledztwo zostało utajnione, a rozprawy odbywały się za zamkniętymi drzwiami.

Daria zdążyła odsiedzieć swój wyrok i wyjechała z Białorusi, jej przyjaciółka nadal jest w więzieniu. A Kaciaryna to młoda mężatka, która swoim szczęściem cieszyła się tylko rok. Tylko za to, że z balkonu jednego z mieszkań w Mińsku filmowała i nadawała dla polskiej telewizji Biełsat relacje z protestów, takich jak ona, zwykłych obywateli Białorusi. Kaciaryna uwierzyła Polsce, uwierzyła w to, że każdy ma prawo do pozyskiwania informacji, do ich poznawania i przekazywania. A teraz ta Polska niszczy to dzieło, za które ona musi spędzać w więzieniu swoją młodość. 8 lat więzienia to dla młodej kobiety całe życie.

Takich osób jak Kaciaryna jest dziś w białoruskich więzieniach wiele. Wśród nich jest obecnie 28 dziennikarzy, a wśród nich aż piętnastu reporterów i operatorów to współpracownicy Biełsatu. Co ma im do powiedzenia kierownictwo obecnej neoTVP. gdy tak bezmyślnie i niefrasobliwie likwiduje ten niezwykły kanał telewizyjny, znany przecież w całej Europie? Warto zapytać –  w czyim interesie działa dziś ta „TVP w likwidacji”?

3 grudnia została potwierdzona przez  Telewizję Polską informacja o tym, że TVP S.A.”w likwidacji”  włączyła swoje obcojęzyczne kanały do jednej struktury organizacyjnej pod roboczą nazwą Ośrodek Programów dla Zagranicy. Nowa jednostka oparta jest o istniejące kanały – TVP World i Telewizji Biełsat. Przyszłoroczny budżet TV Biełsat wynosi 18 mln zł oznacza de facto likwidację tego kanału, poinformowała o tym na specjalnej konferencji prasowej w Sejmie b. dyrektor tej stacji red. Agnieszka Romaszewska-Guzy, pomysłodawczyni i główny organizator tego przedsięwzięcia.  Biełsat to jedyny, niezależny, białoruskojęzyczny kanał telewizyjny. Stacja powstała w 2007 roku jako część polskiego nadawcy publicznego – Telewizji Polskiej. Od początku współfinansowało ją polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych przy wsparciu rządów kilku europejskich krajów oraz szeregu fundacji. Po agresji Rosji na Ukrainę wszystkie wskaźniki i mierniki siły oddziaływania Biełsatu poszybowały w górę. Rekordy oglądalności i klikalności, co miesiąc zwiększane zasięgi, w badaniach potwierdzało się że co drugi pracujący Białorusin korzystał z Biełsatu. Czy  zniszczenie tej unikatowej na skalę europejską stacji jest naprawdę w interesie Polski?

Tuż przed siłowym przejęciem mediów publicznych przez rząd Donalda Tuska w grudniu ub. roku  Biełsat był już platformą multimedialną, na którą składały się białoruska telewizja i rosyjskojęzyczny kanał Vot Tak, a także 13 kanałów na YouTube oraz portale internetowe w 4 językach, białoruskim, rosyjskim, polskim i angielskim oraz szereg profili w mediach społecznościowych, takich jak Facebook, Instagram czy dawny Twitter, czyli X. Do marca 2024 r. stacja nadawała  w językach białoruskim, rosyjskim i ukraińskim blisko 21 godzin programu dziennie. Oryginalną ofertę stacji przygotowywało prawie 300 współpracowników – dziennikarzy przebywających w krajach postsowieckich, a także wydawców, managerów i techników w Polsce. W ciągu 18 lat swojego istnienia stacja wyprodukowała prawie 200 filmów dokumentalnych, a jej programy otrzymały około 80 nagród na międzynarodowych festiwalach.  Dziennikarze Biełsatu od początku istnienia stacji swoje programy tworzyli w języku białoruskim, co stanowiło istotny wyróżnik stacji w medialnej przestrzeni Białorusi. Biełsat konsekwentnie pracował na rzecz popularyzacji tego języka, nie tylko przez jego ciągłą obecność na antenie lecz także propagując białoruską literaturę oraz wspierając inicjatywy edukacyjne. Zapraszanym do studia gościom pozostawiano jednak swobodę wyboru między językiem białoruskim a wciąż dominującym rosyjskim.

W ciągu 18 lat swojego istnienia telewizja Biełsat  stała się ważnym narzędziem realizacji zasady wolności słowa, niezależności dziennikarskiej i pluralizmu mediów w państwach Europy Wschodniej, przede wszystkim na Białorusi i w Rosji. Biełsat dawał swoim odbiorcom dostęp do niezależnych informacji o sytuacji w ich kraju. Był także przeciwwagą dla rosyjskiej propagandy.

Gdy piszę te słowa, patrzę na zdjęcie uśmiechniętej, pięknej  dziennikarki Kaciaryny z czasów jeszcze przed aresztowaniem. Nie wiem jak wygląda dzisiaj, ani w której kolonii karnej na Białorusi teraz przebywa. Cena jaką płaci za wykonywanie zawodu dziennikarza jest ogromna. Mam nadzieję, że historia i państwo polskie rozliczą likwidatorów z TVP, którzy zamiast pomagać takim jak ona ludziom, zostawiają ich dzisiaj bez wsparcia w rękach wschodnich oprawców.

 

Prezes SDP i dyrektor CMWP SDP dr Jolanta Hajdasz