EFJ umiera – walczy z USA zamiast bronić dziennikarzy np. w Polsce

Komentarz sekretarza generalnego SDP Huberta Bekrychta na ataki władz Europejskiej Federacji Dziennikarzy (EFJ) wymierzone w Donalda Trumpa i Elona Muska

EFJ tuż po ponownym wyborze Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych przypuściła na niego bezprzykładny atak. Wydano nie poparte konkretnymi przykładami, naszpikowane zdaniami wyjętymi z kontekstu oświadczenie EFJ. To deklaracja czysto polityczna, ale nie dyplomatyczną, bowiem władze Federacji okładają Donalda Trumpa i właściciela platformy X Elona Muska prymitywną pałką medialną. W rezolucji EFJ znalazły się sformułowania poniżej jakiejkolwiek formy oficjalnego komunikatu – obraźliwe wyrażenia, manipulacje i kłamstwa. Jak dzieci z piaskownicy obrażają się i tupią nogami włodarze EFJ – dają wyraz frustracji, że Trump i Musk nie mogą być poddani prawodawstwu UE, bo wtedy zbiliby ich grabkami albo szpadelkiem, a najlepiej – tak zrozumiałem deklarację EFJ – aby Europa i media europejskie bojkotowały USA i ich technologie medialne, czyli kiedy prezydentem będzie Trump platforma X powinna być w Europie zakazana. Jak w państwach totalitarnych.

Przedstawiciele EFJ wydali wojnę administracji najpotężniejszego kraju na świecie niezbyt dobrze chyba rozumiejąc co napisali w oświadczeniu. W XIX wieku, ba nawet pod koniec XX wieku takie dokumenty prowadziły do prawdziwych wojen. Takich z realnymi strzałami, czołgami, flotą wojenną, lotnictwem, żołnierzami wyposażonymi w ostrą amunicję i – przede wszystkim – do wojen z realną śmiercią i ludzkim nieszczęściem. Nieodpowiedzialność czy złe tłumaczenie a może jedno i drugie?

Pisali to Chorwatka i Belg, którzy jako podróżujące po Europie władze EFJ wydawałoby się, że dużo lepiej muszą posługiwać się angielszczyzną niż ja, a piszący te słowa ma już swoje lat i wiele z gramatyki angielskiej zapomniał. Nie zapominałem jednak słów. Czasem się mieszają, ale od czego są słowniki. Nie zapomniałem też uniwersalnego języka przekazu – niezależnie od tego czy jest to język polski, angielski, chiński, czy szwedzki, włoski, hebrajski, arabski a nawet język liczącego 7 osób plemienia afrykańskiego, którego nazwy nikt nie pamięta. Przekaz nie może zawierać waty słownej, przekaz powinien być konkretny, przekaz dziennikarski EFJ zaś musi być konkretny do kwadratu a nie wypowiadający powszechnie znane politycznie poprawne bzdury, w które nie wierzą nawet wielbiciele EFJ – politycy Unii Europejskiej. Tym bardziej, że przedstawiciele centrali EFJ są miłośnikami liberalnych polityków Unii Europejskiej, bo EFJ protestuje zawsze chętnie tam, gdzie zagrożone są media, które atakują demokratycznie wybrane, ale konserwatywne władze krajów w UE, zresztą poza UE, jak dowodzi przykład USA, też…

Nie w moim imieniu!

O tym przekazie zapomnieli jednak obrażający Trumpa i jego miliony wyborców przedstawiciele EFJ przywołujący fakty, które kompromitują także mnie, bo jako członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich – organizacji zrzeszonej w EFJ – nie zgadzam się z takim tandetnym wykorzystywaniem polityki przez przedstawicieli stowarzyszeń i zawodowych związków dziennikarskich w Europie. Miejmy inne poglądy, na przykład ci ludzie we władzach EFJ niech mają poglądy bliższe liberalno-lewicowej Komisji Europejskiej, ale pozwólcie nam, którzy doświadczyliśmy już w tej części Europy komunizmu mieć bardziej konserwatywne opinie na tematy społeczne i polityczne. Na tym polega demokracja.

„Wybór Trumpa powinien skłonić Europę do lepszej ochrony dziennikarzy” – to tytuł rezolucji, oświadczenia, stanowiska, informacji, czyli nie wiadomo czego, dokumentu sygnowanego przez władze EFJ. A co z Polską i SDP? Czy nie zasłużyliśmy na odpowiedź EFJ na nasze protesty przeciwko bezprawnemu niszczeniu mediów publicznych przez obecny polski rząd? Jakie macie, Koleżanki i Koledzy, prawo krytykować media w USA, skoro ignorujecie bezprawie medialne, które zgotowała w Polsce obecna administracja państwowa? Czy dlatego ignorujecie zdanie SDP, bo ten polski rząd jest liberalny a jego obecni członkowie, z premierem włącznie, atakowali bezceremonialnie jeszcze niedawno Trumpa? Kiedy władze EFJ zamierzają odpowiedzieć na protesty w sprawie manipulacji z ostatniego kongresu w Prisztinie w maju 2024 roku, kiedy to dosłownie zastąpiono projekt uchwały SDP innym projektem z kłamstwami i oszczerstwami a naszą poprawkę do innego dokumentu Komitet Sterujący EFJ i sekretarz generalny EFJ Ricardo Gutiérrez potraktowali jak cenzorzy. Wykreślono istotną datę dotyczącą bezprawnego zwalniania i szykanowania w Polsce setek dziennikarzy po bezprawnym, siłowym przejęciu mediów publicznych i represjach wobec innych mediów po 19 grudnia 2023 r. Co powiecie zwalnianym dyscyplinarnie przez rząd z mediów ludziom, ktorych nazwiska Wam nic nie mówią, bo to dziennikarze konserwatywni, np. Romaszewska, Przełomiec, Adamczyk, Tulicki, Gursztyn, Pereira i ja oraz wielu, wielu innych? Abyśmy sobie poszli do Trumpa, Muska, czy do diabła?

Tym bardziej, że straszycie nie mając pojęcia, że są ludzie o innych podglądach, na przykłąd konserwatywnych,  a może tych poglądów po prostu nie akceptujecie?

„Żaden dziennikarz nie powinien być obojętny na wybór Donalda J. Trumpa na 47. prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jego związek z dziennikarstwem i podejście do sprawowania władzy będą miały globalne konsekwencje. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, w Europie i wszędzie na świecie, zawód musi stanowczo stanąć w obronie silnej prasy, która może swobodnie relacjonować fakty i bezpiecznie pociągać władzę do odpowiedzialności”. 

Na ironię zakrawa fakt, że domagając się prawdy, ostatnie zdanie tego akapitu oświadczenia  EFJ jest bezczelnym kłamstwem:

„Europejska Federacja Dziennikarzy (EFJ) i jej filie dołączają do wszystkich tych, którzy są zobowiązani do obrony dziennikarstwa jako kamienia węgielnego demokracji”

Które file? Pytam szefową EFJ Maję Sever – bo m.in. jej myśli są przytaczane w oświadczeniu. Czy jesteśmy filią, czy istotną częścią EFJ? SDP to największa polska organizacja dziennikarska licząca ponad 3 tysiące członków SDP. My, włądze SDP, nie podpisaliśmy się pod tym oświadczeniem EFJ. Jak mogliście tak szybko zebrać opinie setek ludzi w ponad 40 krajach Starego Kontynentu? Przecież duża część z nas pracowała relacjonując wybory w USA, nie zdążyliśmy się dobrze wyspać a władze EFJ już mają stanowisko druzgocące Trumpa. Chyba, że napisaliście to stanowisko przed wyborami, a to już byłoby fałszerstwo. Zresztą, najpierw są konsultacje! Pamiętacie Statut EFJ?

Organizacja – jak określa siebie EFJ – walcząca z cenzurą sama ocenzurowała i zdlekceważyłą opinię chociażby SDP. A może jeszcze innych organizacji zrzeszonych w Federacji. Cenzura EFJ polega w tym przypadku na tym, że nie ma jeszcze naszego zdania w sprawie, w której wydaliście oświadczenie powołując się na „filie”.

Przestaliście być dziennikarzami? Bo piszecie bzdury i niesprawdzone informacje nie powołując się zresztą na źródła. Kolejna część oświadczenia:

„Donald J. Trump wezwał do uwięzienia i zgwałcenia dziennikarzy za nieujawnianie swoich źródeł. Tydzień temu, na jednym ze swoich wieców, fantazjował o masowej strzelaninie dziennikarzy. A tuż po wyborach, Elon Musk, właściciel portalu społecznościowego X, który był aktywny w amerykańskiej polityce jako głośny i finansowy zwolennik Donalda J. Trumpa, powiedział, że tradycyjne media są martwe, twierdząc, że „większość tradycyjnych mediów bezlitośnie kłamała opinię publiczną”.

Gdyby, któreś z Was napisało coś takiego jako zwykły dziennikarz, o ile redakcja pozwoliłaby na powielanie takich bzdur, adwokaci Trumpa i Muska zmiażdżyliby Was, bo nic w tych słowach nie polega na prawdzie, w najlepszym razie to nacechowana politykierstwem manipulacja i dezinformacja, o której tyle piszecie i – jak mówicie – demaskujecie każdy jej przejaw.

Kolejne bzdury, jakie piszecie kompromitują nas tylko na świecie. Europa nie jest zaściankiem, nie jest też pępkiem świata. Najwyższy czas się obudzić. Oto kolejne zdania oświadczenia EFJ:

Napisaliście między innymi: „Antyprasowa retoryka Trumpa skłoniła już wielu jego wielbicieli na całym świecie i w Europie do odwetu na mediach. Z Donaldem J. Trumpem z powrotem w Białym Domu poczują się jeszcze bardziej upoważnieni do nękania prasy. Zwycięstwo pana Trumpa nie tylko rzuca wyzwanie amerykańskiemu dziennikarstwu, ale także dziennikarstwu europejskiemu” — powiedział sekretarz generalny EFJ Ricardo Gutiérrez.

Na Boga Ricardo, Ty nie masz w sobie genu samokrytycyzmu? W całej Europie, w trakcie kolejnej kadencji liberalno-lewicowej Komisji Europejskiej, za przyczyną idiotycznych przepisów monopolowych padają w krajach UE redakcje, tysiące dziennikarzy przez ostatnie kilkanaście lat poszło na bruk a Ty, zamiast walczyć o europejskie, w tym polskie, media z Ursulą van den Leyen, podżegasz do konfliktu z medialnym kapitałem USA. Oni mogą zainwestować w umierającej gospodarczo Europie. Europa nie podbije ekonomicznie ani Stanów Zjednoczonych ani żadnego istotnego finansowo kraju.

Dla Was w EFJ istotna jest tylko spiskowa teoria o przejęciu mediów przez Trumpa i Muska, bo piszecie w stanowisku:

„Najbardziej niepokojącym elementem (…) jest zmowa między prezydentem największej potęgi świata a najbogatszym człowiekiem na świecie, Elonem Muskiem, który ma przerażającą zdolność kontrolowania opinii publicznej za pośrednictwem sieci społecznościowych”.

Naprawdę Koleżanki i Koledzy z władz EFJ nie boicie się śmieszności? Walą się systemy medialne w Unii Europejskiej, której rządowi sprzyjacie, bo mają Wasze poglądy, a Wy tego nie zauważacie.?

Proszę Was wyśpijcie się po tej amerykańskiej kampanii i napiszcie inne oświadczenie, bo tego ani ja nie zaakceptuję ani – jak mi się wydaje – władze SDP nie poprą.

 

Hubert Bekrycht  – dziennikarz, sekretarz generalny SDP

Moje poglądy na powyższy temat nie są w żaden sposób związane z oficjalnym stanowiskiem władz SDP

 

Więcej na ten temat w oświadczeniu prezes SDP dr Jolanty Hajdasz – poniżej:

Prezes SDP JOLANTA HAJDASZ: Reakcja EFJ na wybór prezydenta USA jest dla mnie trudna do zaakceptowania

Krytycznie o EFJ pisze poniżej również Wiktor Świetlik:

O antydziennikarstwie Europejskiej Federacji Dziennikarzy – WIKTOR ŚWIETLIK: Wspólne wartości?

 

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Donald Trump nawet jeszcze nie dotknął Niemiec, a te już się rozleciały

Trudno powiedzieć dlaczego Niemcy okazali się kompletnie nieprzygotowani na zwycięstwo Donalda Trumpa. Być może są ofiarami własnej propagandy, podobnie jak amerykańskie „salony”.

Do sondaży generalnie warto mieć dystans. A jeszcze dzień przed wyborami w wywiadzie dla Tysol.pl socjolog Marcin Palade cytował swojego kolegę po fachu ze Stanów Zjednoczonych, który miał mu mówić, że badacze w USA w przypadku większości sondaży przy próbie wyjściowej tysiąca badanych uzyskują siedemdziesiąt pełnych odpowiedzi – 7% –  co wynika z braku zaufania do instytucji sondażowych. Próby można oczywiście powtarzać, ale to kosztowna operacja. Po uzyskaniu jakiejś minimalnej liczby wartościowych odpowiedzi, głosy podlegają „ważeniu” czyli badacze odczyniają nad nimi swoje badackie gusła. Jakim cudem taki wynik może być wiarygodny?

Niemieckie ofiary

Ja rozumiem, że takimi sondażami można mieszać w głowach statystycznym obywatelom. Ale, że całe niemieckie państwo, albo cały amerykański lewacki salon, nie dysponują żadnymi w miarę rozsądnymi analitykami, którzy mogliby to zweryfikować i dać do zrozumienia, że entuzjazm z powodu „przewagi Kamali Harris” może być jednak nieco przedwczesny? Czy intelektualna skleroza tych środowisk jest aż tak daleko posunięta, czy też w desperacji tak bardzo pragną się samooszukiwać?

Tak czy siak Donald Trump, który znany jest ze swojego dystansu do Niemców, tak jak Niemcy znani są ze swojego dystansu do niego, wygrał wybory. Jestem daleki od oczekiwania, że teraz nowy prezydent Stanów Zjednoczonych przyjedzie do Polski na białym koniu, żeby uwolnić nas od administracji berlińskiego pachołka, ale trzeba mu przyznać, że jeszcze nie objął urzędu, a już mocno wpłynął na otoczenie geopolityczne Polski.

Niemcy się rozleciały

Kanclerz Niemiec Olaf Scholz podjął decyzję o odwołaniu ministra finansów Christiana Lindnera, lidera liberałów. Scholz jeszcze walczy, chce od Bundestagu wotum zaufania – To rozpad koalicji rządzącej – uważają z kolei niemieckie media, które otwarcie piszą, że polem niesnasek był nie tylko sposób podejścia do problemów walącej się niemieckiej gospodarki, ale również sposób podejścia do zaskakującej Niemców sytuacji, w której wielkimi krokami zbliża się prezydentura Donalda Trumpa w najpotężniejszym kraju na kuli ziemskiej.

No i muszę przyznać, że tak jak nie wierzę w to, że „Trump nas uwolni od Tuska”, bo to nasza robota, to jednak mocno wstrząsnął jego patronami. Właściwie nie tylko nie objął jeszcze fotela prezydenta Stanów Zjednoczonych, nie tylko nie dysponuje jeszcze narzędziami żeby to zrobić i niczego zrobić jeszcze nie zdążył. Nawet nie puknął jeszcze Niemiec, a te już się rozleciały.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Wyklęty przez komunistów – Niezłomny Kukliński

7  listopada 1981 r. Z Polski ewakuowany został wraz z rodziną Ryszard Kukliński, oficer Sztabu Generalnego LWP, który przekazał CIA informacje o planach wprowadzenia w Polsce stanu wojennego, a także inne tajemnice Układu Warszawskiego. W 1984 r. Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie skazał Kuklińskiego – nazywanego pierwszym oficerem Polski w NATO – zaocznie za „dezercję i zdradę” na karę śmierci.

Misja Kuklińskiego to dalszy ciąg walki Polaków z okupantami o wolność waszą i naszą. Kolejna odsłona powstań narodowych, szczególnie wojny 1920 r., walki podjętej 1 i 17 września 1939 r., potem prowadzonej na wszystkich frontach II wojny światowej, w końcu kontynuowanej przez Żołnierzy Wyklętych/Niezłomnych. Kukliński też został przez komunistów wyklęty, a do końca pozostał niezłomny.

Misja pułkownika, dziś generała Kuklińskiego wpisuje się w dalszą wojnę Polaków z Sowietami i ich miejscowymi sługusami. Po stłumieniu ostatniego polskiego powstania: powstania Żołnierzy Wyklętych/Niezłomnych mamy poznański czerwiec 1956 r., rok 1976, wybuch i karnawał Solidarności, przerwany wprowadzeniem stanu wojennego. Nieprzypadkowo płk Kukliński został potem honorowym członkiem Światowego Związku Żołnierzy AK i „Solidarności”.

Walczyli samotnie

Żołnierze Wyklęci/Niezłomni nie uznawali Armii Czerwonej za wyzwolicieli. Walczyli w latach 1944-1954, a właściwie – żeby być precyzyjnym – w latach 1939-1963. Przecież większość z nich poszła na wojnę w tragicznym wrześniu, a ostatni zginął w walce w 1963 r. Szczególnie pod koniec swojej misji walczyli samotnie. Ryzykowali nie tylko życiem własnym, ale i rodzin. I pułkownikowi w odstępie kilku miesięcy czerwoni zabili obu synów. Ale nawet ostatni żołnierz II konspiracji niepodległościowej: Józef Franczak „Lalek” nie jest ostatnim. Kukliński zaczął współpracę z Amerykanami niecałe 10 lat później: w 1972 r. Współpracował kolejne 10 lat – z PRL-u uciekł 7 listopada 1981 r., dokładnie w rocznicę bolszewickiej rewolucji.

Nawet Kukliński nie jest de facto ostatnim polskim Niezłomnym. Bo przecież był jeszcze Jan Paweł II, ks. Popiełuszko i wielu innych. Ktoś powie: nie walczyli z bronią w ręku. Jednak Wyklęci/Niezłomni to nie tylko ci, którzy prowadzili walkę partyzancką – jak „Łupaszka” czy „Zapora”. Witold Pilecki czy Emil Fieldorf nie dowodzili oddziałami. Rotmistrz prowadził działalność polityczną, wywiadowczą. Generał chciał nawet rozpocząć normalne, cywilne życie. Ale tu chodzi o coś innego: nie o formę walki, ale jej o cel. A tym – w każdym wypadku – był antykomunizm i odzyskanie wolności i niepodległości. Niezłomność to postawa.

Byłby zdrajcą…

To, co łączy Żołnierzy Wyklętych/Niezłomnych i Kuklińskiego to represje, jakie spadły na niego ze strony imperium zła. Ze względu na istotę jego misji, na to, jak bardzo zaszkodził czerwonym i pokrzyżował ich plany, chcieli go zlikwidować, jak zlikwidowali wcześniej Pileckiego czy Fieldorfa.Ścigany, ostatecznie skazany zaocznie na karę śmierci w 1984 r. Ale też na degradację i konfiskatę mienia – jak inni Wyklęci/Niezłomni.

Ale komuna nie tylko fizycznie ich wyeliminowała. Czerwoni oprawcy dokonali kolejnej zbrodni: zabicia pamięci o nich, czyli właśnie wyklęcia. Jeśli mówiono o nich, to wyłącznie jako o bandytach i zdrajcach. Tak samo jak później o Kuklińskim. I byłby faktycznie zdrajcą, gdyby wiedzy, jaką miał o III wojnie światowej, nie przekazał wolnemu światu.

Kłamstwo

W III RP (PRL-bis) trwało dalsze systemowe dezawuowanie Kuklińskiego. W najlepsze panoszyło się kłamstwo komunistyczno-urbanowe, które przeniosło się głównie na łamy „GW”. Dla tego środowiska Jaruzelski i Kiszczak to autorytety, „ludzie honoru”, a Kukliński – odwrotnie. Jak konkretnie wygląda to kłamstwo ws. płk. Kuklińskiego? Że do Amerykanów nie zgłosił się sam, ale został zwerbowany. Że jego rola jest przeceniana, bo wcale nie miał dostępu do tajemnic (inaczej mówią o nim sami Sowieci, z marszałkiem Wiktorem Kulikowem, głównodowodzącym Układu Warszawskiego na czele). W końcu, że był podwójnym agentem, i że o planach stanu wojennego nie poinformował opozycji.

A co mówił o tym sam Kukliński: „Ujawnienie przeze mnie planów uderzenia nie mogło ich w żadnym stopniu udaremnić lub choćby opóźnić. Mogło je tylko przyśpieszyć”. Kukliński zauważał, że „jeśliby Solidarność uwierzyła w to ostrzeżenie, wówczas niemal na pewno doszłoby do natychmiastowego ogłoszenia strajku generalnego, a w konsekwencji do zorganizowanego oporu w setkach fabryk, zakładów pracy i uczelni. Wiedziałem, że w takiej sytuacji… musiałoby nastąpić uderzenie sił pancernych, przede wszystkim czołgów; że wreszcie przy ewentualnym powszechnym oporze ludności, sił polskich byłoby za mało i na pewno do akcji wkroczyłyby również pozostające w strategicznych rezerwach dywizje radzieckie”.

Efekt kłamstw o Kuklińskim jest taki, że do dziś pierwszy oficer Polski w NATO budzi kontrowersje, nawet w szeroko pojętym obozie niepodległościowym. Wciąż więcej Polaków lepiej ocenia Jaruzelskiego niż Kuklińskiego. Ale III RP to też plusy. 25 maja 1995 r. wyrok na Kuklińskiego został uchylony. Rok później niestety ponownie podjęto śledztwo i rozesłano listy gończe. To pochodna okrągłostołowego klimatu i złego prawa. Ostatecznie śledztwo umorzono dopiero w 1997 r.

 

„Pielgrzymka czy szopka?”

W maju 1998 r. Ryszard Kukliński pierwszy i ostatni raz odwiedził Polskę. To, jak o wizycie pisały media prawicowe i lewicowe, świadczy o podziale w naszym kraju – podziale na homo sovieticus i niepodległościowców. „Gazeta Polska” relacjonowała: „Przyjechał do Polski człowiek wielki, bohater, jakiego nie było od lat, człowiek, który uratował nie tylko Europę, ale i być może świat przed zagładą nuklearną”. A w ówczesnym „Życiu” Jacek Trznadel napisał: „Pokazał, że jako człowiek jest osobowością dużego formatu. Żadnych zbędnych gestów i patetycznych słów, jeśli nie zaliczyć do nich, widocznych dla tłumów, odruchów wzruszenia”.

Inaczej Jarosław Kurski i Paweł Smoleński w tekście w „GW” pod znamiennym tytułem „Pielgrzymka czy szopka?”: „Gdyby zasady traktować dosłownie, bez oglądania się na meandry polskiej historii, pułkownik Kukliński zdradził”.
Tak jak w wypadku innych Wyklętych/Niezłomnych oprawcy – ludzie, którzy tropili Kuklińskiego i skazali go, nie ponieśli żadnej kary. A tym razem była to „elita” PRL-u lat 80-tych: Jaruzelski, Siwicki, Kiszczak. Bo czerwona junta, gdyby tylko mogła, bez wahania wykonałaby wyrok. I to Jaruzelski, a nie Kukliński, złamał przysięgę wojskową. W końcu też wypowiadał słowa: „Przysięgam Narodowi Polskiemu”.

Uhonorowany?

III RP nie chciała go nie tylko uniewinnić, ale też uszanować. Bo gdy w krakowskim parku Jordana powstało popiersie pułkownika, zaczęło być oblewane farbą i obsmarowywane przez „GW”. Z kolei warszawska Izba Pamięci Pułkownika Ryszarda Kuklińskiego, zagrożona zamknięciem przez prezydent Gronkiewicz-Waltz, została uratowana dzięki sprzeciwowi wielu środowisk patriotycznych. Owszem, powstają ulice, place, ronda jego imienia (najważniejsze są szkoły), ale Ryszard Kukliński zasłużył na pomniki w całej Polsce.

Dobrze, że powstał film „Jack Strong”. I tu Kukliński ma przewagę – inni Wyklęci/Niezłomni wciąż czekają na filmy o sobie. Dobrze, że Kukliński został pochowany na Powązkach Wojskowych. Stało się to 19 czerwca 2004 r., kiedy – osobistą decyzją prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego – urna z prochami bohatera Polski i Ameryki spoczęła na samym początku Alei Zasłużonych. I tu rzecz charakterystyczna: na pogrzebie nie było nikogo z najwyższych władz III RP. Ale właściwie jak tu się dziwić, skoro prezydentem był Aleksander Kwaśniewski, a premierem Marek Belka.
Ryszard Kukliński miał to szczęście, że nie został zakatowany gdzieś w kazamatach UB, Informacji Wojskowej czy NKWD i wrzucony do bezimiennego dołu śmierci. Wtedy – tak jak inni Żołnierze Wyklęci/Niezłomni – nie miałby swojego grobu.

Wygrywa z Jaruzelskim

Spór o pułkownika, dziś generała Kuklińskiego jest sporem o 45 lat naszej historii. O to, czy PRL była państwem polskim, czy niesuwerennym bytem, zależnym od ZSRS, którym rządziła z nadania i w interesie Kremla grupa uzurpatorów? I spór będzie wracał dopóty, dopóki nie doczekamy się jednoznacznej oceny PRL jako narzuconej siłą sowieckiej okupacji i nie rozliczymy winnych tamtych zbrodni. A najpierw nie nazwiemy rzeczy po imieniu. Bo w normalnym państwie to nie zdrajca i namiestnik okupanta byłby honorowany, ale człowiek, który z komuną walczył z narażeniem życia. Szczęśliwie szala przechyla się na stronę Kuklińskiego. On wygrywa walkę z Jaruzelskim. Tak jak Żołnierze Wyklęci/Niezłomni wygrywają ze swoimi oprawcami.

 

O wojnach religijnych i nacjonalizmach pisze WALTER ALTERMAN: Obłędy powszechne

Jeszcze 50 lat temu nikt nie słyszał o małżeństwach jednopłciowych. A teraz są. Niektóre kraje, takie jak nasz, mają z tym problem. Może nie są jeszcze tak postępowe, może nie dorośliśmy jeszcze do pełnej nowoczesności, jak Holendrzy i inni? A może po prostu staramy się zachować minimum zdrowego, prostego rozsądku?

„Nowocześniacy” są bardzo agresywni i gotowi są walczyć o swój postęp, jak inni o niepodległość swych narodów. Są czasy, o czym zaświadcza historia, kiedy całe narody ogarnia mania, wielki szał ideologiczny. A nawet obłęd.

Wojny religijne

Wspomnę o konfliktach religijnych tylko skrótowo, bo temat to rozległy i głęboki, ale przecież były! I są nadal oznaką istnego szaleństwa. W wojnach religijnych ginęły (i nadal giną) setki tysięcy ludzi. Proste założenie, że Bóg jest jeden, a można go czcić i przestrzegać Jego nakazów na różne sposoby i obrządki nie docierało i nadal nie dociera do wielu.

Co zrobić z innowiercą? Zabić. Taka była recepta wszystkich kościołów świata. Czasem można było innowiercę zmusić do wyrzeczenia się wiary i do przyjęcia nowej, czyli wiary silniejszego. Ale i tak „przechrztów” miano na oku, podejrzewano, śledzono i od czasu do czasu palono na stosach. Dla zasady i dla ugruntowania jedynej słusznej wiary.

Trzeba też wspomnieć o wielkiej schizmie wschodniej, czyli o rozłamie w chrześcijaństwie na Kościół wschodni i zachodni. Za symboliczną datę tego wydarzenia przyjmuje się rok 1054. Nie był to jednorazowy akt, lecz proces, który trwał aż do XIII wieku. Winą za jej powstanie obarczały się wzajemnie Rzym i Konstantynopol.

Do wielkich wojen między obiema stronami nie dochodziło, bo od XIII wieku Ruś znalazła się pod zwierzchnictwem ordy mongolskiej. A później Turcy zajęli Bałkany. Niemniej Zachód do dzisiaj uważa „prawowierców” za gorszych, a prawosławni mają jednak głęboki dystans do Zachodu. Śmieszne jest to, że Konstantynopol uważał Kościół rzymski za schizmatyków, a Rzym nazywał prawosławnych również schizmatykami.

O dziwo najbardziej zaciekłe wojny toczyły się między samymi chrześcijanami. Katarzy, albigensi i inni byli wycinani w pień, bo byli zalążkami rewolucji w łonie tego samego kościoła. A już wojna trzydziestoletnia, między zwolennikami starego Kościoła a zwolennikami reform w duchu Marcina Lutra, była jedną wielką rzezią. Luter był pierwszą osobą, która otwarcie wypowiedziała się przeciw złym zwyczajom w Kościele. To on 31 października 1517 roku umieścił na drzwiach kościoła w Wittenberdze 95 swoich tez.

Ten europejski konflikt trwał od 23 maja 1618 do 24 października 1648 pomiędzy protestanckimi  państwami Świętego Cesarstwa Rzymskiego (I Rzeszy) wspieranymi przez inne państwa europejskie – takie jak Szwecja, Dania, Republika Zjednoczonych Prowincji, czyli część Niderlandów oraz Francja, a katolicką dynastią Habsburgów

Dziś dziwmy się islamistom i ich rewolucji, a przecież jakieś trzysta – czterysta lat temu chrześcijanie postępowali podobnie. Szaleństwa religijne, obok nacjonalizmów, są najsilniejszymi i najbardziej groźnymi w skutki obłędami.

Czy są narody lepsze i gorsze?

W Nowym Testamencie nie ma ani słowa o wyższości jakiegoś narodu nad innymi narodami. Owszem, Stary Testament, który również jest częścią Pisma Świętego chrześcijan, wielokrotnie wspomina o Żydach, jako o narodzie wybranym, czyli jednak lepszym. A Bóg obiecuje Abrahamowi: „Będę ci błogosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i jak ziarnka piasku na wybrzeżu morza; potomkowie twoi zdobędą warownie swych nieprzyjaciół. Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia [takiego, jakie jest udziałem] twego potomstwa, dlatego że usłuchałeś mego rozkazu” – wspomina Biblia Tysiąclecia.

Może to dlatego chrześcijaństwo, uznając się za lepszą wersję starożytnej wiary Żydów, przyjęło z początkiem swego istnienia, że niechrześcijanie są po prostu gorsi. Może dlatego Kościół rzymskokatolicki zainicjował Wyzwolenie Ziemi Świętej, czyli kolejne Wyprawy Krzyżowe – w imię lepszej wiary i lepszych narodów.

Nasi krzyżowcy

Polska również, pośrednio, jest ofiarą wypraw krzyżowych. Bo oto po upadku ostatnich warowni Krzyżowców w Ziemi Świętej pozostali w Europie zupełnie bezrobotni bogaci, zbrojni i umiejący walczyć wojownicy. Między innymi w takiej sytuacji znalazł się Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, zwany u nas Krzyżakami. I to właśnie ich sprowadził w 1226 roku na Mazowsze książę Konrad Mazowiecki I, by zapewnić obronę posiadłości piastowskich przed Prusami, nękającymi Mazowsze. Krzyżacy dokonali podboju Prusów i doprowadzili do ich chrystianizacji. Opanowali też obszary późniejszych Prus Wschodnich oraz dzisiejszej Łotwyi Estonii, tworząc z tych ziem państwo.

Zakon zajmował także na długie lata tereny Polski i Litwy. Swoje państwo Krzyżacy nazwali Prusy, od nazwy plemienia, które wymordowali. To te krzyżackie Prusy były przez wieki naszym problemem, aż w końcu to one stały się motorem rozbiorów Polski. I to ich duch, ich mentalność i władze pchnęły zjednoczonych Niemców do militaryzmu i parcia na Wschód. Z myśli i doktryny tych Prusaków zrodziły się także I I II wojna światowa.

„Lecz krzyżackiego gadu nie ugłaszcze

Nikt ni gościną, ni prośbą, ni dary;

Małoż Prusaki i Mazowsza cary,

Ziem, ludzi, złota wepchnęli mu w paszcze?

On wiecznie głodny, choć pożarł tak wiele,

Na resztę naszę rozdziera gardziele”.

 

Tak pisał Adam Mickiewicz w „Grażynie”.

 

Czy Zakon szerzył wiarę? Oczywiście, bo służyła ona podbojowi i ich panowaniu, a także bogaceniu się.

Szaleństwo nacjonalizmów

Skąd się wzięły nacjonalizmy? Z przekonania, że jesteśmy lepsi, bo produkujemy lepsze samochody, jesteśmy lepiej wykształceni i ładniejsi, że zapanujemy nad sąsiadami, a może nad całym światem – jak śpiewano w hymnie Niemiec hitlerowskich.

Czasem współczesny nacjonalizm objawia się też tym, że jakieś państwo chce przewodzić, zaopiekować się słabszymi narodami i pomagać. im. Tyle, że za tę pomoc trzeba sporo płacić. A czym silniejszy opiekun, tym stawka za opiekę jest większa. Jak to u gangsterów.

Nie ma ludzi lepszych i gorszych – są jedynie różni. Nie ma też lepszych państw. I nie ma jedynego wzorca ustrojowego. I wcale nie jest powiedziane, że liberalny kapitalizm jest jedyną możliwą wersją ustrojową. A poszukujących innych ustrojów nie trzeba traktować innych tak jak podczas wojen religijnych.

Nacjonalizm jest mi najwstrętniejszym ze wszystkich obłędów ludzkości. Bo o ile mogę jeszcze jakoś zrozumieć i wybaczyć szaleństwo religijne, to cyniczna, wyrachowana i zimna postawa wszystkich nacjonalistów (tak historycznych, jak obecnych), którzy chcą podbojów „gorszych narodów” jest kwintesencją międzynarodowego bandytyzmu.

 

WIKTOR ŚWIETLIK: Kołysanka dla Bezosa

To rzecz będąca tajemnicą poliszynela amerykańskich BigTechów rządzących dziś światem, że Jeff Bezos od kilku dni cierpi na bezsenność. Został oskarżony przez “Gazetę Wyborczą” o cenzurę. “Czytelnicy nie wierzą w bezstronność” – krytycznie zamartwia się pismo Adama Michnika, a Bezos przełyka łzy w milczeniu pomny swoich grzechów i wykroczeń przeciwko wolności słowa.

Jeśli nie wierzycie w rozpacz Bezosa zapytajcie Tomasza Piątka, albo niejakiego Rzeczkowskiego lub Boczka, albo zajrzyjcie do branżowego pisma Press. Uwzględniając wiarygodność powyższych i zdolność docierania do tajnych, w ogóle nie wyssanych z palca informacji, na pewno i to potwierdzą.

Płacz i wina twórcy Amazona, jego zbrodnia i kara, są zresztą oczywiste. Bezos dokonał aktu makabrycznej, straszliwej cenzury, która w Polsce nikomu, a szczególnie wydawcy “Gazety Wyborczej”, nigdy nie przyszłaby do głowy. Nie pozwolił naczelnemu należącego do siebie dziennika “Washington Post” pisma na wprowadzanie jawnej i ewidentnej cenzury politycznej wobec swoich dziennikarzy i publicystów we własnej gazecie i zamieniania jej w biuletyn partyjny. Robert Kegan, naczelny gazety, nie może wzorem wielu swoich poprzedników opublikować “odredakcyjnego”, manifestu poparcie dla Kamali Harris, w związku z czym ostentacyjnie się zwolnił. A przecież taki manifest tyle spraw by załatwiał.

Po pierwsze, przykra sprawa, bo wtedy nie trzeba ręcznie nastawiać każdego redaktora, publicysty, reportera. Nie trzeba się głowić, jak tłumaczyć wpadki Harris. I jak z każdego wydarzenia robić wpadkę Trumpa. Nie trzeba także się martwić, jak nawiedzeńcom pełnym wpojonych mitów o “bestronności” i “uczciwości” tłumaczyć, że świat tak nie działa. Dla Roberta Kagana osobiście, sprawa miałaby jeszcze jedno znaczenie. Ostatecznie, popierając, co by nie gadać, dość intelektualnie nienachalną, za to skrajnie lewicową kandydatkę, zamanifestowałby swoją skruchę za dziesiątki lat krzewienia poglądów neokonserwatywnych, także w dziedzinie moralności i tradycji, które miały być siłą Ameryki. Popierając Harris manifestacyjnie, z całym oddaniem, bez refleksji, stałby się na nowo pełnoprawną częścią politycznego, medialnego i naukowego establiszmentu zajętego nieustanną walką z nieistniejącym od 80 lat faszyzmem.

Bezos wszystko to zepsuł, za to w “Washington Post” opublikował swoje wyjaśnienie, z którego wynika, choć napisał to delikatnie, że coraz toporniejsza propganda szkodziła biznesowi: “Chociaż nie promuję własnych interesów, nie pozwolę również, aby ta gazeta pozostała na autopilocie i stopniowo popadała w nieistotność — wyprzedzona przez niebadane podcasty i szpile w mediach społecznościowych — nie bez walki.” Bezos także przypomniał, że w corocznych badaniach opinii publicznej dotyczących zaufania i reputacji dziennikarze i media regularnie plasują się bardzo nisko, często tuż nad Kongresem, jednak w tegorocznej ankiecie Gallupa udało im się spaść poniżej Kongresu.

Bezosa powinni przywieźć do Polski na przeszkolenie. Gdyby zapoznał się z niejaką panią Schnepf-Wysocką i jej twórczością, a także jej dorobkiem rodzinnym zobaczyłby, że można spaść dużo niżej. Nie tylko w ankiecie Gallupa, ale jako gatunek.

 

 

 

HUBERT BEKRYCHT: Dlaczego większość mediów zwalcza Trumpa?

To właściwie nie tyle pytanie, co obserwacja rzeczywistości towarzysząca dziennikarzom od czasów pierwszych oznak, że ten miliarder z USA może zostać najpotężniejszym człowiekiem świata. Dlaczego większość mediów jest wroga wobec Donalda Trumpa? Bo 45. prezydent Stanów Zjednoczonych narusza od dekad ustalone interesy. Liberalne i lewicowe.

Ktoś powiedział, że gdyby nie – podkreślmy to – luźny, związek Donalda Trumpa z Partią Republikańską nie byłoby wiadomo, że ten polityk nie jest liberałem. Bo w USA każdy może być i każdy nim może nie być liberałem. Zależy od interpretacji stanowego lub federalnego inspektora finansowego.

Łaty i schematy

Wolny rynek amerykański jest tak powiązany z globalną polityką ekonomiczną mocarstwa, że już od dawna do obywateli USA robiących interesy z Chinami i Rosją mógłby przylgnąć plaster „komunisty”, do biznesmena handlującego z Niemcami logo „ryzykanta” a do entuzjasty współpracy z Unią Europejską stygmat „wariata”. Mógłby takie plastry przylepiać ktokolwiek wpływowy ze Stanów Zjednoczonych, ale tego nie robi. Dlaczego? Bo USA są na innym poziomie biznesu. Wyższym. Niestety, polityka amerykańska pozostała, jak w Europie i Azji, wpisana w schemat mafii.

Trumpa zaczęto się bać i na swoim podwórku i w Azji i w Europie. Nie z powodu wyjątkowych talentów biznesowych. Jako konserwatywny polityk zaczął on po prostu zagrażać istniejącemu od dawna podziałowi świata. I podejściu do gospodarki w ogóle.

Spiski 

Międzynarodowe polityczne grupy interesów, które od dawna umawiały się na podział łupów przez 10 czy 20 lat, ze zgrozą patrzyły jak Trump łamie „umowy” i „porozumienia. Teoria spiskowa? Ze wszystkich teorii spiskowych najbardziej prawdopodobna jest taka, że nie ma żadnych teorii spiskowych.

Media, nie tylko zresztą te lewicowe i liberalne zaczęły zwalczać Trumpa wiele lat temu. I powtarzam, nie chodziło tylko o interesy, o góry dolarów, które zarabiał. Gra toczyła się i toczy o władzę. Nie tę absolutną z teorii spiskowych, ale na władzę, która przekłada się na nowych ludzi w polityce i biznesie, na nowe zmienne mające przemodelować podział tortu wpływów na świecie. Media, szczególnie zachodnie i elektroniczne mają zbyt wiele do stracenia, bo wobec nich Trump jest nieprzewidywalny, nie chodzi na pasku narracji rzucanych z Waszyngtonu, Brukseli, Moskwy, czy Pekinu. Tworzy swoje, czasem nieprawdopodobne modele postępowania. Czy to dobrze?

Tak i nie. Tak, bo Trump myśli konserwatywnie, ale i rynkowo – to oznacza, że nie wywoła III wojny światowej. Nie, bo nie wiadomo, czy byłby w stanie jej zapobiec. Nie wiadomo, bo na razie sytuacja tak się zmieniła na korzyść dla świata, że jego powrót do Białego Domu wydaje się gwarancją przewidywalnej przyszłości. Przynajmniej na cztery lata. Z Kamalą Harris jest zaś tak, że jeśli ona zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych na pewno wywoła globalny konflikt.

Dziennikarze zakładnikami właścicieli mediów

Media niechętne Trumpowi, a takich jest zdecydowana większość, obawiają się, że po jego dojściu do władzy nie będą mogły już straszyć ludzi wizjami niszczenia planety przez miliardera. Bo w sumie w pierwszej kadencji nie stało się nic złego dla świata, oprócz „puczu”, który wywołały media po wygranych przez Joe Bidena wyborach, chociaż przeciwnicy Demokratów uważają, że procedury elekcji prezydenckiej w 2020 roku zostały sfałszowane.

Bzdury o „prorosyjskości” i „faszyzmie” Trumpa padają jeszcze gdzie nie gdzie na podatny grunt, ale w coraz mniejszej liczbie krajów. Nagonka zaczyna przypominać groteskę. Prasa, radio, telewizja i Internet razem nie są w stanie okłamać wszystkich. Nawet gdyby Trump miał podobną siłę medialną na świecie jak jego przeciwnicy nic nie powstrzyma pustego śmiechu, kiedy to dziennikarze mediów frontu antytrumpowego nie mogą się porozumieć, co do narracji. Jeden mówi, że Trump zdecydowanie wygrywa a drugi, że wygrywa Harris. I to wszystko w pół minuty najlepszego czasu antenowego. I do tego to nachalne wpychanie wszędzie kandydatki Demokratów jak w reklamie dietetycznego hamburgera.

Podobieństwa

Nie wiem, czy wygra Trump, który też ma sporo wad, czy Harris poparta przez niemądrych celebrytów i kombinatorów politycznych. Wiem jednak, że w każdym medium ludzie nie lubią być okłamywani. A tak jest na froncie przekazu przeciwko 45. prezydentowi USA.

I już zupełnie na koniec. Wiceprezydent USA okrzyknięto zbawczynią Ameryki. Ja w widzę kandydatce Demokratów cechy Ewy Kopacz, nie tylko tę polegającą na rzucaniu przez ludzi kamieniami dinozaury, ale naprawdę niebezpieczne – w przypadku wojny – jest chęć schowania się przywódcy w domu. Jednak lepiej, aby ów był pod ziemią. Lepiej dla przywódcy… Czy mógłbym to napisać w liberalnej gazecie w USA? Nie. Trudno byłoby to umieścić nawet w mniej liberalnym a nawet w całkiem nie liberalnym lub nie lewicowym portalu, bo prawnicy Partii Demokratycznej są jak spragnieni zemsty koledzy Adama Bodnara.

WOŁODYMYR SIDORENKO: Polscy studenci współpracują z siecią Ukraińskich Centrów Solidarności Dziennikarskiej

Na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu odbyło się spotkanie doktorantów i studentów Wydziału Nauk Politycznych i Dziennikarstwa z koordynatorem Zachodnioukraińskiego (Lwowa) Zjednoczonego Centrum Solidarności Dziennikarskiej Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy Natalią Wojtowycz. Na przykładzie masowej inwazji Rosji na Ukrainę opowiedziała przyszłym dziennikarzom Polski o praktyce przestrzegania standardów etycznych dziennikarstwa w czasie wojny, a także o działalności Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy i jego sieci Dziennikarskie Centra Solidarności.

W szczególności Natalia Wojtowycz skupiła się na przestrzeganiu zasad etycznych, na których powinni powoływać się pracownicy mediów w materiałach o tematyce wojskowej. Absolwenci i studenci osobno zapoznali się z regulaminem Komisji Etyki Dziennikarskiej Ukrainy. Jednym z tematów rozmów było bezpieczeństwo dziennikarzy podczas wyjazdów na linię frontu w celu przygotowania materiałów o przebiegu walk.

Trenerka medialna podzieliła się praktycznymi radami i opowiedziała o doświadczeniach kolegów, którzy zwracają się do NSJU z prośbą o kamizelki kuloodporne, hełmy i apteczki. Tym, którzy chcieli dowiedzieć się więcej o kwestiach bezpieczeństwa, Natalia Wojtowycz poleciła „Przewodnik po bezpieczeństwie”, stworzony we współpracy m.in. z NSJU i UNESCO zawierający podstawowe porady dla pracowników mediów planujących wyjazd do strefy działań wojennych. Zasady z podręcznika mają zastosowanie nie tylko na terytorium Ukrainy, mogą być przydatne dla pracowników mediów na całym świecie. W okresie masowej inwazji rosyjskiej na Ukrainę tysiące dziennikarzy było w strefie działań wojennych. Niestety, w czasie walk w wojnie rosyjsko-ukraińskiej zginęło prawie 90 dziennikarzy, w tym 17 pracowników mediów podczas wykonywania obowiązków zawodowych. Agresorzy schwytali ponad 40 dziennikarzy, w tym 30 ukraińskich, którzy przebywają w niewoli rosyjskiej i są poddawani torturom i represjom.

Natalia Wojtowycz szczególną uwagę poświęciła zbrodniom wojennym rosyjskich agresorów. W szczególności chodziło o uwięzionych ukraińskich dziennikarzy  i problemy pracowników zagranicznych mediów. Opowiedziała szczegółowo historię ukraińskiej dziennikarki Victorii Roschyny, która zginęła w rosyjskiej niewoli, nie doczekała wymiany. Ta wiadomość stała się tragedią dla Ukrainy. Według trenera medialnego studenci byli bardzo poruszeni misją pracujących w mediach podczas konfliktów zbrojnych. Uczestnicy szkolenia poznali także z projekt „Dziennikarze są ważni”, w ramach którego odnotowuje się historie zatrzymanych przedstawicieli mediów oraz z akcją „Dziennikarstwo nie jest przestępstwem”, zgodnie z którą NSJU domaga się oddalenia zarzutów wobec wszystkich dziennikarzy i ich uwolnienie z niewoli.

Omówiono pracę dziennikarzy europejskich i ukraińskich mediów oraz ich wpływ na zachodnich odbiorców. „Bardzo ważne jest, aby wiedzieli, co dzieje się na Ukrainie. To niezwykle cenne, że dziennikarze w Polsce przekazują informacje o rosyjskiej agresji na Ukrainę” – zauważyła Natalia Wojtowycz.

Przypominamy, że Centra Solidarności Dziennikarskiej są inicjatywą Krajowego Związku Dziennikarzy Ukrainy, która jest realizowana przy wsparciu Międzynarodowej i Europejskiej Federacji Dziennikarzy oraz UNESCO. Ma pomóc przedstawicielom mediów pracującym w czasie wojny na Ukrainie. Ośrodki działają na terenie ukraińskich miast: Kijowa, Lwowa, Iwano-Frankowska, Charkowa, Zaporoża, Dniepru i zapewniają dziennikarzom pomoc organizacyjną, techniczną, prawną i psychologiczną.

 

HUBERT BEKRYCHT: Prowokacje medialnych komunistów mentalnych

W Przeglądzie, takiej tygodnikowej odmianie Trybuny Ludu, ukazały się elukubracje, w których towarzysze z periodyku mogącego ubiegać się o nagrodę im. Pawła Morozowa atakują Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Tym razem miecz klasowej czujności wymierzono w Fundację Solidarności Dziennikarskiej.

Nie zamierzam tłumaczyć, że nie ma w artykule w Przeglądzie sprzed dwóch tygodni odrobiny rzetelności dziennikarskiej. I nie tylko w sprawie FSD, bo to oczywiste. Błędy, z których powodu których każda redakcja spaliłaby się ze wstydu tutaj – stanowiąc standard wspomnianej publikacji – nawet nie rażą, bo to specjalność pism sławiących PRL-owską przeszłość naszego kraju. Razi co innego. Nagonka. Ktoś powie, że to nic dziwnego, ale dla mnie 35 lat po teoretycznym upadku komunizmu politycznego skandalem jest robienie użytku z insynuacji, manipulacji, treści przypominających pomówienia z czasów stalinowskich, czyli tworzenie komunizmu mentalnego, a raczej pieczołowite pielęgnowanie tej podłej narracji (zresztą tę listę wypełnią bez trudu prawnicy). Proszę o wybaczenie wrażliwszych Czytelników, ale w śródtytułach będę stosował język komuszej nowomowy, bo w przypadku tego „artykułu” tak trzeba. Dlaczego? Aby zrozumieć perfidię przekazu organu, który bez trudu mógłby stanąć w szranki plebiscytu na ulubione pismo sierot po PRL.

Z czyjej inspiracji?

Właśnie, po co towarzystwu wydającemu Przegląd publikacja na temat Fundacji Solidarności Dziennikarskiej? „Artykuł” ukazał się 14 października, już po zjeździe Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, na którym wybrano nowe władze. Na stanowisku prezesa SDP Krzysztofa Skowrońskiego już 12 października zastąpiła Jolanta Hajdasz, ale nawet 17 października na FB Przeglądu prezesem SDP był jeszcze Skowroński.

Postkomunistyczny a nawet komunistyczny czas zatrzymał się? A może chciano zapobiec wyborowi Hajdasz na prezesa i Skowrońskiego do Zarządu Głównego SDP? Tutaj też wypalono kulą w płot.

Z dziennikarskiego obowiązku przypomnę, że 12 września, dwa dni przed publikacją omawianego organu, podczas zjazdu SDP, wystąpienie bardzo podobne do „rewelacji” Przeglądu (protokół z obrad można sprawdzić – łącznie z kolejnością nazwisk członków społecznej Rady FSD) miała redaktor Krystyna Mokrosińska.

Oczywiście dziwny zbieg okoliczności, ale na pewno to przypadek. Oszczerczego artykułu nie mogła inspirować osoba powszechnie szanowana w wielu środowiskach dziennikarskich – honorowa prezes SDP. Nie, bo nie. I koniec dyskusji, bo jeszcze kilka osób z oddziału warszawskiego SDP, moja prywatna opozycja (dziękuję kochani, że jesteście) posądzi mnie, że nadal „obrażam” Mokrosińską. Poprzednio ponoć obraziłem ją rymowanką w publikacji o zjeździe statutowym, który prezes honorowa próbowała zdestabilizować oddając mandat delegata. Nie wycofuję się i z wierszyka (brak poczucia humoru jest dla mnie równoznaczny z upadkiem mitu personalnego) i z pytania, dlaczego Krystyna Mokrosińska w ogóle została w SDP? Przecież nie dlatego, aby pisać pisma do KRS w sprawie „wad” nowego Statutu ostatecznie zarejestrowanego pod koniec lipca br.? Nie uwierzę też w to, że redaktor Mokrosińska sabotuje działalność władz SDP. Może po prostu ma złych doradców?

A propos, obrońcą prezes honorowej jest szef oddziału warszawskiego Zbigniew Rytel (też nie ma poczucia humoru i wzywał mnie do „przeprosin” Mokrosińskiej). Ale odrzućmy różnice, uwaga, będę teraz bronił szefa OW SDP. Zbyszek został haniebnie potraktowany przez Przegląd. Na zdjęciu przy „artykule” o sugerowanych „przekrętach” w FSD, Rytel siedzi po lewej stronie nielegalnie odwołanego szefa Rady Mediów Narodowych Krzysztofa Czabańskiego i wieloletniego prezesa SDP Krzysztofa Skowrońskiego, czyli – wedle przeglądowej prowokacji – Rytel to też „zbój” medialny „zamieszany” w „przekręty” FSD i podpisany jeszcze jako członek Zarządu Głównego SDP, a przecież wszyscy wiedzą, że Zbyszek trzy lata temu przegrał wybory do władz centralnych naszego stowarzyszenia i teraz już nie startował.

Wstydź się Przeglądzie!

Zbyszku, gdybyś potrzebował pomocy prawnej w procesie z Przeglądem, pomogą Ci prawnicy SDP i Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Tylko daj znak, że chcesz te skojarzenia odrzucić przed sądem.

Wicie, rozumicie

Teraz troszkę poważniej, bo ze szmacianej prowokacji Przeglądu można się tylko śmiać.

Błędy, kłamstwa i manipulacje mające połączyć FSD i SDP z innymi instytucjami państwowymi, których jeszcze nie osądzono, ale działały w latach 2015 – 2023 albo nawet i 2024 mają odciągnąć uwagę od stopniowego zawłaszczania bezprawnie przejętych przez rząd pod koniec ub. r. publicznych mediów i niszczenia innych redakcji, które krytykują koalicję sprawującą władzę w Polsce od grudnia 2023 r.

Wywody umieszczone w Przeglądzie dotyczą de facto nie FSD a innych podmiotów, które w sposób legalny wspomagały fundatora, czyli SDP a zatem ich jedynym „przewinieniem” była działalność za rządów PiS. A ponieważ jest teraz moda na polowanie na PiS to i ruszyła nagonka na SDP, czyli – zdaniem inspiratorów „artykułu” – organizacji wspierającej PiS a PiS wspomagał SDP. Tylko chodzi o finanse i muszą być na to dowody a tych po prostu nie ma. A nawet gdyby ktoś je sfabrykował trzeba udowodnić, że są poza prawem a na to redakcja nie ma intelektualnej siły, bo przekazuje tekst z błędami! Merytorycznymi. Pomijam już nazwiska, daty, tytuły czy stanowiska.

Zgadnijcie po co jednak te bzdury publikuje Przegląd? Przecież, na Boga, nie dla kilku tysięcy czytelników, dla których czas się zatrzymał w stanie wojennym. Ten „artykuł” jest po to, aby „skompromitować” SDP i FSD. No i wymyślono mało sprytnie kilka pogłosek, pomówień (raj dla prawników). Podlano to sosem donosu z matrycy im. Pawika Morozowa i hulaj dusza… Ale piekło jest. Dlaczego zatem „dziennikarze” Przeglądu wybrali wieczne potępienie?

Może dlatego, że wieloletni naczelny przeglądu Jerzy Domański (przez chwilę był nawet prezesem PZPN, co tłumaczy początek upadku polskiego futbolu w latach 1989 – 90) jest szefem postkomunistycznego Stowarzyszenia Dziennikarzy RP (za junty Jaruzelskiego SD PRL) – obecnie stowarzyszenia zawieszonego w prawach członka międzynarodowej organizacji dziennikarskiej EFJ. Może dlatego w Przeglądzie nie boją się piekła, bo w głowach dawnych reżimowych dziennikarzy, sympatyków wicepremiera Jagielskiego i samego dyktatora Jaruzelskiego, pojawił się chaos i pytanie. Ważne: jak żyć? Jak, skoro SDP ma ponad 3 tys. członków a SdRP, któremu lideruje wpływowy redaktor Przeglądu ma tylko kilkuset członków i to wedle własnych danych postkomunistycznej organizacji dziennikarskiej…

Wielkość Gomułki, czyli „stoimy nad przepaścią…”

Skąd w periodyku, który umieszcza oczywiste brednie i manipulacje na temat SDP i FSD takie przekonanie o słuszności „kierunków”.

Jak wiadomo baza musi mieć nadbudowę. Z uporem godnym lepszej sprawy Przegląd lansuje w październiku postać komunistycznego aparatczyka Andrzeja Werblana, któremu dorabia się gębę przyjemnego lewicowego intelektualisty – publicysty w tygodniku założonym przez Jerzego Urbana.

Skąd taka głupota w Przeglądzie, że cytują zdanie Werblana o Władysławie Gomułce? Redakcja chwali się tym na FB i cytuje byłego partyjnego ideologa: „Wielkość Gomułki polega na tym, że potrafił poprawnie odczytać interes narodu” – tako rzekł obchodzący 30 października 100 lat Andrzej Werblan, któremu władze Przeglądu składają z tej okazji życzenia.

Inna rzeczywistość? Tak, zważywszy, że redakcja Przeglądu nie zadała Werblanowi pytania o legendarne „odczytywanie interesu narodu” w postaci masakry robotników na Wybrzeżu w grudniu 1970 r., do czego doprowadziła obłędna ekonomiczna polityka „Wiesława” i wpierani przez niego mordercy w polskich mundurach, którymi sterowali Jaruzelski i Kiszczak.

Może dlatego tych pytań brak, że redakcja i naczelny zajęci są reanimacją medialnego trupa Przeglądu. Nikt im nie powiedział, że ze śmiercią takiego złego formatu się nie wygra? Nic im nie pomoże próba lizusowskiego „wystawiania” SDP władzom rządowym, bo medialni bankruci mogą tyle, co guru Przeglądu Jerzy Domański. A on chyba nie zdaje sobie sprawy, że jego czas jako propagandysty rządów postkomunistycznych minął. Teraz rządzą liberałowie i farbowani lewicowcy. Mają lepszych „specjalistów” od propagandy.

Nie wiadomo, kto wpadł na kiepski pomysł zachęcenia czytelników do lektury felietonu Domańskiego o jednym z polityków opozycji w sposób bardzo ryzykowny. Bowiem redaktor Jerzy Domański na fejsbukowym profilu tygodnika uśmiecha się ze zdjęcia a przy emanującej pewnością siebie twarzy umieszczono, chyba dla żartu, napis: „Przyzwoici ludzie nie nadążają za kolejnymi woltami tej kanalii”.

Dla żartu?

 

 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Dlaczego Polacy nie lubią Niemców?

Znany z jednostronnego przedstawiania sytuacji w Polsce Philipp Fritz opisał w die Welt wyniki kompleksowego badania, z którego wynika, że stosunek Polaków do Niemców od lat się pogarsza. A sytuacja wcale nie zmieniła się po dojściu do władzy proniemieckiego Donalda Tuska.

Czy ktokolwiek z Państwa czuje się zaskoczony? Chyba nie. Tym bardziej, że kto ma oczy ten widzi, że nawet jeśli ktoś miał co do stosunku Niemców do Polaków jakieś złudzenia, to – w wyniku rządów realizującego niemiecką agendę wobec Polski Donalda Tuska – szybko się ich pozbywa.

Fascynujące „przyczyny”

Fascynujące są jednak przyczyny tego stanu rzeczy, a przynajmniej tak jak je widzi wieloletni korespondent w Warszawie i opowiada o nich rodakom na łamach jednego z najbardziej poczytnych niemieckich dzienników własnymi słowami i słowami ekspertów o polską brzmiących nazwiskach. Otóż wg. Fritza „winien jest rząd PiS, który oczerniał Niemców” i „telewizja państwowa zawsze malowała swojego zachodniego sąsiada w ciemnych barwach”. No może jeszcze trochę „historia”.

I te bzdury Niemcy, w tym Niemcy, którzy mają pogłębiać wiedzę Niemców nt. Polaków, tacy jak Fritz, powtarzają sobie od lat, jedocześnie głośno „dziwiąc się wzajemnemu niezrozumieniu”. Nie wiem, czy robią to celowo, czy też autentycznie nie mogą wyjść z jakiegoś rodzaju ograniczeń umysłowych, które nie pozwalają im zrozumieć oczywistości, ale spróbuję pomóc.

Panie Fritz

Zatem, Panie Fritz, tą drogą, bo na „X” Pan mnie zbanował, tak w telegraficznym skrócie:

Zacząć należałoby od tego, że Polacy coraz mniej lubią Niemców, ponieważ mija coraz więcej lat od rzezi, której Niemcy dokonali na Polakach, a najeźdźcy nie kwapią się do adekwatnego zadośćuczynienia. Właściwie nie kwapią się do żadnego, które nie byłoby obraźliwe wobec skali zbrodni niemieckich na obywatelach Polski. Polskie ofiary nie mają nawet pomnika w Berlinie, zrabowane przez Niemców polskie dzieła sztuki nadal leżą w niemieckich piwnicach, a polskiej mniejszości nie został oddany majątek odebrany dekretami Goeringa. Jakby tego było mało, Niemcy kłamią na temat wspólnej historii i przy użyciu niewątpliwie potężnych narzędzi propagandowych, utwierdzają niesprawiedliwe stereotypy na temat Polaków. Pan by kogoś takiego lubił?

Co więcej, Niemcy mieniąc się „sojusznikiem Polski” realizują geopolitykę sprzeczną z interesami Polski i innych państw Europy środkowej. Do Nord Stream już może nie ma po co wracać, ale kto chce widzieć, widzi jak Niemcy dążą do powrotu robienia interesów z Rosją, lub też nigdy nie przestali ich robić, jak choćby w przypadku sprowadzania do rafinerii Schwedt ropy rzekomo kazachskiej, ale cudem jakimś wykazującej cechy ropy rosyjskiej. Niemcy mają oczywiście prawo prowadzić taką geopolitykę jaką uznają za słuszną, ale trudno za „sojusznika” uznawać kogoś, kto prowadzi wobec nas politykę wrogą, jak choćby w przypadku zakulisowego rozbijania jedności państw regionu Trójmorza, korumpowania elit, czy blokowania inwestycji rozwojowych.

Być może najbardziej ostatnio irytuje Polaków traktowanie przez Niemcy Polski jak śmietnika. I to nie tylko śmietnika na szkodliwe niemieckie odpady, ale również na skutki nieudanych niemieckich eksperymentów politycznych, jak w przypadku masowej migracji, czy działających wbrew interesom Polaków rządów implementowanych siłami powolnych Niemcom mediów. Pan wybaczy Pnie Fritz, ale trudno Was w tym wszystkim lubić (przy czym mam na myśli głównie niemieckie elity różnych poziomów, ponieważ ze strony zwykłych Niemców bywało, że spotykałem się z zaskakującym zrozumieniem).

Co mogą Niemcy?

Czy można coś w tej sprawie zrobić? Można. Oddajcie co ukradliście, wypłaćcie reparacje, przestańcie mieszać nam się do naszych spraw, przestańcie kłamać na temat Polski i zabierzcie swoje śmieci. A kiedy nam przejdzie złość, zastanowimy się jak oprzeć wzajemne stosunki na możliwej synergii i poszanowaniu odrębności interesów.

MARIA GIEDZ: Rwanda – co mówią cmentarze, których nie ma

Podczas każdej podróży po najdziwniejszych i najbardziej odległych od Polski krajach zawsze odwiedzam cmentarze, gdyż cmentarz to przysłowiowa kopalnia wiedzy. Kiedy dotarłam do Rwandy, tego przepięknego, górzystego, pełnego jezior kraju, położonego w samym sercu Afryki, byłam przekonana, że tamtejsze cmentarze sporo mi powiedzą o miejscowych zwyczajach. Jakże się rozczarowałam.

Przez pięć tygodni włóczenia się po Rwandzie, kraju wielkości województwa lubelskiego, znalazłam tylko dwa i to współczesne cmentarze oraz kilka pojedynczych grobów przy dwóch kościołach: katedrze w Ruhengeri i dawnej kaplicy sióstr misjonarek, a obecnie centrum medytacji nad Jeziorem Ruhondo. Istnieją oczywiście liczne pomniki przypominające o tragedii – ludobójstwie, jaka rozegrała się w 1994 r., kiedy to zamordowano ponad milion osób. Ale nie o to chodzi.

Grobów zwykłych ludzi: babci, dziadka, rodzeństwa, dzieci, rodziców, sąsiadów –nie ma. I nie ma też tradycji pamiętania o zmarłych, jak to czyni się w Polsce, u Latynosów, w wielu krajach Azji, na Bliskim Wschodzie, w Europie. W Rwandzie ludzie nie troszczą się o zmarłych, gdyż czują przed nimi strach. Grzebią ich gdziekolwiek, najczęściej w okolicach własnego domu. Jak opowiada ojciec Bartek, karmelita bosy, mieszkający w Afryce od 1976 r., najpierw w Burundi, a obecnie w Rwandzie, cmentarzy tu właściwie nie ma, gdyż są zarośnięte trawą po pas, a groby są rozgrzebane przez dzikie zwierzęta, które w nocy wywlekają zmarłych. Miejsce pochówku nie jest niczym zaznaczone. Czasem żyjący wlewają tam bananowe piwo (bardzo kwaśne i mętne), aby zmarli nie mścili się na nich.

Grób dziecka, fot. Agnieszka Czajkowska

Kiedy ktoś umiera, to jego ciało owija się w matę z liści bananowych i tak wkłada się go do „grobu” – dziury w ziemi. Pochówkiem zajmują się mężczyźni, gdyż kobiety są od rodzenia i nie mogą się spotykać ze zmarłym, czyli ze śmiercią, gdyż każdy ma tu swoją rolę do odegrania. Jeszcze do niedawna istniał zwyczaj, że wszystkie rzeczy zmarłego wyrzucano z domu i zabijano jakieś zwierzę, aby śmierć nie powróciła. Dzisiaj to się nieco zmienia. W miejscu pochówku kładzie się krzyż i trochę kwiatków, czasem również zdjęcie zmarłej osoby. Kiedy kwiaty zwiędną można na grobie posadzić np. bananowca albo inne rośliny. Po pewnym czasie miejsce pochówku się zaciera i chodząc między domami, czy po polach, a raczej poletkach uprawnych nawet nie wiemy, że to dawne groby.

W Rwandzie nie ma miejsca na cmentarze, gdyż na jednym hektarze ziemi mieszka 700 osób, a nawet więcej i nie ma tam jak w Polsce wieżowców, albo zwyczajnych bloków. Oczywiście mówimy o terenach wiejskich i tych małomiasteczkowych.  W Kigali, stolicy kraju, gdzie mieszka ponad 1,5 mln osób, a na jednym kilometrze kwadratowym mieszka dwa tysiące osób też nie ma miejsca na pochówek, więc… Ziemia jest cenna, gdyż ludzie utrzymują się głównie z rolnictwa, a przecież nie każda ziemia nadaje się pod uprawę, ponieważ, jak wspomniałam wcześniej, wszędzie są góry albo jeziora, mimo że skały jest mało. Więc gdzie mają powstawać cmentarze? Każdy centymetr ziemi wykorzystywany jest pod uprawę. Nie ma osobnych sadów, warzywników. Między bananowcami sadzi się fasolę…, a pod bananowcami leżą zmarli.

Współczesny cmentarz. W całym kraju sa takie dwa cmentarze. Fot Maria Giedz

Obecna władza próbuję tę kwestię uporządkować i ostatnio powstały dwa cmentarze, na których wszystkie groby są takie same, więc być może był to jeden cmentarz, a ja fotografowałam go z różnych stron jadąc samochodem. To tam mają odbywać się ceremonie pogrzebowe. Nie wszyscy jednak akceptują to novum i nadal chowają, głównie małe dzieci na swoim polu czy podwórku.

Niektórzy na pogrzeb wkładają czarną bluzkę z wydrukiem podobizny osoby zmarłej oraz przypinają białą kokardkę, symbol żałoby. Fot. Maria Giedz

Kiedy dokonuje się pochówku zmarłego, to w ramach nowej mody niektórzy żałobnicy wkładają czarną bluzkę z wydrukowaną podobizną osoby zmarłej i do tego przypinają białą kokardkę (w Polsce jest to czarna kokardka, albo kir czy kotylion).

W Rwandzie 1 listopada, czyli dzień Wszystkich Świętych nie jest dniem wolnym od pracy. Podobnie jest z 2 listopada, czyli z dniem zadusznym. Są to zwykłe dni, jak każde inne. Wszystkich Świętych obchodzi się w pierwszą niedzielę po pierwszym listopada. Jednak nie ma takiej atmosfery jak u nas. Nie chodzi się na cmentarze, bo ich właściwie nie ma. W tym dniu nie wspomina się zmarłych. Chociaż zdarza się, że rodzina w rocznicę śmierci kogoś ważnego prosi o odprawienie za niego Mszy św., przynosi do kościoła świeczki i ustawia je na rozsypanym piasku, po czym je zapala i przy nich się modli.

Kibeho. Miejsce upamiętniające ofiary ludobójstwa. Fot. Maria Giedz

Rwandyjczycy boją się ducha zmarłego. Nie mówią o nim. Śmierć i zmarli to temat tabu. Podobny stosunek mają do osób pomordowanych w czasie ludobójstwa. Nie chcą o tym mówić, mimo że niemal w każdej rodzinie w latach 90. ubiegłego stulecia rozegrał się dramat. Aczkolwiek każdego roku w kwietniu, w rocznicę największych mordów przez tydzień odbywają się uroczystości upamiętniające tę narodową tragedię.

Grób zamordowanego w 1997 r. kanadyjskiego misjonarza. Fot. Maria Giedz

W Rwandzie, podobnie jak na całym świecie są też wyjątki. Rwandyjczycy pamiętają o białych misjonarzach. Stawiają im groby i nawet dbają o nie. Takim przykładem jest grób ojca Guya Pinarda, kanadyjskiego misjonarza pracującego w parafii Kampanga, który został zabity w kościele podczas odprawiania Mszy św. i to na oczach swoich parafian. Jego grób znajduje się nieopodal katedry w Ruhengeri. Dba się też o groby członkiń Foyers de Charite (Ogniska Miłości) znajdujące się niedaleko kaplicy, a obecnie nowo budowanego kościoła w Ruhondo. Generalnie można powiedzieć, że w Rwandzie dba się głównie o groby osób konsekrowanych. A co ze zwykłymi ludźmi? Może za osiemnaście wieków będą w Rwandzie cmentarze i będą wyglądały jak w Polsce. Bo przecież w tym kraju chrześcijaństwo istnieje dopiero od 124 lat, czyli Rwandyjczycy żyją w drugim wieku.

Jan Paweł II, kiedy przebywał w Rwandzie – w ramach pielgrzymki do tego kraju – we wrześniu 1990 r., zwracając się do Polaków powiedział: „Miejcie do tych ludzi cierpliwość, gdyż są to ludzie z czasów Mieszka I”.