Zanim przystąpię do rzeczy, przypomnę jak przed meczem z Mołdawią śpiewała nasza „nożna” piłkarska reprezentacja. Otóż nasi reprezentanci śpiewali porażająco – tak samo strasznie, jak chwilę później grali. Fałszowali, nie trzymali rytmu, każdy śpiewał w swoim tempie, choć z głośników „szedł” Mazurek Dąbrowskiego.
Z kolei pewien siatkarz obraża publicznie znakomitego siatkarza, polskiego reprezentanta, ale urodzonego na Kubie. Ów obrażający twierdzi, że Kubańczyk nie ma prawa grać w reprezentacji, bo nie śpiewa polskiego hymnu. A może wspaniały siatkarz Wilfredo Leon – bo o tego Kubańczyka tu chodzi – nie śpiewa, bo nie chce brać udziału w takim potężnym fałszowaniu? To byłoby logiczne, tym bardziej, że jak wiadomo, muzykę Kubańczycy mają we krwi.
Samemu czy w grupie
Tragedią naszego nauczania jest brak wspólnych działań uczniów. W państwach anglosaskich uczniowie od dawna uczą się, przygotowują prezentacje tematów wspólnie. Nad takimi prezentacjami pracują najczęściej w grupach 4-6 osobowych. Muszą się dogadywać, uzgadniać – czyli muszą dochodzić do efektu wspólnie. A u nas nie. My wychowujemy kolejne pokolenia samorodków, indywidualistów, czyli nie potrafiących – po skończeniu szkoły – współpracować z innymi.
Zespół w zespół
Oczywiście są niszowe zawody, w których każdy może pracować sam – malarze, rzeźbiarze, hafciarze szydełkowi, kopiści starożytnych ksiąg na papirusie, na pergaminie – czyli na cielęcej skórze. Są jeszcze tacy indywidualiści jak: szewcy, krawcy i krawcowe, złotnicy, jubilerzy i dziennikarze… W sumie mamy powyżej katalog zawodów „indywidualistycznych”, w którym wymieniłem głównie rzemieślników, ludzi z tradycją jeszcze wczesnośredniowieczną. Nowoczesny człowiek musi umieć pracować w zespole. I póki tego nie zmienimy, będziemy mieć kłopoty z produkcją, administracją, służbami mundurowymi… a właściwie ze wszystkim. Świat współczesny pracuje w zespołach, a my liczymy ciągle na cudownych samorodków Janków Muzykantów.
Chóry i orkiestry
Na Zachodzie już dawno zauważono, że nauka muzyki w szkołach scala, cementuje małe społeczności uczniowskie. No i uczy też śpiewu, gry na podstawowych instrumentach i rozumienia muzyki. A przede wszystkim świadomego przeżywania jej. Na świecie szkoły podstawowe, średnie i uczelnie wyższe utrzymują też chóry. Ich uczestnicy – poza kształceniem muzycznym – uczą się dyscypliny, poszanowania kolegi, który śpiewa ze mną.
Dwadzieścia lat temu w malej Finlandii działało ponad 50.000 chórów – szkolnych, samorządowych, stowarzyszeniowych. A w Polsce? Co prawda w 2006 roku zaczęto realizować pomysł „Ogólnopolski Projekt Akademia Chóralna „Śpiewająca Polska”, ale znaczących efektów na razie nie ma. Nikt też nie wie ile mamy w Polsce chórów.
Podobnie jest z orkiestrami. Oczywiście są i u nas, ale na tle Europy nie mamy się czym pochwalić. Dlaczego? Bo ciągle nie doceniamy zespołowości działań. Może to jakieś dziejowe przekleństwo, ciągnące się za nami z czasów szlacheckich? Bo jak wiemy, szlachta ceniła sobie wolność, rozumianą jednak jako skrajny indywidualizm. Żywiła też pogardę dla prawa i podstawowych zasad współżycia.
Jak utłukliśmy nasze klasyczne pieśni ludowych
Jest też tego naszego lekceważenia społecznej funkcji chórów i taki skutek, że kilka ostatnich pokoleń nie zna polskich klasycznych pieśni ludowych. A wspólnotę buduje się także na tym, że każdy powinien znać klasykę polskich pieśni. Tak jak naszym obowiązkiem jest znać dzieła Kochanowskiego, Mickiewicza, Słowackiego, Fredry, Prusa, Sienkiewicza. Żeromskiego i Wyspiańskiego. Bez tej znajomości klasyki będziemy w końcu stadem baranów mówiących słabo po polsku, których to baranów będzie łączyła jedynie trawa. Za czasów Gomułki nadawano w radio – aż do przesady – pieśni Mazowsza i Śląska. Ale był w tym rozum. Bo pamiętajmy, że w 1945 roku, na naszych obecnych ziemiach znaleźli się ludzie ze Wschodu, którzy słabo znali ogólnopolską tradycję i kulturę. Więc scalano społeczeństwo – między innymi – przy pomocy Mazowsza i Śląska.
Kres tej ludowej kulturze położyli ludzie Gierka, którzy uznali, że pieśni ludowe hamują postęp techniczno-kulturowy. A w tym samym czasie w Niemczech i na Wyspach Brytyjskich kwitła kultura ludowa, a ich telewizje pełne były konkursów na wykonanie ich klasycznej, ludowej muzyki i pieśni.
Głuchota nasza powszechna, czyli Zenek jako nieszczęsny skutek
Ciągle widzę młodych ludzi, którzy idą ulicami, jeżdżą autobusami ze słuchawkami w uszach i słuchają muzyki. Ale nie wiem, czy naprawdę słuchają, czy też narkotyzują się tą muzyką. Wychodzą z realnego świata i zanurzają się w świat ostrych i głośnych dźwięków.
Nie dziwmy się więc, nie sarkajmy, że idolem muzycznym większości Polaków jest dzisiaj niejaki Zenek wykonujący płaskim głosem właściwie jedną i tę samą piosenkę, tyle, że z innymi słowami. Tego Zenka, tośmy sobie sami wychowali, sami stworzyli mu grono słuchaczy głuchych i „bezgustownych”.
Przeczytałem ostatnio monografię „Teatr Stary, jaki był, 1945-2000” Elżbiety Morawiec. Książka została wydana w roku 2018, więc myślę, że prawdziwy miłośnik teatru jeszcze ją znajdzie, a warto, bo Elżbieta Morawiec napisała dzieło wspaniałe. Ta pozycja powinna być obowiązkowa dla studentów, absolwentów i wykładowców wszystkich naszych teatrologii.
Problem jest jedynie z tytułem, bo obiekt tej monografii nazywa się właściwie inaczej, i jest to: „Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej – teatr w Krakowie”. Stary Teatr jest obok Teatru Narodowego w Warszawie jedną z dwóch narodowych scen dramatycznych, podlegających bezpośrednio Ministrowi Kultury id Dziedzictwa Narodowego. Czyli jest to Stary Teatr, ale w Krakowie wszyscy mówią Teatr Stary. I dlatego autorka dała swej pracy tytuł „krakowski”.
Zanim szerzej rozpłynę się w zachwycie nad dziełem Pani Morawiec, pozwolę sobie jednak przedstawić kłopotliwy, bo nędzny stan dzisiejszego pisania o zjawisku jakim jest teatr.
Jak nie należy pisać o teatrze
Teatr był, jest i będzie niezwykle atrakcyjnym przedmiotem do opisywania, badania, recenzowania, publicystyki a także plotek. Niestety w kilku ostatnich dziesięcioleciach mnożą się coraz szybciej teksty, których autorzy zdradzają głęboką niewiedzę. Podejrzewam, że jest to skutek fascynacji teatrem podgrzewanej podstawowym brakiem wiedzy o przedmiocie.
Niewątpliwie przyczyniają się do tego liczne wydziały kulturoznawstwa, na których wykłady i zajęcia prowadzą naukowcy, którzy teatr znają głównie z lektur innych naukowców. „Teatroznawstwo” zamknęło się we własnym kręgu i żyje samo dla siebie. Wytworzyło – jak każda nowa nauka – własny język, który ma opisywać rzeczywistość teatralną. Ale język ten w niczym nie przypomina języka ludzi teatru. No i jest nadęty, napuszony, przemądrzały i nazbyt pewny siebie.
Niestety pożytku z takich teatrologów nie mają ani twórcy teatru, ani widzowie. Pierwsi oczekują analiz swoich sukcesów i porażek, ciekawi są jak widzowie rozumieją treści i formę ich przedstawień, czy to co zamierzyli „przeszło przez rampę”. Widzowie natomiast oczekują od piszących, mówiących w programach telewizyjnych, niejako przewodnika po teatrze, mądrzejszego, który więcej niż oni zrozumiał – bo jest fachowcem. Czekają również na sprawiedliwe oceny spektakli, na zachęty lub odstręczanie pójścia do teatru.
Ale nie ma tak dobrze. Teatrologia jest nakierowana jedynie na teatrologów. Piszący o teatrze budują podejrzane struktury filozoficzne, psychologiczne, których rzekomo dopatrzyli się w przedstawieniach.
Może warto by było, zanim zacznie się o teatrze pisać, popracować dwa-trzy sezony w działach literackich teatrów? Myśl ta przyszła mi do głowy dlatego, że autorka omawianej pozycji była wieloletnim kierownikiem literackim kilku, bardzo dobrych teatrów.
Jak należy pisać o teatrze
Jak się pisze tak piękne dzieło, jakie stworzyła Elżbieta Morawiec? Trzeba mieć talent i wiedzę. A także wiedzieć, że pisze się „dla ludzi” a nie dla innych teatrologów. Przeczytałem kilkanaście monografii poświęconych innym polskim scenom. Autorami większości byli szacowni naukowcy, którzy jak jeden grzeszyli podejściem archiwisty. To znaczy starali się spisać, co i jakich autorów grano, ile razy, kto w danym przedstawieniu wystąpił, kto reżyserował… i tak dalej. Takie informacje znajdziemy również w pracy Elżbiety Morawiec, bo to obowiązek autora monografii. Ale prawie wszyscy jej poprzednicy – w dziele monografii teatrów – na tym poprzestawali. Z pewnością fenomen dzieła Elżbiety Morawiec bierze się stąd, że poznała teatr z bliska, najbliżej jak można – gdy nie jest się aktorem, lub reżyserem. Więcej – ona była ważnym współtwórcą teatru.
Elżbieta Morawiec, urodziła się w 1940 roku w Będzinie, zmarła w listopadzie 2022 roku. Była krytykiem teatralnym i literackim, publicystką, tłumaczką. W latach 1970-1990 była kierownikiem literackim Teatru Polskiego we Wrocławiu, Starego Teatru w Krakowie, warszawskiego Teatru Studio oraz poznańskiego Teatru Ósmego Dnia. Była też członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich oraz członkiem kapituły Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza.
Tym samym nie dziwi mnie, że ktoś z taką drogą życiową, z takim doświadczeniem zawodowym mógł napisać tak mądrą rozprawę o o teatrze. Elżbieta Morawiec napisała rzecz fascynującą, bo postarała się dotrzeć do źródeł, do przyczyn powstania fenomenu, jakim był Stary Teatr. Rozumiała też, że sztukę teatru tworzą ludzie – czyli artyści teatru. I dlatego jej książkę czyta się jak wciągający historyczny kryminał. Znajdziemy w niej żywych ludzi, którzy ten Teatr Stary tworzyli. Natkniemy się na momenty przełomowe w życiu tej sceny. Znajdziemy też – a może przede wszystkim – sylwetki wybitnych reżyserów i aktorów. Z książki Elżbiety Morawiec wyłania się obraz Teatru Starego na przestrzeni 55 lat. Obraz zmagań z władzami i z własnymi ograniczeniami artystów.
Pozwolę sobie przedstawić Państwu dwa fragmenty dzieła, żeby pokazać doskonałość pisania Elżbiety Morawiec. Na początek fragment opisujący lata stalinowskie, pierwsze lata istnienia Starego Teatru.
Pierwsze lata Starego Teatru
Nie podobna tu streszczać czy bodaj opowiadać tych sztuczydeł – zawsze gdzieś czyhał wróg klasowy, ponury imperialista, szkodnik społeczny etc. Niekiedy w tych swoistych pièces-bien faites (dobrze wykonane kawałki – redakcja) pobrzmiewała ironia. Na przykład w „Inżynierze Sabie” Anna tak wyznawała miłość tytułowemu bohaterowi:
„Wierzę w ciebie. Wierzę, że będziemy produkować najtańszą bieliznę. Chodzi mi o to, żeby ludzie zaczęli „wytwarzać” najdroższą i najtrwalszą miłość”.
W sztuce Maliszewskiego „Wczoraj i przedwczoraj” na tle tradycyjnego dramatu rodzinnego jaskrawo rysują się wątki, złożone w daninie dogmatowi. Brat marnotrawny to malwersant i uciekinier, pozytywny z przyczyn pozaideologicznych ojciec po wojnie zostaje przodownikiem pracy. A inna postać taką oto wygłasza apologię ojca:
Radość wielka nas przenika
Mamy ojca przodownika
Raz na tysiąc lat się zdarza
Taki fajny typ murarza
Myślał, myślał dnie i noce
Aż wyrobił 200 procent.
Nawet Jarosław Iwaszkiewicz, starając się trochę uczłowieczyć socrealistyczny schemat („W Błędomierzu” to był dramat rodzinny, „dobry” brat komunista i „zły” prawicowiec, antysemita, nie ustrzegł się politycznie słusznej, baśniowej iście puenty. W finale jedna z postaci powiada z namaszczeniem:
„W każdym takim Błędomierzu – doktor Sawicki i mała Wala, i Rysio, i doktor Wikła, i księżyna, i Staniewicz – i wszyscy oni chcą, aby Polska była lepsza i mądrzejsza, i czystsza, i zdrowsza, i żeby cała ludzkość szła ku nowemu dniowi. Ile razy nas zło przemoże, to trzeba tylko wyciągać ręce do swoich współtowarzyszy i wziąć się w mocne, mocne koło. I wtedy prawdziwie odbudujemy Błędomierz”.
W Starym radzono sobie z produkcyjniakami także inaczej – Tadeusz Kwiatkowski (i spółka) napisali „Traktor i dziewczynę” jako musical, wielki Jan Kurnakowicz puszczał oko do widowni jako Prezes Charles K. MacPherson. Ubolewając nad niesprawiedliwością losu, która zmuszała wybitnego aktora do podejmowania takich zadań Henryk Vogler pisał: „Kreację Kurnakowicza należałoby sfilmować, udźwiękowić i umieścić w tym celu stworzonym archiwum aktorskim”.
Teatr tamtego czasu miał zadanie karkołomne – z jednej strony musiał oddać co nakazowe – nakazowej estetyce, z drugiej zaspokoić gusta publiczności a także starać się je podnieść na wyższy poziom. Rezultatem musiał być eklektyzm, ale w Starym Teatrze miał ten eklektyzm całkiem przyzwoity kształt. Repertuarowy i nie tylko.
Wielcy Starego Teatru
Jak się rzekło na początku, sztuka istniej tylko dzięki artystom. Artysty nie można administracyjnie mianować – choć były takie próby. Również nie stworzą artysty wyższe szkoły artystyczne, artystą człowiek się rodzi, a potem dorasta do sztuki i rośnie swoimi dziełami.
Książka Elżbiety Morawiec zawiera kilkanaście sylwetek wybitnych artystów, związanych ze Starym Teatrem. Zwróćmy uwagę, że swoje dzieło autorka dedykowała Jerzemu Treli, czyli wybitnemu, a może najwybitniejszemu aktorowi Starego Teatru. Z książki Morawiec wybrałem postać największego reżysera tej sceny, Konrada Swinarskiego. Poczytajmy, jak mądrze i wnikliwie portretuje go autorka.
Szczęściem w historii zapisuje się nie tylko cenzura i głupota władzy, ale także osiągnięcia ludzi naprawdę twórczych, A takich nie brakowało w czasach późnego Gomułki. Hübner wiedział, kogo angażuje podpisując w 1964 roku umowę z Konradem Swinarskim. A Swinarski był już wówczas kimś więcej niż dobrze się zapowiadającym młodym reżyserem. Laureat w 1960 roku Nagrody im. Leona Schillera, w 1964 wyróżniony przez niemiecką krytykę teatralną za inscenizację „Pluskwy” Majakowskiego w teatrze berlińskim. Dumny z współzałożenia w Belinie słynnego potem Theater am Halleschen Ufer.
I tu wkraczam na bardzo trudny teren – jak na kilkunastu stronach zapisać choćby część prawdy o genialnym artyście. A Konrad Swinarski niewątpliwie takim był. To się wiedziało już za jego krótkiego, dramatycznego życia.
Ktoś powiedział (Camus? Herling-Grudziński?), że artysta, to ktoś, kto ma los. Jeśli można tak powiedzieć Swinarski był człowiekiem, który losu miał aż w nadmiarze. Ojciec, oficer wojska polskiego, zmarł w 1935 roku, kiedy Konrad miał 6 lat. Matka, która nieopatrznie w czas okupacji przypisała się do narodowości niemieckiej, za co po wojnie skazano ja na obóz dla „wrogów narodu”, zmarła z głodu i wycieńczenia w październiku 1945, Swinarski miał wówczas 16 lat. Także w roku 1945 stracił jedynego brata – wcielony do Wehrmachtu Henryk Swinarski zginął w marcu 1945.
Tragiczne piętno odcisnęło na nim rozdarcie między dwiema kulturami – polska i niemiecką. Miotał się, nigdzie nie czuł się u siebie, wieczny uciekinier, lub jak pisali niektórzy – pielgrzym. Może raczej Edyp – uciekający przed zagadką swojego życia i nieustannie je zgłębiający. Elżbieta Witek-Swinarska pisała:
„ …ciągle uciekał z jednego miejsca w inne miejsce, od jednych ludzi do innych ludzi. Wszędzie było mu dobrze i źle równocześnie. Był w Warszawie, ciągnęło go do Berlina, był w Berlinie, tęsknił do Polski”.
Znacznie później, Jan Błoński, kierownik literacki Starego za czasów Konrada, diagnozował to głębiej:
„Miał wielkie poczucie tragiczności ludzkiego życia. Mógłbym tu wspomnieć zaledwie jakieś wrażenia… na przykład fascynację matką w całej komplikacji miłości i nienawiści. Miał silne poczucie winy, bo matka była właściwie Niemką i chciała nią pozostać. I on odczuwał to jakoś tak, że wszystkich zdradził… ojca zdradził z matką, matkę zdradził z Polską, potem Polskę z Niemcami, kiedy pojechał do Brechta… Stąd ciągły brak miejsca w świecie i silne poczucie winy”.
Istnieją wybitni nawet reżyserzy, dla których teatr jest po prostu realizacją pewnych intelektualno-artystycznych decyzji. Racjonalnych z ducha. Na pewno nie był takim dla Konrada – on poprzez teatr dokonywał nieustannych aktów samopoznania. W sztuce XX wieku można go porównać tylko z Pier Paolo Pasolinim, ta sama namiętność poznania prawdy ich obu zżerała. Prawdy o świecie, ale nade wszystko o sobie samym jako podmiocie i przedmiocie poznania. Był kimś, można rzec symbolicznym dla losu człowieka XX wieku, wieku totalitaryzmów.
Tragiczność przenikała jego życie, włączając w nie motyw losu ludzkiego XX wieku – losu wygnańców, ekspatrydów – „wykorzenionych ludzi”. Był „bezdomny” z winy historii przez duże H. Dom w kulturze polskiej nie był po prostu schedą, lecz świadomym wyborem. Pierwszą ojczyzną było jednak samotne „ja”. Teatr nie mógł być i nie był dla Swinarskiego miejscem uprawiania zawodu reżysera, lecz sceną życia.
Naprawdę warto przeczytać tę mądrą książkę Elżbiety Morawiec.
Elżbieta Morawiec, Teatr Stary jaki był 1945-2000. Wydanie pierwsze. Kraków 2018, ARCANA
Na Wzgórzach Wuleckich we Lwowie od 2011 r. stoi pomnik ku czci zamordowanych profesorów. 22 polskich naukowców z trzech uczelni: Uniwersytetu Jana Kazimierza, Politechniki Lwowskiej, Akademii Medycyny Weterynaryjnej, oraz ich rodziny zgładzili Niemcy 3 – 4 lipca 1941 r. Na podstawie gotowych list proskrypcyjnych, bez sądu, z premedytacją. Także we Lwowie – 26 lipca 1941 r. – prawdopodobnie za odmowę współpracy z przedstawicielami Herrenvolku – zamordowano Kazimierza Bartla, matematyka, pięciokrotnego premiera RP, prezesa Polskiego Towarzystwa Matematycznego, rektora Politechniki Lwowskiej.
Na tablicy informacyjnej czytamy inskrypcję (w trzech językach: ukraińskim, polskim i angielskim), że to pomnik profesorów lwowskich. Nie wiadomo jednak – co to za profesorowie? Jakiej narodowości byli? W głównej części, na granitowych płytach okazałego monumentu, znajdujemy przykazanie: „Nie zabijaj”. Nie wiadomo jednak – kogo? Tu też zabrakło informacji, kim byli lwowscy profesorowie. Polakami? Żydami? Ormianami? Ukraińcami? Przecież wszystkie te narodowości wzbogacały przedwojenny Lwów.
To tak, jakby odsłonić bez tablic Grób Nieznanego Żołnierza. Wtedy byłby miejscem symbolicznego spoczynku nie żołnierza polskiego, ale uniwersalnego, walczącego gdziekolwiek i w dowolnym czasie. Jakże przypomina to rosyjską tablicę smoleńską, która pozbawiona informacji o celu wizyty polskiej delegacji z prezydentem RP na czele, mogła sugerować, że 96 osób zginęło podczas prywatnej ekskursji turystycznej. Albo że ludobójstwo wołyńskie było dziełem anonimowych oprawców. Oj, cieszyliby się nacjonaliści spod znaku OUN-UPA.
Ale jaki problem ukrywa pomnik we Lwowie? Tkwi w jednym krótkim słowie: „polscy”, które nie podoba się władzom Ukrainy. I nieważne, czy byliby to polscy naukowcy, poeci, dowódcy czy… piwowarzy. Będąc swego czasu we Lwowie, chciałem kupić piwo 1715 (tysiąc siedemset piętnaście). Sprzedawczyni odparła: „Takiego nie mamy. Jest 1715 (siedemnaście piętnaście)”. Bo 1715 to rok powstania Browaru Lwowskiego – nie ukraińskiego, lecz polskiego.
Ale wróćmy do profesorów, których za narodowo nieokreślonych uznali inicjatorzy pomnika. Mimo, że na takie „pojednanie” nie zgodziła się polska Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, mer Lwowa zapowiadał z dumą, że teksty na tablicy będą trójjęzyczne: polskie, ukraińskie i angielskie. „Profesorowie zginęli dlatego, że byli inteligencją” – tłumaczył dalej mer. Tylko jaką inteligencją?
Ale słowa „polski” nie użył nawet arcybiskup lwowski Mieczysław Mokrzycki (były sekretarz Jana Pawła II). Wszystkich przebił jednak Rafał Dutkiewicz, dla którego profesorowie to „wybitni naukowcy publikujący głównie w języku polskim”. Zdaniem ówczesnego prezydenta Wrocławia pomnik ma „pokazać Polsce, Ukrainie i Europie, że należy pamiętać o takich wydarzeniach”. Ale właściwie, co pokazać? Pomnik nie wiadomo kogo. Choć akurat Eurokołchoz – sam pozbawiony tradycji i głębszych treści – powinien być zachwycony. Również tym, że owi beznarodowi profesorowie lwowscy zostali zamordowani – jak czytamy – nie przez Niemców, tylko przez nazistów.
Utytułowana rosyjska lekkoatletka Jelena Isinbajewa, kiedy hiszpańskie media ujawniły, że mieszka na Teneryfie, zadeklarowała, że jest „obywatelką świata”. Rosja zawsze jednak wykorzystywała sport i zawodników politycznie.
Jelena Isinbajewa to dwukrotna mistrzyni olimpijska, wielokrotna mistrzyni świata i Europy, ustanowiła 28 rekordów świata w skoku o tyczce. Faktem jest, że w przeszłości mistrzyni olimpijska była majorem Sił Zbrojnych Rosji, członkinią proputinowskiej partii „Jedna Rosja”, wprowadzoną przez Putina do grupy roboczej ds. opracowania poprawek do konstytucji. Niedawno hiszpański serwis „El Digital Sur” napisała, że „wojskowa lekkoatletka i powierniczka Putina” przebywa na Teneryfie. Artykuł ilustrowany był zdjęciami Isinbajewej w rosyjskim mundurze wojskowym. Na jednym z nich stoi obok ministra obrony Siergieja Szojgu.
Lekkoatletka zareagowała na te doniesienia. Na swoim profilu na portalu społecznościowym VKontakte napisała: „Mieszkam tam, gdzie pracuję, jem to, co kocham, komunikuję się z tymi, których cenię i szanuję”. Zawodniczka stwierdziła też, że rzekomo nie służyła w wojsku, a stopień wojskowy otrzymała „nominalnie”. Swoje zdjęcie z Siergiejem Szojgu nazwała „starym”, zaprzeczyła, że należy do jakiejkolwiek partii i podkreśliła, że jest „legendą światowej lekkoatletyki”, „najlepszym sportowcem na świecie” i ma „wielkie zasługi” w sporcie. Zaznaczyła również, że od września będzie pracować w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim.
Ale Rosja nie zamierza tak łatwo odpuścić mistrzyni olimpijskiej. Rosyjskie media zaczęły przypominać Isinbajewej, że sama podpisała kontrakt do służby w armii rosyjskiej. W maju 2015 roku była członkiem Centralnego Klubu Sportowego Armii Rosyjskiej (CSKA RF). Poinformowano, że w tym czasie została powołana na wojskowe stanowisko instruktora lekkiej atletyki CSKA rozkazem podpisanym przez ministra Szojgu.
W 2018 roku, przed wyborami prezydenckimi w Rosji, Isinbajewa włączyła się w ruch społeczny poparcia Władimira Putina – Drużyna Putina. Dwa lata później została włączona do grupy roboczej ds. zmian w Konstytucji Rosji. Na stronie internetowej partii Jedna Rosja jej nazwisko nadal figuruje na liście członków.
Legendarny piłkarz CSKA i reprezentacji ZSRR Wołodymyr Ponomariow uznał działania Isinbajewej za „podłość i zdradę”.
Jednak czyn Jeleny Isinbajewej jest rzadkim aktem wśród rosyjskich sportowców. Być może mistrzyni olimpijska zrozumiała, że Rosja zamienia sport w broń, za pomocą której chce poprawić swój nadszarpnięty wojną na Ukrainie wizerunek. Większość rosyjskich polityków, którzy bez żalu zareagowało na wyrzucenie z Rady Europy, znacznie bardziej przeżywa nie zaproszenie przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski rosyjskich sportowców do udziału w igrzyskach. Dlatego ze strony władz w Rosji szerzy się polityczna krytyka Komitetu.
W szczególności przewodniczący okupacyjnego parlamentu Krymu Wołodymyr Konstantinow powiedział, że uważa decyzję komitetu za „upokorzenie krajowych sportowców”. Jak informuje TARS, Międzynarodowy Komitet Olimpijski nie zaprosi Rosji i Białorusi do udziału w Igrzyskach Olimpijskich 2024 w ustalonym terminie 26 lipca, choć ostateczną decyzję w sprawie ewentualnego dopuszczenia rosyjskich i białoruskich sportowców występujących pod neutralną flagą organizacja podejmie „w odpowiednim czasie”.
Ale Wołodymyr Konstantinow nie proponuje zaprzestania wojny Rosji z Ukrainą, jak nakazuje tradycja, na czas igrzysk olimpijskich. Uważa, że problem można rozwiązać inaczej – dać sobie spokój z międzynarodowymi kontaktami i zacząć rozwijać sport w kraju.
„Tak, istnieją elitarne, kosmopolityczne sporty, jak tenis. Dlatego jest w nim tak wielu sportowców, dla których Wimbledon jest droższy niż Ojczyzna. Cóż, tracimy pozycję w tenisie i co z tego? Jak mówią, przez siedem lat mak nie rodził i nie było głodu” – przekonuje Wołodymyr Konstantinow.
Na uwagę, że rosyjscy zawodnicy, wierni sportowi, będą grać w innych krajach, okupacyjny krymski polityk mówi: „Są korumpowani stypendiami i innymi datkami. No to niech idą! Odbudujemy sieć sekcji sportowych, szkół rezerwy olimpijskiej – wychowamy tych, którzy ich zastąpią. I powstanie pokolenie sportowców, którzy będą patriotami swojego kraju, a nie zagranicznych pieniędzy”.
Według Konstantinowa jednym z głównych problemów sportu masowego w Rosji jest brak patriotycznych trenerów i mała dostępność sekcji sportowych dla dzieci i młodzieży.
Prawda jest jednak taka, że polityka dyktatorska, a także aneksja Krymu i wojna Rosji na Ukrainie stworzyły katastrofalną sytuację w sporcie tego kraju. Na przykład Rosja, nie przyjmuje krymskich drużyn piłkarskich, mimo poziomu ich gry, do Federacji Piłki Nożnej. Tak więc kluby piłkarskie Sewastopol i Rubin (Jałta), które po aneksji Krymu nie przeniosły się na Ukrainę kontynentalną, nadal grają tylko w II lidze dywizji „B”, a także w ramach Krymskiego Związku Piłki Nożnej. Sekretarz generalny Rosyjskiego Związku Piłki Nożnej Maksym Mitrofanow powiedział niedawno: „Krym to terytorium ze specjalnym reżimem piłkarskim, kluby zawodowe stamtąd nie powinny mieć możliwości udziału w ligach zawodowych”. Krymskie kluby nie zagrają również w Pucharze Rosji.
Jednak w 2014 roku symferopolska drużyna piłkarska Tavria nie zdradziła swojej ojczyzny i przeniosła się na Ukrainę kontynentalną. Okazało się więc, że istnieją dwa kluby o podobnych nazwach: krymski Tavria, który gra dla Ukrainy oraz klub sportowy Tavria (Symferopol), który ma prawo uczestniczyć tylko w wewnętrznych turniejach krymskich.
Ukraiński klub piłkarski Tavria ma bogatą historię. Został założony w 1958 roku w Symferopolu. W 1992 roku Tavria została mistrzem Ukrainy, pokonując Dynamo Kijów w meczu finałowym we Lwowie. W 2010 roku Tavria zdobyła Puchar Ukrainy, pokonując w finale drużynę Metalurga z Doniecka. Przed rosyjską aneksją Krymu Tavria grała w Premier League Ukrainy. W 2014 roku klub przestał istnieć. W 2016 roku został odrestaurowany na Ukrainie i włączony do mistrzostw Ukrainy wśród amatorów. Od 2017 roku występuje już w drugiej lidze mistrzostw Ukrainy. Drużyna swoje mecze u siebie rozgrywa głównie na stadionie w obwodzie chersońskim.
Rosyjski klub z kolei nie mógł opuścić okupowanego Krymu i gra jedynie w rozgrywkach amatorskich. Teraz ukraińscy piłkarze czekają na wyzwolenie Krymu, aby przywrócić chwałę krymskiej piłce nożnej jako części Ukrainy.
„Straszy w mieście” – akcję o takiej nazwie prowadzi Instytut Pamięci Narodowej. Jej kolejna odsłona ma teraz miejsce w Olsztynie, gdzie wciąż stoi sowiecki obiekt propagandowy, nazywany potocznie „szubienicami”. Prezes IPN dr Karol Nawrocki apeluje do samorządów, aby usuwały z przestrzeni publicznej relikty komunizmu.
„Szubienice” to wielki pomnik ku czci Armii Czerwonej autorstwa Xawerego Dunikowskiego. Nieopodal kłamią przechodniom w oczy Dąbrowszczacy. To ochotnicy XIII Brygady Międzynarodowej im. Jarosława Dąbrowskiego, którzy podczas wojny domowej 1936-1939 chcieli budować w Hiszpanii „totalitarne stalinowskie państwo” i służyli „zbrodniczej ideologii komunistycznej” – według określeń IPN. Już raz uratował ich sąd, podzielając opinię działaczy Partii Razem, że w tej komunistycznej brygadzie walczyli nie tylko komuniści, a właściwie komuniści stanowili mniejszość. Większością mieli być – zdaniem sędzi Katarzyny Matczak – ochotnicy o najróżniejszych poglądach politycznych: socjaliści, związkowcy, robotnicy, nawet działacze sanacyjni (?!). Czyli żadni komuniści, tylko demokraci i postępowcy. A zatem liczba komunistów okazała się niewystarczająca do dekomunizacji ulicy. Zandbergowo-sądowy sojusz zablokował tym samym zmianę Dąbrowszczaków na Erwina Kruka, mazurskiego poetę i działacza Solidarności.
Miasta, które same, dobrowolnie, się nie zdekomunizują, mogą podzielić los Koszalina. Tam 39-latek za pomocą koparki obalił ostatnio „Pomnik Zwycięskiej Armii Radzieckiej” (sowiecki żołnierz przytulał dziewczynkę, która trzymała w ręku symbol pokoju – gołąbka).
W 2019 r. podobny los spotkał pomnik tow. Zygmunta Berlinga w Warszawie – o jego odbudowę bezskutecznie apelował tow. Włodzimierz Czarzasty. Berling, zwerbowany przez NKWD w obozie w Starobielsku, przyjął obywatelstwo ZSRS, współtworzył deklarację lojalności wobec Stalina, a potem zatwierdzał wyroki śmierci na żołnierzach przeciwnych sowietyzacji Polski.
Los Berlinga zapewne podzieli rzeszowski monument wdzięczności Armii Czerwonej. Bo choć prezydent miasta Tadeusz Ferenc bronił go jak niepodległości, a jego następca Konrad Fijołek robił uniki, wygląda na to, że Społeczny Komitet Zniesienia Pomnika postawi na swoim.
Podobnie miejscowa komuna broni „Pomnika Wdzięczności, Męczeństwa i Braterstwa Broni” w Żywcu. Obok polskiego żołnierza trzymającego tarczę z orłem dumnie stoi tam sowiet z pepeszą. W latach 90. XX wieku monumentu nie rozebrano z powodu… gniazdowania na jego szczycie bocianów. I wymowy pomnika nie zmieniło późniejsze dodanie niewielkiej tabliczki z napisem: „Poległym za wolną i sprawiedliwą Polskę w latach 1939-1945”.
I jeszcze dla (anty)przykładu miasto w zachodniopomorskim. W Łobzie napis na tablicy głosi: „Żołnierzom polskim i radzieckim poległym w walce o wyzwolenie i przywrócenie Ziemi Łobeskiej do Macierzy”. Do Macierzy – Rosji, a przynajmniej do muzeum komunizmu powinien trafić ten i pozostałe komunistyczne monumenty.
W sieci pojawił się nowy podcast, czyli audycja internetowa prowadzona przez trójmiejskiego dziennikarza Krzysztofa Marię Załuskiego, przedstawiającego najnowsze wydarzenia w krajach niemieckojęzycznych.
Nasi zachodni sąsiedzi w polskich massmediach, zwłaszcza tych mainstreamowych, prezentowani są głównie w kontekście dominacji w Unii Europejskiej, ich stosunku do wojny na Ukrainie i polityczno-gospodarczych relacji z Polską. Nie komentuję czy dobrych, czy złych, po prostu relacji. Przeciętnego Kowalskiego niewiele to interesuje, gdyż postrzega kraj za Nysą jako miejsce, w którym można zarobić, zwłaszcza jeśli mieszka się w zachodnich rejonach Polski. Innych informacji, chyba że wiążą się z sensacją, najczęściej tragiczną w skutkach i to z udziałem naszych rodaków, można się tylko czasem doszukać. O Austrii czy Szwajcarii docierają do nas sporadycznie wiadomości. A na co dzień prawie niczego interesującego o sytuacji w tamtych państwach się nie słyszy, chyba że w sezonie zimowym, kiedy to sporo osób wyjeżdża na narty. A Lichtenstein? Kraj na „Antypodach”, bo właściwie nie wiadomo, gdzie leży i kto w nim mieszka. Sama przejeżdżałam przez to urokliwe „maleństwo” ze dwa razy, zatrzymując się jedynie przy szosie, bo wszędzie własność prywatna.
A tu proszę, ku mojemu miłemu zaskoczeniu w sieci pojawił się nowy podcast, czyli audycja internetowa prowadzona przez trójmiejskiego dziennikarza Krzysztofa Marię Załuskiego, przedstawiającego najnowsze wydarzenia w krajach niemieckojęzycznych. Załuski, członek gdańskiego oddziału SDP, przez lata mieszkający poza granicami Polski, zdecydował się na prezentowanie cotygodniowego przeglądu wiadomości z terenów Niemiec, Austrii, Szwajcarii i Lichtensteinu – inaczej mówiąc z terenów DACHL. I tak też zatytułował swój podcast – „DACHL, czyli Niemieckie Co Nieco”, co jest skrótem utworzonym z pierwszych liter oryginalnych nazw owych czterech państw.
Prezentowane przez Załuskiego informacje nie są sensacjami, słynnymi hitami, bez których massmedia od lat nie potrafią funkcjonować. Wręcz przeciwnie, ukazują niemieckojęzyczne społeczeństwa, które, wbrew powszechnej wiedzy, mają podobne do naszych problemy. Jakie polskie media podają, że Austriacy są przeciwni imigrantom i że ich rząd zaostrza prawo imigracyjne, że chcą, aby instytucje unijne zapłaciły im za budowę murów i ogrodzeń uniemożliwiających nielegalne przekraczanie granicy rzekomym uchodźcom? Kto w Polsce mówi, że Austriacy nie chcą przyjmować do siebie owych migrantów i nie chcą płacić za osoby nieprzyjęte w ramach relokacji? Czy któreś z polskich mediów chociaż wspomniało, że Szwajcaria, mimo sankcji wprowadzonych na Rosję, nadal kupuje rosyjską ropę? To dosyć skomplikowany proceder, ale Załuskiemu udało się pokazać, że można obejść przepisy, gdyż szwajcarskie prawo nie ma zastosowania do szwajcarskich obywateli mieszkających za granicą.
To tylko niektóre przykłady, ale zdecydowanie przybliżają wiedzę, i nie tylko tę turystyczną, o krajach niemieckojęzycznych. Jeśli połączymy ją z regularnymi korespondencjami Jana Bogatko ze „Studia za Nysą” możemy wyrobić sobie zupełnie inne zdanie o tych naszych bliskich i nieco dalszych sąsiadach, a nie tkwić w stałych i coraz bardziej niezrozumiałych zawiłościach naszej krajowej polityki.
Poza typowymi informacjami Załuski wyszukuje też ciekawostki, jak ta z księstwa Lichtenstein, w którym od 170 lat prowadzi się badania archeologiczne potwierdzające 7 tys. lat historii ludzkiego osadnictwa na obszarze tego państwa. Oczywiście najwięcej informacji dotyczy Niemiec, gdzie jak podaje Załuski wzrasta ubóstwo dzieci, społeczeństwo żyje w coraz większym niezrozumieniu samych siebie, a politycy i ich partie systemowe tracą poparcie społeczeństwa na rzecz Alternatywy dla Niemiec, prawicowego ugrupowania pozasystemowego. Generalnie podcast DACHL, to zbiór co tydzień prezentowanych informacji, o których można się dowiedzieć jedynie wertując różnorodną prasę niemieckojęzyczną, pod warunkiem, że zna się biegle język niemiecki.
Każda audycja, a było już ich kilkanaście, kończy się fragmentem jednej z publikacji autorstwa Załuskiego, zazwyczaj opowieści o rzeczywistości znad Jeziora Bodeńskiego opartych na spostrzeżeniach autora, czyli z niemiecko-austriacko-szwajcarsko-lichtensteinskiego pogranicza.
Wolałbym, aby banki urzędowały nie w marmurach, a w stodołach, a ich prezesi jeździli nie Mercedesami, a wozami drabiniastymi. Biedacy, którzy płacą haracze, wytrwają w kolejkach i obejdą się bez nachalnych reklam i ulotek. Będzie taniej. Wysokie procentowe zdzierstwo odsetkowe jest wprawdzie o połowę niższe w bankach rodzinnych niż zagranicznych, ale i tak za duże. Oczywiście elokwentny Glapiński w długich tyradach wszystko wytłumaczy. Ale prawdą jest też, że to nie on wpuścił nad Wisłę banksterów. A kto ich wpuścił, wiadomo.
Są na dokumentach podpisy. Upowszechnijmy je teraz właśnie przed wyborami. Powtarzamy, że to zrobił Balcerowicz. Potem nastąpiła zgoda i podpis premiera – czyli Jana Krzysztofa Bieleckiego. Reset! Reset!
Przestańmy tak bardzo przejmować się innymi. Myślmy o sobie. Przynajmniej na tyle, co Niemcy. Za zbrodnię wojny dostali prezent od Marshala. Kłapiemy dziobami z zachwytem podziwiając ich za pracowitość. Ale to nasi za chlebem wykonują u nich prace, których Deutchlandowa rasa wykonywać nie chce. Miłośnicy Zachodu, jedźcie tam z waszym idolem Tuskiem – na zlewozmywaki, na szparagi i do podcierania tyłków weteranom Wermachtu i SS. Otwieramy w Polsce szeroko podwoje niemieckim stowarzyszeniom i miłośnikom faterlandu, a nasi nie mogą się od dziesiątek lat o to doprosić. Na komodach i etażerkach w Berlinie, Hamburgu i Bonn stoją polskie i żydowskie bibeloty. Oni wiedzą, że je ojciec, dziadek z wojny przydźwigał i do głowy im nawet nie przyjdzie by zwrócić. Zapłacić reparacje? Z tego śmieją się nawet „nasi” europosłowie – zaprzańcy. Jesteśmy nad Renem nieco wyżej od zupełnie czarnych, brązowych, skośnookich i wyznawców Mahometa. Ale niewiele wyżej.
Nasz król (i Litwinów) Władysław obronił się własnoręcznie lancą przed rycerzem zakonnym, który niespodziewanie przebił się i zaatakował Jagiełłę. Ochrona – jak to ochrona – zaspała. Ale nasz król był sprawnym rycerzem i strącił z siodła Dypolda von Kockritza, a leżącego już na ziemi dobił przyszły biskup Zbigniew Oleśnicki.
Tak trzeba. Ze słabymi dziś nikt się nie liczy. Odpuśćmy „dobre tradycje”, bo nie są dobre dla Polski. Przysyłają nam z UE kobiety, za którymi biegają potem posłowie z kwiatami, a one – nie czułe na męskie wdzięczenie się – i tak likwidują nam np. przemysł stoczniowy.
Przestańmy prosić! Niech się modlą ci, którzy tego potrzebują. Niech się pindrzą, obnażają (ale nie na Marszałkowskiej) ci, którym gust i smak zakwasił ekshibicjonizm. Wara od szkół. Są sprawy bezdyskusyjne. Tu rację oczywiście ma minister Czarnek. W sprawach drugorzędnych kłóćmy się zawzięcie, ale tylko na krajowym gruncie. W Brukseli winien obowiązywać wspólny front. Po ustaleniu – tu w Polsce – jedna strategia. Głęboko wierzę, że za podnoszenie łap przeciw Polsce Millerowie, Cimoszewicze, Lewandowscy, Sikorscy i cała ta kameryla – odpowiedzą. I to niedługo.
A teraz konkrety – co powinno się zrobić. Trzeba wrócić do zasadniczej służby wojskowej. Przynajmniej na rok. Po prostu zagospodarować tabuny wałkoniów i leni. To dla ich dobra. Niech sobie piszczą pikusie i darmozjady w koronkowych majtkach, ten chłam zostawmy tym za Odrą. Jeśli nie ma nawet na razie, możliwości skutecznego wdrażania wojskowych umiejętności – niech poborowi zaczną od poprawienia kondycji fizycznej i tym samym zdrowia. Żebyś był dobrym żołnierzem – zacznij od sportu.
Trzeba skończyć z bezczynnym trzymaniem w więzieniach ogromnych rzesz za nie płacenie alimentów, mandatów, za przestępstwa skarbowe. W Polsce w prawie stu zakładach odosobnienia jest ponad 80 tysięcy więźniów. Tak jakby całe duże miasto. Większość tych ludzi powinna pracować – opłacać w ten sposób koszty swojego pobytu i utrzymania. Ale to musi państwo mądrze i pilnie zorganizować. Mamy już odpowiednio przygotowaną kadrę więzienną. Dlaczego nie podejmujemy działania? Bezczynni ludzie, w końcu też nasi obywatele, na pryczach to marnotrawstwo i brak potencjalnej szansy reedukacji. Właśnie przez pracę.
Spraw do pilnego załatwienia jest wiele: korupcja, oszustwa finansowe, zaniedbanie i odwrócenie się od morza: stocznie, flota handlowa, szkolnictwo morskie a dalej hutnictwo i przemysł wydobywczy. No i wreszcie, odsuńmy też zdrajców zainfekowanych i po prostu głupich. Czy my sami nie możemy zrobić porządku w naszym własnym kraju? Suwerenność!
Mieliśmy i mamy w pamięci i sercu wielkiego rodaka, który został Papieżem. A tu paskudna łajdaczka bluźni publicznie i bezkarnie. Politycy lubią obrażać się wzajemnie. Nawet widzą w tym świadectwo odwagi i wolę walki z przeciwnikiem.
Premier wybranego rządu, jego ministrowie nie powinni pozwolić skakać sobie po brzuchu. A tak się dzieje. Czuchnowski, cyngiel z „Wyborczej” do wykonywania poleceń wszelkich wrzeszczy publicznie na Macierewicza, a ten – w końcu niedawno jeszcze minister wojny – mówi, że nie będzie reagował. A powinien. Profesor Binienda został zaangażowany do niezwykle ważnej pracy. Wykonał ją dobrze, a teraz zamiast mu podziękować dopuszcza się do niesłychanego hejtu, wylewania pomyj. To nie jest działalność spontaniczna. To zorganizowana akcja. Rozmawiałem niedawno telefonicznie z profesorem. Powiedział, że wszystko co robił było dla kraju, dla sprawy, dla Polski, a nie dla żadnej osoby. Na pewno prawda zwycięży gdy Amerykanie pokażą zarejestrowany film z lotu Tupolewa. Niezrozumiałe są powody dlaczego tego filmu nadal się nie ujawnia. Ten lot – prezydent państwa i dostojnicy – był na pewno rejestrowany. Już publicznie padło u nas oskarżenie: „nie ma woli” (reżyserka Ewa Stankiewicz i inni). Nie ma woli! Why, warum, dlaczego? A może tylko do wyborów cisza? Uważam taką decyzję za błąd. Tak jak właściwie bierność w i tak toczącej się już kampanii wyborczej. Na co PiS czeka? Przecież o pomysły nie trudno. Tak jak np. powieszenie na Pałacu Kultury na całej szerokości i długości ściany wielkiego zdjęcia Tuska z Putinem na sopockim molo.
Banki (szczególnie zagraniczne) łupią nas bez litości, cwaniacy frymarczą prawem, bezkarni pozostają handlarze ukraińskim zboże i nawet nowy minister rolnictwa zagroził ujawnieniem nazwisk, ale zaniechał. UE nie płaci nam co powinna, ale karze nas, Polaków, popierana przez polskich odszczepieńców.
Zakonnik z Elbląga – wizjoner i prorok – Czesław Klimuszko już kilkadziesiąt lat temu przepowiedział wielką rolę Polski. I w to wierzmy. Nawet jeśli zbrodniarz Putin rzuci broń atomową to zabije też rzesze swoich ludzi. Musimy ufać, że do tego nie dojdzie. Ale zbrojmy się – tak jak to czynimy. Pozostaje tylko postawić Klicha i Siemoniaka pod sąd!
Polska to książę Józef Poniatowski, marszałek Józef Piłsudski, Roman Dmowski, Ignacy Paderewski, a wcześniej wielka patriotka i uczona Maria Skłodowska-Curie; pisarze i poeci Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Sienkiewicz i Prus; to chłop i premier Wincenty Witos, który uratował Polskę i w konsekwencji Europę przed czerwoną zarazą w 1920 roku odrywając setki tysięcy chłopów od żniw, by zatrzymać nadciągającego wroga; to generał Stanisław Maczek i generał pilot Stanisław Skalski, to profesor prakseologii bohater Powstania Warszawskiego i więzień gułagu Witold Kieżun, to profesorzy Andrzej Nowak i Wojciech Roszkowski, a także zmarły niedawno niedoceniony przez prawicowe władze poeta, pisarz, historyk i filozof Bohdan Urbankowski; wreszcie wielcy Kościoła hierarchowie Adam Sapieha, August Hlond, Stefan Wyszyński i bohaterscy księża Ignacy Skorupka i Jerzy Popiełuszko.
Ci ludzie są i będą dla Polaków zawsze wzorem. Reszta przeminie.
Jak donoszą agencje informacyjne, Rosjanie przygotowują się do wywiezienia około 300 000 eksponatów z rezerwatu muzealnego Chersonez Taurydzki w Sewastopolu. Nie ma w tym nic dziwnego – specjalne brygady rosyjskich rabusiów, którzy nazywają siebie historykami sztuki, obrabowały już Muzeum Historyczne Chersonia, Galerię Sztuki Feodosia, skąd zabrali wszystkie płótna światowej sławy artysty Iwana Aivazovskiego oraz kilka muzeów w Symferopolu. Powszechnie wiadomo, że zbiory Ermitażu w Petersburgu składają się z dziesiątek tysięcy kosztowności zrabowanych na całym świecie, w tym na Krymie.
W Sewastopolu okupacyjna administracja muzeum Chersonez Taurydzki przygotowuje akty przekazania do dalszej ekspozycji w Rosji poza muzeum 300 000 eksponatów ze zbiorów rezerwatu. Nie wiadomo jeszcze gdzie dokładnie mają one trafić. Jak zauważyło ukraińskie Centrum Narodowego Oporu, takie działania Rosjan są „faktycznym przygotowaniem do napadu na muzeum”.
Co więcej, nie jest to pierwszy eksport eksponatów z Chersonezu. Wcześniej Przedstawicielstwo Prezydenta Ukrainy w Autonomicznej Republice Krym poinformowało, że Rosjanie zrabowali stąd wystawę wyrobów ze złota z czasów Cesarstwa Bizantyjskiego oraz prowadzą nielegalne wykopaliska archeologiczne na terenie rezerwatu i wywożą tysiące unikatowych znalezisk.
Chersonez Taurydzki to pomnik historii, muzeum, w którym przechowywano setki tysięcy eksponatów z okresu bizantyjskiego. Znany jest również z tego, że w tym miejscu został ochrzczony książę kijowski Włodzimierz, który szerzył wiarę chrześcijańską w całej Rosji. Obiekt został wpisany na listę dziedzictwa historycznego UNESCO jeszcze w czasach sowieckich.
Chersonez został założony przez starożytnych Greków. Przez siedem wieków był w posiadaniu Bizantyjczyków, bezskutecznie próbowali go podbić Scytowie i Hunowie, Chazarowie, Pieczyngowie i Połowcy.
Muzeum w Chersonezie zostało założone w 1892 roku przez Karola Kościuszko-Valyuzhynycha. Systematyczne badania archeologiczne utrudniał klasztor ze świątyniami, budynkami mieszkalnymi i gospodarczymi zajmującymi środek osady. W rezultacie centralna część miasta, która jest najważniejsza pod względem archeologicznym, nie została w pełni przebadana.
Najważniejszych odkryć dokonano w czasach sowieckich, kiedy systematycznie prowadzono wykopaliska archeologiczne. W czasie II wojny światowej zbiory muzeum zostały ewakuowane na Ural, po czym je zwrócono.
Ekspozycje muzealne mieszczą się w budynkach poklasztornych wybudowanych w drugiej połowie XIX wieku. Zgromadzono około 500 tysięcy różnych bezcennych przedmiotów kultury materialnej całego starożytnego i średniowiecznego świata, z którą miasto było w nieustannym kontakcie przez dwa tysiące lat. Znajdują się tu naczynia taurusa, starożytne rzeźby greckie, marmurowe stele z portretami i tekstami, fragmenty antycznych sarkofagów rzymskich, biżuteria z brązu i srebra z klejnotami, próbki broni bizantyńskiej i amunicja.
Zgromadzono tu także ikony z XI – XII wieku, wykonane w technice płaskorzeźby, różne próbki wyrobów rzemieślników chersonskich, amfory, pyfosy i inne naczynia, kolekcję monet średniowiecznych z imionami i portretami cesarzy bizantyjskich, fragmenty fresków. Część kolekcji pokazywana jest tylko okazjonalnie na specjalnych wystawach, a niektóre nigdy nie były prezentowane publiczności.
Rosja po nielegalnej aneksji Krymu zaczęła prowadzić prace archeologiczne na niespotykaną skalę. W 2015 roku prezydent Rosji Władimir Putin wyraził pomysł budowy międzynarodowego centrum prawosławnego w Chersonezie. W 2019 roku polecił zbudować tu muzeum chrześcijaństwa i międzynarodowe centrum archeologiczne. Według historyków, którzy znają osobliwości Chersonezu, ten rosyjski plan doprowadzi do faktycznego zniszczenia tego unikatowego miejsca.
Podczas wykopalisk, które można nazwać barbarzyńskimi, na terenie południowych przedmieść Chersonezu odkryto wiele artefaktów. W październiku 2021 roku zgłoszono ponad 300 000 znalezisk. W marcu 2022 roku było ich już około 800 000, z czego ponad 160 000 ma wartość muzealną. To kolosalna ilość, którą trzeba opisać i usystematyzować.
Obecnie rosyjscy archeolodzy prowadzą wykopaliska w pobliżu katedry św. Włodzimierza. Ostatnie wykopaliska odbyły się tam w 1891 roku. W kwietniu tego roku dokonano unikatowego znaleziska – odkryto fragment czterometrowego posągu. Przypuszczalnie w I – II wieku naszej ery zdobił on jeden z placów starożytnego miasta – agorę.
Eksponaty Sewastopolskiego Muzeum Chersonezkiego są pokazywane na wystawach w Rosji. Taka ekspozycja została otwarta na przykład w Nowogrodzie. Prezentowanych jest na niej ponad 200 eksponatów.
Przedstawicielstwo Prezydenta Ukrainy w Autonomicznej Republice Krymu potępiło wykorzystywanie przez Rosjan eksponatów z muzeum Chersonez Taurydzki i skierowało odpowiedni wniosek do ukraińskich organów ścigania. Niewątpliwie po zwycięstwie Ukrainy wszystkie skradzione eksponaty zostaną zwrócone Ukrainie.
W jakim strachu może żyć matka, której 6-letnie dziecko jest zagrożone przez ojca pedofila? To trzeci rok walki pani Beaty. Prokuratura i sądy- nie pomagają. Nie ma wyroku. Dziewczynka pozostaje w zagrożeniu.
Droga przez mękę trwa długo. Odbywały się rozprawy przed sądem, przed zespołami sądowych specjalistów. W Centrum Pomocy Rodzinie polecono… baczne obserwowanie dziecka. Wreszcie 14 października 2020 (!) roku psycholog poleciła złożyć zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa wykorzystania seksualnego małoletniej. Pod koniec 2020 roku pani Beata takie zawiadomienie złożyła w jednej z warszawskich prokuratur rejonowych.
Napisała, że dziecko w określonych dniach w 2020 roku – zgodnie z sądowo przyznanym ojcu prawem – przebywało pod jego wyłączną opieką. Szczegółowo opisała uzyskane od córki informacje, że ojciec stwarzał sytuacje w których dziecko rozbierał. A w końcu sam się obnażył. Jest to opis drastyczny. Ojciec kładł się do łóżka z dzieckiem nago. Konsultowana psychoterapeutka z Centrum Terapii Poznawczo-Behawioralnej, psycholog kliniczny, skierowała matkę do prokuratury. Stwierdziła również, że dziecko powinno zostać przebadane przez psychologa w kierunku nadużycie seksualnego przez ojca.
Przez dwa lata trwało oczekiwanie. Z Woli sprawa powędrowała podwarszawskiej miejscowości. Ojciec miał nadal prawa wobec córki. W 2022 roku, po kolejnej prawnie usankcjonowanej wizycie dziewczynki u ojca, zaniepokojona matka zawiozła córeczkę na SOR jednym ze stołecznych szpitali. Lekarz dyżurny w rozpoznaniu napisał: „przestępstwo seksualne z użyciem przemocy fizycznej, powierzchowne urazy brzucha, dolnej części grzbietu i miednicy”. Jest dokument i nadal marazm.
Pod koniec 2022 roku pani Beata składa do właściwej prokuratury wniosek o wyłączenie z dalszego prowadzenia sprawy dwóch prokuratorów. Za bierność! 5 dni później jeden z nich wydaje postanowienie o umorzeniu śledztwa, bo „dowody nie wskazują…””Matka nie przedstawiła wystarczających dowodów”!
Matka, inżynier budownictwa, pełniąca odpowiedzialne funkcje w nadzorze, kierująca wieloosobowym zespołem, ma dostarczyć dowody. Służby służące dochodzeniu sprawiedliwości nie zrobiły praktycznie nic. Dziecko pozostaje zagrożone.
Do finału daleko. Co się dzieje? Pani Beata dalej samotnie walczy. Zmienia kancelarię adwokacką. Obecny pełnomocnik – złożył zażalenie do sądu na postanowienie o umorzeniu śledztwa.
Mija pół roku. W maju 2023 roku, odbywa się rozprawa w podwarszawskim sądzie. Sędzia orzeka, że nie widzi śladów świadczących o zagrożeniu dla dziecka! Teraz trzeba czekać na uzasadnienie pisemne. A to, jak wynika z praktyk procesowych, może trwać nie wiadomo jak długo.
A dziecko pozostaje jednak w strasznym zagrożeniu!
Dla dobra dziecka nie podajemy nazwisk stron, prawników, prokuratorów, sędziów oraz właściwości terytorialnej obecnego postępowania.
Z red. Grażyną Wrońską-Walczak z Radia Poznań uhonorowaną tegorocznym Laurem Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich rozmawia Łukasz Kaźmierczak.
Podobno Grażyna Wrońska zna w Poznaniu wszystkich, których warto znać?
Wszystkich nie, ale na pewno bardzo wiele osób. I to, że działam już tyle lat w dziennikarstwie, ułatwia mi zadanie. A poza tym mam chyba umiejętność zdobywania kolejnych rozmówców, poprzez poprzednich rozmówców. To jest taki łańcuszek.
Albo rodzaj referencji: „To jest dobry dziennikarz”…
Nie wiem czy dobry dziennikarz. Może to, że się z nim miło rozmawia – bo często ludzie mówią mi, że jakoś tak potrafię ich ośmielić. Jakkolwiek niektórzy są speszeni. Zdarzało się, że przerywałam niektórym profesorom, którzy mieli mówić np. o sprawach rolniczych i zamieniali się w wykładowców. I prosiłam: panie profesorze, niech pan po prostu patrzy mi w oczy i mówi tak, jakbym niczego nie wiedziała. I to pomagało.
I dlatego tak często rozmawia Pani właśnie z ludźmi nauki i kultury?
Tak, jakoś udawało mi się tę barierę przekroczyć. Zawsze mówiłam moim rozmówcom, że Słuchacze mogą usłyszeć ich tylko raz i w związku z tym muszą dowiedzieć się tego, co najważniejsze.Rzeczywiście, tych wywiadów z ludźmi nauki było bardzo dużo. Uwielbiałam i miałam bardzo dobre kontakty z prof. Wiktorem Degą, do tego stopnia, że mogłam się bardzo często u niego zjawiać. Natomiast on – i to jest dla mnie coś zupełnie niezwykłego – dzwonił do mnie i mówił, że bardzo ładnie wypadła rozmowa. Te dobre relacje są ważne. Skoro raz z kimś się umówiłam, to się potem mogłam powołać na tego kogoś i on mi ułatwiał dalsze kontakty.
Wśród atrybutów dziennikarskich wymienia się najczęściej ostrość, wyrazistość, a Pani mówi…
…łagodnie.
I to jest Pani sposób na dziennikarstwo?
Chyba tak. Nie miałam nigdy takich bardzo ostrych sytuacji. Zawsze w dziedzinie kultury spotykałam się z ludźmi, którzy robili coś ważnego, ale nigdy nie były to rozmowy na ostrzu noża. Można było o wielu sprawach porozmawiać, wielu rzeczy się dowiedzieć i myślę, że to jest dla mnie najważniejsze, że ja chcę się dowiedzieć. Ale i druga rzecz – chcę żeby o tych rzeczach, o tych ludziach wiedzieli też inni. I dlatego tak długo pracuję w dziennikarstwie, ponieważ jest jeszcze tyle innych pól i tyle innych zagadnień, o których nie wiem ani ja, ani moi Słuchacze. A zależy mi na tym, żeby wiedzieli więcej np. o Poznaniu i o Wielkopolsce.
Czyli wchodzimy na Pani „konika”…
Rzeczywiście, to jest właściwie mój główny temat, na tym się skupiam. Uważam zresztą, że to co się ukazuje w Kronice Miasta Poznania, powinno być lekturą podstawową tych poznaniaków, którzy chcą się czegoś dowiedzieć o swoim mieście. Są to artykuły pisane przez specjalistów, ale dobrym językiem, zrozumiałym. I taki sam cel przyświeca mi przez całe zawodowe życie.
W którym od początku najważniejsze było radio.
Tak, zawsze chciałam pracować w radiu, od najmłodszych lat. I to się spełniło. W tym studiu (przypis: rozmawiamy w Studiu im. Krzysztofa Komedy w poznańskiej rozgłośni Polskiego Radia) po raz pierwszy pojawiłam się jeszcze jako licealistka, uczestnicząca w konkursach recytatorskich. Pani Jadwiga Jasiewicz zwróciła mi wtedy uwagę żebym nie akcentowała końcówek -się. I to pamiętam do dziś. A potem, kiedy ją spotkałam tutaj w radiu, przypomniałam się jej i powiedziałam, że bardzo dziękuję za tamte wskazówki. Zresztą moja mama zwracała zawsze bardzo wielką uwagę na nasz sposób mówienia.
I to zapewne pomogło też Pani dostać wymarzoną pracę. To był rok 1965.
Ja po prostu miałam szczęście. Spotkałam ludzi, którzy byli mi przychylni i tak się zaczęło. A zaczynałam od redakcji wiejskiej.
Naprawdę?
Tak, przeszłam chyba przez wszystkie radiowe redakcje. Najpierw wiejską, potem były dzienniki, kultura. W dziennikach takim moim bardzo dobrym mistrzem- kolegą był Andrzej Napierała. On potrafił świetnie konstruować drobne dźwięki czy relacje. Był w tym i sprawny i bardzo merytoryczny. Miał dobry sposób przekazywania informacji. Taki radiowy reporter w każdym calu.
Kto Pani najbardziej pomógł w Radiu?
Miałam bardzo wiele takich osób np. współpracowałam i współpracuję nadal z Alą Kurczewską, był Piotr Frydryszek, z którym razem pracowałam, a potem stał się moim szefem, Robert Mirzyński, Basia Miczko. To wszystko byli ludzie, którym nieraz zazdrościłam, ale w takim dobrym tego słowa znaczeniu, dotarcia do pewnych osób i zbudowania jakiejś formy radiowej.
Wywiad to od początku był ta forma, w której czuła się Pani najlepiej?
Tak, odpowiadała mi. Przez rozmowę, przez taki przekaz nieoficjalny – bo w rozmowie nie używa się wielkich słów, tylko tak zwyczajnie, żeby dotrzeć do Słuchacza – uważam, że właśnie to jest najistotniejsze.
Lubi Pani rozmawiać…
Bardzo! Dzięki temu poznałam bardzo wiele osób niesłychanie ważnych i takich, które do dzisiaj wspominam z ogromną sympatią np. Pan Stefan Skorupiński z Włoszakowic, który potrafił zauroczyć przez ileś nawet godzin, bo tak pięknie opowiadał. Poznałam bardzo wiele osób z kręgu kultury ludowej i nawet się zaprzyjaźniłam z panem Janem Bzdęgą z Domachowa, który był z Biskupizny, z okolic Krobi. Tam też dzięki niemu poznałam wielu innych ludzi, a on regularnie tutaj się u mnie zjawiał i relacjonował, co tam słychać na Biskupiźnie. I okazało się, że były tam ciekawe rzeczy. I do dzisiaj chyba są.
To nie zawsze byli oczywiści rozmówcy?
Nie zawsze. W roku 80. robiliśmy audycje solidarnościowe, ale przedtem zdarzało mi się rozmawiać nawet z przodownikami pracy. Jeden z nich nazywał się Marceli Tritt, pracował bodajże w poznańskich Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego i on mi opowiadał takie naprawdę bardzo piękne rzeczy o swojej pracy. Tak zwyczajnie o tym mówił, a potem sprezentował mi taki zgniatacz do orzechów, ręcznie wykonany.
Grażyna Wrońska-Walczak – dziennikarka Radia Poznań która otrzymała Laur Wielkopolskiego Oddziału SDP
Robi też Pani sporo krótkich form radiowych. To Pani specjalność?
Tak, oczywiście. Choć bardzo możliwe, że takie były wtedy możliwości. I że krótkie formy były, powiedziałabym, oczekiwane. Ale robiłam też większe formy, wiele reportaży, dłuższych audycji np. cykl Wydarzyło się w Wielkopolsce, za który dostaliśmy Nagrodę im. Józefa Łukaszewicza, przyznawaną dla najciekawszych i najpiękniejszych wydawnictw o Poznaniu. Były także Wieczory Muzyki i Myśli, mnóstwo programów związanych chociażby z Powstaniem Wielkopolskim. Udało mi się także spróbować swoich sił w telewizji, gdzie wspólnie z Piotrem Libickim zrobiliśmy program Poza Horyzontem – także nagradzany cykl filmów o Wielkopolsce.
To nie był koniec przygody z telewizją?
Nie, potem był cykl Kobiety Powstania Wielkopolskiego – to z kolei ze Zbysławem Kaczmarkiem. To był ładny projekt, ponieważ odkrywaliśmy mało znane postaci i docieraliśmy do różnych ludzi. Jest jeszcze rzecz, która nadal ciąży mi na sercu – zrobiłam dwa programy o zasłużonej poznańskiej Księgarni św. Wojciecha, ale pozostały dwa odcinki, które zalegają i powinnam je dokończyć.
O czym byśmy nie mówili i tak koniec końców wracamy do tematów związanych z Wielkopolską.
Bo to jest niewyczerpywalna tematyka, przez wiele lat zaniedbywana. Dlatego razem z Małgosią Jańczak przygotowywałyśmy takie wędrówki po Wielkopolsce, w czasie których odkrywałyśmy ludzi, którzy kiedyś w ogóle byli zapomniani jak np. Dezydery Chłapowski. Jeśli chodzi o Chłapowskiego, to też jest ładny przykład. Idąc jego tropem spotkałam pana Józefa Świątkiewicza z Czempinia. On zaimponował mi tym, że pracując u Cegielskiego odkrywał w wolnych chwilach Dezyderego Chłapowskiego na swoim terenie, w okolicach Turwi czy Czempinia. I takich ludzi poznałam mnóstwo, czy w Lesznie, czy w Kościanie, czy w Gostyniu,
Koniecznie muszę zapytać o jeszcze inną Pani pasję. Przyznaję – od lat jestem wiernym fanem Języka na zakręcie.
Najpierw prowadziłam te audycje z moim mężem.
Wybitnym poznańskim językoznawcą, prof. Bogdanem Walczakiem – dodajmy.
Co ciekawe, nie wszyscy wiedzieli nawet, że to mój mąż. A teraz prowadzę je wspólnie z prof. Jarosławem Liberkiem.
Także wychowankiem prof. Walczaka.
Tak, on pisał u mojego męża doktorat.
Robiliście to i robicie nadal z wielkim powodzeniem.
Za propagowanie i popularyzację poprawnej polszczyzny otrzymałam tytuł Ambasadora Polszczyzny. To była inicjatywa chyba Piotr Frydryszka, ponieważ wtedy nagrodę za język regionalny otrzymał także Juliusz Kubel, autor naszego radiowego Starego Marycha.
O polszczyźnie także można mówić w nieskończoność. Nie zabraknie tematów do Języka na zakręcie?
Nie zabraknie, bo wciąż ludzie coś wymyślają. I wciąż zadają nowe pytania.
Ma pani również przebogate archiwum nagrań. Są tam takie skarby, które tylko Pani posiada?
Chociażby rozmowy ze, wspomnianym tutaj, profesorem Wiktorem Degą. Opowiadał mi kapitalne wspomnienia z Powstania Wielkopolskiego, z dużym humorem i to jest w naszych radiowych nagraniach. Tego chyba nikt inny nie ma. Z Alą Kurczewską byłyśmy natomiast zachwycone rozmowami z Panią Stanisławą Szeligowską – to poezja, można jej było słuchać naprawdę bardzo długo. Mam w zasobach dużo bardzo pięknych rozmów, takich właściwie osobistych.
Któraś z nich wywarła na Panią mocniejszy wpływ?
Miałam takie bardzo miłe spotkania z Piotrem Janaszkiem. To był młody lekarz, który właściwie wprowadzał rewolucje, ponieważ upomniał się – i to w takim bardzo dobrym tego słowa znaczeniu – o dzieci niepełnosprawne. Zaczął organizować pierwsze w ich życiu i w ogóle nie spotykane w tym czasie wyjazdy wakacyjne. Obóz w Mielnicy, tam współpracowałam z nim dosyć blisko, jeździliśmy, przekonywaliśmy ludzi. To było ważne. A potem zginął w wypadku samochodowym. I bardzo mi go brakuje. Ale on z kolei tę swoją pasję przekazał córkom. I nieraz się z nimi spotykam, ponieważ one też prowadzą taką bardzo szeroką działalność na rzecz niepełnosprawnych.
A dziś Grażyna Wrońska otrzymała kolejne wyróżnienie – Laur Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich…
To za wytrwałość (śmiech). Ale mam jeszcze bardzo dużo rzeczy do zrobienia.
Członek Zarządu Głównego SDP i jego skarbnik Aleksandra Tabaczyńska (z lewej) wręcza Grażynie Wrońskiej-Walczak z Radia Poznań Laur Wielkopolskiego Oddziału SDP
Czyli, są plany na przyszłość?
Najpierw muszę uporządkować moje archiwum radiowe, mnóstwo rzeczy, które powinny być profesjonalnie opisane. Aczkolwiek niektórzy mówią, że mam bardzo dobrze zdokumentowaną swoją pracę. Chciałabym także nadal współpracować z Kroniką Miasta Poznania. Ale na razie powiedziałam sobie: żadnych nowych tematów. Zrób to, co ci tutaj zalega.
Porządnie, po poznańsku.
Ja nie jestem taka porządna. Wszystko robię na ostatnią minutę. Wciąż mi się coś nie podoba, coś poprawiam, przestawiam. Pewnie dlatego, że bardzo długo pracowałam razem z Ireną Goszczyńską – najwięcej z nią i z Jurkiem Kamyszkiem. Oni zwracali uwagę na te wszystkie szczegóły techniczne. A ja montowałam na ostatnią minutę, tuż przed terminem emisji i wtedy rzucałam się na głęboką wodę. Piotr Frydryszek nigdy nie mógł pojąć, że przychodzę do studia, mam coś powiedzieć, a wokół mnie pełno kartek, rozgardiasz. A ja się po prostu wtedy mobilizuję. Jak jest już Godzina Zero.
LAUR
WIELKOPOLSKIEGO ODDZIAŁU
STOWARZYSZENIA DZIENNIKARZY POLSKICH 2023
DLA
Red. Grażyny Wrońskiej – Walczak
laudacja
wygłoszona przez red. Barbarę Miczko-Malcher, wiceprezesa Zarządu WO SDP
Barbara Miczko-Malcher – wiceprezes Zarządu WO SDP
GRAZYNA WROŃSKA -WALCZAK całe swoje blisko 60 letnie życie zawodowe związała z radiem. Pracę w Polskim Radiu Poznań rozpoczęła w 1965 roku. Przechodziła przez różne redakcje i uprawiała wiele form dziennikarskich. Z racji polonistycznego wykształcenia wsparta też profesorską wiedzą męża Bohdana Walczaka, znakomitego językoznawcę, wprowadziła na antenę cykliczną audycję „Język na zakręcie”. Ma ona charakter lekkiej rozmowy i niewątpliwy walor edukacyjny. W dorobku Grażyny Wrońskiej są tez audycje i rozmowy poświęcone wybitnym Wielkopolanom, historycznym postaciom, omówienia książek, informacje o bieżących wydarzeniach kulturalnych. W 1982 roku, kiedy w telewizji pojawił się świetny serial „Najdłuższa woja nowoczesnej Europy” Grażyna Wrońska wspólnie z Małgorzata Jańczak zrealizowały cykl audycji „Bohaterowie najdłuższej Wojny” przybliżając ludzi i miejsca związane z filmem i walką Polaków z germanizacją w Wielkopolsce. W Telewizji Poznańskiej wspólnie z Piotrem Libickim Grażyna pracowała przy cyklu dokumentalnych filmów prezentujących Wielkopolskę w ujęciu historycznym i kulturalnym. Cykl ten zatytułowany był ”Poza horyzontem”.
I w końcu w Wydawnictwie św. Wojciecha w serii „Poznaj Poznań” redaktor Wrońska wydała książkę zatytułowaną „…do niepodległości”. Opisuje tam znaczące dla walki o niepodległość postaci i wydarzenia. Grażyna od lat też współpracuje z Wydawnictwem Miejskim zamieszczając w „IKS-ie” i w Kronice Miasta Poznania” wywiady i felietony. Wymieniłam tylko część osiągnięć Grażyny, ale łatwo zrozumieć, że po tak długiej, intensywnej pracy zawodowej nie da się streścić wszystkiego w kilku zdaniach. Trzeba tu jednak podkreślić rzecz bardzo istotną, a mianowicie – etykę dziennikarską.
Redaktor Grażyna Wrońska była i jest wierna zasadom uczciwości i rzetelności tak wobec swoich rozmówców jak i kolegów dziennikarzy.
Laur jest wyrazem naszego wielkiego szacunku i uznania za Jej wieloletnią, znakomitą pracę dziennikarską.
Wywiad z uhonorowanym Laurem WO SDP red. Piotrem Lisiewiczem z-cą red. nacz. Gazety Polskiej: