Jak donoszą agencje informacyjne, Rosjanie przygotowują się do wywiezienia około 300 000 eksponatów z rezerwatu muzealnego Chersonez Taurydzki w Sewastopolu. Nie ma w tym nic dziwnego – specjalne brygady rosyjskich rabusiów, którzy nazywają siebie historykami sztuki, obrabowały już Muzeum Historyczne Chersonia, Galerię Sztuki Feodosia, skąd zabrali wszystkie płótna światowej sławy artysty Iwana Aivazovskiego oraz kilka muzeów w Symferopolu. Powszechnie wiadomo, że zbiory Ermitażu w Petersburgu składają się z dziesiątek tysięcy kosztowności zrabowanych na całym świecie, w tym na Krymie.
W Sewastopolu okupacyjna administracja muzeum Chersonez Taurydzki przygotowuje akty przekazania do dalszej ekspozycji w Rosji poza muzeum 300 000 eksponatów ze zbiorów rezerwatu. Nie wiadomo jeszcze gdzie dokładnie mają one trafić. Jak zauważyło ukraińskie Centrum Narodowego Oporu, takie działania Rosjan są „faktycznym przygotowaniem do napadu na muzeum”.
Co więcej, nie jest to pierwszy eksport eksponatów z Chersonezu. Wcześniej Przedstawicielstwo Prezydenta Ukrainy w Autonomicznej Republice Krym poinformowało, że Rosjanie zrabowali stąd wystawę wyrobów ze złota z czasów Cesarstwa Bizantyjskiego oraz prowadzą nielegalne wykopaliska archeologiczne na terenie rezerwatu i wywożą tysiące unikatowych znalezisk.
Chersonez Taurydzki to pomnik historii, muzeum, w którym przechowywano setki tysięcy eksponatów z okresu bizantyjskiego. Znany jest również z tego, że w tym miejscu został ochrzczony książę kijowski Włodzimierz, który szerzył wiarę chrześcijańską w całej Rosji. Obiekt został wpisany na listę dziedzictwa historycznego UNESCO jeszcze w czasach sowieckich.
Chersonez został założony przez starożytnych Greków. Przez siedem wieków był w posiadaniu Bizantyjczyków, bezskutecznie próbowali go podbić Scytowie i Hunowie, Chazarowie, Pieczyngowie i Połowcy.
Muzeum w Chersonezie zostało założone w 1892 roku przez Karola Kościuszko-Valyuzhynycha. Systematyczne badania archeologiczne utrudniał klasztor ze świątyniami, budynkami mieszkalnymi i gospodarczymi zajmującymi środek osady. W rezultacie centralna część miasta, która jest najważniejsza pod względem archeologicznym, nie została w pełni przebadana.
Najważniejszych odkryć dokonano w czasach sowieckich, kiedy systematycznie prowadzono wykopaliska archeologiczne. W czasie II wojny światowej zbiory muzeum zostały ewakuowane na Ural, po czym je zwrócono.
Ekspozycje muzealne mieszczą się w budynkach poklasztornych wybudowanych w drugiej połowie XIX wieku. Zgromadzono około 500 tysięcy różnych bezcennych przedmiotów kultury materialnej całego starożytnego i średniowiecznego świata, z którą miasto było w nieustannym kontakcie przez dwa tysiące lat. Znajdują się tu naczynia taurusa, starożytne rzeźby greckie, marmurowe stele z portretami i tekstami, fragmenty antycznych sarkofagów rzymskich, biżuteria z brązu i srebra z klejnotami, próbki broni bizantyńskiej i amunicja.
Zgromadzono tu także ikony z XI – XII wieku, wykonane w technice płaskorzeźby, różne próbki wyrobów rzemieślników chersonskich, amfory, pyfosy i inne naczynia, kolekcję monet średniowiecznych z imionami i portretami cesarzy bizantyjskich, fragmenty fresków. Część kolekcji pokazywana jest tylko okazjonalnie na specjalnych wystawach, a niektóre nigdy nie były prezentowane publiczności.
Rosja po nielegalnej aneksji Krymu zaczęła prowadzić prace archeologiczne na niespotykaną skalę. W 2015 roku prezydent Rosji Władimir Putin wyraził pomysł budowy międzynarodowego centrum prawosławnego w Chersonezie. W 2019 roku polecił zbudować tu muzeum chrześcijaństwa i międzynarodowe centrum archeologiczne. Według historyków, którzy znają osobliwości Chersonezu, ten rosyjski plan doprowadzi do faktycznego zniszczenia tego unikatowego miejsca.
Podczas wykopalisk, które można nazwać barbarzyńskimi, na terenie południowych przedmieść Chersonezu odkryto wiele artefaktów. W październiku 2021 roku zgłoszono ponad 300 000 znalezisk. W marcu 2022 roku było ich już około 800 000, z czego ponad 160 000 ma wartość muzealną. To kolosalna ilość, którą trzeba opisać i usystematyzować.
Obecnie rosyjscy archeolodzy prowadzą wykopaliska w pobliżu katedry św. Włodzimierza. Ostatnie wykopaliska odbyły się tam w 1891 roku. W kwietniu tego roku dokonano unikatowego znaleziska – odkryto fragment czterometrowego posągu. Przypuszczalnie w I – II wieku naszej ery zdobił on jeden z placów starożytnego miasta – agorę.
Eksponaty Sewastopolskiego Muzeum Chersonezkiego są pokazywane na wystawach w Rosji. Taka ekspozycja została otwarta na przykład w Nowogrodzie. Prezentowanych jest na niej ponad 200 eksponatów.
Przedstawicielstwo Prezydenta Ukrainy w Autonomicznej Republice Krymu potępiło wykorzystywanie przez Rosjan eksponatów z muzeum Chersonez Taurydzki i skierowało odpowiedni wniosek do ukraińskich organów ścigania. Niewątpliwie po zwycięstwie Ukrainy wszystkie skradzione eksponaty zostaną zwrócone Ukrainie.
W jakim strachu może żyć matka, której 6-letnie dziecko jest zagrożone przez ojca pedofila? To trzeci rok walki pani Beaty. Prokuratura i sądy- nie pomagają. Nie ma wyroku. Dziewczynka pozostaje w zagrożeniu.
Droga przez mękę trwa długo. Odbywały się rozprawy przed sądem, przed zespołami sądowych specjalistów. W Centrum Pomocy Rodzinie polecono… baczne obserwowanie dziecka. Wreszcie 14 października 2020 (!) roku psycholog poleciła złożyć zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa wykorzystania seksualnego małoletniej. Pod koniec 2020 roku pani Beata takie zawiadomienie złożyła w jednej z warszawskich prokuratur rejonowych.
Napisała, że dziecko w określonych dniach w 2020 roku – zgodnie z sądowo przyznanym ojcu prawem – przebywało pod jego wyłączną opieką. Szczegółowo opisała uzyskane od córki informacje, że ojciec stwarzał sytuacje w których dziecko rozbierał. A w końcu sam się obnażył. Jest to opis drastyczny. Ojciec kładł się do łóżka z dzieckiem nago. Konsultowana psychoterapeutka z Centrum Terapii Poznawczo-Behawioralnej, psycholog kliniczny, skierowała matkę do prokuratury. Stwierdziła również, że dziecko powinno zostać przebadane przez psychologa w kierunku nadużycie seksualnego przez ojca.
Przez dwa lata trwało oczekiwanie. Z Woli sprawa powędrowała podwarszawskiej miejscowości. Ojciec miał nadal prawa wobec córki. W 2022 roku, po kolejnej prawnie usankcjonowanej wizycie dziewczynki u ojca, zaniepokojona matka zawiozła córeczkę na SOR jednym ze stołecznych szpitali. Lekarz dyżurny w rozpoznaniu napisał: „przestępstwo seksualne z użyciem przemocy fizycznej, powierzchowne urazy brzucha, dolnej części grzbietu i miednicy”. Jest dokument i nadal marazm.
Pod koniec 2022 roku pani Beata składa do właściwej prokuratury wniosek o wyłączenie z dalszego prowadzenia sprawy dwóch prokuratorów. Za bierność! 5 dni później jeden z nich wydaje postanowienie o umorzeniu śledztwa, bo „dowody nie wskazują…””Matka nie przedstawiła wystarczających dowodów”!
Matka, inżynier budownictwa, pełniąca odpowiedzialne funkcje w nadzorze, kierująca wieloosobowym zespołem, ma dostarczyć dowody. Służby służące dochodzeniu sprawiedliwości nie zrobiły praktycznie nic. Dziecko pozostaje zagrożone.
Do finału daleko. Co się dzieje? Pani Beata dalej samotnie walczy. Zmienia kancelarię adwokacką. Obecny pełnomocnik – złożył zażalenie do sądu na postanowienie o umorzeniu śledztwa.
Mija pół roku. W maju 2023 roku, odbywa się rozprawa w podwarszawskim sądzie. Sędzia orzeka, że nie widzi śladów świadczących o zagrożeniu dla dziecka! Teraz trzeba czekać na uzasadnienie pisemne. A to, jak wynika z praktyk procesowych, może trwać nie wiadomo jak długo.
A dziecko pozostaje jednak w strasznym zagrożeniu!
Dla dobra dziecka nie podajemy nazwisk stron, prawników, prokuratorów, sędziów oraz właściwości terytorialnej obecnego postępowania.
Z red. Grażyną Wrońską-Walczak z Radia Poznań uhonorowaną tegorocznym Laurem Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich rozmawia Łukasz Kaźmierczak.
Podobno Grażyna Wrońska zna w Poznaniu wszystkich, których warto znać?
Wszystkich nie, ale na pewno bardzo wiele osób. I to, że działam już tyle lat w dziennikarstwie, ułatwia mi zadanie. A poza tym mam chyba umiejętność zdobywania kolejnych rozmówców, poprzez poprzednich rozmówców. To jest taki łańcuszek.
Albo rodzaj referencji: „To jest dobry dziennikarz”…
Nie wiem czy dobry dziennikarz. Może to, że się z nim miło rozmawia – bo często ludzie mówią mi, że jakoś tak potrafię ich ośmielić. Jakkolwiek niektórzy są speszeni. Zdarzało się, że przerywałam niektórym profesorom, którzy mieli mówić np. o sprawach rolniczych i zamieniali się w wykładowców. I prosiłam: panie profesorze, niech pan po prostu patrzy mi w oczy i mówi tak, jakbym niczego nie wiedziała. I to pomagało.
I dlatego tak często rozmawia Pani właśnie z ludźmi nauki i kultury?
Tak, jakoś udawało mi się tę barierę przekroczyć. Zawsze mówiłam moim rozmówcom, że Słuchacze mogą usłyszeć ich tylko raz i w związku z tym muszą dowiedzieć się tego, co najważniejsze.Rzeczywiście, tych wywiadów z ludźmi nauki było bardzo dużo. Uwielbiałam i miałam bardzo dobre kontakty z prof. Wiktorem Degą, do tego stopnia, że mogłam się bardzo często u niego zjawiać. Natomiast on – i to jest dla mnie coś zupełnie niezwykłego – dzwonił do mnie i mówił, że bardzo ładnie wypadła rozmowa. Te dobre relacje są ważne. Skoro raz z kimś się umówiłam, to się potem mogłam powołać na tego kogoś i on mi ułatwiał dalsze kontakty.
Wśród atrybutów dziennikarskich wymienia się najczęściej ostrość, wyrazistość, a Pani mówi…
…łagodnie.
I to jest Pani sposób na dziennikarstwo?
Chyba tak. Nie miałam nigdy takich bardzo ostrych sytuacji. Zawsze w dziedzinie kultury spotykałam się z ludźmi, którzy robili coś ważnego, ale nigdy nie były to rozmowy na ostrzu noża. Można było o wielu sprawach porozmawiać, wielu rzeczy się dowiedzieć i myślę, że to jest dla mnie najważniejsze, że ja chcę się dowiedzieć. Ale i druga rzecz – chcę żeby o tych rzeczach, o tych ludziach wiedzieli też inni. I dlatego tak długo pracuję w dziennikarstwie, ponieważ jest jeszcze tyle innych pól i tyle innych zagadnień, o których nie wiem ani ja, ani moi Słuchacze. A zależy mi na tym, żeby wiedzieli więcej np. o Poznaniu i o Wielkopolsce.
Czyli wchodzimy na Pani „konika”…
Rzeczywiście, to jest właściwie mój główny temat, na tym się skupiam. Uważam zresztą, że to co się ukazuje w Kronice Miasta Poznania, powinno być lekturą podstawową tych poznaniaków, którzy chcą się czegoś dowiedzieć o swoim mieście. Są to artykuły pisane przez specjalistów, ale dobrym językiem, zrozumiałym. I taki sam cel przyświeca mi przez całe zawodowe życie.
W którym od początku najważniejsze było radio.
Tak, zawsze chciałam pracować w radiu, od najmłodszych lat. I to się spełniło. W tym studiu (przypis: rozmawiamy w Studiu im. Krzysztofa Komedy w poznańskiej rozgłośni Polskiego Radia) po raz pierwszy pojawiłam się jeszcze jako licealistka, uczestnicząca w konkursach recytatorskich. Pani Jadwiga Jasiewicz zwróciła mi wtedy uwagę żebym nie akcentowała końcówek -się. I to pamiętam do dziś. A potem, kiedy ją spotkałam tutaj w radiu, przypomniałam się jej i powiedziałam, że bardzo dziękuję za tamte wskazówki. Zresztą moja mama zwracała zawsze bardzo wielką uwagę na nasz sposób mówienia.
I to zapewne pomogło też Pani dostać wymarzoną pracę. To był rok 1965.
Ja po prostu miałam szczęście. Spotkałam ludzi, którzy byli mi przychylni i tak się zaczęło. A zaczynałam od redakcji wiejskiej.
Naprawdę?
Tak, przeszłam chyba przez wszystkie radiowe redakcje. Najpierw wiejską, potem były dzienniki, kultura. W dziennikach takim moim bardzo dobrym mistrzem- kolegą był Andrzej Napierała. On potrafił świetnie konstruować drobne dźwięki czy relacje. Był w tym i sprawny i bardzo merytoryczny. Miał dobry sposób przekazywania informacji. Taki radiowy reporter w każdym calu.
Kto Pani najbardziej pomógł w Radiu?
Miałam bardzo wiele takich osób np. współpracowałam i współpracuję nadal z Alą Kurczewską, był Piotr Frydryszek, z którym razem pracowałam, a potem stał się moim szefem, Robert Mirzyński, Basia Miczko. To wszystko byli ludzie, którym nieraz zazdrościłam, ale w takim dobrym tego słowa znaczeniu, dotarcia do pewnych osób i zbudowania jakiejś formy radiowej.
Wywiad to od początku był ta forma, w której czuła się Pani najlepiej?
Tak, odpowiadała mi. Przez rozmowę, przez taki przekaz nieoficjalny – bo w rozmowie nie używa się wielkich słów, tylko tak zwyczajnie, żeby dotrzeć do Słuchacza – uważam, że właśnie to jest najistotniejsze.
Lubi Pani rozmawiać…
Bardzo! Dzięki temu poznałam bardzo wiele osób niesłychanie ważnych i takich, które do dzisiaj wspominam z ogromną sympatią np. Pan Stefan Skorupiński z Włoszakowic, który potrafił zauroczyć przez ileś nawet godzin, bo tak pięknie opowiadał. Poznałam bardzo wiele osób z kręgu kultury ludowej i nawet się zaprzyjaźniłam z panem Janem Bzdęgą z Domachowa, który był z Biskupizny, z okolic Krobi. Tam też dzięki niemu poznałam wielu innych ludzi, a on regularnie tutaj się u mnie zjawiał i relacjonował, co tam słychać na Biskupiźnie. I okazało się, że były tam ciekawe rzeczy. I do dzisiaj chyba są.
To nie zawsze byli oczywiści rozmówcy?
Nie zawsze. W roku 80. robiliśmy audycje solidarnościowe, ale przedtem zdarzało mi się rozmawiać nawet z przodownikami pracy. Jeden z nich nazywał się Marceli Tritt, pracował bodajże w poznańskich Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego i on mi opowiadał takie naprawdę bardzo piękne rzeczy o swojej pracy. Tak zwyczajnie o tym mówił, a potem sprezentował mi taki zgniatacz do orzechów, ręcznie wykonany.
Grażyna Wrońska-Walczak – dziennikarka Radia Poznań która otrzymała Laur Wielkopolskiego Oddziału SDP
Robi też Pani sporo krótkich form radiowych. To Pani specjalność?
Tak, oczywiście. Choć bardzo możliwe, że takie były wtedy możliwości. I że krótkie formy były, powiedziałabym, oczekiwane. Ale robiłam też większe formy, wiele reportaży, dłuższych audycji np. cykl Wydarzyło się w Wielkopolsce, za który dostaliśmy Nagrodę im. Józefa Łukaszewicza, przyznawaną dla najciekawszych i najpiękniejszych wydawnictw o Poznaniu. Były także Wieczory Muzyki i Myśli, mnóstwo programów związanych chociażby z Powstaniem Wielkopolskim. Udało mi się także spróbować swoich sił w telewizji, gdzie wspólnie z Piotrem Libickim zrobiliśmy program Poza Horyzontem – także nagradzany cykl filmów o Wielkopolsce.
To nie był koniec przygody z telewizją?
Nie, potem był cykl Kobiety Powstania Wielkopolskiego – to z kolei ze Zbysławem Kaczmarkiem. To był ładny projekt, ponieważ odkrywaliśmy mało znane postaci i docieraliśmy do różnych ludzi. Jest jeszcze rzecz, która nadal ciąży mi na sercu – zrobiłam dwa programy o zasłużonej poznańskiej Księgarni św. Wojciecha, ale pozostały dwa odcinki, które zalegają i powinnam je dokończyć.
O czym byśmy nie mówili i tak koniec końców wracamy do tematów związanych z Wielkopolską.
Bo to jest niewyczerpywalna tematyka, przez wiele lat zaniedbywana. Dlatego razem z Małgosią Jańczak przygotowywałyśmy takie wędrówki po Wielkopolsce, w czasie których odkrywałyśmy ludzi, którzy kiedyś w ogóle byli zapomniani jak np. Dezydery Chłapowski. Jeśli chodzi o Chłapowskiego, to też jest ładny przykład. Idąc jego tropem spotkałam pana Józefa Świątkiewicza z Czempinia. On zaimponował mi tym, że pracując u Cegielskiego odkrywał w wolnych chwilach Dezyderego Chłapowskiego na swoim terenie, w okolicach Turwi czy Czempinia. I takich ludzi poznałam mnóstwo, czy w Lesznie, czy w Kościanie, czy w Gostyniu,
Koniecznie muszę zapytać o jeszcze inną Pani pasję. Przyznaję – od lat jestem wiernym fanem Języka na zakręcie.
Najpierw prowadziłam te audycje z moim mężem.
Wybitnym poznańskim językoznawcą, prof. Bogdanem Walczakiem – dodajmy.
Co ciekawe, nie wszyscy wiedzieli nawet, że to mój mąż. A teraz prowadzę je wspólnie z prof. Jarosławem Liberkiem.
Także wychowankiem prof. Walczaka.
Tak, on pisał u mojego męża doktorat.
Robiliście to i robicie nadal z wielkim powodzeniem.
Za propagowanie i popularyzację poprawnej polszczyzny otrzymałam tytuł Ambasadora Polszczyzny. To była inicjatywa chyba Piotr Frydryszka, ponieważ wtedy nagrodę za język regionalny otrzymał także Juliusz Kubel, autor naszego radiowego Starego Marycha.
O polszczyźnie także można mówić w nieskończoność. Nie zabraknie tematów do Języka na zakręcie?
Nie zabraknie, bo wciąż ludzie coś wymyślają. I wciąż zadają nowe pytania.
Ma pani również przebogate archiwum nagrań. Są tam takie skarby, które tylko Pani posiada?
Chociażby rozmowy ze, wspomnianym tutaj, profesorem Wiktorem Degą. Opowiadał mi kapitalne wspomnienia z Powstania Wielkopolskiego, z dużym humorem i to jest w naszych radiowych nagraniach. Tego chyba nikt inny nie ma. Z Alą Kurczewską byłyśmy natomiast zachwycone rozmowami z Panią Stanisławą Szeligowską – to poezja, można jej było słuchać naprawdę bardzo długo. Mam w zasobach dużo bardzo pięknych rozmów, takich właściwie osobistych.
Któraś z nich wywarła na Panią mocniejszy wpływ?
Miałam takie bardzo miłe spotkania z Piotrem Janaszkiem. To był młody lekarz, który właściwie wprowadzał rewolucje, ponieważ upomniał się – i to w takim bardzo dobrym tego słowa znaczeniu – o dzieci niepełnosprawne. Zaczął organizować pierwsze w ich życiu i w ogóle nie spotykane w tym czasie wyjazdy wakacyjne. Obóz w Mielnicy, tam współpracowałam z nim dosyć blisko, jeździliśmy, przekonywaliśmy ludzi. To było ważne. A potem zginął w wypadku samochodowym. I bardzo mi go brakuje. Ale on z kolei tę swoją pasję przekazał córkom. I nieraz się z nimi spotykam, ponieważ one też prowadzą taką bardzo szeroką działalność na rzecz niepełnosprawnych.
A dziś Grażyna Wrońska otrzymała kolejne wyróżnienie – Laur Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich…
To za wytrwałość (śmiech). Ale mam jeszcze bardzo dużo rzeczy do zrobienia.
Członek Zarządu Głównego SDP i jego skarbnik Aleksandra Tabaczyńska (z lewej) wręcza Grażynie Wrońskiej-Walczak z Radia Poznań Laur Wielkopolskiego Oddziału SDP
Czyli, są plany na przyszłość?
Najpierw muszę uporządkować moje archiwum radiowe, mnóstwo rzeczy, które powinny być profesjonalnie opisane. Aczkolwiek niektórzy mówią, że mam bardzo dobrze zdokumentowaną swoją pracę. Chciałabym także nadal współpracować z Kroniką Miasta Poznania. Ale na razie powiedziałam sobie: żadnych nowych tematów. Zrób to, co ci tutaj zalega.
Porządnie, po poznańsku.
Ja nie jestem taka porządna. Wszystko robię na ostatnią minutę. Wciąż mi się coś nie podoba, coś poprawiam, przestawiam. Pewnie dlatego, że bardzo długo pracowałam razem z Ireną Goszczyńską – najwięcej z nią i z Jurkiem Kamyszkiem. Oni zwracali uwagę na te wszystkie szczegóły techniczne. A ja montowałam na ostatnią minutę, tuż przed terminem emisji i wtedy rzucałam się na głęboką wodę. Piotr Frydryszek nigdy nie mógł pojąć, że przychodzę do studia, mam coś powiedzieć, a wokół mnie pełno kartek, rozgardiasz. A ja się po prostu wtedy mobilizuję. Jak jest już Godzina Zero.
LAUR
WIELKOPOLSKIEGO ODDZIAŁU
STOWARZYSZENIA DZIENNIKARZY POLSKICH 2023
DLA
Red. Grażyny Wrońskiej – Walczak
laudacja
wygłoszona przez red. Barbarę Miczko-Malcher, wiceprezesa Zarządu WO SDP
Barbara Miczko-Malcher – wiceprezes Zarządu WO SDP
GRAZYNA WROŃSKA -WALCZAK całe swoje blisko 60 letnie życie zawodowe związała z radiem. Pracę w Polskim Radiu Poznań rozpoczęła w 1965 roku. Przechodziła przez różne redakcje i uprawiała wiele form dziennikarskich. Z racji polonistycznego wykształcenia wsparta też profesorską wiedzą męża Bohdana Walczaka, znakomitego językoznawcę, wprowadziła na antenę cykliczną audycję „Język na zakręcie”. Ma ona charakter lekkiej rozmowy i niewątpliwy walor edukacyjny. W dorobku Grażyny Wrońskiej są tez audycje i rozmowy poświęcone wybitnym Wielkopolanom, historycznym postaciom, omówienia książek, informacje o bieżących wydarzeniach kulturalnych. W 1982 roku, kiedy w telewizji pojawił się świetny serial „Najdłuższa woja nowoczesnej Europy” Grażyna Wrońska wspólnie z Małgorzata Jańczak zrealizowały cykl audycji „Bohaterowie najdłuższej Wojny” przybliżając ludzi i miejsca związane z filmem i walką Polaków z germanizacją w Wielkopolsce. W Telewizji Poznańskiej wspólnie z Piotrem Libickim Grażyna pracowała przy cyklu dokumentalnych filmów prezentujących Wielkopolskę w ujęciu historycznym i kulturalnym. Cykl ten zatytułowany był ”Poza horyzontem”.
I w końcu w Wydawnictwie św. Wojciecha w serii „Poznaj Poznań” redaktor Wrońska wydała książkę zatytułowaną „…do niepodległości”. Opisuje tam znaczące dla walki o niepodległość postaci i wydarzenia. Grażyna od lat też współpracuje z Wydawnictwem Miejskim zamieszczając w „IKS-ie” i w Kronice Miasta Poznania” wywiady i felietony. Wymieniłam tylko część osiągnięć Grażyny, ale łatwo zrozumieć, że po tak długiej, intensywnej pracy zawodowej nie da się streścić wszystkiego w kilku zdaniach. Trzeba tu jednak podkreślić rzecz bardzo istotną, a mianowicie – etykę dziennikarską.
Redaktor Grażyna Wrońska była i jest wierna zasadom uczciwości i rzetelności tak wobec swoich rozmówców jak i kolegów dziennikarzy.
Laur jest wyrazem naszego wielkiego szacunku i uznania za Jej wieloletnią, znakomitą pracę dziennikarską.
Wywiad z uhonorowanym Laurem WO SDP red. Piotrem Lisiewiczem z-cą red. nacz. Gazety Polskiej:
W sprawy Ukrainy emocjonalnie wciągnąłem się podczas Pomarańczowej Rewolucji. Pomagałem jak mogłem i umiałem. Chodziłem a demonstracje w Warszawie, robiłem grafiki, poznawałem zaangażowanych Ukraińców. Potem to samo podczas Majdanu
Za każdym razem byłem przekonany o tym, że przed nami świetlana przyszłość. Oni wyzwolą się spod rosyjskiej dominacji, a polska pomoc stanie się podwaliną pod nowe otwarcie stosunków między nami. Dużo ze znajomymi Ukraińcami rozmawialiśmy, czasem z konstruktywnym skutkiem, jak wtedy kiedy po burzliwej dyskusji musiałem uznać, że słynne zdjęcie dzieci przywiązanych drutem kolczastym do drzewa, które w naszej masowej wyobraźni było ilustracją Rzezi Wołyńskiej, było komunistyczną manipulacją i ilustracją przedwojennej okrutnej, ale niezwiązanej z Rzezią Wołyńską, kryminalnej zbrodni Marianny Wolińskiej. A czasem bez konstruktywnych wniosków, jak wtedy kiedy im tłumaczyłem, że ich zachwyt Niemcami źle się dla nich skończy, bo ci zawsze sprzedadzą ich Rosji za czapkę śliwek, czy też wtedy kiedy im tłumaczyłem, że krążący po Ukrainie emisariusze Gazety Wyborczej i Platformy Obywatelskiej, nie są ich przyjaciółmi.
Później, później…
Za każdym razem jednak, kiedy chciałem poruszyć kwestie dotyczące ludobójstwa na Wołyniu, słyszałem – Nie teraz, bo wiesz, Rewolucja, Majdan, aneksja Krymu, inwazja Donbasu. Jak im odmówić racji? Historia jest ważna, ale żywi ważniejsi. Podkreślałem wprawdzie, że powinni pamiętać że moją perspektywą nie jest perspektywa ukraińska, ale polska i nie da się tego odkładać w nieskończoność, ale w istocie odkładałem.
Pierwsza szansa
24 lutego 2022 roku zawalił się świat, który znaliśmy. Ten kto mówi, że nie zadawał sobie wtedy pytania gdzie zatrzymają się rosyjskie czołgi, z dużą dozą prawdopodobieństwa kłamie. Mimo to Polska i Polacy ruszyli do masowej pomocy. Nie tylko dla chwalebnego odruchu serca, ale również przez świadomość zwierzęcej moskiewskiej brutalności, którą Polacy dobrze znają i woleliby sobie na nowo nie przypominać. Polska stała się na jakiś czas jedynym oparciem Ukrainy. I Ukraina nie dała się zaorać w trzy dni jak chcieli tego rosyjscy generałowie żyjący najwyraźniej zamierzchłą potęgą.
Jednocześnie palącą wręcz kwestią, szczególnie wobec o wiele sprawniejszej od rosyjskiej armii rosyjskiej propagandy, stało się „posprzątanie” kwestii spornych. A było co, choćby w związku z rozwijającym się na Ukrainie „kultem Bandery” i jemu podobnych oraz zakazem ekshumacji ofiar Rzezi Wołyńskiej, „sprzątać”. 11 lipca 2022 wydawało się oczywistym, że po bezprecedensowej fali polskiej pomocy, w ramach której Polacy przyjęli miliony ukraińskich kobiet i dzieci tak, że ku zaskoczeniu całego świata nie trzeba było budować obozów dla uchodźców, z ust wdzięcznego prezydenta Zełenskiego padnie wreszcie słowo „przepraszam” a kwestie sporne zostaną z łatwością zdmuchnięte. Nic takiego się nie stało. Szkoda, to mogło być nowe otwarcie, pierwsze wrażenie w nowym rozdziale.
Druga szansa
Kolejne miesiące przyniosły morze przelanej krwi ukraińskich obrońców. Ukraińcy zadziwili świat zawziętością, z jaką nie tylko przepędzili „niezwyciężoną armię czerwoną” spod Kijowa, ale również odzyskali część utraconych terytoriów. Wszystko to nie byłoby możliwe bez polskiej pomocy. Finansowej, w zakresie uzbrojenia I politycznej. W ramach tej pomocy, przed czym sam ostrzegałem, Polska wręcz naruszała własne zasoby w sposób krytyczny, czym zmobilizowała większą część Zachodu, a nawet niezadowolone z kłopotów kumpla Władimira Niemcy, do podobnych gestów. Wydawało się, że 11 lipca 2023, 80. rocznica kulminacyjnej dla Rzezi Wołyńskiej Krwawej Niedzieli, musi już być momentem przełomu. Ofiary zasługują na pamięć ze swojej natury, ale i Polska jako państwo i Polacy, wydaje się, że „zasłużyli” na gest ze strony prezydenta Zełenskiego. I znowu nic takiego nie nastąpiło.
Nie chcę się już pastwić nad Prezydentem Andrzejem Dudą, który być może jest przekonany, że do takiego „przełomu” doprowadził, o czym świadczą jego zupełnie niepotrzebne słowa skierowane do zasłużonego księdza Isakowicza-Zaleskiego, ale wszystkie te słowa o „pojednaniu” i „przebaczeniu”, które padły podczas obchodów, zdają się być zawieszone w pustce bez konkretów z ukraińskiej strony. Nic dziwnego, ponieważ do „przebaczenia” i „pojednania” potrzebne są najpierw „wyznanie win” i „żal za grzechy”. A tego, w okrągłych słowach ukraińskich oficjeli różnych szczebli, unikających stwierdzeń kto kogo zabijał i kto jest czemu winien, zabrakło. A przede wszystkim zabrakło ich ze strony prezydenta Zełenskiego. Nie trzeba „ruskiej propagandy”, kiedy przy dziwnej zachowawczości polskich władz, Ukraińcy sami dbają o wbijanie klina pomiędzy nich a Polaków. W ten sposób zmarnowane zostały dwie dobre okazje na „pierwsze wrażenie”. I raczej już się nie powtórzą.
Ukraina potrzebuje bardziej
Pomiędzy Rosją a Niemcami Polska potrzebuje Ukrainy. Ale Ukraina potrzebuje Polski w o wiele większym stopniu. Zachłystując się znowu byciem w centrum uwagi, Ukraińcy popełniają po raz kolejny ten sam błąd – jaskółki ćwierkały, że tuż przed szczytem poczuli się na tyle pewnie z zachodnimi „gwarancjami”, że trochę zbagatelizowali rolę Polski jako ich największego rzecznika. Więc jeśli wyjeżdżają z Wilna z dużym niedosytem, to istotnie przez brak wdzięczności (…) To samo było po 2014, kiedy np. polska zbrojeniówka sporo oferowała, ale oni zachłysnęli się ofertami Zachodu, z których niewiele wyszło (…) – pisała na Twitterze po szczycie w Wilnie analityk i ekspert ds. międzynarodowych dr Beata Górka-Winter, która pisała również, że „w kuluarach było słychać, że próbują nas odsuwać”.
Jeśli Ukraińcom wydawało się, że „już nie potrzebują Polski”, ponieważ mają teraz większych kolegów, to po niezadowalających wynikach szczytu w Wilnie, na którym Niemcy wrócili w amerykańskie łaski, wydaje się, że dostali bolesną nauczkę. Czy ta z kolei ich czegoś nauczy? Nie wiem, ale odnoszę wrażenie, że piłka nie jest po polskiej stronie.
Aurelię Dobrowolską spotkał okrutny los. Poranek 4 listopada 1942 roku był pochmurny i posępny, tak jak cele aresztu śledczego NKWD w Kirowie (europejska część Rosji – obecnie Chłynów). Żelazne drzwi jednej z cel otworzyły się z paskudnym skrzypieniem, a na progu pojawił się zadowolony nadzorca:
– Dobrovolskaya, wyjdź!
– I to szybko! – warknął.
Na ponurym dziedzińcu więziennym polską artystkę operową wepchnięto Aurelię Dobrowolską do samochodu zwanego „czarnym krukiem”.
Podróż nie trwała długo. Samochód zatrzymał się przy szarym budynku, a Aurelia rozpoznała to smutne i straszne miejsce – Biuro Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych. Bez słowa eskorta w szarych płaszczach i czapkach z niebieskimi opaskami odprowadziła kobietę na drugie piętro i wepchnęła ją do czyjegoś ascetycznego gabinetu, którego pomalowane olejem ściany o nieokreślonym odcieniu – ani brudnej żółci, ani musztardy – zdobiły tylko portrety chytrze uśmiechniętego Stalina i Dzierżyńskiego.
Mężczyzna w mundurze KGB siedzący przy biurku w milczeniu przeglądał akta śledcze. Następnie, podnosząc wzrok na oskarżoną, powiedział obojętnie:
– Aurelia Iosifovna Dzirne-Dobrovolskaya, zgodnie z artykułem 58, paragrafy 10 i 11 Kodeksu Karnego RFSRR, jesteś oskarżona o antyradziecką propagandę w czasie wojny. Czy jest to dla ciebie jasne?
Sopranistka nie odpowiedziała. Przesłuchujący krzyknął przeciąglr
– Rozumiesz suko?!
-Ale dlaczego? – aresztowana kobieta płakała. Nagle padła nieprzytomna na podłogę, na której widać było brązowe plamy od krwi przelanej wcześniej w tym pokoju…
Enkawudzista wstał ze skrzypiącego krzesła, powoli poprawił pas swoim zwykłym ruchem i kopnął omdlewającą kobietę. Uśmiechnął się i wycedził:
– Sama wszystko dobrze wiesz…
Cicha ukraińska noc…
Pod koniec XIX wieku miejscowość Biała Cerkiew niedaleko Kijowa pozostawała w zapomnieniu. Ale wcześniej, jak napisał filozof Nikołaj Bierdiajew, „Biała Cerkiew i Aleksandria były prawdziwym księstwem z dworem, z ogromną liczbą ludzi, z dużymi stajniami koni pełnej krwi, z polowaniami. Biała Cerkiew przyciągała arystokrację tzw. Terytorium Południowo-Zachodniego”. Czasy polskich magnatów Branickich jednak uległy zapomnieniu, pozostawiając lekką zasłonę nostalgicznych wspomnień.
22 listopada (4 grudnia), 1881 roku w prowincjonalnym – obecnie – miasteczku w zubożałej rodzinie ambitnego polskiego szlachcica Józefa Dobrowolskiego, urodziła się dziewczynka, ochrzczona przez miejscowego księdza jako Aurelia Cecylia Anna. Wkrótce ojciec przyszłej śpiewaczki zmarł a jego żona i matka Aurelii musiała imać się różnych zajęć, aby utrzymać rodzinę – szyła, robiła na drutach i szydełku.
Dziewczyna dorastała, jeśli użyć prozy Konstantina Paustowskiego, chłonąc „obraz swojej ojczyzny z jej niekończącym się niebem i ciszą pól, z jej zamyślonymi lasami”. Rozumiejąc ” elastyczny, lekki, nieskończenie bogaty w obrazy i intonacje język ukraiński”. Oczywiście Aurelia słuchała przy tym uduchowionych melodii ludowych…
Kiedy Aurelia miała osiem lat, matka, zaniepokojona przyszłością córki, postanowiła opuścić „cichy zakątek” i przenieść się do imperialnej stolicy.
Kariera
W Moskwie fortuna uśmiechnęła się do Dobrowolskich: był to współczujący dobroczyńca, który przejął szkolenie Aurelii. Sama dziewczyna zaczęła śpiewać w chórze kościelnym. Dyrektor chóru natychmiast zauważył jej wybitne zdolności wokalne i muzyczne, o czym entuzjastycznie poinformował dyrektora gimnazjum. I skierował Dobrowolską Konserwatorium Moskiewskiego.
Po pomyślnym przejściu przesłuchania Aurelia została przyjęta do klasy wokalnej. Warto zauważyć, że byli tam też Tonia Nieżdanowa i Wasia Petrow, których, podobnie jak Dobrowolską, czekała wspaniała przyszłość sceniczna.
Debiut na dużej scenie był nie mniej udany. Na początku września 1902 roku Aurelia Dobrowolska wykonała rolę Tatiany w operze Eugeniusz Oniegin Piotra Czajkowskiego, wystawionej w Teatrze Sołodownikowa. W następnym roku śpiewała w Moskiewskim Teatrze Akwarium, a następnie w Teatrze Ermitażu. Entuzjastycznie odnotowując sukces młodej divy operowej, gazety napisały: „Głos śpiewaczki – sopran koloraturowy – wyróżnia się pięknem dźwięku, elastycznością i wyjątkowym zakresem, wykonaniem – jasnością, muzykalnością i temperamentem”.
W 1904 roku piosenkarka poślubiła słynnego inżyniera chemika fabryki Sormovo, Konstantina Bostanzhoglo, który wkrótce został przeniesiony do wojskowej fabryki Sablinsky w Petersburgu. Aurelia była zachwycona przeprowadzką. W końcu od dawna marzyła o śpiewaniu na scenie słynnego Teatru Maryjskiego! A jej nadzieje były uzasadnione: w kwietniu 1905 roku Dobrowolska wykonała rolę Ludmiły w operze Michaiła Glinki Rusłan i Ludmiła. Następnie z powodzeniem występowała w „Nowej Operze” przedsiębiorcy księcia Aleksieja Cereteli w Teatrze Akwarium i Nowym Teatrze Letnim. Występowała w Paryżu i Mediolanie.
W 1906 roku Dobrovolskaya i jej mąż wrócili do Moskwy. Aurelię zaangażowano do prywatnej opery Siergieja Zimina. Trzy lata później dostała rolę królowej Szemachan w operze „Złoty kogucik” Nikołaja Rimskiego-Korsakowa. W recenzji sztuki muzykolog i kompozytor Julius Engel napisał: „Tylko dwa lub trzy najwyższe dźwięki nie brzmią u artystki. Wszystko inne przyciąga pięknem dźwięku, bogactwem ekspresji, błyskotliwością wykonania. Aktorce czasami udaje się nawet uchwycić nieuchwytność: cechy tajemniczego demonizmu w złożonym obrazie królowej Shemakhan, który niewątpliwie ma stać się kamieniem probierczym dla przyszłych pokoleń śpiewaków” – pisał recenzent.
I wreszcie, w 1910 roku, nastąpiło nowe radosne wydarzenie: została przyjęta do trupy Teatru Bolszoj. To tutaj, u szczytu kreatywności, Aurelia Dobrowolska śpiewała swoje najlepsze role – w sumie – jak pisano siedem tuzinów.
To właśnie w Bolszoj Aurelia Dobrowolska wystąpiła na scenie z Fiodorem Chalapinem, który okazał się bardzo trudnym partnerem. Na próbach, z charakterystyczną dla siebie ironią, Chalapin zwrócił uwagę jej uwagę: „Aurelka, kochanie, wchodzisz później niż to konieczne”. Aurelia nie poczuła się jednak urażona. Krytyk muzyczny i pisarz Nikołaj Kaszkin napisał: „Różnica w stylu okazała się taka, jakby pan Chaliapin śpiewał muzykę jednego kompozytora, a wszyscy inni śpiewali coś innego”.
W 1914 roku Dobrowolska, na zaproszenie Siergieja Diagilewa, wystąpiła w „Rosyjskich porach roku” w Londynie i Paryżu. Ponadto w stolicy Francji zagrała w filmie dla kinematografu. Napisano dla niej utwór muzyczny „Deszcz kapał całą noc” i walca „Dziecko miłości”. W Europie trwała wojna, ale wydawało się, że nowe triumfy czekają Aurelię. W 1917 roku wybuchła rewolucja i życie sopranistki zmieniło się dramatycznie …
Śmierć za szpiegostwo
W tych złych latach Aurelia Dobrowolska kontynuowała występy w przedstawieniach Teatru Bolszoj. Widząc trudną sytuację młodych artystów, współczująca primadona starała się im pomóc w każdy możliwy sposób. Czasami nawet kromką chleba…
W tym samym czasie Dobrowolska musiała wykonywać tzw. prace publiczne. Wraz z nowo mianowaną dyrektor teatru, Eleną Malinovskaya, pracowała w Radzie Deputowanych Robotniczych.
Tancerz baletowy Asaf Messerer napisał: „Na stanowisku dyrektora Teatru Bolszoj była Elena Konstantinovna Malinovskaya, która była wcześniej komisarzem teatrów państwowych. Bez uśmiechu, surowa, powściągliwa. Na jej biurku leżało kilka telefonów. Ciągle dzwonili do niej różni ludzie, w tym Łunaczarski i jakiś inny towarzysz z Wszechrosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego. Malinovskaya mówiła do wszystkich równym, spokojnym głosem” – wspominał Messerer.
Malinowska przyznała się kiedyś Dobrowolskiej, że brała udział w tłumieniu kontrrewolucyjnej rebelii. Wówczas Aurelia ostro oświadczyła: „Twoje ręce są pokryte krwią, nie będę z tobą pracować”. I wyszła z teatru. Jednak wkrótce Malinowska przekonała aktorkę do powrotu do teatru. Nie na długo.
W Rosji Sowieckiej szalał głód, a aby uratować dzieci przed śmiercią, Aurelia z dziećmi i mężem przeniosła się do Nowoczerkaska a potem do Charkowa. W pierwszej stolicy Ukrainy Aurelia dostaje pracę w Charkowskiej Operze, a wkrótce rozwodzi się z Konstantinem Bostanzhoglo i wyjeżdża do Baku. Stamtąd do Odessy, gdzie występuje na scenie słynnej opery.
Częste przeprowadzki, rozwód, zaburzenia wpłynęły na zdrowie piosenkarki – jej głos zaczął słabnąć. Aurelia była leczona także przez słynnego okulistę Wasilija Dzirne, który oświadczył się Dobrowolskiej a w 1925 roku para wyjechała do Moskwy.
Przez jedenaście lat para żyła w harmonii i szczęściu. Z powodów zdrowotnych Aurelia opuściła scenę i zaczęła uczyć muzyki: najpierw w Szkole Muzycznej im. Rachmaninowa, a następnie w Wojskowej Wyższej Szkole Muzycznej im. Frunzego. Od czasu do czasu koncertowała. Akompaniatorem był jej mąż, bo jak się okazało Dzirne był znakomitym pianistą…, ale w 1936 roku został aresztowany i oskarżony o szpiegostwo na rzecz obcego mocarstwa.
Najwyraźniej sprawa została „uszyta” pośpiesznie, ponieważ lekarz nie został zastrzelony, ale wysłany do aresztu w Kirowie. Sam zwięźle powiedział: „Jakoś dziwnie przeprowadzili przesłuchanie, w rzeczywistości o nic nie pytali” – zwrócił uwagę.
23 maja 1941 roku Dzirne został ponownie aresztowany, oskarżony o szpiegostwo na rzecz Niemiec. Prawie rok później zmarł w więzieniu, nie przeżywszy brutalnych przesłuchań. Czarne chmury zbierały się też nad Dobrowolską.
Szef 1. Oddziału KRO NKWD obwodu kirowskiego, porucznik bezpieczeństwa państwowego Zotow, osobiście aresztował ją za „prowadzenie antyradzieckiej agitacji” i zaproponował zastosowanie kary 10 lat więzienia wobec aresztowanej kobiety. Specjalne posiedzenie NKWD ZSRR 4 listopada 1942 roku wydało wyrok – rozstrzelać. Egzekucję natychmiast wykonano.
21 lipca 1952 r. zapadł wyrok w tzw. procesie komandorów – siedmiu wysokich oficerów Marynarki Wojennej komuniści fałszywie oskarżyli o szpiegostwo i dywersję. Pięciu oskarżonych skazano na karę śmierci (wykonano trzy wyroki), pozostałych na karę dożywotniego więzienia.
Wyrok wydał płk Piotr Parzeniecki – zmarły niedawno morderca sądowy. Zmarły nieosądzony. I jak tu się nie zgodzić ze słowami prezydenta Andrzeja Dudy, że III RP nie zdała egzaminu. Oskarżał prokurator Stanisław Zarako-Zarakowski. Wyrok – metodą katyńską – wykonał starszy sierżant UB Aleksander Drej – ten jak zwykle był pijany. Jego nałóg nie przeszkadzał mu wykłócać się o nagrodę za każdą egzekucję. W końcu doczekał się – zarządzeniem nr 19 MBP za ofiarną pracę w zwalczaniu „bandytów” dostał premię w wysokości 30 tys. zł. (niemal dwuletnia średnia pensja).
„Obrońcy polskiego Wybrzeża, zamordowani w zdradziecki sposób, 65 lat czekali na ten moment; dzisiaj wreszcie możemy ich pożegnać z honorami należnymi bohaterom Rzeczypospolitej” – mówił w 2017 r. Andrzej Duda na pogrzebie straconych przez komunistycznych okupantów trzech komandorów: Stanisława Mieszkowskiego, Zbigniewa Przybyszewskiego i Jerzego Staniewicza. W Kwaterze Pamięci Cmentarza Marynarki Wojennej w Gdyni-Oksywiu prezydent RP podkreślił, że zginęli jako żołnierze niezłomni, którzy nigdy nie przestali realizować swojej służby dla Polski.
O pamięć i godne uczczenie swoich żołnierzy upomniał się przez lata wiceadmirał Józef Unrug, dowódca polskiej floty i obrony Wybrzeża z 1939 r. Wszyscy trzej – Mieszkowski, Przybyszewski i Staniewicz – po klęsce wrześniowej dostali się do niewoli niemieckiej. W 1945 r. powrócili do Ojczyzny i służby w Marynarce Wojennej.
Aż przyszedł 1950 r. Witold Mieszkowski wspomina: „20 października, jak zwykle rankiem, ojciec wyszedł z psem na spacer. Z tego spaceru po paru godzinach wrócił do domu samotnie zdyszany pies. Ojca już nigdy więcej miałem nie zobaczyć. Ani żywego, ani nawet martwego”. Aresztowany przez Informację Wojskową Stanisław Mieszkowski był torturowany w śledztwie. Po dwóch latach – tak jak pozostali – oskarżony o udział w imperialistycznym „spisku w wojsku”.
Morderca Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Wyrok na komandorze Jerzym Staniewiczu wykonał wspomniany już ubecki kat Mokotowa Aleksander Drej 12 grudnia 1952 r., a na komandorach Stanisławie Mieszkowskim i Zbigniewie Przybyszewskim – tym samym sowieckim strzałem w tył głowy – cztery dni później. Siedem miesięcy wcześniej, trzy kilometry dalej zgodnie z decyzją mordercy Bieruta zaczął powstawać pałac Stalina.
Komuniści nie poinformowali rodzin, co stało się z komandorami. Witold Mieszkowski przez lata walczył o odnalezienie szczątków ojca (dokonała tego w końcu na „Łączce” ekipa prof. Szwagrzyka), i – bezskutecznie – osądzenia żyjących morderców.
Przyznam, że jak dostałem od kolegi fotografię pierwszej strony środowego (12 lipca 2023 r. ) dziennika Rzeczpospolita z informacją, że zdjęcie szefów państw NATO ukazało się bez głowy (dosłownie) prezydenta Polski Andrzeja Dudy, myślałem, że to żart.
Sprawdziłem. Niestety, nie. W oryginale na tej fotografii, w centrum kadru są: szef NATO, prezydent Francji, nad nim prezydent Polski, a dalej w prawo prezydenci USA, Niemiec i premier Wielkiej Brytanii a wśród innych głów państw jest też prezydent Turcji…
Na zdjęciu na pierwszej stronie Rzeczpospolitej jest tylko Stoltenberg, Macron, Biden, Scholz i Sunak. Nad prezydentem Francji stoi prezydent Duda, ale, jakkolwiek to zabrzmi, bez głowy… Na pierwszej stronie polskiej gazety uzurpującej sobie prawo do bycia pierwszym prasowym medium opiniotwórczym ucina się zdjęcie, tak aby nie było twarzy prezydenta Polski na ważnym spotkaniu międzynarodowym!
Nie znam podobnego przypadku i dlatego o tym piszę. Nie zaglądam nawet do mediów innych państw reprezentowanych na szczycie w Wilnie, aby wiedzieć, że ani brytyjskie, ani francuskie, ani amerykańskie a już na pewno nie niemiecki gazety i portale nie „ucięły” głów swoich głów państw. Co więcej, nawet tam, gdzie w centrum kadru nie zmieścili się inni przywódcy, w tych krajach ich politycy mają na zdjęciach głowy. I w przeciwieństwie do redaktorów Rzeczpospolitej coś w tych głowach mają.
Rzeczpospolita dziennik jeszcze całkiem niedawno naprawdę rzetelnie opisujący naszą rzeczywistość umieścił na pierwszej stronie motto „Najbardziej opiniotwórcze medium dekady”. No cóż, dobre samopoczucie redakcji dopisuje, bo to co zrobili 12 lipca to nie tylko skandal, ale zbrodnia medialna. Niestety nie penalizowana w żadnych kodeksach, ale – mam nadzieję – zbrodnia medialna, która wywoła odpowiednią reakcję. Nie tylko wśród czytelników gazety.
Mam nadzieję, że redaktor naczelny Rzeczpospolitej Bogusław Chrabota, dzięki któremu dziennik ratował do 12 lipca może kilka promili swojej dawnej dobrej opinii, ze wstydu stał się czerwony jak leninowskie sztandary. Bo to w końcu nad rzeką Moskwą najlepiej wycinano ze zdjęć stalinowskich prominentów… To jednak było prawie sto lat temu.
Aby to jednak uczynić teraz prezydentowi kraju, w którym ukazuje się gazeta trzeba być albo głupim albo…
Rzeczpospolita bez głowy to nie jest przypadek, chyba, że zdjęcia kadrowano do druku i publikacji w Berlinie albo Amsterdamie. To nie jest przypadek, bo na drugiej stronie wydania Rzeczpospolitej z 12 lipca reklamowana jest działalność jednego z lewicowych aktywistów Sławomira Sierakowskiego, którego teksty są po prostu lewackie. To nie przypadek, bo po kilku minutach lektury, nie tylko tej z 12 lipca, nie widać większych różnic między Rzeczpospolitą a Gazetą Wyborczą.
I jeszcze mój ukochany dowcip, który daje się jeszcze, na szczęście, twórczo przerabiać:
Jaka jest różnica między Rzeczpospolitą a Platformą Obywatelską. Żadna. No, może tylko taka, że w Rzeczpospolitą można teraz rybę zapakować.
O tym, że język polski jest bardzo ważny – jako przedmiot nauczania – słyszymy ciągle i nieustannie. Jest dla nas ważny, bo ma uczyć o prawidłowościach języka, a przede wszystkim ma uczyć o tym co wspólne, czyli o naszym dziedzictwie narodowym – literaturze polskiej. Ta teza pojawiła się wraz z upadkiem Rzeczypospolitej, niedługo po trzecim rozbiorze. Wcześniej szkolnictwo nasze było marne, a większość narodu – czyli chłopi – była niepiśmienna.
Romantycznym pisarzom, głównie Mickiewiczowi, Słowackiemu i Fredrze zawdzięczamy tę wspólną pamięć. Za nimi „poszli inni” polscy pisarze XIX wieku – Sienkiewicz, Prus i Żeromski. Można i trzeba, bez egzaltacji, powiedzieć, że „polskość” stworzyli nam pisarze nasi. I czcimy ich z szacunkiem, nazywając ich nazwiskami ulice, szkoły i teatry. Tyle pozytywnych wzruszeń, bo pora już przejść do kłopotów z nauczaniem i rozumieniem literatury.
Co wieszcz miał na myśli
Rzecz w tym, że współczesna szkoła marnie naucza nas literatury. Nasza edukacja nastawiona jest bowiem jedynie na prowadzenie uczniów – a wszyscyśmy byli uczniami – drogą o nazwie „Co poeta chciał nam powiedzieć?”
Poloniści męczą się, żeby podopieczni przyswoili podstawowe przesłanki intelektualne, którymi kierowali się autorzy. Poloniści „rzucają na tło epoki” myśli autorów, wyjaśniają, porównują, wbijają do głów dziatwy i podrostków podstawowe tendencje dzieł naszych wielkich pisarzy. Wszystko to odbywa się z namaszczeniem, w duchu podniosłym i mocno patriotycznym.
Gdyby to był jedynie wstęp do nauczania literatury, byłoby dobrze. Niestety na wbijaniu uczniom do głów tej „filozofii literatury” sprawa się kończy, a sprawa najważniejsza nie zostaje nawet tknięta. Uczniowie bowiem nie dowiadują się najważniejszej rzeczy – że literatura to nie zbiór moralnych i filozoficznych przesłanek, tendencji. Literatura to także, a może głównie, forma.
Treści zaklęte w formie
Powiedzieć – kocham ojczyznę – potrafi każdy. Ale żeby – wychodząc od tej myśli – napisać „Pana Tadeusza”… O, na to trzeba wiedzy o literaturze, sprawności literackiej i talentu. Tu przypomnę, że Mickiewicz, Słowacki i Krasiński byli dobrze wykształceni. Znali teorię i historię literatury, klasyczne, oraz współczesne im dzieła literackie Europy.
Panuje w naszym ludzie głębokie przekonanie, że pisarz to ktoś kto ma jakieś wizje, coś mu tam chodzi po głowie, ma nawet przymus pisania – i nie mogąc się opędzić od tego przymusu – pisze. Ale jak też lud ma zrozumieć, jak powstaje literatura, kiedy nikt mu nawet nie wspomniał, że istnieje coś takiego jako poetyka, czyli zebrany i spisany zbiór reguł pisarskich? Nie mówię, że byłoby rozsądne wtłaczać takie informacje do głów dzieciom w podstawówce, ale młodzież licealnej?
Dzisiejszy maturzysta ma bardzo mętne pojęcie i żadnych umiejętności w czytaniu wiersza. Bo nikt mu nie powiedział, nikt go nie nauczył czym jest kanon klasycznego wiersza, jak choćby ten użyty w „Beniowskim” Juliusza Słowackiego. Nikt mu nie powiedział z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że w programie szkolnym nie przewidziano czasu na takie fanaberie. Drugi powód jest takie, że sami nauczyciele nie potrafią właściwie czytać wiersza. Wiem co mówię, bo byłem świadkiem kursów dla nauczycieli, których celem była nauka „obcowania z wierszem”. Na dwudziestu nauczycieli ledwie trzech wiedziało i potrafiło co nieco. A jak ma głuchy nauczyć śpiewu?
Co to znaczy urok wiersza i prozy
Prawdziwa przyjemność w obcowaniu z literaturą przychodzi wtedy, gdy potrafimy czytać według tego samego kodu, którym pisał autor. W istocie bowiem w dobrej, świadomej samej siebie literaturze mamy do czynienia z kodem, czyli sposobem, kanonem i techniką pisarską.
Jeżeli nie wiemy, że w najbardziej znanym tekście, a mówię tu o pierwszej księdze, o samym początku „Pana Tadeusza” mamy zawarte ścisłe reguły, że mamy czytać – a najlepiej również mówić, czytać głośno – rozumiejąc je, to tracimy piękno tego tekstu. I pozostaje nam egzegeza, że Litwa jest ojczyzną autora, którą ceni jak własne zdrowie, bo ją utracił, jako to zdrowie…
Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie
A podstawowy kod tego wiersza jest taki:
Utwór jest napisany trzynastozgłoskowcem.
Cezura przypada po pierwszych siedmiu sylabach
Wiersz ten czytamy, mówimy zestrojami akcentowymi, a nie wyrazami. Przykład zestrojów akcentowych jest taki:
Litwo! – Ojczyzno moja! – ty jesteś – jak zdrowie:
Ile cię – trzeba cenić, – ten tylko – się dowie,
Kto cię– stracił. – Dziś piękność – twą w całej – ozdobie
Widzę – i opisuję, – bo tęsknię – po tobie
Akcent w wyrazach akcentowych (traktowanych jaki jeden wyraz) przypada zawsze na przedostatnią sylabę. Tym samym każdy kolejny wers tekstu zaczyna się od mocnego akcentu, bo autor zaczyna najczęściej wers od słowa dwusylabowego. Żeby to jakoś zapisać… wyrazy z mocnym akcentem pogrubię:
Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie
Kolejną zasadą jest to, że przed cezurą mamy słabą pozycję akcentową ostatniej sylaby, a po cezurze mocną. I ta zasada – łącznie z wcześniej wymienionymi sprawia, że utwór ten staje się właściwie piosenką. Tak jak każdy dobry wiersz. Cezura nie jest po to, żeby wziąć oddech – jak od stuleci tłumaczą nam nauczyciele. Cezura jest ustanowiona po to, żeby mocno dopowiedzieć, uzupełnić, a niekiedy wręcz zmienić znaczenie tego co zostało powiedziane przed cezurą.
Gdy czytamy, najlepiej na głos, wiersz Mickiewicza musimy czytać tekst z zachowaniem reguł, stworzonych przez Mickiewicza. Inaczej nigdy nawet nie dotkniemy tego co jest siłą poezji – każdej poezji – rytmów, melodii i jej piękna.
Proza to nie zwykłe gadanie
Mój kochany bohater Moliera – Pan Jourdain – odkrywa w wieku około 50-ciu lat, że mówi prozą. Ale to nie do końca jest prawdą, bo w literaturze pisanej prozą również obowiązują kanony czytania: mamy tam frazy, mamy silne i słabe sylaby, wreszcie melodię, urok i klimat. Dlatego proza to nie jest takie tam sobie gadanie, jak na zebraniach lub nawet w Sejmie.
Zostawmy już jednak dzisiaj prozę, bo to temat trudniejszy nawet niż poezja. Ale… ktoś, kto nauczy się rozumieć wiersz, doceni też dobrą prozę. Odwrotnie nigdy.
Akademie ku czci
W każdej szkole, kilka razy do roku odbywają się występy uczniów. Niestety podniosłe treści, jakie są na akademiach prezentowane nie skłaniają nauczycieli do przygotowania uczniów do pięknego, rozumnego mówienia poezji. Liczy się jeno duch i namiętne uczucie. A to właśnie jak najmniej sprzyja sztuce.
Owszem, mają w naszych szkołach miejsca spektakle teatralne, w których występują uczniowie. I to jest chwalebne. Niestety takich szkół, w których istnieją i pracują stale szkolne teatrzyki jest o wiele za mało. A to właśnie w pracach teatralnych można nauczyć młodzież – choćby tylko jakąś część uczniów – rozumnego obcowania ze sztuką. Bo literatura jest sztuką. Treści szukajmy raczej u filozofów, przywódców narodu i niezłomnych rycerzy swych racji.
Mam przekonanie, że wzorem naszych praojców, nie bardzo cenimy sztukę. Łatwiej było przecież sprowadzić jakiegoś Włocha do zbudowania pałacu czy namalowania obrazów niż kształcić chamskie, lub dzieci mieszczan na architektów. A sam szlachcic, który zajmował się architekturą czy malarstwem nie był szanowanym człowiekiem. Szlachta i możni woleli także włoskich i francuskich śpiewaków niż własnych, tym bardziej, że ich nie było.
A potem miejsce szlachty zajął już wykształcony lud, przejmując wszystkie szlacheckie złe i dobre obyczaje, nawyki i zachowania. Łącznie z dość lekkim traktowaniem sztuki.
80-lat temu (dla mnie to też ważne), ponad 100 tysięcy Polaków – głównie chłopów – zamordowano bestialsko na Ukrainie. Większość leży nie w grobach a w dołach śmierci. To hańba! Trwa taki stan rzeczy wbrew ludziom i Bogu.
11 lipca 2023 r. w czasie porannego programu Radia Wnet Krzysztof Skowroński przeprowadził dwa wywiady – z Pawłem Kukizem i księdzem Tadeuszem Isakowiczem-Zalewskim. Padły bolesne i dramatyczne słowa. Jesteśmy całym sercem z walczącą Ukrainą, ale brak zgody na godny pochówek naszych rodaków to zbrodnia powtórna. Dalsze „pertraktacje”, „negocjacje”, „prośby” nie mają już sensu. Z ukraińskiej strony brak jest woli. Polska musi zażądać. To żaden warunek czegokolwiek, to sprawa do konsekwentnego przeprowadzenia.
Polacy ocenę UPA, ocenę Stefana Bandery mają. Teraz chodzi o sprawę ważniejszą. Właśnie tu i teraz. Ani inwazja rosyjska na Ukrainę, ani rywalizacja polityczna u sąsiadów nie mogą usprawiedliwić, że władze tego kraju odkładają sprawę od kilku już lat.
Kukiz, Zalewski mówią jednym głosem. Dość wyczekiwania. Przeprosiny, uściski, wystąpienia na najwyższych forach – to wszystko już było. Teraz nasi politycy muszą udowodnić, że są Polakami i to co polskie jest dla nich najważniejsze. Tu nie chodzi tylko o przykazania boskie. Wierzący i niewierzący muszą stanąć w jednym szeregu. Zamordowano głównie ludność chłopską, ale i to nie może decydować. Groby, cmentarze, pamięć jest równa dla wszystkich i o wszystkich.
Jeśli ci, którzy rządzą nie potrafią dziś doprowadzić do minimum – nie są nic warci. Słowa wdzięczności łykamy. Bo należą się i to głównie naszemu społeczeństwu, które w obliczu bandyckiej napaści na sąsiada zachowało się jak trzeba. Wiemy, że obywatele Ukrainy bardzo mało wiedzą o zbrodniach na Polakach. Teraz to właśnie Rosjanie brutalnie ich mordują. Dlaczego więc władze Ukrainy nie decydują się na zgodę wypełnienia obowiązku. To jeszcze niedawno wydawało się niemożliwe. Czekaliśmy cierpliwie. Ale teraz jest faktem, że to zła wola. Jaka ona będzie, gdy sytuacja Ukrainy poprawi się. Gdy liczni będą w Kijowie zabiegać o kontrakty na odbudowę kraju z wielkiej puli środków, które spłyną na ten kraj. Kto będzie pamiętał o tym co mówiono z wdzięczności wobec Polaków po 24 lutego 2023 r., gdy z rozkazu Putina czołgi wdzierały się na ukraińską ziemię?
Wywiady z Kukizem i Isakowiczem-Zalewskim są na portalu wnet.fm. Warto ich posłuchać. To ważne, no i odważne słowa. Nie są przeciwko Ukrainie. Ale alarmują.
Chodzi o ulgę z początku 2021 r. na przejazdy PKP i PKS dla krwiodawców, którzy w okresie pandemii oddali przynajmniej trzy raz osocze lub krew. Ta zniżka wynosiła 33 %. Ministerstwo Zdrowia podjęło decyzję, że stan zagrożenia epidemicznego nie obowiązuje. Tym samym formalnie od 1 lipca 2023 r.nie ma już zniżki dojazdowej dla krwiodawców. PKP Intercity utrzymało ulgę do końca 2023 roku. Który z przewoźników jeszcze się na to zdecyduje?
Skończyły się komunikacyjne przywileje dla polskich krwiodawców, którzy za lek niczym niezastąpiony czyli własną krew oraz m.in. osocze, płytki krwi nie mają prawie nic. Osiem czekolad, zwrot kosztów dojazdu do najbliższego punktu krwiodawstwa, zniżki lub darmowe wybrane leki, krótsze oczekiwanie na badania specjalistyczne i/lub wizytę u lekarza specjalisty. O odznaczeniach tu i teraz pisać nie będę, bo temat niniejszego artykułu dotyczy tej niewielkiej zniżki na przejazdy PKP i PKS. Z początku miały zniknąć wraz z dniem 1 lipca, czyli dniem zniesienia stanu zagrożenia epidemicznego w Polsce. Potem pojawiła się informacja, że PKP Intercity będzie honorowało tę zniżkę, ale tylko do września. Jednak w pewnym momencie Ministerstwo Zdrowia zaproponowało, aby ta ulga przysługiwała krwiodawcom w okresie urlopowym. Ale jeżeli ktoś oddał krew 30 czerwca i takie zaświadczenie pobrał z punktu krwiodawstwa a ono jest ważne przez sześć miesięcy od dnia wystawienia, to będzie mógł korzystać z tej ulgi do końca roku kalendarzowego. Lecz po 1 lipca punkty krwiodawstwa nie będą już mogły wystawiać takich zaświadczeń.
W odpowiedzi na interpelację posła Franciszka Sterczewskiego, jak ta zniżka wpłynęła na przychody Polskich Kolei Państwowych, Waldemar Kraska – wiceminister zdrowia – odpowiedział, że temat wpływu ulgi na przychody firm przewozowych przejęło Ministerstwo Infrastruktury, które to zwróciło się do PKP jako największego przewoźnika w Polsce.
W roku 2022 r. wartość utraconych dochodów z tytułu ulgi dla krwiodawców wyniosła 2 miliony 786 tysięcy złotych – oczywiście brutto.
Ta zniżka dla honorowych dawców najcenniejszego leku powinna pozostać; w końcu 33% to nie tak dużo a krwi nie zastąpi się niczym. I nigdy.
Komunikat ze strony internetowej PKP Intercity:
Ulga dla honorowych dawców krwi
Opublikowano: 2023-06-30, 16:54
W związku z odwołaniem stanu zagrożenia epidemicznego, informujemy, że honorowi dawcy krwi uprawnieni do ulgi 33%, mogą skorzystać z przejazdów pociągami PKP Intercity na podstawie biletów z tą ulgą maksymalnie do 30 grudnia 2023 roku włącznie, pod warunkiem posiadania ważnego zaświadczenia poświadczającego uprawnienie do tej ulgi, które zostało wydane najpóźniej w dniu 30 czerwca 2023 r. (uprawnienie przysługuje przez okres 6 miesięcy od dnia wystawienia zaświadczenia).
Zakres uprawnienia
Ulga 33% przysługuje przy przejazdach na podstawie biletów jednorazowych w klasie:
a) 1 i 2 pociągów TLK i IC,
b) 2 pociągów EIC i EIP.
Dokument poświadczający uprawnienie
Dokumentem poświadczającym uprawnienie do ulgi 33% jest zaświadczenie wydane przez:
a) regionalne centrum krwiodawstwa i krwiolecznictwa,
b) Wojskowe Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa,
c) Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa utworzone przez ministra właściwego do spraw wewnętrznych (MSWiA).
Zaświadczenie ważne jest 6 miesięcy od daty jego wydania i musi zawierać następujące elementy:
a) datę wydania,
b) imię i nazwisko dawcy krwi,
c) numer PESEL dawcy krwi,
d) informację o oddaniu 3 donacji krwi lub jej składników, w tym osocza po chorobie COVID‑19.