Do krytyków szefa MEN pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Bój to jest wasz ostatni, czyli bezowocne ujadanie

Nie ma specjalnych powodów abym kochał ministra edukacji i nauki Przemysława Czarnka, ale teraz będzie o nim nawet z pewnym podziwem. Otóż ważę, ile to pomyj wylano na katolickiego reformatora oświaty. Co robi źle, co dobrze – ocena zależy od często bezkrytycznego zapatrzenia albo od wściekłej nienawiści do wszystkiego, co polskie i patriotyczne. Zważcie ludkowie (bynajmniej nie dobrzy) sami. Ile trudu – papieru, atramentu, stukania w komputer – zajęło wam niszczenie tego faceta?

Odsądzacie Czarnka od czci i wiary na wszelkie sposoby i… I nic! Minister przypomina mi – w związku z konsekwencją działania, uporem i przyklejoną drwiną uśmiechu – izraelskiego wodza Benjamina Netanjahu. Tamtego wieloletniego premiera, rzeczywiście zanurzonego po uszy, topią usilnie, a on nadal rządzi. Pan Czarnek nie jest przywódcą państwowym, ale facetem, który ma jakiś konkretny program, obwieścił go i realizuje.

A krytykujące szefa MEN potwory liberalne najwidoczniej nie wiedzą czego chcą. Kręcą się, jak coś tam w przeręblu i parują pod wpływem ciepłych temperatur.

Po warszawskim pochodzie 4 czerwca rzeczywiście ci, którzy zjechali się licznie i za własne pieniądze do stolicy mogli mieć satysfakcję. Tu się im udało. Tak jak i wyważone wystąpienie Tuska przed Zamkiem Królewskim. I tyle. Bo jednak sondaże niewiele drgnęły. Skoku nie odnotowano. Więc Donaldowi doradzono: „Nie ma co walczyć delikatnie, wal Donek dosadnie”. I tak już w Poznaniu zrobił. Pokazał prawdziwą gębę. Wściekłego, nie przebierającego w obraźliwych słowach.

Na ministra Czarnka szambo nadal leci. Ale to chłop twardy – przynajmniej tak wygląda. Wokół ma wielu gogusi, którzy pewnikiem wkrótce się wykruszą. Pierwszy krok redukcyjny dokonano w gromadzie wicepremierów. Co prawda tłumaczenie – oczywiście słusznej decyzji – jest bardzo pokrętne i zupełnie niepotrzebne. No trudno. Najważniejsze, że nie ma już tylu wice. Wystarczy jeden. Da radę. Czarnek też. Nie chodzi o to by się do niego modlić, ale aby był konsekwentny i odważny.

To ministerstwo – ważne przecież bardzo – miało wielu tragicznych wodzów. Jeśli nawet był dobry to okazywało się, że liczyć nie umie. Jeśli była lewicowa – to zlikwidowała szkolnictwo zawodowe. Jeśli udawał patriotę i prawicowca to okazywał równie głupi jak długi.

Teraz jest rzeczywiście – nie da się ukryć – prawicowy minister oświaty. Wiele jest sposobó by hamować zbyt daleko idące zapędy. Ale w najważniejszych sprawach minister Czarnek ma rację. Rzecz nie jest nowa – taka będzie Ojczyzna, jak wychowanie młodzieży.

Dookoła jeden z drugim, jak nie cykor to histeryk (skąd my to znamy?) – cichcem nawet słuszne rzeczy wygłaszane są z mównicy w Strasburgu. A należałoby donośnie i odważnie. Tak jak to teraz zrobił kilka razy europoseł Dominik Tarczyński.

Zostało już czasu niewiele, gdy społeczeństwo powie – sprawdzam. Na piśmie. I potem na nic wszelkie gadanie. Komentowanie nie będzie miało sensu, bo i słuchania nie będzie.

 

 

Słoneczny fresk CEZAREGO KRYSZTOPY: Temida na plaży

Szło sobie plażą dwóch sędziów, potężnych, dostojnych, w czarnych strojach kąpielowych z fioletowymi dodatkami, żywo dyskutując o sprytnych politycznych przedsięwzięciach, jakie w najbliższym czasie planowało podjąć ich apolityczne środowisko.

Zajęci rozmową na apolityczne tematy polityczne, jak to tego rodzaju dostojni sędziowie, nie zwracali uwagi na zwyczajnych ludzi. I tak idąc sobie wzdłuż brzegu morza potknęli się o wypoczywającą na ręczniku w motywy doryckie, Temidę.

Ta poderwała głowę oburzona, najpierw zgromiła wzrokiem dostojnych sędziów, ale po chwili pomyślała – Zaraz, to chyba moi! – I tak chwilę mierzyli się wzrokiem. Temida uśmiechnęła się jak do starych znajomych, ale nie znalazła zrozumienia w oczach dostojnych sędziów – Nie poznajecie mnie? Jestem Temida – rzuciła nieco rozczarowana bogini sprawiedliwości i prawa.

Piękna jak Michnik

– Tia, jasne… – żachnął się jeden z dostojnych sędziów – Temida, łaskawa pani, ma wagę Romana Giertycha, miecz Marty Lempart, jest piękna jak Adam Michnik… – zaczął wyliczać zniecierpliwiony – No właśnie, ma włosy jak Rafał Gaweł, uśmiech jak Guy Verhofstadt, specjalny język jak Rafał Pankowski i bije od niej blask jak od Donalda Tuska, więc odradzamy dyskusję z wolnymi sądami, bo te czasem potrafią całkiem szybko i bezstronnie zrobić porządek z kwestionującymi ich powagę!

– Ale… – zaczęła zaskoczona Temida…

Nikt jej już jednak nie słuchał, gdyż dostojni sędziowie, których czas jest o zbyt cenny, żeby tracić go na zajmowanie się sprawami pospólstwa, z prędkością zadziwiającą jak na ich poziom dostojeństwa, oddalili się wzdłuż brzegu by kontynuować dysputę na temat zupełnie apolitycznej walki o władzę i projektu ustawy o obowiązkowym ubóstwieniu „monteskiuszowskiego trójpodziału władz”.

Tylko jeden rzucił jeszcze przez ramię: – Katolicka fundamentalistka jakaś…

WOŁODYMYR SYDORENKO: Chcą zmieniać płeć, aby nie iść na wojnę?

Duma Państwowa Rosji przyjęła w pierwszym czytaniu ustawę zakazującą przeprowadzania operacji medycznych mających na celu zmianę płci. Ministerstwo Sprawiedliwości Rosji ogłosiło również zakaz oficjalnej wymiany paszportów w związku z chirurgiczną zmianą płci.

Dyskusja nad ustawą ujawniła wagę tego problemu, a także jego ogromną złożoność. Jak wiadomo, medyczna zmiana płci nie jest zabroniona w większości krajów świata. Dlatego zakaz takiej działalności w Rosji, a także zakaz wymiany paszportów z tego powodu, oznacza zwycięstwo autorytarnego rządu Federacji Rosyjskiej.

Oficjalnie nie ma statystyk dotyczących liczby operacji zmiany płci przeprowadzanych w placówkach medycznych w Rosji. Być może deputowani do Dumy Państwowej, znają nieoficjalne statystyki, ale nie mówią głośno o liczbach i ukrywają je przed dziennikarzami. Jednak deputowani z przekonaniem twierdzą, że liczba takich operacji rośnie. Wiceprzewodniczący Dumy Vladislav Davankov na przykład na posiedzeniu Komisji Ochrony Zdrowia 14 czerwca poinformował, że rośnie też liczba wymian paszportów z powodu zmiany płci.

Tylko w ubiegłym roku liczba osób, które zmieniły płeć, podwoiła się w Rosji. Jedną z przyczyn mogła być chęć uniknięcia powołania do wojska i wysłania na wojnę do Ukrainy, poinformował deputowany do Dumy Państwowej Dmitrij Hubezow, powołując się na fakt, że „wszyscy o tym mówią”. Nie wiadomo, ilu Rosjan zmieniło płeć na oddziałach chirurgicznych – przyznał zaś wiceminister zdrowia Rosji Oleg Salagaj. Powiedział jednak, że „jeśli mówimy o liczbach, to statystyki MSW dotyczące wymiany paszportów są chyba najdokładniejsze pod tym względem. W 2022 r. 996 osób złożyło wniosek o wymianę paszportów ze względu na zmianę płci. Jeśli chodzi o korektę chirurgiczną, liczba ta jest oczywiście mniejsza.

Ustawa zakazująca zmianę płci wywołała w Dumie ożywioną dyskusję. Okazało się, że stosunek deputowanych do tego problemu nie jest jednoznaczny. Ołeksij Kurinny, zauważył, że jeśli Rosja przyjmie surowy i kategoryczny zakaz zmiany płci, „możemy mieć po tym dziesiątki, setki samobójstw”.

„Szukaliśmy takiej formy, aby z jednej strony taki zakaz został ustanowiony, a z drugiej strony nie można było zapomnieć o tych dzieciach, które mają wrodzone anomalie w kształtowaniu się poczucia płci, a które naprawdę potrzebują interwencji chirurgicznej” – stwierdził Vladislav Davankov.

Dmitrij Hubezow zauważył zaś, że chirurgiczna operacja przekształcenia chłopców w dziewczynki i odwrotnie wynika czasami z wrodzonych zaburzeń formowania się płci. W przypadku osób z wadami wrodzonymi nie uważamy tego za zmianę płci.

Zupełnie innym tematem jest sytuacja, gdy „osoba żyje w jednej płci do 14 roku życia (paszporty wydawane są w Rosji w wieku 14 lat – przyp. autora) lub do 18 roku życia, czyli do pełnoletności i nagle stwierdza, że jest nie chłopcem a dziewczynką i musi mieć operację.

Deputowani nie znaleźli jednak rozwiązania problemu, jak postępować z transseksualistami. Vladislav Davankov uważa transseksualizm za chorobę psychiczną, którą należy leczyć. Jego zdaniem stanowisko rządu w sprawie osób transpłciowych jest kwestią polityczną.

Deputowany Ołeksij Kurinny zapytał Ministerstwo Zdrowia, czy istnieje oficjalne stanowisko rosyjskich psychiatrów na temat natury tego zjawiska. Jednak nie otrzymał odpowiedzi. Zwrócił uwagę, że wielu psychiatrów nie uważa transseksualizmu za chorobę psychiczną. „Czy istnieją gwarancje, że jeśli surowo zakażemy zmiany płci, nie wzrośnie liczba samobójstw z tego powodu? – pytał Kurinny.   Zauważył też że, jeśli w Rosji „zablokujemy możliwość zmiany płci”, to taka usługa jest świadczona „dość szeroko” i za przystępną cenę zagranicą. „Co zrobić z tymi, którzy tam jadą, zmieniają płeć i tu wracają? Jak sobie radzić z tą kategorią, jak je badać, jak obchodzić się z paszportami, nie mówiąc już o wszystkich innych kwestiach medycznych?” — dopytywał Kurinny.

Przedstawiciele Ministerstwa Sprawiedliwości Rosji Oleg Bykow i Larisa Krykanova stwierdzili, że „po wprowadzeniu zakazu zmiany płci w Rosji bez wskazań medycznych transseksualiści, którzy przeszli operację za granicą, nie będą mogli wymienić paszportów w Rosja w zwykły sposób”. A jak mają być traktowani, tego nikt nie wie…

WALTER ALTERMANN: Ford, pacyfizm i NATO po francusku (2)

 W czasie okupacji krążył po Polsce taki dowcip. Rozmawiają Hitler, Stalin i Roosevelt. Hitler mówi: W tej wojnie zwycięży rasa. Na to Stalin: Zwycięży masa. A na końcu mówi Roosevelt: Zwycięży, jak zawsze, kasa.

Stało się tak jak powiedział prezydent USA. Niemcom w końcu zabrakło pieniędzy, materiałów do produkcji uzbrojenia i ropy naftowej. A ZSRR niewiele by zdziałał bez amerykańskiej pomocy, czyli bez dostaw amerykańskich samolotów, ciężarówek i czołgów. Władcy ZSRR, a potem Rosji nigdy nie ujawnili swemu narodowi jak wielka i jak znacząca była ta amerykańska pomoc w sprzęcie. A wreszcie… bez sprzedanych przed wojną jeszcze amerykańskich ciągów produkcyjnych, ciągów technologicznych do prowadzenie taśmowej produkcji uzbrojenia, ZSRR nie byłaby w stanie produkować potrzebnego jej uzbrojenia. Wolą podtrzymywać stalinowski mit, że zwyciężyła wielka miłość do mateczki Rosji.

Ten miły starszy pan Henry Ford

Kochany przez świat Ford, za to, że pierwszy wprowadził taśmową produkcję samochodów, miał też mroczną stronę swej osobowości. Był jawnie zafascynowany Hitlerem i hitleryzmem – oczywiście przed wojną. Przemysłowca i dyktatora łączyła choćby eugenika, czyli wiara, że trzeba wyhodować rasę lepszych ludzi. Ford był zafascynowany Hitlerem, jego dążeniem do swoistej „mechanizacji” życia społecznego, sprowadzenie jednostek do roli elementów dobrze działającej maszyny. Dla Forda i Hitlera liczyły się: sprawne państwo i jego „efekt produkcyjny”. Jednostki i całe społeczeństwo według Forda miały być krańcowo uprzedmiotowione.

Hitlera i Forda łączył też jawny antysemityzm. Henry Ford był autorem serii artykułów pt. „Międzynarodowy Żyd, najważniejszy problem świata”. W hitlerowskich Niemczech doczekały się aż 25-ciu wyda. I były dowodem, że nie cały Zachód jest przeciw hitlerowcom.

W czasie jednej z wizyt w Niemczech Ford wręczył Hitlerowi czek na 100 tysięcy marek, za co wódz odznaczył go Orderem Orła Niemieckiego, czyli wysokim orderem w III Rzeszy. Zaznaczmy, że ówcześnie jeden egzemplarz samochodu Ford T kosztował około 400 dolarów.

To Ford zrewolucjonizował również niemiecki przemysł samochodowy, a płynące z tego zyski dla jego koncernu były ogromne. Otworzył w Niemczech swoje fabryki, nauczył też  Niemców taśmowej produkcji samochodów, także ciężarowych dla armii. W dużej mierze Niemcy we wrześniu 1939 roku wjechali do Polski samochodami Forda.

Ford pacyfista

Gdy w 1940 roku USA postanowiły wesprzeć Wielką Brytanię dostawami samolotów i innego uzbrojenia, rząd zwrócił się do przemysłowców z propozycją rozpoczęcia produkcji militarnej. Odmówił jedynie Ford, oświadczając, że jest pacyfistą. Dopiero gdy USA same stanęły w ogniu wojny, zakłady Forda, nie mając wyjścia, zaczęły produkować uzbrojenie.

Z przystąpieniem USA do wojny, Niemcy znacjonalizowały fabryki Forda, które do tego momentu, czyli aż do 11 grudnia 1941 pracowały dla Niemiec. A niemieckie fabryki Forda czerpały z tego zyski. Po wojnie – pod koniec lat 50 tych – amerykańskie przedsiębiorstwo Ford uzyskało kolosalne odszkodowanie od rządu USA, za straty, jakie jego filialne niemieckie fabryki poniosły w wyniku alianckich bombardowań. Ojczyzna ojczyzną – zdawał się mówić Ford, ale pieniądz jest najważniejszy.

Jeżeli Ford nie był postacią dwuznaczną i mocno podejrzaną, to co trzeba by zrobić, żeby zostać osobnikiem dwuznacznym? Można powiedzieć, że wielki przedsiębiorca Henry Ford był łajdakiem. Ale ludzie wolą słuchać opowieści o jego genialnym pomyśle na produkcję automobili. Gawiedź zawsze była zafascynowana bogactwem. I dziwnie jest w tym wszystkim, że fascynacja bogactwem dotyczy również chrześcijan, którzy jakoś nie pamiętają słów Chrystusa o tym, że „… prędzej wielbłąd przejdzie przez Ucho Igielne, niż bogaty wejdzie do raju”.

Z drugiej strony, nie dziwmy się Henry’emu Fordowi skoro jego filozofia nakazująca mu stawianie zarobku przed patriotyzmem i dzisiaj kwitnie w najlepsze.

Wojenne biznesy dzisiaj

Najgrubszą współczesną aferą, dotyczącą dozbrajania przeciwnika, jest sprawa francuskich Mistrali. Historia jest iście kryminalna, więc wymaga dokładnego wyjaśnienia.

Otóż, w 2010 roku Rosja złożyła we Francji zamówienie na cztery okręty typu Mistral – dwie pierwsze jednostki miały zostać zbudowane we Francji, natomiast kolejne dwie w stoczni w Petersburgu. Tym samym nie był to kontrakt jedynie na dostawę dwóch statków, bo Francja miała równocześnie udostępnić Rosjanom swoją technologię, przy okazji budowy dwóch statków, już w Rosji.

Ostatecznie zamówienie ograniczono do dwóch jednostek, a plany budowy okrętów w rosyjskiej stoczni zarzucono. Niemniej pomysł na daleko idącą współpracę jednego z założycieli NATO z Rosją był.

W 2011 roku została zawarta umowa o wartości 1,6 mld dolarów. I była to największa w historii sprzedaż broni przez państwo NATO do Rosji. Sprzedaż Mistrali wywołała protesty ze strony Gruzji, państw nadbałtyckich, USA i innych państw członkowskich NATO. W listopadzie 2012 rosyjska marynarka wojenna ogłosiła, że okręty trafią do Floty Oceanu Spokojnego. Wodowanie „Władywostoku” nastąpiło 15 października 2013 roku.

W związku z sytuacją we wschodniej części Ukrainy, Stany Zjednoczone i Unia Europejska naciskały na Francję, aby ta zerwała kontrakt. Francuski rząd początkowo ogłosił możliwość wstrzymania dostawy drugiego z okrętów, ostatecznie jednak, w przeddzień szczytu NATO w Walii, dostarczenie pierwszego okrętu również zostało zawieszone. Ale niezależnie od tej decyzji rosyjscy marynarze rozpoczęli ćwiczenia z okrętem na morzu.

Strona rosyjska otrzymała zaproszenie na 14 listopada 2014 na odbiór pierwszego okrętu , „Władywostok”, ale zostało ono później anulowane. Dyrektor DCNA, czyli głównej francuskiej stoczni wojennej, zwolnił dyrektora projektu Yves Destefanisa – jako osobę odpowiedzialną za przekazanie zaproszenia Rosjanom. Ofiara była, winny niby był, ale przecież to nie ten biedak Destefanis wymyślił i nadzorował kontrakt.

Drugi okręt dla Rosji „Sewastopol” został zwodowany w nocy z 20 na 21 listopada 2014 roku. 5 sierpnia 2015 ujawniono, że Francja i Rosja porozumiały co do zerwania kontraktu i rekompensaty. Paryż zwróci ponad miliard euro zaliczki i kosztów szkolenia załogi oraz rosyjską broń. W zamian Rosjanie zrzekli się prawa własności do okrętów. Komisja finansowa francuskiego senatu oszacowała, że sprzedaż okrętów do Egiptu zamiast do Rosji przyniesie straty w wysokości 200 do 250 mln euro. Tym samy Francuzi uznali się za ciężko poszkodowanych – chyba przez NATO.

Francuski szyk i elegancja

Ostatecznie oba okręty desantowe klasy Mistral, które zbudowano dla Rosji ostatecznie trafiły do Egiptu. Francja sprzedała je Kairowi za 950 mln euro – ujawniła AFP,  powołując się na źródło w otoczenia ministra obrony Jean-Yvesa Le Driana. O tym, że Mistrale znalazły innego nabywcę, poinformował wcześniej w środę Pałac Elizejski. Z kolei kilka godzin później francuski prezydent Francois Hollande, który przybył do Brukseli na szczyt UE w sprawie kryzysu migracyjnego, chwalił się, że Francja nie straciła na sprzedaży okrętów. Według źródła na które powołuje się AFP Egipt zapłacił za dwa desantowce 950 milionów euro.

Wycofaliśmy się z kontraktu z Rosją na dobrych warunkach, z poszanowaniem Rosji i bez kar umownych dla Francji. Z kolei we wtorek porozumiałem się w sprawie ceny i warunków sprzedaży z prezydentem Egiptu Abd el-Fatahem es-Sisim – podkreślił Hollande w przemówieniu.

Francja jest członkiem NATO, które sama nazywa te organizację OTAN, bo Francuzi walczą o prymat swego języka w świecie, jakby nadal byli mocarstwem kolonialnym, a Indochiny należały do nich. Wszyscy mają NATO, tylko Francuzi OTAN, co po francusku znaczy tak: Organisation du traité de l’Atlantique Nord. Śmieszne? Nie do końca, bo Francuzi niby są w NATO, ale jakby byli inaczej. Co zresztą potwierdza skandal z Mistralami.

Należy jednak przyjąć, że Francja doskonale wie, że jedynym przeciwnikiem NATO była i jest Rosja. To co spowodowało francuską chęć dozbrajania przeciwnika, a może nawet wroga? Myślę, że mieliśmy i ciągle mamy do czynienia z najstarszą i najbardziej powszechną ludzka cechą – z chęcią niegodziwego zarobku.

Myślę jednak, że może nie do końca jest z nami tak źle, bo jeżeli mamy takich sojuszników jak Francja, to jakich mamy przeciwników? Może są równie tępi?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kolejne pytanie STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO: Kto sprzedał Polskę?

Kto służył ruskim? Wkrótce będziemy wiedzieli. Komisja ds. zdrajców jest potrzebna. Będzie powołana, ale to mało. Równie ważna będzie komisja, która wskaże złodziei. Łatwo dostępne kwity są! Trzeba poszukać i ujawnić.

Sprzedaż każdego ze 170 statków Polskich Lini Oceanicznych jest udokumentowana. Po prostu są podpisy „sprzedawców”. Robili to ludzie zdradzieckich rządów. I mają się – jak dotąd – dobrze. Czekamy na listy urzędników wyższego i niższego stopnia. Jedni kazali drudzy wykonali. Statki szły pod obce bandery i na żyletki. A forsa za nie parowała. Rosły za to szybko domki od niedużych po pałace. W tych domkach siedzą sobie teraz beneficjenci. Do banków w rajach podatkowych, gdzie trzymają kasę, jeżdżą wypasionymi automobilami spalającymi 20 litrów na sto kilometrów. Ale to nic. Piramida szmalu ze sprzedaży krajowego przemysłu, hut i stoczni jest duża.

Ludzie wy na to spokojnie patrzycie tak jak 700 tysięcy frankowiczów, których pod okiem opiekuńczego państwa obrabowywano by nadal bezkarnie gdyby wcale nie krajowe, ale zagraniczne sądy

Na złodzieju czapka gore. Dlatego tak wielu i tak bardzo boi się komisji zdradziecko-radzieckiej. Tak samo będą się bać złodzieje. Są organizacje, które zatajają rozliczenia, działa to na zasadzie hulaj dusza piekła nie ma. Nazywają to tajemnicą gospodarczą, handlową. Wszystko jest ściśle tajne. Nawet wydatki na papier toaletowy.

Dobiliśmy się wprawdzie, że zarobki, majątki najważniejszych osób w państwie są jawne. Niestety geszefty z lat minionych pozostały tajemnicą. Od czasu do czasu rejestry finansowe i inne archiwa płoną, ludzie umierają i jeszcze pojawia przedawnienie.

Byli właściciele dóbr konsekwentnie, krok po kroku, odzyskują w Polsce ziemię, majątki, domy. Idzie to jak po grudzie. Często w tragicznych okolicznościach, ale idzie. Niestety społeczeństwo jako całość nie odzyskuje tego co budowano przez lata, co wzniesiono od podstaw – jak choćby przemysł motoryzacyjny czy maszynowy. Dramat 3 tysięcznej załogi słupskiej Scani, który się właśnie zaczyna jest tego dobrym przykładem. Obcy Polsce właściciel zamyka fabrykę autobusów, no i już! Słabe polskie związki zawodowe obiecują negocjacje, „walkę” (to wyświechtane słowo). Władza obiecuje również. Zobaczymy.

LOT, PKP, Poczta – póki co ocalały, ale pośrednicy i lobbyści ciągle krążą, choć już nie tak jak było. Ale te pasożyty niczym się nie różnią od mafijnych przestępców. Przecież wiadomo, kto to robi. Kto żyje z układów, umiejętności wciskania się w szpary niezagipsowane, z przekupstwa i korupcji. Widzimy czasem obrazki łapownictwa tak bezczelnego, że aż nie do wiary. A potem cyrk w sądzie gdzie „niezwykła kasta” wychodzi ze skóry by uniewinnić pasożyta.

Po latach walki środowiska dziennikarskiego łaskawie mówi się o likwidacji kuriozalnego paragrafu 212: więzienie za słowo. Mówi się. Przepis uchwalono go bezdyskusyjnie i błyskawicznie. Teraz zapewnienie jego likwidacji może okazać się wyborczą kiełbasą. Do października.

„Wyborczą” mamy od ’89 roku. Gazetę opozycyjną. I przydatną, gdy postępuje uczciwie. Niestety teraz już prawie tego nie robi. Zresztą „wyborcza”, czy „wybiórcza” to nie największe zmartwienie. Internet jest jej i innych gazet największym konkurentem, ale i środkiem działania. Niestety brak obowiązku podpisywania się pod wpisami to raj wściekłych, chamskich i nieuchwytnych łobuzów. Gdyby musieli złożyć autograf mniej byłoby brudu i nienawiści. Proste? Proste! A decydenci wszelacy nie chcą tego zrobić. Piszą więc lawinowo kretyni, a czytają głupcy. Zaabsorbowani hejtową twórczością, innej nie znają. Widać, słychać to w czasie telewizyjnych (licznych) zgadywanek, gdy brak wiedzy o literaturze kompromituje co rusz konkursowicza. I często chodzi o proste pytanie – Mickiewicz, Słowacki.

To już tak jest, że brak wiedzy jest odwrotnie proporcjonalny do rozwoju sprytu. Przy czym spryt cwaniaka najbardziej zadziwia. Ileż to wysiłku musi zrobić taki osobnik by oszukać i okantować. Najłatwiej zrobić to państwu, społeczeństwu. Poniekąd samemu sobie. Ale kto by się przejmował? „Bo nie ważne czyje co je, ważne to co jest moje”. Moje? Twoje? Nasze! Gdy nauka idzie w las, w konsekwencji tenże las może być sprzedany. Na szczęście rozmnożyły się wilki w naszym kraju, przynajmniej złodziei pogonią z kniei.

 

 

WALTER ALTERMANN: O wojnach – prologomena (1)

Najpierw co do tytułu… Napisałem, że ten pierwszy odcinek to prologomena, czyli wstępne rozważania wprowadzające do zagadnienia, w tym przypadku wojny. Mogłem te „prologomena” od razu przetłumaczyć, ale skoro dzisiaj każdy kto liznął choć trochę angielskiego pisze po angielsko-polsku, to chyba i mnie wolno posłużyć się klasyką łacińską.

 A teraz przystąpmyż – jak mawiał pan Jourdain – do ogólnych rozważań o naturze, przyczynach i skutkach wojen, zanim przystąpimy do próby zrozumienia dzisiejszych wojen, szczególnie tej toczącej się teraz na Ukrainie.

     Dowód dzikości ludzkiej natury

Wojny są najpoważniejszymi działaniami człowieka od kiedy pojawił się na planecie Ziemia. Ściślej biorąc – człowiek zabija swych przeciwników, dążąc do zyskania przewagi materialnej, do zdobywania nowych spłachetków ziemi, kradnąc przeciwnikowi jego bogactwa, zyskując w podbitych niewolników do darmowej pracy. A także zagarniając cudze surowce i czyniąc z podbitych, pokonanych odbiorców własnej produkcji.

Z humanistycznego punktu widzenia wojna, każda zbrodnia i wszelka przemoc są objawem wszystkiego co w nas najgorsze. Przypomnę, że pierwsza odnotowana zbrodnia to zabójstwa Abla, przez jego brata Kaina. Dlatego też określenie ludzkości jako „Kainowe plemię” jest rzetelnym opisem rzeczywistości, którą tworzymy od zawsze. Dlaczego jesteśmy mordercami? Bo to łatwe. Wystarczy mieć w ręku pałę lub więcej rakiet, czołgów czy broni jądrowej.

Czy istnieje wychowanie pacyfistyczne? Nie ma. Jest wręcz przeciwnie. Historia, której uczyli nas i uczą nasze dzieci w szkołach jest głównie historią przemocy, czyli wojen. I co zadziwiające, każdy naród – wedle własnych podręczników do historii – zawsze jedynie się bronił. Zadziwiające jest też, że wszystkie państwa – poza Rumunią mają ministerstwa obrony. A tylko Rumuni mają ministerstwo wojny.

Niestety dzisiejsi pacyfiści, którzy opowiadają się przeciw jakimkolwiek działaniom zbrojnym, nawet w obronie własnej, są dziecinnie naiwni. Póki istnieje broń, póki istnieje ludzkość – przemoc i wojny będą istnieć. Czy ludzkość jest w stanie ograniczyć zasoby broni, a głównie broni jądrowej? Nie wierzę, bo gen dominacji i przemocy jest wpisany w nasze DNA.

Ideologizacja wojny

Wiek XX i XXI są najokrutniejszymi stuleciami – choć XXI dopiero się zaczął. Ludzkość – niestety – doszła do największych możliwości technicznych w dziedzinie uzbrojenia, czyli narzędzi do zabijania. I wykorzystuje je bezwzględnie.

Pod jakimi hasłami, w imię jakich idei wybuchają w ostatnim stuleciu wojny? Pod takimi co zawsze. Tutaj nic się nie zmieniło od tysiącleci. Agresorzy powołują się na archetypiczne przesłania, takie jak: musimy odebrać przeciwnikom nasze ziemie, musimy na nich napaść, bo jeżeli nie napadniemy, to niedługo oni napadną na nas.

Pojawiają się też hasła ideologiczne, nieco jedynie zmodyfikowane od czasów wojen religijnych, ale mające ten sam mroczny, mistyczny charakter, co obrona lub szerzenie wiary w średniowieczu. Dzisiaj najmodniejszym – z mistycznych – zawołań bojowych jest szerzenie demokracji. Ten program wypisali sobie na sztandarach ludzie Zachodu, czego skutkiem były wojny Zachodu w Indochinach, Iraku i Afganistanie.

Dla równowagi – symetrycznie lub symetrystycznie, jak głoszą wielbiciele nowych słówek – mamy islamskie grupy, a nawet państwa podnoszące zielony sztandar Proroka, w imię szerzenia swej wiary, którą chcą rzekomo zniszczyć ludzie bezbożnej Europy i USA. Owszem, Zachód się ateizuje, ale przecież nie „nawraca” muzułmanów na ateizm.

Chodzi zawsze o to samo – o podporządkowanie sobie innych krain, innych plemion, innych narodów. I nie dla jakiejkolwiek idei, jeżeli przyjmiemy, że robienie interesów, pomnażanie własnego majątku kosztem innych nie jest ideą. Choć podejrzewam, że dla większości państw dzisiejszego świata biznes jest bóstwem naczelnym. Biznes jest Baalem współczesności, największą religią, która wprowadza narody w mistyczną ekstazę. Biznes to w efekcie bogacenie się, najczęściej kosztem innych. A z kim można robić lepsze interesy niż z przeciwnikiem którego się właśnie obiło, pobiło i podbiło? Wtedy bogactwa naturalne podbitego stają się naszymi bogactwami a społeczeństwo pokonanych musi nas słuchać, gdy chodzi o politykę światową. A dodatkowo narody podbitych państw muszą kupować produkowane przez nas badziewie, a nawet naszą broń.

Zalążki II wojny światowej

I wojnę światową zakończył traktat pokojowy, podpisany w Wersalu 28 czerwca 1919 roku. Stronami były Niemcy oraz mocarstwa Entanty, państwa sprzymierzone i stowarzyszone. Dokumenty ratyfikacji złożono 10 stycznia 1920 r. w Paryżu i z tą datą wszedł w życie. W Wersalu ustalono wiele granic międzypaństwowych, dając możliwość powstania, bądź odrodzenia wielu państwom w Europie. Radość zapanowała powszechna, bo Europejczycy mieli już dość mordowania się, dość cierpień i nędzy. Jednakże w Wersalu właściwie osiągnięto nie pokój, a jedyni czasowe zawieszenie broni.

Pamiętajmy, że największym skutkiem I wojny światowej był upadek trzech cesarstw, które od kongresu wiedeńskiego niepodzielnie rządziły Europą. Austria, a potem Austro-Węgry rozsypały się cicho i bez awantur. Ale też rdzenni Austriacy stanowili nie więcej niż 16 procent ogółu ludności cesarstwa.

Cesarstwo Niemieckie, w którym na 51 mln ludności ponad 3 mln stanowili Polacy, przeistoczyło się w Republikę Weimarską w 1919 roku. Tu trzeba zauważyć, dla zrozumienia przyczyn II wojny światowej, że Niemcy nigdy nie pogodzili się z utratą części Pomorza, Wielkopolski, Warmii i Śląska. Oni przyzwyczaili się, że Poznań, Toruń i wiele innych miast są niemieckie. I bardzo grubą nieprawdą jest twierdzenie, że niemiecki nacjonalizm narodził się dopiero z powstaniem ruchu Hitlera. Niemiecki nacjonalizm i rewizjonizm istniały od końca I wojny światowej. A Hitlerowi udało się jedynie ten „stan niemieckiego ducha” zorganizować.

Z upadkiem Cesarstwa Rosyjskiego był największy kłopot, bo objawiło się ono w nowej postaci, skrajnie rewolucyjnej i niezwykle agresywnej. „Płomień światowej rewolucji” nie był pustym hasłem. Rosyjscy komuniści naprawdę chcieli rozniecić ogień komunizmu w całym  świecie, a na początek w Europie. I tego nowego bytu, który zaprzeczał istocie kapitalizmu świat Zachodu bał się najbardziej. Tym bardziej, że komunistyczna Rosja nie chciała o nowym światowym ładzie rozmawiać, niczego nie chciała negocjować.

Można zatem powiedzieć, że świat po skończeniu I wojny światowej stał się jeszcze bardziej niepewny niż w czasie jej trwania. Ale dla osób rozumnych było jasne, że w niedługim czasie I wojna będzie kontynuowana, bo tak naprawdę nikogo stan powojenny nie urządzał.

Pisząc „nikogo” mam na myśli wielkich graczy Europy i świata, bo małe i średniej wielkości narody były zadowolone, tak jak Polacy, którzy po 123 latach odzyskali niepodległość, jak mieszkańcy Czechosłowacji, Estończycy i Łotysze którzy po raz pierwszy mieli własne państwa. I jak wiele małych narodów Bałkanów.

I jeszcze jedna uwaga – niezadowoleni poza Rosjanami, Niemcami i Austriakami byli też Węgrzy, którzy do dzisiaj nie pojęli, że tworząc Austro-Węgry stali się imperialistami wobec wielu innych nacji.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Hubal” – pierwszy Wyklęty

22 czerwca 1897 r. w Jaśle urodził się Henryk Dobrzański, żołnierz Legionów Polskich, major WP, kawalerzysta, olimpijczyk. We wrześniu 1939 r. zastępca dowódcy rezerwowego 110. pułku ułanów Brygady Kawalerii „Wołkowysk”. Po kapitulacji Warszawy przedostał się na Kielecczyznę, przyjmując pseudonim „Hubal” utworzył Oddział Wydzielony Wojska Polskiego prowadzący walkę z Niemcami.

Swoim żołnierzom powtarzał: „Munduru nie zdejmę, nie było takiego rozkazu”. Mjr Henryk Dobrzański „Hubal” zginął w mundurze. Z bronią w ręku, 30 kwietnia 1940 r. pod Anielinem. Niemcy zmasakrowali ciało majora, wystawili je na widok publiczny, a następnie wywieźli i gdzieś ukryli. Wiedzieli dobrze, jak ważny był dla Kielecczyzny. Tak samo z żołnierzami niepodległości postępowali Sowieci i podporządkowani im komuniści. Nie tylko mordowali, ale zrzucali do bezimiennych dołów i wymazywali z pamięci, wyklinali.

28 września 1939 r. skapitulowała Warszawa, a tego samego dnia Sowieci i Niemcy podpisali II pakt Ribbentrop-Mołotow – „o przyjaźni i granicach” domykając IV rozbiór Polski. Ale Polacy walczyli dalej. 27 września powstała Służba Zwycięstwu Polski.

Mjr Dobrzański bił się dalej, po upadku Warszawy, po kapitulacji Helu, po bitwie pod Kockiem, w końcu po ewakuacji władz cywilnych i wojskowych przez Rumunię na zachód. Oddział Wydzielony Wojska Polskiego mjr Hubala walczył do 25 czerwca 1940 r. I choć sam Dobrzański zginął dwa miesiące wcześniej, to ten ostatni polski zagończyk jest pierwowzorem Żołnierzy Wyklętych.

Ale przecież on sam był Żołnierzem Wyklętym, z tą różnicą, że wyklętym nie przez czerwonego, ale brunatnego okupanta. Wyklętym nie tylko przez sposób, w jaki został potraktowany, ale przede wszystkim ze względu na prowadzoną dalej walkę. Bo „Hubal” nie złożył broni przed Niemcami.

Powiem więcej. Mjr Henryk Dobrzański to wyklęty przez Niemców Żołnierz Niezłomny. Żołnierz, który nigdy się nie poddał, który walczył do końca, dając innym przykład wierności Rzeczpospolitej. Tak jak Żołnierzem Niezłomnym, ale wyklętym przez drugiego okupanta Polski, był mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”.

Zresztą walka z Sowietami „Hubalowi” też nie była obca. W ramach pułku dowodzonego przez ppłk Jerzego Dąmbrowskiego „Łupaszkę” (nazywanego czasem pierwszym „Łupaszką”) potykał się na przemian z Wehrmachtem i Armią Czerwoną. Ten fragment życiorysu „Hubala” PRL-owska propaganda wymazała, wyklęła.

Walczący z Sowietami po 1944 r. Żołnierze Niezłomni liczyli na pomoc aliantów, na wybuch III wojny światowej. Walczący z Niemcami Niezłomny major Dobrzański wierzył, że wiosną 1940 r. alianci, szczególnie Francuzi, podejmą walkę z Niemcami. Chciał swoimi działaniami dywersyjnymi wspierać ich na tyłach wroga. Nie udało się, zginął w walce, ale swoją postawą zasłużył na naszą pamięć.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Co dalej z Mostem Krymskim?

Kiedy Krym znajdzie się pod jurysdykcją Ukrainy, Kijów zamierza rozebrać zbudowany przez Rosję most nad Cieśniną Kerczeńską i wrócić do idei budowy w tym miejscu przeprawy, która byłaby elementem wspólnego europejsko-azjatyckiego korytarza transportowego.

Kancelaria Prezydenta Ukrainy opublikowała dokument zatytułowany „10 kroków Ukrainy po deokupacji Krymu”. W paragrafie 7 czytamy: „Ukraina zapewnia ocenę stanu infrastruktury, inwentaryzację mienia państwowego i komunalnego, ustalenie wyrządzonych szkód oraz określenie przyszłego losu budynków wzniesionych przez mieszkańców Federacji Rosyjskiej lub władze okupacyjne. >Krymski< most zostanie rozebrany”. Tak więc los tego skandalicznego projektu jest przesądzony: jeśli most nawet nie zostanie wysadzony w powietrze podczas walk o Krym, to będzie rozebrany po powrocie Krymu pod jurysdykcję Ukrainy. Dlaczego?

Faktem jest, że Rosja zbudowała Most Krymski w pośpiechu po to, aby zwiększyć transfer sprzętu wojskowego, broni i personelu na Krym. Ze swoim prymitywnym podejściem do tak ważnego obiektu, Rosja po prostu zepsuła ideę tej budowli, która mogłaby mieć znaczenie światowe. Dlatego Ukraina planuje nie tylko rozebrać rosyjską konstrukcję, ale także po pewnym czasie zbudować na jej miejscu obiekt godny XXI wieku przy użyciu światowych technologii.

Pomysł przeprawy w tym miejscu ma już trzy wieki historii. Pomysł budowy mostu przez Cieśninę Kerczeńską zaproponował pod koniec XIX wieku Władimir Mendelejew, syn słynnego chemika, autora układu okresowego pierwiastków Dmitrija Mendelejewa. Niewiele o nim wiadomo, bo chorował i wcześnie zmarł, ale Dmitrij Mendelejew pisał, że jego syn był bardziej utalentowanym naukowcem niż on sam. Władimir dokładnie przestudiował problemy regionu azowsko-czarnomorskiego. W swoich czasach był największym specjalistą od tej tematyki. Uważał, że w XIX wieku Morze Azowskie dostarczało trzy czwarte cennych ryb pozyskiwanych przez Rosję. Jednak częste napływy bardziej słonej wody z Morza Czarnego do Morza Azowskiego doprowadziły do ​​śmierci narybku jesiotra i innych gatunków. Aby chronić populację cennych ryb w Azowie, Władimir Mendelejew opracował projekt zapory przez Cieśninę Kerczeńską, która mogłaby regulować dopływ słonej wody do Morza Azowskiego, ale także zapewniać przepływ statków do tego akwenu z Morza Czarnego. Jednak car Imperium Rosyjskiego nie pochwalał tego projektu, ponieważ wydawał mu się on zbyt skomplikowany i kosztowny.

Wrócili do niego Niemcy podczas II wojny światowej w 1943 roku. Wojska niemieckie musiały przetransportować dużo broni z Krymu na okupowany Kaukaz, dlatego zbudowały prom linowy przez Cieśninę Kerczeńską. Jednak użyteczność przeprawy na linach do transportu broni była niewystarczająca, więc minister przemysłu III Rzeszy Albert Speer zasugerował Hitlerowi budowę mostu zamiast przeprawy linowej. Opracowano projekt, wyprodukowano główne części, na początku 1944 r. zaczęto je przywozić na brzeg Cieśniny Kerczeńskiej i składować w magazynach. Wywiad sowiecki domyślił się, że Niemcy chcą zbudować most, więc Stalin nakazał nie bombardować Cieśniny Kerczeńskiej i niemieckich magazynów na jej brzegach.

Wiosną 1944 r. rozpoczęła się szybka ofensywa wojsk radzieckich. W kwietniu 1944 r. udało im się zdobyć Cieśninę Kerczeńską i wschodni Krym. Teraz Stalin poczuł potrzebę zbudowania mostu przez Cieśninę Kerczeńską, aby szybko przetransportować broń i wojska z Kaukazu na front krymski. I kazał wykorzystać zdobyte przez Armię Czerwoną niemieckie części mostu i zbudować z nich przeprawę przez cieśninę. Prace rozpoczęto w przyspieszonym tempie. A ponieważ w kwietniu 1944 r. przyszedł z Moskwy rozkaz budowy mostu do 7 listopada 1944 r., czyli do 27. rocznicy rewolucji, roboty prowadzono naprawdę w błyskawicznym tempie. Na obu brzegach cieśniny zebrały się dwie ekipy robotników budowlanych, w skład których weszli skazani z rosyjskich więzień oraz ochotnicy. Zastąpili brakujące części mostu częściami tymczasowymi, pracowali przez całą dobę, nie zważano nawet na życie robotników. Do dziś, po obu stronach cieśniny, starzy ludzie pokazują cmentarze, na których pochowano budowniczych mostu.

W styczniu 1945 r. przez most przejeżdżał już pociąg na Krym, w którym była delegacja moskiewska na konferencję jałtańską. Churchill i Roosevelt, jak wiadomo, przylecieli na Krym samolotami ale jak dostał się tam Stalin wciąż pozostaje zagadką. Ponieważ bał się latać samolotami, jedna z wersji zakłada, że ​do Jałty dotarł pociągiem jadącym właśnie przez most nad Cieśniną Kerczeńską.

Przeprawa nie przetrwała jednak długo. Zima 1944 – 45 okazała się bardzo mroźna i Morze Azowskie prawie całkowicie zamarzło. W połowie lutego 1945 r. nastąpiła jednak nagła odwilż, na Krymie zrobiło się gorąco. Lód na Morzu Azowskim rozpadł się na ogromne kawałki, które płynęły przez Cieśninę Kerczeńską do Morza Czarnego i napierały na most. Na nic się zdały wysiłki wojska, które bombardując z samolotów i strzelając z armat, starało się rozbijać lodowe tafle na mniejsze kry. Ogromne bryły lodu niesione silnym strumieniem uszkodziły przeprawę, kilka filarów zostało przewróconych, most nie mógł już pełnić swoich funkcji. Po wojnie stał jeszcze przez jakiś czas, a potem został rozebrany, aby nie przeszkadzał w żegludze.

Władze sowieckie wracały do pomysłu budowy mostu jeszcze kilka razy. Opracowano projekty. W latach 70. jeden z nich został rozpatrzony przez Biuro Polityczne KC KPZR, jego budżet wynosił 400 milionów rubli radzieckich. Niestety, w tym samym czasie powstał projekt budowy tamy chroniącej Leningrad przed powodzią, również oszacowano na 400 milionów. Nawet ZSRR nie mógł sobie pozwolić na dwie takie budowle za 400 milionów jednocześnie. A członkiem Biura Politycznego w tym czasie był I sekretarz partii w Leningradzie Grigorij Romanow, który oczywiście lobbował za budową tamy, a nie mostu. Projekt krymski został wiec praktycznie na zawsze wysłany do archiwów.

Po rozpadzie ZSRR Rosja marzyła o zajęciu Krymu, więc most by się przydał. Dlatego w latach 1991 – 2010 projekt przeprawy został reaktywowany i szeroko dyskutowany. W 2010 roku Moskwa i Kijów podpisały porozumienie w sprawie rozwoju projektu i budowy mostu.

Jednak już wówczas specjaliści nalegali, aby taki most spełniał standardy XXI wieku. Z uwagi na fakt, że w Europie istnieje znaczący korytarz transportowy z północy na południe, zaproponowali przedyskutowanie projektu mostu, który byłby częścią korytarza z Londynu przez Europę do Delhi, Pekinu, Bombaju i ogólnie do południowej Azja. Faktem jest, że w czasach kolonialnych Anglia zbudowała telegraf Londyn – Delhi, który przebiegał najkrótszą trasą, to znaczy przez Krym, Cieśninę Kerczeńską, na Kaukaz i Azję Południową. I rzeczywiście – jeśli spojrzymy na kulę ziemską, to dokładnie tak będzie przebiegać najkrótsza droga z Anglii i ogólnie Europy Północnej do Azji Południowej. Nawiasem mówiąc, pozostałości tej dawnej linii słynnego telegrafu są nadal zachowane na Półwyspie Kerczeńskim.

Ideą zaproponowaną przez specjalistów było stworzenie konsorcjum, w skład którego powinno wchodzić ponad 60 krajów Europy i Azji, aby wspólnie, w oparciu o nowoczesne światowe technologie, rozwijać projekt mostu kerczeńskiego jako elementu składowego europejsko – azjatyckiego korytarza transportowego. Pozwoliłoby to skrócić drogę towarów i pasażerów z Europy do Azji i odwrotnie, o co najmniej 400 – 500 kilometrów.

Rozważano już dwa projekty przeprawy przez Cieśninę Kerczeńską. Jednym z nich jest tradycyjny most. Jednak planistów powstrzymał fakt, że Krym jest strefą sejsmiczną i obawiali się nadmiernych kosztów podczas budowy supermocnego mostu. W związku z tym powstał kolejny projekt – podziemnego tunelu podobnego do tego pod kanałem La Manche. Został on opracowany i poddany dyskusji.

Nadszedł jednak rok 2014 i Rosja anektowała Krym. Kontrakt na budowę mostu z 2010 roku został wypowiedziany zarówno przez Ukrainę, jak i Rosję. Jednak Moskwa poszła własną drogą. W przyspieszonym tempie, wbrew przepisom, prawu morskiemu i zdrowemu rozsądkowi, przystąpiła do budowy mostu.

Powstała prymitywna konstrukcja. Po pierwsze, nie została zbudowana tam, gdzie projektowano pierwszy most. W tamtym miejscu szerokość cieśniny wynosi tylko 4 kilometry, a tutaj, gdzie stoi obecny most, aż 19 kilometrów. Co więcej, konstrukcja nie jest klasycznym mostem na filarach,  po rosyjskiej stronie 14 – 15 kilometrów torów ułożono po prostu na ziemnej zaporze, która faktycznie zablokowała całą cieśninę, stała się przeszkodą dla gniazdowania ptaków i tarła ryb. Dopiero później, przed krymskim wybrzeżem, tory zaczynają biec po klasycznym moście na filarach, ale jego długość nie przekracza 4-5 kilometrów. Ponadto wysokość podpór jest dobrana w taki sposób, aby pod mostem nie mogły przepływać duże statki, a tym samym przeprawa oddziela Morze Azowskie od Morza Czarnego, ruch między tymi akwenami możliwy jest tylko dla jednostek o małym tonażu. Dlatego stwierdzenie Rosji, że 19-kilometrowy most Kerczeński jest najdłuższym w Europie, nie jest prawdziwe, ponieważ jego długość faktycznie wynosi mniej niż 5 kilometrów.

Podczas budowy Rosja kierowała się wyłącznie potrzebami wojskowymi i za nic miała międzynarodowe standardy. Taki most nie może zaspokoić światowych potrzeb transportowych w regionie azowsko-czarnomorskim. Dlatego Ukraina zamierza go rozebrać, a winni łamania norm prawa morskiego podczas jego budowy powinni zostać pociągnięci do odpowiedzialności.

A kiedy Krym znajdzie się już pod jurysdykcją Ukrainy, Kijów zamierza wrócić do idei budowy mostu kerczeńskiego jako elementu wspólnego europejsko-azjatyckiego korytarza transportowego i ponownie poddać pod dyskusję dwa projekty – przeprawę w tunelu oraz pomysł stworzenia międzynarodowego konsorcjum do jego budowy. A światowa opinia publiczna sama zdecyduje, który z projektów i według jakich technologii zbudować.

 

O osobliwej estetyce telewizyjnej pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: W starym pudle – stare pudła

Nie oglądam codziennie TVN. Choć przyznam, że niestety nawet w rodzinie mam zwolenników tegoż medium. No, ale zerknąłem licząc nie tyle na rzetelność informacji co na zobaczenie obrazów „drugiej strony medalu”. I co ja tu widzę. Mordeczki telewizyjne w TVN się postarzały! Wszystkie te najbardziej popularne. Najlepiej jeszcze trzyma się Monika O. Może dlatego, że jest nadal w zagorzałym, permanentnym ataku. Za to ją nawet bym pochwalił, gdyby nie skandaliczne przekroczenie pewnych norm – jak to było z wywiadem z niejaką „profesor”, która w polskiej, mimo wszystko, telewizji ośmieliła się plunąć nam w twarz, że Żydzi w czasie okupacji bardziej obawiali się Polaków niż Niemców. Są granice łgarstwa!

Ale wracając do „buziek”. Oczywiście wszyscy się starzejemy. Ładne robi się brzydsze. I już puder nie pomaga. Najgorzej mają ci z naturalną skłonnością do tycia. Gęby pęcznieją i zaczyna koleś wyglądać jak z biura politycznego naszej czerwonej lub „bratniej” partii. Natomiast „ladys” przeraźliwie chudną. I takie zjawisko objawiło mi się nagle w TVN.

Manipulować, a nawet po prostu łżeć i do tego jeszcze „nietelewizyjnie” wyglądać to to już jest za dużo w jednym. Oczywiście najważniejsza jest treść przekazu. Pod dysponenta robią wszyscy dziennikarze. Choć świecą własną gębą. Ci mądrzejsi powinni pamiętać, że nie wolno przesadzać w agitacji i służalczości, bo ludzie im to zapamiętają. I potem nawet bardzo zdolny koleś się stara, a tu mu ciągle wypominają, że nie zapłacił podatku, albo kpił z prawa jeżdżąc bez prawa jazdy.

A teraz co do gęby. Ona jest w telewizji wystawiona na ostrzał. Czasem dowódcy w partiach bardzo długo nie dostrzegają, że facjata np. ich rzecznika zupełnie nie nadaje się na pokaz. No bo to jest pewna gra. Wygląd ma znaczenie. Może i drugoplanowe, ale ważne.

Wracając do TVN. Tu też wrogiem jest sztampa. Siłą rzeczy nawet dobre pomysły powtarzane jak mantra – znudzą się odbiorcy. Trzeba zmieniać, tak jak pogodynki kiecki. Buźkę się przypudruje, pomaluje. Biust można osadzić na pulpicie stołu w studio. Natomiast przekroczenie dopuszczalnej granicy szczupłej a raczej chudej sylwetki to krok ku anoreksji na ekranie. Za tłusto – źle, szkieletowato – jeszcze gorzej. Więc jak?

Naturalnie. Na starość nie ma rady, ale można robić roszady personalne. Główne telewizje mają dużo odnóży. Te programy mogą być azylem dla zasłużonych. Nie wyrzucać starych, ale odpowiednio zatrudniać.

W Polsacie brutalnie potraktowano zasłużoną panią Katarzynę Dowbor. Na pewno przyjmie ją jakaś z licznych stacji. Przebojowa i korpulentna kobieta poradzi sobie. Ale co zrobią wychudzone i smutne? To już taka dola idola. Łaska pańska… Jednak gwiazdy poprzednich pokoleń trwały dłużej. Może były z twardszego materiału, albo też mimo reżimowych stosunków potrafiły skutecznie lawirować. Przejazd przez życie to taki slalom gigant. Można przejechać, ale i wypaść z trasy lub nawet łeb rozwalić. Choć kaski teraz trochę chronią.

Tak więc TVN-nie już nie chudnij, ale i nie tyj zbytnio. Popraw się decyzyjnie-programowo. Rozsądni żyją dłużej. Hejt już przy pułapie. Żurnalisto nie idź tą drogą. Bo i tak zawsze winę za porażkę na ciebie zwalą.

 

Zbrodnia bez kary – JOLANTA HAJDASZ o najnowszym filmie Mariusza Pilisa

Ten film nie wyciska łez, choć opowiada historię potwornej zbrodni dokonanej także na maleńkich, niewinnych dzieciach.  Jest poruszający i trzyma w napięciu, choć jego scenariusz tragiczne losy rodziny coraz bardziej znane w naszym kraju, których nie odmieni żaden film, ani badania historyczne. Ale to ta rodzina jest symbolem najbardziej szlachetnych ludzkich odruchów i najbardziej wzniosłych uczuć.

Na ekrany kin właśnie wchodzi film dokumentalny „Historia jednej zbrodni” jednego z najbardziej oryginalnych i wybitnych polskich dokumentalistów Mariusza Pilisa. Film można obejrzeć w około 70 kinach na terenie całego kraju i gorąco zachęcam do tego, by na stronie dystrybutora filmu firmy Rafael Film, która zajmuje się rozpowszechnianiem i wspieraniem produkcji filmów chrześcijańskich poszukać kina w swojej okolicy i wybrać się, by go obejrzeć. Punktem wyjścia dla autora scenariusza jest zbrodnia, której w 1944 roku dokonali Niemcy, mordując z zimną krwią rodzinę Wiktorii i Józefa Ulmów zamordowanych za ratowanie żydowskich rodzin. Niemiecki żandarm wydał rozkaz zamordowania nie tylko ośmiorga ukrywanych w gospodarstwie Ulmów Żydów, nie tylko małżonków Wiktorii i Józefa, ale także ich siedmiorga dzieci, w tym jednego jeszcze nienarodzonego, pani Wiktoria była bowiem w siódmym miesiącu ciąży, pozostałe dzieci były w wieku od półtora roku do ośmiu lat. Rodziców zamordowano na ich oczach.

To fakty coraz bardziej znane w naszym kraju, ale film nie jest prostą kroniką jednego bestialskiego mordu z II wojny światowej, choć to sugerować może nawet jego tytuł: „Historia jednej zbrodni”. Film ten w prosty sposób pokazuje przede wszystkim mechanizm wręcz globalnego fałszowania historii Holokaustu i obnaża bezkarność Niemców odpowiedzialnych za te zbrodnie. Wnioski, do których prowadzi nas swoim filmem reżyser są jednoznaczne – razem z nim odkrywamy, iż sprawcy tej okrutnej zbrodni nie ponieśli za nią kary, a żandarm, który wydał wyrok na rodzinę Ulmów i ukrywanych przez nich Żydów przez lata cieszył się szacunkiem i uznaniem w Niemczech. Pytanie, na które trzeba sobie teraz odpowiedzieć brzmi – jak możemy to zmienić, jak sprawić, by prawda o zbrodniach II wojny światowej nie ulegała zapomnieniu, ani fałszowaniu i manipulacji. A to przecież jak widzimy w tym filmie jest to naprawdę realne i dzieje się na naszych oczach, niejako tuż obok codziennych wydarzeń politycznych czy gospodarczych.

Film powstawał przez 10 lat – to naprawdę podziwu godna konsekwencja i cierpliwość twórcy, który czeka na odpowiedni moment, by opowiadana przez niego historia miała właśnie tę swoją wewnętrzną dramaturgię, bo ona pozwoli widzom niejako mimowolnie odkryć prawdę, której nie znają.  Film ukazuje historie niemieckich żandarmów, którzy dokonali tej zbrodni. Poznajemy na przykład sympatyczną starszą panią, ukochaną córeczkę Niemca, który wydał rozkaz zabicia całej rodziny. Ona mimo sędziwych lat nie ma pojęcia kim był jej ojciec. Nie jest zresztą w tej niewiedzy odosobniona, szokować może to, że morderca Ulmów już rok po wojnie był policjantem w jednym z niemieckich miasteczek, że pozytywnie przeszedł tzw. denazyfikację.  Był szanowany i lubiany. Fałszowanie historii ma miejsce zresztą także w Polsce – w filmie widzimy fragmenty debaty naukowej o holokauście ,w której Jan Grabowski przekonuje słuchających iż jednym ze skutków okrutnej zbrodni w Markowej było zadenuncjowanie przez Polaków wszystkich ukrywających się w tej wiosce Żydów, historyk twierdzi że było ich ponad 40 i wszyscy mieli zginąć, a to  oczywista nieprawda, było dokładnie odwrotnie , tzn. mimo tak okrutnej zbrodni, która miała zastraszyć mieszkańców wsi, Żydzi w Markowej ukrywani byli nadal, wojnę przeżyło dwudziestu jeden. Sceny dokumentalnej, gdy do wioski przyjeżdża ostatni żyjący z tych Ocalałych i spotyka się z rodziną, która go uratowała nie da się zapomnieć. I koniecznie warto sobie przypomnieć poruszające przemówienie prezydenta Andrzeja Dudy, które wygłosił na otwarciu Muzeum w Markowej. Z pewnością przeszło ono do historii.

I jeszcze jedno – przez cały film oglądamy zdjęcia rodziny Ulmów  – Józef  był bowiem pasjonatem fotografii, sam sobie zrobił swój pierwszy aparat fotograficzny, który do dzisiaj można  oglądać w Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II Wojny Światowej w Markowej. Zachowało się blisko 800 zdjęć jego autorstwa. Dzięki tym zdjęciom możemy poznać codzienne życie tej rodziny, niektóre z nich mają nawet ślady krwi, bo znaleziono je przy zamordowanych. To wszystko jest bardzo ważne – 10 września odbędzie się przecież beatyfikacja rodziny Ulmów czyli Józefa i Wiktorii oraz ich siedmiorga dzieci. Po raz pierwszy w historii beatyfikowane będzie także nienarodzone maleństwo, dziecko, którego poród rozpoczął się wtedy, gdy niemieccy zbrodniarze strzelali do jego mamy. Zachęcam więc każdego do obejrzenia tego dokumentalnego filmu jeszcze teraz na dużym ekranie w kinie.  To lekcja historii i chrześcijańskiej moralności dla każdego z nas.

Mówiąc o rodzinie Ulmów i jej tragedii warto przypominać tych, którzy pioniersko zaczynali pracę nad dokumentowaniem historii Polaków i Żydów w czasie II wojny światowej. Od ponad 20 lat prowadzi je związana z Radiem Maryja Fundacja Lux Veritatis. Z pierwszym apelem o zgłaszanie przypadków pomocy niesionej Żydom przez Polaków wystąpił już w 1998 roku dyrektor Radia ojciec Tadeusz Rydzyk. W kolejnych latach prośby o przekazywanie informacji na ten temat były regularnie ponawiane na antenie Radia Maryja.  W ich efekcie do końca 2017 roku przyjęto ponad 10 000 zgłoszeń drogą telefoniczną, listową i mailową. Zostały w nich opisane historie dotyczące blisko 40 000 osób – zarówno ratujących, jak i ratowanych. Te relacje to wielki skarb, dziedzictwo nas wszystkich, te historie koniecznie trzeba poznać. Przeszłość jest kluczem do zrozumienia teraźniejszości.

„Historia jednej zbrodni”
scenariusz i reżyseria Mariusz Pilis, premiera 9 czerwca 2023,  film dokumentalny

 Lista kin, w których można zobaczyć ten film jest TUTAJ.