Alternatywa MARCINA WOLSKIEGO: Wariant lotaryński, czyli tryumf mądrości i fantazji

Co byłoby, gdyby król Stanisław Leszczyński utrzymał się na tronie a Korona Polski nie przypadłaby Sasom? Co stałoby się, gdyby przez ostatnie sto lat przed zaborami chciwość przegrała z zapobiegliwością a zaprzaństwo uległo patriotyzmowi rozumianemu, jako dobro narodowe? Historyk, pisarz, publicysta Marcin Wolski zanurza nas w nurcie swojej następnej powieści. Wir alternatywny naprawdę wciąga. Bez szkody dla czytelnika, choć trochę w głowie się zakręciło. Warianty alternatywne historii nie są wcale łatwe do przeprowadzenia a narracja wymaga niesamowitej wiedzy i wielu badań naukowych. Autor przeprowadza nas z wielką swobodą przez meandry dziejów, lekko tylko zmienionych, ale skutek jest nieoczekiwany. Z czasem Wariant lotaryński robi się opowieścią przygodową a jednocześnie swobodnym narodowym totolotkiem niewypełnionych kuponów, bo przecież czytając wiemy jak było naprawdę…

Nie ma chyba lepszych opowieści niż te, których zakończenie nas zaskakuje a już zupełnie wyjątkowe są zakończenia inne niż w znanej nam historii. Można te nieoczywiste finały przeżywać na kartach powieści zwanych historiami alternatywnymi. W Polsce, poza Waldemarem Łysiakiem (rewelacyjny zbiór opowiadań Perfidia) autorami fantastyki, chyba najwięcej takich opowieści ma na swoim koncie Marcin Wolski.

To człowiek mający cechy bohaterów z kart swoich książek. Dlaczego? Bo każda z nich nawiązuje do tego, co tu i teraz. Lecz chyba tylko Wolski potrafiłby te cechy nazwać i zliczyć. Autor będąc chory na Polskę docenia innych, nie zamyka się w zakonie miłośników naszych porażek, zauważa sukcesy i próbuje je opisywać.

Owszem, niektórym producentom sześciu kryminałów rocznie i ośmiu sensacyjnych oparów absurdu także rocznie wydaje się, że wystarczy zmienić datę wybuchu jakiejś wojny, czy zmienić jej zwycięzcę a już powieść alternatywna historycznie gotowa. Pominę milczeniem nazwisko dziennikarza, który wciąż pisze bzdury o historii najnowszej i myląc odwagę z odważnikiem twierdzi, że to, co napisał zdarzyło się naprawdę, tylko czytelnik tego nie rozumie. Są też w literaturze współczesnej całkiem intersujące narracje, ale jeśli chodzi o fantazję i dbałość o szczegóły przegrywają z Autorem chociażby specyficznej serii alternatywnej – tzw. trylogii smoleńskiej. Tutaj nie wystarczyło przejrzeć roczniki gazet, czy archiwa internetowe. Trzeba autentycznie kochać historię swojego kraju, aby ją dobrze zmieniać…

Wolski konsekwentnie od lat próbuje wykrzesać z dziejów Polski wciąż więcej. Nie wystarczy, że postać jest prawdziwa. Musi jednak się prawdziwie zachowywać, tak jak opisali ją współcześni. To też cecha Wolskiego. W Wariancie lotaryńskim, poza marginalnymi epizodami, występują postacie prawdziwe, no może czasem z innymi cechami charakteru. To wymagało od Autora wielu godzin w archiwach, pomijając czas spędzony przed komputerem, aby jeszcze zweryfikować fakty. Tu dochodzi do głosu dziennikarska natura publicysty. Marcin Wolski kreśli lekko stylizowanym, lecz zrozumiałym językiem epoki przyszłość Polski. Przyszłość, której nigdy nie było, ale mogłaby być, gdyby nie zawirowania przeszłości. A wariantów zmiany tego, co na pewno się wydarzyło jest mnóstwo.

Król Stanisław Leszczyński i jego nieznane powszechnie cechy. W osi akcji kilka innych, w tym polskich, koronowanych głów i dostojników ówczesnej Europy. Inny wynik jednej z polskich wolnych elekcji, inny niż w rzeczywistości przebieg kilku kluczowych bitew. Szykujący się do rozpadu Polski zaborcy, którzy doznali porażki. Czego chcieć więcej?

Proszę Państwa, siadać i czytać Wariant lotaryński. Kto po setnej stronie odgadnie zakończenie, temu chwała.

Czekam na kolejną opowieść alternatywną Marcina Wolskiego. Tym razem prawie współczesną. Mogłaby się na przykład zaczynać przed wyborami w 2023 roku i jak zwykle skończyć dobrze. Dla Polski.

Ciekawe, czy ktoś kiedyś napisze, co stałoby się gdyby Wolski po 1989 roku został prezesem TVP na mocy ustawy, która uniemożliwiałaby odwołanie Autora Wariantu lotaryńskiego przed 2027 rokiem?

 

Marcin Wolski, Wariant lotaryński, Leszno 2023

CEZARY KRYSZTOPA: Pluszowe, acz dobrze płatne, męczeństwo

Znowu sezon na festiwale. Moje młodzieńcze, a później dorosłe, wybory muzyczne, punk, folk, szanty, mocno mnie z „muzyką estradową” poróżniły, nie wiem więc czy jestem tu odpowiednio „obiektywnym ekspertem”, ale i tak napiszę Wam to co mam napisać.

Pamiętam, kiedy jeszcze jako dziecko, oglądałem z rodzicami letnie festiwale w telewizji, ze szczególnym uwzględnieniem festiwalu w Opolu. Pamiętam atmosferę oczekiwania, jakiegoś święta. Muszę przyznać, że choć cieszyłem się radością rodziców, już wtedy te uczucia wydawały mi się dość obce i niezrozumiałe. Mijały lata, a ja odnosiłem nieodparte wrażenie, że ciągle ci sami ludzie śpiewają ciągle to samo.

W kółko

Później znów przez ileś lat ta sfera „życia kulturalnego” zupełnie dla mnie nie istniała, byłem zajęty czym innym. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po latach z jakichś migawek na ten temat, dowiedziałem się, że nadal ci sami ludzie śpiewają tam nadal to samo, no może dokooptowali sobie trochę znajomych, którzy powtarzają ich schemat.

Uwierzcie mi, uznałbym to po prostu za jakieś zbiorowe dziwactwo, którego nie muszę rozumieć, ale które ma prawo sobie istnieć, gdyby nie to, że wyczyny „gwiazd” przebijają się do ogólnej przestrzeni informacyjnej, z racji ich „politycznych” aspektów. A skoro tak się domagają mojej uwagi, to czuję się usprawiedliwiony w wyrażeniu powodującego cierpnięcie pleców potwornego zażenowania jakie we mnie wywołują.

Pluszowe męczeństwo

Oto jakieś mniej lub bardziej zmęczone życiem, niech im nawet będzie – „gwiazdy” – biorą najpierw kupę kasy od „reżimowej” TVP, żeby podczas występu wygłaszać jakieś enigmatyczne manifesty polityczne, które z jednej strony mają być na tyle bełkotliwe i niezrozumiałe, żeby „może znowu za rok zaprosili i dali zarobić”, ale jednocześnie stanowiły swego rodzaju alibi na użytek bardziej radykalnych i konsekwentnych „w walce z faszyzmem” kolegów. Takie pluszowe męczeństwo za dobre pieniądze.

Z drugiej strony muszę przyznać, że żałość ogarnia mnie również na myśl o TVP. Po co stacja to sobie robi? Kiedy któregoś roku „gwiazdy się na Opole poobrażały”, wystąpiła niepowtarzalna okazja do przewietrzenia tego towarzystwa, ale nie, trzeba było iść i ucałować pierścienie. Od tamtej pory co roku TVP organizuje festiwal, z eksponowanym lubością przez „wiodące media” elementem upokorzenia, tak jakby cierpiała na jakiś syndrom sztokholmski.

 

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Jak woda zakryła ukraińską historię

Ogromne zalane tereny od Kachowki po Krym nazywane są teraz ukraińską Atlantydą. Nowa zbrodnia Rosji, polegająca na wysadzeniu zapory na Dnieprze, oprócz szkód materialnych, ekologicznych, sanitarnych i militarnych, będzie miała konsekwencje historyczne i kulturowe. Podobnie jak wielkie znaczenie kulturowe i historycznie miało zagospodarowanie rzek przez władze radzieckie.

Utworzenie Zbiornika Kachowskiego w latach pięćdziesiątych XX wieku realizowało kilka strategicznych celów Moskwy. Pierwszym było zrobienie kaskady nieprzejezdnych zbiorników wzdłuż Dniepru, które trudno sforsować w przypadku wojny z Zachodem. Kolejnym było zniszczenie pamięci narodowej Ukraińców przez zalanie miejsc, gdzie były Sicze Zaporoskie. Historycy twierdzą, że ówczesne działania Moskwy wskazywały na celową akcję niszczenia historycznych obszarów na Ukrainie, które przypominały czasy kozackie i wyzwoleńcze,

„Kaskadę zbiorników na Dnieprze rozpatrywano przez pryzmat możliwej wojny z Zachodem. A potem był plan, w razie potrzeby i dla obrony imperium, wysadzenie tych zbiorników na Dnieprze, a tym samym zalanie ogromnych obszarów ziem ukraińskich – tak, żeby wróg nie mógł sforsować Dniepru. A ta kaskada została zaprojektowana od Kijowa do ujścia Dniepru, żeby można było odciąć cały lewy brzeg” – powiedział ukraiński historyk Wiktor Brehunenko w rozmowie z RFE/RL.

Słynny ukraiński pisarz i reżyser filmowy Ołeksandr Dowżenko w 1952 roku postanowił nakręcić film o Zbiorniku Kachowskim. Wielokrotnie przyjeżdżał do Nowej Kachowki, mieszkał tu przez długi czas, rozmawiał z ludźmi, studiował przyrodę i w końcu napisał scenariusz do filmu „Poemat o morzu”. Jednak dzień przed rozpoczęciem zdjęć reżyser zmarł. Film nakręciła jego żona Julia Solntseva na podstawie scenariusza męża. Został ukończony w 1958 roku, opowiadał o wyczynach budowniczych i początku nowego życia ukraińskich chłopów. „Kochajcie ziemię i pracujcie na niej, bo bez niej nie będzie szczęścia dla nas i naszych dzieci na żadnej planecie!” – mówi na koniec filmu szef zalanego kołchozu Sawa Zarudny. Fakt, że ci chłopi zostali wypędzeni z rodzinnych stron, ich domy, cerkwie zalano wodą, a ich przesiedlono w nowe miejsca nie wybrzmiał w tym filmie.

Tymczasem, jeszcze przez długi czas, końcówki wież cerkwi sterczały pośrodku wód, które zalały żyzną niegdyś ziemię. Pod wodą zbiornika zniknęły nie tylko pola, ale i majestatyczna kozacka historia ukraińskiej Siczy Zaporoskiej. Jak powiedział historyk Serhij Bilivnenko w wywiadzie dla Radia Liberty, Sicze Zaporoskie to osady kozackie, które znajdowały się na wyspach Dniepru. Pierwsza powstała w 1552 roku. Potem było ich jeszcze siedem, czyli w sumie osiem. Teraz opowieści o ich historii kończą się z reguły słowami: „Jest pod wodami Zbiornika Kachowskiego”, „Miejsce jest zalane wodą ze Zbiornika Kachowskiego” itp. Kiedy więc w latach 1955–58 zbudowano zniszczoną niedawno tamę, a Zbiornik Kachowski został napełniony wodą, a na jego dnie legły: Sicz Tomakowska (istniała w latach 1564–1593), Bazawłucka Sicz (1593–1630), Sicz Mykytyńska (1628–1652), Chortomlińska Sicz (1652–1709), Sicz Kamiańska (1709–1711) – częściowo zalana, Nowa Sicz (1734–1775). Sicze były terytoriami pamiętającymi jak budził się ukraiński patriotyzm.

Na przykład Zbiornik Kachowski zniszczył Sicz Chortomlińską, którą najpierw zniszczyły wojska rosyjskie w odwecie na Zaporożcach, którzy wraz z wodzem Kosz Kostem Gordienko poparli hetmana Iwana Mazepę i jego sojusz z królem szwedzkim Karolem XII.

Nowa Sicz, która też znalazła się pod wodą, została zniszczona przez wojska rosyjskie w 1775 r. na rozkaz carycy Katarzyny II, kiedy ostatni Kozak Piotr Kalnyszewski został zesłany na Sołowki, gdzie spędził 25 lat i zmarł w wieku 113 lat.

Wszystko to było terytorium kozackie, z utratą którego utracono również pamięć narodową. Niszczenie ukraińskiej historii było dla państwa rosyjskiego na porządku dziennym.

Historyk Wiktor Brechunenko nie wyklucza, że ​​po wyzwoleniu ziem ukraińskich od wojsk rosyjskich do czasu odbudowy tamy w Nowej Kachowce będzie można prowadzić wykopaliska archeologiczne i odnaleźć tam np. kozacką broń. „Ale najpierw musimy wyegzekwować odszkodowania od Rosji za zniszczenie tamy i szkody spowodowane zalaniem terytorium” – zauważa historyk.

 

Rozprawka o kulturze opolskiej autorstwa STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO: Równi w kiczu

Opolczycy zarazili się podlizywanie m się od polityków. Uśmiechnięte sztucznie lizusy wdzięczą się przedwyborczo. To oczywiste. Natomiast prowadzący koncerty i śpiewający na nich klepią o nadzwyczajności publiczności opolskiego amfiteatru. Ach, jakaż ona nadzwyczajna. Najlepsza na świecie – słyszę.

A tu przyszli rzeczywiście gromadnie i przypadkowo ludzie. Przyjechali, zapłacili. Siedzą sobie wygodnie i chcą się pośmiać i nacieszyć. Na estradzie fikają Kamel i chłopaczek-rozkoszniaczek. Fajno jest. Sztampa sztampą. A cóż to niby ma być. Rozrywka. Entertainment. Takie głupstewko ozdobne. I tyle.

Brzozowski, który nie schodzi z ekranu (zaangażujcie go do czytania Wiadomości!) nie dał szansy mało popularnym. „Pokojowy numer” znudzi się szybko. Po prostu takie łzawe nic. Ale wygrał. Na zdrowie. Miły, nie powiem. Albo powiem trochę. Ładnie ostrzyżony. Skromny. Elegancki. Religijny. I samolotowy do tego jeszcze. Sam pilotuje. Ale ze śpiewaniem – przeciętnie. Owszem wybrał łzawą piosenkę. A ta w powodzi jazgotu oczywiście się wyróżniła. Tak jak opolska publiczność. Ple, ple. Robi się szaro.

Już za dużo patetyzmu i prowadzenia na barykady. Osiecka, Przybora, Młynarski. Było elegancko i czegoś tam się dowiadywaliśmy. Refleksyjnie. Czegoś tam dowiadywaliśmy o sobie. Jedni się zapili, drudzy jeżdżąc wypasionymi, importowanymi, szybkimi samochodami rozbili. Niemen, Stan Borys, Germanowa coś jednak zostawili po sobie. A teraz bryndza. Rozrywka ma to do siebie, że szybko się nudzi. „Najlepsza”, „światowa”. Owszem – Górniak, Gepert, Zaucha. Kochajmy, klaszczmy – bo szybko odchodzą. Jak my wszyscy. Recepty na sukces nie ma.

Sztuka powstaje w bólu. Z udręczenia. A tu przecież mamy sukces. Staruszkowie dostają więcej. Dzieciaki coraz zdolniejsze. Tylko głosiki coraz słabsze.

Do Warszawy przyjechała demonstrować kupa ludzi. Przemaszerowali sobie. Potem posprzątano ulice. Wytrenowany już nieźle w demagogii Tusk przemówił zręcznie. Zarobiła kolej, hotelarze, wytwórcy kanapek na przemysłową skalę. I tak to się kręci.

Kamele są sprawni estradowo, ale Kydryńskich, Dziedzicowych na horyzoncie nie widać. To się nazywa osobowość. Pozostał jeszcze Sznuk i Babiarz. W wieży z kości słoniowej na Woronicza drepczą tam i siam szare eminencje. Kurski trochę podskakiwał. Estradowo był dobry, ale prochu nie wymyślił. Ci od dzienników agitacyjnych zawsze myślą, że będą długo, ale spadają jak ulęgałki. Na pewno się zabezpieczyli, bo tego nauczeni. I tak to się kręci.

Cysorz to ma klawe życie. Tyle, że na piedestale długo się nie ustoji. Nogi zabolą. I czym wyższy pomnik tym bardziej boleśnie się spada. Niezniszczalny jest tylko Wałęsa. Tuskowi wyciągnęli go z lamusa. Przynudzał zbyt długo. Plótł znowu o tym skakaniu przez płot. Ciekawsze by było, gdyby przewiózł się jeszcze raz z Helu do stoczni motorówką admirała Janczyszyna. Stoi jeszcze w kącie oksywskiego portu i można by na niej zarobić serwując ludziom przejażdżki przez zatokę. Takie na pół godziny. Nie dłuższe, bo nie przyzwyczajeni do kiwania miłośnicy morza mogą na takiej historycznej fali zwymiotować.

O tempora o mores. Pszenno-buraczany ludek z nad Wisły orze jak może. Chce chleba, ale i igrzysk. A tu zostały jeszcze tylko Marylka, Majewska i na szczęście – Korcz. Młodzi wysyłani na festiwale za granicę za wysoko nie podskoczą. Wyjątkiem był młody Ochman, który był artystycznie za dobry na Eurowizję.

 

KRZYSZTOF SAPAŁA: Pomnik Powstańców Warszawskich – pierwszy w Polsce!

Chodzi o pomnik poświęcony Powstańcom Warszawskim: Bohaterom Warszawy – Słupsk, który w pierwotnej drewnianej wersji stanął już 15 września 1945 roku. Deski symbolizowały mur, pod którym Niemcy w okupowanej Polsce dokonywali egzekucji.

Już po kilku miesiącach pomnik zaczął się jednak rozpadać. Dlatego warszawiacy, którzy po zakończeniu wojny osiedlili się w Słupsku, powołali do życia społeczny komitet budowy nowego pomnika.

Na czele komitetu stanął pochodzący z Krakowa Edward Łada-Cybulski, człowiek związany z teatrem i prasą, który został zatrudniony na stanowisku kierownika Wydziału Społecznego Miejskiej Rady Narodowej w Słupsku. W skład komitetu budowy pomnika weszli m.in. ksiądz Jan Zieja – po wojnie przez jakiś czas związany ze Słupskiem i pobliskim Orzechowem oraz Michał Issajewicz pseudonim „Miś” – żołnierz Armii Krajowej, uczestnik zamachu na Franza Kutscherę.

Pieniądze na nowy pomnik zbierali nowi słupszczanie, przeważnie dawni mieszkańcy stolicy, często uczestnicy Powstania Warszawskiego. Część kosztów budowy pomnika pokrył Urząd Miasta Słupska.

Uroczyste odsłonięcie pomnika w miejscu prowizorycznego nastąpiło 15 września 1946 roku, czyli, równo rok po postawieniu pierwszego drewnianego pomnika. Cegły wykorzystane do budowy pomnika pochodzą ze zburzonych, ostrzelanych przez Niemców warszawskich kamienic.

Pomnik został zaprojektowany przez warszawskiego artystę Jana Małetę a wykonany przez Stanisława Wąsowicza i Stanisława Kołodziejskiego. Gotowy monument– wykonany w Warszawie – przyjechał do Słupska specjalnym transportem kolejowym, na który zgodę wyraziły ówczesne władze Warszawy.

Pomnik składa się z dwóch części.  Muru z cegieł przeszytych kulami oraz postaci poległego powstańca. W wyciągniętej wzdłuż ciała dłoni trzyma on granat tak zwaną filipinkę, a drugą opiera się na tarczy z herbem Warszawy. Nad poległym powstańcem pochyla się orzeł, a u jego stóp klęczy płaczące dziecko. W centralnej części muru znajduje się płaskorzeźba ukrzyżowanego Chrystusa na tle płonącego placu Zamkowego w Warszawie. Cokół zwieńcza napis: „Bohaterom Warszawy – Słupsk”.

W 1962 roku płaskorzeźba ukrzyżowanego Chrystusa ze słupskiego pomnika w niejasnych okolicznościach zginęła. Sprawców kradzieży nie ustalono, bo zapewne takowej nie było. Ktoś tę płaskorzeźbę Chrystusa owinął w szmaty i podrzucił nocą do Muzeum Pomorza Środkowego. W tym czasie miejsce Chrystusa zajął herb Słupska. W kwietniu 1981 roku za sprawą „Solidarności” pomnikowi przywrócono płaskorzeźbę ukrzyżowanego Chrystusa.

Warunki atmosferyczne oraz upływający czas spowodowały, że pomnik po prostu rozsypywał się i dlatego najpierw w 1984 roku a następnie w roku 2015 był remontowany, ale remonty te niestety nie przyniosły zamierzonego celu i dlatego w roku 2022 miasto otrzymało dotację na remont pomnika z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Renowacja pomnika odbyła się na zasadzie wymiany jego oryginalnych elementów wykonanych z brązu nowymi.

Wszystkie pierwotne części pomnika po odnowieniu trafiły do Izby Pamięci. Zadanie miało charakter prac konserwatorskich oraz restauratorskich i wykonane było zgodnie z ekspertyzą konserwatorską a także programem prac konserwatorsko-restauratorskich Pomnika Powstańców Warszawskich w Słupsku, który jest zabytkiem oraz decyzją Pomorskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Gdańsku.

 

 

Jak komuniści zlikwidowali prof. Grzybowskiego – przypomina TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

Dla „polskiej” bezpieki pracowali intelektualiści, pisarze, artyści, historycy, dziennikarze, ale także lekarze. Ci ostatni m.in. w katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Ofiarą Mokotowa był inny lekarz, światowej sławy dermatolog prof. Marian Grzybowski, którego rocznicę urodzin (15 czerwca 1895 r.) właśnie obchodzimy.

Naczelnik więzienia mokotowskiego Alojzy Grabicki mówił: „Szpital więzienny na Mokotowie był całkowicie w dyspozycji Departamentu Śledczego i Departamentu X. Wstępu tam nie mieliśmy”.

Lekarka Kamińska, specjalistka chorób wewnętrznych i anatomii patologicznej, która pracę na Mokotowie rozpoczęła 15 lipca 1945 r., opowiadała o personelu szpitala. Komendantem był dr Charbicz (płk dr Charbicz, właściwie Marek Heberman), potem płk dr Maksymilian Kasztelański, następnie płk dr Ludwik Garmada. Wśród lekarzy etatowych wymieniła chirurga Kazimierza Jezierskiego i dermatologa Stefanię Jabłońską.

Szczepionka Fiłatowa

Oddajmy głos więźniowi Władysławowi Minkiewiczowi („Mokotów, Wronki, Rawicz. Wspomnienia 1939 – 1954”, Warszawa 1988):

„Na >ogólniaku<, który jako część więzienia śledczego także podlegał Różańskiemu, rządził naczelnik czy może komendant Grabicki. Jego prawą ręką był oficer od specjalnych zadań, zwany przez nas >specem< [Ryszard Mońko]. Obaj byli niezbyt rozgarnięci, ale niezwykle gorliwie wykonywali powierzone im obowiązki. W szczególnych wypadkach potrafili znęcać się nad więźniami, jak np. po głośnej próbie ucieczki więźniów skazanych na śmierć, kiedy co pewien czas zjawiali się w celi, gdzie osadzono skutych kajdankami i rozebranych do naga Władysława Siłę-Nowickiego, Hieronima Dekutowskiego (>Zaporę<), >Rysia<, >Żbika< i chyba jeszcze kilku innych”.

I dalej: „Grabicki pilnował, żeby podległy mu personel rygorystycznie przestrzegał regulaminu więziennego, a przy tym zawsze dbał o to, by w miarę możności ograniczać wypływające zeń przywileje. (…) W niemal wszystkich przypadkach komendant szpitala, oczywiście ubek, nakazywał stosować uniwersalny w jego mniemaniu lek – oczywiście sowiecki – szczepionkę Fiłatowa. Polegało to na tym, że nacinało się skórę pacjenta, żeby włożyć pod nią wycinek z łożyska rodzącej matki. Mnie stosowano tę szczepionkę dwukrotnie, ale niestety nie przyczyniła się ona do poprawy mego zdrowia w najmniejszym nawet stopniu. (…) Znienawidzona chyba przez wszystkich, którzy mieli z nią do czynienia, ale za to ceniona przez władze więzienne, była doktor Szembergowa”.

W „Polskim almanachu medycznym” za 1956 rok figuruje kilku lekarzy, pracujących na Mokotowie:

Małgorzata Szemberg (dyplom w Wiedniu, 1938), psychiatra II st.;

Guta Cygielman (dyplom w Warszawie, 1952), psychiatra I st.;

Stefania Jabłońska (dyplom we Frunze, 1942)

Z tą ostatnią rozmawiała Małgorzata Szejnert:

„- Lekarze – mówię – musieli jednak stwierdzać zgon. Nie dochodziły do nich wiadomości o tym, co dzieje się potem z ciałami?

– Nigdy nie byłam przy egzekucji. Lekarzom kobietom udawało się tego unikać.

– Nigdy nie podpisywała pani protokołu wykonania wyroku śmierci?

– Raz, może dwa razy… Ale nie byłam przy tym.

– Czy ktoś panią zastępował?

– Brał to na siebie taki miły ksiądz, kapelan więzienny. Nie pamiętam nazwiska… (mowa o kpt. Wincentym Martusiewiczu).

Mówi, że starała się trzymać od tego jak najdalej. Zresztą, nie miała w więzieniu etatu. Przychodziła dwa razy w tygodniu do ambulatorium dla więźniów”.

Stefania Jabłońska etat na Mokotowie jednak miała. W latach 1947 – 1949 zatrudniał ją VI Departament Więziennictwa MBP. Według powszechnej opinii należała do najbardziej zaufanych lekarzy bezpieki na Rakowieckiej.

Na miejsce prof. Grzybowskiego

Stefania Jabłońska była asystentką prof. Mariana Grzybowskiego, szefa warszawskiej Kliniki Dermatologii, naukowca europejskiej sławy. Kiedy w 1949 r. UB aresztował go w związku ze „szpiegowską” sprawą gen. Stanisława Tatara i wkrótce – 11 grudnia 1949 r. – został zamordowany w więzieniu mokotowskim (oficjalna wersja – samobójstwo) Jabłońska błyskawicznie zajęła jego miejsce.

Marian Grzybowski, syn lekarza, w 1918 r. walczył w szeregach Dowborczyków, potem w Wojsku Polskim. W czasie drugiej wojny światowej kierował Kliniką Dermatologii, pracował w Delegaturze Rządu, organizował tajne nauczanie, ukrywał AK-owców. Walczył w Powstaniu Warszawskim (zginął w nim jego młodszy brat Józef – zastrzelony przez własowców). Po wojnie związany z niepodległościowym podziemiem.

Stefania Jabłońska (właściwie Rachela „Szela” Ginzburg) zmarła wiele lat później – w 2017 r. Też pochodziła z rodziny lekarskiej. Medycynę studiowała od 1938 r. w Warszawie, potem w okupowanym przez Sowietów Lwowie, a następnie w Charkowie i we Frunze (Kirgistan). Służyła w Armii Czerwonej, w której również doskonaliła się medycznie. Do Warszawy wróciła w 1946 r. już jako Stefania Jabłońska. Rozpoczęła pracę w Klinice prof. Grzybowskiego, a zarazem w Urzędzie Bezpieczeństwa, wzorem swojej siostry, męża siostry i własnego męża. W przyspieszonym tempie zdobywała stopnie naukowe. 1950 doktorat. 1951 habilitacja. 1952 profesura. W maju 1949 pozwolono jej wyjechać na stypendium do USA. Do PZPR wstąpiła w maju 1950 r., dzięki protekcji rodziny Jakuba Bermana. W 1990 r.

Stefania Jabłońska przeszła na emeryturę jako autorka wielu podręczników akademickich, jeden z najczęściej cytowanych polskich naukowców, wychowawczyni kilku pokoleń lekarzy, honorowa przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Dermatologicznego. Zmarła śmiercią naturalną 8 maja 2017 r. w Warszawie.

Dzieło polsko-ukraińskie w Grecji – TERESA KACZOROWSKA o odsłonięciu pomnika Juliusza Słowackiego na Peloponezie

W Grecji, w nadmorskim mieście Nauplion na Peloponezie, odsłonięto w niedzielę, 11 czerwca 2023 r. pomnik polskiego poety Juliusza Słowackiego. Monument stanął przy kościele katolickim pw. Przemienienia Pańskiego z inicjatywy jego proboszcza, chrystusowca ks. Ryszarda Karapudy.  Pomnik został sfinansowany przez tę parafię, a jego wykonawcami są ukraińscy artyści: rzeźbiarz Aleksander Porozhniuk i jego żona, historyk sztuki Liza Porozhniuk.

Artyści Liza i Aleksander Porozhniukowie. Fot. Teresa Kaczorowska

Artyści ci pochodzą z Doniecka, od 2014 r. są uchodźcami wojennymi i przebywają w Polsce – znaleźli schronienie na plebanii w Zielonej na płn. Mazowszu.

Pisarka z Polski, przewodnicząca Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP, dr Teresa Kaczorowska, wygłaszając podczas uroczystości odczyt o podróży Juliusza Słowackiego po Grecji w 1836 r. i jego związkach z Helladą, podkreśliła, że bez przyjaźni autorów pomnika z ks. Ryszardem Karapudą, z czasów kiedy ten duszpasterz pracował w Doniecku, nie byłoby tego monumentu.

– W Grecji powstało dzieło polsko-ukraińskie – mówiła. – Dziękuję Wam za nie z całego serca! Dziękuję za pamięć i hołd oddany wielkiemu polskiemu poecie. Dziękuję za ten pierwszy ślad upamiętniający obecność Juliusza Słowackiego w Helladzie 187 lat temu!

Uroczystość była bardzo podniosła. Uczestniczył w niej nuncjusz papieski w Grecji ks. biskup Jan Romeo Pawłowski, który przewodniczył mszy św. i wygłosił homilię. Była też konsul z Ambasady Polskiej w Atenach Ewa Pańczuk, ponadto dyrektor Instytutu Archeologicznego w Atenach prof. Juliusz Czebreszuk, działacze polonijni (Instytut J. Słowackiego przygotował ulotkę) oraz 40-osobowa grupa uczniów i nauczycieli ze Szkoły Polskiej w Atenach, którzy recytowali fragmenty wiersza „Grób Agamemnona” Juliusz Słowackiego. Z Polski przybyli też ukraińscy artyści Liza i Aleksander Porozhniukowie.

Ks. Ryszard Karapuda z dr. Teresą Kaczorowską.

Uroczystość zakończyła się radosną biesiadą przy polskich gołąbkach, które przygotowali Wioletta i Marek Stuskowie, Polacy mieszkający w pobliskim Argos.

***

Juliusz Słowacki (ur. 4 września 1809 r. w Krzemieńcu, zm. 3 kwietnia 1849 r. w Paryżu) to jeden z największych poetów polskich, przedstawiciel epoki romantyzmu. Obok Adama Mickiewicza i Zygmunta Krasińskiego jest jednym z polskich wieszczów narodowych.. Mimo iż żył niecałe 40 lat, jego twórczość literacka jest bogata i bardzo różnorodna – pozostawił po sobie 13 dramatów, blisko 20 poematów, setki wierszy, listów oraz jedną powieść.

Grecja ciekawiła Słowackiego od najmłodszych lat (jego ojciec, Euzebiusz Słowacki,  był filologiem klasycznym, grecystą). O wyprawie do Grecji, i dalej po Egipcie, Palestynie i Syrii, poeta marzył od lat. Zrealizował ją w okresie od sierpnia 1836 r. do czerwca 1837 r. Nazwie ją później „pobożną podróżą”.

Pierwszym etapem życiowej wędrówki poety była Grecja. Słowacki z kolegą, Zenonem Brzozowskim, wypłynęli z Neapolu 24 sierpnia 1836 r. Poeta zabrał ze sobą drewniany sekretarzyk podróżny, pióro, zeszyt na notatki oraz ołówek i album rysunkowy. 4 września 1836 r. przypłynęli na wyspę Korfu, gdzie Słowacki spędził 4 dni i spotkał się z greckim poetą Dionizosem Salomosem. Potem popłynął do Patry, gdzie odwiedził bohatera greckiego powstania narodowego Kanarisa (Konstantinosa). Z Patry Słowacki z kolegą udali się konno wzdłuż północnego brzegu Peloponezu do Nauplion – nadmorskiego miasta, które w latach 1823–1834, było pierwszą stolicą nowożytnego państwa greckiego, siedzibą pierwszego rządu wolnej Grecji i króla Ottona.

Być może Słowacki odwiedził w Nafplio świątynię, przy której stanął pomnik, ale była ona wtedy meczetem.  Dopiero w czerwcu 1839 r. król Otto przydzielił meczet katolikom, którzy było w Nafplio ok. 300 i nie mieli swojego kościoła. W 1840 r. przeprowadzono jego remont i król Otto nadał świątyni imię Przemienienia Pańskiego, co miało oznaczać przemianę Grecji po wyzwoleniu kraju z tureckiej długiej niewoli.

Z Napfilo Słowacki jechał przez Argolidę, w tym Argos, a 19 września 1836 r. dotarł z kolegą do Myken, które wywarły na nim ogromne wrażenie. Lwia Brama, zasypana rumowiskiem tysiącleci, ledwo wystawała wtedy ponad powierzchnię. Pobliski Grób Agamemnona (Skarbiec Atrydów) też nie przypominał dzisiejszego stanu. Wiodący do niego korytarz i brama do połowy były zasypane. W miejscu legendarnego grobu bohatera spod Troi, na tle dziejów starożytnej Grecji, poeta rozważał nieszczęsne losy własnego narodu. Pisał:

Polsko! lecz ciebie błyskotkami łudzą!

Pawiem narodów byłaś i papugą;

A teraz jesteś służebnicą cudzą — 

Choć wiem, że słowa te nie zadrżą długo

W sercu — gdzie nie trwa myśl nawet godziny:

Mówię — bom smutny — i sam pełen winy!

(Juliusz Słowacki, „Grób Agamemnona”)

Te smutki i pamięć o Ojczyźnie poniesie Słowacki przez cały czas podróży…

Z Myken poeta udał się do Koryntu, w którym był zaledwie jeden dzień. Następnego dnia dotarł do Aten, gdzie spędził tydzień. Ostatnim punktem w Grecji była dla Słowackiego wyspa Siros, skąd odpłynął z kolegą statkiem do Aleksandrii. Na Siroz Słowacki napisał całą „Pieśń I i III” ze swej poetyckiej relacji z podróży. Z kolei pod Aleksandrią poeta-pielgrzym, poeta-tułacz, napisał sławny „Hymn o zachodzie słońca: Smutno mi Boże”… Najczystszy to przykład liryki religijnej uderzającej w ton prywatnej modlitwy pełnej tęsknoty do kraju i przeświadczenia o znikomości człowieczej egzystencji.

Później podróżował po Palestynie, Syrii i Libanie. Powrócił do Europy (do Livorno we Włoszech) 16 czerwca 1837 r. Z głową pełną wrażeń, jak pisał, po tej „ślicznej podróży”, „pełnej przyjemności i zachwyceń”.

Podróż ta była dla poety nieoceniona, zarówno pod względem twórczym, duchowym, jak zdrowotnym. Zaowocowała licznymi utworami i rysunkami, poeta wysłał też pięć listów do matki (zachowały się trzy), a reminiscencje tej podróży rozsypał później w całej swej twórczości. Poza tym podróż ta umocniła go na ciele, czuł się zdrowszy i silniejszy, a przede wszystkim bogatszy duchowo – powrócił nawet do praktyk religijnych. Po powrocie, 11 lipca 1837 r., Słowacki pisał z Livorno do matki:

„Grecja pełna ruin przecudownych podobała mi się bardzo, i bardziej niż Rzym mnie zachwyciła […].

„Zatop swoje, aby obcy się bali…” – SERHIJ KULIDA o zniszczeniu hydroelektrowni Dnieproges w 1941 roku

W sierpniu 1941 r. Armia Czerwona wysadziła w powietrze dumę sowieckiego kraju elektrownię wodną Dnieproges. We wrześniowym numerze „The Illustrated London News” z 1941 roku angielski korespondent wojenny Captain Falls napisał: „Zniszczenie zapory Dniepr, nawet na tle zniszczeń drugiej wojny światowej, wygląda zdumiewająco. … Jest mało prawdopodobne, aby ZSRR kiedykolwiek miał większy powód do dumy. A teraz jest zniszczona w mgnieniu oka. Co więcej, nie przyniosło to Niemcom większej szkody …”

Ewakuacja „kontyngentów ludzkich i cennego mienia”

„Niewypowiedziana” wojna z nazistowskimi Niemcami natychmiast doprowadziła do powstania problemu –  konieczności ewakuacji do wschodnich rejonów ZSRR cennych fabryk, urządzeń i całych przedsiębiorstw przemysłowych.

Już 24 czerwca 1941 r. dekretem Rady Komisarzy Ludowych i Komitetu Centralnego Ogólnounijnej Komunistycznej Partii Bolszewików powołano Radę Ewakuacyjną, na czele z pierwszym sekretarzem Ogólnounijnej Centralnej Rady Związków Zawodowych Nikołajem Szwernikiem. Piątego dnia hitlerowskiej inwazji, 27 czerwca, podjęto wspólną uchwała KC WKP bolszewików i Rady Komisarzy Ludowych „O procedurze wywozu i rozmieszczenia kontyngentów ludzkich i cennego mienia”. Ale stworzenie dokumentu było prostsze niż jego realizacja w praktyce. Masowy odwrót Armii Czerwonej na całym froncie, wywołał niedowierzanie i panikę na tyłach. Na Kremlu stało się jasne, że wywożenie sprzętu, mienia i żywności z potencjalnie niebezpiecznych terytoriów, które miały wpaść w ręce wroga, nie będzie łatwe.

29 czerwca 1941 r. wydano kolejne zarządzenie Rady Komisarzy Ludowych i KC WKPB, w którym stwierdzono, że „wszelkie mienie wartościowe, w tym metale nieżelazne, chleb i opał, których nie można wyjęte, musi zostać zniszczone bezwarunkowo”.

I to zarządzenie zostało wykonane przez grupy specjalne NKWD nienagannie. W jednym z raportów niemieckiej grupy gospodarczej „Południe” przesłanej do Berlina, stwierdzono, że „nie ma ani jednego przedsiębiorstwa, w którym nie dokonano wybuchów lub zniszczeń. Zniszczenia obejmują nie tylko fabryki, ale także narzędzia, warsztaty, plany i różnego rodzaju dokumentację, które są ewakuowane lub niszczone”.

Tymczasem wydarzenia na froncie rozwijały się zgodnie z hitlerowskim „blitzkriegiem”. „Na początku sierpnia jednostki Grupy Armii Centrum znajdowały się na lewym brzegu Dniepru, w obwodzie smoleńskim, a Grupa Południe przygotowywała się do przejścia przez Zaporoże” — pisze Wiktor Suworow. – „Głównym celem Niemców było okrążenie wojsk radzieckich pod Kijowem”.

Tajny rozkaz Komitetu Obrony Państwa

Jednocześnie w celu zorganizowania demontażu i ewakuacji wyposażenia elektrowni Dniepr Komitet Obrony Państwa (GKO) wysłał na Ukrainę pierwszego zastępcę komisarza ludowego elektrowni D. Żymerina.

W swoich wspomnieniach napisał on, że wypełniając zadanie partii i rządu, krążył dzień i noc między Zaporożem a Dnieprodzierżyńskiem, kiedy został zaalarmowany przez telefon zastępcy przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych Michaił Perwuchina, który łamiącym się głosem poinformował, że jednostki niemieckie, przebiwszy się przez front, rzuciły się nad Dniepr. Wiceprzewodniczący kategorycznie nakazał przyspieszyć demontaż sprzętu i aby uniemożliwić nieprzyjacielowi zajęcie hydroelektrowni, wysadzić tamę. „Moje serce krwawiło na myśl, że to dzieło będzie musiało nie tylko zostać zdemontowane”, wspomina D. Żymerin, „ale być może częściowo zniszczone. Jednak rozkaz był nieubłagany: co można usunąć, resztę przygotować na eksplozję”. Wiceprzewodniczący Rady Komisarzy Ludowych, Michaił Perwuchin, tak wspominał ten czas: „Poinstruowano mnie, aby upewnić się, że wszystko jest przygotowane do wybuchu w elektrowni wodnej, a sama eksplozja nastąpiła, gdy wszystkie wycofujące się wojska przekroczyły na lewy brzeg Dniepru”. Jednocześnie, jak zeznał były szef wydziału inżynieryjnego Frontu Południowego, pułkownik Szyfrina, „dowództwo frontu wykluczyło samą możliwość zniszczenia okrętu flagowego radzieckiego przemysłu hydroenergetycznego”.

Do wydziału inżynieryjnego Frontu Południowego dotarła jednak zaszyfrowana wiadomość podpisana przez Józefa Stalina i marszałka Borysa Szaposznikowa, w której bardzo wyraźnie stwierdzono: „W nagłych przypadkach wolno niszczyć Dneproges”. A następnie, jak zeznał w swoich wspomnieniach zastępca ludowego komisarza obrony ZSRR, generał pułkownik Andriej Chrulew, „w okresie od 2 do 4 sierpnia 1941 r. dostarczono saperów do Zaporoża samolotami”. Choć może to zabrzmieć paradoksalnie, ale według wspomnień pułkownika Szyfrina „wszystkie prace nad przygotowaniem wybuchu przeprowadzono w tajemnicy przed dowództwem frontu, ponieważ Rada Wojskowa frontu nie wyraziła na to zgody”.

Mistrz sabotażu

Mimo to kilka dni później TB-3 z Moskwy wylądował na lotnisku pod Zaporożem, przywożąc na front ucznia generała Karbyszewa i pułkownika Starinowa, uczestnika zniszczenia soboru Chrystusa Zbawiciela w Moskwie oraz specjalistę od materiałów wybuchowych podpułkownika Borysa Epowa ze „ściśle tajną misją”.

Wiedział o tym tylko wąski krąg ludzi ze 157. pułku NKWD, który strzegł Dnieproges i kilka osób w kierownictwie stacji. Borys Epow wspominał: „Przybywszy do Zaporoża i upewniwszy się, że innym samolotem dostarczono niezbędne materiały, udałem się do szefa wojsk inżynieryjnych frontu Szyfrina i Kołomijeca, członka Rady Wojskowej Frontu, który był w Zaporożu, a następnie przystąpiłem z dwoma moimi pomocnikami i dedykowanym batalionem do przygotowania powierzonych mi zadań”.

Szef sztabu frontu, generał Charitonow polecił przeprowadzić zniszczenie, bo Niemcy dotarli na prawy brzeg Dniepru.

Sygnałem do wykonania zadania miało być wycofanie pułku ochrony NKWD. Plan działania w przypadku uszkodzenia sprzętu Dneproges, według Epowa, był następujący: „Początkowo transformatory podwyższające były włączane w trybie zwarciowym… Po spaleniu transformatorów planowano ustawić turbogeneratory w trybie zwarciowym i przy maksymalnym wzbudzeniu zwiększyć prędkość obrotową agregatów hydraulicznych do momentu wyłączenia ich z ruchu…”

Następnie planowano wysadzenie kilku przęseł tamy tak, aby zniszczeniu uległa część melioracyjna i przebiegająca przez nią droga. Aby przygotować to co zaplanowano, ciężarówkami dostarczono na górną część tamy 20 ton materiałów wybuchowych.

„Ciężarówki z materiałami wybuchowymi natychmiast wjechały na górną werandę” — napisał były dowódca plutonu Timofieja Salamachin. — „Szacowano, że 20 ton powinno wystarczyć do niewielkiego zniszczenia tamy”.

Według wspomnień byłego szefa wydziału politycznego Frontu Południowego dla organizacji Komsomołu Borysa Mielnikowa „w nocy z 17 na 18 sierpnia sytuacja na kierunku Zaporoże zmieniła się diametralnie.

Wróg przedarł się przez obronę Armii Czerwonej, a Zaporoże pozostało odkryte. Już rankiem 18 sierpnia nieprzyjaciel przypuścił atak na miasto siłami dywizji piechoty i czołgami. Broniąc przyczółka zaporoskiego, słabo uzbrojona 274. Dywizja Strzelców, obsadzona głównie przez niedoświadczonych żołnierzy, zaczęła wycofywać się pod naporem wroga. Przed naszą grupą – członkiem Rady Wojskowej A.I. Zaporożec, a także przywódcą Zarządu Politycznego Breżniewem (przyszły sekretarz generalny – S.K.) i Mamonow – postawiono zadanie: za wszelką cenę powstrzymać losowo wycofujące się jednostki przez Chortycę, stworzyć linię obrony wzdłuż prawego brzegu starego kanału Dniepru, pokrywając w ten sposób most przez wyspę i tamę na Dnieproges. Pozwoliłoby to dokończyć ewakuację Zaporizhstal i innych przedsiębiorstw miasta, a także przygotować się do wybuchu tamy. Jednak już w kilka minut po otrzymaniu zadania, gdy wysiedliśmy z samochodu, ponieważ nie można było przejść po moście (most był zapchany ludźmi, wozami, bydłem i samochodami), nastąpił wybuch o strasznej sile, a za nim kolejny. Grodź tamy została wysadzona w powietrze”

Perwuchin zeznał o tym, co się stało: „Po południu, 18 sierpnia, kiedy podkładanie ładunków wybuchowych było prawie zakończone, przybył przedstawiciel dowództwa frontowego i wręczył telegram przedstawicielom dowództwa wojskowego nad Dneproges, w którym określono czas wybuchu.”

Stwierdzono, że jeśli tama jest zajęta przez Niemców, należy ją wyłączyć z eksploatacji. Dalej, chronologicznie, wydarzenia rozwijały się następująco.

„Pułk NKWD wycofał się na lewy brzeg, a dowódca pułku, odjeżdżając wraz z pułkownikiem łącznikowym, wydał mi rozkaz dokonania zniszczenia, co zostało wykonane” – wspominał Borys Epow. – „W wyniku eksplozji około 100 metrów wzdłuż jej długości zostało wyrwanych z korpusu tamy”. Zeznania zamachowca uzupełniają wspomnienia Timofieja Salamachina: „Kiedy Borys Epow podpalił rurę zapalającą, zobaczył biegnącego w jego stronę posłańca członka Rady Wojskowej Frontu Południowego, komisarza armii Zaporożca. W rękach posłańca był rozkaz: nie wysadzać elektrowni wodnej, bo planowany jest kontratak… Ale Epow miał rozkaz od przełożonych. (…) Wszyscy wybiegli z tunelu. O godzinie 18.00 nastąpił ogłuszający wybuch” (Inni świadkowie twierdzą, że wybuch nastąpił o godzinie 20.00, a nawet o 21.00 – S.K.) Zastępca komisarza ludowego Perwukhin z przekonaniem powiedział, że „kilka przęseł tamy zostało zniszczonych… Gwałtownie wzrósł rzeki poniżej tamy, na terenach zalewowych Dniepru na prawym brzegu, zalanych zostało wiele niemieckiego sprzętu i żołnierzy, przygotowujących się do przekroczenia na lewy brzeg Dniepru”. W rzeczywistości „tsunami”, według różnych szacunków, o wysokości od dziesięciu do trzydziestu metrów, dotarło do Marganca i Nikopola, położonych około 80 kilometrów poniżej Dniepru, zmiatając wszystko na swojej drodze. W tym część miasta Zaporoże i pobliskie wioski. Wał wodny, przetaczający się przez nizinną część Chortycy, zniszczył sowiecki pułk piechoty, a także magazyny z zapasami broni i żywności. Okręty flotylli rzecznej wyrzucone zostały na brzeg. Co najmniej 20 tysięcy żołnierzy utonęło na terenach zalewowych Dniepru. Nikt nie liczył cywilów. Padały liczby od 20  do 150 tysięcy … Wszystko to zmusiło szefa wydziału politycznego Frontu Południowego A.I. Zaporożca, który nie wiedział o rozkazie Kwatery Głównej, aby aresztować Epowa. Ale z Kremla wyszedł autorytatywny rozkaz: „Natychmiast uwolnić!…”

Komu to potrzebne…

„Eksplozja Dneproges nie miała sensu z militarnego punktu widzenia – główne siły Niemców operowały na północy” – mówi Wiktor Suworow.

– „Gorzka prawda jest taka, że ​​gwałtowne spłycenie Dniepru nad elektrownią wodną nawet poszło na rękę Niemcom, pozwalając im szybciej budować mosty pontonowe. A wszystkie ich straty z powodu wybuchu tamy wyniosły… 1500 osób! Ale dla Armii Czerwonej była to kolejna tragedia wojny. Na prawym brzegu pozostały oddziały 2. Korpusu Kawalerii, 18. i 9. Armii. Część z nich zginęła od fali, innym udało się przejść w niewiarygodnie trudnych warunkach – pod ostrzałem, pozostawiając po sobie ciężką broń i zapasy. Jeszcze inni zostali zabici przez Niemców lub wzięci do niewoli. Nawiasem mówiąc, Niemcy dość szybko przywrócili przeprawę przez Dniepr wzdłuż tamy. A rok później elektrownia wodna zaczęła normalnie pracować na niemieckim sprzęcie”.

Co jeszcze można dodać?.. Miał rację Władimir Winniczenko, kiedy powiedział, że historii Rosji „nie da się czytać bez bromu”.

 

WOŁODYMYR SYDORENKO: Rosjanie powtórzyli stalinowską zbrodnię

Cel zbrodni – wysadzenie zapory w Nowej Kachowce – jest taki sam jaki miał Stalin w 1941 roku – Rosjanie próbują powstrzymać rozpoczętą już kilka dni temu kontrofensywę Sił Zbrojnych Ukrainy.

18 sierpnia 1941 r., na rozkaz Stalina, wojska radzieckie 20 tonami materiałów wybuchowych wysadzili zaporę na Dnieprze w Zaporożu, aby opóźnić natarcie armii niemieckiej. Jak zawsze Rosjanie, publicznie oskarżyli o tę zbrodnię wojska niemieckie i dopiero po wojnie przyznali się do udziału w niej. Według różnych źródeł w wielkiej powodzi wzdłuż Dniepru zginęło wówczas od 20 do 100 tysięcy osób, w tym do 3 tysiące żołnierzy Armii Czerwonej, którzy utrzymywali linię frontu w pobliżu Zaporoża, a także dziesiątki tysięcy zwierząt. Gleba była zmyta na ogromnych obszarach wzdłuż biegu rzeki.

Przed rozpoczęciem rosyjskiej „gorącej wojny” z Ukrainą rosyjska propaganda chwaliła się, że „może zrobić to ponownie”. I w nocy 7 czerwca 2023 roku powtórzyli to – wysadzili zaporę w Nowej Kachowce na Dnieprze, ale już poniżej Zaporoża. Tym razem, jak poinformowało berlińskie biuro Światowego Programu Żywnościowego ONZ, z powodu zniszczenia tamy i powodzi na dużą skalę, ucierpią miliony ludzi. Przedstawiciel urzędu zaznaczył, że rozlana woda niszczy uprawy, pola, ogrody, przedsiębiorstwa przemysłowe, budynki mieszkalne, infrastrukturę oświaty, kultury, transportu itp. Setki tysięcy hektarów lądu zamienią się w „dno morza”. Fakt ten, zdaniem przedstawiciela ONZ, niszczy nadzieję 345 milionów głodujących na cały świecie ludzi na otrzymanie żywności w 2023 roku. Powiedział też, że ceny żywności na rynku światowym są najwyższe od 10 lat.

Skala i skutki zniszczenia tamy są ogromne. Obecnie z wyrwy w zaporze wypływa co sekundę 30 000 metrów sześciennych wody. Jej poziom poniżej tamy podnosi się bardzo szybko i jak przewidują eksperci, może wzrosnąć do 17 metrów powyżej normalnego poziomu, a woda rozleje się na miliony hektarów po obu stronach Dniepru, zalewając wszystko, co tam żyje. A powyżej wysadzonej tamy od Nowej Kachowki i wyżej od Zaporoża, a właściwie do Kijowa, poziom wody w Dnieprze może spaść o 5 – 10 metrów, co oznacza, że ​​woda cofnie się od brzegów za kilka miesięcy do100 metrów lub więcej. Dlatego już zasiane w tej okolicy pola, szklarnie, ogrody, które były nawadniane z Dniepru, stracą wodę. Wpłynie to też negatywnie na  system zaopatrzenia w wodę budownictwa mieszkaniowego i przemysłu.

Według doniesień ukraińskich mediów materiały wybuchowe zostały przywiezione na zaporę w Nowej Kachowce przez wojska rosyjskie zaraz po zajęciu tego terytorium, Zapora cały czas była w rękach Rosjan, a wojska ukraińskie nie miały do ​​niej dostępu. Materiały wybuchowe przywieziono ciężarówkami w ilości kilku ton i umieszczono wewnątrz tamy w pobliżu prądnic. Jedna z wersji, mówiąca o zniszczeniu zapory przez ostrzał z zewnątrz nie ma sensu, gdyż wyrwa w zaporze o takich rozmiarach mogła powstać jedynie w wyniku potężnego wybuchu z wnętrza konstrukcji. Cel tej zbrodni jest taki sam jak Stalina w 1941 roku – Rosjanie próbują powstrzymać rozpoczętą już kilka dni temu kontrofensywę Sił Zbrojnych Ukrainy.

Wysadzenie zapory w Nowej Kachowce nazywane jest poważnym przestępstwem przeciwko środowisku, ponieważ jego konsekwencje mają ogromny negatywny wpływ na populację nad Dnieprem, a także na świat zwierząt i ekologię rozległego regionu. Przede wszystkim jest to również akt terroryzmu nuklearnego, ponieważ elektrownia jądrowa w Zaporożu, obecnie przejęta przez Rosjan i zamknięta, wykorzystuje wodę z Dniepru do chłodzenia wyłączonych reaktorów. Poziom wody po powodzi obniży się, a jej dopływ do elektrowni jądrowej Zaporoże może zostać wstrzymany, co może doprowadzić do uszkodzenia reaktorów i uwolnienia substancji radioaktywnych do atmosfery.

Tylko natychmiastowa ewakuacja przez służby ukraińskie ludności z zalanych terenów pozwoliła zapobiec ofiarom w ludziach. Już pierwszego dnia z zalanych regionów ewakuowano ponad 2000 osób.

Ofiary są w świecie zwierząt, tych dzikich jeszcze nikt nie policzył, ale w całkowicie zalanym zoo w mieście Nowa Kachowka utonęło ponad 300 różnych osobników,  przeżyło tylko ptactwo wodne. Personel zoo nie był w stanie uratować zwierząt, ponieważ teren był zaminowany przez okupantów, którzy nie pozwalali pracownikom zbliżać się do zwierząt. Specjaliści ostrzegają, że z powodu zanieczyszczenia wody w Dnieprze rozpocznie się śmierć ryb, w niektórych miejscach już to nastąpiło.

Ponadto rozlana woda zalała magazyny chemiczne, toalety, wysypiska śmieci, może to doprowadzić do chorób i epidemii.

Po obu stronach Dniepru, gdzie utworzono linie obrony zarówno wojsk rosyjskich, jak i ukraińskich, zaminowano ogromne obszary, teraz miny zostały zmyte przez przepływ wody, swobodnie pływają i w każdej chwili mogą wybuchnąć.

Zarówno zalanie pól i gospodarstw rolnych poniżej zapory, jak i utrata plonów z powodu obniżenia poziomu wody na polach powyżej zapory – w równym stopniu doprowadzą do bankructwa rolników.

Detonacja tamy spowoduje również zaprzestanie dopływu wody do Kanału Północnokrymskiego, dla którego kiedyś budowano Zbiornik Kachowski i Elektrownię Kachowską. Okupantowi na Krymie udało się już radykalnie rozszerzyć uprawę zbóż – ryżu, kukurydzy, zbóż, roślin strączkowych i innych, których nie da się uprawiać bez wody. W tym roku, według oficjalnych danych Ministerstwa Rolnictwa Krymu, powierzchnia zasiewów wyłącznie pod ryż wzrosła sześciokrotnie, do ok. 3,5 tys. ha w porównaniu z 630 ha w 2022 r. Jednocześnie, jak wyjaśnili rolnicy, na hektar pól ryżowych potrzeba średnio od 15 do 25 metrów sześciennych wody. I raczej jej nie będzie. Dlatego rolnicy na okupowanym Krymie poniosą ogromne straty…

Jak poinformowała Prokuratura Generalna Ukrainy, o wysadzeniu tamy w Nowej Kachowce zawiadomiono już Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze. W jego imieniu zostanie przeprowadzone śledztwo w sprawie zbrodni. Obliczone będzie też odszkodowanie nie tylko za zniszczenia samej elektrowni wodnej, którą trzeba będzie odbudować po wyzwoleniu okupowanych terenów Ukrainy, ale także z tytułu utraty uprawy przez rolników, niszczenie budynków mieszkalnych, obiektów infrastruktury przemysłowej i cywilnej. Wszystkie te straty zostaną uwzględnione w ogólnej kwocie reparacji, które zostaną przedstawione Rosji po ukraińskim zwycięstwie.

 

WALTER ALTERMANN: Artysta odpowiedzialny Maciej Prus 1937 – 2023

Był artystą niecodziennym i nadzwyczajnym. Teatr traktował jako swoje najważniejsze życiowe wyzwanie. Ściślej mówiąc – teatr był dla Niego najważniejszy. Tworzył z niespotykaną dzisiaj powagą i odpowiedzialnością.

Najpierw studiował historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 1961 skończył Wydział Aktorski w PWST w Krakowie. Następnie, w 1968 roku ukończył Wydział Reżyserii PWST W Warszawie. Na początku lat 60. XX wieku został aktorem zespołu Starego Teatru w Krakowie.

Taka droga życiowa artysty nie jest wyjątkowa, choć angaż do Starego Teatru z całą pewnością był sukcesem młodego aktora. Jednak Prus był człowiekiem poszukującym głębszych sensów w teatrze i nowych wyzwań. Dlatego też związał się z Jerzy Grotowskim i jego teatrem eksperymentalnym, czyli z Teatrem Laboratorium 13 rzędów w Opolu. Maciej Prus występował w teatrze Grotowskiego w latach 1962–1963. Zagrał w AKROPOLIS Wyspiańskiego w reżyserii Jerzego Grotowskiego i Józefa Szajny (1962) oraz w polskiej prapremierze „Tragicznych dziejów Doktora Fausta” Christophera Marlowe’a w reżyserii Jerzego Grotowskiego (1963)

Laboratorium Grotowskiego

Teatr Laboratorium poszukiwał nowych środków wyrazu. Niejako badał naturę człowieka i gry aktorskiej. Tworzono tam przedstawienia „surowe”, bez żadnych ozdobników i blichtru – aktor, niekiedy prawie nagi, stawał przed widownią i dzielił się z nią przeżyciami postaci, emocjami, walką z samym sobą. Widzowie Teatru Laboratorium mieli do czynienia niejako „z istotą” człowieczeństwa – z naszą wspólną, ludzką bezsiłą, lękami, obsesjami, dążeniem do zrozumienia samych siebie.

Teatr Laboratorium z pewnością był poważnym wyzwaniem dla każdego młodego aktora, wykształconego w szkołach teatralnych i ułożonego do grania klasycznego repertuaru, do pięknego wysławiania się, nienagannej dykcji, eleganckiego noszenia kostiumu. Grotowski jako jeden z pierwszych na świecie, zapoczątkował rewolucję teatralną, z której istnienia i znaczenia większość dzisiejszych widzów nie zdaje sobie sprawy. Stało się bowiem tak, że doświadczenia i praca Teatru Laboratorium weszły do podstawowych doświadczeń i praktyki dzisiejszego współczesnego teatru.

To doświadczenie. Wyniesione od Grotowskiego z pewnością wywarło ogromny wpływ na Macieja Prusa.

Odpowiedzialnie rozumieć wielką klasykę

Nie będę tu przedstawiał całej bogatej drogi artystycznej Macieja Prusa, bo te informacje znajdą Państwo w Internecie. Podzielę się natomiast moimi uwagami o jego teatrze, jego spektaklach, bo miałem okazję i wielką przyjemność kilkanaście z nich widzieć.

Utarło się w Polsce rozumieć Szekspira i naszą wielką romantyczną klasykę z punktu widzenia procesów społecznych, politycznych, walki o niepodległość – tak jak uczy nas szkoła średnia. Nie stawiam takiemu rozumieniu DZIADÓW czy WYZWOLENIA zarzutów, bo te treści w naszej klasyce oczywiście są.

Jednak w teatrze prowadziło to do „obrazkowego” wystawianie takich utworów. Dominowały spektakle pełne górnych uniesień, wzruszeń i narodowych emocji. Jednak dla pokolenia Macieja Prusa, i trochę od niego starszych reżyserów, było to za mało.

Pierwszym polskim reżyserem, który dostrzegł potrzebę „człowieka” w bohaterach Szekspira, w naszych dramatach romantycznych, w postaciach Wyspiańskiego również, był oczywiście Konrad Swinarski. Jego WYZWOLENIE i DZIADY były niebywałym odkryciem artystycznym. To właśnie on pierwszy, obok Jerzego Grotowskiego, dostrzegł w Romantyzmie człowieka – walczącego z niewola, ale nie tylko narodową. Bo Romantyzm to walka o wolność osobistą, walka o prawo do nieskrępowanych myśli i uczuć. Romantyzm to także cierpienie, przekleństwo losu i przeznaczenie.

Maciej Prus ze Swinarskim współpracował, obserwował metodę pracy w 1965, gdy był jego asystentem przy próbach NIE BOSKIEJ KOMEDII w Starym Teatrze w Krakowie. O swoich doświadczeniach ze spotkań z Jerzym Grotowskim i Konradem Swinarskim, Prus mówił:

„Grotowski przekonał mnie, że aktor jest w teatrze najbardziej nośnym elementem, a Swinarski w sposób najpełniejszy realizował moje wyobrażenia o człowieku w sztuce” (za: Andrzej Lis, „Trybuna” 27-28.07.1991).

Droga do własnego stylu

Debiutem reżyserskim Macieja Prusa był PIERWSZY DZIEŃ WOLNOŚCI Leona Kruczkowskiego w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym w Koszalinie-Słupsku (1968). W sezonie 1968/1969 pełnił funkcję kierownika artystycznego tej sceny, później, do 1970 roku, pracował tutaj jako reżyser. W koszalińskim teatrze zrealizował swoje pierwsze głośne spektakle.

Po tych premierach zaliczono Prusa, obok m.in. Helmuta Kajzara i Jerzego Grzegorzewskiego, do pokolenia „młodych zdolnych”. Prus przygotował wtedy m.in. EDWARDA II Christophera Marlowe’a (1969) i JANA MACIEJA KAROLA WŚCIEKLICĘ Witkacego (1969).

„Maciej Prus z całą powagą pokazuje wieś, jaką nakreślił Witkacy i jaka przestała być literackim paradoksem” – pisał Konstanty Puzyna w swojej recenzji zatytułowanej „Wreszcie z sensem (…) Mentalność, uczucia, ambicje są tu już inteligenckie, odruchy, gest, strój, obyczaj –   jeszcze chłopskie. Intelektualny dialog zderza się więc natychmiast z akcją, postaciami i scenerią, dając nieustanny komizm, absurdalny i naturalny zarazem. Bez wygłupów, pomysłów, wyduszania śmiechu na siłę” (w: „Witkacy”, Warszawa 1999).

Na początku lat 70. Maciej Prus realizował spektakle w warszawskim Ateneum i Teatrze im. W. Bogusławskiego w Kaliszu. W Kaliszu zrealizował WYZWOLENIE Wyspiańskiego (1970) i SZEWCÓW Witkacego (1970), których powtórzył rok później w Teatrze Ateneum

Na przełomie lat 60. i 70. wyraźnie zarysował się styl inscenizacyjny reżysera – napisano na portalu CULTURE. – Prus niejednokrotnie mocno ingerował w opracowywany tekst literacki i często w sposób niebanalny go odczytywał. Próbował zachowywać równowagę pomiędzy słowem i walorami plastycznymi przedstawienia. Potrafił doskonale posługiwać się na scenie skrótem, umiejętnie montować widowisko. W tym czasie ukształtowały się również jego literackie i teatralne zainteresowania. Realizował Witkacego, do którego podchodził serio i wystawiał go z powagą i bez udziwnień. Zaczął również mierzyć się z literaturą romantyczną i Stanisławem Wyspiańskim, wystawiał klasykę skandynawską – Henrika Ibsena i Augusta Strindberga. Zainteresowanie dramatem elżbietańskim zaowocowało najpierw przygotowaniem dramatu Christophera Marlowe’a, nieco później przyszedł czas na Szekspira. Inscenizował Antoniego Czechowa. Kilkakrotnie w swojej karierze pracował także nad dramatami Bertolta Brechta. Interesował się przede wszystkim klasyką”.

O sobie Prus mówił tak: „Mnie interesuje klasyka nade wszystko i dlatego w niej siedzę. Dla mnie podstawą zawsze pozostanie dramat. I aktor. Przywiązuję szaloną wagę do możliwości aktora”. I jest faktem, że aktorzy uwielbiali go. Bo odsłaniał przed nimi możliwości, które w nich były, ale „utajone”.

W latach 1974-1976 Maciej Prus wrócił do Krakowa. Pracował w Starym Teatrze jako reżyser. W sezonie 1977/1978 był kierownikiem artystycznym i reżyserem Teatru Muzycznego w Słupsku. W latach 1980-1982 pełnił funkcję kierownika artystycznego Teatru Wybrzeże. W latach 80. był związany przede wszystkim z warszawskim Teatrem Dramatycznym i łódzkim Teatrem im. S. Jaracza,

Tak pisała o Jego DZIADACH w Teatrze Wybrzeże, wybitna znawca epoko Romantyzmu, profesor Maria Janion: „Dziady, które pokazuje nam Prus, są właściwie obrazem gorączki narodu, po prostu naród gorączkuje. Ta niesłychanie konwulsyjna gorączka rozwija się jednej nocy. I w tym sensie są to, w moim przeświadczeniu, bardzo groźne, bardzo niebezpieczne „Dziady”.

W latach 90. Maciej Prus dwukrotnie wystawiał WYZWOLENIE Wyspiańskiego – w Teatrze im. S. Jaracza w Łodzi (1990) i w krakowskim Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie (1992). Świadectwem Jego zainteresowania procesami społecznymi i granic ludzkiej wolności był, zrealizowany – także w Teatrze Wybrzeże – KNIAŹ PATIOMKIN Tadeusza Micińskiego (1981). Spektakl wprost kipiał emocjami, szaleństwem i wielkimi namiętnościami. Naprawdę było to wspaniałe spotkanie z teatrem.

 Ostatni

Odszedł ostatni z reżyserów pokolenia, które rozumiało wielką klasykę. Oni – a z nich Prus najbardziej – szli w głąb dramatów, odkrywali tragedie jednostek, ich wielkie problemy. Wielka to szkoda, naprawdę niepowetowana to strata dla polskiego teatru, że nie ma już Macieja Prusa.

Dzisiaj niestety nasz teatr – w szaleństwie bycia atrakcyjnym – tworzy spektakle płoche, z założenia „atrakcyjnych dla ludu”. Ma być szybko, migotliwie i kolorowo. To przykre. Ale… być może objawią się jeszcze „późni wnukowie” Swinarskiego i Prusa, dla których teatr znowu stanie się miejscem poważnych rozmów o życiu. Miejmy nadzieję.