Rozmowa z PIOTREM LISIEWICZEM: Nie udaję kogoś, kto nie ma zdania

Z Piotrem Lisiewiczem, zastępcą redaktora naczelnego Gazety Polskiej, uhonorowanym tegorocznym Laurem Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, rozmawia Łukasz Kaźmierczak.

 

Wręczenie Lauru WO SDP z-cy red. nacz. Gazety Polskiej Piotrowi Lisiewiczowi: Barbara Miczko-Malcher – wiceprezes Zarządu WO SDP (od lewej), PIOTR LISIEWICZ, Jan Martiniego, członek Zarządu WO SDP (obok laureata), Jolanta Hajdasz – wiceprezes SDP i szefowa WO SDP

Uważasz się bardziej za dziennikarza czy happenera?

To się u mnie od początku jedno z drugim w jakiś sposób łączyło. Było to nietypowe dla czasów, w których zaczynałem pisać. Ale już w dziennikarstwie przedwojennym łączenie pisania z działalnością satyryczną czy społeczną było dość częste. Ja od lat 90. byłem dość krytyczny wobec różnych norm obowiązujących w dziennikarstwie, w tym tzw. etyki dziennikarskiej. Po latach okazało się, że niektóre z nich były mądre, a inne głupie.

A Ty zasadniczo je kontestowałeś?

I myślę, że miałem rację. Widać to było w różnych kryzysowych momentach, chyba najbardziej po Smoleńsku, który był największą kompromitacją w historii polskiego dziennikarstwa. Okazało się, że nasz, jak nazywa się to na uniwersytetach, system prasowy, nie spełnia misji wobec Polski i współobywateli. I to, mimo że mamy wielu dobrych dziennikarzy od sportu, od muzyki, od wędkarstwa, od ekonomii, od polityki. Tyle, że z reguł obowiązujących w tym systemie nie wynikało wypełnienie najważniejszego obowiązku polskiego dziennikarstwa, czyli przeprowadzenie przez wszystkie najważniejsze media dociekliwego śledztwa w sprawie śmierci Prezydenta RP. Między innymi trzy największe telewizje zdezerterowały. A nawet atakowały nielicznych kolegów, którzy to śledztwo podjęli. I to pokazało, że istnienie jakiejś szczególnej etyki dziennikarskiej nie ma sensu. Że zamiast niej powinniśmy w naszym zawodzie odwoływać się do wartości nadrzędnych, takich jak prawda, patriotyzm, niepodległość.

Jak było z tym mówieniem prawdy?

W latach 90. czy wczesnych dwutysięcznych istniała w polskim dziennikarstwie irytująca maniera: należało mieć poglądy „normalne”, takie jak wszyscy, jak Monika Olejnik czy Tomasz Lis. Oni mieli przemawiać w imię zdrowego rozsądku, a polemizowanie z tym miało skutkować trafianiem na margines. To zabijało wolność słowa, tak jak do dziś polską naukę zabija fakt, że jeśli chcesz zrobić karierę, nie możesz podważać twierdzeń naukowych ważnych profesorów. U mnie było odwrotnie, jak w dziennikarstwie przedwojennym: jako publicysta i felietonista nie udawałem, że nie mam poglądów. Odwrotnie, byłem z nich dumny i głosiłem je z otwartą przyłbicą.

U Ciebie dziennikarstwo zaczęło się już w liceum. I od razu zostałeś redaktorem naczelnym.

(Śmiech) Gazetka „Naszość – tylko dla nienormalnych” była faktycznie zjawiskiem pokoleniowym. Pisaliśmy tam rzeczy, których nigdzie indziej w Poznaniu nie dałoby się napisać, przynajmniej bez autocenzury lub jej narzucania przez kierownictwo redakcji. Także bez cenzury, gdy chodzi o poczucie humoru a nawet słownictwo (śmiech). No i okazało się, że to nie była najgorszy rodzaj dziennikarskiej inicjacji, skoro pisali na łamach „Naszości” liczni przyszli dziennikarze: Wojciech Wybranowski, Piotr Chołdrych, czy niejaki Łukasz Kaźmierczak. Ale także tacy, którzy potem od naszego świata oddali się o lata świetlne, jak obecny wiceprezydent Poznania Mariusz Wiśniewski, czy choćby Wojciech Bąkowski, laureat Paszportu „Polityki”. Mówiąc dzisiejszym językiem, mieliśmy wyjątkową zdolność oddziaływania na ludzi nie z naszej bańki.

W szczytowym momencie po Poznaniu krążyło kilka tysięcy egzemplarzy Naszości plus niezliczona ilość kserówek.

No tak, a ja oprócz naczelnego byłem także kolporterem – chodziłem po poznańskim Starym Rynku z gazetkami i zaczepiałem ludzi. Doszedłem do takiej wprawy, że co trzecia osoba ode mnie tę gazetkę kupowała.

Laur WO SDP dla Piotra Lisiewicza

Już wtedy wiedziałeś, że chcesz być dziennikarzem?

To zabrzmi zabawnie, ale nauczyłem się pisania na krytykowaniu dyrektorki mojego liceum. Później, po pierwszym roku studiów poszedłem na praktykę do Głosu Wielkopolskiego, do działu miejskiego. Jego szef, Kazimier Brzezicki wysyłał mnie w różne miejsca po to, żebym np. opisał scenki rodzajowe z targowiska na Rynku Jeżyckim w Poznaniu, albo pojechał do miejscowości Nekla, poszedł do sekretarza gminy i wypytał o miejscowe problemy. I to mi się później bardzo przydało, ponieważ nauczyłem się najprostszych rzeczy, szybszego pisania, konstruowania informacji itd. Wspominam tamten czas dobrze. Dostałem propozycję zostania w Głosie Wielkopolskim, ale wiedziałem, że to nie jest gazeta, w której chciałbym pisać z racji jej profilu politycznego. Tam pisała np. Janina Paradowska i inni ludzie, z którymi ja się kompletnie nie zgadzałem. To był czas już po obaleniu rządu Jana Olszewskiego.

To nie miałeś wielkiego wyboru…

Śledziłem uważnie gazety, które broniły wówczas premiera Olszewskiego. Ja w ogóle bardzo wcześnie, już liceum, zacząłem czytać Tygodnik Solidarność, którego redaktorem naczelnym był Jarosław Kaczyński. Tam pisali Piotr Wierzbicki, Elżbieta Isakiewicz, Krzysztof Czabański czy Jacek Maziarski. I teksty z Tysola wpływały na mnie w jakiś sposób formacyjny. Bliska mi była odmiana prawicy niepodległościowej, nie żadnej korwinowskiej czy narodowej. I kiedy powstała w 1993 roku Gazeta Polska, byłem pierwszym praktykantem w historii gazety, wtedy jeszcze miesięcznika.

Tam nie jeździłeś już do Nekli…

Za to wykonywałem takie zadania, jak kupowanie telewizora z redaktorem naczelnym Piotrem Wierzbickim, a potem jego dźwiganie. A zadebiutowałem w Gazecie Polskiej… wierszem. Napisałem i wysłałem do nich trzy teksty, które były za długie żeby je wydrukować. Ale przy okazji, jako ciekawostkę, wysłałem też swój wiersz z gazetki Naszości o maturze: Matura – bzdura, bzdura – matura. I to na długo przed powstaniem kanału Matura to bzdura.

O, to powinieneś zażądać praw autorskich.  

Pewnie tak (śmiech). Ale wiersz się spodobał i pozwolił na debiut na łamach Gazety Polskiej. Potem przez trzy lata byłem ich współpracownikiem, jeździłem na kolegia do Warszawy. Od 1996 roku rozpocząłem normalną, etatową pracę. I pozostaję wierny barwom Gazety Polskiej od trzydziestu lat.  Przeszedłem drogę od praktykanta do zastępcy redaktora naczelnego.

Nigdy nie chciałeś przenieść się na stałe do Warszawy?

Nigdy. Redaktor naczelny Piotr Wierzbicki próbował mnie co prawda przenieść do Warszawy, ale odpowiedziałem, że jako zagorzały kibic Lecha Poznań, nie mogę tego zrobić.

Z-ca red. nacz. Gazety Polskiej Piotr Lisiewicz uhonorowany Laurem WO SDP

 

To jest jakiś argument.

I poskutkował. Choć to pewnie mogło się wydawać trochę dziwne. Mam 21 lat, na jakiejś imprezie redakcyjnej poznaję Jarosława Kaczyńskiego, Antoniego Macierewicza i dostaję propozycję: przyjedź do Warszawy, zostań tutaj. Ja jednak miałem poczucie, że powinienem być raczej tam, na dole, tam skąd się wywodzę i że to jest moje powołanie.

Poznań dawał Ci inne spojrzenie?  

Tak i to zarówno w sensie pozytywnym, jak i negatywnym. Krytyka tego poznańskiego salonu, tego „Kulczykowa”, tych przeróżnych układów i sitw – to jedno. Z drugiej strony zawsze starałem się być po stronie tych środowisk z dołów, do nich mnie ciągnęło – świat kibiców, ale w jakimś stopniu także anarchistów.

Czytałem przeróżne przedwojenne gazety poznańskie. Ukazywała się np. taka bardzo ciekawa gazeta, robiona przez młodych ludzi Życie Literackie – nie mylić z warszawskim  tytułem –  i tam przeróżni buntownicy występowali. Pamiętam jak opisywałem postać Romualda Gantkowskiego, który przed wojną „wkręcił” włodarzy miasta, że do Poznania przyjeżdża delegacja Beludżystanu. I ona faktycznie została przyjęta i przez władze miasta i przez władze uniwersytecie. Po czym okazało się, że to byli przebrani, pomalowani studenci. I ta tradycja innego Poznania do mnie przemawiała.

Często odwołujesz się właśnie do okresu przedwojennego, piszesz o nim. Za późno urodzony?

Wzięło się to z tego, że ja nie akceptowałem rzeczywistości i kondycji duchowej III RP i szukałem źródeł inspiracji z innych czasów. Dla mnie takim najważniejszym pismem z przeszłości, które wpływało na moje myślenie, były londyńskie Wiadomości, dzisiaj rzadko przypominane. Przed wojną były Wiadomości Literackie Mieczysława Grydzewskiego, a później powstały emigracyjne Wiadomości. W latach czterdziestych, pięćdziesiątych były one, w moim przekonaniu, najważniejszym polskim pismem. Tam się skupiali przedwojenni autorzy, tam była wymiana poglądów i nazwiska z tak różnych światów jak Witold Gombrowicz i Jędrzej Giertych; jakby to dziś nie brzmiało zaskakująco, ale tak było. I tam się skupiała wolna myśl, wolna twórczość. To byli ludzie przed wojną z pierwszej ligi – Jan Lechoń, Kazimierz Wierzyński, właśnie Mieczysław Grydzewski, Marian Hemar, Józef Mackiewicz, czyli zarówno twórczość najbardziej ambitna, jak i ta satyryczna, przeróżna. I to się ciągnęło przez dziesiątki lat, wydawano książki, gazety, które były z wolnego ducha. A do Polski docierało to tylko częściowo przez Radio Wolna Europa.

Od lat próbujesz przypominać ten dorobek…  

Zacząłem się w ten świat wgłębiać w miesięczniku Nowe Państwo. Od roku 2006, przez 17 lat opisuję, miesiąc w miesiąc, postacie, które miały być, bądź całkiem zapomniane, bądź mocno okrojone z dorobku. A jeśli ktoś był przywracany, to taka postać, której się już nijak nie dało pominąć, jak np. Gustaw Herling- Grudziński, ewentualnie z oporami taki Józef Mackiewicz. Natomiast ja przywracałem zarówno tych najwybitniejszych, jak i tych od lżejszej muzy jak np. satyryków.

To najważniejsza część Twojej aktywności dziennikarskiej czy jednak bieżąca publicystyka?      

Jedno i drugie jest ważne. Ale to na pewno jedna z najważniejszych dla mnie rzeczy. To jest przywracanie czegoś, co jest wyrwane. Mamy niestety dziurę, która zmienia mentalność polskich elit i mentalność Polaków w ogóle.

Tutaj chciałbym wspomnieć postać Michała Chmielowca, którego teoriami dziennikarstwa się kierowałem. Ongiś następca Mieczysława Grydzewskiego w londyńskich Wiadomościach pisał np. że w pokoleniu wojennym było za dużo heroizmu, a za mało przezorności, a w pokoleniu powojennym za dużo przezorności, a za mało heroizmu.

Świetna synteza…

On był mistrzem takich syntez. Ale pisał też o bliskim mi modelu dziennikarstwa. Jego zdaniem dziennikarz nie może tkwić tylko w swoim środowisku, tylko musi mieć inne dziedziny zainteresowania, czasami bardzo zaskakujące. Czyli interesuj się np. światem kibicowskim, sportem, muzyczną kontestacją, bo wtedy, znając życie, będziesz ciekawszym autorem. Mówił też: pisz o swoich słabostkach, dziwactwach, nie ukrywaj ich, będziesz prawdziwszy. W III RP bardzo rzadko tak myślano, dominowało pozerstwo.

 Teraz natomiast odkrywasz równie zapomniane postacie z ostatniego trzydziestolecia, po 1989 roku.

Masz zapewne na myśli program Wywiad z Chuliganem, który prowadzę cyklicznie na antenie Radia Poznań, w koprodukcji z Telewizję Republika. Faktycznie, to jest troszkę kontynuacja pisania sylwetek postaci przedwojennych, czyli szukania we współczesności postaci, które bardzo często znajdują się na marginesie III RP, są niedoceniane, przemilczane, bo są z innej epoki.

Ty też byłeś przez wiele lat gumkowany, a teraz proszę, otrzymałeś prestiżowe wyróżnienie – Laur Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich… 

Jestem przyzwyczajony do tego, że dostaję kary, a nie nagrody. Kiedy zrobiło się trochę mniej kar, to już był postęp. A już nagroda to dowód niepoczytalności kapituły (śmiech). Mówiąc odrobinę poważniej, jestem wdzięczny Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich, jako organizacji, która przechodziła różne koleje losu i która w tej chwili zrzesza dziennikarzy rozumiejących podobnie jak ja to, co jest prawdziwym dziennikarstwem, co jest polską racją stanu i co jest wolnością słowa. I od takiej organizacji chętnie przyjmuję wyróżnienie.

Rozmawiał Łukasz Kaźmierczak


 

LAUR WIELKOPOLSKIEGO OODZIAŁU

STOWARZYSZENIA DZIENNIKARZY POLSKICH 2023

 DLA

 Red. Piotra Lisiewicza

 

laudacja wygłoszona przez red. Jana Martiniego, członka Zarządu WO SDP

Jan Martini – członek Zarządu WO SDP

Było wielu dziennikarzy, którzy zaczynali swoją karierę jako patriotyczni, prawicowo – konserwatywni antykomuniści, jednak później doszli do wniosku, że przyszłość należy do „postępu” i przeszli na stronę, która wydawała się zwyciężająca. Za pomocą takiego mechanizmu „niewidzialna ręka rynku” wymusza giętkość kręgosłupów dziennikarzy, bo wbrew powszechnej opinii, dziennikarstwo nie zawsze jest wolnym zawodem.

Na szczęście w tym zawodzie bywają też wolni dziennikarze i takim jest Piotr Lisiewicz.

Dlatego możemy być pewni, że w jego wypadku ekwilibrystyka ideowa jest niemożliwa, że nie porzuci on swoich przekonań i nie zobaczymy jego tekstów w Onecie.
Lisiewicz świadomie wybrał taką drogę zamykając sobie wstęp „na salony” i wiedząc, że nie dostanie nigdy żadnego Paszportu Polityki, czy nagrody Nike.
W ciągu niemal 30 lat  pracy zawodowej nigdy nie zmienił swojej „linii programowej”, a w jego tekstach nie sposób znaleźć nawet cienia asekuracji na wypadek zmian kierunku „wiatru historii”.

Poczucie humoru nie jest powszechnie uważane za typową cechę Poznaniaków, ale wybitne poczucie humoru Piotra pozwoliło mu tworzyć zabawne polityczne happeningi Akcji Alternatywnej „Naszość” kwestionujące narrację Gazety Wyborczej, a było to w czasach, gdy panowanie tej gazety nad mózgami Polaków wydawało się utrwalone na generacje.

Lisiewicz chyba intuicyjnie poznał się na naturze transformacji ustrojowej znacznie wcześniej niż większość z nas.

Piotr ma rzesze znajomych, a wynika to z imponującej łatwości nawiązywania kontaktów międzyludzkich i umiejętność rozmowy zarówno z intelektualistami, jak i kibicami piłkarskimi czy alternatywnymi raperami. Chyba z dziennikarskiej ciekawości redaktor rozmawia też czasem z obywatelami konsumującymi piwo w miejskich plenerach Jeżyc.

Lisiewicz, niezależnie czy pisze satyry polityczne, czy poważne i kompetentne analizy, zawsze starannie sprawdza źródła – dzięki tej rzetelności publicystycznej, nie znajdziemy w jego tekstach nieścisłości czy przekłamań.

Mniej znane (a godne polecenia) są jego publikacje na łamach miesięcznika Nowe Państwo, gdzie daje się poznać jako znawca przedwojennej polskiej literatury.
Redaktor Lisiewicz jest osobą dobrze zorganizowaną i bardzo pracowitą – potrafi pogodzić liczne obowiązki i starannie się z nich wywiązywać.

Dobrze, że są tacy dziennikarze.


Rozmowa z Grażyną Wolską-Walczak uhonorowaną Laurem WO SDP:

TUTAJ

Relacja z uroczystości wręczenia nagród WO SDP:

TUTAJ

 

 

 

WALTER ALTERMANN: Mens sana in corpore sano (2)

W zdrowym ciele zdrowy duch – ta łacińska sentencja tylko z pozoru jest oczywista, bo kryje w sobie duży haczyk. Po zastanowieniu się, dochodzimy do wniosku, że w słabym ciele i duch jest marny. A jaka jest kondycja fizyczna dzisiejszych Polaków?

Jeżeli chodzi o „pięćdziesięciolatków +” to niestety jest ono otyłe, nieruchawe i mdłe. Skąd się to bierze? Ze złego odżywiania i tragicznego stylu życia. Jemy za tłusto i niewiele się ruszamy – jeżeli już w ogóle, to najwyżej od telewizora do kuchni i łazienki. Oczywiście są wśród nas zdrowe i wysportowane wyjątki, ale to one, właśnie te wyjątki potwierdzają przeważająca regułę.

Duch, dusza i ciało

Nowy Testament oznajmia w Pierwszym Liście do Tesaloniczan 5:23, że stworzeni ludzie składają się z trzech części: ducha, duszy i ciała: „I niech sam Bóg pokoju uświęci was zupełnie, i niech wasz duch i dusza, i ciało będą zachowane w całości, bez zarzutu, przy przyjściu naszego Pana Jezusa Chrystusa”. Odwołuję się do autorytetu Biblii, albowiem sprawa jest poważna.

Tu trzeba wyjaśnić, że duch to psychika, zdolność myślenie i tworzenia, dusza – to sumienie, boski dar rozumienia dobra i zła, a ciało… a ciało mamy mdłe. Rzecz w tym, że ta trójca musi być z sobą w harmonii i wspierać się.

Zatem jeżeli zapomnimy o dbałości o ciało, jeżeli zapuścimy się cieleśnie to popełniamy grzech przeciw piątemu przykazaniu. Bowiem są takie interpretacje Dziesięciorga Przykazań, które piąte przykazanie – „Nie zabijaj” – odnoszą także do pijaństwa, obżarstwa, palenia papierosów i picia wódki, i każą takie występki traktować jako grzech ciężki. Ale coś mi się nie wydaje, żeby przy spowiedzi księża pytali o grzechy przeciw własnemu ciału spowiadającego się.

Niestety cała nasza kultura skupiona jest na duszy i duchu. A przecież gdzie ciało marne, tam i duch mętny, a dusza cierpiąca. O zaniedbywaniu ciała nie wspomina ani jedna z naszych partii politycznych. Wszystkie one skupiają się na życiu duchowym. Dlaczego? Bo tak jest najłatwiej. Bo jak komu zajrzeć w duszę, jak sprawdzić jego ducha? A skoro ciało jest widoczne, to lepiej o tym nie mówić, nie obrażając wyborcy. I tak to nasza hipokryzja kwitnie w najlepsze pod łopoczącymi sztandarami ducha.

Ruch to zdrowie

O tym, że ruch to zdrowie wie każdy, ale o dziwo ruszać chce się niewielu, bo w czasie intensywnego ruchu – a tylko taki ruch ma sens dla zdrowia – człowiek się męczy i poci. A że lenistwo również jest grzechem, o którym zapominamy? Myślę, że obecnie nasz katolicyzm jest bardzo demokratyczny. To znaczy wybieramy sobie z 10 Przykazań tylko te, które nie sprawiają nam kłopotu.

Mówiąc serio – sami musimy dbać o nasze ciało. Premier nie będzie za nas biegał, a wójt nie będzie za nas jeździła na rowerze. Ale… państwo – rozumiane jak rząd i samorządy – może dla naszego zdrowego ciała wiele zrobić, ułatwić nam podjęcie decyzji o ruszaniu się, zachęcić nas do aktywności fizycznej. I o tym będzie poniżej.

Czym skorupka za młodu…

Dzieci i młodzież mają biologiczną skłonność do ruchu, sportu i zabaw sportowych. Do rodziców należy tylko nie ograniczać tych dobrych skłonności. Niestety troska o nasze pociechy powoduje, że podświadomie rodzice wolą, żeby chłopak czy dziewczyna siedzieli w domu, nawet przed telewizorem, czy przy komputerze.

A pamiętam, że jako dwunastolatkowie – z jednego podwórka – braliśmy piłkę i sami jechaliśmy do parku, gdzie do zmroku graliśmy w nogę. Ale też z lat późniejszych zapamiętałem troskliwą matkę inteligentkę, która na nadmorskiej plaży strofowała przygrubego 12-latka, panicznie pokrzykując: „Pawełku nie ganiaj tak za tą piłką, bo się spocisz…” Pawełek został profesorem medycyny, ale jednak trochę za grubym profesorem.

A ci obecni rodzice, którzy masowo zwalniają swe pociechy z wychowania fizycznego? Gdzie ci ludzie mają rozum? Pewnie w tym samym miejscu, gdzie ci, co pozwalają swoim11-latkom jeździć na quadach.

Dziecięco-młodzieńcze nawyki uprawiania sportu wygasają gdzieś tak w szkole średniej. Więcej nauki, mniej wolnego czasu. I tu właśnie powinna dojść do głosu inspirująca rola szkoły. Liczba godzin W-F jest za mała, żeby zastąpiła młodym cały potrzebny im ruch, żeby wyrobiła w nich, na całe dalsze życie, potrzebę uprawiania jakiegoś sportu.

Szkoła powinna organizować dodatkowe zajęcia sportowe dla swych podopiecznych. Szkoły mają boiska i sale gimnastyczne, w których młodzież może uprawiać różne dyscypliny. Wystarczyłoby zapłacić parę groszy któremuś z nauczycieli, żeby był obecny w szkole. Nie musiałby nawet tych dodatkowych zajęć prowadzić. Uważam, że takie SKS-owe zajęcia (Szkolne Kło Sportowe), jak to się kiedyś nazywało, są bardzo ważne. W podstawówce i za moich licealnych lat tworzyliśmy grupę zapalonych siatkarzy przy drużynie harcerskiej. Nie wszyscy mieli talent, ale zapału nikomu nie brakowało. I wracaliśmy wieczorem do domów zmęczeni, ale szczęśliwi.

Nie sądzę, żeby problem był w tych małych dodatkowych pieniądzach dla nauczycieli. Problemem jest brak wyobraźni i lenistwo władz oświatowych, co może, nawet mimo woli, przekładać się na brak odpowiedzialności za przyszłe pokolenia.

Sport wyczynowy a zwykła rekreacja

Wszystkie nasze kolejne rządy są zachwycone sukcesami naszych sportowców. Bo w domyśle jest to właśnie zasługa władz. Każdy z zawodowych sportowców, osiągając na arenie światowej sukces może liczyć na poklepanie, uściśnięcie dłoni i order – tak władz rządowych, jak samorządowych.

Niestety część naszych prominentów uważa, że skoro Lewandowski zrobił karierę, skoro Iga Świątek święci tryumfy, to wystarczy, i że jest to zasługa władz oczywiście. W pewnym sensie jest, bo władze mogły przecież nie dać im paszportów.

Odkładając ponure żarty na bok… Dobrze nie jest, bo ciągle mylimy sport wyczynowy z rekreacją. I wątłe sukcesy zawodowców, bo przecież nie jesteśmy w sporcie wyczynowym potęgą, usprawiedliwiają biedę z rekreacją. Z dwojga dobrego – oddałbym paru naszych mistrzów za sportowe turnieje dla dzieci i młodzież, za powszechne i codzienne widoki młodzieży uprawiającej sport.

Gwoli prawdy, Orliki są dobrze wykorzystywane, bo widać na nich młodzież, ale ciągle takich boisk mamy za mało. A „dodatkowo” gminy oszczędzają na fachowej sportowej obsłudze tych Orlików. Skutkiem czego „dzierżawią” boiska – w przeważającej ilości godzin – klubom sportowym. Choć w założeniu miały to być boiska dla każdego chłopaka i dziewczyny z ulicy.

Przestańmy wreszcie bałamucić opinię publiczną, że sport masowy, powszechny – czy jak go tam zwał – służy temu, żeby „wyławiać talenty” dla zawodowych klubów. „Banialuki, mocium panie!” – jak pisał Aleksander Fredro. Zawodowi sportowcy to inny świat i nie każdy jest urodzony, biologicznie zdatny do bycia mistrzem. Natomiast każdy z nas ma prawo znaleźć swoje miejsce do uprawiania sportu.

Bierzmy przykład 

Na Zachodzie, który ma być dla nas wzorem, od dziesięcioleci istnieją w angielskich, francuskich i amerykańskich collegach drużny sportowe, różnych dyscyplin. Te drużyny bywają wizytówkami, reklamami uczelni. I na tych uczelniach zajęcia są obowiązkowe dla wszystkich studentów.

Najwyższa już pora zacząć budować – wzorem Anglii, Francji i Niemiec – hale sportowe do użytku przez amatorów. Hale są własnością gmin, ale użytkują je zrzeszenia, stowarzyszenia sportu amatorskiego. I wstęp na zajęcia ma tam każdy.

Powie ktoś, że nas na to nie stać. A stać nas było na gigantyczne hale sportowe, które teraz straszą pustkami i powiększają deficyt gmin? No, ale te piętnaście, dwadzieścia lat temu każde większe miasto chciało mieć swój Spodek lub Arenę, co najmniej na dziesięć tysięcy widzów.

Nie chcę tu szerzyć pochwały „zakazanych dawnych światów”, ale przypomnę, że za Gomułki nie stać nas było na 1000 szkół na Tysiąclecie, bo byliśmy tuż po wojnie. Jednak te szkoły stanęły, wraz z salami gimnastycznymi I wybudowaliśmy ich wtedy ponad 1200.

Nadeszła pora, żeby władze uruchomiły program „Ruszamy się”. Naprawdę jest potrzeba i musi być nas na to stać.

 

WALTER ALTERMANN: Dla kraju, czy dla siebie?

Stawiam sprawę wyraźnie – mamy poważny problem, wyrażający się tytułowym pytaniem. Oczywiście znajdzie się sporo osób, które powiedzą, że pytanie jest fałszywe, bo przecież można pracując dla siebie, pracować dla kraju. Lub odwrotnie – pracować dla kraju, pracując dla siebie. Znam to propaństwowe hasło z czasów Gomułki i Gierka – i myślę, że jest to czysta propaganda, mająca na celu stłumienie oczekiwań pracowników. I nic więcej.

Historia Polski jest taka, że ciągle nasz kraj oczekuje od obywatela, od Polaka wyrzeczeń i poświęceń na rzeczy ogółu. Ten „ogół” bywał różnie definiowany: niepodległość, niezależność, wolność, wydobywanie się z zacofania, Polska Mocarstwowa a nawet praca dla przyszłych pokoleń. Skutek jednak bywał zawsze ten sam – obywatel musi się poświęcić, musi mniej zarabiać a więcej pracować, bo tego wymaga „najwyższe dobro wspólne”.

Tym samym w całym XX wieku, wliczywszy w to wszystkie trzy konspiracje – przed wybuchem I wojny światowej, w czasie i po II wojnie światowej i tę czasu stanu wojennego – oraz  wojny: polską-bolszewicką, II wojnę światową, straszny czas okupacji i trudny okres po wojnie odbudowy Polski, po zniszczeniach tej wojny… przez cały wiek Polak zawsze miał obowiązki wobec kraju. 

Nadszedł jednak czas względnego dobrobytu, przynależności do Unii Europejskiej i NATO, jesteśmy silni sojuszami oraz wzrastającym potencjałem gospodarczym kraju. Co prawda wojna na Ukrainie budzi nasz niepokój, ale tym razem – w razie czego – nie będziemy sami. Czy zatem teraz nastał wreszcie czas prywatny dla Polaka? Chyba jeszcze nie, a pora najwyższa.

Nasz długi czas pracy

Szczycimy się – dla przykładu – że mamy najmniejsze w Europie bezrobocie. Bardzo pięknie, chciałoby się powiedzieć. Niestety prawda nie jest tak piękna, bo jednocześnie jesteśmy jednym z najbardziej zapracowanych narodów Europy. I jesteśmy z tym w niechlubnej czołówce w Europy.

Czas pracy w krajach Unii Europejskiej wg. danych Eurostatu w 2021 r. wyniósł średnio 36,4 godz. tygodniowo. Pośród państw członkowskich widać było jednak spora rozpiętość — od 32,2 godz. w Holandii do 40,1 godz. w Grecji. Eurostat wylicza, że najdłuższy czas pracy w Unii Europejskiej obowiązywał w Grecji (40,1 godz.), Rumunii (39,8 godz.), Polsce (39,7 godz.) i Bułgarii (39,5 godz.). Najkrótszy natomiast zaobserwowano w Holandii (32,2 godz.), Austrii (33,7 godz.) i Niemczech (34,6 godz.). 

A dodajmy, że ta tabela nie musi być prawdziwa, bo wielu Polaków pracuje na czarno, lub na szaro – czyli umowy ujawniają tylko część prawdy o naszym czasie pracy. Jeżeli ktoś powie, że i tak jest fantastyczne, to głęboko się myli. Człowiek nie jest stworzony jedynie do pracy – powinniśmy pracować, żeby żyć. A okazuje się, że ciągle żyjemy po to, żeby pracować. 

Nasi pracujący emeryci

Powiedzmy też i tę  prawdę, że w Polsce duża grupa emerytów musi nadal pracować. Czy robią to z umiłowania pracy jako takiej, albo dla kraju? Chyba nie bardzo. Robią to pod przymusem ekonomiczny. Liczba pracujących emerytów rośnie z roku na rok. Najwięcej z nich pracuje w edukacji i służbie zdrowia. Eksperci ostrzegają, że gdy tylko seniorzy zrezygnują, zaczną się gigantyczne problemy. Na przykład w ochronie zdrowia, za zabraknie na przykład pielęgniarek. 

Emeryci ratują nie tylko polską edukację i służbę zdrowia, podtrzymują też funkcjonowanie administrację. W tych trzech grupach pracuje dziś łącznie blisko 150 tys. osób, które pobierają jednocześnie emerytury. Z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że sumie pod koniec 2018 roku liczba pracujących emerytów zbliżyła się do 750 tys. Jeszcze cztery lata temu było to o 200 tys. mniej.

W czym jesteśmy atrakcyjni dla Europy

Czytam, że coraz więcej firm z Niemiec przenosi się, lub zapowiada przeniesienie swych interesów, do Polski. Powodem są podobno rosnące ceny energii na Zachodzie. To jak to tak? Przecież i u nas energia nie jest tania. Zatem co powoduje takie dyslokacje przemysłu? Ano, o wiele niższe zarobki polskich pracowników, w porównaniu do pracowników niemieckich. Wszystkie kolejne rządy z tego się cieszą, i słusznie, ale trzeba też wyraźnie powiedzieć, że Polacy nadal bardziej pracują dla kraju, niż dla siebie.

Czy jest ochrona warunków i czasu pracy?

Oczywiście jest, ale bardziej na papierze niż w rzeczywistości. Przypomnę, że to za czasów Leszka Millera tak zmieniono ustawę o Państwowej Inspekcji Pracy, że uniemożliwiono pracę… jej inspektorom. Obecnie, żeby PIP mogła przeprowadzić inspekcję, trzeba z dużym wyprzedzeniem poinformować o tym pracodawcę, dając mu oczywiście czas na usunięcie nieprawidłowości. Mało tego, skargi do PIP muszą składać podpisani z nazwiska i imienia pracownicy… Widać pan Miller liczył na samobójców. 

Z kolei w czasach rządów PO i PSL rząd poszedł na rękę pracodawcom i zmienił zapisy o czasie pracy. Obecnie pracodawca może wymagać pracy w najdogodniejszych dla siebie tygodniach i miesiącach, a są to najczęściej dni wolne od pracy i miesiące wakacyjne. Zwrot godzin następuje dosłownie po miesiącach. Jednocześnie właściwie zlikwidowano nadgodziny. Jeżeli nie jest to kierunek na powszechne niewolnictwo, to co to jest?

Czy ludzie się zanudzą?

Kiedy „za komuny” nieśmiało podnoszono temat „przepracowania” ludzi, niekiedy – w głębokim zaufaniu – można było usłyszeć od włodarzy kraju: „Przecież oni się w takim wolnym czasie zanudzą”.

Niestety, wzorcem dla ustawodawców są oni sami – pracują świątek-piątek a w Sejmie po nocach. I zapewne uważają, że skoro oni – tak wysoko wyniesieni przez los i partie – mogą, to oczywiście prosty człowiek powinien.

Obecnie jesteśmy społeczeństwem zmotoryzowanym, mamy ogromne możliwości spędzania wolnego czasu z dziećmi i w rodzinach. Baza hotelowa i gastronomiczna jest duża, gminy starają się – i mają dobre efekty – powiększać ofertę turystyczną.

Naprawdę – Panie i Panowie Włodarze Polski – damy radę odpoczywać, nie zanudzimy się. 

 

CEZARY KRYSZTOPA: Swąd płonącego multi-kulti

Nad Europą unosi się chmura CO2, która nadciągnęła znad dogasających szczątków francuskiego multi-kulti. Nie tylko francuskiego, ale w ostatnich dniach to Francja stała się symbolem upadku postępowych złudzeń.

Nie odczuwam jednak z tego powodu satysfakcji. Z tego, że dla policjanta oskarżonego o zastrzelenie młodocianego, który uciekał przed policją, zebrano cztery razy więcej pieniędzy niż dla rodziny młodocianego, wynika, iż spora część Francuzów zachowała resztki instynktu samozachowawczego. Z sondaży wynika, że miażdżąca większość Francuzów potępia zamieszki i niszczenie mienia. Nie zasłużyli więc na to by spłonąć wraz z postępowymi złudzeniami. Są ofiarami chorego systemu, który zbudowały ich tak zwane „elity”.

Byle co

Swąd płonącego multi-kulti dotarł również do Polski. Nieoficjalnie mówi się, że Donald Tusk dostał przyzwolenie na antyimigrancką retorykę „ z samej góry”, z Brukseli, a być może nawet z Berlina. W każdym razie od sił, które ostatnio jawnie już ogłaszały, że „jako jedyne są zdolne zastąpić PiS w Polsce”. No i pojechał, jak to Tusk, który całe swoje rządy mówił byle co, czasem kompletnie sprzeczne z byle czym, które mówił poprzednio. A i po powrocie z brukselskich wojaży na polskie podwórko był już katolikiem, którego matka „kreśliła znak krzyża nożem na chlebie”, radykalnym proaborcyjnym aktywistą, a teraz, zgodnie z naukowymi osiągnięciami współczesnego łysenkizmu, przyjmuje już hormony antyimigracyjnego „faszysty”.

I tak, chodzi o dokładnie tego samego Donalda Tuska, który jeszcze kilka lat temu, jeszcze jako brukselski mandaryn, groził Polsce konsekwencjami w związku z odmową przyjmowania przymusowych kontyngentów nielegalnych imigrantów, którzy nie sprawdzili się po wprowadzeniu w Niemczech polityki „Herlizch Willkommen”. Z drugiej strony być może jest w tym taka konsekwencja, że wtedy chodziło o imigrantów nielegalnych, a teraz Tusk, w swoich groteskowych nagraniach, uderza w imigrantów legalnych. Ktoś złośliwy zauważyłby, że to dla platfonsa symptomatyczne.

Czy Donald Tusk jest w stanie kogokolwiek do swojej „przemiany” przekonać? W moim głębokim przekonaniu co najwyżej rozśmieszyć. Żelazny elektorat PO doskonale wie, że Tusk puszcza oko i pozwoli mu na wszystko, równie dobrze mógłby ogłosić, że poprowadzi Marsz Niepodległości, albo pójdzie na kolanach do Częstochowy. Nie widzę jednak elektoratów niezdecydowanych, których taka wolta mogłaby przekonać.

Uwaga

Co jednak warto zauważyć, swąd płonącego multi-kulti, powinien być również wyczuwalny w budynku KPRM. Powinien, ponieważ w zamieszkach uczestniczyli nie tylko beneficjenci ostatniego wspólnego projektu imigracyjnych aktywistów i przemytników ludzi, ale również potomkowie imigracji jak najbardziej legalnej z poprzednich lat. I choć być może oczywistym jest, że rozwijająca się gospodarka potrzebuje rąk do pracy, to system musi być na tyle szczelny, żebyśmy za kilkanaście-kilkadziesiąt lat, nie musieli oglądać na polskich ulicach obrazów znanych nam dziś z ulic francuskich.

Pazerni – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Mamona, mamona. Czego się nie robi, by chapnąć co się tylko da. Piłkarze wyłażą ze skóry – ale nie na boisku, a w reklamie. Why? Dlaczego tak niszczą sympatię kibiców, no i honor. Ciekawe ile można zarobić za przyjście przed kamerę i kłapnięcie jednym słowem. Głupie scenariusze reklam działają ponoć – zdaniem reklamodawców na świadomość telewidzów. To wątpliwe chyba, że kora mózgowa zardzewiała lub spróchniała.

Telewizje, radia żeby przeżyć muszą wpuszczać na antenę cały ten ściek. Są oczywiście reklamy w miarę kulturalne, zabawne i niegłupie. Np. takie było „ojciec prać!” albo „Pyrkosz, pyrkosz, a nie jedziesz”. Ale to wyjątki.

Dlaczego nie interweniuje KRRiTV? To nie jest wbrew wolności słowa. To działania w obronie gwałtownych doznań estetycznych widzów. W obronie jest niedoskonała, jakby bezradna. Przecież chamstwo, bezguście i tupet nie powinny być tolerowane. Nieśmiałość stróżów porządku medialnego to rodzaj tchórzostwa i niewypełnianie przyjętych obowiązków. A cóż jest ważniejszego niż pilnowanie, by media były dla społeczeństwa a nie przeciw niemu. Stróże karzą czasem za różne skrajne pomysły, ale to nie wystarcza. Głupota pozostaje bezkarna. Oczywiście trudno ją mierzyć, ale można. Wystarczy by decyzję powierzyć ludziom, którzy są najkrócej mówiąc „na poziomie” i poziom przekazu utrzymywać będą kierując się oceną estetyki , etyki i sensu.

Nie każdy może być jurorem. Dotyczy to wszelkich sędziów i takich ludzi, których wybieramy by oceniali. W ocenie ważne jest by wiedzieć i mieć odwagę. Nie zastąpią tego papierkowe przepisy i kolubrynowe regulaminy. Niestety nawet uznawani idole przysparzają kiczu. Czy się nie wstydzą? Przecież zarabiają bardzo dobrze. Ale wiadomo – masz milion to chcesz mieć dwa. Pazerność jest jak opium. Łykniesz i już nie jesteś sobą. A dlaczego pomagać tym bogatym – choć jak się mówi – biednym w gruncie rzeczy ludziom. Są – mówi się uzależnieni. Niestety to uproszczenie. Pazerność to nie choroba. Pigułek na to nie ma. Ale jest fiskus, urząd podatkowy.

Zarobki miesięczne sięgające kilkudziesięciu tysięcy to kpina. A uciekanie do rajów podatkowych – to kpina podwójna. Rechot cwaniaków tolerowany jest ciągle. Władza się zmienia. I nic nie robi by to nadużycie zlikwidować. Wyalienowali ze społeczeństwa są krytykowani, ale kpią sobie z tego. Mówi się, że to dotyczy niewielu. A jednocześnie – tak naprawdę – nie wiemy ilu ludzi w naszym kraju korzysta z „podatkowych rajów”. Oni w reklamach medialnych nie występują. Biznes lubi dyskrecję. Tak – zgoda, ale biznes uczciwy. Transparentny.

Mamy wolność słowa jak nigdy. Korzystajmy z tego koledzy dziennikarze.

 

Drugi Katyń – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o sprawcach obławy augustowskiej

W pierwszej połowie lipca 1945 r. na Suwalszczyźnie sowieci przeprowadzili tzw. obławę augustowską. To największa po II wojnie światowej zbrodnia dokonana na Polakach, podczas której oddziały NKWD i Armii Czerwonej zatrzymały ok. 7 tys. osób; prawie 600 podejrzewanych o powiązania z AK-owskim podziemiem wywieziono i zamordowano w nieznanym do dziś miejscu.

W mordzie, zwanym „drugim Katyniem”, brał udział Mirosław Milewski, który pracę w bezpiece rozpoczął jako 16-latek, w 1944 r. Oprócz tego (a może przede wszystkim) współpracował z sowieckim kontrwywiadem „Smiersz”. W III RP został oskarżony z powództwa Czesława Burzyńskiego o to, że jako funkcjonariusz WUBP w Białymstoku w marcu 1947 r. bezprawnie aresztował tego żołnierza Armii Krajowej (żołnierze AK podlegali wówczas amnestii) i wydał go NKWD. Sowieci sądzili Burzyńskiego za zdradę sowieckiego państwa i… nielegalne przekroczenie granicy; do Polski wrócił po 11 latach ciężkich robót w kopalni węgla w Workucie, przez co został inwalidą I grupy. Burzyński śledził błyskotliwą karierę Milewskiego, który dochrapał się stołka szefa komunistycznego MSW i stopnia generała dywizji SB, będąc jednym z najbardziej tajemniczych i zaufanych ludzi Moskwy.

Nazwisko Milewskiego pojawia się w kontekście zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki, Grzegorza Przemyka, wprowadzenia stanu wojennego (w tej sprawie zeznawał w III RP w charakterze świadka przed komisją odpowiedzialności konstytucyjnej) i afery „Żelazo” – dotyczyła zrabowania przez politycznych gangsterów (funkcjonariuszy MSW) i zawodowych gangsterów ze świata przestępczego dużych ilości złota i kamieni szlachetnych z „imperialistycznego” wówczas Zachodu. Dokumenty w tej sprawie zostały jednak zniszczone (przez pogrobowców PRL), a śledztwo – z powodu przedawnienia – umorzone (przez prokuratora III RP). Również proces z wniosku Burzyńskiego – jak się łatwo domyślić – nie zakończył się nigdy. Milewski zmarł w 2008 r.

W obławie augustowskiej brał również udział, jako dowódca w 1. Praskim Pułku Piechoty, późniejszy pułkownik komunistycznego kontrwywiadu wojskowego Maksymilian Schnepf, ojciec ambasadora RP m.in. w Stanach Zjednoczonych Ryszarda Schnepfa.

Jak pisała „Gazeta Polska”: „matka b. dyplomaty, Alicja była funkcjonariuszem Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, zwalczającym podziemie niepodległościowe, zaś krewny Oswald Sznepf jako sędzia wojskowy wydał co najmniej kilkanaście wyroków śmierci na Żołnierzy Wyklętych. Nikt z rodziny Sznepfów nie został ukarany za walkę z uczestnikami podziemia niepodległościowego. Alicja Schnepf straciła rentę specjalną za walkę z Żołnierzami Wyklętymi dopiero w latach 90.”

Schnepf junior tak to tłumaczył: „Od 1944 r. w Polsce trwała właściwie wojna domowa. Ludzie różnie wybierali. Dziś historię tę opisuje się jednostronnie. Wyklętych pokazuje się wyłącznie jako patriotów, którzy do końca nie złożyli broni. (…) Mój ojciec był żołnierzem. Pod Lenino nie walczył za Związek Radziecki, tylko za wolną Polskę. To jego oddział pierwszy przeszedł ze wschodniego na zachodni brzeg Wisły. Był dwukrotnie odznaczony orderem Virtuti Militari. Brał udział w zdobyciu Berlina. Nie mam powodu, by się tego wstydzić”.

WOŁODYMYR SYDORENKO: Czy Rosjanie wysadzą elektrownię jądrową w Zaporożu?

Niedawno szef ukraińskiego wywiadu wojskowego Kyryło Budanow powiedział, że rosyjskie wojska zaminowały okupowaną od lutego 2022 roku zaporoską elektrownię atomową, największą w Europie. 25 czerwca Rosjanie mieli zakończyć przygotowania do ewentualnego ataku terrorystycznego. W pobliżu czterech z sześciu jednostek napędowych umieszczono ładunki wybuchowe.

22 czerwca prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski powiedział, że Rosja rozważa scenariusz ataku terrorystycznego na zajętą zaporoską elektrownię jądrową. Rosyjscy pracownicy zaczęli opuszczać Energodar, a okupanci ostrzegli resztę pracowników, że muszą odejść do 5 lipca. Zełenski dodał, że pracownicy stacji to obywatele Ukrainy, ale kierownictwo sprowadzono z rosyjskiego Rosatomu. Ukraińskie kierownictwo zostało deportowane i obecnie przebywa w niewoli.

Prezydent Ukrainy ostrzegł świat, że: „zaporoska elektrownia jądrowa jest zaminowana”. Potwierdziła to  Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (MAEA).

W rozmowie z hiszpańskimi mediami Wołodymyr Zełenski powiedział, że nawet jeśli Rosjanie opuszczą zaporoską elektrownię jądrową, zagrożenie nie minie, ponieważ okupanci mogą zdetonować zdalnie podłożone tam ładunki. Jest to niebezpieczne nie tylko dla Ukrainy, ale i dla reszty Europy, ponieważ emisje promieniotwórcze mogą rozprzestrzeniać się po całym kontynencie.

Prezydent Ukrainy zaznaczył, że omawiał tę sytuację z dyrektorem generalnym MAEA Rafaelem Grossim. Obaj stwierdzili, że po przekazaniu elektrowni Ukrainie, MAEA będzie potrzebowała sił, środków i ludzi, aby ją dokładnie sprawdzić.

Możliwość rosyjskiego ataku terrorystycznego na elektrownię jądrową ocenili analitycy American Institute for the Study of War (ISW). Rosyjscy okupanci „najprawdopodobniej” nie spowodują umyślnie wypadku w zaporoskiej elektrowni jądrowej, ponieważ „nie będą w stanie sami kontrolować jego skutków” – czytamy w analizie ISW. Według analityków „konsekwencje ataku terrorystycznego na ZNPP dla Rosjan mogą być gorsze niż problemy z kontrofensywą dla Sił Zbrojnych, więc Rosja prawdopodobnie będzie kontynuować politykę groźby katastrofy nuklearnej”. Instytut nie wykluczył jednak całkowicie możliwości ataku terrorystycznego. W takim przypadku, zdaniem ekspertów, Rosja może zastosować trzy scenariusze. Pierwszy polega na zrzuceniu zanieczyszczonej wody z ZNPP do Zbiornika Kachowskiego, aby uniemożliwić Ukraińcom przejście przez już w dużej mierze osuszony zbiornik. Drugi zakłada stworzenie radioaktywnego pióropuszu, który pokryje duży obszar południowej Ukrainy. Trzecim jest spowodowanie wypadku, który obejmie mały promień wokół elektrowni, aby uniemożliwić ofensywę Sił Zbrojnych w tej okolicy.

Ponadto Rosja ucieka się do „zwykłej polityki oskarżania Ukrainy o swoje zamiary” – tak ISW skomentował słowa rzeczniczki rosyjskiego MSZ Marii Zacharowej, która stwierdziła o rzekomym „przygotowaniu Ukrainy do atak na ZNPP”.

„Absurdalne rozumowanie Zacharowej jest typowe dla działań informacyjnych Kremla o rzekomych zagrożeniach bezpieczeństwa ZNPP. Kreml regularnie uciekał się do groźby eskalacji nuklearnej i ostrzegał przed zagrożeniami dla ZNPP, stworzonymi głównie przez Rosję, próbując wywrzeć presję na Ukrainę, by ograniczyła swoje działania militarne i uniemożliwiła dalsze wsparcie Zachodu dla Ukrainy” – stwierdzili eksperci ISW.

Konkludując, analitycy zauważają, że „stworzenie groźby wypadku w ZANP może zostać wykorzystane przez Rosję do zastraszenia Ukrainy w celu powstrzymania kontrofensywy na południu, a także do wywarcia presji na Zachód przed szczytem NATO w Wilnie”.

Według Olega Korikowa, szefa Państwowego Inspektoratu Regulacji Jądrowej Ukrainy jedyną opcją zapewnienia bezpieczeństwa elektrowni jest zakończenie jej okupacji, rozminowanie i powrót pod kontrolę legalnego ukraińskiego operatora.

Zdaniem ukraińskich analityków, zaporoska elektrownia to nie jedyne miejsce, gdzie Rosjanie mogą przeprowadzić atak terrorystyczny.  Z raportu wywiadu wynika, że wojska rosyjskie przygotowują prowokację w zakładach chemicznych Tytan Krymski, znajdujących się w mieście Armiańsk na okupowanym Krymie, poinformował 2 lipca na swoim profilu na Telegramie Ołeksandr Prokudin, szef Chersonskiej Obwodowej Administracji Wojskowej. Okupanci mieli przywieźć na teren zakładu materiały wybuchowe i zaminować go. „Prawdopodobny wybuch spowoduje uwolnienie do atmosfery tysięcy ton toksycznych substancji i doprowadzi do śmiertelnego zagrożenia dla ludzi i środowiska” – zauważył Prokudin. Dodał, że z powodu takich działań rosyjskiej armii mogą ucierpieć mieszkańcy Krymu, siedmiu regionów Ukrainy, a także Turcji, Polski i samej Rosji.

27 czerwca ukraiński wywiad poinformował również, że armia rosyjska rozpoczęła prowokację z użyciem broni chemicznej na okupowanych terytoriach obwodu zaporoskiego. Zdaniem oficerów wywiadu ofiarami prowokacji będą żołnierze rosyjskiej armii okupacyjnej. Rosja planuje wykorzystać ślady broni chemicznej na ich ciałach jako fałszywy dowód w celu oskarżenia Ukrainy.

 

WALTER ALTERMANN: O potrzebie kształcenia artystycznego (1)

Są wakacje, więc odpoczywamy. A głównie odpoczywają dzieci i młodzież. I bardzo to dobrze, bo nauka to ciężka praca. Ale wykorzystajmy ten czas na rozmowy o naszej polskiej edukacji. W kilku kolejnych felietonach podejmę temat istotnych braków i błędów naszych szkół. A właściwie są to głównie zaniechania naszego szkolnictwa. Na tyle istotne, że warto o nich porozmawiać.

Nie chodzi mi o to, czy polska szkoła powinna być bardziej czy mniej polityczna, bardziej czy mniej patriotyczna. Chodzi mi o podjęcie przez szkolnictwo trudu kształcenia artystycznego i właściwego nauczania poezji. A także o postępująca głuchotę muzyczną Polaków.

Z przerażeniem odkrywam, że coraz więcej ludzi około 50-tki, a i młodsi, nie mają najmniejszego pojęcia o sztuce. Są wśród tych ignorantów osoby wykształcone, rozumne nawet, ale ich podejście do sztuki boleśnie zaskakuje. Jak to możliwe, że w kraju, w którym wykształcenie średnie jest obowiązkowe, a wyższym szczyci się coraz więcej Polaków, rozumienie i właściwe odczuwanie sztuki jest nadal na poziomie lat 50-tych? To te 70 lat poszło na marne?

Sztuka zdegenerowana

W latach PRL propaganda świadomie schlebiała ćwierćinteligentom, nie mówiąc już o tzw. „ludzie” w ich odrzucaniu sztuki współczesnej. Gazety codzienne a nawet szanujące się tygodniki, pokpiwały sobie z malarstwa Picassa, który był sztandarowym przeciwnikiem realizmu socjalistycznego. Bo jakże to można tak malować, żeby portret kobiety miał oczy na czole, a nos był trójkątem usadowionym tam, gdzie ludzie mają uszy?

Niestety, w tamtych latach w Polsce akceptacji sztuki nowoczesnej nie było. Owszem nie było też jawnego potępienia, ale wytwarzany przez media klimat deprecjacji istniał. Niestety także, byliśmy wtedy niechlubnymi – choć być może nieświadomymi – kontynuatorami stosunku hitlerowców i stalinowców do sztuki nierealistycznej, nieprzedstawiającej. Bo zarówno Niemczech hitlerowskich, jak i w ZSRR potępiano „bohomazy”. Hitlerowcy osławili się wystawą „Sztuki zdegenerowanej, murzyńskiej i żydowskiej”. W ZSRR nie posunięto się tak daleko, ale wystaw sztuki nowoczesnej nie było.

Niemcy oczekiwali sztuki sławiącej germańską krzepę, szerzącej kult siły i mięśniaków. I taką stawiali za wzór. W ZSRR propagowano również prostotę i siłę, a tematem malarstwa były prace polne rolników, trud górników i hutników. Krótko mówiąc – od sztuki władcy obu mocarstw oczekiwali w treści nachalnej propagandy, wyrażanej prosto, żeby nie powiedzieć prostacko.

Malarstwo jak fotografia

Artyści przez całe wieki tworzyli obrazy i rzeźby coś przedstawiające. Od Średniowiecza najczęstszymi tematami malarstwa europejskiego były wizerunki i starotestamentowe historie Boga, oraz świętych z Nowego Testamentu. Potem szły obrazy ukazujące świętych średniowiecza, władców Kościoła i znaczących królów, książąt i pomniejszej arystokracji.

Od renesansu pojawia się malarstwo odwołujące się do antyku greckiego i rzymskiego. Powstają też w malarstwie włoskim i holenderskim przedstawienia z dnia codziennego mieszczan, martwe natury i pejzaże.

Zwróćmy uwagę na jeden ważny problem – dobrzy europejscy malarze zasłynęli nie tylko dlatego, że świetnie władali pędzlem, oddając realistycznie portretowanych i przedstawiając widoki wiejskie. Oni zdobywali uznanie dzięki doskonałej kompozycji swych obrazów. Tym zresztą od zawsze różni się sztuka przeciętna od doskonałej, że ta druga nie tylko odwzorowuje rzeczywistość, ona ją stwarza. Z biegiem wieków malarstwo staje się twórczością autonomiczną, coraz bardziej odrywa się od – popełnijmy tu świadomie anachronizm – „fotografizmu”.

Dopiero z wynalezieniem w XIX wieku fotografii malarstwo zostaje uwolnione od obowiązku realistycznego przedstawiania świata. Artyści zajmują się coraz bardziej malowaniem swojego świata wewnętrznego. W końcu zupełnie poświęcają się komponowaniu na płótnach obrazów zupełnie oderwanych od rzeczywistości, którą może dostrzec każdy w codziennym życiu. Malarstwo uzyskuje pełną autonomię, liczą się jedynie napięcia kierunkowe, wzajemny stosunek abstrakcyjnych linii, figur i nastrój obrazu.

O potrzebie edukacji artystycznej

W naszych liceach przybywa nowych zajęć – pojawiają się lekcje z zakresu elektroniki, mechatroniki i księgowości. I bardzo mnie to cieszy, bo świat pędzi, więc pędźmy za nim – nie wyprzedzając go jednak, bo to się zawsze źle kończy.

Niemniej uważam, że w liceum i ostatnich klasach szkół podstawowych jest właściwy czas na to, by młodych ludzi poznać ze sztuką. W innym wypadku wychowamy pokolenia robotów przeznaczonych jedynie do roboty.

Wiem, że poloniści nie są na takie wyzwania przygotowani, ale wiem też, że za nieduże pieniądze można „wynająć” na cykl kilkunastu lekcji znawców przedmiotu. Są nimi nie tylko wykładowcy szkół artystycznych, mogą to być studenci ostatnich lat tych akademii i historycy sztuki. Szczególnie mogliby być ci ostatni, bo kształcimy kulturoznawców coraz więcej, którym potem trudno o pracę.

Coś mi to przypomina

 latach 60-tych w jednym z klubów studenckich w Łodzi zainstalowano wystawę kilkunastu obrazów, młodej absolwentki łódzkiej PWSSP. Nazwisko malarki pominę, bo nie jestem pewien jak przyjmie tę anegdotę. Po otwarciu wystawy odbyła się dyskusja.

Z początku wszyscy milczeli, w końcu głos zabrał ważny działacz Rady Okręgowej Zrzeszenia Studentów Polskich. Piszę kto zacz, bo był to świeży absolwent Uniwersytetu Łódzkiego i osobnik szykujący się do poważnej kariery. A powiedział tak:

– Ja powiem, jako zwykły studencki turysta… Te obrazy przypominają mi groty, bo jestem również grotołazem.

Autorka podziękowała mu serdecznie, bo uważała, że jeżeli komukolwiek jej malarstwo cokolwiek przypomina, to dobrze, bo znaczy to, że poruszyła ludzkie emocje. Prawdę mówiąc obrazy były abstrakcyjne, choć trochę w swych barwach i liniach mieszczańskie, to znaczy nadające się do dekorowania mieszczańskich wnętrz.

Ta anegdotka przypominała mi się, ilekroć słyszałem OKĘ, pieśń I Korpusu:

 

            Szumi dokoła las, czy to jawa, czy sen?

            Co ci przypomina, co ci przypomina

            Widok znajomy ten?

 

Tekst pieśni napisał, jak wiemy, Leon Pasternak. I jemu Oka mogła się kojarzyć z Wisłą. Natomiast nam malarstwo współczesne musi się kojarzyć jedynie z malarstwem. Żeby tak było, trzeba jednak ludzi uczyć rozumnego obcowania ze sztuką za młodu.

Pamiętam, że ze szkołą podstawowa w Łodzi, byliśmy wielokrotnie w muzeach. Można było wtedy? To można chyba i teraz. Co prawda pewien mój znajomy, wszędzie wietrzący spiski, z pewnością wykryłby w tym ciąganiu dziatwy do muzeów jakąś komunistyczna niecność, ale ja zapamiętałem fascynujące spotkania z malarstwem, i to głównie religijnym.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Eksperymenty? Tak, ale na myszach

Publiczna telewizja jest nasza, społeczeństwa. Powinniśmy zatem mieć wpływ na program. A tu nagle zdjęto z anteny magazyn potrzebny, popularny o ustalonej od lat renomie – kryminalny program 997  Dariusza Bohatkiewicza. Decydenci z Woronicza, szanujcie mnie i innych telewidzów choć trochę. Właśnie jako współwłaścicieli tej instytucji powszechnego zaufania. Tak z dnia na dzień – won i do kosza?

Jeśli program chodzi z aprobatą telewidzów ileś tam już lat, wyjaśnia długo niewyjaśnione, prowadzący zna się na branży i ma kontakty – dlaczego to wszystko marnować? W telewizyjną twarz, żeby się nią stała, trzeba sporo włożyć. Telewizja to inwestycja. Częste rotacje jej nie służą. Panienki z okienka, które migają jak w kalejdoskopie będą zaakceptowane, jeśli nie tylko się urodziwie pokażą, ale dopiero gdy mądrze rzekną. Media chłoną. Ludzie umiarkowanie wierzą, żeby dotrzeć, trzeba przekonać, wybrnąć z tego galimatiasu. Jak mówił w serialu aktor Buczkowski: żeby wyjąć – trzeba włożyć.

Kryminały, kryminałki, poszukiwanie zbirów to ważna sprawa, eksperymenty niewskazane. Bo będzie jak z piłką nożną. Kolejny importowany za grube pieniądze trener emeryt to strzał chybiony. Może był kiedyś dobry, ale już nie jest. Przegrać każdy może, ale trzeba walczyć. W drugiej części tragicznego meczu trener… Ustał. Patrzył jak nas bezceremonialnie leją i oniemiał, nie podejmował żadnych decyzji i za to głównie go ganię.

Ten pan miał w dyspozycji zgraną drużynę składającą się z reprezentantów najlepszych zespołów piłkarskich Europy i postanowił być odnowicielem, afrodyzjakiem. Nie sprawdziło to się ani z Niemcami ani z ubożuchną Mołdawią. I się nie sprawdzi. Trzeba wrócić do składu sprawdzonego i stopniowo, bardzo ostrożnie czynić zmiany. Po prostu! A najpierw dziadkowie działacze dumający gdzieś tam w kulisach mianujcie trenerem Kubę Błaszczykowskiego. Ten eksperyment popieram. Sprawdzi się! No i jest nasz. Cudze chwalicie, swego nie znacie – sami nie wiecie co posiadacie. Michniewicz śmieje się teraz w kułak. Po arabsku.

Bandytami Prigożina teraz nas straszą. Nadciągają kupą. Rajd Prigożina to osłona dla wyczekujących pod płotem na okazję migrantów. Pomysł Łukaszenki jest taki, aby ich przepchnąć wraz z tymi, którzy ciągle nadciągają. Moim zdaniem atak może nastąpić w czasie wileńskich obrad NATO.

Decydenci radzą. A tu trzeba zastawić pułapkę. Gdy zbrodniarze zniszczą płoty i ruszy lawina zgromadzona za zaporą, trzeba zaczaić się na prigożinową zgraję i wyciąć ich doszczętnie. Wszyscy odetchną. Putinowsko-Łukaszenkowski pomysł spali na panewce. Zbój triumfować nie będzie. Ciekawe, co na to nasi generałowie?

 

WALTER ALTERMAN: Nowy porządek świata? (5)

Lekceważone całymi latami przez Zachód Chiny, Indie i Brazylia stały się potęgami gospodarczymi. A właściwie nie tyle „stały się” ile Zachód stworzył ich potęgę. Dal swego zysku, nie przewidując, że Chiny – dla przykładu – nie będą przez wieki produkowały badziewia – po 5 zł wszystko.

Jakby nie było – na politycznej mapie świata zaistniały już nowe potęgi. XX wieczny podział na dwa bloki: USA i Zachód Europy oraz ZSRR z podbitymi państwami Europy Wschodniej rozsypuje się na naszych oczach. Zmiany, które zachodzą mogą przynieść światu nowe oblicza współpracy, ale mogą też doprowadzić do wojen i w nieznanej dotychczas skali kataklizmy.

Kto nas rozbroił?

Mało kto pamięta, więc przypomnę, że na początku lat 90-tych, wraz z upadkiem Demoludów, z wyprowadzaniem wojsk sowieckich z Europy Wschodniej potęgi świata zawarły pewien kontrakt. Jego istotą było głównie rozbrojenie dawnych satelitów ZSRR. Układ był cichy, ale działał.

To wtedy przyjęto, że polska armia ma liczyć 100 tysięcy żołnierzy, a właściwie jeszcze mniej, bo w tych 100 tysiącach mieścić się miała także cywilna obsługa wojska. Wtedy to określono ilość samolotów, czołgów, armat i haubic jakie może posiadać nasza armia.

Od początku podejrzewałem, że ten okrutny żart musiał wymyślić wyjątkowy znawca polskiej historii – albo z USA, albo z ZSRR. Bo przecież ta stutysięczna armia była znakiem próby odrodzenia państwa polskiego, tuż przed całkowitym upadkiem i rozbiorami. Przecież to Sejm Czteroletni podjął uchwałę o powiększeniu naszej armii do 100-tysięcy. Ale było już za późno, szkolenie ówczesnego żołnierza musiało trwać cztery lata, nie było chętnych do wstępowania do armii – skutkiem tego skończyło się na uchwale. Co zresztą jest naszą historyczną specjalnością – wiara, że uchwały nam wystarczą. Zawsze robimy wiele szumu przy podjęciu jakichś uchwał, ogłaszamy je za sukces, ale gdy z wykonaniem tychże jest marnie, milczymy.

Wreszcie się zbroimy 

Mam jednak serdeczną nadzieję, że w sprawach dzisiejszej armii nie skończy się na szlachetnych uchwałach. Choć… na tym łez padole nic nie jest pewne.

Przypomnę, że przez ostatnie piętnaście lat dwie główne partie polityczne, czyli Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska, toczyły i toczą spór o „zasługi i zaniechania” w dziele „wzmacniania lub upadku” polskich sił zbrojnych. A tak naprawdę, jeśli uwzględnić już zrealizowane kontrakty, na czoło nie wysuwa się ani PiS, ani PO lecz SLD, ale uwzględniając zamówienia zrealizowane przez lewicę, ograniczone możliwości finansowe państwa powodowały, że tzw. program modernizacji sił zbrojnych był nim tylko z nazwy. Tak naprawdę był to program utrzymywania minimalnych zdolności bojowych.

Kupiliśmy wówczas od USA 48 sztuk F-16 i zaczęliśmy produkować Rosomaki, na licencji fińskiej. Oba kontrakty miały jednak spore wady. Przy podpisywaniu umów USA zobowiązały się do offsetu, czy do inwestowania w Polski przemysł zbrojeniowy oraz w polski przemysł w ogóle. Niestety jakoś tak wyszło, że Stany Zjednoczone nie śpieszyły się z wypełnianiem swych zobowiązań. Gdy zaczęliśmy się tego domagać, USA przedstawiły nam podobno listę inwestycji USA w Polsce. Otwierały ją fabryki Coca-Coli i Pepsi-Coli, jeszcze z czasów Gierka.

Z Amerykanami trudno jest robić interesy zbrojeniowe. Po pierwsze: to oni mają najlepszy sprzęt i mogą stawiać trudne warunki, z czego korzystają. Po drugie: wszystkie fabryki zbrojeniowe USA są przedsiębiorstwami prywatnymi. I gdy my cieszymy się, że Kongres wyraził zgodę na sprzedanie nam tego czy owego, i gdy uważamy sprawę za już załatwioną, to schody zaczynają się przy negocjacjach cenowych, bo trzeba je prowadzić nie władzami USA, lecz z prywatnymi przedsiębiorstwami, a one chcą zarobić. I to jak najwięcej.

Republika Korei – nasz nowy sojusznik

Dlatego tak ważne są umowy na broń z Koreą Południową. Od razu powiedzmy, że nasze zakupy uzbrojenia w Korei nie wywołały zachwytu w USA. Wywołały natomiast zdziwienie, a nawet zaniepokojenie – szczególnie, że niejako w pakiecie zamówiliśmy u Koreańczyków budowę elektrowni atomowych. Głębokie zdziwienie – a w języku dyplomacji jest to oburzenie – wyraził w tej sprawie sam ambasador USA w Polsce Mark Brzeziński, mówiąc, że skoro USA sprzedają nam samoloty, rakiety i inną broń, to wszystkie elektrownie powinniśmy zamawiać u nich.

Coś mi to przypomina starą anegdotę z czasów komuny: „Owszem dość drogo kupiliśmy w ZSRR czołgi, ale w ramach wzajemności możemy teraz znacznie taniej sprzedać im kilka naszych fabryk cukru”. Niestety, świat zbrojeń to także świat biznesu.

Kooperacja, współpraca, współprodukcja – w przypadku takich współdziałań – z Koreą jest bardziej możliwa niż z USA, bo w Korei, podobnie jak u nas, w przemyśle zbrojeniowym większość udziałów ma państwo. Nadto, Seulowi zależy na tym, aby mieć w Europie partnera do dalszych poważnych interesów przemysłowych, także cywilnych. A sam fakt wyboru dwu kierunków zamówień wzmacnia naszą pozycję negocjacyjną w stosunku do dominującego partnera, do USA.

Przy okazji – radziłbym rządowi okazywanie o wiele mniejszego entuzjazmu, nawet przed wyborami, z okazji kolejnych zakupów broni w świecie. Bo tym samym dajemy kontrahentom znak, jak bardzo nam zależy, czyli że mogą jeszcze podbić ceny

Nowy podział świata

Obecna wojna na Ukrainie jest skutkiem upadku imperium sowieckiego. Rosjanie w dalszym ciągu wierzą, że ich państwo będzie silne wtedy, gdy wchłoną na powrót Ukrainę. Tak myśleli od czasów niewoli tatarskiej i tak myślą dzisiaj. Naprawdę zadziwiająca jest ta stabilność celów i metod politycznych Rosji. Zadziwiając i przerażająca. Największy kraj świata nie jest w stanie zająć się samym sobą, swoimi obywatelami – ich poziomem życia, opieką medyczną i wykształceniem.

Sytuacja nie jest wesoła. Ale tak jest zawsze, gdy upadają imperia. Upadek Rzymu, a potem Bizancjum, trwał kilkaset lat. I były to lata okrutnych wojen na terenie Europy. To w czasie upadku Rzymu i Bizancjum zaczęły się też kształtować nowe europejskie państwa, to wtedy napłynęły do Europy nowe plemiona i narody. Między innymi i my – Polacy.

Ile będzie trwało kształtowanie się nowego politycznego świata? Jakim to będzie kosztem? Czy świat wpadnie w nową wojnę? Tego nikt nie wie. Nawet najbardziej szanowani politolodzy z USA. No, ale oni zawsze się mylą, bo żaden z nich nie przewidział nawet upadku ZSRR.